Wszystkie nasze chwile - Karen Hattrup

Reflow text when sidebars are open.
To było ich ostatnie spotkanie, lecz Tucker starał się o tym nie myśleć. Zamiast tego próbował skupić się na tym, co najlepsze: na tempie i rytmie jej oddechu, na doznaniach wywołanych zetknięciem się nagich klatek piersiowych. Na tym, jak się droczyli. Na niezręcznych momentach, które sprawiały, że oboje wybuchali śmiechem, bo przecież zawsze są jakieś niezręczne momenty.
Złapał go skurcz w nodze. Ona nie mogła wyciągnąć ręki spod jego pleców. Ich złączone ciała wydawały śmieszne odgłosy.
No i wreszcie - finał, ten finał. Przecież to o niego w tym wszystkim chodzi, prawda? Jego policzek przy jej policzku, wznoszenie i spadanie w pojawiającą się tuż po wszystkim próżnię - miejsce, w którym napięcie i mrowienie stają się ciężarem i marzy się tylko o jednym, by zwinąć się w kłębek, zamknąć oczy...
Niestety, Suzanne zburzyła wszystko swoją ruchliwością. W dodatku nuciła jakąś piosenkę, którą Tucker znał, choć nie mógł sobie przypomnieć tytułu.
Był upalny, duszny dzień w połowie sierpnia. Ich dwoje w jego suterenie, jak zawsze. I jak zawsze wymknęła się pospiesznie do łazienki, potem zaczęła szykować się do wyjścia, a on patrzył, jak się ubiera, jak się wygina, z trudem wciągając spódniczkę tenisową i wilgotny sportowy biustonosz, który wcześniej przylegał do niej jak skóra, a teraz nie chciał się dopasować.
- Dasz radę - powiedział Tucker. - Wierzę w ciebie.
Gdy powiedziała mu, że jest głuptasem, zamilkł i tylko patrzył na nią, siedząc na kocu na podłodze, a w myślach odtwarzał sześć tygodni, które spędzili razem.
Przez całą szkołę średnią chodzili na te same zajęcia i nawet jeśli ich relacje trudno było nazwać przyjaźnią, to z pewnością były przyjacielskie. A potem nadszedł ten lipcowy dzień. Tucker wyciągał pocztę ze skrzynki, ona akurat przejeżdżała, zatrzymała się i cofnęła samochód, żeby mu powiedzieć cześć. Okazało się, że jej klub tenisowy jest przy tej samej ulicy co dom, który od czerwca był też domem Tuckera, po tym jak jego matka wyszła za Franka. Tego dnia nikogo nie było w domu i Tucker zaprosił Suzanne na gatorade i wspólne oglądanie Wimbledonu w suterenie.
Pół meczu później całowała go, a on całował ją. Gdy zaczęło się robić gorąco, oderwała się od niego, aby powiedzieć, że nie chce niczego poważnego, a już na pewno nie pod koniec ostatniej klasy, ale mogłaby wpadać od czasu do czasu. Zgodził się - oczywiście że się zgodził - i w rezultacie, zanim zaczął się sierpień, udało mu się stracić dziewictwo bez wspominania, że to jego pierwszy raz.
Gdy Suzanne była zajęta szukaniem torebki, zgarnął swoje ubranie i poszedł do łazienki. Obmył się, zawinął kondom w chusteczkę higieniczną i wsunął go na samo dno kosza na śmieci. Poczuł ukłucie w barku, choć po trzech miesiącach fizjoterapii bark prawie już wrócił do normy.
Kiedy wyszedł z łazienki, Suzanne siedziała na końcu kanapy z telefonem w dłoni. Wziął swój i rozsiadł się na drugim końcu. Ich stopy lekko się stykały, oboje zatracili się w poświacie swoich ekranów. Zawsze tak robili i polubił to - ich dwoje uśmiechających się i wzdychających w swoich własnych małych światach.
Dzisiaj klikał i klikał, i nic nie widział.
Poczuł na sobie jej wzrok, a gdy podniósł głowę i spojrzał na nią, zobaczył jej uniesioną brew. Suzanne miała bardzo poważne brwi - surowe czarne kreski odcinające się na jasnej skórze.
- Pamiętasz, że jutro wyjeżdżam nad morze? - spytała.
- Oczywiście.
- Będziesz za mną tęsknił?
Tucker odchylił głowę i zagryzł wargę, tak jakby musiał zastanowić się nad odpowiedzią, a wtedy Suzanne rzuciła w niego poduszką. Odłożył telefon na podłogę, przeczołgał się na jej koniec kanapy i objął ją. Lubił patrzeć na ich ciała splecione tak, że stawały się niemal jednym ciałem.
Suzanne odwróciła głowę, żeby na niego spojrzeć. Przymrużyła oczy jak czarny charakter z kreskówki.
- O co chodzi, Panie Myślicielu?
Westchnął, podrapał się i wlepił wzrok w kąt pokoju.
- Niezręcznie mi o tym mówić, ale myślę, że powinnaś brać prysznic przed przyjściem tutaj. Chyba trochę za późno o tym wspominam, co?
- O Boże, Tucker!
Zaczął się śmiać, a ona zakryła mu usta dłonią, żeby go uciszyć.
- Cały jestem pokryty tenisowym potem i okropnym kremem do opalania - powiedział. - To odpychające.
- Och, oczywiście. Widziałam, jak bardzo ci to przeszkadzało.
Kręciła głową, a Tucker się uśmiechał, lecz tak naprawdę czuł się zagubiony i zdołowany. Zastanawiał się, czy to możliwe, by zmieniła zdanie i czy by się zgodziła, żeby to nie był koniec. Nie, to niemożliwe.
- Wybierasz się wieczorem na imprezę do Adama? - spytała.
"Na imprezę do Adama". Słysząc te słowa, Tucker niemal poczuł smak ciepłego piwa i drgania basów wydobywających się ze starych zdezelowanych głośników. Ludzie wciąż jeszcze gadali o jego występie na stoliku kawowym u Adama w październiku, powtarzali, jaki był wtedy pijany. Tymczasem wcale nie był - po prostu lubił tańczyć.
Teraz nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby coś takiego zrobić jeszcze raz, szczególnie w obecności Suzanne.
- Tak, na pewno wpadnę.
- No to świetnie. Czyli jeszcze bez pożegnań.
- Tak, jeszcze bez.
Suzanne wysunęła się z jego ramion i zeszła z kanapy, po czym pospiesznie zebrała swoje rzeczy i zniknęła, pomachawszy mu jeszcze na pożegnanie zza szklanych przesuwnych drzwi.
Gdy tylko wyszła, Tucker dostał SMS od Bobby'ego, który pytał, czy mógłby wpaść, żeby pograć w Mario Kart. W normalnych okolicznościach Tucker natychmiast by się zgodził, teraz jednak był zbyt rozstrojony. Odpisał:
A może byś wolał iść do klatek dla pałkarzy? Tych przy Jaskini.
*
Słońce prażyło niemiłosiernie, jak zwykle w te nieznośnie lepkie letnie dni w Marylandzie. Wystarczyło kilka zamachnięć, by Tucker zaczął się pocić. Minęły całe wieki, odkąd ostatnio tu był.
Gdy podniósł wzrok, zobaczył szczerzącego zęby i kiwającego głową Bobby'ego, nadchodzącego z kijem opartym na ramieniu.
- Co jest? - spytał Tucker. - Co cię tak śmieszy?
- Zupełnie jakbym się przeniósł w czasie. Ósma klasa? Było gorąco jak w piekle, tak jak dziś. Ukradłeś mamie e-papierosa i namawiałeś do palenia dziewczyny stojące koło automatu z przekąskami.
- O Boże! - jęknął Tucker, zakrywając twarz dłonią.
- Według ciebie wyglądały na takie, które będą chciały zapalić. Tutaj, w największej tajemnicy. Dlaczego w ogóle twoja mama miała coś takiego?
- Nie pamiętasz? Ciągle paliła jakieś trzy papierosy dziennie i chciała z tym skończyć. A te dziewczyny strasznie na nas leciały.
- Hm... Wcale na nas nie leciały.
- Skąd wiesz? Poszedłeś do toalety i już nie wróciłeś.
- To była jedyna sensowna rzecz, jaką można było zrobić w tamtych okolicznościach.
- Racja. Ale ja musiałem spróbować. Mam słabość do dziewczyn grających w softball.
Chłopcy znali się od zawsze. Urodzili się w odstępie dwóch miesięcy w sąsiadujących z sobą domach, co zmieniło ich matki z sąsiadek w przyjaciółki. Bobby też był jedynakiem, dzieckiem cudem, które pojawiło się, gdy jego rodzice stracili już nadzieję na posiadanie potomka. Dorastając razem, chłopcy wymyślili mnóstwo dowcipów o braciach, którzy nie do końca wyglądają jak bracia, ponieważ Tucker był biały, a Bobby czarny.
W tym roku Bobby zaczynał od lewego pola, Tucker zaś był miotaczem, który zmieniał startera.
- Jak twój bark? - spytał Bobby.
Tucker odruchowo dotknął kontuzjowanego miejsca i zaczął je masować.
- Jest dobrze, naprawdę. Na wiosnę to już na bank. Gotowy?
Obaj wcisnęli przycisk startu i przyjęli pozycję, gotowi do odbijania, bez słów wchodząc w rutynowe działanie i szykując się do głośnego liczenia dobrych odbić. Tucker czuł, że jego zamach jest inny niż zwykle, mięśnie miał spięte i coś ciągnęło go w barku. Uznał, że to z powodu braku treningów, i odbijał dalej. Początkowo nie mógł trafić w piłkę i zaliczał tylko niemrawe odbicia w ziemię, ale w końcu udało mu się porządnie uderzyć kijem.
Zastygł w bezruchu, aby się nacieszyć brzękiem aluminium i łukowatym lotem piłki. Chciał jak najdłużej czuć tę ekscytację.
Potem pozwolił przelecieć kilku piłkom, aby móc się porozciągać i popatrzeć na pozbawiony okien, brzydki magazyn z cegły, który krył automaty do gier i świecące w ciemności pole do minigolfa. "Jaskinia Zabaw" - taka nazwa widniała na szyldzie, ale wszyscy nazywali to miejsce po prostu Jaskinią. Tucker pracował tam latem, gdy miał piętnaście lat. To była jego pierwsza praca. Wciąż potrafił dokładnie odtworzyć w pamięci brzęk automatów, okrzyki graczy, brud, ladę, przy której dzieci zamieniały kupony na cukierki i paskudne plastikowe zabawki.
Gdy ponownie przyjmował pozycję, ktoś zawołał go po imieniu.
- Człowieku, to naprawdę ty?! Ledwie cię poznałem. Urosłeś o dobre trzydzieści centymetrów!
Tucker od razu rozpoznał uśmiechniętą twarz wyłaniającą się zza siatki ogrodzeniowej - to jego dawny kolega z pracy Mikey. Był o kilka lat starszy od reszty personelu, ale i tak trzymał się z nimi, niezmiennie towarzysząc im w wypadach do Pizza Hut po nocnej zmianie.
Mikey ściskał w ręce worek ze śmieciami - najwyraźniej szedł do kontenera. Tucker się uśmiechnął.
- Mikey! Hej, miło cię widzieć. Nadal tu pracujesz?
- Szaleństwo, co? Ale jestem teraz menedżerem, czy raczej byłem, bo zwijają interes.
- Co?
- Nie słyszałeś? Wreszcie zakończyli działalność! Dzisiaj ostatni dzień. Zamykam wcześniej, a jutro przyjedzie jakaś firma, żeby wszystko zlikwidować i zrobić z tym Bóg wie co. Nikt już nie gra na flipperach.
- O rany! - westchnął Tucker, czując, jak ogarnia go smutek na myśl o zdewastowanym i skazanym na upadek lokalu. - Tak mi przykro.
Mikey zarzucił wór ze śmieciami na plecy i lekceważąco machnął w kierunku budynku.
- Tak szczerze, to mam już dość tej dziury. Dzieciaki, które pracowały tego lata, to prawdziwe dupki. Za twoich czasów było zupełnie inaczej.
Tucker się uśmiechnął i kopnął grudkę ziemi, wspominając czyszczenie toalet i odkurzanie wykładziny, która uparcie opierała się jego wysiłkom. Przypomniał sobie, jak podczas każdego przyjęcia, czyli praktycznie codziennie, śpiewali Happy Birthday, a właściwie jakąś jego dziwną, okropną wersję. To miejsce było idiotyczne, ale wszyscy je uwielbiali. Czuli się tam, jakby przebywali w innym wymiarze, w którym nic tak naprawdę się nie liczy i wszyscy chcą tylko jednego - dobrze się bawić. No i te przekomarzanki z Eriką...
Uginający się pod ciężarem worka Mikey powiedział, że musi lecieć. Tucker odprowadził go wzrokiem. Starał się wrócić myślami do wieczornej imprezy, lecz one uparcie biegły do Jaskini. Tyle czasu spędził tam na śmiechu i wygłupach! Miał ochotę iść tam jeszcze raz, żeby się pożegnać. To byłoby o wiele fajniejsze niż impreza u Adama, na której ze względu na Suzanne musiałby udawać wyluzowanego, choć cały czas myślałby o tym, czy ona uważa go za kiepskiego w łóżku.
Oparł kij o ogrodzenie i zawołał do Mikeya:
- Słuchaj! Mam pewien pomysł...
*
Bobby wziął jeszcze kilka zamachów, ostatnią piłkę uderzając tak, że doleciała do odległej siatki.
- Dwadzieścia pięć - oznajmił, pokazując w uśmiechu dołeczki. - Przegrałeś z kretesem. O czym tam gadaliście?
Tucker otarł pot z czoła, uśmiechając się szeroko.
- O Jaskini. Zamykają ją. Planujemy spotkać się tam w niewielkim gronie dziś wieczorem, po zamknięciu. To będzie coś w rodzaju imprezy pożegnalnej.
- Oficjalnej czy nieoficjalnej?
- Nieoficjalnej.
Bobby uniósł brwi.
- Chciałbyś wpaść? - spytał Tucker.
Jakimś cudem brwi Bobby'ego uniosły się jeszcze wyżej.
- Ja? Nie. Zamierzam zrezygnować z udziału w tym zwyczajnym włamaniu. Bez żartów! Chyba nie każesz mi iść samemu do Adama.
- Mówiłeś przecież, że zabierzesz się z Lawrence'em. Nie ma sensu, żebyśmy obaj tam szli. Poza tym nie mam teraz siły użerać się z Suzanne.
Bobby na chwilę przestał bawić się swoim kijem.
- Zerwaliście czy co?
- Myślę, że raczej zostałem zdymisjonowany.
Tucker chciał, by to zabrzmiało jak żart, lecz nie do końca mu się udało, i teraz Bobby nie wiedział, co odpowiedzieć.
Tucker odchrząknął.
- Wyobraź sobie, że mama właśnie mi powiedziała, że tata jest w naszym mieście. Wygląda na to, że mieszka gdzieś niedaleko. Mama chce, żebym raz w tygodniu jadł z nim obiad.
- Serio?
- Serio.
- Możesz odmówić?
Tucker unikał wzroku Bobby'ego, który marszczył brwi i kręcił głową.
- Dziś rano chciała odbyć poważną rozmowę na ten temat, ale trochę ją olałem i teraz staram się jej unikać.
- Przykro mi. Może szybko się stąd zmyje i nie będziesz musiał się tym przejmować.
Tucker pokiwał głową, po czym zrobił kilka kroków, starając się wyjrzeć poza pole i klatki. Po drugiej stronie drogi znajdowała się okolica, w której dorastał wraz z Bobbym. Trzy krótkie przecznice i byłby na miejscu, przy maleńkim, przypominającym paczkę krakersów domku, niegdyś należącym do rodziców jego matki, a przez te wszystkie lata wynajmowanym jej za grosze, tak by mogła związać koniec z końcem. Okropnie tęsknił za tym miejscem.
- Jeszcze jedna rundka? - odezwał się w końcu.
Bobby przytaknął i obaj przygotowali się do wciśnięcia swoich przycisków startowych.
Nagle Tucker spytał:
- A gdybym dziś wieczór włożył koszulkę, którą nosiłem w pracy, tę z Jaskini, to wyglądałoby zabawnie czy głupio? Nadal ją mam.
Bobby oparł się o swój kij i głośno westchnął.
- Była brzydka jak noc. To byłoby bardzo zabawne.
Erika była w trakcie forsownego biegu, gdy Marissa napisała, że rozpaczliwie jej potrzebuje, i to możliwie jak najszybciej. Erika przeczytała wiadomość, sprawdziła, ile przebiegła i w jakim tempie, po czym zawróciła.
Panował okrutny skwar. Nie musiała biegać akurat teraz, ale wpadła w popłoch na myśl o powrocie do szkoły i do życia w akademiku, dlatego zdecydowała się na ten żałosny bieg.
Siedem minut i półtora kilometra później pukała do znajomych drzwi. Drzwi otwarły się gwałtownie i stanęła w nich Marissa z rozwianymi rudymi włosami i szeroko otwartymi zielonymi oczami.
Nawet w stanie wzburzenia, w jakim się obecnie znajdowała, stanowiła miły dla oka widok. Tego lata ich grafiki godzin pracy i dni wolnych jakby się sprzysięgły przeciwko nim i Erika miała wrażenie, że niemal wcale nie widuje swojej najlepszej przyjaciółki.
- Ohyda - powiedziała Marissa, marszcząc nos na widok spoconej Eriki.
Mimo to uściskała ją, a potem zaciągnęła na górę, do swojego pokoju. Gdy już się znalazły za zamkniętymi drzwiami, Marissa wślizgnęła się pod kołdrę i przykryła się z głową.
- Wszystko w porządku? - spytała Erika.
- Nie, nie. Całkiem nie w porządku. Chciałabym, żebyś zerknęła na coś na komodzie.
Erika zrobiła krok w stronę komody i zamarła na widok niewielkiego plastikowego urządzenia.
- O rany!
- No właśnie, o rany!
- Czy mam potwierdzić to, co już wiesz, czy patrzę na to jako pierwsza?
- Jesteś pierwsza.
- Rozumiem. Ilu kresek szukam?
- Żadnych kresek. Kupiłam taki ze słowami.
- To on mówi?
- Nie, do diabła, nie mówi! - Marissa się roześmiała, ale wypadło to żałośnie. - Słowa pojawiają się na cyfrowym ekranie czy innym badziewiu, nie wiem. Czy ja wyglądam na jakiegoś cholernego konstruktora testów ciążowych?
- To na pewno lepiej płatne niż... Zadeklarowałaś już wybór kierunku?
- Tak! Historia sztuki.
- Jezu! Zdecydowanie lepiej płatne niż to.
Spod skłębionej pościeli dał się słyszeć jakiś odgłos - coś pomiędzy śmiechem a prychnięciem. Erika czuła się dziwnie, przechodząc prosto z biegu i upału do takiej sytuacji, a poza tym okropnie chciało jej się pić. Mogłaby wlać w siebie wiadro wody. To jednak musiało poczekać.
Podeszła do komody, wzięła test i ciężko westchnęła.
- "Nie w ciąży" - przeczytała. - Mówi, że nie jesteś w ciąży.
Marissa wyłoniła się spod kołdry z dłońmi złożonymi jak do modlitwy.
- O Boże! Dziękuję, Najświętsza Panienko, dzięki ci, Jezu!
Erika stała nieruchomo, trzymając kawałeczek plastiku. Pierwszy raz w życiu miała w ręce test ciążowy - zaskoczyła ją jego lekkość i kruchość. Jej mama była pielęgniarką i rozmowy o seksie jej nie krępowały. Gdy Erika skończyła szesnaście lat, mama zadbała o to, by miała wkładkę wewnątrzmaciczną skuteczną przez pięć lat. Erika nie wiedziała więc, jak smakuje tego typu strach, a teraz złapała się na tym, że wyobraża sobie siebie w przyszłości, jak trzyma coś takiego w dłoni z nadzieją na... Właściwie na co? Nie myślała o sobie jako o materiale na mamę, tym bardziej że wkrótce miała się stać czyjąś starszą siostrą czy raczej półsiostrą...
Erika odłożyła test na komodę, po czym położyła się na łóżku obok przyjaciółki. Leżały na plecach i gapiły się w sufit.
Marissa płakała.
- Ciągle zapominam o tej głupiej pigułce. Co jest ze mną nie tak?
- Nietrudno zapomnieć. Może chciałabyś wysłuchać gorącej przemowy mojej mamy o tym, że każda dziewczyna w college'u powinna mieć jakieś długoterminowe zabezpieczenie? Podchodzi do tego bardzo poważnie.
- Niekoniecznie. Ale to o mało mnie nie zabiło. Kupię ten głupi plaster albo coś w tym rodzaju. Może taki pierścień jak ten, który sobie tam wtykasz... To nawet zabawnie brzmi.
Marissa znowu próbowała się zaśmiać, a Erika przysunęła się bliżej.
Poznały się w dziewiątej klasie, gdy Marissa podeszła do niej w łazience, by pożyczyć błyszczyk do ust, a potem gładko przeszła do planu dzielenia się wszystkimi kosmetykami, jako że mają identyczną cerę. Gdy Erika gorączkowo myślała, jak się uwolnić od tej kompletnej szajbuski, Marissa zaczęła paplać o tym, że prawdopodobnie są dalekimi krewniaczkami, bo pochodzą od takich samych irlandzkich wieśniaków. Erika dostała wtedy ataku śmiechu, nad którym kompletnie nie potrafiła zapanować.
- Dziwnie jest być znowu w domu, prawda? Kiedy wracasz do St. B's? - spytała Marissa.
- W przyszłą sobotę.
- Racja! Ja, dzięki Bogu, w przyszły wtorek melduję się na uniwersytecie. Drugi rok przed nami.
- Tak, drugi rok przed nami - powtórzyła Erika bez cienia entuzjazmu.
Czy Marissa to zauważyła? Chyba nie, bo przecież Erika nie miała powodu do narzekań - college St. Benedict's był naprawdę w porządku. Uwielbiała niektóre jego strony, na przykład zajęcia z literatury, salę do cichej pracy w bibliotece, duży zielony dziedziniec. Problem stanowiła cała reszta. Wszyscy mieli bzika na punkcie picia, całonocnych imprez i przelotnych związków, czyli czegoś, czym ona już wcześniej zdążyła się nasycić. Czegoś, czemu - jak sądziła - beztrosko się odda, chcąc zacząć od nowa po ostatniej, okropnej klasie liceum. Ale nie. Nic z tych rzeczy. Pierwszy rok przyszedł i po prostu przeminął. Nikogo nawet nie pocałowała. Tak naprawdę prawie nie dotknęła innego człowieka.
- Opowiedz o swojej nowej roli opiekunki pierwszego roku - poprosiła Marissa. - To niesamowite.
- Ile razy mam ci opowiadać? To po prostu darmowe mieszkanie w akademiku i wyżywienie.
I coś niemal równie istotnego: własny pokój z łazienką. Cudowna, błogosławiona prywatność, dzięki której nikt nie patrzy na ciebie jak na smutnego, żałosnego samotnika, tylko dlatego że nie masz ochoty nigdzie wychodzić.
Leżąca obok niej Marissa westchnęła.
- Muszę się rozerwać, i to tak naprawdę, a dzisiaj nie dzieje się absolutnie nic.
Erika przygryzła paznokieć kciuka.
- Mam coś. Być może.
- Dawaj.
- Hm, nie jestem pewna, czy chcę.
- Daj spokój! Jesteś mi to winna.
- Jestem ci coś winna? Czy to ja o mało nie zafundowałam ci ciąży? Chyba bym pamiętała.
- No tak, takie coś się pamięta. Oni zawsze pamiętają. Mówiąc "oni", mam na myśli Marca, bo tylko on miał tę przyjemność.
Znowu się roześmiały, po czym Erika westchnęła, zakrywając twarz dłońmi.
- Zamykają Jaskinię. Chłopak, z którym tam pracowałam, napisał do naszej paczki, zapraszając nas tam na dziś wieczór. Na imprezę albo coś w tym stylu. Po godzinach. Mamy zakraść się od zaplecza.
- Co? Potajemna impreza w Jaskini?
- Na to wygląda.
- Chlanie i gra w skee-ball?
- No.
- Jak mogłaś mi o tym nie powiedzieć? Jak to możliwe, że zapraszasz mnie dopiero teraz? Błagam, zabierz mnie na odrażającą imprezę do opuszczonego salonu gier. - Marissa oparła się na łokciu i trzepotała rzęsami.
Erika posłała jej piorunujące spojrzenie.
- To może zadziałałoby na Marca, na mnie na pewno nie. A skoro o nim mowa... Myślałam, że wspólnie doszliście do wniosku, że to już koniec. Po tym, jak wyjechał na miesiąc do babci w Kolorado, a ty wreszcie przyznałaś, że związki na odległość nie są dla ciebie.
- Wiem, wiem. Ups. Kolejne zaskoczenie.
Marissa się uśmiechała, ale jej oczy błyszczały od łez, jakby znowu miała zacząć płakać.
Erika czuła, jak ogarnia ją poczucie winy. Powinna gdzieś z nią wyjść, pozwolić jej na odrobinę rozrywki. Sama też mogłaby spróbować trochę się rozerwać, tylko że już nie lubiła imprez. Ostatnia, na której dobrze się bawiła, miała miejsce wieki temu. Zanim cały świat zobaczył to nagranie.
- No dobra, może się wybiorę - powiedziała w końcu.
Marissa zapiszczała.
- Czy ten zabawny koleś też tam będzie? Ten, który z tobą flirtował?
"O Boże - pomyślała Erica. - Dlaczego ona ma pamięć jak słoń?"
- Chyba tak. Pytał, kto przynosi piwo. Wygląda na to, że wyrósł na niezłego palanta.
- A co złego jest w piwie? Lubię piwo. Przypomnij mi, jak ma na imię - poprosiła Marissa i wyjęła telefon.
Erika przewróciła oczami.
- Tucker. Tucker Campanelli.
- Rzeczywiście, wyglądał jak miły włoski chłopiec. Zobaczmy. To zajmie chwilkę - powiedziała Marissa. - Oh la, la! Pan Campanelli zrobił się niezwykle smakowity.
Erika wyrwała Marissie telefon i spojrzała na zdjęcie Tuckera - jedno z tych starannie upozowanych zdjęć profilowych, które nie miały na takie wyglądać. Jęknęła, po czym zwróciła jej telefon.
- Nie, dziękuję.
- Jesteś w tarapatach, E. W poważnych tarapatach. Poczekaj... Jest w ostatniej klasie w Gaithersburgu? Pewnie świetnie zna naszą drogą, idealną Ninę.
- Czasami mam wrażenie, że bardziej niż Marca lubisz jego siostrę.
- No coś ty! A gdybym tak napisała do niej i spytała o naszego chłopczyka?
- Mam cię udusić?
Marissa zepchnęła Erikę na skraj łóżka, a ta kurczowo uczepiła się pościeli, w końcu jednak runęła na podłogę, pociągając za sobą kołdrę i Marissę. Zaśmiewały się, leżąc na stercie pościeli, co na chwilę przypomniało Erice, jak to jest wygłupiać się z przyjaciółmi.
*
Erika wróciła do domu truchtem. Sobotnie popołudnie pomału przechodziło w sobotni wieczór, z charakterystyczną dla niego krzątaniną. Parkingi przed koszmarnie drogim sklepem z żywnością organiczną, przed nowym barem kanapkowym Chick-Fil-A i tajską restauracją - trzecią na liście najlepszych w mieście - były pełne. Erika nie paliła się do powrotu do szkoły, jednak nie marzyła też o pozostaniu tutaj, w tym zatłoczonym prowincjonalnym miasteczku. Cóż takiego dobrego było tu poza Marissą i mamą?
W centrum, już niedaleko domu, Erika minęła duży, paskudny budynek z cegły - swą dawną szkołę średnią. Gdy tylko znalazła się na jego wysokości, wbiła wzrok w chodnik.
Przyspieszyła na schodkach prowadzących do domu, w którym dorastała, i już po chwili była w holu. Zastała w nim mamę ubraną w strój pielęgniarki, z nisko upiętym kucykiem, bez makijażu. Mama, wysoka, zgrabna, ciemnowłosa, nie wyglądała na swoje czterdzieści pięć lat. Nie widziały się zaledwie dwie godziny, ale i tak uściskała niższą od siebie córkę.
- Nie musisz wracać do tej swojej szkoły, prawda?
- O Boże, chyba zwariowałaś. Puść mnie.
Mama nadal trzymała ją w ramionach, kołysząc w przód i w tył.
- Ale z ciebie głuptas. Przecież to uwielbiasz.
Erika wysunęła się z jej objęć, po czym w kilku susach znalazła się na kanapie i włączyła telewizor jak zawsze ustawiony na program HGTV.
- Potrzebujesz czegoś przed wyjazdem?
- Spełnienia egzystencjalnego? Drogich butów?
- Ha, ha! Jesteś urocza. Wychodzisz dziś wieczorem?
- Jeszcze nie jestem pewna. Napiszę ci.
Mama poprawiła pasek torebki przewieszonej przez ramię i podeszła do kanapy.
- Cieszysz się, że zobaczysz swoich przyjaciół z St. B's?
W pierwszej chwili Erika chciała podgłośnić telewizor, lecz zamiast tego zaczęła bezmyślnie przerzucać kanały. Mama na pewno zadała to pytanie przypadkowo. A może Erika miała wypisane na czole, że tak naprawdę nie ma żadnych przyjaciół w St. B's?
Nie, to niemożliwe, żeby mama wiedziała. Erika zawsze wymieniała mnóstwo imion i zachowywała się tak, jakby wszystko było w porządku. Mama nie powinna się martwić. Brak przyjaciół nie stanowił problemu. Udział w scenach pornograficznych wrzuconych do internetu - to był prawdziwy problem. Mama pomogła Erice się z tym uporać, dlatego nie zamierzała martwić jej jakimiś bzdetami.
A jednak mama nadal patrzyła na nią z tą drobną, będącą oznaką zmartwienia zmarszczką na czole.
- No pewnie - powiedziała Erika. - Bardzo się cieszę.
Przesadnie podgłośniła telewizor i zapatrzyła się na gościa, który właśnie rozwalił młotem ścianę, po czym zmarszczył czoło na widok tego, co za nią zobaczył.
Mama podeszła i stanęła przed nią, zasłaniając ekran.
- Jeszcze jedna sprawa i już mnie nie ma. Czy nie sądzisz, że powinnaś zobaczyć się z ojcem, zanim wyjedziesz? Byliście tylko raz na lunchu tego lata. No i jeszcze nie poznałaś Jennifer.
Erika poczuła przypływ irytacji, ponieważ była to ostatnia sprawa, o której miała ochotę teraz myśleć, a prawdopodobieństwo, że podejmie wysiłek, by umówić się gdzieś z obojgiem, było bliskie zeru.
- Jego narzeczonej? Czy to nie jest najbardziej denerwujące słowo na świecie?
Mama pokiwała głową i głośno westchnęła.
- Myślisz, że celowo zaszła w ciążę? - spytała Erika.
- Cóż, kochanie, nie jestem pewna, czy ma to jakieś znaczenie, skoro wydają się szczęśliwi. Poza tym ona uczy higieny w szkole średniej, domyślam się więc, że wie, jak to wszystko działa.
Erika bardzo wysoko uniosła brwi.
- A jeśli jest wyjątkowo kiepska w tym, co robi?
Mama posłała jej uśmiech, po czym wreszcie wyszła. Erika zamieniła pilota na telefon i zaczęła czytać posty wszystkich osób, które miały pojawić się dziś wieczorem. Starała się zobaczyć, gdzie obecnie znajdują się w swoim życiu. Zwracała przy tym szczególną uwagę na wszelkie oznaki cierpienia i desperacji. Wydawało się, że wszyscy mają się świetnie, naprawdę świetnie. Wyszukała Tuckera, lecz jego posty były zastrzeżone. Miał profil na Facebooku, zaczęła więc przeszukiwać jego stare zdjęcia profilowe aż do tego momentu w przeszłości, gdy wyglądał jak chłopiec, którego kiedyś znała. Kiedy patrzyła na jego twarz, powróciło do niej pewne wspomnienie.
Kilka tygodni po tym, jak nagranie znalazło się w sieci, tamci goście pojawili się w Jaskini. Kolesie z jej szkoły. Z pierwszych klas. Stała z Tuckerem za ladą z nagrodami i zastanawiali się, śmierć którego z bohaterów Harry'ego Pottera była najbardziej druzgocąca emocjonalnie, gdy jeden z chłopaków zatrzymał się tuż przed nią i spytał, czy chciałaby mu zrobić loda.
W tamtym czasie Erika już naprawdę dobrze opanowała sztukę powstrzymywania się przed wzdrygnięciem, jednak tego typu słowa wciąż sprawiały, że kurczyła się do rozmiarów czegoś małego i twardego. Szklanej kuleczki, którą wszyscy mogą się bawić.
- Słucham?! - wrzasnęła. - Nie dosłyszałam. Czy mógłbyś powtórzyć głośniej?
Czasami to odnosiło magiczny skutek. Czasem odbijało się rykoszetem w najgorszy możliwy sposób. Tamci zaraz się wynieśli, a gdy Erika się odwróciła, o mało nie wpadła na Tuckera.
- Hej! - powiedział. - Właśnie zamierzałem skopać tyłki tym gościom, ale teraz, skoro tak łatwo ich spławiłaś, to byłoby niemal obraźliwe. - Spróbował wykonać rękoma jakiś ruch ze sztuk walki. - Tak na wszelki wypadek - dodał, czerwieniąc się. - Niewiele wiem na temat... No, wiesz. No, o tym. Tim chciał mi powiedzieć, ale kazałem mu spieprzać.
Erika kiwnęła głową, wpatrując się w podłogę. Potem przypomniała mu, że na półce ze słodyczami panuje straszny bałagan, więc oboje zabrali się do ich układania. Później już nie rozmawiali o nagraniu.
Nigdy nie rozmyślała zbyt długo o tej chwili, która zaginęła gdzieś w czeluściach jej pamięci pod natłokiem ukradkowych spojrzeń kolegów i koleżanek z klasy, tych wszystkich kpin ze strony osób niegdyś mieniących się jej przyjaciółmi, świadomości, że jej własny tata ledwie jest w stanie na nią spojrzeć. I jeszcze te okropne paniusie z komitetu rodzicielskiego, podnoszące tę kwestię, jakby stanowiło to ich osobisty obowiązek, organizujące zebranie, które rzekomo miało dotyczyć jakiejś ogólniejszej sprawy, lecz w istocie dotyczyło jej - cała godzina poświęcona całkowicie absurdalnym radom opakowanym w grubą warstwę piętnowania za rozwiązłe zachowanie...
Erika właśnie miała zagłuszyć myśli odcinkiem "Domów z potencjałem", gdy na ekranie jej telefonu wyświetlił się SMS od Marissy.
Marco jest niepoważny.
Erika wiedziała, że Marco wcale nie jest niepoważny, jednak jako przyjaciółka była bezwzględnie lojalna i nie zamierzała kwestionować tego stwierdzenia.
Przykro mi, M. Wiesz, że moja propozycja platonicznej życiowej partnerki wciąż jest aktualna.
Marissa odpisała:
Kocham cię za to, ale tak naprawdę zależy mi, żeby dzisiaj wieczorem wyjść i dobrze się bawić.
I przesłała lawinę dłoni złożonych w modlitewnym geście.
Erika westchnęła. Powinna wyluzować, wiedziała, że powinna, a czy mogła być lepsza ku temu okazja? Impreza w opuszczonym salonie gier w towarzystwie najlepszej przyjaciółki i przymilającego się nieszkodliwego dzieciaka?
Dobrze, laska, niech ci będzie. Włóż swoje gacie do skee-ballu.