Wszyscy mamy źle w głowach. Tom 1: Nic z tego nie zrozumiecie - Martyna Pawłowska-Dymek

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PONIEDZIAŁEK, 3 WRZEŚNIA

Jakub jak zwykle nie miał szczęścia.

Ze wszystkich osób, z którymi mógł się zderzyć tuż po przyjściu do szkoły w pierwszy dzień po wakacjach, musiał trafić akurat na Roszkową, ich wychowawczynię z piekła rodem. Zdaje się, że uszkodził jej zamszowy but, choć może tylko go zabrudził. Przeprosił szczerze, bo chociaż zatruwała mu życie przez całą pierwszą klasę, nie zamierzał niszczyć jej obuwia.

Spojrzała na niego lodowato zza okularów, zacisnęła usta i odezwała się po chwili milczenia, jakby oburzył ją do tego stopnia, że na krótko straciła mowę. Upomniała go, że powinien być ostrożniejszy, bo uczniowi drugiej klasy liceum nie przystoi bieganie jak dzikus po korytarzu. Zwróciła też uwagę - nie po raz pierwszy oczywiście - że skoro już zdecydował się na fryzurę jak dziewczyna, to mógłby przynajmniej porządnie się uczesać. Oraz że początek roku szkolnego to z pewnością nie jest odpowiedni dzień na przynoszenie do szkoły gitary.

- Przypominam, że to liceum z tradycjami! - wygłosiła, po czym rzuciła wymowne spojrzenie na ścianę. Tak się złożyło, że stali pod napisem "NAD POZIOMY WYLATUJ". Szkolne motto, na którego punkcie Roszkowa miała, jak zdążył się już wielokrotnie przekonać, totalną obsesję.

Nie były to zresztą głupie słowa, ale wychowawczyni zdołała mu je obrzydzić. Szybko się zorientował, że rozumiała je inaczej niż on.

Jakub powstrzymał pokusę, by odpowiedzieć, że Mickiewicz, autor tych słów, też raczej nigdy nie chodził ostrzyżony na jeża. Za podobne odzywki zarobił w minionym roku niejedną uwagę, a obiecał rodzicom, że w drugiej klasie postara się tak często nie podpadać nauczycielom. Przeprosił zatem jeszcze raz i pobiegł prosto na szkolny dziedziniec.

W jednym musiał przyznać Roszkowej rację: przychodzenie do szkoły z gitarą nie miało wielkiego sensu. W końcu nie udało im się z chłopakami przekonać dyrektora, by występ ich kapeli otworzył dzisiejszą uroczystość. Zamiast tego śpiewał chór, tak jak co roku, a potem profesor Dudziński miał wygłosić pasjonujący wykład. Tradycyjnie.

Nie, to nie. Przyniósł gitarę w innym celu. Chciał sprawdzić w praktyce teorię Jezusa, kumpla z zespołu, który twierdził, że dziewczyny dosłownie wariują, gdy widzą w szkole gościa z gitarą.

A dziś miało pojawić się tutaj dużo dziewczyn, cały nowy rocznik.

Jakub zeskoczył ze schodów prowadzących do wyjścia na dziedziniec. Fryzura mu się zburzyła. Z satysfakcją pomyślał, że teraz Roszkowa byłaby jeszcze bardziej zbulwersowana jego wyglądem. Niestety, czy też na szczęście, był już poza zasięgiem jej wzroku.

Usiadł na ławce obok nieczynnej fontanny. Potrzebował swobody ruchów, dlatego zanim zaczął grać, rozpiął trochę koszulę - nie za mocno, by nie odsłonić blizny po wypadku.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Któryś autorski numer? Nie, chyba powinien wybrać jednak coś znanego.

- Jeju, zagrasz coś dla mnie? - usłyszał dziewczęcy głos nad swoim ramieniem.

Szybko się pojawiła! Pierwszoklasistka, nie widział jej tu wcześniej, bo na pewno by zapamiętał. Wyglądała dorośle jak na swój wiek, choć była niziutka. Gdyby wstał, sięgałaby mu pewnie do łokcia. Za to kształty miała dość... maturalne, pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie. Chętnie wystawiłby jej świadectwo dojrzałości nawet bez egzaminu!

- Jasne - odparł. - Muszę tylko znaleźć coś odpowiedniego do twojego wieku.

Zagrał początek dziecinnej melodii, coś o trzech kurkach czy gąskach. Zerknął na nią przekornie. Obrazi się? Nie, nie ten typ. Podjęła żart, kołysała się do rytmu, szeroko uśmiechnięta.

- Ślicznie! - zawołała.

Starał się nie gapić w jej dekolt, ale ciemna opalenizna odznaczała się tak mocno na tle białego materiału, że przyciągała jego wzrok jak magnes. Pomyślał, że prawdopodobnie tylko oni dwoje w całej szkole nie byli w tej chwili zapięci pod szyję. Poczuł nagłą nić porozumienia.

- Kaśka Makowska. - Nieznajoma dziewczyna wyciągnęła do niego dłoń.

- Jakub Polak.

Miała mocny, prawie męski uścisk. Coś zaintrygowało Jakuba w tym powitaniu, coś przebiegło tu inaczej niż zwykle w podobnych sytuacjach. Co takiego? Zastanawiał się, aż wreszcie go olśniło.

- Zawsze przedstawiasz się imieniem i nazwiskiem?

Dziewczyna uniosła brwi, potem roześmiała się znowu.

- Chyba tak. To dziwne? W poprzedniej klasie były cztery Kaśki. Musiałyśmy używać nazwisk albo przezwisk, żeby się odróżnić!

- Chętnie się dowiem, jakie miałaś przezwisko. - Zmierzył ją rozbawionym spojrzeniem.

- Nie dowiesz się!

Przyjemnie się na nią patrzyło, choć widywał ładniejsze dziewczyny. Kiedy się uśmiechała, zadzierała lekko głowę do góry, przez co uśmiech wydawał się jeszcze szerszy. W jej oczach kryło się coś łobuzerskiego, a nawet nieco szalonego. Właściwie to chętnie by się z nią umówił, ale miał już plany na wieczór.

Przez chwilę odniósł wrażenie, że ona również mierzyła go wzrokiem. Potem zorientował się, że zauważyła bliznę. Jednak odsłonił ją przez przypadek.

- Pamiątka po szybkiej jeździe skuterem - wyjaśnił.

Ucieszył go błysk w jej oczach.

- Ja też jeżdżę! Ale chyba nie będę proponować ci wspólnej przejażdżki, skoro to się może tak skończyć. - Wskazała na bliznę.

- Teraz jestem ostrożniejszy. Zresztą, to nie była moja wina. Jak zawsze miałem pecha.

- Tak, skądś to znam!

Wymienili uśmiechy.

- Skoro rozmawiamy, to może mi pomożesz? - Kaśka nieco spoważniała. - Na pewno wiesz, gdzie jest sala numer trzy.

- W życiu nie znajdziesz jej sama. Musisz iść przez dziedziniec na wprost, tymi drzwiami do środka. - Pokazał gestem. - Po schodach do góry i masz trójkę. Dokładnie obok niczego.

Nagle coś mu się przypomniało. Zmarszczył brwi.

- Jesteś pewna, że szukasz trójki?

Kaśka zajrzała do notatki w telefonie.

- No tak. Klasa druga be, sala numer trzy.

Niech to, w ogóle nie wziął tego pod uwagę! Z wrażenia prawie upuścił gitarę.

- Wygląda na to, że będziemy się często widywać. - Starał się nie okazywać, jak ucieszyła go ta wiadomość. - Jesteśmy w tej samej klasie.

- Naprawdę? - Kaśka nie wahała się przed okazaniem radości. Mogłoby się zdawać, że zaraz zacznie podskakiwać jak piłka. - Ale super! Opowiadaj! Fajną mamy klasę?

Nie chciał psuć jej nastroju, ale czy miał kłamać?

- Powiem tak. Jeśli celem twojego życia nie jest zakuwanie, zdobywanie samych piątek i szóstek, startowanie w cholernych olimpiadach i przygotowywanie się do studiów na najlepszych cholernych światowych uczelniach, to wybrałaś złą klasę. I złą szkołę.

Kaśka przekrzywiła głowę. Chyba jej nie przestraszył.

- Myślę, że nie tylko ja - zauważyła.

Co prawda, to prawda. Zdecydował się tu zdawać wyłącznie ze względu na chłopaków z kapeli. Łatwiej było umawiać się na próby, gdy uczyli się pod jednym dachem. Oni chyba odnajdowali się w rzeczywistości szkolnej lepiej niż Jakub, choć żaden z nich nie był typem kujona.

Ciekawe, co przygnało w te mury kogoś takiego jak Kaśka?

Znów miał poczucie porozumienia, więzi z dziewczyną, którą widział po raz pierwszy w życiu. Odniósł wrażenie, jakby oboje mieli na twarzach maski i w tej samej chwili je zdjęli. Pod spodem zobaczył twarz podobną do własnej, choć nie z wyglądu.

Jeszcze dziwniejsze, że miał ochotę powiedzieć jej: "Uważaj!".

- A nasza wychowawczyni? - dopytywała Kaśka. Jeszcze raz zerknęła do rozpiski. - Profesor Grażyna Roszko?

Teraz dopiero się ubawił. Zmierzył wzrokiem Kaśkę, jej zdecydowanie za ciasną i zbyt rozpiętą bluzkę, pewną postawę, łobuzerski uśmiech - i odpowiedział bez wahania:

- To twój najgorszy koszmar.

Ze śmiechem zadarła głowę do góry.

- Tak mówisz?

- Słoneczko, mogę cię o tym zapewnić.

Nadal wyglądała raczej na podekscytowaną niż zaniepokojoną. Tacy jak ona nie boją się na zapas, pomyślał.

- Dobra, nie przeszkadzam ci już - powiedziała. - Spróbuję znaleźć tę naszą salę. Zobaczymy się tam później!

Poszła tanecznym krokiem w kierunku drzwi, które jej wskazał. Zauważył, że nosiła workowate, luźne spodnie. Zdaje się, że ukrywała w nich całkiem zgrabny tyłek, choć najwyraźniej nie była z niego tak dumna jak ze swojego biustu.

Dopiero gdy znikła za drzwiami, rozejrzał się wokół. Na dziedzińcu zdążyła się zebrać już garstka osób, w tym sporo nowych twarzy. Patrzyli na niego z zainteresowaniem, wyczekująco. Najwyższy czas w końcu coś zagrać, zdecydował.

Słuchali go z fascynacją wypisaną w oczach. Pewnie wydawało im się, że trafili do najfajniejszej szkoły na świecie, do liceum, w którym koleś z długimi włosami i rozpiętą koszulą może sobie bezkarnie siedzieć na ławce i grać na gitarze. Może myśleli, że tak to tutaj wygląda codziennie. Nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu.

W inny dzień za podobny wybryk wylądowałby zapewne w gabinecie dyrektora. Skorzystał z okazji, że nauczyciele uczestniczyli w uroczystym rozpoczęciu roku. Miał z tego powodu mniej słuchaczy, jednak ich liczba ciągle rosła. Może ktoś dał cynk zebranym w auli, że na dziedzińcu jest lepsza impreza?

Śpiewał same szlagiery, kawałki, które każdy znał. Wiedział, że na zaprezentowanie własnych kompozycji przyjdzie jeszcze odpowiedni moment.

Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy

Hej, hej, la, la, la, la, hej, hej, hej, hej...1

Podobało im się, to pewne. Im bardziej buntowniczy, antyszkolny tekst wybierał, tym lepiej się bawili.

Już miał zaczynać kolejny numer, kiedy poczuł, że czyjeś ramię objęło go od tyłu za szyję.

- Nieźle się wyrobiłeś - usłyszał głos kumpla z zespołu, Krzyżaka.

- Puszczaj, Krzyżak! - rzucił Jakub ze śmiechem, kiedy ramię rozluźniło nieco chwyt. - Jak zmiażdżysz mi gardło, to sam będziesz musiał śpiewać.

- Coś ty, ja? Wrobimy w to Jacka.

Puścił go jednak i usiadł obok. Niedawni słuchacze Jakuba zorientowali się, że koncert dobiegł końca, i powoli rozchodzili się każdy w swoją stronę.

- Olałeś wykład Dudzińskiego - zauważył Krzyżak.

- Nie olałem, nie olałem. Słuchałem go rok temu, od tego czasu historia szkoły chyba się nie zmieniła.

Krzyżak się roześmiał i potrząsnął czupryną. Wyglądał jak dziewczyna, w dodatku niezła. Ale wystarczyło chwilę z nim pogadać, żeby to wrażenie minęło.

- Naprawdę się wyrobiłeś - powtórzył. - Nie wyobrażam sobie, żebyś dał tu taki popis rok temu. Albo wcześniej.

Jakub wzruszył ramionami.

- To wasza zasługa.

- Twoja, wyłącznie twoja. - Krzyżak klepnął go w plecy. - My tylko daliśmy ci szansę, uwierzyliśmy, że jednak - znacząco zaakcentował to słowo - jednak coś potrafisz. Ty już zrobiłeś resztę.

Jakub się uśmiechnął. Chętnie by zapomniał o swoich żałosnych początkach w zespole, ale wiedział, że ci trzej mu na to nie pozwolą. Zbyt duży mieli z tego ubaw teraz, po dwóch latach wspólnego grania, kiedy zdążył już wielokrotnie udowodnić, ile jest wart. Zapracował na swoją pozycję lidera.

- Słuchaj, tym razem musimy wygrać przegląd kapel - ciągnął Krzyżak. - Musimy! Poprzednio niewiele brakło, a teraz jesteśmy jeszcze lepsi. Jak nie dasz z siebie wszystkiego, ogolę cię na łyso.

- No, to dopiero groźba! - Jakub odruchowo przesunął dłonią po włosach. - Wikuś, na pewno będziemy cisnąć, ale czy wygramy, to już się okaże. Nie tylko ode mnie to zależy.

- Rudy, dla mnie i chłopaków to jest ostatnia szansa, żeby wygrać. W tym roku zdajemy maturę, pamiętasz?

- Ostatnia szansa?! - powtórzył Jakub kpiąco. - Stary, będziemy brać udział jeszcze w wielu konkursach, nawet po waszej maturze. I wygramy je, cholera! - podniósł głos.

Kilka osób spojrzało w jego kierunku. Zrobił małpią minę i pomachał do nich. Natychmiast się odwrócili.

- Ale ten konkurs jest ważny! - upierał się Krzyżak. - No i w tym roku jest ten cały jubileusz. Tysiąclecie tej budy, czy tam stulecie, jeden pies. Ważne, że zwycięzca przeglądu kapel będzie śpiewał na wielkiej fecie w Centrum Kongresowym.

Jakub odłożył gitarę na bok. Więcej takich niespodzianek i w końcu faktycznie mógłby ją upuścić.

- Pierdolisz? W TYM Centrum Kongresowym? W tym wielkim, pieprzonym budynku?

Krzyżak zgiął się wpół ze śmiechu.

- No właśnie. Ciekawe, czyj to był pomysł, bo nie wierzę, że dyra.

- Cholera...

Widział to, potrafił sobie dokładnie wyobrazić. Wielka scena, światła, wpatrujące się w nich całe mnóstwo par oczu, nieustająca burza oklasków po występie. Przecież o to chodziło od samego początku. Nie zakładali zespołu, by grać w piwnicach.

Jakub zawsze wierzył, że mogą wiele osiągnąć, ale na tym etapie możliwość wystąpienia w Centrum Kongresowym wydawała się wręcz nieprawdopodobną okazją. Musiał przyznać, zupełnie obiektywnie, że podobna szansa jeszcze długo im się nie trafi.

- Musimy to wygrać!

Chwycił gitarę i zagrał kilka szybkich, mocnych akordów.

- Zrobimy dziś próbę? Zapytaj chłopaków, czy mogą do mnie wpaść.

- Podobno nie miałeś czasu - przypomniał mu Krzyżak. - Mówiłeś, że masz randkę.

- Randkę mogę przełożyć, to nie problem... Wikuś, kto jeszcze startuje? Z takich liczących się?

Krzyżak wzruszył ramionami.

- Skąd mam wiedzieć? Zapisy ruszą gdzieś za tydzień. Na pewno Krystek i na pewno Ciacho, to najgroźniejsza konkurencja. No i raperzy. Kurwa! - przeklął cicho. - Że też w tej budzie rządzą hip-hopy i pozerzy! Ten blondasek z waszej klasy też będzie startował, nie?

Jakub pokiwał głową.

- Pewnie tak, ale nim nie musimy się przejmować.

Jak na zawołanie przez dziedziniec przeszli właśnie dwaj kumple Rapera: chudy Julek zwany Żulkiem i mały grubasek Filip.

- Zapaliłbym sobie - oznajmił głośno Krzyżak. Ziewnął, wstał leniwie z ławki i podszedł do nich. - Siema, ziomki! - zaczepił ich złośliwie. - Dacie fajkę?

Patrzyli nieufnie, jakby zaraz miał ich okraść z tych cholernych fajek na szkolnym dziedzińcu przy świadkach.

- Daj im spokój, Krzyżak - poprosił Jakub. - Są z mojej klasy.

Zobaczył przelotne spojrzenie Filipa przepełnione niechęcią.

- Tak? Nie skojarzyłem. Myślałem, że pierwszaki - odparł Krzyżak, ani trochę nie przejęty. - Fajni jacyś? - zapytał półgłosem, gdy się oddalili.

- Szczerze? Praktycznie ich nie znam.

- No tak - westchnął współczująco Krzyżak. - Wy macie zajebiście dziwną klasę.

Jakub spojrzał na drzwi do budynku, przy których zbierało się coraz więcej jego kolegów i koleżanek. Dziwni, to fakt. Rok temu zapowiadało się, że będzie z nimi trochę zabawniej. Zaciekawieni, pełni energii po wakacjach, zadowoleni z faktu, że dostali się do wymarzonego liceum, wydawali się fajną grupą. Ładne i wesołe dziewczyny, kolesie, z którymi dało się pogadać. Mogło być nieźle. Ale sytuacja zmieniła się mniej więcej po pierwszym sprawdzianie. Wtedy chyba dotarło do nich, że w jednej klasie nie może być dwudziestu kilku prymusów, że na tle innych równie ambitnych osób już nie są tak wyjątkowymi jednostkami i jeśli nadal chcą mieć same piątki w dzienniku, to muszą spiąć pośladki i brać się do roboty. Zabawa się skończyła, podobnie jak wizja sympatycznej, zgranej klasy. Stanowili zbiorowisko samotników i kilkuosobowych zamkniętych grup.

Jakub nie rozumiał pogoni za czerwonym paskiem, zupełnie mu wystarczało, jeśli zaliczył na pozytywną ocenę i nie musiał niczego poprawiać. Ale należał do mniejszości.

Przypomniało mu się spotkanie z tą nową dziewczyną, Kaśką. Ciekawe, czy ona też się zmieni. Może tak, może wystarczy pierwsza słabsza ocena, pierwsza reprymenda od Roszkowej, pierwsza negatywna uwaga w dzienniku - nie wątpił, że mogła się ich spodziewać - i Kaśka stanie się inna, ostrożniejsza, pokorniejsza, podobna do reszty.

Ale jeśli się nie zmieni - wtedy dopiero będzie ciekawie!

-

Bartek jako jeden z nielicznych żałował, że wykład dobiegł już końca. Historia szkoły nieszczególnie go interesowała, zresztą Dudziński mówił mniej więcej to samo co rok wcześniej, z identycznym przejęciem i zachwytem nad własnymi słowami. Trzeba być belfrem, żeby tak umieć! Natomiast siedzenie w auli, nawet w pierwszym rzędzie, miało swoje zalety. Stare, snobistyczne wnętrze stanowiło świetne tło dla zdjęć.

Kiedy wyjaśnił Roszkowej, Dudzińskiemu, dyrektorowi i kilku innym oburzonym nauczycielom, że przygotowuje dokumentację dla klasowej kroniki, pozwolono mu pracować w spokoju. Tak działało słowo "kronika". Większość klas już ich nie prowadziła, umieszczali tylko pamiątkowe zdjęcia na szkolnym fanpage'u. Tymczasem ich kronika, prowadzona przez Różę, stanowiła swego rodzaju ewenement. Doczekała się nawet własnej strony, na którą Róża wrzucała zeskanowane fragmenty. Nie do wiary, ale ludzie naprawdę to czytali. Bartek marzył po cichu, że jego kanał na YouTube będzie kiedyś cieszył się przynajmniej taką popularnością.

Zdjęcia zazwyczaj robił Adam, ale po tym, co zdarzyło mu się w wakacje, oczywiście nikt nie spodziewał się zaangażowania z jego strony. Ciekawe, czy w ogóle zamierzał zjawić się w szkole. Może lepiej, żeby nie przychodził? Bartek nie wyobrażał sobie, co miałby mu powiedzieć, a jako przewodniczący klasy powinien chyba podejść do niego i z nim pogadać.

W każdym razie bez wahania zgodził się, gdy Róża napisała do niego z prośbą o zastąpienie Adama w roli fotografa. Robienie zdjęć było jego pasją, podobnie jak hip-hop, taniec, sport, matematyka i jeszcze kilka innych rzeczy. Chyba z żadnej z nich nie umiałby zrezygnować. Na szczęście nie musiał!

Westchnął z irytacją, gdy po skończonym wykładzie wszyscy zaczęli wstawać, kręcić się przed obiektywem i potrącać go łokciami, bo przecież nie mogli zrozumieć, że jeszcze nie zdążył zrobić tych ujęć, które sobie zaplanował. Liczył, że uchwyci całą klasę podczas uroczystości w auli, ale okazało się to niemożliwe. Choćby dlatego, że połowa w ogóle się tam nie pojawiła. Musiał ich upolować gdzie indziej.

Niektóre klasy robiły sobie pamiątkowe zdjęcia na dziedzińcu, ale z nimi to by nie przeszło. Bartek powoli dopuszczał do siebie myśl, że może nie był aż tak dobrym przewodniczącym, jak kiedyś sądził. Nie miał pojęcia, co zrobić, żeby jakoś zintegrować ze sobą tę grupę ludzi. Oni po prostu nie współpracowali.

Na korytarzu próbował sfotografować Elkę i Zuzę, ale natychmiast zapiszczały identycznym tonem: "Nie teraz! Nie teraz!" - i uciekły do łazienki. Pewnie musiały poprawić makijaż albo poćwiczyć pozy. "Nigdy nie próbuj zrozumieć księżniczek", mruknął do siebie. Nie pamiętał już, kto pierwszy to powiedział, i czy one same zaczęły tytułować siebie księżniczkami, czy klasa tak je nazwała, ale to określenie do nich przylgnęło. Pasowało. Z Zuzą jeszcze dało się dogadać, szczególnie gdy jakimś cudem spotkało się ją samą, bez przyjaciółki. Nie zadzierała nosa, okazywała się całkiem sympatyczna i niegłupia. Przeważnie jednak trzymała się blisko Elki.

Rozczarowany po spotkaniu z księżniczkami Bartek spróbował zrobić zdjęcie Ali. Nie uciekła, wytrzeszczyła jednak oczy z przerażeniem, jakby mierzył do niej z broni palnej. Ciekawy kadr, ale raczej nie do kroniki. Jak to, żadna dziewczyna w klasie nie chciała zdjęć?

Trudno. Wyszedł na dziedziniec, tam chyba działo się coś ciekawego. Koło fontanny zebrało się sporo ludzi.

- Cześć, Róża! - pozdrowił wysoką, nieśmiałą klasową kronikarkę. Ona przynajmniej nie miała oporów, by zrobić normalną minę i dać się sfotografować. W końcu te zdjęcia były dla niej.

- Cześć.

Bartek uświadomił sobie, że nie pamiętał brzmienia jej głosu, tak rzadko go słyszał. To "cześć" zabrzmiało matowo, prawie bezdźwięcznie. Zauważył z niezadowoleniem, że Róża miała niższy głos od niego. Każdy miał niższy głos od niego, dziewczyny też. Najwyraźniej należał do pechowców, którzy nigdy nie przechodzili mutacji.

Na dziedzińcu zorientował się, że ominęła go ciekawa akcja. Koło fontanny w widocznym miejscu siedział Jakub z ich klasy i jego kolega z zespołu. Mieli gitarę, zapewne wcześniej coś grali. To dlatego w auli siedziało tak mało osób, zrozumiał Bartek.

Po chwili zobaczył swoich dwóch najlepszych kumpli, Filipa i Żulka. Szli przez dziedziniec od strony głównego wejścia do szkoły. Zanim zdążył ich zawołać, zobaczył, jak kolesie z kapeli sobie z nich żartują. Pokiwał głową z ubolewaniem. Nic nie mógł na to poradzić, nawet nie próbował. Takie jest życie, uznał, w każdej szkole jest co najmniej jeden taki gość jak Jakub i co najmniej jedna ofiara losu jak Filip czy Żulek.

Zwłaszcza Żulek. To nie tak, że był całkiem pozbawiony atutów. Choć często wydawał się naiwny jak dzieciak z podstawówki, potrafił zaskoczyć celną ripostą, świadczącą o inteligencji i poczuciu humoru. No i miał świetny głos. Chyba w całej swojej skromności nie wiedział, że Bartek mu tego zazdrościł. Mógłby pracować w radiu. Albo jeszcze lepiej, nagrywać własne hip-hopowe kawałki. Tylko że jego to w ogóle nie interesowało. Ot, sprawiedliwość! Tak czy siak, nawet przy swojej inteligencji i pomimo radiowego głosu Żulek stanowił najsłabsze ogniwo w szkolnym łańcuchu pokarmowym. Jego sytuację pogarszał jeszcze fakt, że niemal wszyscy nauczyciele przekręcali jego nazwisko.

O, a teraz jakieś trzy dziewczyny dosłownie za nim biegły! Ciekawe, o co chodziło? Wyglądały na pierwszoklasistki. Całe podekscytowane, podenerwowane - ale kiedy się odwrócił, miały na twarzach jedną wielką konsternację, jakby spodziewały się zobaczyć kogoś innego. Bartek westchnął. Co za niefajna sytuacja! Pewnie ktoś je podpuścił.

Wreszcie kumple podeszli do niego. Mieli miny jak bohaterowie Jumanji po przedarciu się przez dżunglę. Uścisnął im dłonie.

- Co, Żulian, znowu ci podryw nie wyszedł? - zaśmiał się do przyjaciela.

- Jaki podryw? - Julek smętnie się uśmiechnął. - Jak zwykle małolaty słyszały legendy o Adku i spodziewały się, że będę jego klonem.

Bartek pokiwał głową ze współczuciem. No tak, kolejne życiowe przekleństwo Żulka. To był chyba pierwszy wspólny temat, który znaleźli i dzięki któremu się zaprzyjaźnili: obaj mieli przerąbane z powodu starszego rodzeństwa. Idealnego, genialnego, lubianego w szkole, odnoszącego sukcesy. Jedno i drugie jak z tej samej fabryki. Brat Żulka, Adrian, był przynajmniej sympatyczny, nie to co ta idiotka, najgorsza starsza siostra na świecie, Luśka.

Niedawno mama zaskoczyła Bartka informacją o swojej ciąży. Kiedy już wyszedł z szoku, że nadal uważała Oskara za wystarczająco atrakcyjnego, by iść z nim do łóżka - pomyślał, że to nie taka zła wiadomość. Może tym razem będzie brat? Sióstr miał już w tej chwili za dużo. O jedną.

- Nie martw się, Żulian - odezwał się, bo dotarło do niego, że kumpel czekał na jakieś słowa pocieszenia. - Kiedyś znajdzie się ta jedyna, która doceni twoje wnętrze - wygłosił bez większego przekonania.

- Wnętrze? Oby nie chciała handlować organami - zakpił Żulek. - Jestem do nich raczej przywiązany.

No właśnie, był zabawny. W przeciwieństwie do Filipa - ten prawie nigdy się nie uśmiechał. Wiecznie pogrążony w myślach podrygiwał nerwowo stopą. Po tym dało się go poznać z daleka.

Nie chcieli jeszcze wchodzić do środka, stali przed drzwiami i gadali o wynikach fazy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. Jednocześnie obserwowali, jak dziedziniec stopniowo zapełnia się znajomymi i nieznajomymi twarzami. Bartek co chwilę odrywał się od rozmowy, by zrobić kolejne zdjęcie. Kolegów też sfotografował, choć wykrzywili się do aparatu jak dwóch debili.

Jednocześnie zauważyli opaloną sylwetkę Adama. Ubrany na czarno, szedł szybkim krokiem, jakby nikogo nie widział. Nie przywitał się, minął ich grupę bez słowa.

Wszyscy trzej, jak umówieni, rzucili nagle:

- O kurwa.

Żulek uśmiechnął się słabo.

- Wiecie, to byłoby śmieszne, gdyby nie... no wiecie.

Bartek nie dowierzał.

- Widzisz w tym coś śmiesznego? - spytał trochę ostrzej, niż zamierzał.

- Chodzi o naszą reakcję - zapewnił speszony Żulek. - Tylko o to.

Ku ich zaskoczeniu Filip wyciągnął papierosa. Na szkolnym dziedzińcu! Odważny, nie ma co.

- A jak inaczej zareagować? - zapytał melancholijnie i zapalił. - Koleś ma przejebane. Nie chciałbym być w jego skórze.

Bartek przytaknął skwapliwie i poczęstował się papierosem. Żulek chyba chciał się wytłumaczyć, ale w tym czasie kolejna znajoma postać przykuła ich uwagę. W stronę budynku szła powoli Ewa. Wysoka, ponura, również ubrana na czarno, z długimi jasnymi włosami opadającymi na twarz.

Tym razem żaden z nich nie śmiał się odezwać. Bartkowi przyszło do głowy, już po raz kolejny, że jako przewodniczący miał obowiązek porozmawiać z osobami z klasy, którym przydarzyło się nieszczęście. Nawet jeśli wiedział, że to nie będą łatwe rozmowy.

Postanowił zacząć od Ewy. Kiedy podeszła bliżej, zrobił krok w jej stronę.

- Cześć, Ewa. Fajnie, że wróciłaś.

Dziewczyna spojrzała na niego spod popielatej grzywy.

- Fajnie? - burknęła. - Ja tak nie uważam.

Ruszyła dalej, nie oglądając się na nich. Bartek miał chyba dość głupią minę.

- Czemu wydawało mi się, że ona zawsze była raczej miła? - zapytał retorycznie.

- Weź przestań - tym razem to Żulian go ofuknął.

Przez chwilę milczeli zgodnie, każdy wbijał wzrok w ziemię.

Żulek nie wytrzymał.

- Właściwie czemu mamy o tym nie gadać? Niedługo nic nie będzie można w tej szkole powiedzieć! - nawijał szybko, nerwowo. - To w końcu nie były jakieś nietypowe wypadki, ani jeden, ani drugi. Codziennie dzieją się podobne rzeczy.

Filip pokręcił głową.

- Ale nie takie.

- Stary, skoro się zdarzyły, to znaczy, że się zdarzają.

- Ale to nie jest normalne - upierał się Filip.

Bartek dopalił papierosa i zręcznie pozbył się niedopałka.

- Chodźmy do środka. Zaraz przyjdzie Roszkowa.

Weszli do budynku. Zgodnie z rozpiską zamieszczoną na stronie szkoły w tym roku godziny wychowawcze i lekcje języka polskiego miały odbywać się w sali numer 3. Pod drzwiami stało już kilka osób z klasy.

Bartek zajrzał ciekawie do środka.

- Ale syf - mruknął z obrzydzeniem. Kumple stanęli obok niego, Żulian wsadził głowę w otwór w drzwiach.

Trójka przypominała raczej magazyn niż salę lekcyjną. Szpetne, podniszczone krzesła i ławki różnej wielkości, jakby pozbierane po jednej sztuce z każdej sali. Ściany, z których schodziła farba. Brzydkie, odrapane szafy, których drzwiczki się nie domykały. Ponurego wrażenia dopełniały plakaty, byle jak przyklejone taśmą do szaf i do ścian. Nie przedstawiały nic godnego uwagi, ot, kiczowate widoki, zupełnie niezwiązane ze szkołą i lekcjami.

- Za karę nas tu wsadzili? - spytał szeptem Filip, który również zajrzał do środka.

- Ponoć nasza sala jest w remoncie.

Filip ogarnął szerokim gestem paskudne wnętrze trójki.

- A tu nie przydałby się remont?

Nagle usłyszeli nad głowami wrzask Roszkowej:

- A wy na co czekacie? Wchodzić do środka! Ja zaraz przyjdę i zaczynamy!

- Oho, wiedźma wylądowała - mruknął Żulek półgłosem.

- Cicho bądź - upomniał go Bartek.

Sala szybko się zapełniała. Koledzy i koleżanki bez przekonania, ale też pozbawieni wyboru, zaczęli zajmować miejsca w ławkach. Róża stała oparta o ścianę i notowała coś w dużym pękatym zeszycie, w którym prowadziła klasową kronikę. Elka i Zuza jak zwykle się spóźniały. Widocznie poprawienie makijażu okazało się grubszą sprawą. Albo liczyły na efektowne wejście.

Pod drzwiami stała dziewczyna, której Bartek nigdy wcześniej nie widział. Opalona, ciemnowłosa, w obcisłej białej bluzce podkreślającej dość bujne kształty. Nie śpieszyła się z wejściem do środka.

Szturchnął Żulka w ramię.

- Jak myślisz? Nowa czy się zgubiła? - Dyskretnie wskazał na nieznajomą.

- Raczej nowa - odparł cicho Julek. - Nie wygląda na zagubioną.

Rzeczywiście, dziewczyna sprawiała wrażenie osoby, która doskonale wie, po co tu przyszła. Rozglądała się po sali wzrokiem zaciekawionym, ale bez żadnych oznak zakłopotania czy zdenerwowania. Zdaje się, że znała skądś Jakuba, bo na jego widok rozpromieniła się i pomachała radośnie ręką.

Bartek przypomniał sobie, że faktycznie do ich klasy miały dołączyć dwie nowe osoby. To musiała być jedna z nich.

Podszedł do nieznajomej dziewczyny.

- Cześć! - zawołała, zanim zdążył się odezwać. - Druga B, dobrze trafiłam? Będziemy chodzić razem do klasy.

- Na to wygląda! - Udzielił mu się jej entuzjazm.

Wyciągnęła rękę.

- Kaśka Makowska.

- Bartek Kowalski. Jestem przewodniczącym klasy.

Właściwie powinien powiedzieć, że był przewodniczącym w zeszłym roku. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się zmian. Kto miałby go zastąpić?

- Super! - ucieszyła się. - Ja też kiedyś byłam przewodniczącą. Fajna sprawa.

Albo mu się zdawało, albo patrzyła mu w oczy lekko wyzywająco. W każdym razie nie mógł przestać się uśmiechać.

- Bartek Kowalski - powtórzyła. - Łatwo zapamiętać!

- Wiesz, jesteś pierwszą osobą, która mi to powiedziała - zażartował.

Zacisnęła powieki i roześmiała się głośno.

- Jeju, przepraszam! Chodziło mi o to, że będę miała dzisiaj strasznie dużo nazwisk do zapamiętania.

- Jasne, przecież rozumiem - uspokoił ją.

W sumie nie przeszkadzało mu bycie Kowalskim. Przynajmniej nie nazywał się...

- Julek Żurek. - Kumpel jak na zawołanie wyciągnął dłoń w stronę Kaśki.

- Cześć! - Przywitała się z nim serdecznie. Nie skomentowała nazwiska.

Filip też się przywitał. Oczy wbił w podłogę, a jego noga trzęsła się bardziej niż zwykle.

- Mogę ci zrobić zdjęcie? - zapytał Bartek nową dziewczynę.

- No jasne! - Kaśka nie widziała problemu. - Prześlesz mi je później?

- Nie ma sprawy.

Dobrze wyszła na zdjęciu, ocenił, gdy oglądał rezultat na wyświetlaczu. Szeroki uśmiech, naturalna poza, nic z księżniczki.

- Dzięki! Słuchajcie, idę do środka. - Energicznym gestem pokazała wnętrze sali. - Muszę poznać jeszcze kilka osób!

Oni też weszli kilka kroków za nią.

- Całkiem ładna - stwierdził półgłosem Żulek.

Bartek skrzywił się lekko. Nie nazwałby Kaśki ładną, choć już zdążył ją polubić. Zuza, Elka, Ala, one były ładne.

- Nie w moim typie - zawyrokował. - Włosy ma fajne.

- To ty chyba tylko jej plecy widziałeś! - zarechotał niespodziewanie Filip.

Żulian zakwiczał ze śmiechu.

- No, chyba tak!

Bartek spojrzał na nich jak na idiotów i spokojnie usiadł w ławce. Ale znawcy, pomyślał rozbawiony. Ciekawe, czy któremuś w ogóle starczy odwagi, żeby umówić się z Kaśką. Dobrze wiedział, że żaden z jego kumpli nie ma jeszcze doświadczenia z dziewczynami.

Nie żeby jego doświadczenie było dużo większe. Jednak to zupełnie inna sprawa.

-

Ala rozglądała się nerwowo w oczekiwaniu, aż Weronika skończy się witać ze wszystkimi osobami, za którymi tak się stęskniła przez wakacje, i usiądzie wreszcie obok niej w ławce. Bez niej czuła się zbyt odsłonięta, wystawiona na widok, nawet gdy siedziała w ostatnim rzędzie pod oknem, prawie wciśnięta w parapet. Co gorsza, za nią usiadła Ewa. Pewnie też chciała się schować.

Wypadało z nią porozmawiać. Do nikogo innego nie musiała się odzywać, już przekonała się o tym, ale wypadało powiedzieć coś miłego Ewie. Odwróciła się powoli. Wyglądało na to, że Weronice wcale się nie śpieszy, musiała poradzić sobie sama.

Ewa siedziała zgarbiona, podparta łokciem. Grzywa włosów w niezbyt atrakcyjnym odcieniu ciemnego blondu zasłaniała jej twarz.

- Cześć, Ewa - zaczęła Ala z wahaniem. - Jak się czujesz?

Ewa odrzuciła włosy do tyłu i spojrzała jej prosto w oczy.

- Jak sierota - oznajmiła brutalnie. - Ciekawe, nie?

Ala drgnęła, spuściła wzrok. Przeszło jej przez myśl, że ona też czuje się jak sierota, choć formalnie nią nie jest. Ale mówienie o tym Ewie nie miałoby sensu. Raczej nie należało oczekiwać, że przejmie się problemami innymi niż własne.

- Przykro mi - powiedziała zamiast tego.

- Mnie tym bardziej - burknęła Ewa.

Ala siedziała przez chwilę bez słowa, ciągle odwrócona do niej twarzą. O co miała ją teraz zapytać? Przecież nie o wakacje.

- Będziemy mieć dwoje nowych nauczycieli - spróbowała.

Ewa uniosła brwi.

- No i?

- Widziałaś tego Kamińskiego? On jest jakiś dziwny. - Ala potrząsnęła głową. Samo wspomnienie nowego nauczyciela wywołało w niej nieprzyjemny dreszcz.

- Dziwny? Zwyczajny facet. - Ewa wzruszyła pogardliwie ramionami.

Łatwo jej było tak mówić. Nie widziała spojrzenia, którym zmierzył Alę, gdy ich oczy spotkały się na korytarzu. Intensywny, pełen pasji wzrok drapieżnika, który wypatrzył w stadzie łatwą ofiarę. Wzrok maniaka.

- Jest w nim coś niepokojącego - próbowała wytłumaczyć.

Ewa tylko prychnęła.

Ala zaczęła dyskretnie przywoływać Weronikę gestem, ona jednak pogrążona była w serdecznej wymianie zdań z nową dziewczyną.

- I do naszej klasy przyszły dwie osoby.

- Wiem, słyszałam. - Ewa nadal nie okazywała zainteresowania.

Ala również nie zamierzała go okazywać, mimo woli jednak zastanawiała się, czego może się spodziewać po nowym koledze i koleżance. Dziewczyna nie przykuła jej uwagi - zwyczajna, niska, grubsza, wesoła. Chłopak jeszcze się nie pojawił w sali.

Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, że Weronika w końcu zmierza do ławki. Choć przesadziłaby, nazywając ich relację przyjaźnią, doceniała korzyści wynikające z siedzenia obok Wery. Mogła się ukryć w cieniu jej ekspresyjnej, artystycznej osobowości. W dodatku Wera nie należała do żadnej z klasowych grup, choć prawdopodobnie wydawało jej się, że jest inaczej. We dwie tworzyły własną mikrogrupę.

- Cześć! - Wera pochyliła się i pocałowała ją w policzek. - Co słychać? Jak minęły ci wakacje?

- W porządku, a tobie?

Ala wiedziała, że teraz Weronika rozgada się na dobre. Oparła się wygodnie o blat i słuchała jej opowieści o letnim obozie wędrownym, zadowolona, że wreszcie nie musi udawać kogoś, kto jest w stanie ciągnąć konwersację.

Prawie nie zauważyła, kiedy do klasy wszedł nowy chłopak. Zorientowała się, dopiero gdy Wera przestała nawijać i z zaciekawieniem spojrzała w stronę drzwi. Tak jak niemal wszyscy.

- Druga be? - zapytał. Po otrzymaniu potwierdzenia z ust co najmniej kilku osób uśmiechnął się nieśmiało. - Cześć, jestem Marek Lazer.

Osoby z pierwszych rzędów wyrwały się z ławek, by mu się przedstawić. Chłopak grzecznie witał się z nimi, choć wyraźnie speszony uciekał wzrokiem w kierunku podłogi i kulił szerokie ramiona. Pewnie miał ochotę już usiąść w ławce. Sprawiał wrażenie silnego i zarazem trochę nieporadnego, jakby obawiał się, że niechcący zrobi komuś krzywdę. Wysoki brunet, zdaje się, że wyższy nawet od Jakuba, dobrze zbudowany. Chyba przystojny. Nieszkodliwy, oceniła Ala.

Wkrótce jednak zweryfikowała tę myśl. Marek, który siedział w ławce z Filipem i zaskakująco skutecznie wciągał go w rozmowę, wbił nagle wzrok w Weronikę. Gapił się jawnie, szeroko otwartymi brązowymi oczami, bez śladu wcześniejszego zawstydzenia.

Biedna Wera! Podobno miała już jakieś doświadczenia z obsesyjnie zainteresowanymi nią kolesiami. Ala nie dążyła do tego, by poznać szczegóły, bo wówczas pewnie musiałaby zrewanżować się własną historią. A nie czuła się jeszcze gotowa.

Wyglądało na to, że trafił się kolejny maniak.

Nachyliła się do ucha koleżanki.

- Powiem ci coś, tylko nie patrz teraz na niego! - ostrzegła. - Ten nowy gapi się na ciebie.

- Naprawdę? - Wera wbrew prośbie Ali od razu spojrzała na Marka.

Uśmiechnął się niepewnie i dość sympatycznie. Wera pomachała do niego, odpowiedział tym samym. Po chwili pokazał jej gestem, żeby poczekała, i zaczął coś pisać na świstku papieru.

Wera śledziła ruch jego ręki rozpromieniona, z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Uważaj - wycedziła Ala.

- Dlaczego? - Wera nie odrywała błyszczących oczu od dłoni chłopaka.

- Nie znasz go jeszcze.

Na blacie przed nimi pojawiła się kartka. Ala przeczytała jej treść jeszcze przed Werą.

Czy my się już nie spotkaliśmy? :)

Wzruszyła ramionami. To mogła być próba podrywu albo rzeczywiście Marek widział kiedyś Weronikę. Bujne rude loki nadawały jej charakterystyczny wygląd, z pewnością mogła zapaść mu w pamięć.

Czekał teraz z delikatnym uśmiechem, aż Wera coś odpisze.

- Podaj do Marka. - Wera wcisnęła w dłoń Ali zwiniętą karteczkę.

- Jesteś pewna, że to bezpieczne?

- Ala, no coś ty! Popatrz na niego. Wygląda na porządnego człowieka, prawda? - przekonywała Weronika. - I powiem ci, że jest w moim typie! - dodała ciszej. - Słuchaj, znam się trochę na charakterze pisma. To artysta! Na pewno znajdziemy mnóstwo wspólnych tematów.

Ala zerknęła ponownie na Marka, który z zapałem odpisywał na wiadomość. Artysta? Możliwe. Miał w sobie coś artystycznego. Choćby te długie włosy zaczesane do tyłu. Takie same, jakie nosili szkolni muzycy.

Miał całkiem przyjemny, ciepły wyraz twarzy. Może jednak był nieszkodliwy.

-

Ewa przewróciła oczami, gdy mimo woli obserwowała romantyczną scenę. Ten nowy - Marek, zdaje się? - zauważył Weronikę, a ona jego, i wymieniali teraz zauroczone spojrzenia. Kudłaty Romeo i niewydarzona ruda Julia, wielka miłość od pierwszego wejrzenia aż po... Co za tandeta.

Wera była taka naiwna! Ewa pokręciła głową z ubolewaniem. Naiwna, łatwowierna, kompletnie nie znała życia. Twierdziła niby, że jest doświadczona przez los, ale gdy przyszło do konkretów, okazało się, że jej całe wielkie doświadczenie życiowe polega na tym, że kiedyś dawno temu Werę pocałował chłopak, a ona nie chciała. Aha, a w dzieciństwie spadła z huśtawki i mało się nie zabiła! Litości.

Świeżo zakochani przesyłali sobie liściki jak dzieci z podstawówki. Siedzieli przed Ewą, więc mimo szczerej niechęci musiała na to patrzeć. Mogła zamknąć oczy... Ale nieczęsto to robiła. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, wracał do niej cały koszmar. Zawsze. Za każdym razem.

Huk, świst, odgłos tłuczonego szkła, pełno świateł i ten krzyk, wszędzie krzyk... A potem najgorsza na świecie cisza. Smród krwi i cholera wie, czego jeszcze.

Czy któryś z tych dzieciaków wiedział, że wystarczy moment, sekunda dosłownie, i kogoś nie ma? Że w jednej chwili ktoś ma na twarzy wyraz troski i niepokoju, a w następnej nie ma żadnego? Nie reaguje na rozpaczliwe nawoływania i próby nawiązania kontaktu, bo już nie istnieje, nie pomoże? Czy ktokolwiek tutaj był w stanie to zrozumieć?

Z kim ona miała tu rozmawiać? Znała ich od roku. Wiedziała, czym się zwykle przejmują. Ach, dostałam trójkę z klasówki, nie będę mieć świadectwa z paskiem! Ach, przytyłam dwa kilo, jestem taka gruba...! Żałosna dziecinada.

Ala przeżywała, że ten nowy nauczyciel jest jakiś dziwny! Też coś, bać się nauczyciela. Bo jeszcze ją zje. Ewa widziała na stronie internetowej szkoły zdjęcie Kamińskiego. Młody, całkiem przystojny, przynajmniej będzie na kogo popatrzeć. Czego tu się bać?

- Mogę się dosiąść? - usłyszała.

Spojrzała niechętnie. Stała nad nią ta nowa dziewczyna.

- Zajęte, nie widzisz? - burknęła, zanim zdążyła pomyśleć. Szybko postawiła na sąsiednim krześle swój plecak.

Nowa odpowiedziała coś wymijającego i poszła dalej.

Ewa nie wiedziała właściwie, dlaczego zareagowała tak ostro. Dziewczyna nie zrobiła przecież nic złego. Ale była nowa, zasypałaby ją pytaniami, nie dałaby jej spokoju, którego Ewa tak potrzebowała. No i ta pewność siebie, która biła od niej. O tak, to rzucało się w oczy. Jeszcze starałaby się zarazić ją entuzjazmem. Cholerna Pollyanna, przekonana, że świat należy do niej, a życie jest cudowne, bo można się opalać i wpieprzać fast foody. O nie, to ponad siły Ewy. Dobrze, że kazała jej spadać.

Nowa poszła teraz zawracać głowę Róży. No i dobrze. Co ta Róża znowu gryzmoli? Ach tak, uzupełnia ten zeszyt dla snobów. "Kronika klasy I B", ho, ho. Właściwie teraz to już "Kronika klasy II B". Bo rzeczywiście ta banda dzieciaków zasługiwała na swoją kronikę. O czym można tam pisać?

Kronika klasy II B. Dzień 3 września. Ktoś pierdnął w klasie i strasznie śmierdziało.

Ewa mimo woli parsknęła śmiechem. Może nie był to dowcip najwyższych lotów, ale przynajmniej ją rozbawił. Musiała jakoś poprawić sobie humor. Starała się nie załamywać zbytnio faktem, że musi wytrzymać jeszcze dwa lata z tymi ignorantami. Są gorsze rzeczy w życiu, wiedziała o tym aż za dobrze.

-

Róża traktowała swoją funkcję klasowej kronikarki naprawdę poważnie. Wiedziała, że otrzymała ogromny kredyt zaufania, starała się więc nie sprawić nikomu zawodu. Miała ładny styl i duży zasób słownictwa, jedyne, czego jeszcze potrzebowała, to systematyczność i konsekwencja. Nie chciała marnować żadnej chwili, którą mogłaby przeznaczyć na pisanie kroniki. Dlatego teraz, w oczekiwaniu na przyjście Roszkowej, szybko notowała w zeszycie:

3 września: Powrót do szkoły pełen niespodzianek.

Początek roku szkolnego przyniósł naszej klasie wyjątkowo dużo zmian. Oto najważniejsze z nich:

NOWA SALA. W związku z przedłużającym się remontem pierwszego piętra od dziś będziemy mieli większość zajęć w sali numer 3, znajdującej się bezpośrednio nad szatnią. Nowa sala znacząco różni się od tej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Pamiętajmy jednak, że to nie miejsce jest najważniejsze, ale ludzie, którzy w nim przebywają!

NOWI NAUCZYCIELE. Skoro już mowa o ludziach - w tym roku poznamy dwoje nowych nauczycieli. Pani profesor Karina Kacprzyk będzie uczyć nas wiedzy o kulturze, a pan profesor Ryszard Kamiński zastąpi naszego dotychczasowego nauczyciela od biologii, pana profesora Szymanka, którzy przeszedł na emeryturę.

NOWI UCZNIOWIE. Do naszej klasy dołączyły też dwie nowe osoby: kolega Marek Lazer i koleżanka...

Urwała w tym momencie. Nie znała jeszcze nazwiska nowej dziewczyny. Wyglądało jednak na to, że wkrótce miała je poznać, koleżanka zmierzała bowiem zamaszystym krokiem w jej kierunku.

- Mogę się do ciebie dosiąść? - zapytała Różę bez cienia skrępowania.

- Jasne. - Róża odsunęła się nieco, by zrobić jej miejsce.

Nowa dziewczyna sprawiała wrażenie interesującej osoby. Nawet jej wygląd na swój sposób przyciągał uwagę, choć nie należała do piękności. Chyba nie należała. Była niska, wyższa może tylko od Ali. Miała też z pewnością kilka kilogramów nadwagi, a przynajmniej tak powiedziałyby klasowe księżniczki, przyzwyczajone do sztywnych kanonów piękna i bardzo szczupłej sylwetki. Zdaniem Róży te dodatkowe kilogramy wcale nie ujmowały nowej dziewczynie atrakcyjności.

Najładniejsze w jej szerokiej twarzy były usta, pełne, o kształcie tak doskonałym, jakby namalował je jakiś artysta. Wyglądały jednak na nietknięte szminką ani błyszczykiem.

- Na co się tak patrzysz? - zapytała niespodziewanie dziewczyna.

O dziwo, pytanie zostało zadane z taką prostotą i uśmiechem, że Róża nawet nie poczuła się zakłopotana.

- Prowadzę kronikę klasową - wyjaśniła. - Właśnie piszę, że do nas dołączyłaś.

Wskazała długopisem na puste miejsce w zeszycie. Nowa dziewczyna z zaciekawieniem pochyliła się nad notatką.

- Będę w kronice? - Uniosła wysoko brwi. - O rany, to będę musiała się dobrze zachowywać! Bo inaczej wszystko opiszesz.

Zaśmiały się obie.

- Kaśka Makowska. - Wyciągnęła rękę do Róży.

- Róża Bromowicz.

Uścisnęły sobie dłonie.

- Ty masz kwiatowe imię, a ja nazwisko - zauważyła Kaśka. - Będzie łatwiej zapamiętać.

- Wiesz, na wszelki wypadek zanotuję - zażartowała Róża. Szybko uzupełniła wpis w kronice.

Wiedziała, że i tak bez trudu zapamiętałaby nazwisko nowej dziewczyny, jak wszystko, co jej dotyczyło.

Najciekawsze w Kaśce było coś, czego Róża pomimo swojego daru pisania nie umiała ubrać w słowa. Zdawało jej się, że Kaśka lada chwila w jakiś sposób... wybuchnie? Eksploduje? Nie, nie wyglądała na awanturnicę, nie o to chodziło. Róża zwyczajnie czuła, że ten pogodny sposób bycia i nonszalancja to jeszcze nie wszystko, że gdzieś pod spodem kryje się prawdziwa energia, istne szaleństwo. Nie wiedziała, skąd to wrażenie. Może stąd, że kasztanowe włosy Kaśki co chwilę próbowały się wymknąć z upięcia? A może stąd, że biała bluzka, ewidentnie o rozmiar za mała, wyglądała, jakby miała za chwilę pęknąć? Nie, to było raczej coś w zachowaniu, w charakterze.

W klasie tymczasem trwała dyskusja na temat sali numer 3, której wystrój nie podobał się nikomu. Rzadko zgadzali się aż tak jak teraz. To miejsce nie nadawało się na salę lekcyjną ani w ogóle do niczego.

Kaśka siedziała wyprostowana i wodziła wzrokiem od jednej ławki do drugiej. Jej plastyczna twarz wyrażała najpierw zaciekawienie, potem konsternację, wreszcie całkiem jawne rozbawienie.

- Mogę coś wtrącić? - zapytała w końcu.

Zamilkli i spojrzeli na nią. Nie speszyła się.

- Cześć, jestem Kaśka. - Pomachała dłonią w geście powitania. - Kaśka Makowska. Chciałam powiedzieć, że o ile dobrze kojarzę, to jest teraz nasza sala, prawda?

- No tak. Tak - odpowiedziało kilka osób naraz.

- Skoro tak, to chyba możemy urządzić ją po swojemu? Tak, żeby nam się podobała?

- No i co zrobisz? - zapytała Ewa z politowaniem. - Pomalujesz tu ściany? Wymienisz ławki?

- Wszystko w swoim czasie - zaśmiała się Kaśka. - Ale na początek możemy chyba się pozbyć tych plakatów? No, chyba że się wam podobają! - Rozłożyła ręce.

Nikt nie stanął w obronie plakatów. Kaśka podeszła do ściany i jednym ruchem zdarła pierwszy ze szpetnych widoczków.

- Proste, nie?

Kilka osób zaczęło jej pomagać, w tym Róża. Inni przyglądali się całej sytuacji z mieszaniną zaciekawienia i irytacji. Chyba nie byli zachwyceni, że to nowa, nieznana im jeszcze dziewczyna pierwsza wzięła się za wprowadzanie zmian.

Niebawem ściany całkiem ogołocono. Kilka plakatów wisiało na tyle wysoko, że Kaśka musiała stanąć na ławce, by do nich sięgnąć.

Tak zastała ją Roszkowa, gdy weszła do sali.

- Co tu się dzieje? - warknęła wściekle i obrzuciła dziewczynę lodowatym spojrzeniem.

- Dzień dobry, pani profesor! - Kaśka zeskoczyła z ławki na równe nogi. - Nic takiego się nie dzieje, po prostu próbujemy trochę poprawić wygląd naszej sali.

- Próbujemy? - powtórzyła ironicznie nauczycielka. - Na razie widzę tylko, że koleżanka Makowska próbuje wprowadzać tutaj własny porządek.

Nikt nie śmiał się odezwać. Róża poczuła, że w sali zrobiło się zimno, jakby ktoś otworzył okno.

- Koleżanka Makowska jest tutaj nowa - kontynuowała wychowawczyni - i zdaje się myśleć, że może urządzać świat po swojemu. Koleżanka Makowska uważa niewątpliwie, że ma bardzo silną osobowość. Nie wie jeszcze jednak, że my tutaj też jesteśmy bardzo silni i takie osobowości nie robią na nas wrażenia. Czy koleżanka rozumie, co do niej mówię?

- Rozumiem, pani profesor - odparła grzecznie Kaśka.

Ładunek wrogości zawarty w wypowiedzi Roszkowej zaskoczył Różę. Nauczycielka nigdy nie należała do sympatycznych osób, ale chyba po raz pierwszy okazywała tak widoczną agresję. Aż dziwne, że Kaśka nie trzęsła się z przerażenia.

- Przy okazji, mam nadzieję, że koleżanka Makowska zacznie się ubierać przyzwoicie - kontynuowała Roszkowa.

Kaśka przyjrzała się uważnie swojej sylwetce, jakby szczerze się zastanawiała, co takiego w jej stroju może budzić zastrzeżenia srogiej nauczycielki. Kilka osób nie wytrzymało, po kątach dały się słyszeć śmiechy.

- Nie wiem, czy koleżanka zdaje sobie sprawę z tego, że to jest szkoła z tradycjami. Czy koleżanka zna motto naszej szkoły?

Kaśka zadarła głowę do góry i wyrecytowała teatralnie.

- "Nad poziomy wylatuj"!

- Tak jest! - Roszkowa podniosła głos. - Właśnie "nad poziomy wylatuj"! I tego od was oczekujemy, żebyście wylatywali nad poziomy! Czy koleżanka Makowska uważa, że to, co mówię, jest zabawne?

Kaśka wahała się nieco zbyt długo. Róża zamarła, świadoma, jakie gromy spadną lada chwila na głowę nowej dziewczyny. Zanim to jednak nastąpiło, do sali wpadły spóźnione Elka i Zuza. Jak zwykle wyglądały perfekcyjnie, blondynka i brunetka, śliczne, szczupłe i świetnie umalowane. Choć na pierwszy rzut oka nie wyróżniały się ubraniem wśród reszty uczennic w białych bluzkach i czarnych spódniczkach, już drugie, uważniejsze spojrzenie pozwalało dostrzec, jak znakomicie dobrane są ich stroje.

- Przepraszamy za spóźnienie - rzuciły jednym głosem.

- No proszę, Równicka i Kaźmierczak! - Roszkowa porzuciła dotychczasową ofiarę, chyba z pewną ulgą. - Jak zwykle przekonane, że wszystko im wolno! Otóż informuję was, że w tym roku szkolnym będziecie uważnie obserwowane. Może się okazać, że nie tak łatwo zdać do trzeciej klasy! Siadaj, Makowska. Wy też już siadajcie, bo inaczej nigdy nie zaczniemy!

Elka i Zuza posłusznie zajęły ostatnie wolne miejsca.

- Makowska? Co to za jedna? - zapytała Elka dość głośno.

- Cicho tam! - wściekła się Roszkowa.