Rozdział 1
- Kocham cię - powiedział Wiktor i rozejrzał się wokół, tak jakby się
spodziewał, że świat w jakiś szczególny sposób zareaguje na to wyznanie.
To był przecież niezwykły moment. Po tylu latach te słowa przeszły mu
gładko przez gardło, jakby godzinami trenował. A od tak dawna ich nie
wypowiadał. Wydawało mu się nawet, że zapomniał, jak to się robi, i już
nigdy nie zdobędzie się na taką deklarację.
Ale wszystko się zmieniło. Nie chciał czekać ani chwili dłużej. Paląca
potrzeba, by wreszcie wyznać swoje uczucie, była tak gwałtowna, że nie
zdołał jej opanować. Choć miejsce i czas nie były ku temu specjalnie
odpowiednie.
Iga też zamarła w oczekiwaniu na reakcję otoczenia. Wiedziała, że oboje
są czujnie, choć dyskretnie obserwowani przez personel restauracji. Są
przecież w pracy. Ledwo Natalia, z którą Wiktor był związany od trzech
lat, zniknęła za rogiem kamienicy, a już padły takie mocne słowa. Iga
była zaskoczona. Choć trochę już zdążyła przywyknąć do szybkiego tempa,
w jakim rozwijał się ten związek, to wyznanie ją przerosło. Na chwilę
zabrakło jej tchu, a zaraz potem policzki pokrył krwisty rumieniec. W głębi serca czuła narastającą gwałtownie potężną falę szczęścia. Siła
przypływu była tak wielka, że Iga musiała zacisnąć dłonie na krześle,
żeby choć trochę się opanować. To było jak pierwotny instynkt, naturalna
siła domagająca się, by natychmiast wszystko jej podporządkować i poddać
się temu upajającemu uczuciu.
Odrzucić precz wszelkie podszepty rozumu, logikę i resztki zdrowego
rozsądku. Dać się porwać emocjom.
Nie zrobiła tego. Wyznanie Wiktora, choć piękne, było jak wycelowany w sam środek serca pistolet.
Miłość boli - przypomniała sobie podstawową lekcję, jaką dało jej życie.
- Im większa, tym mocniej.
Odebrała zbyt wiele celnych strzałów, by teraz nie wiedzieć, że taka
broń może wypalić w każdej chwili. Trzeba się osłonić. Za wszelką cenę.
Najszybciej jak to tylko możliwe. Kolana drżały jej pod stołem, na
szczęście dość wysokim, więc nie trząsł się razem z nią. Musiała
odczekać, żeby móc podnieść wzrok. Emocje szarpały jej wnętrze. Istniała
poważna obawa, że za moment porwą ją w nieznanym i - co gorsza -
niechcianym kierunku.
I tylko świat zewnętrzny podszedł do sprawy zupełnie obojętnie. Wokół
nadal toczyło się zwyczajne życie. Przy stolikach siedzieli goście i spokojnie pili poranną kawę, zagryzając ją wykwintnym rogalikiem lub
siermiężnymi płatkami owsianymi, w zależności od poglądów na temat
żywienia. Nie zwracali już większej uwagi na siedzącego przy oknie
właściciela, przeżywającego właśnie tak ważną chwilę. Pochłaniały ich
własne sprawy.
Kelnerki wprawdzie co rusz rzucały w stronę tej pary czujne spojrzenia,
ale skupione na swoich obowiązkach nie miały czasu, by o tym na razie
plotkować.
Wiktor uśmiechnął się. Czuł wielką ulgę i radość. Miał teraz głowę pełną
pomysłów, a jego ciało wypełniała energia domagająca się
natychmiastowych działań. Chciał podać Idze rękę, wyprowadzić z restauracji, zawieźć w jakieś ustronne miejsce, po czym pokazać, jak
bardzo prawdziwe i gorące jest jego uczucie.
Policzki go paliły, a serce biło intensywnym, nierównym rytmem. Jakby
ktoś cofnął mu licznik i odjął piętnaście lat. Był szczęśliwym młokosem
zakochanym po raz pierwszy. Bo pamięć też mu się nagle zresetowała.
Wyczyściły się wspomnienia o poprzednich związkach. Po raz pierwszy
wziął dziewczynę za rękę i nie pomyślał o zmarłej dawno temu żonie. O Natalii też nie pamiętał już wcale, choć rozstanie było bardzo świeże, a pozostałe kobiety, z którymi wiązał się w ciągu ostatniego czasu,
próbując stworzyć nowy dom dla swojego dziecka, zlały mu się nagle w jedną postać, która zaraz potem rozwiała się jak krakowski smog pod
wpływem silnej wichury.
Liczyła się tylko Iga.
- Dam ci wszystko - zapewnił gorączkowo. - Już nie będziesz się o nic
martwić. Przestaniesz tak ciężko pracować, szukać swojego miejsca na
świecie, zmagać się samotnie z problemami taty. Ja zadbam o każdą
sprawę.
Uniósł głowę, spodziewając się pochwały. Czyż Natalia, jego była
dziewczyna, nie czekała na te słowa trzy lata? A inne kobiety? Rzucały
mu się na szyję z powodu o wiele bardziej powściągliwych wyznań. Teraz
liczył na wyjątkowe dowody wzajemności. Jego męskie ego przeżywało
właśnie swoją wielką chwilę. Spodziewał się, że Iga odczyta wszelkie
jego pragnienia. Wstanie, pocałuje go, a potem natychmiast stąd wyjdą,
by w ustronnym miejscu kontynuować rozmowę, wzbogacając ją o nowe
argumenty, najlepiej praktyczne. W końcu mowa ciała jest podobno jedyną
prawdziwą. Aż mu się gorąco zrobiło na samą myśl, co mógłby w ten sposób
przekazać.
Ale chyba nie było na to szans. Iga siedziała po drugiej stronie
stolika, splecione dłonie położyła na blacie i uśmiechała się w charakterystyczny, pełen uroku sposób. Sprawiała wrażenie cholernie
spokojnej. Długie, ciemne włosy opadały jej na policzek, drażniąc
wyobraźnię Wiktora. Chciał znów potargać je, przyciskając mocno do ust.
- Chodźmy stąd! - powiedział, wstając energicznie. Najwyraźniej nie było
co liczyć, że dziewczyna sama się domyśli. Ale jego propozycja pozostała
bez odzewu.
Iga też chciała to zrobić. Jej pragnienia były w pełni zgodne z zamiarami mężczyzny. Wiedziała, że spotkało ją właśnie coś niezwykłego.
Była jak Kopciuszek, wybrana spośród wielu przez wyjątkowego mężczyznę.
Szczęście przenikało ją narastającymi falami, którym tak bardzo chciała
się poddać. A jednocześnie w jej głowie od pierwszej chwili paliło się
mocne ostrzegawcze światło. Nie było czerwone, jak to się najczęściej
zdarza w takich przypadkach, lecz zimne, sinoniebieskie jak lodowate
fale polskiego morza. Migające ostro litery powtarzały słowa Natalii.
Kim dla niego będziesz? Utrzymanką? Kobietą, która nic nie ma do
zaoferowania, a wszystko trzeba jej dać? Bez konkretnego zawodu, z ojcem
alkoholikiem i jego wiecznymi długami na karku?
Nie mogła na to pozwolić. Jeśli chciała być dla niego kimś więcej niż
dziewczyną na chwilę, musiała mocno stanąć na własnych nogach.
Zaczerpnęła powietrza i odważnie spojrzała mu w oczy. Zawsze jej się
udawało zachować wojowniczą postawę, w chwilach gdy bała się najmocniej.
Tak było i tym razem.
- Ja nie mogę - odpowiedziała, a jej głos w niewielkim tylko stopniu
zdradził targające nią emocje. Miała sporą wprawę w ich ukrywaniu. -
Jestem przecież w pracy. Dziewczyny na razie dają radę. - Wskazała w stronę kelnerek stojących w rogu sali. - Ale za godzinę zacznie się
prawdziwy ruch.
Wiktor spojrzał na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Jakby dziwiło go jej
stanowisko, choć osobiście zatrudnił ją w swojej restauracji. Iga wciąż
miała na sobie służbową sukienkę w ciemnobordowym kolorze. Jej zmiana
zaczęła się godzinę temu. Koleżanki co chwilę spoglądały w stronę
stolika pod oknem, niechętnym wzrokiem mierząc szefa trzymającego Igę za
rękę. Zwłaszcza Dominika, bezskutecznie wzdychająca przez lata do
przystojnego przełożonego, sprawiała wrażenie wzburzonej.
- Ale... - powiedział i wyraźnie się zawahał. - Przecież teraz to już
nie ma znaczenia - dokończył takim tonem, jakby go dziwiła konieczność
tłumaczenia spraw oczywistych.
Z dolnego poziomu restauracji na chwilę wyjrzała Aleksandra Janicka i zbadała sytuację matczynym wzrokiem, mającym moc prześwietlania ludzkich
wnętrz aż do najtajniejszych zakamarków. Już wcześniej kilkakrotnie
sprawdzała, co się dzieje przy najlepszym stoliku ustawionym pod oknem,
z widokiem na krakowski rynek. Widząc swojego syna z wyrazem szczęścia
na twarzy, z większą aprobatą uśmiechnęła się w stronę Igi. Wprawdzie
teraz młodzi wyjaśniali sobie jakieś sprawy i byli bardzo skupieni, ale
można było dostrzec, jak mocne łączą ich emocje.
- Może nie będzie tak źle? - zwróciła się do Wandy, szefowej kuchni, a prywatnie przyjaciółki rodziny, która stanęła tuż obok, pchana tą samą
ciekawością. - Ta dziewczyna wygląda na rozsądną osobę. Jeśli potrafi
sprawić, że mój syn będzie szczęśliwy, jestem gotowa jej pomóc,
wszystkiego nauczyć.
- A Natalia? - Wanda nie umiała tak szybko się przestawić. Jeszcze kilka
dni temu Wiktor oznajmiał, że ma zamiar się zaręczyć. Rodzina szykowała
uroczysty obiad, a teraz siedział przy stoliku i publicznie trzymał za
rękę inną kobietę, na dodatek kelnerkę, choć w tej restauracji od
dziesięcioleci obowiązywała zasada, że szef nie umawia się na randki z pracownicami.
- Poszła już. - Aleksandra mimochodem spojrzała na widoczny przez
wielkie okna chodnik i rozciągającą się za nim panoramę krakowskiego
rynku. Zaraz jednak jej wzrok znów spoczął na twarzy syna. Zwykle trudno
było z niej coś odczytać, teraz wyraźnie pokazywała silne uczucia. -
Jest dobrze - podsumowała.
Wanda zasznurowała usta. Nie do końca podobała jej się ta sytuacja, choć
kibicowała swojemu ulubieńcowi i chciała, by znalazł wreszcie szczęście
w życiu prywatnym.
- Może do niej zadzwonisz? - zaproponowała. - Ta nagła zmiana musi być
dla niej trudna, a wy przecież blisko się przyjaźniłyście.
- Zrobię to, ale za chwilę - odpowiedziała Aleksandra nieuważnie. -
Teraz są pilniejsze sprawy.
Zeszły na dolny poziom restauracji. Wanda zajrzała do kuchni, gdzie jak
zwykle działo się kilka ważnych rzeczy jednocześnie. Zupy parowały,
nasączając powietrze aromatem ziół i warzyw. Mięsa dusiły się na
niewielkim ogniu. W piecu rosły bułki, a kucharze kręcili masy do ciast.
Stukały pokrywki, noże rytmicznie uderzały o blaty, co jakiś czas ktoś
się odzywał, wybuchał krótki śmiech i znów każdy pogrążał się w pracy.
Szefowa sprawdziła, czy wszystko jest w porządku, i wróciła na chwilę do
Aleksandry. Miała najwyżej kwadrans. Deserem dnia była dzisiaj beza z malinowym musem oraz kremem z serka mascarpone oraz bitej śmietany,
danie, które Wanda musiała przygotować osobiście. Uzyskanie doskonałej
harmonii pomiędzy rozpływającym się w ustach wnętrzem a chrupiącą złotą
powłoką bezy było bardzo trudne. Wymagało lat doświadczenia, sprawnej
ręki oraz pewnej intuicji, której nie da się nabyć, z tym darem trzeba
się urodzić.
Pani Wanda sprawdziła szybko stan działań, po czym uznała, że może sobie
jeszcze pozwolić na kwadrans spędzony na swojej drugiej podstawowej
działalności, czyli angażowaniu się w życie prywatne swojego
przełożonego.
- Co tam planujesz? - Usiadła naprzeciwko byłej właścicielki, która,
choć przekazała już wszelkie prawa synowi, wciąż mocno się angażowała w sprawy związane z prowadzeniem lokalu, a także w życie syna, w czym
spotykały się z Wandą i bardzo często spierały ogniście.
- Wszystko. - Aleksandra sprawiała wrażenie, jakby się upiła młodym
francuskim winem. Tak bardzo była przejęta. - Iga z Wiktorem za chwilę
się zaręczą. Czuję to. Czeka mnie teraz mnóstwo pracy. Tę dziewczynę
trzeba przecież przygotować, odpowiednio ubrać, nauczyć tylu rzeczy.
Natychmiast musi zrezygnować z etatu kelnerki, to niedopuszczalne.
Najlepiej niech się od razu przeprowadzi do Wiktora, szybki ślub jest
koniecznością. Dom stanowczo wymaga kobiecej ręki.
- A potem urodzi dziecko, a najlepiej dwoje - podpowiedziała z przekąsem
Wanda, ale Aleksandra nie wyczuła ironii.
- Oczywiście, a co w tym złego? - oburzyła się. - Mój syn jest młodym
mężczyzną, a Oliwierowi przyda się rodzeństwo.
- Ale...
- Proszę cię. Nie mnóż trudności i pozwól mi wszystko zaplanować. Całej
naszej rodzinie od dawna należy się trochę szczęścia i spokoju.
- Nie chciałabyś najpierw zapytać Igi o zdanie?
- Ach, daj spokój. Przecież jasne, że na wszystko się zgodzi. To dla
każdej dziewczyny marzenie życia. Gwiazdka z nieba. Wiktor spełni
wszystkie potrzeby. I jeszcze będzie ją szczerze kochał. Bajka.
- To nie o to chodzi...
- Innego wyjścia i tak nie ma - przerwała jej stanowczo Aleksandra. -
Iga sama sobie nie poradzi. Jest zdana na moją pomoc. Musi słuchać.
Inaczej straci wszystko, co jej tak nagle spadło z nieba.
Wanda pokręciła głową. Ten scenariusz już znała. Nie sprawdził się
najlepiej. Natalia robiła skrupulatnie, co jej poradziła mama Wiktora.
Wbrew sobie, wkładając w swoje starania sporo wysiłku. Co osiągnęła?
Gwałtowne zerwanie tuż przed planowanymi zaręczynami. Widok mężczyzny, z którym była związana od trzech lat, wpatrującego się roziskrzonym
wzrokiem w inną. Obserwowanie, jak ponoszą go uczucia, na które ona
daremnie czekała. Jakby się nagłe obudziły z długiego uśpienia. To
musiało być trudne. Wanda nie była blisko związana z Natalią, ale
żałowała dziewczyny. Natomiast Janicka, zaprzyjaźniona z partnerką syna
od lat, sprawiała wrażenie, jakby w jednej sekundzie zapomniała o łączącej je relacji.
- Nic nie mów. - Aleksandra wstała. - Jadę do domu. Muszę się zastanowić
nad szczegółami i zanieść dobre wieści Ambrożemu. Spodoba mu się to, co
usłyszy. Zdaj się na mnie - dodała, widząc wyraźnie niezadowoloną minę
przyjaciółki. - Niech każdy robi to, na czym się najlepiej zna. Ty
spokojnie sobie gotuj, a mnie zostaw nadzór nad uczuciami Wiktora. Mam w tym znacznie większą wprawę.
Wanda tylko się skrzywiła. Ale nie podjęła tematu. Niepotrzebna była
kolejna osoba mieszająca się w tę delikatną sytuację. Poza tym musiała
pilnie wracać do kuchni. Stanęła na swoim stanowisku z głową pełną obaw
i sercem przepełnionym niedobrym przeczuciem.
***
Wiktor czuł się, jakby po wspaniałym locie ze spadochronem gwałtownie
upadł na ziemię. Jakby popełnił przy lądowaniu elementarny błąd, choć na
takie nigdy sobie nie pozwalał. Ale zasady rządzące jakąkolwiek
dyscypliną sportu, jak już się wielokrotnie przekonał, były o wiele
prostsze niż te kierujące uczuciami.
Siedział wciąż w tym samym miejscu, ale uczucie szczęścia, które jeszcze
przed momentem go przepełniało, mocno tłumił widok Igi obsługującej
gości. Jakby nic się w jej życiu nie zmieniło. A przecież właśnie wyznał
jej miłość! Chciał porwać ją ze sobą, wszystkim się z nią podzielić.
Jednak jego propozycja pozostała bez odzewu.
Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Przystojny, zamożny,
wysportowany, wierny rodzinnym tradycjom, stanowił zwykle cel
intensywnych kobiecych starań. Niejedna wiele by oddała, by usłyszeć
słowa, które przed momentem wypowiedział, i z pewnością porzuciłaby w jednej chwili obowiązki kelnerki, by zamienić je na inne, o wiele
przyjemniejsze.
Ale nie Iga.
Ona sprawiała wrażenie spokojnej, zaangażowanej w obsługiwanie klientów.
Znów go zaskoczyła. Ale ta zdolność, która jeszcze tak niedawno
powodowała w nim gwałtowniejsze bicie serca, teraz tylko potęgowała
narastającą wściekłość.
Rozdrażnienie sięgnęło zenitu przed momentem, kiedy Iga wstała,
przeprosiła go i ruszyła ?do swoich obowiązków. Jakby mu ktoś chlusnął
zimnym piwem w twarz. W pierwszej chwili aż mu dech zaparło z oburzenia.
Siedział jeszcze przy stoliku, ale z każdą minutą czuł się coraz
bardziej niezręcznie. Jak człowiek, który właśnie dostał kosza.
Wzdrygnął się na samą myśl. Paskudne wrażenie. Nic takiego się wprawdzie
nie stało. Iga uśmiechnęła się i uścisnęła mu dłoń, zanim odeszła. Ale,
do licha ciężkiego, nie o to mu przecież chodziło. Zgrzytnął zębami w bezsilnej złości, po czym wstał i ruszył w stronę swojego gabinetu. Był
teraz naprawdę rozzłoszczony i nawet zamierzał minąć Igę bez słowa. Ale
kiedy znalazł się tuż obok, podniosła głowę i znów się uśmiechnęła. W ten swój zadziorny, lekko nieśmiały sposób. Pełen niejednoznacznych
przesłań. Zaproszeń i odmowy, zachęty i dystansu. Doprowadzało go to do
szału, lecz jednocześnie ten stan niepewności, zmuszający go do podjęcia
walki, coraz bardziej go pociągał. Ponad wszystko kochał wyzwania.
Z trudem powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona i w ten prosty,
męski sposób nie rozwiązać problemu. Zabrać stąd i zrobić, co uważa za
stosowne. Ale nie mógł. Zbyt dobrze wiedział, że to oznaczałoby koniec
kruchego, ledwo rozwijającego się związku. Iga nie należała do kobiet,
które łatwo nabierają zaufania.
- Spotkamy się po pracy - powiedział cicho i uśmiechnął się, chociaż
miał ochotę zakląć szpetnie. Zszedł po schodach, po czym zamknął się w gabinecie. Usiadł na swoim ulubionym wysłużonym fotelu i położył głowę
na stercie papierzysk, wiecznie czekającej, by ją uprzątnąć. Czoło miał
rozpalone.
***
- Gratuluję odwagi i zdolności aktorskich. - Dominika stanęła pod
kuchennym okienkiem w oczekiwaniu na zamówienie.
Iga zarumieniła się po czubki uszu.
- To nie tak jak myślisz... - zaczęła, ale przerwała szybko. Czyż nie w ten sposób tłumaczą się wszyscy winni. Ale jak to inaczej ująć?
- Oczywiście. - Ironia w głosie koleżanki pełna była zawodu, nadużytego
zaufania, goryczy i smutku.
- Proszę cię. - Iga próbowała dotknąć jej ramienia. - Dla mnie samej
jest to równie wielkie zaskoczenie. Sprawy toczą się tak szybko. Wcale
nie wierzę, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.
- Nie ma powodu, by się tłumaczyć. - Dominika odsunęła się. - W końcu my
teraz jesteśmy ostatnimi osobami, na których będzie ci zależeć. -
Poprawiła nerwowo kołnierzyk sukienki. - A zwierzać się nie lubiłaś już
wcześniej. Słuchałaś spokojnie, jak ja ci opowiadałam o najbardziej
osobistych sprawach, a ty się nie odezwałaś nawet słowem, że romansujesz
potajemnie z szefem. Tym bardziej teraz...
- Przestań, proszę... - Iga poczuła palące uczucie krzywdy. Prawda była
inna, ale nikogo chyba nie interesowała.
- To musiało dłużej trwać. - Do rozmowy włączyła się Kasia, która
również ustawiła się w kolejce po swoje zamówienie. - Może wcale to nie
był taki przypadek, że się tutaj pojawiłaś.
- Jak możesz? - Iga poczuła, jak robi jej się słabo. Lubiła swoje
koleżanki. Była z nimi szczera, zależało jej na nich. Jeśli o niektórych
sprawach nie mówiła, to tylko dlatego, że nigdy dotąd nie zwierzała się
ze swoich tajemnic nikomu, prócz najlepszej i jedynej przyjaciółki. Nie
umiała tak od razu zmienić tego nawyku. A uczucie Wiktora naprawdę ją
zaskoczyło.
Zaczerpnęła powietrza i otworzyła usta. Tak bardzo chciała to wyjaśnić.
- To i tak już nie ma znaczenia. - Dominika nie dała jej szansy. -
Oszczędź nam szczegółów. Nikt nie chce tego słuchać. Zostaniesz pewnie
jego żoną - mówiła, a w kącikach jej oczu pojawił się łzy. - Będziesz
sobie leżeć i pachnieć. Ale nie tego ci najbardziej zazdroszczę. Tylko
odwagi, że uwierzyłaś, że to możliwe. Nie wycofałaś się tak jak ja,
głupia.
- Mam tyle samo wątpliwości co wcześniej! - zawołała Iga. Bolało ją, że
jest tak niesprawiedliwie oceniana, nikt nie chce jej wysłuchać. - Nic
wam nie powiedziałam, bo to było tak bardzo nieprawdopodobne. Zwyczajnie
nie zdążyłam. Ale w jednym masz rację. Odważyłam się, postanowiłam dać
nam szansę. Przestałam uciekać.
Dominika otarła łzę z policzka.
Iga miała wrażenie, że za chwilę puszczą jej wszelkie blokady i też
zacznie płakać. Te słowa wiele ją kosztowały. Lubiła Dominikę,
kibicowała jej w życiowych zmaganiach. Dobrze wiedziała, że koleżanka od
lat beznadziejnie kocha się w szefie, a wszyscy wokół wciąż jej
tłumaczą, żeby dała sobie spokój, bo to nierealne. Szef nigdy nie
zakocha się w kelnerce. Nie wiadomo, kto pierwszy to wymyślił, ale od
lat pracownicy uparcie powtarzali te słowa. Nie znali Wiktora, czas
pokazał, że nic o nim nie wiedzieli. Iga potrafiła sobie wyobrazić, co
Dominika teraz czuje. Jej marzenie mogło się spełnić, gdyby miała trochę
więcej odwagi. Teraz było już za późno.
A może nie?
Iga na samą myśl poczuła dreszcz przerażenia, który uświadomił jej, jak
mocno się zakochała. Mogła wszystkim wokół tłumaczyć, że to uczucie
dopiero się zaczyna, ale prawda była inna. Kochała Wiktora od pierwszej
wspólnej rozmowy, a więź, jaka ich łączyła, rozwijała się z wielką
prędkością. Narastała lawinowo. Każda kolejna minuta, każda myśl,
wspomnienie, wypowiedziane słowo sprawiały, że jej serce przepełnione
było jedną tylko emocją, a rozum myślą - o nim.
- Najgorsze, że szef znowu będzie całymi tygodniami szukał trzeciej
kelnerki na naszą zmianę. - Kasia znów włączyła się do rozmowy. - A w tym stanie ducha nie pójdzie mu łatwo. Ja to bym mu najchętniej
zaaplikowała jakiś dobry środek na grypę albo na niestrawność. Bo
wygląda, jakby miał objawy jednego i drugiego. Może by trochę
otrzeźwiał.
- Ja nie rezygnuję z pracy. - Iga wyprostowała się i zaczęła ostrożnie
nakładać talerze na tacę. Pięknie udekorowane potrawy były już gotowe.
Dziewczyny zamilkły zaskoczone. Pani Wanda, która usłyszała te słowa,
również zamarła w pół gestu, ale szybko się otrząsnęła.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - wyszeptała gniewnie. - Będziesz się
pałętać między nami jak jakiś półprodukt? Nie wiadomo co? Narzeczona
szefa, właścicielka czy podrzędna kelnerka? To się nie uda.
Dziewczyny stojące z Igą poczuły się trochę urażone ostatnim
określeniem.
- My też jesteśmy przeciw - powiedziała Kasia stanowczo. - Nie wyobrażam
sobie, jak miałybyśmy razem pracować po tym, jak nas okłamałaś.
- Ja to w ogóle zamierzam się zwolnić. - Dominika wytarła nos i poszła
umyć ręce do łazienki. - Nie będę na to patrzeć każdego dnia.
- To się jeszcze okaże. - Pani Wanda wyszła na korytarz. - To nie czas i miejsce na rozmowy o takich ważnych sprawach. Do roboty! - zawołała. -
Nakładać zamówienia i do klientów. Póki co wszystkie trzy macie zmianę.
Dziewczyny zrobiły, co im nakazano. W milczeniu, z minami wyrażającymi
pełną dezaprobatę pakowały talerze na tace, pilnując się, by nie dotknąć
Igi nawet przypadkiem, nie spojrzeć na nią. Duszna, gęsta niechęć
unosiła się nad pysznymi potrawami.
- A tobie powiem jedno. - Szefowa kuchni złapała Igę za łokieć, kiedy
jej koleżanki oddaliły się już w stronę stolików. - Nie kuś losu. Nie
wiem, jak tego dokonałaś, ale spotkało cię wielkie szczęście. Łatwiej
jednak złowić księcia na parę ujmujących uśmiechów, niż potem poradzić
sobie w pałacu. Więc nie fikaj, tylko grzecznie dostosuj się do roli, bo
wszystko może skończyć się równie szybko, jak się zaczęło.
- Dziękuję. - Iga powoli zaczynała się uodparniać. Wciąż ktoś ją
pouczał, jak ma się zachować, z czego cieszyć, jakie wykonać kolejne
kroki. Być może wielu czyniło to dla jej dobra. Ale ona wiedziała swoje.
Właśnie spełniało się jej marzenie i chciała, by było piękne, prawdziwe.
Bez żadnych kompromisów. Nie zamierzała realizować cudzych planów. Zbyt
dobrze wiedziała, że to zwykle kończy się katastrofą.
Chciała pozostać sobą, choć co chwilę strach podcinał jej nogi. Czy
warto szykować się do walki z całym światem? Czuła, że przyjdzie jej się
zmierzyć nie tylko z personelem restauracji i rodziną Wiktora, lecz
także z nim samym. Nie wyglądał na zadowolonego, kiedy usłyszał, że chce
pozostać w pracy. Bała się.
Wciąż też przypominały jej się wypowiedziane przez Natalię słowa. Że to
wszystko jest ułudą, mrzonką, a ona nie ma nic do zaoferowania. Może co
najwyżej być utrzymanką. Kobietą w pełni zależną od swojego partnera czy
męża. Bez dobrego zawodu, pracy, własnych pieniędzy, rodziny, która
mogłaby ją wspierać. Mogła być tylko dopełnieniem, czerpać całą życiową
dumę wyłącznie z osiągnięć swojego mężczyzny. Nie chciała takiego życia.
Natalia wyświadczyła jej wielką przysługę, ostrzegając już na wstępie,
co może się zdarzyć.
Iga wyniosła tacę na górę. Delikatny sos pokrywający jagodowe babeczki
nawet nie drgnął.
Uśmiechnęła się do dwóch starszych kobiet, które zamówiły ten smakołyk.
Lubiła swoją pracę, nawet teraz kiedy atmosfera stała się trudna. Była
kelnerką. I nie zamierzała udawać nikogo innego.
Rozdział 2
- Och, Ambre! Wychodź w tej chwili z łazienki. Są teraz ważniejsze
sprawy niż sikanie. Jakie to swoją drogą męskie, korzystać z toalety w takim momencie.
Aleksandra weszła do domu i już w przedpokoju podniesionym głosem
zaatakowała męża, który niczego nieświadom, spokojnie zamierzał załatwić
pilną potrzebę.
- Cóż się znowu stało? - Zaaferowany mężczyzna wyszedł z mokrymi rękami,
których nie zdążył wytrzeć, i niezapiętym paskiem od spodni.
- Mówię ci. - Żona mocno złapała go za ramię. - Będzie ślub. Nareszcie.
Ambroży otworzył usta, ale nie zdążył powiedzieć nawet słowa.
- Ani się waż protestować! - zawołała Aleksandra. - Nie psuj tej
wyjątkowej chwili. Lepiej popatrz tutaj. - Wyciągnęła z torebki
niewielki tablet i włączyła go. - Znalazłam tę suknię w pięć minut. Na
parkingu pod restauracją, zanim ruszyłam do domu. Piękna! -
Rozpromieniła się w uśmiechu. - Najlepsze francuskie koronki.
- Nie wiem, czy Natalia...
- Ależ o czym ty mówisz? Jaka Natalia? To już przeszłość. Nasz syn
wreszcie naprawdę się zakochał. W Idze - wyjaśniła mu jak wyjątkowo
opornemu uczniowi, choć jego zaskoczenie było przecież zrozumiałe. Nie
był w restauracji i miał prawo nie znać najnowszych doniesień.
- Słucham?
- No tak. Z Natalią już koniec. Zerwali dzisiaj rano, choć do niej
jeszcze to chyba nie dotarło w pełni - uświadomiła sobie. - Ale o tym
porozmawiamy później. Są teraz ważniejsze sprawy. Żebyś ty widział, jak
on patrzy na Igę...
Ambroży wrócił do łazienki, wytarł dłonie i spokojnie zapiął pasek.
- To niezbyt podobne do Wiktora - powiedział, kiedy stanął znów obok
żony. Nawet nie spojrzał na pianę koronek, które pyszniły się na
podsuniętym mu zdjęciu. - Takie nagłe zwroty akcji to zupełnie nie w jego stylu.
- Ma prawo być szczęśliwy - powiedziała Aleksandra obronnie i przesunęła
na tablecie kolejne zdjęcie. Nie mogła się zdecydować, która kreacja
bardziej jej się podoba. - Natalia rzeczywiście chyba nie była dla niego
odpowiednia - powiedziała po chwili. - Może trochę za zimna dla naszego
syna? No i nie zmieściłaby się w tę sukienkę.
- Przypominam, że jeszcze nie tak dawno bardzo ją lubiłaś i dopiero co
miała tu miejsce podobna rozmowa, kiedy intensywnie kładłaś mi do głowy,
że mam się przygotować na to, że ta dziewczyna będzie żoną Wiktora. A teraz tak po prostu zmieniasz zdanie?
- Och, przestań być taki zasadniczy. Co ja mogę? To wybór naszego syna i nie zamierzam się wtrącać - powiedziała z urazą.
- Aha - westchnął Ambroży. - Chciałbym to dostać na piśmie i z jakąś
urzędową pieczęcią. Tylko że zapewne i tak by to nie pomogło.
Aleksandra nic już nie odparła. Przeglądała strony z sukienkami
ślubnymi. Jej mąż wyszedł do kuchni, żeby zaparzyć sobie dobrą herbatę.
Czuł, że ciśnienie znacznie mu się podniosło. Nic z tego wszystkiego nie
rozumiał. Rozejrzał się w poszukiwaniu telefonu. Woda już szumiała w czajniku, kiedy odnalazł aparat na szafce nocnej w sypialni. Miał
właśnie zamiar wybrać numer syna, by u źródła potwierdzić sensacyjne
doniesienia, gdy usłyszał głos żony.
- Tak, proszę pana, potrzebujemy szybko firmy remontowej. Synowa będzie
się chciała natychmiast przenieść do nowego domu, a takie prace przecież
wymagają czasu.
Ambroży bezwładnie opuścił dłoń.
Co ona wyprawia? - pomyślał zdumiony.
- Ja jeszcze nie wiem. - Aleksandra mówiła szybko, najwyraźniej była w swoim żywiole. - Synowa o wszystkim zadecyduje. Cena nie gra roli. Musi
być pięknie. Sam pan rozumie. Cieszymy się szczęściem młodych. Człowiek
najchętniej nieba by im przychylił. A oni oboje będą w domu spędzać
sporo czasu, bo synowa właśnie się zwalnia z pracy. Nie musi się męczyć,
bo...
- Co ty mówisz obcemu człowiekowi? - Ambroży stanął w drzwiach.
- Oczywiście, proszę pana. Będziemy w kontakcie. - Rozłączyła się
natychmiast.
- Przepraszam - powiedziała, ocierając czoło. - Rzeczywiście trochę się
zagalopowałam. To z tej radości. Ale też przez ciebie - dodała z satysfakcją, znalazłszy dobre wytłumaczenie swojej niedyskrecji. - Bo
nie chcesz mnie słuchać i zmuszona jestem zwierzać się jakiemuś
budowlańcowi.
Ambroży zacisnął usta.
- No już. - Podeszła do niego. - Nie obrażaj się. Tak się
podekscytowałam, że sama nie wiem, co plotę. Ty jesteś i tak jedyny na
całym świecie. Nawet kiedy się dąsasz.
Przytuliła się do niego, a on objął ją ramieniem.
- Spróbuj zachować spokój - poprosił.
- Wiem - westchnęła. - Masz rację. Ale to takie trudne. Tyle się teraz
będzie działo wspaniałych rzeczy. Chciałabym je przyspieszyć. Już więcej
nie czekać. Robiłam to tak długo.
Ambroży pocałował żonę w czubek głowy. Czasem bywała nieznośna, ale
kochał ją niesłabnącym uczuciem. Mimo upływu lat tak samo mocno i wciąż
trochę ślepo, jak wtedy, gdy ją pierwszy raz zobaczył w Paryżu, w letniej sukience targanej wiatrem. Aleksandra odebrała jego gest jako
znak pojednania.
- Może Iga na początek zamieszkałaby z nami?! - zawołała, wracając do
ukochanego tematu. - Może ją krępować taka nagła przeprowadzka do
Wiktora, a u nas jest tyle miejsca. Poza tym miałabym czas, by ją
wszystkiego nauczyć.
- Nie! - stanowczo odparł Ambroży. - To zły pomysł i koniec rozmowy na
ten temat. Idziemy do kina. Jest nowa komedia romantyczna. Widziałem
plakaty.
- Ale ty przecież nie lubisz.
- Przez całe życie oglądam je z tobą, więc właściwie już się
przyzwyczaiłem i stałem się całkiem niezłym specem. Rozróżniam nawet
tych wszystkich identycznych facetów, w których się kochacie. Nie wiem
wprawdzie dlaczego, bo to zwykłe ciamajdy, ale to teraz nie ma
znaczenia. Najważniejsze to oderwać cię od pochopnych planów. Ubierz się
pięknie. Zabiorę cię potem gdzieś na tańce.
Aleksandrze zabłysły oczy. Uwielbiała bawić się przy muzyce, a już dawno
nigdzie nie byli.
- Daj mi pół godzinki! - zawołała, zamykając za sobą drzwi łazienki. Na
chwilę zapomniała nawet o ślubnej sukience dla Igi, skupiła się na
wyborze stroju dla siebie.
Ambroży westchnął z ulgą i ruszył na poszukiwanie najstarszych, ale
wyjątkowo wygodnych butów. Czuł, że czeka go długa noc. Żonę koniecznie
należało porządnie zmęczyć.
Rozdział 3
Wiktor wrócił do domu w złym humorze. Skończone obowiązki nie rozwiązały
jego najbardziej palącego problemu. Iga wprawdzie umówiła się z nim na
wieczór, zrobiła to chętnie i nawet pozwoliła się pocałować ukradkiem.
Ale czuł się jak nastolatek, który tygodniami musi się zmagać, by się
umówić na prawdziwą randkę. Po głębszym zastanowieniu doszedł do
wniosku, że chyba jednak nie to najbardziej go rozdrażniło. Owszem, już
od kilku dni wyobrażał sobie gorące sceny z Igą w roli głównej, choć
starał się dyscyplinować myśli. Trochę boleśnie przeżył dzisiejsze
zderzenie z rzeczywistością. Ale nie to stanowiło teraz największy
problem. Miał przeczucie, że inne sprawy będą się toczyć równie opornie.
Iga sprawiała wrażenie słabej. Płakała ze wstydu, kiedy nietrzeźwy
ojciec odwiedził restaurację. Trzęsła się ze strachu i bywała nieśmiała.
A jednocześnie czuł w niej niezłomną siłę. To ona pozwała tej
dziewczynie wysoko nosić głowę ?i nie poddawać się w trudnych
sytuacjach. Mówić ryzykowne słowa. Walczyć o swoje racje.
- To nie będzie łatwe - wyszeptał, wchodząc do domu. - Ale może lepiej
nie dzielić kota na czworo, tylko spokojnie poczekać. - Gdyby Natalia
słyszała te słowa, wiedziałaby, że jest wyjątkowo przejęty. Tylko w takich chwilach mylił powiedzonka.
Z salonu dobiegł go śmiech syna. To nie było częste zjawisko. Zrobił
kilka kroków i zajrzał ostrożnie do środka.
- Cześć, tato. - Chłopak zerwał się, jakby tylko na niego czekał. -
Wujek przyszedł.
- Jak tam? - zapytał Janek, podnosząc się z krzesła. - Czy mój najlepszy
przyjaciel pokonał dzisiejszy dzień, czy to jego powalono? - uśmiechnął
się. - W razie czego służę radą w sprawach kobiecych.
Przejechał dłonią po krótko obciętych włosach i pogładził niewielkie
zakola. Czas atakował go zgodnie ze swoim zwyczajem, ale Janek, mimo
nieuchronnych zmian, nie tracił na atrakcyjności. Choć włosy go
opuszczały jeden po drugim, wesołe usposobienie, pogoda ducha i energia
sprawiały, że wciąż był świetnym kompanem dla mężczyzn i cieszył się
niesłabnącym powodzeniem u kobiet. Właśnie posłał Wiktorowi jedno ze
swoich słynnych uwodzicielskich spojrzeń.
- Co to miało być? - Ten oburzył się szczerze. - Lekcja poglądowa?
- Uczyć trzeba się nieustająco. Każdy moment jest dobry. A po twojej
minie widzę, że nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Wiktor spojrzał na syna. Nie był pewien, czy dorastający nastolatek
powinien wysłuchiwać zwierzeń ojca, który od lat nie może poukładać
sobie życia uczuciowego.
- Pokłóciłeś się z Igą? - zapytał Oliwier z niepokojem. Kibicował temu
związkowi.
- Nie. Spotykamy się dzisiaj wieczorem. Trzeba będzie... - zamilkł nagle
w ostatniej chwili, powstrzymując się, by nie wspomnieć jak zwykle o konieczności zamówienia opiekunki. Jego syn nie był już dzieckiem.
Ostatnie wydarzenia, bójka, ucieczka, wyniesiona z domu biżuteria
pokazały wyraźnie, że jest chłopcem, który ostro będzie walczył o prawo
do niezależności. Rozwiązania siłowe jak na razie niczego dobrego nie
przyniosły. Należało szukać innych sposobów. - A może chciałbyś dzisiaj
przenocować u wujka? - wpadł nagle na genialny pomysł i od razu jego
mózg został zaatakowany kilkoma możliwymi scenariuszami rozwoju akcji,
które umożliwiała tak zwana wolna chata. Chyba te myśli odbiły się na
jego twarzy.
- Fiu, fiu! - gwizdnął Oliwier i poklepał ojca po ramieniu. - To
rozumiem. Jasna sprawa. Natychmiast się zbieramy. Nawet dym po nas nie
zostanie, bo wujek grzecznie palił na tarasie. A ty baw się, jak tylko
możesz najlepiej.
- Przestań! - zawołał Wiktor. - Chodzi tylko o to, że mogę wrócić późno,
a ty lubisz grać z Jankiem po nocach, więc wyjątkowo ci pozwolę, bo
jutro masz na jedenastą do szkoły.
Jego tłumaczenia wywołały tylko kolejne uśmiechy.
- Jakie ja miałem dobre przeczucie co do tej dziewczyny - powiedział
Oliwier, wskakując na schody prowadzące do jego pokoju. - Nawet grać po
nocach mi teraz wolno. To był prawdziwy strzał w dziesiątkę. Pozbieram
rzeczy i zaraz będę gotowy - dodał, po czym zniknął za drzwiami.
- Chyba słabo to rozegrałem. - Wiktor skrzywił się. - Chciałem tylko
pokazać, że mu ufam. Że też jestem gotowy iść na ustępstwa.
- Ale nie na tyle, by go zostawić samego w domu wieczorem. - Janek dopił
herbatę i zaczął wkładać buty.
- Daj spokój. Przecież jest niepełnoletni.
- Chwilę mógłby zostać, tylko że tu zapewne chodzi o całą noc. - Janek
puścił oko. - Ale o nic się nie martw, chętnie go przetrzymam i rano
podrzucę do szkoły. Mnie nie trzeba niczego tłumaczyć. Uważam, że
kobiety to dobro narodowe, skarb, źródło zdrowia i witalności. Należy
zażywać codziennie. Przedawkować się nie da.
Wiktorowi nie udzielił się dobry nastrój przyjaciela. W normalnej
sytuacji pewnie by się uśmiechnął. Bo Janek miał rację. Nie miał nic
przeciwko damskim urokom, choć nie angażował się łatwo. Ale jeśli już
umawiał się na randki, zwykle szybko kończyły się one w łóżku. Nie tylko
dlatego, że tego chciał, ale przede wszystkim z powodu intensywnych
starań jego partnerek. Czuł jednak, że tym razem nie ma co liczyć na
żadne naiwne ani nawet bardziej zaawansowane sztuczki. Iga nie będzie
próbowała usidlić go w ten sposób. Niestety. Zwierzył się z tej myśli
przyjacielowi.
- To poważna sprawa - zasępił się Janek, wysłuchawszy uważnie skróconej
relacji z dzisiejszych wydarzeń. - Ale nie rozumiem, o co ci chodzi.
Zawsze tego chciałeś. Wiecznie narzekałeś na narzucające się dziewczyny.
Oganiałeś się, stwarzałeś trudności, marnując milion okazji na miły
wieczór. To teraz powinieneś się cieszyć.
- Ale jakoś nie mogę. Sam się sobie dziwię. Co mi się w tych natrętnych
kobietach nie podobało? - Wiktor roześmiał się, ale czuł, że jest w tym
trochę prawdy. Narzekał, ale chyba trochę lubił dawne życie.
Naprawdę nie mógł się rozeznać we własnych uczuciach. Działo się coś, co
wykraczało poza jego dotychczasowe doświadczenia. Nie przypominało
romantycznego zauroczenia, jakie go ogarnęło, kiedy poznał ukochaną
żonę, zmarłą po pięciu latach małżeństwa, ani żadnego ze związków, w jakie się później z mniejszymi lub większymi sukcesami angażował. Potarł
czoło.
- Widzę, że ogarnia cię gorączka - powiedział Janek. - Cóż, ja ci
dziewczyny nie podam na tacy, choć zawsze służę doświadczeniem i teoretycznym wsparciem.
- W jakiej sprawie? - Oliwier zbiegł ze schodów i czujnie nastawił uszu.
- Czyżby tata potrzebował korepetycji? - roześmiał się.
- Natychmiast przestańcie! - Wiktor się wyprostował i podjął próbę
uspokojenia zarówno własnych emocji, jak i wyraźnie rozpędzonej
wyobraźni syna. - Jutro proszę się zameldować najpóźniej o dziewiątej -
zwrócił się do niego. - Pani Marysia już będzie.
- Ja i tak wcześnie wstaję - powiedział Janek. - Mamy zebranie zarządu i jeszcze parę spraw zostało do ogarnięcia.
Wiktor poczuł wyrzuty sumienia. Wiedział, co oznaczają takie słowa.
Janek uwielbiał w pracy zwlekać. Zwłaszcza z obowiązkami, które go nie
kręciły. A do takich należało przygotowywanie się do zebrań. Zwykle
robił wszystko na ostatnią chwilę. A kiedy zarzekał się, że ma tylko
ostatnie szczegóły do dopięcia, oznaczało to, że jeszcze nawet nie
zaczął. Zapewne zamierzał siedzieć przez całą noc. To nie było w porządku - podrzucać mu chrześniaka.
Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo jego myśli zostały przekierowane na
inny tor.
- Pani Marysia chciała z tobą porozmawiać - powiedział Oliwier - więc
nie wychodź zbyt wcześnie do pracy. Prosiła kilka razy, żeby ci to
koniecznie przekazać.
Wiktor poczuł rosnący niepokój. Dobrze znał takie sytuacje.
- Dzwoniła do mnie w tej sprawie. Martwię się. Czy ty coś wiesz? -
zwrócił się do syna.
- Tak, ale lepiej, jeśli ona sama ci powie. To nie są złe wiadomości.
Jej rodzinie się poszczęściło i chce się z tobą podzielić pewną
wiadomością.
- To dobrze. - Wiktor odetchnął z ulgą. - Bo już się zaczynałem obawiać,
że ma zamiar się zwolnić, tak jak poprzednie nasze pomoce domowe. Nie
masz pojęcia, jak trudno znaleźć kogoś zaufanego.
Oliwier odwrócił wzrok. Nie do końca czyste sumienie sprawiło, że nagle
zaczął się spieszyć.
- Chodźmy już - powiedział do Janka i po chwili obaj kierowali się już w stronę furtki, a ich głośny śmiech przenikał nawet solidne dębowe drzwi.
***
Wiktor został sam. Cisza pustego domu szybko zaczęła dźwięczeć mu w uszach. Niezbyt często spędzał tu wieczory, a już prawie nigdy bez
towarzystwa. Zwykle siedział do późnych godzin w restauracji albo
umawiał się z Natalią. Czasem oglądali z Oliwierem jakiś film, ale
rachunek sumienia, jaki sobie błyskawicznie zrobił, pokazywał wyraźnie,
że takich chwil było jednak najmniej.
- To się teraz zmieni - postanowił po raz kolejny. Wydarzenia ostatnich
dni mocno go otrzeźwiły. Inaczej spojrzał na siebie i nie miał zamiaru
uciekać od wniosków, nawet jeśli bardzo bolały i raniły jego męską dumę.
Chodził po pokojach rozległego domu, w którym mieszkał od wielu lat, i rozglądał się, jakby widział te pomieszczenia po raz pierwszy. Nic się
tu nie zmieniło od śmierci żony. Zniknęły tylko rodzinne fotografie,
schowane, by nie wywoływały ataków rozpaczy czteroletniego wówczas
Oliwiera. Ale teraz chłopak był już kimś innym. Dorósł, zmężniał i zdecydowanie wyszedł z cienia. Zaczął sprawiać poważne kłopoty, stawiał
niewygodne pytania i żądał prawa do samodzielności. A przecież wciąż był
dzieckiem. Ale nie ulegało wątpliwości, że nie można go było nadal tak
traktować.
Do tego domu stanowczo musiało powrócić normalne życie. Czas żałoby
właśnie się skończył, trwał i tak zbyt długo. Wiktor rozejrzał się
wokół. Wewnętrzna zmiana potrzebowała jakiegoś namacalnego znaku. Czegoś
konkretnego, co mogłoby pomóc męskiemu umysłowi poukładać emocje. Remont
był sprawą najprostszą do przeprowadzenia. Bezpiecznym terytorium, po
którym śmiało można się było poruszać.
- Najwyższy czas wprowadzić tu coś nowego - wyszeptał Wiktor i drgnął,
bo usłyszał dźwięk telefonu. Odebrał i z trudem rozpoznał głos mamy,
dobiegający wśród dźwięków głośnej muzyki.
- Mam tylko chwilę! - zawołała Aleksandra, przekrzykując hałas, aż
musiał odsunąć słuchawkę. - Za to dużo dobrych wieści. Niczym się nie
przejmuj. Zamówiłam już ekipę budowlaną, a w pozostałych sprawach...
Rozłączyła się nagle i domyślił się, że zapewne ojciec znalazł się w pobliżu. Zwykle nie pochwalał wtrącania się w życie syna, więc rozmowa
musiała zostać przerwana.
Wiktor poczuł dreszcz. Telepatia mamy czasem go przerażała. Ale mimo
woli zapalił się do pomysłu. Chciał stworzyć dla Igi nowy dom. Zmienić
meble, pomalować ściany, zawiesić w oknach nowe firanki. Wpuścić świeży
wiatr, który poruszy nieruchome powietrze w pustych pokojach.
Jeszcze raz podniósł słuchawkę i wybrał numer Igi.
- Gdzie jesteś? - zapytał.
- Wróciłam do siebie i właśnie się wykąpałam. Za godzinę powinnam
dotrzeć na miejsce.
Wiktor poczuł, że robi mu się sucho w ustach na myśl o gładkim, mokrym
ciele Igi. Na moment zapomniał, w jakiej sprawie dzwoni.
- Chciałem zaproponować - zakaszlał, bo głos miał dziwnie zachrypnięty -
że może byśmy się spotkali u mnie w domu - dodał po chwili.
- Jasne, chętnie - odpowiedziała Iga. - Zobaczymy się przy okazji z Oliwierem.
- Wyszedł.
- Ale...
- Ale ja jestem - powiedział szybko, nie dając jej dokończyć myśli.
Kochał tę kobietę i chciał ją zaprosić do domu. Dlaczego to musiało być
takie trudne? Czemu ona się nie zachwyciła tym pomysłem? Był przecież
świetny. Dawał tyle możliwości.
- Dobrze - zgodziła się niepodziewanie, a Wiktor, znajdujący się właśnie
u szczytu napiętego oczekiwania, poczuł, jak nagle zjeżdża z poczuciem
ulgi.
- Będę u ciebie za chwilę. Przywiozę cię, nie będziesz musiała stać na
przystanku - powiedział i od razu zaczął się spieszyć.
Wkładał buty, podtrzymując słuchawkę ramieniem. Napędzała go nadzieja,
że jeśli zadziała bez zwłoki, może zdąży ją zastać w tym rozkosznym
stanie tuż po kąpieli, kiedy ciało jest rozgrzane, a skóra wilgotna.
Złudne to były oczekiwania, miał tego świadomość. Ale wypadł z domu, po
czym przeskoczył trzy schodki prowadzące do garażu. Wystartował z rykiem
silnika, lecz przy wyjeździe z bramy zatrzymał się i - kierowany
wypracowywanymi przez lata odruchami - spokojnie pojechał dalej,
minimalnie tylko przekraczając dozwoloną prędkość.
Rozdział 4
- Może zajrzymy na chwilę do pani Marysi? - poprosił Oliwier, kiedy
tylko znaleźli się kilka metrów od domu.
- Jak to? - zdziwił się Janek. - Chcesz do niej teraz jechać? Przecież
spędziliście dzisiaj razem dwie godziny po szkole. Gadaliście jak
najęci. Sam słyszałem. Dawniej trzeba cię było siłą ciągnąć, żebyś
łaskawie zamienił słowo z pomocą domową.
- Wiem. - Oliwier odwrócił głowę, jakby się nagle zawstydził. - Ona jest
trochę inna - przyznał niechętnie. - I wiem, że jednak chce się zwolnić.
Muszę ją jakoś przygotować na spotkanie z ojcem. On to bardzo przeżyje.
Wiesz, że wiecznie szuka nowych opiekunek i nie chce się uspokoić. Iga
to moja jedyna nadzieja. Może jeśli zajmie się nią, mnie da trochę
spokoju.
- Teraz to przesadziłeś - oburzył się Janek, solidarnie stając po
stronie przyjaciela. - Ostatnią chyba rzeczą, jaką można powiedzieć o twoim ojcu, jest to, że się narzuca. Przecież wiecznie siedzi w pracy i teraz go gryzą wyrzuty sumienia.
- Fakt. Ale jednocześnie na każdym kroku mnie osacza. Ciągle pilnuje,
nie ufa. Trudno w tym wszystkim złapać oddech.
- No, ostatnimi wydarzeniami to sobie nie pomogłeś w tej sprawie. -
Janek zmienił pas, w ostatniej chwili wciskając się pomiędzy dwa
samochody. Lubił ostrą jazdę, czasem nawet brawurę i szczycił się, że
nigdy nie miał wypadku.
- Gdyby tata zobaczył, jak jeździsz, już by mi nie pozwolił wsiąść do
twojego auta.
- Jestem najlepszy. - Janek uśmiechnął się zawadiacko. - I wierz mi.
Nigdy bym cię nie naraził na niebezpieczeństwo. Ale ci nie powiem
dlaczego.
Oliwier uśmiechnął się. I tak wiedział, że wujek, choć nie był bratem
ojca, lecz przyjacielem, kochał go jak własnego syna. Od lat mocno się
angażował w jego wychowanie i było odpowiedzialny za wszystkie
szaleństwa jego dzieciństwa. Tata, chociaż był energicznym mężczyzną i lubił wyzwania, sportową rywalizację i ryzyko, w kontaktach z synem
stawał się wyjątkowo zasadniczy. Wujkowi Oliwer zawdzięczał luz i wesołość.
- Poza tym nie zmieniaj tematu - powiedział Janek stanowczo i ostrym
łukiem wyprzedził ciężarówkę. - Mam nadzieję, że wyciągnąłeś wnioski i już się nie będziesz angażował w żadne podejrzane towarzystwo ani
szemrane interesy.
- To jak? Odwiedzisz ze mną panią Marysię? - Chłopak konsekwentnie
trzymał się z dala od niechcianego wątku.
- Dobrze. Co mi zależy? Może ona ma jakąś piękną córkę? Człowiek nigdy
nie wie, co go może spotkać wieczorem. Na każdym kroku czai się okazja i najważniejsze to korzystać. Ile tylko się da.
- Mnie jakoś to omija. - Chłopak westchnął i odwrócił wzrok. Nie
przepadał za zwierzeniami, ale czasem coś mu się wyrywało z głębi serca.
Najczęściej w towarzystwie Janka.
- Nie martw się. Wujek wszystkiego cię nauczy. Warunki masz po ojcu,
będzie z ciebie niezłe ciacho. - Spojrzał na długie nogi chłopca i jego
twarz. Wargi wciąż nosiły ślady niedawnej bójki, włosy były potargane, a bluza rozciągnięta, ale było już widać, że Oliwier rośnie na
przystojnego mężczyznę. - Brakuje ci tylko pewności siebie i wesołych
przyjaciół - podsumował tonem znawcy.
Na ostatnie słowo chłopak tylko się skrzywił. Na razie nie szukał
kumpli. Ostatni przypadek skończył się dla niego niezbyt szczęśliwie.
Został oszukany, pobity, a pieniądze, które miały być jego wkładem we
wspólny biznes, zniknęły, podobnie jak sprawcy zajścia. Było mu
cholernie wstyd, że okazał się taki naiwny.
- Gdzie to było? - zapytał Janek, wjeżdżając w boczną uliczkę.
- Tutaj. - Oliwer wskazał na niewielki parterowy dom, stojący w ogródku
ze starymi drzewami. Niski płot oddzielał domostwo od chodnika. Budynek
stał tak blisko, że z ulicy można było zobaczyć wnętrze pokoju, jeszcze
niezasłonięte kotarami. Janek mimo woli zapuścił żurawia i zobaczył
młodą kobietę z małym dzieckiem na ręku.
Zaparkował szybko.
- Chodźmy. - Oliwier wyszedł z samochodu i otworzył furtkę. Był tutaj
raz z ojcem tuż po pierwszej rozmowie Wiktora z panią Marysią. Został
wtedy w samochodzie, zły na cały świat, zastanawiając się, jak się
szybko pozbyć kolejnej pomocy domowej. Ale nie spodziewał się, że pozna
kogoś wyjątkowego. Że po raz pierwszy w życiu będzie mu żal, że gosposia
chce zrezygnować z pracy.
Wszedł po kamiennych schodkach i nacisnął dzwonek.
- Oliwier, bój się Boga! Co się znowu stało? - przywitał go znajomy głos
pełen serdeczności i przygany jednocześnie. Szczerej radości z powodu
niespodziewanej wizyty i niepokoju, czy nie wydarzyło się coś złego.
Tylko pani Marysia umiała zawrzeć tyle sprzecznych emocji w krótkim
zawołaniu.
- Wszystko dobrze - odpowiedział. - Jadę na noc do wujka i pomyślałem,
że wpadniemy. Już nas pani nie będzie codziennie odwiedzać, a jest o czym pogadać.
- O! - ucieszyła się. - Fajnie, że tak mówisz. Zapraszam, poznacie moją
synową i dzieciaki.
Weszli do środka. Janek, od lat inwestujący w nieruchomości, odruchowo
zaczął się rozglądać wokół, fachowym okiem dostrzegając te elementy,
które miały znaczenie przy ewentualnej wycenie. I choć taki przypadek
nie wchodził tutaj w rachubę, od razu dostrzegł, że dom jest stary,
wyposażenie bardzo ubogie i równie leciwe jak właściciele. Jego
wprawnemu oku nie umknął fakt, że budynek wymagał wielu pilnych prac
remontowych. Ale szybko porzucił te biznesowe rozważania i skupił się na
stojącej w progu pokoju młodej kobiecie o przyjemnej aparycji.
Uśmiechnął się. To było równie odruchowe i bezrefleksyjne działanie jak
szacowanie wartości mieszkań, które odwiedzał. Zawsze wkładał maksimum
zaangażowania w kontakty towarzyskie, wychodząc z założenia, że nigdy
nie wiadomo, co może wyniknąć z przypadkowego spotkania.
Według niektórych był niepoprawnym uwodzicielem. On sam zwykł się raczej
określać koneserem życiowych przyjemności. Choć przyjaźń z Wiktorem była
jedyną trwałą relacją w jego życiu, szczycił się, że nigdy nie
skrzywdził żadnej z licznych partnerek. Z każdą rozstawał się w przyjaznej atmosferze.
- Rączki dziecka to najpiękniejsza kolia, jaką można zobaczyć na szyi
kobiety - powiedział i posłał Amelii jedno ze swoich zabójczych
spojrzeń, choć nie miał zamiaru jej kokietować. Nie zajmował się
rozbijaniem związków, a zwykle tam, gdzie znajdowały się pociechy, czaił
się również mąż. W tym przypadku sprawa była bardziej skomplikowana, co
nieco o niej słyszał, ale i tak klasyfikował tę kobietę do kategorii:
zajęta, niedostępna.
- Pięknie pan to powiedział. - Z sąsiedniego pomieszczenia wyjechał
starszy mężczyzna na wózku inwalidzkim. - Nie każdy by tak potrafił. Mam
na imię Andrzej - przywitał się. - Jestem teściem naszej Amelki i szczęśliwym dziadkiem tej rozbrykanej gromady.
Janek popatrzył na dzieci. Chłopiec i młodsza od niego dziewczynka
biegali wokół niego bez skrępowania, goniąc się zaciekle, a najmniejsze
z rodzeństwa wyrywało się w ich stronę z ramion matki.
- Proszę o spokój! - upomniała ich Amelia. - Wejdźcie do pokoju -
zaprosiła gości i jednocześnie poprawiała włosy. Nagle opuściło ją
zmęczenie. Miała za sobą ciężki dzień w pracy, a ledwo przekroczyła próg
domu, musiała się zająć dziećmi i nie miała ani chwili, by choć troszkę
odetchnąć. Ale teraz czuła się, jakby jej ktoś zaaplikował zastrzyk
energii. Zrobiło jej się wesoło i nabrała nowych sił. - Przygotuję
herbatę - powiedziała, po czym zostawiła synka na podłodze pod czujnym
okiem teściowej.
- Chodź, Piotrek, pobawimy się - zaproponował Oliwier i chwilę później
Janek z wielkim zdumieniem wpatrywał się w zgraną grupę pochyloną nad
stertą klocków. Nie poznawał chłopca, którego pamiętał od pierwszych
jego chwil w szpitalu zaraz po narodzinach. Nastolatek, zwykle nieufny
wobec obcych, całe dnie pochylony nad ekranem komputera, broniący
się?wszelkimi siłami przed każdym rodzinnym spotkaniem, teraz
dobrowolnie zabawiał cudze dzieci.
Cuda się jednak zdarzają - pomyślał.
- Proszę bardzo. - Amelia postawiła na stole herbatę w szklankach w metalowych koszyczkach. Dawno już takich nie widział. Kiedyś jego babcia
miała podobne, ale rodzina dawno je już wyrzuciła, zamieniając na
wygodniejsze kubki i filiżanki. - Nie mamy niestety żadnego ciasta -
dodała, a dzieci podniosły czujnie głowy. - Gdybyśmy wiedzieli, że
będziemy mieć takich gości...
- Ależ to nic takiego - uśmiechnął się Janek. - Sam się czuję trochę
skrępowany, wpadając tak bez zapowiedzi. Oliwier chciał koniecznie
porozmawiać z panią Marysią, a teraz bawi się klockami. Jeszcze dzieciak
z ciebie! - zawołał, bo chłopak spojrzał na niego, ale nawet się nie
speszył na te słowa.
- Przepraszam na chwilę - powiedziała Amelia, kiedy zadzwonił jej
telefon. - Muszę odebrać. Może to kupiec. - Spojrzała na teściową, a ta
pokazała, że trzyma kciuki.
Amelia wyszła i rozmawiała w kuchni, a Janek przyglądał się rozbawionym
dzieciom. Miał wrażenie, że ich dziadek najchętniej też usiadłby na
podłodze i zaczął budować jakąś wieżę.
- Fajna gromadka - powiedział do Marysi.
- Dziękuję - uśmiechnęła się. - Są moją wielką radością - dodała cicho.
- Szkoda tylko, że syn nie może zobaczyć, jak rosną.
- Wiem - powiedział ze współczuciem. Znał tę historię. Pani Marysia już
mu ją opowiedziała. Wiedział też, że najmłodszy chłopczyk nie jest tak
naprawdę jej wnukiem, lecz owocem jedynego związku, w jaki Amelia
zaangażowała się po śmierci męża. To była bardzo nieudana próba.
Początkowo Jankowi imponowało to, że pani Marysia z mężem tak troskliwie
zajmują się obcym dzieckiem, ale kiedy zobaczył tego malca, pomyślał, że
to sama przyjemność. Chłopczyk był wyjątkowo uroczy.
- Jestem. - Mama Piotrusia wróciła do pokoju. Spojrzała kontrolnie na
dzieci, a widząc, że grzecznie się bawią, usiadła z ulgą przy stole.
- I jak? - Marysia nie zdołała opanować ciekawości. - Czy to był jakiś
kupiec?
- Tak - westchnęła. - Ale chce dać aż pięćdziesiąt tysięcy mniej.
- Zdzierca. Nie myśl o nim. Będzie jeszcze wiele ofert.
- Szału nie ma - powiedziała Amelia. - Ten był dopiero drugi, a ogłoszenie w sieci od tygodnia. Może trzeba korzystać z okazji? Wbrew
pozorom wcale nie tak łatwo sprzedać mieszkanie, a w naszym przypadku
lokalizacja nie jest szczególnie dobra.
- O! - zainteresował się Janek. - Może będę mógł pomóc. Znam się trochę
na nieruchomościach. Mam kilka udanych inwestycji za sobą.
- Proszę - ucieszyła się Marysia. - Chyba niebo nam pana zesłało.
- Dziękuję - odparł i poczuł się zdecydowanie lepiej, jak zawsze, gdy
mógł się wypowiedzieć na temat swojej pasji. - Chętnie pomogę. Proszę
powiedzieć, gdzie się dokładnie znajduje to mieszkanie i jaki ma metraż,
oraz podać wszelkie istotne szczegóły. Może będę znał potencjalnego
kupca. Albo sam się skuszę - dodał po chwili i uśmiechnął się do Amelii.
A ona czuła, jak z każdą chwilą przybywa jej sił. Poprawiła włosy i wygładziła bluzkę, bo wydawało jej się, że brzydko się układa na
brzuchu. Następnie z energią i dobrym humorem, jakiego dawno u niej nie
widziano, przystąpiła do podawania danych, o które została poproszona.
- Moim zdaniem to brzmi interesująco. - Janek dopił herbatę. - Możemy
pojechać i rozejrzeć się na miejscu, nawet teraz. Ma pani z kim zostawić
dzieci, a to, które ja mam pod opieką - puścił oko do Oliwiera - załatwi
spokojnie swoją sprawę.
- Chętnie. - Dziewczyna zerwała się z krzesła. Bardzo się ucieszyła,
choć propozycja była czysto biznesowa. Ale już nie pamiętała, kiedy
ostatni raz wyszła gdzieś z domu z kimś interesującym, choćby i na
służbowe spotkanie. Pracowała jako rejestratorka w przychodni. Całe dnie
uspokajała podenerwowanych pacjentów, łagodziła nastroje humorzastych
lekarzy, wysłuchiwała narzekań na służbę zdrowia i tylko czasem mogła
porozmawiać z koleżanką. Były to rzadkie chwile, bo kolejka przed jej
okienkiem właściwie nigdy się nie kończyła.
Po dyżurze biegła odebrać dzieci. Kolejno z przedszkola i szkolnej
świetlicy. Potem szybkie zakupy w towarzystwie całej trójki, powrót do
mieszkania, a następnie przygotowywanie posiłku. W idealnej wersji planu
dnia znajdował się punkt o wieczornym gotowaniu obiadu na następny
dzień, ale w rzeczywistości wtedy, kiedy dzieci zasypiały, ona też
padała. Próbowała zdać się na stołówki, z których jej pociechy
korzystały, ale widziała, że wieczorami maluchy są głodne i chętnie
zjedzą coś więcej niż zwykłe kanapki.
Czuła się trochę jak niewolnik przykuty do kieratu, z szansą na zmianę
za jakieś osiemnaście lat,?kiedy już wszystkie dzieci się usamodzielnią.
Cierpiała z tęsknoty za mężem i leczyła rany po ostatnim nieudanym
związku. Została sama ze swoimi problemami. Mogła liczyć jedynie na
pomoc teściów. Ale oni byli już starzy, schorowani i mieli własne
kłopoty. Choć ostatnio w jej życiu zaświtała nadzieja.
Mogła podjąć przerwane studia i zdobyć zawód stomatologa, o którym od
dziecka marzyła. Warunkiem była jednak sprzedaż mieszkania. Potrzebowała
funduszy, by przeżyć do dyplomu. Dziadkowie obiecali, że zajmą się
wnukami i zaoferują jej na ten czas dach nad głową w swoim niewielkim
domu. Do tej pory na myśl o ich serdeczności ściskało jej w gardle.
Chciała nawet odmówić. Wiedziała, jak wielkie jest to z ich strony
poświęcenie. Ale nie zrobiła tego. Czuła, że szansa zapukała do jej
drzwi tylko raz. Jeśli jej nie wpuści, odejdzie do kogoś innego i być
może nigdy nie wróci.
- Pojedziemy moim samochodem, nie ma sensu brać dwóch - zaproponował
Janek, a Amelia tylko się uśmiechnęła. Temu mężczyźnie chyba nawet nie
przyszło do głowy, że ona może nie mieć własnego auta.
- Dobrze - zgodziła się. Szybko przygotowała się do wyjścia. Tym razem
było to nawet łatwe. Dzieci zaabsorbowane zabawą z Oliwierem nie
zauważyły, że mama się ubiera. Zwykle w takiej sytuacji włączał im się
system alarmowy. Piotruś przyklejał się jej do kolan, a starsze dzieci
koniecznie chciały jechać z nią, nieważne, dokąd się wybierała. Cieszyła
się więc, że może się spokojnie ubrać, włożyć buty, wziąć torebkę i wyjść. Takie małe radości uginającej się pod ciężarem codzienności
młodej mamy.
Wsiadła do samochodu i poczuła się jeszcze lepiej. Z minuty na minutę
nasilał się jej dobry nastrój.
Kiedy dotarli na miejsce, Janek rozejrzał się po okolicy. Sprawdził
położenie sklepów, przystanki autobusowe, odległość do szkoły i przedszkola, a także pobliski park. Wynik tych oględzin mu się spodobał.
- Dlaczego pani sądzi, że lokalizacja jest niekorzystna? - zapytał.
- Nie wiem - zastanowiła się. - Tak pomyślałam, bo ja mam bardzo daleko
do pracy i do teściów. Muszę się przedzierać przez całe miasto. Ale to
rzeczywiście bez sensu, to przecież tylko mój punkt widzenia. Chodźmy
obejrzeć mieszkanie - zaprosiła.
Otworzyła drzwi prowadzące na klatkę schodową, a mężczyzna podtrzymał je
i puścił ?ją przodem. Westchnęła tylko. Jej zmarły mąż też był takim
opiekuńczym typem o dobrych manierach. Już zapomniała, jak to jest być
kobietą, której ktoś pomaga, troszczy się o nią, osłania. Od momentu,
kiedy została sama, kształciła w sobie inne cechy. Siłę, determinację,
twardość charakteru. Ale w głębi serca bardzo pragnęła znów stać się
tamtą Amelią, która śmieje się beztrosko na niedzielnych spacerach, nie
wie, gdzie się znajduje zawór gazu i jak się odpowietrza kaloryfery. Bo
od takich spraw jest obok niej ktoś inny.
- Zapraszam. - Wpuściła Janka do mieszkania. Panował tam niezwykły ład.
Od dwóch dni na razie trochę na próbę pomieszkiwała u teściów, a tutaj
wysprzątała starannie na wypadek, gdyby ktoś z kupujących umówił się na
spotkanie. Teraz przechadzała się po dziwnie pustych pokojach, zwykle
wypełnionych zabawkami, papierami, malowankami i ubraniami, a przede
wszystkim nieustającym gwarem dziecięcych głosów.
Poczuła wzruszenie na widok tego spokoju. Często wydawało jej się, że
czyste mieszkanie i chwila ciszy to jej największe marzenie. Ale teraz
uświadomiła sobie, jakie to szczęście, że ma dzieci. Jak ciężko byłoby
jej unieść żałobę w pustych ścianach. Poczuła, że łzy nagle napływają
jej do oczu.
- Czasem bywam nadmiernie uczuciowa. - Spojrzała na Janka i szybko
otarła oczy. Ale on był już w łazience. Sprawdzał stan urządzeń, skrobał
paznokciem po fugach i bacznie się rozglądał. To sprawiło, że Amelia
również w innym świetle zobaczyła swój, wydawałoby się, nieskazitelny
porządek. Ściany popisane kredkami, ze śladami dziecinnych rączek,
oderwany tuż przy listwie kawałek tapety, plama na kanapie, kurz na
wyżej położonych półkach, kafelki w kuchni ze śladami wielu ugotowanych
posiłków. Można by tu jeszcze tydzień pucować, żeby sprostać
oczekiwaniom Janka, który wyraźnie widział te wszystkie detale. Właśnie
otwierał okno. Na szczęście świeżo umyte. Oględziny trwały tak długo, że
Amelia usiadła na kanapie i oddała się rozmyślaniom. Dobrze się czuła w towarzystwie tego skupionego, milczącego mężczyzny, który co kilka chwil
spoglądał na nią i posyłał jej miły uśmiech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki