ODCINEK 1
1
Niedługo zadam wam kilka pytań. Potem wy zadacie je samym sobie i przykro mi, ale być może nie będziecie zadowoleni z dalszego rozwoju wydarzeń. Jeśli wolicie żyć w krainie ułudy oraz fantazji, w porządku. Chrzańcie ten wykład. Opuśćcie salę, a balonik waszego komfortu nadal będzie cały.
Jednak jeśli zostaliście... Podjęliście już pierwszą decyzję. Nie chodzi przy tym o wybór dania z menu restauracji albo miejsca, gdzie spędzicie wakacje. Zrobiliście coś znacznie ważniejszego. Wzięliście odpowiedzialność za samych siebie, choć mogliście tego uniknąć. Brawo! Człowiek robi to bardzo rzadko. Zazwyczaj tylko wtedy, gdy jest zmuszany przez czynniki zewnętrzne, na przykład moją chorą wyobraźnię. Sam z siebie niemal zawsze unika konieczności dokonywania podobnego wyboru. Statystycznie jesteście w zdecydowanej mniejszości. Choć być może nie ma z czego się cieszyć. Po prostu mógł nie zadziałać wasz instynkt samozachowawczy.
Wróćmy do sedna. Pierwsza decyzja została podjęta, teraz czas na kolejne. Poprzedzą je pytania. Nie śpieszcie się z odpowiedziami, bo te mogą określić, kim jesteście. Czasem wygodniej jest myśleć o sobie tak, jak byśmy chcieli, a nie tak, jak powinniśmy. Nie jesteśmy szczerzy w dialogu z własnym sumieniem i zgrywamy przed sobą kogoś, kim nie jesteśmy. Zakładamy maski, nawet gdy spoglądamy w lustro.
Widzicie, sam z premedytacją odkładam moment próby. Waham się. Czy mam prawo uruchomić tę lawinę zdarzeń? Być może nie jest ona zależna ode mnie.
No dobrze. Uważajcie.
Wyobraźcie sobie, że idziecie przy zwrotnicy kolejowej. Ciężki wagon pędzi ku pięciu osobom przywiązanym do torów przez szaleńca. Jednym ruchem możecie go przekierować na drugi tor, do którego przywiązano tylko pojedynczego człowieka. Czy to zrobicie?
Skupcie się i przeanalizujcie sytuację. Brak działania to śmierć pięciu osób. Rozsmarowane na torach flaki, krew, fragmenty ciał... Pchnięcie dźwigni to ich uratowanie. Wydaje się to kuszące... Po drugiej stronie jest tylko jeden człowiek.
Ba! Niech on zyska twarz. Niech to będzie stary mężczyzna toczony rakiem, który i tak umrze w najbliższych tygodniach. Śmierć, którą mu zadacie, uchroni go od niesamowitego cierpienia, jakie czeka go w trakcie agonii. Czy to ułatwia wybór?
Pięć osób i stary mężczyzna. Niech i te pięć osób zyska twarze. To dwa małżeństwa mające dzieci oraz jedna kobieta w ciąży. Wagon pędzi wprost na nie! Musicie działać lub zginą.
Nadal się wahacie? A jeśli ten stary mężczyzna to kilkukrotny gwałciciel, który niedawno wyszedł z więzienia i planował dokonać kolejnej napaści? Czy teraz łatwiej podjąć decyzję? Chyba tak. Przynajmniej tak twierdzi statystyka...
Jednak czy ingerując w tę sytuację, sami nie stawiacie się w roli morderców? W końcu umywając ręce i odchodząc, okazujecie, że nic was to nie obchodzi. Nie skazaliście nikogo na śmierć. Po prostu nie dokonaliście wyboru. Czy był moment, w którym szala przeważyła na niekorzyść owego starego mężczyzny?
Świetnie. Bóg być może ma podobną wagę do rozpoznawania dusz, jaką wy oceniliście teraz wartość tych ludzi. A gdyby zamienić sytuację i wagon pędziłby ku pojedynczej kobiecie w ciąży, a na drugim torze leżałoby dwóch gwałcicieli albo morderców? Czy tu wybór jest łatwiejszy?
Jeśli któreś z was się nadal waha, proszę, dodajcie jeszcze jeden element. Niech ci gwałciciele będą odpowiedzialni za pozbawienie tego wagonu kontroli. To oni skierowali go ku kobiecie w ciąży, a następnie zostali przez kogoś przywiązani do torów za rozwidleniem. Podejmiecie decyzję? Skażecie tych dwóch gnojków na śmierć? Będziecie sędziami oraz katami?
W czystej teorii niemal dziewięćdziesiąt procent z nas w którejś z tych konfiguracji podjęłoby działanie. I oczywiście, to tylko teoria, ale możemy ją podeprzeć kilkoma przykładami praktycznymi. Policjanci torturujący terrorystów po to, by ci zdradzili, gdzie podłożyli bombę. Kierowca wolący wypaść z drogi niż uderzyć w stado uroczych jelonków przebiegających przez ulicę. To odłamy tego samego dylematu.
Milknę, po czym odkasłuję. Podnoszę wzrok znad notatek i wiodę nim po sali. Panuje całkowita cisza. Wiem, że przykułem uwagę studentów, lecz za chwilę wydarzy się coś, co odmieni ich życie. Właśnie po to tu jestem.
Spoglądam na wysoką, przygarbioną dziewczynę w pierwszym rzędzie. To dobra uczennica, ale brak jej pewności siebie. Brunetka obok niej jest głupsza, lecz dzięki urodzie cieszy się szacunkiem całej grupy. Chłopcy zabiegają o jej uwagę. Wytatuowany łysol w głębi jest jednym z najbardziej inteligentnych uczestników mojego fakultetu. Mimo swej aparycji nie skrzywdziłby muchy. Domyślam się, jak odpowiedział na kolejne pytania.
- Czy jesteście mordercami? - pytam, bębniąc palcami w pulpit. - A może to nie jest mord, lecz jedynie zabójstwo? Zabawy słowami potrafią być dobrym usprawiedliwieniem.
Przedstawienie czas zacząć. Nadchodzi egzamin praktyczny. Przykułem waszą uwagę?
2
Mógłbym jeszcze długo mówić o dylemacie wagonika. Istnieją setki wersji tego eksperymentu etycznego. Jedna z moich ulubionych dotyczy sytuacji lekarza, który ma tyle lekarstwa, by uratować życie jednego dorosłego pacjenta na swoim oddziale. W chwili gdy chce to zrobić, dowiaduje się, że być może lada moment do szpitala trafi pięcioro dzieci wymagających podania tego specyfiku. W tym przypadku sytuacja jest skomplikowana nie tylko z powodu stosunku medyka do już leczonej osoby, lecz także możliwości pojawienia się nowych pacjentów. Czy pole do poświęceń jest w tym przypadku większe? Czy etyka rozciąga się jak gumka w majtkach, która dopasowuje się do świątecznego obżarstwa?
Nie zadaję tych pytań na głos. Na razie muszą wystarczyć te, które już padły. Trzydzieści sześć par oczu wgapia się we mnie niczym w guru. Interesuje ich nie tylko poruszony temat, ale również to, co działo się ze mną w ciągu ostatnich tygodni. W pewnym sensie sam zostałem zmuszony do rozwiązania niektórych omawianych dylematów. Przynajmniej w ich lekko zmodyfikowanym kształcie.
Przekonałem się, kim jestem. Może nawet przekonałem się, kim jest człowiek, i właśnie o tym będę chciał wam opowiedzieć. Opowiem o tym również im.
Schodzę z katedry i wkładam dłonie do kieszeni. Spoglądam na Sandrę Chojecką, która zdecydowanie zbyt mocno ufa siedzącemu obok niej Adamowi Dyckiemu. Są parą od ponad roku, lecz wiem, że ich spojrzenia na świat są zbyt różne, by stworzyli dobry związek. Przy pierwszym poważniejszym wyzwaniu rzuconym przez życie ich drogi się rozejdą. Dycki pójdzie ścieżką wygody albo kariery - to dwie krawędzie tego samego wyboru. Sandra nie pozwoliłaby mu na to. Jej ambicje staną na przeszkodzie osiągnięciu wspólnego celu. Jednak na razie niech dwa gołąbki ściskają się za rękę i gruchają do siebie. Na zdrowie.
- A ty, Roksano? - Uśmiecham się do krępej blondynki z ręką w temblaku. - Jak byś wybrała?
Dziewczyna spuszcza wzrok i wzdycha. Rumieni się z tego tylko powodu, że użyłem jej imienia. Wstydzi się go, choć przecież to nie jest jej wina, że rodzice umieścili ją na drabinie społecznej tuż obok Dżesiki, Brajana i Miriam.
- Chyba nie potrafiłabym nic zrobić - bełkocze.
Jest szczera. Lubię ją za to, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek poza nią odpowiedział w ten sposób. Wszyscy pozostali będą udawali panów życia i śmierci. Jestem o tym przekonany.
- Paweł? - zwracam się do okularnika w koszulce Iron Maiden i czarnych jeansach. - Zabiłbyś jednego mordercę czy pięcioro przykładnych katolików?
Sala wybucha śmiechem. Zagrałem nie fair. Po pierwsze, postawiłem pytanie, jakby w grę wchodziła tylko jedna z tych dwóch odpowiedzi. Nie dopuszczam braku reakcji. Po drugie, na odpowiedź chłopaka zwróciłem uwagę pozostałych studentów. Po trzecie, uderzyłem w jego identyfikację subkulturową oraz związane z nią uproszczenia. Fan Iron Maiden to metal. Metal to satanista. Satanista to wróg katolików. Żadne z tych założeń nie jest prawdziwe.
- Ja... Chy... Chy... Chyba...
Paweł się jąka. To dodaje jego przemyśleniom oraz odpowiedziom dodatkowego smaczku. Jednak teraz nie zwracam na to uwagi. Tracę jakiekolwiek zainteresowanie jego wywodem.
Obracam w kieszeni strzykawkę. Ostrożnie zdjąłem zabezpieczenie igły i przepuściłem ją między palcami. Pokonuję ostatnie kroki dzielące mnie od celu. To już.
Czas na prawdziwe pytania i prawdziwe odpowiedzi. W głowie mam mętlik, lecz staram się nie chwytać żadnej myśli. Nauczyłem się tego jak nikt inny. Obserwuję własne myśli jak kot przypatrujący się zza tafli szkła rybom w akwarium. Instynkt nakazuje mi je uchwycić, lecz rozum wie, że to nie jest możliwe.
Nagle się zatrzymuję. Obracam się ku studentowi siedzącemu po mojej prawej i wyciągam z kieszeni strzykawkę. Działam błyskawicznie. Wbijam igłę w szyję dzieciaka, po czym naciskam tłoczek. Nikt nie zdążył zareagować. Pięćdziesiąt mililitrów śmiertelnej trucizny dostaje się do krwiobiegu mojej ofiary.
3
Zamieszanie.
Krzyki, tupot, trzask starych, składających się krzeseł. Czyjś płacz i odgłos ciała padającego na ziemię. Potem trzepot zrzuconej marynarki, a następnie świst oddechu. Stukot towarzyszący uginaniu żeber w trakcie reanimacji.
- To eksperyment - rzucam z kamiennym uśmiechem ku usiłującemu stanąć mi na drodze dryblasowi. Zmieniam ton i powtarzam bardziej poufale, jednocześnie puszczając oko: - To tylko eksperyment.
Jego mózg pracuje w tempie spalania się samochodu elektrycznego. Przegrzewa się. Na czole pojawiają się zmarszczki, a usta otwierają się, nie wypowiadając żadnych słów. Unoszę znacząco pustą strzykawkę i to przesądza sprawę. Dryblas ustępuje mi miejsca. Kiwa nawet głową, jakby przyłączał się do cichego porozumienia "eksperymentatorów". Właśnie nawiązaliśmy indywidualną więź. Wystarczą do tego ton głosu oraz odpowiednia mimika. Mamy nasz wspólny sekret, który sprawia, że student bezgranicznie mi ufa.
A więc to eksperyment - jego twarz się rozpromienia. Ulga wręcz bije z każdego pora ciała. Chłopak macha do biegnącej ku nam Wiktorii Deryło. To rezolutna dziewczyna, gotowa usiłować mnie zatrzymać. Jednak wiem, że ufa koledze. A raczej ufa jego instynktowi. Dlatego przed chwilą specjalnie skierowałem się właśnie ku niemu. Jego machnięcie dłoni wystarcza, by Wiktoria się zawahała. Zamiast rzucić mi się do gardła, zamiera w bezruchu. Moment jej zawahania wystarcza, bym pokonał kolejne metry.
Z tej strony auli pozostał już tylko Igor Kolski. Dwumetrowe chuchro przypominające stracha na wróble i uwielbiające grę na skrzypcach. Chłopak, który zwraca szczególną uwagę na dotyk. Być może to kwestia medyczna, ale wzdryga się za każdym razem, gdy ktokolwiek choćby go muśnie. Notorycznie dezynfekuje dłonie i unika kontaktu wzrokowego. Mimo to jest nieprzewidywalny.
Przemyślałem niemal wszelkie możliwe rozwoje sytuacji. Przez ostatnie tygodnie nakreśliłem w głowie bodaj tysiąc scenariuszy, zgodnie z którymi będą przebiegać te sekundy. Dokładnie dziewięćdziesiąt trzy lub cztery od przebicia igłą mierzącej około siedmiu dziesiątych milimetra skóry szyi dwudziestolatka. Cyfry, cyfry, cyfry...
Wyprostowuję palce i wypuszczam strzykawkę, która toczy się po podłodze w dół sali. Igor natychmiast to dostrzega. Łypie na mnie jedynie przez ułamek sekundy. Nie wie, co się dzieje. Jego mózg nie rejestruje przeraźliwych krzyków dobiegających z pierwszego rzędu. Chłopak wybałusza oczy, po czym potrząsa głową. Z trudem składa w całość rozgrywające się wokół wydarzenia, lecz przefiltrowuje je przez własną osobowość. Mija mnie i rzuca się za strzykawką. Kiedy znajduję się przy wejściu do auli, widzę, jak nachyla się, nieudolnie usiłując ją pochwycić między krzesłami.
Tak naprawdę nie zamierzam uciekać. Opieram się o drewniane drzwi i obserwuję wszystko z tej najlepszej perspektywy. Biegający w tę i we w tę studenci, dwoje usiłujących prowadzić reanimację, kilka par oczu utkwionych we mnie, ale wyrażających kompletną pustkę. Żadne z nich nie potrafi jeszcze podjąć decyzji. Nie zareaguje, bo nie rozumie sytuacji. Albo nie chce jej zrozumieć.
Sądzę, że osiemdziesiąt procent ludzi nie dotknęłoby rozdzielni kolejowej, gdyż łudziłoby się, że wagonik w ostatniej chwili się zatrzyma. Albo że to wszystko jest jedynie żartem, a oni znaleźli się w oku ukrytej kamery. Mówię wam, wymyślilibyście tysiące powodów, byle tylko usprawiedliwić swój brak reakcji. Umylibyście ręce, skazując Chrystusa na śmierć. Piłat jest najbardziej swojskim człowiekiem z całej plejady bohaterów Biblii.
- Mój Boże! - z auli niesie się echem kobiecy krzyk. - On nie żyje!
Mimo to Adam Dycki nadal prowadzi reanimację. Chce zaimponować nie tylko ukochanej, ale przede wszystkim samemu sobie. To również przewidziałem. Ułatwiłem mu walkę z obrzydzeniem, używszy takiej igły, by z rany nie wyciekło zbyt wiele krwi. Dziś zapewne wszyscy coś sobie udowodnią.
- Z listy studentów należy wykreślić jedno nazwisko - szepczę, po czym wychodzę z sali. Siadam na ławce na korytarzu i czekam. To jeszcze nie koniec.
4
Fajka smakuje inaczej niż zwykle. Nie powinno się jej traktować jak zwykłego papierosa, lecz teraz zaciągam się nią pośród dziesiątek studentów, którzy wyszli na szybkiego dymka. Zbytnia intensywność sprawia, że główka rozgrzewa się tak mocno, że niemal parzy mnie w palce. Wiśniowy tytoń z Virginii ma posmak spalenizny.
Stojący wokół mnie już wiedzą, że wydarzyło się coś niezwykłego. Plotka lotem błyskawicy obiegła korytarze uniwersytetu. Budynek w stylu Le Corbusiera, który stanowił dumę lubelskiej architektury sprzed ponad pół wieku, przypomina ul. Dzwonią setki telefonów, wymieniane są tysiące wiadomości. Niektórzy obrzucają mnie zaintrygowanymi spojrzeniami.
- Dzień dobry, psorze!
Te słowa są skierowane do mnie. Żaden inny wykładowca nie pozwala zwracać się do siebie w tej formie. Wszyscy puszą się jako panie i panowie doktorzy lub profesorowie. Zadęte bufony.
Odwracam się i dostrzegam szczupłą dziewczynę o porcelanowej, piegowatej cerze oraz lekko rdzawych włosach.
- Cześć, Haniu.
- Ale wtopa! Przepraszam, że nie dotarłam na wykład, ale...
Ubiegam jej tłumaczenia machnięciem ręki. Dopiero teraz studentka dostrzega nietypowe poruszenie. Jest zadyszana, pewnie biegła specjalnie, by zdążyć przynajmniej na końcówkę moich zajęć. Zerka na zegarek i zdezorientowana ponownie przenosi wzrok na mnie.
- Matulu, jest dopiero jedenasta!
- Tak, wiem - przyznaję chłodno. - Zapamiętasz tę godzinę na całe życie.
- Nie jarzę... Co psor chce przez to powiedzieć?
Wzruszam ramionami. Zawsze starałem się, by studenci wchodzili ze mną w relację na poły partnerską. Pragnąłem dyskutować oraz wymieniać się spostrzeżeniami. Etyka jest przedmiotem, w którym tak samo jak wiedza ważne są wrażliwość i inteligencja emocjonalna. Moje rozumienie tematu wcale nie musi być lepsze od jego pojmowania przez empatyczną, bystrą nastolatkę z przytułku. Co więcej, to ona może mieć lepsze instrumenty, by pewne kwestie ogarnąć empirycznie. Wiem, że Hania wychowała się w domu zastępczym, lecz teraz jest już zbyt późno na naukowe dysputy.
Od strony parkingu UMCS dobiega ryk syren. Po chwili przejście między budynkami rozświetlają stroboskopy. Zespół ratowników biegnie do głównego wejścia.
- Boże... Co tu się odjaniepawla?
W murach UMCS ten zwrot jest znacznie bardziej uzasadniony niż w korytarzach pobliskiego KUL-u. Mimo to policzki dziewczyny oblewa rumieniec.
- Pewien chłopiec nie żyje - odpowiadam, wypuściwszy kłąb dymu. - Reanimacja nie mogła nic zmienić, choć zareagowano prawidłowo.
- Kto? Dlaczego?
To zwykłe pytania. Umierając, ludzie przestają być anonimowi. Często budzą większe zainteresowanie niż za życia.
- Nie przejmuj się śmiercią kogoś obcego - szepczę. - To nie powinno mieć na ciebie żadnego wpływu.
- Nie... Ja tylko...
Dziewczyna milknie. W naszą stronę idzie trzech policjantów. Dwóch z nich ma rozpięte kabury i dłonie gotowe w każdej chwili chwycić broń. Palce tego po lewej drżą. Gdybym wykonał ku niemu nerwowy gest, z pewnością doszłoby do tragedii.
Wypuszczam dym i odkładam wrzoścową fajkę na śmietnik. Odwracam się do policjantów plecami, lecz w tym samym momencie jeden z nich chwyta mnie za ramię.
- Na ziemię!
Padam na kolana, a z kieszeni mojej bluzy wypada biały pluszowy miś. Sięgam po niego, co oczywiście wywołuje reakcję gliniarza. Chcą mnie zakuć w kajdanki. Któryś kopie mnie w plecy, a inny wygina mi ramię. Nie wyrywam się. Pozwalam im robić swoje.
Kiedy wreszcie staję na nogi, spoglądam prosto w oczy pani komisarz. Znamy się całkiem dobrze. Żałuję, że nie mogę teraz zdjąć z nosa okularów.
- Nie skażecie mnie za zabójstwo - cedzę. - Jestem niewinny, więc mogłaby pani po prostu pozwolić mi odejść.
Policjantka najwyraźniej nie podziela tego zdania. Mimo to mógłbym się z nią założyć. Z wami również. Słowo daję, jestem niewinny, choć świadkami tego, co zrobiłem, było kilkadziesiąt osób. Nikogo nie zamordowałem. A mimo to na uczelnianej auli jest wciąż ciepły trup.