Wszyscy kłamiemy - Willow Rose

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Waszyngton, DC

Kłó­cili się tylko po pi­jaku. Mindy Lynn i Tuck Bow­man byli ra­zem sie­dem lat z nie­wiel­kim okła­dem i przy­ja­ciele po­strze­gali ich zwią­zek jako sta­bilny - są­dzili, że ni­gdy się nie kłócą i nie­mal we wszyst­kim się zga­dzają. I to była prawda, przy­naj­mniej na ogół - do­póki oboje odro­binę nie prze­ho­lo­wali. Wtedy nie­wiele im było trzeba, by rzu­cić się so­bie do gar­deł, a gdy je­chali do domu z Gril­l­fish, gdzie pili przy ba­rze kilka go­dzin po za­koń­cze­niu po­siłku, awan­tura trwała już w naj­lep­sze.

- Nie wci­skaj mi kitu - mó­wił Tuck, przy­spie­sza­jąc, by zdą­żyć na żół­tym. - Wi­dzia­łem, jak na niego pa­trzy­łaś, kiedy do cie­bie pod­szedł.

Mindy wy­rzu­ciła ręce w górę.

- Na mi­łość bo­ską, nie mam po­ję­cia, o kim mó­wisz!

Ob­ró­cił głowę i pa­trzył na nią, w jego co­raz bar­dziej zmru­żo­nych nie­bie­skich oczach na­ra­stała wście­kłość. Prze­stra­szyła się, że nie pa­trzy na drogę.

- Ko­chasz mnie?

- Pro­szę, patrz na drogę - po­wie­działa, w zde­ner­wo­wa­niu opie­ra­jąc dło­nie na de­sce roz­dziel­czej.

- Będę, kurna, pa­trzył, na co chcę - wark­nął. Zer­k­nął szybko na szosę i znowu na Mindy. Mocno ści­snął jej udo. Prze­szył ją ból. Ni­gdy wcze­śniej nic ta­kiego się nie zda­rzyło. Tuck miał szkli­ste oczy, wzrok bez wy­razu, za­ci­skał co­raz moc­niej wargi. Za­krę­ciło się jej w gło­wie. Na pewno po­winna była so­bie od­pu­ścić dwie ostat­nie ko­lejki. Cią­gle czuła smak te­qu­ili i ju­tro bę­dzie strasz­nie chora. Na tym wła­śnie po­le­gał jej pro­blem. Kiedy osią­gali pe­wien po­ziom pi­jań­stwa, jakby nie mo­gła się już po­wstrzy­mać. Chciała jesz­cze wię­cej. Nie­czę­sto po­zwa­lała so­bie po­su­nąć się tak da­leko i zwy­kle za­trzy­my­wała się o wiele wcze­śniej, za­nim osią­gnęła ten punkt bez po­wrotu. Od­kąd jed­nak Tucka wy­rzu­cono z bu­dowy, nie ukła­dało im się naj­le­piej. Bo­ry­kali się z kło­po­tami fi­nan­so­wymi, a on źle zno­sił to, że za­wo­dzi. Co prawda nie mieli jesz­cze dzieci, ale je pla­no­wali. Sta­rali się od lat i fakt, że do tej pory im się nie udało, na pewno sta­no­wił pro­blem. Choć Mindy czę­sto my­ślała, że po­winni za­się­gnąć po­rady ja­kie­goś spe­cja­li­sty, jesz­cze nie od­wa­żyła się wspo­mnieć o tym Tuc­kowi. Je­śli to z nim by­łoby coś nie tak, pę­kłoby mu serce.

- Uda się. Mu­sisz po pro­stu cze­kać - po­wie­działa jej mama. - Może za bar­dzo się te­raz przej­mu­jesz? Samo się sta­nie, w naj­mniej prze­wi­dy­wal­nym mo­men­cie. Wierz mi, ty też by­łaś wielką nie­spo­dzianką dla mnie i taty. Jest o wiele ła­twiej, gdy nie masz ocze­ki­wań.

Mindy usi­ło­wała więc nie mieć ocze­ki­wań. Oczy­wi­ście, ła­twiej było po­wie­dzieć, niż zro­bić. Po trzech la­tach sta­rań co­raz trud­niej przy­cho­dziło jej igno­ro­wać fakty. I dzi­siaj po­ru­szyła ten te­mat, jak ja­kaś idiotka, nad sma­żoną rybą, którą za­wsze za­ma­wiała w tej knaj­pie.

- Tuck, to już trzy lata. My­ślisz, że coś jest nie tak?

To były jej słowa. Po­wie­działa tylko tyle. Ale wy­star­czyło. Oczy Tucka zro­biły się nie­obecne, nie­ru­chome.

Za­nim zdo­łała co­kol­wiek do­dać, do­pił piwo i za­mó­wił na­stępne, które opróż­nił, nie od­zy­wa­jąc się. Prze­kli­nała się w du­chu, że po­ru­szyła te­mat. To miał być dla nich wielki wie­czór, bo Tuck zna­lazł wresz­cie nową pracę - i to w końcu le­piej płatną. Byli tacy za­do­wo­leni, do chwili gdy za­dała to de­bilne py­ta­nie, cho­ciaż nie miała po­wodu. Dla­czego za­wsze musi wszystko po­psuć?

Po­szedł pić przy ba­rze, a ona ru­szyła za nim, pró­bu­jąc po­pra­wić mu na­strój. Po kilku ko­lej­kach w końcu od­pu­ścił i znowu roz­ma­wiali w miarę nor­mal­nie. No, Tuck za­rzu­cał jej flir­to­wa­nie z ja­kimś ko­le­siem, któ­rego w ogóle nie pa­mię­tała. A po­do­bno z nim roz­ma­wiała. Jak za­wsze uni­kali praw­dzi­wego pro­blemu. Byli w trak­cie kłótni, gdy skrę­cili w Wi­scon­sin Ave­nue i sa­mo­cho­dem za­rzu­ciło.

- Nie wie­rzę ci - po­wie­dział. - Ale do­my­ślam się, że już mnie nie ko­chasz. Gdy­byś mnie ko­chała, to­byś mnie nie zdra­dzała.

- Zdra­dzała?! A to co znowu?

- Och, daj spo­kój. My­ślisz, że je­stem taki durny?! - krzyk­nął Tuck, stu­ka­jąc się pal­cem w głowę. - Znam cię. Ostat­nio tak dziw­nie się za­cho­wy­wa­łaś, a przed­wczo­raj nie po­zwo­li­łaś mi zaj­rzeć do two­jego te­le­fonu. Są­dzisz, że nie do­strze­gam tych wszyst­kich zna­ków, co? Ale to wła­śnie cała ty. Ty...

- Tuck, bła­gam, patrz na drogę! - krzyk­nęła, bo z prze­ciwka pę­dziła na nich cię­ża­rówka, trą­biąc i mru­ga­jąc świa­tłami. Le­d­wie zdą­żył od­bić kie­row­nicą. Mindy chwy­ciła się za serce i dy­szała ciężko, gdy mi­nęła ich roz­pę­dzona cię­ża­rówka.

- No i wła­śnie - po­wie­dział, pa­trząc na nią wście­kle. - My­śla­łaś, że zde­rzę się z cię­ża­rówką, co? Nie ufasz mi.

To było dla niego naj­gor­sze - kiedy Mindy nie wie­rzyła, że ją ochroni. Po pi­jaku za­wsze za­gry­wał tą kartą. Zbie­rał w gło­wie ja­kieś epi­zody i wy­wle­kał je, gdy za dużo wy­pił. Po­czy­na­jąc od chwili, kiedy spy­tała go o li­sty od skar­bówki. Z wes­tchnie­niem przy­mknęła oczy. W gło­wie się jej krę­ciło, czuła nad­cią­ga­jącą mi­grenę.

- Oczy­wi­ście, że ci ufam - skła­mała, pró­bu­jąc go uspo­koić, po­pra­wić mu na­strój. W ciągu ostat­nich kilku lat, kiedy za­cho­wy­wał się jak w tej chwili, ro­biła to wiele razy. Zwy­kle dzia­łało, ale ni­gdy nie miała pew­no­ści, że znowu się uda. - Tylko się prze­stra­szy­łam. Wiesz, jaka się ro­bię ner­wowa od pro­wa­dze­nia po...

Urwała, wspo­mniaw­szy swoją przy­ja­ciółkę Amy, która za cza­sów szkoły śred­niej miała wy­pa­dek - zde­rzyła się czo­łowo z ja­dą­cym z prze­ciwka au­tem. Zgi­nęła na miej­scu.

Mindy spoj­rzała do przodu, ośle­piły ich czy­jeś świa­tła.

- Ten sa­mo­chód je­dzie bar­dzo szybko - po­wie­działa drżą­cym gło­sem.

Tuck zer­k­nął i uj­rzał pę­dzący na nich zyg­za­kiem po­jazd.

- Oho! - Skrę­cił gwał­tow­nie kie­row­nicą, gdy tam­ten mi­nął ich ze świ­stem po­wie­trza.

- Zwol­nij! - krzyk­nęła Mindy i oboje po­pa­trzyli w lu­sterko wsteczne, śle­dząc tam­tego, nim ude­rzył w drzewo na po­bo­czu.

Rozdział 1

Od­cze­ka­łam chwilę i po­ka­za­łam od­znakę sie­dzą­cej za szybą funk­cjo­na­riuszce w mun­du­rze. Od­znaka tak lśniła, że trudno było ukryć, jaka jest nowa.

- Eva Rae Wil­son? Agentka Wil­son?

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała mi w oczy. Tro­chę się skrzy­wi­łam. Mimo pię­ciu lat mał­żeń­stwa cią­gle nie przy­zwy­cza­iłam się do zmiany na­zwi­ska z pa­nień­skiego Tho­mas na Wil­son. Roz­ma­wia­łam o tym czę­sto z Cha­dem, moim mę­żem. Chcia­łam zo­stać Tho­mas, bo ko­cha­łam to na­zwi­sko, ale że bar­dzo się wtedy ob­ra­żał, w końcu ustą­pi­łam. Bar­dziej po­do­bało mi się brzmie­nie frazy "agentka Tho­mas" niż "agentka Wil­son". Nie py­taj­cie dla­czego. Pew­nie nie by­łam przy­go­to­wana na utratę toż­sa­mo­ści ot, tak. W gło­wie wciąż by­łam Evą Rae Tho­mas, tak jak przez całe do­tych­cza­sowe ży­cie.

- Chyba nie mia­ły­śmy oka­zji się po­znać? Pani jest nowa?

Kiw­nę­łam głową, ru­mie­niąc się tro­szeczkę.

- Tak. Do­piero nie­dawno tra­fi­łam do agen­cji.

Spoj­rzała na mnie za­nie­po­ko­jona, a po­tem pod­nio­sła brwi.

- I chce się pani zo­ba­czyć z Fran­kiem Wo­od­sem?

- Tak, wy­peł­ni­łam wszyst­kie for­mu­la­rze.

- OK, chyba wszystko się zga­dza - po­wie­działa, zaj­rzaw­szy w do­ku­menty, które prze­ka­za­łam jej za­raz po wej­ściu. - Jest pod­pis tu­taj... i tu­taj... i pani pa­rafka na stro­nie trze­ciej... tak. No to może pani wejść.

Wy­chy­liła się i przy­ci­snęła gu­zik, żeby zwol­nić zamki w po­dwój­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych do wię­zie­nia. W przy­po­mi­na­ją­cym twier­dzę bu­dynku osa­dzano naj­gor­szych prze­stęp­ców Dys­tryktu Ko­lum­bia. Sama ni­gdy wcze­śniej tu nie by­łam i bar­dzo się de­ner­wo­wa­łam. Prze­szłam przez drzwi i znowu po pro­stu pod­nio­słam od­znakę, by straż­nik ją zo­ba­czył. Cią­gle lu­bi­łam ją pre­zen­to­wać, jakby to było coś, na co na­prawdę ciężko pra­co­wa­łam. Całe ży­cie ma­rzy­łam, by zo­stać pro­fi­lerką FBI z BAU, Jed­nostki Ana­liz Be­ha­wio­ral­nych. I wresz­cie to ma­rze­nie się speł­niło. Cztery lata stu­dio­wa­łam psy­cho­lo­gię, po­tem prze­szłam przez Aka­de­mię FBI i wresz­cie na trzy lata do­sta­łam przy­dział do biura te­re­no­wego w DC, a do­piero zło­ży­łam po­da­nie do BAU. Nie mo­głam uwie­rzyć, że wy­brano mnie na szko­le­nie i po dwóch i pół roku zo­sta­łam peł­no­prawną pro­fi­lerką. Te­raz nad­szedł czas, bym po­ka­zała, na co mnie stać. I do­sko­nale wie­dzia­łam, jak zro­bić na nich wszyst­kich wra­że­nie. Roz­wią­za­nie sta­nęło przede mną po kilku mi­nu­tach, gdy sia­dłam w po­koju prze­słu­chań i otwarto drzwi.

- Frank Wo­ods - po­wie­dzia­łam do męż­czy­zny w po­ma­rań­czo­wym kom­bi­ne­zo­nie. Miał skute ręce i nogi, do środka wpro­wa­dziło go dwóch straż­ni­ków o po­waż­nym wy­ra­zie twa­rzy. Nie był tak przy­stojny jak na zdję­ciach, które mia­łam w ak­tach, ale i tak pre­zen­to­wał się nie­źle. Pa­so­wały mu włosy przy­pró­szone si­wi­zną na skro­niach i dało się za­uwa­żyć, że sześć lat od­siadki po­świę­cił tre­nin­gom. Był te­raz o wiele bar­dziej umię­śniony niż w chwili, gdy ska­zano go za za­mor­do­wa­nie żony.

Wska­za­łam krze­sło na­prze­ciwko sie­bie, uśmie­cha­jąc się grzecz­nie i bar­dzo sta­ra­jąc się ukryć zde­ner­wo­wa­nie.

- Pro­szę usiąść. Mamy dużo do omó­wie­nia.

Rozdział 2

Daw­niej

Rand­ko­wa­nie on­line było o wiele trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wała. Mary El­len Gar­ton prze­wi­nęła ko­lejny pro­fil na por­talu Para dla Mi­lio­nera. W gło­wie roz­brzmie­wał jej głos sio­stry, Fran­ces, która mówi, że to prze­kręt, bo na por­ta­lach rand­ko­wych nie ma praw­dzi­wych mi­lio­ne­rów.

- No wiesz, jak ktoś jest mi­lio­ne­rem, to po co miałby szu­kać randki w in­ter­ne­cie? Znaj­dzie tam tylko wy­łu­dzaczki.

Mary El­len się z tym nie zga­dzała. Co prawda na więk­szość fa­ce­tów, któ­rzy do niej na­pi­sali, zmar­no­wała tylko czas, ale w któ­rymś mo­men­cie była pewna, że znaj­dzie Tego Je­dy­nego. Nie mu­siał być mi­lio­ne­rem; po­trak­to­wa­łaby to po pro­stu jako miły bo­nus - ro­dzaj pre­mii. Cho­ciaż Mary El­len sa­mot­nie wy­cho­wy­wała czwórkę dzieci, nie było jej ciężko. Nie­źle so­bie ra­dziła i zaj­mo­wała się sama po­tom­stwem już od trzech lat, a jed­no­cze­śnie ro­biła ka­rierę w fir­mie. W su­mie była jakby biz­ne­swo­man; wpraw­dzie w nie­któ­rych mie­sią­cach le­d­wie wią­zała ko­niec z koń­cem, ale bez dra­ma­tów. I wresz­cie mo­gła ku­pić dom, który wy­naj­mo­wała od pię­ciu lat, a po­nie­waż ceny nie­ru­cho­mo­ści w ostat­nim roku wy­strze­liły w górę, wie­działa, że jest na plu­sie.

Tak, Mary El­len umiała za­dbać o sie­bie i dzieci, cho­ciaż jej sio­stra ni­gdy nie po­tra­fiła uwie­rzyć, że tak bę­dzie. Mary El­len stać było na o wiele wię­cej, niż Fran­ces są­dziła.

- Znajdę do­sko­nałą par­tię, a ty ski­śniesz z za­zdro­ści, bę­dziesz wszystko od­szcze­ki­wać - mó­wiła pod no­sem, prze­wi­ja­jąc pro­file i pa­trząc na zdję­cia. Na jed­nym się za­trzy­mała i klik­nęła. Fa­cet grał w golfa, miał na so­bie te straszne spodnie, ja­kie no­szą gol­fi­ści. Miła twarz, ale gol­fi­stów skre­ślała, bo ten sport po­chła­nia fa­ce­towi tyle czasu, że po pracy bra­ko­wa­łoby go dla niej. Co mia­łoby też swoje plusy. Do­brze było spę­dzać tro­chę czasu osobno - po­tę­sk­nić za sobą, a nie cią­gle sie­dzieć so­bie na gło­wie. Z dru­giej strony cały week­end spę­dza­łaby wy­łącz­nie z dziećmi i mu­sia­łaby sama wo­zić je na wszyst­kie za­ję­cia, gde­ra­jąc, że on jest na polu gol­fo­wym. Wła­śnie taki pro­blem miała jej przy­ja­ciółka Jen­ni­fer - mąż do­pro­wa­dzał ją do sza­leń­stwa. Nie, nie ma mowy, żeby się w coś ta­kiego wpa­ko­wała. Mary El­len po­krę­ciła głową, a po­tem ska­so­wała za­ga­je­nie gol­fi­sty. Nie le­ciała na byle oka­zję. Tym ra­zem fa­cet mu­siał jej ide­al­nie pa­so­wać. I po pro­stu wie­działa, że tak bę­dzie. Był gdzieś tam, cze­kał, aż go znaj­dzie. Czuła to.

- Gdzie się kry­jesz, mój przy­szły mężu? - spy­tała z wy­cze­ku­ją­cym uśmie­chem, prze­wi­ja­jąc da­lej pro­file. Przy­glą­dała się zdję­ciom i od­rzu­cała kan­dy­da­tów jed­nego po dru­gim. - Wiem, że gdzieś tu je­steś.

Wes­tchnęła, stwier­dziw­szy, że fa­cet, który się jej po­doba, mieszka we Fran­cji. Nie była go­towa na zwią­zek na od­le­głość. Jej wy­bra­nek nie mu­siał miesz­kać tuż koło niej ani na­wet w tym sa­mym hrab­stwie. Nie miała nic prze­ciwko kil­ku­go­dzin­nej jeź­dzie, ale zu­peł­nie inny kraj? Nie, nie da­łaby rady. Tego po pro­stu nie chciała.

- Nie - po­wie­działa i wy­szła z jego pro­filu, tro­chę smutna, że to nie on, bo bar­dzo jej się po­do­bały jego nie­bie­skie oczy. - Tym ra­zem bę­dzie to strzał w dzie­siątkę. I je­stem pewna...

Urwała, pa­trząc na zdję­cie męż­czy­zny, który po­pro­sił już o kon­takt. Wpa­try­wała się w fo­to­gra­fię, po­tem wzięła głę­boki od­dech i klik­nęła w jego pro­fil, spo­dzie­wa­jąc się, że za­raz do­wie się na jego te­mat cze­goś nie­ko­rzyst­nego, tak jak w po­zo­sta­łych wy­pad­kach. Ku jej za­sko­cze­niu tym ra­zem tak się jed­nak nie stało. Męż­czy­zna miesz­kał w od­le­gło­ści trzech go­dzin jazdy sa­mo­cho­dem i był mniej wię­cej w jej wieku, star­szy o dwa lata, czyli ide­al­nie. Nie miał dzieci, ni­gdy się nie oże­nił, długo był zwią­zany z ko­bietą, która nie chciała ślubu. Roz­stali się z po­wodu róż­nicy cha­rak­te­rów.

I rze­czy­wi­ście był mi­lio­ne­rem. Na­pi­sał, że ma wła­sny dom z ba­se­nem i zro­bił pie­nią­dze na in­we­sty­cjach, dzięki któ­rym w ze­szłym roku, ma­jąc za­le­d­wie czter­dzie­ści osiem lat, prze­stał pra­co­wać.

"To zna­czy, że będę miał mnó­stwo czasu dla no­wej part­nerki. I zro­bię wszystko, żeby cię uszczę­śli­wić".

Mary El­len wpa­try­wała się w zdję­cie, na któ­rym urze­ka­jąco uśmiech­nięty męż­czy­zna w czar­nych dżin­sach i nie­bie­skiej ko­szuli stał oparty o wierzbę.

Opa­dła na opar­cie, wzdy­cha­jąc z za­do­wo­le­niem i czu­jąc mo­tyle w brzu­chu.

- Wi­taj, mój ide­ale. Wła­śnie się za­sta­na­wia­łam, kiedy wresz­cie się po­ja­wisz.

Rozdział 3

- Nie je­stem pe­wien, czy ro­zu­miem. Chce pani wzno­wić moją sprawę?

Frank Wo­ods spoj­rzał na mnie spod dłu­giej grzywki wpa­da­ją­cej do oczu. Miał ja­kieś pięć­dzie­siąt pięć lat, czyli o dwa­dzie­ścia pięć wię­cej niż ja, ale mi­mo­wol­nie skon­sta­to­wa­łam, że jest atrak­cyjny. W jego uśmie­chu i oczach kryła się ja­kaś ta­jem­nica, która mnie przy­cią­gała. Me­dia opi­sy­wały go jako ko­bie­cia­rza i ko­me­dianta, ale ja zo­ba­czy­łam w nim coś in­nego. Był cza­ru­jący, ow­szem, na­to­miast wy­łącz­nie w po­zy­tyw­nym sen­sie. Nie flir­to­wał ze mną, a gdy sie­dzia­łam na­prze­ciwko niego, o dziwo nie czu­łam się skrę­po­wana. W me­diach por­tre­to­wano go wy­łącz­nie nie­ko­rzyst­nie i po­my­śla­łam so­bie, że może to nie było spra­wie­dliwe.

Na­chy­lił się do przodu, krze­sło skrzyp­nęło.

- Ze­chcia­łaby pani roz­wi­nąć?

Uśmiech­nę­łam się.

- Ro­zu­miem, dla­czego tak nie­uf­nie pan do tego pod­cho­dzi.

Żach­nął się.

- Nie­uf­nie to grube nie­do­po­wie­dze­nie. Ma pani na czym oprzeć swój wnio­sek? Co­kol­wiek? Przy­zna­łem się do mor­der­stwa. W jaki spo­sób chcia­łaby pani udo­wod­nić, że jej nie za­bi­łem?

Spoj­rza­łam na akta, po­krę­ci­łam głową i znowu pod­nio­słam wzrok.

- Nie mam nic moc­nego i dla­tego przede wszyst­kim przy­szłam do pana. Chcia­ła­bym, żeby udo­stęp­nił mi pan rze­czy żony. My­ślę, że gdy śled­czy prze­glą­dali je sześć lat temu, umknęło im coś waż­nego, ale nie mogę tego udo­wod­nić. Pew­nie ma pan jesz­cze wszyst­kie rze­czy z domu? Może gdzieś w ja­kichś kar­to­nach?

Od­chrząk­nął.

- Hm, w domu mieszka te­raz moja szwa­gierka, z dziećmi. Zaj­muje się nimi. Bę­dzie mu­siała ją pani po­pro­sić. Tak mi się zdaje.

- My­ślę, że bę­dzie ła­twiej, je­śli da mi pan zgodę. Do­my­ślam się, że szwa­gierka nie za bar­dzo ma ochotę panu po­ma­gać?

Uba­wi­łam go.

- O nie. Nie­na­wi­dzi mnie z ca­łego serca. Trudno się jej dzi­wić. Sam bym sie­bie nie­na­wi­dził.

- To wła­śnie chcia­ła­bym zmie­nić. Mam na­dzieję, że oczysz­czę pań­skie imię i od­zy­ska pan swoje ży­cie. Moim zda­niem jest pan nie­winny.

Znowu go uba­wi­łam.

- Pani zda­niem je­stem nie­winny?

Ner­wowo kiw­nę­łam głową.

- Tak.

- Jest pani sza­lona, wie pani?

- Będę mu­siała przy­zwy­czaić się do ta­kiej opi­nii na swój te­mat. Coś mi mówi, że je­śli za­cznę ba­dać tę sprawę, jesz­cze nie­raz usły­szę to słowo.

Od­chy­lił się i przyj­rzał mi się po­dejrz­li­wie.

- Jest pani praw­dziwą agentką? Dość pani młoda.

Po­ka­za­łam mu od­znakę i le­gi­ty­ma­cję ze zdję­ciem.

- A jed­nak. Je­stem pro­fi­lerką.

- Wy­gląda na nówkę sztukę. Jak długo to pani ma?

Za­ru­mie­ni­łam się.

- To nie ma zna­cze­nia dla sprawy.

- Ach, ro­zu­miem. Młoda i chce udo­wod­nić swoją war­tość, co?

- Może, ale to nie po­winno...

- Niech mi pani po­wie: dla­czego mam pani za­ufać?

- A ma pan wy­bór? - spy­ta­łam, si­ląc się na pew­ność w gło­sie. - Nie wi­dzę tu ko­lejki chęt­nych do po­mocy.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Mogę od­mó­wić.

- Oczy­wi­ście, to pań­ska de­cy­zja. Ale wów­czas bę­dzie pan tu kisł przez resztę ży­cia, trzy­ma­jąc się swo­jego kłam­stewka, że za­bił pan wła­sną żonę.

Frank Wo­ods mil­czał. Uśmiech za­marł mu na ustach, znowu opadł na opar­cie. Wpa­try­wał się we mnie kilka se­kund, za­gry­za­jąc wnę­trze po­liczka.

- My­ślę, że na­sza roz­mowa do­bie­gła końca.

- Nie, pro­szę. - Po­ło­ży­łam dłoń na stole. - Prze­pra­szam, je­śli pana ob­ra­zi­łam. Na­prawdę mu­szę to zro­bić. Do­pro­wa­dza mnie to do sza­leń­stwa. Ana­li­zo­wa­li­śmy pań­ską sprawę na szko­le­niu i od tego czasu nie daje mi ona spo­koju. Nie mogę przez nią spać.

Znowu się żach­nął.

- Na­prawdę?

- Tak, na­prawdę.

Zmru­żył oczy.

- Szcze­rze uważa pani, że je­stem nie­winny?

- Tak. Cały czas pró­buję to panu po­wie­dzieć.

- Na­wet gdy­bym pani po­wie­dział, że nie je­stem?

- Na­wet.

Gwizd­nął.

- Wow, albo jest pani naj­by­strzej­szą agentką na świe­cie, albo naj­tęp­szą. Nie umiem tego roz­strzy­gnąć.

- Może ja sama to roz­są­dzę - od­par­łam z uśmie­chem. W kółko za­da­wa­łam so­bie to py­ta­nie przez mi­nione mie­siące, gdy ana­li­zo­wa­łam sprawę Franka, nie mo­gąc od­pu­ścić. - No więc co pan na to? Da mi pan do­stęp do domu i do pań­skich rze­czy? - spy­ta­łam z na­dzieją.

Pa­trzył na mnie nie­chęt­nie. Nic dziw­nego, że był cy­niczny. Długo twier­dził, że jest nie­winny, ale nikt mu nie wie­rzył. Wresz­cie po­wie­dział, że to zro­bił. Są­dzi­łam, że po pro­stu ska­pi­tu­lo­wał, bo za bar­dzo na niego na­ci­skano i wie­dział, że nie ma szans. To była jedna z mo­ich teo­rii. Opra­co­wa­łam też inną: że przy­znał się do winy, by ko­goś chro­nić, ko­goś mu bli­skiego. Wie­dzia­łam jed­nak, że sam mi tego nie po­wie, więc na­wet o to nie py­ta­łam. Przy­naj­mniej na ra­zie.

A jed­nak osta­tecz­nie ski­nął głową.

- Do­bra, panno pro­fi­lerko. Ma pani moje po­zwo­le­nie. Po­pro­szę ad­wo­kata, żeby na­pi­sał do mo­jej szwa­gierki i do­pil­no­wał, by pani nie prze­szka­dzała. Zo­ba­czymy, na co pa­nią stać.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko.

- Nie po­ża­łuje pan, pa­nie Wo­ods.

- Na pewno mam taką na­dzieję. - Pu­ścił oko, gdy we­szli straż­nicy i po­sta­wili go na nogi. Drep­tał już do drzwi, gdy nie­spo­dzie­wa­nie sta­nął i obej­rzał się na mnie.

- Jesz­cze jedno py­ta­nie, pa­nienko... Dla­czego moja sprawa? Dla­czego aku­rat ona? Mnó­stwo lu­dzi tu mówi, że są nie­winni. Ja nie. Więc dla­czego? I dla­czego te­raz?

Wes­tchnę­łam. W kółko za­da­wa­łam so­bie to py­ta­nie, pró­bu­jąc prze­ko­nać sama sie­bie, że po­win­nam zo­sta­wić to w spo­koju.

- Po­wiedzmy, że pań­ski pro­fil nie do końca pa­suje do pro­filu za­bójcy. Jak mó­wi­łam, ana­li­zo­wa­li­śmy pań­ską sprawę na kur­sie i ani przez chwilę nie wie­rzy­łam, że to pan. Obie­ca­łam so­bie, że gdy już zo­stanę przy­jęta do pracy, przyj­rzę się tej spra­wie. I do­póki tego nie zro­bię, nie za­snę spo­koj­nie.

- Wy­daje się pani dziw­nie pewna, cho­ciaż przy­zna­łem się, że ją za­bi­łem.

- Nie wie­rzę panu. Umiem roz­po­znać kłamcę.

Ro­ze­śmiał się, a gdy straż­nicy go wy­pro­wa­dzali, rzu­cił pod no­sem:

- Ona mi się po­doba.

Rozdział 4

Pa­trzył na dzieci ba­wiące się na po­dwórku po dru­giej stro­nie ulicy. Chłop­czyk, wcale nie taki naj­młod­szy, bo nie­długo miał skoń­czyć osiem lat, sie­dział na huś­tawce, a jego star­sza o dwa lata sio­stra ba­wiła się la­lecz­kami w wy­so­kiej tra­wie.

Ste­fan Mark wes­tchnął głę­boko. Nie­czę­sto je już wi­dy­wał, bo zwy­kle ba­wiły się w środku. Pew­nie oglą­dały te­le­wi­zję albo grały na kom­pu­te­rze, jak co­raz wię­cej dzieci w tych cza­sach. Albo stu­kały w ja­kąś głu­pawą grę w te­le­fo­nie. Smu­ciło to Ste­fana, bo jego zda­niem dzieci po­winny spę­dzać na dwo­rze co­dzien­nie tyle czasu, ile się tylko da. Nie żeby sam był ja­kimś po­dwór­ko­wym dziec­kiem, jed­nak... Chciałby je czę­ściej wi­dy­wać.

- Prze­stań­cie ro­snąć - po­wie­dział, kła­dąc dłoń na szy­bie. - Nie mogę na­dą­żyć.

Wy­szedł na ga­nek z kawą w ręku i usiadł na sta­rej huś­tawce. Sły­szał stąd, jak dzieci się śmieją - naj­mil­szy dźwięk na świe­cie. Tak bar­dzo chciałby tam pójść i uści­skać je tak jak kie­dyś. Tak bar­dzo by chciał zo­ba­czyć, jak z roz­ja­śnio­nymi twa­rzycz­kami bie­gną do niego, wpa­dają mu w ra­miona, wo­łają: "Wu­jek Ste­fan!", a mały wska­kuje mu na ko­lana, jakby to było coś naj­na­tu­ral­niej­szego na świe­cie.

Jak gdyby był tam u sie­bie.

Ale tak to wy­glą­dało dawno temu. Te­raz dzieci pa­trzyły na niego sze­roko otwar­tymi oczami, jakby był kimś ob­cym, a gdy się zbli­żał, cio­cia wcią­gała je do domu. Prze­stał być mile wi­dziany w ich ży­ciu.

I dla­tego czuł taki smu­tek.

Bo ko­chał te małe sło­dziaki.

Po­pi­jał kawę, pa­trząc, jak się ba­wią, i cie­sząc się brzmie­niem ich gło­sów, które wschodni wiatr niósł po za­ułku. Nie sły­szał do­kład­nie, co mó­wią, ale sły­szał, że są szczę­śliwe, a to mu wy­star­czało. Zo­stał w tym domu dla ich do­bra, żeby ich do­glą­dać i pa­trzeć, jak ro­sną. Gdy do­szło do wy­padku, nie wy­je­chał tylko ze względu na nie. Poza tym to miej­sce ko­ja­rzyło mu się z bó­lem i głę­bo­kim smut­kiem.

Dziew­czynka, mała Izzy, ba­wiła się spo­koj­nie, aż jej brat Ben ze­sko­czył z huś­tawki, pod­biegł do niej i wy­rwał jej z ręki la­leczkę. Rzu­cił się do ucieczki, a Izzy za­częła wście­kle krzy­czeć. Wresz­cie się po­de­rwała i ru­szyła za nim. Ste­fan pa­trzył, jak mała pró­buje zła­pać brata, a ten aż pisz­czy z ucie­chy, trzy­ma­jąc la­leczkę w wy­cią­gnię­tej ręce wy­soko nad głową sio­stry. Nie mo­gła się­gnąć, choć pró­bo­wała na­wet pod­ska­ki­wać. Wresz­cie pchnęła go mocno, on się prze­wró­cił i ude­rzył głową o as­fal­tową na­wierzch­nię pod­jazdu. Te­raz to Ben pła­kał, a Izzy trium­fu­jąco wy­do­stała la­leczkę z jego pal­ców i już miała odejść, gdy pod­bie­gła do nich ciotka. Po­mo­gła Be­nowi wstać, a po­tem chwy­ciła Izzy i po­cią­gnęła ją za rękę do drzwi, kar­cąc ją za pchnię­cie brata. Ste­fan wstał, było mu strasz­nie żal bied­nej Izzy i wtedy ko­bieta się obej­rzała i na niego spoj­rzała. Miała tak wście­kły wzrok, że po­czuł dresz­cze. Drżąc, ob­ró­cił się i wró­cił do środka, a cią­gnięta do drzwi Izzy pła­kała po dru­giej stro­nie ulicy.

Rozdział 5

Mi­nęła ósma, gdy wje­cha­łam do ga­rażu i za­mknę­łam za sobą bramę. Chwy­ci­łam to­rebkę i wbie­głam do kuchni. Chad na­wet nie od­wró­cił głowy od kom­pu­tera.

- Spóź­ni­łam się?

Wresz­cie pod­niósł wzrok i spoj­rzał na mnie.

- Słu­cham?

- Dzieci? Pę­dzi­łam do domu, żeby przy­tu­lić je na do­bra­noc. Nie śpią jesz­cze?

- Ależ oczy­wi­ście, że śpią. Po­ło­ży­łem je pół go­dziny temu. Były nie­zno­śne i mu­siały wcze­śniej pójść do łó­żek. Mia­łem ciężki dzień, je­stem wy­koń­czony.

Odło­ży­łam to­rebkę.

- Oj. Mia­łam na­dzieję, że zdążę się z nimi zo­ba­czyć. Gdy rano wy­cho­dzi­łam, jesz­cze spały.

Wzru­szył ra­mio­nami i z po­wro­tem sku­pił się na ekra­nie.

- Cóż, nie całe na­sze ży­cie kręci się wo­kół two­jej pracy. Dziew­czynki mu­szą iść spać przed ósmą, bo na­stęp­nego dnia będą nie­zno­śne, prze­cież wiesz.

- Wiem, ale... Prze­cież jest do­piero ósma. Mia­łam na­dzieję, że za­cze­kają, aż...

Chad spoj­rzał na mnie tak, że urwa­łam.

- No tak. - Uśmiech­nę­łam się po­cie­sza­jąco. - Mia­łeś ciężki dzień.

Po­krę­cił głową.

- Nie masz zie­lo­nego po­ję­cia. Praca z sza­le­ją­cymi w domu dwu­latką i czte­ro­latką to na­prawdę nie w kij dmu­chał.

Ścią­gnę­łam brwi.

- Chri­stine i Oli­via nie po­szły dziś do przed­szkola?

- Po­szły, ale nie skoń­czy­łem pracy, za­nim je ode­bra­łem, więc po­my­śla­łem, że zro­bię to póź­niej, ale cią­gle coś się działo. Co prawda nie masz po­ję­cia, jak to jest.

- Ja­sne, bo ni­gdy nie ma mnie w domu - pod­su­mo­wa­łam, zdej­mu­jąc kurtkę. - Świetne po­wi­ta­nie.

- Na­wet nie za­czy­naj. Nie ma cię cały dzień. A ja tu sie­dzę i pró­buję się wszyst­kim zaj­mo­wać, a do tego jesz­cze pra­co­wać.

- Przy­naj­mniej mo­żesz pra­co­wać z domu - od­par­łam, choć chcia­łam na­tych­miast skoń­czyć tę roz­mowę. Nie by­łam w na­stroju ani nie mia­łam siły jej znowu pro­wa­dzić. Wie­dzia­łam, że skoń­czy się tak samo jak za­wsze.

Źle.

- Wiesz, ile bym dała, żeby móc pra­co­wać z domu? Żeby być bli­sko dzieci?

Chad prych­nął, wbił wzrok w ekran i klik­nął myszką. Wes­tchnę­łam. Czu­łam się sa­motna. Ani ca­łusa na po­wi­ta­nie, ani cie­płego słowa, ani choćby "Jak ci mi­nął dzień?". Jak do tego do­szło? Kie­dyś by­li­śmy tacy szczę­śliwi. Czy wszystko to na­prawdę stało się przez moją pracę? Fak­tycz­nie, rzadko by­wam w domu, ale tak się umó­wi­li­śmy. Prze­ga­da­li­śmy to, gdy za­czę­łam szko­le­nie. Że to on bę­dzie mu­siał w du­żej mie­rze - no, w więk­szo­ści - za­jąć się do­mem. Tak wy­glą­dał plan. Po­wie­dział, że nie ma nic prze­ciwko. W końcu to ja by­łam ży­wi­cielką ro­dziny. Nie za­ra­biał za dużo jako agent ubez­pie­czeń ma­jąt­ko­wych. Zwłasz­cza te­raz, gdy od roku sza­lała re­ce­sja. Lu­dzi nie było stać na ubez­pie­cze­nie domu, a wielu mu­siało w ogóle zre­zy­gno­wać z domu i od­dać go ban­kowi. Pi­ku­jący ry­nek nie­ru­cho­mo­ści nie sprzy­jał suk­ce­som sprze­dawcy po­lis ma­jąt­ko­wych. Cha­dowi było bar­dzo trudno, wal­czył o każdy grosz. No, tro­chę się po­pra­wiało, ale po­woli. Wie­dzia­łam, że go to mę­czy, ale nie chciał się do tego przy­znać. Na­to­miast, ow­szem, da­wał mi po­pa­lić, gdy tylko prze­szłam przez próg. Sta­wało się to już re­gułą. Mia­łam dość nie­ustan­nego po­czu­cia winy, że pra­cuję i się re­ali­zuję. Chcia­łam go spy­tać: "A gdyby sy­tu­acja była od­wrotna?". Gdyby to on ro­bił ka­rierę, ja zaś zaj­mo­wa­ła­bym się do­mem? Wie­dział, że by­łoby trudno. A te­raz mógł tylko na­rze­kać od chwili, gdy we­szłam do domu, do mo­mentu, gdy wy­cho­dzi­łam. Za­wsze czuł się wy­koń­czony, za­wsze zmę­czony, a dom wy­glą­dał jak staj­nia Au­gia­sza, to ja mu­sia­łam przed pój­ściem spać po­sprzą­tać na­czy­nia i za­bawki w sa­lo­nie. I na­wet nie mo­głam zo­ba­czyć có­re­czek. Wsta­łam o 5.30, żeby mimo wa­szyng­toń­skich kor­ków zdą­żyć do pracy, więc nie wi­dzia­łam ich też rano. Źle się z tym czu­łam.

Warto było?

We­szłam na górę i zaj­rza­łam do dziew­czy­nek. Miały wła­sne po­koje, ale chciały spać ra­zem, bo za­wsze tak było w miesz­ka­niu, które zaj­mo­wa­li­śmy, za­nim ku­pi­li­śmy dom.

- Po co nam w ta­kim ra­zie ten wielki dom? - burk­nę­łam. Był dla nas zde­cy­do­wa­nie za drogi, zwłasz­cza gdy za­robki Chada zro­biły się tak nie­sta­bilne. Ale ku­pi­li­śmy go przed samą re­ce­sją, nie prze­wi­dy­wa­li­śmy pro­ble­mów fi­nan­so­wych. A te­raz dom był nam ra­czej kulą u nogi i wszystko nie­po­trzeb­nie utrud­niał.

Dziew­czynki spały jak za­bite, wszę­dzie le­żały roz­rzu­cone za­bawki. Chri­stine tu­liła mocno swo­jego ulu­bio­nego bia­łego kró­liczka i spała z otwar­tymi ustami, bo była prze­zię­biona. Od­dy­chała ciężko. Po­de­szłam bli­żej i uśmiech­nę­łam się, pa­trząc na ich piękne bu­zie. Ten wi­dok nie miał so­bie rów­nych.

Od­wró­ci­łam się do wyj­ścia, gdy Oli­via na­gle usia­dła.

- Mama? Ma­mu­sia?

Po­tarła oczy.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie. Nie chcia­łam cię obu­dzić.

Ru­szy­łam ku niej i uści­snę­łam ją mocno.

- Tę­sk­ni­łam za tobą, ma­mu­siu - wy­szep­tała mi do ucha.

Ze­brało mi się na płacz.

- Ja też za tobą tę­sk­ni­łam, ko­cha­nie.

- Dla­czego nie wró­ci­łaś dziś do domu?

- Mia­łam pracę.

- A tak. Praca jest ważna.

- Na­prawdę jest, skar­beńku. Ale ty je­steś waż­niej­sza, za­wsze o tym pa­mię­taj.

Uśmiech­nęła się.

- Ta­tuś dzi­siaj krzy­czał na Chri­stine. Był bar­dzo zły.

Wes­tchnę­łam i przy­tu­li­łam jej drobne ciałko.

- Mu­simy być te­raz miłe dla ta­tu­sia. Jest mu bar­dzo trudno.

Siąk­nęła no­sem, kiw­nęła głową i prze­tarła oczy. Moja mała có­reczka ro­biła się taka duża i mia­łam wra­że­nie, że tyle już ro­zu­mie. Trzy­ma­łam ją chwilę, bo­jąc się, że mru­gnę okiem, a ona do­ro­śnie i wy­mknie mi się z rąk. Tak trudno było mi w roli ro­dzica, któ­rego ni­gdy nie ma. Mia­łam po­tężne wy­rzuty su­mie­nia, że re­ali­zuję ma­rze­nia, a jed­no­cze­śnie czu­łam, że mam do tego ta­kie samo prawo jak każdy męż­czy­zna.

Dla­czego mia­łoby być ina­czej?

- Ko­cham cię, ma­mu­siu.

Oli­via za­mknęła oczy, po­mo­głam jej się po­ło­żyć, a po­tem po­ca­ło­wa­łam ją w czoło i de­li­kat­nie po­gła­ska­łam po gło­wie.

- Ja też cię ko­cham. Ju­tro wrócę do domu tak, żeby przy­tu­lić cię na do­bra­noc. Obie­cuję.

- Trzy palce na sercu? - spy­tała sen­nym gło­sem.

- Trzy palce na sercu.

Rozdział 6

Daw­niej

Do­piero po kilku dniach Mary El­len do­cze­kała się od­po­wie­dzi na swój mejl. Co­dzien­nie spraw­dzała skrzynkę od­bior­czą i co­dzien­nie ze zdu­mie­niem stwier­dzała, że Ethan We­aver, bo tak się na­zy­wał, jesz­cze nie od­pi­sał. Już pra­wie stra­ciła na­dzieję, gdy któ­re­goś wie­czoru wresz­cie do­stała wia­do­mość. Otwo­rzyła ją z za­par­tym tchem, dy­go­cąc z emo­cji. Prze­czy­tała, a z każ­dym wer­sem serce biło jej co­raz moc­niej.

Na po­czątku prze­pro­sił, że mu­siała tak długo cze­kać, ale był za gra­nicą i nie spraw­dzał zbyt czę­sto poczty. Po­tem na­pi­sał o so­bie i o tym, jak ciężko prze­żył stratę sio­stry, która zmarła kilka mie­sięcy wcze­śniej - dla­tego wła­śnie mu­siał wy­je­chać na ja­kiś czas. Bez tego by so­bie nie po­ra­dził. Byli so­bie bar­dzo bli­scy, bo wy­cho­wali się ra­zem z mamą i bra­tem, po tym jak oj­ciec ich zo­sta­wił, a on mu­siał zaj­mo­wać się ro­dzeń­stwem, gdy matka się upi­jała, czyli czę­sto. Mary El­len czy­tała mejl z cięż­kim ser­cem, wzdy­cha­jąc i prze­ły­ka­jąc łzy. Po­sta­no­wiła od razu od­pi­sać. Opo­wie­działa mu o wła­snej sio­strze i o tym, jak bar­dzo się o nią trosz­czyła, gdy były dziećmi, bo ich oj­ciec al­ko­ho­lik czę­sto je bił. Cią­gle czuła, że po­winna się nią opie­ko­wać, i nie wy­obra­żała so­bie, że mo­głaby ją stra­cić . To by ją po pro­stu za­biło. Na ko­niec Mary El­len prze­czy­tała swój mejl w ca­ło­ści, już czu­jąc bli­skość z tym czło­wie­kiem. Mi­mo­wol­nie czuła, że jej po­trze­buje i że może ona jego też.

Tym ra­zem od­pi­sał szybko, bo już po dwóch go­dzi­nach:

"To nie­sa­mo­wite, że mamy tyle wspól­nego. Zu­peł­nie jakby wszech­świat chciał nam coś po­wie­dzieć. Czy tylko ja od­no­szę ta­kie wra­że­nie? Ni­gdy wcze­śniej się tak nie czu­łem. Czy to nie dziwne? Czy je­stem zbyt szczery, że tak od razu o tym mó­wię?"

Mary El­len przy­ło­żyła dłoń do piersi, czu­jąc, że im moc­niej wal­czy ze wzbie­ra­ją­cym w jej piersi uczu­ciem, tym trud­niej się jej od­dy­cha. Po czym od­pi­sała:

"Ależ skąd. Ja też tak czuję i uwa­żam, że jak jest do­brze, to jest do­brze i nie ma co z tym wal­czyć".

I znowu od­pi­sał od razu:

"Bar­dzo się cie­szę, że tak mó­wisz. Nie chcę się spa­lić w blo­kach, LOL. Ale prawda jest taka, że już od tego pierw­szego li­stu na­prawdę cię po­lu­bi­łem i czuję, że mógł­bym ci się zwie­rzyć. Nie­ła­two mi to przy­cho­dzi, tyle razy już się roz­cza­ro­wa­łem rand­ko­wa­niem on­line. Wiem, to dziwne. Ale czuję, że coś na­prawdę nas łą­czy. Pro­szę, po­wiedz mi, je­śli ty tak tego nie czu­jesz, a się wy­co­fam".

Mary El­len uśmiech­nęła się sze­roko. Był już wie­czór. Gdy wresz­cie po dłu­gim i cięż­kim dniu po­ło­żyła dzieci spać, na­lała so­bie wina i otwo­rzyła kom­pu­ter. Dzieci były nie­zno­śne, a ona miała wra­że­nie, że cały dzień ga­siła po­żary. Przy­zwy­cza­iła się do tego, że sama się nimi zaj­muje, ale cią­gle dużo pła­ciła za to, że jest ich czwórka, w wieku od czte­rech do dwu­na­stu lat. Na­prawdę tę­sk­niła za obec­no­ścią w jej ży­ciu jesz­cze ko­goś - ko­goś, kto by ją do­ce­niał, kto by jej po­wie­dział, jaka jest piękna, zwłasz­cza w dni, gdy wy­glą­dała okrop­nie, a czuła się jesz­cze go­rzej. Chciała, by ktoś trzy­mał ją nocą za rękę, le­żał koło niej i szep­tał jej do ucha, że wszystko bę­dzie do­brze. Że z nią bę­dzie wszystko do­brze. Że ra­zem so­bie po­ra­dzą.

Ethan, bądź tym je­dy­nym, bła­gam, Boże!

Na­piła się wina, wzięła głę­boki od­dech, by ze­brać się na od­wagę. I od­pi­sała:

"Czuję do­kład­nie to samo. Na­prawdę. Wiem, że to szybko, ale po co mar­no­wać czas? Chciał­byś się spo­tkać któ­re­goś dnia?"

Rozdział 7

- To ja­kiś żart, prawda?

Sto­jąca na progu wy­soka ko­bieta miała włosy za­wi­nięte w cia­sny ko­czek na czubku głowy. Pa­trzyła na mnie z po­wagą. W ręku trzy­małą pi­smo od praw­nika Wo­odsa, które dziś po po­łu­dniu ode­bra­łam z jego kan­ce­la­rii. Wie­dzia­łam, że ta ko­bieta to Pa­tri­cia Ca­plan, że jest sio­strą Ar­lene Wo­ods i że to ona zaj­muje się dziećmi po jej śmierci.

- To zna­czy... nie ma in­nej moż­li­wo­ści, prawda? - pod­jęła.

Po­krę­ci­łam głową.

- Za­pew­niam pa­nią, że to nie żart.

Zmarszczka po­mię­dzy jej brwiami jesz­cze się po­głę­biła.

- To nie­moż­liwe... No wie pani... Czy pani po­wie­działa, że jest z FBI?

Kiw­nę­łam głową.

- Tak, pra­cuję nad wzno­wie­niem śledz­twa.

- Och, nie. Nie, nie, nie.

- Uwa­żam, że po­peł­niono błąd.

Po­trzą­snęła głową.

- Och nie, to nie­prawda. On za­bił moją sio­strę. Sam się do tego przy­znał. Zo­stał ska­zany. Sprawa za­mknięta.

- Nie mó­wię, że nie jest wi­nien. Mó­wię tylko, że chcia­ła­bym przej­rzeć rze­czy, jego i żony, co­kol­wiek zo­sta­wili.

- Ale... dla­czego?

- Po­nie­waż uwa­żam, że w trak­cie śledz­twa sześć lat temu coś prze­oczono.

Pa­trzyła na mnie z roz­dzia­wio­nymi ustami.

- Chce mi pani po­wie­dzieć, że jest może nie­winny? Wła­śnie to chce pani po­wie­dzieć?

Te­raz ro­biła się na mnie zła, wie­dzia­łam, że mu­szę za­cho­wać ostroż­ność. Mu­szę na to spoj­rzeć jej oczami. Sześć lat temu stra­ciła sio­strę i wal­czyła, by jej szwa­gra ska­zano za mor­der­stwo. Prośba, by wró­cić do tam­tego czasu, czy choćby su­ge­stia, że on może być nie­winny, nie mo­gły się jej po­do­bać. Na pewno ją bo­lały.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­łam. - Ro­zu­miem, że to może być do­tkliwe, ale...

- Do­tkliwe? - krzyk­nęła. - Nie zna pani na­wet po­łowy fak­tów. Tylko ja wie­dzia­łam, że jest wi­nien, gdy wszy­scy inni uwa­żali, że Ar­lene sama się za­biła. W ży­ciu by tego nie zro­biła. W ży­ciu nie zo­sta­wi­łaby tak dzieci. Wje­chać sa­mo­cho­dem w drzewo w środku nocy?! O nie. Wie­dzia­łam, że on jej to zro­bił. Od sa­mego po­czątku wie­dzia­łam, że to nie jest do­bra par­tia. Nikt mnie nie słu­chał.

- Ro­zu­miem - od­par­łam. - To na pewno było trudne.

Oczy wy­peł­niły jej się łzami. Czu­łam się na­prawdę podle. Za­czę­łam za­da­wać so­bie py­ta­nie, co tu w ogóle ro­bię.

- No, cóż...

Pró­bo­wa­łam się uśmiech­nąć, ale wy­szło mi to nie­na­tu­ral­nie, więc da­łam so­bie spo­kój. Zer­k­nę­łam na ze­ga­rek i uświa­do­mi­łam so­bie, że je­stem spóź­niona.

- Prze­pra­szam - pod­ję­łam - ale mu­szę zer­k­nąć na te rze­czy.

Prych­nęła.

- Pew­nie nie mam wy­boru.

- Oba­wiam się, że nie.

Pa­tri­cia Ca­plan wes­tchnęła i wpu­ściła mnie do środka. Za­mknęła za mną drzwi. Z sa­lonu do­bie­gały głosy dzieci, a prze­cho­dząc, zo­ba­czy­łam na ka­na­pie chłopca i dziew­czynkę, któ­rzy oglą­dali te­le­wi­zję. Uśmiech­nę­łam się, a Pa­tri­cia po­pro­wa­dziła mnie na górę.

- Rze­czy są na stry­chu. Po­li­cja je od­wio­zła, gdy za­mknięto śledz­two, a ja nie wie­dzia­łam, co z tym wszyst­kim zro­bić, więc trzy­ma­łam to w kar­to­nach, w któ­rych je przy­wieźli, i wsa­dzi­łam je na strych z całą resztą rze­czy po sio­strze.

Po­cią­gnęła za sznu­rek i po­ja­wiła się dra­bina. Ścią­gnęła ją na dół i wska­zała mi drogę.

- Na gó­rze. Pro­szę wyjść, jak pani skoń­czy. Mu­szę przy­go­to­wać dzie­ciom obiad.

Rozdział 8

Ste­fan za­mie­szał w garnku, go­rąco ude­rzyło go w twarz. Le­żąca na bla­cie ko­mórka za­wi­bro­wała, spoj­rzał na wy­świe­tlacz i skon­ster­no­wany prze­czy­tał imię. Ode­brał.

- Pa­tri­cio?

- Mu­simy po­ga­dać.

- Po­słu­chaj, wiem, że im się przy­glą­da­łem. Prze­pra­szam. Już nie będę.

- Nie dla­tego dzwo­nię - od­parła pra­wie szep­tem.

- Nie? To co się dzieje? Od lat się do mnie nie od­zy­wa­łaś.

Wes­tchnęła. Ste­fan pod­szedł do okna i zo­ba­czył ją na we­ran­dzie po dru­giej stro­nie ulicy. Przed do­mem par­ko­wał czarny wóz, któ­rego ni­gdy do­tąd nie wi­dział.

- Pa­tri­cio, co się dzieje? - spy­tał ner­wowo.

- Ktoś tu jest - od­parła. - Z FBI.

Oczy Ste­fana otwo­rzyły się sze­roko. Znowu spoj­rzał na sa­mo­chód, od­su­nąw­szy zu­peł­nie za­słonę. Serce mu przy­spie­szyło.

- FBI? Czego chcą?

Pa­tri­cia od­dy­chała ciężko po dru­giej stro­nie.

- Ta ko­bieta... ta ko­bieta naj­wy­raź­niej uważa, że Frank... może być nie­winny.

- Co?!

- Sły­sza­łeś. Uważa, że mo­gło dojść do po­myłki.

Ste­fan po­tarł czoło.

- Chyba nie mó­wisz po­waż­nie.

- Tak samo za­re­ago­wa­łam. Ale ona mó­wiła po­waż­nie. Co prawda jest młoda i chyba nowa. Może nikt nie bę­dzie jej słu­chać.

- Albo wręcz prze­ciw­nie - od­parł, wal­cząc ze wzbie­ra­jącą pa­niką. - A je­śli ona się do­wie?

- Za­ła­twimy to.

Ste­fan za­milkł na chwilę.

- Chcesz po­wie­dzieć...?

- Chcę po­wie­dzieć, że to za­ła­twimy.

Ste­fan jęk­nął.

- Oni nie mogą się do­wie­dzieć. Mu­sisz ją po­wstrzy­mać.

- Mu­sisz się uspo­koić. Ni­czego nie znaj­dzie. Je­śli nic nie zna­leźli sześć lat temu, to dla­czego mie­liby zna­leźć te­raz?

Ste­fan się od­prę­żył. Pa­tri­cia miała ra­cję. Dla­czego na­gle ja­kaś żół­to­dziobka mia­łaby zna­leźć coś, czego do­świad­czeni śled­czy nie zna­leźli przed sze­ściu laty? To tylko pa­nika, śmieszne utrud­nie­nia.

- Za­pew­niam cię, że w tych pu­dłach nic nie ma - po­wie­działa Pa­tri­cia. - W ogóle so­bie nie wy­obra­żam, co by to miało być.

Ste­fan ski­nął głową. Na chwilę za­mknął oczy, po­tem znowu spoj­rzał na dom po dru­giej stro­nie. Już się czuł tak bez­piecz­nie. Całe lata za­jęło mu do­tar­cie do punktu, gdzie w końcu był w sta­nie za­mknąć prze­szłość za sobą. I te­raz to? Wszystko mia­łoby wró­cić? Nie za­mie­rzał do tego do­pu­ścić.

- Ale pil­nuj jej, do­bra? I in­for­muj mnie, co się dzieje.

- Oczy­wi­ście. Chyba wła­śnie scho­dzi na dół. Mu­szę koń­czyć.

- Ja­sne. - Ste­fan chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale Pa­tri­cia się roz­łą­czyła. Pa­trzył, jak wraca do środka. Spo­glą­dał na drzwi, które się za nią za­mknęły, a po­tem na czarny sa­mo­chód na pod­jeź­dzie. Serce biło mu mocno. Miał wra­że­nie, że nie może od­dy­chać, przy­ci­snął rękę do piersi i usiadł na fo­telu przy oknie, sku­pia­jąc się na od­dy­cha­niu. Za­mknął oczy, od­chy­lił się, sta­rał się my­śleć o czymś in­nym. Cały czas sły­szał w gło­wie wła­sny głos: "Nie przejdę przez to znowu. Po pro­stu nie dam rady. Czy to się kie­dyś skoń­czy?".

Rozdział 9

Kiedy do­tar­łam do domu, Chad był w kuchni. We­szłam przez drzwi ga­ra­żowe, a gdy uj­rza­łam jego wzrok, wie­dzia­łam, że strasz­nie na­bro­iłam. Skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, wszystko w jego po­sta­wie mó­wiło mi, że jest na mnie wście­kły.

Przy­po­mnia­łam so­bie do­piero po kilku se­kun­dach.

- O cho­lera. Oli­via.

- Więc pa­mię­tasz, że masz dzieci?

Odło­ży­łam to­rebkę.

- To nie w po­rządku. Le­cia­łam na zła­ma­nie karku.

- No to może nie po­win­naś skła­dać obiet­nic. Może nie po­win­naś mó­wić córce, że wró­cisz do domu i po­ło­żysz ją do łóżka, skoro nie mo­żesz. Skoro wra­casz pół­to­rej go­dziny po tym, jak ona idzie spać.

Zmę­czona wy­pu­ści­łam po­wie­trze.

- Prze­pra­szam. Bar­dzo jest zła?

- Przez pół go­dziny ka­te­go­rycz­nie nie chciała iść do łóżka, a po­tem pła­kała za tobą. Była nie­po­cie­szona. W kółko po­wta­rzała, że ma­mu­sia po­ło­żyła trzy palce na sercu, że za­raz przy­je­dzie.

- No tak, jak trzy palce na sercu, to nie ma zmi­łuj - mruk­nę­łam. Było mi ciężko na du­szy. Nie ma nic gor­szego niż po­czu­cie winy, że za­wio­dłaś dziecko. - Po­ga­dam z nią i prze­pro­szę - po­wie­dzia­łam.

- Nie pój­dziesz te­raz na górę. Do­piero co ją uśpi­łem. Nie ze­psu­jesz ca­łej mo­jej wie­czor­nej ro­boty.

Zwie­si­łam ra­miona, czu­łam się okrop­nie. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję, cho­ciaż to było bo­le­sne. Tak strasz­nie chcia­łam po­wie­dzieć Oli­vii, jak mi przy­kro.

- No do­brze - ska­pi­tu­lo­wa­łam. - Po­ga­dam z nią rano.

- Zwy­kle wy­cho­dzisz, za­nim one wstaną - za­uwa­żył.

- To prawda. No to może ju­tro wy­star­tuję póź­niej i zro­bię dla nas wszyst­kich śnia­da­nie. Co ty na to?

Prze­chy­lił głowę.

- Ja na to, że to poza twoim za­się­giem. Co z pracą?

- Moja prze­ło­żona rzu­ciła mi dziś na biurko stos akt, które wy­ma­gają pro­fi­lo­wa­nia, ale bę­dzie mu­siała tro­chę po­cze­kać.

Usia­dłam przy bla­cie i się­gnę­łam po ka­wa­łek zim­nej pizzy, choć wie­dzia­łam, że nie po­win­nam. Przez ostat­nie kilka mie­sięcy nie mia­łam czasu na tre­ningi i już było to wi­dać. Zwłasz­cza po dru­giej ciąży mu­sia­łam być ostroż­niej­sza, bo mia­łam skłon­ność do brzu­cha. Za­nim uro­dziły się dzieci, bie­ga­łam co rano, ale te­raz po pro­stu nie mia­łam na to czasu.

- Są­dzi­łem, że pra­cu­jesz nad tą starą sprawą, która od lat nie daje ci spo­koju.

Wzię­łam drugi kęs pizzy.

- Ow­szem, ale zaj­muję się nią mię­dzy in­nymi spra­wami. Mam za mało do­wo­dów, żeby wnio­sko­wać o wzno­wie­nie śledz­twa, naj­pierw mu­szę coś zna­leźć.

- To do­dat­kowa praca? Nikt jej od cie­bie nie wy­maga?

Kiw­nę­łam głową i do­koń­czy­łam ka­wa­łek pizzy, a po­tem się­gnę­łam po drugi. Po­czu­cie winy nie od­pusz­czało.

- Chwi­leczkę. Kiedy mó­wisz, że wra­casz tak późno przez pracę, to cho­dzi o obo­wiązki, które sama so­bie na­rzu­casz? Nie o to, co każe ro­bić ci firma?

Prze­sta­łam jeść.

- No, to brzmi okrop­nie, gdy tak to uj­mu­jesz.

- Bo to jest okropne, Evo Rae. Wy­bie­rasz pracę i za­nie­dbu­jesz przez nią ro­dzinę. To straszne.

Prze­łknę­łam.

- Nie­winny czło­wiek może spę­dzić całe ży­cie w wię­zie­niu. To jest straszne. - Wsta­łam. - Ale nie ocze­kuję, że to zro­zu­miesz.

Rozdział 10

Daw­niej

Mary El­len jesz­cze ni­gdy się tak nie de­ner­wo­wała. Zgo­dziła się spo­tkać z Pa­nem Ide­ałem w knajpce w mie­ście. Wy­brała lo­kal, w któ­rym na pewno bę­dzie czuła się swo­bod­nie. W końcu spo­tka­nie z fa­ce­tem z por­talu rand­ko­wego to za­wsze ja­kieś ry­zyko. Tyle było hi­sto­rii o ko­bie­tach, które zgwał­cono czy je po­rwano - wie­działa, że musi za­cho­wać ostroż­ność. Uma­wiała się już z męż­czy­znami z tego ser­wisu i do tej pory za każ­dym ra­zem spo­ty­kało ją roz­cza­ro­wa­nie.

Ale Ethan był inny. Nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści, po pro­stu to czuła. Kiedy do sie­bie pi­sali, działo się coś wy­jąt­ko­wego. Miała świa­do­mość, że wy­soko za­wie­siła po­prze­czkę. Mo­gła się tylko mo­dlić, by on spro­stał jej wy­ma­ga­niom.

Szybko za­rzu­cili kon­takt przez por­tal i za­częli pi­sać do sie­bie ese­mesy. Po­tem go po­pro­siła, żeby przy­słał wię­cej swo­ich zdjęć - chciała po­czuć się pew­niej - i wy­słał jej fo­to­gra­fie, które wy­glą­dały na zro­bione przez za­wo­dowca. Na jed­nym stał z nagą klatką pier­siową przy ka­jaku i wy­glą­dał jak mo­del w ma­ga­zy­nie. Wtedy się za­sta­no­wiła, czy to na­prawdę on - taki przy­stojny z blond wło­sami i nie­bie­skimi oczami. Wy­da­wało się to wręcz nie­moż­liwe.

Po­tem spy­tała, czy mo­gliby po­roz­ma­wiać przez te­le­fon. Chciała z nim po­ga­dać, za­nim się spo­tkają - usły­szeć jego głos, wy­ba­dać go, wy­ro­bić so­bie ja­kąś opi­nię. Od­dzwo­nił od razu. Był na­wet nie­śmiały i wręcz nie­wia­ry­god­nie miły. Ja­kim cu­dem czło­wiek mógł być taki do­sko­nały?

Od tego czasu roz­ma­wiali przez te­le­fon co­dzien­nie i w końcu nad­szedł czas, żeby spo­tkać się w re­alu, na praw­dzi­wej randce. Mary El­len wcho­dziła do re­stau­ra­cji tak zde­ner­wo­wana, że czuła ból w żo­łądku.

Prze­szła przez szklane drzwi i od razu zo­ba­czyła jego oczy, gdy pod­niósł wzrok; cze­kał na nią przy ba­rze. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały, uśmiech­nął się ła­god­nie, tak jak ona. W tym mo­men­cie wy­da­wało się, że znają się od wie­ków, jakby wie­dzieli już o so­bie wszystko. Jakby mieli za sobą ży­cie pełne wspól­nych ta­jem­nic.

- Za­ją­łem nam sto­lik przy oknie - po­wie­dział i wska­zał ręką.

Gdy do niej pod­szedł, Mary El­len się za­ru­mie­niła, uświa­do­miw­szy so­bie, że pa­trzą na nich wszyst­kie osoby w lo­kalu. Wszyst­kie ko­biety chciały być z nim, a wszy­scy męż­czyźni chcieli być nim.

Ethan po­dał jej krze­sło, usia­dła, wszy­scy wciąż pa­trzyli. Nie była do tego przy­zwy­cza­jona. Jej eks­mąż był bo­ga­tym praw­ni­kiem z obrzy­dli­wie ma­jęt­nej ro­dziny, ale zde­cy­do­wa­nie nie za­li­czał się do przy­stoj­nych. Co to, to nie - Mi­chael nie stał pierw­szy w ko­lejce po urodę. Ale był uro­czy i miły, przy­naj­mniej na po­czątku, aż po­ka­zał swoje praw­dziwe ob­li­cze po tym, jak ona uro­dziła mu czwórkę dzieci - od­szedł z in­nym męż­czy­zną. Ja­sne, po­winna wcze­śniej do­strzec sy­gnały ostrze­gaw­cze. A je­śli ich nie za­uwa­żyła, to matka po­winna jej po­wie­dzieć.

- Mu­sia­łaś wie­dzieć; no prze­cież wy w łóżku...

- Mamo, dość.

Mary El­len po­krę­ciła głową, pró­bu­jąc od­pę­dzić te my­śli. Nie zno­siła my­śleć o Mi­cha­elu, o swoim mał­żeń­stwie. Zo­sta­wił ją z czwórką dzieci i na­wet się nie obej­rzał. Nie po­ja­wiał się na uro­dzi­nach, nie przy­sy­łał kar­tek. Nie wspo­mi­na­jąc o ali­men­tach, któ­rych nie pła­cił od lat. To wszystko było ta­kie okropne, a ona nie chciała już z ni­kim tego oma­wiać. Miała na­dzieję, że po­zna­nie no­wego męż­czy­zny i ewen­tu­alne po­wtórne mał­żeń­stwo wy­maże całą prze­szłość. Miała na­dzieję, że Ethan jest po pro­stu wła­ści­wym fa­ce­tem. Kiedy uśmie­chał się do niej zza stołu i za­glą­dał jej głę­boko w oczy, mi­mo­wol­nie czuła pew­ność, że wła­śnie tak jest, że to wła­śnie on. Po­wie­dział, że ma pie­nią­dze, i był to wielki plus. Są­dząc po dro­gim gar­ni­tu­rze, rze­czy­wi­ście nie kła­mał.

- Tak się cie­szę, że wresz­cie nam się udało - po­wie­dział.

Miał lekki ak­cent - mó­wił, że jego ro­dzice byli Szwe­dami i przy­je­chali do USA, gdy miał sie­dem lat. Ten ak­cent brzmiał słodko i tylko przy­da­wał mu atrak­cyj­no­ści.

- Ja też - od­parła z wes­tchnie­niem. Czuła ulgę, że na ra­zie nie sły­szy żad­nych sy­gna­łów ostrze­gaw­czych. Ale cią­gle była czujna. W końcu Mi­chael uka­zał praw­dziwe ob­li­cze po wielu la­tach, a zda­niem jej matki stało się tak dla­tego, że Mary El­len nie zwra­cała na to na­le­ży­tej uwagi. Nie za­mie­rzała po­peł­nić po­now­nie tego błędu.

Ethan wy­cią­gnął dło­nie w jej kie­runku, ale się wstrzy­mał i pod­niósł na nią wzrok.

- Mógł­bym cię po­trzy­mać za rękę? Tę­sk­nię za tym, jak to jest.

Znowu się za­ru­mie­niła.

- Ach... ja­sne.

Uśmiech­nął się, spu­ścił wzrok. I na­gle chwy­cił ją za rękę. Po­czuła cie­pło i pod wpły­wem jego do­tyku lekko za­dy­go­tała.

Rze­czy­wi­ście - to było jak po­ra­że­nie prą­dem.

- Wszystko w po­rządku? - spy­tał, wpa­tru­jąc się w nią.

- Tak... tak... to na­prawdę... miłe. Do­brze mó­wię?

- Tak. - Za­chi­cho­tał. - Ab­so­lut­nie do­brze. Mam wra­że­nie, że znam cię od za­wsze, a jed­nak się de­ner­wuję.

- Wiem... ja też. Cały dzień cho­dzi­łam prze­stra­szona.

- Bo do tej pory wszystko było ta­kie ide­alne.

Oczy jej roz­bły­sły.

- Wła­śnie. By­łam prze­ko­nana, że czeka mnie roz­cza­ro­wa­nie. Gdy­byś wie­dział, ile razy...

- ...by­łaś na rand­kach, które oka­zały się kosz­marne? O tak, ja też.

- Och, nie, tu ze mną ra­czej nie wy­grasz - po­wie­działa i upiła wina, któ­rego kel­ner zdą­żył już im na­lać. - Nikt nie ma lep­szych hi­sto­rii niż ja.

Ro­ze­śmiał się, a po­tem na­chy­lił się do przodu.

- Za­kład? Na pewno mam strasz­niej­sze.

- Nie wie­rzę.

Przez na­stępne kilka go­dzin, w trak­cie obiadu, opo­wia­dali so­bie swoje hi­sto­rie, jedną strasz­niej­szą od dru­giej, i oboje śmiali się do roz­puku. Mary El­len za­uwa­żyła, że Ethan le­d­wie pije wino, ra­czej je po­pija. W trak­cie wie­czoru po­woli ro­biła się wsta­wiona, a on wciąż był trzeźwy.

- Po­zwól, że od­wiozę cię do domu - po­pro­sił, gdy wy­szli przed knajpę. - Nie chcę, żeby ten wie­czór się już koń­czył.

- Do­bra. - Uśmiech­nęła się, prze­my­ślaw­szy przez chwilę tę pro­po­zy­cję. A po­tem dała się za­pro­wa­dzić do jego le­xusa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki