Wszyscy mamy coś do ukrycia - Maja Gulka

Kup ebooka

32.00 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Od pewnego czasu kondycję naszej firmy kwestionowano. Podjęto mnóstwo prób zażegnania kryzysu, by ostatecznie wezwać na pomoc specjalistę do zadań specjalnych. Kto mógł przypuszczać, że ta, w gruncie rzeczy, drobna robótka położy faceta trupem, i to w rozumieniu ścisłym, to znaczy - nieodwracalnym!

Wiadomość o zajściu zastała mnie w wyjątkowo niefortunnym momencie: byłam akurat śmiertelnie zajęta robieniem maślanych oczu do sąsiada spod czwórki. Właśnie wtedy jego ręka, po kilku tygodniach moich usilnych, acz potajemnych starań, wreszcie ujęła moją talię. Już miałam przyssać się do jego ust, niczym glonojad syjamski do akwariowej szyby, gdy nagle - jak na złość! - wybuchła ta afera. Zmiękły mi kolana, lecz bynajmniej nie z powodu objęć przystojnego bruneta. Wiedziałam już, że to tylko kwestia czasu, kiedy i do moich drzwi zapukają śledczy.

Pierwszy o sprawie doniósł mi Krzysiek:

"Wiesz już?" - pisał w SMS-ie. "Podobno w szkolnej bibliotece znaleźli Piotra. Nie żyje".

Również w ocenie Krzyśka transporter policyjny miał podjechać pod mój dom raczej prędzej niż później. Grunt, że Krzysiek nie próbował podsycać we mnie złudnych nadziei, jakoby dochodzeniówka nie miała powodów, by w nadchodzących dniach zechcieć zaangażować się w bliższą ze mną znajomość.

Trudno było dyskutować, że okoliczność mojej niedawnej potyczki z coach'em nie wieszczyła mi obiecującej przyszłości. Do diaska! A jeszcze tego ranka snułam wielkie plany, jak utrzeć Lemparowi nosa...! Tymczasem to on zapędził mnie w kozi róg! I to ja miałam już wkrótce znaleźć się na językach.

Ogarnięta falą bulwersacji, wyswobodziłam się z ramion Adama i wparowałam do kawalerki. Pomimo sierpniowego ukropu, który przesycał całe poddasze, zatrzymałam rzężący wentylator pokojowy. Ściszyłam też głośniki, rozbrzmiewające szorstkim głosem Ostrego w tym kawałku ze szczęściem w tytule. Szczęściem, jakiego - jeszcze przed momentem - zażywałam na romantycznym balkoniku, w towarzystwie mojego osobistego Romeo, i które raptem pierzchło, zdawać by się mogło, bezpowrotnie. Zamiast muzyki, budującej ów poufały nastrój, włączyłam stary turystyczny telewizor z trójkątną anteną u góry. Kilka tygodni wcześniej przywlokłam go na Kampinoską wraz z masą innych, mniej lub bardziej (choć głównie mniej) reprezentacyjnych klamotów, podczas mojej brawurowej ewakuacji z domu rodzinnego na Sępolnie.

Instynktownie wybrałam kanał regionalny.

...Do zdarzenia doszło w bibliotece wrocławskiej szkoły językowej "UrbanClass" - obwieszczał dramatyczny alt telewizyjnej spikerki.

W tej bibliotece zawsze coś śmierdziało - skomentował do kamery jakiś młokos.

- Co?! Kłamie...! A w ogóle to nie jest nasz uczeń!?

...Na tyłach był wucet dla personelu... Może to w nim ukrył się sprawca...?

Policja nie ujawnia szczegółów zajścia, powołując się na dobro śledztwa - relacjonowała dalej reporterka. - Nieoficjalnie mówi się, że ofiara zginęła od uderzenia w tył głowy - podała. - Jak na dobre imię firmy wpłynie fakt, że nie żyje warszawski konsultant, po wizycie którego wizerunek placówki miał ulec poprawie?

Właśnie...! Co za partanina!?

Czy facet naprawdę musiał zejść akurat podczas delegacji w naszej szkole? I to w dodatku teraz?! Mógł poczekać jeszcze ze dwa tygodnie...? Do tego czasu moja znajomość z Adamem zdążyłaby nabrać rumieńców, a tak - wszystko szlag trafi! Przeczuwałam, że cały ten audyt jeszcze odbije mi się czkawką, ale żeby aż tak!?

Choć śledczy nie wykluczają wtargnięcia na teren ośrodka osób postronnych, zgromadzone dotąd poszlaki przemawiają za tym, że w zbrodnię zamieszany może być personel placówki - zaalarmowała dziennikarka. Kto i w jaki sposób mógł skorzystać na śmierci konsultanta?

Wlepiłam wzrok w sufit.

...Czy mężczyzna dotarł do jakichś niewygodnych faktów, które grono pedagogiczne " UrbanClass" postanowiło zatuszować?

- On dotarł?!

Kilka razy - przed kamerą znów wypowiadał się ten sam dryblas, co wcześniej - nie dostaliśmy do wglądu naszych sprawdzianów, bo ktoś dał je na makulaturę. Pewnie wyniki się nie zgadzały...

- Nie no, znowu łże...! - Gwałtownie wyrzuciłam ręce przed siebie. - ...Ktoś POMYLIŁ te testy z makulaturą, bo ktoś inny zostawił je w toa... na tyłach biblioteki! Poza tym to zdarzyło się tylko raz...!

Czy Piotr Lempar zdążył powiadomić o swoim odkryciu odpowiednie władze? - pytała reporterka.

- Tu potrzebny byłby samodonos! - Wzięłam się pod boki.

...Te pytania zadaje sobie dziś każdy wrocławianin. Tymczasem funkcjonariusze zapowiadają, że po wnikliwej analizie zgromadzonych poszlak, jeszcze w tym tygodniu wniosą do prokuratury o tymczasowy areszt dla osoby, która dysponowała najsilniejszym motywem do popełnienia tej strasznej zbrodni.

Skołowaciałam.

Byłam jak Andrzej Gołota u progu nowego milenium, powalony prawym sierpowym Tysona, nim jeszcze ich starcie na dobre się zaczęło.

Z kolei rześka jak poranek dziennikarka kontynuowała w oficjalnym tonie, zwracając się teraz najpewniej do dolnośląskich zwierzchników policji oraz szkolnictwa:

Panie komendancie, panie kuratorze: czy mieszkańcy Wrocławia i ich dzieci mogą spać spokojnie? - Leciutko nachylona, przez chwilę wpatrywała się srogim wzrokiem w obiektyw telewizyjnej kamery, zupełnie jakby czekała na odpowiedź na zadane pytanie.

Jako że ta jednak nie nadeszła, wyprostowała się, niby na znak zawieszonego przesłuchania.

O dalszym rozwoju sprawy będziemy informować państwa na bieżąco - obietnicę tę skierowała znów do widzów. - Paulina Skarżyńska dla programu "Sama Prawda".

Rozdział 1

Sugestia, jakoby w podróż na tamten świat wyekspediował coacha któryś z lektorów naszej kadry, zaczęła zataczać w moich myślach coraz szersze kręgi. Na ekranie telewizora migały kolejne ujęcia z siedziby "UrbanClass", a siła ich perswazji była naprawdę godna podziwu. Emitowano w kółko te same materiały.

W ciągu zaledwie kilku minut zapamiętałam ich treść w najdrobniejszym szczególe: przednia elewacja budynku szkoły (starannie wyselekcjonowana perspektywa skupiała się na fragmencie, od którego odpadło kilka płatów tynku po remoncie elewacji sąsiedniej kamienicy), opustoszałe korytarze, uchylone i oklejone policyjną taśmą drzwi biblioteki szkolnej...

Obrazom tym towarzyszył akompaniament ledwie słyszalnego poświstu, zupełnie jakby mikrofony ekipy telewizyjnej zdołały zarejestrować widmo oddechu cichego zabójcy audytora. A może był to syk powietrza, uchodzący z ciała nieboszczyka, którego duch, wydostawszy się z sieci martwych tkanek, unosił się ponad bibliotecznymi regałami w postaci niedostrzegalnej gołym okiem mgiełki?

Wzdrygnęłam się pomimo ponad trzydziestostopniowego upału.

Telewizja wyemitowała fragment konferencji prasowej, którą, w trybie pilnym, zwołano przed budynkiem szkoły. Magister Jolanta Olszak, dyrektorka "Urban-Class", odpowiadała na pytania namolnych reporterów. A oni, najwyraźniej, już wydali werdykt w sprawie - winny był wśród nas. Na to szefowa gorąco przekonywała o moralnej nieskazitelności każdego z zatrudnionych przez nią lektorów: jak na przykładnych pracowników oświaty przystało.

Choć, właściwie, medal za nieugiętość w pierwszej kolejności należałby się właśnie jej. Przynajmniej, jeśli wziąć pod uwagę brak możliwości negocjacji wynagrodzenia oraz pozbawione wszelkich wygód warunki pracy.

Tuż za dyrektorką stała jej zastępczyni, magister Bożena Wysocka. Wicedyrektorka raz po raz poprawiała na nosie ciemne okulary. Zdecydowanie nie była w dobrej formie. Zresztą, trudno było się jej dziwić. Podobno to właśnie ona ściągnęła konsultanta do Wrocławia. Tak jak my wszyscy, musiała doznać silnego szoku na wieść o tym, że coach aktualnie stygł na posadzce biblioteki naszej szkoły, zaś służby ratunkowe właśnie wypisywały mu pilne skierowanie do jednego z miejskich prosektoriów.

- Znałaś typa? - z letargu wyrwał mnie głos Adama.

Zwróciłam się do niego twarzą, ale speszona jego spojrzeniem, szybko przysiadłam na brzegu biurka tuż za nim.

Adam przysunął sobie fotel obrotowy. Usadowił się na nim i wsparł łokcie na kolanach.

- Wbrew własnej woli - odpowiedziałam w końcu.

- To pewnie trafi ci się zaproszenie na Podwale.

- I to nie byle jakie! Coś czuję, że mogą próbować przyklepać mi wejściówkę all inclusive...! - żachnęłam się.

- Nie przesadzaj, to normalna procedura.

Przez usta dziennikarza przemknął pokrzepiający uśmiech. Wyciągnął się na krześle, a przedramiona luzacko zarzucił na podłokietniki.

- Gliny wezwą każdego potencjalnego świadka. Wszystkich którzy...

- Sęk w tym... - weszłam mu w słowo - ...że ja nie jestem potencjalnym świadkiem! Może się jeszcze okazać, że zostanę... główną podejrzaną!

Adam przybrał ciut zgrywny wyraz twarzy.

- Już jesteś główną podejrzaną, tyle że w innej sprawie...

- Niby w jakiej?

- Podobno mówią już o tym na mieście...

- Co? O czym...!?

- Że przez ciebie taki jeden zaczął rwać ludziom kwiaty z przydomowych ogródków... - Wyszczerzył się.

Wybuchnęłam śmiechem.

- A niby dlaczego policja miałaby się ciebie czepiać?

- Kiedy widziałam coacha po raz ostatni - zaczęłam niepewnie - facet złożył mi pewną... - chcąc znaleźć odpowiednie słowo, zaczęłam wędrować spojrzeniem po klepkach podłogowego parkietu - ...propozycję.

- Co takiego? - Wnikliwy dziennikarski radar zadziałał bez zarzutu. - Propozycję...? - Adam podejrzliwie uniósł brew.

Potwierdziłam ruchem głowy, choć nie zamierzałam wdawać się w szczegóły tej draki. Mój sąsiad, a przede wszystkim obiekt zadurzenia, był ostatnią osobą, z którą chciałabym omawiać tę sprawę.

Niestety Adam w mig dodał dwa do dwóch. Można się było tego spodziewać. W końcu praca w redakcji śledczej pod okiem Grzegorza Walczewskiego, powszechnie cenionego publicysty, zobowiązywała do posiadania choćby elementarnych zdolności dedukcji.

- Coś ewidentnie zaczyna tu śmierdzieć. I nie mówię o tym zapaszku z rur, bo było go czuć już wcześniej. - Dziennikarz na moment uniósł kącik ust, lecz jednocześnie otaksował mnie badawczym spojrzeniem. - Czego od ciebie chciał cały ten wasz... trener? - zapytał z naciskiem na ostatnie słowo.

A niech to. Niepotrzebnie napomknęłam o tym poniżającym incydencie.

- Szantażował mnie.

- Szantażował?! - chłopak nieznacznie podniósł głos, prostując się na krześle. - Co chcesz przez to powiedzieć?!

Głośno westchnęłam.

- Dyrekcja zleciła Lemparowi sporządzenie oceny pracy personelu. Miał to zrobić na podstawie własnych obserwacji z naszych lekcji pokazowych. Każdy z lektorów musiał przeprowadzić taką pod jego okiem. Podobno kierownictwo miało uzależniać od tego decyzję o podwyżkach dla kadry...

- I tobie ta lekcja nie poszła najlepiej, tak?

- Co...!? - oburzyłam się. - Zwariowałeś!?

- Tak tylko pytam... - Adam uniósł ręce w przepraszającym geście.

Pokręciłam karcąco głową.

- Obeszło się bez ofiar.

Adam posłał mi skonsternowane spojrzenie.

- Przynajmniej do czasu - dodałam szybko. - Ale wyobrażasz sobie? Palant sądził, że połaszę się na dodatkową kasę. - Rzuciłam Adamowi sugestywne spojrzenie. - Powiedział, że idealnie skrojoną opinią może załatwić mi pewny awans. Oczywiście nie za darmo...

- A niby czego chciał w zamian? - Dziennikarz nagle spoważniał.

- Naprawdę muszę mówić?

- Żartujesz!? - Adam zerwał się z krzesła. - Chcesz mi powiedzieć, że ten bydlak złożył ci niemoralną propozycję? - Zbliżył się do mnie, mrużąc powieki.

Poczułam na policzku ciepło jego oddechu. Że też okoliczności nie sprzyjały temu, by podnieść głowę, napotkać jego usta (zupełnie niezamierzenie przecież), a potem, wobec braku możliwości odwrotu z powodu blokującego mnie biurka, zamknąć oczy i ulegle runąć w przepaść jego pocałunku...

Nie, ta chwila miała wyglądać zupełnie inaczej! Dlatego, ze spuszczonym wzrokiem, na zadane pytanie odpowiedziałam nieznacznym skinieniem głowy i, zsunąwszy się chyłkiem z mebla, wyminęłam chłopaka, pozostawiając go za sobą.

Stanęłam po środku pokoju, z twarzą zwróconą w stronę otwartych drzwi balkonowych.

- Kiedy zrozumiałam, co trener mi sugeruje, chciałam dać dyla do gabinetu dyrektorki. Wtedy coach zagroził, że jeśli pisnę kierownictwu choć słówko, wszystko obróci przeciwko mnie!

- Pff! - Dziennikarz prychnął. - Niby w jaki sposób miałby to zrobić?

Mimowolnie skuliłam głowę w ramionach.

- Wszystko przez to, że spóźniłam się kilka minut na swoją lekcję pokazową...

Adam znów stanął obok mnie.

- ...choć mogło to być jakieś dziesięć minut - stwierdziłam po chwili namysłu. - No, może góra kwadrans.

- O-keej...? Robi się coraz ciekawiej...

Objęłam spojrzeniem widok roztaczający się za oknami kawalerki. Na tle błękitnego nieba malowały się dachy zabytkowych willi starego Borka, przeplatane czubkami koron drzew.

- Wszystko przez tę nawałnicę, która zalała mi elektronikę w aucie! - Próbowałam znaleźć coś na swoją obronę. - To było dokładnie tamtego dnia. - Skrzyżowałam ręce na piersiach i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju. - Nie dość, że mój staruszek poszedł na złom, to jeszcze będę miała na karku gliny!

Moje myśli natychmiast pogalopowały daleko, wyprzedzając wszelkie możliwe działania policji. Oczyma wyobraźni zobaczyłam kajdany skuwające moje nadgarstki, kluczowe miejsce na ławie oskarżonych, które miałam już wkrótce zająć, uderzenie sędziowskiego młotka, a na koniec - obskurną celę więzienną na Kleczkowskiej. I spacerniak, którego układ wymuszał mechaniczne krążenie w koło, do czego moja zapobiegliwa podświadomość najwyraźniej postanowiła zawczasu mnie przygotować. Zawzięcie maszerowałam teraz po swoim pokoju w tę i z powrotem, zupełnie tak, jakby jego ściany stanowiły barierę, której nie wolno mi było przekroczyć.

Gdy tylko zdałam sobie z tego sprawę, wstrząsnął mną wewnętrzny sprzeciw. Natychmiast się zatrzymałam. Wyszłam do przedpokoju i przysiadłam na komódce. Wiedziałam, że muszę coś wymyślić, zanim ziści się moja straszna wizja.

Adam stanął naprzeciwko mnie i wbił we mnie pytające spojrzenie.

- Lempar zagroził, że jeśli pisnę dyrekcji choćby słówko na temat naszej rozmowy - powtórzyłam - powie, że to ja go nękałam. A robiłam to po to, by zataił w raporcie moje spóźnienie.

- Ale ty i tak to zgłosiłaś?

- Tak... - bąknęłam. - Miałam zamiar to zrobić - dodałam z pełną determinacją. - Niestety nie zdążyłam, bo... - Znów ściszyłam głos.

- Jak to nie zdążyłaś?!

- Powiedzmy, że miałam na głowie inne zmartwienia.

Ruchem głowy wskazałam na jeszcze do niedawna zagubiony, a potem szczęśliwie odzyskany obraz zawieszony na ścianie tuż ponad moją głową.

- Zamierzałaś cokolwiek zrobić w kwestii tego złamasa?

- Oczywiście! - potwierdziłam, próbując podnieść swoją wiarygodność oczami rozszerzonymi do granic możliwości. - Nawet byłam dzisiaj w szkole, żeby pomówić o sprawie z dyrekcją. To znaczy... byłam już niedaleko, ale kiedy zobaczyłam tłum szturmujący budynek, stwierdziłam, że to nie jest dobry moment...

- I ten tłum cię nie zdziwił? O ile się orientuję, to w waszej szkole trwa przerwa semestralna. Co mieliby tam robić ci wszyscy ludzie?!

- Masz rację, mamy przerwę w kursach. Ale szkoła jest otwarta, szczególnie że trwa rekrutacja na kolejny semestr...

- I ty pomyślałaś, że... to są nowi klienci "UrbanClass", tak? - Adam z trudem zachował powagę.

- A wiesz, że miałam solidne podstawy, żeby tak myśleć? - Próbowałam się bronić, choć od początku doskonale wiedziałam, że to wytłumaczenie było wyjątkowo mało prawdopodobne. - Nie dalej, jak dwa tygodnie temu, taki stan rzeczy zapowiedziała nam dyrekcja. Dzięki warsztatom z coachem mieliśmy wyprzedzić wszelką konkurencję! Pamiętam jak dziś, kiedy szefowe mówiły, że nowi kursanci już wkrótce będą walić do "UrbanClass" drzwiami i oknami.

- Chyba potraktowałaś te słowa zbyt dosłownie - skrytkował Adam, nie mogąc powstrzymać rozbawienia, w które wprawiły go moje słowa. Zdradzały go rozweselone oczy.

Cóż, prawda była taka, że każdy pretekst był dobry, by rozmowę z dyrektorką odłożyć na później. Bałam się, co może z tego wszystkiego wyniknąć, a co gorsza, nie byłam gotowa na ponowną konfrontację z trenerem.

- Czyli jeszcze nikomu o tym nie powiedziałaś, zgadza się? - zapytał znów Adam.

- No... niezupełnie. - Wnętrzem dłoni potarłam kark. - Wie o tym jeden z lektorów, Krzysiek. Wpadłam na niego niedługo potem. Krzysiek od razu zauważył, że coś mnie gnębi. Zapytał, co się stało, no to mu powiedziałam...

- Zaraz, a Krzysiek to przypadkiem nie jest ten wasz szkolny plotkarz, o którym już nieraz mi mówiłaś?

- Bez przesady, wszyscy lubimy od czasu do czasu trochę poplotkować.

- Czyli możemy śmiało zakładać, że prędzej czy później sprawa i tak wyjdzie na jaw.

Dziennikarz skrzyżował ręce na torsie. Na swoim, jak mniemam, wysportowanym torsie, którego subtelny kontur rysował się pod cienkim materiałem T-shirtu.

- No coś ty, kto jak kto, ale Krzysiek nie puści pary z ust - odparłam, z trudem oderwawszy wzrok od klatki piersiowej Adama. - Ufam mu.

- Nie musi. - Zdmuchnął z czoła opadający kosmyk włosów. - Jesteś pewna, że nikt przypadkiem niczego nie podsłuchał? A może monitoring coś zarejestrował? Zakładam, że w waszej szkole są kamery.

A niech to. Adam miał rację. To było bardziej niż pewne, że w taki czy inny sposób wkrótce wszystko się wyda!

Podziekowania

Dziękuję mojemu mężowi oraz naszej córce za każdą chwilę naszego wspólnego życia. Dziękuję Wam, Mateuszu i Lauro, za wspieranie mojej pasji, za to, że jeździcie ze mną po Polsce, by promować moją twórczość. Dziękuję, że mogę dzielić z Wami te małe i większe sukcesy. Dziękuję za Waszą radość i entuzjazm - to one dodają mi skrzydeł.

Dziękuję mojej przyjaciółce, Marcie Witiw. W chwili zwątpienia dodałaś mi otuchy i dostarczyłaś świetnej inspiracji, która posłużyła mi do rozbudowania portretu charakterologicznego jednej z postaci.

Dziękuję Oli Bańkowskiej. Olu, za wszystkie nasze rozmowy, za Twoją wiarę w moje możliwości oraz za to, że jako pierwsza przeczytałaś tę książkę i przekonałaś mnie, że również inni czytelnicy pokochają zawartą w niej historię.

Dziękuję mojej rodzinie, a w szczególności Mamie. Mamo, Twoje sugestie dotyczące tekstu są zawsze trafne. A poza tym, uwielbiam nasze niekończące się rozmowy o literaturze oraz to, że chętnie sięgamy po podobne tytuły.

Dziękuję moim teściom, a przede wszystkim teściowej Basi. Mamo, dzięki Twojej nieopisanej pomocy mogłam poświecić więcej czasu na pracę nad książką.

Dziękuję redaktor Ewie Hoffmann-Skibińskiej za kolejną udaną współpracę. Ewo, dopieściłaś mój tekst, dzięki Tobie polubiłam go jeszcze bardziej. Za wartościowe komentarze, długie rozmowy, motywację i życzliwość dziękuję redaktorowi Robertowi Ratajczakowi. Dziękuję Marcie Kanieckiej za konsultację redakcyjną próbnego fragmentu książki.

Dziękuję Natalii Jargieło za drugą piękną okładkę!

Dziękuję moim wirtualnym znajomym, którzy regularnie wspierają mnie swoją dobrą energią i słowem: Dorocie, Monice, Dominice, Anecie, Łukaszowi, Sandrze, Basi, Pauli, Justynie i Joannie.

Dziękuję patronom medialnym: Beacie Skrzypczak "Opowiemci", Weronice Kostrzewie "Frelka_recenzuje", Wiolecie Sadowskiej "Subiektywnie o książkach", Agnieszce Brodzińskiej "my_ja_i_ty", Marcie Dobrzyńskiej "Misera_ble" oraz załodze Radia RAM".

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania niniejszej książki.

Dziękuję Tobie za jej przeczytanie. Cieszę się z tej odrobiny wspólnego czasu!

Do zobaczenia na targach książki, spotkaniach autorskich w bibliotekach i domach kultury oraz w social mediach.

Instagram: @maja_gulka

Facebook: Maja Gulka - Autorka

Rozdział 2

Krzysiek zatelefonował do mnie góra kwadrans później - tuż po tym, jak komisarze opuścili jego mieszkanie.

- Marta...? Jest gorzej, niż myślałem! Właśnie wyszły ode mnie gliny!

- Od ciebie? A po co oni do ciebie przyszli?

- Też się zdziwiłem! Szczerze mówiąc, myślałem, że zainteresują się przede wszystkim tobą.

- Co...!? - Oburzyłam się.

- A ty co? Z choinki się urwałaś!? Nie wiesz, że wieści w naszej szkole szybko się rozchodzą?

To pytanie zabrzmiało niedorzecznie, zwłaszcza że, według mojej wiedzy, obciążające mnie poszlaki z całej szkoły znał dotąd jedynie Krzysiek?!

- Więc ciebie też podejrzewają, tak? - Zignorowałam jego wysublimowaną aluzję.

- Teraz już tak.

- Co to znaczy "teraz"!? Mów, coś zmalował...

- Zaczęło się od mielonki.

- Od czego? - Skrzywiłam się.

- Znaczy się, od kiełbasy. Chociaż nie. To się zaczęło dużo wcześniej... Od zakładu chłopaków...

- Jakiego zakładu? Jakich chłopaków?!

- Moich współlokatorów. Ciągle robią jakieś kretyńskie zakłady. To studenci, rozumiesz? Chcą się bawić, a poza tym jara ich rywalizacja...

- No i?

- No i chodzi o to, że... - zawahał się - ...oni... jakby ci to...? Powiedzmy, że moi kumple kolekcjonują... tego, no... oznakowanie drogowe - wypluł wreszcie. - Kumasz?

- Eee...?

Krzysiek ciężko sapnął.

- Ojeju, no kradną te znaki! Wiesz, dla fun'u...

- Co?! Kto dla fun'u kradnie znaki drogowe?!

- No przecież mówię: moi skretyniali współlokatorzy!

- Rzeczywiście dziwnych masz znajomych - chrząknęłam. - Ale co to ma do rzeczy?

- Ano ma, ma! I to bardzo wiele! Chłopaki trzymają te znaki u nas na chacie, w przedpokoju. Czaisz? No więc wyobraź sobie, że wbija do mnie policja, żeby rozeznać się, kto ja jestem i czy ze mną wszystko aby na pewno tenteges, bo jak nie, to może warto by się było mną zainteresować? A może akurat mam coś na sumieniu, na przykład przedwczesne odejście trenera?

- Chcesz mi powiedzieć, że przywłaszczenie oznakowania drogowego czyni cię podejrzanym w sprawie Lempara? Okej, może nakryli was na czymś nielegalnym, ale w świetle tego, co mają na mnie, raczej i tak możesz spać spokojnie - prychnęłam. - No a ta... czekaj... mielonka...? Co do tego wszystkiego ma jakaś mielonka!?

Krzysiek przełknął ślinę.

- Rano robiłem sobie kanapki. Chciałem obłożyć je kiełbasą, ale nóż był tak tępy, że kiedy próbowałem ją pokroić, skubana się rozpłaszczyła i wylazł z niej cały środek. I zamiast plastrów kiełbasy miałem na chlebie mielonkę...

- Serio...?

- No, poważnie ci mówię!

- Krzysiek! Co mnie obchodzi kiełbasa, z której zrobiłeś mielonkę na chleb!?

- Daj mi powiedzieć...! Po południu postanowiłem naostrzyć nóż. A że wygrzebałem osełkę, to stwierdziłem, że nie zaszkodzi zająć się też pozostałymi. Skąd miałem wiedzieć, że policja do mnie przyjdzie!? - jęknął. - Wszystko leżało na blacie, ułożone w rzędzie: trzy noże kuchenne, cztery do obierania warzyw, trzy do serów i dwie pary nożyczek! Szkoda, że nie widziałaś ich min, kiedy weszli do kuchni. Typiara chciała zawinąć mnie od razu, ale jej partner powiedział, że to za mało...

- Za mało ostrych narzędzi?!

- Jakich ostrych narzędzi...? Tępe były, przecież mówię! Ty mnie w ogóle słuchasz? Temu glinie chodziło o to, że te poszlaki o niczym nie świadczą. I miał zresztą rację...

- I co było dalej?

- Jak chłopaki przyszły do domu, to kazali im oddać te znaki.

- I co? Oddali?

- Żartujesz!?

- No to co zrobili? Powiedzieli, że to ich własność!?

- A gdzie tam! Tamci nie chcieli ich zabrać. Kazali odnieść je na miejsce. Odnieść i z powrotem zamontować. No wiesz, przywrócić zniszczone mienie do poprzedniego stanu.

- I oni poszli to zrobić?

- Jeszcze nie. Opracowują strategię, bo... to wcale nie jest taka prosta sprawa. Jakby ich teraz jakiś przypadkowy patrol przyłapał albo ktoś by na nich uprzejmie doniósł, że majstrują przy oznakowaniu, to im te ich wygłupy jeszcze pójdą w pięty...!

- A ty?

- Co ja? Ja nie mam z tym nic wspólnego!

- Chodzi mi o policję.

- Nic. Ostatecznie sobie poszli. Ale wiesz co? Jest jeden szkopuł, który zastanawia mnie w tym wszystkim. To znaczy, cała ta sprawa jest strasznie podejrzana, ale jest jedna rzecz, która szczególnie nie daje mi spokoju... Podobno trupa znaleźli w piątek - powiedział w zamyśleniu - ale z jakiegoś powodu informację o morderstwie ujawniono dopiero dzisiaj. Nie wydaje ci się, że coś musi być na rzeczy, skoro zarówno Olszakowa, jak i gliny, trzymały tę sprawę w tajemnicy blisko trzy dni?

- Szczerze mówiąc, pierwsze słyszę, że to się stało w piątek...

Czerwona lampka alarmowa zamrugała mi gdzieś z tyłu głowy (właściwie była to niebieska lampka, podobna do koguta na dachu radiowozu, który był już w drodze na Kampinoską. Wizualizacji tej towarzyszył charakterystyczny akompaniament policyjnej syreny).

- A ty skąd o tym wiesz? Chyba nie od nich? Przecież wysłałeś mi SMS-a o tym, co się stało w "Urban-Class", jeszcze zanim do ciebie przyszli...?

Nie mam pojęcia skąd, ale Krzysiek o każdej sprawie zawsze miał najświeższe informacje z nieznanych nikomu, poza nim samym, źródeł.

- Na razie nie mogę powiedzieć - mruknął - ale to pewne.

Pożegnałam się z Krzyśkiem i odłożyłam smartfon na blat komódki.

Ze wzrokiem wbitym w podłogę mimowolnie zaczęłam rozmasowywać sobie skronie. Choć w gruncie rzeczy czułam się nie najgorzej, a pod moją czaszką nie ćmił nawet najdrobniejszy ból, to istnej migreny dostałam kilka minut później, gdy wprost do mojego ucha zawył dzwonek domofonu zawieszonego na ścianie tuż obok.

Podniosłam słuchawkę.

- Policja. - Ktoś beznamiętnym tonem głosu odezwał się po drugiej stronie. - Chcemy rozmawiać z panią Martą Jaworską.

Zalała mnie fala paniki, mimo że (przynajmniej w kwestii śmierci trenera) miałam przecież czyste sumienie.

Niezdolna do tego, by rzucić choć słowo w stronę towarzyszącego mi dziennikarza, spojrzałam w lustro wiszące przy wejściu do kawalerki. Szybkim ruchem dłoni wygładziłam pofalowane kosmyki sterczące wokół mojej twarzy. Jednocześnie pozbyłam się z ust śladu grymasu zdradzającego przerażenie, które naraz mnie ogarnęło.

Drzwi mieszkania otworzyłam z miną wystudiowaną i pozbawioną wszelkiego wyrazu, lecz ta zrzedła mi natychmiast, gdy zza zakrętu półpiętra klatki schodowej wyłoniła się postać znajomej funkcjonariuszki. W krok za nią podążał jakiś mężczyzna.

- Jak się cieszę, że znów panią widzę, pani Jaworska! - Komisarz Justyna Zaremba podniosła na mnie wzrok, a przez jej wargi przemknął jadowity uśmiech.

Stalowe tęczówki śledczej przewierciły mnie na wylot. I choć była pełnia lata, po kościach przeszedł mi siarczysty mróz.

Koniec wersji demonstracyjnej