Rozdział 3
- Nie jestem pewien, czy rozumiem. Chce pani wznowić moją sprawę?
Frank Woods spojrzał na mnie spod długiej grzywki wpadającej do oczu. Miał jakieś pięćdziesiąt pięć lat, czyli o dwadzieścia pięć więcej niż ja, ale mimowolnie skonstatowałam, że jest atrakcyjny. W jego uśmiechu i oczach kryła się jakaś tajemnica, która mnie przyciągała. Media opisywały go jako kobieciarza i komedianta, ale ja zobaczyłam w nim coś innego. Był czarujący, owszem, natomiast wyłącznie w pozytywnym sensie. Nie flirtował ze mną, a gdy siedziałam naprzeciwko niego, o dziwo nie czułam się skrępowana. W mediach portretowano go wyłącznie niekorzystnie i pomyślałam sobie, że może to nie było sprawiedliwe.
Nachylił się do przodu, krzesło skrzypnęło.
- Zechciałaby pani rozwinąć?
Uśmiechnęłam się.
- Rozumiem, dlaczego tak nieufnie pan do tego podchodzi.
Żachnął się.
- Nieufnie to grube niedopowiedzenie. Ma pani na czym oprzeć swój wniosek? Cokolwiek? Przyznałem się do morderstwa. W jaki sposób chciałaby pani udowodnić, że jej nie zabiłem?
Spojrzałam na akta, pokręciłam głową i znowu podniosłam wzrok.
- Nie mam nic mocnego i dlatego przede wszystkim przyszłam do pana. Chciałabym, żeby udostępnił mi pan rzeczy żony. Myślę, że gdy śledczy przeglądali je sześć lat temu, umknęło im coś ważnego, ale nie mogę tego udowodnić. Pewnie ma pan jeszcze wszystkie rzeczy z domu? Może gdzieś w jakichś kartonach?
Odchrząknął.
- Hm, w domu mieszka teraz moja szwagierka, z dziećmi. Zajmuje się nimi. Będzie musiała ją pani poprosić. Tak mi się zdaje.
- Myślę, że będzie łatwiej, jeśli da mi pan zgodę. Domyślam się, że szwagierka nie za bardzo ma ochotę panu pomagać?
Ubawiłam go.
- O nie. Nienawidzi mnie z całego serca. Trudno się jej dziwić. Sam bym siebie nienawidził.
- To właśnie chciałabym zmienić. Mam nadzieję, że oczyszczę pańskie imię i odzyska pan swoje życie. Moim zdaniem jest pan niewinny.
Znowu go ubawiłam.
- Pani zdaniem jestem niewinny?
Nerwowo kiwnęłam głową.
- Tak.
- Jest pani szalona, wie pani?
- Będę musiała przyzwyczaić się do takiej opinii na swój temat. Coś mi mówi, że jeśli zacznę badać tę sprawę, jeszcze nieraz usłyszę to słowo.
Odchylił się i przyjrzał mi się podejrzliwie.
- Jest pani prawdziwą agentką? Dość pani młoda.
Pokazałam mu odznakę i legitymację ze zdjęciem.
- A jednak. Jestem profilerką.
- Wygląda na nówkę sztukę. Jak długo to pani ma?
Zarumieniłam się.
- To nie ma znaczenia dla sprawy.
- Ach, rozumiem. Młoda i chce udowodnić swoją wartość, co?
- Może, ale to nie powinno...
- Niech mi pani powie: dlaczego mam pani zaufać?
- A ma pan wybór? - spytałam, siląc się na pewność w głosie. - Nie widzę tu kolejki chętnych do pomocy.
Wzruszył ramionami.
- Mogę odmówić.
- Oczywiście, to pańska decyzja. Ale wówczas będzie pan tu kisł przez resztę życia, trzymając się swojego kłamstewka, że zabił pan własną żonę.
Frank Woods milczał. Uśmiech zamarł mu na ustach, znowu opadł na oparcie. Wpatrywał się we mnie kilka sekund, zagryzając wnętrze policzka.
- Myślę, że nasza rozmowa dobiegła końca.
- Nie, proszę. - Położyłam dłoń na stole. - Przepraszam, jeśli pana obraziłam. Naprawdę muszę to zrobić. Doprowadza mnie to do szaleństwa. Analizowaliśmy pańską sprawę na szkoleniu i od tego czasu nie daje mi ona spokoju. Nie mogę przez nią spać.
Znowu się żachnął.
- Naprawdę?
- Tak, naprawdę.
Zmrużył oczy.
- Szczerze uważa pani, że jestem niewinny?
- Tak. Cały czas próbuję to panu powiedzieć.
- Nawet gdybym pani powiedział, że nie jestem?
- Nawet.
Gwizdnął.
- Wow, albo jest pani najbystrzejszą agentką na świecie, albo najtępszą. Nie umiem tego rozstrzygnąć.
- Może ja sama to rozsądzę - odparłam z uśmiechem. W kółko zadawałam sobie to pytanie przez minione miesiące, gdy analizowałam sprawę Franka, nie mogąc odpuścić. - No więc co pan na to? Da mi pan dostęp do domu i do pańskich rzeczy? - spytałam z nadzieją.
Patrzył na mnie niechętnie. Nic dziwnego, że był cyniczny. Długo twierdził, że jest niewinny, ale nikt mu nie wierzył. Wreszcie powiedział, że to zrobił. Sądziłam, że po prostu skapitulował, bo za bardzo na niego naciskano i wiedział, że nie ma szans. To była jedna z moich teorii. Opracowałam też inną: że przyznał się do winy, by kogoś chronić, kogoś mu bliskiego. Wiedziałam jednak, że sam mi tego nie powie, więc nawet o to nie pytałam. Przynajmniej na razie.
A jednak ostatecznie skinął głową.
- Dobra, panno profilerko. Ma pani moje pozwolenie. Poproszę adwokata, żeby napisał do mojej szwagierki i dopilnował, by pani nie przeszkadzała. Zobaczymy, na co panią stać.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie pożałuje pan, panie Woods.
- Na pewno mam taką nadzieję. - Puścił oko, gdy weszli strażnicy i postawili go na nogi. Dreptał już do drzwi, gdy niespodziewanie stanął i obejrzał się na mnie.
- Jeszcze jedno pytanie, panienko... Dlaczego moja sprawa? Dlaczego akurat ona? Mnóstwo ludzi tu mówi, że są niewinni. Ja nie. Więc dlaczego? I dlaczego teraz?
Westchnęłam. W kółko zadawałam sobie to pytanie, próbując przekonać sama siebie, że powinnam zostawić to w spokoju.
- Powiedzmy, że pański profil nie do końca pasuje do profilu zabójcy. Jak mówiłam, analizowaliśmy pańską sprawę na kursie i ani przez chwilę nie wierzyłam, że to pan. Obiecałam sobie, że gdy już zostanę przyjęta do pracy, przyjrzę się tej sprawie. I dopóki tego nie zrobię, nie zasnę spokojnie.
- Wydaje się pani dziwnie pewna, chociaż przyznałem się, że ją zabiłem.
- Nie wierzę panu. Umiem rozpoznać kłamcę.
Roześmiał się, a gdy strażnicy go wyprowadzali, rzucił pod nosem:
- Ona mi się podoba.