Kiedyś
Kiedyś
Postanowiłam sobie, że zrozumiem.
Zrozumiem. Nie, że
przyjmę na wiarę, bo tak robiłam jako dziecko, gdy mi objaśniano świat.
Mówili mi, że te kropki na niebie to gwiazdy, od niemycia i słodyczy
zepsują się zęby, nie wolno się dotykać między nogami, bo to grzech, a mamusia i tatuś bardzo się kochali, niewidzialny gość pobłogosławił i stąd się wzięłam. Powiedziano mi też, że jestem taka, jak widać.
Dziewczyna, wszystko "na swoim miejscu". Dziewczyny lubią chłopaków.
Dziewczyny wychodzą za mąż i rodzą dzieci. Proste. Życie według prawideł
jest bardzo proste, przekonywano.
A mimo to nie rozumiałam. Nie czułam, że jest tak, jak mówią. Za to w pewnym momencie nieustającego konfliktu ze wszystkimi wokół dotarło do
mnie, że skoro ja siebie nie rozumiem, oni tym bardziej nie mogą.
Ojciec, matka, przyjaciele, szkoła, nikt. Nie odnajdę swojego miejsca,
jeśli nie zrozumiem tej jednej rzeczy, która mimo zapewnień wszystkich
wokoło, że jestem taka i taka, wciąż mi umykała. Naprawdę nie chciałam
wciąż się kłócić, nie chciałam wyśmiewania, obelg, rozczarowania. Od
roku, dwóch obserwowałam z niepokojem, że milknę i z rezygnacją zaczynam
godzić się z tym, że stoję na miejscu tej gorszej, bo nie wiem. A czas
liceum to przecież ten moment, by dowiedzieć się tak banalnych spraw,
jak to, kim jesteś oraz czego i z kim chcesz.
Dlatego szukałam. Jak każdy - w internecie. Musiałam przewalić tony
cyfrowych śmieci, mowy nienawiści, elaboratów, memów, kłótni na forach,
blogów, artykułów, postów na grupach wsparcia. Tam poznałam ją. A ponieważ ona nie miała dla mnie gotowych odpowiedzi, za to wciąż
mówiła o możliwościach - zwłaszcza takiej, że wcale na żadne pytania
odpowiadać nie muszę - postanowiłam jej posłuchać. Potrzebowałam ulgi.
*
Policzki mi płonęły i czułam intensywne pulsowanie tam, gdzie tak
rozkosznie i strasznie jest się zapuszczać. A to był tylko czat! Żaden
chłopak usiłujący mnie pobudzić nigdy nie spowodował czegoś równie
słodkiego i gwałtownego jak ona. Wiktoria, nick Krako-wieczko.
To było niezmiernie miłe, ale jak na pierwszy raz musiałam ochłonąć.
Jeszcze nie oswoiłam się z pojęciami, którymi ona operowała. Poza tym...
bałam się ich. To, co tak trudno było mi komukolwiek w domu czy w szkole
wyjaśnić, okazało się mieć cały wachlarz pomocnych nazw, definicji,
rodzajów. Z każdym czytanym słowem czułam większy strach i wstyd, a w głowie dźwięczały dwa zdania, niby przekleństwo, z którego nie da się
uwolnić.
Pierwsze. Ojca. "Martynko, jeśli nie będziesz słuchać tatusia, spłoniesz
w piekle".
Trudno byłoby określić, czy ten, który pochrapywał za ścianą, wpadłby w furię bardziej przez to, że flirtuję z dziewczyną, przez to, że byłam o krok od dojścia, czy przez to, że czytałam i rozmawiałam o "tych
bezeceństwach".
Drugie. Matki. "Martynko, bądź grzeczna".
Ze strachu i podniecenia dostałam gęsiej skórki. Nie, jednak nie
chciałam zbywać Wiktorii i kończyć na dziś tego, co sprawiało mi radość,
otulało, odgradzało od mroku czającego się poza pokojem. Podciągnęłam
się na poduszkach, odetchnęłam kilka razy, potarłam ostatni raz udem o udo, przygryzając wargę, i napisałam na podświetlanej klawiaturze
laptopa:
Tyniec: Awwww. Dajesz mi tyle radości.
Krako-wieczko: Czyli poprawiłam ci nastrój? Ja czy orgazm? *.*
Tyniec: Ty <3
Krako-wieczko: No widzisz, widocznie wcale nie trzeba ci do tego
chłopaków.
Posmutniałam. Nie wiedziałam dlaczego. Podejrzewałam, że może smuci mnie
moje niedopasowanie do tego, co ojciec uważał za właściwe. Czego chcieli
koledzy z klasy. Nauczyciele, różni księża, pan Rysiek z monopolowego,
gdzie kupowałam dla ojca papierosy - ciągle powtarzał, żebym zapuściła
włosy, bo krótkie są niekobiece.
Tyniec: Wiki, ja tak strasznie chcę wiedzieć, czego mi trzeba. Ale nawet nie wiem, jak dokładnie nazywa się to, co czuję :-| Dlatego tak trudno
mi o tym opowiadać.
Krako-wieczko: Oj, to się nazywa niebinarność, głuptasie ;-D Po prostu
jesteś ponad prostacki dualizm!
Tyniec: Ale cały świat wydaje się właśnie taki :-(
Krako-wieczko: Okej, luz, jeszcze raz: przyzwyczaiłaś się, że wszystko
jest czarno-białe, i teraz ci trudno. Ale nie musisz wkuwać na pamięć
wszystkich opcji, jakie powstały, by poszerzyć zbyt mały wachlarz płci.
Ogółem uważam, że jeśli się nie wie, kim się
jest i co się czuje, to ważne, żeby wszystkie możliwe opcje poznać, ale
wcale się na którąś nie decydować. Tylko dać sobie duuuuużo czasu. Samo
się wyklaruje, bez ciśnienia.
Tyniec: Byłoby prościej wybrać. Że jestem np. neutral. Albo czy chcę
chodzić z dziewczynami, czy z chłopakami.
Krako-wieczko: Byłoby. Ale ty chcesz prawdziwej odpowiedzi, a nie
łatwej. Bosh, co ci tam robią z głową na tym wygwizdowie, biedactwo!
Jesteś niebinarna, na razie możesz założyć tyle. W kwestii tożsamości
społeczno-kulturowej możesz czuć, że masz obie płcie, nie mieć żadnej,
mieć totalnie inną od przyjętych, możesz wszystko, ale wcale nie musisz! Nie musisz być kimś według kategorii wymyślonych przez innych, bo jesteś
sobą, jedyną w swoim rodzaju. Możesz sobie wymyślić prywatny gender. Oni
tego nie zczają, olej tych wsiurów. Na świecie jest mnóstwo fajnych,
pozytywnych wariatów. Jedną taką wariatkę już masz w swojej drużynie!
<3 < 3 < 3
Jakimś cudem zejście ze sprośnego flirtu na tematy poważniejsze jeszcze
mocniej mnie pobudziło. Jakbym uwalniała coś, co niemożliwie długo
tkwiło na uwięzi. A przy okazji przeganiała z siebie diabła. Katechetka
straszyła na religii, że siedzi we mnie diabeł, bo noszę za krótkie
włosy i zbyt workowate ciuchy, ale nie byłam aż tak głupia, by jej
wierzyć - te i wszelkie inne oskarżycielskie teksty, jakich niemal
codziennie wysłuchiwałam, to był jedyny czort, jakiego to zapyziałe
miasteczko usiłowało we mnie wyhodować.
W gimnazjum religii uczyła nas siostra Hania, bardzo mi jej brakowało.
Mówiła, że Bóg kocha wszystkich i zawsze. I niezależnie, kim się
staniemy przez trudy życia, jeśli tylko szczerze będziemy żałować
potknięć, zawsze przygarnie nas do serca. Dzięki niej przez jakiś czas
znajdowałam ukojenie w wierze, mimo że ojciec przedstawiał mi na co
dzień jej znacznie bardziej radykalne oblicze. Powtarzał, że po ludziach
nie można spodziewać się miłosierdzia, czytał w kółko Stary Testament i nawet nie chciał wspominać o Nowym. Na swój sposób próbował mnie
chronić, zahartować, tak przez lata usiłowałam go przed samą sobą
tłumaczyć. Ale ile można?
Odkąd znalazłam krakowskie forum dla osób ze społeczności lgbtq+, coraz
rzadziej czułam się jak przegryw. Nawet moi szkolni prześladowcy
zauważyli zmianę, bo nie chowałam się już po kątach i nie schodziłam im
z drogi. Ojca wciąż się bałam, z ojcem wciąż nie chciałam się
skonfrontować, ale miałam już nowy cel w życiu, a było nim...
żyć zamiast zniknąć.
*
Po majcy, ostatniej lekcji, oczywiście zabrali mi plecak i rzucali nim
po korytarzu, tak że do szatni trafiłam jako jedna z ostatnich. Arek
Szumek ze swoimi pomagierami osaczył mnie w boksie mojej klasy. Kremowa
siatka idealnie pasowała na więzienie i miejsce tortur - nigdy nie
rozumiałam, czemu właśnie tak robi się szatnie, w podziemiu i koniecznie
z kratami. Nawet jeśli parę osób z klasy stanęłoby w mojej obronie, bo
świat, małych miasteczek też, nie jest aż tak beznadziejny, wszyscy już
wyszli na majowe słońce i ruszyli do domów.
- Słuchaj, lesbo. - Arek twierdził, że tak powinnam mieć na imię i parę
razy próbował mnie do tego przekonać perswazją a la Szumek. To nie był chłopak ze złego
domu, ze złem wymalowanym na twarzy, to był po prostu zaniedbany,
znudzony, źle wychowany dzieciak, niestety wyższy i dużo silniejszy ode
mnie, co strasznie go jarało. - Trzy lata trwały zakłady, niektóre
ziomki się poświęcały albo kozaczyły, że dadzą radę ci wsadzić, ale
zakłady zawsze wygrywałem ja. Zawsze mówiłem, że jesteś... pierdoloną...
lesbą.
Spojrzałam mu w oczy, pierwszy raz z tak bliska, nie będę ściemniać, że
bez strachu, ale sądzę, że z czymś nowym w źrenicach. I dla mnie, i dla
niego.
Z nadzieją.
- Masz za ciasne horyzonty, skarbie, by pojąć, kim jestem - powiedziałam
to, co mi zaleciła Wiki, nie, co kazała powiedzieć, jeśli prześladowca znów mnie
osaczy. Głosem mniej pewnym, niż bym chciała, ale przynajmniej mi nie
zadrżał ani nie odwróciłam wzroku.
I rzeczywiście, jak przewidziała Wiki, Arek na chwilę zdębiał. Potem
jednak popchnął mnie brutalnie na siatkę i wycelował palec między moje
oczy.
- Chciałem ci powiedzieć, że czas, żebyś stąd wypierdalała, i wszyscy o tobie zapomną. Ale ty zgrywasz hardą. Więc na twoim miejscu nie
wybierałbym się na studniówkę.
Wyszedł z boksu, a jego prawa ręka, Tomek Chłodek, zatrzasnął oczywiście
drzwi. Czekałam z walącym sercem, aż ich kroki ucichną, potem jeszcze
kilka minut stałam, uspokajając oddech, ze wzrokiem wbitym w ścianę za
kratą. W końcu zaczęłam wołać woźną.
Nie daj się zastraszyć, pisała mi Wiki w co dziesiątej wiadomości.
Nie dawaj im broni do ręki. Nie odbieraj jej sobie. Ale łatwo to mówić
ludziom mającym w sobie ten wyjątkowy dar, który sprawia, że zawsze
wypływają na powierzchnię. To jakby bańka powietrza, która nie pozwala
opaść na dno, coś rozpraszającego mrok, rozrzedzającego bagno w człowieku.
Ja tego nie miałam, chociaż chciałam wierzyć, że jest po prostu głęboko
schowane i kiedyś pozwoli się odnaleźć. Na ten moment byłam tym, kto
jest nikim, wbitym w muł na najczarniejszym dnie. Tym, o kim nie pisze
się książek, kto musi powtórzyć cudze słowa, by stać się słyszalnym.
Nawet nie umiałam nazwać, czym jestem! Czym! Bo czy bez
precyzyjnych pojęć i wpasowania w kategorie i szufladki mogłam być w ogóle kimś?
Książki pisze się o pięknych dziewczynach zakochanych w wampirach. A ja
ani piękna, ani prawdziwa. Wampirów wokół
jakoś nie ma, prędzej zombie wgapione w ekrany.
Jaki czytelnik chciałby poznać taką historię?
*
Błądziła palcami po moim ciele. Nie zachłannie, nie tak, jakby chciała
mnie mieć - to zawsze towarzyszyło dotykowi chłopców. A ja nigdy nie
mogłam znieść, że tak obmyślono świat, żebym się koniecznie komuś
oddawała. Nie, w jej pieszczocie nie było celu innego niż sama
pieszczota. Całkowicie czysty dotyk delikatnych opuszków palców na moim
obojczyku, pomiędzy piersiami, z boku szyi i za uchem. Totalnie
odleciałam, całkiem zapomniałam, gdzie byłyśmy.
Do mojej otumanionej świadomości wdarło się jednak czyjeś palące
spojrzenie. Oprzytomniałam, odsunęłam się nieco od Wiki i poraziło mnie
słońce zalewające krakowskie błonia. Przechodząca deptakiem kobieta
intensywnie się w nas wpatrywała. Poczułam, że policzki zapłonęły mi
jeszcze mocniej niż przed chwilą.
- Chyba ją znam... - wymamrotałam, trąc dłonią o dłoń i kuląc się na
trawie.
Wiktoria przytuliła mnie serdecznie i roześmiała się z lekkością.
- Biedactwo, aż tak się przejmujesz? Co, na waszym ryneczku macie stos
na czarownice?
Wiedziałam, że żartuje, a mimo to czułam się tylko gorzej i gorzej, z własnym spojrzeniem wbitym w plecy kobiety i z krakowieczkową beztroską
przy uchu.
- U mnie jest po prostu inaczej.
Wiki skrzywiła się i zamyśliła, pocierając brodę szczupłymi palcami. Jej
twarz miała ostre, właściwie chłopięce rysy, ale okalały ją
jasnobrązowe, wręcz miedziane falowane włosy, które spływały kaskadami
na ramiona i wciąż przyciągały mój wzrok. Oderwałam go od nich i rozejrzałam się nieco bezradnie. Nieopodal spało stadko gołębi, za
naszymi plecami wznosił się niewzruszony Wawel, oświetlony słonecznym
blaskiem niczym reflektorem. Widok jak z pocztówki. Atmosfera
niespieszności, lenistwa, daleka od świata pędzącego gdzieś obok.
Ciekawe, czy to może spowszednieć, a nawet znużyć? Pewnie dla kogoś, kto
codziennie ogląda ten skrawek świata, jest tak zwyczajny, jak widok lasu
i podwórka sąsiada z mojego okna. A może jednak nie? Może zupełnie
inaczej kształtuje nas to, z czym codziennie się stykamy? Wiki wydawała
się radosna. Pewna siebie. A mnie tego kompletnie brakowało.
- Znasz Chirurgów? - spytała po chwili.
Pokręciłam głową, wyrwana z zamyślenia.
- Szkoda! Nauczyli mnie życia. Tam jest na przykład taka Calliope.
Najpierw spała z mężczyznami, potem z kobietami. Miała męża, miała żonę,
a dziecko to w ogóle z przyjacielem. To może kogoś oburzać, albo ktoś
sobie może pomyśleć, że ona jest niepoważna i niezdecydowana i tak
dalej. Ale to jest turbonormalne.
Przekrzywiłam głowę, starając się uwierzyć.
- Słyszę cię, Wik, ale nie pocieszysz mnie serialem, którego nie
widziałam. Obiecuję nadrobić, tylko...
- Wiem, trzeba cię rozweselić na już! Roger that.
Wiki pociągnęła mnie za rękę, żebym wstała i ruszyła z nią po zielonym
stoku. Słońce przyjemnie grzało w kark, gdy podążałam za przyjaciółką
jakby do innego, lepszego świata. Ona rozglądała się pilnie wśród
czilujących na soczystej trawie ludzi. W końcu niemal wykrzyknęła "Aha!"
i ruszyła do dwóch chłopaków siedzących na ławce, ciągnąc mnie
oczywiście za sobą. Nie za bardzo lubiłam chłopców, bałam się ich, ale
starałam się zgrywać hardą.
- Cześć, panowie. Jesteście together forever? - wypaliła Wiki
bezpardonowo.
- And ever. No tak. - Kolo z irokezem, w śnieżnobiałej koszuli,
najwyraźniej uznał nas za nieszkodliwe.
- Co myślicie o niebinarności?
- Serio pytasz? To nie żaden głupi zakład ani prank? - upewnił się
drugi, z kręconymi włosami i w bluzie z Wiedźminem. Wiki energicznie
pokiwała głową. - Normalna rzecz - odparł więc. - Różnic uczy nas
kultura. Gdyby nas zostawić w spokoju, mniej byśmy się różnili.
- Wystarczy spojrzeć na moje środowisko, ja jestem w spektrum autyzmu -
dorzucił Irokez. - Często nie czaimy konstruktów kulturowych. Nie czaimy
konstruktów płci. A iq mamy takie jak normiki, zwyczajne, wyższe,
niższe. Gdyby wszystko, co rozumiemy jako płeć, było takie hurr durr
naturalne, to byśmy to łapali.
- No i co? Trzy minuty zajęło mi znalezienie ich! - Wiki pękała z dumy.
Widziała, że jestem w szoku, więc po zdawkowej wymianie jeszcze paru
zdań pożegnała chłopaków i łagodnie poprowadziła mnie nad rzekę. W Wiśle
odbijały się pyszne gmachy na przeciwległym brzegu, wodę bieliło słońce.
Słońce, albo to, co do nas z niego dociera, jest tak naprawdę zielone.
Nie żółte, to tylko interpretacja mózgu. Słyszałam o tym w radiu, bo
przecież nie w szkole1. Może cały świat, jaki znam, to tylko
interpretacje, a nie fakty? Nachyliłyśmy się nad taflą i zobaczyłam
swoją wystraszoną twarz. Wiki gładziła mnie po plecach, a ja nagle
wyobraziłam sobie, że wpycha mnie do wody. Bo to wszystko to na pewno
żart, jak zawsze, jak przez całe moje życie, i zaraz okaże się, że mnie
wykpi i poniży. Ot, dola kozłów ofiarnych, zawsze widzą zagrożenie, a zaufanie to dla nich monstrualny wysiłek.
Wodę coś zmąciło, rozchodziły się po niej regularne kręgi. Uniosłam
wzrok i natrafiłam na parę śnieżnobiałych łabędzi i jedno szare młode
pomiędzy nimi. Coś takiego tkwi w rysach i sylwetkach łabędzi, w tym,
jak suną po tafli, że wydają się istotami z innej rzeczywistości.
- O! I jeszcze one, normalnie jakby wszystko się zmówiło, żeby dać ci
mnóstwo miłości! - ucieszyła się Wiktoria. - Wiesz, czego łabędzie są
symbolem?
Do głowy przyszło mi tylko brzydkie kaczątko, jeśli chodzi o symbolikę -
nic. Mój mózg, ćwiczony do matury, na samo słowo symbol stawał okoniem.
Pokręciłam głową.
- Nawet nie kojarzysz ich z zaproszeń ślubnych? Tam symbolizują
wierność, ale to nie jedyna rzecz. Są też symbolem dwupłciowości! Ich
ciała wyglądają na "męskie", a szyje na "kobiece", i u samców, i u samic. Do tego na początku są szaro-brązowe, potem szare... No i istnieją
białe, czarne, czarnoszyje, eee, czarnodziobe! Ale my łabędzia kojarzymy
z białym, i do tego niemym. A tu kupa, świat nie jest taki jednorodny.
Faktycznie przemówiła mi tym do wyobraźni i poprawiła nastrój.
- Skąd ty bierzesz te mądrości? - spytałam.
- Z wykładów. - Wiki studiowała psychologię. - Z roku na rok będę miała
coraz więcej takich gadek do sypania z rękawa!
Zaśmiała się, na co szary młodzik podpłynął do niej bliżej, jakby
zachęcony gładkim przyjemnym dźwiękiem. Krako-wieczko kucnęła i przyglądała mu się bez słowa. Stałam, obejmowałam wzrokiem tę scenę, i starałam się odcisnąć ją w pamięci ze wszystkimi szczegółami. Wiktorię,
jasnoskórą, miedzianowłosą, beztroską, która nawiązała kontakt ze
stworzeniem z innego świata. Śmiechem przełamała granicę między
wymiarami. Roziskrzoną wodę, drżące odbicie miasta w rzece, jakby
kolejny wymiar. Jasne, nieskończone niebo. Tajemniczego ptaka u progu
życia. Siebie zafascynowaną widokiem i tym, jak Wiki na mnie wpływała.
Gdzieś podskórnie wyczuwałam, że to szczęście, jakże obce i jakże
wyczekiwane, nie może potrwać długo. Nie wierzyłam, że ofiara losu może
zaskarbić sobie jego przychylność. Dlatego coś szarpnęło mnie w okolicy
serca, jakby mówiło: "śpiesz się!", i wyrzuciłam z siebie:
- Pójdziesz ze mną na studniówkę?
Zobaczyłam w jej oczach cień, sekundę zawahania. Czasem gdzieś w niej
dostrzegałam coś... jakby uchylała się pstrokata zasłona, a za nią tkwiło
cierpienie. I cała otchłań strachu.
Jakbym patrzyła w lustro.
- Jasne! - wykrzyknęła i po cieniu nie został nawet ślad. - Ale wiesz
co? Rozdupcymy im mózgi! I tak miałam ściąć włosy. Przyjdę jako twój
chłopak. Zobaczysz, tak się odstrzelę, że nie pokapują. I nie będę z nimi gadać, tylko się kpiąco i tajemniczo uśmiechać.
Podrapałam się po głowie. Nie wiedziałam, jak to się ma do akceptacji
siebie i nieprzejmowania się opinią innych, o których ciągle mi mówiła.
Ale wyobraziłam sobie minę Areczka. Miny ich wszystkich.
- Dobra!
Jak na komendę łabędzie odpłynęły.
*
Połączyli nas z miechowskim lo. Ludzie ginęli w tłumie, rozpływali się w wirze kolorowych sukienek i osobliwych krawatów, charakterystycznych dla
młodych chłopców, którym jeszcze nie zatruto gustów męską elegancją. Nie
rozumiałam, dlaczego wszyscy tonęliśmy w blichtrze. Czy wstęp do
dorosłości to wstęp do sztuczności, do celebracji sztywnych póz,
niewygodnych kreacji i fałszywych masek? Czy to jest właśnie dorosłość?
Krako-wieczko, wysoka, w pysznym popielatym garniturze, ścięta na
krótko, z podrobionym zarostem, wyglądała jak milion dolców. Z powodzeniem mogła uchodzić za ślicznego młodego mężczyznę, na którego
widok u mojego boku klasa rozdziawiała ryje i wybałuszała gały. Po
pierwszym szoku zaczęli się oczywiście zmawiać w grupkach przy
stolikach, szukając jakiegoś podstępu - pewnie, że to kuzyn albo
opłacony chłopak do towarzystwa. Bardzo wątpiłam, by mogli wpaść na
prawdziwą naturę przekrętu. Wiki siedziała jak zblazowany facet,
poruszała się zamaszyście, cmokała na niepewne siebie dziewczyny i regularnie łapała mnie za tyłek.
Dobra, Martyna, pomyślałam sobie, czas przestać się naburmuszać i narzekać. Postanowiłam spojrzeć na cały ten spęd inaczej. Wszędzie
wisiały papierowe lampiony i błyskały kolorowe światełka, muzyka sączyła
się pośród suto zastawionych stołów, pomiędzy dźwiękami przemykały głosy
pełne ekscytacji, że oto oficjalnie można pić wódkę na szkolnej
imprezie. Przepyszne suknie jakichś sześciu setek dziewczyn, mające
podkreślić, że są już kobietami, zlewały się w coś, co chętnie
nazwałabym pawiem olbrzyma; uwielbiałam fantastykę, przez lata w nią
uciekałam, i teraz sama w sobie podkręcałam wrażenie przebywania w fantastycznej powieści. Tu olbrzym się porzygał (oczywiście, że
krasnoludami), tam smok (Arkadiusz) krążył, zły, że nie może się do mnie
zbliżyć z powodu rycerza w lśniącej zbroi, który postanowił bronić mojej
czci. Podstarzałe anioły, niektóre pochmurne, inne podchmielone,
spoglądały na nas dobrodusznie i z lekkim znużeniem, jakby wyprawiały w świat nowe pokolenie wojowników już tysięczny raz. A przy mnie tkwił
paladyn, uświęcony wojownik z sekretną mocą i krystaliczną duszą.
Oczywiście w tych generycznych wizjach pomogły mi cztery kieliszki wina.
Nie siadałyśmy w ogóle do przydzielonego stolika, żeby Wiki nie musiała
z nikim rozmawiać i nas nie zdemaskowała. Krążyłyśmy po sali,
tańczyłyśmy (moja zwiewna kremowa sukienka wirowała wtedy jak szalona;
pierwszy raz miałam na sobie coś tak kobiecego, Wiki mi
pożyczyła, ale nie czułam się w tym lepiej ani gorzej niż w dresie czy
dżinsach), spacerowałyśmy po brzegu jeziora, nad którym stała sala
bankietowa. Byłam niemal pewna, że śnię. Musiałam uspokajać oddech, bo
się hiperwentylowałam.
W końcu zajumałyśmy butelkę wina i ukryłyśmy się w altanie znalezionej
na drugim brzegu jeziora. Widziałyśmy roziskrzony budynek z oddali,
patrzyłyśmy, jak światła odbijają się od wody, co jakiś czas po tafli
niosły się krzyki, muzyka, śpiewy. Studniówka, inauguracja
przepoczwarzenia się. Tyle że ja nie czułam, bym dojrzała, bym osiągnęła
jakąś docelową formę. Na co dzień zdawałam się sobie stłamszona w ciasnym kokonie i dziś, gdyby nie Wiki, pewnie w ogóle by mnie tu nie
było. Groźbami Arka usprawiedliwiłabym przed samą sobą ucieczkę, moją
dotychczasową najlepszą przyjaciółkę.
Teraz jednak miałam inną.
Wiktoria zaśmiewała się do łez, rozpamiętując niezliczone sytuacje, w których w ciągu ostatnich godzin wprawiła "małomiasteczkowców" w osłupienie.
Podciągnęła mi sukienkę i drapała mnie sztucznym zarostem po łydkach.
Potem przeniosła się wyżej.
Rzeczywistość pulsowała i falowała. Wiktoria zawstydzająco dobrze znała
się na tym, jak mnie pobudzić, podrażnić, prawie doprowadzić do
szaleństwa, a potem wyhamować i zacząć wszystko jeszcze raz. Mój umysł
przebywał w transie, uwolniony błądził gdzieś pod niebem, z tyłu głowy
słyszałam: Nic dwa razy się nie zdarza, nie ma dwóch tych samych nocy...
Później nic nie słyszałam, bo krzyczałam. A potem była najbardziej
błoga, nieziemska cisza, jaką pamiętam. Tylko oddechy, nic więcej.
I chyba właśnie dlatego, że mój umysł stał się doskonale wyciszony,
dotarło do mnie coś jeszcze.
- Wiesz, chyba trochę żałuję, że się przebrałaś. No... - Podniosłam się
ostrożnie, bo byłam już nieźle zrobiona. Pewnie na trzeźwo bym tego nie
powiedziała. - Może trzeba było pokazać im prawdę, taką bezwstydną, a nie, że sobie bekę robimy. Nie szkodzimy jeszcze bardziej całej sprawie?
Może tu, w tych wyjątkowych okolicznościach... - Zapatrzyłam się na wodę i odległą salę bankietową. - Może po prostu daliby spokój. Mogłybyśmy
siedzieć przy stoliku, gadać z nimi...
Ona nadal leżała na ławce, z rękami pod głową, i gapiła się w niebo. Ja
patrzyłam tęsknie ku sali, Wiki w gwiazdy.
- Brakuje ci ich. W sensie: ludzi - powiedziała cicho. - A wiesz co?
Mnie brakuje jednej osoby.
- Przecież tu jestem - odparłam machinalnie, nadal zamyślona, na oślep
szukając jej ręki.
- Nie mówię o tobie.
Dotarło to do mnie dopiero po kilku sekundach. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na nią. Miała szkliste oczy, tylko one były wyraźnie widoczne
w mroku.
- Co?
- Byłam kiedyś z Zosieńką, ze wsi niedaleko Ojcowa. Najdelikatniejsze
cudeńko na świecie. Czysta i dobra. Zostałaby pewnie lekarką i ratowała
dzieciaczki. Ale nie stanęła u Bozi w kolejce po tego ignora, którego ma
większość ludzi, gdy przychodzi do tresury społecznej. Była trochę jak
ty, tylko dużo bardziej. - Westchnęła i usiadła. Poczułam, że robi mi
się zimno, a moja faza się wzmaga, chociaż jeszcze nie dotarło do mnie,
co znaczą słowa, które padły. Wyczuwałam jednak emocjonalną katastrofę.
- Ale wszyscy na tej zabitej dechami wsi się na nią zmówili. Była bardzo
rodzinna, miała tę swoją rodzinę wielką, a w niej nikogo, kto by dał jej
choć odrobinę zrozumienia. Musiała mieć długie włosy, chodzić w sukienuniach, bawić się lalkami, być grzeczna, cicha, wyjść za mąż,
rodzić dzieci. Musiała być normalna. Ja ją akceptowałam. Ja ją
rozumiałam. Ale to było za mało. To zawsze jest za mało. Oni cię zabiją.
- Popatrzyła ku studniówkowym światłom. - Tak jak ją zabili.
Przedawkowała tabletki.
Czułam, jakbym właśnie przeżywała samochodową kraksę. Mój pojazd
przywalił w lity mur. Żebra pękały z trzaskiem.
- Pocieszasz się mną - powiedziałam zdrętwiałymi ustami. - Przypominam
ci ją. Nie widzisz mnie, tylko Zosię.
- Martyna...
- Nie martynuj mi tu. - Wstałam i patrzyłam na nią z góry. Moja słabość,
niewiara w siebie, były w tamtej chwili siłą. Bo przecież miałam rację,
to tylko sen, farsa. - A przebrałaś się, bo się ich boisz. Boisz się
ludzi. Tych typowych, w ramkach, tych, co się przystosowują i nie
buntują. Tchórz. Kozak w necie, pizda w świecie.
- To idź do nich, wieśniaro, i poradź sobie beze mnie - wycedziła.
Wstała i zniknęła w ciemności.
*
Wiktoria żałowała swoich słów, ale było jeszcze za wcześnie, by je
odwołać - płomienie gniewu spalały wszelką refleksję poza żalem do
wszystkich i wszystkiego. Odeszła kawałek od altany, po czym łukiem
zawróciła do sali bankietowej po swoje rzeczy. Nie chciała już
realizować chytrego planu, chciała się stamtąd jak najszybciej zabrać.
Zgrzytała zębami, powstrzymywała łzy i mięła w palcach rękawy
pożyczonego garnituru. W szatni natrafiła na zbitą gromadę chłopaków.
Był tam cały ten Arek, spierdolina jakich mało. Minęła chojraków z pogardą, wzięła plecak od szatniarza, ale zanim udało jej się opuścić
budynek, poczuła silne szarpnięcie za ramię. No tak, mieli ją za faceta,
więc przykładali inną siłę do gestów.
- Jesteś podstawiony, co? Wyrobiłeś godziny? Gdzie ta lesba?
Wiktoria miała ochotę odpowiedzieć, że w altanie, ale nie zrobiła tego.
Nie zareagowała na zaczepkę Szumka. Zignorowała ból ręki, zignorowała
wieśniaków i parła ku wyjściu z tego badziewnego miejsca pełnego
tandetnych kryształów i idiotycznych rzeźb. Kiczowaty przepych dla mało
wymagających. Odetchnęła głęboko, gdy wyszła na zewnątrz. Pomaszerowała
ku szosie. Było trochę za wcześnie, ale mogła przecież poczekać na
przystanku. SMS-a już wysłała, niepokoił ją tylko nieco brak odpowiedzi.
Nuciła, żeby dodać sobie otuchy; nie lubiła samotnego przemierzania
ciemności.
Może dziś ostatni niosę dzień
Na progu czeka zmierzch
Może stanę się nostalgią zapłakanych miejsc
Może dziś ostatni wspólny lęk
Ostatni smutny wiersz
Może będę cichym widmem
Szafką zniknięć
A może skończy się
Ach, opuszczasz mnie
Pod ziemię sypiesz piach
Wiesz, że boję się ciemności
Wiesz, że tak
Niemal wyszła z alei pogrążonej w mroku drzew i doszła do błyskających
świateł przejeżdżających samochodów. Niemal. Tym razem nie poczuła
szarpnięcia, ale cios w bark. Był tak silny, że upadła i ogarnęły ją
mdłości. Obrzydliwe doznanie prądu rozlewało się od ramienia w górę i w dół, na szyję i cały bok. Jak faceci to znosili?
- Kobiet nie biję, ale wreszcie mogę sobie zadośćuczynić trzy lata
postu. - Areczek zarechotał nad nią. - Mówiłem jej, żeby nie
przychodziła. A ona jeszcze zabiera podstawionego przydupasa, słupa. No
to teraz zobaczy.
Kopnięcie w nerki. Wiktoria zwinęła się, ból był porażający jak błysk
światła; nie wiedzieć czemu wciąż nie potrafiła dobyć z siebie głosu.
Ktoś pchnął ją na plecy, Arek na niej usiadł. Zaczął sprzedawać tuby w twarz. Oszołomiona nie rozumiała, co się wokół niej dzieje. Potem ciosy
stały się silniejsze. Były wszędzie. Ogłuszające, zabierające oddech,
wgniatające ją w ziemię.
- Nie jestem... - próbowała, ale wyszło z tego tylko charknięcie.
Napastnik był silny. Kolekcjonowanie atrybutów męskości dodawało mu
pewności siebie.
Arkowi wydawało się, że dzięki pompowaniu muskułów łatwiej ignorować
problemy, na które "w życiu mężczyzny nie ma miejsca". Jak obojętni
rodzice. Jak nudna szkoła. Jak dziewczyna, która zawsze mu się podobała,
ale fisiowała, zamiast być prawdziwą
dziewczyną, tak jak on był prawdziwym mężczyzną.
Który umie zadawać ciosy.
A jednak...
*
Usiłowałam wydostać się spod wody.
Gapiłam się na ciemną taflę i czułam, jakbym tam była, w lodowatej,
ciężkiej toni, która zamknęła mi się bezlitośnie nad głową.
Martyna Tyniecka, skończony przegryw i ofiara. Jak ktoś miałby mnie
rozumieć, skoro sama nic o sobie nie wiem? I chyba nie chcę wiedzieć,
pomyślałam, wrzucając pustą butelkę do jeziora. Nie śmieciłabym na
trzeźwo, ale byłam w zamrożeniu, żywa i martwa niczym kot Schrödingera,
i ochrona środowiska wydawała się dotyczyć jakiegoś innego świata, tego
poza pudełkiem z trutką, która w każdej chwili może mnie zabić. Albo już
to zrobiła. Zimna, gęsta woda zdawała się zalewać mi płuca. Miałam przed
oczami te wszystkie ankiety, wnioski, dokumenty, gdzie trzeba było
postawić ptaszka przy "kobieta" lub "mężczyzna". Oczami wyobraźni
widziałam, jak na każdym tym świstku wyrasta trzecia opcja: trup.
W głuchej, podwodnej ciszy własnego wnętrza przypomniałam sobie
psychologiczne mądrości. Mózg pogrążony w rozpaczy narkotyzuje się nią,
wszystko wyolbrzymia, zwłaszcza gdy znajduje się pod wpływem alkoholu
bądź innych substancji. Kiedy jesteś zrozpaczony/a i pijany/a, nie bądź
sam/a, znajdź pomoc i wytrzeźwiej. Znajdź pomoc... kiedy jesteś sam/a...
Przez jedną sekundę miałam ochotę zadzwonić do mamy. Tylko jedną. Kilka
tygodni temu odważyłam się powiedzieć jej, naprawdę nie wiem, po co, że
już chyba rozumiem, skąd te jej wszystkie "problemy wychowawcze" ze mną.
Że wreszcie znalazłam odpowiednie źródła informacji i mądrych ludzi, i że nie identyfikuję się ze swoją płcią. Mama milczała jakiś czas, aż
spytała: "Czyli uważasz, że jesteś chłopcem? Tak ci ktoś nagadał?".
"Nie, mamo, w tej chwili nie wiem, za kogo się uważam, ale wiem, za kogo
się nie uważam". Mama pokiwała wtedy głową, po czym zabrała mi telefon i odłączyła internet. I kazała się uczyć do matury z książek.
Szybko musiała oddać mi kontakt ze światem, bo tego wymagał program
nauczania, ale stała się dla mnie jeszcze bardziej oschła. Tak jak
podejrzewałam, nie powiedziała ojcu o moim wyznaniu. Ojciec by mnie
zabił.
"Martynko, jeśli nie będziesz słuchać tatusia, spłoniesz w piekle".
"Martynko, bądź grzeczna".
Matka znów skupiła się na moim idealnym bracie; niedawno się zaręczył i pracował w korpo w Warszawie, a ja byłam dopustem bożym, który znosiła,
za który się modliła, i co do którego wyczekiwała, aż pójdzie z domu w cholerę.
Nie mogłam zadzwonić do matki. I nie do Wiktorii. Natalia była mi
najbliższa z klasy, ale dzisiaj chciała przeżyć swój pierwszy raz. Był
jeszcze Bysior z forum... Forum... Na pewno mi pomogło? Czy tylko
wprowadziło zamęt i wypluło z siebie w moje życie Wiktorię - prawdziwe
tornado?
Nachyliłam się nad taflą tak, że straciłam równowagę i omal nie wpadłam
do wody. Zanurzyłam w niej rękę i zachlapałam swoją absurdalną kreację.
Usiadłam na trawie i zdjęłam buty, poczułam rosę pod stopami. Ciemna
woda, mętna woda. Powinnam się od niej odsunąć. Ale dokąd miałabym
pójść? Na bal?
Ilu takich było, przez lata inicjacji i dzikich pijanych pląsów wokół
wchodzenia w dorosłość? Tych, którzy usiłowali wtopić się w tło,
zniknąć jak cukier w gorącej wodzie, ślizgać się jak po lodzie,
których tygodnie przed wydarzeniem bolał brzuch, którzy byli wręcz
śmiertelnie przerażeni, bo nie pasowali, nie rozumieli albo po prostu
nie chcieli brać w tym udziału? Ilu modliło się, by nie być dorosłym,
skoro dorosłość miała tak wyglądać, ale i nie wracać do dzieciństwa,
więc tak naprawdę prosiło o niebyt? Ilu z tych wszystkich normików w ogóle przeszło przez myśl, że rytuały, nakazy, wymagania, którymi
oblepia się człowieka, im jest starszy, tym ściślej - niektórych
zadręczają na śmierć?
Byłam pewna, że nikt o takich jak my dziś nie myślał. Koniecznie
wpasowanych w tło, by poczuć się choć przez chwilę akceptowanymi.
Kupujących cały ten hałas o nic, wbrew sobie, byleby tylko nie usłyszeć
złego słowa. Nie doznać wstydu. Nie paść ofiarą przemocy.
Nikt. Nawet Wiki ganiała tylko za duchami.
Coś we mnie drgnęło. Jakby ktoś przyłożył łyżki defibrylatora do
nieruchomego serca. To wskrzeszał mnie gniew. Wiktoria miała plecak w szatni, na pewno po niego wróci. Ale poszła w drugą stronę. Może zdążę
jej go zabrać? Niech ma problem. Niech ma choć jeden pierdolony problem,
który ma mniej niż sto lat. A tyle mi mówiła o tym, by nie żyć
przeszłością! Cała jest z kłamstw, krakowska sucz.
*
Wiktoria sądziła, że jeśli kiedyś pofrunie, będzie to wspaniałe
doświadczenie. Niestety, obecnie wszystkie części ciała zdawała się mieć
przybite gwoździami do ziębiącej ziemi, a klatka piersiowa najwyraźniej
skrywała w sobie olbrzymi balon, bo dziewczyna czuła, jakby jej pierś
miała eksplodować. Wydawało jej się, że wraz z tą nabrzmiałą klatką
unosi się ku upstrzonej gwiazdami czerni i było jej od tego bardzo
niedobrze, ale w gardle nie miała wymiocin, tylko coś, od czego się
krztusiła.
- Masz krew w płucu - orzekła Zosia, stojąca nad nią w okularach i białym kitlu. Czarne loki spięła na czubku głowy.
- Co ty tam wiesz, nie zostałaś lekarką - chciała odpowiedzieć, ale
tylko zarzęziła.
Jakaś rozchichotana parka zbliżała się od strony studniówki. Wiki leżała
pod drzewem, w plamie czerni, nie mogła się poruszyć, a upiorne dźwięki,
które wydawała, nie miały szans dolecieć do pijanych maturzystów.
- Ale gdyby się wzbić w powietrze - nuciła Zosia, akompaniując
odgłosom agonii i patrząc w gwiazdy - i unosić się na wietrze...
- Zmień repertuar, Zośka - szepnęła Wiktoria. - Nie lubię tej piosenki.
- Och tak, ty lubisz mroczne. Mocny bas, te sprawy.
- Obok mego ciała... ptaki wiją gniazda... płacze na mnie deszcz... leżę tu
jak Laura...
- Cicho bądź, nie przysparzaj sobie bólu. - Zosia westchnęła. - Już ci
zanucę.
Znów żegnam cię po raz tysięczny
Twój jedyny wierny towarzysz
Wracasz wciąż z chęci zemsty
I znowu się wewnątrz poparzysz
Nie znam tego dobrze, Wiki... Ale ostatnie życzenie jest święte.
Kiedy tu wracasz, to płaczesz
A kiedy umierasz, to chyba się śmiejesz
Odlecisz oknem pod dachem
Nie jesteś ptakiem...
Pobliskie zarośla zaszeleściły. Zosia czujnie spojrzała w tamtym
kierunku. Wiktoria mogła jedynie spoglądać na nią, ostatni wyraźny punkt
pośród nabierającej głębi czerni. Tej, przez którą każdy musi przejść
sam, niezależnie od strachu.
Może będę cichym widmem
Szafką zniknięć...
*
Dobiegłam do sali bankietowej. Przed wejściem Arek i świta zjebów palili
fajki.
- Chciałaś się utopić, Martynia? Nawet to ci nie wychodzi!
Wpadłam do szatni, sprawdziłam naszą szafkę na rzeczy. Plecaka już nie
było.
Weszłam do łazienki, ale nawet nie spojrzałam w lustro. Wściekłość
powoli ze mnie uchodziła, jakbym flaczała, rozpływała się. Mogłam
zadzwonić do kumpla mojego brata, który twierdził, że zawsze po mnie
przyjedzie, poprosić o odwiezienie do domu. Powinnam tak zrobić.
Poczułam na sobie spojrzenie. Pod ścianą przy drzwiach stała drobna
blondynka w czarnych dziurawych rurkach, z wytatuowanymi rękami i dekoltem, z różowymi końcówkami włosów i przenikliwym spojrzeniem. Z zaplecionymi na piersiach ramionami opierała się o zimne płytki i nie
spuszczała ze mnie wzroku. Miałam ochotę na nią warknąć, żeby dała mi
spokój.
- Mogę cię stąd zabrać, Martyna - zapewniła. - Nie mam planu. Mogę
wszystko jeszcze zmienić. Tylko powiedz, czego chcesz.
Jakaś wariatka. Buzująca we mnie złość nagle wystrzeliła niczym korek z szampana.
- Nie wiem! - wrzasnęłam.
Minęłam ją bez słowa, upewniłam się, że chłopaków już nie ma na
zewnątrz, i wyszłam przed budynek. Spojrzałam w stronę szosy. Chciałam
wybrać ten cholerny numer, ale jakoś nie umiałam dać za wygraną. Nie
umiałam pogodzić się z nijakością mojego życia, ze statusem przegrywa.
Potrzebowałam zrobić na złość komukolwiek, a że nikt, na kim mi
zależało, nie zwracał na mnie uwagi, pozostawało robić na złość sobie.
Dlatego weszłam do środka, wzięłam jeszcze jedną odkorkowaną butelkę i wróciłam do altany.