Fanfik nr 2
- Spokojnie, koniku, spokojnie - mówił Andaj, zbliżając się ostrożnie do
myszowatego kucyka. W dłoni trzymał garść zerwanych chwilę wcześniej
ziół. - Pojedz trochę dobrej zieleninki, a na pewno się zaprzyjaźnimy -
szeptał, starając się, aby wypadło to jak najbardziej przekonująco.
Pamiętał nauki mistrza Kriwego: jeśli chcesz okiełznać dzikiego konia i zdobyć jego przychylność, ofiaruj mu dar i cały czas do niego mów jak do
uwodzonej kobiety.
Zwierzę stało spokojnie, z pochylonym łbem, grzebiąc kopytkiem w ziemi,
spoglądając jednak czujnie na zbliżającego się krok za krokiem Boranina,
a po karku przebiegały mu lekkie dreszcze. Gdy wreszcie młody łowca
stanął przy nim i podsunął pod pysk poczęstunek, koń obwąchał go, jakby
od niechcenia, ale nie skubnął podetkniętej mu wiązki, jakkolwiek
niektóre jej składniki mogły być całkiem smakowite.
- Jedz, jedz, koniku - mamrotał dalej łowca, z nadzieją, że jego kojący
szept i przyjazne gesty odniosą wreszcie pożądany skutek. - Nic tak nie
zbliża do siebie przyjaciół jak wspólne jedzenie...
Jednocześnie drugą dłonią gładził siwą grzywę, a nawet delikatnie
poklepał przygarbiony grzbiet, licząc, że wkrótce go dosiądzie. Konik
parsknął, uniósł łeb i spojrzał na chłopaka z wyższością.
- Sam sobie to jedz - odparł w końskiej mowie, którą znał każdy
Boranin. - Myślisz, że przekupisz mnie byle zielskiem? To trochę za
mało, żeby mnie ujeździć. Jeśli mam być twoim druhem rumakiem, musisz
się bardziej postarać.
To powiedziawszy, bryknął na skraj łąki paroma długimi skokami i w okamgnieniu znalazł się w bezpiecznej odległości od jasnowłosego
chłopaka. Zwróciwszy po raz ostatni łeb w jego stronę, dodał:
- Nazywam się Pukis. Gdybyś jeszcze chciał mnie kiedyś zobaczyć,
zagwiżdż, a przyjdę na wezwanie, jeśli naprawdę będziesz na mnie gotowy,
chłoptasiu.
Po czym odwrócił się zadem, machnął pożegnalnie ogonem i zniknął w leśnej gęstwinie. Tylko kołyszące się w ślad za nim gałązki malin i liście paproci świadczyły o tym, że przed chwilą tutaj był.
- Manga! - syknął Boranin, przygryzając dolną wargę.
W złości rzucił najcięższe przekleństwo Jadźwingów, oznaczające jędzę
lub sprzedajną dziewkę. Wśród Boranek nie było wprawdzie takich kobiet,
słyszał jednak od Kriwego, że bywały u Prusów, zwłaszcza w sławetnym
porcie Truso.
Był tak zagniewany, zwłaszcza na samego siebie z powodu własnej
nieudolności, że dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że z pobliskich nadjeziornych szuwarów jego uszu dobiega zjadliwy chichot.
Spojrzał w tamtą stronę. Łodygi oczeretów i tataraku chwiały się
miarowo, łagodnie, jakby poruszane lekkim wietrzykiem, ale prześmiewca
pozostawał niewidoczny, nawet dla bystrych oczu Boranina.
- Pokaż się - prowokował Andaj, sięgając po łuk na ramieniu - zamiast
się chichrać w sitowiu. Obyś miał przyjazne zamiary, bo inaczej zapoznam
cię z moją strzałą. Nie widzę cię, ale dobrze słyszę. To mi wystarczy.
Wtedy spomiędzy wysokich łodyg wyprysnął zielono-czerwony kształt,
ludzki i nieludzki zarazem. Najpierw pojawiła się wielka, zielona głowa
zwieńczona rubinowym czubem. Nieznajomy miał skórę barwy otaczającej go
roślinności i kryjącej go zwykle wodnej toni jeziora, dzięki czemu
dobrze wtapiał się w otoczenie. Zdradzały go tylko widoczne z daleka
włosy pocałowane przez ogień. Zdawał się dziwnym połączeniem ognia z wodą, biesa z wodnikiem.
Nie miał różków, ale w jego oczach jawiła się mieszanka dwóch
demonicznych natur: tęczówki miał szmaragdowe, jak większość wodników,
ale źrenice świeciły krwistą purpurą, przywodzącą na myśl ogniste
otchłanie Nawii. Ich spojrzenie zdawało się przenikać wszystko na wskroś
i rozpalać posokę w żyłach każdej napotkanej istoty. Andaj także poczuł
na karku dreszczyk podniecenia i krew zaczęła żywiej krążyć w całym jego
siedemnastoletnim ciele. Wodny czart był więc bez wątpienia
uwodzicielem, kusicielem, a nie wojownikiem. Chciał uwieść Boranina, a nie zranić, choć w istocie u takich stworów jedno nie wykluczało
drugiego, jak go swego czasu przestrzegał Kriwe. Boranin zdjął dłoń z łuku i rozluźnił się, obserwując z ciekawością wyłaniająca się z sitowia
postać.
Twarz wodnika przypominała ludzką, ale rysy były niezwykle ostre, jak
wyrzezane dłutem. Miał wystające kości policzkowe i ponętny dołek w mocno odznaczającym się podbródku. Szyja była długa i giętka, niczym u wodnego ptactwa, tors szczupły, lecz ładnie umięśniony, a długie,
pazurzaste palce dłoni połączone były błonami pławnymi. Płaski brzuch i długie, silne nogi dopełniały całości. Bies był w zasadzie nagi, jeśli
nie liczyć przepaski z wodorostów na biodrach, noszonej chyba nie z przyzwoitości, lecz dla wygody, i skrywającej to, co najciekawsze u wszystkich samców dowolnego gatunku. Andaj stwierdził w duchu, że
nieznany stwór był dość urodziwy, a nawet pociągający. Wyglądał jak
czerwony kwiat na giętkiej, zielonej łodydze.
- Wyjaw swe imię - zażądał Andaj, podchodząc już bez obawy do wodnego
biesa, chociaż zachowywał czujność. - Nie zwykłem rozmawiać z obcymi. W naszym języku słowo "obcy" i "wróg" znaczą to samo. Mnie zowią...
- Nie musisz się przedstawiać, Andaju - przerwał mu wodnik syczącym
szeptem, przy czym niemal każde słowo kończył mlaśnięciem języka. -
Wszyscy tu znają najlepszego łowcę i zwiadowcę Boran. Od dawna cię
obserwuję i chciałem cię bliżej poznać. Nie ja jeden... Zwę się Atwar, a moją matką jest Królowa Jezior. Ojca nie znam, ale wiem, że spłodziła
mnie z najgorętszym biesem Nawii, podsuniętym jej przez samego Welesa.
Jako że kocha się w tobie wiele rusałek i wodników, Królowa już o tobie
słyszała i chętnie ugościłaby cię na naszym dworze. Kazała mi cię
zaprosić...
- Wielki to dla mnie zaszczyt - przerwał mu Boranin grzecznie, ale
stanowczo - lecz nie ciekawią mnie podwodne dziedziny, w których mógłbym
na zawsze utonąć. Jestem człowiekiem lasu, Synem Drzew, i niech tak
pozostanie - zakończył dosyć oschle.
- A może się jeszcze namyślisz - podjął wcale niezrażony Atwar. - Moja
matka może ci wiele zaoferować, a nawet ja mogę ci być pomocny...
- Tak? Niby w czym? - zaciekawił się Andaj.
- A choćby w okiełznaniu twego druha-rumaka, tego niesfornego Pukisa,
który zakpił z ciebie bezczelnie...
- I to cię tak rozbawiło?
- Rozbawiło, ale także zmartwiło, jak każda porażka ładnego i młodego
chłopaka. Stary Kriwe mógł lepiej cię przygotować, ale widocznie uznał,
że musisz się z tym zmierzyć sam, jak większość twych współplemieńców.
Od czego jednak mamy przyjaciół! Znam ulubione zioło konika, któremu nie
potrafi on się oprzeć, i zaklęcie poddające go bez reszty czyjejś woli -
zaoferował kusząco.
- Mienisz się mym przyjacielem? - odparł nieufnie jasnowłosy łowca. -
Chcesz być moim gine, a może nawet mile? Mój stary mistrz mówił, że
istoty takie jak ty nigdy niczego nie dają za darmo. Zawsze chcą czegoś
w zamian.
- Istoty takie jak ja? - powtórzył Atwar z wyraźną urazą. - Co to niby
ma znaczyć? Jestem synem Królowej...
- Która też, o ile wiem, zawsze czegoś żąda - podchwycił Andaj. -
Powiedz wprost, czego ode mnie oczekujesz?
- To zależy, co możesz mi dać - odparł rudy bies z przewrotnym błyskiem
w czerwonych źrenicach.
- Och, ale z ciebie pimpas - rzucił zniecierpliwiony tym droczeniem
się łowca i odwrócił się, by odejść.
- Żaden pimpas, jeszcze nawet go nie widziałeś! - zawołał za nim
wodnik z udanym oburzeniem. - Co powiesz na małe... lizanko?
- Lizanko? - podjął zaskoczony Andaj, odwracając się znowu w jego
stronę. - Aha, tak nazywacie całowanie? Ale ja nie całuję się... ot tak... z pierwszym lepszym - mruknął.
Nie ruszył jednak dalej. Obietnica poznania sekretu gadającego konika
trzymała go przy przewrotnym wodniku jak niewidzialne więzy.
- Dobrze, że nie powiedziałeś: z byle kim - odparł Atwar z przewrotnym
grymasem na zielonym licu. - Onegdaj skryty w szuwarach, widziałem twoje
pieszczoty z parą boskich bliźniąt i wiem, że całowanie drugiego
chłopaka to dla ciebie nie pierwszyzna...
- Wara od bliźniąt! - warknął gniewnie łowca, odruchowo sięgając do
toporka za pasem.
- Spokojnie, nie zrobię im nic złego. Mówię tylko, co widziałem -
zastrzegł rudy bies, unosząc błoniaste dłonie w geście poddania. -
Widać, że to dla ciebie drażliwy temat. A więc dalej, masz
niepowtarzalną okazję przelizać się z synem Królowej Jezior! - zachęcił,
po czym wysunął z ust niesamowicie długi i giętki jęzor, który był tak
samo zielony jak reszta jego ciała i przypominał jadowitą żmiję.
- Skoro czegoś naprawdę pragniesz, po prostu to weź - oznajmił twardo
Andaj, patrząc prosto w szmaragdowo-purpurowe ślepia. - Zrób to, zamiast
o tym gadać. Jeśli ci starczy odwagi...
- O, tej mi na pewno nie brak! - obruszył się wodny czart i wysunął
jęzor jeszcze dalej, aż dotknął jego czubkiem policzka Boranina.
Przesunął w górę i w dół po gładkiej chłopięcej skórze, co okazało się
osobliwie przyjemne, jak polizanie przez psa, gdyż jego język był nieco
szorstki. Żadne zwierzę jednak nie zrobiłoby tego, co zrobił po chwili
wodnik.
Bies przeniósł jęzor na usta chłopaka i delikatnie, acz skutecznie
wniknął między nieco spierzchnięte wargi wojownika i zagłębił się,
pomimo oporu, jaki stawiał Andaj, by wreszcie pobudzić jego język do
współdziałania. Jednocześnie długie, błoniaste łapska wodnika i silne
nogi oplotły ciało chłopca niczym sprężyste macki. W bliskim dotyku
ciało rudego biesa nie okazało się wcale oślizgłe ani zimne, jak
początkowo obawiał się Andaj. Było co prawda śliskie, ale też gładkie i ciepłe, jak łuski węża, co się wygrzał na słońcu.
Łowca zatracił się na długą chwilę w niesamowitej rozkoszy, jaką sprawił
mu ten pocałunek, jednak poczucie obowiązku sprawiło, że z nagła
oprzytomniał. Oderwał się z trudem od wąskich, jakby bezkrwistych warg
tamtego, wypchnął z ust jego język i rzekł, dysząc ciężko:
- Masz, czego chciałeś... Czy nie pora na spełnienie obietnicy?
- A czy ja coś ci obiecałem? - droczył się bies, przewracając oczami i międląc ozorem z głośnym mlaskaniem. - Ach tak, chodzi o ulubioną
roślinkę Pukisa? - udał, że sobie przypomniał. - Jest taka, o widlastych
łodygach i wąskich listkach. Rośnie w cienistych lasach na zboczach
skał. Słyszałem, że Lud Słowa używa jej do czarów, boi się więc wymawiać
prawdziwą nazwę i mówi na nią "nietota".
- Znam tę roślinę - przyznał z zadowoleniem Andaj. - Dla nas to po
prostu widłak i nie boimy się go i nie używamy w żadnych zdrożnych
celach. Wiemy jednak, że jest ulubiony przez wiły.
- Daj konikowi to ziele, a będzie cały twój - podsumował wodny czart i wykonał ruch, jakby chciał wrócić do całowania.
- Zaraz, to jeszcze nie wszystko - przypomniał mu Andaj. - A zaklęcie?
- Zaklęcie? Jakie zaklęcie? - pytał głupkowato Atwar, ale zaraz
spoważniał pod groźnym spojrzeniem łowcy. Zamyślił się i po chwili jego
usta wykrzywił szyderczy grymas. - O zaklęcie będziesz musiał się
bardziej postarać, chłoptasiu, jak zwykł cię nazywać twój niedościgły
konik.
- Co mam zrobić? - spytał niecierpliwie Andaj, czując lekki zawrót głowy
od śliny biesa, która najwyraźniej przeniknęła do jego krwi.
- Dosiądź mojego pimpasa - oznajmił wodnik bez ogródek.
Jednym ruchem zdarł przepaskę z wodorostów i oczom Boranina ukazał się
rzeczony pimpas, coraz bardziej rosnący i prężący się pomiędzy udami
biesa. Wyglądał jak wzrastająca nadnaturalnie szybko gruba, szmaragdowa
łodyga nieznanego kwiatu z rubinowym pąkiem na czubku. Andaj poczuł, że
ten widok niezmiernie go podnieca i że nie jest to jedynie wpływ
oszołomienia czartowską śliną. W tej chwili chciał poznać właściwości i wszelkie zalety tego dziwnego kwiatu, nawet bardziej niż zaklęcie
zniewalające Pukisa.
Atwar chwycił jego wąskie biodra błoniastymi, lepkimi łapami i nadział
na swój męski narząd, jednocześnie całując namiętnie. Ich języki znowu
się splotły jak głodne węże, a dłonie pieściły wzajemnie swoje ciała.
Gdy pimpas wodnika wdarł się do wnętrza Andaja niczym rozpalone żądło,
rozpoczęła się szalona jazda. Młody Jadźwing czuł, że tonie wraz z tamtym w jakiejś mrocznej głębi, że rudy bies ściąga go na swoje dno, z którego chłopak może już nie powrócić do świata ludzi ani do swego
plemienia, ale w danej chwili stało się mu to obojętne. Nic bowiem teraz
się dla niego nie liczyło poza tą niebywałą rozkoszą dawania i brania...
Między scenami
- Kameraaa! Poszła!
- Szkolna miłość, scena dwunasta, ujęcie drugie.
- Akcja!
Do takich komend Bartek przyzwyczaił się w ciągu ostatnich trzech
tygodni, gdy kręcili etiudę Filipa Zygiera. Klapserkami były na zmianę
Ewa Ciepła i Dorota Sztabka, a druga zawsze pełniła funkcję sekretarki
planu. Rudy nigdy nie wiedział, która akurat co robi, bo chociaż
współpracowali już jakiś czas, nadal miał kłopoty, by je od siebie
odróżnić. Były niczym siostry syjamskie. Wyglądały i ubierały się
podobnie, mówiły i zapewne myślały tak samo, bo często odzywały się
jednocześnie tym samym tekstem. A poza tym cały czas były nierozłączne.
Film miał być niemy, tylko ze ścieżką muzyczną w tle, więc w zasadzie
cała ceremonia z klapsem nie była konieczna, jednak reżyser upierał się,
by wszystko robić profesjonalnie, zgodnie ze sztuką filmową. Obraz miał
być do tego czarno-biały, co zdaniem reżysera podnosiło walory
estetyczne i uszlachetniało dosyć banalny temat. Nikt oczywiście nie
miał odwagi dyskutować ze szkolnym filmowcem o jego koncepcji
artystycznej. Jego naturalna charyzma sprawiała, że wszyscy wierzyli, iż
Filip wie, co robi, i że lada moment otrzyma festiwalowe laury.
Na początku zdjęć Rufus namówił Bartka, by dołączył do ekipy, na co
rudowłosy przystał chętnie z dwóch powodów. Pierwszym była potrzeba
pozostawania w pobliżu Ru, z którym bardzo się ostatnio zbliżyli,
jakkolwiek na razie wyłącznie na gruncie przyjacielskim. Dzięki temu
Bartek mógł go mieć stale na oku, jak zasugerował Mikołaj. Drugi powód
był prosty: przyjaźń z Ru stanowiła doskonały pretekst, by trzymać się z daleka od jasnowłosego druha, do którego Bartek miał żal. Rozumiał,
dlaczego Mikołaj jest wobec niego zdystansowany, ale nie potrafił tego
przepracować. Z kolei Mikołaj z anielską cierpliwością i wyrozumiałością
przyjmował jego wymawianie się od kolejnych zbiórek w schronisku, co
jeszcze bardziej rozdrażniało rudego. Wolałby, żeby w takiej sytuacji
tamten zwyczajnie się na niego wkurzył, bo przynajmniej pokazałby, że mu
zależy, i ujawnił chociaż odrobinę ludzkiego uczucia. W tej kwestii
jednak rozum Bartka pozostawał w konflikcie z jego sercem.
By stłumić targające nim zawiedzione uczucia, czyli stracone zachody
miłości - o czym Zygier mógłby nakręcić osobny film - rudowłosy rzucił
się w wir prac na planie. Głównie pełnił funkcję rekwizytora, pilnował
też scenopisu i zbierał od kolegów zgody na sfilmowanie czyichś twarzy,
kiedy kręcili ujęcia zbiorowe na korytarzach - w czasach RODO było to
absolutnie niezbędne, a Zygier wolał się zabezpieczyć, skoro miał do
czynienia z dzieciakami znanych ludzi. Początkowo Ciepła i Sztabka
traktowały go nieufnie, jak intruza, który wkradł się podstępnie w łaski
ich mistrza, ale w końcu go zaakceptowały, przyznając, że bardzo im
pomaga, bo same nie były w stanie ogarnąć tak dużej produkcji. Z czasem
nawet go polubiły, bo był przyjazny i uczynny.
Fabuła filmu była raczej prosta, a zdaniem Bartka niemal mangowa. Para
młodych ludzi z liceum chodzi ze sobą, spotyka się w szkolnym barku,
spaceruje po korytarzach lub przesiaduje na "kultowych" schodach przed
szkołą, jak jeszcze całkiem niedawno Lu z Kajetanem. Przez jakiś czas
trwa idylla; w pewnym momencie jednak między bohaterami dochodzi do
spięcia, a raczej gwałtownej kłótni. Przyczyną jest niewierność
partnera; związek kończy się zerwaniem. Słowem, historia, jakich wiele,
lecz w sumie bliska ludziom i zrobiona z dbałością o formę przekazu:
czarno-białe zdjęcia, surowa prostota i subtelny erotyzm pierwszej
miłości, ładne kadry i dobry montaż oraz odpowiednio nastrojowa muzyka.
Podczas kręcenia pierwszych ujęć obsadzona w jednej z dwóch głównych ról
Barbie była spięta, stremowana, a przez to trochę drewniana, jednak pod
wpływem delikatnych sugestii Filipa oswoiła się w końcu z obiektywem i otworzyła na ekranowe uczucia, dzięki czemu zaczęła grać lepiej. "Co nie
dogra, to dowygląda", stwierdził w myślach rudy, bo kamera Barbie po
prostu kochała i już na zdjęciach próbnych Basia wychodziła
prześlicznie. Zygier chwalił także Rufusa za emocjonalne zaangażowanie w scenach miłosnych i naturalny luz w epizodach plenerowych; powiedział
nawet, że chłopak jest wprawdzie nieoszlifowanym diamentem, lecz na bank
urodzonym aktorem (a przy okazji, ze względu na swoją biseksualność, ze
szczególnym uwzględnieniem chłopców, bezpiecznym partnerem dla Basi).
Bartek podzielał zdanie Filipa; od dawna obserwował, z jaką łatwością
młody Cerer kłamie i udaje różne uczucia. W sumie był chyba lepszym
aktorem w życiu niż na ekranie.
Kręcenie etiudy szło całkiem gładko, bez wewnętrznych zgrzytów, i reżyser wraz z całą ekipą byli bardzo zadowoleni ze swojej pracy.
Wszystko wychodziło im do tego stopnia bezproblemowo i jak z płatka, że
Bartek, największy pesymista w grupie, wspominając słowa Mikołaja o naturalnym prawie równowagi, zaczął się obawiać, że w końcu musi się
pojawić jakaś przeszkoda. Nie wyrażał jednak głośno swych lęków, by nie
wyjść na czarnowidza i nie zapeszyć, ale w głębi duszy miał złe
przeczucia. I rzeczywiście: katastrofa ich w końcu dopadła, niczym
mściwa Nemezis, która nienawidziła, gdy ludziom wiodło się nazbyt
dobrze.
Tego dnia od rana zostali formalnie zwolnieni z lekcji przez
wychowawczynie klas czwartej A i czwartej B, by kręcić finałową scenę w bibliotece szkolnej. Zebrali się w niej wszyscy punktualnie, oprócz
Barbie i Zygiera. W końcu zjawił się Filip, sam i ponury jak chmura
gradowa.
- Co się stało? - spytała jedna z dziewczyn, przewidując złe wieści.
- Gdzie Barbie? - dodała druga.
- Tragedia - wysapał załamany i poirytowany reżyser. - Barbie nie
przyjdzie.
- Co? Znowu ze sobą zerwaliście? - wtrącił Bartek, przypomniawszy sobie
historię z bluzką.
- Nic z tych rzeczy - zaprzeczył żywo Filip. - Basia zachorowała.
- Rety! Na co?!
- Ma grypę. Posłuchajcie, co mówi na swoim vlogu...
Wyciągnął smartfon i przesłał wszystkim link. Zebrani jak na komendę
uruchomili smartfony.
Na Instagramie i na YouTubie można było zobaczyć zdjęcie Basi Gadalskiej
sprzed paru tygodni. Z offu popłynął jej głos: zmieniony, drżący i zachrypnięty, przerywany atakami kaszlu.
- Wybaczcie mi, dears... W najbliższym czasie nie będzie porad modowych,
because I'm terribly sick - wyjaśniała zdenerwowana, plącząc częściej
niż zwykle wyrażenia polskie z angielskimi. - Dopadła mnie paskudna
flu. Słyszycie, jak mówię, a nie chcecie nawet wiedzieć, jak wyglądam...
- Wypowiedź przerwał jej kaszel. - Dlatego wyłączyłam kamerę w lapku i wrzuciłam fotki, na których jestem taka, jaka zawsze byłam, zanim
spotkało mnie... unhappiness. Biorę antybiotyk, ale lekarz mówi, że
wyjdę z tego najwcześniej za tydzień... - Znów atak kaszlu. - Mam
nadzieję, że nikogo nie zaraziłam, zwłaszcza Filipa. Bardzo cię
przepraszam, Filip, bo wiem, że sprawiam ci trouble with your movie.
Przepraszam też całą ekipę, Rufusa, Bartka, dziewczyny...
- Miło, że o nas pamięta - szepnęła Ciepła Sztabka, to znaczy jedna z nich, ale nikt nie zwrócił na nie uwagi.
- Żegnajcie! Spotkamy się, when I feel better. - Basie zakończyła
nagranie słabym głosem.
- Bogowie - skomentował Bartek. - Przez tę gorączkę zaczęła zapominać
polskich słów...
- Zaczął się sezon grypowy - mruknął Rufus. - Więc Barbie jak zwykle na
czasie.
- Zamknij się, Ru - warknął Zygier, który miał bardzo dobry słuch. - Ten
problem dotyczy nas wszystkich. Jak teraz skończymy film?
- Wiem i żałuję tak jak ty - podjął Ru z namysłem - że nie możemy
nakręcić ostatniej sceny pojednania. Tylko że teraz pocałunek z nią
mógłby mi mocno zaszkodzić. Dobrze, że nie ćwiczyliśmy go wczoraj -
dorzucił z kwaśnym uśmieszkiem. - Wtedy stracilibyście także głównego
aktora. Ale skoro to scena końcowa, może znajdziemy jakąś dublerkę? -
zastanowił się. - Najlepsza byłaby Lu, ale nie będę przecież całował
własnej siostry... Wystarczy nam już jedna dwuznaczna scenka "słowiańska",
przez którą nazbieraliśmy sporo głupich komentarzy - zauważył, zezując
na Bartka, który trochę się zmieszał. - A może któraś z naszych
dziewczyn się nada? - zasugerował, wskazując na Ciepłą Sztabkę. -
Wystarczy ubrać ją odpowiednio, założyć blond perukę i jeśli będzie cały
czas tyłem do kamery, może widzowie się nie zorientują...
- Nie wystarczy - zaprzeczył Filip z rozpaczą. - Skoro w ostatnim ujęciu
się z nią całujesz, będzie widoczna również jej twarz.
- Hm... A może zastosujemy jakiś filmowy trick?
- Nie mamy na to czasu. Jeśli nie zmontuję filmu do końca tygodnia, nie
zdążę go zgłosić na konkurs.
- Czyli nie mamy też czasu, żeby w kolejnych dniach nakręcić nowe sceny
z jakąś inną dziewczyną?
- Dokładnie. Musimy to zrobić dziś albo nas nie dopuszczą.
- Więc pozostaje dublerka - zastanawiał się na głos Rufus. - Może bez
pocałunku? Mój bohater siedzi załamany przy stoliku w czytelni, ona
podchodzi do niego, głaszcze po ramieniu, a wtedy on wstaje, wtula się w nią i... cięcie!
- Pocałunek jest ważny - upierał się reżyser. - Mocny akcent kończący
fabułę, taka kropka nad "i".
- No to jesteśmy w czarnej... dziurze - westchnął Bartek.
- Zresztą w ogóle nie wyobrażam sobie tej sceny bez Barbie - stwierdził
stanowczo Filip, wsuwając palce we włosy i mierzwiąc efektowną fryzurę.
- Reżyser zabujany w swojej gwieździe - stwierdził półgłosem Ru,
przewracając oczami. - Strasznie starta klisza... Kompletny banał -
powiedział to wszystko do Bartka, ale inni oczywiście usłyszeli, z reżyserem na czele.
- Nie jestem głuchy - poinformował groźnie Filip.
- I dobrze - syknął Rufus. - To fatalne, gdy artysta nie może się
wyzwolić z własnych ograniczeń. A ja właśnie wpadłem na pomysł, jak
rozwiązać nasz problem.
- Tak? Na jaki?
- Na taki - oznajmił Ru, sięgając do plecaka.
Po chwili wydobył z niego mangę i pomachał nią Filipowi przed nosem.
Okładka przedstawiała parę namiętnie w siebie wtulonych nastolatków w szkolnych mundurkach, przy czym jeden był drobniejszy i długowłosy, a jego twarz pozostawała niewidoczna. Rudy wiedział z góry, że chodzi o dwóch chłopaków, ale odbiorca hetero mógłby się nabrać. I tak się
właśnie stało.
- Co to niby ma być? - zapytał zdezorientowany Filip, mrugając. - Jakaś
japońska dziewczyna? Znasz taką? Chcesz ją zaprosić na plan?
- Wszystko, co ładne, musi być dla ciebie dziewczyną? - zripostował
bystro Rufus, krzywiąc się. - To czysty seksizm.
- Dużo masz jeszcze takich tekstów? - odparł zniechęcony Zygier,
przekonany, że jego główny aktor po prostu z niego kpi.
- Owszem, mogę tak długo - zapewnił arogancko Ru z psotnymi ognikami w brązowych tęczówkach. - To japońska manga z serii Boys Love. Nosi
tytuł Rozmyty kadr. Przyniosłem ją, bo opowiada historię podobną do
tej z twojego filmu. Dwóch chłopaków kręci film o szkolnej miłości i zakochują się w sobie na planie. W finale jest scena pocałunku w bibliotece...
- Rzeczywiście podobna historia - przyznał zaskoczony reżyser. - Ale
dwóch chłopaków... Tego jeszcze u nas nie grali! Nie wiedziałem, że takie
rzeczy wydają także w Polsce - zdziwił się.
- Wyobraź sobie, że tak - odparł nonszalancko Ru. - To mimo wszystko
wolny kraj. A my możemy chodzić do tej samej szkoły, czasem do jednej
klasy, nawet siedzieć we wspólnej ławce, ale każde z nas tkwi we własnej
bańce informacyjnej - podsumował filozoficznie. - A nowoczesna technika
miała podobno łączyć ludzi...
- Nadal nie rozumiem, co w związku z tym proponujesz pokazać w naszym
filmie - przerwał jego wywody reżyser, wyraźnie skołowany.
- Chłopaka.
Ciepła i Sztabka jęknęły równocześnie, nie wiadomo - z zachwytu czy z wrażenia, a Filip wybałuszył oczy.
- Całkiem ci odbiło?! - wyjąkał osłupiały.
- Dlaczego zaraz "odbiło"? - zareagował błyskawicznie Ru. - Tematyka
LGBT jest teraz bardzo na czasie. W dodatku to temat ważny społecznie.
Mniejszości seksualne domagają się reprezentacji w filmach, tak samo jak
mniejszości rasowe...
- Jak w serialach Netfliksa? - podchwycił sceptycznie Zygier. - Może to
się sprawdza w USA, ale Polska to nie Ameryka i wprowadzenie takiego
motywu nie zwiększy popularności mojego filmu... Wręcz przeciwnie, może mu
zaszkodzić.
- A to niby czemu?
- Mogą nas zdyskwalifikować za nieregulaminową tematykę - odparł z niekłamaną obawą Filip.
- Myślałem o tym wczoraj i przestudiowałem dokładnie regulamin konkursu
- oznajmił Rufus. - Nigdzie nie jest powiedziane, że musi to być
męsko-damski romans, a nie na przykład miłość dwóch chłopców. Więc o regulamin nie musisz się martwić...
- Nie ma takiego punktu, bo organizatorom nie przyszło do głowy, że ktoś
się na to odważy - zareplikował Filip. - I to nie znaczy, że jury
spodoba się coś takiego. Jurorzy mogą w zasadzie wszystko: odrzucić nasz
film albo po prostu nie przyznać żadnej nagrody.
- Jeśli publicznie popiszą się homofobią, dyskwalifikując film, tym
gorzej dla nich. Wtedy będziesz prześladowanym artystą, a dla ciebie to
tylko lepiej - przekonywał Rufus. - Film stanie się głośny jako
"zakazane dzieło" i wywoła zainteresowanie mediów, które w większości
staną po twojej stronie. Dzięki temu, że ten film będzie
niekonwencjonalny, ma szansę na nagrodę specjalną za odważną tematykę.
Poza tym... Ufundowanie takiej nagrody to głupstwo dla mego ojca... Zrobi to
choćby dlatego, że zagrałem główną rolę.
- Wolałbym, żeby film doceniono ze względu na walory artystyczne. I żeby
to nie było ustawione - oświadczył sucho Filip.
- Nie chodzi o ustawianie czegokolwiek - odezwała się niespodziewanie
Ciepła, a może Sztabka, Bartek nie był do końca pewien. Chłopcy
skierowali na nią zaskoczone spojrzenia. - Chodzi o ludzi, którzy są
różni. Realistyczna sztuka powinna to ukazywać. W imię życiowej prawdy.
- Kto tak twierdzi? - spytał zdumiony reżyser.
- Tak twierdzę ja, Dorota Sztabka - odpowiedziała dobitnie. - I miliony
pogubionych dziewczyn oraz chłopaków na całym świecie, krzywdzonych
przez heteronormatywny patriarchat.
- Zgadzam się z Dorotą - poparła ją Ewa, ujmując dłoń tamtej. - Uważam,
że Rufus ma rację. Temat LGBT jest obecnie na topie, a wprowadzenie
takiej sceny podniesie wartość filmu.
- Yhm, yhm, ach tak... - wydukał Filip. - Myślałem... Myślałem, że będziecie
po mojej stronie. Nie spodziewałem się tego po was...
- Bo nic o nas nie wiesz, Jonie Snow - odpowiedziała z ironią Ciepła.
- Jeszcze niejeden raz cię zaskoczymy, kochany - dorzuciła Sztabka.
- Wow, jaki coming out! - stwierdził z uznaniem Rufus. - Takiego
wyjścia z szafy jeszcze nie widziałem. Brawo, dziewczyny! Coraz bardziej
was lubię...
- My ciebie też - odpowiedziały jedna przez drugą, chichocząc. - Tylko
ty nie zawsze dajesz się lubić.
- Poprawię się, obiecuję - zapewnił Ru, przykładając teatralnie dłoń do
serca i mrugając do nich oraz do Bartka.
- No, dobra, dobra, cieszę się, że ekipa się lubi, bo to pozytywnie
wpływa na atmosferę pracy, ale jaka z tego korzyść dla naszego filmu? -
podjął nieprzekonany Filip, który poczuł się chyba przytłoczony tą nagłą
falą informacji.
Nie to, żeby zawalił mu się świat, był bowiem wystarczająco
inteligentny, by różne rzeczy przyjąć do wiadomości, a jednak chwilowo
trochę go to przerosło i potrzebował więcej czasu, by wszystko sobie
poukładać w głowie.
- Taka, że wykroczysz poza skostniałe szablony - wyjaśnił Ru. - Artysta
powinien czasem nagiąć zasady, jeśli chce stworzyć coś świeżego i oryginalnego. A ty jesteś prawdziwym artystą. Wolisz energię niż brak
energii. Dobrze doprawione od mdłego. Wyraziste od nijakiego - kusił z czarującym uśmiechem. - Dzięki tobie film na oklepany temat stanie się
mocny w przekazie, ostry i nowatorski. Dla wielu może się okazać nawet
przełomowy.
- Powiedzmy, że jest coś w tym, co mówisz - odparł Zygier z namysłem. -
Ale jak zamierzasz fabularnie uzasadnić, że nasz bohater nagle całuje
chłopaka? Jak? Rozczarował się dziewczyną i zmienił orientację? Czy żeby
życie miało smaczek? - rzucił ironicznie. - To będzie mało wiarygodne... -
narzekał, jednak już sam fakt, że podjął temat, świadczył, że powoli
zaczyna docierać do niego siła cudzych argumentów.
- On nie zmienił swojej orientacji - odpowiedział spokojnie Ru. - Po
prostu odkrył ją w sobie i ujawnił w określonej sytuacji, kiedy wierny
kumpel go pociesza... Wiesz dobrze, że w naszym wieku orientacja jest
płynna, więc dwóm chłopakom mogło się to przytrafić.
- Teoretycznie tak - przyznał nieufnie Filip. - Tylko że wcześniej nie
pokazywaliśmy przy nim żadnego chłopaka, kolegi ani przyjaciela.
- Ale nie wyjaśniamy też, o co pokłócił się z dziewczyną - zripostował
Ru. - Może właśnie to było powodem rozstania?
- Trochę naciągane. I gdzie teraz znajdziesz chłopaka, który się odważy
zagrać, i to w takiej scenie? - zapytał niemal triumfalnie Filip, pewny,
że przygwoździ tym adwersarza.
- Nie trzeba daleko szukać - zapewnił Rufus z szelmowskim błyskiem w oku. - Bartek parę razy niechcący wszedł nam w kadr w scenach zbiorowych
na korytarzu i teraz możemy to wykorzystać.
Bartek drgnął jak porażony. Poczuł się niekomfortowo pod obstrzałem
spojrzeń reszty ekipy, więc spuścił wzrok i wbił go w swoje trampki.
- Co ty na to, Bartek? - zapytał w końcu Filip, przerywając ciszę. -
Zgadzasz się? Zrozumiem, jeśli odmówisz - zastrzegł od razu.
- Ale ja nie zrozumiem - syknął Rufus, zerkając spod oka na przyjaciela.
Rudy zastanawiał się przez chwilę. Dopiero co Ewa i Dorota dokonały
szczerego coming outu. Dlaczego jemu miałoby zabraknąć do tego odwagi?
Kogo się bał? Rodziców, kolegów, Jeremiego? Wiśniowski oraz jego łysole
mieli o nim i tak już określone zdanie, i wyzywali go od "pedałka", więc
niczego to w gruncie rzeczy nie zmieni... Pomyślał, że los w osobie Rufusa
podsuwa mu właśnie okazję dość komfortowego wyautowania się, bez
dramatycznych wystąpień i patetycznych gestów. Życzliwa większość, w tym
zapewne rodzice, uzna po prostu, że poświęcił się dla filmu, dzięki
czemu zyska dobrą opinię. A nieprzekonanych niech trafi szlag, jak mówi
tata!
- Zgadzam się - odpowiedział w końcu, jak zdołał najspokojniej. - To
przecież tylko film.
- To nie jakiś zwykły amatorski filmik, lecz etiuda konkursowa - podjął
natychmiast Zygier. - Masz chyba świadomość, że zobaczą to dziesiątki, a może setki obcych ludzi? Może pojawić się wiele złośliwych komentarzy w necie, nawet fala hejtu... Nie zapominajmy, w jakim kraju żyjemy -
dorzucił, zerkając mimowolnie na Ru, który wzruszył ramionami. - Jesteś
gotów na takie ryzyko?
- Jestem gotów - oświadczył Bartek, unosząc głowę i spoglądając mu
prosto w oczy. - Zróbmy to i niech się dzieje, co chce!
- Super! - zawołał Rufus, podrywając się z krzesła i ściskając go za
ramiona. - Jestem z ciebie dumny! Miło, że nie boisz się ze mną
publicznie całować - zaszeptał mu nad uchem, oblizując się niczym wampir
złakniony świeżej krwi.
- Tylko w filmie - podkreślił Bartek. - I czego tu się bać? Twoje usta
nie są mi obce - zauważył z nutką ironii. - Poznałem ich smak w Hajnówce
- przypomniał, na co Ru się oczywiście wyszczerzył.
- Pamiętam, to było bardzo przyjemne - zamruczał z rozmarzeniem. -
Musimy to dzisiaj powtórzyć.
Dziewczyny zrobiły głośne: "Ooo!", a Filip zdumioną minę. Rzeczywistość
okazała się tego dnia naprawdę pełna niespodzianek. Reżyser szybko się
jednak ogarnął i rozejrzał po bibliotecznym wnętrzu.
- Akurat mamy doskonałe światło. Cudowna, złota polska jesień -
stwierdził z zadowoleniem, wskazując na jasne okno, po czym zaklaskał w dłonie. - Dobra, ustawiamy plan, a dziewczyny niech przygotują chłopaków
- polecił, na co Ciepła i Sztabka zerwały się i zaraz złapały za sprzęt
do charakteryzacji. - Traktuję to jako eksperyment artystyczny -
dorzucił Filip chyba zupełnie niepotrzebnie. - Jeśli scena dobrze nam
pójdzie, zmontuję ją z całością i niech nas wszystkie Muzy mają w opiece
- zakończył, wzdychając i wznosząc oczy ku niebu.
- Niech Moc będzie z nami! - podchwycił żartobliwie Bartek.
- I duch Barbie - syknął przekornie Ru, za co Zygier spiorunował go
wzrokiem.
Filip przywołał dwóch "fizycznych" pomocników, ćmiących papierosy w krzakach pod biblioteką, i wspólnie zaczęli aranżować wnętrze, ustawiać
stolik, przy którym miał siedzieć Ru, przesuwać regały, żeby mieć więcej
miejsca i odpowiednio nastawiać jedyny reflektor, jakim dysponowali. Po
głębokim namyśle reżyser uznał, że tak kluczowa scena powinna być
nakręcona w jednym długim ujęciu nieruchomą kamerą na statywie i dopiero
na końcu nastąpi szybkie zbliżenie na twarze całujących się.
Podczas gdy dziewczyny pacykowały Bartka i Rufusa, a Dorota zachwycała
się gładką cerą rudego, a nawet piegami, których on sam szczerze
nienawidził, Bartek skupił się na czekającym go zadaniu aktorskim.
Pozornie było łatwe: miał tylko podejść do załamanego kolegi, cały czas
zwrócony tyłem do kamery, pogładzić go po ramieniu, potem objąć i pocałować... To ostatnie sprawiało mu największy problem; nie dlatego, by
wstydził się zrobić coś takiego publicznie, lecz zdawał sobie sprawę, że
ta krótka scenka może być przełomowa nie tylko w samym filmie, ale też w jego życiu. Wbrew temu, co mówił wcześniej, była dla niego równie ważnym
wyzwaniem życiowym, jak dla Filipa artystycznym. Ostatnie zdarzenia
zmusiły Bartka do przełamania różnych wewnętrznych barier. A skoro
sprostał poprzednim wyzwaniom, uznał, że i temu powinien sprostać.
Skoncentrował się, by wprowadzić się w taki sam stan, w jakim działał
podczas szalonej sierpniowej nocy i wtedy, gdy zabrał przeklętą fiolkę z torby Lu... Musiał przestać główkować i zaufać uczuciom. Zdać się na
dziki, pierwotny instynkt. W jego pierwszym fanfiku stary Kriwe tak
radził Andajowi: "Po prostu to zrób. Wycisz się wewnętrznie i pomyśl o kimś lub o czymś, co jest ci najbliższe". Oczywiście, łatwiej komuś
doradzać, niż samemu to zrobić. Po sekundzie Bartek przypomniał sobie
jednak jeszcze jedną sytuację. To była niezwykła chwila, gdy Mikołaj w srebrnej zbroi, piękny jak archanioł z witraża, śpiewał hymn liceum
Sępa. Ten żywy obraz kompletnie go wtedy oszołomił, sprawił, że niemal
bez udziału świadomości Bartek poszedł w stronę sceny, żeby być jak
najbliżej uwielbianego idola...
Usłyszawszy okrzyk: "Akcja!", jak w amoku ruszył w stronę Rufusa,
zapominając w jednej chwili o pracującej kamerze i ekipie znajdującej
się za jego plecami.
Ru siedział przy stoliku w czytelni, wsparty łokciami o blat, z twarzą
ukrytą w dłoniach. Pochylonym ciałem wstrząsały drgawki, jakby od
tłumionego łkania. Bartek musiał przyznać, że wyglądało to całkiem
wiarygodnie.
Zbliżył się do Ru powolnym, ale zdecydowanym krokiem, położył dłoń na
ramieniu rozpaczającego kolegi i pogładził go delikatnie, tak jak
gładził Mikołaja podczas rozmowy na tarasie schroniska. Tyle że teraz
spodziewał się całkiem innej reakcji, bo reżyser świadomie zadbał o właściwy scenariusz sytuacji, bardziej sensowny niż w prawdziwym życiu.
Rufus poniósł głowę i wtedy Bartek mógł w pełni docenić wrodzony talent
aktorski przyjaciela. Piwne oczy były pełne łez i emanowały bezdennym
smutkiem. "Albo naprawdę wczuł się w rolę, albo potrafi płakać na
zawołanie jak Barbie" - skonstatował w myślach. Ru z tymi błyszczącymi,
mokrymi oczami wyglądał przeuroczo. Aż chciało się go od razu objąć,
przytulić...
I tak się właśnie stało, gdy Ru wstał i rzucił się Bartkowi na szyję.
Spleceni ciasno ramionami przywarli do siebie jak zagubione dzieciaki.
Bratnie dusze, które w końcu się odnalazły. Ciała spragnione wzajemnej
bliskości.
Bartek poczuł na policzku gorące krople łez, a gdy Ru wtulił się w niego
jak na okładce Rozmytego kadru, w jego głowie także się wszystko
rozmyło. Czuł tylko, że równie gorąca jak łzy przyjaciela jest krew
tętniąca w ich młodych ciałach. Kiedy zetknęły się wreszcie usta, a języki splotły jak kłębiące się węże, obaj się stali jednością.
Rudowłosy zapomniał o całym świecie. Nic dla niego już nie istniało poza
tą czystą, głodną, nagą rozkoszą.
- Cięcie!
- Hej! Skończyliśmy!
- Możecie przestać! Ujęcie zakończone!
- Chyba im się spodobało...
- O ja cię sunę!
Tak wołała do nich cała ekipa, a oni dalej się całowali. Większość
patrzyła na to z mieszanymi uczuciami: zdumieniem, niedowierzaniem,
wzburzeniem, lekką odrazą w przypadku "fizycznych", ale też swego
rodzaju zazdrosną fascynacją, która zmusiła ich do obserwowania sytuacji
szeroko otwartymi oczami. Dziewczyny zaczęły w końcu oklaskiwać aktorów,
którzy najwyraźniej całkowicie się utożsamili z granymi przez siebie
postaciami. Po chwili dołączyła do nich reszta obserwujących, z reżyserem na czele. Oklaski odbiły się głośnym echem od wysokiego sufitu
czytelni, aż nagle Bartek i Ru się ocknęli.
Odsunęli się od siebie, nieco zmieszani. Przynajmniej Bartek, dosyć
skonfundowany tym, co między nimi zaszło, obciągnął starannie blezer, by
ukryć erekcję. Rufus przeciwnie, niczego nie zamierzał ukrywać.
- Och, ale mi było dobrze! - zamruczał, przeciągając się bezwstydnie,
jak marcowy kocur, prezentując przy tym bez żenady napęczniały w spodniach skutek ich namiętnych pieszczot.
- Cieszę się, że jesteś zadowolony - stwierdził nieuważnie reżyser,
spoglądając w okienko podglądu. - Ale w zasadzie ja także jestem. Scena
wyszła zajebiście! - ocenił po chwili rozradowany. - Niczego nie musimy
poprawiać!
- To nie będzie dubli? - spytał wyraźnie zawiedziony Ru.
- Nie ma potrzeby. Poszło idealnie za pierwszym razem! Nie musicie się
znowu całować.
- Szkoda...
- Gratuluję wam, chłopaki, i dziękuję za prawdziwe... zaangażowanie.
- Cała przyjemność po mojej stronie - zapewnił Rufus, szczerząc się w uśmiechu.
Bartek tymczasem odetchnął, uspokoił się, wyluzował i pozwolił, by jego
emocje, skumulowane w różnych częściach ciała, opadły... Zamierzał właśnie
poprosić Dorotę, by pomogła mu zmyć z twarzy filmowy makijaż, lecz nagle
zastygł w pół gestu, dostrzegłszy, że w drzwiach pomieszczenia stoi
Mikołaj i obserwuje wszystko z chłodnym zainteresowaniem. Jego twarz
była jak zwykle niewzruszona, ale w kącikach bladych warg igrał cień
rozbawienia.
Filip właśnie wyłączył kamerę i zauważył niespodziewanego gościa.
- O, siema! - przywitał go przyjaźnie. - Co tu robisz?
- Szukałem Bartka - wyjaśnił Mikołaj. - Chciałem mu o czymś powiedzieć.
- Bartek jest już wolny - oznajmił reżyser, zanim rudy zdążył otworzyć
usta. - Skończyliśmy dzisiaj kręcić ostatnią scenę - pochwalił się.
- Widziałem - mruknął chłopak.
- Dużo widziałeś? - zainteresował się Filip, niby od niechcenia, ale
ciekawy opinii przypadkowego widza.
- Chyba wystarczająco dużo - odparł jasnowłosy druh - żeby poznać
zakończenie twojego filmu jeszcze przed premierą.
- I co sądzisz? - nalegał Zygier, jak każdy artysta spragniony
komplementów.
Mikołaj zastanawiał się przez chwilę.
- Na pewno ciekawa scena - wycedził w końcu, wciąż z dwuznacznym
uśmieszkiem. - Odważna... Na swój sposób ważna i całkiem estetyczna.
- Uff! - odetchnął z wyraźną ulgą Filip. - Wiedziałem, że jesteś
inteligentnym widzem. Myślisz, że będzie z tego skandal? Zaszkodzi to
nam?
- Skandal nigdy nie zaszkodził prawdziwej sztuce - stwierdził
refleksyjnie Mikołaj. - Tak czy owak przejdziesz do historii konkursu.
- To samo mówił Rufus - zauważył podekscytowany Zygier.
- Przynajmniej w tym jednym się zgadzamy - odparł beznamiętnie Mikołaj,
zerkając z ukosa na Ru, który chyba lekko się zmieszał pod lodowatym
spojrzeniem blondyna. To było nietypowe jak na niego.
- Możemy zaraz porozmawiać - zadeklarował Bartek. - Tylko Dorota zmyje
mi charakteryzację - poinformował, poddając się zabiegom dziewczyny.
- Nie ma pośpiechu - odparł szorstko Mikołaj. - Sprawa nie jest pilna i może zaczekać. Widzę, żeś teraz zajęty, więc nie będę zawracał ci głowy.
Przyślę wiadomość - obiecał i swoim zwyczajem odszedł bez pożegnania.
Po jego wyjściu zapanowało niezręczne milczenie.
- Ostro, jak na byłego harcerza - mruknęła w końcu Sztabka, ścierając
Bartkowi z twarzy resztki makijażu.
- Chyba mu się jednak nie podobało - podjął zasępiony reżyser - i pochwalił nas tylko przez grzeczność. "Ciekawa scena"? To nie brzmiało
jak komplement. Teraz rozgada w całej szkole, że nakręciliśmy jakiś
gejowski szajs...
- Na pewno tego nie zrobi - zaprzeczył żywo Bartek, chociaż był równie
jak inni speszony dziwnym zachowaniem swego idola. - To nie w jego
stylu.
- Ale co to w ogóle było? - wtrącił zirytowany Ru. - Strzelił focha i poszedł? "Przyślę wiadomość"? Zabrzmiało jak: Kiss my ass and good
bye!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki