III
Najpiękniejszą ulicą w mieście, przystając sobie od czasu do czasu przed wystawami sklepów, szedł elegancki pan. Nowiuteńkie ubranie ślicznie na nim wyglądało. Przechodnie patrzyli na niego z podziwem, a on, mijając ich, uśmiechał się z wrodzonym sobie wdziękiem. Odsłaniał przy tym swoje białe zęby, ale tylko trochę, tyle ile trzeba. Kiedy doszedł do końca ulicy, przeszedł na drugą stronę i zaczął iść w przeciwnym kierunku. Lekki, podrygujący, szczęśliwy. To był Ferdynand.
Już piąty albo szósty raz szedł wzdłuż tej ulicy. Nie ma się czemu dziwić. Jeśli ktoś po raz pierwszy w życiu ma na sobie nowe ubranie, to chciałby w nim chodzić tylko po najpiękniejszej ulicy miasta. Jednak każda najpiękniejsza ulica, choćby była najdłuższa, gdzieś tam się kończy. Ferdynand, spostrzegłszy to, miał do wyboru albo skręcić w jakąś przecznicę, albo zawrócić i iść jeszcze raz tą samą drogą. Wybrał to drugie. W ten sposób doszedł do przeciwnego końca najpiękniejszej ulicy. Znów nie chciał skręcić w bok i znów zawrócił. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I teraz właśnie szedł tą ulicą po raz piąty czy szósty.
Wydawać by się mogło, że to nic trudnego tak sobie spacerować tam i z powrotem. Nie jestem tego zdania. W przypadku Ferdynanda był to wielki wyczyn. Pomyślcie tylko, ile pokus czyhało na niego na każdym kroku. Po pierwsze: ulica wysadzana była drzewami, i to po obu stronach; po drugie: co kilkadziesiąt metrów była latarnia, a po trzecie (i to było najgorsze!): nagle ni stąd, ni zowąd przebiegały ulicę - koty. Kiedy pierwszy kot wypadł z bramy prosto pod nogi Ferdynanda, z Ferdynandem coś się stało. Chciał się rzucić natychmiast za nim i tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się od tego. Żeby się uspokoić, stanął sobie przed okrągłym słupem z afiszami.
Widząc to, kwiaciarka, która przy słupie sprzedawała kwiaty, powiedziała do gazeciarki siedzącej wewnątrz słupa:
- Popatrz, pani, jakie dziś ludzie są przesądne. Kot takiemu przebiegnie drogę, to on nie pójdzie kroku dalej, tylko udaje, że afisz opery czyta.
"To o mnie - pomyślał Ferdynand. - No, żeby nie ubranie, już ja bym temu kotu pokazał!"
Ale trochę było mu głupio, że uważano go za przesądnego.
- Chciałbym panią zapewnić - zwrócił się do kwiaciarki - że co do kotów, to ani trochę nie jestem przesądny.
- Każdy tak mówi, panie szanowny - odpowiedziała kwiaciarka - a jak co do czego przyjdzie, to staje, robi trzy kroki do tyłu albo odkręca się przez lewe ramię, żeby tylko czary odegnać.
- Widzę, że pani mi nie wierzy, ale to, co powiedziałem, to prawda. Nie tylko, proszę pani, nie cofam się przed kotami, ale powiem pani w sekrecie, że uwielbiam je gonić.
- Co pan powie? - mruknęła z niedowierzaniem kwiaciarka. - Nie wygląda pan na takiego szybkobiegacza.
- A na co wyglądam? - zapytał Ferdynand.
- Wygląda pan na lalusia, co się z nudów po ulicy włóczy. Pani Biskupska - zwróciła się do gazeciarki - powiedz pani, czy on nie jest wspaniały?
Pani Biskupska wychyliła się aż do połowy przez okienko swojego kiosku, przyjrzała się Ferdynandowi, pokiwała głową i powiedziała:
- A wie pani, pani Trybulska kochana, że jest! Faktycznie jest wspaniały jak rzadko!
Ferdynand szybko zdjął melonik i uroczyście powiedział:
- Dziękuję kochanym paniom za tak miłe słowa. Z całego serca paniom dziękuję. Do widzenia paniom!
- Chwileczkę! - zawołała pani Biskupska. - Lubię grzecznych. Weź pan na pamiątkę ten drobiazg - to mówiąc, wyciągnęła z napełnionej wodą blaszanki różowy goździk i włożyła go Ferdynandowi w butonierkę.
Z goździkiem w klapie marynarki Ferdynand poszedł dalej, a pani Trybulska z panią Biskupską, patrząc za nim, powtarzały:
- Wspaniały! Daję słowo, że wspaniały!
Potem jeszcze parę innych kotów przebiegło Ferdynandowi drogę, ale każdy z nich robił na nim coraz mniejsze wrażenie. Ferdynand czuł, że jest już na koty uodporniony. Żeby nagle na jego drodze zjawił się cały orszak kotów albo żeby spotkał się oko w oko z najsłynniejszym kotem na świecie, z legendarnym Złotym Kotem, o którym, kiedy był niegrzeczny, opowiadała mu w dzieciństwie matka - to przeszedłby obok nich obojętnie, nawet nie zawarczawszy.
"Jak tak dalej pójdzie - pomyślał sobie - to dojdzie do tego, że najpierw zacznę koty lubić, potem nie będę mógł bez nich żyć, a w końcu zacznę je sam hodować. Kto wie, może to jest i przyjemne mieć w mieszkaniu własnego kota? - rozmyślał, idąc któryś tam raz wzdłuż najpiękniejszej ulicy. - W każdej chwili można go pogłaskać. A jak się kota głaszcze, to kot mruczy. To musi być bardzo miłe takie: mrrrrrrrrrrrrrrrrr - na każde zawołanie. W ogóle, co tu dużo gadać, kot to bardzo porządne zwierzę. Siedzi w domu, nie włóczy się po próżnicy, a co do czystości, może być wzorem dla wielu innych stworzeń".
- Wydaje mi się, że koniecznie powinienem mieć własnego kota - powiedział półgłosem.
Gdyby istniały sklepy z kotami, Ferdynand natychmiast by do takiego sklepu wszedł i kazałby sobie zapakować kota, który by mu się najbardziej podobał. Nie jest wykluczone, że kupiłby od razu dwa koty, bo wiadomo przecież, że jeden kot źle się chowa. Poza tym dwa koty w mieszkaniu wyglądają o wiele poważniej, nie mówiąc już o tym, że i kotom jest raźniej we dwoje.
- Naturalnie, trzeba by im nadać jakieś imiona. W odpowiednim czasie wymyślę dwa piękne imiona dla moich kotów - powiedział Ferdynand sam do siebie. - Muszą się nazywać zupełnie inaczej niż wszystkie koty. Na razie chce mi się jeść.
To była prawda. Od śniadania Ferdynand nic nie miał w ustach. W dodatku to nieustanne spacerowanie okropnie go zmęczyło. Nowy sposób chodzenia, do którego zdążył się już zresztą całkowicie przyzwyczaić, okazał się w praktyce o wiele bardziej męczący niż ten dawny. Dawniej mógłby taką najpiękniejszą ulicę przelecieć w obie strony ze dwadzieścia razy i zanadto by się nie zmęczył. Najwyżej wywiesiłby język, i już. A dziś? O, to nie było to samo! Okazało się, że wolne, eleganckie chodzenie bardziej wyczerpuje niż bieganie na czworakach. Brzmi to nieprawdopodobnie, a jednak tak jest i na to nie ma rady.
Przy najpiękniejszej ulicy było wiele restauracji i jadłodajni, w których zgłodniali ludzie mogli się pożywić i nabrać sił. Każdy wybierał taką, jaka mu najbardziej odpowiadała. Ale Ferdynand był znowu w kłopocie. Do której wejść? Nie miał najmniejszego pojęcia. W tej sytuacji postanowił kierować się starą, wypróbowaną metodą, mianowicie - węchem.
Przechodząc obok restauracji, pociągał mocno nosem, potem gwałtownie wypuszczał całe powietrze i jeszcze raz głęboko wciągał je do płuc. Wraz z powietrzem dostawały się do jego nosa zapachy charakterystyczne dla danej restauracji.
- O nie, tutaj nie wejdziemy - mruczał. - Za nic na świecie nie wejdziemy tutaj! Czuję kapuśniak. Od dzieciństwa nie znoszę kapuśniaku. Dziękuję ci, mój kochany nosie, za to ostrzeżenie!
I szedł dalej. Przy następnej restauracji znowu przystawał, robił kilka porządnych wdechów, zastanawiał się chwilę i mówił:
- I tutaj także nie wejdziemy! Jestem przekonany, że kucharz w tej restauracji uważa przypaloną kaszę za największy przysmak wszystkich czasów. Nienawidzę kaszy w ogóle, a jeszcze bardziej nienawidzę kaszy przypalonej. Nosie mój cudowny, składam ci hołd.
Jak gdyby nigdy nic, obojętnym krokiem spacerowicza odchodził od tej restauracji, której jego nos wystawił tak złą opinię, i szukał innej.
Przy którejś tam z kolei zdawało mu się, że wreszcie trafił. Przyjemny zapach pieczonej wołowiny sprawił, że już, już chciał nacisnąć klamkę i wejść do środka, ale kiedy się dokładniej wwąchał, stwierdził, że prócz pieczonej wołowiny pachnie również ogórkową zupą.
Zupa ogórkowa to było jedno z jego najgorszych wspomnień. Kiedyś niechcący wylał cały talerz ogórkowej zupy na dywan. Tak, to prawda, że wspiął się łapami na stół. Ale wcale nie po ogórkową zupę, lecz po parówkę, która obok niej leżała. Pech chciał, że przysuwając parówkę, potrącił ten przeklęty talerz. Parówka została na stole, a talerz z zupą znalazł się na dywanie. Talerz zabił się na miejscu. Przed śmiercią zdążył tylko powiedzieć: "Brzdęk!", i już nie żył. Zupa z rozpaczy po nim rozlała się po całym dywanie. Pan nie chciał słuchać żadnych usprawiedliwień Ferdynanda i okazał się człowiekiem bezlitosnym. Nawet nie bardzo bolało, ale odtąd Ferdynand na wspomnienie ogórkowej zupy dostawał gęsiej skórki.
- Wołowina wołowiną - powiedział do siebie - a zupa ogórkowa zupą ogórkową. Nikt mnie na to nie nabierze. Chwała ci, mój nosie, że odkryłeś niebezpieczeństwo. Chętnie bym cię pocałował, gdybym tylko mógł się pocałować we własny nos.
Nos Ferdynanda godzien był tego bez wątpienia. Dowiódł tego zresztą za chwilę, gdy wśród wielu wypełniających ulicę zapachów wyłowił nagle urzekający swoim pięknem ledwo, ledwo jeszcze na razie wyczuwalny, oszałamiający zapach sztuki mięsa. To był jego ulubiony przysmak. Ferdynand skupił się, zdobył pewność, skąd zapach płynie, i powiedział:
- Nosie, prowadź!
Nosowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Nos również był bardzo głodny. Ruszyli naprzód. Zapach stawał się teraz z każdą sekundą mocniejszy. Nos przeszedł na drugą stronę ulicy, a zaraz za nim Ferdynand, ponieważ okazało się, że zapach ten właśnie stamtąd płynie. Zatrzymał się przed wielkimi oszklonymi drzwiami. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że to właśnie zza tych drzwi zapach ten się wydobywał. Tak, byli na miejscu. Ferdynand mimo woli zadarł głowę do góry. Nad drzwiami wielkimi neonowymi literami było wypisane: "JAK U MAMY".
- Nie mogliśmy lepiej trafić, mój nosie! - powiedział Ferdynand.
- Co tam jest napisane? - zapytał nos.
- Prawda! - krzyknął Ferdynand. - Zapomniałem, że ty nie umiesz czytać. "Jak u Mamy".
Nos aż kichnął z zadowolenia.
- Bardzo ładny napis, Ferdynandzie. Wchodzimy.
Ferdynand poprawił goździk w klapie, wypiął dumnie pierś do przodu i przez wielkie szklane drzwi, puszczając nos przodem, wszedł do środka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki