Wszyscy coś ukrywamy - Karin Slaughter

-
Proszę czekać

Prolog

Allison Vickery wrzucała ciuchy do leżącej na łóżku otwartej walizki. Bieliznę, biustonosze, koszule, dżinsy. Nie dała sobie czasu na zastanowienie, co zabrać. Musiała działać; musiała ignorować szepczący w głowie głos, który doradzał, że może jeszcze poczekać - minutę, godzinę, dzień. Wszystko, co jeszcze mogło się jej przydać, bez trudu kupi po drodze. Pomiędzy North Falls a Atlantą funkcjonowały setki szemranych motelików, lecz ona musiała wyrwać się z Georgii. Może na Florydę, ewentualnie do Alabamy albo Missisipi. Pojedzie do Arkansas w Oklahomie albo rozpłynie się w bezkresie Teksasu. Zacznie się ukrywać. Płacić gotówką. Posługiwać się fałszywymi dokumentami. Musi iść, ciągle iść naprzód, nie oglądając się za siebie. Ilekroć wyda się im, że już prawie ją mają, ona będzie gdzie indziej, a potem jeszcze gdzie indziej. Miesiąc minie jak z bicza strzelił i stanie się wolna niczym ptak.

Nie tylko ona.

Spojrzała na zegarek. Dość już tych obsuw. Musiała wyjeżdżać natychmiast. Poszła do łazienki i łzy napłynęły jej do oczu. W głowie Allison zaroiło się od myśli - nie o tym, co powinna zabrać, tylko o tym, co zostawia. Wszystkich, których kocha. Przyjaciół, na których zawsze mogła liczyć. Sąsiadów troskliwie pytających, co słychać. Inne matki, innych policjantów, niezliczone ważne dla niej osoby. Allison dawała z siebie wiele wielu ludziom, lecz zawsze dostawała w zamian więcej, niż na to zasłużyła.

Naprawdę miała ich wszystkich zostawić?

Wyszła z łazienki. Pokonała korytarz, weszła do pokoju gościnnego, podeszła do okna i wyjrzała na ulicę, która przez tyle lat była jej drugim domem. Patrzyła na cudne jesienne kwiaty w ogrodach, starannie przystrzyżone trawniki, łagodnie kołyszące się na wietrze drzewa, które przetrwały gradobicia i powodzie, a raz - dawno temu - tornado, które zniszczyło kilka domów i farmę.

Spojrzała na własne podwórko. Mandy porzuciła rower na trawniku przed domem. Kupią jej nowy, w innym mieście, kiedy się już osiedlą. Kiedy zyskają poczucie bezpieczeństwa. Teraz liczyło się tylko to jedno. Musiała dbać, by Mandy nie spadł włos z głowy. Musiała przestać popełniać głupie błędy. Na przykład, do jasnej cholery, nie zostawiać otwartego bagażnika i drugiej walizki na podjeździe. Pierwszy lepszy przechodzień domyśli się, że wybierają się w drogę. Musiała zabronić lękom i obawom brać górę nad racjonalnością.

Tylko czy postępowała racjonalnie? Czy naprawdę mogła stąd wyjechać?

Przygryzła wargę tak mocno, że poczuła smak krwi. Posłużyła się bólem, by skupić myśli. Nie miała czasu na wątpliwości. Pozwoliła przejąć stery policyjnemu instynktowi.

Zrobić rekonesans. Zabezpieczyć teren.

Uważnie powiodła wzrokiem po sąsiednich domach. Przyjrzała się Subaru Johny Pateli, Hondzie należącej do Lynne Emory, oraz Camry, którą jeździła Darla Bell. Rolety i zasłony w oknach były odsłonięte, by wpuścić trochę popołudniowego słońca. Na chodnikach żadnej żywej obcej duszy. Nic nie budziło jej podejrzeń, lecz jakoś jej to nie cieszyło. Jako policjantka wiele się nauczyła, zajrzała za niejeden róg i przewidziała wiele cudzych ruchów, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że druga strona może kopiować każdy jej manewr.

Przed jej domem przetoczył się Hyundai, z którego dudniła głośna muzyka. Za kółkiem siedział młody mężczyzna, który mieszkał dwie przecznice dalej. Dorosły już dziś syn Ginny Saddler był równie nierozważny, jak jego matka alkoholiczka. Skończy się tak, że któregoś dnia kogoś zabije.

Przeszła przez korytarz i zabrała z biurka podręczniki Mandy. Nie było powodu, dla którego jej córka nie mogłaby się uczyć po drodze. Będą musiały zostawić tutaj całą elektronikę - telefony, laptopy, tablety. Jasne, Mandy się wścieknie, ale to nie była bezpodstawna decyzja. Jej córka musiała zdawać sobie sprawę, że te rzeczy da się namierzyć. A gdyby tak się stało, ich życie zawisłoby na włosku.

Musiała, prawda?

Allison pokręciła głową. Nie chciała dłużej zadręczać się pytaniami, na które znała już odpowiedź. Gniewem Mandy zajmie się później. Złapała plecak, wetknęła książki do środka i wróciła na korytarz. Minęła tylne schody prowadzące do gabinetu i zeszła głównymi, krętymi, żeby się upewnić, czy zasuwka w drzwiach wejściowych jest zamknięta. Schodziła właśnie z ostatniego stopnia, gdy w jej polu widzenia znalazł się pistolet.

Jej pistolet.

Glock 19 z piętnastoma nabojami w magazynku i jednym w komorze. Allison zaopatrzyła się w zapasową broń jeszcze przed narodzinami Mandy. Trzymała ją w torebce, w woreczku po whisky Crown Royal, lecz teraz aksamitna fioletowa sakiewka leżała na podłodze, a lufa celowała w jej pierś.

Nie było czasu na rozmowę, błagania, argumenty, perswazje.

Ujrzała błysk z końca lufy. Usłyszała huk i świst pocisku rozcinającego powietrze. Owładnął ją szok z powodu tego, co się działo. Dziesięć lat patrolowania i zatrzymywania kierowców z nieważnymi tablicami rejestracyjnymi. Kolejnych dziesięć wykurzania dilerów narkotyków, którzy robili swoje interesy w starych magazynach. Przeszukiwania kryjówek. Interwencji na strzelnicach sportowych. Za każdym razem, gdy wkraczała w nieznane, spodziewała się, że zarobi kulkę. Ale nie teraz. Nie we własnym domu.

Nie od kogoś, kogo kochała.

Rozdział pierwszy

Emmy Clifton patrzyła w milczeniu, jak trumna z jej matką powoli znika w grobie. Zamazał się jej wzrok. Poczuła nagły ucisk w piersi. Bezskutecznie próbowała odetchnąć głęboko. Z silnika elektrycznego napędzającego ruch trumny wydobywało się rytmiczne cyk-cyk-cyk przypominające sekundnik w stoperze, który nieubłaganie odmierza upływ czasu. Wyczuwała w swoim ciele coś złego, jakieś uwierające wewnętrzne zaburzenie. Czuła prąd podskórnego niepokoju, dręczący strach, że przegapiła coś ważnego, powiedziała coś nie tak albo popełniła jakieś głupstwo i teraz jest już za późno, żeby to naprawić.

Podjęła kolejną próbę wyciszenia się głębokim wdechem, lecz smutek nie dopuszczał powietrza do jej płuc.

Jej matka w końcu odeszła. Myrna Joy Clifton przeżyła męża dokładnie o sześć tygodni. Ich związek nie był może romantycznym love story, lecz szanowali się nawzajem i wspierali, spłodzili czworo dzieci, pochowali jedno z nich, zanim skończyło osiemnaście lat, przez ponad cztery dekady zaprzeczali istnieniu kolejnego i pomogli wychować ślicznego wnuka na wspaniałego młodzieńca.

Teraz cała ich egzystencja, ze wszystkimi sprzecznościami i perturbacjami, sprowadzała się do dwóch ułożonych obok siebie trumien, które spoczywały w sąsiadujących ze sobą, ale oddzielnych grobach wyrytych w zboczu wzgórza.

Nagrobek Geralda został postawiony zaledwie cztery dni temu.

Mąż. Ojciec. Przyjaciel.

Emmy spojrzała na otrzymaną w kościele pamiątkową broszurkę. Miała tak spocone dłonie, że atrament rozmazał się jej pod palcami, co uznała za metaforę, którą jej matka z pewnością by doceniła. Ojciec Nate Trask znał Myrnę od ponad pół wieku, lecz zmarła zapewne uznałaby jego mowę pogrzebową za przesadzoną i mijającą się z prawdą. Nie była ciepłą kobietą. Kochała nieliczne grono ludzi. Była pewnikiem, czymś stałym. Niezachwianym sojusznikiem. Ciszą w czasie burzy. Żoną, matką, babcią i nauczycielką; osobą nieustępliwą, irytującą, zabawną, miłą, chwilami zaskakująco tolerancyjną i często współczującą, a przede wszystkim mającą swoje zdanie na absolutnie każdy temat.

Emmy dałaby wiele, by usłyszeć jej narzekanie na głupotę, za jaką bez wątpienia uznałaby obecność setek ludzi patrzących na zwłoki niknące pod ziemią w nietypowo ciepłe jak na tę porę roku sobotnie popołudnie. Myrna nienawidziła bezczynności niemal równie mocno, jak publicznego okazywania uczuć. Nawet w ostatnich chwilach życia widać było, że pragnie mieć to już za sobą. Łapała oddech w sposób, który kojarzył się nie tyle z wyczerpaniem, co z irytacją, jakby chciała zapytać: "Dlaczego, do diabła, wciąż się tu kołaczę?".

Nie to, żeby zdawała sobie sprawę z tego, gdzie jest owo "tu". Śmierć ojca była dla Emmy nagłym, znienacka zadanym ciosem, lecz odejście matki było stratą, której doznaje się boleśnie powoli. Przez siedem koszmarnych lat choroba Alzheimera niczym sadystyczna złodziejka kradła samą esencję Myrny Clifton. Najpierw odebrała pamięć o tym, gdzie są różne drobiazgi - kluczyki do samochodu, okulary do czytania, niedokończone książki - a potem zrabowała mienie ważniejsze i cenniejsze, takie jak cięty dowcip, bystre uwagi, zamiłowanie do literatury, wstręt do polityki i gorejącą żywym ogniem wściekłość z powodu stopniowej degrengolady angielskiej gramatyki.

Emmy usłyszała budzący mdłości odgłos trumny sadowiącej się na miejscu ostatniego spoczynku.

Gdy ojciec Nate poprosił ich o pochylenie głów, wpatrywała się w potężne dęby rosnące w narożu cmentarza w North Falls, gdzie na ziemi aktualnie tłoczyło się niemal równie wielu Cliftonów, co pod ziemią. Otaczali ją kuzyni, ciotki, pociotki i krewni tak dalecy, że znała ich najwyżej z widzenia, a o imionach nie miała pojęcia. Z północy dotarli Colemanowie z wymizerowanymi twarzami i w grubych ciuchach, bo kiedy wylatywali z Marylandu poprzedniego wieczoru, było najwyżej dziesięć stopni, a gdy tuż przed południem wychodzili z miejscowego kościoła pod wezwaniem Odkupiciela, otuliło ich dwudziestostopniowe ciepło.

Stojący obok niej syn drgnął lekko. Cole spuścił głowę i zacisnął zęby. Miał dwadzieścia trzy lata, lecz przez kilka ostatnich tygodni płakał więcej, niż kiedy był chłopcem. Jude delikatnie opierała się o jego ramię, jakby chciała dodać mu otuchy. Przez Emmy przemknął impuls irytacji goniony równie prędkim poczuciem wdzięczności, co trafnie podsumowywało jej uczucia wobec niedawno odzyskanej starszej siostry.

Po Tommym nie było widać takich oznak wewnętrznego rozdarcia, lecz z miny brata rzadko kiedy umiała coś wyczytać. Stał po drugiej stronie grobu z wyrazem twarzy człowieka, który znalazł się na muszce. W większym stopniu niż którekolwiek z nich przejawiał podobną jak Myrna niechęć do otwartego okazywania smutku. Towarzyszyła mu żona Celia wyróżniająca się przedziałkiem siwych odrostów we włosach. Mrugnęła porozumiewawczo, gdy jej wzrok napotkał spojrzenie Emmy. Obie wiedziały, że Myrna nigdy nie zaakceptowała synowej, co zapewne stanowiłoby pewien problem, gdyby Celii choćby w najmniejszym stopniu zależało na jej akceptacji.

- Tommy? - Ojciec Nate gestem zachęcił go do zabrania głosu.

Ale Tommy nie zamierzał mówić. Schylił się powoli i nabrał garść ziemi, lecz zamiast rzucić ją na trumnę, przycisnął pięść do piersi i spuścił głowę. Emmy nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała brata bez kapelusza. Resztki siwiejących włosów okalały łysy czubek jego czaszki niczym tonsura u franciszkanina. Skonsternowana dostrzegła fałd skóry wystający spod mankietu koszuli, a także głębokie zmarszczki i przebarwienia, które przypominały jej zniszczone dłonie ojca. Widok dowodów na nieubłagane starzenie się brata sprawił, że serce zadrżało jej w piersi.

Emmy przyszła na świat długo po zniknięciu Jude, kiedy Tommy był już na drugim roku studiów. Była tym, co jej rodzina nazywała dzieckiem-niespodzianką, zupełnie jakby nikt nie mógł pojąć, skąd się wzięła. A teraz, ledwie kilka tygodni temu, Tommy przeszedł na emeryturę i wciąż nie miał pojęcia, co robić z kolejnymi dniami. W wypadku rowerowym uszkodził sobie kolano, a jeden fałszywy ruch na korcie do pickleballa kosztował go skręconą kostkę. Przez następne dwa miesiące miał chodzić w bucie ortopedycznym. Widziała, że go to dręczy. Oczywiście zawsze zdawała sobie sprawę z tego, że brat jest od niej znacznie starszy, lecz po raz pierwszy w życiu pomyślała o nim jako o staruszku.

- To tyle. - Tommy skinął głową, odwrócił się i zaczął kuśtykać w stronę lasu, wciąż przyciskając garstkę ziemi do piersi. Celia nie podążyła za nim. Przez cały czas trwania ich małżeństwa uczyła się dawać przestrzeń rozmaitym Cliftonom.

Ojciec Nate odwrócił się szybko i rzucił pytającym tonem:

- Emmy?

To jego pytanie utkwiło jej w gardle niczym odłamek szkła. Próbując wygłosić mowę na pogrzebie ojca, nieledwie rozpadła się na dwoje. Gorączkowo szukała w myślach czegoś, co mogłaby powiedzieć o matce - czegoś dobrego, głębokiego i znaczącego - lecz Jude wyszła przed szereg, dając upust emocjom:

- I życie moje to bólu zachwyty, a nocy moich bezsenne marzenia płyną, gdzie oczu twoich blask ukryty, tam, kędy ślady twoich nóg stąpienia. Tam, gdzie eterów toczą się błękity, u wiekuistych światłości strumienia[1].

Rozległ się pomruk konsternacji, tylko na ustach Cole'a wykwitł delikatny uśmiech. Dorastając, niejeden raz słyszał babcię cytującą wiersze Edgara Allana Poego. Jude wybrała na pożegnanie Myrny idealne słowa. Posłała Emmy słodko-gorzki uśmiech, który ta z trudem odwzajemniła.

Irytacja. Wdzięczność.

Ojciec Nate mruknął "amen", zatrzasnął Biblię i było po wszystkim.

W tłumie zaczęły tworzyć się grupki, a większość z nich trzymała się cienia wielkiego rdzawopomarańczowego baldachimu klonu, który miał opaść już za kilka tygodni. Emmy widziała przyjaciół ze studiów i z miasta, lecz nie była w stanie do nikogo podejść. Jej kuzynka Taybee nerwowo splatała palce, w ten sposób bezgłośnie komunikując spanikowane myśli. Ludzie musieli się stąd ruszyć. Na farmie czekały na nich rozmaite przysmaki: stygnące na rusztach ciasta, mięsa w wędzarni, był też chleb kukurydziany do spałaszowania, a także sałatka ziemniaczana do oceny.

Emmy odwróciła się, żeby pocieszyć syna, lecz Jude już wzięła go na stronę. Trzymała dłoń na jego ramieniu, a Cole kiwał głową. Mieli swój własny język.

- Pomóż mi wstać. - Na nodze Emmy zacisnęły się sękate palce liczącej już dziewięćdziesiąt cztery lata ciotki Millie. Była najstarszą żyjącą członkinią rodu Cliftonów, choć z każdym mijającym dniem zaszczyt ten zdawał się coraz bardziej pozbawiony splendoru. Emmy pomogła jej się pozbierać ze składanego krzesełka, wyczuwając pod palcami skórę ciotki, która była niczym skarpetka gładko ślizgająca się po kościach.

- Colemanowie odhaczyli się wszyscy, ale z Verony przyjechali tylko Wilderowie, a Gilchristowie zapewne uważają się za zbyt wielkich ważniaków, by zniżyć się do przyjazdu. Pal ich sześć.

Emmy podążała wzrokiem za jej gestami, gdy wskazywała resztę żałobników, lecz tylko po to, by nie robić ciotce przykrości. Wyławianie z tłumu przedstawicieli najbardziej znanych rodzin w North Falls przy grobie jej matki było na szarym końcu spraw, na których jej zależało. Zgromadzili się tu głównie Cliftonowie, choć nie wszystkich łączyły więzy krwi. To dlatego Taybee nosiła po mężu intrygujące podwójne nazwisko Clifton-Clifton. Byli Cliftonowie biedni i bogaci. Z miasta i ze wsi. Byli Cliftonowie zasiadający w radzie szkolnej i w prokuraturze, a także ci - jak Emmy i Cole - którzy pracowali w biurze szeryfa hrabstwa Clifton.

Obecnie pełniła obowiązki szeryfki i tak miało pozostać przynajmniej do czasu, aż jej kandydatura zostanie oficjalnie zatwierdzona w wyborach albo urząd przejdzie na Bretta Temple'a, który ustępował Emmy pod każdym względem, nie tylko rangą. Jej ojciec sprawował funkcję szeryfa przez sześćdziesiąt trzy lata, ale przed jego śmiercią jako zastępczyni to ona dowodziła biurem. Jednak dopiero gdy odszedł, uzmysłowiła sobie, że istnieją inne aspekty tej pracy, o których nigdy jej nie mówił. Chodzi na przykład o okazywanie sztucznej serdeczności przed wyborami, o zaciekłe negocjacje czy o odwracanie wzroku od jednej rzeczy, by ludzie odwracali wzrok od innej.

Nie była pewna, czy się do tego nadaje.

- Czy to Ace? - Z głosu ciotki Millie powiało grozą. - Doprawdy ma tupet, by się tu pojawić.

Ulga, jaką sprawiła jej Millie, gdy rozgniewana odeszła, szybko wyparowała, kiedy oczom Emmy ukazał się podchodzący do niej wuj Penley. Podobnie jak większość mężczyzn z tej strony rodziny, małą głowę nadrabiał wielkim tyłkiem i wyglądał tak, jakby jego ciało było genetycznie przystosowane do wypadania z wózka golfowego po pijaku.

- Smutny dzień. - Penley wydostał z kieszeni kurtki wysłużoną, obszytą skórą piersiówkę. Poczuła znajomy zapach Old Rip, zanim jeszcze pociągnął długi łyk. - Kochała cię. - Gdy Emmy przytaknęła skinieniem głowy, bo akurat w to nigdy nie wątpiła, dodał: - Do wyborów pozostał nieco ponad miesiąc. - Spojrzał na nią znacząco. - Na debacie z Brettem w przyszłym tygodniu będziesz musiała wykrzesać z siebie trochę energii. Ludzie powinni poczuć, że nie dzięki swemu nazwisku liczysz na zwycięstwo. Oboje wiemy, że twój ojciec by sobie tego życzył.

Emmy pozwoliła, żeby milczenie zawisło między nimi, aż wreszcie Penley zrezygnował i sobie poszedł. Im więcej osób przypominało jej, że Gerald chciał, by została jego następczynią, tym mniejszą miała ochotę na objęcie stanowiska szeryfa. Kandydowała tylko i wyłącznie dlatego, żeby nie pozwolić wygrać Brettowi. Czułaby się zbrukana, gdyby musiała podlegać temu palantowi. I podwójnie zbrukana, gdyby Cole też musiał. Jej syn pracował w biurze szeryfa dopiero od pięciu lat i jeśli ktokolwiek miał go nauczyć, jak być zastępcą szeryfa, to tylko ona.

- Trzymasz się jakoś, dziewczyno? - Taybee objęła Emmy ramieniem, a potem trzykrotnie poklepała ją po dłoni. - Biedna Kaitlynn żałuje, że nie mogła przyjść, ale poród tuż-tuż. Powiedziałam, że jej dziecko będzie musiało mnie nazywać Tay-Tay, bo jestem za młoda na babcię.

Emmy jakimś cudem wyleciało z głowy, że córce Taybee został już tylko tydzień do terminu rozwiązania. Myrna uwielbiała małe dzieci.

- Coś ci powiem - dodała Taybee. - Utrata rodziców w dzieciństwie nie ułatwiła mi życia, ale miałam szczęście, że zawsze mogłam liczyć na Myrnę. A widziałaś, że zjawił się Ace? Mam nadzieję, że nie będzie siał zamętu.

Potok informacji był zbyt trudny do przetworzenia. Emmy znów odszukała wzrokiem Cole'a, który właśnie rozmawiał z Celią. Ciotka Millie odciągnęła Jude na bok i zachęciła ją gestem, by się pochyliła, bo chciała coś szepnąć jej do ucha. Emmy dziwiło, że ilekroć ktokolwiek pytał ją o Jude, Millie nabierała wody w usta. Ewidentnie łączyła je przeszłość, na temat której żadna nie chciała pisnąć nawet słówka. Cliftonowie uwielbiali plotki, dopóki nie dotyczyły ich samych.

- Dobry Boże, ten upał jest nie do zniesienia. - Taybee powachlowała twarz dłonią, błądząc wzrokiem dookoła. Rozpaczliwie szukała kogoś, kogo osoba mogłaby zostać wykorzystana do podtrzymania rozmowy. - Nie czuje się, jakby to była jesień.

Emmy zmusiła się do wydania gardłowego dźwięku, który mógł oznaczać zgodę. Taybee nie przepadała za krępującym milczeniem. Wygładziła dłonią jasne włosy, które nie zmieniły się ani odrobinę od czasu, gdy trzydzieści lat temu trafiła do bractwa Alpha Delta Pi na Uniwersytecie Georgii. Prezentowała się tak dobrze, że Emmy wzdrygnęła się na samą myśl o dzielącej je wizualnej przepaści.

Taybee po raz kolejny trzykrotnie poklepała Emmy, tym razem po ramieniu, i oznajmiła:

- Powinniśmy powoli przenosić się na farmę. Może zacznę ściągać ludzi na dół?

- Pewnie.

Emmy uznała, że może błysnąć przykładem, i ruszyła w stronę zygzakującego chodnika, który prowadził w dół wzgórza, na parking. Nie pamiętała, jak pokonała tę drogę w dniu pogrzebu ojca. Funkcjonariusze z trzech sąsiadujących stanów zalali wtedy cmentarz morzem mundurów. Przyjechał gubernator, zjawił się urzędujący senator Stanów Zjednoczonych, a także lokalni politycy oraz reporterzy. Miała obawy, że zupełnie nie zasługuje na ojcowską gwiazdę szeryfa na swojej piersi. Jej galowy mundur był tak bardzo wykrochmalony, że równie dobrze mogłaby się ubrać w tekturowe pudełko.

Natomiast na tym pogrzebie czuła się niepewnie w butach na wysokim obcasie pożyczonych od kuzynki. Z metki sukienki, którą kupiła wczoraj rano w outlecie, wynikało, że można ją prać tylko ręcznie, ale wrzuciła ją wieczorem do pralki z nadzieją, że jakoś to będzie. Rzeczywiście, było zaledwie jakoś. Tkanina z domieszką poliestru zrobiła się szorstka i obcierała jej kości biodrowe, a za każdym razem, gdy ruszała rękami, zamek błyskawiczny wbijał się jej w kark jak żądło osy.

- Em?

Jej były mąż miał na sobie granatowy garnitur, poplamiony niebieski krawat i czarne kowbojki. W to samo ubrał się na pogrzeb jej ojca, a ten garnitur wisiał u nich w szafie, gdy odeszła dwanaście lat temu. Uśmiech Jonaha Langa miał w sobie coś ze śliskiej bezceremonialności faceta naćpanego jak Meserszmit.

Emmy wzrokiem poszukała na parkingu jego pikapa i spytała:

- Przyjechałeś autem?

- Przyjechałem ze względu na naszego syna, jak zawsze. - Oczywiście pominął fakt, że spóźnił się o trzy godziny. - Z nieodgadnionych dla mnie powodów Cole uwielbiał tę starą sucz. - Gdy Emmy ugryzła się w język, nadal pozwalając mu mówić, dodał: - Nieźle się odpicowałaś. - Otaksował ją od stóp do głów. - Dobrze widzieć, że dla odmiany czasami ubierasz się jak kobieta.

Poczuła na języku smak krwi. Zapewne wydawało mu się, że ją skomplementował, co było straszne samo w sobie, lecz co gorsza, przez prawie całe ich małżeństwo ona też tak by to odebrała.

- Cole jest na wzgórzu - oznajmiła i z mozołem podjęła przerwany marsz w stronę parkingu. Ponownie zagościło w niej poczucie dziwnego zaburzenia. Czegoś brakowało. Robiła coś źle. Zapomniała o czymś ważnym. I wcale nie chodziło o Jonaha, choć z pewnością nie ułatwiał sprawy.

Emmy właśnie pochowała matkę. Ojciec nie żył. Marnotrawna siostra przekabaciła jej syna. Brat opuścił pogrzeb własnej matki. Bratowa wyglądała jak ktoś, kto szykuje się do otwarcia szampana. A jej eks nie mógł wytrzymać pięciu minut, żeby się nie naćpać. Miała czterdzieści dwa lata i spała w swoim starym pokoju dziecięcym, jej syn zajmował parter, a siostra kanapę. Martwiła się, że straci posadę na rzecz faceta, który ewidentnie uważał, że chromosom Y czyni go bardziej zdatnym do tej roboty fachowcem niż kobieta, która już ją wykonuje.

Zboczyła z drogi na parking i ruszyła w stronę dębów, które rosły w rogu cmentarza. Podczas nabożeństwa dostrzegła błysk jasnorudych włosów, lecz dopiero za zakrętem zyskała pewność, że słońce nie spłatało jej figla.

Hannah Collier siedziała na ziemi oparta plecami o drzewo. Była w czerni, lecz mądrze wybrała wygodne buty Nike zamiast szpilek. W dłoni trzymała zmiętą chusteczkę, a oczy miała przekrwione od płaczu.

Na widok Emmy roześmiała się.

- Przeklęta Myrna. W końcu znalazła sposób, żeby zmusić cię do założenia kiecki.

Emmy zawtórowała śmiechem, a potem usiadła naprzeciwko Hannah. Pozwoliła sobie na długi, powolny wydech, jej ramiona się rozluźniły, a serce przestało trzepotać. Poczucie wewnętrznego zaburzenia opuściło ją przynajmniej częściowo.

Poznały się z Hannah pierwszego dnia w przedszkolu, od razu zostały najserdeczniejszymi psiapsiółkami, dorastały razem i na dobrą sprawę w obu domach czuły się jak u siebie. Hannah była pierwszą osobą, która trzymała na rękach Cole'a. A Emmy pierwszą, która trzymała Daveya, syna Hannah. Potem popełniła ogromny błąd, a kilka lat później Hannah popełniła równie wielki, i teraz siedziały po dwóch stronach głębokiej szramy, której żadna z nich nie umiała zaleczyć.

- Zachodzę w głowę, o kim mówił ojciec Nate. Jakby opowiadał o anielsko dobrej istocie - zauważyła Hannah.

Emmy znów się roześmiała.

- Próbowałam sobie przypomnieć, którą książkę niechcący upuściłaś wtedy do wanny.

- Wielkiego Gatsby'ego. Kiedy Myrna się o tym dowiedziała, rzuciła we mnie sandałkiem. Celowała w głowę. - Hannah znacząco dotknęła skóry głowy, choć Myrna wtedy spudłowała. - A pamiętasz, jak zarysowałaś jej auto rowerem?

- Pamiętam, że to ty zrobiłaś i zrzuciłaś winę na mnie.

Hannah wzruszyła ramionami. Było, minęło.

- Gdzie Wielki Dyl?

Emmy już miała powiedzieć, że to skomplikowane, lecz wyjaśnienie rozpadu ośmioletniej relacji z Dylanem Alvarezem było w istocie całkiem proste.

- Odsunęłam się od niego, kiedy Myrna znalazła się na równi pochyłej. Próbowałam wrócić, ale już mi nie zaufał, że zostanę. I tak to się skończyło.

Hannah wyglądała na zaskoczoną, choć nie tyle powodem rozpadu związku, co szczerością przyjaciółki.

- A ja spotykałam się z facetem, którego poznałam w dziale z poradnikami w księgarni - wyznała, a gdy Emmy się uśmiechnęła, bo w jej oczach ta historia to była cała Hannah, dodała: - No i jakoś tak to wyszło, Em... Po prostu leżałam potem w łóżku i myślałam tylko o tym, o ile byłoby milej, gdybym nie musiała słuchać jego oddechu.

- Faceci na ogół oddychają.

- Promieniował gorącem. Czułam się, jakbym spała obok grzejnika.

Emmy uniosła brew.

- Jesteś pewna, że to on tak grzał?

- Nawet mi nie mów o perimenopauzie. - Przyjaciółka powachlowała twarz dłonią, jakby sama wzmianka na ten temat wywołała uderzenie gorąca. - Myślałam, że to się zaczyna po pięćdziesiątce, ale ciotka Barb powiedziała mi, że mama była dwa lata młodsza ode mnie, kiedy ją dopadło. A w jakim wieku zaczęło się u Myrny?

Emmy wzruszyła ramionami, bo zanim w ogóle przyszło jej do głowy, by o to zapytać, Myrna już takich rzeczy nie pamiętała.

- Jude ma co najmniej sześćdziesiąt lat i pewnie ma to już za sobą. Powinnaś z nią pogadać.

Emmy pokręciła głową.

- Daj spokój, wiesz, ona ma takie specyficzne... zacięcie.

- Zacięcie to miała moja sąsiadka. Skończyło się chlamydią.

- Myślę, że to raczej sprawka jej nauczyciela gry na pianinie.

- Aha - bąknęła Hannah. - Może i coś w tym jest.

Emmy odwzajemniła uśmiech przyjaciółki. Cieszyła się ponownie zaistniałą między nimi swobodą, zanim niezręczność stanie się nie do zniesienia. Hannah nie bez powodu nie przyszła na grób Myrny. A powodem nie był jakiś prozaiczny problem. Jej mąż miał zostać skazany na dożywocie za zabicie Geralda Cliftona.

- Okej - rzuciła Emmy.

Wstała i otrzepała ziemię z tyłu sukienki. Idąc w stronę parkingu, przelotnie dotknęła ramienia Hannah. Cliftonowie zakorkowali wyjazd, jak to zwykle się dzieje, gdy zbierze się banda roszczeniowych idiotów przywykłych do odwoływania się od mandatów za złe parkowanie. Jeśli Brett miałby choć odrobinę oleju w głowie, poddałby tę kwestię pod dyskusję.

Cole trzymał ciotkę Millie pod rękę i powoli prowadził w stronę jej starego jasnoniebieskiego Cadillaca. Emmy nie mogła nacieszyć się widokiem syna w nieskazitelnym garniturze i krawacie. Tak naprawdę widywała go tylko w dwóch rodzajach odzieży: mundurze zastępcy szeryfa albo luźnych szortach do koszykówki i koszulkach z napisami, na których zrozumienie była o jedno pokolenie za stara.

- Fajnie się prezentuje, prawda?

Jude opierała się o radiowóz, co Emmy uznała za lekko zawoalowany sposób poproszenia o podwózkę. Szeryfka otworzyła torebkę i wyjęła kluczyki.

- Podobno rada szkolna zaplanowała rozmowę z Hannah na koniec przyszłego miesiąca. Myślisz, że pozwolą jej wrócić do nauczania? - zapytała Jude, a gdy Emmy otworzyła drzwi, dodała: - Ktoś mógłby powiedzieć, że to przez nią zabito Geralda.

- Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim razie wyświadczyła ci przysługę. - Emmy spojrzała na Jude nad dachem samochodu. - Czy nie poprzysięgłaś sobie, że dopóki ojciec nie umrze, twoja noga tu nie postanie?

- Owszem.

Zapadło milczenie, na swój sposób bardzo wymowne.

Jude była emerytowaną agentką FBI z doktoratem z psychologii kryminalnej obronionym na Uniwersytecie Stanforda. Próba wchodzenia z nią w polemikę była niczym siłowanie się z Herkulesem.

- Cole! - zawołała Emmy, machając do syna. - Jedźmy.

Trzasnęła drzwiami i zrzuciła pożyczone buty na absurdalnie wysokim obcasie, żeby swobodnie dotknąć stopą pedałów. Kluczyk wyślizgnął się jej z dłoni, gdy próbowała wetknąć go do stacyjki, i szybko go podniosła. Jej dłonie były nie tylko spocone. Trzęsły się. Serce znów łomotało w jej piersi. Poczuła, jak we władanie przejmuje ją gniew.

- Miałam kiedyś wyniszczające ataki paniki - rzekła Jude.

Ale Emmy nie miała ataku paniki.

- Przed tym, jak zostałaś alkoholiczką, czy potem? - spytała wprost.

- Jak człowiek raz zostanie alkoholikiem, to już nim jest.

- Trochę tak, jak dzieje się z człowiekiem, gdy przyłączy się do ulicznego gangu.

- Emmy Lou.

Łzy bez ostrzeżenia napłynęły Emmy do oczu. Łagodny ton Jude i rytm wypowiadanych słów do tego stopnia przypominały głos Myrny, że odwróciła się, by się upewnić, czy aby nie siedzi obok matki.

- Kochanie - szepnęła Jude. - Możesz walczyć ze światem, ale świat koniec końców zawsze wygrywa.

Emmy odetchnęła nerwowo.

- Cholera, mamo! - Cole wpakował się na tylne siedzenie. - Kimkolwiek jest ten kuzyn Ace, wszyscy go tu nienawidzą.

Poprawiła lusterko wsteczne i poleciła:

- Wyprostuj krawat.

Wrzuciła bieg. Ruszając na farmę, na styk wyminęła Jaguara wuja Penleya i omal nie zahaczyła o Mercedesa Taybee. Zatrąbiło kilka klaksonów, które całkowicie zignorowała. Mocno zaciskała palce na kierownicy, dopóki nie dotarli do autostrady międzystanowej. Wnętrze auta wypełnił szum opon na asfalcie. Panujące milczenie zdawało się dobrym towarzyszem podróży do czasu, gdy minęli nowo postawiony znak na skrzyżowaniu autostrady I-16 z drogą numer 475.

WĘZEŁ IMIENIA GERALDA CLIFTONA.

Jude opuściła daszek przeciwsłoneczny, żeby zerknąć na Cole'a w lusterku, i spytała:

- Jakim konkretnie krewnym jest ten kuzyn Ace?

- Millie powiedziała, że nie ma paran... coś tam.

- Paranteli, czyli nie mamy wspólnych przodków.

- W sumie to logiczne, bo przecież był zaręczony z kuzynką Shannon. Tylko że potem ją zdradził i odwołał ślub, ale nie chciał jej powiedzieć, z kim to zrobił.

- Przystojny i jakże dyskretny. Idealne połączenie.

Po tej konkluzji Emmy przestała ich słuchać. Skupiła się na drodze, a jej wewnętrzny policyjny radar bezgłośnie lustrował pobliskie pojazdy pod kątem przedawnionych naklejek rejestracyjnych i wymuszeń przy zmianie pasów. Na widok radiowozu zapalały się światła hamowania, bo kierowcy redukowali do dozwolonej prędkości. Zjechała w kierunku farmy Taybee. Mijała stacje benzynowe i bary szybkiej obsługi. Wyprzedziła traktor ciągnący monstrualną furę siana.

Jej dłonie rozluźniły się na kierownicy. Gnębiące ją poczucie wewnętrznego zaburzenia w końcu odpuściło. Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby mogła pracować non stop, choć i tak większość sobót spędzała w biurze szeryfa, nadrabiając papierkową robotę. I teraz też powinna już tam być. Wciąż miała mnóstwo do zrobienia.

Hrabstwo Clifton liczyło około dwudziestu tysięcy mieszkańców i składało się z czterech miast. Niespełna tysiąc osób mieszkało w siedzibie władz hrabstwa, miasteczku North Falls graniczącym z rzeką Flint. Niejako wbrew nazwie prawdziwe wodospady znajdowały się jednak w Veronie, gdzie mieściła się też potężna fabryka części samochodowych. W rozciągniętym wzdłuż drogi numer 19 Ocmulgee mieściły się outlety przyciągające turystów i łowców okazji. Clayville mogło się pochwalić szkołą zawodową. Trzy większe miasta miały własne departamenty policji, a North Falls podlegało departamentowi szeryfa i jego szesnastu zastępców, których działaniami kierowała teraz Emmy.

Głośny śmiech sprawił, że wróciła duchem do samochodu.

- Co zrobiła?! - zapytał Cole.

- Przyszła nad rzekę w podomce i wałkach do włosów. Kazała mi natychmiast wsiadać do auta, bo mnie spierze - odparła Jude.

Emmy przez mgnienie oka ujrzała Myrnę, jak stoi w starej, wyblakłej podomce, a dłonie ma gniewnie wciśnięte w biodra.

- Któregoś dnia wparowała na pierwszą w semestrze lekcję matematyki i cisnęła na podłogę moją pościel, bo w kółko zapominałem o ścieleniu łóżka - powiedział Cole.

Jude zaśmiała się i podjęła próbę wciągnięcia Emmy we wspólne wspominki:

- A ty co powiesz?

Emmy mogła przytoczyć wiele anegdot o metodach wychowawczych Myrny; ba, były wśród nich nawet takie niezbyt upokarzające. Na któreś urodziny Emmy Myrna nauczyła się grać Clocks zespołu Coldplay na starym pianinie stojącym w salonie. Towarzyszyła Emmy w nerwowym chodzeniu w tę i z powrotem po pokoju, gdy ta była w ciąży. Uwielbiała układać łamigłówki słowne, rysować mapy do poszukiwań skarbów, ukrywać podpowiedzi w szufladach ze skarpetkami i pudełkach na lunch.

Niestety nie zdołała przytoczyć żadnej z tych historii, ponieważ w jej gardle znów pojawił się nieproszony odłamek szkła. Próbowała się go pozbyć, lecz kaleczyła się jeszcze mocniej. Kątem oka spostrzegła, że Jude wyciąga rękę w pocieszającym geście. Emmy położyła dłonie na kierownicy i szybko skręciła w lewo.

Cole niespokojnie poruszył się na tylnym siedzeniu. Czuła na sobie pytające spojrzenie Jude. Niechcący skręciła za wcześnie. Powinna była dojechać do następnego zakrętu, czyli do bocznej drogi prowadzącej do farmy Taybee. Teraz nie pozostało jej nic innego, jak pojechać dłuższą trasą, co w sumie nieszczególnie jej przeszkadzało, zważywszy na tłum Cliftonów, którzy wkrótce będą napychać się faszerowanymi jajkami i zbyt głośno szeptać o kuzynie Ace, który miał czelność pojawić się na pogrzebie Myrny.

Zwolniła do trzydziestu. Jechali ulicą Sunflower Trail w dzielnicy mieszkalnej North Falls, nazwanej Clifton Gardens. Wszystkie tutejsze ulice nosiły nazwy kwiatów i były usiane czteropokojowymi domami w stylu kolonialnym, zaprojektowanymi i zbudowanymi przez trójkę braci Cliftonów po I wojnie światowej. Rynek nieruchomości w obrębie miasta był tyleż restrykcyjny, co kazirodczy. Domy zazwyczaj przechodziły z pokolenia na pokolenie. W dzieciństwie Emmy często odwiedzała przyjaciół i krewnych z okolicy. Znała układ tych domów równie dobrze, jak własne kąty.

- Kiedyś mieszkali tu operatorzy maszyn z fabryki. Wtedy dało się zarobić na tym fachu wystarczająco dużo, żeby kupić dom i wysłać dzieci na studia - powiedziała Jude.

Cole połknął haczyk.

- Wow, opowiedz mi coś więcej o cudownościach ubiegłego wieku.

Emmy opuściła szybę i ciepłe powietrze zaczęło delikatnie wysuszać skórę na jej twarzy. Zapiekły ją oczy. Znów spojrzała w lusterko. Cole z ożywieniem opowiadał o przyjacielu, który próbował hodować alpaki, żeby spłacić kredyt studencki. Jude zaczęła się śmiać. Emmy wzięła płytki wdech. Jeśli będzie do tego stopnia kisić się we własnych myślach, nie dożyje jutra. Chciała coś powiedzieć, gdy nieoczekiwanie rozległ się donośny trzask.

Spięła się w sobie.

Jej mózg wsłuchiwał się w gasnące echo.

To nie był strzał ze starego gaźnika ani odpalona bez zezwolenia petarda. Żaden myśliwy nie polowałby tak blisko osiedla, poza tym oni używali karabinów. Emmy od dziecka miała styczność z bronią palną i doskonale rozpoznawała odgłos strzału z małokalibrowego pistoletu.

Jude też. Opuściła szybę.

Emmy wcisnęła hamulec i radiowóz zaczął pełznąć w żółwim tempie. Huk rozległ się ponownie, i to dwukrotnie. Tym razem odgłosy były donośniejsze i jeszcze łatwiej rozpoznawalne, po prostu bardzo bliskie.

Pop. Pop.

Całą trójką raptownie zgięli się wpół, spuszczając głowy poniżej linii szyb. Serce Emmy zdawało się łomotać o kręgosłup. Jej zmysły zalał potok adrenaliny, wyostrzając wzrok i przeszywając skórę elektrycznym dreszczem.

- Po prawej. - Jude wskazała gestem drogę, a w jej ramieniu wyczuwało się zastygłe napięcie niczym w strzale założonej na odwiedzioną cięciwę.

Emmy wdusiła gaz. Auto szarpnęło się w stronę wzniesienia. Złapała przypięty do deski rozdzielczej mikrofon, lecz Cole już zgłaszał zdarzenie przez telefon:

- Strzały w pobliżu Clifton Gardens, numer szesnaście zero zero. Potrzebne natychmiastowe wsparcie i pomoc medyczna.

- Tam! - Jude znów wskazała jakiś punkt. Jeden dom dalej, po prawej stronie. Narożna działka. Dwupiętrowe ceglane domostwo z białymi wykończeniami. Obie bramy garażowe były podniesione, na podjeździe stała zaparkowana przodem niebieska Toyota RAV4. Bagażnik był otwarty na oścież, na ziemi walizka. Przednie drzwi do domu były zamknięte, szyba obok wybita, na trawniku przed domem leżał dziewczęcy rower.

Różowa rama, białe siodełko. Długie ozdobne frędzle przyczepione do chwytów kierownicy.

Emmy skręciła w stronę podjazdu i ustawiła radiowóz tak, by zablokować skrzyżowanie. Zanim wysiadła, zwolniła zamek bagażnika, potem obiegła auto od tyłu i chwyciła strzelbę kalibru 12, rozważając różne scenariusze: włamanie, napaść seksualna, przemoc domowa, porwanie, uprowadzenie, nieudana próba kradzieży.

Pop.

Wzdrygnęła się. Wystrzał zdawał się huczeć jej w głowie.

- Wsparcie będzie za minimum dziesięć minut - powiedziała do Jude.

- Zabezpieczę tylne wyjścia. - Jude nie czekała na pozwolenie. Wyjęła z futerału Glocka Emmy i pobiegła w stronę domu. Ona także zdjęła szpilki. Zniknęła za ścianą, pozostawiając w trawie ślady bosych stóp.

- Mamo! - Cole zastukał kostkami palców w tylną szybę. Nie mógł otworzyć drzwi od środka.

Wypuściła go i rozkazała:

- Powiedz centrali, żeby przysłali wszystkich dostępnych zastępców. Ostrzeż sąsiadów. Mają pozamykać okna i drzwi. Działaj.

- Tak jest.

Przeładowała strzelbę, mocno oparła kolbę o miękką część ramienia i ruszyła w stronę frontowego ganku. Zmysły miała wyostrzone. Oczy uważnie lustrowały kolejne okna, gdy wchodziła po schodach. Uszy łowiły każdy odgłos. Nozdrza rozszerzyły się od gryzącego, siarkowego smrodu niedawnych wystrzałów. Palec przylgnął do zimnej stali kabłąka spustowego, na wypadek gdyby była konieczna błyskawiczna reakcja.

Na ganku walały się odłamki szkła. Emmy ominęła je i przywarła do framugi, aby nie dać się zaskoczyć komuś, kto też uzbrojony stoi po drugiej stronie drzwi. Naciskając klamkę, czuła niemal fizyczne wibracje w kościach palców.

Zamknięte.

Cztery strzały. Cztery pociągnięcia za spust. Jej mózg skupił się na prawdopodobnym scenariuszu. Kobieta chce odejść od męża. Walizka spakowana. On wraca do domu wcześniej. Wybucha straszliwa awantura. Gdzieś w pobliżu jest broń, bo broń zawsze jest zbyt blisko.

Pop.

Córka rzuca rower na trawnik i wbiega do środka.

Pop. Pop.

Dwa strzały, ale dziewczyna może jeszcze żyć.

Pop.

Strzela sobie w głowę? Dobija jedną z ofiar? Wieńczy dzieło?

Zamek w drzwiach znajdował się zbyt daleko, by dało się go dosięgnąć przez wybitą szybę. Emmy zmusiła się do zaczerpnięcia powietrza. Próbowała uspokoić rozdygotane serce. Dała Jude wystarczająco dużo czasu na zabezpieczenie tylnych wyjść, w razie gdyby strzelec próbował uciec. Przyszła pora na wejście siłowe.

- Policja! - Emmy załomotała pięścią w drzwi. - Otwierać!

Czekała, odliczając najwolniej upływające pięć sekund w swoim życiu. W jej głowie kołatały się myśli o tym, co czeka ją wewnątrz: kula, chmura śrucin, młotek, nóż, kij baseballowy...

- Policja! - Wzięła głęboki wdech i zebrała się w sobie. - Wchodzę!

Obcisła sukienka Emmy nie pozwalała jej zadrzeć nogi na tyle wysoko, by zaatakować drzwi solidnym kopniakiem, wzięła więc krótki rozbieg i całym swym ciężarem gruchnęła o drewno. Rygiel z trzaskiem wyrwał się z framugi, a ona potknęła się i z rozpędu wpadła do holu. Ustabilizowała strzelbę na ramieniu i obróciła się w miejscu. Jadalnia po lewej. Salon po prawej. Kręte schody na piętro. Wąski korytarz prowadzący na tyły, gdzie z pewnością znajdowały się kuchnia i mały gabinet z osobnymi schodami, bo wszystkie te stare domy były jak z jednej sztancy.

Ostrożnie weszła do jadalni. Wahadłowe drzwi do kuchni były zamknięte. Ktoś jeszcze niedawno pracował na stole, bo wszędzie walały się papiery, a na podłodze, obok przewróconego krzesła, leżał zniszczony laptop. Z dziewczęcego plecaka wyrzucono całą zawartość. Podręczniki do historii, matematyki, angielskiego. Emmy poruszała się szybko, czujnie rozglądając się dookoła i nie opuszczając strzelby. Sięgnęła do wahadłowych drzwi, ale powstrzymał ją krwawy odcisk dłoni. Znajdował się tuż poniżej miejsca, gdzie położyłaby własną dłoń.

Odcisk był nieduży, pasował do nastolatki.

Wstrzymała oddech, nasłuchując dźwięków. Dziecka. Ofiary. Strzelca.

Cisza.

Drzwi stawiały jej lekki opór, gdy uchylała je odrobinę. Zobaczyła nieruchomą kobiecą dłoń spoczywającą na wyłożonej kafelkami podłodze w kuchni. Diament w obrączce spływał czerwienią. Ze złamanego nadgarstka zwisała bransoletka złotego zegarka. Palec wskazujący i kciuk zostały odstrzelone. Obok w kałuży krwi leżał nóż do mięsa.

Pociągnęła drzwi jeszcze o kilka centymetrów. W kuchni nie było nikogo innego. Ani w gabinecie. Spojrzała w dół. Piaskowe włosy ofiary sięgały poniżej ramion. Jej twarz była zbryzgana krwią, usta miały siny odcień śmierci, mimo to Emmy przycisnęła palce do jej tętnicy szyjnej. Skóra wciąż była ciepła, ale nie wczuwała pulsu. Emmy miała wrócić do rekonesansu, gdy zwróciła uwagę na zegarek. Na cyferblacie widniała złota tarcza stowarzyszenia detektywów z trzema naniesionymi na niej słowami: "Odwaga. Uczciwość. Zaufanie".

Układ kolonialnego domu był jej dobrze znany nie tylko dlatego, że wszystkie wyglądały tak samo. Emmy kiedyś w tym domu gościła. I znała ofiarę.

Detektyw Allison Vickery miała za sobą dwie dekady pracy w policji w Clayville, szesnastoletnią córkę oraz męża, który prowadził rodzinny sklep z wypasionym sprzętem AGD.

Emmy weszła do kuchni na czujnie ugiętych nogach. Boczne drzwi prowadzące do garażu były zamknięte. Drugie, wychodzące na podwórze, stały otworem. Krwawe ślady bosych stóp biegły z kuchni do gabinetu i znikały na tylnych schodach. Przełknęła przekleństwo, rozglądając się po pustym podwórku. Domyśliła się, że Jude widziała ofiarę już wcześniej. Wcale nie zabezpieczała tylnych wyjść, tylko robiła rekonesans na piętrze.

Pop.

W powietrzu poniósł się odgłos kolejnego wystrzału. Przykucnęła za wyspą kuchenną. Z góry dobiegała kakofonia dźwięków: kroki, brzęk tłuczonego szkła, gardłowy jęk.

A potem rozległ się głuchy łomot, który wzbudził w niej to samo mdłe uczucie, jakie przepełniło ją w chwili, gdy trumna z ciałem jej matki opadła na ziemię.

Jude.

Emmy wbiegała po tylnych schodach, zanim mózg wydał ciału rozkaz do ruchu. Stopnie były wytarte i tak wąskie, że ściany zdawały się napierać na nią z obu stron. Rzuciła się w kierunku półpiętra. Drzwi na górze były uchylone. Wpadła przez nie z wyciągniętą przed siebie strzelbą i zrobiła kontrolowany wślizg, szorując bokiem po podłodze i wściekle szukając wzrokiem wycelowanej w nią broni.

Korytarz był pusty.

Pozbierała się i przyczajona ruszyła w stronę przedniej części domu, zerkając w dół na szerokie kręte schody, aby się upewnić, że zabójca nie zmierza chyłkiem do wyjścia. Odwróciła się, by zlustrować długi, szeroki korytarz, który przecinał cały dom. Po bokach znajdowały się cztery pokoje, dwa po lewej, dwa po prawej. Poza tym były tu łazienka, pralnia i schowek na pościel.

Emmy metodycznie sprawdziła dwa pokoje od strony frontowej, zajrzała do schowka, a potem do łazienki. Pokój z tyłu po lewej stronie musiał należeć do córki Allison, bo były tam plakaty K-pop i laptop na białym biurku z Ikei, a na łóżku leżała sterta poduszek i pluszaków. Ubrania były rzucone, gdzie popadnie.

Miała właśnie zajrzeć do szafy, gdy usłyszała za plecami skrzypnięcie deski podłogowej.

Zanim zdążyła się obrócić, czyjaś dłoń zakryła jej usta. Poczuła w sercu mrowie zimnych igieł, lecz po chwili jej wzrok padł na lustro nad biurkiem.

Dłoń należała do Jude.

Po twarzy jej siostry spływała krew. Została postrzelona, kula drasnęła skroń. Fakt, że wciąż żyła, zawdzięczała różnicy kilku milimetrów.

Jude spojrzała w odbicie oczu Emmy i wsparła ją spojrzeniem tak samo, jak wcześniej Cole'a na pogrzebie. Powoli cofnęła dłoń, a potem skinęła głową w stronę otwartych drzwi po drugiej stronie korytarza.

Zabójca był w ostatnim pokoju po prawej stronie. Większym od pozostałych. Z osobną łazienką i garderobą.

Jude przejęła inicjatywę, zanim Emmy zdążyła zareagować. Oburącz chwyciła Glocka i przyczajona, ostrożnie wyszła na korytarz. Emmy wzięła głęboki wdech i poszła w ślad za nią ze strzelbą.

Światła były zgaszone. Popołudniowe słońce rzucało roztańczone cienie na beżowe ściany i brązowy dywan. W otwartej walizce na łóżku piętrzyły się byle jak wrzucone ubrania. Dwa okna, jedno zamknięte, drugie wybite, zasłony powiewające na wietrze. Na dole okiennej ramy odcisnęły się krwawe ślady dłoni. Pod podeszwą bosej stopy Emmy poczuła kleistą wilgoć i spomiędzy palców trysnęła czerwona ciecz. Dywan był przemoczony na wylot. Stała w kałuży krwi.

Jude wyszła z łazienki, a potem zajrzała do garderoby.

Chwilę później rzuciła lakonicznie:

- Czysto.

Emmy odetchnęła, oparła lufę strzelby o ramię i wyjrzała przez okno. Bezpośrednio pod spodem znajdował się zadaszony ganek, a na jego płaskim daszku leżała czarna nitrylowa rękawiczka. Schludnie skoszony trawnik graniczył z gęstym lasem. Nietrudno było wyjść przez okno, zeskoczyć na dach i na taras, a potem zbiec po trzech schodkach i zniknąć między drzewami.

Zwłaszcza że osoba, która obiecała zabezpieczyć tylne wyjścia, nie została na zewnątrz, by wywiązać się z obietnicy.

Emmy odwróciła się do Jude ze słowami:

- Nie uczyli cię w FBI, jak zabezpieczać teren?

- Wiem tyle, że ojciec uczył cię, żeby nigdy nie wkraczać bez wsparcia - odparła Jude i na moment umilkła, pozwalając wybrzmieć tym słowom. - Gdzie Cole?

Cole był bezpieczny, właśnie pukał do drzwi sąsiadów.

- Teraz naszym absolutnym priorytetem jest odnalezienie nastoletniej córki ofiary. Allison Vickery jest...

Tik.

Emmy spojrzała na Jude. Ona także to usłyszała... dźwięk był podobny do tego, jaki wydaje stoper, gdy wyzeruje się sekundnik.

Tik.

Odgłos dochodził z kawałka mokrego dywanu pod oknem.

Spojrzały w górę i uniosły broń. Sufit był pośrodku nieznacznie wklęsły i przesiąknięty krwią. W miejscach, gdzie płyta gipsowo-kartonowa oderwała się od wkrętów, widniały szczeliny. Wzdłuż szwów płyt ziały pęknięcia. W powietrzu unosiły się drobiny izolacji.

Tik.

Kolejna kropla spadła na zakrwawiony dywan.

A potem sufit pękł i na podłogę runęło bezwładne ciało.

[1] Fragment utworu Edgara Alana Poego Do jednej w raju w przekładzie Antoniego Lange (przyp. tłum).

Rozdział drugi

Mózg Emmy odmówił posłuszeństwa w szczególny sposób, który uniemożliwia pojmowanie tego, co widzą oczy. Świadomość pojawiała się w krótkich, raptownych przebłyskach: biała skarpetka na szczupłej stopie, fioletowy but Nike na drugiej, niebieskie spodenki do biegania, dopasowany kolorystycznie top z białą lamówką, smugi bladego ciała zbryzgane krwią.

To była szesnastoletnia córka Allison Vickery. Kula trafiła ją w głowę. Po lewej stronie czaszki widniała głęboka bruzda. Pomiędzy ścięgnami prześwitywała biała kość. Z każdym uderzeniem serca z rany wlotowej ulewała się odrobina pulsującej krwi. Powolna, nieregularna, ledwie widoczna oznaka życia.

Jude ruszyła się pierwsza. Padła na kolana i odwróciła dziewczynę na plecy, po czym złapała leżącą na łóżku koszulę i użyła jej do zatamowania rany.

- Mandy.

Imię jedynego dziecka Allison samo wyrwało się Emmy z ust. Kiedy widziała ją poprzednim razem, dopiero przeistaczała się w nastolatkę. Była chuda, niezdarna i bardzo starała się dorosnąć.

- Mandy. - Emmy upuściła strzelbę, uklękła i wzięła ją za rękę. - To ja, Emmy Clifton. Jestem tu z siostrą. Zajmiemy się tobą, kochanie. Musisz się trzymać.

Usłyszała za sobą jakiś rumor. To Cole stanął w drzwiach jak wryty. Musiał przybiec na odgłos ostatniego strzału, a teraz chłonął zastaną scenę z otwartymi ustami.

- Na zewnątrz, biegiem! - zażądała. - Ściągnij karetkę. Zabezpiecz miejsce zbrodni. Potrzebujemy ekip do przeszukania lasu. Sprawca jest uzbrojony i niebezpieczny.

Cole zniknął w korytarzu.

- Mandy? - Jude pogłaskała ją po twarzy. - Mandy?

Emmy dostrzegła krótki błysk bieli pod drżącymi powiekami, nim ostatecznie się zamknęły.

Jude przycisnęła ucho do klatki piersiowej ofiary.

- Przestała oddychać.

Zabrały się do działania jednocześnie. Jude odchyliła głowę dziewczyny, zacisnęła jej nos i przywarła ustami do jej ust. Emmy splotła palce, oparła dłonie na klatce piersiowej Mandy, ustawiła ramiona pionowo nad dłońmi i zablokowała łokcie. Poczuła, jak klatka piersiowa pod jej palcami unosi się z pierwszym oddechem Jude, potem opada, gdy płuca się opróżniają, by znów się unieść, gdy Jude wtłaczała w nią powietrze po raz drugi. Obie czekały na wydech, chcąc się przekonać, czy Mandy oddycha samodzielnie.

Nie doczekały się.

Emmy rozpoczęła uciskanie klatki piersiowej.

Żebra Mandy uginały się pod ciężarem Emmy. Szeryfka sapnęła z wysiłku. Resuscytacja krążeniowo-oddechowa to brutalny akt, środek, po który sięga się z desperacji, aby zmusić serce do pompowania krwi. Aby podtrzymać funkcjonowanie narządów. Aby zapobiec śmierci mózgu. Przy kolejnym ucisku Emmy poczuła, jak jedno z żeber Mandy ulega nienaturalnemu przemieszczeniu, lecz nieprzerwanie pracowała dalej, wnikając na głębokość pięciu centymetrów, odpuszczając, napierając ponownie i rytmicznie odliczając każdy pełny ruch, aż doszła do trzydziestu.

Jude pochyliła się i wtłoczyła dwie kolejne potężne porcje powietrza w płuca dziewczyny.

Klatka piersiowa Mandy posłusznie unosiła się i opadała za każdym razem, lecz nie podjęła samodzielnej pracy.

Emmy wróciła do uciskania. Poczuła i usłyszała ostry trzask pękającego żebra, a chrupot poniósł się wibrującym echem w kościach jej dłoni. Naparła ponownie. I jeszcze raz. Trzydzieści razy. A potem pałeczkę przejęła Jude i cały proces zaczął się od nowa.

Zaczynały właśnie dziewiętnastą rundę resuscytacji, gdy Emmy w końcu usłyszała błogosławione wycie syren z ulicy. Ociekała potem. Bolały ją ramiona. Ścięgna w nadgarstkach odmawiały posłuszeństwa. Serce w jej piersi przemieniło się w trzepoczącego kolibra.

Na schodach wejściowych zadudniły ciężkie kroki. Po chwili do pomieszczenia wbiegło dwóch ratowników medycznych z noszami oraz apteczkami i błyskawicznie przejęli sprawę we własne ręce. Pojawił się sprzęt: strzykawki, nożyczki, rurka intubacyjna, gaziki, rękawiczki i przenośny defibrylator. Słowa Jude, która opowiadała ratownikom o tym, co się stało, co próbowały zrobić i co nie zadziałało, docierały do uszu Emmy jak przez grubą warstwę waty. Otarła twarz z kurzu. Pokrywał ją biały pył z płyty gipsowo-kartonowej, a na czarnej sukience widniały ciemne plamy krwi, w której uklękła. Wyciągnęła rękę w stronę najbliższego obiektu, na którym mogłaby się oprzeć, lecz Jude chwyciła ją za nadgarstek.

- Stój.

Zamierzała machinalnie oprzeć się o parapet; jeszcze chwila i zanieczyściłaby miejsce zbrodni własnymi krwawymi odciskami palców.

Jude pomogła się jej podźwignąć, a potem zaciągnęła ją na korytarz i odwróciła plecami do ściany, o którą Emmy bezwolnie się oparła. Położyła dłonie na jej ramionach, spojrzała jej w oczy i odgarnęła kosmyk włosów. Łagodnie przyłożyła dłoń do jej policzka. Była to najintymniejsza scena, do jakiej kiedykolwiek doszło między nimi, więc choć półtora metra dalej młoda dziewczyna wykrwawiała się na śmierć, choć krzyczeli ratownicy, a Cole wbiegał z powrotem po schodach, Emmy niczego nie pragnęła bardziej, jak tylko położyć głowę na ramieniu Jude i się rozpłakać.

Jednak zamiast tego poszła w stronę krętych schodów. Cole posłał jej pytające spojrzenie, ale odwróciła się od niego i ruszyła do pokoju od frontowej strony budynku, po jej lewej stronie. Nie mogła zostawić córki Allison samej w domu, by umarła wśród obcych. Wyjrzała przez okno na podwórko. Jej wzrok znów zaczął się zamazywać, a w dłoniach nadal rezonowało echo trzasku pękającej kości. Dobiegający z pokoju obok dźwięk ładującego się defibrylatora skojarzył się jej z gwizdem racy ratunkowej. Głosy ratowników nabrały chropawej natarczywości, wpisującej się w staccato bicia serca Emmy.

W milczeniu przeklęła samą siebie, próbując wyrwać się z transu. Znajdowała się w miejscu, w którym przed chwilą dokonano zbrodni, a zabójca był na wolności. Zginęła policjantka, a w jej córce też nie zostało wiele życia. Emmy zacisnęła palce w pięści i mrugnęła, żeby oczyścić oczy. Ponownie wyjrzała na zewnątrz. Radiowozy stały ustawione pod różnymi kątami, jak rozsypane bierki. Na podjeździe czekała karetka. Wszędzie wokół krzątali się umundurowani mężczyźni. Brett Temple opierał się o jeden z radiowozów, trzymając telefon przy uchu z taką nonszalancją, jakby zamawiał pizzę na imprezę w ogródku.

Usłyszała głuchy trzask wyładowania defibrylatora. Przymknęła powieki i oczami wyobraźni ujrzała, jak martwa Mandy raptownie wygina się w powietrzu, gdy elektryczny wstrząs w cudowny sposób przenosi ją z powrotem do świata żywych.

Smętne wycie towarzyszące płaskiemu wykresowi akcji serca brutalnie zniweczyło tę wizję.

Wróciła na korytarz. Cole przyglądał się jej badawczo, gdy szła w jego stronę. Zaschnięta krew pokrywała skroń Jude w miejscu, o które otarła się niemal śmiertelnie celna kula.

- Okej. - Emmy nie była w stanie wydusić z siebie więcej niż jedno słowo naraz. - Raport - zwróciła się do Cole'a.

Defibrylator naładował się po raz kolejny. Minęło kilka chwil. Strzał. Płaski wykres.

Cole spojrzał na Jude, potem na Emmy i raz jeszcze na Jude.

- Zastępco. - Emmy z trudem zdobyła się na stanowczość w głosie. - Raport.

Cole niechętnie posłuchał rozkazu:

- Miejsce zbrodni zostało odgrodzone taśmą. Osiedle zablokowane. Mamy wozy przy wszystkich wjazdach i wyjazdach. Brett koordynuje przeszukania domów i lasu. Zadzwoniłem do pozostałych miast po wsparcie. Powiadomiliśmy drogówkę - wymieniał cierpliwie. - Poprosiłem też o pomoc zespół kryminalistyczny z GBI - dokończył, mając na myśli Biuro Śledcze stanu Georgia.

- Dobra robota - pochwaliła Jude.

Emmy odkaszlnęła i spojrzała na podłogę. Jej bose stopy były umazane czerwienią, a na szerokich deskach podłogowych w korytarzu widać było zostawione przez nią krwawe ślady.

- Ofiara na dole to Allison Vickery. Do zeszłego roku była funkcjonariuszką w departamencie policji w Clayville, niedawno przeszła na emeryturę. Pracuje... a właściwie pracowała jako prywatny detektyw.

- Odsunąć się! - zawołał jeden z ratowników i zadał Mandy kolejny elektryczny cios w klatkę piersiową. Chwilę potem rozległ się płaczliwy pisk płaskiej linii tętna, świadczący o niepowodzeniu.

Jude powoli wypuściła powietrze z płuc i spytała:

- Kim jest ojciec Mandy?

- Nic mi o nim nie wiadomo. Sześć lat temu Allison wyszła za niejakiego Billa Garrisona. Wcześniej spotykała się z nim przez cztery lata.

- Wiesz, czy go zdradzała?

Zamiast odpowiedzieć, Emmy zwróciła się do Cole'a:

- Każ Brettowi oddelegować dwóch zastępców do odnalezienia Billa. Nie wydawaj instrukcji przez radio. Nie chcemy, żeby szybciej dopadł go jakiś narwaniec z Clayville.

- To ty powinnaś go dopaść jak najszybciej - z naciskiem na "ty" orzekła Jude. - Mąż ofiary jest naszym głównym podejrzanym. Może właśnie niszczyć dowody albo zacierać ślady.

Emmy nie pytała o zdanie. Jude nie była jej szefową i to nie była jej sprawa.

- Chcesz, żebym go skuła i wyprowadziła na oczach całego miasta? To nie San Francisco, doktor Archer. Nie zamierzam niszczyć czyjejś reputacji tylko dlatego, że naoglądałam się za dużo Dateline.

- Czego mi nie mówisz?

Ich spojrzenia się spotkały. Rozległ się kolejny świdrujący sygnał - długi, ogłuszający gwizd maszyny ładującej się przed następną próbą.

Jude uderzyła w inne nuty.

- To droga dzielnica jak na zarobki detektywa.

- Bill jest człowiekiem z North Falls. Ma sklep Garrison Supply.

Jude kiwnęła głową. Pamiętała nazwisko z dawnych czasów, gdy mieszkała tutaj, lecz fraza "człowiek z North Falls" miała szersze konotacje, oznaczała: zamożny, ze znajomościami i w zasadzie nietykalny.

- Odsunąć się!

Kolejny mocny cios.

Emmy wstrzymała oddech. Z nadzieją w sercu. Może nawet z modlitwą.

Aż wreszcie...

Z aparatury dobiegł krótki, ostry pisk. Następny. I jeszcze jeden.

- Mamy ją! Jest z powrotem!

Emmy w końcu udało się nabrać do płuc wystarczająco dużo powietrza, żeby je napełnić. Jude zgięła się wpół, oparła dłonie na kolanach i sama też głęboko odetchnęła.

Ratownicy minęli ich w pośpiechu, niosąc Mandy na noszach. Miała rozciętą koszulkę, ręce i nogi umocowane. Była zaintubowana, a krew poplamiła bandaż owinięty wokół głowy. Worek reanimacyjny wydał głośny syk, wtłaczając powietrze do jej płuc.

Cisza, jaka zapadła po ich wyjściu, miała złowieszczy wydźwięk, jakby wcale nie zwiastowała końca zdarzeń.

Z miny Jude dało się wyczytać, że po raz nie wiedzieć który zamierza zapytać Emmy, jak się trzyma.

- Widziałaś sprawcę?

Z ust Jude wyrwał się taki dźwięk, jakby agentka zastanawiała się, czy pozwolić Emmy zmienić temat.

- Nie, ale kiedy padł strzał, stałam w tym miejscu.

Emmy skierowała wzrok we wskazaną stronę, czyli na środek korytarza między dwoma pokojami na tyłach. Po widocznym na podłodze niewielkim rozprysku krwi domyśliła się, że sprawca strzelał do Jude, stojąc w drzwiach pokoju Allison. W tej chwili jednak nie mogła sobie pozwolić na błądzenie myślami wokół siostry, która o włos uniknęła śmierci, i samej jej postawy, Jude zdawała się bowiem bardziej przejmować Emmy niż samą sobą. Wróciła do pokoju Mandy, by określić prawdopodobny tor lotu pocisku. Po tym, jak musnęła Jude, kula wybiła dziurę w ścianie tuż za nią. W płycie gipsowo-kartonowej widniał otwór. Pocisk przeleciał przez pokój i uderzył w ścianę obok zagłówka łóżka. Emmy dostrzegła mosiężny błysk pod ciemną izolacją, w której ostatecznie ugrzązł.

Rozejrzała się po korytarzu. Z miejsca, w którym stała, przez wybite okno widziała podwórko.

- Drzwi do pokoju Allison były otwarte czy zamknięte?

- Nie mam pojęcia. Umknęło mi wiele szczegółów. Wiem tyle, że chyba upadłam, bo bolą mnie łokieć i biodro. A następne, co pamiętam, to ty ze strzelbą. - Dłonie Jude powędrowały na biodra takim samym gestem, jak u Myrny, gdy szykowała się do palnięcia wykładu. - Energia kinetyczna pocisku często powoduje obrażenia w pewnym promieniu od trajektorii lotu. Nie straciłam przytomności, ale chwilowa amnezja wskazuje na wstrząs mózgu.

Emmy nie zamierzała pytać, czy musi jechać do szpitala. Dręczyło ją ważniejsze pytanie.

Myśli Jude najwyraźniej biegły tym samym tropem, gdyż spytała:

- Jak Mandy dostała się na strych?

Emmy wróciła na korytarz i spojrzała w górę. Między dwoma pokojami od frontu dostrzegła panel kryjący opuszczane schody. Nie był wyposażony w linkę, tylko w zaczep oczkowy. Aby opuścić schody, potrzebny był kij zakończony haczykiem i siła do ściągnięcia ich w dół. A potem trzeba było z powrotem je wciągnąć.

Jude znów wtrąciła swoje oczywiste trzy grosze:

- Musi być jakieś inne wejście.

Emmy weszła do pokoju Allison i powachlowała dłonią przed twarzą, by przegnać wirujące w powietrzu strzępki. Włączyła się klimatyzacja. Przez rozbitą szybę wpadał lekki wiatr. Drobinki izolacji unosiły się w całym pomieszczeniu.

Jude zapaliła światło łokciem. Deszcz odłamków z pękniętego sufitu i śmieci pozostawione przez ratowników medycznych sprawiały, że przestrzeń bardziej przypominała wojenne pobojowisko niż miejsce zbrodni. Plamy krwi mieszały się z białym pyłem i strzępkami, a wokół walały się puste opakowania po opatrunkach, rękawiczki do badań i nożyczki ratownicze. Po drugiej stronie łóżka leżał fioletowy but do biegania marki Nike. Lewy. Prawy wciąż był na stopie Mandy, kiedy wynoszono ją z pokoju. Na podłodze obok leżała strzelba Emmy.

- Ile strzałów naliczyłaś w samochodzie? - zapytała Emmy.

- Cztery.

Emmy kiwnęła głową. Zapamiętała tyle samo.

Jude uniosła rękę.

- Sprawca odstrzelił Allison kciuk i palec wskazujący. Przypuszczam, że to kwestia wyszkolenia, które kazało jej sięgnąć po broń. Nie stałaby bezczynnie, czekając na strzał. Dlatego dotarła do kuchni, zanim śmiertelna kula ugodziła ją w klatkę piersiową.

Emmy nie zauważyła rany w piersiach, bo była zbyt oszołomiona wizją martwej siostry leżącej piętro wyżej.

- Szyba przy drzwiach wejściowych została rozbita od wewnątrz.

- Pierwszy pocisk przypuszczalnie przeszedł przez jej dłoń - orzekła Jude, rozglądając się po pomieszczeniu. - Oczywiście wszystko wyjdzie na jaw w badaniach kryminalistycznych, lecz czwarta kula prawdopodobnie trafiła Mandy. A piąta mnie w głowę. Mam szczęście, że to marny strzelec.

Miałaby jeszcze więcej szczęścia, gdyby została na podwórku na tyłach, tak jak powinna.

- Moim zdaniem szanse na to, że Mandy się z tego wyliże, są bardzo nikłe. - Jude patrzyła na but dziewczyny. Impet dosłownie wyrzucił ją z obuwia. - Nie chodzi nawet o ranę głowy. Straciła mnóstwo krwi w bardzo krótkim czasie. Tak dużo, że mająca ponad centymetr grubości płyta gipsowo-kartonowa przesiąkła na wylot. Leżąc na podłodze, Mandy doznała wstrząsu hipowolemicznego[2]. Jeśli nie uda się im zatamować krwawienia w mózgu, nie nadążą z uzupełnianiem krwi. To jak próba napełnienia sita.

Emmy weszła do garderoby i namacała włącznik światła. Pierwszym, na co zwróciła uwagę, był krwawy odcisk na jednej z wnęk na buty, wyglądający tak, jakby na jej krawędzi zacisnęła się nieduża dłoń. Ślad był ulokowany kilka centymetrów nad jej głową. Powiodła wzrokiem w górę. W suficie znajdował się właz pokryty śladami dwóch dłoni, które wściekle złapały za płytę ze sklejki i odsunęły ją na bok.

- Jakim cudem Mandy udało się tam wdrapać z dziurą w głowie? - zapytała.

- Reakcja walki lub ucieczki? - zasugerowała Jude. - Zmniejszona percepcja bólu. Zwiększona wydolność fizyczna. Szybsze tempo i krążenie krwi. Wyostrzone zmysły. W przypadku niektórych ran głowy może dojść do tak silnego uszkodzenia części mózgu, która odpowiada za wyłączenie tej reakcji, że ranny nie odpuszcza. Adrenalina to piekielna rzecz.

Emmy bardziej zaintrygowały wnęki na buty, które sięgały niemal sufitu. Były przewidziane dla dwóch osób, lecz Allison ewidentnie zajęła obie części, upychając szpilki, mokasyny i tenisówki w dziesiątkach przegródek. Farba z czasem pożółkła. Lata użytkowania sprawiły, że w niektórych miejscach prześwitywało gołe drewno, lecz nie tak, jak można byłoby się tego spodziewać, bo jedynie w rogach i naprzemiennie. Prawy róg. Lewy róg. Prawy. Lewy. I tak aż na samą górę, bo ktoś odkrył, że wnęki mogą służyć jako drabina do włazu na strych.

Wytarte miejsca świadczyły o tym, że ten ktoś wspinał się tam wielokrotnie. Dom był wielki i z pewnością nie brakowało tu miejsc, do których można było uciec, lecz strych stanowił świetną kryjówkę. Dziecko mogło wdrapać się po tych wnękach na górę bez problemu. Dla dorosłego człowieka byłoby to większe wyzwanie.

Jude wyszła z kolejnym oczywistym pytaniem:

- Przed kim ukrywała się Mandy?

Emmy zabrała strzelbę, opuściła pokój i zaczęła schodzić po krętych schodach na froncie. Jude poszła za nią. Szeryfka otarła twarz grzbietem ramienia. Pot i krew przemieniły pył na jej skórze w papkę. Na czarnej lufie strzelby widniały różowe odciski palców. Brett wciąż opierał się o samochód, teraz jednak rozmawiał z Cole'em. Na ulicy zaparkowane były wszystkie pojazdy z biura szeryfa, do obławy na sprawcę przyłączyli się nawet funkcjonariusze pilnujący bezpieczeństwa w szkole.

Brett odepchnął się od auta i wetknął kciuki w szlufki służbowej kamizelki.

- Emmy, ja...

- Szeryfko - poprawiła go Jude.

- Cole, zawieź ciocię na farmę Taybee - poleciła Emmy i zwróciła się do Bretta: - Coś o Billu Garrisonie?

- Wysłałem za nim McGuire'a i Vanderbilta. Wcześniej czy później wyjdzie z jakiejś nory. Ludzie mający taką forsę nie znikają bez śladu. Zatrudniają prawnika i walczą. - Spojrzał na Jude, a potem przeniósł wzrok z powrotem na Emmy. - Szeryfko.

W ulicę skręciła biała furgonetka z logo wydziału kryminalistycznego GBI. Tuż za nią pojawił się nieoznakowany Ford Police Interceptor. Emmy rozpoznała samochód federalny. Za kierownicą siedziała agentka specjalna Sherry Robertson, terenowa funkcjonariuszka GBI.

- Pomóż im się rozstawić ze sprzętem. Nie chcę, żeby od tej chwili po tym domu kręcił się ktokolwiek, kto nie jest mną albo nie należy do GBI. Ciebie też to dotyczy. Zrozumiano?

- Tak jest, szeryfko.

Emmy schowała strzelbę do bagażnika radiowozu i zabrała zapasową koszulę, którą woziła na wszelki wypadek. Bez pasa i kamizelki czuła się niepewnie, ale jedno i drugie wisiało na haku w domu. Podobnie jak akcesoria Geralda. I Cole'a. Myrna często narzekała na rysy, które robili na kuchennej ścianie, aż zapomniała, że lubi dbać o takie drobiazgi.

Emmy wzięła głęboki wdech, przeszła przez ulicę i skierowała się ku sąsiedniemu okazałemu domowi w stylu kolonialnym. Ganku pilnowały rozstawione wokół kamienne figurki kaczek i królików. Niektóre były ubrane w stroje zespołu Atlanta Braves, a inne w barwy Atlanta Falcons i Women's National Basketball Association. W oknie siedziała niemłoda już kobieta - mniej więcej w wieku Jude - i obserwowała ulicę. Darla Bell prowadziła drużynę piłkarską Emmy w gimnazjum, lecz kilka lat temu przeszła na emeryturę. Emmy usłyszała telewizyjną relację z meczu futbolowego z odległości dwudziestu metrów. Kiedy podeszła, dźwięk został przyciszony.

- Emmy Lou? - Trenerka Bell przez chwilę mocowała się z oknem. Emmy bez trudu udało się podważyć je od zewnątrz, co wiele mówiło o nonszalancji, z jaką podchodzili mieszkańcy North Falls do zabezpieczania domów. - Co tu się, do cholery, wydarzyło? Wyglądasz jak wrak.

- Nie wątpię. Rzuciło ci się dzisiaj coś w oczy?

- Drzemałam, gdy nagle przejechał tędy ten młody palant z wyjącym na cały regulator radiem. Chłopak Saddlerów. Po śmierci ojca rok temu wprowadził się z powrotem do matki. Chciałam jeszcze pospać, ale usłyszałam strzał, a potem... - Pstryknęła palcami. - Zamknąć, zgasić, schować się.

Emmy znała to hasło ze szkolnych ćwiczeń w zakresie postępowania w przypadku strzelanin. Zamknij drzwi. Pogaś wszystkie światła. Ukryj się.

W jakim straszliwym świecie przyszło im żyć.

- Telefon mi się urywa, bo ludzie próbują się dowiedzieć, dlaczego mój dom jest obstawiony radiowozami z całego hrabstwa. - Jakby na potwierdzenie jej słów rozległ się dzwonek. - I co ja mam im powiedzieć?

Jedyną nauczycielką, której Emmy kiedykolwiek skłamała, była Myrna. Mimo to zdobyła się na kolejną próbę:

- Allison zostawiła broń na widoku i Mandy niechcący wystrzeliła. Nic jej nie będzie, ale zabrali ją do szpitala.

Trenerka Bell zmrużyła oczy. Nawet trzynastolatki potrafią lepiej kłamać.

- Niechcący wystrzeliła pięć razy?

Emmy uznała tę informację za potwierdzenie liczby strzałów.

- Zauważyłaś coś jeszcze w związku z tym domem? Nie chodzi tylko o dzisiaj...

- Chodzi ci o ciągłe wrzaski i awantury? - Bell cmoknęła z niesmakiem. - O tak, o każdej porze nocy. Allison darła się na Mandy, a Mandy na Allison. Wiesz, jak jest. To słodka dziewczyna, ale nie dla swojej matki.

- A Bill?

- Bóg jeden wie, że też ma swoje na sumieniu.

Ich spojrzenia na moment się spotkały. Obie zdawały sobie sprawę z tego, że w jej słowach kryje się drugie dno. Trenerka Bell odezwała się pierwsza:

- Nie widziałam Billa od kilku tygodni, niebu niech będą dzięki.

- Allison powiedziała ci, dlaczego zniknął?

- Nie pisnęła nawet słowa, ale to skryta osoba i lubi załatwiać swoje sprawy we własnym zakresie. - Emmy też to wiedziała, ale nie wspomniała o tym. - Słonko, wiem, że dzisiaj był pogrzeb twojej mamy. Nie powiem, że się z nią dogadywałyśmy. Bóg jeden wie, że Myrna potrafiła zaleźć za skórę. Ale tak naprawdę chcę powiedzieć, że na pewno dowiesz się, co tam się tak naprawdę wydarzyło. Wychowała cię na niesamowicie inteligentną i troskliwą młodą kobietę. - Spojrzała nad jej ramieniem. - Najwyraźniej uczyła się na własnych błędach.

Emmy podążyła za jej przenikliwym spojrzeniem. To Jude wjeżdżała na podjazd.

Odwróciła się od trenerki.

- Kręcił się tu ostatnio po okolicy ktoś obcy?

- Od razu bym do ciebie zadzwoniła.

O tym akurat Emmy była przekonana.

- Dziękuję. A mogłabym skorzystać z twojego węża ogrodowego?

- Tylko zwiń go z powrotem, jak skończysz.

Trenerka Bell spiorunowała Jude wzrokiem i zatrzasnęła okno. Przyczyn tej reakcji próżno było się domyślać, jednak wyjeżdżając z miasta, Jude spaliła za sobą wiele mostów. Niektóre tliły się nawet po czterdziestu latach z okładem.

Emmy przerzuciła czystą koszulę służbową przez balustradę ganku, podeszła do bębna z wężem ogrodowym i odkręciła zawór.

- Widziała coś? - zapytała Jude.

- Jest już stara. Oczy szwankują.

- Stara?! - prychnęła Jude. - W liceum była tylko o dwa roczniki przede mną.

Emmy ochlapała twarz zimną wodą, potem zaczęła wyczesywać palcami brud z włosów.

- Dam sobie radę z Brettem. Nie muszę prosić starszej siostry, żeby zagroziła mu mantem za szkolną stołówką.

- Jasne. Wszystko w porządku? - Gdy Emmy skierowała strumień wody na zakrwawione stopy, Jude dodała: - Na rekonesans do domu weszłaś ze strzelbą zamiast z Glockiem. - Emmy podała jej wąż i ściągnęła koszulę z balustrady, a Jude mówiła dalej: - Śrut ze strzelby ma duży rozrzut. Wystrzał w ciasnym pomieszczeniu grozi zabiciem ludzi, których próbujesz ratować. - Znów przestawiła się na tryb wykładowczyni, jakby prowadziła zajęcia w szkole agentów w Quantico. - Pistolet jest wygodniejszy i dokładniejszy, oczywiście pod warunkiem, że uda ci się powstrzymać dygotanie rąk na tyle, by dobrze wycelować.

Ręce Emmy zapinały koszulę bez cienia dygotania.

- Powiedziałaś mi, że powinnam poprosić Cole'a o wsparcie. A co sama zrobiłaś? Cichcem weszłaś po schodach, nie prosząc mnie o wsparcie.

Jude wzruszyła ramionami i mruknęła:

- Racja.

Emmy nie chciała marnować czasu na bezsensowne dyskusje.

- Nawiń wąż z powrotem na bęben, jak skończysz.

Pomachała trenerce Bell w ramach podziękowania i poszła na podjazd. Wyprostowała palce, żeby znów nie zacisnąć ich w pięści. Mięśnie piekły ją od nadmiernego napięcia, bolała głowa, czuła rany na podeszwach stóp. Jakby tego było mało, woda z mokrych włosów spływała strużkami i wsiąkała w tył koszuli. Podejrzewała, że połączenie wilgoci i upału będzie miało nieprzyjemnie pachnące konsekwencje dla odzieży, lecz to nie był dobry moment na powrót do domu i prysznic. Z lasu właśnie wynurzyło się dwóch jej zastępców. Julian Vanderbilt i Levi McGuire wyglądali jak spocony obraz nędzy i rozpaczy. Emmy wyprostowała się, udając, że czuje się znakomicie we własnym ciele, jej matka nie leży w świeżo wykopanym grobie, a siostra nie gra jej na każdym z możliwych nerwów.

- Hejka. - Sherry opierała się o tył federalnego auta. Gestem głowy wskazała parę podniszczonych butów marki Hoka leżących na szerokim zderzaku. - Miałam je w torbie z ciuchami na siłownię.

- Dzięki. - Buty były miękkie i przyduże jak kapcie, ale lepsze niż chodzenie boso. - Brett cię wtajemniczył?

- Allison.

Emmy dostrzegła w wyrazie twarzy Sherry odbicie własnego poczucia winy i żalu. W tej okolicy nie było wielu funkcjonariuszek. Stanowiły małą, zgraną paczkę. A przynajmniej starały się, żeby była zgrana.

- Co z Mandy?

Emmy na moment zacisnęła usta, nim odparła:

- Szprycowali ją elektrowstrząsami dobrych kilka razy, zanim wróciła.

Sherry przetwarzała tę informację przez dłuższą chwilę, po czym powiedziała:

- Przykro mi z powodu twojej matki.

Emmy poczuła, że odłamek szkła tylko czyha, by znów zagnieździć się w jej krtani.

Na szczęście agentka tylko skinęła głową, kwitując w ten sposób kwestię kondolencji, i odwróciła się, żeby spojrzeć na dom.

- Nie zazdroszczę ci, że musisz się odnaleźć w tej paskudnej sytuacji. Na jakim jesteśmy etapie?

Emmy spojrzała na zegarek. W takich przypadkach czas rządzi się nielogicznymi prawami.

- Myślę, że od pierwszego strzału upłynęło trzydzieści minut. Nie chcę puszczać pary z ust, dopóki nie znajdziemy Billa.

Na dźwięk tego imienia Sherry tylko pokręciła głową. Trenerka Bell zareagowała tak samo. Wszyscy znali temperament Billa, ale nikt o nim nigdy nie mówił.

- Nie licz na to, że to się po ludziach nie rozejdzie. Wiesz, że gliniarze nie są mistrzami w dochowywaniu tajemnic. A przynajmniej nie między sobą.

- Miejsce zbrodni... - Emmy szukała właściwych słów. Krwawe odciski dłoni na parapecie nie dawały jej spokoju, podobnie jak czarna nitrylowa rękawiczka na płaskim daszku. Niektórzy policjanci nazywali to złym przeczuciem albo szóstym zmysłem, a kobiety w policyjnych mundurach intuicją. Jej ojciec nazywał to CTNG, czyli "coś tu nie gra", co było równie dobrym określeniem, jak każde inne. - Coś tu nie gra.

- Pod jakim względem?

Zanim Emmy zdążyła odpowiedzieć, czarny Dodge Durango Pursuit zjechał z drogi dojazdowej i zatrzymał się kilka metrów od domu. Zapowiadało się na kolejną z tych paskudnych sytuacji, w których Emmy musiała się odnaleźć. Za kółkiem siedział Reggie Wilder, komendant policji z Clayville. Były szef Allison.

I jej były kochanek.

- Brett, idziesz ze mną.

Emmy dała gestem znak Cole'owi, żeby osłaniał drzwi wejściowe, i energicznie podeszła do Durango. Słyszała, jak o nogi starającego się dotrzymać jej kroku Bretta obijają się jego broń i akcesoria: Glock, gaz pieprzowy, kajdanki, pałka teleskopowa... Wszystko, co pragnęła mieć pod ręką, bo Reggie Wilder przywykł do wydawania rozkazów, a nie do ich wykonywania.

Szybkim gestem ściągnął przylegające do twarzy okulary przeciwsłoneczne. W jego oczach lśniły łzy. Był niewiele wyższy od Emmy, lecz wręcz obscenicznie umięśniony dzięki codziennym mozolnym ćwiczeniom na siłowni przed pracą i po służbie. Poza tym przepełniał go nieustannie tlący się gniew, którego wybuch mogła sprowokować byle iskra.

- Reggie - zaczęła.

- To prawda? - powiedział drżącym głosem. - I gdzie, do diabła, jest Bill? Dlaczego go nie namierzasz?

- Chodźmy na stronę, pogadajmy.

- Nie pójdę na żadną stronę, dopóki nie zobaczę, co zrobił jej ten skurwiel.

Ruszył w kierunku domu, miejsca niedawnej zbrodni, gdzie zamordowano jego byłą partnerkę i gdzie każdy obcy ślad DNA i odcisk palca mógł wprowadzić dodatkowy zamęt.

Bill Garrison nie był w tej sprawie jedynym podejrzanym.

- Reggie.

Ze względu na zerwane w ubiegłym roku więzadło krzyżowe lekko utykał, ale i tak szedł bodaj dwa razy szybciej niż Emmy. Musiała truchtać, żeby go dogonić.

- Reggie, stój!

Nie zatrzymał się.

- Muszę ją zobaczyć.

- Reggie. - Emmy podjęła próbę zatarasowania mu drogi. - Nie możesz...

Odepchnął ją barkiem twardym jak młot. Plecy Emmy, na których wymuszono nagły skręt, zamarły z bólu. Cole spiął się jak biegacz w blokach startowych, lecz szeryfka tylko pokręciła głową, nakazując mu zostać na miejscu. Czuła, że patrzy na nią cała ulica. Na twarzy Jude malowała się troska, Sherry też spoglądała z niepokojem. Wszyscy wiedzieli, że sprawy mogą przybrać zły obrót.

- Reggie, posłuchaj. - Emmy stanęła przed nim na wprost, lecz zmusił ją do pójścia rakiem, nieubłaganie posuwając się naprzód. - Ten dom to miejsce zbrodni. Nie mogę pozwolić ci...

Tym razem przewidziała tok zdarzeń. Reggie uniósł ręce i popchnął Emmy z całej siły. Miała ułamek sekundy na przeniesienie ciężaru ciała na prawą stopę. Nie wzięła jednak pod uwagę luźnych butów. Potknęła się i wylądowała na tyłku.

Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy, szybko, jedna po drugiej.

Najpierw w jej stronę rzucił się Cole. Po nim Jude. A w ślad za nią Sherry.

Emmy zerwała się na równe nogi, wyszarpnęła pałkę z paska Bretta, wzięła zamach i uderzyła Reggiego w kolano.

Nie zdążył nawet nabrać powietrza, by krzyknąć, tylko z jękiem gruchnął na ziemię, trzymając się za nogę. Ból był tak przeszywający, że mimowolnie zwymiotował.

Cole zatrzymał się w pół kroku, a po nim Jude i Sherry.

Emmy raptownie nabrała powietrza. Bolało ją ramię, a obita o chodnik kość ogonowa mocno dała o sobie znać. Pot zalewał jej oczy.

- Chryste, Emmy! - W głosie Bretta brzmiała czysta odraza. - Przecież wiesz, że ma chore kolano.

Podała pałkę Brettowi.

- Może odjechać stąd sam albo na tylnym siedzeniu twojego radiowozu. Decyduj.

Emmy nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że z powodu napaści Reggiego zgubiła buty, dotarło to do niej dopiero teraz, gdy poczuła piekący żar asfaltu na podeszwach stóp. Podeszła do swoich zastępców. Julian Vanderbilt, Gregg Davenport i Levi McGuire dołączyli do zespołu w ciągu ostatnich pięciu lat. Wszyscy oprócz Gregga jasno dawali do zrozumienia, że woleli pracować pod wodzą jej ojca.

- Raport? - zapytała krótko Gregga.

Patrzyła na ruch jego ust, ale słowa jakoś do niej nie docierały. Zamiast tego starała się wczuć w siebie. Kontekst powiedział jej wszystko, co musiała wiedzieć: trzech jej zastępców zostało wysłanych do lasu na poszukiwanie zabójcy. Teraz stali na ulicy. Ergo, nie znaleźli.

Ujrzała zbliżającego się Cole'a. W jednej ręce niósł buty Sherry, w drugiej miał telefon. Poczekał, aż Gregg skończy mówić.

- Szefowo, napisałem ten komunikat prasowy, o który prosiłaś.

Nie miała pojęcia, o czym mówi, ale wzięła podany telefon. Na ekranie, tylko do jej wiadomości, był krótki tekst:.

Bill Garrison jest na stadionie baseballowym w North Falls.

[2] Śmiertelnie groźny stan, wynikający z drastycznego spadku objętości krwi krążącej w naczyniach (przyp. tłum.).

Rozdział trzeci

W drodze na stadion baseballowy Emmy trzymała telefon przy uchu i rozmawiała, korzystając z tego, że za kółkiem siedzi Gregg. Doktor Layla Paulson była dyrektorką medyczną w ośrodku Evelyn Gilchrist Trauma Center w Albany i osobiście nadzorowała opiekę nad Mandy. Dziewczyna natychmiast trafiła na stół chirurgiczny, jednak rokowania przedstawiały się ponuro.

- Kula przeszła płytko przez lewą stronę głowy. Przede wszystkim musimy zatamować krwawienie. Nadal nie nadążamy z zastępowaniem traconej krwi.

Emmy przypomniała sobie komentarz Jude o napełnianiu sita.

- Wiem, że trudno cokolwiek teraz przewidzieć... - zaczęła.

- Istotnie - nie pozwoliła jej dokończyć Layla. - Ale Mandy jest młoda, co w przypadku takich urazów ma niebagatelne znaczenie. To jedyny czynnik działający na jej korzyść. Obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by utrzymać ją przy życiu.

- Okej. Dzięki za informacje.

Gregg zerknął na Emmy, gdy skończyła rozmawiać, lecz umiał powstrzymać się od zadawania pytań i właśnie dlatego to on teraz prowadził, a nie któryś z pozostałych zastępców. Poleciła mu, żeby włączył policyjne światła, ale syrenę zostawił w spokoju, więc samochody zjeżdżały im z drogi w ostatniej chwili, a kilka zatrzymało się na poboczu. Choć Gregg był dobrym kierowcą, Emmy i tak korciło, by się z nim zamienić.

W milczeniu przypomniała sobie wszystkie zadania, które zleciła na miejscu zdarzenia. Kazała Brettowi przerwać poszukiwania w lesie i wysłać zastępców do ludzi z osiedla. Chciała, żeby obeszli wszystkie pobliskie domy i przepytali sąsiadów, a lokalne skanery tablic rejestracyjnych miały wychwytywać nietypowe pojazdy. Być może ktoś widział w tej okolicy coś, co wzbudziło jego podejrzenia albo przebywał na ulicy w czasie, gdy padły strzały, a oni musieli tych świadków znaleźć. Musieli też namierzyć syna Ginny Saddler, który przejeżdżał tamtędy, słuchając muzyki rozkręconej na cały regulator, a także skontrolować pod kątem podejrzanych zachowań nagrania z domowych kamer zamontowanych przy drzwiach wejściowych. I sprawdzić, czy ktoś zna personalia biologicznego ojca Mandy.

Sherry Robertson miała odnaleźć akt urodzenia Mandy i testament Allison w tym czasie, gdy zespół kryminalistyczny badał dom. Rodzice Allison nie żyli od kilku lat i była jedynaczką, więc jeśli jej córka przeżyje operację, decyzje dotyczące jej dalszych losów będzie musiał podjąć opiekun prawny.

Było też zadanie, które mogła wykonać tylko Emmy: musiała wymyślić jakiś sposób na wypytanie Reggiego Wildera o jego miejsce pobytu w chwili morderstwa.

Poczuła ucisk w żołądku. Nikt tak usilnie nie odmawia rozmowy z policją jak policjanci. Aby ściągnąć Reggiego na oficjalne przesłuchanie, Emmy musiała pokonać mnóstwo przeszkód. Wiedziała, że akurat on na pewno weźmie prawnika. Oprócz praw Mirandy, w grę wchodziły prawa Garrity'ego, ponieważ swego czasu Reggie został wezwany na dywanik za angażowanie się w kontakty seksualne z Allison, gdy był jej przełożonym. Pracowników sektora publicznego można było zmusić do odpowiadania na pytania pod groźbą postępowania dyscyplinarnego, lecz prawa Garrity'ego gwarantowały, że nic, co powiedzieli w ramach formalnego przesłuchania, nie mogło zostać wykorzystane przeciwko nim w postępowaniu karnym.

Biorąc to pod uwagę, Emmy miała wielką nadzieję, że Reggie nie był zamieszany w morderstwo Allison.

Telefon zawibrował jej w dłoni. Przyszedł jakiś esemes, a po chwili drugi i trzeci. Taybee od dwudziestu minut zasypywała jej ekran rzędami pytajników. Emmy w niepojęty sposób udało się zepchnąć w myślach pogrzeb Myrny na dalszy plan i nie chciała, by wracał na pierwszy. Jej ojciec zawsze powtarzał, że kiedy człowiek czuje, że jego życie się rozpada, powinien się skupić i robić swoje, bo tak będzie najlepiej.

Przeciągnęła palcem po ekranie, żeby zamknąć esemesy, a potem otworzyła profil Billa Garrisona na Facebooku. Dwóch bardziej doświadczonych zastępców zostało wysłanych na ulice na poszukiwania męża Allison, ale jej dwudziestotrzyletni syn odnalazł go w internecie w niecałą minutę.

Emmy zaczęła przewijać profil. Bill zamieszczał setki zdjęć przedstawiających jego, Allison i Mandy podczas łowienia ryb, wędrowania i robienia tych wszystkich rzeczy, które składają się na sielankowy obrazek, bo jeśli Garrisonowie byli z czegoś znani, to z udawania, że są jedną wielką szczęśliwą rodziną, a nie żałosnymi dupkami, którzy zdradzają małżonków, pozwalają dzieciom szaleć i nie wahają się używać pięści, gdy nie mogą czegoś wskórać za pieniądze.

Sklep Garrisonów istniał od prawie wieku, ale Cliftonowie zjawili się w North Falls pokolenia wcześniej. Ich pierwszym rodzinnym biznesem był skład drewna, a potem także materiałów budowlanych. Jakiś czas później Garrisonowie otworzyli dział z luksusowymi urządzeniami AGD i Bill ze swoim młodszym bratem zaczął zbierać od bogatych ludzi z całego kraju zamówienia na ekspresy do kawy za pięć tysięcy dolarów oraz na lodówki za dwadzieścia tysięcy. Dwóch pozostałych braci zajmowało się działem materiałów budowlanych, a owdowiała matka Billa starała się prowadzić księgowość w czasie, gdy akurat nie uczestniczyła w mszach, nie pracowała w radzie miasta i nie pikietowała o zakaz udostępniania niektórych książek w bibliotece.

Obrazek profilowy Billa na Facebooku przedstawiał tygrysa podrzucającego piłkę baseballową. Cole namierzył go właśnie na tej podstawie. Sklep Garrison Supply sponsorował North Falls Tigers, drużynę z juniorskiej ligi baseballowej, która uczestniczyła w turniejach wyjazdowych, a Bill był głównym trenerem. Jeden z jego bratanków grał na trzeciej bazie. Dziś po południu zmierzyli się z Ocmulgee Panthers.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji