Dwa
Elfrieda nie udziela wywiadów. Jeden raz zgodziła się, żebym zrobiła z nią wywiad do mojej obciachowej szkolnej gazetki i tyle. Miałam wtedy jedenaście lat, ona zaś znowu wyjeżdżała z domu, tym razem na dobre. Miała lecieć do Norwegii na recital, a potem uczyć się pod okiem staruszka, którego nazywała Czarodziejem z Oslo. Elf liczyła siedemnaście lat. Szkołę średnią ukończyła wcześniej, na Boże Narodzenie. Otrzymała wyróżnienia ze wszystkich przedmiotów oraz sześć stypendiów umożliwiających jej studia pianistyczne, a także nagrodę gubernatora generalnego Kanady za najlepsze wyniki w nauce, co u członków starszyzny wywołało zapewne napad wściekłości i strachu. Któregoś dnia przy obiedzie, kilka tygodni przed planowanym wyjazdem, Elf wspomniała mimochodem, że skoro już będzie w Europie, równie dobrze może wybrać się do Rosji, żeby zbadać swoje korzenie, na co ojciec niemal przestał oddychać. Wykluczone! wykrzyknął. Tak, mogę, zaprotestowała Elf. Dlaczego nie?
Moi dziadkowie pochodzili z małej menonickiej wioski na Syberii, którą opuścili w 1917, roku rewolucji bolszewickiej. Na tamtych skąpanych w krwi ziemiach spotkały ich straszliwe rzeczy. Wystarczyło więc najdrobniejsze napomknienie o Rosji lub choćby wzmianka o czymś rosyjskim, a rodzice od razu zaczynali wymachiwać nerwowo rękami.
Plautdietsch był językiem wstydu. Menonici nauczyli się w milczeniu znosić swoje cierpienie. Dziadkowie mojego ojca zostali zamordowani na polu obok należącej do nich stodoły, ale ich syn, ojciec mojego ojca, ocalał dzięki temu, że zagrzebał się w stercie gnoju. Kilka dni później wsadzono go do wagonu bydlęcego i wraz z tysiącami innych menonitów wywieziono do Moskwy, a stamtąd wysłano ich do Kanady. Kiedy urodziła się Elf, dziadek powiedział moim rodzicom: jeśli chcecie, żeby wasze dzieci przeżyły, nie uczcie ich mówić w plautdietsch. Kiedy matka poszła na studia psychologiczne, żeby zostać terapeutką, dowiedziała się, że cierpienie, nawet jeśli doszło do niego dawno temu, może być przekazywane z jednego pokolenia na kolejne i kolejne, zupełnie jak gibkość ciała, wdzięk albo dysleksja. Mój dziadek miał wielkie zielone oczy i wciąż rozgrywały się przed nimi niewyraźne sceny masakry, cały czas stały przed nimi obrazy krwi na śniegu, nawet kiedy się uśmiechał.
Absurdy i kłamstwa, Yoli, powiedziała moja matka. Najgorsze, co możesz zrobić w życiu, to znęcać się nad słabszymi.
Wywiad z Elf przeprowadziłam w samochodzie w drodze na lotnisko w Winnipeg. Nasi rodzice jak zwykle siedzieli z przodu, ojciec prowadził, a Elf i ja jechałyśmy z tyłu. Już nigdy tutaj nie wrócisz, prawda? szepnęłam do niej. Odparła, że to najgłupsza rzecz, jaką w życiu słyszała. Patrzyłyśmy na pokryte śniegiem pola. Elf miała na sobie swoją białą skórzaną opaskę na szyję z niebieskim koralikiem i wojskową kurtkę. Jechaliśmy po oblodzonej drodze.
Czy to pytanie do twojego wywiadu? spytała. Tak, przytaknęłam.
Yoli, powiedziała, powinnaś przygotować inne pytania.
No dobra, co takiego fajnego jest w grze na fortepianie?
Elf odparła, że najważniejszą rzeczą jest wprowadzenie do gry delikatności, i to najlepiej natychmiast albo przynajmniej blisko początku utworu, wystarczy odrobina, szept, ale szept głęboki, ponieważ napięcie będzie się wzmagać, emocje i dramaturgia się nasilą - notowałam wszystko tak szybko, jak potrafiłam - i w miarę jak muzyka będzie narastać, publiczność może przypomnieć sobie tę wcześniejszą chwilę delikatności, a to wspomnienie sprawi, że zatęskni za powrotem do dzieciństwa, bezpieczeństwa i czystej miłości, wtedy zaś grający może przejść dalej i włożyć w każdą nutę całą gwałtowność i udrękę życia, muzyka będzie się wzmagać i wzmagać, by dojść do punktu, w którym trzeba podjąć ważną decyzję: albo wrócić do delikatności, choćby na chwilę, przelotnie, albo grać dalej ze szczerością, gwałtownością, cierpieniem i tragizmem, aż do samego końca.
W porządku, stwierdziłam, to powinno wystarczyć. Dzięki za odpowiedź na moje pytanie, świrusko.
Oba rozwiązania są dobre, dodała Elf. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie chcesz zostawić słuchaczy, czy mają się poczuć szczęśliwi i zadowoleni, na powrót niewinni niczym dzieci, czy może wzburzeni i niespokojni, spragnieni czegoś, co ledwo znają. Oba są w porządku.
Rozumiem, dzięki, odparłam. A kto będzie ci teraz przewracał strony? Jakiś Norweg?
Elf wyjęła książkę ze swojego wojskowego plecaka - teraz wszystko miała w wojskowym stylu, niczym Patty Hearst i Che Guevara - i rzuciła mi ją na kolana. Kiedy skończysz tę serię o koniach, oznajmiła, powinnaś od tego zacząć swoje prawdziwe życie. Postukała palcem w książkę. Miała na myśli moją obsesję na punkcie Czarnego rumaka. W dodatku ostatnio razem z moją przyjaciółką Julie zaczęłam lekcje jazdy konnej i miałam szansę zająć trzecie miejsce w konkurencji barrel racing, w kategorii do trzynastu lat, w której w naszej prowincji startowało jedynie troje jeźdźców.
W pewnym sensie ulżyło mi, że lecisz do Oslo, powiedziałam.
W przeciwnym razie musiałabym autostopem i na bosaka dotrzeć na zachodnie wybrzeże, odparła.
Drogi są oblodzone, zauważył ojciec. Widzieliście tę ciężarówkę w rowie? Próbował zmienić temat. Gdy Elf wpadła na szalony plan podróży autostopem, ojciec zdołał ją od niego odwieść. Matka tymczasem roześmiała się i stwierdziła, że jazda na bosaka autostopem na zachodnie wybrzeże jest całkiem niezłym pomysłem, ale może nie w styczniu. Nie wierzyła w sensowność odwodzenia od czegokolwiek.
Co to? spojrzałam na książkę, którą dała mi Elf.
O Boże, Yolandi, jęknęła. Jeśli widzisz na okładce tytuł "wiersze zebrane", to jak myślisz, co jest w środku?
Nie możemy jechać szybciej? zwróciłam się do ojca. Chyba nie chcemy, żeby spóźniła się na samolot. Starałam się niczego po sobie nie okazywać, ale tak naprawdę byłam przekonana, że po wyjeździe siostry mogę umrzeć z rozpaczy, i nawet sporządziłam w tajemnicy testament, zapisując Julie swoją deskorolkę, a Elf swoje martwe ciało, co miało wzbudzić w niej poczucie winy za to, że zostawiła mnie, bym umarła w samotności. Oprócz deskorolki i własnych zwłok nie miałam nic, co mogłabym rozdać ludziom, za to do testamentu dołączyłam list z podziękowaniami dla rodziców i rysunek motocykla z dewizą stanu New Hampshire: żyj wolny lub umrzyj.
A tak w ogóle, powiedziałam, nie czytam już tych książek o koniach.
Co w takim razie czytasz? spytała Elf.
Adorna, oznajmiłam.
Elf roześmiała się. Bo zobaczyłaś, że ja go czytam? spytała.
Nie mów "czytam go", odparłam. Jesteś taka przemądrzała.
Yoli, a ty nie mów, że jestem przemądrzała. Słyszy to tutaj każdy, kto tylko twierdzi, że coś wie. Mogłabym powiedzieć, że jutro jest czwartek, a ty stwierdziłabyś: "Och, jesteś strasznie przemądrzała". Przestań tak mówić. To świadczy o braku klasy.
Elf, daj spokój, wtrąciła się matka, dość już tych rad, jak być dyletantką. Wkrótce wyjeżdżasz. Powinniśmy w jakiś miły sposób spędzić ten czas, który nam z tobą pozostał! Elf osunęła się na siedzenie i wyjaśniła, że chciała tylko pomóc mi przetrwać w świecie poza naszą osadą. Poza tym, dodała, "dyletantka" jest dokładnym przeciwieństwem słowa, którego należało użyć w tym kontekście. W porządku, Elf, powiedziała mama, ale może po prostu porozmawiajmy po angielsku albo pośpiewajmy, czy coś w tym rodzaju. Miała piętnaścioro rodzeństwa, więc wiedziała, jak zachować spokój. Ojciec zaproponował, żebyśmy zagrali w zgaduj-zgadulę.
O Boże, szepnęła mi do ucha Elf. Czy my mamy sześć lat? Tylko im nie mów, że uprawiałam już seks na trzy różne sposoby, dobra?
Jak to na trzy?
Elf opowiedziała mi, że po tym, jak poeta Shelley utonął, jego ciało skremowano na plaży, ale serce nie spłonęło i żona poety, Mary, trzymała je w małym jedwabnym woreczku w swoim biurku. Zapytałam, czy serce nie zaczęło gnić i cuchnąć, ale Elf odparła, że nie, uległo zwapnieniu i stało się twarde jak czaszka, a poza tym to były tylko pozostałości po jego sercu. Powiedziałam, że ja też tak bym postąpiła z jej sercem, ukryłabym je w swoim biurku albo w worku ze strojem gimnastycznym, albo w piórniku, w każdym razie w jakimś bezpiecznym miejscu, Elf zaś uściskała mnie ze śmiechem i odparła, że to bardzo miłe, lecz to gest zarezerwowany raczej dla romantycznych kochanków.
Zanim zniknęła na lotnisku za drzwiami z matowego szkła, po raz ostatni zagrałyśmy w łapki i w trakcie tego klaskania w ręce oraz uderzania w nogi Elf powiedziała do mnie: Hej, Wiercigłowo (tak mnie nazywała, ponieważ bardzo często rozglądałam się wokół w poszukiwaniu wskazówek dotyczących tego, co się dzieje, i nigdy ich nie znajdowałam), tylko nie zapomnij do mnie pisać. Jasne, obiecałam, ale moje listy będą nudne. W moim życiu nic się nie dzieje. Nie musi się nic dziać, żeby żyć, odparła. Dobrze, spróbuję, powiedziałam. Nie, Yoli, to za mało, Elf szarpnęła mnie za ramiona. Musisz mi przyrzec. Proszę. Liczę na ciebie.
Zapowiedzieli właśnie jej lot i Elf zwolniła uścisk, zaczęła się ode mnie odsuwać. Rodzice stali przygnębieni, ale zachowywali się dzielnie, uśmiechali szeroko i ocierali łzy chusteczkami. No dobra, wrzuć na luz, powiedziałam. Będę pisać, przyrzekam. W porządku, odparła Elf. Zmywam się stąd... I proszę cię, nie mów "wrzuć na luz". Adieu, arrivederci! Wiedziałam, że się rozpłakała, ale w ostatniej chwili odwróciła głowę, żebym nie zauważyła. Pomyślałam, że powinnam napisać do niej o tym w liście dotyczącym "Obserwacji na temat rzeczy, które mają pozostać ukryte". W drodze z lotniska do domu prowadziła matka, ojciec leżał z zamkniętymi oczami na tylnym siedzeniu. Siedziałam z przodu obok matki. Padał śnieg. Nie widziałyśmy nic poza śniegiem w światłach reflektorów i krótkiego kawałka jezdni tuż przed nami. Wydawało mi się, że płatki śniegu wyglądają jak nuty i znaki chromatyczne, opadały i wirowały nad rozciągającą się przed nami wąską pięciolinią szosy, jakby tworzyły jeden takt. Matka powiedziała, że delikatnie naciśnie hamulec, żeby sprawdzić, czy wciąż jest ślisko, i nim zdołałam ją powstrzymać, straciła panowanie nad samochodem i dachowaliśmy w rowie.
Janice przychodzi porozmawiać z nami w szpitalu. Znamy ją z innych czasów. Pracuje jako pielęgniarka na oddziale psychiatrycznym i w wolnym czasie uwielbia tańczyć tango, ponieważ - jak sama mówi - w tangu chodzi o bliskość. Janice nosi jasnoróżowe dresy. Z szlufki przy pasie zwisa jej mała futrzana maskotka, która ma zapewne działać uspokajająco na pacjentów i wywoływać na ich twarzach uśmiech. Wchodzi do pokoju, przytula Elf i mówi, że cieszy się, że ją widzi, choć niekoniecznie w tym miejscu. I to kolejny raz.
Wiem, wiem, przyznaje Elf. Przepraszam. Przeczesuje palcami włosy i wzdycha.
Moja komórka zaczyna buczeć i sięgam do torebki, żeby ją wyłączyć.
Hej, mówi Janice. Nie musisz przepraszać. Dobrze? Nie przepraszamy. Nie zrobiłaś nic złego. Działałaś pod wpływem emocji. Zgadza się? Chciałaś zakończyć swoje cierpienia. To zrozumiałe, ale my chcemy ci pomóc uporać się z twoim bólem w inny sposób. W zdrowy sposób. Dobrze, Elfriedo? W konstruktywny sposób. Zaczniemy od nowa. Janice siada na jednym z pomarańczowych krzeseł.
W porządku, odpowiada Elf. W porządku.
Kuli się w sobie, ponieważ czuje się jak idiotka. Te słowa, ton Janice. Ale w porównaniu z innymi pielęgniarkami z oddziału psychiatrycznego Janice jest niczym Matka Teresa, a Elf ma szczęście, że nie została wepchnięta nago do pustego pomieszczenia z betonowymi ścianami i odpływem pośrodku podłogi.
Jak się miewasz, Yolandi? pyta Janice. Mnie też ściska na powitanie. Dziękuję, dobrze, odpowiadam. Martwię się. Odrobinę.
Oczywiście, że się martwisz, mówi Janice. Spogląda znacząco na Elf, która odwraca wzrok.
Elfriedo? Janice bardzo zależy na tym, żeby Elf na nią popatrzyła. Odchrząkuję, a Elf wzdycha i powoli odwraca głowę, żeby spojrzeć na Janice. Elf jest mocno wkurzona, głównie na siebie za to, że nawaliła, ale naprawdę stara się zachowywać uprzejmie, ponieważ "dobra forma" to jej mantra. Kiedyś była nią "miłość", lecz im częściej to powtarzała, tym bardziej pragnienie to wydawało się jej skazane na zagładę, niczym woskowa laleczka, co przyprawiało ją o paniczny lęk i płacz. Więc przestań to powtarzać! powiedziałam jej. Wiem, Yoli, wiem, ale... Co takiego? Elf wyjaśniła mi, że jest jak ten facet, o którym czytała w gazecie, niewidomy od urodzenia, który w wieku czterdziestu kilku lat przeszedł operację rogówki oka i odzyskał wzrok, i choć mówiono mu, że od tej chwili jego życie będzie wspaniałe, po zabiegu czuł się okropnie. Świat wraz ze swoimi wadami i fałszem, zgnilizną, brudem i smutkiem, wprawiał go w przygnębienie, jego oczom ukazała się teraz cała jego ponurość i brzydota. Facet popadł w depresję i wkrótce umarł. To ja! wykrzyknęła Elf. Przypomniałam jej, że ma zdrowy wzrok i zawsze dobrze widziała, lecz ona odparła, że nigdy nie przystosowała się do światła, nie nabrała odporności na świat, szczepienia nie przyniosły rezultatów. Rzeczywistość przypomina jej zardzewiałe wnyki. W takim razie, powiedziałam, przestań mówić w kółko o miłości, dobrze? Po prostu skończ z tym. Yoli, ale ty nie rozumiesz, odparła. Nie możesz zrozumieć. Nie była to do końca prawda. Rozumiem, że jeśli raz po raz powtarzasz to samo słowo i zaczynasz czuć się źle z tego powodu, to powinnaś, do cholery, przestać to robić. Dlaczego wciąż musimy odbywać te męczące rozmowy? To nie są rozmowy! odpowiedziała Elf. Próbujemy coś rozgryźć. Coś rozgryźć.
Elfriedo, odzywa się Janice, mój brat widział twój występ w Los Angeles i mówił, że po koncercie płakał przez dwie godziny. Elf nic nie odpowiada. Janice zapewne spodziewa się od niej podziękowania czy czegoś podobnego, jednak ona nawet nie drgnie. Siedzimy we trzy w milczeniu. Elf przesuwa palcami po brzegu swojego koca i wygładza na nim zmarszczki. Ja próbuję wyobrazić sobie trwający przez dwie godziny płacz. W końcu Janice odchrząkuje głośno, aż obie z Elf podrywamy głowy z zaskoczeniem.
Czy w najbliższym czasie masz jakieś koncerty? pyta.
Tak, podobno... odpowiada Elf. Niemal szepcze. Boję się, że w ogóle przestanie mówić.
Tak naprawdę czeka ją trasa w pięciu miastach, wtrącam. Zaczyna się... kiedy, Elf? Elf wzrusza ramionami. Niedługo, za kilka tygodni, dodaję. Będzie grać Mozarta. Mozarta, prawda, Elf?
Czasami moja siostra przestaje mówić. Nasz ojciec też tak robił, kiedyś nie odzywał się przez cały rok. A potem, po obejrzeniu przedstawienia wodewilowego w Moose Jaw w Saskatchewan, znowu zaczął mówić, jakby nigdy nie przestał. Z początku przestraszyłam się, kiedy Elf to zrobiła, ale potem zrozumiałam, że jej nastrój tak naprawdę wcale się nie zmienił, tylko po prostu zamilkła. Pisała do nas liściki.
Kiedy jednak Elf koncertuje, po występie zawsze dużo mówi o banalnych, przyziemnych rzeczach, potrafi godzinami trajkotać o zupełnych drobiazgach, jakby próbowała odzyskać stabilność, wrócić na ziemię stamtąd, dokąd uniosła ją muzyka.
Grane na pianinie gamy stanowiły ścieżkę dźwiękową mojej młodości. Gdy Elf ćwiczyła gamy, mogłam zrobić z nią niemal wszystko, i tak by tego nie zauważyła. Mogłabym położyć na klawiszach rodzynki, a ona, zupełnie tym nieporuszona, strącałaby je, przebiegając palcami wzdłuż całej klawiatury. Mogłabym wyciągnąć się w seksownej pozie na szczycie pianina i śpiewać jak Cher, że jestem "w-a-m-p-e-m", a ona nie zgubiłaby ani jednej nuty. Elf nigdy bowiem nie spuszczała wzroku z klawiszy, z wyjątkiem tych chwil, kiedy na sekundę lub dwie przymykała oczy w najwyższym uniesieniu, lecz potem tempo utworu się zmieniało i Elf otwierała je szeroko, rzucała się na pianino niczym pantera na węża, atakowała je z furią, jakby instrument był zarówno jej kochankiem, jak i śmiertelnym wrogiem.
Wróciła w końcu z Norwegii, podobnie jak z całego mnóstwa innych miejsc. Zamieszkała z powrotem w domu rodziców, gdzie godzinami leżała w łóżku i płakała albo wpatrywała się w ścianę. Miała podkrążone oczy, była ponura i apatyczna, potem zaś osobliwie rozentuzjazmowana, a potem znów przybita. Tymczasem ja wyprowadziłam się z East Village do Winnipeg i miałam już dwoje dzieci z dwoma różnymi facetami... w ramach eksperymentu społecznego. Żartuję. Był to raczej efekt społecznej porażki. Bez przerwy się szarpałam, próbując zarobić na życie, studiować i zrobić dyplom (bez powodzenia) ze sztuki bycia dorosłą.
Kiedy wraz z dwójką dzieci - Will miał cztery lata, a Nora była jeszcze niemowlęciem - odwiedzałam rodziców i Elf, kładłam się obok niej w łóżku i obie patrzyłyśmy na siebie, uśmiechałyśmy się i przytulałyśmy, a dzieciaki przewalały się po nas. Elf pisała do mnie w tym czasie listy. Długie, zabawne listy o śmierci, o sile, o Virginii Woolf i Sylvii Plath, o meandrach rozpaczy, pisane kolorowymi flamastrami na różowej papeterii. Wreszcie po kilku miesiącach powoli wróciła do zdrowia. Znowu zaczęła grać na fortepianie, dała parę koncertów, a potem poznała faceta o imieniu Nic, który ją uwielbia i teraz mieszkają razem w Winnipeg, w mieście, którego nazwa oznacza dosłownie "mętne wody", czyli Muddy Waters, i które zajmuje pierwsze miejsce w rankingu najdziwniejszych miast - najzimniejsze na ziemi, lecz zarazem najgorętsze, najbardziej oddalone od słońca, lecz mimo tego najjaśniejsze, miasto, gdzie dwie rwące, dzikie rzeki łączą swoje siły, aby pokonać człowieka. Przez kilka miesięcy Nic brał u Elf lekcje gry na fortepianie. Tak właśnie się poznali, choć Nic przyznał później, że zdecydował się na te lekcje tylko po to, żeby siedzieć obok Elf na małej ławeczce i pozwalać, by delikatnie przesuwała jego palcami po klawiszach. Kupił jej nawet nową ławeczkę do fortepianu, ale jak tylko Elf ją zobaczyła, natychmiast kazała zerwać z niej miękkie obicie - co to, do diabła, ma być? - w muzyce nie chodzi przecież o wygodę.
Nic uwielbia dziwne prośby Elf, każda jest dla niego niczym święto. Nic jest bardzo precyzyjny. Wierzy w podręczniki, przewodniki i przepisy, a także w rozmiary kapeluszy i kołnierzyków. Nie może znieść rozchełstanej nieokreśloności takich oznaczeń jak "mały", "średni" czy "duży". Kiedy Elf zasugerowała, żeby spróbował improwizować na fortepianie, niemal oszalał z powodu frajdy i wariactwa, w jakie wprawiła go taka gra. A poza tym Nic nie jest menonitą, co dla Elf jest u mężczyzny istotne. Menoniccy mężczyźni zmarnowali już dostatecznie dużo jej czasu, usiłując zawłaszczyć jej duszę i nałożyć pęta wstydu. Nic jest naukowcem zajmującym się medycyną. Wydaje mi się, że próbuje wyeliminować z naszego świata pasożyty żołądka, lecz nie jestem tego pewna. Matka opowiada swoim przyjaciółkom, że Nic pracuje nad lekiem na biegunkę. Sama jest sceptycznie nastawiona do lekarstw. Nic, mówi do niego, ja naprawdę widuję martwych ludzi. I rozmawiam z nimi. Są dla mnie tak samo żywi jak żyjący, może nawet bardziej. Jak "twoja nauka" to wyjaśni? Nic i Elf ciągle mówią o przeprowadzce do Paryża, ponieważ znajduje się tam laboratorium, w którym Nic mógłby pracować, a poza tym obydwoje lubią mówić po francusku, spierać się na tematy polityczne, przez okrągły rok nosić szaliki i szukać pocieszenia w pięknie Starego Świata, lecz na razie wciąż tkwią tutaj, w Muddy Waters, w Paryżu Przejścia Północno-Zachodniego.
Elf ma piękne dłonie, niezniszczone przez upływ czasu ani słońce, ponieważ nie wychodzi zbyt często na zewnątrz. W szpitalu zabrali jej pierścionki. Nie wiem dlaczego. Pewnie można spróbować połknąć pierścionek, żeby się nim zadławić, albo uderzać nim bez przerwy w głowę przez kilka tygodni i w końcu zrobić sobie krzywdę. Można rzucić pierścionek do rzeki, a potem za nim skoczyć.
Jak się teraz czujesz? pyta Janice.
Gdybym spojrzała na Elf spod zmrużonych powiek, mogłabym sobie wyobrazić, że jej oczy to ciemny las, a rzęsy to splątane gałęzie. Jej zielone oczy to kopie oczu ojca, nieco nawiedzone i piękne, bezbronne wobec bezwzględnego okrucieństwa świata.
Dobrze, odpowiada Elf i uśmiecha się słabo. Po prostu szał na kortach.
Słucham? dziwi się Janice.
Cytuje naszą matkę, wyjaśniam. Zdarza jej się mówić takie rzeczy. Na przykład "chór wujów". Rozumiesz? Elf chodzi o to, że czuje się zakłopotana.
Niepotrzebnie, Elfriedo, przecież nikt się z ciebie nie naśmiewa, prawda? mówi Janice. Dobrze? Yoli, czy ty się naśmiewasz z Elf?
Skąd, odpowiadam, ani trochę.
Ani ja, zapewnia Janice. Dobrze?
Ani ja, zza zasłony nieoczekiwanie rozlega się głos drugiej pacjentki.
Janice uśmiecha się serdecznie. Dzięki, Melanie! woła.
Nie ma za co, odpowiada Melanie.
Możemy więc spokojnie założyć, Elfriedo, że nikt się z ciebie nie naśmiewa.
Sama sobie wydaję się śmieszna, szepcze Elf, ale tak cicho, że Janice tego nie słyszy.
Dobrze było zobaczyć Nica i matkę? pyta. Elf kiwa posłusznie głową. A czy nie wspaniale jest zobaczyć się z Yolandi? Musisz za nią tęsknić, odkąd wyjechała z Winnipeg.
Janice obraca się do mnie i posyła mi niejasne spojrzenie, a ja nagle czuję, że powinnam ją przeprosić. Nikt, kto wyprowadził się z Winnipeg, a już zwłaszcza do Toronto, nie zdoła uniknąć potępienia. Wszyscy traktują to jak zdradę. Jak przejście z gangu Cripsów do Bloodsów. Elf przewraca oczami i dotyka palcem szwów na głowie, jednego po drugim. Liczy je. Z korytarza dobiega szczękanie metalu i zawodzenie jakiegoś człowieka. Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś tutaj bezpieczna, Elfriedo, zwraca się do niej Janice. Elf kiwa głową i patrzy tęsknym wzrokiem na pleksiglasową szybę w oknie obok swojego łóżka.
Może zostawię was na chwilę tylko we dwie, proponuje Janice.
Wychodzi, a ja uśmiecham się do Elf, która mówi, podejdź tu, Wierciołku, więc wstaję i robię dwa kroki do jej łóżka, siadam na jego brzegu i opadam głową na Elf, a ona gładzi moje włosy i wzdycha pod moim ciężarem. Wracam na pomarańczowe plastikowe krzesło dla gości, wydmuchuję nos i wpatruję się w nią.
Yolandi, odzywa się Elf, nie mogę tego zrobić.
Wiem, mówię. Dałaś to jasno do zrozumienia.
Nie mogę jechać w tę trasę. Nie ma mowy, żebym dała radę.
Wiem, odpowiadam. Nie martw się, to nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia.
Naprawdę nie dam rady jechać w tę trasę, powtarza.
Niczego nie musisz robić, uspokajam ją ponownie. Claudio zrozumie.
Nie, mówi Elf. Będzie wkurzony.
Tylko dlatego, że... że jesteś tutaj... Zależy mu tylko na tym, żebyś poczuła się lepiej. Wie o tym wszystkim. Po pierwsze przyjaciel, agent dopiero w drugiej kolejności. Tak zawsze mówi, prawda? Przetrwał już twoje poprzednie burze, Elfie, przetrwa i tę.
I jeszcze Maurice będzie na mnie wściekły, mówi Elf. Oszaleje. Planował to od lat.
Kim jest Maurice?...
A pamiętasz Andrasa, faceta, którego poznałaś w Sztokholmie... kiedy byłaś na moim koncercie?
Tak, co z nim?
Nie mogę jechać w tę trasę, Yolandi, powtarza znowu Elf. On przyjedzie specjalnie aż z Jerozolimy.
Kto?
Isaak. I całe mnóstwo innych osób.
I co z tego? pytam. Wszyscy zrozumieją, a jeśli nie, to trudno. To nie jest twoja wina. Pamiętasz, co mawiała mama? "Do diabła z poczuciem winy". Pamiętasz?
Elf pyta mnie, co to za straszliwy dźwięk, a ja mówię, że chyba naczynia spadły na betonową podłogę na korytarzu, lecz ona chce wiedzieć, czy kogoś tam czasem nie skuto łańcuchami, na co odpowiadam, że nie, nic podobnego, na co zaczyna opowiadać, że to się zdarza, sama widziała i jest tym przerażona, pyta, czy zamierzają ją wysłać do czubków, i zapewnia, że nie chce nikogo zawieść. Powtarza, jak bardzo jest jej przykro, ja odpowiadam, że nikt nie jest na nią zły, że chcemy tylko, żeby wydobrzała, żeby żyła. Potem Elf pyta mnie, co słychać u moich dzieci, Willa i Nory, mówię, że wszystko w porządku, na co ona zakrywa twarz dłońmi. Proponuję jej, że we dwie możemy kpić z życia, przecież to i tak jeden wielki żart, zgoda? Zgoda! Ale nie musimy umierać. Będziemy jak para żołnierzy. Jak bliźnięta syjamskie. Przez cały czas, nawet jeśli będziemy przebywać w różnych miastach. Rozpaczliwie szukam słów.
Do sali wchodzi kapelan i pyta Elfriedę, czy jest Elfriedą von Riesen, na co Elf odpowiada, że nie. Kapelan przygląda się jej ze zdumieniem, a potem mówi do mnie, że mógłby przysiąc, że to Elfrieda von Riesen, ta pianistka.
Nie, odpowiadam, to pomyłka. Kapelan przeprasza za kłopot i wychodzi.
Kto tak się zachowuje? pytam.
Jak? dziwi się Elf.
Kto pyta pacjenta w szpitalu, czy jest tą osobą, za którą się go uważa? Czy kapelani szpitalni nie powinni być bardziej dyskretni?
Nie wiem, odpowiada Elf. To normalne.
Nie wydaje mi się. Uważam, że to całkowicie nieprofesjonalne.
Zawsze robisz problem, jeśli ktoś zachowuje się nieprofesjonalnie. Zawsze mówisz, och, to takie nieprofesjonalne, jakby istniała jakaś definicja profesjonalizmu, która stanowi zarazem imperatyw moralny, jak należy się zachowywać. Nawet nie wiem, co to znaczy być profesjonalistą.
Wiesz, o co mi chodzi, mówię.
Przestań mnie po prostu okłamywać na temat tego, czym jest życie, oznajmia Elf.
W porządku, Elf, przestanę cię okłamywać, jeśli ty przestaniesz próbować się zabić.
Potem Elf mówi mi, że nosi w sobie szklane pianino. I jest przerażona, że w pewnym momencie ono pęknie. Nie może do tego dopuścić. Mówi, że pianino uciska prawą dolną część jej żołądka, czasami czuje jego twarde krawędzie napierające na jej skórę i boi się, że w końcu ją przebiją, a ona wykrwawi się na śmierć. Ale najbardziej przeraża ją to, że pianino może rozbić się w jej ciele. Pytam ją, co to za pianino, a ona odpowiada, że to stary model Heintzmana, który kiedyś był pianolą, ale usunięto z niej mechanizm grający i cały instrument zamieniono w szkło, nawet klawisze. Wszystko. Kiedy więc Elf słyszy butelki wrzucane do śmieciarki albo dzwonki wietrzne, albo nawet śpiew pewnego gatunku ptaka, natychmiast myśli o tym, że w jej wnętrzu roztrzaskuje się pianino.
Dziś rano usłyszałam śmiech dziecka, opowiada, małej dziewczynki, która przyszła odwiedzić ojca. Ale nie wiedziałam, że to śmiech, wydawało mi się, że to brzęk tłuczonego szkła, chwyciłam się więc za brzuch, myśląc sobie, o nie, to już koniec.
Kiwam głową, uśmiecham się i mówię, że gdybym miała w sobie szklane pianino, też bałabym się, że się rozbije.
A więc mnie rozumiesz? pyta Elf.
Tak, odpowiadam. Doskonale cię rozumiem. Naprawdę. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby się rozbiło.
Dziękuję, Yoli.
Hej, jesteś głodna? pytam. Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
Elf uśmiecha się: Nie, nic.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.