Wszystkie pory uczuć. Wiosna - Magdalena Majcher

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ewelina spojrzała w górę. Mogłaby przysiąc, że bezchmurne błękitne niebo przecięła właśnie chmara jaskółek. Nigdy nie odróżniała gatunków ptaków i nie przywiązywała do tego większej wagi, jednak tym razem bardzo chciała wierzyć, że na niebieskim firmamencie pojawiły się właśnie jaskółki. Nie od dziś wiadomo, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale już całe ich stado... Ewelina miała nadzieję, że nadchodzi wiosna. Wiosna od zawsze kojarzyła jej się z nowym życiem. Miała nadzieję, że to dobry znak.

Adrian wyjątkowo długo guzdrał się w samochodzie.

- Diesla trzeba schłodzić po trasie - mruknął pod nosem, próbując usprawiedliwić swoją niechęć do opuszczenia pojazdu.

Ale Ewelina wiedziała, że wcale nie chodzi o chłodzenie turbin w ich oplu. Adrian chodził jak struty od kilku dni. Właściwie od momentu, kiedy Ewelina odebrała telefon z ośrodka adopcyjnego. Wiedziała, że mąż się nie wycofał. On po prostu się bał, czy podołają. Sam nalegał na wizytę w ośrodku, przekonywał, że skoro to ich jedyny sposób na rodzicielstwo, muszą spróbować. Teraz Ewelina parła do przodu, a on jakby zwolnił. Dziewięcioletni chłopiec ze zdiagnozowanym alkoholowym zespołem płodowym? Oboje wiedzieli, z czym to się wiąże. Na warsztatach dla kandydatów na rodziców adopcyjnych szczegółowo omówiono wszystkie dysfunkcje, które mogą wystąpić u dzieci.

- W placówkach nie ma sierot! - przekonywała ich pani psycholog, marszcząc gniewnie czoło. - W domach dziecka umieszczane są dzieciaki z rodzin patologicznych. To są dzieci alkoholików, narkomanów. Mają zaburzenia funkcjonowania układu nerwowego, deficyty emocjonalne... Nie będzie łatwo, musicie mieć tego świadomość.

Ktoś z sali prychnął głośno.

- Chce nas pani zniechęcić do adopcji?

- Nie chcę rozczarowań - odpowiedziała wymijająco psycholog. - Proszę mi wierzyć, takie problemy się zdarzają, kiedy dzieci są oddawane. Czy są państwo w stanie sobie wyobrazić, jaki to dla nich dramat? Chcemy zapobiec podobnym sytuacjom, dlatego wprost mówimy, jak jest.

Ewelina westchnęła ze zniecierpliwieniem. Chciała już wejść do środka. Oddech przyspieszył, serce wybijało niespokojny rytm. Cała była jednym wielkim podekscytowaniem. Myśl, że być może za tymi drzwiami, w tym budynku czeka na nią jej dziecko, dodawała skrzydeł. Ewelina miała wrażenie, że gdyby tylko się postarała, potrafiłaby się wzbić wysoko, zupełnie jak te jaskółki, które, mogłaby przysiąc, widziała przed chwilą. Nie podzielała wątpliwości Adriana. Jasne, będzie trudno, ale najważniejsze było to, że w końcu otrzymali szansę na rodzicielstwo. Coś, co powinno być naturalne, przyznawane jakby z automatu. Niestety, to tak nie działało. Nie w ich przypadku.

- Chodź już, błagam cię. Nie wytrzymam dłużej tej niepewności! - ponaglała męża.

Skinął głową, wyłączył silnik i wyjął kluczyk ze stacyjki. Ewelina czekała na niego tuż obok samochodu. Z panią Marzeną z ośrodka adopcyjnego umówili się na szczęście już na miejscu, przed domem dziecka. Czuła się nieco zmęczona obecnością obcych ludzi, którzy zaglądali do ich życia, mieszkania i sypialni, by sprawdzić, czy nadają się na rodziców. Dlaczego nikt nie sprawdza kwalifikacji kobiet, które zachodzą w ciążę? Koleżanka, którą poznała w trakcie kursu, zadzwoniła ostatnio do Eweliny, aby pochwalić się, że syn jest już z nimi w domu i powoli uczą się funkcjonować w nowej, powiększonej rodzinie. Opowiedziała jej, że pracownica ośrodka towarzyszyła im nawet w drodze do domu dziecka, kiedy jechali na pierwsze spotkanie z chłopcem. Siedziała na tylnym siedzeniu i cały czas trajkotała, nie pozwalając przyszłym rodzicom po prostu pobyć w świecie własnych myśli.

Ewelina chciała, aby ta chwila była jak najbardziej intymna. Nie mogła urodzić swojego dziecka w jednoosobowej, komfortowej sali na bloku porodowym. Nie przeszła przez wszystkie etapy porodu. Nie odeszły jej wody, nie rozwarła się szyjka. Została tego bezpowrotnie pozbawiona. Nie będzie pierwszego kontaktu skóra do skóry, tata symbolicznie nie przetnie pępowiny. Wiedziała, że jej poród będzie do bólu oficjalny. Formalności, dokumenty, rozmowa z dyrektorem domu dziecka, pedagogiem, psychologiem, pielęgniarką. Dopiero wtedy pozwolą jej zobaczyć dziecko. A to wszystko w towarzystwie pracownika ośrodka adopcyjnego, który bacznie będzie śledził każdy gest, słuchał każdego słowa. Nie zniosłaby obecności obcej osoby w samochodzie w drodze na "porodówkę". Dlatego poprosiła, aby spotkali się na miejscu.

Adrian, gotowy stawić czoła sytuacji, wysiadł w końcu z samochodu i podszedł do żony. Złapał ją mocno za rękę i z nie do końca przekonującym uśmiechem pociągnął delikatnie w stronę wejścia do budynku. Na dole czekała już na nich pani Marzena z ośrodka. To właśnie z nią odbyli wstępną rozmowę, podczas której zdecydowali się złożyć wszystkie dokumenty i rozpocząć proces kwalifikacji na rodziców adopcyjnych. Od tamtego spotkania do tej wizyty w domu dziecka minął prawie rok. Ale droga Eweliny i Adriana do upragnionego rodzicielstwa była o wiele, wiele dłuższa.

- Dzień dobry, cieszę się, że państwa widzę. - Kobieta sprawiała wrażenie autentycznie uradowanej. - Wszyscy już na nas czekają! Są państwo gotowi?

Adrian tylko skinął głową, Ewelina zdobyła się na grzecznościowe powitanie i jakiś banalny komentarz na rozładowanie atmosfery. Zaciekawiona rozejrzała się wokół. Korytarz wydawał się czysty, chociaż dawno nieodnawiany. Tu i ówdzie ze ścian odprysnęła farba, a stara wykładzina czasy świetności miała już dawno za sobą. Żarówka migała, sygnalizując, że zaraz się przepali, ale nikt nie zaprzątał sobie nią głowy. Gdzieś z głębi budynku docierał wzburzony głos opiekuna i śmiechy dzieci.

- Proszę za mną! - W głosie Marzeny było coś takiego, że Ewelina przypuszczała, iż jeszcze nie znalazł się taki, który śmiałby się jej sprzeciwić.

Oboje bez zająknienia wykonali jej prośbę. Podążyli za kobietą w stronę ciemnych drzwi, na których wisiała sfatygowana tabliczka z napisem "Gabinet dyrektora".

- Zazwyczaj ten pierwszy kontakt z dzieckiem następuje w gabinecie dyrektora lub w pokoju odwiedzin - poinformowała ich pracownica ośrodka, odpowiadając na niezadane pytanie.

Zapukała delikatnie i nie poczekawszy na zaproszenie, weszła do środka, a Ewelina i Adrian podążyli jej śladem. W prawym rogu pomieszczenia stał duży prostokątny stół, przy którym siedziały trzy kobiety i jeden mężczyzna. Kiedy drzwi się otworzyły, wszyscy z zainteresowaniem spojrzeli na nowo przybyłych. Ewelina miała niemiłe wrażenie, że właśnie została oceniona przez tych ludzi. Mogła mieć tylko nadzieję, że oględziny wypadły pomyślnie.

- Dzień dobry - odezwała się, głośno przełykając ślinę.

- Dzień dobry - zawtórował jej mąż.

Pani Marzena uśmiechnęła się do nich zachęcająco. W ich stronę z wyciągniętą ręką ruszyła niska, szczupła kobieta, ubrana dość nieformalnie. Ewelina od razu poczuła do niej sympatię. Źle by się czuła, gdyby pracownicy domu dziecka okazali się sfiksowani na punkcie przestrzegania zasad dress code'u. Chciała poznać swoje dziecko w swobodnej atmosferze. Białe koszule kojarzyły jej się z urzędnikami.

- Witam serdecznie, nazywam się Jolanta Adamska i jestem dyrektorką tego domu dziecka. - Kobieta zdecydowanie uścisnęła Ewelinie rękę, czym wprawiła ją w konsternację. Nie przypuszczała, że tak drobna osóbka może mieć tak mocny uścisk.

- Adrian Bartecki, miło mi - wymamrotał Adrian, wyciągając w stronę dyrektorki otwartą dłoń.

Ewelina odpowiadała tylko wymuszonymi grymasami, które w zamyśle miały być uśmiechami. Stres zżarł ją w jednej chwili. Schowała trzęsące się ręce do kieszeni płaszcza, oddychając głęboko. Miała ochotę usiąść w kącie i płakać. Z radości, z żalu, ze zmęczenia, z bólu. Chciała wierzyć, że właśnie nadszedł kres jej problemów, że od tej chwili niemożność urodzenia dziecka przestanie być tym, co ją definiuje. Już nie będzie niepełną, wybrakowaną kobietą. Będzie matką! Tego musiała się trzymać. To nie była dobra chwila, żeby siąść i się załamać. Żadna nie jest odpowiednia, ale ta była najgorsza z możliwych. Upragnione rodzicielstwo czekało za następnym zakrętem. W tym budynku. Musiała tylko dobrze wypaść na spotkaniu... A jednak samotna łza była zbyt nieposłuszna i popłynęła, wyżłabiając ślad w starannie nałożonym makijażu.

- Przepraszam, ja... - zaczęła, ocierając ją.

Jolanta Adamska położyła jej dłonie na ramionach i spojrzała głęboko w oczy. W pierwszym odruchu Ewelina miała ochotę uciec. Nie podobało jej się, że obca kobieta pozwala sobie na takie gesty, jednak słowa dyrektorki sprawiły, że w jej sercu rozlało się ciepło.

- Proszę się nie przejmować, ja już nie takie rzeczy widziałam! Pani Ewelino, poprawiamy koronę i zasuwamy! - Potrząsnęła nią delikatnie. - To są ogromne emocje, zarówno dla was, jak i dla nas, proszę mi zaufać! Będą łzy, będzie śmiech, to normalne! To jest chwila dla was, my jesteśmy tu po to, żeby pomóc wam podjąć decyzję. Pani jest mamą i to zrozumiałe, że tak bardzo to wszystko pani przeżywa. Zaraz wysłucha pani informacji o swoim synu, pozna Piotrka... - urwała.

Pani jest mamą.

Ewelina schowała twarz w dłoniach i roześmiała się głośno. Nie panowała nad emocjami, ale najwyraźniej wcale od niej nie oczekiwano, że będzie inaczej. Ta kobieta powiedziała jej, że jest mamą! Ma-mą!

- W porządku. - Wypuściła głośno powietrze. - Możemy zaczynać! Przepraszam, że...

- Proszę nie przepraszać! - Dyrektorka wbiła w nią twarde spojrzenie. - Chciałabym państwu przedstawić moich pracowników. To jest Sebastian Rodzeń, wychowawca i opiekun prawny Piotrka. On zna go najlepiej.

Wysoki, barczysty mężczyzna spojrzał na nich z sympatią i wyciągnął dłoń na powitanie.

- Pozwoliłam sobie jeszcze zaprosić Janinę Piskorek, naszą pielęgniarkę, która jak nikt inny orientuje się w problemach zdrowotnych naszych podopiecznych, oraz psycholog sprawującą opiekę nad wychowankami placówki Alinę Kowalczuk... - wyliczała dyrektor, a Ewelina i Adrian próbowali za nią nadążyć. W końcu się poddali, uznając, że personalia tych osób nie są im do niczego potrzebne.

Adrian wbił spojrzenie w wychowawcę Piotrka. Zdziwiło go, że opiekunem dziecka jest mężczyzna. Zawsze mu się wydawało, że w domach dziecka pracują głównie kobiety. Ta praca kojarzyła się z typowo kobiecym zajęciem, a tu, proszę, facet. Adrian sam nie potrafił rozstrzygnąć, jaki ma do tego stosunek. Zresztą nie było już czasu na roztrząsanie błahostek, gdyż dyrektorka wskazała Ewelinie i Adrianowi miejsca siedzące i zapytała, czy mają ochotę na coś do picia. Dopiero teraz Ewelina zwróciła uwagę na leżące na stole dokumenty. Wiedziała już, co znajduje się w teczce. Pracownica ośrodka uświadomiła ich wcześniej, jak będzie przebiegać takie spotkanie. Tuż obok Eweliny toczyła się grzecznościowa wymiana zdań, a ona miała ochotę krzyknąć: "Dajcie mi tę kartę, chcę wiedzieć wszystko o swoim dziecku!". Musiała jednak czekać. Znów czekać! Ostatnie miesiące jej życia były naznaczone czekaniem. Miała go po dziurki w nosie!

- Może jednak kawy? - Z zamyślenia wyrwał ją głos Adamskiej.

- Nie, naprawdę, dziękuję, nie trzeba! Nie piję kawy, a mąż wypił przed wyjściem - wytłumaczyła się Ewelina, podnosząc wzrok na dyrektorkę, która wciąż kręciła się po pokoju. Pomieszczenie było duże, Ewelina pomyślała, że spokojnie pomieściłoby dwa, a nawet trzy tego typu gabinety.

- Nie pije pani kawy? - zdziwiła się Jolanta. - To jak pani, przepraszam, funkcjonuje?

- Jakoś daję sobie radę, a kawa po prostu mi nie smakuje. - Ewelina wzruszyła ramionami. - Kiedyś, jeszcze jako młoda dziewczyna, pracowałam w knajpie jako kelnerka i zdarzało mi się podczas nocnej zmiany wypić kawę, ale nigdy za nią nie przepadałam.

- A czym się pani teraz zajmuje?

Punkt dla Adamskiej. Pani Marzena ostrzegała, że w domu dziecka odbędą kolejną z serii rozmów kwalifikacyjnych, ale dyrektorka rozegrała to całkiem sprawnie. Temat wyniknął poniekąd naturalnie.

- Pracuję w prywatnej klinice, asystuję przy zabiegach chirurgicznych i tych z zakresu medycyny estetycznej - wyjaśniła Ewelina takim tonem, jakby wygłaszała wyuczoną kwestię. - Ukończyłam pielęgniarstwo. A mój mąż jest górnikiem.

- O! - Usta Jolanty ułożyły się w kształt samogłoski, która się z nich wyrwała. - To ciekawe!

Na początku procesu kwalifikacyjnego Ewelina bała się, że zawód jej męża może się okazać powodem do odrzucenia ich kandydatury. W końcu jest obarczony większym ryzykiem niż, dajmy na to, praca sprzedawcy w sklepie czy nauczyciela, ale okazało się, że zajęcie Adriana przemawia na jego korzyść. Praca w kopalni dawała gwarancję ciągłości zatrudnienia i - co za tym idzie - dochodów. Mimo że czasy, kiedy górnicy byli nie do ruszenia, dawno już minęły, ten zawód nadal kojarzył się z dobrobytem i stabilizacją.

- Zawsze zastanawiałam się, kto korzysta z usług klinik medycyny estetycznej - wyznała Adamska.

- Cóż... - zawahała się Ewelina - klienci są przeróżni! Zdaję sobie sprawę, że pacjentów naszej kliniki postrzega się dość, hm... stereotypowo. Ale nic bardziej mylnego! - W końcu poczuła się swobodniej. Lubiła opowiadać o swojej pracy. Poznała w niej naprawdę fascynujących ludzi. - Jasne, zdarzają się klientki, które od nadmiaru botoksu mają problem ze swobodnym uśmiechaniem się czy mruganiem, ale nasi lekarze kierują się w pracy nie chęcią zarobku, ale przede wszystkim poczuciem estetyki. Zależy im na naturalnych efektach przeprowadzanych zabiegów. Czasem po prostu... - zrobiła pauzę, zastanawiając się nad doborem słów - no, zdarza się, że odmawiają wykonania usługi.

- Coś takiego! - Dyrektorka cmoknęła ustami. Wszyscy pozostali milczeli, bacznie przysłuchując się rozmowie obu kobiet. Adrian ściągnął kurtkę. Rozglądał się za wieszakiem i zastanawiał, dlaczego nikt, do diabła, nie wziął od nich płaszczy. - Kiedyś nawet myślałam o takim zabiegu, no, przyzna pani sama, że perspektywa odmłodzenia się o kilka lat kusi, ale... Jakoś ten botoks, jak sama pani zauważyła, źle się kojarzy!

- A niesłusznie, bo skutecznie usuwa zmarszczki mimiczne. Poza tym mamy w ofercie też inne, minimalnie inwazyjne zabiegi... Nici liftingujące, mezoterapię bezigłową, ultradźwięki, plazmę... - Ewelina wymieniała na jednym wdechu. Nagle urwała, jakby przypominając sobie, z kim rozmawia. - W każdym razie zapraszam, na pewno załatwię jakiś rabat!

- Jak się w końcu zdecyduję, na pewno skorzystam! - Dyrektorka machnęła ręką. - Jak zdążyłam się zorientować, mieszkają państwo w Katowicach, prawda?

- Tak. - Do rozmowy wtrącił się Adrian. - Obawialiśmy się, że przy wjeździe do Sosnowca poproszą nas o paszporty, ale na szczęście udało się dotrzeć bez większych przygód.

Uwaga Adriana rozładowała napięcie, które unosiło się pod sufitem. Swoją drogą, zauważyła w myślach Ewelina, sufit w tym pomieszczeniu był w o wiele lepszym stanie niż w pozostałej części budynku. Cały gabinet prezentował się zresztą korzystniej.

- Czy w pobliżu miejsca państwa zamieszkania znajduje się szkoła? Przychodnia? Park? - Jolanta przybrała nieco bardziej oficjalny ton.

- Tak, tak, oczywiście! - zapewniła gorliwie Ewelina. - W odległości dwustu, może trzystu metrów jest duży park z placem zabaw. Niedaleko znajdują się też kino, sala zabaw, szkoła... - Spojrzała w oczy dyrektorce. - Naprawdę jesteśmy w stanie zapewnić chłopcu godne warunki. Mieszkanie jest przestronne, słoneczne... - urwała, bo poczuła się głupio. Przecież dyrektorka z pewnością o tym wszystkim wiedziała.

Jolanta zawahała się. Zastygła na chwilę w bezruchu, po czym spojrzała na Sebastiana, który w mig zrozumiał jej intencje i odchrząknął znacząco, czym zwrócił na siebie uwagę Barteckich.

- Jesteśmy przekonani, że pracownicy ośrodka szczegółowo sprawdzili państwa sytuację mieszkaniową, życiową, materialną... - zwrócił się do Eweliny i Adriana, łącząc koniuszki palców obu dłoni w piramidę. - Ale żeby przyjąć do domu dziecko takie jak Piotrek... Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja chcę dla tego chłopaka jak najlepiej. Przeżył już niejedno rozczarowanie...

- Biedny chłopak! - wyrwało się Ewelinie.

- Nie jesteśmy ludźmi, którzy rzucają słowa na wiatr - wtrącił Adrian.

- Wszyscy tak twierdzą... - mruknął Sebastian.

- Chodzi o to - weszła mu w słowo Jolanta - że deficyty Piotrka są naprawdę... znaczne. To jest trudne dziecko ze straszną przeszłością. Tylko kuracja witaminą M może wyprowadzić go z tych opóźnień i zaburzeń...

Adrian i Ewelina spojrzeli na siebie, ale ze swoich twarzy wyczytali to samo - oboje nie mieli najmniejszego pojęcia, o czym mówi dyrektorka.

- Witamina M. M jak miłość. Miłość rodziców - wytłumaczyła Adamska.

Nie zdążyli zareagować, gdyż wychowawca Piotrka zaczął swój monolog.

- Kiedy Piotrek przyszedł na świat, miał we krwi ponad promil alkoholu! Lekarze rozpoczęli walkę o jego życie, równocześnie powiadomiono sąd rodzinny. - Sebastian wyraźnie emocjonował się historią swojego podopiecznego. - Jego matka, no cóż... Była już znana opiece społecznej. To wychowanka domu dziecka, sama pochodziła z patologicznej rodziny, wpadła w pewien schemat. Ona... - urwał i spojrzał na Ewelinę i Adriana, jakby chciał sprawdzić, jakie wrażenie wywołały na nich te informacje. Oboje wpatrywali się w niego niecierpliwie, chłonąc każde słowo. - Ona chyba nie potrafiła inaczej. W każdym razie sąd rodzinny wysłał zapytanie do opieki społecznej, a im osoba matki Piotrka nie była obca. Nie odebrano jej praw do dziecka, zdecydowano się na ich ograniczenie. To była chyba terapia szokowa dla tej kobiety, bo zaczęła się starać. Podjęła leczenie odwykowe, po jakimś czasie dziecko wróciło do domu. Byli pod nadzorem kuratora, który szybko zorientował się, że matka znów leci w dół i... Piotrek wrócił do ośrodka. Taka sytuacja powtarzała się trzykrotnie, zanim sąd zdecydował o całkowitym pozbawieniu matki praw rodzicielskich.

W gabinecie zapadła cisza. Ewelina powinna myśleć o biologicznej matce Piotrusia ze złością, w końcu to ona była winowajczynią deficytów dziecka. To ona sprowadziła na niego ten los! To przez nią chłopiec dorastał w ośrodku opiekuńczo-wychowawczym, nie znając ciepła rodzinnego domu. Ewelina jednak nie potrafiła się na nią złościć, mimo iż, jak wiedziała, płodowy zespół alkoholowy to jedyny zespół wrodzonych wad, któremu można zapobiec. Wystarczy nie pić alkoholu w ciąży. To przecież tylko dziewięć miesięcy, można się powstrzymać przez tak krótki czas. A mimo to w Polsce rodzi się więcej dzieci z alkoholowym zespołem płodowym niż z zespołem Downa. W tej chwili jedyne, co Ewelina czuła wobec matki Piotrka, to współczucie.

- Zmarła trzy i pół roku temu - oznajmił beznamiętnie Sebastian.

Ewelina z głośnym jękiem wypuściła z siebie powietrze, które trzymała w płucach stanowczo zbyt długo.

- A ojciec? Co z nim? - zainteresował się Adrian.

- Ojciec Piotrka jest nieznany, więc dziecko już od dłuższego czasu ma uregulowaną sytuację prawną - wyjaśniła dyrektorka.

- Dlaczego nadal jest w ośrodku? Podobno w dzisiejszych czasach to rodzice czekają na dziecko, a nie odwrotnie... - Spojrzał znacząco na panią Marzenę, jakby sugerując, kto podał mu taką informację.

- Zgadza się, tylko że dziecka w tym wieku, z takimi deficytami po prostu nikt nie chciał - odezwała się po raz pierwszy psycholog Alina Kowalczuk, przyciągając uwagę zebranych. Natychmiast pokryła się krwistoczerwonym rumieńcem, a Ewelina pomyślała, jak to możliwe, że tak wstydliwa osoba wybrała zawód, w którym bezustannie ma się kontakt z drugim człowiekiem.

Zapadła dłuższa cisza. Zebrane w gabinecie osoby przetrawiały wypowiedziane przez psycholożkę słowa. Co to za świat, w którym dziecko jest niechciane z uwagi na wiek czy choroby? Właśnie dlatego na pytanie: "O jakim dziecku państwo myślą?", które padło podczas pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym, Ewelina i Adrian odpowiedzieli: "O każdym".

- A... - zaczęła Ewelina, ale najwyraźniej zabrakło jej odwagi. - A FAS1? - dokończyła bezgłośnie. Tylko z ruchu jej warg rozmówcy mogli wyczytać, o co pytała.

- Nie wiem, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategoriach szczęścia, ale... - zaczęła ostrożnie dyrektorka - zazwyczaj dzieci z płodowym zespołem alkoholowym nie są prawidłowo zdiagnozowane. Proszę zwrócić uwagę, że przeważnie rodzą się one w rodzinach patologicznych, w których świadomość istnienia pewnych deficytów jest niewielka... Poza tym na pewno państwo wiedzą, że FAS jest konsekwencją spożywania alkoholu przez matkę - zauważyła, a Ewelina i Adrian potwierdzili skinieniem głowy. - Która kobieta przyznałaby się, że piła w ciąży? Zazwyczaj zdecydowanie zaprzeczają, ale matka Piotrka... no cóż, urodziła dziecko, będąc pod wypływem alkoholu. Poza tym chłopiec miał typowe dla płodowego zespołu alkoholowego cechy morfologiczne: anomalie w budowie twarzy, wadę serca, i dlatego - zastukała palcami w blat stołu - dość szybko postawiono właściwą diagnozę. Inne dzieci nie mają tego "szczęścia". - Przy ostatnim słowie poruszyła palcami wskazującym i środkowym obu dłoni, dając do zrozumienia, że to ironia.

- A jak on się później rozwijał? Jak sytuacja wygląda dzisiaj? Czy jest pod opieką specjalistów? - Ewelina miała mnóstwo pytań.

Wprawdzie otrzymała podstawowe informacje w ośrodku adopcyjnym, ale chciała usłyszeć o wszystkim od ludzi, którzy najlepiej znali Piotrka, którzy przebywali z nim na co dzień. Towarzyszyła jej refleksja, że mówią jej za mało, a ona chce wiedzieć o swoim dziecku więcej, więcej i więcej! Każdą informację chłonęła nie tylko uszami, ale też skórą.

- To może pani Janina... - Jolanta przekazała pałeczkę pielęgniarce. Ta tylko kiwnęła głową i beznamiętnie spojrzała na Ewelinę i Adriana.

- Chłopiec od początku rozwijał się wolniej od rówieśników, późno zaczął siadać, chodzić, mówić - wyliczała. - Kiedy był w ośrodku, staraliśmy się zapewnić mu jak najlepsze warunki rozwoju, ale proszę też zrozumieć naszą sytuację... Mamy pod opieką nie jedno czy dwoje dzieci, dlatego zawsze powtarzam, że dzieciaki najlepiej się rozwijają, kiedy znajdą dom, trafią pod czułą opiekę rodziców. - Pielęgniarka wzięła do ręki dokumenty i wyciągnęła je w stronę Eweliny i Adriana. - Piotrek ma duże problemy z nauką i pamięcią krótkotrwałą. Dodatkowo trochę u niego na bakier z integracją sensoryczną, ma liczne zaburzenia w odczuwaniu bodźców, skoliozę, ograniczenia ruchomości stawów... Cały czas jest pod opieką genetyka i neurologa, jeździmy z nim na okresowe kontrole. - Wręczyła im dokumenty. - Jako mały chłopiec miał wprowadzone wczesne wspomaganie, teraz pozostają głównie wizyty u psychologa i ciągła praca z dzieckiem.

- Psychoterapię z dzieckiem nieopóźnionym w rozwoju zaczyna się właśnie około dziesiątego roku życia, ale podejrzewam, że w przypadku Piotrka nastąpi to nie wcześniej niż w wieku trzynastu, może piętnastu lat - wtrąciła psycholog. - Na razie w grę wchodzą przede wszystkim zajęcia motoryczne, trening relaksacyjny.

Ewelina i Adrian skinęli głowami, zaznaczając, że przyjęli wszystko do wiadomości.

- Chłopiec lubi czytać - wtrąciła dyrektorka, jakby to była najważniejsza informacja o dziecku.

- Czytać to może zbyt wielkie słowo. - Sebastian się zmieszał. - Wodzi wzrokiem po tekście, ogląda ilustracje. Kilka razy przewertował już w ten sposób całą książkę, bardzo lubi Harry'ego Pottera, oczywiście to wydanie z ilustracjami... - urwał. - Dzieci z FAS rozumieją wszystko bardzo dosłownie, nie potrafią wyłapywać z tekstu czy rozmowy pojedynczych informacji...

- To karta Piotrka, tak? - przerwała mu Ewelina, wpatrując się we wręczony przez pielęgniarkę dokument.

- Zgadza się, to jego karta osobowa - wyjaśniła Janina. - Tam znajdują się wszystkie informacje o Piotrku...

Zapadła cisza. Pracownicy domu dziecka i pani Marzena postanowili dać rodzicom czas na zapoznanie się z dokumentem. Ewelina i Adrian starannie śledzili tekst. Dane dziecka, dane rodziców, sytuacja prawna, opiekun prawny, stosunek dziecka do przysposobienia, rodzeństwo dziecka...

- Właśnie - zwróciła uwagę Ewelina. - Rozumiem, że Piotrek nie ma rodzeństwa?

- Z tego, co wiemy, nie. Matka miała tylko jego, a ojciec...

- Rozumiem.

Opis pobytu w placówce, stan zdrowia i rozwój dziecka... Tu Ewelina zatrzymała się na dłużej. Ciąża, poród, aktualny stan zdrowia, badania specjalistyczne. I wszędzie ten FAS. Na Boga, czy ta kobieta nie wiedziała, że systematycznie wtacza w krew swojego nienarodzonego dziecka truciznę? Kiedy zadzwonił telefon i Ewelina dowiedziała się, że jest dla niej dziecko, chłopiec z płodowym zespołem alkoholowym, nie spała przez całą noc. Przeczytała w sieci wszystko, co tylko napisano o FAS. Dysponowała też wiedzą z prowadzonych przez ośrodek adopcyjny warsztatów. Jedno spotkanie dotyczyło zaburzeń, z jakimi mogą spotkać się u dzieci. Wiedziała, że alkohol ma bardziej toksyczne działanie na płód niż jakikolwiek narkotyk. Czy matka Piotrka nie miała tej świadomości? A może po prostu była tak zobojętniała, tak bardzo potrzebowała wódki, że nie zaprzątała sobie tym głowy? Polskie prawo w żaden sposób nie reguluje kwestii spożywania alkoholu w ciąży. Pijące ciężarne pozostają bezkarne, ale przecież istnieje jeszcze coś takiego jak prawo moralne. Matka nie powinna wyrządzać takiej krzywdy swojemu nienarodzonemu dziecku...

- Chyba wszystko jest jasne. - Adrian w końcu przerwał przedłużającą się ciszę.

- Czy państwo są gotowi nawiązać kontakt z dzieckiem? - zapytała oficjalnie dyrektorka, a serce Eweliny wykonało piruet.

Tak, tak, tak! Byli gotowi! Czekali na tę chwilę od wielu, wielu miesięcy, które dłużyły się w nieskończoność.

- W takim razie pójdę po Piotrka - zaproponowała psycholog.

Ewelina wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknęła Alina, a w których za chwilę miał się pojawić Piotrek. Była przekonana, że bicie jej serca jest słyszalne nie tylko dla wszystkich zebranych w tym pokoju, ale też w całym budynku. Ba! W całej dzielnicy, mieście, województwie! Czekała. Ale tym razem wiedziała, że od upragnionego szczęścia dzielą ją co najwyżej minuty.

ROZDZIAŁ 1

Rok przed spotkaniem w domu dziecka

Ewelina opadła z głośnym jękiem na skórzany fotel. Tego dnia mieli zaplanowany jeszcze jeden zabieg, ale do przyjścia pacjentki zostało pół godziny. Mogła złapać oddech i zjeść obiad, który dawno zdążył wystygnąć. Odkąd Angelika poszła na macierzyński, Ewelina pracowała w klinice na dwa etaty, chociaż oczywiście otrzymywała wynagrodzenie za jeden. Zastępowała koleżankę w recepcji i nadal wykonywała swoją pracę, asystując przy bardziej skomplikowanych zabiegach, które wymagały obecności drugiej, oprócz lekarza, osoby. Podejrzewała, że słynący z pazerności i skąpstwa właściciel kliniki nawet nie zaczął szukać pracownika na zastępstwo, chociaż utrzymywał, że nie ma chętnych do pracy. Angelika... No właśnie. Ewelinie wydawało się, iż już dawno pogodziła się z myślą, że nigdy nie zostanie mamą. Jednak każda kolejna ciąża czy narodziny dziecka wśród jej znajomych sprawiały, że popadała w marazm i zobojętnienie. "Po co to wszystko?", myślała. Kiedyś wierzyła, iż można wieść udane życie, nie mając dziecka, lecz z roku na rok utwierdzała się w przekonaniu, że jej codzienność jest pozbawiona większego sensu, a małżeństwo z Adrianem... w porządku, jest udane, ale brakuje mu tego ukoronowania miłości. Tej wisienki na torcie. Dziecka.

Myśl o Adrianie skłoniła ją, aby sięgnąć do torebki i sprawdzić telefon. Nic z tego. Żadnych nieodebranych połączeń i nieodczytanych wiadomości. Bała się. Tak bardzo się bała. Już raz przez to przechodziła. Nie przeżyłaby tego po raz drugi. Nie teraz, kiedy trafiła w końcu na człowieka, który ją rozumiał. A może tak jej się tylko wydawało...

Wahała się przez kilka sekund. Przejrzała listę ostatnio wybieranych numerów i wybrała trzecie od góry imię. Po chwili czekała już na połączenie.

- No, cześć, kochanie! Jak mija dzień? - rozległ się głos Adriana, a ona głośno odetchnęła z ulgą. Nie usłyszała w nim rozczarowania czy wyrzutu. Brzmiał całkowicie normalnie. Gdyby nie wczorajsza kłótnia, która stanowiła niezbity dowód pogarszającej się w ich domu atmosfery, pomyślałaby, że uroiła sobie wszystkie problemy.

- Cześć, stęskniłam się za tobą - przyznała zgodnie z prawdą. Rozejrzała się niespokojnie wokół. Nie lubiła prowadzić osobistych rozmów w pracy i zawsze obawiała się, że ktoś postronny usłyszy o kilka słów za dużo. Bardzo strzegła swojej prywatności. - Wyobraź sobie, że dopiero teraz mam chwilę, żeby zjeść obiad!

- Nie narzekaj, przynajmniej nie dłuży ci się czas w pracy. Zawsze się żaliłaś, że pomiędzy zabiegami się nudzisz, więc szef zadbał o twoje dobre samopoczucie - zauważył ze śmiechem.

- Niech on już lepiej nie dba o moje samopoczucie!

- Chętnie się o nie zatroszczę dzisiejszego wieczoru... - Ewelina mogłaby przysiąc, że w głosie Adriana zabrzmiała nuta namiętności. To wystarczyło, aby zrobiło jej się gorąco! Kiedyś seks kojarzył jej się tylko z niepomyślnymi próbami poczęcia dziecka. Ale to było w innym, poprzednim życiu. Ewelina sobie z tym poradziła. Naprawdę sobie poradziła! Tylko czasem, kiedy dostawała okresu albo kiedy kolejna koleżanka obwieszczała, że spodziewa się dziecka... wtedy sobie nie radziła. Przez chwilę. Tylko przez chwilę. Powracało znajome ukłucie żalu i poczucie pustki pod sercem. "Jestem jałowa", wyrzucała sobie. Adrian doskonale zdawał sobie sprawę z wątpliwości żony, dlatego wieczorem udowadniał jej w łóżku, że wbrew temu, co sama o sobie myślała, jest bardzo kobieca. I bardzo, ale to bardzo go pociąga.

- Umówiłam się z Agatą na drinka - przypomniała mu, wachlując się teczką z dokumentami którejś z pacjentek.

- Ale chyba nie wrócisz bardzo późno? Mogę na ciebie poczekać - zasugerował znacząco.

- Adrian... - zawahała się. Wiedziała, że nie powinna przeprowadzać takich rozmów przez telefon, ale tak było łatwiej. Zresztą poprzedniego wieczoru dyskutowali o tym na żywo i co z tego wyszło? Niepotrzebna kłótnia. - Nie jesteś na mnie zły?

Cisza. Tego Ewelina obawiała się najbardziej. Było miło, a ona jak zwykle popsuła atmosferę.

- Możesz już sobie nie zaprzątać głowy wczorajszą różnicą zdań? Było, minęło - odpowiedział w końcu, ale Ewelina wiedziała, że jest spięty. Słyszała to w jego głosie. - Oboje chyba powiedzieliśmy o kilka słów za dużo. Cieszę się, że umówiłaś się na dziś z Agatą. Musisz nabrać dystansu i...

- Miałam naprawdę dużo czasu, żeby nabrać dystansu. Kilka lat - weszła mu w słowo. Wiedziała, że jest wobec niego niesprawiedliwa. Przecież ją wspierał! Rozumiał ją! Ale... czy naprawdę można zrozumieć drugiego człowieka w takiej sytuacji? To nie on był winien. Mógł w każdej chwili odejść i mieć dziecko z inną kobietą. Tak jak Bartek. To zrozumiałe, że Ewelina żyła w ciągłym lęku i mimo że ufała Adrianowi, to i tak... nie potrafiła zaufać mu do końca. Tak, tak. Nieźle to wszystko pokręcone.

- Kocham cię, wiesz o tym, prawda?

- Też cię kocham! - Uśmiechnęła się bardziej do siebie niż do niego, bo przecież przez telefon nie mógł zobaczyć tego grymasu, który pojawił się na jej twarzy. - Widzimy się wieczorem, prawda?

- Do zobaczenia, pa!

Rozłączyła się i spojrzała na zegarek. Kolejna pacjentka miała się zjawić za piętnaście, może dwadzieścia minut. Postanowiła wykorzystać ten czas i w końcu zjeść obiad, chociaż pora obiadowa już dawno minęła. Otworzyła pudełko, które przed kilkoma godzinami przyniósł dostawca z lokalnego bistro, i oceniła jego zawartość. Nie lubiła jedzenia odgrzewanego w mikrofalówce, dlatego zaryzykowała i postanowiła zjeść na zimno makaron z kurczakiem, serem i brokułami. Nie smakowało może tak dobrze, jak na ciepło, ale nie miała czasu, aby wybrzydzać. Nie zdążyła połknąć ostatniego kęsa, kiedy odezwał się domofon. Przyszła ostatnia tego dnia pacjentka.

Ewelina nikomu by się do tego nie przyznała, ale miała w zwyczaju obserwować klientki kliniki i zastanawiać się, kim są i jakie życie prowadzą. Ceny za zabiegi wcale nie były niskie, dlatego ze zrozumiałych względów pacjentkami były głównie kobiety o zasobnych portfelach. Czy były przez to szczęśliwsze? Ewelina byłaby skłonna zaryzykować, że niekoniecznie. Nie pieniądze decydowały o szczęściu czy nieszczęściu człowieka, chociaż podobno o niebo lepiej płacze się w mercedesie niż w autobusie.

Pacjentka była zapisana na zabieg lipolizy iniekcyjnej. Ewelina dość sceptycznie podchodziła do wszystkich rewelacji medycyny estetycznej, uważała, że najlepszym sposobem na pozbycie się tłuszczu jest po prostu ograniczenie spożycia wysokokalorycznych produktów i aktywność fizyczna, jednak musiała przyznać, że od jakiegoś czasu naukowcy z coraz lepszym skutkiem prześcigali się w wynajdowaniu mało inwazyjnych, innowacyjnych metod redukcji tkanki tłuszczowej. Jedną z najnowszych było ostrzyknięcie miejscowych otłuszczeń preparatem o właściwościach rozbijających komórki tłuszczowe. Pacjentki zarzekały się, że to działa, ale Ewelina wciąż pozostawała nieufna.

- Ewelino, na początek proszę przygotować jedną ampułkę preparatu - poprosił ją doktor Kolski, z którym najbardziej lubiła współpracować. Sama nie wiedziała dlaczego, po prostu wzbudzał w niej ciepłe uczucia. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych lekarzy kliniki nie zadzierał nosa i nie traktował osób spoza personelu lekarskiego jak ludzi niższej kategorii.

Zabieg był dość standardowy - pacjentka chciała wymodelować sobie brzuch. Procedura należała do stosunkowo prostych i krótkotrwałych, dlatego już po trzydziestu minutach zespół w osobach doktora Kolskiego i Eweliny zakończył pracę. Ewelina zdjęła fartuch i przebrała się w swoje codzienne ubrania. Do dziewiętnastej zostały jeszcze dwa kwadranse, jednak Kolski uznał, że nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tego dnia urwą się z pracy chwilę wcześniej.

- To świetnie się składa! - ucieszyła się. - Umówiłam się dziś z koleżanką w centrum. W takim razie napiszę jej, żeby była trochę wcześniej...

Doktor Kolski roześmiał się głośno.

- No ładnie! Ja ci pozwalam wcześniej wyjść z pracy, żebyś na skrzydłach miłości wracała do domu do męża, a tymczasem ty zamierzasz szlajać się po mieście! - Zmrużył oczy. Zmarszczki wokół nich uwydatniły się. Kolski niemal codziennie ostrzykiwał twarz którejś z pacjentek toksyną botulinową, jednak sam nie korzystał z dobrodziejstw dermatologii estetycznej. - A ładna ta koleżanka?

- Co też ci przychodzi do głowy? - Ewelina udała oburzenie.

- Myślałem, że załapię się na wyjście z pięknymi kobietami, ale widzę, że nie jestem mile widzianym gościem. - Mrugnął do niej znacząco.

Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że ją podrywa. Wiedziała jednak, że lekarz jest beznadziejnie zakochany w swojej żonie, która już jakiś czas temu wystawiła jego walizki za drzwi. Nie wiedziała, o co im poszło, ale po cichu kibicowała Kolskim. Kiedyś spotkała ich na imprezie firmowej i choć rozmawiała z żoną doktora tylko przez chwilę, uznała, że nie ma bardziej dobranej pary niż Radek i Ada. Szkoda, że tak się wszystko skomplikowało... Wierzyła jednak, że dopóki się nie rozwiedli, istniała jeszcze szansa, że do siebie wrócą.

- Lecę już, do widzenia, doktorze! - pożegnała się i wyszła na klatkę.

Kolski zaoferował, że tego dnia on zamknie klinikę. Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Po chwili była już na zewnątrz, gdzie przyjemny, choć jeszcze odrobinę chłodny wietrzyk oplatał jej ramiona. Słońce już zaszło za horyzont, ale ciemność nie zdążyła zapanować na ulicach. W półmroku dostrzegła pierwsze listki, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się na drzewach. Wiosna od zawsze była jej ulubioną porą roku. Uwielbiała, kiedy po zimowym letargu przyroda budziła się do życia. Chowała wtedy grube kurtki i kozaki głęboko do szafy, zakładała szpilki, zwiewną sukienkę i cienki płaszcz i z uśmiechem sunęła przez miasto. Aż chciało się żyć!

W drodze na spotkanie z Agatą rozglądała się z zaciekawieniem wokół. Zimą zawsze chowała się szczelnie za kapturem, spuszczała głowę i marzyła tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie znosiła mrozu i chłodu. Wiosną szła przed siebie z wysoko uniesioną głową, kontemplowała otoczenie, dostrzegała zmiany, jakie przez zimę dokonały się w jej mieście. Wciąż nie mogła wyjść z podziwu, jak bardzo Katowice zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Kiedyś kojarzone z szarością, brudem i spuścizną poprzedniej epoki, dziś aspirują do miana miasta nowoczesnego, podążającego z duchem czasu. Nieprzyjemny smog, który drażnił gardła zimą, dawno już opadł, oddając miejsce wiosennemu, świeżemu powietrzu. Ewelina zaciągnęła się tą wiosną, która nadeszła do miasta. "Idzie nowe!", pomyślała.

Agata czekała na nią przy wejściu do pubu Mały Kredens. Ewelina ucieszyła się na widok przyjaciółki, z którą nie widziała się od kilku tygodni. Odkąd Agata została mamą, narzekała na chroniczny brak czasu, a zorganizowanie wspólnego wyjścia okazało się wyzwaniem na miarę zaplanowania wyprawy na Mount Everest. Ewelina absolutnie nie miała o to żalu do koleżanki, przypuszczała, że gdyby sama była mamą, równie ciężko byłoby jej się wyrwać z domu. Poza tym... wymówki Agaty były jej na rękę. Dziwnie się czuła w towarzystwie przyjaciółki, odkąd ta zasiliła grono młodych mam.

- O mój Boże, wyszłam do ludzi! - wrzasnęła Agata, kiedy tylko zobaczyła Ewelinę, nie zdobywając się nawet na powitanie. - Tak stoję tu, czekam na ciebie, przyglądam się ludziom i... aż nie mogę w to uwierzyć, że ja dzisiaj też idę na imprezę!

Ewelina parsknęła niepohamowanym śmiechem.

- A jeszcze niedawno to była dla ciebie normalka, co?

- Bez przesady! - oburzyła się Agata. - Nie mamy już przecież po dwadzieścia lat... To co, wchodzimy? - upewniła się, niepewnie zerkając za siebie.

W pubie właśnie zniknęło kilka młodych dziewczyn. Zbyt młodych, jeśli ktoś chciałby spytać Agatę o zdanie. Czy one w ogóle są pełnoletnie? Gdzie są ich rodzice? Ona z pewnością nie wypuści swojej córki na imprezę przed trzydziestką, co to, to nie!

- Wchodzimy. - Ewelina dyskretnie popchnęła przyjaciółkę w stronę wejścia do knajpy.

- O mój Boże! Czuję się jak dinozaur - mruknęła Agata, kiedy przeciskała się w stronę jednego z dwóch wolnych stolików. Z głośników płynęła cicha, spokojna muzyka, a kolorowe neony świeciły w nienatarczywy sposób, nie zakłócając widzenia.

- Przestań zwracać uwagę na innych ludzi! - upomniała ją Ewelina. - Siadaj tutaj! - Wskazała wolny stolnik, po czym szybko zajęła przy nim miejsce.

Agata rozejrzała się niepewnie i zawahała.

- No, nie wiem... Może znajdziemy coś w bardziej ustronnym miejscu?

- Jest piątek, zaraz nie wciśniesz tu nawet palca! Siadaj i nie marudź! Czego się napijesz?

Ewelina już studiowała kartę drinków. Przed wyjściem z pracy wzięła dwie tabletki no-spy, wiedziała, że nie powinna pić alkoholu, ale machnęła na to ręką. Zdawała sobie sprawę, że drotaweryna nie wchodzi w interakcję z alkoholem, i postanowiła zaryzykować, uznając, że wątroba wybaczy jej ten drobny grzech. Kiedy o tym pomyślała, odruchowo złapała się za płaski brzuch. Niech to szlag! Że też organizm postanowił sobie z niej zadrwić, czyniąc każdą owulację niezwykle bolesną. Jakby chciał zasygnalizować, że właśnie teraz, że może tym razem... Nic bardziej mylnego. Przestała zwracać uwagę na złudne impulsy wysyłane przez jej ciało. Zagryzała je tabletkami rozkurczającymi.

Zdecydowała się na pi?a coladę. Zamówiły drinki przy barze i po chwili wróciły do stolika ze szklankami wypełnionymi po brzegi kolorową zawartością.

- Jak mała przeżyła to, że wyszłaś z domu? - zapytała Ewelina.

- A wiesz, nie było tragedii, ale podejrzewam, że dramat się zacznie dopiero, jak Rafał zacznie ją usypiać... - Agata zachichotała znacząco. - Cóż, musi przejść chrzest bojowy! Nikt nie powiedział, że będzie łatwo!

- Jesteś okropna, wiesz o tym? - wysapała Ewelina, trzymając się za brzuch. Bynajmniej nie z bólu. - Podejrzewam, że maksymalnie za pół godziny odbierzesz telefon z błagalną prośbą: "Agata, ratuj!".

- Smartfon mi zaraz padnie - wyznała Agata z szerokim uśmiechem. - Zapomniałam naładować przed wyjściem z domu! Każdemu się może zdarzyć, prawda?

- Ależ oczywiście! Ja... - Ewelina wyraźnie spochmurniała. Zawahała się. Pociągnęła spory łyk drinka, po czym szczerze wyznała: - Muszę w końcu cię odwiedzić. Byłam u was tylko raz, jak mała miała dwa tygodnie, a teraz...

- Nie mam do ciebie żalu - zapewniła Agata, przykrywając dłoń przyjaciółki swoją ręką. - Przecież wiem, jak bardzo pragniesz mieć dziecko...

- To mnie nie tłumaczy! - weszła jej w słowo Ewelina. - Znamy się od lat, nie mogę cię unikać tylko dlatego... Przepraszam! Wiem, że jestem do dupy! Zawodzę wszystkich wokół. Bartka, ciebie, Adriana...

- Hola, hola, moja droga! - zaoponowała Agata, posyłając przyjaciółce gniewne spojrzenie. - Dlaczego w ogóle rozmawiamy o tym dupku? - Zdecydowanym ruchem odstawiła szklankę z drinkiem, nie zwracając uwagi na to, że uroniła kilka kropli. - Myślałam, że temat Bartka mamy już załatwiony! Możesz mi wytłumaczyć, czemu teraz nagle...

- Czemu o nim mówię? - Ewelina westchnęła. - Bo myślę o nim coraz częściej.

- Słucham?! - Agata nie wierzyła własnym uszom. Przez dłuższą chwilę patrzyła na przyjaciółkę wyczekująco, aż ta w końcu się poddała i zaczęła mówić.

- Nie tęsknię za nim, nic z tych rzeczy! Tylko... cóż. Obawiam się, że moje kolejne małżeństwo rozpadnie się z tej samej przyczyny - przyznała gorzko Ewelina, nakazując sobie w duchu: "Tylko nie płacz, nie waż się robić scen!".

- Co ty bredzisz? Adrian miałby cię zostawić? Chyba nie w tym życiu! Przecież to nonsens! - Agata wykonała niecierpliwy gest ręką. - On świata poza tobą nie widzi!

Ewelina zapatrzyła się gdzieś w dal, zataczając palcem kółeczka wokół brzegu szklanki. Roztrząsała słowa przyjaciółki. Nie mogła nie zgodzić się z Agatą. Wiedziała, że uczucie, jakie połączyło ją i Adriana, zdarza się raz w życiu. Kochała Bartka, ale to Adrian był mężczyzną jej życia. Dopiero przy drugim mężu przekonała się, co znaczy prawdziwa, zwalająca z nóg miłość. Nie miała wątpliwości, że Adrian czuje to samo, ale... czy miała moralne prawo pozbawiać go rodzicielstwa? Teraz żałowała, że pięć lat temu, kiedy go poznała, nie zmusiła się, aby pójść w inną stronę. Że z niego nie zrezygnowała.

- To ze mną jest coś nie w porządku... - powiedziała w końcu wymijająco.

- Możesz rozwinąć czy mam zgadywać, co masz na myśli? - prychnęła Agata.

- Coraz częściej mam wątpliwości - przyznała niechętnie Ewelina, marszcząc brwi. - Przecież on byłby najlepszym ojcem na świecie! Zasługuje na to, żeby... - urwała, spuszczając bezradnie głowę. Upiła solidny łyk i się skrzywiła. Drink był stanowczo zbyt mocny.

- Zasługuje na to, żeby być ojcem? - dokończyła za nią Agata. - A ty zasługujesz, żeby być matką! Życie nie zawsze jest sprawiedliwe! Postaw się na jego miejscu - poprosiła. - Czy chciałabyś stracić ukochaną osobę, bo jej się wydaje, że wie, co jest dla ciebie najlepsze? To absurd! Zdajesz sobie sprawę, że tak to wygląda z zewnątrz?

- Tak, wiem, ale widzę, z jaką czułością on zerka na cudze dzieci, i szlag mnie trafia na myśl, że nie mogę dać ukochanemu mężczyźnie tego, czego on pragnie! Pięć lat temu... on nie był tego wszystkiego świadomy, rozumiesz? Wiedział, że nie mogę mieć dzieci, ale dla niego to była totalna abstrakcja, bo sam nie czuł wtedy potrzeby, żeby zostać rodzicem! - Ewelina zreflektowała się, że mówi odrobinę za głośno. Zorientowała się, kiedy wyłapała zdziwione spojrzenia mężczyzn przy stoliku obok. Zniżyła głos. - Teraz sytuacja się zmieniła, a ja zastanawiam się, czy mam prawo wymagać od niego, żeby... żeby zrezygnował z rodzicielstwa.

Agata podparła twarz dłonią. Sprawiała wrażenie, jakby zastanawiała się nad ostatnimi słowami przyjaciółki.

- Moim zdaniem nie masz racji - zawyrokowała w końcu. - Adrian związał się z tobą świadomy tego, że nigdy nie dasz mu dziecka. Nie popieram tego, co zrobił Bartek, ale kiedy brał z tobą ślub, nie miał o niczym pojęcia, zresztą ty też nie miałaś! To go oczywiście nie usprawiedliwia, dupek pozostanie dupkiem, no ale... Nieważne! - Agata uderzyła w błagalne tony. - Nie podejmuj decyzji za Adriana. On wiedział, na co się pisze, i wiem, że jest z tobą szczęśliwy. Ewelina, on ma to wypisane na twarzy!

- Mhm, z pewnością zrekompensuję mu brak dziecka... - burknęła bez zastanowienia Ewelina.

- Nie każdy... - zaczęła Agata, ale urwała w połowie zdania.

Co ona mogła wiedzieć o dramacie, jaki przeżywa Ewelina? W grudniu postanowili z Rafałem, że zaczną starać się o dziecko. Nie zdążyła wykonać profilaktycznych badań, kiedy w styczniu okazało się, że jest w ciąży, a dziewięć miesięcy później bez żadnych komplikacji na świat przyszła Ola. Oczko w głowie mamy. Teraz córka miała prawie pół roku, a Agata nie wyobrażała sobie życia bez niej.

- Chciałaś powiedzieć, że nie każdy musi być rodzicem, tak? - domyśliła się Ewelina, a cisza potwierdziła jej słowa. - Kiedyś też tak myślałam, ale teraz wiem, że to tak nie działa... Nie wiem, może inni bezdzietni ludzie potrafią odnaleźć sens w życiu, ale ja go nie widzę.

- Może powtórzyłabyś badania? Medycyna poszła do przodu... - zasugerowała nieśmiało Agata, ale szybko pożałowała tych słów.

Ewelina prychnęła głośno i z bolesnym grymasem twarzy zaczęła szybko poruszać głową w prawo i w lewo, co mogło oznaczać tylko jedno: nie ma takiej możliwości.

- Nie aż tak bardzo do przodu! Zapomniałaś, że w moim przypadku nie chodzi o niepłodność idiopatyczną czy jakieś zaburzenia hormonalne? W razie gdybyś zapomniała, przypominam ci, że zdiagnozowano u mnie poważną wadę macicy, która...

- Wystarczy. - Agata powstrzymała ją ruchem dłoni. - Ja o tym wszystkim wiem. Chodziło mi raczej o to, że lekarze nie są nieomylni i jeśli...

- Konsultowałam mój przypadek z trzema różnymi lekarzami - przyznała gorzko Ewelina. - Szanse na to, że zajdę w ciążę, są niewielkie, a na to, że urodzę zdrowe dziecko... nie ma takiej możliwości. To musiałby być cud, zdajesz sobie z tego sprawę?

Agata przytaknęła. Wiedziała, jaką przyjaciółka przeszła drogę, aby zostać matką.

- Jest jeszcze adopcja - zasugerowała Agata, ukrywając swoje prawdziwe emocje.

Już dawno uznała, że najlepszym wyjściem dla Eweliny i Adriana jest przysposobienie dziecka, jednak nie zamierzała im niczego sugerować. Wiedziała, że to trudna decyzja, którą małżonkowie muszą podjąć sami. Nikt nie powinien im niczego narzucać, ale skoro już rozmawiały...

- No co ty powiesz? - ironizowała Ewelina. Osoba postronna z pewnością uznałaby, że te dwie kobiety nie darzą się sympatią. Tymczasem obie po prostu miały taki sposób bycia. Mocno ironiczny, czasem wręcz kąśliwy. Żadna z nich się z tego powodu nie obrażała. - Nie miałam pojęcia! Oświeciłaś mnie właśnie, o ty, wspaniała!

- Naprawdę, nie musisz...

- Agata, ja wiem, że jedynym wyjściem dla nas jest adopcja, i zaręczam ci, że intensywnie myślimy nad tą możliwością, ale oboje z Adrianem musimy być cholernie pewni, że właśnie tego chcemy - przyznała Ewelina, uciekając wzrokiem. Najwyraźniej wciąż nie potrafiła rozmawiać bez skrępowania o macierzyństwie, a raczej jego braku. - To dziecko, które trafiłoby do naszego domu... ono nie może być zamiast naszego biologicznego syna czy córki, rozumiesz? Aby adoptować, musimy być przekonani, że właśnie tego chcemy, że adopcja jest naszym sposobem na rodzicielstwo, a na to potrzeba czasu!

Agata zawtórowała Ewelinie, tłumacząc, że doskonale to rozumie i podziwia ją za dojrzałą postawę. Obie spojrzały znacząco na swoje puste szklanki.

- To co, jeszcze po jednym? - zaproponowała Ewelina.

- Sama nie wiem... - zawahała się Agata. - Zastanawiam się, jak Rafał i Ola radzą sobie beze mnie w domu...

Ewelina wybuchła szczerym i głośnym śmiechem.

- Wiedziałam, że tak będzie! Wiesz, że jesteś typowym przykładem matki kwoki?

- A skąd! - oburzyła się Agata. - Po prostu...

- No, już się nie denerwuj! Sama bym taka była. Na pewno właśnie taka bym była... - zasępiła się Ewelina. Szybko jednak się zreflektowała. - To co, dzwonimy po taksówkę?

Po trzydziestu minutach była już w domu. Odgłos klucza wsuwanego do zamka wywabił z pokoju Adriana, zdziwionego tak wczesnym powrotem żony. Kiedy Ewelina otworzyła drzwi wejściowe, stał w przedpokoju i uśmiechał się znacząco.

- No, no! Wyszedłem pośmiać się z ciebie, a tymczasem ty wracasz ze spotkania z przyjaciółką kompletnie trzeźwa! Czyli że co, przedstawienia nie będzie? - zażartował.

- Niestety, muszę cię rozczarować - fuknęła, po czym pokazała mu język.

Podszedł do niej z uśmiechem na twarzy. Odgarnął jej włosy z czoła i wsunął kosmyk za ucho.

- Moja kochana złośnica! - Przyciągnął ją do siebie. - Jak dobrze, że jesteś.

Ewelina cała zesztywniała. Mogła tylko przypuszczać, że Adrian wcale nie ma na myśli jej wcześniejszego powrotu do domu...

- A teraz przyznaj się, co przeskrobałaś, że postanowiłaś wrócić o przyzwoitej porze? Już ja cię znam i wiem, że tak wczesne powroty nie należą do twoich zwyczajów, a już na pewno nie po spotkaniu z Agatą...

- Agata po prostu zdziadziała! - zażartowała Ewelina. - Cóż, po jednym drinku stwierdziła, że pora wracać do domu, bo pewnie Rafał nie radzi sobie z Olą.

- A widzisz! To jeszcze jeden powód, dla którego nie warto mieć dzieci! - odezwał się, zanim dobrze się zastanowił nad tym, co zamierza powiedzieć.

Ewelinę zmroziło. Uwaga Adriana wydała jej się co najmniej niewłaściwa w ich sytuacji. Co on sobie myślał!?

- Czyli chcesz mi powiedzieć, że istnieją w ogóle jakieś powody ku temu, aby nie mieć dzieci? Oświeć mnie w takim razie, bo jeszcze ich nie znalazłam!

Cisnęła z impetem sweter na półkę i ze złością skierowała się do łazienki. Odgrodziła się od Adriana zamkniętymi drzwiami. Jednym ruchem ściągnęła sukienkę i wrzuciła ją do kosza na pranie. Udawała, że nie słyszy natarczywego pukania, które szybko jednak ustało. Wiedziała, że Adrian nie rzucił tej uwagi, żeby ją zdenerwować, ale zabolało. Była szczególnie wyczulona na wszystkie wzmianki o dzieciach. Jakiekolwiek kpiny czy narzekania związane z rodzicielstwem były w ich domu zakazane. Z pominięciem tych, w których ona sama żaliła się, że nie może być matką.

Weszła pod prysznic. Woda zmyła z niej emocje i Ewelina poczuła się głupio. Niepotrzebnie tak wybuchła i zamknęła się w łazience przed Adrianem. Przecież na dobrą sprawę nie zrobił nic złego... Tak jak i kilka miesięcy temu, kiedy starał się ją przekonać, że nie mając dziecka, mogą realizować się w pasji czy w podróżach. Chciał dobrze, a że wyszło jak zwykle, to już inna sprawa.

Wzięła szybki prysznic i owinięta ręcznikiem wyszła z łazienki. Zastała Adriana w kuchni, mieszającego spaghetti. W sekundzie dopadły ją paskudne wyrzuty sumienia.

- Zrobiłeś spaghetti? - zdziwiła się.

- Tak, chciałem, żebyś zjadła coś ciepłego...

- Jestem okropna. - Ewelina jęknęła głośno. - Przepraszam! Mam wrażenie, że ostatnio nic innego nie robię, tylko cię przepraszam.

- A ja bardzo lubię, kiedy mnie przepraszasz... - Spojrzał znacząco na jej skąpe odzienie, a właściwie jego brak. - Może zjemy za chwilę? Najpierw oddamy się przyjemniejszym czynnościom... - Podszedł blisko i objął ją w pasie.

- A są jakieś przyjemniejsze rzeczy od jedzenia? - zapytała, ale nie uzyskała odpowiedzi.

Zamknął Ewelinie usta pocałunkiem, a przez jej podświadomość przemknęła uporczywa, wracająca co miesiąc myśl, że właśnie ma owulację, jednak szybko wyrzuciła to z głowy. Przecież to było już bez znaczenia.

ROZDZIAŁ 2

Pięć lat przed spotkaniem w domu dziecka

Ewelina postawiła kołnierz wysoko, szukając schronienia przed porannym chłodem. Zima tak łatwo nie chciała oddać wiośnie panowania nad przyrodą. Mimo że dnie były już ciepłe i słoneczne, nocami wciąż odnotowywano lokalne przymrozki. Również poranki i wieczory nie należały do najprzyjemniejszych. Ewelina najchętniej zaszyłaby się pod kołdrą i nie wyściubiała spod niej nosa do dziesiątej, jednak psi pęcherz rządził się swoimi prawami i o siódmej trzydzieści Fajda obudziła swoją panią głośnym skomleniem, stanowczo domagając się pierwszego tego dnia spaceru.

Najwidoczniej chłód nie był straszny suczce, gdyż biegała i skakała w najlepsze po parku Budnioka, za nic mając niską temperaturę w tym jednym z pierwszych dni wiosny. Fajda była już wiekowa, a mimo to miała w sobie tyle energii, że z pewnością obdzieliłaby nią kilkoro szczeniąt. Uwielbiała ludzi i z ufnością podbiegała do każdego, kto tylko pojawił się w promieniu kilkuset metrów, lekceważąc nawoływania swojej pani.

Ewelina mogła zaryzykować stwierdzenie, że ta suczka ją uratowała. W chwilach największej rozpaczy i zwątpienia wtulała się w jej sierść i natychmiast na sercu robiło jej się lżej. To właśnie Fajda zapewniała Ewelinie ciepło i bliskość w długie zimowe wieczory i jeszcze dłuższe samotne weekendy. Od odejścia Bartka minęło pół roku i dopiero teraz, kiedy nadeszła wiosna, Ewelina miała wrażenie, że powoli, małymi kroczkami zaczyna zbierać się w sobie i wracać do świata żywych. Obecnie, patrząc z dystansu na tamte burzliwe wydarzenia, rozumiała już, że bardziej od rozwodu zabolała ją jego przyczyna. Ale wczoraj wieczorem nadszedł kolejny niespodziewany cios. Wydawało jej się, że jest już odporna, że pancerz, w którym się schowała, jest wystarczająco gruby i ochroni ją przed każdym uderzeniem. Pomyliła się.

W kieszeni jej płaszcza zawibrował telefon. Rozejrzała się, próbując namierzyć Fajdę. W porządku, suczka mignęła jej za drzewami.

- Agata? - zdziwiła się, słysząc w słuchawce głos przyjaciółki. - Nie żartuj, że postanowiłaś wstać w sobotę tak wcześnie!

- Nie wchodź na Facebooka! Zabraniam ci się tam logować! - Agata nie zawracała sobie głowy takimi szczegółami jak powitanie.

- Za późno - bąknęła Ewelina pod nosem.

Usłyszała dziwny dźwięk, coś jakby zassanie powietrza przez łapiącego ostatni oddech człowieka.

- Agata? Wszystko w porządku? - zaniepokoiła się.

- Zapomnij, że to widziałaś! Po prostu wymaż to z pamięci!

Ewelina wywróciła oczami.

- Nie wywracaj teraz oczami! - zażądała Agata.

- Skąd wiesz, że to robię? - zdziwiła się Ewelina.

- Bo cię znam! To co? Zdążyłaś już zapomnieć, co zobaczyłaś?

Fajda podbiegła do swojej pani, podskakując ze szczęścia. Ewelina miała dziwne wrażenie, że w ostatnim czasie suczka jest jedyną istotą, która cieszy się na jej widok.

- Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi! - odparowała Ewelina. - Czekaj, czekaj... Czyżby o to, że mój były mąż zaledwie pół roku po swojej wyprowadzce przedstawił światu swoją nową narzeczoną, a nasi wspólni znajomi zasypali go gratulacjami i życzeniami? Przecież to nieistotny szczegół! Nie zwróciłam na to większej uwagi, więc nie mam pojęcia, po co ten telefon z samego rana i...

- No już! - zniecierpliwiła się Agata. - Nie musisz się chować za swoim sarkazmem i cynizmem. Nie przede mną...

Teraz to Ewelina wciągnęła głośno powietrze. Próbowała się uśmiechnąć do wpatrującej się w nią Fajdy. Twarz najwyraźniej nie zamierzała współpracować, toteż pojawił się na niej tylko niewyraźny grymas.

- Pamiętaj, co ci zawsze powtarzam! - Agata przerwała przedłużającą się ciszę.

- Taaak - mruknęła Ewelina. - Dupek zawsze pozostanie dupkiem!

- Dokładnie tak! I naprawdę nie czytaj tych wszystkich komentarzy... - urwała znacząco. - To świństwo!

- Daj spokój, naprawdę mam poważniejsze zmartwienia niż to, co wypisują w sieci kompletnie obojętni mi ludzie...

- Dobra, dobra! A tak naprawdę, jak się czujesz? - Agata w końcu przeszła do rzeczy.

- Nienawidzę go, wiesz? Obawiam się, że jakbym spotkała go teraz na ulicy, nakopałabym mu po tyłku i...

- No, nareszcie prawidłowa reakcja! - ucieszyła się Agata. - Jesteś na spacerze z Fajdą?

- Mhm - mruknęła Ewelina, rozglądając się za suczką, która podążała własnymi ścieżkami. - Znowu zaczepia jakiegoś faceta z psem! Muszę kończyć!

- Fajda próbuje zorganizować ci jakiegoś przystojniaka!

- Po moim trupie! - oburzyła się Ewelina. - Nigdy więcej nie popełnię tego błędu!

- Nigdy nie mów nigdy! Paaa! - pożegnała się Agata, przeciągając ostatnią samogłoskę.

Ewelina wsunęła telefon do kieszeni i podbiegła w kierunku Fajdy, która wyraźnie z siebie zadowolona skakała wokół nieco przestraszonego mężczyzny, prowadzącego na smyczy niewielkiego psa. Parsknęła odruchowo, w duchu dziękując opatrzności, iż facet znajduje się na tyle daleko, że nie mógł zostać świadkiem jej wesołości. Ewelina nic nie mogła poradzić na to, że jego widok tak bardzo ją rozbawił - mężczyzna miał prawie dwa metry, był szeroki w ramionach, dobrze zbudowany i... prowadził na smyczy niewielkiego pieska kanapowego, teriera szkockiego.

- Fajda, nie wolno! - krzyknęła, kiedy już stłumiła chichot i podeszła nieco bliżej.

- Nic nie szkodzi, niech się pobawią! - spokojnie zapewnił ją mężczyzna, chociaż jego mina nie wyrażała zbytniej pewności.

Ewelina się zawahała. Jej labradorka ważyła tyle, co dorosły przedstawiciel rasy płci męskiej. Wymykała się wszelkim schematom, a weterynarz swego czasu nawet zalecił jej dietę odchudzającą, co spotkało się z rozbawieniem Eweliny. Upierał się, że suka powinna ważyć około trzydziestu kilogramów, podczas gdy Fajda dobijała do czterdziestu. Nie była jednak gruba. Była po prostu duża, dlatego Ewelina obawiała się tego spotkania z dwudziestokilkucentymetrowym terierkiem.

- No, nie jestem przekonana... Fajda jest psem energicznym i, jak widać, dość sprawnym - zawahała się.

- Naprawdę, wszystko jest w porządku - upierał się mężczyzna. - Dragon lubi się bawić i oglądać za większymi suczkami! Jej wzrost na pewno nie jest dla niego problemem!

Ewelina spojrzała na psa z rozbawieniem.

- Dragon? A wygląda tak niepozornie!

- Nie ja nadałem mu to kretyńskie imię! - obruszył się. - Gdyby to ode mnie zależało, byłby po prostu Maksem czy innym Azorem...

Fajda tymczasem zdążyła zaprzyjaźnić się z Dragonem. Pies rzeczywiście nic nie robił sobie z tego, że jego nowa koleżanka jest od niego czterokrotnie większa. Szczekał głośno, merdał ogonem i skakał wokół suczki.

- Rozumiem - mruknęła Ewelina, chociaż wcale nie rozumiała. - Przygarnął pan psa, który był już przyzwyczajony do swojego imienia?

- A skąd! - wycofał się mężczyzna. Ewelina wpatrywała się w niego z zaciekawieniem. - To nie mój pies, tylko pożyczony.

- Pożyczony? - zdziwiła się. - Pan wybaczy, ja rozumiem pożyczać sobie książki, płyty czy pieniądze, ale psa?

- To nie tak, chyba nie wyraziłem się dość jasno... Dragon należy do mojego brata, a ja czasem się nim opiekuję i... - urwał i klepnął się w czoło. - Proszę mi wybaczyć, nawet się nie przedstawiłem! Adrian Bartecki, miło mi. - Uśmiechnął się do niej, a Ewelina miała wrażenie, że śmieje się cała jego twarz. Nie tylko usta, ale też policzki, na których pojawiły się głębokie dołki, i ciemne, ozdobione gęstymi rzęsami oczy. Ona tak nie potrafiła. Czasem jej wargi wykrzywiały się w uśmiechu, ale pozostała część twarzy pozostawała niewzruszona. Kiedyś śmiała się całą sobą, ale miała wrażenie, że to było bardzo, bardzo dawno temu.

- Ewelina So... uhm, to znaczy Werner! - przedstawiła się. Tak jak na początku małżeństwa nie mogła się przyzwyczaić do nazwiska męża, tak teraz wciąż zdarzało się jej zapominać, iż wróciła do panieńskiego. Dostrzegając zdziwienie Adriana, szybko dodała: - Niedawno zmieniłam nazwisko i wciąż nie mogę się przyzwyczaić.

- Och! - Czy jej się wydawało, czy na jego twarzy dostrzegła rozczarowanie? Nie spodobało jej się to. - Czyli rozumiem, że jest pani świeżo poślubioną mężatką? Moje gratulacje!

- Raczej świeżą rozwódką - prychnęła. - Chociaż zdecydowanie wolałabym opcję z wdówką... - dodała, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Nowo poznany mężczyzna zmieszał się, nie wiedząc, co odpowiedzieć na jej wyznanie.

- Musiał pani nieźle zajść za skórę, skoro wolałaby pani widzieć go w grobie.

Ewelina zaczęła szybko machać rękami, wycofując się z tego, co powiedziała. Fajda nadal w najlepsze harcowała z Dragonem.

- To nie tak, pan mnie musiał źle zrozumieć! Ja nikomu źle nie życzę, po prostu... no cóż, najchętniej udusiłabym skurwiela gołymi rękami, ale przecież to nie pana problem, dlatego będę się już zbierać, bo... o! - Spojrzała na goły nadgarstek, gdzie inni ludzie nosili zegarek. Inni, ale nie ona. - Zrobiło się późno! Tak, bardzo późno! Do widzenia, spieszę się! Fajda, do nogi! - zawołała psa. Suczka ze smutkiem zwiesiła ogon, wpatrując się oskarżycielsko w swoją panią. - No, już nie rób takiej miny, idziemy! Do widzenia, wszystkiego dobrego! - pożegnała się, zapięła psu smycz i już jej nie było.

Adrian wpatrywał się ze zdumieniem w oddalającą się kobietę. Zrobiła na nim piorunujące wrażenie i sam już nie wiedział, czy to sprawka tego "skurwiela", którego udusiłaby gołymi rękami, czy zegarka, który widziała tam, gdzie go nie było, czy może raczej całokształtu, ale obstawiał to ostatnie. Rozmawiał z Eweliną zaledwie kilka minut, a zdążył poczuć, że z jakiegoś dziwnego powodu jest mu bliska, i nie obraziłby się za kolejne przypadkowe spotkanie...

Tymczasem Ewelina wróciła do domu, przeklinając się w duchu za własną głupotę. Wykrzyczała całą swą złość Bogu ducha winnemu mężczyźnie, którego widziała po raz pierwszy w życiu. Chociaż z drugiej strony... oni wszyscy mają coś na sumieniu, ot co! Jeden lepszy od drugiego! Na pewno skrzywdził kiedyś jakąś kobietę. Była więcej niż pewna, że w przeszłości ktoś przez niego płakał. A może właśnie teraz, kiedy on beztrosko spacerował sobie z Dragonem, jakaś niewiasta oczy sobie za nim wypłakiwała? Wszyscy oni są tacy sami, bez wyjątku!