Wszystkie kolory nieba - Krystyna Mirek

Kup ebooka

39.99 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Kocham cię - powie­dział Wik­tor i rozej­rzał się wokół, tak jakby się spo­dzie­wał, że świat w jakiś szcze­gólny spo­sób zare­aguje na to wyzna­nie. To był prze­cież nie­zwy­kły moment. Po tylu latach te słowa prze­szły mu gładko przez gar­dło, jakby godzi­nami tre­no­wał. A od tak dawna ich nie wypo­wia­dał. Wyda­wało mu się nawet, że zapo­mniał, jak to się robi, i już ni­gdy nie zdo­bę­dzie się na taką dekla­ra­cję.

Ale wszystko się zmie­niło. Nie chciał cze­kać ani chwili dłu­żej. Paląca potrzeba, by wresz­cie wyznać swoje uczu­cie, była tak gwał­towna, że nie zdo­łał jej opa­no­wać. Choć miej­sce i czas nie były ku temu spe­cjal­nie odpo­wied­nie.

Iga też zamarła w ocze­ki­wa­niu na reak­cję oto­cze­nia. Wie­działa, że oboje są czuj­nie, choć dys­kret­nie obser­wo­wani przez per­so­nel restau­ra­cji. Są prze­cież w pracy. Ledwo Nata­lia, z którą Wik­tor był zwią­zany od trzech lat, znik­nęła za rogiem kamie­nicy, a już padły takie mocne słowa. Iga była zasko­czona. Choć tro­chę już zdą­żyła przy­wyk­nąć do szyb­kiego tempa, w jakim roz­wi­jał się ten zwią­zek, to wyzna­nie ją prze­ro­sło. Na chwilę zabra­kło jej tchu, a zaraz potem policzki pokrył krwi­sty rumie­niec. W głębi serca czuła nara­sta­jącą gwał­tow­nie potężną falę szczę­ścia. Siła przy­pływu była tak wielka, że Iga musiała zaci­snąć dło­nie na krze­śle, żeby choć tro­chę się opa­no­wać. To było jak pier­wotny instynkt, natu­ralna siła doma­ga­jąca się, by natych­miast wszystko jej pod­po­rząd­ko­wać i pod­dać się temu upa­ja­ją­cemu uczu­ciu.

Odrzu­cić precz wszel­kie pod­szepty rozumu, logikę i resztki zdro­wego roz­sądku. Dać się porwać emo­cjom.

Nie zro­biła tego. Wyzna­nie Wik­tora, choć piękne, było jak wyce­lo­wany w sam śro­dek serca pisto­let.

Miłość boli - przy­po­mniała sobie pod­sta­wową lek­cję, jaką dało jej życie. - Im więk­sza, tym moc­niej.

Ode­brała zbyt wiele cel­nych strza­łów, by teraz nie wie­dzieć, że taka broń może wypa­lić w każ­dej chwili. Trzeba się osło­nić. Za wszelką cenę. Naj­szyb­ciej jak to tylko moż­liwe. Kolana drżały jej pod sto­łem, na szczę­ście dość wyso­kim, więc nie trząsł się razem z nią. Musiała odcze­kać, żeby móc pod­nieść wzrok. Emo­cje szar­pały jej wnę­trze. Ist­niała poważna obawa, że za moment porwą ją w nie­zna­nym i - co gor­sza - nie­chcia­nym kie­runku.

I tylko świat zewnętrzny pod­szedł do sprawy zupeł­nie obo­jęt­nie. Wokół na­dal toczyło się zwy­czajne życie. Przy sto­li­kach sie­dzieli goście i spo­koj­nie pili poranną kawę, zagry­za­jąc ją wykwint­nym roga­li­kiem lub sier­mięż­nymi płat­kami owsia­nymi, w zależ­no­ści od poglą­dów na temat żywie­nia. Nie zwra­cali już więk­szej uwagi na sie­dzą­cego przy oknie wła­ści­ciela, prze­ży­wa­ją­cego wła­śnie tak ważną chwilę. Pochła­niały ich wła­sne sprawy.

Kel­nerki wpraw­dzie co rusz rzu­cały w stronę tej pary czujne spoj­rze­nia, ale sku­pione na swo­ich obo­wiąz­kach nie miały czasu, by o tym na razie plot­ko­wać.

Wik­tor uśmiech­nął się. Czuł wielką ulgę i radość. Miał teraz głowę pełną pomy­słów, a jego ciało wypeł­niała ener­gia doma­ga­jąca się natych­mia­sto­wych dzia­łań. Chciał podać Idze rękę, wypro­wa­dzić z restau­ra­cji, zawieźć w jakieś ustronne miej­sce, po czym poka­zać, jak bar­dzo praw­dziwe i gorące jest jego uczu­cie.

Policzki go paliły, a serce biło inten­syw­nym, nie­rów­nym ryt­mem. Jakby ktoś cof­nął mu licz­nik i odjął pięt­na­ście lat. Był szczę­śli­wym mło­ko­sem zako­cha­nym po raz pierw­szy. Bo pamięć też mu się nagle zre­se­to­wała. Wyczy­ściły się wspo­mnie­nia o poprzed­nich związ­kach. Po raz pierw­szy wziął dziew­czynę za rękę i nie pomy­ślał o zmar­łej dawno temu żonie. O Nata­lii też nie pamię­tał już wcale, choć roz­sta­nie było bar­dzo świeże, a pozo­stałe kobiety, z któ­rymi wią­zał się w ciągu ostat­niego czasu, pró­bu­jąc stwo­rzyć nowy dom dla swo­jego dziecka, zlały mu się nagle w jedną postać, która zaraz potem roz­wiała się jak kra­kow­ski smog pod wpły­wem sil­nej wichury.

Liczyła się tylko Iga.

- Dam ci wszystko - zapew­nił gorącz­kowo. - Już nie będziesz się o nic mar­twić. Prze­sta­niesz tak ciężko pra­co­wać, szu­kać swo­jego miej­sca na świe­cie, zma­gać się samot­nie z pro­ble­mami taty. Ja zadbam o każdą sprawę.

Uniósł głowę, spo­dzie­wa­jąc się pochwały. Czyż Nata­lia, jego była dziew­czyna, nie cze­kała na te słowa trzy lata? A inne kobiety? Rzu­cały mu się na szyję z powodu o wiele bar­dziej powścią­gli­wych wyznań. Teraz liczył na wyjąt­kowe dowody wza­jem­no­ści. Jego męskie ego prze­ży­wało wła­śnie swoją wielką chwilę. Spo­dzie­wał się, że Iga odczyta wszel­kie jego pra­gnie­nia. Wsta­nie, poca­łuje go, a potem natych­miast stąd wyjdą, by w ustron­nym miej­scu kon­ty­nu­ować roz­mowę, wzbo­ga­ca­jąc ją o nowe argu­menty, naj­le­piej prak­tyczne. W końcu mowa ciała jest podobno jedyną praw­dziwą. Aż mu się gorąco zro­biło na samą myśl, co mógłby w ten spo­sób prze­ka­zać.

Ale chyba nie było na to szans. Iga sie­działa po dru­giej stro­nie sto­lika, sple­cione dło­nie poło­żyła na bla­cie i uśmie­chała się w cha­rak­te­ry­styczny, pełen uroku spo­sób. Spra­wiała wra­że­nie cho­ler­nie spo­koj­nej. Dłu­gie, ciemne włosy opa­dały jej na poli­czek, draż­niąc wyobraź­nię Wik­tora. Chciał znów potar­gać je, przy­ci­ska­jąc mocno do ust.

- Chodźmy stąd! - powie­dział, wsta­jąc ener­gicz­nie. Naj­wy­raź­niej nie było co liczyć, że dziew­czyna sama się domy­śli. Ale jego pro­po­zy­cja pozo­stała bez odzewu.

Iga też chciała to zro­bić. Jej pra­gnie­nia były w pełni zgodne z zamia­rami męż­czy­zny. Wie­działa, że spo­tkało ją wła­śnie coś nie­zwy­kłego. Była jak Kop­ciu­szek, wybrana spo­śród wielu przez wyjąt­ko­wego męż­czy­znę. Szczę­ście prze­ni­kało ją nara­sta­ją­cymi falami, któ­rym tak bar­dzo chciała się pod­dać. A jed­no­cze­śnie w jej gło­wie od pierw­szej chwili paliło się mocne ostrze­gaw­cze świa­tło. Nie było czer­wone, jak to się naj­czę­ściej zda­rza w takich przy­pad­kach, lecz zimne, sino­nie­bie­skie jak lodo­wate fale pol­skiego morza. Miga­jące ostro litery powta­rzały słowa Nata­lii.

Kim dla niego będziesz? Utrzy­manką? Kobietą, która nic nie ma do zaofe­ro­wa­nia, a wszystko trzeba jej dać? Bez kon­kret­nego zawodu, z ojcem alko­ho­li­kiem i jego wiecz­nymi dłu­gami na karku?

Nie mogła na to pozwo­lić. Jeśli chciała być dla niego kimś wię­cej niż dziew­czyną na chwilę, musiała mocno sta­nąć na wła­snych nogach. Zaczerp­nęła powie­trza i odważ­nie spoj­rzała mu w oczy. Zawsze jej się uda­wało zacho­wać wojow­ni­czą postawę, w chwi­lach gdy bała się naj­moc­niej. Tak było i tym razem.

- Ja nie mogę - odpo­wie­działa, a jej głos w nie­wiel­kim tylko stop­niu zdra­dził tar­ga­jące nią emo­cje. Miała sporą wprawę w ich ukry­wa­niu. - Jestem prze­cież w pracy. Dziew­czyny na razie dają radę. - Wska­zała w stronę kel­ne­rek sto­ją­cych w rogu sali. - Ale za godzinę zacznie się praw­dziwy ruch.

Wik­tor spoj­rzał na nią z wyraź­nym zasko­cze­niem. Jakby dzi­wiło go jej sta­no­wi­sko, choć oso­bi­ście zatrud­nił ją w swo­jej restau­ra­cji. Iga wciąż miała na sobie służ­bową sukienkę w ciem­no­bor­do­wym kolo­rze. Jej zmiana zaczęła się godzinę temu. Kole­żanki co chwilę spo­glą­dały w stronę sto­lika pod oknem, nie­chęt­nym wzro­kiem mie­rząc szefa trzy­ma­ją­cego Igę za rękę. Zwłasz­cza Domi­nika, bez­sku­tecz­nie wzdy­cha­jąca przez lata do przy­stoj­nego prze­ło­żo­nego, spra­wiała wra­że­nie wzbu­rzo­nej.

- Ale... - powie­dział i wyraź­nie się zawa­hał. - Prze­cież teraz to już nie ma zna­cze­nia - dokoń­czył takim tonem, jakby go dzi­wiła koniecz­ność tłu­ma­cze­nia spraw oczy­wi­stych.

Z dol­nego poziomu restau­ra­cji na chwilę wyj­rzała Alek­san­dra Janicka i zba­dała sytu­ację mat­czy­nym wzro­kiem, mają­cym moc prze­świe­tla­nia ludz­kich wnętrz aż do naj­taj­niej­szych zaka­mar­ków. Już wcze­śniej kil­ka­krot­nie spraw­dzała, co się dzieje przy naj­lep­szym sto­liku usta­wio­nym pod oknem, z wido­kiem na kra­kow­ski rynek. Widząc swo­jego syna z wyra­zem szczę­ścia na twa­rzy, z więk­szą apro­batą uśmiech­nęła się w stronę Igi. Wpraw­dzie teraz mło­dzi wyja­śniali sobie jakieś sprawy i byli bar­dzo sku­pieni, ale można było dostrzec, jak mocne łączą ich emo­cje.

- Może nie będzie tak źle? - zwró­ciła się do Wandy, sze­fo­wej kuchni, a pry­wat­nie przy­ja­ciółki rodziny, która sta­nęła tuż obok, pchana tą samą cie­ka­wo­ścią. - Ta dziew­czyna wygląda na roz­sądną osobę. Jeśli potrafi spra­wić, że mój syn będzie szczę­śliwy, jestem gotowa jej pomóc, wszyst­kiego nauczyć.

- A Nata­lia? - Wanda nie umiała tak szybko się prze­sta­wić. Jesz­cze kilka dni temu Wik­tor oznaj­miał, że ma zamiar się zarę­czyć. Rodzina szy­ko­wała uro­czy­sty obiad, a teraz sie­dział przy sto­liku i publicz­nie trzy­mał za rękę inną kobietę, na doda­tek kel­nerkę, choć w tej restau­ra­cji od dzie­się­cio­leci obo­wią­zy­wała zasada, że szef nie uma­wia się na randki z pra­cow­ni­cami.

- Poszła już. - Alek­san­dra mimo­cho­dem spoj­rzała na widoczny przez wiel­kie okna chod­nik i roz­cią­ga­jącą się za nim pano­ramę kra­kow­skiego rynku. Zaraz jed­nak jej wzrok znów spo­czął na twa­rzy syna. Zwy­kle trudno było z niej coś odczy­tać, teraz wyraź­nie poka­zy­wała silne uczu­cia. - Jest dobrze - pod­su­mo­wała.

Wanda zasznu­ro­wała usta. Nie do końca podo­bała jej się ta sytu­acja, choć kibi­co­wała swo­jemu ulu­bień­cowi i chciała, by zna­lazł wresz­cie szczę­ście w życiu pry­wat­nym.

- Może do niej zadzwo­nisz? - zapro­po­no­wała. - Ta nagła zmiana musi być dla niej trudna, a wy prze­cież bli­sko się przy­jaź­ni­ły­ście.

- Zro­bię to, ale za chwilę - odpo­wie­działa Alek­san­dra nie­uważ­nie. - Teraz są pil­niej­sze sprawy.

Zeszły na dolny poziom restau­ra­cji. Wanda zaj­rzała do kuchni, gdzie jak zwy­kle działo się kilka waż­nych rze­czy jed­no­cze­śnie. Zupy paro­wały, nasą­cza­jąc powie­trze aro­ma­tem ziół i warzyw. Mięsa dusiły się na nie­wiel­kim ogniu. W piecu rosły bułki, a kucha­rze krę­cili masy do ciast. Stu­kały pokrywki, noże ryt­micz­nie ude­rzały o blaty, co jakiś czas ktoś się odzy­wał, wybu­chał krótki śmiech i znów każdy pogrą­żał się w pracy.

Sze­fowa spraw­dziła, czy wszystko jest w porządku, i wró­ciła na chwilę do Alek­san­dry. Miała naj­wy­żej kwa­drans. Dese­rem dnia była dzi­siaj beza z mali­no­wym musem oraz kre­mem z serka mascar­pone oraz bitej śmie­tany, danie, które Wanda musiała przy­go­to­wać oso­bi­ście. Uzy­ska­nie dosko­na­łej har­mo­nii pomię­dzy roz­pły­wa­ją­cym się w ustach wnę­trzem a chru­piącą złotą powłoką bezy było bar­dzo trudne. Wyma­gało lat doświad­cze­nia, spraw­nej ręki oraz pew­nej intu­icji, któ­rej nie da się nabyć, z tym darem trzeba się uro­dzić.

Pani Wanda spraw­dziła szybko stan dzia­łań, po czym uznała, że może sobie jesz­cze pozwo­lić na kwa­drans spę­dzony na swo­jej dru­giej pod­sta­wo­wej dzia­łal­no­ści, czyli anga­żo­wa­niu się w życie pry­watne swo­jego prze­ło­żo­nego.

- Co tam pla­nu­jesz? - Usia­dła naprze­ciwko byłej wła­ści­cielki, która, choć prze­ka­zała już wszel­kie prawa synowi, wciąż mocno się anga­żo­wała w sprawy zwią­zane z pro­wa­dze­niem lokalu, a także w życie syna, w czym spo­ty­kały się z Wandą i bar­dzo czę­sto spie­rały ogni­ście.

- Wszystko. - Alek­san­dra spra­wiała wra­że­nie, jakby się upiła mło­dym fran­cu­skim winem. Tak bar­dzo była prze­jęta. - Iga z Wik­to­rem za chwilę się zarę­czą. Czuję to. Czeka mnie teraz mnó­stwo pracy. Tę dziew­czynę trzeba prze­cież przy­go­to­wać, odpo­wied­nio ubrać, nauczyć tylu rze­czy. Natych­miast musi zre­zy­gno­wać z etatu kel­nerki, to nie­do­pusz­czalne. Naj­le­piej niech się od razu prze­pro­wa­dzi do Wik­tora, szybki ślub jest koniecz­no­ścią. Dom sta­now­czo wymaga kobie­cej ręki.

- A potem uro­dzi dziecko, a naj­le­piej dwoje - pod­po­wie­działa z prze­ką­sem Wanda, ale Alek­san­dra nie wyczuła iro­nii.

- Oczy­wi­ście, a co w tym złego? - obu­rzyła się. - Mój syn jest mło­dym męż­czy­zną, a Oli­wie­rowi przyda się rodzeń­stwo.

- Ale...

- Pro­szę cię. Nie mnóż trud­no­ści i pozwól mi wszystko zapla­no­wać. Całej naszej rodzi­nie od dawna należy się tro­chę szczę­ścia i spo­koju.

- Nie chcia­ła­byś naj­pierw zapy­tać Igi o zda­nie?

- Ach, daj spo­kój. Prze­cież jasne, że na wszystko się zgo­dzi. To dla każ­dej dziew­czyny marze­nie życia. Gwiazdka z nieba. Wik­tor spełni wszyst­kie potrzeby. I jesz­cze będzie ją szcze­rze kochał. Bajka.

- To nie o to cho­dzi...

- Innego wyj­ścia i tak nie ma - prze­rwała jej sta­now­czo Alek­san­dra. - Iga sama sobie nie pora­dzi. Jest zdana na moją pomoc. Musi słu­chać. Ina­czej straci wszystko, co jej tak nagle spa­dło z nieba.

Wanda pokrę­ciła głową. Ten sce­na­riusz już znała. Nie spraw­dził się naj­le­piej. Nata­lia robiła skru­pu­lat­nie, co jej pora­dziła mama Wik­tora. Wbrew sobie, wkła­da­jąc w swoje sta­ra­nia sporo wysiłku. Co osią­gnęła? Gwał­towne zerwa­nie tuż przed pla­no­wa­nymi zarę­czy­nami. Widok męż­czy­zny, z któ­rym była zwią­zana od trzech lat, wpa­tru­ją­cego się roz­iskrzo­nym wzro­kiem w inną. Obser­wo­wa­nie, jak pono­szą go uczu­cia, na które ona darem­nie cze­kała. Jakby się nagłe obu­dziły z dłu­giego uśpie­nia. To musiało być trudne. Wanda nie była bli­sko zwią­zana z Nata­lią, ale żało­wała dziew­czyny. Nato­miast Janicka, zaprzy­jaź­niona z part­nerką syna od lat, spra­wiała wra­że­nie, jakby w jed­nej sekun­dzie zapo­mniała o łączą­cej je rela­cji.

- Nic nie mów. - Alek­san­dra wstała. - Jadę do domu. Muszę się zasta­no­wić nad szcze­gó­łami i zanieść dobre wie­ści Ambro­żemu. Spodoba mu się to, co usły­szy. Zdaj się na mnie - dodała, widząc wyraź­nie nie­za­do­wo­loną minę przy­ja­ciółki. - Niech każdy robi to, na czym się naj­le­piej zna. Ty spo­koj­nie sobie gotuj, a mnie zostaw nad­zór nad uczu­ciami Wik­tora. Mam w tym znacz­nie więk­szą wprawę.

Wanda tylko się skrzy­wiła. Ale nie pod­jęła tematu. Nie­po­trzebna była kolejna osoba mie­sza­jąca się w tę deli­katną sytu­ację. Poza tym musiała pil­nie wra­cać do kuchni. Sta­nęła na swoim sta­no­wi­sku z głową pełną obaw i ser­cem prze­peł­nio­nym nie­do­brym prze­czu­ciem.

***

Wik­tor czuł się, jakby po wspa­nia­łym locie ze spa­do­chro­nem gwał­tow­nie upadł na zie­mię. Jakby popeł­nił przy lądo­wa­niu ele­men­tarny błąd, choć na takie ni­gdy sobie nie pozwa­lał. Ale zasady rzą­dzące jaką­kol­wiek dys­cy­pliną sportu, jak już się wie­lo­krot­nie prze­ko­nał, były o wiele prost­sze niż te kie­ru­jące uczu­ciami.

Sie­dział wciąż w tym samym miej­scu, ale uczu­cie szczę­ścia, które jesz­cze przed momen­tem go prze­peł­niało, mocno tłu­mił widok Igi obsłu­gu­ją­cej gości. Jakby nic się w jej życiu nie zmie­niło. A prze­cież wła­śnie wyznał jej miłość! Chciał porwać ją ze sobą, wszyst­kim się z nią podzie­lić. Jed­nak jego pro­po­zy­cja pozo­stała bez odzewu.

Nie był przy­zwy­cza­jony do takiego trak­to­wa­nia. Przy­stojny, zamożny, wyspor­to­wany, wierny rodzin­nym tra­dy­cjom, sta­no­wił zwy­kle cel inten­syw­nych kobie­cych sta­rań. Nie­jedna wiele by oddała, by usły­szeć słowa, które przed momen­tem wypo­wie­dział, i z pew­no­ścią porzu­ci­łaby w jed­nej chwili obo­wiązki kel­nerki, by zamie­nić je na inne, o wiele przy­jem­niej­sze.

Ale nie Iga.

Ona spra­wiała wra­że­nie spo­koj­nej, zaan­ga­żo­wa­nej w obsłu­gi­wa­nie klien­tów. Znów go zasko­czyła. Ale ta zdol­ność, która jesz­cze tak nie­dawno powo­do­wała w nim gwał­tow­niej­sze bicie serca, teraz tylko potę­go­wała nara­sta­jącą wście­kłość.

Roz­draż­nie­nie się­gnęło zenitu przed momen­tem, kiedy Iga wstała, prze­pro­siła go i ruszyła ?do swo­ich obo­wiąz­ków. Jakby mu ktoś chlu­snął zim­nym piwem w twarz. W pierw­szej chwili aż mu dech zaparło z obu­rze­nia. Sie­dział jesz­cze przy sto­liku, ale z każdą minutą czuł się coraz bar­dziej nie­zręcz­nie. Jak czło­wiek, który wła­śnie dostał kosza. Wzdry­gnął się na samą myśl. Paskudne wra­że­nie. Nic takiego się wpraw­dzie nie stało. Iga uśmiech­nęła się i uści­snęła mu dłoń, zanim ode­szła. Ale, do licha cięż­kiego, nie o to mu prze­cież cho­dziło. Zgrzyt­nął zębami w bez­sil­nej zło­ści, po czym wstał i ruszył w stronę swo­jego gabi­netu. Był teraz naprawdę roz­złosz­czony i nawet zamie­rzał minąć Igę bez słowa. Ale kiedy zna­lazł się tuż obok, pod­nio­sła głowę i znów się uśmiech­nęła. W ten swój zadziorny, lekko nie­śmiały spo­sób. Pełen nie­jed­no­znacz­nych prze­słań. Zapro­szeń i odmowy, zachęty i dystansu. Dopro­wa­dzało go to do szału, lecz jed­no­cze­śnie ten stan nie­pew­no­ści, zmu­sza­jący go do pod­ję­cia walki, coraz bar­dziej go pocią­gał. Ponad wszystko kochał wyzwa­nia.

Z tru­dem powstrzy­mał się, by nie porwać jej w ramiona i w ten pro­sty, męski spo­sób nie roz­wią­zać pro­blemu. Zabrać stąd i zro­bić, co uważa za sto­sowne. Ale nie mógł. Zbyt dobrze wie­dział, że to ozna­cza­łoby koniec kru­chego, ledwo roz­wi­ja­ją­cego się związku. Iga nie nale­żała do kobiet, które łatwo nabie­rają zaufa­nia.

- Spo­tkamy się po pracy - powie­dział cicho i uśmiech­nął się, cho­ciaż miał ochotę zakląć szpet­nie. Zszedł po scho­dach, po czym zamknął się w gabi­ne­cie. Usiadł na swoim ulu­bio­nym wysłu­żo­nym fotelu i poło­żył głowę na ster­cie papie­rzysk, wiecz­nie cze­ka­ją­cej, by ją uprząt­nąć. Czoło miał roz­pa­lone.

***

- Gra­tu­luję odwagi i zdol­no­ści aktor­skich. - Domi­nika sta­nęła pod kuchen­nym okien­kiem w ocze­ki­wa­niu na zamó­wie­nie.

Iga zaru­mie­niła się po czubki uszu.

- To nie tak jak myślisz... - zaczęła, ale prze­rwała szybko. Czyż nie w ten spo­sób tłu­ma­czą się wszy­scy winni. Ale jak to ina­czej ująć?

- Oczy­wi­ście. - Iro­nia w gło­sie kole­żanki pełna była zawodu, nad­uży­tego zaufa­nia, gory­czy i smutku.

- Pro­szę cię. - Iga pró­bo­wała dotknąć jej ramie­nia. - Dla mnie samej jest to rów­nie wiel­kie zasko­cze­nie. Sprawy toczą się tak szybko. Wcale nie wie­rzę, że to wszystko naprawdę się wyda­rzyło.

- Nie ma powodu, by się tłu­ma­czyć. - Domi­nika odsu­nęła się. - W końcu my teraz jeste­śmy ostat­nimi oso­bami, na któ­rych będzie ci zale­żeć. - Popra­wiła ner­wowo koł­nie­rzyk sukienki. - A zwie­rzać się nie lubi­łaś już wcze­śniej. Słu­cha­łaś spo­koj­nie, jak ja ci opo­wia­da­łam o naj­bar­dziej oso­bi­stych spra­wach, a ty się nie ode­zwa­łaś nawet sło­wem, że roman­su­jesz pota­jem­nie z sze­fem. Tym bar­dziej teraz...

- Prze­stań, pro­szę... - Iga poczuła palące uczu­cie krzywdy. Prawda była inna, ale nikogo chyba nie inte­re­so­wała.

- To musiało dłu­żej trwać. - Do roz­mowy włą­czyła się Kasia, która rów­nież usta­wiła się w kolejce po swoje zamó­wie­nie. - Może wcale to nie był taki przy­pa­dek, że się tutaj poja­wi­łaś.

- Jak możesz? - Iga poczuła, jak robi jej się słabo. Lubiła swoje kole­żanki. Była z nimi szczera, zale­żało jej na nich. Jeśli o nie­któ­rych spra­wach nie mówiła, to tylko dla­tego, że ni­gdy dotąd nie zwie­rzała się ze swo­ich tajem­nic nikomu, prócz naj­lep­szej i jedy­nej przy­ja­ciółki. Nie umiała tak od razu zmie­nić tego nawyku. A uczu­cie Wik­tora naprawdę ją zasko­czyło.

Zaczerp­nęła powie­trza i otwo­rzyła usta. Tak bar­dzo chciała to wyja­śnić.

- To i tak już nie ma zna­cze­nia. - Domi­nika nie dała jej szansy. - Oszczędź nam szcze­gó­łów. Nikt nie chce tego słu­chać. Zosta­niesz pew­nie jego żoną - mówiła, a w kąci­kach jej oczu poja­wił się łzy. - Będziesz sobie leżeć i pach­nieć. Ale nie tego ci naj­bar­dziej zazdrosz­czę. Tylko odwagi, że uwie­rzy­łaś, że to moż­liwe. Nie wyco­fa­łaś się tak jak ja, głu­pia.

- Mam tyle samo wąt­pli­wo­ści co wcze­śniej! - zawo­łała Iga. Bolało ją, że jest tak nie­spra­wie­dli­wie oce­niana, nikt nie chce jej wysłu­chać. - Nic wam nie powie­dzia­łam, bo to było tak bar­dzo nie­praw­do­po­dobne. Zwy­czaj­nie nie zdą­ży­łam. Ale w jed­nym masz rację. Odwa­ży­łam się, posta­no­wi­łam dać nam szansę. Prze­sta­łam ucie­kać.

Domi­nika otarła łzę z policzka.

Iga miała wra­że­nie, że za chwilę pusz­czą jej wszel­kie blo­kady i też zacznie pła­kać. Te słowa wiele ją kosz­to­wały. Lubiła Domi­nikę, kibi­co­wała jej w życio­wych zma­ga­niach. Dobrze wie­działa, że kole­żanka od lat bez­na­dziej­nie kocha się w sze­fie, a wszy­scy wokół wciąż jej tłu­ma­czą, żeby dała sobie spo­kój, bo to nie­re­alne. Szef ni­gdy nie zako­cha się w kel­nerce. Nie wia­domo, kto pierw­szy to wymy­ślił, ale od lat pra­cow­nicy upar­cie powta­rzali te słowa. Nie znali Wik­tora, czas poka­zał, że nic o nim nie wie­dzieli. Iga potra­fiła sobie wyobra­zić, co Domi­nika teraz czuje. Jej marze­nie mogło się speł­nić, gdyby miała tro­chę wię­cej odwagi. Teraz było już za późno.

A może nie?

Iga na samą myśl poczuła dreszcz prze­ra­że­nia, który uświa­do­mił jej, jak mocno się zako­chała. Mogła wszyst­kim wokół tłu­ma­czyć, że to uczu­cie dopiero się zaczyna, ale prawda była inna. Kochała Wik­tora od pierw­szej wspól­nej roz­mowy, a więź, jaka ich łączyła, roz­wi­jała się z wielką pręd­ko­ścią. Nara­stała lawi­nowo. Każda kolejna minuta, każda myśl, wspo­mnie­nie, wypo­wie­dziane słowo spra­wiały, że jej serce prze­peł­nione było jedną tylko emo­cją, a rozum myślą - o nim.

- Naj­gor­sze, że szef znowu będzie całymi tygo­dniami szu­kał trze­ciej kel­nerki na naszą zmianę. - Kasia znów włą­czyła się do roz­mowy. - A w tym sta­nie ducha nie pój­dzie mu łatwo. Ja to bym mu naj­chęt­niej zaapli­ko­wała jakiś dobry śro­dek na grypę albo na nie­straw­ność. Bo wygląda, jakby miał objawy jed­nego i dru­giego. Może by tro­chę otrzeź­wiał.

- Ja nie rezy­gnuję z pracy. - Iga wypro­sto­wała się i zaczęła ostroż­nie nakła­dać tale­rze na tacę. Pięk­nie ude­ko­ro­wane potrawy były już gotowe.

Dziew­czyny zamil­kły zasko­czone. Pani Wanda, która usły­szała te słowa, rów­nież zamarła w pół gestu, ale szybko się otrzą­snęła.

- Jak ty to sobie wyobra­żasz? - wyszep­tała gniew­nie. - Będziesz się pałę­tać mię­dzy nami jak jakiś pół­pro­dukt? Nie wia­domo co? Narze­czona szefa, wła­ści­cielka czy pod­rzędna kel­nerka? To się nie uda.

Dziew­czyny sto­jące z Igą poczuły się tro­chę ura­żone ostat­nim okre­śle­niem.

- My też jeste­śmy prze­ciw - powie­działa Kasia sta­now­czo. - Nie wyobra­żam sobie, jak mia­ły­by­śmy razem pra­co­wać po tym, jak nas okła­ma­łaś.

- Ja to w ogóle zamie­rzam się zwol­nić. - Domi­nika wytarła nos i poszła umyć ręce do łazienki. - Nie będę na to patrzeć każ­dego dnia.

- To się jesz­cze okaże. - Pani Wanda wyszła na kory­tarz. - To nie czas i miej­sce na roz­mowy o takich waż­nych spra­wach. Do roboty! - zawo­łała. - Nakła­dać zamó­wie­nia i do klien­tów. Póki co wszyst­kie trzy macie zmianę.

Dziew­czyny zro­biły, co im naka­zano. W mil­cze­niu, z minami wyra­ża­ją­cymi pełną dez­apro­batę pako­wały tale­rze na tace, pil­nu­jąc się, by nie dotknąć Igi nawet przy­pad­kiem, nie spoj­rzeć na nią. Duszna, gęsta nie­chęć uno­siła się nad pysz­nymi potra­wami.

- A tobie powiem jedno. - Sze­fowa kuchni zła­pała Igę za łokieć, kiedy jej kole­żanki odda­liły się już w stronę sto­li­ków. - Nie kuś losu. Nie wiem, jak tego doko­na­łaś, ale spo­tkało cię wiel­kie szczę­ście. Łatwiej jed­nak zło­wić księ­cia na parę ujmu­ją­cych uśmie­chów, niż potem pora­dzić sobie w pałacu. Więc nie fikaj, tylko grzecz­nie dosto­suj się do roli, bo wszystko może skoń­czyć się rów­nie szybko, jak się zaczęło.

- Dzię­kuję. - Iga powoli zaczy­nała się uod­par­niać. Wciąż ktoś ją pouczał, jak ma się zacho­wać, z czego cie­szyć, jakie wyko­nać kolejne kroki. Być może wielu czy­niło to dla jej dobra. Ale ona wie­działa swoje. Wła­śnie speł­niało się jej marze­nie i chciała, by było piękne, praw­dziwe. Bez żad­nych kom­pro­mi­sów. Nie zamie­rzała reali­zo­wać cudzych pla­nów. Zbyt dobrze wie­działa, że to zwy­kle koń­czy się kata­strofą.

Chciała pozo­stać sobą, choć co chwilę strach pod­ci­nał jej nogi. Czy warto szy­ko­wać się do walki z całym świa­tem? Czuła, że przyj­dzie jej się zmie­rzyć nie tylko z per­so­ne­lem restau­ra­cji i rodziną Wik­tora, lecz także z nim samym. Nie wyglą­dał na zado­wo­lo­nego, kiedy usły­szał, że chce pozo­stać w pracy. Bała się.

Wciąż też przy­po­mi­nały jej się wypo­wie­dziane przez Nata­lię słowa. Że to wszystko jest ułudą, mrzonką, a ona nie ma nic do zaofe­ro­wa­nia. Może co naj­wy­żej być utrzy­manką. Kobietą w pełni zależną od swo­jego part­nera czy męża. Bez dobrego zawodu, pracy, wła­snych pie­nię­dzy, rodziny, która mogłaby ją wspie­rać. Mogła być tylko dopeł­nie­niem, czer­pać całą życiową dumę wyłącz­nie z osią­gnięć swo­jego męż­czy­zny. Nie chciała takiego życia. Nata­lia wyświad­czyła jej wielką przy­sługę, ostrze­ga­jąc już na wstę­pie, co może się zda­rzyć.

Iga wynio­sła tacę na górę. Deli­katny sos pokry­wa­jący jago­dowe babeczki nawet nie drgnął.

Uśmiech­nęła się do dwóch star­szych kobiet, które zamó­wiły ten sma­ko­łyk. Lubiła swoją pracę, nawet teraz kiedy atmos­fera stała się trudna. Była kel­nerką. I nie zamie­rzała uda­wać nikogo innego.

Rozdział 2

- Och, Ambre! Wychodź w tej chwili z łazienki. Są teraz waż­niej­sze sprawy niż sika­nie. Jakie to swoją drogą męskie, korzy­stać z toa­lety w takim momen­cie.

Alek­san­dra weszła do domu i już w przed­po­koju pod­nie­sio­nym gło­sem zaata­ko­wała męża, który niczego nie­świa­dom, spo­koj­nie zamie­rzał zała­twić pilną potrzebę.

- Cóż się znowu stało? - Zaafe­ro­wany męż­czy­zna wyszedł z mokrymi rękami, któ­rych nie zdą­żył wytrzeć, i nie­za­pię­tym paskiem od spodni.

- Mówię ci. - Żona mocno zła­pała go za ramię. - Będzie ślub. Naresz­cie.

Ambroży otwo­rzył usta, ale nie zdą­żył powie­dzieć nawet słowa.

- Ani się waż pro­te­sto­wać! - zawo­łała Alek­san­dra. - Nie psuj tej wyjąt­ko­wej chwili. Lepiej popatrz tutaj. - Wycią­gnęła z torebki nie­wielki tablet i włą­czyła go. - Zna­la­złam tę suk­nię w pięć minut. Na par­kingu pod restau­ra­cją, zanim ruszy­łam do domu. Piękna! - Roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu. - Naj­lep­sze fran­cu­skie koronki.

- Nie wiem, czy Nata­lia...

- Ależ o czym ty mówisz? Jaka Nata­lia? To już prze­szłość. Nasz syn wresz­cie naprawdę się zako­chał. W Idze - wyja­śniła mu jak wyjąt­kowo opor­nemu uczniowi, choć jego zasko­cze­nie było prze­cież zro­zu­miałe. Nie był w restau­ra­cji i miał prawo nie znać naj­now­szych donie­sień.

- Słu­cham?

- No tak. Z Nata­lią już koniec. Zerwali dzi­siaj rano, choć do niej jesz­cze to chyba nie dotarło w pełni - uświa­do­miła sobie. - Ale o tym poroz­ma­wiamy póź­niej. Są teraz waż­niej­sze sprawy. Żebyś ty widział, jak on patrzy na Igę...

Ambroży wró­cił do łazienki, wytarł dło­nie i spo­koj­nie zapiął pasek.

- To nie­zbyt podobne do Wik­tora - powie­dział, kiedy sta­nął znów obok żony. Nawet nie spoj­rzał na pianę koro­nek, które pysz­niły się na pod­su­nię­tym mu zdję­ciu. - Takie nagłe zwroty akcji to zupeł­nie nie w jego stylu.

- Ma prawo być szczę­śliwy - powie­działa Alek­san­dra obron­nie i prze­su­nęła na table­cie kolejne zdję­cie. Nie mogła się zde­cy­do­wać, która kre­acja bar­dziej jej się podoba. - Nata­lia rze­czy­wi­ście chyba nie była dla niego odpo­wied­nia - powie­działa po chwili. - Może tro­chę za zimna dla naszego syna? No i nie zmie­ści­łaby się w tę sukienkę.

- Przy­po­mi­nam, że jesz­cze nie tak dawno bar­dzo ją lubi­łaś i dopiero co miała tu miej­sce podobna roz­mowa, kiedy inten­syw­nie kła­dłaś mi do głowy, że mam się przy­go­to­wać na to, że ta dziew­czyna będzie żoną Wik­tora. A teraz tak po pro­stu zmie­niasz zda­nie?

- Och, prze­stań być taki zasad­ni­czy. Co ja mogę? To wybór naszego syna i nie zamie­rzam się wtrą­cać - powie­działa z urazą.

- Aha - wes­tchnął Ambroży. - Chciał­bym to dostać na piśmie i z jakąś urzę­dową pie­czę­cią. Tylko że zapewne i tak by to nie pomo­gło.

Alek­san­dra nic już nie odparła. Prze­glą­dała strony z sukien­kami ślub­nymi. Jej mąż wyszedł do kuchni, żeby zapa­rzyć sobie dobrą her­batę. Czuł, że ciśnie­nie znacz­nie mu się pod­nio­sło. Nic z tego wszyst­kiego nie rozu­miał. Rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu tele­fonu. Woda już szu­miała w czaj­niku, kiedy odna­lazł apa­rat na szafce noc­nej w sypialni. Miał wła­śnie zamiar wybrać numer syna, by u źró­dła potwier­dzić sen­sa­cyjne donie­sie­nia, gdy usły­szał głos żony.

- Tak, pro­szę pana, potrze­bu­jemy szybko firmy remon­to­wej. Synowa będzie się chciała natych­miast prze­nieść do nowego domu, a takie prace prze­cież wyma­gają czasu.

Ambroży bez­wład­nie opu­ścił dłoń.

Co ona wypra­wia? - pomy­ślał zdu­miony.

- Ja jesz­cze nie wiem. - Alek­san­dra mówiła szybko, naj­wy­raź­niej była w swoim żywiole. - Synowa o wszyst­kim zade­cy­duje. Cena nie gra roli. Musi być pięk­nie. Sam pan rozu­mie. Cie­szymy się szczę­ściem mło­dych. Czło­wiek naj­chęt­niej nieba by im przy­chy­lił. A oni oboje będą w domu spę­dzać sporo czasu, bo synowa wła­śnie się zwal­nia z pracy. Nie musi się męczyć, bo...

- Co ty mówisz obcemu czło­wie­kowi? - Ambroży sta­nął w drzwiach.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Będziemy w kon­tak­cie. - Roz­łą­czyła się natych­miast.

- Prze­pra­szam - powie­działa, ocie­ra­jąc czoło. - Rze­czy­wi­ście tro­chę się zaga­lo­po­wa­łam. To z tej rado­ści. Ale też przez cie­bie - dodała z satys­fak­cją, zna­la­zł­szy dobre wytłu­ma­cze­nie swo­jej nie­dy­skre­cji. - Bo nie chcesz mnie słu­chać i zmu­szona jestem zwie­rzać się jakie­muś budow­lań­cowi.

Ambroży zaci­snął usta.

- No już. - Pode­szła do niego. - Nie obra­żaj się. Tak się pod­eks­cy­to­wa­łam, że sama nie wiem, co plotę. Ty jesteś i tak jedyny na całym świe­cie. Nawet kiedy się dąsasz.

Przy­tu­liła się do niego, a on objął ją ramie­niem.

- Spró­buj zacho­wać spo­kój - popro­sił.

- Wiem - wes­tchnęła. - Masz rację. Ale to takie trudne. Tyle się teraz będzie działo wspa­nia­łych rze­czy. Chcia­ła­bym je przy­spie­szyć. Już wię­cej nie cze­kać. Robi­łam to tak długo.

Ambroży poca­ło­wał żonę w czu­bek głowy. Cza­sem bywała nie­zno­śna, ale kochał ją nie­słab­ną­cym uczu­ciem. Mimo upływu lat tak samo mocno i wciąż tro­chę ślepo, jak wtedy, gdy ją pierw­szy raz zoba­czył w Paryżu, w let­niej sukience tar­ga­nej wia­trem. Alek­san­dra ode­brała jego gest jako znak pojed­na­nia.

- Może Iga na począ­tek zamiesz­ka­łaby z nami?! - zawo­łała, wra­ca­jąc do uko­cha­nego tematu. - Może ją krę­po­wać taka nagła prze­pro­wadzka do Wik­tora, a u nas jest tyle miej­sca. Poza tym mia­ła­bym czas, by ją wszyst­kiego nauczyć.

- Nie! - sta­now­czo odparł Ambroży. - To zły pomysł i koniec roz­mowy na ten temat. Idziemy do kina. Jest nowa kome­dia roman­tyczna. Widzia­łem pla­katy.

- Ale ty prze­cież nie lubisz.

- Przez całe życie oglą­dam je z tobą, więc wła­ści­wie już się przy­zwy­cza­iłem i sta­łem się cał­kiem nie­złym spe­cem. Roz­róż­niam nawet tych wszyst­kich iden­tycz­nych face­tów, w któ­rych się kocha­cie. Nie wiem wpraw­dzie dla­czego, bo to zwy­kłe cia­majdy, ale to teraz nie ma zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze to ode­rwać cię od pochop­nych pla­nów. Ubierz się pięk­nie. Zabiorę cię potem gdzieś na tańce.

Alek­san­drze zabły­sły oczy. Uwiel­biała bawić się przy muzyce, a już dawno ni­gdzie nie byli.

- Daj mi pół godzinki! - zawo­łała, zamy­ka­jąc za sobą drzwi łazienki. Na chwilę zapo­mniała nawet o ślub­nej sukience dla Igi, sku­piła się na wybo­rze stroju dla sie­bie.

Ambroży wes­tchnął z ulgą i ruszył na poszu­ki­wa­nie naj­star­szych, ale wyjąt­kowo wygod­nych butów. Czuł, że czeka go długa noc. Żonę koniecz­nie nale­żało porząd­nie zmę­czyć.

Rozdział 3

Wik­tor wró­cił do domu w złym humo­rze. Skoń­czone obo­wiązki nie roz­wią­zały jego naj­bar­dziej palą­cego pro­blemu. Iga wpraw­dzie umó­wiła się z nim na wie­czór, zro­biła to chęt­nie i nawet pozwo­liła się poca­ło­wać ukrad­kiem. Ale czuł się jak nasto­la­tek, który tygo­dniami musi się zma­gać, by się umó­wić na praw­dziwą randkę. Po głęb­szym zasta­no­wie­niu doszedł do wnio­sku, że chyba jed­nak nie to naj­bar­dziej go roz­draż­niło. Ow­szem, już od kilku dni wyobra­żał sobie gorące sceny z Igą w roli głów­nej, choć sta­rał się dys­cy­pli­no­wać myśli. Tro­chę bole­śnie prze­żył dzi­siej­sze zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią. Ale nie to sta­no­wiło teraz naj­więk­szy pro­blem. Miał prze­czu­cie, że inne sprawy będą się toczyć rów­nie opor­nie.

Iga spra­wiała wra­że­nie sła­bej. Pła­kała ze wstydu, kiedy nie­trzeźwy ojciec odwie­dził restau­ra­cję. Trzę­sła się ze stra­chu i bywała nie­śmiała. A jed­no­cze­śnie czuł w niej nie­złomną siłę. To ona pozwała tej dziew­czy­nie wysoko nosić głowę ?i nie pod­da­wać się w trud­nych sytu­acjach. Mówić ryzy­kowne słowa. Wal­czyć o swoje racje.

- To nie będzie łatwe - wyszep­tał, wcho­dząc do domu. - Ale może lepiej nie dzie­lić kota na czworo, tylko spo­koj­nie pocze­kać. - Gdyby Nata­lia sły­szała te słowa, wie­dzia­łaby, że jest wyjąt­kowo prze­jęty. Tylko w takich chwi­lach mylił powie­dzonka.

Z salonu dobiegł go śmiech syna. To nie było czę­ste zja­wi­sko. Zro­bił kilka kro­ków i zaj­rzał ostroż­nie do środka.

- Cześć, tato. - Chło­pak zerwał się, jakby tylko na niego cze­kał. - Wujek przy­szedł.

- Jak tam? - zapy­tał Janek, pod­no­sząc się z krze­sła. - Czy mój naj­lep­szy przy­ja­ciel poko­nał dzi­siej­szy dzień, czy to jego powa­lono? - uśmiech­nął się. - W razie czego służę radą w spra­wach kobie­cych.

Prze­je­chał dło­nią po krótko obcię­tych wło­sach i pogła­dził nie­wiel­kie zakola. Czas ata­ko­wał go zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem, ale Janek, mimo nie­uchron­nych zmian, nie tra­cił na atrak­cyj­no­ści. Choć włosy go opusz­czały jeden po dru­gim, wesołe uspo­so­bie­nie, pogoda ducha i ener­gia spra­wiały, że wciąż był świet­nym kom­pa­nem dla męż­czyzn i cie­szył się nie­słab­ną­cym powo­dze­niem u kobiet. Wła­śnie posłał Wik­to­rowi jedno ze swo­ich słyn­nych uwo­dzi­ciel­skich spoj­rzeń.

- Co to miało być? - Ten obu­rzył się szcze­rze. - Lek­cja poglą­dowa?

- Uczyć trzeba się nie­usta­jąco. Każdy moment jest dobry. A po two­jej minie widzę, że nie wszystko poszło zgod­nie z pla­nem.

Wik­tor spoj­rzał na syna. Nie był pewien, czy dora­sta­jący nasto­la­tek powi­nien wysłu­chi­wać zwie­rzeń ojca, który od lat nie może poukła­dać sobie życia uczu­cio­wego.

- Pokłó­ci­łeś się z Igą? - zapy­tał Oli­wier z nie­po­ko­jem. Kibi­co­wał temu związ­kowi.

- Nie. Spo­ty­kamy się dzi­siaj wie­czo­rem. Trzeba będzie... - zamilkł nagle w ostat­niej chwili, powstrzy­mu­jąc się, by nie wspo­mnieć jak zwy­kle o koniecz­no­ści zamó­wie­nia opie­kunki. Jego syn nie był już dziec­kiem. Ostat­nie wyda­rze­nia, bójka, ucieczka, wynie­siona z domu biżu­te­ria poka­zały wyraź­nie, że jest chłop­cem, który ostro będzie wal­czył o prawo do nie­za­leż­no­ści. Roz­wią­za­nia siłowe jak na razie niczego dobrego nie przy­nio­sły. Nale­żało szu­kać innych spo­so­bów. - A może chciał­byś dzi­siaj prze­no­co­wać u wujka? - wpadł nagle na genialny pomysł i od razu jego mózg został zaata­ko­wany kil­koma moż­li­wymi sce­na­riu­szami roz­woju akcji, które umoż­li­wiała tak zwana wolna chata. Chyba te myśli odbiły się na jego twa­rzy.

- Fiu, fiu! - gwizd­nął Oli­wier i pokle­pał ojca po ramie­niu. - To rozu­miem. Jasna sprawa. Natych­miast się zbie­ramy. Nawet dym po nas nie zosta­nie, bo wujek grzecz­nie palił na tara­sie. A ty baw się, jak tylko możesz naj­le­piej.

- Prze­stań! - zawo­łał Wik­tor. - Cho­dzi tylko o to, że mogę wró­cić późno, a ty lubisz grać z Jan­kiem po nocach, więc wyjąt­kowo ci pozwolę, bo jutro masz na jede­na­stą do szkoły.

Jego tłu­ma­cze­nia wywo­łały tylko kolejne uśmie­chy.

- Jakie ja mia­łem dobre prze­czu­cie co do tej dziew­czyny - powie­dział Oli­wier, wska­ku­jąc na schody pro­wa­dzące do jego pokoju. - Nawet grać po nocach mi teraz wolno. To był praw­dziwy strzał w dzie­siątkę. Pozbie­ram rze­czy i zaraz będę gotowy - dodał, po czym znik­nął za drzwiami.

- Chyba słabo to roze­gra­łem. - Wik­tor skrzy­wił się. - Chcia­łem tylko poka­zać, że mu ufam. Że też jestem gotowy iść na ustęp­stwa.

- Ale nie na tyle, by go zosta­wić samego w domu wie­czo­rem. - Janek dopił her­batę i zaczął wkła­dać buty.

- Daj spo­kój. Prze­cież jest nie­peł­no­letni.

- Chwilę mógłby zostać, tylko że tu zapewne cho­dzi o całą noc. - Janek puścił oko. - Ale o nic się nie martw, chęt­nie go prze­trzy­mam i rano pod­rzucę do szkoły. Mnie nie trzeba niczego tłu­ma­czyć. Uwa­żam, że kobiety to dobro naro­dowe, skarb, źró­dło zdro­wia i wital­no­ści. Należy zaży­wać codzien­nie. Przedaw­ko­wać się nie da.

Wik­to­rowi nie udzie­lił się dobry nastrój przy­ja­ciela. W nor­mal­nej sytu­acji pew­nie by się uśmiech­nął. Bo Janek miał rację. Nie miał nic prze­ciwko dam­skim uro­kom, choć nie anga­żo­wał się łatwo. Ale jeśli już uma­wiał się na randki, zwy­kle szybko koń­czyły się one w łóżku. Nie tylko dla­tego, że tego chciał, ale przede wszyst­kim z powodu inten­syw­nych sta­rań jego part­ne­rek. Czuł jed­nak, że tym razem nie ma co liczyć na żadne naiwne ani nawet bar­dziej zaawan­so­wane sztuczki. Iga nie będzie pró­bo­wała usi­dlić go w ten spo­sób. Nie­stety. Zwie­rzył się z tej myśli przy­ja­cie­lowi.

- To poważna sprawa - zasę­pił się Janek, wysłu­chaw­szy uważ­nie skró­co­nej rela­cji z dzi­siej­szych wyda­rzeń. - Ale nie rozu­miem, o co ci cho­dzi. Zawsze tego chcia­łeś. Wiecz­nie narze­ka­łeś na narzu­ca­jące się dziew­czyny. Oga­nia­łeś się, stwa­rza­łeś trud­no­ści, mar­nu­jąc milion oka­zji na miły wie­czór. To teraz powi­nie­neś się cie­szyć.

- Ale jakoś nie mogę. Sam się sobie dzi­wię. Co mi się w tych natręt­nych kobie­tach nie podo­bało? - Wik­tor roze­śmiał się, ale czuł, że jest w tym tro­chę prawdy. Narze­kał, ale chyba tro­chę lubił dawne życie.

Naprawdę nie mógł się roze­znać we wła­snych uczu­ciach. Działo się coś, co wykra­czało poza jego dotych­cza­sowe doświad­cze­nia. Nie przy­po­mi­nało roman­tycz­nego zauro­cze­nia, jakie go ogar­nęło, kiedy poznał uko­chaną żonę, zmarłą po pię­ciu latach mał­żeń­stwa, ani żad­nego ze związ­ków, w jakie się póź­niej z mniej­szymi lub więk­szymi suk­ce­sami anga­żo­wał. Potarł czoło.

- Widzę, że ogar­nia cię gorączka - powie­dział Janek. - Cóż, ja ci dziew­czyny nie podam na tacy, choć zawsze służę doświad­cze­niem i teo­re­tycz­nym wspar­ciem.

- W jakiej spra­wie? - Oli­wier zbiegł ze scho­dów i czuj­nie nasta­wił uszu. - Czyżby tata potrze­bo­wał kore­pe­ty­cji? - roze­śmiał się.

- Natych­miast prze­stań­cie! - Wik­tor się wypro­sto­wał i pod­jął próbę uspo­ko­je­nia zarówno wła­snych emo­cji, jak i wyraź­nie roz­pę­dzo­nej wyobraźni syna. - Jutro pro­szę się zamel­do­wać naj­póź­niej o dzie­wią­tej - zwró­cił się do niego. - Pani Mary­sia już będzie.

- Ja i tak wcze­śnie wstaję - powie­dział Janek. - Mamy zebra­nie zarządu i jesz­cze parę spraw zostało do ogar­nię­cia.

Wik­tor poczuł wyrzuty sumie­nia. Wie­dział, co ozna­czają takie słowa. Janek uwiel­biał w pracy zwle­kać. Zwłasz­cza z obo­wiąz­kami, które go nie krę­ciły. A do takich nale­żało przy­go­to­wy­wa­nie się do zebrań. Zwy­kle robił wszystko na ostat­nią chwilę. A kiedy zarze­kał się, że ma tylko ostat­nie szcze­góły do dopię­cia, ozna­czało to, że jesz­cze nawet nie zaczął. Zapewne zamie­rzał sie­dzieć przez całą noc. To nie było w porządku - pod­rzu­cać mu chrze­śniaka.

Nie zdą­żył jed­nak nic powie­dzieć, bo jego myśli zostały prze­kie­ro­wane na inny tor.

- Pani Mary­sia chciała z tobą poroz­ma­wiać - powie­dział Oli­wier - więc nie wychodź zbyt wcze­śnie do pracy. Pro­siła kilka razy, żeby ci to koniecz­nie prze­ka­zać.

Wik­tor poczuł rosnący nie­po­kój. Dobrze znał takie sytu­acje.

- Dzwo­niła do mnie w tej spra­wie. Mar­twię się. Czy ty coś wiesz? - zwró­cił się do syna.

- Tak, ale lepiej, jeśli ona sama ci powie. To nie są złe wia­do­mo­ści. Jej rodzi­nie się poszczę­ściło i chce się z tobą podzie­lić pewną wia­do­mo­ścią.

- To dobrze. - Wik­tor ode­tchnął z ulgą. - Bo już się zaczy­na­łem oba­wiać, że ma zamiar się zwol­nić, tak jak poprzed­nie nasze pomoce domowe. Nie masz poję­cia, jak trudno zna­leźć kogoś zaufa­nego.

Oli­wier odwró­cił wzrok. Nie do końca czy­ste sumie­nie spra­wiło, że nagle zaczął się spie­szyć.

- Chodźmy już - powie­dział do Janka i po chwili obaj kie­ro­wali się już w stronę furtki, a ich gło­śny śmiech prze­ni­kał nawet solidne dębowe drzwi.

***

Wik­tor został sam. Cisza pustego domu szybko zaczęła dźwię­czeć mu w uszach. Nie­zbyt czę­sto spę­dzał tu wie­czory, a już pra­wie ni­gdy bez towa­rzy­stwa. Zwy­kle sie­dział do póź­nych godzin w restau­ra­cji albo uma­wiał się z Nata­lią. Cza­sem oglą­dali z Oli­wie­rem jakiś film, ale rachu­nek sumie­nia, jaki sobie bły­ska­wicz­nie zro­bił, poka­zy­wał wyraź­nie, że takich chwil było jed­nak naj­mniej.

- To się teraz zmieni - posta­no­wił po raz kolejny. Wyda­rze­nia ostat­nich dni mocno go otrzeź­wiły. Ina­czej spoj­rzał na sie­bie i nie miał zamiaru ucie­kać od wnio­sków, nawet jeśli bar­dzo bolały i raniły jego męską dumę.

Cho­dził po poko­jach roz­le­głego domu, w któ­rym miesz­kał od wielu lat, i roz­glą­dał się, jakby widział te pomiesz­cze­nia po raz pierw­szy. Nic się tu nie zmie­niło od śmierci żony. Znik­nęły tylko rodzinne foto­gra­fie, scho­wane, by nie wywo­ły­wały ata­ków roz­pa­czy czte­ro­let­niego wów­czas Oli­wiera. Ale teraz chło­pak był już kimś innym. Dorósł, zmęż­niał i zde­cy­do­wa­nie wyszedł z cie­nia. Zaczął spra­wiać poważne kło­poty, sta­wiał nie­wy­godne pyta­nia i żądał prawa do samo­dziel­no­ści. A prze­cież wciąż był dziec­kiem. Ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że nie można go było na­dal tak trak­to­wać.

Do tego domu sta­now­czo musiało powró­cić nor­malne życie. Czas żałoby wła­śnie się skoń­czył, trwał i tak zbyt długo. Wik­tor rozej­rzał się wokół. Wewnętrzna zmiana potrze­bo­wała jakie­goś nama­cal­nego znaku. Cze­goś kon­kret­nego, co mogłoby pomóc męskiemu umy­słowi poukła­dać emo­cje. Remont był sprawą naj­prost­szą do prze­pro­wa­dze­nia. Bez­piecz­nym tery­to­rium, po któ­rym śmiało można się było poru­szać.

- Naj­wyż­szy czas wpro­wa­dzić tu coś nowego - wyszep­tał Wik­tor i drgnął, bo usły­szał dźwięk tele­fonu. Ode­brał i z tru­dem roz­po­znał głos mamy, dobie­ga­jący wśród dźwię­ków gło­śnej muzyki.

- Mam tylko chwilę! - zawo­łała Alek­san­dra, prze­krzy­ku­jąc hałas, aż musiał odsu­nąć słu­chawkę. - Za to dużo dobrych wie­ści. Niczym się nie przej­muj. Zamó­wi­łam już ekipę budow­laną, a w pozo­sta­łych spra­wach...

Roz­łą­czyła się nagle i domy­ślił się, że zapewne ojciec zna­lazł się w pobliżu. Zwy­kle nie pochwa­lał wtrą­ca­nia się w życie syna, więc roz­mowa musiała zostać prze­rwana.

Wik­tor poczuł dreszcz. Tele­pa­tia mamy cza­sem go prze­ra­żała. Ale mimo woli zapa­lił się do pomy­słu. Chciał stwo­rzyć dla Igi nowy dom. Zmie­nić meble, poma­lo­wać ściany, zawie­sić w oknach nowe firanki. Wpu­ścić świeży wiatr, który poru­szy nie­ru­chome powie­trze w pustych poko­jach.

Jesz­cze raz pod­niósł słu­chawkę i wybrał numer Igi.

- Gdzie jesteś? - zapy­tał.

- Wró­ci­łam do sie­bie i wła­śnie się wyką­pa­łam. Za godzinę powin­nam dotrzeć na miej­sce.

Wik­tor poczuł, że robi mu się sucho w ustach na myśl o gład­kim, mokrym ciele Igi. Na moment zapo­mniał, w jakiej spra­wie dzwoni.

- Chcia­łem zapro­po­no­wać - zakasz­lał, bo głos miał dziw­nie zachryp­nięty - że może byśmy się spo­tkali u mnie w domu - dodał po chwili.

- Jasne, chęt­nie - odpo­wie­działa Iga. - Zoba­czymy się przy oka­zji z Oli­wie­rem.

- Wyszedł.

- Ale...

- Ale ja jestem - powie­dział szybko, nie dając jej dokoń­czyć myśli. Kochał tę kobietę i chciał ją zapro­sić do domu. Dla­czego to musiało być takie trudne? Czemu ona się nie zachwy­ciła tym pomy­słem? Był prze­cież świetny. Dawał tyle moż­li­wo­ści.

- Dobrze - zgo­dziła się nie­po­dzie­wa­nie, a Wik­tor, znaj­du­jący się wła­śnie u szczytu napię­tego ocze­ki­wa­nia, poczuł, jak nagle zjeż­dża z poczu­ciem ulgi.

- Będę u cie­bie za chwilę. Przy­wiozę cię, nie będziesz musiała stać na przy­stanku - powie­dział i od razu zaczął się spie­szyć.

Wkła­dał buty, pod­trzy­mu­jąc słu­chawkę ramie­niem. Napę­dzała go nadzieja, że jeśli zadziała bez zwłoki, może zdąży ją zastać w tym roz­kosz­nym sta­nie tuż po kąpieli, kiedy ciało jest roz­grzane, a skóra wil­gotna. Złudne to były ocze­ki­wa­nia, miał tego świa­do­mość. Ale wypadł z domu, po czym prze­sko­czył trzy schodki pro­wa­dzące do garażu. Wystar­to­wał z rykiem sil­nika, lecz przy wyjeź­dzie z bramy zatrzy­mał się i - kie­ro­wany wypra­co­wy­wa­nymi przez lata odru­chami - spo­koj­nie poje­chał dalej, mini­mal­nie tylko prze­kra­cza­jąc dozwo­loną pręd­kość.

Rozdział 4

- Może zaj­rzymy na chwilę do pani Marysi? - popro­sił Oli­wier, kiedy tylko zna­leźli się kilka metrów od domu.

- Jak to? - zdzi­wił się Janek. - Chcesz do niej teraz jechać? Prze­cież spę­dzi­li­ście dzi­siaj razem dwie godziny po szkole. Gada­li­ście jak najęci. Sam sły­sza­łem. Daw­niej trzeba cię było siłą cią­gnąć, żebyś łaska­wie zamie­nił słowo z pomocą domową.

- Wiem. - Oli­wier odwró­cił głowę, jakby się nagle zawsty­dził. - Ona jest tro­chę inna - przy­znał nie­chęt­nie. - I wiem, że jed­nak chce się zwol­nić. Muszę ją jakoś przy­go­to­wać na spo­tka­nie z ojcem. On to bar­dzo prze­żyje. Wiesz, że wiecz­nie szuka nowych opie­ku­nek i nie chce się uspo­koić. Iga to moja jedyna nadzieja. Może jeśli zaj­mie się nią, mnie da tro­chę spo­koju.

- Teraz to prze­sa­dzi­łeś - obu­rzył się Janek, soli­dar­nie sta­jąc po stro­nie przy­ja­ciela. - Ostat­nią chyba rze­czą, jaką można powie­dzieć o twoim ojcu, jest to, że się narzuca. Prze­cież wiecz­nie sie­dzi w pracy i teraz go gryzą wyrzuty sumie­nia.

- Fakt. Ale jed­no­cze­śnie na każ­dym kroku mnie osa­cza. Cią­gle pil­nuje, nie ufa. Trudno w tym wszyst­kim zła­pać oddech.

- No, ostat­nimi wyda­rze­niami to sobie nie pomo­głeś w tej spra­wie. - Janek zmie­nił pas, w ostat­niej chwili wci­ska­jąc się pomię­dzy dwa samo­chody. Lubił ostrą jazdę, cza­sem nawet bra­wurę i szczy­cił się, że ni­gdy nie miał wypadku.

- Gdyby tata zoba­czył, jak jeź­dzisz, już by mi nie pozwo­lił wsiąść do two­jego auta.

- Jestem naj­lep­szy. - Janek uśmiech­nął się zawa­diacko. - I wierz mi. Ni­gdy bym cię nie nara­ził na nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale ci nie powiem dla­czego.

Oli­wier uśmiech­nął się. I tak wie­dział, że wujek, choć nie był bra­tem ojca, lecz przy­ja­cie­lem, kochał go jak wła­snego syna. Od lat mocno się anga­żo­wał w jego wycho­wa­nie i było odpo­wie­dzialny za wszyst­kie sza­leń­stwa jego dzie­ciń­stwa. Tata, cho­ciaż był ener­gicz­nym męż­czy­zną i lubił wyzwa­nia, spor­tową rywa­li­za­cję i ryzyko, w kon­tak­tach z synem sta­wał się wyjąt­kowo zasad­ni­czy. Wuj­kowi Oli­wer zawdzię­czał luz i weso­łość.

- Poza tym nie zmie­niaj tematu - powie­dział Janek sta­now­czo i ostrym łukiem wyprze­dził cię­ża­rówkę. - Mam nadzieję, że wycią­gną­łeś wnio­ski i już się nie będziesz anga­żo­wał w żadne podej­rzane towa­rzy­stwo ani szem­rane inte­resy.

- To jak? Odwie­dzisz ze mną panią Mary­się? - Chło­pak kon­se­kwent­nie trzy­mał się z dala od nie­chcia­nego wątku.

- Dobrze. Co mi zależy? Może ona ma jakąś piękną córkę? Czło­wiek ni­gdy nie wie, co go może spo­tkać wie­czo­rem. Na każ­dym kroku czai się oka­zja i naj­waż­niej­sze to korzy­stać. Ile tylko się da.

- Mnie jakoś to omija. - Chło­pak wes­tchnął i odwró­cił wzrok. Nie prze­pa­dał za zwie­rze­niami, ale cza­sem coś mu się wyry­wało z głębi serca. Naj­czę­ściej w towa­rzy­stwie Janka.

- Nie martw się. Wujek wszyst­kiego cię nauczy. Warunki masz po ojcu, będzie z cie­bie nie­złe cia­cho. - Spoj­rzał na dłu­gie nogi chłopca i jego twarz. Wargi wciąż nosiły ślady nie­daw­nej bójki, włosy były potar­gane, a bluza roz­cią­gnięta, ale było już widać, że Oli­wier rośnie na przy­stoj­nego męż­czy­znę. - Bra­kuje ci tylko pew­no­ści sie­bie i weso­łych przy­ja­ciół - pod­su­mo­wał tonem znawcy.

Na ostat­nie słowo chło­pak tylko się skrzy­wił. Na razie nie szu­kał kum­pli. Ostatni przy­pa­dek skoń­czył się dla niego nie­zbyt szczę­śli­wie. Został oszu­kany, pobity, a pie­nią­dze, które miały być jego wkła­dem we wspólny biz­nes, znik­nęły, podob­nie jak sprawcy zaj­ścia. Było mu cho­ler­nie wstyd, że oka­zał się taki naiwny.

- Gdzie to było? - zapy­tał Janek, wjeż­dża­jąc w boczną uliczkę.

- Tutaj. - Oli­wer wska­zał na nie­wielki par­te­rowy dom, sto­jący w ogródku ze sta­rymi drze­wami. Niski płot oddzie­lał domo­stwo od chod­nika. Budy­nek stał tak bli­sko, że z ulicy można było zoba­czyć wnę­trze pokoju, jesz­cze nie­za­sło­nięte kota­rami. Janek mimo woli zapu­ścił żura­wia i zoba­czył młodą kobietę z małym dziec­kiem na ręku.

Zapar­ko­wał szybko.

- Chodźmy. - Oli­wier wyszedł z samo­chodu i otwo­rzył furtkę. Był tutaj raz z ojcem tuż po pierw­szej roz­mo­wie Wik­tora z panią Mary­sią. Został wtedy w samo­cho­dzie, zły na cały świat, zasta­na­wia­jąc się, jak się szybko pozbyć kolej­nej pomocy domo­wej. Ale nie spo­dzie­wał się, że pozna kogoś wyjąt­ko­wego. Że po raz pierw­szy w życiu będzie mu żal, że gospo­sia chce zre­zy­gno­wać z pracy.

Wszedł po kamien­nych schod­kach i naci­snął dzwo­nek.

- Oli­wier, bój się Boga! Co się znowu stało? - przy­wi­tał go zna­jomy głos pełen ser­decz­no­ści i przy­gany jed­no­cze­śnie. Szcze­rej rado­ści z powodu nie­spo­dzie­wa­nej wizyty i nie­po­koju, czy nie wyda­rzyło się coś złego. Tylko pani Mary­sia umiała zawrzeć tyle sprzecz­nych emo­cji w krót­kim zawo­ła­niu.

- Wszystko dobrze - odpo­wie­dział. - Jadę na noc do wujka i pomy­śla­łem, że wpad­niemy. Już nas pani nie będzie codzien­nie odwie­dzać, a jest o czym poga­dać.

- O! - ucie­szyła się. - Faj­nie, że tak mówisz. Zapra­szam, pozna­cie moją synową i dzie­ciaki.

Weszli do środka. Janek, od lat inwe­stu­jący w nie­ru­cho­mo­ści, odru­chowo zaczął się roz­glą­dać wokół, facho­wym okiem dostrze­ga­jąc te ele­menty, które miały zna­cze­nie przy ewen­tu­al­nej wyce­nie. I choć taki przy­pa­dek nie wcho­dził tutaj w rachubę, od razu dostrzegł, że dom jest stary, wypo­sa­że­nie bar­dzo ubo­gie i rów­nie leciwe jak wła­ści­ciele. Jego wpraw­nemu oku nie umknął fakt, że budy­nek wyma­gał wielu pil­nych prac remon­to­wych. Ale szybko porzu­cił te biz­ne­sowe roz­wa­ża­nia i sku­pił się na sto­ją­cej w progu pokoju mło­dej kobie­cie o przy­jem­nej apa­ry­cji. Uśmiech­nął się. To było rów­nie odru­chowe i bez­re­flek­syjne dzia­ła­nie jak sza­co­wa­nie war­to­ści miesz­kań, które odwie­dzał. Zawsze wkła­dał mak­si­mum zaan­ga­żo­wa­nia w kon­takty towa­rzy­skie, wycho­dząc z zało­że­nia, że ni­gdy nie wia­domo, co może wynik­nąć z przy­pad­ko­wego spo­tka­nia.

Według nie­któ­rych był nie­po­praw­nym uwo­dzi­cie­lem. On sam zwykł się raczej okre­ślać kone­se­rem życio­wych przy­jem­no­ści. Choć przy­jaźń z Wik­to­rem była jedyną trwałą rela­cją w jego życiu, szczy­cił się, że ni­gdy nie skrzyw­dził żad­nej z licz­nych part­ne­rek. Z każdą roz­sta­wał się w przy­ja­znej atmos­fe­rze.

- Rączki dziecka to naj­pięk­niej­sza kolia, jaką można zoba­czyć na szyi kobiety - powie­dział i posłał Ame­lii jedno ze swo­ich zabój­czych spoj­rzeń, choć nie miał zamiaru jej kokie­to­wać. Nie zaj­mo­wał się roz­bi­ja­niem związ­ków, a zwy­kle tam, gdzie znaj­do­wały się pocie­chy, czaił się rów­nież mąż. W tym przy­padku sprawa była bar­dziej skom­pli­ko­wana, co nieco o niej sły­szał, ale i tak kla­sy­fi­ko­wał tę kobietę do kate­go­rii: zajęta, nie­do­stępna.

- Pięk­nie pan to powie­dział. - Z sąsied­niego pomiesz­cze­nia wyje­chał star­szy męż­czy­zna na wózku inwa­lidz­kim. - Nie każdy by tak potra­fił. Mam na imię Andrzej - przy­wi­tał się. - Jestem teściem naszej Amelki i szczę­śli­wym dziad­kiem tej roz­bry­ka­nej gro­mady.

Janek popa­trzył na dzieci. Chło­piec i młod­sza od niego dziew­czynka bie­gali wokół niego bez skrę­po­wa­nia, goniąc się zacie­kle, a naj­mniej­sze z rodzeń­stwa wyry­wało się w ich stronę z ramion matki.

- Pro­szę o spo­kój! - upo­mniała ich Ame­lia. - Wejdź­cie do pokoju - zapro­siła gości i jed­no­cze­śnie popra­wiała włosy. Nagle opu­ściło ją zmę­cze­nie. Miała za sobą ciężki dzień w pracy, a ledwo prze­kro­czyła próg domu, musiała się zająć dziećmi i nie miała ani chwili, by choć troszkę ode­tchnąć. Ale teraz czuła się, jakby jej ktoś zaapli­ko­wał zastrzyk ener­gii. Zro­biło jej się wesoło i nabrała nowych sił. - Przy­go­tuję her­batę - powie­działa, po czym zosta­wiła synka na pod­ło­dze pod czuj­nym okiem teścio­wej.

- Chodź, Pio­trek, poba­wimy się - zapro­po­no­wał Oli­wier i chwilę póź­niej Janek z wiel­kim zdu­mie­niem wpa­try­wał się w zgraną grupę pochy­loną nad stertą kloc­ków. Nie pozna­wał chłopca, któ­rego pamię­tał od pierw­szych jego chwil w szpi­talu zaraz po naro­dzi­nach. Nasto­la­tek, zwy­kle nie­ufny wobec obcych, całe dnie pochy­lony nad ekra­nem kom­pu­tera, bro­niący się?wszel­kimi siłami przed każ­dym rodzin­nym spo­tka­niem, teraz dobro­wol­nie zaba­wiał cudze dzieci.

Cuda się jed­nak zda­rzają - pomy­ślał.

- Pro­szę bar­dzo. - Ame­lia posta­wiła na stole her­batę w szklan­kach w meta­lo­wych koszycz­kach. Dawno już takich nie widział. Kie­dyś jego bab­cia miała podobne, ale rodzina dawno je już wyrzu­ciła, zamie­nia­jąc na wygod­niej­sze kubki i fili­żanki. - Nie mamy nie­stety żad­nego cia­sta - dodała, a dzieci pod­nio­sły czuj­nie głowy. - Gdy­by­śmy wie­dzieli, że będziemy mieć takich gości...

- Ależ to nic takiego - uśmiech­nął się Janek. - Sam się czuję tro­chę skrę­po­wany, wpa­da­jąc tak bez zapo­wie­dzi. Oli­wier chciał koniecz­nie poroz­ma­wiać z panią Mary­sią, a teraz bawi się kloc­kami. Jesz­cze dzie­ciak z cie­bie! - zawo­łał, bo chło­pak spoj­rzał na niego, ale nawet się nie spe­szył na te słowa.

- Prze­pra­szam na chwilę - powie­działa Ame­lia, kiedy zadzwo­nił jej tele­fon. - Muszę ode­brać. Może to kupiec. - Spoj­rzała na teściową, a ta poka­zała, że trzyma kciuki.

Ame­lia wyszła i roz­ma­wiała w kuchni, a Janek przy­glą­dał się roz­ba­wio­nym dzie­ciom. Miał wra­że­nie, że ich dzia­dek naj­chęt­niej też usiadłby na pod­ło­dze i zaczął budo­wać jakąś wieżę.

- Fajna gro­madka - powie­dział do Marysi.

- Dzię­kuję - uśmiech­nęła się. - Są moją wielką rado­ścią - dodała cicho. - Szkoda tylko, że syn nie może zoba­czyć, jak rosną.

- Wiem - powie­dział ze współ­czu­ciem. Znał tę histo­rię. Pani Mary­sia już mu ją opowie­działa. Wie­dział też, że naj­młod­szy chłop­czyk nie jest tak naprawdę jej wnu­kiem, lecz owo­cem jedy­nego związku, w jaki Ame­lia zaan­ga­żo­wała się po śmierci męża. To była bar­dzo nie­udana próba. Począt­kowo Jan­kowi impo­no­wało to, że pani Mary­sia z mężem tak tro­skli­wie zaj­mują się obcym dziec­kiem, ale kiedy zoba­czył tego malca, pomy­ślał, że to sama przy­jem­ność. Chłop­czyk był wyjąt­kowo uro­czy.

- Jestem. - Mama Pio­tru­sia wró­ciła do pokoju. Spoj­rzała kon­tro­l­nie na dzieci, a widząc, że grzecz­nie się bawią, usia­dła z ulgą przy stole.

- I jak? - Mary­sia nie zdo­łała opa­no­wać cie­ka­wo­ści. - Czy to był jakiś kupiec?

- Tak - wes­tchnęła. - Ale chce dać aż pięć­dzie­siąt tysięcy mniej.

- Zdzierca. Nie myśl o nim. Będzie jesz­cze wiele ofert.

- Szału nie ma - powie­działa Ame­lia. - Ten był dopiero drugi, a ogło­sze­nie w sieci od tygo­dnia. Może trzeba korzy­stać z oka­zji? Wbrew pozo­rom wcale nie tak łatwo sprze­dać miesz­ka­nie, a w naszym przy­padku loka­li­za­cja nie jest szcze­gól­nie dobra.

- O! - zain­te­re­so­wał się Janek. - Może będę mógł pomóc. Znam się tro­chę na nie­ru­cho­mo­ściach. Mam kilka uda­nych inwe­sty­cji za sobą.

- Pro­szę - ucie­szyła się Mary­sia. - Chyba niebo nam pana zesłało.

- Dzię­kuję - odparł i poczuł się zde­cy­do­wa­nie lepiej, jak zawsze, gdy mógł się wypo­wie­dzieć na temat swo­jej pasji. - Chęt­nie pomogę. Pro­szę powie­dzieć, gdzie się dokład­nie znaj­duje to miesz­ka­nie i jaki ma metraż, oraz podać wszel­kie istotne szcze­góły. Może będę znał poten­cjal­nego kupca. Albo sam się sku­szę - dodał po chwili i uśmiech­nął się do Ame­lii.

A ona czuła, jak z każdą chwilą przy­bywa jej sił. Popra­wiła włosy i wygła­dziła bluzkę, bo wyda­wało jej się, że brzydko się układa na brzu­chu. Następ­nie z ener­gią i dobrym humo­rem, jakiego dawno u niej nie widziano, przy­stą­piła do poda­wa­nia danych, o które została popro­szona.

- Moim zda­niem to brzmi inte­re­su­jąco. - Janek dopił her­batę. - Możemy poje­chać i rozej­rzeć się na miej­scu, nawet teraz. Ma pani z kim zosta­wić dzieci, a to, które ja mam pod opieką - puścił oko do Oli­wiera - zała­twi spo­koj­nie swoją sprawę.

- Chęt­nie. - Dziew­czyna zerwała się z krze­sła. Bar­dzo się ucie­szyła, choć pro­po­zy­cja była czy­sto biz­ne­sowa. Ale już nie pamię­tała, kiedy ostatni raz wyszła gdzieś z domu z kimś inte­re­su­ją­cym, choćby i na służ­bowe spo­tka­nie. Pra­co­wała jako reje­stra­torka w przy­chodni. Całe dnie uspo­ka­jała pode­ner­wo­wa­nych pacjen­tów, łago­dziła nastroje humo­rza­stych leka­rzy, wysłu­chi­wała narze­kań na służbę zdro­wia i tylko cza­sem mogła poroz­ma­wiać z kole­żanką. Były to rzad­kie chwile, bo kolejka przed jej okien­kiem wła­ści­wie ni­gdy się nie koń­czyła.

Po dyżu­rze bie­gła ode­brać dzieci. Kolejno z przed­szkola i szkol­nej świe­tlicy. Potem szyb­kie zakupy w towa­rzy­stwie całej trójki, powrót do miesz­ka­nia, a następ­nie przy­go­to­wy­wa­nie posiłku. W ide­al­nej wer­sji planu dnia znaj­do­wał się punkt o wie­czor­nym goto­wa­niu obiadu na następny dzień, ale w rze­czy­wi­sto­ści wtedy, kiedy dzieci zasy­piały, ona też padała. Pró­bo­wała zdać się na sto­łówki, z któ­rych jej pocie­chy korzy­stały, ale widziała, że wie­czo­rami malu­chy są głodne i chęt­nie zje­dzą coś wię­cej niż zwy­kłe kanapki.

Czuła się tro­chę jak nie­wol­nik przy­kuty do kie­ratu, z szansą na zmianę za jakieś osiem­na­ście lat,?kiedy już wszyst­kie dzieci się usa­mo­dziel­nią. Cier­piała z tęsk­noty za mężem i leczyła rany po ostat­nim nie­uda­nym związku. Została sama ze swo­imi pro­ble­mami. Mogła liczyć jedy­nie na pomoc teściów. Ale oni byli już sta­rzy, scho­ro­wani i mieli wła­sne kło­poty. Choć ostat­nio w jej życiu zaświ­tała nadzieja.

Mogła pod­jąć prze­rwane stu­dia i zdo­być zawód sto­ma­to­loga, o któ­rym od dziecka marzyła. Warun­kiem była jed­nak sprze­daż miesz­ka­nia. Potrze­bo­wała fun­du­szy, by prze­żyć do dyplomu. Dziad­ko­wie obie­cali, że zajmą się wnu­kami i zaofe­rują jej na ten czas dach nad głową w swoim nie­wiel­kim domu. Do tej pory na myśl o ich ser­decz­no­ści ści­skało jej w gar­dle. Chciała nawet odmó­wić. Wie­działa, jak wiel­kie jest to z ich strony poświę­ce­nie. Ale nie zro­biła tego. Czuła, że szansa zapu­kała do jej drzwi tylko raz. Jeśli jej nie wpu­ści, odej­dzie do kogoś innego i być może ni­gdy nie wróci.

- Poje­dziemy moim samo­cho­dem, nie ma sensu brać dwóch - zapro­po­no­wał Janek, a Ame­lia tylko się uśmiech­nęła. Temu męż­czyź­nie chyba nawet nie przy­szło do głowy, że ona może nie mieć wła­snego auta.

- Dobrze - zgo­dziła się. Szybko przy­go­to­wała się do wyj­ścia. Tym razem było to nawet łatwe. Dzieci zaab­sor­bo­wane zabawą z Oli­wie­rem nie zauwa­żyły, że mama się ubiera. Zwy­kle w takiej sytu­acji włą­czał im się sys­tem alar­mowy. Pio­truś przy­kle­jał się jej do kolan, a star­sze dzieci koniecz­nie chciały jechać z nią, nie­ważne, dokąd się wybie­rała. Cie­szyła się więc, że może się spo­koj­nie ubrać, wło­żyć buty, wziąć torebkę i wyjść. Takie małe rado­ści ugi­na­ją­cej się pod cię­ża­rem codzien­no­ści mło­dej mamy.

Wsia­dła do samo­chodu i poczuła się jesz­cze lepiej. Z minuty na minutę nasi­lał się jej dobry nastrój.

Kiedy dotarli na miej­sce, Janek rozej­rzał się po oko­licy. Spraw­dził poło­że­nie skle­pów, przy­stanki auto­bu­sowe, odle­głość do szkoły i przed­szkola, a także pobli­ski park. Wynik tych oglę­dzin mu się spodo­bał.

- Dla­czego pani sądzi, że loka­li­za­cja jest nie­ko­rzystna? - zapy­tał.

- Nie wiem - zasta­no­wiła się. - Tak pomy­śla­łam, bo ja mam bar­dzo daleko do pracy i do teściów. Muszę się prze­dzie­rać przez całe mia­sto. Ale to rze­czy­wi­ście bez sensu, to prze­cież tylko mój punkt widze­nia. Chodźmy obej­rzeć miesz­ka­nie - zapro­siła.

Otwo­rzyła drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową, a męż­czy­zna pod­trzy­mał je i puścił ?ją przo­dem. Wes­tchnęła tylko. Jej zmarły mąż też był takim opie­kuń­czym typem o dobrych manie­rach. Już zapo­mniała, jak to jest być kobietą, któ­rej ktoś pomaga, trosz­czy się o nią, osła­nia. Od momentu, kiedy została sama, kształ­ciła w sobie inne cechy. Siłę, deter­mi­na­cję, twar­dość cha­rak­teru. Ale w głębi serca bar­dzo pra­gnęła znów stać się tamtą Ame­lią, która śmieje się bez­tro­sko na nie­dziel­nych spa­ce­rach, nie wie, gdzie się znaj­duje zawór gazu i jak się odpo­wie­trza kalo­ry­fery. Bo od takich spraw jest obok niej ktoś inny.

- Zapra­szam. - Wpu­ściła Janka do miesz­ka­nia. Pano­wał tam nie­zwy­kły ład. Od dwóch dni na razie tro­chę na próbę pomiesz­ki­wała u teściów, a tutaj wysprzą­tała sta­ran­nie na wypa­dek, gdyby ktoś z kupu­ją­cych umó­wił się na spo­tka­nie. Teraz prze­cha­dzała się po dziw­nie pustych poko­jach, zwy­kle wypeł­nio­nych zabaw­kami, papie­rami, malo­wan­kami i ubra­niami, a przede wszyst­kim nie­usta­ją­cym gwa­rem dzie­cię­cych gło­sów.

Poczuła wzru­sze­nie na widok tego spo­koju. Czę­sto wyda­wało jej się, że czy­ste miesz­ka­nie i chwila ciszy to jej naj­więk­sze marze­nie. Ale teraz uświa­do­miła sobie, jakie to szczę­ście, że ma dzieci. Jak ciężko byłoby jej unieść żałobę w pustych ścia­nach. Poczuła, że łzy nagle napły­wają jej do oczu.

- Cza­sem bywam nad­mier­nie uczu­ciowa. - Spoj­rzała na Janka i szybko otarła oczy. Ale on był już w łazience. Spraw­dzał stan urzą­dzeń, skro­bał paznok­ciem po fugach i bacz­nie się roz­glą­dał. To spra­wiło, że Ame­lia rów­nież w innym świe­tle zoba­czyła swój, wyda­wa­łoby się, nie­ska­zi­telny porzą­dek. Ściany popi­sane kred­kami, ze śla­dami dzie­cin­nych rączek, ode­rwany tuż przy listwie kawa­łek tapety, plama na kana­pie, kurz na wyżej poło­żo­nych pół­kach, kafelki w kuchni ze śla­dami wielu ugo­to­wa­nych posił­ków. Można by tu jesz­cze tydzień puco­wać, żeby spro­stać ocze­ki­wa­niom Janka, który wyraź­nie widział te wszyst­kie detale. Wła­śnie otwie­rał okno. Na szczę­ście świeżo umyte. Oglę­dziny trwały tak długo, że Ame­lia usia­dła na kana­pie i oddała się roz­my­śla­niom. Dobrze się czuła w towa­rzy­stwie tego sku­pio­nego, mil­czą­cego męż­czy­zny, który co kilka chwil spo­glą­dał na nią i posy­łał jej miły uśmiech.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki