Wszystkie jasne miejsca - Jennifer Niven

Kup ebooka

34.90 zł
26.89 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Finch. Znów jestem obudzony. Dzień 6

Finch

Znów jestem obu­dzony. Dzień 6

Czy to dobry dzień, by umrzeć?

Zadaję sobie to pyta­nie rano, kiedy wstaję z łóżka. Na trze­ciej lek­cji, gdy wal­czę z opa­da­ją­cymi powie­kami pod­czas mono­ton­nego wykładu pana Shro­edera. Przy kola­cji, poda­jąc fasolkę szpa­ra­gową. W nocy, kiedy leżę bez­sen­nie, ponie­waż mój umysł nie chce się wyłą­czyć, bo tyle mam do myśle­nia.

Czy dzi­siaj jest ten dzień?

A jeśli nie - to kiedy?

Zadaję sobie to pyta­nie także i teraz, sto­jąc na wąskiej półce sześć pię­ter nad zie­mią. Znaj­duję się tak wysoko, że prak­tycz­nie sta­no­wię część nieba. Patrzę na znaj­du­jący się w dole chod­nik, a wtedy świat się prze­chyla. Zamy­kam oczy, podoba mi się, jak wszystko zaczyna wiro­wać. Może tym razem to zro­bię - dam się ponieść powie­trzu. To będzie jak uno­sze­nie się na wodzie w base­nie, pły­wa­nie tak długo, aż ogar­nie mnie nicość.

Nie pamię­tam samego wcho­dze­nia na wieżę. Ba, nie pamię­tam zbyt wiele sprzed ostat­niej nie­dzieli, nie wspo­mi­na­jąc już o zimie. To mi się cią­gle zda­rza - okresy zupeł­nej pustki, a potem obu­dze­nie. Jestem jak ten bro­daty sta­rzec, Rip Van Win­kle. Raz widzialny, raz nie. Można by pomy­śleć, że już do tego przy­wy­kłem, ale ostat­nio było jak dotąd naj­go­rzej, ponie­waż prze­spa­łem nie kilka dni, tydzień czy nawet dwa, ale wszyst­kie święta, czyli Dzięk­czy­nie­nie, Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok. Nie potra­fię dokład­nie okre­ślić tej róż­nicy, wiem tylko, że gdy się obu­dzi­łem, czu­łem się bar­dziej mar­twy niż zwy­kle. Roz­bu­dzony, ow­szem, ale zupeł­nie pusty, jakby w tym cza­sie ktoś żywił się moją krwią. Dzi­siaj mija szó­sty dzień obu­dze­nia, to mój pierw­szy tydzień w szkole od 14 listo­pada.

Otwie­ram oczy, zie­mia na­dal jest na swoim miej­scu, twarda i nie­zmienna. Znaj­duję się na dzwon­nicy szkoły śred­niej, stoję na gzym­sie o sze­ro­ko­ści może dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Sama wieża jest dość mała, zale­d­wie metr prze­strzeni wokół dzwonu plus niska kamienna balu­strada, nad którą musia­łem przejść, żeby tu sta­nąć. Co jakiś czas ude­rzam w nią nogą, by się upew­nić, że na­dal tu jest.

Roz­po­ście­ram ramiona, jak­bym wygła­szał kaza­nie, a to całe nie­wiel­kie i tak okrop­nie nudne mia­sto było zgru­po­wa­niem moich para­fian.

- Panie i pano­wie! - krzy­czę. - Zapra­szam was ser­decz­nie na moją śmierć! - Być może powi­nie­nem był powie­dzieć "na moje życie", skoro wła­śnie się obu­dzi­łem i w ogóle, ale gdy się budzę, zaraz roz­my­ślam o umie­ra­niu.

Wykrzy­kuję swoje prze­my­śle­nia na modłę daw­nego kazno­dziei, potrzą­sa­jąc głową, zawie­sza­jąc gwał­tow­nie koń­cówki wyra­zów, aż nie­mal tracę rów­no­wagę. Chwy­tam się balu­strady. Dobrze, że nikt tego nie widzi. Bo powiedzmy sobie szcze­rze, trudno jest wyglą­dać na nie­ustra­szo­nego, kiedy czło­wiek trzyma się kur­czowo porę­czy niczym zupełny tchórz.

- Ja, The­odore Finch, pozo­sta­jąc nie w pełni władz umy­sło­wych, prze­ka­zuję niniej­szym wszyst­kie moje docze­sne dobra Char­liemu Dona­hue, Bren­dzie Shank-Kra­vitz oraz moim sio­strom. Wszy­scy pozo­stali mogą iść się p_ _ _rzyć. - Mama uczyła nas, żeby zawsze lite­ro­wać brzyd­kie słowa (jeśli ich uży­cie jest naprawdę konieczne), a naj­le­piej w ogóle ich nie sto­so­wać. Ze smut­kiem stwier­dzam, że wpo­iła mi tę zasadę na amen.

Cho­ciaż był już dzwo­nek, nie­któ­rzy ludzie z mojej klasy na­dal kręcą się po boisku. To pierw­szy tydzień dru­giego seme­stru ostat­niej klasy, a oni zacho­wują się tak, jakby już skoń­czyli szkołę. Któ­ryś pod­nosi głowę i patrzy w moją stronę, jakby mnie sły­szał, ale pozo­stali nie reagują. Albo mnie nie zauwa­żyli, albo wie­dzą, że stoję na wieży i "No dobra, prze­cież to tylko ten wariat Finch".

A potem odwra­cają wzrok i poka­zują do góry. Począt­kowo myślę, że na mnie, ale w tej samej chwili dostrze­gam ją. Dziew­czynę. Stoi po dru­giej stro­nie wieży, też na gzym­sie, jej ciem­no­blond włosy powie­wają na wie­trze, a spód­niczka pęcz­nieje niczym spa­do­chron. I cho­ciaż w India­nie mamy sty­czeń, jest tylko w raj­sto­pach, buty trzyma w ręku i wpa­truje się albo we wła­sne stopy, albo w zie­mię - trudno powie­dzieć. Spra­wia wra­że­nie, jakby wro­sła w pod­łoże.

Odzy­wam się swoim zwy­kłym, nie­ka­zno­dziej­skim gło­sem, naj­spo­koj­niej, jak potra­fię:

- Uwierz mi, naj­gor­sze, co możesz zro­bić, to spoj­rzeć w dół.

Odwraca bar­dzo powoli głowę w moim kie­runku. Znam tę dziew­czynę, a przy­naj­mniej widy­wa­łem ją na szkol­nym kory­ta­rzu.

- Czę­sto tu bywasz? - Nie mogę się powstrzy­mać. - Bo to w sumie moje ulu­bione miej­sce, a wcze­śniej cię tu nie spo­tka­łem.

Nie śmieje się, nie mruga nawet, tylko patrzy na mnie zza ogrom­nych oku­la­rów, które zakry­wają pra­wie całą jej twarz. Chce zro­bić krok do tyłu, ale ude­rza stopą w balu­stradę. Chwieje się, lecz zanim wpad­nie w panikę, prze­ma­wiam do niej:

- Nie wiem, co cię tu spro­wa­dza. Jeśli cho­dzi o mnie, to mia­sto z góry lepiej się pre­zen­tuje, ludzie wydają się ład­niejsi, a naj­gorsi wyglą­dają nie­malże na dobrych. Nie licząc Gabe'a Romero, Amandy Monk i całej tej ekipy, z którą się zada­jesz.

Ma na imię Vio­let. Vio­let Jakaś­tam. Cie­szy się wielką popu­lar­no­ścią, to jedna z tych dziew­czyn, któ­rych nie spo­dzie­wał­byś się spo­tkać na wąskim gzym­sie sześć pię­ter nad zie­mią. Pod tymi paskud­nymi oku­la­rami kryje się ładna buzia, przy­po­mi­na­jąca tro­chę por­ce­la­nową lalkę. Wiel­kie oczy, twarz w kształ­cie serca, usta, które tylko cze­kają, by wygiąć się w słod­kim uśmie­chu. To dziew­czyna, która cho­dzi z face­tami pokroju Ryana Crossa, szkol­nej gwiazdy base­ballu, a w sto­łówce sie­dzi z Amandą Monk i innymi kró­lo­wymi balu.

- Ale bądźmy szcze­rzy, nie weszli­śmy tu, żeby podzi­wiać widoki. Jesteś Vio­let, prawda?

Mruga raz, co biorę za odpo­wiedź twier­dzącą.

- The­odore Finch - przed­sta­wiam się. - Chyba w zeszłym roku cho­dzi­li­śmy razem na matmę.

Znowu mru­gnię­cie.

- Nie­na­wi­dzę mate­ma­tyki, jed­nak nie dla­tego tu jestem. Nie mam żalu, jeśli to wła­śnie twój powód. Jesteś pew­nie lep­sza ode mnie z matmy, bo prak­tycz­nie o każ­dym można to powie­dzieć, ale w porządku, nie rusza mnie to. Wybi­jam się w innych, waż­niej­szych dzie­dzi­nach, mię­dzy innymi w grze na gita­rze, sek­sie oraz nie­ustan­nym roz­cza­ro­wy­wa­niu ojca. A tak na mar­gi­ne­sie, to prawda, że ni­gdy nie wyko­rzy­stasz jej w praw­dzi­wym życiu. Mówię o mat­mie.

Cały czas nawi­jam, powoli jed­nak tracę natchnie­nie. Po pierw­sze, chce mi się siku, więc zaczy­nam się wier­cić nie­spo­koj­nie (uwaga na póź­niej: zanim posta­no­wisz ode­brać sobie życie, nie zapo­mnij sko­rzy­stać z toa­lety). Po dru­gie, zaczyna padać. W tej tem­pe­ra­tu­rze deszcz z pew­no­ścią zamieni się w lodo­watą breję, zanim dotknie ziemi.

- Zaczyna padać - stwier­dzam, jakby tego nie wie­działa. - Zapewne warto zauwa­żyć w tym miej­scu, że deszcz zmyje naszą krew, więc będą mieli mniej sprzą­ta­nia niż w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach. Ale wła­śnie ta masa­kra mnie wstrzy­muje. Nie jestem próżny, jed­nak pozo­staję czło­wie­kiem. Nie wiem jak ty, ale ja oso­bi­ście wolał­bym nie wyglą­dać pod­czas pogrzebu, jak gdyby prze­je­chał po mnie walec.

Dziew­czyna trzę­sie się ze zde­ner­wo­wa­nia albo drży z zimna - nie wiem. Przy­su­wam się w jej stronę, z nadzieją, że nie spadnę, zanim do niej dotrę. Ostat­nie, czego pra­gnę, to zro­bić z sie­bie idiotę w jej obec­no­ści.

- Wyraź­nie powie­dzia­łem, że chcę zostać skre­mo­wany, ale moja mama nie popiera tego roz­wią­za­nia. - A ojciec zrobi, cokol­wiek tylko będzie chciała, żeby nie stre­so­wać jej jesz­cze bar­dziej niż dotąd, a zresztą "jesteś o wiele za młody, żeby myśleć o takich rze­czach, twoja bab­cia dożyła dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu lat, teraz nie będziemy o tym roz­ma­wiać, The­odore, nie dener­wuj matki".

- Tak więc dla mnie będzie to otwarta trumna, co ozna­cza, że jeśli sko­czę, nie będę się ele­gancko pre­zen­to­wał. Zresztą, wolę moją twarz nie­tkniętą, no wiesz, dwoje oczu, jeden nos, jedne usta, pełen kom­plet zębów - jeśli mam być szczery, to naj­lep­sze, czym obda­rzyła mnie natura. - Uśmie­cham się, żeby sama mogła się prze­ko­nać. Wszystko tak, jak trzeba, przy­naj­mniej na zewnątrz.

Nie odzywa się, więc prze­su­wam się dalej, na­dal przy tym gada­jąc.

- A naj­bar­dziej mi żal przed­się­biorcy pogrze­bo­wego. Taka gów­niana robota, a jesz­cze musiałby się zająć takim dup­kiem jak ja.

Z dołu roz­lega się czyjś krzyk:

- Vio­let? Tam jest Vio­let?

- O Boże - mówi tak cicho, że ledwo ją sły­szę. - OBo­że­Bo­że­Boże. - Wiatr pod­wiewa jej spód­niczkę i włosy, wygląda, jakby zaraz miała odle­cieć.

Na dole zaczyna się coś dziać, więc wołam:

- Nie pró­buj mnie rato­wać! Bo sama zgi­niesz! - A potem odzy­wam się cicho, żeby tylko ona mnie sły­szała: - Uwa­żam, że powin­ni­śmy zro­bić tak... - Znaj­duję się już jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów od niej. - Chcę, żebyś rzu­ciła buty w stronę dzwonu, a potem przy­trzy­maj się balu­strady, po pro­stu chwyć ją mocno, oprzyj się o nią i prze­łóż prawą nogę. Rozu­miesz?

- Tak. - Kiwa głową i pra­wie traci rów­no­wagę.

- Nie kiwaj głową.

- Tak.

- I nie pomyl się, nie zrób kroku do przodu, zamiast do tyłu. Zaczy­nam odli­czać. Na trzy, dobrze?

- Tak. - Odrzuca buty, opa­dają z głu­chym łosko­tem na beton przy dzwo­nie.

- Raz. Dwa. Trzy.

Chwyta za kamienną barierkę i się o nią zapiera, po czym unosi nogę, prze­kłada na drugą stronę, dzięki czemu sie­dzi okra­kiem na balu­stra­dzie.

Wpa­truje się w zie­mię, widzę, że znów zamiera, więc mówię:

- Dobrze. Bar­dzo dobrze. Tylko nie patrz w dół.

Powoli prze­nosi na mnie wzrok, a potem prawą stopą dotyka posadzki wieży.

- Teraz prze­łóż lewą nogę i postaw ją jak naj­da­lej. Nie pusz­czaj się balu­strady. - Trzę­sie się tak bar­dzo, że sły­szę, jak jej zęby dzwo­nią, ale lewa noga dołą­cza do pra­wej i już wiem, że jest bez­pieczna.

Zosta­łem sam na gzym­sie. Po raz ostatni spo­glą­dam w dół, poza moje stopy w roz­mia­rze czter­dzie­ści osiem, które na­dal rosną - dzi­siaj mam na sobie teni­sówki z neo­no­wymi sznu­ro­wa­dłami - poza otwarte okna na trze­cim pię­trze, na dru­gim i pierw­szym, poza Amandę Monk, która recho­cze na stop­niach i zarzuca blond wło­sami niczym kuc grzywą, a głowę zakrywa książ­kami, pró­bu­jąc flir­to­wać i jed­no­cze­śnie chro­nić się przed desz­czem.

Patrzę poza tym wszyst­kim, na zie­mię, teraz mokrą i śli­ską, i wyobra­żam sobie, że na niej leżę.

"Wystar­czyłby krok do przodu i w kilka sekund byłoby po wszyst­kim. Koniec wariata Fincha. Koniec bólu. Koniec wszyst­kiego".

Sta­ram się zapo­mnieć o nie­spo­dzie­wa­nym incy­den­cie rato­wa­nia życia i wra­cam do bie­żą­cej sytu­acji. Przez chwilę czuję spo­kój, gdy mój umysł się wyci­sza - zupeł­nie, jak­bym już nie żył. Jak­bym prze­by­wał w sta­nie nie­waż­ko­ści, zupeł­nie wolny. Nie musiał bać się niczego i nikogo, nawet samego sie­bie.

Wtedy sły­szę głos za ple­cami:

- Chcę, żebyś przy­trzy­mał się balu­strady. Po pro­stu chwyć ją mocno, oprzyj się o nią i prze­łóż prawą nogę.

Wła­ściwa chwila minęła, teraz mam wra­że­nie, że to był idio­tyczny pomysł, nie licząc może miny Amandy, gdy­bym prze­le­ciał obok niej. Śmieję się na samą myśl. Wybu­cham tak grom­kim śmie­chem, że pra­wie spa­dam z wieży, a to mnie prze­raża - naprawdę prze­raża. Vio­let łapie mnie w obję­cia, a Amanda pod­nosi głowę.

- Psy­chol! - krzy­czy ktoś. Amanda i jej ekipa pry­chają. Amanda przy­kłada dło­nie do mię­si­stych warg i krzy­czy:

- Nic ci nie jest, V?

- Nie. - Vio­let pochyla się nad barierką, ale na­dal trzyma się moich nóg.

Roz­lega się skrzy­pie­nie drzwi pro­wa­dzą­cych na szczyt wieży i na progu poja­wia się mój naj­lep­szy kum­pel, Char­lie Dona­hue. Char­lie jest czar­no­skóry. Ale nie żaden brąz czy gra­fit, naj­czar­niej­sza czerń. I cho­dzi z dziew­czy­nami do łóżka czę­ściej niż kto­kol­wiek, kogo znam.

- Dzi­siaj dają pizzę - oznaj­mia. Zupeł­nie jak­bym wcale nie stał na kra­wę­dzi wieży, sześć pię­ter nad zie­mią, z roz­po­star­tymi ramio­nami i dziew­czyną trzy­ma­jącą się kur­czowo moich nóg.

- No dalej, waria­cie. Może wresz­cie to zro­bisz, co? - wrzesz­czy z dołu Gabe Romero, zwany też Roame­rem oraz Dup­kiem Żołęd­nym. Kolejny wybuch śmie­chu.

"Nie mogę, bo mam dzi­siaj randkę z twoją matką" - mam ochotę powie­dzieć, ale nie robię tego, bo, powiedzmy sobie szcze­rze, to wyjąt­kowo kiep­ska odzywka. A poza tym wla­złby na wieżę, stłukłby mnie na kwa­śne jabłko i zepchnął w dół, co zupeł­nie zaprze­cza­łoby idei samo­bój­stwa.

- Dzięki za to, że mnie ura­to­wa­łaś, Vio­let! - krzy­czę zamiast tego. - Nie wiem, co bym zro­bił, gdy­byś się nie zja­wiła. Pew­nie leżał­bym już mar­twy.

Ostat­nią twa­rzą, na jaką pada mój wzrok, zanim zejdę, jest twarz szkol­nego psy­cho­loga. Pan Embry patrzy na mnie wście­kle, a wtedy myślę: "Super. Po pro­stu super".

Pozwa­lam Vio­let, by pomo­gła mi przejść przez balu­stradę. Z dołu roz­le­gają się wiwaty, ale nie dla mnie, tylko dla niej, dla boha­terki. Z tak bli­skiej odle­gło­ści widzę, jak gładka i nie­ska­zi­telna jest jej skóra, nie licząc dwóch pie­gów na pra­wym policzku. Oczy ma sza­ro­zie­lone, co przy­wo­dzi na myśl jesień. Te jej oczy wywie­rają na mnie ogromne wra­że­nie. Są wiel­kie, fra­pu­jące, patrząc na nie, mam wra­że­nie, że widzą wszystko. Są cie­płe, ale też kon­kretne, rze­czowe. To oczy, które zaglą­dają pro­sto w duszę, widzę to mimo jej oku­la­rów. Jest ładna i dość wysoka, ale nie za bar­dzo. Ma dłu­gie nogi i kształtne bio­dra, co lubię u dziew­czyn. Nie­stety, wiele lasek w szkole ma syl­wetkę jak chło­pak.

- Ja sobie tylko sie­dzia­łam na balu­stra­dzie - mówi. - Na wieży. Nie weszłam tu, żeby...

- Pozwól, że cię o coś zapy­tam. Uwa­żasz, że ist­nieje coś takiego jak ide­alny dzień?

- Co takiego?

- Ide­alny dzień. Od rana do nocy. Kiedy nie dzieje się nic okrop­nego, smut­nego ani zwy­czaj­nego. Uwa­żasz, że to moż­liwe?

- Nie wiem.

- A prze­ży­łaś kie­dyś taki dzień?

- Nie.

- Ja też nie. Ale na­dal go szu­kam.

- Dzię­kuję ci, The­odo­rze Finch - szep­cze. Staje na pal­cach i całuje mnie w poli­czek. Czuję zapach jej szam­ponu, jest podobny do zapa­chu kwia­tów. - Jeśli komu­kol­wiek o tym powiesz, zabiję cię. - Chwyta buty i ucieka z wieży i desz­czu, wycho­dzi przez drzwi, za któ­rymi znaj­dują się ciemne, roz­pa­da­jące się schody, pro­wa­dzące do zbyt jasnych i zbyt zatło­czo­nych szkol­nych kory­ta­rzy.

Char­lie śle­dzi Vio­let wzro­kiem, a kiedy drzwi się za nią zamy­kają, odwraca się do mnie.

- Po co to robisz?

- Ponie­waż wszy­scy musimy kie­dyś umrzeć. Ja tylko chcę być przy­go­to­wany. - Oczy­wi­ście, to nie jest praw­dziwy powód, ale jemu wystar­czy. Prawdę powie­dziaw­szy, ist­nieje wiele róż­nych przy­czyn, więk­szość zmie­nia się z dnia na dzień. Na początku tygo­dnia było to trzy­na­stu dzie­się­cio­lat­ków zabi­tych przez jakie­goś sukin­syna, który otwo­rzył ogień w szkol­nej sali gim­na­stycz­nej, wcze­śniej dziew­czyna o dwa lata młod­sza, która zmarła na raka, facet, który kopał psa pod kinem, albo mój ojciec.

Char­lie może i sobie tak myśli, ale nie powie na głos, że jestem waria­tem i dzi­wa­kiem. Dla­tego wła­śnie jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Poza tym, że cenię w nim tę zaletę, nie mamy ze sobą wiele wspól­nego.

***

Teo­re­tycz­nie rzecz bio­rąc, jestem w szkole warun­kowo. Wiąże się to z pew­nym drob­nym incy­den­tem, obej­mu­ją­cym ławkę oraz tablicę (dla waszej infor­ma­cji, koszt zakupu nowej tablicy jest znacz­nie wyż­szy, niż można się tego spo­dzie­wać). A także pew­nym zaj­ściem, pod­czas któ­rego w cza­sie apelu została roz­bita gitara, nie­le­gal­nym uży­ciem sztucz­nych ogni i jedną bija­tyką - no, może dwiema. W rezul­ta­cie zgo­dzi­łem się mimo­wol­nie na nastę­pu­jące roz­wią­za­nie: coty­go­dniowe wizyty u psy­cho­loga, utrzy­ma­nie ocen na pozio­mie B oraz udział w przy­naj­mniej jed­nych zaję­ciach dodat­ko­wych. Wybra­łem makramę, ponie­waż jestem tam jedy­nym face­tem pośród dwu­dzie­stu nie naj­gor­szych lasek, co wyda­wało mi się dosko­na­łym posu­nię­ciem. Muszę też zacho­wy­wać się popraw­nie, trak­to­wać dobrze inne osoby, a także powstrzy­my­wać się od rzu­ca­nia biur­kami oraz "wszel­kich aktów fizycz­nej prze­mocy". No i zawsze, ale to zawsze muszę gryźć się w język, bo tak wła­śnie zaczy­nają się moje kło­poty. Począw­szy od tej chwili, jeżeli cokol­wiek sp_ _ _rzę - wyla­tuję ze szkoły.

Wcho­dzę do gabi­netu psy­cho­loga, mel­duję się u sekre­tarki i zaj­muję miej­sce na jed­nym z twar­dych, drew­nia­nych krze­seł, cze­ka­jąc, aż pan Embry będzie gotów mnie przy­jąć. O ile znam Embriona - tak go nazy­wam w myślach - a znam go, będzie chciał za wszelką cenę dowie­dzieć się, co robi­łem na wieży. Jeżeli mi się uda, nie wyj­dziemy poza ten temat.

Mija kilka minut i poka­zuje ręką, żebym wszedł do środka. Niski, masywny facet o budo­wie byka - gdy zamyka za sobą drzwi, z jego twa­rzy znika uśmiech. Siada, pochyla się nad biur­kiem i wbija we mnie wzrok, jak­bym był podej­rza­nym, któ­rego trzeba zła­mać.

- Co ty, do jasnej cho­lery, robi­łeś na szczy­cie wieży?

W Embrio­nie lubię nie tylko to, że jest taki prze­wi­dy­walny, ale także fakt, że od razu prze­cho­dzi do rze­czy. Znam go od dru­giej klasy szkoły śred­niej.

- Chcia­łem zoba­czyć widok.

- Pla­no­wa­łeś sko­czyć?

- W dzień, w który ser­wują pizzę? W życiu! To jeden z naj­lep­szych dni w całym tygo­dniu - mówię. Powi­nie­nem dodać, że potra­fię dosko­nale odwra­cać uwagę od wła­snej osoby. Tak dosko­nale, że mógł­bym dostać pełne sty­pen­dium na stu­dia w tym kie­runku i zyskać tytuł magi­stra od odwra­ca­nia uwagi. Tylko po co? Już i tak opa­no­wa­łem tę sztukę do per­fek­cji.

Cze­kam, aż zapyta o Vio­let, ale zamiast tego mówi:

- Muszę wie­dzieć, czy pla­no­wa­łeś albo pla­nu­jesz zro­bić sobie krzywdę. I abso­lut­nie nie żar­tuję. Jeśli dyrek­tor się o tym dowie, spa­dasz stąd, zanim zdo­łasz powie­dzieć "zawie­szony w pra­wach ucznia". Nie wspo­mnę już nawet o tym, że jeśli mnie nie posłu­chasz i posta­no­wisz wejść tam z powro­tem i sko­czyć, czeka mnie pro­ces sądowy, a wierz mi, przy tej pen­sji nie stać mnie na adwo­ka­tów. I nie ma zna­cze­nia, czy sko­czysz z dzwon­nicy, czy z Purina Tower, to nie musi być na tere­nie szkoły.

Pocie­ram pod­bró­dek, jak­bym zato­pił się w głę­bo­kich myślach.

- Purina Tower. Świetny pomysł.

Nawet nie drgnął, tylko patrzy na mnie spod zmru­żo­nych powiek. Jak więk­szość miesz­kań­ców Środ­ko­wego Zachodu nie­spe­cjal­nie lubi dow­cipy, zwłasz­cza jeśli doty­czą deli­kat­nych mate­rii.

- To wcale nie jest zabawne, panie Finch. To nie jest temat, z któ­rego można żar­to­wać.

- Tak jest, pro­szę pana. Prze­pra­szam.

- Pro­blem polega na tym, że samo­bójcy nie myślą zupeł­nie, jakie kon­se­kwen­cje będzie miał ich czyn dla innych. I nie cho­dzi tylko o rodzi­ców i rodzeń­stwo, ale także o przy­ja­ciół, dziew­czyny, kole­gów z klasy, nauczy­cieli. - Bar­dzo mi się podoba, że jego zda­niem tak wielu oso­bom na mnie zależy - zwłasz­cza ta wzmianka nie o jed­nej, ale o kilku dziew­czy­nach.

- Tylko się wygłu­pia­łem. Ale zga­dzam się, to nie był naj­lep­szy spo­sób na spę­dze­nie pierw­szej lek­cji.

Pod­nosi teczkę, kła­dzie ją z hukiem na stole przed sobą i zaczyna prze­glą­dać zawar­tość. Cze­kam, aż skoń­czy czy­tać i znów na mnie popa­trzy. Zasta­na­wiam się, czy odli­cza już dni do waka­cji let­nich.

Wstaje i niczym gli­niarz z filmu obcho­dzi biurko i pochyla się nade mną. Opiera się o mebel z zało­żo­nymi rękami, a ja patrzę, czy na ścia­nie nie wisi gdzieś zama­sko­wane lustro wenec­kie.

- Czy powi­nie­nem zadzwo­nić do two­jej matki?

- Nie. Zde­cy­do­wa­nie nie. - "Nie, nie i nie". - Pro­szę pana, to była głu­pota z mojej strony. Chcia­łem się tylko prze­ko­nać, jak to jest, kiedy się tam sta­nie i spoj­rzy w dół. Ni­gdy bym nie sko­czył z dzwon­nicy.

- Jeśli to się powtó­rzy, jeśli choćby o tym pomy­ślisz, zadzwo­nię. A poza tym zro­bimy ci test na obec­ność nar­ko­ty­ków.

- Doce­niam tro­skę, pro­szę pana - mówię. Sta­ram się brzmieć jak naj­szcze­rzej, bo ostat­nie, na co mam ochotę, to zna­le­zie­nie się w świe­tle jesz­cze więk­szych jupi­te­rów, śle­dzą­cych każdy mój ruch w szkole i poza nią. A poza tym naprawdę lubię Embriona. - Jeśli cho­dzi o nar­ko­tyki, szkoda cen­nego czasu. Naprawdę. Chyba że liczą się też papie­rosy. Ja i dragi? To nie jest dobre połą­cze­nie. Pro­szę mi uwie­rzyć, spraw­dza­łem. - Zakła­dam ręce jak grzeczny chło­piec. - A z tą całą wieżą, to cho­ciaż wcale nie było tak, jak pan myśli, mogę obie­cać, że to się już nie powtó­rzy.

- Zga­dza się. Nie powtó­rzy się. Zamiast raz w tygo­dniu będziesz do mnie przy­cho­dził dwa razy. W ponie­dzia­łek i pią­tek. Poroz­ma­wiamy, zoba­czę, jak ci idzie.

- Z przy­jem­no­ścią, pro­szę pana. Naprawdę lubię te nasze kon­wer­sa­cje. Ale nie ma takiej potrzeby.

- To nie pod­lega nego­cja­cjom. A teraz omówmy kwe­stię koń­cówki zeszłego seme­stru. Opu­ści­łeś cztery... pra­wie pięć tygo­dni nauki. Twoja mama powie­działa, że mia­łeś grypę.

Tak się składa, że to była moja sio­stra Kate, ale Embry nie musi o tym wie­dzieć. To ona zadzwo­niła do szkoły, kiedy nie było ze mną kon­taktu, bo mama ma już i tak za dużo zmar­twień.

- Skoro tak twier­dzi, kim jeste­śmy, by to kwe­stio­no­wać?

Ow­szem, byłem chory, ale nie na łatwo wytłu­ma­czalną grypę. Z doświad­cze­nia wiem, że ludzie reagują z więk­szym współ­czu­ciem, kiedy widzą, że czło­wiek cierpi. Po raz enty żałuję, że nie mogę cho­ro­wać na odrę, ospę czy jaką­kol­wiek inną pro­stą do zro­zu­mie­nia przy­pa­dłość. Byłoby łatwiej - i dla mnie, i dla nich. Wszystko byłoby lep­sze od prawdy: Znów zamkną­łem się w sobie. Zatra­ci­łem w pustce. W jed­nej chwili krę­ci­łem się pełen ener­gii, w dru­giej mój umysł wlókł się w powol­nym kółku, niczym stary, pokrę­cony reu­ma­ty­zmem pies, który pró­buje się gdzieś poło­żyć. A potem po pro­stu się wyłą­czy­łem, zasną­łem, ale nie był to sen, jaki przy­cho­dzi na czło­wieka co noc, lecz dłu­gie, mroczne spa­nie, pod­czas któ­rego nic ci się nie śni.

Embrion mruży oczy i wpa­truje się we mnie inten­syw­nie, jak gdyby cze­kał, aż spocę się pod jego spoj­rze­niem.

- Czy możemy ocze­ki­wać, że w tym seme­strze będziesz przy­cho­dził do szkoły i uni­kał kło­po­tów?

- Abso­lut­nie.

- I będziesz się uczył?

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana.

- Poroz­ma­wiam z pie­lę­gniarką, żeby prze­pro­wa­dziła bada­nie na obec­ność nar­ko­ty­ków. - Prze­szywa powie­trze pal­cem, wska­zu­jąc na mnie. - Okres warun­kowy ozna­cza czas spraw­dza­nia, czy dana osoba nadaje się do szkoły. To okres pracy nad sobą. Zaj­rzyj do słow­nika, jeśli mi nie wie­rzysz, i, na litość boską, trzy­maj się życia.

Tylko wła­śnie cho­dzi o to, że nie chcę. Nie chcę żyć. Nie mówię tego na głos, ponie­waż zwa­żyw­szy na grubą teczkę, która przed nim leży, ni­gdy w to nie uwie­rzy. Nie uwie­rzy także w to, że wal­czę, by móc być na tym popie­przo­nym, gów­nia­nym świe­cie. Sta­nie na kra­wę­dzi na szczy­cie wieży nie doty­czy wcale umie­ra­nia. Cho­dzi o zyska­nie kon­troli. O to, by już ni­gdy nie zapa­dać w ten idio­tyczny sen.

Embrion okrąża biurko i pod­nosi stos bro­szur Kło­poty nasto­lat­ków. A potem mówi, że wcale nie jestem sam, że zawsze mogę przyjść z nim poroz­ma­wiać, drzwi są otwarte. I że zoba­czymy się w ponie­dzia­łek. Mam ochotę powie­dzieć, że bez obrazy, ale to kiep­skie pocie­sze­nie. Dzię­kuję mu jed­nak, bo widzę jego pod­krą­żone oczy i zmarszczki pala­cza wokół ust. Pew­nie zapali papie­rosa, ledwo tylko wyjdę. Biorę stos ulo­tek i zosta­wiam go samego. Nawet nie wspo­mniał o Vio­let. Co za ulga.

Violet. 154 dni do końca szkoły

Vio­let

154 dni do końca szkoły

Pią­tek rano. Gabi­net Marion Kre­sney, szkol­nej psy­cho­lożki, kobiety o małych oczach, dobro­tli­wym spoj­rze­niu oraz uśmie­chu o wiele za dużym jak na jej twarz. Według wiszą­cego na ścia­nie cer­ty­fi­katu pra­cuje w szkole Bar­tlett High od pięt­na­stu lat. To nasze dwu­na­ste spo­tka­nie.

Serce mi łomo­cze, a ręce na­dal się trzęsą po incy­den­cie na wieży. Oblewa mnie zimny pot, mam ochotę się poło­żyć. Cze­kam, aż pani Kre­sney powie: "Vio­let Mar­key, dobrze wiem, co robi­łaś pod­czas pierw­szej lek­cji. Twoi rodzice już tu jadą. Leka­rze cze­kają, żeby odwieźć cię do naj­bliż­szego szpi­tala psy­chia­trycz­nego".

Ale zaczy­namy tak jak zwy­kle.

- Co sły­chać, Vio­let?

- Wszystko dobrze. - Sia­dam na dło­niach. - A u pani?

- Też, ale poroz­ma­wiajmy o tobie. Chcę wie­dzieć, jak się czu­jesz.

- W porządku. - To, że nic nie wspo­mina o wieży, nie zna­czy jesz­cze, że nie wie. Nie­mal ni­gdy nie pyta o nic bez­po­śred­nio.

- Jak sypiasz?

Kosz­mary zaczęły się mie­siąc po wypadku. Przy każ­dym spo­tka­niu mnie o nie wypy­tuje, bo popeł­ni­łam błąd i wspo­mnia­łam o nich mamie, a ona prze­ka­zała tę infor­ma­cję dalej. To jeden z powo­dów, dla któ­rych tu przy­cho­dzę i prze­sta­łam mówić mamie o czym­kol­wiek.

- Dobrze.

Pani Kre­sney zawsze się uśmie­cha, cokol­wiek powiem. Lubię to w niej.

- Jakieś kosz­mary nocne?

- Nie.

Kie­dyś zapi­sy­wa­łam sobie wszyst­kie złe sny, ale teraz już tego nie robię. Pamię­tam nawet naj­drob­niej­sze szcze­góły. Na przy­kład cztery tygo­dnie temu dosłow­nie się roz­pły­wa­łam. Śniło mi się, że tata powie­dział: "Vio­let, to twój koniec. Doszłaś do ściany. Wszy­scy mamy wła­sną, ty wła­śnie do swo­jej dotar­łaś". A ja wcale tego nie chcia­łam. Przy­glą­da­łam się, jak topią się moje stopy i zostaje po nich tylko kałuża. A potem ręce. Nic mnie nie bolało, jed­nak myśla­łam sobie: "Nie powin­nam się tym przej­mo­wać, bo to wcale nie jest bole­sne. Po pro­stu sobie odcho­dzę". A jed­nak przej­mo­wa­łam się, że po kolei, kawa­łek po kawałku, moje ciało się roz­pływa. Nim się obu­dzi­łam, cała sta­łam się nie­wi­dzialna.

Pani Kre­sney prze­suwa się na krze­śle, a uśmiech nie scho­dzi jej z twa­rzy. Cie­kawe, czy we śnie też się uśmie­cha.

- Poroz­ma­wiajmy o stu­diach.

Jesz­cze rok temu nie byłoby dla mnie przy­jem­niej­szej roz­mowy. Razem z Ele­anor czę­sto dys­ku­to­wa­ły­śmy o uczel­niach, kiedy rodzice już poszli spać. Jeśli było cie­pło, sia­da­ły­śmy na zewnątrz, jeśli zimno - zosta­wa­ły­śmy w domu. Wyobra­ża­ły­śmy sobie miej­sca, które odwie­dzimy, i ludzi, któ­rych poznamy. Tak daleko od Bar­tlett, liczą­cej 14 983 miesz­kań­ców miej­sco­wo­ści w India­nie, gdzie czu­ły­śmy się jak przy­by­sze z obcej pla­nety.

- Zło­ży­łaś poda­nie do UCLA, Stan­ford, Ber­ke­ley, uni­wer­sy­tetu na Flo­ry­dzie, uni­wer­sy­tetu w Buenos Aires, Nor­thern Carib­bean Uni­ver­sity oraz Naro­do­wego Uni­wer­sy­tetu Sin­ga­puru. To bar­dzo zróż­ni­co­wana lista, ale co się stało z nowo­jor­ską uczel­nią?

Odkąd skoń­czy­łam szkołę pod­sta­wową, kre­atywne pisa­nie na uni­wer­sy­te­cie w Nowym Jorku było moim wyma­rzo­nym kie­run­kiem - wła­ści­wie przez mamę, która pra­cuje na uczelni i jest pisarką. Robiła tam dok­to­rat, wyje­cha­li­śmy więc we czwórkę na trzy tygo­dnie do Nowego Jorku i spo­tka­li­śmy się z jej daw­nymi wykła­dow­cami i kole­gami ze stu­diów - pisa­rzami, sce­na­rzy­stami, dra­ma­tur­gami i poetami. Mia­łam zamiar zło­żyć wcze­śniej­sze poda­nie już w paź­dzier­niku, ale wtedy zda­rzył się wypa­dek i zmie­ni­łam zda­nie.

- Spóź­ni­łam się, nie zdą­ży­łam zło­żyć papie­rów w ter­mi­nie - odpo­wia­dam. Nor­malny ter­min minął tydzień temu. Wszystko przy­go­to­wa­łam, napi­sa­łam nawet esej, ale nie wysła­łam.

- Poroz­ma­wiajmy o pisa­niu. O stro­nie inter­ne­to­wej.

Ma na myśli stronę Ele­ano­ran­dVio­let.com. Zało­ży­ły­śmy ją po prze­pro­wadzce do Indiany. Chcia­ły­śmy stwo­rzyć cza­so­pi­smo inter­ne­towe, pre­zen­tu­jące dwa (bar­dzo) odmienne spoj­rze­nia na modę, urodę, chło­pa­ków, książki i życie. W zeszłym roku przy­ja­ciółka Ele­anor Gemma Ster­ling (gwiazda popu­lar­nego inter­ne­towego serialu) wspo­mniała o nas w wywia­dzie i od razu potro­iła się liczba naszych fanów. Ale nie tknę­łam nawet pal­cem tej strony po śmierci Ele­anor, bo i po co? To była strona sióstr. Zresztą, w chwili, gdy ude­rzy­ły­śmy w barierkę przy dro­dze, umarła moja zdol­ność pisa­nia.

- Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

- Jak rozu­miem, twoja mama jest autorką ksią­żek. Na pewno służy cen­nymi radami.

- Jes­sa­myn West2 powie­działa kie­dyś: "Pisa­nie jest tak trudne, że pisa­rze, prze­żyw­szy swoje pie­kło na ziemi, unikną wszel­kiej kary po śmierci".

Pani Kre­sney oży­wia się na te słowa.

- Czu­jesz, jakby to była dla cie­bie kara? - Ma na myśli wypa­dek. A może moją obec­ność w tym gabi­ne­cie, w tej szkole, w tym mie­ście.

- Nie. - Czy czuję, że powin­nam zostać uka­rana? Tak. W prze­ciw­nym razie po co zapusz­cza­ła­bym grzywkę?

- Uwa­żasz, że pono­sisz odpo­wie­dzial­ność za to, co się stało?

Cią­gnę za grzywkę. Jest krzywa.

- Nie.

Opiera się o krze­sło, a jej uśmiech maleje o kilka mili­me­trów. Obie wiemy, że to kłam­stwo. Zasta­na­wiam się, co by powie­działa, gdy­bym jej oznaj­miła, że godzinę temu trzeba było mnie skła­niać do zej­ścia z gzymsu na szczy­cie wieży. Teraz jestem pewna, że ta wia­do­mość do niej nie dotarła.

- Pro­wa­dzi­łaś już samo­chód?

- Nie.

- Jecha­łaś jako pasa­żer z rodzi­cami?

- Nie.

- Ale im na tym zależy. - To nie było pyta­nie. Powie­działa to tak, jakby roz­ma­wiała z oboj­giem albo przy­naj­mniej z któ­rymś z nich. Pew­nie tak było.

- Nie jestem gotowa. - Prze­ko­na­łam się już, że te trzy magiczne słowa pozwa­lają mi wybrnąć z nie­mal każ­dej sytu­acji.

- Myśla­łaś o tym, żeby wró­cić do zespołu che­er­le­ade­rek? - pyta, pochy­la­jąc się do przodu.

- Nie.

- Do samo­rządu szkol­nego?

- Nie.

- Na­dal grasz na fle­cie w orkie­strze?

- Na ostat­nim miej­scu. - To aku­rat nie zmie­niło się po wypadku. Zawsze zaj­mo­wa­łam naj­dal­sze miej­sce, bo kiep­sko idzie mi gra.

Znowu się odsuwa. Przez chwilę sądzę, że może dała za wygraną, ale wtedy odzywa się ponow­nie.

- Vio­let, mar­twię się o cie­bie. Prawdę powie­dziaw­szy, powin­naś poczy­nić już więk­sze postępy. Nie możesz wiecz­nie uni­kać jazdy samo­cho­dem, zwłasz­cza że mamy zimę. Nie możesz stać w miej­scu. Musisz pamię­tać, że ty prze­ży­łaś, a to zna­czy...

Ni­gdy się nie dowiem, co to zna­czy, bo kiedy tylko sły­szę słowo "prze­ży­łaś", pod­no­szę się z krze­sła i wycho­dzę.

***

W dro­dze na czwartą lek­cję. Kory­tarz szkolny.

Co naj­mniej pięt­na­ście osób - część znam, część nie, nie­któ­rzy nie odzy­wali się do mnie od wielu mie­sięcy - zatrzy­muje mnie, gdy idę do klasy, by powie­dzieć, jakie to odważne z mojej strony, że ura­to­wa­łam The­odore'a Fin­cha przed samo­bój­stwem. Jedna z dziew­czyn ze szkol­nej gazetki chce prze­pro­wa­dzić ze mną wywiad.

Ze wszyst­kich uczniów, któ­rych mogła­bym "ura­to­wać", The­odore Finch jest naj­gor­szym wybo­rem. Cie­szy się legen­darną wręcz opi­nią w naszym liceum. Nie znam go zbyt dobrze, ale wiele o nim sły­sza­łam. Wszy­scy o nim sły­szeli. Nie­któ­rzy go nie­na­wi­dzą, bo jest dziwny, czę­sto wdaje się w bójki, zostaje wyrzu­cany ze szkoły i w ogóle robi, co tylko chce. Inni go uwiel­biają, ponie­waż jest dziwny, czę­sto wdaje się w bójki, zostaje wyrzu­cany ze szkoły i w ogóle robi, co tylko chce. Gra na gita­rze w pię­ciu czy sze­ściu róż­nych zespo­łach, a w zeszłym roku pobił praw­dziwy rekord. Ale jest dość... eks­tre­malny. Na przy­kład któ­re­goś dnia przy­szedł do szkoły wyma­lo­wany od stóp do głów na czer­wono, a to nawet nie było święto szkoły. Jed­nym oznaj­mił, że to demon­stra­cja prze­ciwko rasi­zmowi; innym - że pro­te­stuje prze­ciwko spo­ży­ciu mięsa. W pierw­szej kla­sie liceum przez cały mie­siąc cho­dził w pele­ry­nie, roz­bił biur­kiem tablicę na dwie czę­ści oraz wykradł z labo­ra­to­rium bio­lo­gicz­nego wszyst­kie żaby do sek­cji, po czym urzą­dził im uro­czy­stość pogrze­bową i pocho­wał na boisku do base­ballu. Wielka Anna Faris3 powie­działa kie­dyś, że tajem­nicą prze­ży­cia w szkole śred­niej jest "nie­wy­chy­la­nie się". Finch robi coś zupeł­nie prze­ciw­nego.

Spóź­niam się pięć minut na lite­ra­turę rosyj­ską, gdzie pani Mahone oraz jej peruka zadają nam dzie­się­cio­stro­ni­cowe wypra­co­wa­nie na temat Braci Kara­ma­zow. Wszy­scy jęczą - oprócz mnie, bo cokol­wiek sobie myśli pani Kre­sney, na­dal obo­wią­zują mnie Szcze­gólne Oko­licz­no­ści Łago­dzące.

Nawet nie słu­cham, jak pani Mahone wymie­nia swoje ocze­ki­wa­nia. Zaczy­nam sku­bać nitkę w spód­niczce. Boli mnie głowa, pew­nie od oku­la­rów. Ele­anor miała słab­szy wzrok niż ja. Zdej­muję szkła i kładę je na ławce. Na niej pre­zen­to­wały się sty­lowo, na mnie wyglą­dają brzydko. Zwłasz­cza z grzywką. Ale może, jeśli będę nosiła je odpo­wied­nio długo, stanę się taka jak moja sio­stra. Będę widziała to co ona. Będę jed­no­cze­śnie nią i sobą, dzięki temu nikt nie będzie musiał za nią tęsk­nić, szcze­gól­nie ja.

Prawda jest taka, że bywają lep­sze i gor­sze dni. Mam poczu­cie winy w związku z tym, że nie wszyst­kie uwa­żam za złe. Nie­kiedy coś mnie zasko­czy, pro­gram w tele­wi­zji, zabawny komen­tarz taty, czy­jaś uwaga w kla­sie, i śmieję się, jakby nic się nie stało. Znowu czuję się nor­malna, cokol­wiek to zna­czy. Bywają poranki, kiedy wstaję i zaczy­nam się szy­ko­wać, nucąc coś pod nosem. Do szkoły cho­dzę zwy­kle pie­szo, ale cza­sem jadę rowe­rem, nie­raz umysł płata mi figla i oszu­kuje mnie, że jestem zwy­czajną dziew­czyną na prze­jażdżce rowe­ro­wej.

Emily Ward wbija mi palec w plecy i podaje kar­teczkę. Ponie­waż pani Mahone zabiera nam tele­fony na początku każ­dej lek­cji, musimy pisać sobie infor­ma­cje w sta­ro­świecki spo­sób na kartce z zeszytu.

"Czy to prawda, że powstrzy­ma­łaś Fin­cha przed samo­bój­stwem? Buziaki, Ryan". Jest tylko jeden Ryan w tej kla­sie - nie­któ­rzy gotowi są przy­siąc, że tylko jeden jedyny Ryan w całej szkole, może nawet na świe­cie - Ryan Cross.

Pod­no­szę głowę i napo­ty­kam jego wzrok, dwa rzędy dalej. Jest zbyt przy­stojny. Bar­czy­ste ramiona, zło­to­brą­zowe włosy, zie­lone oczy i wystar­cza­jąco dużo pie­gów, żeby wyda­wał się przy­stępny. Do grud­nia był moim chło­pa­kiem, ale teraz zro­bi­li­śmy sobie od sie­bie prze­rwę.

Kartka leży pięć minut na mojej ławce, zanim zde­cy­duję się odpo­wie­dzieć. W końcu piszę: "Tak się zło­żyło, że tam byłam. V". Nie mija minuta i liścik do mnie wraca, ale tym razem go nie otwie­ram. Myślę o tym, ile dziew­czyn pra­gnę­łoby dostać taki liścik od Ryana Crossa. Ubie­gło­roczna Vio­let Mar­key też by do nich nale­żała.

Kiedy dzwoni dzwo­nek, zostaję w kla­sie. Ryan ociąga się przez chwilę, cze­ka­jąc, co zro­bię, ale ponie­waż tylko sie­dzę, odbiera swoją komórkę i wycho­dzi.

- Tak, Vio­let? - odzywa się pani Mahone.

Kie­dyś dzie­sięć stron to było nic. Nauczy­ciel pro­sił o dzie­sięć, ja pisa­łam dwa­dzie­ścia. Chcieli dwa­dzie­ścia? Nie ma sprawy, odda­wa­łam trzy­dzie­ści. Pisa­nie było tym, co wycho­dziło mi naj­le­piej, lepiej od bycia córką, dziew­czyną i sio­strą. To była kwin­te­sen­cja mnie. Teraz jest jedną z rze­czy, któ­rych nie potra­fię robić.

W zasa­dzie nie muszę nic mówić, nawet "nie jestem jesz­cze gotowa". To nie­pi­sany regu­la­min życia, roz­dział pod tytu­łem "Jak reago­wać, kiedy uczeń stra­cił uko­chaną osobę i dzie­więć mie­sięcy póź­niej na­dal nie może się z tym pogo­dzić".

Pani Mahone wzdy­cha i oddaje mi tele­fon.

- Przy­nieś mi stronę albo cho­ciaż aka­pit - mówi. - Po pro­stu posta­raj się napi­sać cokol­wiek. - Szcze­gólne Oko­licz­no­ści Łago­dzące ratują mi tyłek.

Ryan czeka pod klasą. Widzę, że pró­buje uło­żyć puz­zle, poskła­dać mnie do kupy, żebym znów była zabawną dziew­czyną, z którą kie­dyś cho­dził.

- Ślicz­nie dzi­siaj wyglą­dasz - mówi. To miło z jego strony, że nie gapi się na moje włosy.

- Dzięki.

Ponad ramie­niem Ryana widzę prze­cho­dzą­cego The­odore'a Fin­cha. Kiwa głową w moją stronę, jakby wie­dział coś, czego ja nie wiem, i masze­ruje dalej.

Finch. (W dalszym ciągu) dzień 6 obudzenia

Finch

(W dal­szym ciągu) dzień 6 obu­dze­nia

Do obiadu cała szkoła już wie, że Vio­let Mar­key powstrzy­mała The­odore'a Fin­cha przed sko­kiem z wieży. Na geo­gra­fię USA idę za grupką dziew­czyn, które całą drogę paplają o tym wyda­rze­niu, nie wie­dząc, że to wła­śnie ja jestem The­odore'em Fin­chem.

Mówią do sie­bie piskli­wym gło­sem, a każde zda­nie koń­czy się into­na­cją pyta­jącą, więc brzmi to mniej wię­cej tak: "Sły­sza­łam, że był uzbro­jony? Sły­sza­łam, że musiała mu wyrwać broń z ręki? Moja kuzynka Sta­cey, która cho­dzi do New Castle, mówiła, że była razem z kole­żanką w Chi­cago i on grał ze swoim zespo­łem i strasz­nie je obie zacze­piał? A mój brat był przy tym, jak on odpa­lił petardy i zanim poli­cja go zabrała, powie­dział tylko, że chciałby zoba­czyć wielki finał wybu­chu, a jeśli mu na to nie pozwolą, będą musieli zwró­cić mu koszty?".

Naj­wy­raź­niej jestem posta­cią tra­giczną i nie­bez­pieczną. "O tak" - myślę sobie.

Tak wła­śnie jest. Jestem tu. Nie tylko obu­dzony, ale wręcz Obu­dzony, więc musi­cie sobie z tym pora­dzić, bo wła­śnie nad­cho­dzę. Pochy­lam się nad nimi i mówię:

- Sły­sza­łem, że zro­bił to z powodu jakiejś dziew­czyny. - A potem odcho­dzę chwiej­nie do klasy.

Sia­dam na swoim miej­scu. Czuję się jak ktoś, kto cie­szy się złą sławą, ktoś nie­po­ko­nany, zde­ner­wo­wany i dziw­nie pod­eks­cy­to­wany. Jak­bym wła­śnie uciekł, eee... śmierci. Roz­glą­dam się, ale nikt nie zwraca uwagi ani na mnie, ani na pana Blacka, naszego nauczy­ciela, abso­lut­nie naj­więk­szego faceta, jakiego kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Ma bar­dzo czer­woną twarz, przez co zawsze wygląda, jakby zaraz miał paść na zawał albo udar, a do tego rzęzi, gdy mówi.

Przez cały mój pobyt w India­nie, czyli całe moje życie - lata męczarni, jak je nazy­wam - miesz­kamy nie­całe dwa­dzie­ścia kilo­me­trów od naj­wyż­szego miej­sca w naszym sta­nie. Nikt mi o tym nie mówił, ani rodzice, ani sio­stry, ani nauczy­ciele. Dopiero teraz, w tej chwili dowia­duję się tego z działu "Wędrówki po India­nie", wpro­wa­dzo­nego w tym roku do pro­gramu geo­gra­fii Sta­nów Zjed­no­czo­nych przez zarząd szkoły w celu "uświa­do­mie­nia uczniom boga­tej histo­rii ich rodzin­nego stanu oraz wpo­je­nia w nich dumy z faktu bycia miesz­kań­cem Indiany".

Poważ­nie.

Pan Black roz­siada się na krze­śle i odchrzą­kuje.

- Nie ma lep­szego i bar­dziej... odpo­wied­niego spo­sobu na roz­po­czę­cie... tego seme­stru niż... niż omó­wie­nie naj­wyż­szego... punktu w India­nie. - Ze względu na całe to rzę­że­nie trudno powie­dzieć, czy pan Black jest pod wra­że­niem infor­ma­cji, które nam prze­ka­zuje. - Hoosier Hill4 liczy... 383 metry... nad pozio­mem morza i znaj­duje się... na tyłach pry­wat­nej... pose­sji... W 2005 roku... pewien skaut z... Ken­tucky... otrzy­mał pozwo­le­nie, by... popro­wa­dzić ścieżkę na szczyt... utwo­rzyć miej­sce pik­ni­kowe i... posta­wić znak...

Pod­no­szę rękę, co pan Black cał­ko­wi­cie igno­ruje.

Trzy­mam ją w górze, gdy kon­ty­nu­uje swój wykład, i myślę: "Cie­kawe, co by było, gdy­bym sta­nął na szczy­cie tego wzgó­rza. Czy świat wygląda ina­czej z 383 metrów? To nie­zbyt wysoko, a jed­nak są z tego dumni. Kim jestem, żeby twier­dzić, iż 383 to za mało, żeby robić wra­że­nie?".

W końcu kiwa głową w moim kie­runku, zaci­ska przy tym usta tak mocno, że wygląda, jakby je połknął.

- Tak, panie Finch? - Wydaje z sie­bie wes­tchnie­nie stu­let­niego sta­ruszka i obda­rza mnie nie­uf­nym, bojaź­li­wym spoj­rze­niem.

- Pro­po­nuję wyprawę tere­nową. Powin­ni­śmy zoba­czyć cudowne miej­sca Indiany, póki jesz­cze możemy, ponie­waż pod koniec roku co naj­mniej trzy osoby z tej sali skoń­czą naukę, opusz­czą nasz wspa­niały stan i cóż będą sobą repre­zen­to­wać, nie licząc efek­tów żało­snej edu­ka­cji publicz­nej w jed­nym z naj­gor­szych sys­te­mów szkol­nych w całym kraju? Zresztą, trudno doce­nić miej­sca tego rodzaju, jeśli nie zoba­czy się ich na wła­sne oczy. To coś jak Wielki Kanion Kolo­rado albo park Yose­mite. Trzeba tam poje­chać, żeby zro­zu­mieć, na czym polega ich wspa­nia­łość.

Było w tym zale­d­wie z dwa­dzie­ścia pro­cent sar­ka­zmu, ale pan Black mówi:

- Dzię­kuję, panie Finch.

Tonem, który wska­zuje na zupełne prze­ci­wień­stwo podzię­ko­wań. Zaczy­nam ryso­wać wzgó­rza na okładce zeszytu w hoł­dzie naj­wyż­szemu punk­towi naszego stanu, ale przy­po­mi­nają bar­dziej bez­kształtne bryły albo uno­szące się w powie­trzu węże - nie mogę się zde­cy­do­wać.

- The­odore ma rację... Nie­któ­rzy z was... wyjadą z koń­cem... roku szkol­nego... do innego mia­sta... Opu­ści­cie nasz wspa­niały... stan, a zanim to zro­bi­cie... powin­ni­ście... go zoba­czyć. Powin­ni­ście zwie­dzić...

Prze­rywa mu hałas. Ktoś wszedł na lek­cję spóź­niony i upu­ścił książkę. Schy­la­jąc się, by ją pod­nieść, zrzu­cił wszyst­kie pozo­stałe pod­ręcz­niki. Roz­lega się śmiech, ponie­waż znaj­du­jemy się w szkole śred­niej, a to zna­czy, że jeste­śmy bar­dzo prze­wi­dy­walni i nie­mal wszystko nas śmie­szy - zwłasz­cza cudze upo­ko­rze­nie w miej­scu publicz­nym. Dziew­czyną, któ­rej wypa­dło wszystko z rąk, jest Vio­let Mar­key. Vio­let z wieży. Robi się czer­wona jak burak i widzę, że pew­nie mia­łaby ochotę umrzeć. Ale nie na zasa­dzie skoku ze znacz­nej wyso­ko­ści, tylko raczej w rodzaju "chcia­ła­bym zapaść się pod zie­mię".

Znam to uczu­cie o wiele lepiej niż moja mama, sio­stry czy Char­lie Dona­hue. To uczu­cie to mój odwieczny towa­rzysz. Było ze mną, gdy gra­jąc w piłkę, naba­wi­łem się wstrząsu mózgu na oczach Suze Haines. Gdy śmia­łem się tak mocno, że coś wyle­ciało mi z nosa i wylą­do­wało na Gabe'ie Romero. Przez całą ostat­nią klasę gim­na­zjum.

I wła­śnie dla­tego, że jestem do niego przy­zwy­cza­jony, a także ponie­waż Vio­let dzielą od pła­czu jakieś trzy upusz­czone ołówki, strą­cam na zie­mię mój wła­sny pod­ręcz­nik. Wzrok wszyst­kich prze­nosi się teraz na mnie. Pochy­lam się, żeby pod­nieść książkę i celowo roz­rzu­cam pozo­stałe - lecą z impe­tem na ściany, okna, głowy. Żeby dopeł­nić cało­ści, bujam się na krze­śle i spa­dam z łosko­tem na pod­łogę. W odpo­wie­dzi tu i tam roz­lega się pogar­dliwy chi­chot, okla­ski, rzu­cone słowo "wariat" oraz rzę­że­nie pana Blacka:

- Jeśli skoń­czy­łeś... The­odore... chciał­bym kon­ty­nu­ować.

Pro­stuję się, sta­wiam prze­wró­cone krze­sło, kła­niam się, zbie­ram roz­sy­pane książki, znów zgi­nam się w ukło­nie, sia­dam na miej­scu i uśmie­cham do Vio­let. Patrzy na mnie z miną, którą okre­ślił­bym jako zasko­cze­nie połą­czone z ulgą i czymś jesz­cze - może nie­po­ko­jem. Chciał­bym widzieć w tym jesz­cze odro­binę pożą­da­nia, ale to tylko pobożne życze­nie. Obda­rzam ją moim naj­lep­szym uśmie­chem, takim, po któ­rym moja mama wyba­cza mi, że sie­dzia­łem do późna w nocy albo zacho­wy­wa­łem się dzi­wacz­nie. (W pozo­sta­łych sytu­acjach, gdy mama mi się przy­gląda - o ile w ogóle na mnie patrzy - mam wra­że­nie, że myśli: "Skąd się, u dia­bła, wzią­łeś w tej rodzi­nie? Naj­wi­docz­niej odzie­dzi­czy­łeś to po krew­nych ojca").

Vio­let też się uśmie­cha. Czuję się lepiej, bo ona czuje się lepiej, poza tym uśmie­cha się do mnie, jak­bym wcale nie był kimś, od kogo lepiej trzy­mać się z daleka. To już drugi raz dzi­siaj ją ratuję. "The­odore o czu­łym sercu" - powta­rza moja mama. "Zbyt czu­łym dla wła­snego dobra". To kry­tyka i tak też ją odbie­ram.

Pan Black wbija wzrok w Vio­let, a potem we mnie.

- Jak mówi­łem... zro­bi­cie pro­jekt na nasze zaję­cia... raport z przy­naj­mniej... dwóch, a naj­le­piej trzech... cudów Indiany. - Mam ochotę zapy­tać, od kiedy to cie­kawe miej­sca awan­so­wały na cuda, ale jestem zajęty obser­wo­wa­niem Vio­let, która sku­pia się na tablicy, a kącik jej ust na­dal pozo­staje unie­siony.

Nauczy­ciel na­dal pero­ruje, jak to chciałby, żeby­śmy wybrali te miej­sca, które nam się podo­bają, nawet te odle­głe i zupeł­nie nie­znane. Nasze zada­nie polega na tym, żeby się tam udać, każde z nich obej­rzeć, obfo­to­gra­fo­wać, nakrę­cić fil­mik, wczy­tać się w histo­rię, a potem powie­dzieć mu, co jest w nich takiego, że czu­jemy się dumni z Indiany. Jesz­cze lepiej będzie, jeśli uda nam się zna­leźć jakiś ich wspólny mia­now­nik. Mamy na to czas do końca seme­stru, ale musimy podejść do sprawy bar­dzo poważ­nie.

- Pro­szę to opra­co­wać... w parach... Ocena za ten pro­jekt... będzie sta­no­wić trzy­dzie­ści... pięć pro­cent... oceny koń­co­wej.

Znowu pod­no­szę rękę.

- Czy sami możemy wybrać sobie part­nera?

- Tak.

- To ja wybie­ram Vio­let Mar­key.

- Usta­lisz to z nią... po lek­cji.

Obra­cam się, żeby ją widzieć, kładę łokieć na opar­ciu krze­sła.

- Vio­let Mar­key, chciał­bym być twoim part­ne­rem przy tym pro­jek­cie.

Rumieni się, ponie­waż wszy­scy na nią patrzą.

- Myśla­łam, że może mogła­bym zro­bić coś innego - zwraca się do pana Blacka. - Na przy­kład prze­czy­tać parę ksią­żek i napi­sać krótką notkę. - Mówi cicho, ale wydaje się nie­źle wku­rzona. - Nie jestem gotowa...

- Panno Mar­key... - prze­rywa jej nauczy­ciel. - Wyświad­czę ci... naj­więk­szą przy­sługę... w całym twoim życiu... Powiem: nie.

- Nie?

- Nie. Mamy nowy rok... czas wra­cać na grzbiet... wiel­błąda.

Kilka osób śmieje się z tego sfor­mu­ło­wa­nia. Vio­let patrzy na mnie i widzę, że fak­tycz­nie jest wku­rzona, a wtedy przy­po­mi­nam sobie wypa­dek. Ona i jej sio­stra zeszłej wio­sny. Ona prze­żyła, sio­stra zgi­nęła. To dla­tego nie lubi zwra­cać na sie­bie uwagi.

Do końca lek­cji słu­chamy o miej­scach, które zda­niem pana Blacka mogą nam się spodo­bać i które musimy za wszelką cenę zoba­czyć, zanim skoń­czymy szkołę - ot, zwy­kłe obiekty tury­styczne jak Con­ner Pra­ire5, dom Leviego Cof­fina6, muzeum Lin­colna7 czy dom rodzinny Whit­comba Rileya8 - cho­ciaż wiem, że więk­szość z nas zosta­nie w tym mie­ście do samej śmierci.

Pró­buję napo­tkać wzrok Vio­let, ale ona nie patrzy w moją stronę. Skur­czyła się na swoim krze­śle i wpa­truje się przed sie­bie.

***

Ledwo wycho­dzę z klasy, a Gabe Romero tara­suje mi przej­ście. Jak zwy­kle nie jest sam. Tuż za nim stoi Amanda Monk z wysu­nię­tym bio­drem, z jej jed­nej strony Joe Wyatt, z dru­giej - Ryan Cross. Dobry, towa­rzy­ski, przy­zwo­ity i sym­pa­tyczny Ryan. Spor­to­wiec, bar­dzo dobry uczeń, zastępca prze­wod­ni­czą­cego klasy. Naj­gor­sze w nim jest to, że już od przed­szkola dosko­nale zna swoją war­tość.

- Lepiej, żebym cię już ni­gdy nie przy­ła­pał na tym, że się na mnie gapisz - mówi Roamer.

- Nie patrzy­łem na cie­bie. Uwierz mi, w tej kla­sie jest co naj­mniej sto cie­kaw­szych rze­czy do oglą­da­nia, w tym wielka, goła dupa pana Blacka.

- Ty cioto.

Ponie­waż jeste­śmy z Roame­rem zaprzy­się­głymi wro­gami od cza­sów gim­na­zjum, wytrąca mi książki z ręki i cho­ciaż to kla­syczny przy­kład szkol­nej tyra­nii rodem ze szkoły pod­sta­wo­wej, wzbiera we mnie dobrze mi znana bomba gniewu. Złość, moja odwieczna przy­ja­ciółka, wybu­cha mi w żołądku, a gęsty, tru­jący dym unosi się i roz­pełza po całej klatce pier­sio­wej. To samo uczu­cie owład­nęło mną w zeszłym roku, tuż przed tym, jak chwy­ci­łem ławkę i rzu­ci­łem nią - nie w Roamera, co pró­buje wszyst­kim wmó­wić, tylko w tablicę w kla­sie pana Geary'ego.

- Pod­nieś je sobie, pedale. - Roamer wymija mnie, ude­rza­jąc przy tym - mocno - łok­ciem w moją pierś. Mam ochotę roz­wa­lić mu łeb, a potem się­gnąć do gar­dła i wyjąć mu ser­du­cho przez pysk. Bo kiedy jest się obu­dzo­nym, wszystko w tobie jest pełne życia, wszystko rwie się z bólu, by nad­ro­bić stra­cony czas.

Zamiast tego liczę powoli do sześć­dzie­się­ciu z głup­ko­wa­tym uśmiesz­kiem przy­kle­jo­nym do mojej głup­ko­wa­tej twa­rzy. "Nie zostanę za karę po lek­cjach. Nie wyrzucą mnie ze szkoły. Będę zacho­wy­wał się popraw­nie. Cicho. Grzecz­nie".

Pan Black przy­gląda mi się z progu klasy, sta­ram się kiw­nąć w jego stronę non­sza­lancko, poka­zać mu, że wszystko jest w porządku, wszystko pod kon­trolą, nie ma na co patrzeć. Dło­nie wcale mnie nie swę­dzą, skóra nie pie­cze, krew nie pul­suje w żyłach, pro­szę już sobie iść. Obie­ca­łem sobie, że ten rok będzie inny. Jeśli uda mi się pil­no­wać wszyst­kiego, w tym też samego sie­bie, powi­nie­nem zostać na jawie, tu i teraz, a nie nie­obecny, pogrą­żony w jakimś pół­śnie.

***

Deszcz prze­stał padać, stoję na par­kingu z Char­liem Dona­hue, opie­ram się o jego samo­chód pod bla­dym stycz­nio­wym słoń­cem i słu­cham, jak opo­wiada o tym, o czym naj­bar­dziej lubi mówić poza sobą - o sek­sie. Nasza kole­żanka Brenda stoi obok i się przy­słu­chuje. Książki przy­ci­snęła do sze­ro­kiej klatki pier­sio­wej, jej włosy poły­skują odcie­niami różu i czer­wieni.

Char­lie spę­dził ferie zimowe, pra­cu­jąc w kinie w cen­trum han­dlo­wym. Podobno wpusz­czał wszyst­kie sek­sowne dziew­czyny bez biletu, dzięki czemu miał wię­cej pro­po­zy­cji, niż był w sta­nie wyko­rzy­stać - co czy­nił głów­nie w ostat­nim rzę­dzie dla nie­peł­no­spraw­nych widzów, tam gdzie nie mon­tują pod­ło­kiet­ni­ków.

Teraz kiwa głową w moim kie­runku.

- A ty?

- Co ja?

- Gdzie byłeś?

- Tu i tam. Nie chciało mi się cho­dzić do szkoły, więc ruszy­łem w długą, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. - Nie ma sensu wyja­śniać moim przy­ja­cio­łom, na czym polega mój Sen, a nawet gdyby był sens, nie ma takiej potrzeby. W Char­liem i Bren lubię mię­dzy innymi to, że nie muszę się przed nimi tłu­ma­czyć. Jestem albo mnie nie ma. "No wie­cie, to cały Finch".

Char­lie ponow­nie kiwa głową.

- Po pro­stu musimy zor­ga­ni­zo­wać ci laskę, żebyś mógł ją prze­le­cieć. - To nie­bez­po­śred­nia alu­zja do incy­dentu na wieży. Jeżeli prze­lecę laskę, nie będę pró­bo­wał się tar­gnąć na życie. Według Char­liego seks wszystko roz­wią­zuje. Gdyby tylko świa­towi przy­wódcy mieli dostęp do dobrego, regu­lar­nego seksu, znik­nę­łyby wszyst­kie pro­blemy.

- Char­lie, jesteś świn­tu­chem. - Brenda się krzywi.

- Ale mnie kochasz.

- Chciał­byś. Dla­czego nie możesz być taki jak Finch? To gen­tle­man. - Nie­wiele osób okre­śli­łoby mnie tym mia­nem, ale w życiu jest tak, że dla każ­dego można być kimś innym.

- Zapo­mnij - rzu­cam.

Bren kręci głową.

- Mówię poważ­nie. Gen­tle­man to rzad­kość. Coś w rodzaju pra­wiczka albo trę­do­wa­tego. Jeśli w ogóle kie­dy­kol­wiek wyjdę za mąż, to tylko za kogoś takiego.

- Za pra­wiczka czy trę­do­wa­tego? - Nie mogę się powstrzy­mać. Brenda daje mi kuk­sańca w ramię.

- Ist­nieje pewna róż­nica pomię­dzy gen­tle­ma­nem a gościem z zero­wym życiem sek­su­al­nym - odzywa się Char­lie. - Bez urazy, stary.

- Spoko. - W końcu to prawda, a już na pewno w porów­na­niu z nim. Zresztą chciał po pro­stu powie­dzieć, że nie mam szczę­ścia z dziew­czy­nami.

Wybie­ram suki albo wariatki, ewen­tu­al­nie laski, które w towa­rzy­stwie udają, że się nie znamy. Tak czy ina­czej, prze­staję go słu­chać, bo ponad ramie­niem Bren zauwa­żam ją - Vio­let. Już czuję, że wpa­dam po uszy, jak to zwy­kle ze mną bywa (Suze Haines, Laila Col­l­man, Anna­lise Lemke, trzy Briany: Briana Har­ley, Briana Bailey, Briana Boudreau...). I to tylko dla­tego, że się do mnie uśmiech­nęła. Ale jaki to był uśmiech! Naj­praw­dziw­szy i szczery, o co dzi­siaj niezwy­kle trudno. Zwłasz­cza jeśli jest się mną, Waria­tem Fin­chem, naczel­nym anor­mal­sem. Brenda odwraca się, żeby spraw­dzić, w co się wpa­truję, po czym potrząsa głową i uśmie­cha się pogar­dli­wie, aż chwy­tam się za ramię, żeby mnie znów nie ude­rzyła.

- Jezu, wszy­scy faceci są tacy sami.

***

Gdy wra­cam do domu, mama roz­ma­wia przez tele­fon i roz­mraża jedną z zapie­ka­nek, które moja sio­stra Kate przy­go­to­wuje na początku każ­dego tygo­dnia. Mama macha mi ręką i wraca do tego, co robiła. Kate zbiega po scho­dach, chwyta leżące na bla­cie klu­czyki do samo­chodu i rzuca: "Do zoba­cze­nia, ofiaro". Mam dwie sio­stry - Kate jest star­sza ode mnie o rok, a Decca ma osiem lat. Jest wpadką, pomyłką, co odkryła w wieku sze­ściu lat. Ale i tak wszy­scy dobrze wiemy, że jeśli kto­kol­wiek jest w naszej rodzi­nie pomyłką, to ja.

Idę do góry, mokre buty skrzy­pią na pod­ło­dze. Zamy­kam za sobą drzwi. Wycią­gam starą płytę winy­lową, nie spraw­dza­jąc nawet, co to, i pusz­czam ją na adap­te­rze, który zna­la­złem w piw­nicy. Płyta pod­ska­kuje i zgrzyta, brzmi to jak kawa­łek z lat dwu­dzie­stych. Mam teraz fazę na kapele w rodzaju Split Enz9, stąd teni­sówki. Wypró­bo­wuję The­odore'a Fin­cha z lat osiem­dzie­sią­tych i spraw­dzam, czy pasuje.

Grze­bię w leżą­cych na biurku szpar­ga­łach w poszu­ki­wa­niu papie­rosa, wkła­dam go sobie do ust, się­gam po zapal­niczkę i wtedy uświa­da­miam sobie, że prze­cież The­odore Finch z lat osiem­dzie­sią­tych nie pali. O Jezu, nie­na­wi­dzę tego gościa, pie­przo­nego lalu­sia i dan­dysa. Trzy­mam papie­rosa w ustach bez zapa­la­nia, sta­ram się wyżuć z niego niko­tynę. Chwy­tam za gitarę, gram kawa­łek z płyty, ale wkrótce rezy­gnuję. Sia­dam przy kom­pu­te­rze, odchy­lam krze­sło do tyłu, bo tylko w ten spo­sób jestem w sta­nie cokol­wiek stwo­rzyć.

Piszę: 5 stycz­nia. Metoda: Szkolna dzwon­nica. Jak bli­sko byłem w skali od jeden do dzie­się­ciu: pięć. Fakty: Ten­den­cje do samo­bój­czych sko­ków nasi­lają się pod­czas pełni księ­życa oraz w święta. Jedną z naj­słyn­niej­szych osób, które ode­brały sobie w ten spo­sób życie, był Roy Ray­mond, zało­ży­ciel Vic­to­ria's Secret. Powią­zany fakt: W 1912 roku nie­jaki Franz Reichelt sko­czył z wieży Eif­fla w zapro­jek­to­wa­nym przez sie­bie płasz­czo-spa­do­chro­nie. Był to skok testu­jący wyna­la­zek - spo­dzie­wał się, że poleci - jed­nak runął w dół i ude­rzył w zie­mię niczym meteor, zosta­wia­jąc po sobie kra­ter o głę­bo­ko­ści pięt­na­stu cen­ty­me­trów. Czy zamie­rzał się zabić? Wąt­pliwe. Uwa­żam, że był po pro­stu zaro­zu­miały, a do tego głupi.

Szyb­kie wyszu­ki­wa­nie w Inter­ne­cie wyrzuca mi infor­ma­cję, że zale­d­wie pięć do dzie­się­ciu pro­cent samo­bójstw to skoki (a przy­naj­mniej tak twier­dzi Johns Hop­kins). Naj­wy­raź­niej ta metoda pozba­wia­nia się życia jest zwy­kle wybie­rana dla wygody, co wyja­śnia, dla­czego mia­sta typu San Fran­ci­sco z mostem Gol­den Gate Bridge (popeł­nia się tam naj­wię­cej samo­bójstw na świe­cie) są tak popu­larne. My mamy tylko wieżę Purina Tower oraz wzgó­rze o wyso­ko­ści 383 metrów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. E. Hemin­gway, Poże­gna­nie z bro­nią, przeł. Bro­ni­sław Zie­liń­ski, War­szawa 1991. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza. [wróć]

2. Mary Jes­sa­myn West (1902-1984) - ame­ry­kań­ska pisarka, autorka m.in. powie­ści The Frien­dly Per­su­asion. [wróć]

3. Anna Faris - aktorka ame­ry­kań­ska (ur. 1976 r.), role m.in. w Strasz­nym fil­mie czy Mię­dzy sło­wami. [wróć]

4. Hoosier Hill - naj­wyż­szy punkt w sta­nie Indiana. Nazwa "Hoosier" to potoczne okre­śle­nie miesz­kańca Indiany. [wróć]

5. Con­ner Pra­ire - inte­rak­tywny park histo­ryczny w Fishers w India­nie. [wróć]

6. Dom Leviego Cof­fina - muzeum sta­nowe w Foun­tain City w India­nie; Levi Cof­fin wraz z żoną poma­gał byłym nie­wol­ni­kom w ucieczce ku wol­no­ści w poło­wie XIX wieku. [wróć]

7. Muzeum Lin­colna - obiekt muze­alny w Lin­coln City w India­nie, w miej­scu, w któ­rym Abra­ham Lin­coln miesz­kał w mło­do­ści ze swoją rodziną. [wróć]

8. Dom rodzinny Whit­comba Rileya, ame­ry­kań­skiego poety i pisa­rza, usy­tu­owany w miej­sco­wo­ści Gre­en­field w India­nie. [wróć]

9. Split Enz - nowo­ze­landzki zespół muzyczny z lat 70. i 80., gra­jący muzykę eklek­tyczną. Człon­ko­wie zespołu znani byli z barw­nych i ory­gi­nal­nych stro­jów. [wróć]