ROZDZIAŁ 1
To, co jest tu i teraz, nie musi być takie samo już za kilka chwil.Magdalena Pasternak
Olivia
Ostatnią dobrą rzeczą, jaką pamiętałam z mojego dawnego życia, było to, że kiedy miałam dwanaście lat, razem z dziećmi z całej naszej zachodniej dzielnicy pędziliśmy na rolkach po cichych ulicach Chicago, uciekając po napadzie na cukiernię. Mieszkaliśmy w zasadzie wszyscy obok siebie, ponieważ ta dzielnica była specyficzna. Mieszkali w niej Włosi i z każdym rokiem do paczki dołączało coraz więcej nowych kadetów.
Tamtego lata było nas ponad dwadzieścia osób, ale pierwsze przewinienie, którego się dopuściłam, miało miejsce już dwa lata wcześniej i była to kradzież pączków. Moją partnerką w zbrodni stała się wtedy Gianna Ferro, która oficjalnie została moją zastępczynią i najlepszą przyjaciółką. Byłyśmy pionierkami w sztuce obrabiania cukierników oraz piekarzy i przetarłyśmy szlak innym, którzy bardzo chcieli się z nami zadawać. Cieszyłyśmy się wtedy popularnością, a że nie byłyśmy zwykłymi dziewczynkami, tylko córeczkami włoskich tatusiów zasiadających za sterami swoich Famiglii, było to dodatkową atrakcją. Władza przyciągała nawet smarkaczy.
Gianna kochała siatkówkę, ja konie i jazdę na nich. Ona była biegającą petardą, ja oazą spokoju. Przynajmniej tak się wszystkim wydawało, lecz tak naprawdę to ja trzymałam stery, a ona mnie stopowała. Te różnice nas nie rozdzielały. Rozdzielały nas nasze rodziny, które stały po przeciwnych stronach barykady włoskiej mafii. Mogłam bawić się ze wszystkimi, tylko nie z Gianną. Mogłam zapraszać do naszej willi nawet bezdomne dzieciaki - a i takie należały do paczki i zapraszałam je z radością - byleby nie była to mała Ferro.
Nasze korzenie sięgały głębokich tradycji, a organizacja, do której należały nasze rodziny, la cosa nostra, stała na ich straży. Została stworzona lata temu przez włoskich imigrantów, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych, lecz dzisiaj w jej szeregach obecni byli w zasadzie jedynie rodowici Amerykanie pochodzenia włoskiego. To nie oznacza, że tradycja czy język zniknęły. Wręcz przeciwnie, ponadto w ramach organizacji wszystkie rodziny po dziś dzień funkcjonują jak doskonale naoliwiony organizm, a ich członkowie utrzymują ze sobą kontakt, ale zachowują niezależność. Cosa nostra w sposób mistrzowski stworzyła sieć relacji z legalnymi biznesami, które w wyniku szantażu piorą pieniądze mafii.
Tak też było w naszej społeczności włoskich imigrantów, którzy byli członkami mafii.
Moim ojcem był Salvatore Morello, którego przodek, wielki Don Giuseppe Morello, jako pierwszy w historii mafii został capo di tutti capi. Teraz był nim tata, a to nie podobało się ojcu Gianny, Don Albertowi Ferro, stojącemu na czele Famiglii, mającemu korzenie w Neapolu.
Nasza przyjaźń trwała i pomimo obopólnej niechęci naszych rodzin, które wchodziły w skład jednej Famiglii Morello, a w szczególności nienawiści do mnie dwóch starszych braci Gianny, Luki i Vita, zacieśniała się jeszcze bardziej.
Nasza zabawa trwała więc w najlepsze, gdy wszyscy mknęliśmy na rolkach i mijając nasze domy oraz posiadłości, zaczęliśmy się ścigać. Szybko na widoku pojawiło się skrzyżowanie, które było dosłownie przy willi rodziny Ferro.
- Będę przed tobą! - krzyknęła moja przyjaciółka, patrząc na mnie z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Gianna, zwolnij! Zwariowałaś?! - wołałam za nią, ale ona mnie nie słuchała, tylko coraz szybciej odpychała się rolkami od asfaltu.
Kiedy bez hamowania dojechała do skrzyżowania, zobaczyłam ruch na ulicy przed nami. Wtedy wrzasnęłam na całe gardło.
- Gianna, uważaj!
Zachwiała się, straciwszy równowagę, i żeby się nie przewrócić, przejechała przez znak stop namalowany na jezdni. Jedyne, co usłyszałam, to piszczenie opon, gdy kierowca nacisnął gwałtownie na hamulec, i krzyk Gianny, zanim wjechał w nią pojazd. Wyrzuciło ją w powietrze i przetoczywszy się przez maskę, uderzyła mocno w przednią szybę, rozbijając ją w drobny mak. Auto się zatrzymało, a moja przyjaciółka spadła na ulicę z łoskotem i znieruchomiała. Zahamowałam i upadłam na asfalt, raniąc sobie dłonie i kolana do krwi. Odgłos bicia mojego serca dudnił mi w głowie, pompując krew do skroni.
W mgnieniu oka pozbierałam się i podjechałam do niej w momencie, kiedy kierowca wysiadł z samochodu blady jak ściana. Padliśmy oboje na kolana przy mojej przyjaciółce. Wokół jej głowy zaczynała tworzyć się kałuża krwi, a twarz, ręce i nogi pocięte były przez potłuczone szkło.
- Gianna! - krzyknęłam, chwytając ją za ramię i potrząsając silnie. - Obudź się!
Zerknęłam na mężczyznę, szukając u niego pomocy, ale on trzymał dłonie zaciśnięte we włosach i chwiał się, zawodząc.
- O nie! Nie! O Boże! Nie!
Powtarzał w kółko to samo, nie pomagając mi jej obudzić.
- Gianna - odezwałam się do niej spokojniej i znów nią potrząsnęłam. - Proszę cię, otwórz oczy!
Nie poruszyła się ani nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
Pociągnęłam kierowcę za rękaw.
- Proszę pana, niech pan wezwie pomoc - błagałam go spanikowana, gdy łzy zaczynały zalewać moją twarz.
Inne dzieci dołączyły do nas wystraszone i otoczyły nas w ciszy. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.
- J-ja... j-ja - jąkał się, ale wyciągnął z kieszeni kurtki telefon i zaczął wybierać numer alarmowy.
Po chwili usłyszałam, jak mówi, że zdarzył się wypadek. Wtem odgłos biegu po asfalcie odwrócił moją uwagę od mężczyzny. Spojrzałam odruchowo na dom Gianny i zobaczyłam jej rodziców pędzących w naszą stronę.
- Gianna! Gianna! - przekrzykiwali się, biegnąc co sił w nogach.
Kiedy do nas dotarli, jej mama stanęła sparaliżowana i krzyknęła:
- O mój Boże!
Opadła na jezdnię i unosząc głowę córki, przytuliła ją jak malutkie dziecko. Zaczęła kołysać się w przód i w tył, szlochając:
- W porządku, kochanie. Nic ci nie będzie.
Don Alberto klęknął obok nich i gładząc drżącą ręką przesiąknięte krwią włosy Gianny, zacisnął mocno w pięść drugą dłoń i przycisnął do swoich pobladłych ust. Wstałam i zrobiłam kilka kroków do tyłu, obejmując się ramionami. Zaczęłam się trząść, a łzy nie przestawały zalewać mojej twarzy.
Dźwięk zbliżających się do dzielnicy syren sprowadził na skrzyżowanie starszych braci Gianny.
Obaj stanęli nad swoimi rodzicami i w totalnym szoku starali się ogarnąć umysłem całe zajście. Kiedy nadjechały karetka i samochód policyjny, młodszy z nich, Vito, rzucił się do Gianny i mocno szarpiąc siostrę za rękę, krzyczał, żeby wstała i nie robiła sobie żartów. Luca złapał go za ramiona i próbował podnieść, ale dopiero dwaj ratownicy medyczni odsunęli go od niej i poprosili rodziców o zrobienie miejsca, by mogli zająć się ich córką.
- Proszę państwa - odezwał się cicho jeden z nich - muszą państwo położyć dziewczynkę z powrotem, żebym mógł ją obejrzeć.
Mama Gianny nawet nie zareagowała, ale Don Alberto od razu posłuchał i zwrócił się do wstrząśniętej żony.
- Bianca, proszę - złapał ją za ramię - połóż ją.
Pani Ferro posłuchała go i szlochając, położyła dziecko z powrotem na drodze. Medyk przyłożył dwa palce do szyi Gianny, by sprawdzić, czy ma puls. Potem rozszerzył palcami jej powieki i błysnął w oczy latarką. Spojrzał na swojego kolegę z karetki, dyskretnie potrząsając głową. Drugi z medyków pochylił się i zabrał torbę. Podszedł do policjantów, którzy starali się odsunąć tłum gapiów od miejsca wypadku.
Zastanowiło mnie, dlaczego zabrał torbę? Czy nie potrzebowali jej, żeby ją uratować? Rozejrzałam się dookoła i w końcu zauważyłam przedzierających się do mnie ludzi mojego ojca, którzy z impetem parli do przodu, brutalnie odpychając stojące na ich drodze osoby.
Pierwszy jednak dotarł do mnie policjant.
- Jak masz na imię, kochanie? - zapytał spokojnym głosem.
Otarłam łzy z policzków i przybierając dzielny wyraz twarzy, odpowiedziałam:
- Olivia. Jestem Olivia Morello.
Policjant zesztywniał, co dla mnie nie było niczym nowym. Ludzie reagowali w ten właśnie sposób, gdy słyszeli moje nazwisko. Ja byłam z tego dumna, bo wtedy miałam pewność, że nikt mi nie podskoczy.
- Cześć, Olivio. Jestem oficer Bradley - wyjaśnił. - Wiem, że to musi być dla ciebie w tej chwili przerażające, ale muszę cię zapytać, czy jesteś ranna, coś ci się stało?
Potrząsnęłam głową, że nic mi nie jest.
- Dobrze. Czy ktoś dzwonił już do twoich... rodziców?
Znów zaprzeczyłam, kręcąc głową.
- W takim razie ja to teraz zrobię, dobrze?
- To nie będzie konieczne - powiedział ktoś nade mną.
Uniosłam głowę i zobaczyłam wpatrującego się w policjanta zaniepokojonego Franka, egzekutora mojego taty.
- Jak pan sobie życzy, panie Luciano. - Policjant skinął na niego głową i uśmiechnął się do mnie łagodnie. - Chciałem cię zapytać o to, co tu się konkretnie stało i co widziałaś.
- Nie teraz, Bradley - odezwał się surowym głosem Frank. - Najpierw zapytasz Don Salvatore, czy wyrazi na to zgodę.
Policjant westchnął, ponieważ zapewne spodziewał się, że do takiej rozmowy nigdy nie dojdzie, ale nie oponował. Każdy znał szefa wszystkich szefów i wiedział, że jeżeli mój tata nie wyraził na coś zgody, to temat był zamknięty.
- Zabieram ją do domu - powiedział Frank.
Zastanawiałam się, co właściwie mogłabym powiedzieć ponad to, że było oczywiste, iż Gianna wpadła pod samochód. Zanim Frank mnie objął i przekazał w ręce Nina, swojej prawej ręki, odtwarzałam w głowie to, co rozegrało się na moich oczach. Ściganie się na rolkach, nadjeżdżający samochód i Gianna wjeżdżająca wprost pod niego. Gdyby nie mój krzyk, może nie straciłaby równowagi... Nie, nic z tego. Nie mogłam siebie za to winić, przecież chciałam ją ostrzec.
- Nikt nie przejechał jej celowo... Ona... ona była nieostrożna. Była tak bardzo nieostrożna...
- Już dobrze, kochanie. Nie musisz nic mówić - powiedział do mnie Nino i zaczął mnie wyprowadzać z kręgu stworzonego przez gapiów.
- Musi! - padły nagle ostre słowa i wraz z policjantem się obróciliśmy.
Luca Ferro patrzył na mnie z zaciśniętą szczęką i nienawiścią w oczach.
- Musi powiedzieć, jak to się stało, że moja siostra leży martwa zamiast niej!
Wszyscy dookoła umilkli, a mnie zrobiło się niedobrze. Zamrugałam, przeganiając łzy, ale obraz i tak nadal się rozmazywał. Pomimo tego widziałam wyraz twarzy Luki, a po chwili dołączającego do niego Vita. Obaj chcieli, żebym umarła. Czułam to. Frank mnie minął, ale Nino był bliżej i ruszył w stronę chłopców. W tym samym momencie obejmujący żonę Don Alberto odezwał się zachrypniętym głosem.
- Luciano, lepiej zatrzymaj swojego człowieka tam, gdzie jest. Nie zbliżajcie się do moich chłopaków i zabierz tę dziewczynę z moich oczu, zanim stracę do końca swoje gówno! - Wbił we mnie swój surowy wzrok, przekazujący mi oczywistą informację, że jestem winna tego, co się stało.
- Don Alberto, chyba nie obarcza pan winą za ten wypadek córki bossa? - Nino uniósł wysoko swój podbródek, doskonale odczytując myśli Ferro i rzucając mu tym pytaniem wyraźne ostrzeżenie.
- Po prostu odejdźcie stąd. Teraz.
- Nino, idziemy - nakazał mu Frank i zaczęliśmy się wycofywać.
Kiedy obejrzałam się za siebie, Luca wpatrywał się we mnie, nawet nie mrugając okiem, ale gdy skierowałam wzrok na Vita, ten wykonał gest podcinania gardła, czym wydał na mnie wyrok. Zapatrzyłam się na niego. Luca zerknął w bok na swojego młodszego brata. Kątem oka doskonale widział, co mi pokazał, a jego drwiący uśmieszek to potwierdził. Wtem z rąk Nina wyrwały mnie czyjeś dłonie, wciągając mnie w swoje ramiona.
- Och, dzięki Bogu, nic ci nie jest! - zapłakała moja mama.
Gorączkowo rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu mojego taty, ale nie zauważyłam go. W oddali jednak zobaczyłam naszą limuzynę, którą często go wożono. Byłam pewna, że patrzył na nas przez przyciemnione szyby. Mama przytuliła mnie mocniej, nie mówiąc ani słowa. Nagle usłyszeliśmy przeciągły ryk, jaki wydała z siebie Bianca Ferro.
- Nie! Nie! Nie! - wrzeszczała tak głośno, zawieszona na swoim mężu, że dźwięk odbijał się echem w mojej głowie. - Moje dziecko! Moja córeczka! - wydała z siebie kolejne zawodzenie.
Zaczęłam się trząść w niekontrolowany sposób i łzy znów zalały moją twarz. Smutek pochłonął mnie bez reszty, gdy usłyszałam cichy szloch z zaciśniętego gardła mojej mamy.
Moja najlepszy przyjaciółka odeszła. Tak po prostu.