1 Wiatr z Mazandaranu
We wschodnim skrzydle szpitala Cochin, gdzie znajduje się poradnia leczenia niepłodności technikami wspomaganego rozrodu, od kilku miesięcy trwają prace budowlane. O ile dobrze zrozumiałam, budynek ma zostać wyburzony, a poradnia przeniesiona do budynku głównego przy bulwarze Port-Royal. Wyposażenie poczekalni na drugim piętrze ograniczono zatem do niezbędnego minimum. Nie ma plakatów na ścianach ani ulotek, ustawiono tylko w trzech rzędach ze dwadzieścia szarych krzeseł, ledwo widocznych w bladym zimowym świetle, które przesącza się przez rusztowania za oknem. Kiedy tu weszłam dziś rano, jedno krzesło stało z boku, pod ścianą. Siedzę na nim i czekam od blisko trzech kwadransów.
Naszą pierwszą wizytę u doktor Françoise Gautier odbyliśmy jedenaście miesięcy temu. W przeddzień była piękna, ciepła wiosenna pogoda i pomalowałam sobie na czerwono paznokcie u nóg w nieco naiwnej nadziei, że będę w ten sposób bardziej pasowała do obrazu, jaki chciałam tworzyć razem z Pierre'em. Postanowiłam włożyć sandały na wysokich obcasach i nie zmieniłam zdania, chociaż kiedy się ubierałam, po niebie przetaczały się bataliony chmur. Podczas przeglądania naszej dokumentacji przekazanej przez profesora Steina doktor Gautier spytała: "A więc mają się państwo zamiar pobrać?". Powiedziała to głosem pozbawionym emocji, ale pytanie wydało mi się obcesowe. W najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałam, że również doktor Gautier - tak jak wcześniej profesor Stein - będzie się interesowała statusem naszego związku. Czy nie przyszliśmy tu po to, by wreszcie rozpocząć procedurę? Czy pytania nie powinny się teraz ograniczać do kwestii medycznych: chorób przebytych w dzieciństwie, obciążeń dziedzicznych, operacji? Czy cała ta historia z małżeństwem nigdy się nie skończy?
- Tak, oczywiście, za kilka miesięcy - odpowiedziałam głosem, który zabrzmiał tak fałszywie, że za każdym razem, kiedy o tym myślę, mam ochotę uciec jak najdalej i umrzeć.
Para siedząca najbliżej mnie była już tutaj, kiedy przyszłam, podobnie jak druga, w głębi poczekalni. Potem do poprzednich doszły jeszcze trzy inne pary - każda skrupulatnie zostawiała między sobą a sąsiadami kilka wolnych krzeseł. Nikt się nie odzywa. Pomieszczenie wypełnia cisza naładowana rezygnacją i rozmaitymi odgłosami dochodzącymi z korytarza. Na wszystkich twarzach maluje się napięcie, mieszanina niepokoju i bezbronności, która sprawia, że czekający przypominają dzieci zagubione w supermarkecie.
Czy ja też tak wyglądam?
Przypuszczam, że nie, bo nie odczuwam niczego, może tylko kiełkujące zniecierpliwienie.
Kobiety w poczekalni, których ciała, podobnie jak moje, stały się polem bitwy, zaczęły już pewnie gromadzić całą masę emocji do wyrażenia później. W długich rozmowach wypełnionych objaśnieniami, oburzeniem, powstrzymywanym płaczem i wyzwalającym chichotem. Najróżniejszymi "nie masz pojęcia...", "gdybyś wiedziała...", "nie no, naprawdę...", aż wszystko to z nich wyjdzie, rozwieje się w powietrzu i zostanie zapomniane. Mina zachowuje się czasem w ten sposób w rozmowach ze mną (i oczywiście z Lejli), kiedy wraca ze swoich wyjazdów naukowych. Dzwoni i od razu wchodzi w szczegóły, otwiera nawiasy, których nie domyka, parska niezrozumiałym śmieszkiem, zachwyca się, opowiada o tym samym zdarzeniu w rozmaitych tonacjach. Uważa za naturalne, że mam jej słuchać, uwieszona godzinami przy telefonie, bo jestem przecież jej siostrą. Lejli również słucha Miny, ale nie ma w sobie takiego zniecierpliwienia, narastającego z każdym kolejnym zdaniem. Bo Lejli ją rozumie. Obydwie mają tę samą łatwość "opróżniania brzucha", jak mawiała Sara, nasza matka.
Czasami się zastanawiam, jak to możliwie, żeby do tego stopnia niczego nie odczuwać. Teraz zdarza mi się to rzadziej niż kiedyś, ale mimo wszystko to uczucie stale mi towarzyszy, jest tuż obok. Kiedy byłam nastolatką, wydawało mi się, że niepostrzeżenie wyschło we mnie miejsce przeznaczone na emocje. Świat jawił mi się wtedy, podobnie jak teraz, niczym oddzielony szybą, nieuchwytny i odległy; jako niemy spektakl, w którym nie byłam zdolna uczestniczyć. W tamtym okresie dostrzegałam już podobieństwo między takim stanem a scenami z filmów i seriali ukazującymi weteranów z Wietnamu. Każda najdrobniejsza komórka w moim ciele rozumiała, co czują, kiedy siedzą na domowej kanapie wpatrzeni w pustkę, podczas gdy obok nich trwa zwykła krzątanina. Ich nieobecność, niezdolność do włączenia się w nurt życia, do budowania przyszłości. Wydawało mi się, że podobnie jak ja tkwią w głębinach, przytłoczeni milczeniem topielców unoszących się na powierzchni.
Nie ujdzie to niczyjej uwadze: jestem sama.
Nikogo do potrzymania za rękę. Żadnego - tuż przy moim - znajomego ciała, z którym wiążą mnie wspólnie przebyte próby. Tylko długa tekturowa tuba opatrzona nalepką z naszymi - moim i Pierre'a - imionami i nazwiskami, spoczywająca na moich kolanach. Tekturowa tuba, a w niej rozmrożone i przepłukane nasienie Pierre'a (jak mi to przedtem wyjaśniła doktor Gautier).
Nadal nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób, przy użyciu jakiej metody można przepłukać nasienie. Za każdym razem narzuca mi się obraz wielkiego sita, takiego jak to, którego Emma, moja babcia ze strony matki, używała przy pieczeniu ciasteczek. Mogłam znaleźć odpowiedź w internecie, ale prawdę mówiąc, nie jestem dostatecznie ciekawa, by się oddawać tego rodzaju poszukiwaniom.
Kiedy tylko weszłam do poczekalni, poczułam, że moja samotność zwraca uwagę par. Kobieta, która wchodzi tu w pojedynkę, nie może być rozwiedziona ani w separacji, bo byłby to koniec procedury. Dociekanie powodów jej samotności nieuchronnie prowadzi do wysunięcia trzech hipotez (w porządku rosnącym na skali domowych katastrof):
1) poranna kłótnia przed wyjściem z domu;
2) brak zainteresowania ze strony męża, który nie pofatygował się, by wziąć wolne w pracy, przełożyć termin spotkania służbowego albo delegacji;
3) niezmiernie rzadki przypadek: śmierć współmałżonka. Wiąże się to z koniecznością uzyskania specjalnego zezwolenia sądu na zajście w ciążę z nieżyjącym mężem.
W każdym razie w poradni leczenia niepłodności dowolnego szpitala na kuli ziemskiej samotna kobieta jest osobą godną pożałowania, nawet jeśli jej samotność sprawia, że niedola tych, których życie tu przywiodło, staje się mniej dotkliwa. Dzięki Bogu są tacy, co mają jeszcze większy niefart! Jest to bowiem terytorium ściśle zastrzeżone dla Małżonków. No man's land, gdzie stawką jest ich przyszłość, racja bytu, cel istnienia. Czyściec, w którym Bóg Płodności, przebudzony za sprawą zastrzyków z folitropiny beta, podejmuje decyzję, czy zmieni ich los, czy też nie. Żadna z tych trzech hipotez nie dotyczy mojego przypadku. Jest on znacznie bardziej złożony i pokrętny. Mamy tu do czynienia z przemyślaną strategią i z manipulacją. Z planem opracowanym przez gangsterów. Nie zdajesz sobie jeszcze sprawy, Czytelniku, ile ryzykuję, kiedy piszę te słowa. Wiedz, że wśród trzynastu par znajdujących się razem ze mną w poczekalni, litujących się nad samotną kobietą, za jaką mnie mają, są ludzie, którzy - gdyby tylko wiedzieli - postawiliby mnie pod ścianą, splunęliby w twarz, wyrzuciliby za drzwi. Nikt nie próbowałby zrozumieć, zapytać, zobaczyć także i mnie jako dziwacznej sumy okoliczności, fatalizmu, dziedziczności, niepowodzeń i tragedii.
Dlatego piszę.
Mój ojciec, Dariusz Sadr, Mistrz Białej Kartki, Śmiałek, Rewolucjonista, mawiał głosem myśliciela-wizjonera: "Lepiej się słucha oczyma niż uszami. Uszy to wyschnięte studnie, w sam raz dobre do paplaniny. Jeśli masz coś do powiedzenia, napisz to". Były wszakże w moim życiu chwile, dłuższe lub krótsze okresy, kiedy zrobiłabym wszystko, żeby nie być tą, którą jestem. Zmieniałam kraje i języki, wymyślałam sobie inną przeszłość, inne tożsamości. Walczyłam, jeszcze jak walczyłam, z tym nieposkromionym wiatrem, który się zerwał bardzo dawno temu w odległym zakątku Persji, w prowincji zwanej Mazandaran[1], z wiatrem niosącym śmierci i narodziny, geny recesywne i dominujące, zamachy stanu i rewolucje, i który za każdym razem, kiedy próbowałam przed nim uciec, chwytał mnie za kołnierz i ustawiał do pionu, przypominając, gdzie jest moje miejsce. Żebyście zrozumieli, o czym opowiadam, muszę wrócić po nitce do kłębka i zacząć od samego początku; dać wam posłuchać - tak jak sama go teraz słyszę, kiedy pielęgniarka obrzuca nas spojrzeniem i obojętnie idzie dalej - głosu mojego stryja Saddeka Sadra, zwanego Stryjem Numer 2. Głosu w tonacji molowej, melodyjnego jak klarnet, opowiadającego to, co między sobą nazywałyśmy Słynną opowieścią Stryja Numer 2.
"Tuż po południu zerwał się tak silny wiatr, że mógłby być zapowiedzią końca świata. Jak daleko sięga pamięć mieszkańców Mazandaranu, nie było takiej nawałnicy od czasu najazdu Mongołów! Na dodatek to, co ówcześni Mazandarańczycy wzięli za burzę, było w istocie niszczycielskim podmuchem poprzedzającym krwiożerczą ordę Czyngis-chana. Tak czy owak, ten mroźny wiatr wiejący ze skutych lodem równin Rosji nie wróżył niczego dobrego.
Wyobraźcie sobie teraz olbrzymią posiadłość waszego pradziadka Montazemolmolka. Dwa ogromne budynki, w każdym po sześćdziesiąt pokojów, oficyny, zbrojownie, kuchnie, sale przyjęć, stajnie pełne koni... A wszystko to ukryte w samym środku lasu, u podnóża gór Elburs. Mieszkało tam nie mniej niż dwieście sześćdziesiąt osiem dusz, nad którymi władzę sprawował Montazemolmolk. Tamtego lutowego dnia 1896 roku, wydaje mi się, że była to sobota, rozkazał uszczelnić drzwi i okna i siedzieć w zamknięciu, dopóki na świecie nie zapanuje na nowo jaki taki spokój. Ile czasu będzie trwała ta przeklęta nawałnica? W jakim stanie ujrzy swoje ziemie? Te i wiele innych pytań dręczyły Montazemolmolka od wielu godzin; ogarnął go nastrój równie ponury jak niebo. Mieszkał w głównym budynku, w biruni, ze stu dwudziestoma trzema zbrojnymi, którzy mieli chronić jego posiadłość, i dziesięcioma chłopcami do posługi.
Drugi budynek, andaruni, chociaż stał po drugiej stronie wewnętrznego dziedzińca, naprzeciw biruni, wydawał się równie odległy i niedosiężny jak Ziemia Obiecana. Mieszkały tam pięćdziesiąt dwie małżonki Montazemolmolka, sprowadzone z najróżniejszych zakątków kraju, jego dwadzieścioro ośmioro dzieci i dwadzieścia parę służebnic. Montazemolmolk był jedynym mężczyzną, który mógł tam wchodzić, jedynym, który znał ciężką woń pachnideł i kłótni, zalegającą w lodowatym powietrzu... Ciemne, kręte korytarze, półprzymknięte drzwi, szelest tkanin, upajające poczucie, że jest się oczekiwanym, upragnionym. Omdlewające ciała, które... No, przecież doskonale wiecie, co mam na myśli!
A jednak wszystkie te noce spędzone w miejscu, które niejako sam zaludnił, nie uleczyły waszego pradziadka z gorzkiego wrażenia, że tamtejsza rzeczywistość pozostaje dla niego nieuchwytna. Andaruni jawiło mu się jako tajemnicze, szalone terytorium, nie przestawało być zagadką. Owego dnia, kiedy ziemie Mazandaranu skurczyły się do rozmiarów kamyka w ręku Boga, Montazemolmolk obawiał się nade wszystko tego, by jego żony nie wykorzystały ciemności i zamieszania i nie uknuły przeciw niemu spisku. Bo w rzeczy samej, skąd można wiedzieć, co się kłębi w brzuchu zaniedbywanej kobiety? Czy można być pewnym jej lojalności, szczerości, miłości? W miarę jak upływał czas i przybywało żon, w chwili gdy stawiał stopę na pierwszym stopniu kręconych schodów wiodących do sypialń, coraz wyraźniej czuł tuż przy lędźwiach sztylet zazdrości, gotów przebić mu trzewia.
Nie sposób było zachowywać się tak, jakby ten upokarzający dramat, za którym niewątpliwie stała Targol Chanum, nigdy się nie wydarzył! Targol Chanum, niegdyś jego ulubienica, zapoczątkowała epidemię wyprysków, które zaatakowały intymne części ciała kobiet i zakończyły swój zwycięski pochód w pachwinie Montazemolmolka. Z miasta przybyli lekarze; trzaskały drzwi; na wewnętrznym dziedzińcu lądowały skorupy rozbijanych naczyń; na podłogę spadały garście wyrywanych włosów; krzyki niosły się za górskie grzbiety; na całą posiadłość spadła niesława... W owej chwili Montazemolmolk zapragnął, by ten piekielny wiatr dął z całych sił, zmiótł przeklęte kobiety z powierzchni ziemi i zabrał ze sobą wstyd i hańbę. Ale to już inna historia... W każdym razie po wielu godzinach międlenia brody, gęstej i jasnej niczym garść tytoniu, przemierzania tam i z powrotem sali o sześciorgu drzwiach, służącej za salon, wasz pradziadek podjął zaskakującą decyzję powierzenia klucza do andaruni jednemu z młodziutkich pachołków. Najszpetniejszemu. Największemu niezgrabiaszowi. Temu, którego żadna kobieta nie miałaby ochoty przytulić nawet po to, by zrobić komuś na złość. A zatem Montazemolmolk..."
Stop. Po raz kolejny nie potrafię sobie przypomnieć, w jaki sposób Montazemolmolk sprowadził chłopca. Czy wykrzyknął jego imię? Czy otworzył jedne z sześciorga drzwi i kazał mu wejść? Czy polecił komuś, by po niego poszedł? Siedząc na krześle pod ścianą w poczekalni szpitala Cochin, przeszukuję pamięć w nadziei, że znajdę te zapomniane okruchy. Daremnie.
Często usiłuję sobie przypomnieć ten fragment. Kiedy stoję przy konsoli i staram się zmiksować chropawe brzmienia jakiegoś narwanego zespołu rockowego. Albo kiedy leżę u siebie na kanapie z Tindersticksami jako tłem dźwiękowym. Zachowuję się jak uczeń, który się zacina, recytując wiersz wyuczony na pamięć. Zaczynam sobie wszystko przepowiadać od początku z nadzieją, że słowa poprowadzą mnie gładko do dalszego ciągu. Za każdym razem zatrzymuję się jednak przy krawędzi tej samej czarnej dziury.
Mogłabym zadzwonić do Lejli albo do Miny, ale tego nie robię. Dzięki wyostrzonej intuicji, jaką przynosi życie spędzone u boku bliskich, wiem, że żadna z nich nie przypomina sobie dokładnie tej opowieści. Moje siostry pamiętają inne szczegóły. Letnie noce, kiedy spałyśmy na dachu domu Babci Emmy pod pocerowaną szyfonową moskitierą; książki kupowane nam przez Sarę przed wakacjami; wyprawy z kuzynkami i ciotkami do wiejskich hammamów w Mazandaranie. Kiedy - co się zdarza dość rzadko - spotykamy się tylko we trzy, bez ich mężów i dzieci, na kolacji w lokalu wybranym przez Minę, która od czasu ZDARZENIA jest wegetarianką, moje siostry nieuchronnie przywołują te chwile. Zwykle dzieje się to pod koniec posiłku, kiedy wino zaczyna działać, zaciera zarysy różnic między nami i niweczy ciężar teraźniejszości. Wówczas Lejli i Mina się ożywiają, chichoczą, wpadają sobie w słowo, powtarzają te same zdania, jakby do opisu tych chwil nie można było użyć żadnych innych. Zastanawiam się czasem, czy celem tych spotkań nie jest właśnie osiągnięcie takiego stanu. Powrót do wspomnień pozostawionych gdzieś na końcu ścieżki, na którą nie da się wejść w inny sposób. Do dziewczynek, jakimi wówczas byłyśmy, dziś zagubionych w meandrach naszych fragmentarycznych pamięci, generujących fikcję. Dorosłe osoby, jakimi jesteśmy teraz, potrzebują tych kolacji, by dotrzeć do owych dzieci i zachować wiarę w ich istnienie.
Powrót do poczekalni. Wbrew sobie postanawiam przeskoczyć brakujący fragment. Muszę się pogodzić z rzeczywistością: czas ponadgryzał, a potem zmiótł tę część opowieści. "To bez znaczenia - mówię sobie w duchu - byleby reszta pozostała nienaruszona".
Wróćmy do przerwanego wątku: szpetny, niezgrabny chłopak jest teraz z Montazemolmolkiem...
"...który odzywa się do niego szorstkim, władczym głosem: "Idź i zobacz, czy stosują się do moich zaleceń, a potem wróć, by zdać mi sprawę. Tylko dyskretnie, zrozumiano?". Natychmiast jednak pożałował tych słów. Żaden obcy mężczyzna, choćby nawet niedojrzały młodzik, nie mógłby wejść niepostrzeżenie do tego ula! Montazemolmolk odwrócił wzrok od czerwonej ze wstydu i podniecenia twarzy chłopca i odprawił go. Miał sobie za złe, że nagadał głupstw i zdradził się ze swoimi obawami, chociaż ten prawiczek, nieprzytomny z przejęcia, że ściska w dłoni klucz do raju, na pewno niczego nie spostrzegł. Mimo to po odejściu chłopca Montazemolmolka ogarnął jeszcze większy niepokój. Minęło pół godziny, wiatr dął coraz silniej, a chłopak nie wracał. Niecierpliwość zmieniła się we wściekłość, która ogarnęła niczym pożar potężne ciało Montazemolmolka. Schwycił płaszcz i karakułową czapę, zdecydowany sprawdzić osobiście, co się święci po drugiej stronie dziedzińca. Teraz bowiem był tego pewien: w zakamarkach andaruni powolutku pyrkocze na wolnym ogniu kolejny skandal.
Nikt, kto napotkał waszego pradziadka w szerokich, wilgotnych korytarzach biruni, nie ośmielił się go zatrzymać. Był on panem tej posiadłości, chanem[2], noszącym wielosylabowe imię, któremu zawdzięczał pozycję i otrzymanie w dziedzictwie połowy Mazandaranu. Przede wszystkim jednak był niesłychanie uparty. Każdy wiedział, że próba odwiedzenia go od powziętej decyzji równa się samobójstwu. Jak mawiano, nawet zwierzęta wiedziały, że kiedy Montazemolmolk wyruszy za nimi w pościg, już mu się nie wymkną. Często rozprawiano na temat tej cechy charakteru i ubolewano nad nią zarówno w andaruni, jak i w biruni. Wszyscy się obawiali, że upór doprowadzi go kiedyś do śmierci. A jeśli on umrze, to kto się nimi zajmie? Pamiętajmy, że w owych czasach, kiedy królem był Naseroddin Szah Kadżar, na północy panował jeszcze system feudalny. Ziemiami i ludźmi władały wielkie rody skoligacone ze sobą na najróżniejsze sposoby. W zamian za pracę i lojalność panowie chronili poddanych, opiekowali się nimi i układali małżeństwa ich dzieci. Ale to już całkiem inna historia...
Wasz pradziadek naparł całym ciałem na ciężkie żelazne drzwi. Wiatr z miejsca pochwycił go i szarpnął za ramiona, niczym ojciec niesfornego syna. Drzwi wyrwały mu się z rąk. Pofrunęła karakułowa czapa. Płaszcz zaczepił się o gałęzie i rozdarł. Ale Montazemolmolk się nie poddał. Z jednaką zaciętością walczył z nawałnicą i z niesfornymi włosami, które mu przesłaniały oczy. Centymetr po centymetrze dotarł wreszcie, wyczerpany, lecz nieustępliwy, do drzwi andaruni.
Kiedy udało mu się w końcu wejść do budynku, uderzyła go panująca tam cisza. Cisza witała go wprawdzie za każdym razem, kiedy się tam znalazł; była to jednak znajoma i rozkoszna cisza nieznanych obietnic, kobiet o umalowanych oczach i różowych ustach, wstrzymujących oddech w nadziei, że zostaną wybrane. Był tej ciszy przedmiotem i sprawcą. Ta jednak, która go teraz otaczała, wydała mu się mętna, równie przygniatająca jak cisza korytarzy wydrążonych pod górskimi masywami. Wbiegł, przeskakując po kilka stopni naraz, po kręconych schodach. Korytarz na pierwszym piętrze był pusty, drzwi pozamykane. Zaniepokojony Montazemolmolk zaczął się wspinać na drugie piętro - przeznaczone dla służebnic i dzieci - kiedy zatrzymał go czyjś głos: "I dokąd tak idziesz?". Z ulgą rozpoznał Amirę, zawrócił i wszedł do jej sypialni.
Amira, wyciągnięta na posłaniu z wielobarwnych wełnianych poduszek, spowita w turban dymu, zmierzyła go półprzymkniętymi oczyma od stóp do głów. W jej sarkastycznym uśmiechu zawierało się całe spędzone w tym miejscu życie, którego ponad połowa, odkąd Montazemolmolk nią wzgardził, upłynęła w tym pokoju na piciu herbaty, jedzeniu daktyli i paleniu opium. Amira czekała na waszego pradziadka przez tyle nocy, że rozpoznałaby odgłos jego kroków pośród tysięcy innych. I chociaż Montazemolmolk zostawił ją dla młodszych kobiet, szanował ją najbardziej ze wszystkich. Była bowiem jego pierwszą małżonką i matką pierwszego syna (a także trzech córek, szpetnych jak gotowana kapusta). Za to Amira, obszerna i potężna niczym cytadela, zupełnie przestała go szanować. Nie tytułowała go już "chanem", tylko zwracała się do niego per pan, a nawet per ty. "Jeśli szanowny pan chce wiedzieć, co się dzieje, powinien się udać do salonu za kuchnią. Nuże, biegiem, łobuzie, zanim cię połknę na surowo!" I jej szalony, ochrypły śmiech pospieszył w ślad za szybkimi krokami Montazemolmolka, który po raz kolejny skwapliwie przed nią uciekł.
Montazemolmolk popchnął drzwi do salonu i stanął w progu. Wszystkie tu były! Zazwyczaj wśród tylu zgromadzonych w jednym miejscu kobiet panuje gwar jak w hammamie, ale tym razem z niczyich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Kilka żon zajmowało się młodzieniaszkiem, który zemdlał, kiedy zajrzał przez dziurkę od klucza. Tego, co zobaczył, nie widywał nigdy żaden mężczyzna. Ujrzał na wpół nagą dziewuszkę z rozłożonymi nogami, owładniętą bólem, opróżniającą brzuch z wnętrzności nad glinianą misą. Teraz kobiety rozstąpiły się, by przepuścić Montazemolmolka. Krew zmyto, misa znikła. Dziewuszka nie miała już rozłożonych nóg. Nie żyła.
Wasza prababka musiała mieć nie więcej niż piętnaście lat. Nie sposób opisać jej twarzy, bo po tym, jak zakryto ją całunem, nikt już nie wspomniał o niej ani słowem. Skąd pochodziła? Kim była? Jak miała na imię? Ani wy, ani ja nigdy się tego nie dowiemy. Montazemolmolk, zastygły w osłupieniu, patrzył na nieruchome ciało, przypominając sobie niejasno, że ugniatał je przez parę minut gdzieś za krzakiem. Nagle w jego ramionach spoczęło maleńkie zawiniątko, otulone białym płótnem. "To córka, ago chanie!" - brzmiały pierwsze słowa, które odegnały milczenie i śmierć. Po raz pierwszy w życiu Montazemolmolk trzymał na rękach noworodka.
Pozostałych dwadzieścioro ośmioro dzieci, o gładkich buziach i policzkach natartych wodą z kwiatów pomarańczy, pokazywano mu uroczyście tydzień po narodzinach, by mu oszczędzić rozczarowania i przykrego widoku. Każde z tych dzieci miało już wybrane przez matkę imię, które natychmiast ulatywało Montazemolmolkowi z pamięci. Trzeba wam wiedzieć, że matki, współzawodniczące między sobą i wiedzione pragnieniem przypodobania się mężowi, wymyślały coraz bardziej niezwykłe imiona i same również nie potrafiły ich zapamiętać.
Kiedy Montazemolmolk spojrzał na pomarszczoną twarzyczkę niemowlęcia, przeraziła go jej szarość. Nagle jednak wyrwano mu z rąk zawiniątko, a na jego miejscu wylądowało kolejne. "Druga! Druga!" Montazemolmolk, całkiem nieobeznany z zagadnieniami rozrodczości, nie od razu zrozumiał tę magiczną sztuczkę. Spojrzał z niedowierzaniem na starą akuszerkę o twarzy brunatnej jak wygarbowana skóra. "Bliźniaczki, ago chanie! Oprócz Boga Wszechmocnego nikt nie wiedział, że biedna dziewuszka miała w brzuchu parkę. Jedno życie w zamian za dwa: taka była Jego wola". Montazemolmolk, powstrzymując się przed okazaniem zaskoczenia, skinął potakująco głową, by potwierdzić słuszność tej uwagi. Chociaż po podróży do Rosji - z powodu, którego nie wyjawił do końca życia - poważnie zwątpił w istnienie Boga, ze względów praktycznych stwarzał pozory, że nadal w Niego wierzy.
Tak czy inaczej, Montazemolmolk skierował wzrok na swoje trzydzieste dziecko - waszą babkę. W przeciwieństwie do swojej siostry, ciemnej niczym suszona śliwka, miała bielutką skórę i jasny meszek na głowie. Przede wszystkim jednak - Montazemolmolk pochylił się nad nią, przyjrzał się z bliska maleńkiej twarzyczce, żeby się upewnić - miała jego błękitne oczy. Był to zdumiewający błękit Morza Kaspijskiego, którego ani kropla nie raczyła dotąd skapnąć do oczu trzódki dzieci Montazemolmolka. Doszedłszy czterdziestu ośmiu lat, trzymał wreszcie w ramionach dziecko, o jakim potajemnie marzył, dziewczynkę, której spojrzenie zawsze będzie przypominało jego własne.
Ogarnęło go uczucie sięgające dalej niż cała przyszłość świata. Nieoczekiwane szczęście, którego świadkami były jego żony, dręczone zawiścią. Wzruszenie nie poprzestało na złagodzeniu rysów twarzy i nakreśleniu na wargach dumnego uśmiechu, podeszło do gardła, stało się sylabą, potem słowami, wreszcie wystrzeliło w powietrze niczym trzaśnięcie batem. "Będzie się nazywała Nur" - zawołał Montazemolmolk, nie odrywając oczu od niemowlęcia. Nur, Światło. Zakłopotana akuszerka spróbowała osłabić katastrofalne w skutkach wrażenie, jakie ta decyzja wywarła na kobietach. "A jak nazwiesz tę drugą, ago chanie?" - spytała z nadzieją, że Montazemolmolk zrozumie przesłanie. "Nazwijcie ją, jak chcecie" - brzmiała zwięzła odpowiedź, która ostatecznie zniszczyła..."
W tym miejscu Stryj Numer 2 przerywał opowieść. Łzy mające popłynąć później, po licznych dygresjach i pełnych dramatyzmu uniesieniach, wypełniały mu już gardło. Zrywał się z miejsca, otwierał jedną z papierośnic porozkładanych na wszystkich stolikach w jego domu, brał papierosa, zapalał, zaciągał się głęboko, wydymając policzki. Potem, po kilku nerwowych krokach, siadał z powrotem, robił długi wdech, patrzył na nas ze smutkiem i współczuciem, jakby się szykował do oznajmienia nam przerażającej wiadomości, mającej bezpowrotnie zmienić nasze życie: "...która ostatecznie zniszczyła dzieciństwo Matki".
Matka.
Tak właśnie mówili o Nur jej synowie, akcentując głoskę "m", by ją wydłużyć, rozciągnąć, nadając ostatecznie naszej babce po mieczu wymiar ikony.
Łzy Stryja Numer 2 pojawiały się, gdy Matka wchodziła w piąty rok życia. Wszystkie udręki, jakie jej zadawały macochy o sercach zatrutych zazdrością i zawiścią, płynęły mu z ust w nieustającym potoku żalu i smutku. Posyłanie po wodę do studni, do lasu po korzenie do nalewek, wypędzanie na noc z domu, pozbawianie jedzenia, ciepłej odzieży zimą, zamykanie na całe dnie w wychodku, w piwnicy, zmuszanie do usługiwania przy stole razem ze służbą, do wynoszenia i trzepania dywanów... Lista była długa. Płakał i opowiadał, opowiadał i płakał. W końcu, przepełniony bezbrzeżnym bólem i miłością, przytulał nas, żebyśmy wspólnie doznali pociechy, a tymczasem w Teheranie przychodziła pora zaciemnienia.
Za oknem salonu Stryja Numer 2 trwała Rewolucja. Wkrótce, korzystając z ciemności i braku prądu, teherani niczym armia zjednoczonych, gniewnych duchów zaczynali się zakradać po schodach na dachy, by wykrzykiwać zabronione hasła. Z północy na południe, ze wschodu na zachód rozlegało się i niosło niczym echo: "Śmierć szachowi" oraz "Allahu Akbar", zuchwałe i rozpaczliwe nieszpory rzucające wyzwanie światu. Kilka minut, najwyżej kwadrans, dopóki nie rozległ się terkot karabinów maszynowych i przemoc znów spadała na miasto.
A tymczasem, kiedy marzyłam o tym, by wymknąć się stamtąd w ciemność, znaleźć się na dachu, dołączyć swój głos do buntowniczo-melancholijnego śpiewu, Saddek przyciskał nas do beżowego swetra kupionego w Galeries Lafayette (wymawiał to Golori Lofojed) w Paryżu (Poris) i opłakiwał los babki, której nawet nie poznałam. Miałam siedem lat i ślepy szacunek, jaki na Wschodzie każde dziecko żywi wobec dorosłych, nie pozwalał mi się wyrwać i uciec.