Wszyscy na Zanzibarze - John Brunner

Kup ebooka

41.00 zł
34.85 zł (33,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

na zbliżeniu (2) wiracha

- Gada coś o oknach startowych a to znaczy tylko tyle że jakiś dupowaty egzek sam sobie zawiązał sznurówki Salmanasar-kutasar po kiego wała lecieć taki kawał drogi do Nowego Jorku pogoda lepsza nawet bez kopuły tutaj kuśkę można odmrozić lepsze laski skąpiej ubrane i lepsza trawka na dokładkę to już ósma tam nie ma jeszcze pierwszej po-pe i naprawdę szału nie ma.

* * *

Wnętrze komory Salmanasara: ziąb. Już sam ten fakt wystarcza, żeby kilkanaście osób w oczekującym na okno startowe - co jest ozdobnym określeniem momentu, w którym zatrudniony przez GT przewodnik będzie gotowy do poprowadzenia wycieczki - tłumie liczącym sto dziewięć osób (część z nich to turyści, z których z kolei część to najprawdziwsi potencjalni rekruci zwabieni przez ulotki i telewizyjne reklamy GT Corp., z których część odwiedzała to miejsce w osobach państwa Uniwersalnych tyle razy, że nie umieliby powiedzieć, po co właściwie zdecydowali się przybyć tu osobiście, część zaś stanowią przysłani przez GT figuranci, których zadaniem jest odzywać się w odpowiednich momentach i sprawiać w ten sposób wrażenie, że dużo się dzieje) doszło do wniosku, że nie będą zainteresowane tym, co im tu pokażą. Ziąb! W maju! Na Manhattanie, pod Kopułą Fullera! Poubierani w trampki na piankowej podeszwie, SuperMeny, mikrospódnice i mikrosukienki od Forlona&Morlera; obwieszeni holokamerami Japindu (z których każda ma wbudowaną monochromatyczną lampę laserową) i rejestratorami z autopowtórką; z kieszeniami obwisłymi od produkowanych przez Japind gazognatów, głuszaków i stalorąk, które zakłada się "tak samo łatwo i swobodnie, jak wasza babcia wkładała rękawiczkę".

Niespokojni, podejrzliwie zerkający na swoich przypadkowych towarzyszy.

Dobrze odżywieni.

Strzelający oczami na boki, opychający się spoksami, przeżuwający pracowicie, chrup-chrup.

Diabelnie przystojni.

Zastanawiający się, czy któryś z tych stłoczonych przy nich nieznajomych nie okaże się przypadkiem wściekiem.

Nowoubodzy świata tu-i-teraz.

* * *

Oggie'emu Lucasowi nie spodobało się spojrzenie, jakim przewodnik obrzucił grupę, kiedy w końcu raczył się pojawić. Ktoś mający przed sobą tak liczny tłumek nie zauważyłby od razu osobnika znanego jako Oggie Lucas: dwadzieścia lat, metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, Es-Pa-Dryle od SirFera, spodnie Potentat i kurtkoszula do lotów swobodnych Blood Onyx z zapinkami z prawdziwego złota. Zobaczyłby raczej kłębiącą się niepewnie gromadę odmieńców, wagabundów i pozerów, wśród których można by wydzielić mniejsze podzbiory - na przykład Oggiego i jego zamienników, którzy wybrali się do Nowego Jorku z Jetteksem na wycieczkę (dwie noce jeden dzień), licząc na jakiś odlot, ale bez powodzenia. Świat tak się skurczył, że nie dało się go wciągnąć bez zdejmowania butów, a mimo to z wybrzeża na wybrzeże było ciągle tak daleko...

Z całej tej ponad setki ludzi wyłowił cztery laski warte bliższego zogniskowania: jedna odleciała na wysoką orbitę - w tej chwili nie miała pojęcia nie tylko, w jakim budynku się znajduje, ale nawet, który wymiar astralny zamieszkuje; dwie przyszły z ziomkami, których uwiesiły się w sposób zupełnie nieodczepialny; a czwarta wyglądała jakby przywiało ją prosto z RUNG, z tymi afrykańskimi włosami i skórą jak czarne jagody - nie wypadało, żeby ktoś przyłapał go na wspólnym odliczaniu z taką dziunią.

Ale reszta to była taka mierzwa, że głowa mała, włącznie z taką jedną w udającym ubranie bezkształtnym, burym worku, z ciężką, rozepchaną torebką, włosami przyciętymi na jeża i nerwowym grymasem na świecącej twarzy, dziobatej i popękanej - pewnie jakaś Boża Córa. Tylko religia mogła przekonać normalną dziewczynę, żeby zrobiła z siebie takie paskudztwo.

- Kurżeszmać, gdzie są prawdziwe laski? - mruknął pod nosem Oggie.

Pracują w korporacjach, naturalnie. Ze wszystkich megalopolis to właśnie Nowy Jork najwięcej zjadał i najlepiej płacił. Podobnie rzecz się miała z LA, z tą tylko różnicą, że tam pracodawcą był rząd, który ściągał rekrutów do Strefy Konfliktu Pacyficznego. A kto jest bogatszy od rządu?

Stąd zabijanie czasu. Stąd pomierzwiony pomysł włóczęgi po zimnej komorze. Stąd wyczekiwanie na jutrzejszy samolot, który zabierze Oggiego i jego zamienników z powrotem nad Zatokę.

- Powiedz no, gdzie oni trzymają Teresę? - mruknął Zink Hodes, zamiennik stojący najbliżej Oggiego.

Była to aluzja do legendarnej dziewczyny Salmanasara, będącej źródłem niekończących się sprośnych żartów. Oggie nie raczył odpowiedzieć. Zink, który w nocy zaliczył mały sklepobskok, miał teraz na sobie nowy strój, taki nowojorski. Oggie był niezachwycony.

Przed nimi - para ciągnąca za sobą nie jedno i nie dwa, ale policzcie sami, aż trzy progeny. Zażenowani zainteresowaniem ze strony zazdrosnych sąsiadów w tłumie, głośno tłumaczący, że nie cała trójka jest ich, tylko dwoje, bo trzecią źrenicęokamego podrzuciła im kuzynka, żeby się nią zajęli, grzeczni i układni dla wszystkich dookoła, ale nie aż tak, żeby od razu się uciszyć, kiedy przewodnik w końcu przywołał do siebie gości.

- Dzień dobry państwu, witam w wieżowcu General Technics. Nie muszę chyba nikomu przedstawiać GT...

- To może byś sobie po prostu zaszył gębę? - szepnął Zink.

- ...która jest siłą środowiskotwórczą dla wszystkich mieszkańców tej półkuli i nie tylko, od Bazy Księżycowej Zero po Środkowoatlantycki Projekt Górniczy głęboko na dnie oceanu. Jest jednak taki aspekt naszej wszechstronnej działalności, który nieodmiennie odbiera mowę państwu Uniwersalnym. Z tym właśnie aspektem zamierzam państwa teraz zapoznać.

- Zapnij twarz lepiej - burknął Zink. - Ryja se zaspawaj.

Oggie pstryknął na dwóch zamienników idących krok za nim i gestem kazał im zajść Zinka z flanki.

- Bo cię tu zostawimy - zapowiedział - jak ci się tak Nowy Jork podoba. Albo wysadzimy cię z samolotu na dziesięciu kilometrach, bez poduszki pod dupę przy lądowaniu.

- Ale ja...

- Zapnij twarz - uciął Oggie.

Zink go posłuchał. Ze strachu oczy miał okrągłe jak spodki.

- Proszę zwrócić uwagę na ten granitowy blok, pod którym w tej chwili państwo przechodzicie. Widoczne na nim litery zostały wyryte za pomocą opracowanej przez GT techniki wybuchowej. Panowało powszechne przekonanie, że nie da się w ten sposób obrabiać naturalnego kamienia, ale my postanowiliśmy spróbować... i udało się nam. Potwierdziliśmy w ten sposób treść motta naszej firmy.

Stojący obok Oggiego odpad poruszał ustami i szeptał pod nosem, mozoląc się z odczytaniem oglądanego pod kątem pisma.

- Poniżej wypisane są najbardziej znane twierdzenia dowodzące ludzkiej krótkowzroczności, takie jak "Człowiek nie może oddychać przy prędkości powyżej pięćdziesięciu kilometrów na godzinę", "Trzmiel nie może latać" oraz "Przestrzeń międzyplanetarna to stworzony przez Boga mechanizm kwarantanny". Trzeba to koniecznie powtórzyć ludziom z Bazy Księżycowej Zero!

Kilka przypochlebnych wybuchów śmiechu. Stojąca kilka osób przed Oggie'em Boża Córa przeżegnała się na dźwięk Imienia.

- Dlaczego tu jest tak cholernie zimno?! - zawołał ktoś bliżej przewodnika.

Figuranci, mierzwa ich mać... Ciekawe, ilu gości w tym tłumie to w rzeczywistości pracownicy GT, zatrudnieni na polecenie rządu i z braku lepszego zajęcia utrzymywani na sztucznie utworzonych posadkach?

- To pytanie prowadzi nas prosto do kolejnego przykładu tego, jak bardzo możemy się mylić w naszych ocenach. Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat temu inżynierowie twierdzili, że zbudowanie komputera, który mógłby się równać z ludzkim mózgiem, wymagałoby drapacza chmur, żeby pomieścić sprzęt, oraz wodospadu Niagara, żeby go schłodzić. Tego akurat twierdzenia nie znajdziecie na granitowej płycie, ponieważ w kwestii chłodzenia nie do końca się pomylili: Niagara by nie wystarczyła, nie jest dostatecznie zimna. My stosujemy tu ciekły hel, całe tony. Za to mylili się całkowicie co do drapacza chmur. Proszę się rozproszyć tutaj, po tej galerii, to pokażę państwu dlaczego.

Sto dziewięć osób rozstawiło się apatycznie na podkowiastym balkonie obiegającym komorę przypominającą jajo ze ściętym czubkiem. W dole, na głównym poziomie, krzątali się identycznie wyglądający mężczyźni i kobiety; od czas do czasu któreś z nich zadzierało głowę z wyrazem kompletnego niezaciekawienia na twarzy. Kolejna mniej więcej dwudziestka zwiedzających poczuła się niemile dotknięta i doszła do wniosku, że obojętne, co będzie dalej, nie będą tym zainteresowani.

Oggie nie mógł się zdecydować. Wyeksponowany na dole sprzęt przyciągał jego wzrok - było tego co najmniej dwadzieścia pięć, może trzydzieści metrów: przewody, rury, klawiatury, ekrany, zespoły czytników, półki uginające się pod ciężarem lśniących metalowych przyrządów.

- Może nie zajmuje całego drapacza chmur, ale i tak jest dość spory - zauważył ktoś.

Co za mierzwa... Pewnie następny figurant. Oggie powstrzymał się od komentarza, gdy Zink zaszurał głośno stopami.

- Bynajmniej - odparł przewodnik.

Przekręcił zainstalowany na wysokości jego głowy reflektor. Snop światła prześliznął się po aparaturze i ludziach, aż spoczął na niepozornym ściętym stożku z białego matowego metalu.

- To właśnie - obwieścił uroczystym tonem - jest Salmanasar.

- To coś? - podsunął usłużnie figurant.

- To coś. Wysokość: czterdzieści pięć centymetrów, średnica podstawy: dwadzieścia osiem centymetrów, i jest to najpotężniejszy komputer na świecie, a wszystko dzięki unikatowej, opatentowanej przez GT technologii znanej pod nazwą mikriogeniki. Co więcej, jest to pierwszy komputer zaliczany do kategorii megamózgów!

- To bezczelne kłamstwo - odezwał się ktoś z przednich szeregów.

Wytrącony z równowagi przewodnik zaniemówił.

- A K'ung-fu-tse? - mówił dalej ten sam ktoś.

- Słucham? Przykro mi, ale nie... - Przewodnik uśmiechnął się bez przekonania.

Oggie zdał sobie sprawę, że tym razem nie był to wtręt podstawionego figuranta. Wspiął się na palce, żeby lepiej widzieć, co się dzieje.

- Konfucjusz! Mówi się "Konfucjusz"! Na Uniwersytecie Pekińskim mają działający megamózg od...

- Zamknij się! Zdrajca! Przeklęty łgarz! Krwawiciel! Zrzućcie go na dół!

Krzyki podniosły się natychmiast, odruchowo, automatycznie. Zink przepchnął się do przodu i dołączył do krytykantów. Oggie zmrużył oczy, wyjął z kieszeni paczkę bay goldów i włożył sobie jednego w kącik ust. Zostały mu już tylko cztery. Potem będzie skazany na tę nowojorską mierzwę, zielone manhattańskie ścierwo. Najlepsze, co mieli na tym wybrzeżu.

Mocno zgryzł końcówkę automatycznego napowietrzacza. Co to kogo obchodzi, co robią Chińczycy, dopóki armia nie ucapi człowieka za jaja? Wiele hałasu o nic, i tyle.

Policja korporacyjna wyprowadziła czerwonego braciszka, zanim ktokolwiek zdążył mu sprzedać solidniejszego kuksańca, i przewodnik z ulgą wrócił do swojego standardowego planu lotu.

- Widzicie państwo, gdzie w tej chwili kieruję światło? To port wejściowy SKANALIZATORA. Tędy właśnie wprowadzane są wszystkie wiadomości ze wszystkich dużych agencji informacyjnych, po czym Engrelay Satelserv, dzięki Salmanasarowi, mówi nam, na czym stoimy w świecie tu-i-teraz.

- To jasne, ale to przecież nie może być jedyna funkcja Salmanasara - odezwał się inny figurant. Oggie'ego aż skręciło w środku.

- Naturalnie. Głównym zadaniem Salmanasara jest osiąganie tego co niemożliwe. Czyli nasz chleb powszedni tutaj, w GT. - Dla lepszego efektu przewodnik zawiesił na chwilę głos. - Zostało udowodnione teoretycznie, że w wypadku systemu logicznego o tak wysokim stopniu złożoności jak Salmanasar wystarczy wprowadzić do niego dostatecznie dużo informacji, żeby wykształcenie się świadomości i samoświadomości było tylko kwestią czasu. Możemy zresztą z dumą ogłosić, że pewne oznaki udało się już...

Zamieszanie. Kilkanaście osób, w tym Zink, naparło w przód, żeby lepiej widzieć. Oggie westchnął tylko, ale nie ruszył się z miejsca. Pewnie kolejny życzliwy figurant. Co za mierzwa... Dlaczego tym blokersom się wydaje, że ludzie nie będą umieli odróżnić prawdziwego wydarzenia od fałszywki?

Ale...

- Bluźniercy! Diabelski pomiot! Świadomość jest darem od Boga! Nie można wbudować duszy w maszynę!

...przecież nikt nie kazałby figurantowi wykrzykiwać czegoś takiego.

Jakiś blokers stał mu na drodze, starszawy ziom znacznie od niego niższy i wyraźnie lżejszy. Oggie odepchnął go, odgrodził się Zinkiem od ewentualnych pretensji i wychylił przez balustradę. Po jednym z sześciometrowych filarów, na których wspierała się konstrukcja galerii, zsuwała się laska w workowatym burym ubraniu: przekładała rękę za ręką, w końcu zeskoczyła z wysokości półtora metra na ziemię i odwróciła się do zaniepokojonych pracowników, którzy zamierzali ją złapać.

- To Teresa! - zawołał ktoś, siląc się na żart.

Parę osób roześmiało się bez przekonania, ale większość ludzi na galerii wykazywała oznaki przerażenia. Podczas wizyt państwa Uniwersalnych nigdy się coś takiego nie zdarzało.

Ci, którzy chcieli lepiej widzieć, przepychali się z tymi, którzy chcieli się wydostać. Niemal od razu wybuchły awantury i rozległy się podniesione głosy.

Oggie z zainteresowaniem rozważał i odrzucał kolejne możliwości. Żadna Boża Córa nie nosiłaby broni, która byłaby skuteczna z bezpiecznej odległości - nie wchodziły więc w grę żadne energetyki, pistolety ani granaty. A to znaczyło, że blokersi pędzący z wrzaskiem do wyjścia lub rzucający się plackiem na podłogę niepotrzebnie tracą energię. Z drugiej strony, w tej jej torbie zmieściłaby się całkiem niekiepska...

Teleskopowa siekiera z ostrzem równie długim jak złożone stylisko. No proszę!

- To dzieło diabła! Zniszczcie je i ukorzcie się, zanim zostaniecie na wieczność przeklęci! Jak śmiecie uzurpować sobie boskie...

Wyrżnęła najbliższego serwisanta torbą w twarz i rzuciła się w stronę Salmanasara. Jakiś ziom przytomnie rzucił w nią ciężką instrukcją obsługi i trafił ją w nogę; potknęła się i omal nie upadła. Tymczasem obrońcy zbili się w gromadę, uzbrojeni w bicze z wielożyłowych przewodów i półtorametrowej długości wsporniki do czekających na zainstalowanie półek. Zachowywali się jednak jak tchórze i zamiast się do niej zbliżyć, tylko ją okrążyli.

Skrzywiła się pogardliwie.

- Jedziesz ich, laska! - zawołał Zink.

Oggie milczał. Mógłby wykrzyknąć to samo, ale byłoby to niestosowne.

Zgrzyt metalu o metal poniósł się echem po komorze, gdy dziewczyna rzuciła się na najodważniejszego z przeciwników, wymachującego wspornikiem. Ziom kwiknął i upuścił broń, jakby ta sparzyła go w ręce, a wtedy Boża Córa cięła zamaszyście siekierą.

Odcięta dłoń - Oggie widział ją wyraźnie w locie - pofrunęła w powietrzu jak lotka do badmintona. Na ostrzu siekiery została krew.

- No, no... - mruknął i wychylił się pięć centymetrów dalej za balustradę.

Ktoś stojący za plecami laski smagnął ją kablem; na szyi i policzku pojawiło się czerwone piętno. Skrzywiła się, ale nie bacząc na ból, wyrżnęła siekierą w jeden z czytników danych. Pulpit roztrzaskał się w drobny mak, sypiąc dookoła kawałkami plastiku i błyszczącą elektroniką.

- No, no... - powtórzył Oggie z nieco większym entuzjazmem. - Kto następny?

- Wyjdźmy gdzieś dzisiaj wszyscy - zaproponował podekscytowany Zink. - Wieczorem. Skręcimy jakąś mierzwę! Od lat nie widziałem laski, która by miała taki wypierd!

Dziewczyna uniknęła kolejnego ciosu i lewą ręką chwyciła coś, co leżało obok na stoliku na kółkach. Rzuciła tym czymś w stronę Salmanasara. Z miejsca uderzenia trysnęły skry.

Oggie w zadumie rozważał propozycję Zinka. Był skłonny na nią przystać.

Krew skapywała z ostrza na brunatny strój dziewczyny. Ranny mężczyzna leżał na ziemi i wył z bólu.

Oggie zaciągnął się bay goldem. Czuł, jak krystalizuje się w nim decyzja, gdy dym - automatycznie rozrzedzony powietrzem w stosunku cztery do jednego - kłębił mu się w płucach. Długo go nie wypuszczał, potrafił bez wysiłku wstrzymać oddech nawet na półtorej minuty. I wtedy sceneria się zmieniła.

 

kontekst (3) trzeba go popchnąć

"To nie zbieg okoliczności...".

(ZBIEG OKOLICZNOŚCI Nie uważałeś i przegapiłeś drugą połowę tego, co się działo.

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

"...że mamy wścieków. Informacje dodatkowe: "wściek" wziął się od "wściekłego". Nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że to zniekształcony ludzki "ściek", szumowina. Bliski kontakt ze ściekami można przeżyć, za to w bliski kontakt ze wściekiem radzę w ogóle nie wchodzić. Najlepiej być gdzie indziej, kiedy to się wydarzy.

Zanim nastał wiek XX, najgęstsze skupiska ludzkie spotykano niemal wyłącznie w miastach azjatyckich (wyjątkiem jest tu Rzym, ale do Rzymu dojdziemy za chwilę). Kiedy zbyt wielu ludzi naraz zalazło ci za skórę, brałeś w garść maczetę albo kris i szedłeś podrzynać gardła. Nie miało znaczenia, czy umiesz się posługiwać bronią, czy nie: ludzie, przeciw którym zamierzałeś jej użyć, tkwili w swoim normalnym układzie odniesienia, a ty znajdowałeś się w układzie odniesienia berserkera. Informacje dodatkowe: berserkerzy wywodzili się ze społeczności, która większość roku przesiadywała na dupie w norweskich dolinach, nad brzegami fiordów, ze wszystkich stron otoczona przez niezdobyte turnie, od góry nakryta potworną szarą czapą chmur i uwięziona przez zimowe sztormy, które skutecznie uniemożliwiały ucieczkę drogą morską.

Zamieszkujący południe Afryki Nguni mają takie powiedzenie, że nie wystarczy zabić zuluskiego wojownika; trzeba go jeszcze popchnąć, żeby się przewrócił. Informacje dodatkowe: Zulus Czaka miał w zwyczaju młodo zabierać przyszłe ofiary assagajów z domu rodzinnego i wychowywać na przyszłych wojowników w warunkach zbliżonych do koszarowych - dostawali tylko włócznię, tarczę i tubę na penisa i nie mogli liczyć nawet na odrobinę prywatności. Zupełnie niezależnie od Spartan dokonał tego samego odkrycia co oni.

Kiedy Rzym stał się pierwszą na świecie metropolią liczącą milion dusz, rozpowszechniły się w nim tajemnicze wschodnie kulty religijne z towarzyszącymi im praktykami samoumartwienia i samookaleczenia. Dołączałeś do procesji ku czci Kybele, wyrywałeś jednemu z kapłanów nóż, odrzynałeś sobie jaja i biegłeś ulicami miasta, wymachując odciętymi genitaliami, aż znalazłeś dom, w którym drzwi były otwarte, i mogłeś wrzucić jądra za próg. Dawali ci wtedy kobiece ubranie i mogłeś dołączyć do stanu kapłańskiego.

Pomyśl tylko, z jak wielką presją musieli zmagać się ci ludzie, jeśli takie rozwiązanie uchodziło za ułatwienie sobie życia!".

- Chad C. Mulligan, Jesteś ignorantem i idiotą

 

ciągłość (2) martwa dłoń z przeszłości

Norman wysiadł z windy gotowy do jednego ze swoich rzadkich i zawsze starannie wykalkulowanych wybuchów gniewu, które u wszystkich jego podwładnych wywoływały wyrzuty sumienia. Wnętrze komory Salmanasara ledwie zdążyło mu mignąć przed oczami, kiedy potrącił stopą coś leżącego na podłodze.

Spuścił wzrok.

To była ludzka dłoń, odcięta na wysokości nadgarstka.

* * *

- A na przykład mój dziadek ze strony matki - powiedział Ewald House - był jednoręki.

Sześcioletni Norman patrzył na pradziadka wielkimi, okrągłymi oczami. Nie rozumiał wszystkiego, co ten starszy pan mu opowiadał, ale miał świadomość, że są to rzeczy ważne - tak samo jak ważne było to, żeby nie moczył się w łóżku ani nie zaprzyjaźniał zbyt blisko z synem Curtisa Smitha, który wprawdzie był jego rówieśnikiem, ale był biały.

- Był leworęczny, rozumiesz. A co zrobił? Ano zrobił to, że w gniewie podniósł rękę na swojego nadzorcę. Tak mu przyłożył, że ten wpadł do strumienia. Więc potem nadzorca kazał go przykuć łańcuchem do kołka wbitego w czterdziestoakrowe pole, potem normalnie wziął piłę i... odpiłował mu rękę. Mniej więcej tutaj. - Pradziadek dotknął własnej ręki, chudej jak ustnik fajki, nieco poniżej łokcia. - Dziadek nic nie mógł zrobić. Urodził się niewolnikiem.

* * *

Norman - bardzo spokojny i całkowicie nieruchomy - rozejrzał się po komorze. Zobaczył właściciela dłoni, który wił się z bólu na podłodze, jęczał przejmująco i ściskał kikut ręki, usiłując przez mgłę nieznośnego bólu znaleźć właściwe punkty ucisku i powstrzymać krwotok. Zobaczył strzaskany pulpit czytnika, którego odłamki chrzęściły pod butami spanikowanych i zdezorientowanych pracowników. Zobaczył błysk w oczach bladej białej dziewczyny - dyszała głośno, ciężko, jak w ekstazie, i zakrwawioną siekierą powstrzymywała otaczających ją przeciwników.

Zobaczył również stłoczoną na galerii ponad setkę idiotów.

Ignorując wydarzenia rozgrywające się na środku sali, podszedł do wbudowanej w ścianę pokrywy. Dwa szybkie ruchy pokręteł i pokrywa spadła, odsłaniając sieć grubo izolowanych rur, splątanych jak ogon króla szczurów.

Szarpnął zawór. Kantem dłoni uderzył w łącznik, bardzo szybko, żeby zimno nie zdążyło przeniknąć w głąb skóry. Przyciągnął sobie jeden z węży, włożył go pod pachę, zaparł się i zaczął wlec za sobą. Ta odrobina luzu wystarczy na jego potrzeby.

Podchodząc do dziewczyny, nie spuszczał z niej wzroku.

Boża Córa. Pewnie jakaś Dorcas, Tabitha albo Martha. Chce zabijać. Chce niszczyć. Typowa reakcja chrześcijanki.

Wy swojego Proroka zamordowaliście. Nasz odszedł w podeszłym wieku, otoczony powszechnym szacunkiem. Ba, wy byście z radością zabili swojego po raz drugi. A gdyby nasz wrócił, mógłbym porozmawiać z nim jak z przyjacielem.

* * *

Zatrzymał się niecałe dwa metry od niej; wąż ciągnął się za nim, trąc głośno o ziemię jak łuski olbrzymiego gada. Nie wiedziała, co myśleć o tym mężczyźnie o czarnej skórze i zimnym, martwym spojrzeniu. Wzięła zamach siekierą, ale się zawahała. To na pewno jakiś podstęp. Pułapka.

Obejrzała się gwałtownie, spodziewając się, że lada chwila ktoś zaatakuje ją od tyłu - ale pracownicy rozpoznali oręż Normana i rozpierzchli się na jego widok.

* * *

"Nic nie mógł zrobić...".

Konwulsyjnym ruchem otworzył zawór na końcu rury i trzymając go nieruchomo, odliczył do trzech.

Rozległ się syk, spadł śnieg i biały lód okrył znienacka siekierę, trzymającą ją dłoń i całą rękę. Nastała chwila bez końca, w której nic się nie działo.

A potem pod ciężarem siekiery dłoń dziewczyny odłamała się na wysokości nadgarstka.

- Ciekły hel - wyjaśnił lakonicznie Norman na użytek widzów. Wypuścił rurę, która z metalicznym szczękiem upadła na podłogę. - Wystarczy zanurzyć w nim palec, a złamie się jak sucha gałązka. Dlatego nie radzę tego próbować. Tak jak nie radzę wierzyć we wszystko, co się słyszy o Teresie.

W ogóle nie patrzył na dziewczynę, która tymczasem upadła na ziemię nieprzytomna lub nawet martwa od wstrząsu - interesowała go tylko zmrożona dłoń wciąż zaciśnięta na rękojeści siekiery. Powinien coś poczuć, choćby dumę ze swojego szybkiego pomyślunku, ale niczego w sobie nie znalazł. Jego umysł i serce były tak samo skute lodem jak ten pozbawiony sensu przedmiot na podłodze.

Odwrócił się na pięcie i skierował z powrotem do windy, boleśnie świadomy okrutnego rozczarowania.

* * *

Zink przysunął się do Oggie'ego.

- Hej-hej! - zagaił. - Warto było przyjść, co? Coś czuję, że dziś skręcimy mierzwę jak stąd do oceanu! Już wchodzę na orbitę!

- Nie - odparł Oggie, wpatrzony w drzwi, za którymi zniknął brązowy kinol. - Nie w tym mieście. Nie podobają mi się tutejsze siły porządkowe.

 

świat tu-i-teraz (2) komórki do wynajęcia

- Już od ponad dziesięciu lat zbiory Biblioteki Publicznej Nowego Jorku nie znajdują się wcale w Nowym Jorku. Ich dokładna lokalizacja jest utajniona, nie ograniczyło to jednak ich dostępności dla użytkowników - przeciwnie, dostęp do nich jest nawet łatwiejszy niż kiedyś.

Najbardziej wszechstronny system kopiowania, jaki kiedykolwiek opracowano, to Eastman Kodak Wholographik. Wystarczy odwrócić odbitkę, wyciąć zwykłymi nożyczkami wzdłuż zaznaczonych linii i porozdzielać - a z każdej z dwudziestu czterech części można będzie odczytać do 98% pierwotnej informacji!

Donald Hogan siedział w towarzystwie 1235 innych osób, z których każda - lub nawet wszystkie naraz - mogła przeglądać tę samą książkę lub czasopismo, co on. Salmanasar szyfrował wybrany przez niego wzorzec wyszukiwania, a jego fizyczny zapis został dla bezpieczeństwa wydrukowany po yatakańsku, a więc w języku trudnym i mało popularnym - nieco zbliżonym do japońskiego, gdyż w podobny sposób łączył masę chińskich ideogramów z dwoma kompletnymi sylabariuszami, tyle że w przeciwieństwie do wykształconej lokalnie w Japonii katakany, sylabariusz yatakański był bękartem alfabetu arabskiego, który pod koniec średniowiecza muzułmańscy prozelici przywieźli na wyspy Azji Południowo-Wschodniej.

PODSUMOWANIE Autorzy opisują liczne przypadki wątpliwej genealogii, z jakimi zetknęła się Stanowa Rada Postępowania Eugenicznego w New Jersey. Skuteczną metodą wykrywania genów odpowiedzialnych za recesywny dichromatyzm jest

ABSTRAKTY PRAC Z BADAŃ STRUKTUR KOMÓRKOWYCH

PRZEGLĄD FACHOWEJ PRASY BIOCHEMICZNEJ

MATERIAŁY INSTYTUTU BADAŃ CEREBROCHEMICZNYCH

Jeżeli szukasz bakterii dostosowanej specjalnie do przetwarzania bezwartościowych ścieków przemysłowych w opłacalne w eksploatacji źródło siarki, poproś Minnesota Mining o próbkę ich szczepu UQ-141. Pierwszy milion organizmów: 1000 $ z wysyłką.

PODSUMOWANIE Komputerowa analiza próbnej pożywki dla jaj Nannus troglodytes. Wstępne szacunki wskazują

Najbardziej użytecznym jednotomowym podręcznikiem dla współczesnego studenta zainteresowanego zagadnieniami uzależnień jest ZNIEKSZTAŁCENIE DOZNAŃ SUBIEKTYWNYCH Friberga i Mahlera. Obejmuje: opium i pochodne, kokę i pochodne, peyotl i pochodne, konopie indyjskie i pochodne, pituri, caapi itp.; substancje syntetyczne, od kwasu lizergowego po Yaginol? i Dymiczachę?. Zawiera specjalny aneks dot. Odjazdyny?. Cena 75 $, dostępny wyłącznie dla lekarzy.

EKOLOGIA SOMATYCZNA

SPORT I MUTACJE

DZIEDZICZENIE U GADÓW

PODSUMOWANIE Interpretacja relacji ekonomicznych w górskiej wiosce w Boliwii jako manifestacji Zespołu Mergendahlera, w której czynniki pobudzające równoważone są czynnikami religijnymi, żywieniowymi i

Obecnie GT udostępnia wyizolowany materiał genetyczny Rana palustris oraz Rattus norvegicus albus. Gwarantowany poziom kontaminacji międzypłciowej na poziomie niższym niż 0.01%.

PODSUMOWANIE Podatność na rakotwórczy wpływ przemysłowego czterochlorku węgla wykazuje korelację ze znaną i zależną od płci dziedziczną zdolnością wykrywania smaku (w stężeniu poniżej 1 ppm)

Nie ma we współczesnym świecie sytuacji równie frustrującej, jak uprawnienie do posiadania dzieci połączone z niemożnością ich poczęcia. Specjalizujemy się w reimplantacji jajeczek zapłodnionych pozaustrojowo.

BIULETYN TOWARZYSTWA WSZECHORGAZMU

GRAUNCH::prozowersobraz

SOCJOLOGIA MRÓWEK, PSZCZÓŁ I TERMITÓW

PODSUMOWANIE Kiedy brzydki i sfrustrowany odpad HANK OGMAN zgwałcił własną matkę, a ona zaszła w ciążę i - wskutek jej uzależnienia od yaginolu - można było z niemal całkowitą pewnością spodziewać się płodu fokomelicznego, nad odpowiedzialnym blokojcem WALTEM ADLESHINE'EM zawisły czarne chmury. Na szczęście, dzięki natychmiastowej interwencji chirurga, IDY CAPELMONT, udało się uniknąć tragedii.

- Jak ja się pani odwdzięczę? - zapytał Walt.

W odpowiedzi podała mu cenę, która

Donald Hogan ziewnął i wstał z krzesła. Przerobienie dziennego przydziału zleceń nigdy nie zabierało mu więcej niż trzy godziny. Schował do kieszeni notes, w którym miał zapisany wzorzec wyszukiwania, i nieśpiesznie ruszył do windy.

 

kontekst (4) tematyka

Rozwinięte

Rozwijające się

Słabo rozwinięte

np. USA, Wspólna Europa, ZSRR, Australia

np. Chiny, Yatakang, Egipt, Republ. Unia Nigerii i Ghany

np. Cejlon, Beninia, Afganistan, Mozambik

Rządy apatii publicznej

Rządy "partii rewolucyjnych"

Władza rządu "z przetrąconym kręgosłupem"

Waluta podlega stałej rewaluacji poprzez inflację

Kurs waluty utrzymywany sztucznie w drodze decyzji administracyjnych

Waluta podlega dowolnym fluktuacjom

Zatrudnienie: umowy prywatne

Kontrolowane przez państwo

Kwestia szczęścia

Środki masowego przekazu: wskutek protekcji i siły inercji sprzyjają rządowi

Kontrolowane bezpośrednio przez agencje rządowe; jednolity punkt widzenia

Zarządzane amatorsko, podatne na wahania dobrego smaku i wiarygodności

Żywność zróżnicowana, ale w całości produkowana w fabrykach; wymaga kosztownych suplementów

Mniej zróżnicowana, ale dystrybuowana w wydajnym systemie rozdzielczym, zapewniającym stabilną jakość

Poniżej minimum niezbędnego do życia; niewydajny system rozdzielczy

Opieka medyczna częściowo darmowa (położnictwo, opieka nad dzieckiem, geriatria), reszta usług płatna, ale wysokiej jakości

Opieka medyczna w całości darmowa, ale najczęściej miernej jakości

Opieka medyczna w całości płatna, standard bardzo niski; niektóre państwa zatrudniają szamanów

Służba wojskowa: pobór - duża wybiórczość, liczne przypadki unikania; lojalność rekrutów wzmacniana technikami psychologicznymi

Powszechny pobór; próby uniknięcia poboru niezwykle rzadkie; lojalność rekrutów wymuszona klimatem społecznym

Wojsko i marynarka wojenna drogą ucieczki dla ofiar nędzy; podatne na rewolucyjne turbulencje; w znacznej mierze niezależ. od rządu

W miastach powszechne mieszkania, domy na terenach rzadziej zaludnionych, włóczęgostwo dopuszczalne, lecz niezalecane

Powszechność mieszkań, domy dla rządowych faworytów, włóczęgostwo karalne

Domy, szopy, szałasy, brak stosownego prawodawstwa, znaczne przeludnienie

Ekspreslot, pędzimetro, rapitrans, helikopter, taksówka na ogniwa paliwowe, autobus z kołem zamachowym itp.

Ekspreslot, autobus z kołem zamachowym, taksówka na ogniwa paliwowe, taksówka rowerowa, rower itp.

Autobus, ciężarówka, rower, zwierzęta pociągowe itp.

Sieć telefoniczna rozwinięta, aparaty z wideoekranami

Sieć telefoniczna dobrze rozwinięta w miastach, słabo poza ich granicami; w niektórych rejonach tylko transmisje dźwiękowe

Sieć telefoniczna zawodna

Ustawy eugeniczne przeciw debilizmowi, fenyloketonurii, hemofilii, cukrzycy, dichromatyzmowi i in. surowo egzekwowane

Debilizm, fenyloketonuria, hemofilia i in. Możliwości egzekwowania ograniczone brakiem sił i środków

Brak kar lub możliwości ich egzekwowania

Ubiór dyktuje moda; ubrania jednorazowe popularne ze względu na niski koszt

Ubrania projektowane i szyte przez państwo; stroje jednorazowe uważane za luksus

Od szaty do szmaty: ubrania często noszone kolejno przez kilka osób

Homoseksualizm tolerowany, dwojaczenie uważane za oczywistość

Skrajna nietolerancja; dwojaczenie karalne i niechętnie widziane

Sposób traktowania podyktowany tradycją i obyczajem

Tytoń zakazany ze względu na działanie rakotwórcze

Tolerowany pod warunkiem oczyszczenia z substancji rakotwórczych

Używany

Marihuana legalna, zyskuje społeczną akceptację

Tolerowana

Tradycyjnie akceptowana w społeczeństwie

Alkohol - bez względu na legalność produkcji - akceptowany w społeczeństwie

W wielu krajach legalny, ale nie jest pochwalany

Wytwarzany w domu

Środki psychodeliczne nielegalne, tolerowane

Nielegalne, surowe kary

Za drogie

Zasoby naturalne na wyczerpaniu

Intensywnie eksploatowane

Sprzedawane za granicę lub niekompetentnie zarządzane

Populacja ludzka

Populacja ludzka

Populacja ludzka

ISTOTA LUDZKA Jesteś nią. A jeśli nie, to przynajmniej wiesz, że jesteś Marsjaninem, tresowanym delfinem albo Salmanasarem.

(Jeśli chcesz, żebym powiedział ci coś więcej, masz pecha. Nikt ci więcej nie powie.

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

 

na zbliżeniu (3) wcale nie!

- To co robimy? - spytała Sheena Potter po raz tysiąc pięćsetny. - Tylko nie waż mi się brać następnego spoksa; i tak już ledwie idzie się z tobą dogadać!

- Chcesz, żebym dostał wrzodów - poskarżył się jej mąż Frank.

- Ty pomierzwiony kłamczuchu!

- A zatem robisz to nieświadomie. W takim razie nie powinnaś nawet wychodzić sama na ulicę, nie mówiąc już o rozmnażaniu się.

Frank przemawiał z iście olimpijskich wyżyn beznamiętności - a wszystko to dzięki pięciu spoksom, które zdążył przyjąć przed-pe.

- Myślisz, że ja się chcę rozmnażać? To coś nowego... A może to ty byś ponosił tego małego drania, co? Dzisiaj potrafią to już tak załatwić: faszerują cię żeńskimi hormonami po uszy i wszczepiają płód do jamy brzusznej.

- Znów się naoglądałaś Przeglądu Widza... Chociaż nie, pomyliłem się: wzięłaś to ze SKANALIZATORA. To jeszcze bardziej niezwykłe.

- Guzik prawda! Felicia mi powiedziała, kiedy ostatni raz byłam w szkole nocnej...

- Dużo ci dają te twoje lekcje! Ciągle jesteś drętwa jak Teresa. Kiedy wy tam wreszcie dojdziecie do podstaw Kamasutry?

- Gdybyś był więcej niż półmężczyzną, sam byś mnie dawno nauczył...

- Brak reakcji to w tym wypadku wina patiensa, nie agensa. To dlatego ja...

- Teraz cytujesz reklamę, nawet nie serwis wiadomości, tylko reklamę zrobioną przez jakiegoś śliniącego się...

- Gdybym miał więcej oleju w głowie, nie ożeniłbym się z blokerką, która ledwie skończyła parę klas...

- A ja nie wyszłabym za ziomka ze ślepotą barwną w rodzinie...

Oboje umilkli i rozejrzeli się po mieszkaniu. Na ścianie pomiędzy oknami widniał jaśniejszy placek - kawałek pokryty oryginalną farbą, którą zastali tu zaraz po przeprowadzce. Obrazek, który wcześniej wisiał w tym miejscu, znajdował się teraz w czerwonej plastikowej skrzynce przy drzwiach. Obok czerwonej plastikowej skrzynki stało jeszcze pięć zielonych (można wysyłać pocztą próżniową tylko z wyściółką) i tuzin czarnych (można wysyłać pocztą próżniową bez wyściółki). Były również dwie białe skrzynki, na tyle wysokie, że w miarę wygodnie dawało się na nich usiąść - i w taki właśnie sposób korzystali z nich Frank i Sheena.

Barek był pusty, nie licząc odrobiny kurzu i zaschniętych resztek rozlanego wina.

Lodówka była pusta, nie licząc cienkiej warstewki lodu w zamrażalniku, który stopi się automatycznie, kiedy komptroler przełączy się w tryb odmrażania.

Szafa w sypialni była pusta. Całośmietnik chrzęścił cicho, przeżuwając partię jednorazowych papierowych ubrań i kilkanaście kilogramów łatwo psujących się produktów z lodówki.

Automatyczne plomby zasklepiły gniazdka elektryczne - żadne dziecko nigdy nie mieszkało w tym domu, ale zgodnie z prawem wszystkie gniazdka musiały być automatycznie plombowane natychmiast po usunięciu podłączonych do nich urządzeń.

Na podłodze u stóp Franka leżała teczka na dokumenty, w której znajdował się bilet dla dwóch osób w klasie turystycznej do Portoryko; dwa identyfikatory - jeden z pieczątką DZIEDZ. DICHR., drugi PODATN. DZIEDZ. DICHR.; dwadzieścia tysięcy dolarów w czekach podróżnych; oraz pismo ze Stanowej Rady Postępowania Eugenicznego w Nowym Jorku zaczynające się od słów: "Szanowny Panie Potter, z przykrością informujemy, że zajście Pańskiej żony w ciążę (bez względu na fakt Pańskiego bycia lub niebycia ojcem dziecka) podlega karze zgodnie z paragrafem 12, rozdział V Kodeksu Rodzicielskiego Stanu Nowy Jork, co skutkuje...".

* * *

- Skąd miałem wiedzieć, że Przedostatni Stan też wyda zakaz? Lobby hodowli dzieci dysponuje bilionami dolarów! Takie pieniądze otwierają wszystkie drzwi!

On był umiarkowanie przystojnym mężczyzną, dość szczupłym, dość śniadym, z postury i zachowania na pozór starszym niż chronologiczne trzydzieści lat.

- Zawsze powtarzałam, że chętnie adoptuję! Mogliśmy zapisać się na listę i najdalej za pięć lat dostać jakieś niechciane dziecko!

Ona - dwudziestotrzylatka - była wyjątkowo śliczną naturalną blondynką, pulchniejszą od męża; starannie dobrana dieta pomagała jej zachować najmodniejszy obecnie rozmiar.

- Po co w ogóle tam jechać? - dodała.

- Bo tutaj nie możemy zostać! Sprzedaliśmy mieszkanie i zdążyliśmy już wydać część pieniędzy!

- Nie moglibyśmy pojechać gdzie indziej?

- Oczywiście, że nie! Słyszałaś o tych ludziach, których w zeszłym tygodniu zastrzelono, gdy próbowali się przekraść do Luizjany? A co do Nevady... Jak myślisz, na ile by nam wystarczyło dwadzieścia patyków w Nevadzie?

- Moglibyśmy tam pojechać, zajść w ciążę i wrócić do domu...

- Ale do czego? Sprzedaliśmy mieszkanie, nie rozumiesz? Jeżeli zastaną nas tutaj po szóstej po-pe, mogą nas wsadzić do więzienia! - Frank uderzył się otwartą dłonią po udzie. - Nie, musimy jak najlepiej wykorzystać sytuację. Pojedziemy do Portoryko, zaoszczędzimy trochę i przeniesiemy się do Nevady. Albo damy w łapę komuś, kto przerzuci nas do Peru, Chile albo...

Od strony drzwi wejściowych dobiegło pukanie.

Spojrzał na nią, nie poruszając się.

- Kocham cię, Sheena - powiedział w końcu.

Skinęła głową, nawet zdobyła się na uśmiech.

- Ja też cię kocham, do szaleństwa. I nie chcę jakiegoś cudzego dziecka z drugiej ręki. Choćby miało nie mieć nóg, kochałabym je, bo byłoby twoje.

- A ja bym je kochał, bo byłoby twoje.

Kolejne pukanie. Wstał. Mijając Sheenę, pocałował ją lekko w czoło i poszedł wpuścić ekipę od przeprowadzek.

 

ciągłość (3) po upływie dekady

Wyszedłszy z biblioteki, Donald Hogan spojrzał najpierw na północ wzdłuż Piątej Alei, potem na południe, zastanawiając się, którą z półtuzina pobliskich restauracji wybrać na lunch. Wyglądało na to, że chwilowo nie jest w stanie podjąć tej decyzji. Na swoim obecnym stanowisku pracował od blisko dziesięciu lat; prędzej czy później wszystko powszednieje.

Może człowiek po prostu nie powinien móc w pełni zrealizować swojej największej ambicji w wieku dwudziestu czterech lat...

Zostało mu najprawdopodobniej pięćdziesiąt lat życia, oraz całkiem realne szanse na jeszcze jedną dodatkową dekadę. A przyjmując ofertę, którą mu złożyli, nie poruszył kwestii odejścia na emeryturę czy choćby rezygnacji.

Owszem, kiedyś tam pozwolą mu przejść na emeryturę. Nie miał jednak pojęcia, czy rezygnacja w ogóle wchodzi w grę. Ostatnio jego koledzy (prowadził świadomą politykę nieposiadania przyjaciół), którzy zwrócili uwagę, że wygląda staro na swój wiek i wykazuje zainteresowanie szemranymi dziedzinami nauki, zachodzili w głowę, co, u licha, się z nim dzieje. Gdyby jednak znalazł się ktoś, kto mógłby powiedzieć "Donald nosi się z zamiarem odejścia z pracy", nawet najbliższy z jego kolegów - mężczyzna, z którym dzielił mieszkanie i niekończący się korowód lasek - zrobiłby zdziwioną minę.

- Z pracy? Z jakiej pracy? Przecież Donald nie pracuje! Jest zawodowym dyletantem!

* * *

- Usiądź, Donaldzie - powiedział dziekan i elegancko skinął ręką.

Donald posłuchał, nie odrywając wzroku od także obecnej w pokoju nieznajomej: kobiety we wczesnym wieku średnim, obdarzonej delikatną posturą, dobrym gustem w doborze ubrań i serdecznym uśmiechem.

Troszeczkę się denerwował. W ostatnim numerze studenckiego czasopisma opublikował garść spostrzeżeń, których upublicznienia później pożałował - chociaż, gdyby go przycisnąć, musiałby uczciwie przyznać, że w dalszym ciągu je podtrzymuje.

- To doktor Jean Foden - powiedział dziekan. - Z Waszyngtonu.

W umyśle Donalda zamajaczyła wielce niepokojąca ewentualność: grant na jego badania doktoranckie został cofnięty po tym, jak uznano go za wywrotowca i niewdzięcznika. Zaszczycił panią doktor chłodnym, nieszczerym skinieniem głowy.

- W takim razie zostawię państwa samych - dodał dziekan i wstał.

To jeszcze bardziej zdumiało Donalda. Prędzej by się spodziewał, że stary drań będzie wolał posiedzieć gdzieś z boku i chichrać się w duchu - oto kolejny nieprzejednany student trafia pod topór. Miał więc w głowie kompletną pustkę, jeśli idzie o możliwe powody tego spotkania, gdy doktor Foden wyjęła ten właśnie numer czasopisma.

- Moją uwagę zwrócił twój artykuł - zaczęła z werwą. - Twoim zdaniem nasze metody nauczania są niedoskonałe, prawda, Don? Mogę mówić do ciebie Don?

- Tak, jeśli ja mogę mówić do ciebie Jean.

Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Cztery piąte współczesnej populacji Ameryki Północnej zaliczały się do kategorii ludzi pięknych i przystojnych - zrównoważona dieta i tania opieka medyczna wreszcie przyniosły upragnione skutki. Teraz zaś, kiedy pierwsze ustawy eugeniczne zaczynały wchodzić w życie, odsetek ten powinien się jeszcze powiększyć. Nie zmieniało to faktu, że Donald Hogan miał w sobie coś niezwykłego - jego kobiety najczęściej kwitowały to określeniem "charakterek", ale kiedyś pewna angielska studentka z wymiany powiedziała mu, że jest po prostu zrzędliwy. Potraktował to jako komplement.

Miał ciemne włosy i brodę, był muskularny, wzrostu nieco poniżej średniego i ubierał się jak typowy student na przełomie tych wieków. Na pozór zatem pasował do wzorca. Lecz jeśli sięgnąć głębiej...

- Chciałabym poznać twoje poglądy - powiedziała doktor Foden.

- Ma je pani wydrukowane przed sobą.

- Opisz je własnymi słowami. Często bywa tak, że zobaczenie czegoś w druku pozwala spojrzeć na sprawy z nowej perspektywy.

Donald się zawahał.

- Nie zmieniłem swoich przekonań, jeśli do tego pijesz - odparł w końcu. Wyraźnie słyszał i czuł skwierczenie i swąd swoich ognistych przechwałek.

- Nie o to mi chodziło. Proszę cię o maksymalną zwięzłość zamiast tej... dość rozwlekłej skargi.

- Rozumiem. Edukacja zmieniła mnie i praktycznie wszystkich moich znajomych w skuteczne maszyny do zdawania egzaminów. Poza swoją wąską specjalizacją nie umiałbym się zdobyć na żadną oryginalność, a dla swojej dziedziny mogę uczynić wyjątek tylko dlatego, że większość moich poprzedników w jeszcze większym stopniu ode mnie miała klapki na oczach. Jasne, na temat ewolucji wiem dziesięć razy więcej od Darwina, ale gdzie pomiędzy chwilą obecną i dniem mojej śmierci znaleźć miejsce na coś, co byłoby naprawdę moim dokonaniem, a nie tylko glosą do cudzego dzieła? Oczywiście mam świadomość, że kiedy zrobię doktorat, będzie się mówiło o "oryginalnej" pracy, ale w praktyce będzie to oznaczało tylko tyle, że zmieniłem kolejność słów!

- Masz wysokie mniemanie o swoich kompetencjach - zauważyła doktor Foden.

- Że niby wychodzę na zarozumialca? Być może, ale zmierzam tylko do tego, że nie chcę doczekać się uznania za swoją rozległą niewiedzę. Przecież...

- W jakim zawodzie chcesz pracować?

Donald zgubił wątek.

- No... Najlepiej, żeby zajmowało mi to jak najmniej czasu. Wtedy resztę mógłbym przeznaczyć na łatanie dziur w swoim wykształceniu.

- Aha. A interesowałaby cię pensja w wysokości pięćdziesięciu tysięcy rocznie w zamian za skoncentrowanie się wyłącznie na uzupełnianiu swojego wykształcenia?

W przeciwieństwie do większości ludzi Donald Hogan posiadał pewien szczególny talent: jego przypuszczenia wyjątkowo często się sprawdzały. Tak jakby jakiś mechanizm w jego głowie bez przerwy analizował różne składniki świata zewnętrznego i szukał w nich prawidłowości - a kiedy taka prawidłowość się pojawiała, pod czaszką Donalda rozbrzmiewał bezgłośny dzwoneczek.

Składniki: Waszyngton, nieobecność dziekana, propozycja pensji porównywalnej z tą, na jaką mógł liczyć w przemyśle, ale za naukę, nie za pracę... Istniała pewna grupa ludzi - ludzi niezwykle wpływowych, przez specjalistów lekceważąco nazywanych "dyletantami", przez siebie samych zaś określanych znacznie poważniej brzmiącym mianem "syntetyków" - którzy przez całe życie zajmowali się wyłącznie wyszukiwaniem związków pomiędzy pozornie odległymi i hermetycznymi dziedzinami wiedzy.

Wydało mu się to wprost nieprawdopodobne, zwłaszcza po tym, jak jeszcze przed chwilą przepełniała go obawa o cofnięcie grantu. Musiał złączyć dłonie, żeby powstrzymać ich drżenie.

- Masz na myśli syntezę, prawda?

- Tak. Jestem z Ministerstwa Dyletanctwa. Czy też, bardziej oficjalnie, Biura Koordynacji Naukowej. Nie przypuszczam jednak, żebyś domyślał się dokładnie, co zamierzam ci zaproponować. Widziałam wykresy ilustrujące twoją karierę naukową i odnoszę wrażenie, że gdyby bardzo ci na tym zależało, mógłbyś zostać syntetykiem nawet bez doktoratu. - Doktor Foden rozsiadła się wygodnie na krześle. - A zatem fakt, że wciąż tu tkwisz, wprawdzie narzekasz, ale jakoś znosisz tę sytuację, każe mi podejrzewać, że jednak aż tak bardzo ci na tym nie zależy i potrzebna byłaby solidna łapówka, żebyś dał się przekonać. Uważam również, że uczciwość wobec siebie samego kazałaby ci tę łapówkę przyjąć. Powiedz mi, gdybyś miał ku temu okazję, w jaki dokładnie sposób uzupełniłbyś swoje wykształcenie?

Donald zająknął się i poczerwieniał, zakłopotany faktem, że nie potrafi przedstawić jasno sprecyzowanych planów.

- No... czy ja wiem... chyba... historia, zwłaszcza najnowsza. Nikt nigdy nie uczył mnie o sprawach mniej odległych niż druga wojna światowa, a jeśli już, to robił to w sposób tak stronniczy, że mierzwa człowieka brała. Poza tym dziedziny pokrewne mojej specjalizacji, czyli krystalografia i ekologia, w tym także ekologia człowieka. Chciałbym zgłębić pisane dzieje naszego gatunku, które sięgają w tej chwili jakieś osiem tysięcy lat wstecz. Powinienem nauczyć się przynajmniej jednego języka nieindoeuropejskiego. Potem...

- Zaczekaj. Już w tej chwili zakreśliłeś obszar zainteresowań, na którego poznanie człowiekowi nie starczyłoby życia.

- Wcale nie! - Donald z każdą chwilą nabierał pewności siebie. - To znaczy, oczywiście miałabyś rację, gdyby zabierać się do tego w taki sposób, w jaki mnie wszystkiego uczono, czyli poprzez wykuwanie faktów na pamięć. Tymczasem należy uczyć się znajdowania prawidłowości! Przecież nie musisz znać literatury na pamięć: uczysz się czytać i masz regał z książkami; nie wkuwasz tablic logarytmicznych i trygonometrycznych: kupujesz sobie suwak albo uczysz się obsługiwać publiczny komputer! - Bezradny gest. - Nie musisz wszystkiego wiedzieć. Wystarczy, że wiesz, gdzie czego szukać, kiedy będzie ci to potrzebne.

Doktor Foden kiwała głową.

- Wygląda na to, że masz właściwe podejście - przyznała. - Ja jednak jestem w tym miejscu zmuszona włożyć kapelusz Mefistofelesa i przedstawić ci szczegółowe warunki mojej oferty. Po pierwsze, będziesz musiał nauczyć się biegle mówić i pisać po yatakańsku.

Donald lekko zbladł. Jego znajomy zainteresował się kiedyś yatakańskim, ale porzucił go na rzecz mandaryńskiego, który uznał za łatwiejszy. Mimo wszystko...

Wzruszył ramionami.

- Jestem gotowy spróbować.

- Resztę będę mogła ci powiedzieć dopiero wtedy, gdy polecisz ze mną do Waszyngtonu.

Gdzie człowiek nazywany Pułkownikiem (Donaldowi nie powiedziano nawet, czy gość w ogóle ma jakieś nazwisko) powiedział:

- Podnieś prawą rękę i powtarzaj za mną: ja, Donald Orville Hogan, uroczyście przysięgam...

* * *

Westchnął ciężko. Wówczas ta propozycja wydawała mu się spełnieniem najśmielszych snów. Przez pięć poranków w tygodniu musiał tylko czytać, i to bez przymusu przedstawiania jakichkolwiek konkretnych wyników - poproszono go tylko, by na piśmie informował o wszelkich związkach i skojarzeniach, które wytropi i które jego zdaniem mogłyby okazać się dla kogoś użyteczne: mogła to być, na przykład, informacja dla astronoma, że pewna agencja badania rynku stosuje nową technikę próbkowania statystycznego, albo sugestia dla entomologa, że pojawił się nieznany wcześniej problem związany z zanieczyszczeniem powietrza. Sądząc z opisu, był to istny raj, zwłaszcza że jego pracodawców zupełnie nie interesowało, co będzie robił w czasie wolnym; zasugerowali mu tylko, żeby w miarę możliwości starał się maksymalnie różnicować swoje przedsięwzięcia i zachowywać najwyższą sprawność umysłu.

Tymczasem minęło niespełna dziesięć lat i - musiał to uczciwie przyznać - zaczynał się nudzić. Chwilami prawie żałował, że nie próbują się powołać na drugi ze związanych z jego zatrudnieniem wymogów, ten, który stał się dla niego powodem długich rozmyślań.

Poruczniku Donaldzie Orville Hogan, niniejszym zostaje pan postawiony w stan gotowości. Proszę niezwłocznie, powtarzam, NIEZWŁOCZNIE, zgłosić się do...

- Nie, tylko nie to!

- Masz jakiś problem, klocu? - zachrypiał mu tuż przy uchu obcy głos.

Czyjś ostry łokieć szturchnął go boleśnie, czyjaś nachmurzona twarz zbliżyła się do jego twarzy. Zdezorientowany uświadomił sobie, że gdzieś po drodze jednak podjął decyzję, wybrał restaurację i zanurzył się w tłumie kłębiącym się na Piątej Alei.

- Co? Nie, nie, wszystko w porządku.

- Z żyroskopów spadłeś? Zastanów się, dokąd idziesz!

Zirytowany mężczyzna, z którym zderzył się Donald, poszedł dalej. Wciąż oszołomiony Donald mechanicznie przestawiał stopy, zanim doszedł do wniosku, że warto posłuchać dobrej rady. Być może część jego kłopotów brała się z faktu, że do tego stopnia popadł w automatyzm i rutynę, że stracił czujność i zainteresowanie światem, które dziesięć lat wcześniej zwróciło na niego uwagę doktor Foden; jeśli rzeczywiście tak było, to nie miał co liczyć na pozytywne rozpatrzenie prośby o odejście z pracy. Bardziej prawdopodobne było jednak coś innego, coś, czego obawiał się od chwili, gdy przy wtórze fanfar i bicia w bębny odtajnili Salmanasara, a on przewidział, że w obliczu automatyzacji nawet synteza stanie się pewnego dnia zbędna.

Jeśli naprawdę miał rzucić tę robotę, to zamierzał zrobić to na swoich warunkach, zamiast dać się zwolnić za niekompetencję.

Wzdrygnął się lekko i rozejrzał. Budynki wysokie jak ściany wąwozów piętrzyły się nad nim, kanalizując przepływ ludzi pod lśniącą rozproszonym światłem Kopułą Fullera. Oczywiście kopuła nie osłaniała całego Nowego Jorku, tylko Manhattan, któremu przywróciła dawną chwałę i pozwoliła odzyskać więcej mieszkańców niż stracił ich w powszechnej pod koniec XX wieku ucieczce na przedmieścia. Przykrycie kopułą całego miasta nie wchodziło w grę między innymi ze względu na koszty, chociaż z inżynierskiego punktu widzenia przedsięwzięcie było teoretycznie wykonalne.

Tymczasem Nowy Jork z trzynastomilionową populacją coraz wyraźniej tracił palmę pierwszeństwa wśród największych miast świata. Nie mógł się równać nie tylko z konurbacjami rozciągającymi się od Frisco do LA czy od Tokio do Osaki, ale przede wszystkim z prawdziwymi gigantami wśród współczesnych megalopolis - Delhi i Kalkutą, w których mieszkało po pięćdziesiąt milionów przymierających głodem ludzi. Nie były to już nawet miasta w dawnym rozumieniu tego słowa, czyli zamieszkane przez rodziny skupiska budynków, lecz rojące się mrowiska popadające w ruinę pod niszczycielskimi uderzeniami młota zamieszek, zbrojnych rabunków i najzwyklejszego bezmyślnego wandalizmu.

A jednak, mimo że wedle współczesnych standardów Nowy Jork skurczył się do zaledwie średnich rozmiarów, to i tak był największym miastem, jakie Donald był w stanie ścierpieć. Co więcej, zachował część dawnego magnetyzmu. Zachodnie Wybrzeże zdominował największy pracodawca ze wszystkich - rząd federalny. Na wschodzie prym wiódł następny w kolejności, czyli prywatne superkorporacje, stanowiące państwa w państwie. Wyrastający przed Donaldem i zajmujący pełne trzy kwartały ulic kolosalny ziggurat General Technics wprawiał go w przygnębienie. Gdyby odszedł, gdyby w ogóle jego odejście było możliwe po tym, jak wpompowali w niego blisko trzy czwarte miliona publicznych dolarów, to wszelkie nadzieje na przyszłość mógłby pokładać w takim właśnie mauzoleum.

A spójrzcie tylko, co się stało z Normanem House'em!

Na poszerzonych do monstrualnych rozmiarów chodnikach ludzie roili się jak owady, skłębieni zwłaszcza przy zejściach do przejść podziemnych i metra. Policyjne patrolówki powoli sunęły środkiem ulicy, przeznaczonej wyłącznie dla pojazdów oficjalnych i wozów służb ratunkowych; czasem przystawały, przepuszczając karetki pogotowia i wozy straży pożarnej. Bliżej skrajów jezdni przemieszczały się olbrzymie, buczące autobusy bezsilnikowe, czerpiące energię z potężnych kół zamachowych rozkręcanych na maksymalne obroty przy każdym nawrocie na końcu trasy; przewoziły do dwustu pasażerów naraz i co dwie przecznice zbaczały do zatoczek przystankowych, dając się wyprzedzać elektrycznym taksówkom. Od czasu wybudowania kopuły wszystkie pojazdy z silnikami spalinowymi zostały zakazane - system wentylacyjny ledwie sobie radził z usuwaniem antropotoksyn i CO2 produkowanych przez samych mieszkańców. W ciepłe dni wydzielana przez ludzi wilgoć potrafiła przeciążyć uzdatniacze powietrza i zbierała się pod kopułą w coś na kształt mżawki.

Jak my to możemy znieść?

Zamieszkał w Nowym Jorku, ponieważ tutaj się urodził, a także dlatego, że Nowy Jork znajdował się na czele krótkiej listy potencjalnych miejsc zamieszkania, z których pozwolili mu wybierać - spisu miast posiadających odpowiednio obszerne biblioteki dla jego celów. Teraz jednak Donald pierwszy raz od bodaj siedmiu lat naprawdę patrzył na to miasto, oglądał je obojgiem oczu, z pełną uwagą, i gdziekolwiek spojrzał, widział kolejne krople przepełniające czarę goryczy. Bezdomni na ulicach zwrócili jego uwagę już wcześniej, zaraz po powrocie z college'u, ale do tej pory nie zauważał, że są ich dosłownie setki: popychali swój dobytek na prowizorycznych wózkach, przeganiani z miejsca na miejsce przez policję. Nie zauważał wcześniej tego, w jaki sposób przechodnie potrąceni na ulicy odwracali się czasem gwałtownie, odruchowo sięgając do pękatych kieszeni, zanim zdali sobie sprawę, że nie mają do czynienia ze wściekiem. A skoro o wściekach mowa: nie zdążył jeszcze dobrze nawiązać kontaktu ze znanym sobie światem, kiedy serwisy informacyjne podały wiadomość o wścieku, który w sobotnią noc na ruchliwym Times Square zabił siedmioro ludzi...

Panika wyciągnęła po niego szponiaste łapska - ta sama panika, której doświadczył ten jeden jedyny raz, kiedy postanowił spróbować dymiczachy; poczucie, że nie istnieje taka osoba jak Donald Hogan, lecz tylko jeden z milionów manekinów, które są różnymi wersjami jaźni pozbawionej początku i końca. Krzyczał tak przeraźliwie, że człowiek, który podał mu narkotyk, stanowczo odradził powtórkę, tłumacząc, że przecież jest swoją jaźnią i że bez niej przestałby istnieć.

Inaczej mówiąc: w środku niczego nie było.

Tuż przed nim dwie dziewczyny zatrzymały się przed witryną sklepową. Obie były ubrane zgodnie z najnowszymi trendami mody: jedna w radiomikrosukienkę, której wzór tworzył układ drukowany, a właścicielka, przesuwając zapięty na sprzączkę pasek w prawo lub w lewo, mogła wybierać stacje radiowe transmitowane wprost do słuchawki ukrytej w burzy fioletowych włosów, druga w obcisły strój z metalicznie lśniącej tkaniny, przywodzącej na myśl obudowę jakiegoś przyrządu naukowego. Obie miały też chromowane paznokcie, niczym końcówki zasilania w maszynach.

Na wystawie, która zwróciła ich uwagę, prezentowano genetycznie modyfikowane zwierzaki domowe. Procesy wypróbowane wcześniej z dobrym skutkiem na bakteriach i wirusach w tym przypadku zastosowano do zwierzęcych zarodków - niestety, przy tak wysokim poziomie złożoności organizmów występowały skrajnie przypadkowe efekty uboczne; każde z wystawionych zwierząt reprezentowało zapewne pięćset innych, które nie wyszły poza laboratorium. A i tak poważny, przerośnięty galago z przepiękną fioletową sierścią wyglądał żałośnie nieszczęśliwie, a gromadka jaskrawoczerwonych szczeniaków chihuahua zataczała się i chwiała na nogach jakby w każdej chwili groził im atak epilepsji.

Dziewczyny interesował jednak głównie fakt, że sierść galago niemal co do joty zgadzała się z odcieniem włosów tej w radiosukience.

Najpierw używasz maszyn, potem wkładasz maszyny na siebie, aż w końcu...

Roztrzęsiony Donald zmienił zdanie w kwestii wyboru restauracji i na oślep skręcił do pierwszego z brzegu baru, żeby tam wypić lunch, zamiast go zjeść.

Po południu zadzwonił do znajomej bezrobotnej poetki. Okazała mu zrozumienie, nie zadawała pytań i pozwoliła odespać chlańsko w swoim łóżku. Kiedy się obudził, świat wyglądał odrobinę lepiej.

Żałował tylko rozpaczliwie, że nie ma kogoś - to nie musiała być ta dziewczyna, to w ogóle nie musiała być dziewczyna, wystarczyłaby dowolna osoba - komu mógłby wyjaśnić, dlaczego pojękuje przez sen.

 

świat tu-i-teraz (3) mieszkaniówka

Afram - na prostej orbicie, dobrze sytuowany - szuka wsp-lokat luks mieszk 5-pok widok na Long Island Skr. NZL4.

- Owszem, zgadza się, mam trzy pokoje, ale nie, nie możesz, nawet jeśli cię eksmitują. Po kiego wała mi te twoje laski, które wszędzie ze sobą ciągasz? Nie interesuje mnie, czy jesteś dobrze wyważona! Nie wynajmę komuś, kto nie śmiga dokładnie po tej samej co ja prostej orbicie!

W Delhi, Kalkucie, Tokio, Nowym Jorku, Londynie, Berlinie, Los Angeles, a także w Paryżu, Rzymie, Mediolanie, Kairze, Chicago... nie mogą cię już przyskrzynić za włóczęgostwo, więc nie rób sobie nadziei.

Nie ma dość miejsca w więzieniach.

Aframka szuka mieszkania. Wszechstronna. Skr. NRT5.

LUKS MIESZK. IDEALNE TYLKO RODZINY 100.000 $ MINIMUM 3 POK. MOŻNA PODZIELIĆ!

Dzięki Zakładowi Transportowemu Pędzimetra także TY możesz pracować w Los Angeles, a w domu pełną piersią oddychać świeżym powietrzem Arizony. Czas przejazdu: dziewięćdziesiąt minut!

- To jest Laura. Naturalna blondynka, rzecz jasna... Skarbie, zsuń je i pokaż. Aha, jeszcze jedno: kwestia "wspólnego korzystania" nie wymaga chyba wyjaśnień?

- Mam nadzieję.

- Ja również.

Laura zachichotała.

Jettex jest rozwiązaniem nie tylko praktycznym, ale i luksusowym, zapytajcie mieszkańców górskich stanów, którzy dzięki naszym usługom - w godzinach szczytościsku kursy co pięć minut! - mogą pracować w centrach miast!

- To zwykła formalność. Pani pozwoli, młoda damo... Proszę wyciągnąć rękę... Dziękuję. To potrwa najwyżej pięć minut. Chwileczkę... Przykro mi, możemy wydać pani tylko przepustkę tranzytową do naszego stanu. Mimo wszystko: moje gratulacje. Mam nadzieję, że to dziecko.

KIEDY PRESJA STANIE SIĘ NIE DO ZNIESIENIA, DOCENISZ WYTWARZANE PRZEZ GT KLUCZE DO ŁATWIEJSZEGO ŻYCIA. SPOKSY I PROFILAKTYKI TO TYLKO POCZĄTEK. NASZE PRODUKTY WSPOMAGAJĄCE NORMALNE FUNKCJONOWANIE ORGANIZMU KOBIETY SĄ DOZWOLONE PRZEZ WSZYSTKIE KODEKSY STANOWE.

- Na brodę Proroka, Donaldzie, gdybym wiedział, że kręci cię ciemne mięso, mógłbym wybrać coś...

- To może spróbuj kiedyś brunetki? Na przykład takiej w typie włoskim? Kogoś, kto przez całe życie wsuwa wyłącznie biały krojony chleb z folii, musi czasem najść chętka na ciemne, pełnoziarniste pieczywo!

Ale tego rodzaju problemy są nie do uniknięcia w każdej rodzinie.

Agencja Olive Almeiro oferuje Państwu życiową szansę. Dysponujemy największym ze wszystkich agencji zasobem obdarzonych dobrymi cechami dziedzicznymi dzieci do adopcji.

Oferta nie obejmuje następujących stanów: Nowy Jork, Illinois, Kalifornia...

NINIEJSZYM USTANAWIA SIĘ CO NASTĘPUJE: posiadanie genów wymienionych w Załączniku A (patrz niżej) stanowi podstawę do aborcji po okazaniu matki przed dowolną Radą Postępowania Eugenicznego w następujących...

- Kogo zamierzasz przyjąć na miejsce Lucille?

- Nie wiem. Nie myślałem jeszcze o tym.

KRYTYCZNA LICZEBNOŚĆ POPULACJI. Dzisiejsze przecieki z oficjalnych źródeł sugerują, że imigranci stanowi z pozwoleniami na pobyt wydanymi po 30 marca ub.r. będą mieli do wyboru sterylizację lub wydalenie.

My już uczciliśmy nasz dwudziesty pierwszy, a ty? Liberalne towarzystwo poszukuje tolerancyjnych par i trójkątów do rozszerzenia zakresu naszej działalności. W naszej grupie mamy już CZTERNAŚCIORO dzieci!

- Na brodę Proroka, Donaldzie...

- Przepraszam! Powiedziałem przecież, że jest mi przykro, ile można? Co ja poradzę na to, że nudzi mnie twój dobór lasek? Laura była Skandynawką, Bridget była Skandynawką, tak samo Hortense, Rita, Moppet i Corinne. Prawdę mówiąc, uważam, że popadłeś w rutynę.

Odpowiedzialna para zaopiekuje się dzieckiem przez jeden lub więcej dni w tyg. (Certyfikaty na żądanie. Jedyna wada: zrośnięte palce stóp). Skr. NPP2

NINIEJSZYM STANOWI SIĘ CO NASTĘPUJE: posiadanie genów wymienionych w Załączniku B (patrz niżej) stanowi podstawę do sterylizacji potomka płci męskiej w wieku dojrzewania po...

- Idź do diabła!

- To wybitnie chrześcijańska reakcja, Donaldzie. Zarazem niezrozumiała i barbarzyńska.

- Przestań wykorzystywać moje biało-chrześcijańskie wyrzuty sumienia. Czasem się zastanawiam, jak ty byś sobie radził w autentycznie bezrasowym społeczeństwie.

- Takie społeczeństwa nie istnieją. Jeszcze jedno pokolenie i dodacie geny odpowiedzialne za ciemną pigmentację skóry do listy...

Leo Branksome! Wracaj do domu! Po sterylizacji wcale nie przestaniemy Cię kochać! Jesteś naszym chłopczykiem, naszym jedynym synem! Ucieczka z domu była niemądrym posunięciem! Nie zapominaj, że masz dopiero czternaście lat! Twoi kochający, lecz pogrążeni w żalu rodzice.

- Trzydzieści cztery? I masz czysty genotyp? Na Boga, powinnam chlusnąć ci tym kieliszkiem w twarz! Wszystko, co mamy, to podejrzenie, nawet nie dowód, tylko podejrzenie, że matka Harolda ma anemię sierpowatą, ja dałabym sobie odciąć prawą rękę za możliwość posiadania dzieci, a ty, cwaniaczku, masz czelność stanąć przede mną i...

 

kontekst (1) skanaliza

Z banku DŹWIĘKÓW: "Oto skanalizator - jedyny na rynku przegląd wiadomości z szerokiego świata przygotowywany przez Engrelay Satelserv trzy razy dziennie, NIEpowierzchowny, NIEzależny, NIEzakłamany interfejs łączący cię ze światem!".

Z banku OBRAZÓW: montaż scen, ekran podzielony na cztery: podgłębia państwa Uniwersalnych (dzisiaj ŚPG, Środkowoatlantycki Projekt Górniczy), ich nadobszar (dzisiaj kombinezony do lotów swobodnych), transport publiczny (dzisiaj simplońskie pędzimetro), partycypant (dzisiaj - jak co dzień - domobraz z autokrzykiem).

Autokrzyk: "To się dzieje tu-i-teraz! SKANALIZATOR SKANALIZATOR SKANALIZATOR SKANALIZATOR SKANALIZATOR SKANALIZATOR...".

Z banku OBRAZÓW: montaż scen, ekran niepodzielony, Ziemia obraca się skokami, hop-hop-hop, zaznaczone południki wyznaczające czas uniwersalny, czas wschodni, czas pacyficzny i czas Strefy Konfliktu Pacyficznego.

DŹWIĘK na żywo: "Jest godzina szósta zero zero po-pe dla wszystkich tych, którzy żyją spokojnie i miarowo tu-i-teraz, według starego, dobrego czasu uni-wersalnego - co niby wspólnego czas ma z Wersalem, powiedzcie mi, hmm? Es jak szósta, zet jak zero... Już trwa odliczanie do minuty po szóstej, o, sori, do szóstej zero jeden. My wiemy, co się dzieje tu-i-teraz, tu-i-teraz, TU-I-TERAZ, ale to, który fragment szerokiego świata uznacie za interesujący, zależy wyłącznie od was, państwo Uniwersalni - albo panno i panie Uniwersalny, panny Uniwersalne czy też panowie Uniwersalni, dla każdego coś miłego, ha, ha, ha! Trwa odliczanie do pierwszej zero jeden po-pe według starego, dobrego czasu wschodniego, dziesiątej zero jeden przed-pe na wybrzeżu Pacyfiku, a dla was wszystkich, toczących słuszną, samotną walkę na środku oceanu - do siódmej zero jeden przed-pe... A teraz SYGNAŁ!".

Zegar: 5 jednosekundowych sygnałów g2, sygnał pełnej minuty c2.

Reklama: "Nie ma lepszego momentu dla ważnych wydarzeń niż teraźniejszość. Nie ma lepszego sposobu dla odmierzania czasu spokojnie i miarowo niż za pomocą sygnału kriotonowego zegara General Technics. Jest tak dokładny, że można według niego mierzyć ruch gwiazd".

Pozycja w scenariuszu: montaż scen, ekran podzielony, urywki pilnych wiadomości.

DŹWIĘK na żywo: "Tak jak nie ma lepszego źródła bieżących informacji niż SKANALIZATOR!".

Autokrzyk - wycięty. (Jeśli jeszcze się nie zdecydowali, to pewnie już wyłączyli odbiornik).

Reklama: "SKANALIZATOR to wyjątkowa, niepowtarzalna, JEDYNA usługa dogłębnej analizy wiadomości wykorzystująca produkowany przez General Technics słynny komputer Salmanasar, który wszystko widzi, wszystko słyszy i wszystko wie - oprócz rzeczy, które WY, państwo Uniwersalni, chcecie zachować tylko dla siebie".

Pozycja w scenariuszu: Świat tu-i-teraz.

 

świat tu-i-teraz (1) przeczytaj instrukcję

- Jak ten czas LECI: maja dzień TRZECI, dwa tysiące dziesiąTEGO. Prognoza dla Manhattanu nowojorSKIEGO: przyjemna, wiosenna aura pod Kopułą Fullera. Identiko na General Technics Plaza.

Ale Salmanasar to komputer mikriogeniczny?, pławiący się w ciekłym helu w zimnej komorze.

(IDENTIKO Mówcie "identiko"! Proces umysłowy jest podobny do techniki oszczędzania pasma zastosowanej w waszym wideofonie. Jeżeli coś widzieliście, to już to widzieliście! Nowych informacji jest zbyt dużo, żebyście mieli tracić czas na oglądanie czegoś po raz drugi! Mówcie "identiko". Mówcie tak!

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

Dobiegająca dziewięćdziesięciu jeden lat Georgette Tallon Buckfast jest czymś mniej niż maszyną i zarazem czymś więcej niż człowiekiem - czerpiąc z obu tych światów, funkcjonuje w znacznej mierze dzięki protezom.

Kiedy stres staje się PRZESADĄ, pamiętaj, że to dzięki staraniom Hitrip of California w każdej uncji tej odmiany jest mniej łodyżek, a więcej czystych królewskich liści. Zapytaj "Człowieka, który ożenił się z Maryśką"!

Eric Ellerman, botanik-genetyk, ma trzy córki i żyje w strachu, ponieważ jego żona ma permanentnie wzdęty brzuch.

- W dniu dzisiejszym Portoryko ratyfikowało kontrowersyjną uchwałę o dichromatyzmie podjętą przez legislaturę eugeniczną Stanów Zjednoczonych. Tym samym zostały już tylko dwa azyle dla tych, którzy chcą rodzić upośledzone dzieci: Nevada i Luizjana. Porażka zwolenników hodowli dzieci zmazuje wieloletnie piętno z gładkiego czoła Przedostatniego Stanu - piętno, które niektórzy nazwaliby pewnie znamieniem porodowym, ponieważ przystąpienie Portoryko do USA zbiegło się niemal co do dnia z pierwszą uchwałą eugeniczną dotyczącą hemofilii, fenyloketonurii i wrodzonego debilizmu...

Poppy Shelton od lat wierzy w cuda, teraz jednak prawdziwy cud dokonuje się we wnętrzu jej ciała i świat rzeczywisty zagraża jej marzeniom.

SPRAWY TRUDNE ZAŁATWIAMY OD RĘKI. NA NIEMOŻLIWE POTRZEBUJEMY TROCHĘ CZASU.

- pierwotna wersja motta General Technics

Norman Niblock House jest młodszym wiceprezesem General Technics ds. kadrowych.

- Ułamek sekundy, proszę... Pilna wiadomość od współuczestnika. Pamiętajcie, że tylko w SKANALIZATORZE wiadomości od współuczestników przetwarza Salmanasar, dzieło General Technics: dokładniejsza odpowiedź w krótszym czasie...

Prawdziwe nazwisko Guinevere Steel brzmi Dwiggins. Czy można mieć do niej pretensje?

Czy twoje spodnie w dostatecznym stopniu podkreślają twoją naturalną moc? Od pierwszego wejrzenia?

Jeżeli nosisz SuperMeny, odpowiedź na te pytania brzmi "tak". Ponieważ mieliśmy dość półśrodków, w SuperMenach przywróciliśmy mieszkowi należną mu rangę. Mieszek to nie zabawka, niech laski wiedzą, że mają do czynienia z rasowym ziomalem.

Sheena i Frank Potterowie są spakowani i gotowi do wyjazdu do Portoryko, ponieważ dla niego światła zielone i czerwone niczym się nie różnią.

- Nie jedna, lecz dwie wiadomości od współuczestników! Numer jeden: sori, przyjacielu, ale nie masz racji. Nie pomyliliśmy się, twierdząc, że po decyzji Portoryko dysydentom zostały tylko dwa azyle. Isola rzeczywiście ma status stanu, ale na całym obszarze Pacyfiku zajmowanym przez należące do niej wyspy obowiązuje stan wyjątkowy, i to wojsko decyduje o prawie wjazdu na jej terytorium. Niemniej jednak dziękujemy za to pytanie, tak właśnie funkcjonuje świat - wy jesteście moim środowiskiem, a ja waszym. Dlatego właśnie SKANALIZATOR jest procesem dwustronnym...

Arthur Golightly nie ma nic przeciw temu, że zapomina, gdzie co odłożył. Dzięki temu, kiedy szuka jednych zagubionych rzeczy, znajduje inne, o których zapomniał, że je ma.

SPRAWY TRUDNE ZAŁATWILIŚMY WCZORAJ. NIEMOŻLIWE ZAŁATWIAMY W TEJ CHWILI.

- aktualna wersja motta General Technics

Donald Hogan jest szpiegiem.

- Numer drugi: dichromatyzm, potocznie nazywany daltonizmem, bez wątpienia jest wadą wrodzoną. Jest to równie pewne jak czas gwiazdowy. Dziękuję, współuczestniku. Dziękuję bardzo.

Oggie (zdrobnienie od "Ogier") Lucas jest wirachą jak się patrzy i pasjonatem lotów swobodnych.

(NIEMOŻLIWE Znaczenia: 1. Nie spodobałoby mi się to i kiedy się to wydarzy, nie będę zadowolony; 2. Nie jestem tym zainteresowany; 3. Bóg nie jest tym zainteresowany. Znaczenie 3. jest, być może, prawdziwe, ale pozostałe dwa to w 101% wielorybia mierzwa.

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

Philip Peterson ma dwadzieścia lat.

Drażni cię przestarzały moduł autokrzyku wymagający ustawicznego ręcznego programowania, żeby nie przypominał ci o audycjach, które w zeszłym tygodniu zdjęto z anteny? Nowy, rewolucyjny autokrzyk GT przeprogramowuje się sam!

Sasha Peterson jest matką Philipa.

- Zmieniamy wątek, choć pozostajemy w tym samym kręgu tematycznym: podczas porannej mszy wzburzony tłum zaatakował dziś kościół prawokatolików w Malmö, w Szwecji. Śmierć poniosło ponad czterdzieści osób, w tym ksiądz i liczne dzieci. Ze swojego pałacu w Madrycie papież Eglantyn zarzucił swojemu konkurentowi, papieżowi Tomaszowi, celowe podburzanie wiernych do tego i wcześniejszych ekscesów. Władze Watykanu stanowczo zaprzeczają tym oskarżeniom.

Victor i Mary Whatmough, urodzeni w tym samym kraju, pobrali się dwadzieścia lat temu. Dla niej jest to drugie małżeństwo, dla niego trzecie.

Wiesz, na co masz ochotę, kiedy widzisz ją w mikrokostiumie Maksidost firmy Forlon&Morler

Ona też wie, na co masz ochotę, kiedy widzisz ją w mikrokostiumie Maksidost firmy Forlon&Morler

W przeciwnym razie by go nie wkładała

W określeniu "maksimum dostępności" nie ma cienia przesady, kiedy skracasz je do MAKSIDOST

Oficjalnie ten styl ubioru nazywa się "kurtyzana"

Ty jednak spróbuj w nim dostrzec "zdzirę"

Na ile to możliwe

Elihu Masters jest obecnie ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Beninii, dawnej kolonii brytyjskiej.

- A skoro mowa o oskarżeniach: reprezentujący Południe senator Lowell Kyte oświadczył dzisiaj przed-pe, że narkusy są odpowiedzialne za dziewięćdziesiąt procent ciężkich przestępstw per anum... sori, per annum, w jego rodzinnym Teksasie. Stwierdził również, że usiłowania władz federalnych, mające na celu opanowanie sytuacji, spełzły na niczym. Mówi się, że w rozmowach prywatnych urzędnicy Narkowydziału wyrażają zaniepokojenie odjazdyną, nowym produktem GT, który w wyjątkowy sposób rozpala wyobraźnię narkusów.

Gerry Lindt otrzymał kartę mobilizacyjną.

U nas w GT, GENERAL naprawdę oznacza "powszechny" i "wszechstronny". Oferujemy niepowtarzalną szansę rozwoju zawodowego każdemu, kto interesuje się astronautyką, biologią, chemią, dynamiką, eugeniką, ferromagnetyzmem, geologią, hydrauliką, interferometrią, jonosferą, kinetyką, laserami, metalurgią, nukleoniką, optyką, prawem patentowym, robotyką, syntezą, telekomunikacją, ultradźwiękami, wideofonią, promieniowaniem X, ylemem, zoologią...

Nie, wcale nie pominęliśmy twojej specjalności. Po prostu zabrakło na nią miejsca w tym ogłoszeniu.

Profesor doktor Sugaiguntung jest kierownikiem Wydziału Tektogenetyki na Uniwersytecie Zaangażowania w Sterowanej Demokracji Socjalistycznej Yatakangu.

- Liczba incydentów z udziałem wścieków nie maleje. Bilans wczorajszych wydarzeń w Brooklynie Zewnętrznym sięgnął dwudziestu jeden ofiar, zanim prawostróże usmażyli sprawcę. Inny wściek wciąż przebywa na wolności w Evanston, w stanie Illinois, gdzie śmierć poniosło jedenaście osób, a trzy zostały ranne. Za wielką wodą, w Londynie, wścieka zabiła pięć osób, w tym swoje trzymiesięczne dziecko, zanim znajdujący się w pobliżu przechodzień wykazał się przytomnością umysłu i ją załatwił. Doniesienia z Rangunu, Limy i Auckland podbijają dzisiejszy łączny bilans do sześćdziesięciu dziewięciu ofiar.

Grace Rowley ma siedemdziesiąt siedem lat i trochę słabuje na głowę.

Dzisiaj tu, jutro tam - nie wystarczy już nam, ludziom prawdziwie nowoczesnym.

Dzisiaj tu, dzisiaj tam - oto język, który rozumiemy.

Wielce czcigodny Zadkiel F. Obomi jest prezydentem Beninii.

- I przeskakujemy kawałek na zachód: w dniu dzisiejszym w godzinach przed-pe rząd Yatakangu złożył w Waszyngtonie stanowczą notę dyplomatyczną w proteście przeciwko działaniom marynarki wojennej, której jednostki stacjonujące na Isoli miały zapuścić się na yatakańskie wody terytorialne. Urzędnicy zachowują uprzejmą dyskrecję, jest jednak tajemnicą poliszynela, że obejmujące setki wysp terytorium Yatakangu stanowi bezpieczne schronienie dla chińskich akwabandytów, którzy, wypływając z tak zwanych "portów neutralnych", dokonują napadów na amerykańskie patrole oceaniczne...

Olive Almeiro jest największym hodowcą dzieci w Portoryko.

Znacie pewno ziomków, którzy mają nie jedną, ale dwie lub trzy laski. Znacie też laski, które w każdy weekend idą w tango z innym ziomem. Zazdrościcie im?

Niepotrzebnie.

Podobnie jak każdego innego ludzkiego zachowania, tego również można się nauczyć. I my go uczymy - na kursach dostosowanych do indywidualnych preferencji uczestników.

Fundacja im. pani Grundy (oby przewracała się w grobie).

Chad C. Mulligan był kiedyś socjologiem. Zrezygnował.

- Według wydanego w dniu dzisiejszym oficjalnego komunikatu komisarza ds. leśnictwa, Wayne'a C. Charlesa, pożary na Zachodnim Wybrzeżu, jakie w ubiegłym tygodniu spustoszyły setki kilometrów kwadratowych lasów i zniszczyły cenne zasoby drewna przeznaczone dla przemysłu papierniczego i chemicznego, były efektem sabotażu. W tej chwili nie jest jeszcze pewne, komu należy przypisać winę za ten szkodliwy czyn: naszym rodzimym "bojownikom" czy zdradzieckim czerwonym, którzy przeniknęli w nasze szeregi.

Jogajong jest rewolucjonistą.

To słowo to PEDEKIZACJA.

Nie szukajcie go w słowniku.

Jest tak nowe, że jeszcze do niego nie trafiło.

Lepiej jednak nauczcie się, co znaczy.

PEDEKIZACJA.

To właśnie z wami robimy.

Pierre i Jeannine Clodard są dziećmi Pieds-Noirs. Są również rodzeństwem.

- W następujących stanach wydano ostrzeżenie przed tornado...

Na całym obszarze na zachód od Gór Skalistych Jeff Young jest najlepszym dostawcą specjalistycznego sprzętu: zapalników czasowych, materiałów wybuchowych, termitu, silnych kwasów i bakterii sabotażowych.

- A teraz czas na plotki: po raz kolejny chodzą słuchy, że Beninia, niewielki niepodległy kraj afrykański, pogrąża się w chaosie gospodarczym. Kouté, prezydent Dahomalii, w wygłoszonym w Bamako przemówieniu zagroził podjęciem wszelkich niezbędnych kroków, jeśli RUNG spróbuje wykorzystać tę sytuację...

Henry Butcher jest zapalonym głosicielem wiary w panacea, w które sam wierzy.

(PLOTKA Wierz we wszystko, co usłyszysz. Może twój świat nie stanie się przez to lepszy od świata zamieszkanego przez blokersów, ale z pewnością będzie od niego ciekawszy.

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

Jest faktem bezspornym, że człowiek znany jako Begi nie jest żywy. Z drugiej strony - przynajmniej w jednym rozumieniu tego słowa - nie jest również martwy.

- Mówi się także, że Burtonowi Dentowi znów chodzi po głowie dwojaczenie: dzisiaj w bardzo wczesnych godzinach przed-pe widziano go w towarzystwie byłego dostawcy paliw Edgara Jewela. Tymczasem - czasem pacyficznym - wygląda na to, że Fenella Koch, z którą od trzech lat jest żonaty, chciałaby dodać swojemu małżeństwu nieco pieprzu przy pomocy słodziutkiej Zoë Laigh. Jak to ujęto w znanym sloganie - dlaczego nie oznacza dlaczego nie!

Państwo Uniwersalni to sztucznie stworzone tożsamości, współczesne odpowiedniki państwa Jonesów - z tą tylko różnicą, że w ich przypadku nie musicie się martwić, czy dotrzymacie im kroku. Wystarczy kupić spersonalizowany telewizor z przystawką domobrazową, dzięki której państwo Uniwersalni wyglądają, mówią i poruszają się dokładnie tak jak wy.

(TRENDYZBRODNIA Popełniasz ją, otwierając tę książkę. Tak trzymać. To nasza jedyna nadzieja.

- Chad S. Mulligan, Leksykon trendyzbrodni)

Bennie Noakes siedzi przed telewizorem nastawionym na SKANALIZATOR. Jest nafaszerowany odjazdyną po uszy i powtarza w kółko:

- Jezu, ależ ja mam wyobraźnię!

- Na zakończenie wieści z Wydziału Małych Pocieszanek. Całkiem niedawno jakiś mącigłowa wykombinował, że gdyby każdemu ziomowi, każdej lasce i każdej źrenicyokamego przydzielić kawałek gruntu o wymiarach trzydzieści na sześćdziesiąt centymetrów, to wszyscy moglibyśmy stanąć na liczącej tysiąc sześćset sześćdziesiąt kilometrów kwadratowych powierzchni wyspy Zanzibar. Jak ten czas LECI: maja dzień TRZECI, dwa tysiące dziesiątEGO, usłyszymy się, kolEGO.

 

na zbliżeniu (1) pan prezydent

Wielce czcigodny Zadkiel F. Obomi czuł brzemię nocy na porośniętej sztywnym, szpakowatym włosem czaszce - przypominało masywną, przytłaczającą ciszę w zbiorniku do deprywacji sensorycznej. Siedział na swoim olbrzymim urzędowym fotelu, ręcznie rzeźbionym w stylu będącym twórczą wariacją na temat wzornictwa szesnastowiecznych mistrzów rzemiosła, z których wywodzili się jego przodkowie. Prawdopodobnie. Po drodze była długa przerwa, podczas której nikt nie miał głowy do zapamiętywania takich spraw.

Ręce - luźne jak dwa przywiędłe warzywa - oparł na skraju biurka. Lewą trzymał zwróconą różowawym wnętrzem dłoni ku górze. Kiedy był bardzo małym chłopcem, pewna kobieta - pół Francuzka, pół Shango - wywróżyła mu z widocznych na niej pomarszczonych linii, że zostanie wielkim bohaterem. Druga ręka opierała się o blat nasadą dłoni. Sękate jak korzenie drzewa palce spoczywały nieruchomo, jakby w każdej chwili gotowe do wystukania nerwowego rytmu.

Nie poruszały się jednak.

Czoło, głęboko osadzone oczy mędrca i kształt nasady nosa zawdzięczał najprawdopodobniej Berberom. Co innego rozszerzające się nozdrza, szerokie i płaskie wargi, pulchne policzki, zaokrąglony podbródek i intensywna pigmentacja - to już był czysty Shinka. Często żartował (w czasach, gdy w jego życiu było jeszcze miejsce na żarty), że jego twarz jest jak mapa jego ojczyzny: od góry do linii oczu - najeźdźca, dalej na południe - tubylec.

Natomiast same oczy, znajdujące się na granicy tych dwóch obszarów, były po prostu oczami człowieka.

Lewe prawie całkiem ginęło pod opadającą powieką; było praktycznie bezużyteczne od próby zamachu w 1986 roku, po której została także długa blizna przecinająca skórę od policzka po skroń. Prawe było błyszczące, bystre i żwawe - chociaż w tej chwili niezogniskowane, bo Obomi nie patrzył na drugą znajdującą się w pokoju osobę.

Noc dławiła Zadkiela F. Obomiego, siedemdziesięcioczteroletniego, pierwszego i dotychczas jedynego prezydenta byłej brytyjskiej kolonii, Beninii.

Zamiast widzieć, odczuwał. Za plecami czuł rozległą, pustą nicość Sahary, odległej o blisko tysiąc pięćset kilometrów, lecz zarazem tak monstrualnej i dominującej, że kłębiła mu się pod czaszką jak burzowa chmura. Przed sobą, za murami budynku, tam gdzie kończyło się tętniące życiem miasto i port, czuł powiewy wieczornego wiatru znad zatoki, pachnącego oceaniczną solą i przyprawami w ładowniach zacumowanych na redzie statków. Z obu boków zaś, niczym kajdany przykuwające mu nadgarstki do biurka, wbrew na wpół uformowanemu pragnieniu poruszenia nimi i odwrócenia następnej stronicy z pliku dopominających się o uwagę dokumentów, doskwierał mu balast zamożnych krajów, do których uśmiechnęło się szczęście.

Liczba ludzi na planecie Ziemia szła w miliardy.

Beninia, dzięki kreślonym od linijki granicom z czasów kolonialnych, miała zaledwie dziewięćset tysięcy mieszkańców.

Bogactwo Ziemi było niewyobrażalne.

Beninia - z wyżej wspomnianych przyczyn - miała nieco mniej niż było trzeba, żeby jej mieszkańcy nie głodowali.

Rozmiary Ziemi były... wystarczające. Na razie.

Beninia była przyduszona, a ściany wokół niej cały czas się zaciskały.

Przypomniały mu się przypochlebne namowy z przeszłości.

Z francuskim akcentem:

- Geografia jest po naszej stronie. Ukształtowanie terenu wskazuje, że przyłączenie Beninii do Dahomalii byłoby logicznym posunięciem: doliny rzek, przełęcze górskie...

I z akcentem angielskim:

- Historia nam sprzyja. Mamy wspólną mowę. W Beninii Shinkowie rozmawiają z Holaini, a Inoko z Kpala w tym samym języku, którym Jorubowie porozumiewają się z Ashanti. Przyłączcie się do Republikańskiej Unii Nigerii i Ghany, a staniecie się kolejnym...

Nagle ogarnął go gniew. Uderzył otwartą dłonią w stos papierów i zerwał się na równe nogi. Drugi mężczyzna w pokoju również podskoczył; jego twarz zdradzała najwyższy niepokój, nie zdążył się jednak odezwać, bo pan prezydent już wyszedł.

* * *

W jednej z czterech wysokich wież pałacu - tej stojącej od strony lądu, skąd można było podziwiać bujną zieleń wzgórz Mondo i napawać się świadomością istnienia odległych saharyjskich pustkowi - znajdował się pokój, do którego klucz miał tylko pan prezydent. Strażnik na skrzyżowaniu korytarzy zasalutował szybkim ruchem ceremonialnej włóczni; pan prezydent skinął mu głową i poszedł dalej.

Jak zwykle zamknął za sobą drzwi na klucz i nie od razu zapalił światło. Przez kilka sekund stał w całkowitej ciemności, zanim jego dłoń spoczęła na wyłączniku i zamrugał jedynym okiem, oślepionym nagłą jasnością.

Po lewej stronie, na niskim stoliku, obok płaskiej pikowanej poduszki do klęczenia - egzemplarz Koranu oprawny w zieloną skórę, z wypisanymi odręcznie, złotymi literami arabskiego alfabetu, dziewięćset dziewięćdziesięcioma imionami Wszechmogącego.

Po prawej - tradycyjny beniński klęcznik z rzeźbionego hebanu ustawiony przed ścianą, na której zawieszono krucyfiks. Ofiara przybita do drewna była równie ciemna jak samo drewno.

A naprzeciwko drzwi - czarne maski, skrzyżowane włócznie, dwa bębny i kosz na rozżarzone węgle, jaki tylko nowicjusze Piętna Lamparciego Pazura mogą oglądać bez okrywającej go skóry pantery.

Pan prezydent odetchnął głęboko, podszedł do stolika, wziął do ręki Koran i po kolei, metodycznie podarł wszystkie jego stronice na confetti. Na koniec rozdarł skórzaną oprawę na dwoje.

Okręcił się na pięcie, zdjął krucyfiks z haka i przełamał go na pół. Ukrzyżowany spadł na podłogę. Pan prezydent obcasem zmiażdżył podobną do lalki figurkę.

Zwlókł ze ściany wszystkie maski. Powyrywał im kolorową słomę włosów, wyłupił wykonane z klejnotów oczy, powyłamywał zrobione z kości słoniowej zęby. Jedną z włóczni przedziurawił membrany obu bębnów.

Po wykonaniu zadania zgasił światło, wyszedł i starannie zamknął drzwi, po czym, znalazłszy pierwszy z brzegu zsyp całośmietnika, wrzucił do niego jeden jedyny otwierający je klucz.

 

ciągłość (1) bezpieczeństwo winą podszyte

Wszystko w osobie Normana Niblocka House'a było ściśle określone, precyzyjne jak podziałka linijki, odmierzone jak sam czas. Włącznie ze stopniem rozjaśnienia skóry i rozprostowania kręconych włosów na głowie i w brodzie, który pozwalał mu wykorzystywać wyrzuty sumienia kolegów, a zarazem zbliżyć się do tych lasek, przy których kuśka najżywiej mu podrygiwała. Włącznie z krztyną ekscentryczności, jaką przejawiał w swoim zachowaniu - w sam raz do przyjęcia u młodszego wiceprezesa wielkiej korporacji, a przy tym odrobinę ponad tę granicę, która sugerowała, że lepiej z nim nie zadzierać. Włącznie z liczbą i charakterem zajęć, które spływały do jego biura, a które dobierał w taki sposób, żeby podczas wizyt innych egzeków zawsze mógł być zajęty sprawami najwyższej wagi.

* * *

Do pracy został przyjęty zgodnie z postanowieniami Ustawy o Równości Szans, która nakazywała firmom takim jak General Technics zatrudnianie białych i Aframów w takiej samej proporcji, jaka występowała na terenie całego kraju, plus minus pięć procent. W odróżnieniu od wielu innych z tego samego naboru, jego przybycie zostało powitane z ulgą przez ówczesnego wiceprezesa ds. kadrowych, który zaczynał już tracić nadzieję na znalezienie wystarczającej liczby Aframów skłonnych zaakceptować obowiązujące w społeczeństwie standardy (Doktorat? A co to jest doktorat? Papier toaletowy dla białodupców).

Doktor nauk ścisłych Norman N. House był prawdziwym skarbem - i dlatego nie zamierzał dać się łatwo schwytać w korporacyjną sieć.

Wiceprezes, który po raz trzeci w życiu wykazał się niezwykłą przenikliwością (pierwszy raz przy wyborze rodziców, drugi - kiedy podłożył świnię jedynemu konkurentowi do stanowiska, które obecnie zajmował), zwrócił uwagę, że jego nowy podwładny ma dar wywierania niezatartego wrażenia na ludziach, których nigdy przedtem nie widział na oczy i których najprawdopodobniej nigdy więcej nie zobaczy. Z czasem zaczęło się nawet mówić o "stylu House'a" - wprawdzie nie przeszkadzało mu specjalnie, kiedy o kimś zapomniał, ale nie potrafił znieść myśli o tym, że sam mógłby zostać przez kogoś zapomniany.

Zazdrosny o ten talent wiceprezes zaczął hołubić Normana House'a, licząc po cichu na to, że jakieś okruchy niezwykłego daru spłyną także na niego. Nadzieję tę żywił całkowicie bezpodstawnie - albo człowiek rodzi się z taką cechą, albo wykształca ją w sobie poprzez świadomy trening w ciągu dwudziestu lat. Norman miał wówczas dwadzieścia sześć lat, z których dwadzieścia już poświęcił na kultywowanie tego przymiotu.

Rzucił jednak wiceprezesowi kilka gładkich, niezwykle pomocnych ochłapów.

- Co o nim myślę? Cóż, papiery ma bez zarzutu - (słowa wyważone, dopuszczające ewentualność pomyłki) - ale moim zdaniem noszenie SuperMenów świadczy o tym, że człowiek nie jest pewny swoich kwalifikacji. Wiecie państwo, one mają ochraniacz z przodu.

Wiceprezes, który miał sześć par SuperMenów, nigdy więcej ich nie włożył.

- Co o niej myślę? Cóż, w testach wypada świetnie, ale moim zdaniem wkładanie topu Maksidost do całkowicie izolujących spodni świadczy o tym, że dziewczyna nie jest gotowa doprowadzić do końca tego, co zaczęła.

Wiceprezes, który zaprosił ją na kolację i spodziewał się odpłaty w powszechnie używanej obiegowej walucie, wyłgał się wyimaginowaną chorobą i ze zwieszoną głową wrócił na noc do żony.

- Co myślę o rocznym sprawozdaniu? Cóż, w porównaniu z ubiegłym rokiem krzywa poszła w górę, ale wywołany naszymi działaniami poziom szumu sugeruje, że wzrost mógłby być od piętnastu do osiemnastu procent wyższy. Poza tym ciekaw jestem, czy ta tendencja się utrzyma.

Wiceprezes, który jeszcze wtedy się wahał, postanowił odejść na emeryturę w wieku pięćdziesięciu lat i zadowolić się premiowym pakietem akcji pierwszego stopnia, zamiast wyczekać do sześćdziesiątki i zgarnąć dwa razy większy pakiet trzeciego stopnia. Natychmiast po otrzymaniu akcji sprzedał je, a potem obgryzał paznokcie, patrząc, jak miesiąc w miesiąc papiery zyskują na wartości. W końcu się zastrzelił.

Zabiło go podejrzenie, że powodem, dla którego akcje GT zyskały na wartości, było zastąpienie go przez Normana House'a.

* * *

Norman żwawym krokiem zbliżał się do wspólnej windy. Odmawiał korzystania z tej, która z poziomu ulicy prowadziła wprost do jego gabinetu:

- To niedorzeczne, żeby ktoś, kto w pracy stale ma do czynienia z ludźmi, unikał kontaktów z nimi, nieprawdaż?

Przynajmniej jeden ze starszych wiceprezesów również ostatnio zaprzestał używania prywatnej windy.

Ale mniejsza z tym - grunt, że House jechał na górę.

Razem z nim na windę czekała jedna z firmowych lasek. Uśmiechnęła się do niego - nie dlatego, że się znali (Norman wolał dawać do zrozumienia, że ktoś, kto wykorzystuje stanowisko do zdobywania lasek, jest - w przeciwieństwie do niego - człowiekiem niepełnowartościowym), ale dlatego, że czas i wysiłek zainwestowane przez niego w takie błahostki jak nieużywanie prywatnej windy zaowocowały powszechnym przekonaniem, że ze wszystkich dwudziestu wiceprezesów firmy to właśnie pan House jest najbardziej towarzyski i przystępny. Tę opinię podzielali nawet pracownicy magazynu w należącej do GT fabryce elektroniki w Wirginii Zachodniej, którzy w życiu nie widzieli go na oczy.

Odpowiedział odruchowym, wymuszonym uśmiechem. Był spięty. Fakt zaproszenia go na lunch na prezesowskim piętrze w towarzystwie najwyższych rangą egzeków można było rozumieć na dwa sposoby: albo szykował mu się awans (chociaż poczta pantoflowa, którą wytrwale pielęgnował, o niczym podobnym mu nie donosiła), albo - co znacznie bardziej prawdopodobne - szefostwo planowało kolejną modyfikację polityki zatrudnienia. Wprawdzie, odkąd zajął obecne stanowisko przetrwał już bezpiecznie dwie takie zmiany, ale nie dość, że niepotrzebnie uprzykrzały człowiekowi życie, to jeszcze uniemożliwiały mu skorzystanie z usług ludzi, których od miesięcy szykował do objęcia wpływowych posad.

Kurżeszmać, wcześniej radziłem sobie z tymi białodupcami, to i teraz sobie poradzę.

Światło kabiny windy opadło na ich poziom, zadźwięczał cicho dzwonek i Norman znów bez reszty skoncentrował się na teraźniejszości. Zegar nad drzwiami (podobnie jak wszystkie zegary w wieżowcu GT, dostrojony do słynnego kriotonowego zegara głównego) wskazywał godzinę 12:44 po-pe. Jeżeli pozwoli lasce zjechać windą na dół, spóźni się dokładnie jedną minutę na lunch z Bardzo Ważnymi Osobistościami.

Tyle powinno być w sam raz.

Kiedy kabina się zatrzymała, skinął na dziewczynę i przepuścił ją przodem.

- Ja wybieram się na górę - wyjaśnił.

Awans czy nie, Norman mówił serio.

* * *

Wysiadł z windy na piętrze prezesowskim zgodnie z planem, czyli chwilę po czasie. Sztuczna trawa tłumiła odgłos jego kroków, gdy ruszył w stronę zebranej przy basenie grupy ludzi. Cztery najładniejsze firmowe laski zabawiały się nago w wodzie. Przypomniał sobie dyżurny żarcik: "Dlaczego GT nie chce pierwsze wprowadzić stanowiska ziomka firmowego?" i z trudem opanował wesołość, witając się ze Starą GT we własnej osobie.

Patrząc na Georgette Tallon Buckfast, nie sposób było się domyślić, że jest zarówno niezwykłą istotą ludzką, jak i niecodziennym artefaktem. Trudno też było uwierzyć, że ma dziewięćdziesiąt lat - wyglądała w najgorszym wypadku na sześćdziesiąt: zaokrąglona, ponętna, zwieńczona szopą własnych ciemnych włosów, dostatecznie gęstą, żeby zaprzeczyć starym zarzutom, jakoby więcej miała w sobie z mężczyzny niż z kobiety. Owszem, przy bliższych oględzinach niewielka wypukłość na piersi mogłaby zdradzić obecność rozrusznika serca, ale w dzisiejszych czasach ludzie instalowali sobie takie akcesoria już w wieku siedemdziesięciu lat, a nawet wcześniej. Wyłącznie swojej natarczywości i wścibstwu Norman zawdzięczał wiedzę o przeszczepie tkanki płucnej, plastikowych zastawkach żylnych, przeszczepionej nerce, zdrutowanych kościach i wymienionych po walce z rakiem strunach głosowych. Wedle wiarygodnych szacunków Stara GT była nieco bogatsza niż brytyjska rodzina królewska - a za taki majątek można sobie kupić zdrowie, chociażby na raty.

Towarzyszył jej Hamilcar Waterford, znacznie od niej młodszy, lecz wyglądający starzej; Rex Foster-Stern, starszy wiceprezes ds. projektów i planowania, mężczyzna z postury podobny do Normana, odznaczający się niezwykle obfitymi bokobrodami i czymś, co Dzieci Krzyża pogardliwie nazywały "opalenizną niebojową"; oraz Afram, którego twarz wydała się Normanowi zwodniczo znajoma, mimo że nigdy przedtem nie widział go w wieżowcu GT: koło pięćdziesiątki, krępy, łysy, zmęczona twarz, bródka w stylu Kenyatty.

Przyszło mu do głowy nowe wytłumaczenie dla zaproszenia go na ten posiłek. Kiedy ostatni raz przy podobnej okazji poznał nieznajomego mężczyznę w średnim wieku, był to emerytowany admirał, którego GT zamierzała dokooptować do zarządu, żeby korzystać z jego znajomości w wojsku; nic z tego nie wyszło, bo admirał zamiast GT wybrał producenta poduszkowców. Jeśli jednak sytuacja miała się powtórzyć, Norman zamierzał być tak bezczelny, jak to tylko możliwe bez narażania kariery zawodowej. Żaden czarny cwaniak z krzywym wackiem nie wyprzedzi Normana House'a w wyścigu do zarządu.

Wtedy właśnie odezwała się GT:

- Elihu? Przedstawiam ci Normana House'a, naszego wice ds. kadrowych.

I świat wywrócił się do góry nogami.

Elihu. Elihu Rodan Masters, zawodowy dyplomata, ambasador USA w Beninii. Po kiego wała GT miałaby się interesować tym rozwidlonym jak język węża skrawkiem lądu, wbitym w Afrykę niczym klin i pozbawionym zarówno bogactw naturalnych, jak i wykwalifikowanej siły roboczej?

Nie było jednak czasu na domysły. Norman wyciągnął rękę, przerywając prowadzoną przez Starą GT prezentację.

- Szanowna pani, pana Mastersa nikomu nie trzeba przedstawiać - wtrącił dziarskim tonem. - Ludzie tak dystyngowani stanowią naturalną siłę środowiskotwórczą. Mam wrażenie, że znam go doskonale, chociaż nie miałem dotąd przyjemności uścisnąć mu dłoni.

Na twarzy Starej GT - ukrywanie emocji wychodziło jej zdumiewająco kiepsko jak na osobę, która stworzyła potężną korporację i zbiła ogromny majątek osobisty - rozdrażnienie faktem, że jej przerwano, zmagało się z zadowoleniem ze zgrabnego komplementu.

- Napije się pan czegoś? - spytała w końcu, gdy zadowolenie ostatecznie zwyciężyło.

- Nie, dziękuję. To wbrew słowu Proroka, rozumie pani.

Beninia, tak? Czyżby chodziło o otwarcie afrykańskiego rynku dla ŚPG? Inwestycja warta ponad pół miliarda dolców i brak odbiorców surowca z najbogatszych złóż od czasu Syberii... Taka sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność. Ale przecież mówi się, że Beninia nie jest w stanie wyżywić własnych mieszkańców...

GT - ewidentnie zażenowana faktem, że zapomniała (lub w ogóle nie wiedziała) o tym, że jeden z jej własnych wice jest muzułmaninem - wycofała się w kąśliwość. Styl House'a stanowił idealną odpowiedź na nią. Norman, zadowolony z przebiegu rozmowy i doskonale świadomy spoczywającego na nim spojrzenia Mastersa, świetnie się bawił przez całą trwającą dziesięć minut konwersację, która poprzedziła zaproszenie do stołu. Prawdę mówiąc, był tak absolutnie przekonany, że rozbrzmiewający tuż po pierwszej dźwięk dzwonka wideofonu jest w istocie sygnałem do posiłku, że nie przerwał nawet opowiadanej anegdoty - umiarkowanie antyaframskiego żartu, idealnie dobranego do tego mieszanego towarzystwa, ostro przyprawionego pogardliwymi określeniami czarnych - dopóki GT nie krzyknęła na niego po raz drugi.

- House? House! Jest jakiś problem z gośćmi oprowadzanymi po komorze Salmanasara. To chyba twoja działka?

Jeżeli przygotowali jakąś niespodziankę, która ma mnie pogrążyć, podam im mierzwę na kolację. Zrobię...

- Przepraszam na chwilę, panie Masters - powiedział z lekka znudzonym głosem. - Zajmie mi to minutkę, najwyżej dwie. Nie więcej.

Wszystko się w nim gotowało, kiedy udał się do windy.