Wszystkie korony Ewy Wachowicz - Marek Bartosik, Wachowicz Ewa


Reflow text when sidebars are open.
Czy miewałaś takie pokusy, by zasadniczo przestać dbać o to, jak wyglądasz, na śniadanie zjeść jajecznicę na boczku, a nie to mielone siemię z kozieradką też mieloną?
Nie mogę sobie na to pozwolić. Przecież sam przypomniałeś, że obiecałam nie zbrzydnąć. Takie myśli dopadają mnie o poranku, gdy w kapciach podchodzę do lustra i trzymają mnie aż do momentu, kiedy wychodzę z domu.
Czyli te dwie godziny później?
Mniej więcej.
Kiedy uświadomiłaś sobie znaczenie urody w swoim życiu? Gdy rodzice mówili, że jesteś najpiękniejszym słoneczkiem tego świata? Wierzyłaś im bez zastrzeżeń?
Zapamiętałam te słowa na całe życie, bo one po prostu dodają wiary w siebie... Mama bardzo często mówiła do mnie: moja księżniczko, moja królewno. I do dzisiaj tak mnie wita w domu. Od rodziców, zwłaszcza od mamy, otrzymałam mnóstwo aprobaty, atencji. Powtarzała mi, że jestem najpiękniejsza na świecie, mam piękne włosy, nogi też, ładnie się poruszam, no i w ogóle jestem po prostu super. Dopiero po latach dowiedziałam się, skąd u mamy, oprócz oczywiście miłości, to poczucie mojej wyjątkowości. Po serii moich sukcesów, do których osiągnięcia potrzebne jest przecież także szczęście, mama opowiedziała mi, że kiedy przyszłam na świat, cały gorlicki szpital przyszedł mnie oglądać, bo rozniosło się, że się urodziłam w czepku.
A ja w niedzielę... To, że jesteś w czepku urodzona, widać na pierwszy rzut oka.
Nie żartuję. Dosłownie! Urodziłam się w owodni, czyli błonie, w której dziecko otoczone wodami płodowymi znajduje się przez całą ciążę. Zwykle w czasie porodu błona pęka, wody odchodzą i dziecko przychodzi na świat już bez błony. Ale czasem rodzi się dziecko w pozostałościach tej błony i wygląda jak w czepku. Sprawdziłam i okazało się, że coś takiego zdarza się bardzo rzadko, raz na sto tysięcy porodów. Nic dziwnego, że pielęgniarki i lekarze zbiegli się, by mnie zobaczyć.
Okej. Ładnemu i w czepku ładnie. A kiedy usłyszałaś zachwyty nad swoją urodą od kogoś spoza rodziny? Pamiętasz to?
Od mojego pierwszego chłopaka, oczywiście w liceum.
Mówił piękne słówka, a potem Cię rzucił?
Raczej ja... Ale to była pierwsza miłość. Ciągle mówię o niej z drżeniem serca, bo przecież było to niepowtarzalne uczucie. Od tego chłopca usłyszałam wszystko, co dziewczyna powinna usłyszeć, by czuć się kochaną. Szeptał mi, że jestem najpiękniejsza i najcudowniejsza we wszystkim. Pięknie pachnę, mam piękne włosy, cudowny uśmiech. Wszystko było piękne.
Kim był ten szczęściarz?
Nie powiem.
Chociaż imię?
Nie. On nadal do mnie dzwoni z życzeniami świątecznymi, widujemy się od czasu do czasu, bo mieszka w Krakowie. Lubimy się bardzo, jesteśmy dojrzałymi osobami i chyba w obojgu z nas został cudowny sentyment do tych naszych pierwszych uniesień.
A sama kiedy nabrałaś podejrzeń, że ta Twoja uroda rzeczywiście jest nieprzeciętna?
Jak się jest normalną nastolatką, która szaleje po drzewach i na rowerze, ale też nierzadko ciężko pracuje na polu czy w oborze, to nie ma czasu na podziwianie się przed lustrem. Chociaż... W pierwszej klasie liceum byłam na kolonii tanecznej, w Kościerzynie na Kaszubach. Wtedy zaczęłam coś podejrzewać, bo wszyscy chłopcy chcieli ze mną tańczyć i w ogóle cieszyłam się wśród kolegów zaskakującą popularnością.
Masowo próbowali się z Tobą umawiać?
To w ogóle nie były czasy, że się ktoś chciał tak od razu umawiać. No proszę cię... Jakbym się umówiła, toby mi ojciec dopiero dał.
Twoi dotychczasowi biografowie utrzymują, że to koledzy na studiach całkiem przypadkiem namówili Cię, żebyś wystartowała najpierw w konkursie na Najmilszą Studentkę Krakowa, a potem na Miss Małopolski.
Tak.
Czyli tak całkiem z marszu. Kościerzyna, a potem Najmilsza?
Niezupełnie. Zostałam jeszcze w podstawówce miss kolonii w Nieporęcie i miss mojego liceum w Gorlicach.
Czyli jak przyszło do studenckiego konkursu w Krakowie, to byłaś już misską doświadczoną. I koledzy nie musieli Cię do startu tak bardzo namawiać. Tak było?
Czasem potrzebny jest jakiś impuls. Sama nie miałam takiego pomysłu. Zresztą, po tych pierwszych koronach, ale zanim zostałam Miss Polonia, zapisałam się do pewnej agencji modelek.
Tej samej, którą z kolegami z krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego zakładał Krzysztof Jaxa Kwiatkowski, Twój dzisiejszy guru od wspinaczki? Opowiadał mi, że z agencją współpracowało kilkanaście dziewcząt. I oni, sprytne chłopaki z AWF-u, tylko Tobie nie dawali szans na karierę. Wydawałaś im się zbyt masywna.
No i jak miałam być pewna swojej urody? Ale dzięki nim chodziłam po wybiegu. To był ten jeden jedyny raz w moim życiu. Dokładnie pamiętam, że wystąpiłam z koleżankami przy okazji otwarcia restauracji Dolce Vita przy ul. Grodzkiej. Cadillacami tam zajechaliśmy i to był jedyny pokaz mody, w jakim wystąpiłam. Zapisałam się jednak do tej agencji raczej po to, by się nauczyć chodzić, malować. Przecież do końca liceum nie używałam pudru, cieni, tuszu, szminki ani błyszczyka. Zero kosmetyków. Nawet paznokci nie malowałam.
Rozumiem, tylko szare mydło. I jeszcze pewnie kąpiele w górskim strumieniu? Niemożliwe, tak z własnej woli?
Kusiło mnie, jak patrzyłam, co koleżanki podczas przerw między lekcjami wyjmują z torebek. Chciałam je naśladować, ale moja mama też się nie malowała. Mówiła mi, że i bez kosmetyków jestem ładna. No i co tu kryć, tata takich malunków nie tolerował. Jak znalazłam się w akademiku, to nie miałam żadnych upiększających specyfików. Pierwszą szkołę korzystania z nich dała mi aktorka Dorota Pomykała, która była jurorką konkursu na Najmilszą Studentkę Krakowa i chyba prowadziła już swoje studio aktorskie. Podczas tych wyborów poszłam na scenę bez makijażu, bo nie posiadałam umiejętności jego robienia. Potem Dorotka Pomykała zaprosiła mnie do swojego studia, podszkoliła, jak korzystać z tych pędzelków, miotełek, wacików i tak dalej. Zrobiła mi nawet pierwszą w życiu sesję zdjęciową.
Jak trzeba żyć, żeby zawsze "wyglądać jak Wachowicz"?
Tryb życia, który ułatwia zachowanie urody, ale przede wszystkim zdrowia, stał się dla mnie naturalny. Już mama kładła mi na głowie książkę i mówiła: "Chodź sobie do telewizora, wokół stołu i znowu do telewizora. Będziesz miała ładną sylwetkę". Ruch i zdrowe jedzenie były dla mnie czymś naturalnym.
Myślisz, że nasi czytelnicy uwierzą, że w chłopskim domu w Małopolsce, w latach siedemdziesiątych XX wieku nie wychowywałaś się na schabowym, ziemniakach ze skwarkami i zasmażanej kapuście z grochem, tylko na kiełkach i płatkach owsianych?
W moim domu jedliśmy zdrowo, to znaczy przede wszystkim bardzo różnorodnie. Bywał schabowy, kapusta, ale też chude mięso, dużo warzyw, mnóstwo serów, orzechów, kasz. Mało było używek. To była zdrowa dieta dla rozwijających się dzieci i ciężko pracującej rodziny. Cały czas spędzałam na świeżym powietrzu, na zabawie, ale też chodziłam na piechotę spory kawał do autobusu, jeździłam rowerem do sklepu, zbierałam z pól siano czy ziemniaki, wiązałam snopki, ładowałam je na wóz, deptałam kapustę, zbierałam owoce. No i miałam normalny WF! Z siatkówką, koszykówką, piłką ręczną, ale i klasyczną gimnastyką ze staniem na rękach, skokami przez skrzynię, wspinaniem się po linie. Bardzo lubiłam te lekcje. Pomogły mi pewnie też geny.
A to, że uciekłaś od ciężkiej fizycznej pracy, zanim zdążyła Ci zabrać urodę?
Zapewne też. Nie wyobrażałam sobie, że będę przez całe życie pracować tak ciężko, jak rodzice, dziadkowie. Jak każdy chciałam żyć lepiej, poznawać świat. Jestem jednak przekonana, że samo unikanie wyniszczającej fizycznej pracy nie wystarczy, by zachować zdrowie, długo cieszyć się urodą. Od lat nie odżywiam się radykalnie odmiennie niż jako nastolatka. Piję tylko dużo soków, zwłaszcza z marchwi, ziemniaków unikam, wolę kasze, a specjalnie jaglankę. Jem z pewnością mniej kalorycznie, bo mniej pracuję. Zawsze byłam aktywna fizycznie. Gdy pełniłam funkcję rzeczniczki rządu, to wielogodzinny bezruch dzień po dniu najbardziej mi doskwierał. Później okazało się, że muszę stale intensywnie ćwiczyć, by mój kręgosłup trzymał się pionu. Niesamowicie pomaga mi w tym joga. Ćwiczenia sprawiają, że pracuje każdy mięsień ciała. Zajęcia z joginką Beatą są świętością w moim kalendarzu.
No i masz osobistego trenera.
Przekonałam się, że ćwiczenia robione z trenerem są o 30-40% efektywniejsze. Pracując razem, wzajemnie się napędzamy. Jak jestem umówiona, to nie mogę powiedzieć, że dzisiaj nie ćwiczymy, bo coś wypadło albo mi się nie chce. Trudniej znaleźć wymówkę.
Uroda to Ty. Decyduje o jakości i treści Twojego życia?
Fakt. Zauważyłam w pewnym momencie, że dla świata istotniejsza jest długość moich włosów niż to, ile napisałam książek, jaki zrobiłam program telewizyjny, jaki mam nowy pomysł.
Świat Cię poznał z długimi włosami. Dlaczego je obcięłaś?
Ponieważ nigdy w życiu nie miałam krótkich. Parę razy wpadałam na taki pomysł. Póki byłam mężatką, w ogóle nie wchodziło to w grę. Wtedy o moje włosy dbał słynny w Krakowie salon fryzjerski przy ul. Gołębiej. Któregoś razu, dzień wcześniej, zanim miałam się pojawić, w drzwiach stanął Przemek. "Jutro tu przyjdzie moja żona. Jeżeli obetniecie jej włosy, spalę lokal" - powiedział głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, i poszedł. Występując w Tańcu z gwiazdami, poznałam fantastycznego stylistę włosów Leszka Czajkę. Kiedy ponownie, gdzieś w okolicach mojej czterdziestki, chciałam skrócić włosy, poszłam do niego. Wyobraź sobie, że nie chciał mnie obciąć. "Zrobiłbym ci krzywdę" - mówił. Od kolejnego fryzjera usłyszałam to samo. Tak bardzo chciałam odmiany, że w końcu pojechałam do mojego kochanego pana Zbyszka, do Gdańska.
Kiedy właściwie zostałaś blondynką?
Przy okazji programu Top Chef.
W 2013 roku? Dopiero?
Do lat dojrzałych żaden fryzjer nie dotknął mnie żadną farbą. Jako Miss Polonia miałam włosy dziewicze, takie, z jakimi mnie Pan Bóg stworzył.
Ale przecież z pofalowanymi Cię nie stworzył.
Papiloty robiły już nasze babcie, jak były dziewczynkami. Nie wymagaj więc ode mnie, bym włosów trochę nie kręciła. Najpierw mama mi to zrobiła, jak szłam do pierwszej komunii, potem potrafiłam już sama.
Wielu ludzi jest gotowych przysiąc, że blondynką byłaś od zawsze.
Zawsze to byłam naturalną blondynko-szatynką. Dopiero Kasia Rudnik, fryzjerka, która pracowała ze mną jeszcze przy programie Przez żołądek do serca i robi to do dzisiaj, przekonała mnie, że w kamerze zdecydowanie lepiej wygląda ciepły blond na głowie.
Czyli blondynką jesteś z wyrachowania, i to biznesowego.
Tak, nazwijmy to po imieniu.
Wróćmy do Gdańska, do pana Zbyszka.
On fantastycznie modelował brzytwą, włosy bardzo długo się potem fajnie układały. Jest bardzo kreatywny. Jak przed laty fotografowano mnie do prestiżowego kalendarza, to zrobił mi cztery fryzury i w każdej wyglądałam zupełnie inaczej. "Jeżeli pan mnie nie obetnie, nikt mnie nie obetnie" - brałam go na litość. Wyszedł na papierosa, ale wypalił chyba z pół paczki, bo długo go nie było. "Jak ma ci ktoś zrobić krzywdę, to już lepiej, żebym ja cię obciął" - powiedział w końcu, dając mi dobitnie do zrozumienia, że nie uważa mojego pomysłu za dobry. Zapowiedział też, że nie obetnie mnie na krótko. Mówił: "Jesteś dużą, fajną, fantastyczną kobietą. Nie mogę ci zrobić małej głowy, bo to zmieni proporcje ciała. Jak już się tak bardzo uparłaś na te krótkie włosy, to je obetnę do takiej długości, przy której jeszcze nie zepsuje to proporcji całej sylwetki". Bo pan Zbyszek patrzy zawsze na całokształt, a nie tylko na wycinek. "Ty jesteś całością. I ty musisz w całości fajnie wyglądać" - tłumaczył. I tak zrobił. Włosy były krótkie, nie dało się związać kucyka, ale daleko im było do mojej od lat wymarzonej fryzury na Sinéad O'Connor.
Czyli raczej braku fryzury. Radykalne marzenie miałaś.
Tego nigdy nie zrealizowałam, ale z drugiej strony kiedyś, na krótko, w czasie podróży przedślubnej po Afryce zaplotłam sobie 130 warkoczyków. Miałam dredy!
Jest takie sugestywne zdjęcie, na którym Jacek Wójcicki zapuszcza żurawia w Twój dekolt...
To zostało wyreżyserowane w czasie jednego z programów telewizyjnych. Chodziło o obrócenie w żart różnicy wzrostu między nami (na moją korzyść oczywiście).
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Myślicie, że znacie Ewę Wachowicz doskonale? Przeczytaliście setki wywiadów z nią, od lat oglądacie ją w telewizji. A wiecie, że urodziła się w czepku i nie jest to metafora? Musieliście widzieć ją kiedyś z dredami na głowie. Jednak nie? Ale zapewne słyszeliście jej słynne zdanie "Premierowi się nie odmawia". Jak na te słowa zareagował ów premier, Waldemar Pawlak? Czy zdajecie sobie sprawę, że Miss Polonia wiele wie o leczeniu boreliozy? Słyszeliście, że pochodzi z polskiej wsi, ale może ma domieszkę krwi błękitnej? A że doskonale pamięta kolejność liczb na kole do ruletki i uwielbia robić z tej wiedzy użytek? Albo że podczas wspinaczki na najwyższy wulkan Ameryki zaimponowała Krzysztofowi Wielickiemu. No i że męża niemal znalazła dzięki pomocy biura matrymonialnego. Też nie? Nic dziwnego. Ewa chętnie udziela wywiadów, ale z dbałością o każdy drobiazg (żeby nie powiedzieć obsesyjnie) broni prywatności. Przynajmniej tak było dotąd.
Tytuł Miss Polonia zdobyła w 1992 roku, zaraz po tym, jak przyjechała do Krakowa na studia z rodzinnych Klęczan koło Gorlic. Wkrótce zdobyła kolejne korony na światowych konkursach w Republice Południowej Afryki i w Korei Południowej. Najpiękniejsze Polki bardzo często okazują się osobami wyjątkowo utalentowanymi. Nawet wśród nich Ewa Wachowicz jest jednak kobietą wyjątkową. I nie chodzi tylko o nieprzemijalność urody. Korony miss przyniosły jej niezwykłą popularność, która nie gaśnie, a Miss Polonia 1992 nie przestaje być jedną z najbardziej rozpoznawalnych Polek. Często zaliczana jest też do najbardziej wpływowych kobiet w kraju i najcenniejszych postaci dla reklamodawców.
Nie dzieje się to przypadkiem, gdyż Ewa Wachowicz zasługuje na koronę nie tylko za urodę. Sama postawiła sobie za cel zdobycie Korony Wulkanów Ziemi i już niemal ją osiągnęła. Została gwiazdą telewizyjną, wzorem zdrowego, ale i smakowitego życia. Pilnuje, by sławy nie rozmienić na drobne. Od lat jest bizneswoman, od której powodzenia zależy pomyślność już grubo ponad setki osób. Buduje kolejne domy. W miejskich apartamentach i drewnianym domu u stóp Babiej Góry przekonuje się czasem boleśnie, że mury stawia się szybko, ale dom to znacznie bardziej skomplikowane zadanie. Bo niby ładnemu wszystko łatwo - a na pewno łatwiej - przychodzi. Może tak jest, ale Ewa Wachowicz też zmaga się z własnymi słabościami, pokonuje przeciwności. I ponosi tego psychiczne koszty.
Doszła tak daleko, że trudno jej teraz nie obejrzeć się za siebie, opowiedzieć o swojej drodze. Poznajcie więc wszystkie korony Ewy Wachowicz po to, aby zrozumieć, dlaczego od 1992 roku niezmiennie pozostaje jedną z najbardziej lubianych Polek.