Wszystkie mroczne miejsca - Terri Parlato

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

MOLLY

Cza­sami chcia­ła­bym móc uchwy­cić ja­kąś szczę­śliwą chwilę, żeby zo­stała ze mną na za­wsze. Nie w po­staci fo­to­gra­fii czy fil­miku, tylko jako uczu­cie. Ta­kie uczu­cie, które mo­gła­bym prze­ży­wać na nowo do końca mo­ich dni. (Z ja­kie­goś po­wodu do tej roli garną się tylko kosz­mary senne...) Wzdry­gam się lekko i prze­cho­dzę z mroku ko­ry­ta­rza w ja­sną prze­strzeń sa­lonu, w któ­rym mój mąż stoi na tle pło­mieni bu­zu­ją­cych w ko­minku i opo­wiada na­szym zna­jo­mym ja­kąś za­bawną hi­sto­ryjkę. Go­ście za­pro­szeni na jego uro­dziny śmieją się zu­peł­nie szcze­rze. Wszy­scy uwiel­biają Jaya. Ale nikt nie ko­cha go bar­dziej niż ja.

Pierw­szy ty­dzień stycz­nia to nie naj­lep­sza pora na uro­dziny, po­nie­waż jed­nak w tej aku­rat kwe­stii nic spe­cjal­nie od nas nie za­leży, zro­bi­łam, co mo­głam, żeby za­pew­nić temu wy­da­rze­niu swo­bodną, ale uro­czy­stą oprawę. Za­mie­rzam za­dbać o to, aby czter­dziestka Jaya na długo za­pa­dła wszyst­kim w pa­mięć. W rogu cią­gle jesz­cze roz­bły­ska świa­teł­kami cho­inka, a na półce nad ko­min­kiem zdję­cia mie­nią się w bla­sku pło­mieni bia­łych świec. Na­sze uśmie­chy, które zo­stały na nich uwiecz­nione, ilu­strują trzy lata szczę­śli­wego mał­żeń­stwa.

W środku jest zu­peł­nie ina­czej niż na ze­wnątrz. Zimą w No­wej An­glii mrok za­pada bar­dzo szybko. Już po­nad go­dzinę temu niebo za oknem przy­brało ko­lor wę­glo­wego pyłu. Śnieg otu­la­jący oko­licę wi­dać tylko w tym jed­nym miej­scu, w któ­rym drogę oświe­tla la­tar­nia. Miesz­kamy tu od nie­spełna roku i jesz­cze nie do końca czu­jemy się jak w domu. To stary bu­dy­nek, nie­mal za­byt­kowy. Jego za­ka­marki i po­ły­sku­jąca bo­aze­ria od razu mnie za­uro­czyły. Wnę­trza są ja­sne i tęt­nią ży­ciem - za sprawą mo­jego ide­al­nego męża i na­szych przy­ja­ciół. Czuję się tu bez­pieczna.

Tort, małe dzieło sztuki, stoi w kar­to­nie w lo­dówce. Czeka tam na swoją wielką chwilę. Jay nie chciał hucz­nej fety, wo­lał za­pro­sić nie­wiel­kie grono naj­bliż­szych przy­ja­ciół na po­si­łek przy do­brym wi­nie. To po­wi­nien być cu­downy wie­czór. Na­prawdę po­wi­nien. Mam na­dzieję, że go nie po­psuję.

Stoję przy gra­ni­to­wym bla­cie i ukła­dam prze­ką­ski, które za­mó­wi­łam w na­szej ulu­bio­nej lo­kal­nej ka­wiarni. Wy­glą­dają prze­pysz­nie, ale ja zu­peł­nie nie mam ape­tytu. Się­gam tylko po kie­li­szek wina. To mal­bec, które przy­wieź­li­śmy ubie­głego lata z wy­prawy do Ka­li­for­nii. Upi­jam łyk. Jay staje za mną i bie­rze mnie w ob­ję­cia, a pod­bró­dek opiera na czubku mo­jej głowy. Uwiel­biam jego do­tyk, w jego sil­nych ra­mio­nach czuję się na miej­scu, czuję się bez­piecz­nie. Nuta drewna wy­czu­walna w jego za­pa­chu nie prze­staje mnie za­chwy­cać. Wzdy­cham, a po po­liczku spływa mi łza.

- Hej! - On mnie od­wraca i ociera ją kciu­kiem. - Tylko bez ta­kich, do­brze? Wszystko mamy pod kon­trolą.

Ki­wam głową i po­cią­gam no­sem.

- Prze­pra­szam.

- Nie prze­pra­szaj. - Ści­ska mnie mocno i mu­ska war­gami ką­cik mo­ich ust i frag­ment po­liczka. To taki po­ca­łu­nek dla do­da­nia otu­chy. - Wszystko bę­dzie do­brze, Molly.

Go­ście za­częli się scho­dzić o wpół do siód­mej, wno­sząc przez próg zi­mowe po­wie­trze i po­je­dyn­cze płatki śniegu. Wi­tali się ser­decz­nie i wrę­czali pre­zenty, choć wszyst­kich uprze­dza­łam, że Jay wo­lałby ich nie otrzy­my­wać.

Kim, z którą znam się od dru­giej klasy pod­sta­wówki, i jej mąż Josh, stary przy­ja­ciel Jaya, sie­dzą na so­fie. Przed­sta­wi­li­śmy ich so­bie krótko po tym, jak sami za­czę­li­śmy się spo­ty­kać. Kim to drobna, ciem­no­włosa ko­bieta o du­żych brą­zo­wych oczach. Kie­dyś była che­er­le­aderką. Tyle w niej eks­tra­wer­ty­zmu, ile we mnie ci­szy, przez co się pew­nie do­brze do­peł­niamy.

Cal, z któ­rym Jay gra w ho­keja, i jego żona La­ken, piękna, wy­soka blon­dynka, zaj­mują krze­sła, które przy­nie­śli­śmy z ja­dalni, żeby wszy­scy mieli na czym sie­dzieć. La­ken pro­wa­dzi w mie­ście wła­sne spa i jesz­cze w progu wrę­czyła Jay­owi grubą kre­mową ko­pertę. Za­pewne ta­lon na ma­saż. Po­lu­bi­ły­śmy się z La­ken.

Są też Elise i Scott. Dok­tor Elise West­more pro­wa­dzi wraz z Jayem ga­bi­net te­ra­pii ro­dzin­nej i z cza­sem do­łą­czyła do kręgu na­szych naj­bliż­szych zna­jo­mych. West­more'owie są od nas tro­chę starsi, ob­cho­dzili już pięć­dzie­siąte uro­dziny. Jay po­znał Elise na stu­diach i od razu się do­ga­dali. Mówi o niej, że za­stą­piła mu star­szą sio­strę, któ­rej ni­gdy nie miał.

- Kto na co ma ochotę? - pyta Jay, uno­sząc mal­beca. Kie­liszki idą w górę, więc on je na­peł­nia, a po­tem sięga do barku po ko­lejną bu­telkę. - Cal, czy dla cie­bie piwo? By­łem nie­dawno po za­pasy w Tril­lium.

Cal uśmie­cha się i wstaje.

- Jak ty mnie do­brze znasz, przy­ja­cielu. Przy­niosę so­bie. - Zwraca się do Scotta, który sie­dzi obok Elise w po­zie sta­tecz­nego męża stanu. - Dla cie­bie też piwo?

- Chęt­nie - pada od­po­wiedź.

Do­brze się do­ga­du­jemy w gro­nie tej ósemki. Z uśmie­chem sta­wiam na sto­liku tacę, na któ­rej wy­ło­żone zo­stały cro­stini z grzy­bami i se­rem gruy­?re. Do­le­wam so­bie wina i sta­ram się roz­ko­szo­wać jego sma­kiem, a przy tym całą uwagę sku­pić na Jayu. Po­dzi­wiam go za to, jak swo­bod­nie się czuje przy in­nych lu­dziach. Pew­nie to wła­śnie czyni z niego do­brego psy­cho­loga. Lu­dzie da­rzą go za­ufa­niem. Wie­dzą, że mogą so­bie na to po­zwo­lić. Uśmiech wiecz­nie gosz­czący na jego ustach i życz­li­wość w jego zie­lo­nych oczach też na pewno nie szko­dzą.

Wy­pi­li­śmy po kilka drin­ków, zje­dli­śmy po­łowę prze­ką­sek. Mamy już za sobą roz­mowę o tym, co u kogo sły­chać no­wego. La­ken roz­piera się na krze­śle, a jej dłu­gie nogi się­gają te­raz kra­wę­dzi sto­lika.

- A jak tam twoja nowa książka, Jay?

On robi głę­boki wdech i od­po­wiada:

- Po­woli.

Prze­nosi wzrok w stronę ko­minka, w któ­rym z trza­skiem mi­go­czą pło­mie­nie.

Jay pi­sze książkę na­wią­zu­jącą do jed­nego z ar­ty­ku­łów, które opu­bli­ko­wał jesz­cze na stu­diach. Nie za wiele opo­wiada mi o swo­jej pracy. Twier­dzi, że to nudna i przy­tła­cza­jąca strona jego oso­bo­wo­ści.

- O czymś po­twor­nie mrocz­nym mia­łeś pi­sać, do­brze ko­ja­rzę? - do­py­tuje La­ken. - O ja­kichś pa­skud­nych zbrod­niach i za­bu­rzo­nej psy­chice?

Jay się krzywi.

- Mo­men­tami rze­czy­wi­ście bywa mocna.

Elise pro­stuje się na krze­śle, wbija wzrok w La­ken.

- Za­bu­rze­nia psy­chiczne to bar­dzo sze­ro­kie po­ję­cie, obej­mu­jące roz­le­gły wa­chlarz za­cho­wań, z któ­rych nie wszyst­kie mają cha­rak­ter gwał­towny czy choćby na­wet szcze­gól­nie nie­po­ko­jący.

Na­gle po­ja­wia się mię­dzy nami na­pię­cie. Niby nie­wiel­kie, ale jed­nak wi­doczne na po­szcze­gól­nych twa­rzach. Ci­szę prze­rywa Kim.

- Mia­łam taką ciotkę - za­czyna, na­chy­la­jąc się lekko do przodu, za­nu­rza usta w kie­liszku i kon­ty­nu­uje: - która zbie­rała sierść swo­ich psów, gdy je cze­sała. Trzy­mała ją w worku w sza­fie w przed­po­koju. Zna­leź­li­śmy to kie­dyś z moim bra­tem, jak by­li­śmy jesz­cze dzie­cia­kami. Ale się na­je­dli­śmy stra­chu. To mu­siało tam le­żeć ze trzy­dzie­ści lat. To była sierść z sze­ściu róż­nych psów.

Jay za­czyna się śmiać. Kim po­trafi go roz­śmie­szyć.

- Umysł to coś nie­zwy­kle fa­scy­nu­ją­cego - stwier­dza, po czym wstaje i pod­nosi ze sto­lika nie­mal pu­stą tacę. - Je­dze­nia nam za­bra­kło.

W jego gło­sie wy­chwy­tuję ton nie­po­koju. Od ty­go­dnia coś mu cho­dzi po gło­wie, ale wszyst­kie moje py­ta­nia zbywa uśmie­chem i za­pew­nie­niem, że wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku. Idę za nim do kuchni, pod­cho­dzę do drzwi i wy­glą­dam na po­dwórko.

- W two­jej pra­cowni świeci się świa­tło - mó­wię, spo­glą­da­jąc w kie­runku sta­rego bu­dynku.

To nie­za­leżny ga­raż, który stoi po­śród śniegu na końcu pod­jazdu. W środku za­miast sa­mo­cho­dów znaj­dują się: biurko Jaya, prze­no­śny grzej­nik i parę in­nych sprzę­tów, które zwy­kle wsta­wia się do do­mo­wego ga­bi­netu.

- Wi­docz­nie nie zga­si­łem. - Otwiera ko­lejną bu­telkę wina. - Zajmę się tym póź­niej. Może zresztą jesz­cze tro­chę po­pra­cuję, jak go­ście wyjdą - rzuca i sku­pia wzrok na czer­wo­nym trunku, który wła­śnie prze­lewa się do jego kie­liszka.

- Dzi­siaj?

- Po­trze­bo­wał­bym tylko chwili. Przed przy­ję­ciem nie zdą­ży­łem cze­goś do­koń­czyć i zo­sta­wi­łem roz­grze­bane. To nie po­trwa długo.

Pod­cho­dzę do blatu i opie­ram się dło­nią o jego kra­wędź. Do­pi­jam wino i wy­mow­nie wy­sta­wiam kie­li­szek w stronę Jaya. Przez mo­ment spo­glą­damy so­bie w oczy, a ja uśmie­cham się, żeby go uspo­koić.

- Ja­sne, nie ma sprawy.

On na­peł­nia mój kie­li­szek, sta­wia go na bla­cie i bie­rze mnie w ra­miona.

- Nie po­trzeba mi ni­czego poza tym, co mam tu­taj - za­pew­nia.

Do kuchni wcho­dzą Cal i Josh. Drugi z nich wy­ma­chuje pu­stym kie­lisz­kiem.

- Co to za opóź­nie­nia? - Śmieje się. - Oni się nie po­tra­fią od sie­bie ode­rwać - zwraca się do Cala.

- Dzi­wisz mi się? - od­po­wiada Jay, od­gar­nia­jąc moje dłu­gie włosy z ra­mie­nia na plecy.

Uwal­niam się z jego ob­jęć i pod­cho­dzę do lo­dówki.

- Czas już na tort, mój drogi ju­bi­la­cie.

Wy­sta­wiam kar­ton na blat i wyj­muję tort. Po­łać błę­kit­nego lu­kru zdo­bią po­ły­sku­jące po­ma­rań­czowe i żółte kwiaty.

- Wow! Nie­sa­mo­wi­cie wy­gląda. Aż żal bę­dzie go roz­ci­nać - za­chwyca się Jay.

- Świet­nie so­bie po­ra­dzili u An­dré - stwier­dzam, wyj­mu­jąc z szu­flady nóż.

- Cze­ko­la­dowy czy wa­ni­liowy? - pyta Cal.

Do kuchni wkra­cza La­ken.

- Rany bo­skie, Cal. Prze­cież to tort Jaya. Oczy­wi­ście, że cze­ko­la­dowy.

Cal wzru­sza ra­mio­nami.

- A może zew przy­gody się w nim ode­zwał?

Na­gle wszy­scy tu są, więc się­gam po świeczki uro­dzi­nowe.

Jay chwyta mnie za rękę.

- Szkoda bę­dzie ze­psuć ta­kie cudo. - Za­raz po­tem się jed­nak uśmie­cha. - Ale co tam! W końcu tylko raz w ży­ciu koń­czy się czter­dzie­ści lat.

Otwie­ram oczy i nie czuję za­pa­chu kawy. Od razu wiem, że coś jest nie tak. Leżę sama w du­żym łóżku, Jaya nie ma obok mnie. Zwy­kle bu­dzi się przede mną, ale zwy­kle też cały dom wy­peł­nia za­raz po­tem woń jego ulu­bio­nego na­poju. Jay to jedna z tych osób, które sy­piają za­le­d­wie po cztery czy pięć go­dzin na dobę. To rów­nież za­go­rzały mi­ło­śnik kawy. Wy­pija jej z pięć, a cza­sem na­wet sześć fi­li­ża­nek dzien­nie. Po ta­kiej dawce więk­szość lu­dzi mia­łaby kło­pot, żeby za­pa­no­wać nad drże­niem rąk, ale jemu to służy. Zdą­ży­łam się już przy­zwy­czaić, że rano bu­dzi mnie ten cha­rak­te­ry­styczny za­pach. Gdy się po­ja­wia, po­wieki mi się uno­szą. Działa to jak w ze­garku.

Te­raz zaś w kuchni jest zimno, a ka­wiarka stoi na bla­cie, pu­sta, nie­tknięta.

- Jay?! - wo­łam go, a mój głos nie­sie się echem po domu.

Serce od razu mi przy­spie­sza. Udaję się do drzwi fron­to­wych, wy­glą­dam na ze­wnątrz. Drzwi do pra­cowni Jaya są otwarte na oścież. Zbie­gam po schod­kach i pę­dzę przez po­dwórko. Bo­symi sto­pami przez śnieg...

Po­ty­kam się o próg. Nie za­staję go w wej­ściu.

- Jay?

Nikt nie od­po­wiada. Wcho­dzę do środka, mi­jam biurko i prze­no­śny grzej­nik. I wtedy go do­strze­gam. Leży na pod­ło­dze z głową w ka­łuży krwi, któ­rej ślady za­uwa­żam rów­nież na ścia­nach. Opa­dam na ko­lana, chwy­tam go za rękę.

- Jay!

Nic to nie daje. On mnie nie sły­szy. Leży zimny i bez ży­cia. Pod li­nią wczo­raj­szego za­ro­stu do­strze­gam ranę na jego szyi. Ma na so­bie to samo ubra­nie, co wczo­raj pod­czas przy­ję­cia. Po­wieki na wpół mu opa­dły, a włosy na­sią­kły ma­zią roz­le­wa­jącą się wo­kół jego głowy. Co­fam się i opie­ram ple­cami o szafę kar­to­te­kową, a gdzieś z głębi mo­jej du­szy wy­do­bywa się wrzask.

Sie­dzę w kuchni na krze­śle, a po ca­łym domu kręcą się gli­nia­rze. Moja sio­stra Cor­rine już do mnie je­dzie. Ktoś mi przy­niósł z góry szla­frok i po­mógł go za­ło­żyć. Chyba ta młoda po­li­cjantka. Ta, która przy­je­chała jako pierw­sza i od­pro­wa­dziła mnie do domu. Bar­dzo to było miłe z jej strony, ale na­dal nie czuję swo­jego ciała. Wszystko mam odrę­twiałe, od stóp do głów.

W domu pa­nuje chaos. Pod­no­szę wzrok i zer­kam w kie­runku sa­lonu. Bu­telki po pi­wie i kie­liszki do wina stoją na wszyst­kich sto­li­kach, a na­wet na półce nad ko­min­kiem. Na bla­cie roz­pły­wają się resztki di­pów i po­je­dyn­cze prze­ką­ski. Wy­gląda to obrzy­dli­wie, ale prze­cież za­kła­da­łam, że to uprząt­niemy, za­nim kto­kol­wiek do nas za­wita. Nie spo­dzie­wa­łam się, że ran­kiem w dzień po przy­ję­ciu znajdę mar­twe ciało mo­jego męża w jego pra­cowni. Cho­wam twarz w miękki rę­kaw i pła­czę. Kto mógł Jay­owi zro­bić coś ta­kiego? Moje ży­cie na­gle się roz­pa­dło jak do­mek z kart, a ja czuję się tak, jak­bym le­ciała w ciemną ot­chłań.

Od strony fron­to­wych drzwi do­biega mnie ni­ski głos Cor­rine. Ona mówi jak Lau­ren Ba­call. Roz­ma­wia z jed­nym z po­li­cjan­tów, a za­raz po­tem jest przy mnie i się nade mną na­chyla. Czuję wy­raź­nie za­pach jej per­fum. Przede wszyst­kim jed­nak czuję za­pach krwi.

- Co się tu, do li­cha, stało, Molly?

Pod­ciąga mnie do po­zy­cji pio­no­wej i bie­rze w ob­ję­cia, a ja cho­wam twarz w jej weł­nia­nym płasz­czu.

- Pro­szę pani, mie­li­by­śmy kilka py­tań - od­zywa się zza jej ple­ców mę­ski głos.

Cor­rine od­wraca się do po­li­cjanta i pyta:

- Co tu się wy­da­rzyło?

- Wła­śnie pró­bu­jemy to usta­lić. Usiądźmy, do­brze?

Chwilę póź­niej sie­dzimy z Cor­rine obok sie­bie, a bar­czy­sty po­li­cjant w mun­du­rze opada na krze­sło na­prze­ciwko nas.

- Je­stem sier­żant Sim­mons - mówi i kła­dzie na stole no­tat­nik. - Pani Bra­dley?

Od­chrzą­kuję i ocie­ram nos chu­s­teczką.

- Tak?

- Chciał­bym, żeby mi pani opo­wie­działa, co się wy­da­rzyło.

Pró­buję za­pa­no­wać nad łka­niem i na­brać w płuca choć tro­chę po­wie­trza.

- Do­brze - wy­krztu­szam z sie­bie, po czym wra­cam my­ślami do mo­mentu, w któ­rym otwo­rzy­łam oczy. Pró­buję po­skła­dać wszyst­kie po­roz­rzu­cane ob­razki w jedną ca­łość. - Wsta­łam rano, a mo­jego męża nie było, to zna­czy w łóżku. On wcze­śnie wstaje... Nie było kawy. - Znów za­czy­nam pła­kać, a po­li­cjant roz­piera się na krze­śle.

Cor­rine stuka pal­cami w blat.

- Czy to się na­prawdę musi od­być te­raz? Ona nad sobą nie pa­nuje.

- Przy­kro mi, ale ktoś zgi­nął, pani...

- Cor­rine Al­worth. Je­stem jej sio­strą.

Po­li­cjant przyj­muje to do wia­do­mo­ści.

- No do­brze, pani Bra­dley. Czyli obu­dziła się pani rano. O któ­rej?

Czuję się zu­peł­nie za­gu­biona. Dudni mi w gło­wie. Nie mam po­ję­cia, o któ­rej to było, spo­glą­dam więc na wy­świe­tlacz ze­gara w mi­kro­fa­lówce i pró­buję to wy­de­du­ko­wać.

- Hm. - Te­raz jest kwa­drans po dzie­sią­tej. - O dzie­wią­tej, może tro­chę póź­niej.

- Nie jest pani pewna?

- Nie.

On roz­gląda się wo­kół sie­bie, na pewno do­strzega ba­ła­gan.

- Wczo­raj wie­czo­rem od­było się ja­kieś przy­ję­cie?

- Uro­dziny mo­jego męża.

Głowa mi opada, wspie­ram się na Cor­rine. Naj­chęt­niej prze­sta­ła­bym ist­nieć.

- A pani tu była, pani Al­worth?

- Nie, nie było mnie - brzmi od­po­wiedź.

Czyżby miała do mnie żal? Z moją star­szą sio­strą ni­gdy nic nie wia­domo. Ona czę­sto mówi ta­kie rze­czy, jakby była na mnie zła. Ale prze­cież miała inne plany. Kładę prawą dłoń na le­wym przed­ra­mie­niu i pal­cami szu­kam kra­wę­dzi rę­kawa.

- No do­brze, pani Bra­dley. Więc pani wstała, a męża nie było w łóżku. A co pani zro­biła po­tem?

- Ze­szłam na dół i zo­ba­czy­łam, że drzwi do jego pra­cowni są otwarte. Wczo­raj wie­czo­rem wspo­mniał, że po przy­ję­ciu jesz­cze tam pój­dzie, bo ma coś do zro­bie­nia.

- Czyli udał się do pra­cowni ze­szłej nocy?

- Tak. Twier­dził, że taki ma za­miar.

- A o któ­rej to było go­dzi­nie?

Twarz sier­żanta Sim­monsa przy­po­mina księ­życ w pełni. Po­li­cjant jest spo­kojny i cier­pliwy. Chcia­ła­bym od­po­wie­dzieć na wszyst­kie jego py­ta­nia. Chcia­ła­bym mu po­móc, ale my­śli wi­rują mi w gło­wie jak ptaki, któ­rych nie po­tra­fię uchwy­cić.

- Nie wiem. Późno.

- A on za­wsze pra­cuje o ta­kich póź­nych po­rach?

- Tak, wła­ści­wie to tak.

- Do­brze. A czy za­mknęła pani drzwi przed uda­niem się do łóżka?

Wła­ści­wie to nie wiem. Moje wspo­mnie­nia roz­pły­wają się jak we mgle. Na­prawdę sporo wy­pi­li­śmy, a w każ­dym ra­zie ja na­prawdę sporo wy­pi­łam. Le­dwo przy­po­mi­nam so­bie, jak się wspi­na­łam po scho­dach. Na­gle do­ciera do mnie, że rzęsy kleją mi się od po­kru­szo­nego tu­szu i że czuję w ustach nie­przy­jemny, kle­isty smak. Po­ło­ży­łam się spać bez wie­czor­nej to­a­lety.

Prze­ły­kam płacz i znów od­chrzą­kuję.

- Chyba Jay to zro­bił.

- Ale nie wie pani na pewno?

Sier­żant Sim­mons chciałby chyba, że­bym spoj­rzała mu w oczy, ale nie po­tra­fię się na to zdo­być. Wo­la­ła­bym, żeby go tu nie było. Nie po­doba mi się, że po­li­cjanci kręcą się po domu i do­ty­kają róż­nych na­szych rze­czy, że spi­sują te wszyst­kie ra­porty. Chcia­ła­bym, żeby Jay stał przy ku­chence i sma­żył na­le­śniki. Ja bym za­jęła miej­sce obok niego, żeby do­pil­no­wać skwier­czą­cego be­konu. Chcia­ła­bym cof­nąć się do wczo­raj­szego dnia. Po­trzą­sam głową i ocie­ram twarz prze­mo­czoną od łez chu­s­teczką.

- Czyli obu­dziła się pani dziś rano. Zo­ba­czyła pani, że męża nie ma w łóżku. Ze­szła pani na dół, żeby spraw­dzić, co się dzieje, i zo­ba­czyła otwarte drzwi. A co po­tem?

- Po­bie­głam przez po­dwó­rze, żeby go po­szu­kać.

Cor­rine sta­wia przede mną pu­dełko, z któ­rego wy­cią­gam so­bie kilka świe­żych chu­s­te­czek. Cała je­stem za­smar­kana i za­pła­kana, jak­bym się miała za­raz roz­pu­ścić.

- Pro­szę się nie spie­szyć, pani Bra­dley.

Ro­bię głę­boki wdech, po­tem wy­dech.

- Po­szłam do pra­cowni i tam zo­ba­czy­łam Jaya na pod­ło­dze. Na jego szyi... On nie żył.

Opusz­czam głowę i za­czy­nam pła­kać. Cor­rine mocno mnie przy­tula.

Sły­szę ja­kieś głosy. Inni po­li­cjanci mó­wią coś do Sim­monsa, a po­tem się od­da­lają.

- Już pra­wie skoń­czy­li­śmy, pani Bra­dley. Bę­dziemy po­trze­bo­wali li­sty wszyst­kich osób, które brały udział we wczo­raj­szym przy­ję­ciu, do­brze?

Pró­buję na niego spoj­rzeć, po­ta­kuję. Chry­ste Pa­nie! Czy oni my­ślą, że zro­bił to ktoś z na­szych przy­ja­ciół? To nie­moż­liwe.

Cor­rine ma­suje mi ra­mię.

- Zaj­miemy się tym, pa­nie sier­żan­cie. A na ra­zie chcia­ła­bym zro­bić mo­jej sio­strze coś do pi­cia. Trzeba ją też cie­plej ubrać.

- Pro­szę się nie spie­szyć. - Wstaje od stołu. - Za chwilę będą tu tech­nicy kry­mi­na­li­styczni. - Przy­wo­ław­szy po­li­cjantkę, do­daje: - Con­nors bę­dzie wam asy­sto­wać, bo nie wolno do­ty­kać ni­czego, co mo­głoby się oka­zać istotne.

Ki­wam głową i zbie­ram się do odej­ścia.

- A wła­śnie - woła za mną - bę­dziemy mu­sieli za­brać ubra­nie, która miała pani na so­bie wczo­raj­szego wie­czoru.

Zerka przy tym wy­mow­nie na funk­cjo­na­riuszkę na­zwi­skiem Con­nors.

Łkam, za­miast od­dy­chać.

- Do­brze.

Czyżby on są­dził, że ja mia­łam coś wspól­nego ze śmier­cią Jaya? Ta my­śli nie­mal zwala mnie z ko­lan.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki