Wszechświat jako nadmiar - Marek Oramus

Kup ebooka

36.00 zł
27.72 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Moja komitywa z literaturą popularnonaukową datuje się od połowy lat 60. XX wieku, czyli od ostatnich lat podstawówki, wówczas siedmioklasowej. Do dziś zostały mi w pamięci Małe opowiadania o wielkim kosmosie, a pochodzący sprzed półwiecza tytuł mógłby posłużyć za zwięzłe podsumowanie Wszechświata jako nadmiaru. To wtedy, w epoce Gagarina, dowiedziałem się, że światło wywiera ciśnienie, a więc mogłoby w przyszłości napędzać kosmiczne żaglowce. Była to wizja zapierająca dech w piersiach; zostałem przy tej literaturze w nadziei na podobne zauroczenia.

Jak wtedy, tak i dziś prym w popularyzacji wiodą naukowcy, którzy chętnie opowiadają o swych badaniach i dyscyplinach. Niestety, rzadko mamy do czynienia z autorami polskimi: słabe zainteresowanie nauką wśród Polaków powoduje, że zalewa nas produkcja ze strefy anglojęzycznej, gdzie skłonności do popularyzacji mają zdrowe podłoże finansowe. Każdy znaczniejszy fizyk czy astrofizyk zachodni stara się opublikować parę książek o swoich przemyśleniach i koncepcjach, stało się to poniekąd miarą naukowego prestiżu.

Co w takim towarzystwie noblistów i tych, co się o Nobla ocierają, robi amator, którym nigdy nie przestałem być pomimo kibicowania nauce przez całe dorosłe życie? Otóż naukowcy to ludzie ostrożni, roztropnie wypowiadający się o kosmosie i jego fenomenach, o rozpatrywanych hipotezach itp. Pewnych tematów nie podejmują z zasady: żaden szanujący się astrofizyk ani kosmolog nie będzie się wypowiadał serio o sensie Wszechświata albo przesądzał, czy jest to gigantyczny komputer i co oblicza swoimi obrotami. Kwestie te leżą poza obszarem ortodoksyjnie pojmowanej nauki. Podobnie traktują zagadnienie Obcych, czyli naszych braci w rozumie, jak się mówiło dawniej, w czasach entuzjazmu, a także futurologię wszelkiej maści. Ta ostatnia pod każdym względem urąga metodologii naukowej, a produkowane przez nią słabo weryfikowalne scenariusze są z naukowego punktu widzenia pozbawione wartości.

Dystansując się od tych podejrzanych pól tematycznych, naukowcy rzadko ujawniają, co im w duszy gra. W prasie trudno spotkać artykuły prominentnych uczonych, bo gazety "poważne" bardziej gustują w przepychankach polityków, natomiast nieliczne tytuły popularnonaukowe drukują byle co. W takim krajobrazie tworzy się miejsce dla amatora, który te traktowane niechętnie tematy podejmie. W książce Wszechświat jako nadmiar staram się zatem wchodzić na pole niczyje, zagospodarować szeroką dziedzinę "filozofii kosmosu", bazując na ogólnie dostępnych informacjach. O tyle było mi łatwiej, iż jako autor utworów science fiction nie robię właściwie nic innego.

Od dawna planowałem więc książkę, która by odzwierciedlała moje fascynacje nauką, zwłaszcza zaś fizyką, astronomią, astrofizyką i kosmologią, a także - last but not least - astronautyką. Tu odkrycie goni odkrycie, ledwo człowiek zdąży ochłonąć, już szykuje się albo pojawia coś nowego. Żyjemy w szczególnej epoce, mogąc oglądać powierzchnie dalekich ciał niebieskich i dowiadywać się o fenomenach, jakie w czasach mojej młodości uznano by za fantazję. W swoich opiniach często odwołuję się do fantastyki, która stanowi dla mnie obszar odniesienia wobec dzisiejszych cudeniek, a także pole możliwych rozwiązań wielu kwestii, o których wspominam. To nie znaczy, że autorzy SF mają na podorędziu lekarstwa na dzisiejsze problemy i dość sięgnąć do ich utworów, by je tam znaleźć; raczej pokazuję je na zasadzie, że o pewnych rzeczach można myśleć z rozmachem i niekonwencjonalnie.

Planując Wszechświat jako nadmiar, znajdowałem się w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że dzięki współpracy z "Plusem-Minusem", sobotnim dodatkiem do "Rzeczpospolitej", mogłem regularnie publikować artykuły o sprawach, które mnie ciekawiły, i z biegiem czasu nazbierało się ich kilkadziesiąt. Impuls do ułożenia książki dała mi przypadająca na lipiec 2019 roku 50. rocznica lądowania Amerykanów na Księżycu. Wyobrażam sobie, że ta okazja spowoduje wzrost zainteresowania nie tylko samym Księżycem, ale astronautyką, planetologią i szeroko rozumianym kosmosem. Wystąpienie wiceprezydenta USA Mike'a Pence'a pod koniec marca 2019 roku zapowiada powrót Amerykanów na Księżyc w ciągu najbliższych pięciu lat. Wokół Księżyca zacznie się znowu ruch i być może światowa opinia publiczna będzie miała okazję docenić wagę tego, co się zdarzyło przed półwieczem, w surowych z dzisiejszego punktu widzenia latach 60.

W kwestii Księżyca wciąż pozostają do rozstrzygnięcia dwie tajemnice. Po pierwsze: dlaczego program księżycowy nie był kontynuowany. Odpowiedź, że wyczerpało się paliwo polityczne, zadowala tylko częściowo. Wszak nie brakowało środków, skoro niedługo potem NASA wpakowała się w promy kosmiczne, drogie i stanowiące ślepy zaułek w rozwoju astronautyki. Drugie zaskoczenie dotyczy faktu, że cud lądowania na Księżycu spłynął po ludzkości jak woda po kaczce. Zasypywani codziennie mrowiem sensacyjnych wiadomości, utraciliśmy zdolność dziwienia się, odnotowania, że na naszych oczach dokonuje się cywilizacyjny przełom. To, jak zmienił się świat od pamiętnego 19 lipca 1969 roku, każe przypuszczać, że niedługo sprawy związane z Księżycem i kosmosem staną się dla nas równie palące jak raporty o narastaniu efektu cieplarnianego.

Duży blok księżycowy ma przybliżyć czytelnikowi kwestie związane nie tylko z podróżowaniem na Księżyc, ale unaocznić fakt, że blady satelita Ziemi przyczynił się do tego, że nasz świat wygląda jak wygląda, a ludzie zostali uformowani w takiej, a nie innej postaci. Starałem się ukazać wpływ tysięcznych czynników, które formowały kosmos i nasz układ planetarny. Posunąłem się do przypuszczenia, że specyficzne warunki, którym zawdzięczamy nasze istnienie, nie powtórzyły się nigdzie indziej, co odzwierciedla tytuł tej książki.

Zaletą pisania do prasy jest swoboda w wyborze tematów, wadą - że powstałe w dłuższym okresie teksty z trudem składają się na wywód, będąc w głównej mierze obrazkami, migawkami, impresjami. Odwołując się do literatury - jest to bardziej zbiór opowiadań niż powieść. Nie udało się wyeliminować wszystkich powtórek, świadczących o obsesyjnym powracaniu autora do pewnych tematów, oglądania ich od innej strony, dziwowaniu się i jakby nie dowierzaniu widokom, jakie rozpościerają się przed oczami. Pod tym względem przypominam nieco bywalca muzeum, który z głową nabitą wrażeniami śni o nich w nocy, a rano zrywa się z zamiarem ponownego kontaktu z ekspozycją, bo to silniejsze od niego.

O tym wszystkim staram się pisać w książce Wszechświat jako nadmiar. Musimy bardziej interesować się przyszłością; musimy więcej uwagi poświęcać możliwości napotkania przejawów życia biologicznego w naszym własnym układzie planetarnym, a także być gotowi do zetknięcia się z Obcymi, niezależnie od tego, co sądzimy o ich istnieniu albo nieistnieniu. Musimy liczyć się serio z możliwością łupnięcia w nas skały z kosmosu i przygotować się na odparcie takiego ataku. Świat wokół nas przestał być miejscem co się zowie sielskim i przyjaznym; im więcej o nim się dowiadujemy, tym bardziej rośnie katalog przeraźliwych rzeczy i zjawisk, z którymi dane nam będzie się zmierzyć. Wiedząc o nich, nie możemy dłużej odgrywać naiwnych nieboraków, którym zdaje się, że gdy przycupną pod miedzą, to jakoś im się upiecze.

Z takiego myślenia wynika tematyka eschatologiczna, również obecna w książce. Przewaliły się i zostały za nami daty wielkich spodziewanych kataklizmów - rok 2000, rok 2012 - a chwilowo nie pojawiły się na ich miejsce nowe. To nie świadczy, że widmo końca świata przestało nas nękać, jest pod dostatkiem symptomów, które można uznać za niepokojące. Cywilizacja może polec zarówno w jednorazowej katastrofie, jak i w procesach bardziej długotrwałych. Choć więc daty nowych końców świata dopiero się tworzą i choć zapewne wydadzą się nam równie mało wiarygodne jak te z przeszłości, to coraz bardziej przekonująco brzmi teza, że gospodarowanie ludzi na planecie obciążają tysięczne wady i błędy, które w skumulowaniu dadzą smętny finał. W tym sensie zajmowanie się nimi nie jest czynnością abstrakcyjną bądź stratą czasu, ani dla autora, ani - mam nadzieję - dla czytelnika.

kwiecień 2019

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Czas księżyca

Gdyby nie Księżyc, pierwsze lądowanie człowieka na obcym ciele kosmicznym opóźniłoby się być może o setki lat.

Księżyc: brama w kosmos

Zakochani przypisują Księżycowi pozytywny wpływ na namiętności. Uczeni wskazują, że bez jego udziału powstanie życia na Ziemi byłoby niemożliwe. Mało kto natomiast zdaje sobie sprawę, że gdyby nie bliskość Księżyca, lądowanie człowieka na innym ciele niebieskim byłoby wciąż melodią odległej przyszłości.

Księżyc w Układzie Słonecznym jest ewenementem: należy do najbardziej okazałych satelitów, większe są tylko Ganimedes, Tytan, Callisto i Io. Jako jedyny z tej piątki obiega małą planetę krążącą blisko Słońca; inne wymienione są towarzyszami wielkich planet gazowych, Saturna (Tytan) i Jowisza (pozostałe). W stosunku do rozmiarów Ziemi jest nadspodziewanie duży: jego średnica (3476 km) stanowi ponad ćwierć średnicy Ziemi. Biorąc pod uwagę jego rozmiary, a także stosunkowo niewielką odległość od naszej planety (średnio około 380 tys. km), astronomowie określają czasem układ Ziemia - Księżyc jako planetę podwójną. Żadna inna planeta ziemskiego typu nie może poszczycić się tak imponującym satelitą. Mars ma dwa drobne księżyce, Fobosa i Deimosa, które są prawdopodobnie przechwyconymi planetoidami. Wenus nie ma ich w ogóle, być może z powodu bliskości Słońca, a być może dlatego, że 4,6 miliarda lat temu nie uderzyło w nią ciało wielkości Marsa, jak to się przydarzyło naszej Ziemi. W wyniku tamtego kataklizmu na lokalną skalę powstał właśnie Srebrny Glob.

Co by było, gdyby...

Wyobraźmy sobie, że Ziemia została wyposażona nie w jeden, ale w dwa księżyce. Naturalną koleją rzeczy po zdobyciu bliższego kolejna ekspedycja wylądowałaby i na dalszym. Gdyby Ziemia miała więcej naturalnych satelitów (Jowisz i Saturn mają ich po kilkadziesiąt, w większości niewielkich), wyprawy załogowe wspinałyby się po nich w kosmos jak po drabinie. Takie postępowanie uznano by za naturalne, niezależnie od wyścigów politycznych między mocarstwami.

A jeśli Księżyc nigdy by nie się nie pojawił i Ziemia krążyłaby wokół Słońca samotnie? Dzieje astronautyki załogowej byłyby zupełnie inne. Oczywiście konieczne jest założenie, że ludzkość tak czy owak by powstała i z grubsza przypominała tę, którą znamy. Wpływ Księżyca na ziemskie sprawy jest bowiem przemożny, poczynając od stabilizowania ziemskiej orbity, kąta nachylenia ziemskiej osi obrotu, przez wywoływanie pływów oceanicznych, po regulowanie płodności - nie przypadkiem cykl rozrodczy kobiet związany jest z miesiącem księżycowym. Gdyby nie było Księżyca, najbliższymi ciałami niebieskimi, do których mogliby wzdychać prezydent Kennedy i sekretarz Chruszczow, stałyby się automatycznie Wenus i Mars.

Astronautyka zostałaby tym samym pozbawiona swoistego wabika, zachęcającego ludzkość do wyjścia w kosmos. Bez blisko położonego ciała kosmicznego do zdobycia rozwijano by loty orbitalne i używano próbników automatycznych. Lądowanie załogowe na innym ciele kosmicznym zostałoby odłożone na później. (Teoretycznie możliwe byłoby wcześniejsze wylądowanie na którejś z komet, ale to jednak nie to.) Przy braku Księżyca w sąsiedztwie Ziemi zamiast marnych 380 tysięcy km do przebycia otwiera się kosmiczna przepaść o szerokości 50 milionów km - tyle wynosi średnia odległość Marsa od Ziemi w okresach największego zbliżenia tych planet. Gołym okiem widać, że loty do Księżyca i do Marsa to różnica jakościowa, tak pod względem fizycznym, jak finansowym, logistycznym itp. Lot załogowy na inne ciało kosmiczne nastąpiłby zatem z opóźnieniem setek lat, niezbędnych na zebranie doświadczeń i dojście do odpowiednio zaawansowanej i niezawodnej technologii.

Zauważmy, że podczas lotu na Księżyc odpada długotrwałe przeżywanie wątpliwych uroków przestrzeni kosmicznej, co stanie się newralgicznym czynnikiem w przypadku wypraw marsjańskich. Nieważkość przez prawie 260 dni (tyle z grubsza potrwa taka wyprawa w jedną stronę) może na tyle zdemolować astronautów, że u celu będą wymagać poważnej rehabilitacji zdrowotnej. Tak długotrwały lot w zamknięciu, w obcym środowisku prowadzić też może do rozstroju psychicznego. Wreszcie, lot na Marsa odbywać się będzie poza strefą pasów Van Allena, chroniących przed zabójczymi emisjami wysokoenergetycznych cząstek ze Słońca. W przypadku lotu na Księżyc te niebezpieczne czynniki występują w sposób ograniczony.

Zalety poligonu

Zatem gdyby nie Księżyc, odległy ledwie o parę dni lotu, najbliższymi planetami do zdobycia stałyby się Mars i Wenus. Ta ostatnia odpada z powodu warunków panujących na powierzchni: ciśnienia 50 razy większego niż w oponie, temperatury, w której łatwo topi się ołów i grubej warstwy chmur. Lądowanie w tych zaiste piekielnych warunkach wygląda mało powabnie, ale za to ryzykownie, wskutek czego inwencja zdobywców musiałaby z konieczności zwrócić się w stronę Marsa. Postawmy się w sytuacji planistów pierwszej wyprawy na Czerwoną Planetę, bez "przetarcia" w postaci wcześniejszych lądowań na Księżycu, którego wskutek przyjętego wcześniej założenia nie ma. Wyprawa musi pokonać od razu, jednym skokiem przyprawiający o trwogę dystans - wcześniej ludzie odlatywali tylko na kilkusetkilometrowe orbity nad Ziemią. Musi też uczynić to bezbłędnie. Krótko mówiąc Strach i Trwoga (tak brzmią po przetłumaczeniu nazwy marsjańskich księżyców Fobosa i Deimosa).

Na tle odległego Marsa doskonale ujawniają się zalety Księżyca jako celu wypraw astronautycznych:

Bliskość. Możliwe jest nie tylko dotarcie tam w krótkim czasie, przy użyciu stosunkowo skromnej techniki, jak ta z końca lat 60. XX wieku, ale też wyruszenie z misją ratunkową. Przypomnijmy sobie Apolla 13, który w trakcie lotu uległ poważnej awarii, a mimo to załoga została uratowana. Po prostu w centrum sterowania opracowano scenariusz postępowania i przekazano go astronautom; dzięki bliskości Księżyca, wokół którego to się rozgrywało, była możliwa szybka komunikacja.

Względy psychologiczne. Ziemia jest widoczna z około 60 procent powierzchni Księżyca jako tarcza o czterokrotnie większej średnicy niż Księżyc z Ziemi. Niemal na wyciągnięcie ręki. Niewielkie rozmiary Księżyca (bliskość horyzontu) tylko ten efekt potęgują. Widać ją także podczas lotu. Ma to dla astronautów dodatnie znaczenie psychologiczne, łagodząc szok zetknięcia się z totalną obcością kosmosu i środowiska Księżyca. Z Marsa widać Ziemię tylko jako jasną gwiazdę, z Wenus kompletnie nie (chmury).

Wielkość. Można rzec, że Księżyc jest "poręczny" dla astronautyki. Stosunkowo niewielkie prędkości, jakie trzeba wyhamować przy lądowaniu i rozwinąć po starcie (2,4 km/s), czynią go względnie łatwo dostępnym ciałem, z którego też nietrudno się ewakuować. Gdyby pierwszym ciałem nadającym się do lądowania był Mars, postawienie tam stopy przedstawiałoby o wiele większe trudności (większe odległości, większe prędkości do wyhamowania i startu - 5,7 km/s, kłopoty komunikacyjne z Ziemią, kilku-, a nawet kilkunastominutowe opóźnienia pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, zależnie od wzajemnego położenia obu planet).

Jałowość. W przypadku Księżyca nie musimy się przejmować bakteriami, które tam przywieziemy, i tymi, które stamtąd moglibyśmy przywlec. Wydaje się, że i z Wenus takich kłopotów nie ma, ale już w przypadku Marsa problem staje w całej ostrości. Kwestia występowania życia na Marsie nie jest przesądzona i jeśli istnieją tam choćby najprostsze organizmy - na możliwość taką wskazują bakterie egzystujące w ekstremalnych warunkach na Ziemi - to niewskazane byłoby zarówno skażenie ich szczepami z Ziemi, jak i zainfekowanie bakcylami z Marsa najpierw wyprawy, a potem i samej Ziemi. Przy zupełnie, jak się wydaje (bo całkowitej pewności nie ma), sterylnym Księżycu cały ten sektor zagadnień można pominąć, aczkolwiek zabiegi odkażające w wyprawach księżycowych były podejmowane, a załogi poddawano kwarantannom.

Korzyści. Oprócz baz naukowych, centrów obserwacyjnych itp. Księżyc nadaje się jako cel wypraw turystycznych. Gdyby wody było tam pod dostatkiem i gdyby świeżo odkryte jaskinie nadawały się do zagospodarowania, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zbudować tam hotel dla żądnych wrażeń milionerów. W przyszłości mógłby on stać się zalążkiem księżycowego miasta.

Brama w kosmos

Istnienie Księżyca oprócz okazji do przeprowadzenia szeregu "prób generalnych" przed skokiem w głęboki kosmos dało też astronautyce czas na przetestowanie techniki i procedur lotu. Jest to dziedzina skomplikowana, gdzie najmniejszy błąd może kosztować ludzkie życie. Dysponując "stacją pośrednią" w postaci Księżyca, nie musieliśmy mieć ani tak doskonałej techniki, ani zupełnie bezawaryjnych procedur. Na Srebrny Glob można było polecieć o wiele wcześniej (lipiec 1969) niż na Marsa (np. w roku 2018, kiedy Marsa i Ziemię dzieliła najmniejsza odleg­łość). Krótko mówiąc, dzięki Księżycowi ludzkość mogła się pławić w urokach "prawdziwej" astronautyki znacznie wcześniej i znacznie gorzej wyposażona i przygotowana, niżby to miało miejsce w przypadku przymierzania się do Marsa.

Wbrew pozorom Księżyc nie odegra wielkiej roli w wyprawie na Marsa. Choć prędkości konieczne do rozwinięcia z orbity ziemskiej i z Księżyca różnią się nieznacznie, dochodzą komplikacje związane z lotem na Księżyc, lądowaniem tam i startem stamtąd. Prościej startować od razu z orbity ziemskiej. Także traktowanie naszego satelity jako terenu zasobnego w surowce mija się z celem: wedle dzisiejszej wiedzy nie ma tam szczególnie cennych złóż, które opłacałoby się transportować na Ziemię lub przerabiać na miejscu, z wyjątkiem helu-3, podstawowego bogactwa Księżyca w powieściach SF1.

Nie do przecenienia natomiast jest rola Księżyca jako bazy naukowej i wypadowej w naprawdę daleki kosmos. Pozbawiona praktycznie atmosfery powierzchnia Księżyca umożliwia obserwacje astronomiczne z nieosiągalną z Ziemi precyzją i ostrością. Niewykluczone, że w przyszłości tam znajdą się centra radionasłuchu, w tym SETI - łowienia komunikatów od cywilizacji pozaziemskich. Wynika to stąd, że niewidoczna dla nas odwrotna strona Księżyca jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, gdzie nie dochodzą fale radiowe z Ziemi. Problemy są z zasadzie dwa: brak funduszy - takie obserwatoria będą drogo kosztować - i nierozstrzygnięta kwestia wody na Księżycu. Na podstawie dotychczasowych badań wydaje się, że woda w postaci lodu powinna być, zwłaszcza w okolicach księżycowego bieguna południowego, ale pewności nie ma. Kwestię tę rozstrzygną ostatecznie sondy automatyczne. Deklaracja prezydenta Busha ze stycznia 2004 zapowiadała powrót ludzi na Księżyc po trzech dekadach nieobecności, ale nic z tego nie wyszło, ponieważ plan ten został odwołany w 2010 roku przez jego następcę, Baracka Obamę.

Wpływu Księżyca na ziemskie sprawy nie sposób przecenić. Jest on także dobrodziejstwem dla astronautyki, prawdziwym darem natury, którego jeszcze dziś - raczkując w tej dziedzinie - nie doceniamy, ale przyszłość z pewnością odda mu sprawiedliwość. Jest też bramą, otwartą zapraszająco w kosmos. Jak ludzkość potrafi z tego prezentu skorzystać, dopiero się przekonamy.

Księżyc - naturalny satelita Ziemi, obiegający ją w czasie mniej więcej 28 dni z prędkością około 1 km/s. Wskutek synchronizacji obrotu wokół osi z obrotem wokół Ziemi stale widzimy tylko jedną stronę Księżyca. Pozbawiony atmosfery, jałowy glob o średnicy 3476 km, odległy od Ziemi średnio o 384 tys. km, jest pokryty licznymi kraterami powstałymi w wyniku uderzeń meteorytów. Na stronie dziennej temperatury dochodzą do 130?C, po stronie zaś nocnej spadają do -150?C. Przyciąganie na poziomie 1/6 ziemskiego umożliwia skoki astronautów, którzy mimo skafandrów odczuwają wrażenie lekkości. Przeciętna gęstość gruntu: 3,3 g/cm3 wobec 5,5 dla Ziemi. Według określeń astronautów powierzchnia Księżyca jest zasadniczo szara, ale przybiera też odcień brunatny (w zależności od wysokości Słońca). Oprócz kraterów trafiają się tam łańcuchy górskie oraz pojedyncze szczyty, np. Góry Leibniza i góra Platon. Najwyższe sięgają do wysokości 10 km.

Według obecnie uznanych hipotez Księżyc powstał wskutek uderzenia w Ziemię ciała wielkości Marsa około 4,6 mld lat temu. Rozżarzona, formująca się dopiero Ziemia wchłonęła część intruza, reszta zaś wyparowała bądź uleciała w przestrzeń, stając się Księżycem.

Woda i atmosfera na Księżycu. Badania sondy Clementine pozwoliły odkryć w pobliżu południowego bieguna Księżyca największy krater w Układzie Słonecznym - mający 2500 km średnicy Aitken. Po analizach echa radarowego odbitego z dna Aitkena wnioskuje się, że jest tam lód zmieszany z pyłem księżycowym. Prawdopodobnie stanowi pozostałość komet uderzających w to miejsce. Lód nie wyparował w kosmos, ponieważ panuje tam mróz dochodzący do -240?C. Gdyby wiadomość ta się potwierdziła, na Aitkenie można by założyć samowystarczalną stację, produkującą wodę pitną oraz z tejże wody paliwo rakietowe. Na Księżycu odkryto także szczątkową atmosferę o ciśnieniu 10 bilionów razy mniejszym niż na Ziemi. W praktyce oznacza to brak atmosfery, czego konsekwencją są duże różnice temperatur na powierzchni.

Jaskinie na Księżycu. W 2009 roku japońska sonda Kaguya sfotografowała zapadlisko o średnicy 50 m, położone na Mare Ifigenii, w pobliżu wzgórz Marius Hills. Po skierowaniu na to miejsce lasera okazało się, że jest to wejście do jaskini o szerokości 100 m i długości 50 km. Jej strop sięga od kilku do nawet 200 m pod powierzchnią Księżyca. Ściany tej jaskini mają być z bazaltu. Jaskinie takie - jest ich podobno więcej, naliczono 200 podobnych zapadlisk - stanowią wymarzone miejsce na założenie bazy, a nawet kolonii księżycowej. Stropy jaskiń chroniłyby przed wahaniami temperatury, promieniowaniem i meteorytami, a gdyby jeszcze okazało się, że jakimś cudem zachował się tam lód... Lepszego prezentu od Księżyca nie moglibyśmy się spodziewać.

Bez politycznego katalizatora, którym był sowiecko-amerykański wyścig w kosmos, na zdobycie Księżyca czekalibyśmy do tej pory.

Czas Księżyca

Właśnie mija 50 lat, odkąd pierwsi ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wylądowali na powierzchni Księżyca. Gdyby chcieć namalować obraz przedstawiający, jak podjęto decyzję zaatakowania i zdobycia Srebrnego Globu (w astronautyce od początku ustaliła się terminologia militarna), trzeba by na pierwszym planie pokazać prezydenta Kennedy'ego, który siedzi z wyciągniętą ręką w gabinecie w Białym Domu. Ręka prezydenta celuje w Księżyc w pełni, widoczny akurat przez okno - jest to gest wodza, który wskazuje żołnierzom cel ataku. Słów prezydenta oczywiście na obrazie nie widać, ale ze wszystkich szczegółów można się ich domyślić: Życzę sobie, aby Amerykanin postawił tam nogę jeszcze przed końcem tej dekady.

W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej. Oczywiście nie obyło się bez licznych narad na wysokim szczeblu, lecz o księżycowych planach oznajmiono Amerykanom przez telewizję. 25 maja 1961 roku Kennedy, przemawiając na posiedzeniu połączonych izb Kongresu, poruszył kwestie gospodarcze, mówił o ulgach podatkowych i zimnej wojnie, nawoływał do budowy schronów przeciwatomowych i przydzielenia większych funduszy rozgłośni "Głos Ameryki", a to w celu uporania się z propagandą komunistyczną. Dopiero pod koniec przemówienia wspomniał w tym kontekście o zadaniach NASA: Jeśli mamy zwyciężyć w bitwie pomiędzy wolnością a tyranią, która toczy się wokół na całym świecie, jeśli chcemy wygrać zmagania o ludzkie umysły, dramatyczne wydarzenia w dziedzinie lotów kosmicznych powinny nam wszystkim uświadomić - tak jak to uczynił Sputnik w 1957 roku - jaki wpływ ma kosmiczna przygoda na umysły ludzi we wszystkich zakątkach świata (...). Wierzę, że nasze państwo powinno się poświęcić realizacji następującego celu - ażeby przed końcem bieżącej dekady człowiek wylądował na Księżycu i bezpiecznie powrócił na Ziemię. Żaden inny projekt kosmiczny nie będzie bardziej ekscytujący, nie wywrze na ludzkości większego wrażenia i nie będzie ważniejszy dla dalszej eksploracji kosmosu, żaden też nie okaże się tak trudny ani tak kosztowny.

Kennedy nie był wielkim zwolennikiem tracenia funduszy na loty kosmiczne, ale po sukcesie Gagarina w kwietniu 1961 roku po prostu nie widział innego wyjścia. Seria spektakularnych osiąg­nięć sowieckich w tej dziedzinie, zapoczątkowana umieszczeniem pierwszego sztucznego satelity na orbicie, działała na Amerykanów przygnębiająco i uświadamiała im własne zapóźnienie. Pierwsze fotografie odwrotnej strony Księżyca, pierwsza kobieta w kosmosie, pierwszy lot z załogą wieloosobową, pierwsze wyjście człowieka w otwartą przestrzeń kosmiczną - to wszystko były tryumfy kosmonautyki sowieckiej. To, że niektóre z nich dokonały się już po cytowanym przemówieniu Kennedy'ego, świadczy, że Sowieci nie od razu ustąpili pola i amerykańskie odrabianie dystansu dokonywało się stopniowo.

Lot na Księżyc i powrót wymagały nowej generacji rakiet nośnych, których ani Rosjanie, ani Amerykanie nie mieli. Ponadto należało rozwiązać szereg nowych problemów technicznych, jak odnajdywanie się i cumowanie w kosmosie, przechodzenie ze statku do statku itp. (Pamiętajmy, że pierwszego amerykańskiego lotu orbitalnego dokonał dopiero w lutym 1962 John Glenn). W Stanach Zjednoczonych jednak, gdy już decyzja zapadła, środki na ten cel zostały uruchomione i prace ruszyły z kopyta. W Związku Sowieckim sądzono chyba, że uda się Księżyc zdobyć metodą podobną do dotychczasowej partyzantki.

Amerykanie rozpoczęli od prac projektowych i tworzenia infrastruktury, na czele z Vehicle Assembly Building na wyspie Merritt. Ten Budynek Montażu Pojazdów o kubaturze 3,7 mln metrów sześciennych jest po dziś dzień największy na świecie; umożliwiał równoczesny przegląd lub montaż czterech rakiet księżycowych. Znaleziono nowe tereny do testów i zorganizowano nowe centrum lotów załogowych, zaś cały program wziął nazwę od Apolla, boga rozumu, piękna i harmonii. Jako rakieta nośna do zawiezienia astronautów na Księżyc miał posłużyć trzystopniowy Saturn V, przy czym z Ziemi musiałyby wystartować dwie takie rakiety, aby wynieść na orbitę oddzielnie statek księżycowy i duży stopień rakietowy. Po połączeniu ich w jeden pojazd wehikuł do zdobywania Księżyca byłby gotowy.

Narodziła się jednak koncepcja, by wehikuł ten nie lądował na Księżycu w całości, lecz podzielił się na statek-matkę, krążący z jednym astronautą na orbicie wokółksiężycowej, i człon lądujący z dwoma pozostałymi uczestnikami lotu. Pozwoliłoby to na zaoszczędzenie paliwa i zmniejszenie masy całości. Była to rewolucyjna koncepcja: do wyniesienia pojazdu wystarczyłby wtedy w zupełności jeden Saturn. Z drugiej strony lot taki wiązałby się ze sporym niebezpieczeństwem: ryzykownego manewru połączenia ze statkiem-matką trzeba by dokonać na orbicie wokół Księżyca, prawie 400 tys. km od Ziemi. Gdyby coś się nie powiodło, możliwości uratowania astronautów byłyby znikome. Amerykanie nie rozwiązali jeszcze natenczas kwestii spotykania się dwóch statków i cumowania ich do siebie, co Sowieci mieli już za sobą.

Rosjanie dysponowali wtedy ulepszoną wersją rakiety R-7, która powstała w wyniku kolejnych modyfikacji poczciwej niemieckiej V 2. Służyła ona do wynoszenia na orbitę wokółziemską załogowych statków typu Wostok i Woschod, ale na potrzeby programu księżycowego była za słaba. Kreml nakazał więc zbudowanie nowej rakiety Władimirowi Czełomiejowi, a silniki do niej Walentinowi Głuszce, który był także konstruktorem silników do R-7. Nowa konstrukcja sowiecka powstawała z założenia jako międzykontynentalna rakieta balistyczna, przenosząca bomby wodorowe o mocy 30 megaton. Saturn był natomiast stricte pokojowy, gdyż amerykańska doktryna wojenna nie przewidywała użycia, a więc i przenoszenia aż tak wielkich ładunków nuklearnych.

W tym czasie swoją rakietę N-1 konstruował również mózg sowieckiego programu kosmicznego, Siergiej Korolow. Jej pierwszy stopień miał korzystać z 30 silników, co dawało aż 4 600 ton ciągu wobec 3 400 ton Saturna V. Jednak jej możliwości były i tak mniejsze od osiągów Saturna, skoro plan sowiecki zakładał zawiezienie na Księżyc tylko jednego kosmonauty (miał nim być Leonow), podczas gdy Amerykanie ulokowali w lądowniku Apolla dwóch ludzi. Po prostu część silników N-1 służyła jako dodatek na ewentualność awarii. Były one prawdziwym problemem N-1: Korolow miał obsesję na punkcie przechowywalnych materiałów pędnych na bazie kwasu azotowego i hydrazyny. Bał się kwasu azotowego ze względu na jego silną toksyczność i nawet ochrzcił go "szatańskim jadem". Na tym tle doszło pomiędzy obydwoma konstruktorami do niesnasek, a potem do otwartego konfliktu, w wyniku którego Głuszko oświadczył, że nie chce mieć nic wspólnego z rakietą Korolowa, i w końcu postawił na swoim. Nawet Chruszczow nie zdołał go zmusić do zmiany decyzji.

Skutki tego były dla strony sowieckiej opłakane. Jeszcze w październiku 1965 roku protektor Korolowa, Chruszczow, utracił władzę, zaś w styczniu roku następnego w wyniku powikłań po operacji polipa jelita grubego zmarł Korolow. Pustki po nim nie był w stanie zapełnić jego następca Miszyn. Sowieci zdobyli się jeszcze na oblot Księżyca za pomocą mniejszej rakiety Proton i aparatów typu Zond (były to w rzeczywistości zmodyfikowane Sojuzy, następna generacja statków po Woschodach) oraz udane wprowadzenie ich do atmosfery, co wymagało dwukrotnego atakowania jej pod różnymi kątami i wejścia w bardzo ciasny korytarz - lecz był to łabędzi śpiew ich programu kosmicznego związanego z Księżycem. W tym czasie NASA była już prawie gotowa. W październiku 1968 roku trójka astronautów na pokładzie Apolla 7 przebywała na orbicie wokółziemskiej przez 11 dni, ćwicząc rozmaite elementy lotu na Księżyc, w grudniu Apollo 8 okrążył Księżyc i powrócił na Ziemię, natomiast załogi Apolla 9 i 10 sprawdzały lądownik księżycowy wraz z pojazdem Apolla najpierw na orbicie Ziemi, a potem Księżyca. Po zakończeniu tych przygotowań droga do Srebrnego Globu stanęła przed Amerykanami otworem. 16 lipca 1969 roku z przylądka Canaveral wystartowała słynna załoga Apolla 11.

Tymczasem Rosjanie szarpali się z własnym odpowiednikiem Saturna V, wielką rakietą N-1. Pierwszy jej start nastąpił w lutym 1969 i był nieudany - rakieta spadła 50 km od miejsca startu. Druga próba odbyła się w czerwcu, a więc tuż przed główną misją amerykańską. Tym razem było jeszcze gorzej: N-1 ogarnął rozległy pożar, pełna paliwa rakieta spadła na wyrzutnię i eksplodowała. Z powodu przeprojektowania systemów z następną próbą czekano dwa lata, do czerwca 1971 roku, ale i ona zawiodła: trzeci stopień wraz z makietą pojazdu księżycowego oderwał się od pozostałych i wyrżnął o ziemię niedaleko wyrzutni, zaś pozostałe dwa stopnie wybuchły 20 km dalej, pozostawiając lej o średnicy 30 metrów. Był to kiepski miesiąc dla kosmonautyki sowieckiej, bo niemal równolegle zginęła załoga Sojuza 11, Dobrowolski, Wołkow i Pacajew. Czwarty egzemplarz N-1, testowany w listopadzie 1972 roku, leciał prawidłowo przez całe 90 sekund, ale i on w końcu podzielił skłonność swych poprzedników do bratania się z matką ziemią i malowniczo eksplodował. Była to stuprocentowa klęska, jaskrawo kontrastująca z sukcesami Saturna V, który na kilkanaście lotów zawiódł częściowo tylko raz.

Co się tyczy misji Apolla 11, to nad Wisłą masowo oglądano bezpośrednią transmisję z lądowania na Księżycu - polska telewizja jako jedyna w tzw. krajach demokracji ludowej zafundowała swym abonentom ten niebywały prezent. Wymagało to oczywiście decyzji na najwyższym szczeblu, ponieważ chociaż Rosjanie oficjalnie bagatelizowali wyścig księżycowy po przegranej rywalizacji, to jednak kibicowanie Amerykanom traktowali jako napawanie się klęską programu sowieckiego. Pamiętam jak dziś tę lipcową noc: panował niemal mistyczny nastrój, potem dowiedziałem się, że ludzie modlili się przed telewizorami, aby wszystko przebiegło pomyślnie. Transmisja była dość nudna, przez długi czas nic się nie działo, a kiedy odszedłem na moment od telewizora, zbudził mnie ojciec z wiadomością, że wylądowali.

Apollo 11 dotarł do Księżyca w cztery dni po starcie i Armstrong z Aldrinem przeszli do lądownika księżycowego LM, nazwanego Eagle (Orzeł), podczas gdy Michael Collins pozostał w Columbii - statku-matce. Krążąc po orbicie księżycowej, miał oczekiwać na połączenie z Orłem po wykonaniu programu lądowania.

Orzeł miał paliwa na 12 minut działania silnika hamującego. Po drodze na powierzchnię Srebrnego Globu komputer dwukrotnie ogłaszał alarm na skutek przeładowania się danymi, a w końcowej fazie lotu trzeba było przejść na sterowanie ręczne, gdyż miejsce lądowania wypadało w kraterze zasłanym nieprzyjemnie wyglądającymi głazami. Gdy udało się osadzić lądownik, w pojeździe właśnie kończyło się paliwo. Do samego końca nie było pewności, jak jest właściwie z pyłem księżycowym. Choć wcześniej lądowało tam kilka próbników automatycznych, panowała obawa, że warstwa pyłu może w niektórych miejscach liczyć po kilka metrów grubości i statek utonie w niej jak w mące. Nic takiego oczywiście się nie przydarzyło, LM wylądował bezpiecznie na równinie Morza Spokoju. Armstrong meldował przed wyjściem na zewnątrz, że w polu widzenia znajduje się dość dużo kraterów (podawał ich rozmiary), niewielkie skały, a także wzgórze.

Po kilku godzinach przygotowań Armstrong zszedł jako pierwszy po dziewięcioszczeblowej drabince i najpierw zrobił uwagę na temat ziarnistości gruntu księżycowego: Wygląda jak proszek. Dopiero stojąc na Księżycu, wypowiedział słynną sentencję: Jest to mały krok człowieka, ale wielki skok ludzkości. Swoją drogą ciekawe, czy wymyślił ją sam, czy też pomogli mu spece od public relations; nigdzie nie spotkałem wzmianki na ten temat. Ogólnie Armstrongowi i Aldrinowi podobało się na Księżycu, w miejscu lądowania upatrywali podobieństwa do pustyń amerykańskich. Rozpięli flagę amerykańską i zbierali kamienie księżycowe, zaś Armstrong odsłonił tabliczkę przymocowaną do jednej z nóg LM-a. Napis na tabliczce głosił: Tutaj ludzie z planety Ziemia po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu w lipcu AD 1969. Przybyliśmy w pokoju w imieniu całej ludzkości.

Pomimo tak spektakularnego sukcesu wyścig do Księżyca skończył się podobnie dla zwycięzców i dla pokonanych - w USA ograniczeniem programu księżycowego, w ZSRR jego całkowitą likwidacją. Amerykanom udało się nie tylko dlatego, że ich myśl techniczna i naukowa górowała nad sowiecką. Przy tej skali przedsięwzięcia był to przede wszystkim wyścig gospodarek i zwyciężyła wydajniejsza. Produkt brutto wzrósł w USA z 500 mld dolarów w roku 1960 do 660 mld pięć lat później, przy bardzo niskiej inflacji, a budżet NASA z 1,2 mld dolarów w roku 1962 do 5,9 mld w szczytowym pod tym względem roku 1966. Cały program Apollo kosztował około 25 mld ówczesnych dolarów i to względy finansowe zadecydowały najpierw o redukcji programu księżycowego i rozciągnięciu go w czasie, a potem o braku kontynuacji. Trzeba sobie uświadomić, że wyścig do Księżyca miał silny podtekst polityczny i gdy został wygrany, ukazanie światu supremacji amerykańskiej stało się faktem. Został także w ten sposób wystawiony symboliczny pomnik zamordowanemu w Dallas prezydentowi Kennedy'emu, który odważył się wskazać tak wydawałoby się odległy cel i natchnąć rodaków zapałem do jego osiągnięcia. Z drugiej strony, każda wyprawa statku Apollo (ostatnia odbyła się w grudniu 1972 roku) kosztowała nie mniej niż 400 mln dolarów, a plonem ich były worki kamieni o nie tak znowu wielkiej wartości naukowej.

Z kolei Rosjanie, choć nie wspominali o Księżycu, nie przestali o nim marzyć. Dotąd w rywalizacji amerykańsko-sowieckiej było tak, że skoro tylko jeden z rywali pokazywał jakiś nowy numer, drugi odtwarzał go z niewielkim opóźnieniem. Lądowanie na Księżycu zburzyło tę prawidłowość; mimo niepowodzeń program księżycowy był w ZSRR kontynuowany do 1974 roku. Wtedy to Miszyn został odwołany, a na jego miejsce mianowano jego starego antagonistę, odziedziczonego po Korolowie, czyli Głuszkę. Sowieci w tym momencie dysponowali dwiema rakietami N-1, ulepszonymi i gotowymi do kolejnych prób. Głuszko z powodów zdaje się bardziej osobistych zawiesił program księżycowy, a w 1976 roku odwołał go ostatecznie. Dwie pozostałe rakiety N-1 rozkazał zniszczyć. Ich elementy zamieniono na garaże i magazyny, domki letniskowe i zbiorniki na wodę. W odstawkę poszli także konstruktorzy i inżynierowie z zespołów Korolowa; ostateczny zaś pogrom sowieckiej kosmonautyki dokonał się wraz z rozpadem imperium, kiedy to pieniędzy zaczęło brakować dosłownie na wszystko.

Czym właściwie było owo pierwsze lądowanie na Księżycu i jak je dziś odbieramy? Przede wszystkim nastąpiło wtedy odczarowanie Księżyca, a może i całego kosmosu. Pierwsze z niedosiężnych ciał kosmicznych widocznych na niebie zostało bezpośrednio dotknięte przez człowieka. Kosmos tym samym okazał się rzeczywistością konkretną i materialną, podległą prawom fizycznym, o czym wiedzieli uczeni, lecz co nie bardzo uprzytomniali sobie zwyczajni zjadacze chleba. Był to więc powszechny przełom w świadomości ludzi, także i z tego powodu, że ludzkość po raz pierwszy wystąpiła zjednoczona wokół pewnego zadania, wykonywanego w jej imieniu i przez jej przedstawicieli. Przy okazji człowiek unaocznił sobie ogrom kosmosu, w którym Księżyc okazał się ledwie pobliską wyspą, bliźniaczą planetą oddaloną ledwie o parę dni lotu. W swoim czasie morska podróż z Europy do Ameryki ciągnęła się dłużej.

Rywalizacja gospodarek i zwycięstwo sprawniejszej unaoczniło opinii publicznej, że komunizm dostał zadyszki, a świetlane perspektywy, jakie roztaczał przed ludzkością, mogą być mirażami bez pokrycia. Po raz pierwszy od II wojny światowej pasmo sukcesów sowieckich zostało w tak spektakularny sposób przerwane i kto wie, czy to nie wtedy, wraz z odbijaniem śladów podeszew w pyle księżycowym, nie powstały zalążki rozkładu systemu komunistycznego, który w dwie dekady później uległ całkowitemu rozmontowaniu. Czy możliwe byłoby zdobycie Księżyca bez rywalizacji politycznej USA i ZSRR? Na pewno tak, ale bodaj nie doszłoby do niego tak szybko. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się, że Księżyc został zdobyty za wcześnie, a rywalizacja polityczna dwóch bloków okazała się tu katalizatorem.

Do tej pory po powierzchni Księżyca spacerowało 12 astronautów, wszyscy narodowości amerykańskiej. Plonem ich wizyt były głównie worki kamieni, podobnych pod względem składu chemicznego do skał ziemskich. Prawie wszyscy astronauci powracający stamtąd to ludzie głęboko religijni, niektórych ta podróż bardzo wewnętrznie odmieniła. Wyprawy stanowiły najważniejszy moment w ich życiu, zapamiętali z nich dziwne rzeczy. Na przykład Armstrong z Aldrinem twierdzili, że Księżyc ma swój zapach - gdy powrócili do lądownika i zdjęli hełmy, poczuli woń, którą określili jako podobną do mokrego prochu strzelniczego (Armstrong) lub szlamu (Aldrin).

Po filmie Apollo 13, pokazującym katastrofę tak nazwanego statku i udane zmagania o ocalenie jego załogi, powstał także Pierwszy człowiek o lądowaniu na Księżycu statku Apollo 11. Twórcy opowiedzieli o tym wielkim wydarzeniu z pozycji astronauty Neila Armstronga, który jako pierwszy postawił stopę na innym ciele niebieskim. Ryan Gosling z twarzy słabo przypomina dowódcę Apolla 11, ale to bodaj jedyny mankament filmu.

W ekranizacjach wielkich wydarzeń historycznych liczy się walor dokumentalny. Pierwszy człowiek świetnie pokazuje rowerową technikę lat 60. XX wieku. Mechaniczne rygle, klapy, przełączniki, wskaźniki itp. sugestywnie potęgują grozę. Zarówno w epizodzie z rakietą Agena, gdy na statku Gemini 8 dochodzi do gwałtownych a niekontrolowanych obrotów, jak i w scenie spłonięcia żywcem trzech astronautów podczas prób na Ziemi, widz jest przerażony, jak zawodnej i topornej technice powierzyli swe życie ci dzielni ludzie. Podobnie podczas lądowania na Księżycu: awaria komputera pokładowego (zadławił się obfitością danych) zmusza Armstronga do przejęcia sterów i lądowania na ostatnich oparach paliwa. Co zresztą chyba nie zostało wyzyskane dramaturgicznie w należyty sposób.

Dobrze też udało się unaocznić, jak wrogim i skrajnie obcym środowiskiem jest dla człowieka kosmos. Zarówno próżnia, od której odgradzają astronautów cienkie ściany kabiny, jak i sam Księżyc, sprawiający wrażenie monstrualnej cementowej dekoracji. Film jednak nie fascynuje się jego "pięknem", traktując go jako miejsce, które trzeba jak najszybciej opuścić. Człowiek ma szanse przeżyć w kosmosie jedynie dzięki wiedzy i uporczywym ćwiczeniom. "Potrzeba nam więcej klęsk - powiada Armstrong po rozbiciu ćwiczebnego lądownika księżycowego, w którym omal nie postradał życia. - Dzięki nim może uda się uniknąć awarii w kosmosie".

To balansowanie astronautów między życiem a śmiercią jest w filmie stale obecne. Kiedy Armstrong wybiera się na Księżyc, żona przymusza go, by pożegnał się z synami. Małomówny Neil zmuszony jest przyznać, że lot może zakończyć się tragicznie, a on sam i jego załoga mogą nie wrócić na Ziemię. Scena z redagowaniem komunikatu na wypadek, gdyby astronauci zginęli, wskazuje, jak poważnie kierownictwo NASA liczyło się z taką ewentualnością. Dobrze został sportretowany Aldrin, drugi człowiek na Księżycu, nietaktowny, walący prosto z mostu osiłek, wypełniony buzującą energią - stąd być może jego przydomek Buzz. Collins, pilot orbitalny, tylko przemyka w tle.

Realizatorzy nie mieli z Armstrongiem łatwego zadania. Milczek, schowany w sobie, wydaje się nieciekawym medium do poprowadzenia filmowej intrygi. Żeby dodać mu atrakcyjności, scenarzysta próbuje zaglądać w jego psychikę, sugerując, że wpływ na życiowe wybory Armstronga miała śmierć ukochanej córki, u której wykryto guza mózgu. Nigdy z nikim o tej tragedii nie mówił. Być może aby nie rozpamiętywać tej straty, zgłosił swą kandydaturę na astronautę. W filmie pamiątkę po dziewczynce zabiera ze sobą na Srebrny Glob, ale nie potrafię powiedzieć, czy rzeczywiście tak było.

W kwestii samego lotu na Księżyc społeczeństwo amerykańskie było podzielone. Ludzie chętnie wypowiadają się do kamery przeciw trwonieniu środków na program księżycowy. Jakiś ówczesny raper intonuje: Czynsz kosztuje mnie 60 dolców, ale biali jadą na Księżyc. W przebitce pokazano nieżyjącego już pisarza Kurta Vonneguta, jak optuje przeciwko wyrzucaniu pieniędzy na loty kosmiczne, skoro tu, na Ziemi, tyle spraw można by za nie załatwić.

Damien Chazelle, reżyser, sygnalizuje również atmosferę rywalizacji z Sowietami. Trwa transmisja TV z kosmicznego spaceru Leonowa, wielki baniak hełmu z napisem CCCP wypełnia cały ekran ówczesnych telewizorków. To już łabędzi śpiew sowieckiej kosmonautyki, wyścig do Księżyca został przez ZSRR przegrany. Przedstawiając te wszystkie wydarzenia, reżyser próbuje ważyć racje: czy taki szaleńczy skok się uzasadnia, społecznie i cywilizacyjnie? Przesłuchiwany jako kandydat Armstrong próbuje wykazywać sens lotów w kosmos dość nieudolnie. Dopiero dziś, gdy od pół wieku na Księżycu nie ma ludzi, widzimy, jakiego kalibru było to osiągnięcie.

Amerykańskie lądowania na Księżycu

Apollo 11: 16-24 lipca 1969 roku. Załoga: Neil Armstrong, Edwin Aldrin, Michael Collins. Pierwsze lądowanie załogowe na Księżycu (Morze Spokoju). Armstrong i Aldrin jako pierwsi ludzie zeszli na powierzchnię naszego satelity. Stwierdzili, że spacerowanie w warunkach sześciokrotnie zmniejszonej grawitacji było względnie łatwe.

Apollo 12: 14-22 listopada 1969 roku. Załoga: Charles Conrad, Richard Gordon, Alan Bean. Lądowanie na Oceanie Burz.

Apollo 14: 31 stycznia - 9 lutego 1971 roku. Załoga: Alan Shepard, Stuart Roosa, Edgar Mitchell. Lądowanie w okolicach krateru Fra Mauro, dwa wyjścia na powierzchnię Księżyca.

Apollo 15: 26 lipca - 7 sierpnia 1971 roku. Załoga: David Scott, Alfred Worden, James Irwin. Lądowanie w okolicy Szczeliny Hadleya u stóp Apeninów. Pierwsze użycie pojazdu księżycowego, który przejechał 28 km.

Apollo 16: 16-27 kwietnia 1972 roku. Załoga: John Young, Thomas Mattingly, Charles Duke. Lądowanie w okolicy krateru Kartezjusza. Trzy spacery po Księżycu, łazik przejechał 27 km.

Apollo 17: 7-19 grudnia 1972 roku. Załoga: Eugene Cernan, Ronald Evans, Harrison Schmidt. Ostatnie załogowe lądowanie na Księżycu w rejonie krateru Littrow w górzystym paśmie Taurus. Trzykrotne wyjście na powierzchnię i najdłuższy czas pobytu na Księżycu - prawie 75 godzin, pojazd księżycowy przejechał 36 km, zebrano największą ilość skał (ponad 110 kg).

Statki Apollo 7, 8, 9 i 10 uczestniczyły w przygotowaniach do lotu na Księżyc, trzy ostatnie obleciały go i wróciły na Ziemię. Apollo 13 uległ katastrofie podczas lotu i misję odwołano; załoga szczęśliwie powróciła na Ziemię.

Co po lądowaniu?

Przez prawie 50 lat od ostatniego lądowania Apolla 17 Księżyc był pozostawiony samemu sobie, jeśli nie liczyć badań przez sondy automatyczne. Jeśli wieści o obecności wody się potwierdzą, przyspieszy to być może budowę stałej bazy księżycowej. Co prawda jej użyteczność wydaje się ograniczona, lecz gdyby ją połączyć na przykład z kompleksem turystycznym, być może projekt taki nabrałby uzasadnienia ekonomicznego. Turyści mog­liby tam kwaterować na krótkie pobyty (noc poślubna na Morzu Spokoju, przy zmniejszonym 6 razy ciążeniu!), naukowcy zaś prowadzić obserwacje nieba, rejestrować ciała kosmiczne zagrażające Ziemi, badać sam Księżyc, nadzorować rozpędzanie sond automatycznych w jego polu grawitacyjnym itp. Okazuje się, że pomysłów na zagospodarowanie Księżyca nie ma tak wiele, co w połączeniu z olbrzymimi kosztami każe mówić o tych projektach w tonacji mocno wątpliwej.

Sytuacja zmieniłaby się radykalnie, gdyby potwierdziły się wieści o istnieniu na Księżycu jaskiń lawowych, zdatnych do założenia stałych baz. Wiadomo więc, w które rejony skierują się następne wyprawy i co będą penetrować.

Lądowanie na Księżycu było jednym z największych wyczynów w dziejach cywilizacji. W trakcie przygotowań popełniono tyle błędów, że program księżycowy nieraz chwiał się w posadach.

Zdobyty za wcześnie

Amerykańska droga na Księżyc - sowiecka zresztą również - zaczyna się pod koniec II wojny światowej gdzieś na terytorium III Rzeszy. W ramach objętej tajemnicą państwową Operacji Paperclip służby amerykańskie przeczesują zdobyte terytoria w poszukiwaniu hitlerowskich specjalistów od techniki rakietowej, uznając ich kompetencje zdobyte w trakcie wystrzeliwania rakiet V-1 i V-2. Gdy wojna się kończy, brzydkie występki nazistów zostają puszczone w niepamięć, liczy się fachowość i gotowość do służby pod nowym sztandarem.

Jak doszło do przejęcia 118-osobowej grupy Wernhera von Brauna? Podobno widząc rychły kres III Rzeszy, von Braun zwołał tajne zebranie współpracowników jeszcze w Peenemünde nad Bałtykiem, skąd odpalano ziejące ogniem potwory nad Londyn. Miał powiedzieć mniej więcej tyle: Niemcy wojnę przegrały, a dla zwycięzców nasza wiedza może okazać się cenna. Komu wolelibyśmy się poddać: Rosji czy Ameryce? Tak oto w maju 1945 roku niedaleko miejscowości Oberjoch w Bawarii doszło do przejęcia całej grupy przez wojsko amerykańskie. Wcześniej ministerstwo w Berlinie nakazało von Braunowi zniszczyć materiały z badań nad rakietami, by nie wpadły w ręce wroga. Von Braun ukrył jednak dokumentację w nieczynnej kopalni w Górach Harzu, widząc w niej "ubezpieczenie na życie", skąd zapewne ją wydobyto.

Tak czy owak niemieccy fachowcy od rakiet wylądowali najpierw w Forcie Bliss w Teksasie, gdzie mieli pracować przy przechwyconych rakietach V-2. Dowództwo amerykańskie nie bardzo wiedziało, co z nimi zrobić, panował pokój, a Kongres nie kwapił się do finansowania badań nad rakietami. Tymczasem Sowieci przejęli fachowców niemieckich może i gorszego sortu, ale nie zastanawiali się nad nimi, tylko ruszyli z kopyta z własnym programem. Dopiero wieści o tym, że w Moskwie poważnie zajęto się rakietami, sprawiły, iż w Ameryce podjęto decyzję o założeniu własnego ośrodka rakietowego. Wybór padł na leżący po wojnie odłogiem ośrodek wojskowy w Alabamie i pobliskie miasteczko Huntsville. Niemcy dostali obywatelstwo, prawo do osiedlenia i możliwość pracy w ulubionej dyscyplinie. Wyznaczono im zadanie skonstruowania rakiety balistycznej do przenoszenia głowic konwencjonalnych bądź nuklearnych na odległość 300 km. Rakietę, gdy powstała, nazwano od nazwy ośrodka Redstone; mierzyła ponad 20 m wysokości i w przyszłości miała odegrać dużą rolę w programie kosmicznym. Amerykanie nie chcieli jednak całego programu rakietowego powierzać obcym; władze liczyły, że przy Niemcach uda się wyedukować własnych fachowców.

W ocenie von Brauna lata 1945-1951 były czasem stagnacji i zostały całkowicie zmarnowane, dając już na wstępie wieloletnie opóźnienie w stosunku do sowieckiego programu rakietowego.

Gdyby prezydent Eisenhower miał więcej oleju w głowie, Amerykanie wysłaliby sztucznego satelitę Ziemi przynajmniej na rok przed Sowietami. A oto jak do tego doszło, a właściwie nie doszło.

W 1954 roku grono osobistości ze świata nauki i techniki spotkało się w Waszyngtonie, aby podjąć decyzję, w jaki sposób USA włączą się w obchody Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Rok ten stanowił przedsięwzięcie międzynarodowe; uczeni z całego świata zamierzali przeprowadzić badania Ziemi od lipca 1957 do grudnia 1958 roku. Podczas tego posiedzenia von Braun zgłosił, że mógłby wysłać satelitę o masie 2,5 kg do zbadania wyższych warstw atmosfery.

Von Braun nie dysponował wtedy jeszcze odpowiednią rakietą, ale dwa lata później gotowa była zmodyfikowana Redstone. Dodano do niej dwa dalsze stopnie i przebudowano silnik, co spowodowało wydłużenie samej rakiety. Na szczycie w miejsce głowicy - był to wszak pocisk o przeznaczeniu wojskowym - domontowano stożkowaty czubek z urządzeniami rejestrującymi. Nowa rakieta otrzymała nazwę Jupiter C. Gdyby na szczycie umieścić jeszcze jeden człon, nazwany pociskiem 29, zestaw do zaatakowania orbity i pozostawienia na niej satelity byłby gotowy.

Niestety, wcześniej Biały Dom podjął szlachetną decyzję, że satelitę powinno się wystrzelić przy pomocy rakiety niezhańbionej zastosowaniem militarnym. Zlecono prace nad nową rakietą Vanguard, która jako cywilna i pokojowa miała przynieść Ameryce więcej uznania. Eisenhower i jego doradcy życzyli też sobie nieoficjalnie, by pierwszego sztucznego satelitę w dziejach umieścił na orbicie zespół amerykański, nie zaś grupa hitlerowskich weteranów wojennych. Niestety, Amerykanie jeszcze się nie dokształcili: żaden ośrodek amerykański nie dysponował kompetencjami ani sprzętem, który Niemcy von Brauna zgromadzili w Redstone.

Choć Sowieci oznajmili oficjalnie, że w trakcie Międzynarodowego Roku Geofizycznego planują umieścić sztucznego satelitę na orbicie, władze amerykańskie bagatelizowały te zapowiedzieli, traktując je jako blef. Powątpiewano, czy siermiężna technika sowiecka zdolna jest do takiego wyczynu. Kiedy więc von Braun zwrócił się o pozwolenie wystrzelenia satelity w kosmos z udziałem Jupitera C, prezydent Eisenhower zwyczajnie odmówił. Była to najbardziej krótkowzroczna decyzja polityczna w dziejach.

Co nastapiło dalej, wiadomo: 4 października 1957 roku sowiecka rakieta R-7 wyniosła na orbitę 84-kilogramową metalową kulę z antenkami, która robiła jedno okrążenie Ziemi w półtorej godziny. Tu nikt się nie przejmował, że R-7 miała przeznaczenie stricte wojskowe. Jedynym ładunkiem ciężkiego satelity był nadajnik radiowy, aby każdy mógł usłyszeć sygnał z kosmosu.

Decydentów amerykańskich wieść o tym zastała podczas bankietu w ośrodku Redstone. Obecny był świeżo mianowany na sekretarza obrony Neil McElroy, zastępujący Charlesa Wilsona, który uważał loty kosmiczne za zbędny balast i przeszkadzał jak mógł w planach zespołu von Brauna. Gdy więc na sali ogłoszono hiobową wiadomość, zapanowała konsternacja. Kompletnie zaskoczona administracja Eisenhowera próbowała jak tylko mogła bagatelizować sowiecki sukces. Ale szok miał też moc uzdrawiającą: obudził Amerykę z letargu. Po kompletnej klapie rakiety Vanguard von Braun dostał zielone światło i 31 stycznia 1958 roku z przylądka Canaveral odpalono rakietę z 14-kilogramowym satelitą, nazwanym Explorer 1 i niosącym na pokładzie aparaturę do pomiarów promieniowania kosmicznego. To właśnie ta aparatura wykryła otaczające Ziemię pasy wysokoenergetycznego promieniowania. Od początku ujawniła się różnica w podejściu ZSRR i Ameryki do kosmosu: pierwsi pokazywali sztuczki dla oszołomienia gawiedzi i osiągnięcia korzyści propagandowych, drudzy starali się czegoś przy okazji dowiedzieć. Pasy promieniowania od nazwiska naukowca, który stał za odkryciem, nazwano pasami Van Allena.

Podobnie jak w przypadku pierwszego satelity, także człowieka w kosmos jako pierwsi mogli wysłać Amerykanie. Przeszkodził temu, jak się zdaje, szympans o dźwięcznym imieniu Ham.

Jego zadaniem było utorować drogę w kosmos człowiekowi. Przypomnijmy, że były to czasy, kiedy o przestrzeni wokółziemskiej i panujących tam warunkach nie wiedziano nic, tajemnicą były przeciążenia i dawki promieniowania, a nieważkość budziła nabożny lęk. Wystrzelenie Hama zaplanowano na 31 stycznia 1961 roku. Zwierzę ułożono w pudełku, przed którym zapalały się światełka, a gdy pociągnęło się za odpowiednią dźwignię, do pyska wskakiwał banan. Błąd oznaczał prądowego kopniaka w nogę.

Wskutek licznych komplikacji aparatury Ham okazał się astronautą heroicznym. Przede wszystkim miał wytrzymać ośmiokrotne przeciążenia, a zafundowano mu dwa razy tyle. Banany okazały się czczą obietnicą. Mimo poprawnego pociągania za dźwignię za każdą czynność był rażony prądem. Na sam koniec zafundowano mu próbę wody: kapsuła z wielką siłą wyrżnęła w ocean, legła na boku i zaczęła tonąć; nieszczęsnego Hama wyratowano w ostatniej chwili. Zrozumiałe, że po takiej podróży aktywnie dawał wyraz swemu zdegustowaniu, gryząc wszystko i wszystkich dookoła. Nie tak się umawialiśmy, zdawał się komunikować swoim zachowaniem.

Dla programu kosmicznego oznaczało to, że statek Mercury musi być poddany kolejnym testom, a więc lot, czy raczej skok, astronauty Sheparda ulegnie odłożeniu. Choć sam Shepard protestował ile mógł, kierownictwo programu pozostało niewzruszone. Kolejny start, tym razem bezzałogowy, odbył się 24 marca i wypadł doskonale. A 12 kwietnia świat dowiedział się o Gagarinie.

Shepard do końca życia miał o to żal. Nawet gdyby jednak wyprzedził Gagarina, priorytet mógłby nie zostać uznany, gdyż lot miał charakter suborbitalny (balistyczny). Trwał nieco ponad kwadrans, pojazd osiągnął wysokość 187 km, pokonał dystans prawie 500 km, a przeciążenia dochodziły do 11 g. Inna sprawa, że i Gagarin nie wykonał pełnego okrążenia Ziemi: wystartował z kosmodromu Bajkonur w kierunku wschodnim, wylądował zaś 1500 km na zachód od Bajkonuru w okolicach Saratowa. Tych 1500 km zabrakło do pełnego obiegnięcia planety; dopiero Herman Titow w sierpniu 1961 roku porządnie okrążył Ziemię 17 razy i to jemu wypada przyznać pierwszeństwo.

O ile wystrzeleniu przez ZSRR Sputnika towarzyszyły w Ameryce szok i niedowierzanie, że prymitywni Sowieci zakasowali przodującą technikę USA, o tyle po Gagarinie Ameryka wpadła w przygnębienie. Nie brakło głosów, że amerykański program kosmiczny powinien zostać zawieszony. Dogonić Sowietów nie sposób, a brylowanie na drugim miejscu nikomu się nie uśmiechało. Jerome Wiesner, doradca prezydenta Kennedy'ego, był za odwołaniem załogowych lotów kosmicznych i reorganizacją NASA. Zalecał skupienie się na aeronautyce i pozostawienie wyścigu kosmicznego Rosjanom. Jego zdaniem Kennedy powinien szybko podpisać dokument odwołujący Program Mercury (...). Wiesner sugerował, że Stany powinny zdobywać przewagę w nauce, komunikacji i satelitach wojskowych. Propagował hasło: "Idźmy ze zwycięzcami", piszą w książce Kierunek Księżyc Alan Shepard i Deke Slayton. Pomijając szyderczą wymowę tego hasła, prezydencki doradca nie miał do zaproponowania nic poza kapitulacją.

Gdyby Kennedy go posłuchał, bo przecież kosmos należy do Rosjan, a USA powinny to uznać, to program kosmiczny zostałby definitywnie zamknięty, a Amerykanie z otwartą gębą przyglądaliby się tryumfom sowieckim. Kennedy zrobił co innego: zarządził mobilizację, wymienił szefa NASA i udzielił programowi kosmicznemu pełnego poparcia. 5 maja ruszył Shepard, 21 lipca drugi lot suborbitalny odbył Grissom, a 20 lutego 1962 roku John Glenn jako pierwszy obywatel USA trzykrotnie okrążył Ziemię. Zamiast więc kontemplować klęskę, Amerykanie wzięli się ostro do roboty; wnet okazało się, że nie tacy Sowieci mocni, jak się wydawało. Gdy zaś Kennedy wskazał Księżyc jako cel lądowania ludzi przed końcem dekady lat 60., wszystko wróciło na swoje miejsce. W kosmicznym pokerze z Sowietami USA nie odłożyły kart, nie powiedziały "pas", tylko zaczęły rozgrywać po swojemu.

W pierwszej połowie lat 60. Amerykanie przesiedli się na statki nowej generacji, nazwane Gemini, Rosjanie zamienili Wostoki na Woschody i karuzela kręciła się dalej. Ci ostatni pokazywali światu coraz to nowsze cudeńka: pierwszy lot dwóch pojazdów jednocześnie, pierwszą kobietę w kosmosie (Tierieszkowa) i pierwszy spacer kosmiczny (Leonow). Amerykanie powtarzali te sztuczki z niewielkim opóźnieniem, ale już ujawniała się wyższość techniki amerykańskiej: ich programy były bogatsze, manewry dokładniejsze i bardziej skomplikowane itp. O ile sowieckie pokazy na orbicie w dużej mierze służyły celom propagandowym, o tyle w przypadku Amerykanów były to elementy niezbędne do opanowania w lotach księżycowych. Wraz z końcem programu Gemini strata dystansu do programu sowieckiego została odrobiona.

O żadnych komplikacjach i niepowodzeniach po stronie sowieckiej świat się nie dowiedział. Amerykanie natomiast prowadzili swoje próby w świetle jupiterów. Gdy Gemini 3 ćwiczył dokowanie z rakietą Agena, wpadł w tak straszliwą rotację, że groziło to unicestwieniem załogi. Wyprowadził pojazd z tego stanu dowódca Neil Armstrong, wykazując niebywały hart ducha i kunszt pilotażowy. Spore kłopoty mieli Amerykanie z wychodzeniem w otwarty kosmos; rozwiązał je za jednym zamachem Buzz Aldrin z Gemini 12, pokazując, jak się za to zabrać. Obaj, Armstrong i Aldrin, swymi akcjami zapracowali na wytypowanie do załogi słynnego Apolla 11, którego człon lądujący miał osiąść na Księżycu.

Tymczasem po zamknięciu programu Gemini Amerykanie próbowali opanować statek Apollo z generacji księżycowej. Pojazd nie budził zaufania, był niedopracowany, miał tysięczne wady, które ujawniały się w najmniej spodziewanych momentach. Jako pierwsza załoga mieli startować Grissom, White i Chaffee, od dłuższego czasu trenowali więc razem. 27 stycznia 1967 roku symulowano start Apolla 1, co polegało na odcięciu kabli zasilających rakietę i statek i sprawdzeniu, czy obydwa pojazdy są w stanie działać samodzielnie, przy zasilaniu własnym. Próba odbywała się "na sucho", bez zatankowania paliwa. Procedura przewidywała także wypełnienie kabiny czystym sprężonym tlenem.

Od początku pojawiły się komplikacje. W kabinie dała się odczuć dziwna woń, którą dwukrotnie usunięto przez odpompowanie powietrza. Szwankowała łączność, zagłuszana trzaskami podobnymi do wyładowań elektrycznych. Był moment trzeźwej refleksji, kiedy proponowano odwołać próbę, ale czas naglił: Apollo 1 powinien jak najszybciej znaleźć się na orbicie. W szóstej godzinie prób kabinę wypełniono czystym tlenem o ciśnieniu 1,1 atmosfery. Jak się okazało, jeden z kabli pod napięciem, przebiegający pod fotelem dowódcy Grissoma, iskrzył i w końcu doszło do zapłonu. W mgnieniu oka wnętrze kabiny, nasycone atmosferą tlenową, w której pali się właściwie wszystko, zamieniło się w piekło. Otwieranie źle działającego włazu w normalnych warunkach trwało półtorej minuty: Grissom, White i Chaffee nie mieli tyle czasu. Wszyscy trzej zginęli na szczycie stalowej wieży, 70 metrów nad powierzchnią Ziemi, z gorąca i uduszenia.

Program Apollo leżał na łopatkach. NASA wiedziała, że musi osiągnąć sukces, gdyż zbierające się nad nią czarne chmury groziły podjęciem decyzji o zaprzestaniu finansowania Programu Apollo. Ogień na pokładzie Apolla 1 wywołał debatę, czy państwo powinno wydać prawie 24 miliardy dolarów, by wysłać człowieka na Księżyc, gdy tymczasem na rozwiązanie czekają inne problemy. (...) Krytycy uważali, że program kosztuje zbyt dużo, a wyścig na Księżyc to tylko polityczna zagrywka. Nawet szef NASA Webb uważał, że program Apollo załamał się, stracił impet. Raport o katastrofie liczył 3300 stron i ważył 8 kg, ale nie owijał niczego w bawełnę. Posypały się głowy, statek Apollo przeprojektowano, a wraz z nim moduł księżycowy. Feralny właz do statku dawał się teraz otworzyć od wewnątrz w trzy sekundy, zrezygnowano z tlenowej atmosfery. Przerwa w programie, planowana na rok, wydłużyła się do 21 miesięcy. Nie ulegało wątpliwości, że ofiara życia trzech astronautów nie poszła na marne: gdyby dalej ciągnąć prowizorkę Apolla 1, do katastrofy doszłoby prędzej czy później, z dala od Ziemi albo i na samym Księżycu.

Swoje kłopoty mieli i Sowieci, którzy wprowadzali do użytku nowy pojazd Sojuz. Był tak samo niedopracowany jak Apollo, ale czynniki polityczne nalegały na lot. Na pilota wyznaczono kosmonautę Komarowa, który bronił się jak mógł, ponieważ świetnie znał wady nowego statku. Zabiliście mnie, skurwysyny, miał powiedzieć, wsiadając do Sojuza 1. Na orbicie okazało się, że w nowym pojeździe nic nie działa właściwie. Komarow szarpał się z systemami, które kolejno odmawiały posłuszeństwa, w końcu otrzymał polecenie lądowania półmartwym statkiem. Jako wybitny fachowiec od pilotażu, dokonał niemożliwego: ręcznie sterując przy nieustannej rotacji statku, wprowadził go w korytarz lądowania. Walczył znakomicie, wydawało się, że mu się uda. Zawiódł ostatni element: pod wpływem obrotów Sojuza linki spadochronu splątały się i Komarow wyrżnął o Ziemię z prędkością 650 km/h. Przerwa po stronie sowieckiej trwała półtora roku.

11 kwietnia 1970 roku nic nie wskazywało na to, że lot Apolla 13 na Księżyc przebiegnie z komplikacjami. Amerykanie mieli za sobą serię bezproblemowych lotów, jeśli nie liczyć Apolla 7, kiedy rakieta Saturn V wpadła w wibracje. Mimo to kierownictwo programu amerykańskiego zdecydowało się na pokerową zagrywkę, by Apolla 8 wysłać od razu w lot dookoła Księżyca. Był to potężny, spektakularny sukces. Apollo 9 i 10 ćwiczyły na orbicie elementy programu księżycowego, Apollo 11 wylądował na Księżycu, a po nim sztukę tę powtórzył Apollo 12. Wydawało się, że w przypadku NASA loty na Srebrny Glob stały się rutyną.

Apollo 13 wyrwał obserwatorów ze stanu odrętwienia. Po 55 godzinach i 55 minutach lotu statek przebył 320 tysięcy km i znajdował się na najlepszej trajektorii do Księżyca, gdy zwarcie w instalacji spowodowało wybuch w sekcji silnikowej, dostarczającej paliwo i energię. Eksplodował jeden zbiornik z tlenem, a drugi został poważnie uszkodzony, co oznaczało utratę tlenu do oddychania i zasilania ogniw paliwowych. W chmurze gazu i odłamków Apollo 13 nadal posuwał się naprzód, ale był już praktycznie martwy. O lądowaniu na Księżycu można było zapomnieć; liczyło się ocalenie załogi.

Postanowiono kontynuować lot ku Księżycowi, aby stamtąd grawitacyjnie zawrócić w stronę Ziemi. Załoga przesiadła się do członu księżycowego i rozpoczęła przygotowania do walki o życie. Silnik modułu księżycowego skierował statek ku Ziemi i pozwolił na korekty lotu. Cała ludzkość z zapartym tchem śledziła na bieżąco przebieg akcji, która skończyła się pomyślnym wodowaniem, jak na ironię najdokładniejszym z dotychczasowych. Wyziębieni i wygłodniali astronauci dali pokaz swego kunsztu, niemniej wyprawa nie zrealizowała swych celów i uznano ją za nieudaną.

Przeciwnicy NASA w Waszyngtonie uważali lot Apolla 13 za niewybaczalne wyrzucenie w błoto prawie 400 milionów dolarów pochodzących od podatników. Byli gotowi skreślić z planów finansowania następne misje na Księżyc. Mimo w pełni udanego lądowania Apolla 14 tendencje do tego, by Księżyc poszedł w odstawkę, przybierały na sile. Program Apollo znalazł się pod obstrzałem krytyki. Zaatakowano cały załogowy program księżycowy. NASA przedstawiała Program Apollo jako wyścig z Rosjanami o prestiż narodowy. Kiedy wyścig zakończył się zwycięstwem, amerykańskie społeczeństwo, skupiając się na aktualnych problemach kraju, straciło zainteresowanie kosmosem. Jeszcze przed lotem Apolla 13 skasowano ostatni planowany lot Apolla 20. Wkrótce odwołano także misje Apolla 18 i Apolla 19, a Kongres ograniczył budżet NASA do najniższego poziomu w ciągu ostatniej dekady.

Dziś zastanawia to nagłe przejście od fali entuzjazmu do otwartej niechęci finansowania dalszych wypraw. Księżyc okazał się drogą zabawką; gdy ciekawość ludu i wola decydentów zostały zaspokojone, cele polityczne osiągnięte, a z areny zniknął główny konkurent, pospiesznie zamknięto astronautyczny sklepik. Prawda, że w wielu fazach wyścig nabrał cech absurdalnych, że zwłaszcza strona sowiecka szafowała życiem kosmonautów w imię spektakularnych wyczynów. Jednakże tak szybkie porzucenie Księżyca wskazuje, że nie był on w tym wyścigu celem samym w sobie i de facto nie budził głębszego zainteresowania. Nie dało się tam pojechać na urlop, a kwestie naukowe z nim związane okazały się drugorzędne. Katalizator polityczny sprawił, że Księżyc został zdobyty niejako "za wcześnie", a zdobywcy byli do tego faktu słabo przygotowani koncepcyjnie. Jeśli głównym trofeum każdego lotu okazywała się kupa kamieni księżycowych, dosyć podobnych do ziemskich, to istotnie kosztowały one raczej dużo. Okazało się, że pieniądze nie tylko rządzą światem ziemskim, ale także Księżycem, i nikt na to nic nie poradzi.

Przyczyną porażki Sowietów w wyścigu do Księżyca była zarówno siermiężna technika, jak i scentralizowany system zarządzania kosmonautyką przez rozbestwionych politruków.

Z motyką na Księżyc

Epoka załogowych lądowań na Księżycu potrwała ledwo trzy i pół roku: pierwsi ludzie chodzili po nim w lipcu 1969 roku, ostatni - w grudniu 1972 roku, czyli 47 lat temu. Nasza nieobecność na Srebrnym Globie przedłużyła się do pół wieku - a minie jeszcze przynajmniej kilka lat, zanim buty przybyszów z Ziemi odcisną następne ślady w księżycowym pyle.

Na fali wielkiego entuzjazmu, który po wylądowaniu Armstronga i Aldrina na Morzu Spokoju ogarnął cały świat (z wyjątkiem Związku Sowieckiego), wydawało się, że następne dekady będą piorunującym uderzeniem w dziedzinie tzw. podboju kosmosu. Załogowa wyprawa na Marsa wydawała się bezdyskusyjna, a Księżyc miał być niewiele rzadziej wizytowany niż na przykład Antarktyda. Nastąpiło jednak coś dziwnego: skasowanie trzech ostatnich wypraw Apolla, wyhamowanie amerykańskiego programu kosmicznego i odwrót od Księżyca na rzecz niezrozumiałych z dzisiejszego punktu widzenia, a równie drogich stacji orbitalnych i wahadłowców. Nie wszyscy potrafią się z tym pogodzić. Dziś, gdy cywilizacja osiągnęła apogeum i spokojnie osunęła się w ospałość, wydaje się całkiem prawdopodobne, że ślady kosmonautów Apolla będą jedynym dowodem świetności, jaki uparty ludzki gatunek pozostawił na Księżycu, podsumował Robert Godwin, historyk astronautyki.

Testament Kennedy'ego

Gdyby rzecz ujmować anegdotycznie, to na Księżyc wypędzili Amerykanów Sowieci. Pasmo sukcesów sowieckiej kosmonautyki - pierwszy sztuczny satelita, pierwszy człowiek na orbicie, pierwsza kobieta, pierwsze manewry orbitalne dwóch statków kosmicznych, pierwsze wyjście człowieka w kosmos itd. - dostarczyły Amerykanom takich porcji frustracji, że musieli podjąć wyzwanie i przyśpieszyć własne, dość niemrawe starania o dotrzymanie Sowietom kroku. Ale kiedy już wzięli się do roboty, było na co popatrzeć. W 1958 roku powstała NASA, rządowa agencja do badań kosmicznych, której odpowiednik powołał w Rosji dopiero prezydent Jelcyn. Nie wiadomo, jak wyglądała narada Kennedy'ego z doradcami (Eisenhower ostentacyjnie nie sprzyjał astronautyce) i czy miała miejsce scena, gdy prezydent, pokazując Księżyc przez okno Gabinetu Owalnego, miał stwierdzić: Chcę, żeby Amerykanin postawił tam stopę. Faktem jest, że Kennedy zamówił ekspertyzę porównawczą rakiet amerykańskich i rosyjskich; została poddana analizie i zaowocowała decyzją o budowie wielkiej rakiety, zdolnej do wyniesienia statku załogowego na Księżyc. W słynnym przemówieniu o najpilniejszych zadaniach państwa, wygłoszonym do Kongresu 25 maja 1961 roku, Kennedy zapowiedział, że Amerykę stać na to, by przed końcem dekady wysłać tam astronautę i bezpiecznie sprowadzić go na Ziemię. W ślad za tą deklaracją poszło regularne finansowanie i priorytet rządowy dla całego programu księżycowego. Niektórzy wskazują co prawda, że Kennedy chciał w ten sposób odwrócić uwagę opinii społecznej od nieudanej inwazji na Kubę w Zatoce Świń, ale nawet jeśli tak było, Księżyc tylko na tym skorzystał.

Oczywiście Sowieci mieli nad Ameryką wielką przewagę, którą rychło zaczęli trwonić. Rozpoczęty jeszcze w 1959 roku program automatycznych misji do Księżyca, Wenus i Marsa przyniósł im serię spektakularnych osiągnięć: trafienie w Księżyc Łuny 2, fotografie odwrotnej strony Księżyca Łuny 3, a także po wielu próbach miękkie lądowanie na Księżycu Łuny 9. Amerykanie z niewielkim opóźnieniem powtarzali te dokonania, jak również poszczególne wyczyny sowieckich załóg. Historycy są jednak zgodni, że mniej więcej od 1965 roku hegemonia ZSRR została zniwelowana, program amerykański szedł jak burza, a sowiecki przeciwnie - dostał zadyszki. Śmierć Kennedy'ego od kul zamachowca w Dallas nic tu nie zmieniła, księżycowe plany prezydenta uznano za coś w rodzaju jego testamentu i nikt nie miał odwagi ich kwestionować. Następca Kennedy'ego Lyndon Johnson uznał je za własne, w środowisku nie był człowiekiem obcym, ponieważ Kennedy zlecał mu nieraz rozwiązywanie różnych problemów z tej dziedziny.

Testament Kennedy'ego został wypełniony, i to z nawiązką: przed końcem dekady lat 60. na Księżycu lądowały Apollo 11 oraz Apollo 12, a ich załogi spędziły tam odpowiednio 21,5 i 32 godziny. Przy podchodzeniu do lądowania Apolla 11 zawiódł komputer pokładowy: na wysokości 10,5 km przeładował się danymi. Houston przekazało część jego zadań komputerowi na Ziemi i to uspokoiło sytuację. Jednak na wysokości 300 m Armstrong dostrzegł, że opadają prosto na krater otoczony wielkimi głazami, przejął więc stery i zaczął szukać równiejszego miejsca. Gdy je wypatrzył, w zbiorniku kończyło się paliwo, na wysokości 20 m zostało go już tylko na minutę. Gdy dowódca meldował, że Orzeł (nazwa pojazdu księżycowego) wylądował, w zbiornikach zostały dosłownie opary paliwa2. Katastrofa wisiała na włosku.

Oprócz wypowiedzenia słynnej sentencji o małym kroku człowieka, ale wielkim skoku ludzkości Armstrong po zejściu na powierzchnię Księżyca uczynił jeszcze jedną spektakularną rzecz: odsłonił tabliczkę ze stosownym napisem, przymocowaną do nogi lądownika. Ostatnie zdanie napisu brzmiało: Przybyliśmy w imieniu całej ludzkości.

Wyścig do samego końca

O przegraniu wyścigu do Księżyca Sowieci dowiedzieli się bodaj w grudniu 1968 roku, choć dla fachowców było to oczywiste wcześniej. Wtedy to jednak, prawie w same święta Bożego Narodzenia, Amerykanie wypuścili statek Apollo 8 w lot dookoła Księżyca. Jeszcze pół roku wcześniej nie planowali takiego wyczynu, doszły ich jednak słuchy, że na grudzień Sowieci szykują wysłanie na orbitę Księżyca statku Zond, będącego zmodyfikowanym Sojuzem. Zrobili to już wcześniej, i to dwukrotnie: we wrześniu i w listopadzie 1968 roku, z tym że druga ekspedycja miała na pokładzie żółwie, muchy i robaki. Wywiad amerykański uznał, że wybór na załogę tych stworzeń świadczy o zamiarze wysłania Zondem człowieka, a wtedy ZSRR mógłby zapisać na swym koncie kolejny lot "po raz pierwszy": pierwszy człowiek okrąża satelitę Ziemi. Propaganda sowiecka rozdmuchałaby to natychmiast jako wygrany etap wyścigu. Amerykanie zagrali zatem va banque: planując lot Apolla 8, wiedzieli o kłopotach rakiety Saturn V z wibracjami, a żaden lot załogowy Apolla natenczas jeszcze się nie odbył.

Wyprawa Apolla 8 okazała się wielkim sukcesem, Księżyc został okrążony dziesięć razy, natomiast Zond pozostał na wyrzutni. W ZSRR zapanował minorowy nastrój, nie tylko dlatego, że trzej mężczyźni lecący dziś na Księżyc nazywają się Borman, Lovell i Anders, a nie Bykowski, Popowicz lub Leonow. W Boże Narodzenie astronauci odczytali wersy Księgi Rodzaju, zadając przykry cios sowieckiemu urzędowemu ateizmowi. Dla przyszłych misji księżycowych ważniejsze było jednak to, że Apollo 8 sfotografował pięć obszarów branych pod uwagę jako miejsca lądowań. Do ostatniej chwili istniała niepewność, czy silniki kierujące go ku Ziemi zadziałają, ale tym razem, chyba w prezencie świątecznym, maszyneria zagrała na medal. - Informuję, że Święty Mikołaj istnieje! - cieszył się Lovell.

Sowieci podjęli jeszcze jedną rozpaczliwą próbę odebrania Amerykanom pierwszeństwa na Księżycu. 13 lipca, na trzy dni przed lotem Apolla 11, wystartowała automatyczna Łuna 15, której zadaniem było miękkie lądowanie, pobranie próbek gruntu księżycowego i dostarczenie ich na Ziemię. Gdyby to się udało, propaganda mogłaby huczeć, że ZSRR jako pierwszy wszedł w posiadanie okazów geologicznych z Księżyca i uczynił to taniej i bezpieczniej. Z tego wynikałby wniosek o bezsensie rozwijania lotów załogowych: nie twarda niemożność by tu decydowała, lecz znalezienie lepszego rozwiązania. Niestety, po 52 okrążeniach Księżyca Łuna 15 roztrzaskała się 21 lipca na Morzu Przesileń, grzebiąc ostatecznie sowieckie nadzieje. (Armstrong i Aldrin spali wtedy w lądowniku Orzeł). W późniejszym czasie Sowieci wystrzelili jeszcze pro forma kilka statków Zond, które bądź okrążały Księżyc, bądź na nim lądowały, ale żaden nie był lotem załogowym. Na taki nie dały zgody czynniki polityczne, obawiając się po spektakularnych sukcesach amerykańskich tym boleśniejszej kompromitacji.

W oficjalnych komentarzach sowieckich po lądowaniu Apolla 11 trudno - co zrozumiałe - doszukać się zachwytów. Wiadomość o starcie wydrukowano w "Prawdzie" na końcu informacji ze świata, obok doniesień z Kairu i Brukseli. 22 lipca - już po lądowaniu na Księżycu - na stronie 5 ukazała się korespondencja z Waszyngtonu, zapowiadająca owo lądowanie. Pierwsze cztery strony "Prawdy" zawierały przemówienia sekretarzy: KPZR Breżniewa i PZPR Gomułki, który akurat bawił z wizytą w Moskwie. O lądowaniu Amerykanów powiadomiono 23 lipca, znowu na stronie 5, a na 6 pomieszczono esej zawierający zdawkowe gratulacje. Takie było pożegnanie Sowietów z Księżycem; nie wylądowali na nim do dziś.

Klątwa rakiety N-1

Siergiej Korolow, słynny anonimowy główny konstruktor sowieckiego programu kosmicznego, w czerwcu 1938 roku został aresztowany przez NKWD pod zarzutem sabotażu w nowej dziedzinie techniki. We wrześniu skazano go na 10 lat więzienia wraz z konfiskatą całego majątku; tułając się po więzieniach, trafił m.in. do łagru nad Kołymą. W śledztwie był bity i złamano mu szczękę, która źle się zrosła. Gdy w styczniu 1966 roku zapadł na zdrowiu i postanowiono usunąć mu polip na jelicie, wywiązało się trudne do usunięcia krwawienie. Otwarcie jamy brzusznej ujawniło guz nowotworowy wielkości dwóch pięści, ale słabe serce pacjenta nie wytrzymało trudów długiej operacji. Korolowa nie można było wybudzić, pojawiły się trudności z oddychaniem, a z powodu złamanej szczęki nie można było wepchnąć do płuc rurki intubacyjnej. Gorączkowe zabiegi lekarzy z kremlowskiej kliniki na nic się zdały i Korolow zmarł. Nie ulega wątpliwości, że przyczyniła się do tego utrata zdrowia w śledztwie i na łagrowym szlaku.

Pięć lat wcześniej podczas próby rakiety R-16 zginął marszałek Mitrofan Niedielin, ówczesny wiceminister obrony ZSRR i dowódca strategicznych sił rakietowych, zwolennik wojny termojądrowej, ale też gorący orędownik sowieckiego programu księżycowego. Opis procedur zastosowanych wtedy przed odpaleniem R-16 podnosi włosy na głowie: bez przerwy dochodziło do usterek, które Niedielin kazał usuwać "po radziecku", bez wypompowania paliwa z rakiety. W ferworze tych zmagań źle podłączono kable, sygnał startu zamiast do pierwszego członu poszedł do drugiego i spowodował odpalenie jego silnika. Pod wpływem żaru z gazów wyrzutowych pierwszy stopień pękł i wyrzutnię ogarnęła olbrzymia kula ognia, paląc wszystkich, którzy znajdowali się w pobliżu, w tym Niedielina i jego świtę. W największej katastrofie w historii światowej techniki rakietowej zginęło wtedy w płomieniach 165 osób.

Strata tych dwóch ludzi miała pewne znaczenie dla sowieckiej porażki, ale nie była decydująca, podobnie jak odsunięcie od władzy Chruszczowa, którego zastąpił mało entuzjastycznie nastawiony do kosmosu Breżniew. Personalia są ważne, ale w tym wypadku kluczową rolę odegrała wielka rakieta N-1, która miała wynieść sowieckie statki na Księżyc. O jej zbudowaniu mówiło się w ZSRR jeszcze przed wystrzeleniem Gagarina, lecz - o dziwo - w kontekście ekspedycji na Marsa. We wczesnych latach 60. wrócono do tej koncepcji już z myślą o Księżycu. Wiadomo było, że Amerykanie projektują ogromną rakietę do tego celu i Sowieci nie mogli być gorsi. Konstruktorem N-1 został sam Korolow, który nie dożył pierwszych prób. Rakieta okazała się w równym stopniu feralna co felerna, miała masę startową większą od 20 do 40 procent od Saturna V, ale za to mniejszy udźwig - tylko 95 ton (Saturny wynosiły na orbitę po 140 ton ładunku). Aparatura telemetryczna Saturna V ważyła ledwo piątą część tego, co włożono na grzbiet rakiecie N-1. Ujawniała się coraz bardziej siermiężność sowieckiej techniki, w której ilość materiału zużyta na wykonanie maszyny nikogo nie obchodziła - akurat w kosmosie jest to kwestia newralgiczna. Zapóźnionej elektronice sowieckiej ani było się równać z amerykańską itp. itd.

Sowieci nie dysponowali silnikami o odpowiednim ciągu i dlatego w pierwszym stopniu N-1 zastosowali 30, a potem z myślą o niezawodności 36 silników (w Saturnie tylko pięć). Nie mieli jednak stanowiska testowego, żeby zbadać, jak taki wieniec działa. Efekty były porażające. Pierwsza N-1, odpalona w lutym 1969 roku, leciała jako tako przez 66 sekund, po czym nastąpiło zerwanie przewodu z ciekłym tlenem i pożar. System kontroli wyłączył silnik, w którym nastąpiła awaria, a wraz z nim również pozostałe i N-1 spadła jakieś 50 km od wyrzutni. Próba drugiej N-1 odbyła się w czerwcu, na dwa tygodnie przed startem Apolla 11. Tym razem rakieta wzniosła się na 200 metrów, kawałek metalu wpadł do turbopompy silnika, powodując jej rozerwanie, ogólną demolkę, uszkodzenie przyległych silników i pożar. Pełna paliwa rakieta, ważąca tyle, co niszczyciel marynarki wojennej, spadła na wyrzutnię i eksplodowała w gigantycznej kuli ognia. Trzecia N-1 tuż po starcie zaczęła kręcić się jak fryga wokół własnej osi, trzeci stopień wraz z makietą pojazdu księżycowego oderwał się i eksplodował opodal wyrzutni. Wirująca reszta N-1 leciała swoim torem, system znów wyłączył wszystkie silniki i rakieta eksplodowała 20 km dalej, pozostawiając krater o średnicy 30 m. Czwarta N-1 w listopadzie 1972 ustanowiła rekord: leciała przez całe 90 sekund, po czym pozrywały się przewody paliwowe, powstał pożar, system gaśniczy nie zadziałał, silniki zaczęły wybuchać, a po chwili eksplozja ogarnęła całą rakietę.

Tego było za wiele dla monitorującej te klęski władzy; zastępujący Korolowa Miszyn został odwołany przez Breżniewa, a nowy szef czym prędzej skasował pozostałe dwie rakiety, aby po N-1 nie pozostał żaden ślad. Niektórzy eksperci sowieccy wyrażają dziś przekonanie, że gdyby Korolow żył, prędzej czy później poradziłby sobie z N-1. Nie jest to całkiem pewne, gdyż pod koniec wyścigu coraz bardziej była to konfrontacja kwitnącej gospodarki i ekonomii USA z dychawiczną i opartą na iście księżycowych podstawach gospodarką sowiecką. Amerykanie wydali więcej - 25 miliardów ówczesnych dolarów, Rosjan szacuje się na jakieś 10 miliardów, ale pierwsi uczynili to efektywnie, drudzy zaś roztrwonili te środki w dublowanych programach i intrygach czołowych konstruktorów. Śmierć Korolowa niewiele tu zmieniła, zmarł akurat w momencie, gdy jego rakietowe królestwo, ciężko robiąc bokami, zaczęło coraz wyraźniej pozostawać z tyłu. Rywalizacja kosmiczna poddała obydwa systemy swoistej próbie i lepszy efekt osiągnął kapitalizm. W tym kontekście bezpośrednia transmisja TV lądowania Amerykanów na Księżycu, zrealizowana w Polsce i bodaj jeszcze w Rumunii, zakrawa na akt politycznej demonstracji.

Powrót na Ocean Burz

Z chwilą zakończenia misji Apolla 17 w grudniu 1972 roku Księżyc poszedł w odstawkę, bo wyścig został rozstrzygnięty i skończyło się napędzające go paliwo polityczne. Ale uwaga: polityka wraca, a wraz z nią wraca do gry i nasz satelita. Interesują się nim bardzo Japonia i Indie; te ostatnie planują wyprawę załogową w okolicach roku 2030. Rośnie zainteresowanie Księżycem w Rosji i nie zdziwiłbym się, gdyby i tam po cichu kombinowano, jak zmyć blamaż niezrealizowanej w XX wieku wyprawy załogowej. Najbardziej aktywne są w kosmosie Chiny, poszczególne etapy, na przykład wystrzelenie Chinki na orbitę, świadczą, że chiński program idzie szlakiem kosmonautyki sowieckiej, kopiując jej osiągnięcia z lat 60. Owe manewry orbitalne, dokowania, spacery kosmiczne, wymiany załóg itp. zarówno w przypadku amerykańskim, jak i sowieckim nie były sztuką dla sztuki, tylko przygotowaniami do programu księżycowego. Obecnie historia się powtarza, z wyjątkiem części automatycznej, ponieważ od tej strony Księżyc już został jako tako zbadany. Niemniej sądzę, że wszystkie wymienione kraje wystrzelą jeszcze pojazdy automatyczne, gdyż przez pół wieku zmieniło się instrumentarium i wzrosła precyzja pomiarów. Trzeba także wybrać ewentualne lądowiska, które zamienią się w przyczółki stałej obecności. Gdzieś w okolicy roku 2020 wokół Księżyca zacznie się znowu ruch.

Wezmą w nim udział również Amerykanie, których awersja do Księżyca daje do myślenia. W styczniu 2004 roku prezydent USA George Bush ogłosił program powrotu Ameryki na Księżyc w perspektywie dwóch dekad. W grudniu 2019 roku, niemal dokładnie po pół wieku, miało dojść do kolejnego lądowania ludzi na Srebrnym Globie, a do marca 2021 roku nastąpiłyby jeszcze trzy takie lądowania. 1 lutego 2010 roku prezydent Obama odwołał te plany, ale już w kwietniu przywrócił je w zmodyfikowanej formie. Zakładają one m.in. nowe loty załogowe na Księżyc i stworzenie stałej bazy na jednym z biegunów. Prawdopodobnie chodzi o biegun południowy, gdzie w 2009 roku wykryto obecność lodu pod regolitem (glebą księżycową). Woda zmienia perspektywę, o ile istotnie występuje tam w większej ilości: nie trzeba by jej wozić z Ziemi, a koszty transportu są takie, że litr mineralnej zawieziony np. na Morze Spokoju nabiera wartości kilograma złota. Osadzenie bazy na biegunie południowym umożliwiałoby zarazem czerpanie energii przez cały rok, gdyż są tam miejsca, gdzie Słońce nigdy nie znika. Dodatkowo można by przeciągnąć kabel na odwrotną stronę i rozstawić radioteleskopy nowej generacji, sterowane z owej bazy - odwrotna strona Księżyca jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, gdzie nie docierają zakłócenia radiowe z Ziemi. Gdyby woda wystąpiła naprawdę obficie, ożywiłoby to plany turystyki księżycowej. Byłaby to jednak rozrywka silnie elitarna ze względu na koszty takiego turnusu.

Tak czy owak, Amerykanie będą musieli przeprosić się z Księżycem. Paliwo polityczne bowiem wraca - jak to ktoś powiedział: jeśli Jankesi nie chcą, by po wylądowaniu na Oceanie Burz obecni tam Chińczycy sprawdzili im paszporty i wizy, muszą porzucić gnuśność i kontemplowanie przeszłej chwały.

Księżyc w literaturze ewoluował od krainy kipiącej życiem do "wspaniałego pustkowia", jak go określił astronauta Aldrin. W hermetycznych bazach i osiedlach egzystują tam bladzi, wątli i wylęknieni ludzie.

Luna to surowa pani

Powiedzieć, że Księżyc był z ludzkością zawsze, to nic nie powiedzieć. Kiedy wstawaliśmy na tylne nogi, kiedy wybijaliśmy mamuty, kiedy wyrzynaliśmy się na polach bitew, budowaliśmy piramidy i odkrywaliśmy nowe lądy - wszystkiemu z nieba przyglądał się chłodnym okiem nasz naturalny satelita. Moje dziecko, kiedy już coś kumało o świecie, usiadło pewnego wieczoru na łóżku i pokazując rączką, zapytało, co to takiego wisi za oknem. Lampa królująca na nocnym niebie wydawała się zakamuflowaną przeciwwagą Słońca i tym bardziej poruszała wyobraźnię. Nie dziwota zatem, że od najdawniejszych czasów mózgi ludzkie próbowały zgłębić fenomen Księżyca: czym jest, jak daleko od nas, jak tam trafić i co znajduje się na jego kostropatym obliczu. W końcu ustalono, że najlepiej byłoby pojechać i ujrzeć na własne oczy.

Jak się tam dostać

Zazwyczaj autorzy zajmujący się historią fikcyjnych podróży na Księżyc rozpoczynają od Lukiana z Samosaty, więc i my w naszym skromnym przeglądzie zachowamy się nie inaczej. Lukian początkowo praktykował jako kamieniarz, ale potem nauczył się greckiego, czytał grecką literaturę, znał się na prawie i nawet zyskał godność profesorską. Napisał dwie opowieści o podróży na Księżyc. W pierwszej, zatytułowanej Ikaromenippos albo podróż napowietrzna, pewien filozof, powodowany chęcią udowodnienia kulistości Ziemi, bierze jedno skrzydło od sępa, drugie od orła i tak podąża ku naszemu naturalnemu satelicie. W Prawdziwej historii, powstałej w latach 165-175, marynarze w liczbie 50 chłopa udają się na Księżyc mimo woli, wyrwani wraz z żaglowcem z okowów grawitacji Ziemi przez huragan gdzieś za Słupami Heraklesa. Niczym się księżycowy krajobraz nie różni od ziemskiego i dopiero Endymion, mieszkaniec i władca tej okolicy, uświadamia im, gdzie się znajdują. W Prawdziwej historii, uważanej niekiedy za pierwszy utwór SF, Lukian miał ambicje satyryczne, niemniej dzieło wywarło wielki wpływ na autorów zajmujących się Księżycem nawet i piętnaście wieków później.

Wielki astronom Johannes Kepler, twórca trzech praw swego imienia, regulujących ruch ciał w przestrzeni kosmicznej, od czasów studenckich pracował nad utworem Sen. Ukończył go niemal u schyłku życia, a drukiem opowieść ukazała się dopiero w roku 1634, trzy lata po śmierci autora. W polskim wydaniu Sen liczy jakieś 20 stron plus cztery razy tyle przypisów. Jako siły przenoszącej ludzi między Ziemią a Księżycem, nazwanym w utworze Lewanią i odległym od Ziemi o pięćdziesiąt tysięcy niemieckich mil, Kepler użył demonów. Jesteśmy zawsze bardzo zajęci i decydujemy się wyruszać dopiero wtedy, gdy rozpoczyna się zaćmienie księżyca, od jego wschodniej strony. (...) zabieramy ze sobą niewielu śmiertelników, a i to tylko najbardziej nam oddanych. Takiego właśnie człowieka chwytamy całą gromadą i popychając społem od dołu, unosimy w górę ku niebu. Lot wymaga uśpienia delikwenta, by uniknął szoku, a jego ciało należy ułożyć tak, by szybki start nie spowodował rozerwania. Trzeba też pokonać dojmujące zimno i trudności z oddychaniem, a następnie wyhamować impet przed osiągnięciem powierzchni Księżyca. Kiedy ludzie się budzą, zazwyczaj narzekają na nieopisaną słabość w członkach, ale później na tyle się z niej otrząsają, że mogą chodzić. Na Lewanii demony kryją się po jaskiniach i ciemnych miejscach. Nie jest jasne, dlaczego w ogóle podejmują tak niebezpieczną podróż; podobno w górze mogą ćwiczyć umysły zgodnie z upodobaniami.

Będąc astronomem, Kepler zdawał sobie sprawę zarówno z odległości Księżyca, jak i trudności technicznych związanych z dotarciem do niego. Wybór demonów na środek lokomocji mógł być zatem podyktowany bezradnością: jakoś trzeba było tę kwestię załatwić. Sam Sen albo astronomia lunarna zgodnie z drugą częścią tytułu jest opisem, jak wyglądałby kosmos widziany z Księżyca. Było dla Keplera jasne, że mieszkańcom Lewanii zdaje się, że ich świat stanowi centrum wszystkiego, podobnie jak ludzie na Ziemi odnoszą wrażenie, że to Słońce okrąża ich planetę. Ziemia na Lewanii nazywana jest Wolwą, półkula, z której ją widać, nazywa się Podwolwą, zaś ta, z której Wolwy nie można dostrzec (czyli po naszemu odwrotna strona Księżyca) to Bezwolwa. Kepler podaje, że średnica Wolwy na firmamencie jest niecałe cztery razy większa od średnicy na niebie naszego Księżyca.

Widoczny w całej okazałości Księżyc wydaje się nie tylko bliski pod względem odległości, ale wręcz podobny do Ziemi. Nawet w dobie słabo rozwiniętych środków komunikacji dotarcie tam dla sprytnego podróżnika było pod każdym względem osiągalne. Biskup anglikański Francis Godwin sporządził w roku 1638 dziełko The Man in the Moone (Człowiek na Księżycu), w którym pewien włóczęga nazwiskiem Domingo Gonzales, wysadzony jak późniejszy Napoleon na Wyspie św. Heleny, tresuje stado dzikich gęsi, by uniosły zbudowany przezeń pojazd. Owe gęsi rozwijają prędkość 300 km/h i chyba nie słabną w drodze, chociaż podróż trwa 12 dni. W niebiańskim powietrzu, jakie się rozciąga wysoko nad Ziemią, gdzie znika przyciąganie, człowiekowi nie chce się jeść ani pić, więc może i na gęsi nieważkość wpływa tak samo. Jak widać, Godwin przeszacował odległość do Księżyca przynajmniej dwukrotnie. Po pomyślnym lądowaniu na Księżycu, zapoznaniu się z tamtejszymi warunkami i mieszkańcami podróżnik wraca bezpiecznie wraz z gęsiami na Ziemię i ląduje w Chinach.

Szczytem inwencji w dziedzinie turystyki księżycowej wydają się opowieści Cyrano de Bergeraca Państwa i Cesarstwa Księżyca (1657) oraz Państwa i Cesarstwa Słońca (1662), wydane w Polsce w latach 50. XX wieku w jednym tomie jako Tamten świat. Jego bohater obwiązał się butelkami z rosą, którą słońce, jak wiemy z doświadczenia, "wypija"; rosa zamieniona w parę unosi się, dając siłę ciągu. Na Księżyc to nie wystarcza, ale na skok do Kanady - i owszem. W Kanadzie zbudował skrzydlatą machinę napędzaną sprężyną, ale i ten pojazd zawiódł. Dopiero gdy do strzaskanej machiny doczepiono race dla uświetnienia nocy świętojańskiej, bohater wraz z odpalonymi racami uniósł się w górę; tak odnotowano pierwszy przypadek użycia w astronautyce księżycowej rakiet. Sześć rzędów rac po sześć sztuk w każdym zapalało się kolejno, wydłużając cykl napędowy. Nie pomogłoby i to, gdyby bohater nie nasmarował wcześniej swych siniaków szpikiem wołowym. Księżyc akurat był w takiej kwadrze, że szpik ów okazał się kapitalnym dopalaczem i to dzięki niemu astronauta trafił ostatecznie na Srebrny Glob.

Druga część Tamtego świata traktuje o ucieczce Cyrana z więzienia w skrzyni wyposażonej w soczewki. Skupiają one promienie słoneczne i powodują wir, który pozwala na osiągnięcie drugiej prędkości kosmicznej, jakbyśmy powiedzieli dziś. Lądowanie następuje tym razem na Słońcu zamieszkanym przez rozumne ptaki. Dzieło pozostało nieukończone, możliwe więc, że w drodze powrotnej Cyrano miał się zatrzymać na Księżycu.

Tematyki księżycowej imał się Daniel Defoe, który - zanim osiągnął rozgłos za przyczyną Robinsona Crusoe - wydał anonimowo powieść The Consolidator (1705). Nazwany w tytule wehikuł księżycowy był napędzany "powietrznym ogniem", a mechanizm złożony ze sprężyn i kół poruszał olbrzymimi skrzydłami. Pomimo daleko posuniętej inwencji autora utwór ten nie zdobył międzynarodowego uznania.

Balon, działo, antygrawitacja

Skromny wkład Polaków do omawianej dziedziny stanowią dwie opowieści: Michała Dymitra Krajewskiego Peregrynacja Wojciecha Zdarzyńskiego na Księżyc (1785) oraz Teodora Tripplina Podróż po Księżycu odbyta przez Serafina Bilińskiego (1858). Pomimo siedemdziesięciu lat różnicy ten drugi utwór w dziedzinie napędu żadnych rewelacji nie przynosi: bohater trafia na Księżyc we śnie hipnotycznym. Natomiast Krajewski każe Zdarzyńskiemu udać się tam balonem. Wynalazek ten błyskawicznie podbił XVIII-wieczną Europę: pierwszy lot balonem na ogrzane powietrze odbył w 1709 roku kapelan nadworny króla portugalskiego Jana V. Słynni bracia Montgolfierowie są opóźnieni o prawie 75 lat: ich lot, krótki zresztą, miał miejsce w czerwcu roku 1783, a we wrześniu w Wersalu pokazano lot "załogowy" z baranem, kogutem i kaczką na pokładzie. (Jak zwykle zwierzęta torowały człowiekowi drogę w przestworza). Ledwie pół roku później rozpoczęto próby balonowe w Polsce i chyba to one zainspirowały Krajewskiego.

Jak przebiegła podróż jego bohatera na Księżyc, nie wiemy, gdyż na ten czas utracił przytomność. Wiadomo jednak na pewno, że atmosfery Ziemi i Księżyca w miejscu największego zbliżenia są prawie połączone "ostrokręgami" powietrznymi, czyli jakby stożkami powietrza, tworzącymi coś w rodzaju klepsydry. Balon leci do miejsca największego przewężenia i pokonuje je siłą impetu; później znajduje się już w księżycowej przestrzeni powietrznej i jest ściągany na powierzchnię siłą tamtejszej grawitacji. Podróż powrotna odbywa się dokładnie odwrotnie i również tu Zdarzyńskiego nawiedza identyczna przypadłość co wcześniej. Cóż, jak się okazało w XX wieku, kosmos to miejsce dla twardzieli, a nie dla zdechlaków.

Balonami wysyłali na Księżyc swoich bohaterów także inni autorzy. Edgar Allan Poe w Nieporównanej przygodzie niejakiego Hansa Pfaalla (1835) każe mu uchodzić w ten sposób przed wierzycielami. Pfaall do wypełnienia balonu używa tajemniczego gazu wchodzącego w skład azotu (sic!) i tyle go widzą. Poe szczegółowo opisał zmagania Pfaalla z coraz bardziej rozrzedzonym ziemskim powietrzem, a zbliżając się do powierzchni naszego satelity, podróżnik został ostrzelany głazami z wybuchających wulkanów.

Prekursorem nowej generacji pojazdów na trasie Ziemia - Luna okazał się nieznany z nazwiska autor, który w roku 1728 w dziele A Trip to the Moon (Wycieczka na Księżyc) przetransportował swego bohatera, używając sztucznej trąby powietrznej. Z powrotem na Ziemię było już gorzej, ale od czego pomyślunek. Dzięki pomocy tubylców nasz podróżnik wydrążył w gruncie księżycowym armatę o długości mili i wypełnił ją prochem. Jego pojazdem były drewniane pudła, włożone jedno w drugie i umieszczone w lufie; rzecz jasna po odpaleniu ładunku bez większych przeszkód dotarł na rodzimą planetę.

Najsłynniejszym przypadkiem wystrzelenia lunonautów z armaty szczyci się Juliusz Verne (powieści Z Ziemi na Księżyc, 1865; Wokół Księżyca, 1869). Jego trzej pasażerowie pocisku księżycowego zostali wyrzuceni z olbrzymiego działa, zbudowanego na Florydzie kosztem 5 milionów ówczesnych dolarów. Krytycy technicznej strony pomysłu wskazywali słusznie, że przyśpieszenie pocisku zrobiłoby z tych dzielnych ludzi dżem. Ostatnio wrócono do tej koncepcji, przedkładając na jej poparcie konkretne obliczenia. Działa dałoby się użyć, gdyby jego lufa była o wiele dłuższa niż u Verne'a, statek zaś byłby nie tyle wystrzeliwany, co stopniowo rozpędzany do odpowiedniej prędkości. Nie byłoby to więc działo, a raczej stylizowana na nie wyrzutnia.

W identyczny sposób rozwiązał problem transportu ludzi na Księżyc nasz Jerzy Żuławski w powieści Na srebrnym globie (1905), będącej pierwszym tomem trylogii księżycowej. Na wybrzeżu Afryki, dwadzieścia kilka kilometrów od ujścia Kongo, zionął otwór obszerny gotowej już studni z lanej stali, która miała za kilkanaście godzin wystrzelić na księżyc pierwszy pocisk z zamkniętymi w nim pięcioma śmiałkami. Ujście rzeki Kongo znajduje się blisko równika; w momencie startu statek zyskuje dodatkową prędkość wynikłą z obrotu Ziemi wokół osi. Pocisk, stanowiący zarazem kabinę załogową, a po wylądowaniu i domontowaniu kół pojazd księżycowy, od momentu odpalenia poruszał się ruchem bezwładnym, nie mając żadnych możliwości sterowania ani hamowania. Nic zatem dziwnego, że opadł nie tam gdzie trzeba i lądował raczej "twardo", przez co jeden z astronautów po niedługim czasie zmarł z obrażeń.

Na przykładzie tej książki można spostrzec różnicę w jakości dzieła, gdy bierze się za nie prawdziwy artysta. Żuławskiemu udało się oddać grozę i beznadzieję położenia nieszczęsnych podróżników, którzy wyruszyli, nie dbając o powrót ani nie układając planu wyprawy. Nie postarali się też o właściwą komunikację z Ziemią, choć radio w momencie powstawania książki było już znane. W rezultacie Na srebrnym globie czyta się jako przejmujący opis pustkowi księżycowych, gdzie człowiek nie ma czego szukać i gdzie musi walczyć o każdy kolejny dzień egzystencji.

Zanim jednak bohaterowie Żuławskiego wyruszyli na Księżyc, 80 lat wcześniej pojawiła się książka profesora filozofii moralnej George'a Tuckera z Uniwersytetu Wirginii. Wydana w 1827 roku A Voyage to the Moon (Podróż na Księżyc) stosuje do napędu statku kosmicznego antygrawitację. Metal o nazwie lunarium odcina siłę przyciągania i o kwestie energetyczne nie trzeba się martwić. Analogicznie postąpił klasyk SF Herbert George Wells, który w Pierwszych ludziach na Księżycu (1901) ekspediuje dwóch ludzi na Srebrny Glob w pojeździe ekranowanym kaworytem. Metal, nazwany tak od nazwiska odkrywcy, pozwala wznosić się bez przeszkód, gdy zaś zachodzi potrzeba sterowania albo zmniejszenia prędkości, z bocznych ścian statku po prostu zwija się jedną lub kilka rolet kaworytu. Gdy zwijanie następuje od strony Luny, do której pojazd zmierza, jej przyciąganie w naturalny sposób powoduje zmianę trajektorii. Aż dziw bierze, jak prostą sprawą jest astronautyka, gdy się ma pod ręką kaworyt.

Istoty z Księżyca

We wszystkich wymienionych dziełach Księżyc jest zamieszkany, a tamtejsza bujna fauna i flora mogą iść o lepsze z ziemskimi. Dziś, gdy wiemy, że Księżyc jest doskonale jałowy, nic na nim nie rośnie ani nic po nim nie biega, traktujemy rojenia dawnych autorów jako mniej albo bardziej udaną fantastykę, efekt nieskrępowanej żadnymi rygorami gry wyobraźni. W przedstawianych obficie wizerunkach mieszkańców Księżyca jest tyle samo prawdy, ile w technicznych sposobach osiągania jego powierzchni.

W Prawdziwej historii Lukiana z Samosaty przybysze z Ziemi trafiają na Księżyc w momencie, gdy ostry konflikt z władcą Słońca Faetonem o osadę na Wenus prowadzi do walnej bitwy. Lukian wymienia plemiona, które w niej wezmą udział: Koniosępowie, Czosnkoboje, Pchłołucznicy, Pędziwiatry, Kapustnicy, Koniomrówczanie, Powietrzokomarzanie, Rzodkwianie, Grzybołodygi, Psiożołędzianie, Chmurocentaurowie i inni, których trudno zliczyć. Widać, że fantazji Lukianowi brakuje: są to stwory wywiedzione z form ziemskich, z pomieszania cech znanych nam roślin i zwierząt. Co się tyczy samego Księżyca, nie ma na nim w ogóle kobiet, w związku z czym komplikują się kwestie związane z rozmnażaniem. Takich Drzewieńców wyłuskuje się po prostu z ogromnych żołędzi. Na Księżycu nikt nie umiera w mękach, tylko rozpływa się w powietrzu; chcąc uchodzić za pięknego, trzeba być łysym; oczy można wyjmować i odkładać jak okulary itp. Ta galeria dziwolągów to pokłosie wiary, że i Ziemia jest pełna potworów i dziwadeł, więc czemu na Księżycu miałoby być inaczej. Zresztą gdy bohater wraz ze swą ferajną i statkiem wodują bezpiecznie na Ziemi, dalsza ich trasa obfituje w spotkania z podobnymi fenomenami, inspirowanymi bodaj Homerową Odyseją.

W Śnie Keplera znajdujemy porządny wykład astronomii, ale już w domenie biologii wielki astronom nie czuje żadnych ograniczeń. Życie na Księżycu przybiera monstrualne rozmiary, wszystko rośnie błyskawicznie i trwa krótko. To, co rodzi się w ziemi, zaczyna i kończy życie tego samego dnia; codziennie wyrastają nowe pokolenia. Generalnie dominują istoty w kształcie wężowatym. Dzień księżycowy trwa 15-16 dni ziemskich. Grunt poryty jest jaskiniami, w których mieszkańcy chronią się przed gorącem lub chłodem. Nurkowanie jest powszechną umiejętnością, ponieważ dobrze schować się w wodzie. Gorąc powoduje wytworzenie skorup ochronnych, które wieczorem odpadają. Skóra zwierząt i kora drzew są twarde i porowate itp. - jak to we śnie.

Niezależnie od autorów fikcji, dyskusje na temat Księżyca toczyli poważni naukowcy. Jedni opowiadali się za życiem na jego powierzchni, inni utrzymywali nawet, że przez swe teleskopy dostrzegli zarysy miast, plamy lasów itp. Do tego grona należał William Herschel, odkrywca Urana, ale szczęśliwie nie zabrał głosu na ten temat. Jednak na podstawie obserwacji jego syna Johna goniąca za sensacją prasa podała, że na Księżycu znajdują się lasy, łąki, różnobarwne minerały, a przede wszystkim istoty żywe: jednorożce, bobry na dwóch nogach oraz polatujące tu i ówdzie batmany, czyli ludzie-nietoperze.

Życie rozumne zaobserwował także na miejscu Hans Pfaall ze wspomnianego już opowiadania Poego. Typowy przedstawiciel Księżyczan podobny jest do człowieka, ale zmniejszonego: ma dwie stopy wysokości. Jego ciało było nadmiernie przysadziste i nadawało całej postaci wygląd wprost nieprawdopodobnej kulistości. (...) Ręce były potwornie wielkie. Siwe włosy miał splecione w harcap. Nos był niesłychanie długi, haczykowaty i zaczerwieniony; oczy wyłupiaste i świdrujące; broda i policzki, acz zbrużdżone wiekiem, były pełne, pucołowate i mięsiste; natomiast niczego podobnego do uszu niepodobna było dostrzec po obu stronach jego głowy. Z opisu Poego wynika, że Księżyc zaludnia rasa odrażających lumpów, z którymi porządny mieszkaniec Ziemi nie chciałby się zadawać.

Im bliżej XX wieku, tym bardziej entuzjazm dla księżycowych form życia słabnie, a istot rozumnych niedługo tam się nie uświadczy. Już w powieści Verne'a Wokół Księżyca życie na Lunie jest mocno wątpliwe. Wprawdzie bohaterowie, przelatując w nocy nad jej odwrotną stroną, rozświetlaną tylko wybuchami wulkanu, przez mgnienie dostrzegają jakby oceany i dżungle, ale warunki obserwacji nie pozwalają przesądzić, czy nie ulegli złudzeniu.

Tak więc ostatnie stwory zamieszkujące Srebrny Glob pojawiają się w Pierwszych ludziach na Księżycu Wellsa oraz u naszego Żuławskiego w jego trylogii księżycowej (Na srebrnym globie, Zwycięzca, Stara Ziemia). Wells prokuruje rasę owadopodobnych niezgrabiaszy o urodzie daleko odbiegającej od ziemskich kanonów piękna: Nosa nie było, po obu stronach głowy sterczały ciemne gałki oczne - poprzednio z daleka wydały mi się uszami. Uszu natomiast nie było... Widniały jeszcze na twarzy usta, kątami zwrócone w dół, jak w fizjonomii ludzkiej wykrzywionej złością. Kark, na którym głowa tkwiła, miał trzy stawy, położone blisko siebie, jak na nodze kraba. Wysokie na pięć stóp "pionowe mrówki", tęgopokrywe, wąsate, z czułkami podobnymi do bacików, porozumiewają się, wydając poświsty i ćwierkania. Trudno po istotach o takiej aparycji spodziewać się wielkich wykwitów intelektu - ale poziom tej cywilizacji jeszcze naszych podróżników zaskoczy.

Jerzy Żuławski też nie epatuje pięknem tubylców z odwrotnej strony Księżyca. Wbrew ustaleniom astronomii znajdują się tam spore zbiorniki wodne, grunty orne, lasy i rzecz jasna rdzenni mieszkańcy. Szernowie są obrzydliwymi stworami, sprawnymi pod względem intelektualnym, ale przejawiającymi wobec ludzi zimne poczucie wyższości. Oto Awij, lokalny satrapa nadzorujący utrzymywanie ludzi w ryzach, leżał na szerokiej sofie, miękką czerwoną tkaniną na lśniącym włochatym ciele owinięty, nogi z zadzierżystymi pazurami podciągnął pod siebie - straszne, sześciopalczaste dłonie ukrył w fałdach obwisłej błony nietoperzych skrzydeł. (...) Morcy z trudnością tylko i niedokładnie rozumieli mowę barwnych błysków na jego białym, fosforyzującym czole, on zaś nie miał ochoty trudzić się wydawaniem głosu. Przeciąg­nął więc tylko ścierpłe skrzydła, strzepnął nimi i ziewnął głośno, otwierając bezzębną gębę, otoczoną rogową naroślą w kształcie dzióba szerokiego a krótkiego, z jedną haczystą w pośrodku zadziorą. Nadto lico szerna uzupełnia czworo oczu gorzejących jak karbunkuły. Owe dłonie sześciopalczaste przenoszą wyładowania bioelektryczne; gdy szern pochwyci nimi kobietę, omdlewa ona i zachodzi w ciążę, z której urodzi morca. Pobratymcy takiego mieszańca zabiją, a nieszczęsną zakopią w gruncie księżycowym, by zmarła z głodu i pragnienia. Morcy, którzy jakoś przeżyli, wiedząc, co ich czeka, idą na służbę do szernów, przez których traktowani są gorzej niż psy.

Zaiste, przygnębiające to podsumowanie stuleci Księżyca zaludnionego, obficie porośniętego roślinnością, o atmosferze bogatej w tlen. Już wkrótce jedynymi jego mieszkańcami okażą się tam ludzie, przetransportowani dobrowolnie albo przymusowo.

Cywilizacje księżycowe

Zanim jednak zajmiemy się koloniami ludzi, dla porządku przedstawmy ostatnie wizje społeczeństw księżycowych, egzystujących w podobnych jak ziemskie warunkach. Obie wizje pochodzą z początku XX wieku; później, o ile mi wiadomo, nikt na serio nie ukazywał rdzennych mieszkańców Księżyca. Postępy astronomii bezlitośnie potraktowały mrzonki o życiu biologicznym na Księżycu i rozdział ten został definitywnie zamknięty.

W Pierwszych ludziach na Księżycu Wellsa Selenici wzorowani są na społeczeństwach owadów. Duża hierarchizacja, przeznaczanie z góry poszczególnych osobników do jednego typu zajęć, bez możliwości zmiany. Zainteresowania i przyjemności dozgonnego świniopasa albo czyściciela ulic sprowadzają się do spraw zawodowych. Żeby osiągnąć taki ideał, stosuje się zabiegi wychowawcze, szkoleniowe i operacyjno-chirurgiczne. Ponadto administratorzy, eksperci i erudyci - trzy kategorie miejscowych intelektualistów - otrzymują większe mózgi. Istoty wielkogłowe, których specjalnością jest praca umysłowa, tworzą rodzaj arystokracji w tym dziwnym społeczeństwie. Głową całości, najwyższym punktem w hierarchii księżycowej, jest Wielki Mózg. Wielkich uczonych o rozdętych jak baniaki głowach przenosi się z miejsca na miejsce w roztworach z galarety; o własnych siłach poruszać się nie są w stanie. Wells powtarza tu swoją koncepcję człowieka przyszłości, który właśnie tak ma wyglądać i takiej wymagać obsługi.

Księżyc Wellsa jest wydrążony, pod skorupą znajduje się mnóstwo wolnej przestrzeni, do tego stopnia, że huczą tam rozległe oceany, w których rybacy poławiają wielkie ryby. Na powierzchnię prowadzą tunele, ale większość mieszkańców nigdy nie widzi słońca. Ci, dla których brakuje zajęcia, odurzają się i leżą, dopóki ktoś się nimi nie zainteresuje. Robotnicy nie mają płci; rozmnażanie odbywa się jak u naszych pszczół i mrówek.

Powrót po latach do dzieła Żuławskiego unaocznił mi, jak bardzo polska w charakterze jest to wizja. Nigdzie indziej nie mamy z taką do czynienia. W Zwycięzcy (1910) ludzie w 700 lat po zjawieniu się na Księżycu skarleli do rozmiarów dziecka. Tworzą względnie liczne społeczeństwo plemienne, trwale zwrócone w przeszłość. Czekają na powtórne przyjście Starego Człowieka (zakon Braci Wyczekujących wypatruje go w Kraju Biegunowym), który wraz z czwórką lunonautów przybył z Ziemi, a po śmierci towarzyszy dokończył żywota wśród ludu księżycowego. Władza ma charakter teokratyczny, kwestiom praktycznym poświęca się mniej uwagi, dominacja szernów wydaje się nie do zakwestionowania. Przybycie z Ziemi dobrze wyposażonego pod względem technicznym Marka wywołuje pogłoskę, że to zapowiedziany zbawca. Istotnie, godzi się on ruszyć na czele ludzi na szernów, ale po początkowych sukcesach militarnych nimb Zwycięzcy blaknie wśród intryg i ogólnego zniechęcenia. Szernowie, rasa stara i dysponująca wielką wiedzą (ale broni palnej nie znają), znowu podnoszą swe ohydne łby.

Szernów ukazuje Żuławski trochę jak księżycowych Krzyżaków; nawet ich wielkie skrzydła, w które się zawijają, przypominają płaszcze. Zamieszkują dobrze ufortyfikowane zamczyska, gdzie trzymają swych morców i ludzkich niewolników. Potrafią latać, ale lot ich ciężki, niezgrabny. Na co dzień ogarnia ich apatia, dekadencja, brak zainteresowania dla tego co się dzieje, ale przyciśnięci potrafią być groźni. Bardzo hardzi, zasadniczy, praktyczni; nie ma wśród nich zdrajców ani odszczepieńców. Gdy Marek zdobędzie ich Malbork w księżycowych górach, nie odniesie z tego żadnych korzyści. Nawet w obliczu śmierci nie okazują strachu i urągają tym, co ich pojmali. Czytana dziś trylogia Żuławskiego miejscami przypomina bardziej fantasy z racji mistycyzmu, irracjonalności i ogólnego nastroju. W hipnotyzerskich zdolnościach szerna Awija na siłę można by się nawet doszukać przejawów magii.

Ludzie zamieszkujący Księżyc to stały temat fantastyki nowoczesnej, obeznanej z warunkami fizycznymi na jego powierzchni. Powieści Vladimira Poznera Księżycowa nostalgia (1974) i Cylinder van Troffa Janusza A. Zajdla (1980) dość podobnie ukazują osiedla ludzkie na Srebrnym Globie. U Poznera jest to prawie milion ludzi skoncentrowanych w jednym miejscu; u Zajdla w Lunie I, II i III, zbudowanych na planie liścia, mieści się jakieś 30 tysięcy osobników. Żyją oni w pożałowania godnych z naszego punktu widzenia warunkach: słaba grawitacja powoduje bladość oblicza i ogólne zmarnienie fizyczne, a w powietrzu występuje niedostatek tlenu. Rządy autorytarne sprawuje u Poznera Rada Logików, u Zajdla zaś REX - Rada Ekspertów. W obu przypadkach mamy do czynienia z potomkami ludzi, którzy opuścili Ziemię dość dawno: u Zajdla 200 lat temu, u Poznera też jest to co najmniej parę pokoleń. Osiedlenie na Lunie miało w założeniach charakter czasowy; po okresie, kiedy przyczyny exodusu ustąpią, planowano powrót na Ziemię. Luna zatem miała być dla ludzi przechowalnią, lecz wskutek lansowanej przez rządzących tezy, że warunki na Ziemi są wciąż zabójcze (Pozner) lub że jeszcze trzeba poczekać, aż straszni mieszkańcy Ziemi wymrą (Zajdel) prowizorka, jak to ona, zamieniła się w stan trwały.

W obu powieściach władza forsuje dogmat, że na Ziemię nie da się wrócić z powodu panujących tam zagrożeń. Zbadać jednak, jak się sprawy mają, nie dozwala, gdyż oznaczałoby to nie tylko utratę wpływów i beneficjów, ale i pociągnięcie do odpowiedzialności. Zachodzi podejrzenie, że to przodkowie osadników swymi kaprawymi decyzjami doprowadzili w przeszłości kwitnącą (w miarę) planetę do obecnego stanu, a sami z niej uciekli. Jednocześnie wszyscy mają świadomość postępującej degeneracji fizycznej lunaków względnie lunantropów; za dekadę czy dwie powrót zostanie całkowicie odcięty. W obu powieściach działa niemrawa opozycja, szpiclowanie i donosicielstwo są powszechne, u Zajdla nagradzanie przez władzę przedłużeniem życia poza wyznaczony limit 60 lat lub zezwoleniem na prokreację dotyczy tylko "swoich" itd. U Poznera fach bohatera określony jest jakże smacznie jako TW - technik wykwalifikowany.

W powieści Iana McDonalda Luna: nów (2015) obcujemy z wizją cywilizacji szokująco odmienną od stereotypowych wyobrażeń. Nie ma tu Księżyca "statycznego", po którym w zwolnionym tempie podskakują astronauci w bufiastych skafandrach. Powieść startuje opisem Biegu Księżycowego, jaki grupka nastolatków odbywa obowiązkowo, by pożegnać dzieciństwo - 20 metrów, 15 sekund, nago po regolicie. Nawet gogli nie wolno założyć. Tak w drugiej połowie XXI wieku wygląda księżycowy rytuał wchodzenia w dorosłość.

Srebrny Glob opanowany został przez pięć Wielkich Smoków, czyli dynastii. Cortowie wydobywają hel-3, Mackenzie metale rzadkie, Woroncowie parają się transportem, a Asamoah z Ghany (sic!) specjalizują się w eko- i agroukładach. Z czasem specjalizacje się zmieniają, jedni wchodzą na obszary zarezerwowane dla innych, dochodzi do konfliktów. Ziemia na księżycowym niebie nie ma nic do powiedzenia i za chwilę półtoramilionowa populacja lunarna będzie chciała się usamodzielnić.

Siłą powieści są pomysły i dopracowanie szczegółów. Księżyc jest i przerażająco nowoczesny, i zastanawiająco silnie związany z pewnymi zwyczajami historycznymi. Ten bierze teren, kto go w porę zajmie, zgłosi i oznakuje, liczy się sprawność fizyczna, umiejętność walki na noże jest wręcz niezbędna, zaś w sądzie można wyzwać przeciwnika na pojedynek i zaszlachtować jak wieprza. Kto nie ma pracy, ten zdycha, bo odcinają mu powietrze, wodę i dostęp do sieci; jego zwłoki za chwilę ulegną utylizacji. Jest to więc społeczeństwo wielkich kontrastów ekonomicznych, coś w rodzaju Dzikiego Zachodu na innej planecie. Trochę dziwi, że wśród Wielkich Smoków oprócz Amerykanów, Chińczyków czy Rosjan prym wiodą Ghańczycy i Brazylijczycy - wydaje się, że McDonald czarno widzi przyszłość Unii Europejskiej.

Wizję Księżyca w konflikcie z Ziemią ukazuje dylogia Bena Bovy Wschód Księżyca (1996) i Wojna o Księżyc (1997). Baza na Księżycu eksperymentuje z nanotechnologią, przeciw czemu na Ziemi narasta opór, z ruchem zwanym Nową Moralnością na czele. ONZ interweniuje zbrojnie, aby zamknąć Bazę, na co Księżyczanie odpowiadają ogłoszeniem niepodległości. Konflikt kończy się dla Księżyczan pomyślnie; odtąd będzie to samodzielny organizm polityczny. Walkę Księżyca o niepodległość opiewa też Robert Heinlein w powieści Luna to surowa pani (1966), wzorując się na amerykańskiej drodze do suwerenności.

W interesujący sposób wykorzystuje Księżyc Stanisław Lem w powieści Pokój na Ziemi (1987). Wyścig zbrojeń, aby przestał zagrażać Ziemi, zostaje wyekspediowany na naszego satelitę. Tam kolejne generacje śmiercionośnego sprzętu mogą się doskonalić bez szkody dla ludzkości. Pomysł udaje się aż za dobrze: najnowsza generacja broni przedostaje się na Ziemię i likwidując materialne nośniki informacji, błyskawicznie cofa cywilizację do pierwszej połowy XIX wieku. Lem wsiada tu na swego ulubionego konika broni dyspersyjnej, rozproszonej, która kiedy trzeba organizuje się w większe całości, ale przede wszystkim jest przeraźliwie skuteczna i trudna do zwalczenia. W twórczości Lema sceneria księżycowa pojawia się także w kilku opowiadaniach o pilocie Pirxie, a także w groteskowej Nocy księżycowej, gdzie dwaj uczeni w obliczu katastrofy gotowi są pozabijać się, podczas gdy automat ratowniczy najprostszą drogą dąży do opanowania sytuacji.

Zagłada Księżyca

Przejmujemy się, i słusznie, co może z Ziemią zrobić nadlatująca z kosmosu góra skalna, a jakoś nikomu nie przychodzi na myśl, żeby w tym kontekście zatroszczyć się o Księżyc. Tymczasem celny strzał kometą lub asteroidą w bladego towarzysza naszej planety przyczyniłby nam nie mniej kłopotów niż bezpośrednie walnięcie w ocean lub jeden z kontynentów ziemskich. Scenariusze literackie takiej katastrofy nie pozostawiają co do tego najmniejszej wątpliwości.

W powieści Wędrowiec z 1964 roku autorstwa Fritza Leibera w pobliżu Księżyca materializuje się nagle wielki obiekt wielkości planety, który rozpoczyna ni mniej, ni więcej tylko pożeranie naszego satelity. Wysysa z niego materię za pomocą specjalnych pól, Księżyc pęka, maleje w oczach i wkrótce pozostanie jeno wspomnieniem. Obserwatorzy z Ziemi nadają intruzowi miano Wędrowca i obserwują ze zgrozą, a niektórzy z rozbawieniem jego poczynania. Narracja prowadzona jest metodą reporterską: odwiedzamy kilkanaście grupek ludzkich, które starają się ocaleć w nagle zmienionej rzeczywistości.

Potężna grawitacja Wędrowca okazuje się bowiem przyczyną wielkich kataklizmów na Ziemi: trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, zapadliska, przybór wód wywołany gigantycznymi falami tsunami... Cywilizacja wali się we wszystkich miejscach jednocześnie, giną miliony ludzi, pozostali doświadczają cierpień i nieszczęść w skali dotąd niewyobrażalnej. Leiber umiejętnie prowadzi kamerę po różnych miejscach geograficznych, pokazuje dewastację i rumowiska. Odarci z zasad pod wpływem tego doświadczenia ludzie toczą walki o benzynę, żywność i przetrwanie.

Wobec takiego kataklizmu cóż znaczy utrata Księżyca? Rozumne koty z Wędrowca potrzebują go na paliwo; nie mogły sięg­nąć do wielkich planet gazowych ani do planetoid, bo tu właśnie wyrzuciła ich nadprzestrzeń. Zbiorniki miały rzecz jasna puste. Wędrowiec okazuje się wolną planetą dalekiego zasięgu, która ucieka przed pościgiem. Sytuację astronomiczną przedstawia Leiber z pewną przesadą: Wędrowiec, choć ma rozmiary Ziemi, nie może wywierać podobnego wpływu grawitacyjnego. Planeta była sztucznym tworem, złożonym z coraz mniejszych koncentrycznych kul - było ich przynajmniej pięćdziesiąt tysięcy - wszędzie połączonych korytarzami; przypominała wielką srebrną gąbkę. Wiele z dużych studni [o kilometrowej średnicy] przecinało planetę na wylot (...). Obiekt o tak porowatej strukturze nie może być masywny jak Ziemia, zawierająca 80 mas Księżyca, a zatem i jego oddziaływanie grawitacyjne będzie słabsze. Co nie znaczy, że będzie prokurował mniej okazałe katastrofy.

Odłamki pozostałe po Księżycu naukowiec z powieści uznaje za niegroźne. O parę sekund wydłuży się rok ziemski. Pływy zmniejszą się znacząco, bo tylko Słońce będzie poruszać ziemskimi wodami. Zabraknie bezużytecznej lampy, wątpliwej ozdoby nieboskłonu. W rzeczywistości Ziemię czeka gęste bombardowanie odłamkami, wskutek perturbacji grawitacyjnych rozreguluje się orbita i zakłóceniu ulegnie kąt nachylenia osi obrotu Ziemi. Te kwestie, z których każda może sygnalizować apokalipsę, Leiber zwyczajnie pomija.

Identyczną jak Wędrowiec strukturę mozaikową wykorzystuje powieść Jacka McDevitta Zagłada Księżyca z 1998 roku. W Księżyc uderza kometa pozaukładowa o średnicy 180 km, pędząca z prędkością 455 km/s. Zwykłe komety w naszym układzie osiągają prędkości do kilkudziesięciu km/s, a co do rozmiarów, to asteroida, której uderzenie w dzisiejszy Jukatan przyczyniło się do wygubienia dinozaurów, mierzyła podobno ponad 10 km. Widać więc, że kometa Tomiko (od imienia odkrywczyni) rozwali Księżyc w drobiazgi. Późno wykryta, wielka, bardzo szybka, nie kwalifikuje się do zestrzelenia jakimkolwiek sposobem, choć w 2024 roku Ziemia dysponuje odpowiednią bronią i pojazdami. Wszystko co można zrobić to ewakuacja bazy księżycowej i portów przesiadkowych na orbicie Księżyca.

W przeciwieństwie do Leibera McDevitt nie łagodzi rozmiarów apokalipsy, starając się oddać impakt i jego skutki realistycznie. Księżyc zatem zostaje rozłupany, odłamki lecą we wszystkie strony, w tym i ku Ziemi, wśród nich sporo takich, jak ciało sprzed 65 mln lat. Autor serwuje czytelnikom kalejdoskop obrazków z różnych miejsc na Ziemi, Księżycu i w przestrzeni kosmicznej, pokazujących zmagania ludzkie ze skutkami kataklizmu. Po Ziemi przetacza się zwykła seria katastrof, przede wszystkim pożary, huragany i tsunami, znów giną miliony, lecz dzięki dzielności ekip oraz rozumności uczonych i polityków udaje się uniknąć najgorszego. Jeśli chodzi o Księżyc, być może z materii krążącej po jego dawnej orbicie skleci się z czasem jakieś ciało, ale nie stanie się to jutro ani pojutrze. Zagrożenie bombardowaniem z kosmosu trzeba odtąd traktować serio, a pierwszym pociągnięciem nowego prezydenta USA staje się zorganizowanie porządnego programu śledzącego ciała mogące zagrozić Ziemi. Kosmiczny impakt z dnia na dzień przestał być abstrakcją, a zapłaciliśmy za tę wiedzę Księżycem.

Skoro Księżyc wydawał się bliski i podobny do Ziemi, podobne do ziemskiego musiało być także rozwijające się na nim życie. By je opisać, wystarczyło skorygować nieco ziemską biosferę, dołożyć trochę dziwacznie wyglądających stworów, pamiętać o słabszej grawitacji - do tego wystarczała bujna wyobraźnia. W miarę postępu nauk, w szczególności astronomii, stało się jasne, że zuchwały podróżnik, który by się wybrał na Srebrny Glob, nie znajdzie tam księżycowych dżungli, potworów i zmagających się z nimi tubylców. Wikt będzie musiał przywieźć ze sobą, gdyż nie naje się miejscowych pożywnych grzybów, jak u Wellsa. Może tylko bakterii nie będzie musiał się obawiać, jako że Księżyc jest doskonale sterylny.

Zanim jednak autorzy doszli do tych przygnębiających wniosków, wyprawy na Księżyc nie różniły się bardzo od podróży w egzotyczne okolice na ziemskich kontynentach. Duże różnice temperatur, długie dni księżycowe i mniejsze przyciąganie powodowały, że flora tamtejsza kiełkowała z końcem księżycowej nocy, gdy zaś słońce roztopiło śniegi i lody, zewsząd było słychać łoskot gwałtownego rozrostu. Z kolei pod wieczór, gdy w powietrzu kręciły się pierwsze śnieżynki, należało czym prędzej szukać ciepłego schronienia, żeby nie zamarznąć na śmierć. To, co wyrosło za dnia, marniało błyskawicznie i czezło, nie będąc w stanie przetrwać straszliwych mrozów nocnych. Widać więc, że jest to schemat znanych z Ziemi pór roku, tylko stosownie przyśpieszonych, zagęszczonych i wyolbrzymionych.

Co się tyczy społeczności księżycowych, to wiele z nich również przypomina ziemskie. W powieści Krajewskiego o Mikołaju Zdarzyńskim autor przedstawia dwie symboliczne krainy: Sielanę i Wabad. W pierwszej nie ma ani jednego miasta, panuje powszechna równość, podstawą dobrobytu jest rolnictwo i zatrważająca pracowitość: nawet rządca kraju, sędziwy Satumo nie lenił się czasem iść za pługiem. Nie istnieje handel z sąsiadami, a w sferze obyczaju panuje prostota i naturalność. Oświata stoi na wysokim poziomie, nastroje są pacyfistyczne, a warchołów i podżegaczy izoluje się na odległej wyspie. Widać więc, że Sielana to utopia z mrzonek autora i wzór wskazywany przezeń do naśladowania. Z kolei sąsiedni Wabad takim ideałom nie hołduje, jednak tu autor bardziej kładzie nacisk na przedstawienie w księżycowym przebraniu stosunków polskich, a już zwłaszcza warszawskich. Ów symboliczny podział został później zastosowany przez Lema w Wizji lokalnej, gdzie na zasadzie kontrastu przestawione zostały społeczności dalekiej planety Encji.

Widać zatem, że niektórym autorom ani w głowie było opiewanie Księżyca; był on miejscem akcji równie dobrym jak Mars, Wenus czy dno oceanu. Pisali swe opowiastki dla dydaktyki. Innym sposobem wyzyskania Księżyca jest uczynienie go miejscem docelowym dusz ludzkich wędrujących z Ziemi, jak u Teodora Tripplina. Podobni do aniołów, skrzydlaci Księżyczanie okazują się zmarłymi znajomymi naszego bohatera - podobnie zresztą lokował dusze ziemskie na Księżycu Plutarch jeszcze przed Lukianem. Z realistycznym traktowaniem naszego satelity nie ma to nic wspólnego.

Metaforyczny charakter mają też kolonie opiewane przez Zajdla czy Poznera: tu realizm ma więcej do powiedzenia, ale liczy się przede wszystkim ukazanie mechanizmu władzy. Władza ta, o czym wszyscy wiedzą, jest paskudna, lubuje się w gnębieniu poddanych, limituje im nawet tlen, żeby nie hardzieli. Im później utwory powstają, tym większe znaczenie autorzy przywiązują do słabej grawitacji księżycowej: z początku nie zauważa się jej albo traktuje jako udogodnienie, pozwalające na dalekie skoki, z czasem jednak dla przesiedleńców z Ziemi jest to poważny problem. Zmiany w organizmie w końcu uniemożliwiają powrót na rodzimą planetę, a w powieści Luna. Nów ma to charakter dramatyczny: po kilku miesiącach człowiek musi podjąć decyzję, czy wraca na Ziemię, czy zostaje na Księżycu na stałe.

Od nastania ery kosmicznej rozumienie tych spraw zmieniło się radykalnie. Dziś nikt na serio nie opisywałby jezior ani pól ornych na Księżycu, nawet na odwrotnej stronie. Beletrystyka ustąpiła miejsca komunikatom prasowym i telewizyjnym o nowych sondach automatycznych badających Księżyc i poczynionych przez nie odkryciach. Cywilizacja nasza pozostawiła za sobą okres naiwnej fascynacji Księżycem, mierzony dziełami pisanymi z równym entuzjazmem co brakiem kompetencji. Okres romantycznego traktowania Księżyca został zakończony, teraz to wspaniałe pustkowie, jak się wyraził astronauta Aldrin, będzie stopniowo zagospodarowywane. Z czasem może Księżyc dorobi się własnych mieszkańców, własnej państwowości i kultury - ale zanim to nastąpi, cieszmy się jak dawniej jego blaskiem na wieczornym i nocnym niebie.

Kolumb nie potrzebował statków kosmicznych

rozmowa z prof. Pawłem Moskalikiem, astrofizykiem

Dlaczego od pół wieku ludzie nie wylądowali na Księżycu? Czy Księżyc został już tak gruntownie zbadany, czy też nie przedstawia dla nas istotnej wartości naukowej?

Księżyc ma nadal olbrzymią wartość naukową, jego powstanie jest ściśle związane z ewolucją Ziemi. Prawdopodobnie stało się to po kolizji z Ziemią ciała niebieskiego rozmiaru Marsa, około 4,6 miliarda lat temu. Tym samym jest w nim zakodowanych sporo informacji o tym, jak wyglądała Ziemia przed tą kolizją. Księżyc nie jest oczywiście zbadany jak należy, skoro tylko sześć razy lądowali tam ludzie, a kilkanaście razy różne próbniki automatyczne. Księżyc ma powierzchnię 38 mln km2, prawie cztery razy większą niż Europa, a nawet większą niż Afryka. Gdybyśmy zbadali Europę tylko w dwudziestu punktach, to byśmy nie uważali, że jest zbadana dostatecznie.

W ciągu ostatnich lat było trochę misji bezzałogowych na Księżyc: głównie amerykańskie, ale też japońskie, chińskie, hinduskie... Dostarczyły one sporo informacji wykraczających dalece poza to, co wiedzieliśmy w latach 70. XX wieku, mamy bardzo dokładne mapy pola grawitacyjnego, które w przypadku Księżyca jest nieregularne, mamy mapy geologiczne całej powierzchni Srebrnego Globu. To nie jest tak, że nic się nie dzieje - natomiast nie posyłamy ludzi. Dlaczego ludzie w ogóle tam polecieli w latach 60.? Program księżycowy został zadeklarowany przez Kennedy'ego od samego początku w kontekście rywalizacji ideologicznej pomiędzy mocarstwami na Ziemi. Miał przede wszystkim pokazać, że amerykański model społeczno-gospodarczy jest lepszy od rosyjskiego - i chyba pokazał. Rosjanie mieli swój program księżycowy i przegrali wyścig z Amerykanami, a później przez 40 lat utrzymywali, że nie uczestniczyli w żadnym wyścigu. Amerykanie przeprowadzili to bardzo sprawnie, ale natychmiast po pierwszym lądowaniu zaczęły się kombinacje, żeby program Apollo jak najszybciej zakończyć, a przynajmniej go ograniczyć. Pierwsze lądowanie nastąpiło w połowie 1969 roku, a misja Apolla 20 została skasowana już w styczniu 1970 roku. Kennedy w słynnym przemówieniu zadeklarował nie tylko lądowanie na Księżycu, była tam m.in. kwestia zbudowania jądrowego silnika rakietowego z oczywistym zamiarem wykorzystania go do misji w głębszy kosmos, na przykład na Marsa. Silnik ten bardzo ładnie się rozwijał, zbudowano ponad 20 prototypów, ale finansowanie zostało ograniczone dosłownie kilka tygodni po sukcesie Apolla 11. Uznano, że dalsze ściganie się na Marsa nie jest już do niczego potrzebne.

Ale przecież taki silnik przydałby się nawet dzisiaj.

Wtedy był to szczyt tego, co ludzie potrafili wymyślić, dziś są lepsze koncepcje. Pracuje się nad silnikami plazmowymi VASIMR, będącymi czymś w rodzaju otwartego tokamaka. Wykorzystuje się tam pole magnetyczne do butelkowania plazmy, a pole elektryczne do jej rozpędzania. W takim silniku reaktor jądrowy nie jest konieczny, niezbędne jest natomiast źródło prądu elektrycznego, np. baterie słoneczne. VASIMR jest lepszy od klasycznego silnika jądrowego, bo rozpędza gazy wylotowe do 5-6 razy większej prędkości. Silnik tej klasy może rozwijać w zasadzie dowolną siłę ciągu, istnieją prototypy naziemne, ale nigdy nie doszło do testowania w kosmosie.

Tak więc Amerykanie porzucili silnik jądrowy, bo doszli do wniosku, że nie będą się dalej ścigali na Marsa. Jak o tym myślę, to czasem mi żal, że jednak Rosjanie nie stanęli na Księżycu jako pierwsi, bo wyścig trwałby dalej i dziś pewnie bylibyśmy już na Marsie. Przy odpowiedniej ilości pieniędzy było to do zrobienia. Apollo dostał fundusze jako program prestiżowy i propagandowy. W momencie, gdy osiągnięto jego cele, pieniądze zaczęły natychmiast znikać. Paradoks polega na tym, że do ostatnich trzech misji Apolla, które zostały skasowane, wszystko było już zbudowane, łącznie z rakietami. Oszczędności wynikłe z tego skasowania naprawdę nie były duże.

Myślę więc, że pieniądze to tylko jedna z motywacji ograniczenia programu księżycowego. Druga była taka, że loty w ramach programu Apollo były jednak bardzo niebezpieczne, znacznie bardziej ryzykowne niż to, co się dzisiaj robi w kosmosie. Podejrzewam, że politycy obawiali się, żeby piękny sukces nie skończył się jeszcze piękniejszą klęską. Wypadek Apolla 13 był tu wyraźnym ostrzeżeniem. Z jednej strony załoga miała dużo szczęścia, z drugiej przebieg akcji ratunkowej pokazuje, jak dobrze przemyślany był cały program, że z takiej awarii można było ludzi wyciągnąć. Ale podobne incydenty mogły się powtarzać i następnym razem szczęście mogło już nie dopisać. Nie zakończono programu natychmiast po Apollo 13, bo wywołałoby to złe wrażenie, ale zdaniem decydentów nie należało tego ciągnąć za daleko i podejmować zbyt dużego ryzyka. Postanowienie zarówno o zainicjowaniu programu, jak i o jego zamknięciu miało moim zdaniem bardzo silny kontekst polityczny. To nie nauka była główną motywacją programu Apollo.

W biegach lekkoatletycznych na dłuższych dystansach używa się czasem tzw. zająca. Jego zadanie polega na dyktowaniu tempa do pewnego momentu, po czym schodzi z trasy, a pozostali biegną dalej. Ma to podobno sprzyjać osiąganiu lepszych rezultatów. Wyścig do Księżyca przypomina mi właśnie taki bieg, w którym w roli zająca wystąpili nieświadomi niczego Sowieci, dyktujący z początku niezłe tempo. Amerykanie gonili ich dość długo, aż pod koniec programu Gemini dogonili i definitywnie wyprzedzili.

Rosjanie nie mieli powodu, by działać na korzyść Amerykanów, a po drugie - oni ten wyścig rozpoczęli. Na początku to oni odnosili sukcesy w kosmosie i wykorzystywali je propagandowo do granic możliwości. Otwartym tekstem mówiono, że sukcesy Gagarina i następnych lotów świadczą o tym, jak wspaniałym systemem jest komunizm. Oni jako pierwsi użyli kosmonautyki do reklamowania swojego systemu społeczno-gospodarczego. Amerykanie musieli podjąć rękawicę, bo wobec Trzeciego Świata trwał swoisty "konkurs piękności" komunizmu z kapitalizmem. Kennedy w przemówieniu do Kongresu 25 maja 1961 roku mówi bardzo jasno: na Ziemi trwa rywalizacja dwóch systemów, a różne kraje zastanawiają się, jaką drogę wybrać. Wyścig w kosmosie może im pomóc w podjęciu decyzji. Od samego początku było to ustawione jako propagandowy mechanizm polityki zagranicznej.

Rosjanie w pewnym sensie byli tym zającem dla Ameryki, ale Ameryka bardzo szybko ich dogoniła. Początkowo Amerykanie nie inwestowali mocno w rozwój kosmonautyki, natomiast jak wzięli się do roboty, to już mniej więcej w 1965 roku dogonili Rosjan, a potem wszystkie ważne rzeczy robili jako pierwsi. Rosjanie albo powtarzali je później, albo wcale, jak lądowanie na Księżycu. Ten stan przewagi amerykańskiej trwa w zasadzie do dzisiaj. W tej chwili Rosja ma problemy finansowe, więc jej program kosmiczny stoi w miejscu, program załogowy od lat się nie rozwija - ale w Ameryce nie lata się w ogóle. Skończyły się promy kosmiczne, a nowe statki mają pojawić się dopiero w tym roku.

Dlaczego Amerykanie wpuścili się w te promy? Z dzisiejszego punktu widzenia jest to ślepy zaułek.

Idea była taka, że statki kosmiczne wielokrotnego użytku będą tańsze. Wyszło wprost przeciwnie: system okazał się najdroższym sposobem transportu kosmicznego w historii. Nie jest istotne, czy coś jest jednokrotnego, czy wielokrotnego użytku, liczy się nakład pracy. W programie promów pensje personelu, tych, którzy promy produkowali i którzy je potem serwisowali, stanowiły ponad 75 procent wszystkich kosztów. Obsługa promów wymagała o wiele więcej pracy niż sądzono. Według założeń orbiter wracał na Ziemię i po dwóch tygodniach miał być gotów do następnego lotu. W rzeczywistości ten odstęp nigdy nie był krótszy niż cztery miesiące.

Czyli zlikwidowane loty na Księżyc zastąpiono równie drogimi lotami na orbitę o wątpliwej przydatności, a na pewno mniej spektakularnymi. W końcu Księżyc to jest Księżyc.

Całe planowanie ekonomii promów kosmicznych było oparte na założeniu, że mamy pięć orbiterów i latamy 60 razy rocznie. Każdy space shuttle miał wynosić 25-30 ton ładunku; razy 60 lotów daje co roku 1500-1800 ton na orbitę. Nigdy na całym świecie nie było zapotrzebowania na taki strumień ładunku wynoszony na orbitę. Po co więc te promy? Otóż program Apollo de facto stworzył NASA. Przedtem była to niewielka organizacja o skromnym dofinansowaniu, nagle powstała potężna instytucja o wielkim budżecie i musiała czymś się wykazywać, żeby zasłużyć na dotacje. Kosmonautyka załogowa najbardziej nas kręci, bo to się fajnie ogląda i pozwala zaangażować się emocjonalnie, ale na pytanie, jakie są z tego korzyści, trudno znaleźć przekonującą odpowiedź.

Dziś korzyści nie ma, jutro mogą się znaleźć. Może trzeba będzie rozwalić jakąś planetoidę, która w nas wyceluje.

Czy na pewno do tego są potrzebni ludzie? Myślę, że trzeba utrzymać sektor załogowy w kosmonautyce, bo jego potencjał rozwoju jest wielki i może się przydać w przyszłości. W tym momencie jednak kosmonautyka załogowa generuje wyłącznie koszty. To wynika m.in. z wielkiego postępu w automatyzacji. W latach 60. Amerykanie rozważali możliwość umieszczenia na orbicie wokół Ziemi stacji szpiegowskiej o nazwie MOL - Manned Orbiting Laboratory. Program zarzucono po kilku latach, kiedy już wybrano do niego ludzi, prototyp znalazł się na orbicie... Okazało się, że satelity zrobią to lepiej i taniej. Ludzie na MOL-u mieli wybierać obiekty strategiczne i fotografować je, potem filmy ze zdjęciami przekazywać w kapsułach na Ziemię do wywołania. Przy zastosowaniu satelitów ten etap odpadał, bo zdjęcia można było przesłać drogą radiową. Co więcej, ludzie powodują drgania statku kosmicznego i zdjęcia wychodzą rozmyte, satelita zaś nie ma tego problemu.

Jednakże obecności ludzi na Srebrnym Globie nie da się zupełnie wyeliminować. Astronauci znowu będą chodzić po Księżycu?

Od lat się mówi o wznowieniu eksploracji Księżyca przez loty załogowe, ale trudno wskazać dobrze umotywowane powody poza prestiżowymi. Rosja została w tyle, Chińczycy to nie jest na razie dla Ameryki liczący się współzawodnik - na razie USA nie mają powodu, żeby loty na Księżyc wznowić. Ale kosmonautyka nie kończy się na ludziach, najciekawsze rzeczy po programie Apollo zdarzyły się w dziedzinie próbników automatycznych. Księżycem na jakiś czas stracono zainteresowanie, Amerykanie przez wiele lat po Apollo nie posłali tam nic. Rosjanie program sond bezzałogowych zakończyli w roku 1976. W latach 90. znowu ruszyli Amerykanie. Tym razem Rosja nie uczestniczy w badaniach księżycowych, pojawili się natomiast nowi gracze. Chińczycy do tej pory wysłali cztery próbniki księżycowe, po jednym Japonia i Indie, ale planują kolejne. Księżyc jest nadal badany, ale znacznie mniej intensywnie niż w czasach Apolla.

Istotną zmianę w traktowaniu Księżyca zawdzięczamy chyba sondzie Clementine, która w 1994 roku odkryła lód w pobliżu bieguna południowego.

Lód księżycowy był odkrywany na raty i jest to poniekąd kwestia interpretacji. Clementine wykorzystywała odbicie fali radarowej od powierzchni, charakterystyki tego odbicia były takie, że uznano je za odbicie od lodu. Parę lat później ukazała się praca kwestionująca taką interpretację. Ten dowód jest zatem wątpliwy, ale spowodował, że następne sondy już tego lodu szukały innymi metodami. Lód w dużych ilościach może występować tam, gdzie nie dociera światło słoneczne, a więc najlepiej mieć krater na biegunie, żeby góry okalające go zasłaniały jego wnętrze. Oś obrotu Księżyca jest niemal prostopadła do jego płaszczyzny orbitalnej, więc bieguny są tam stale zacienione, nie tak jak na Ziemi. Uważa się, że tam właśnie ten lód się znajduje. Ale nie tylko: niewielkie ilości wody uwięzione w skałach występują na większych obszarach Księżyca. To wynik ustaleń hinduskiego próbnika Chandrayaan 1, ale obarczony dozą niepewności: wiemy, że jest tam wodór, ale nie wiemy, w jakiej postaci.

Amerykanie mają jednak wory kamieni księżycowych. Czy nie można ich wykorzystać do weryfikacji?

Nigdy jednak nie wylądowali w okolicach biegunowych. Harrison Schmidt, geolog z ostatniej misji, Apolla 17, proponował, żeby tam się udać, ale lot taki w tamtym czasie wydawał się zbyt ryzykowny. Można wysłać próbnik bezzałogowy, który odwiedzi krater Aitkena i będzie szukał tej wody czy też lodu. Amerykańscy astronauci lądowali w sześciu miejscach na widocznej stronie Księżyca, aby zachować stałą łączność z Ziemią, ale za każdym razem były one niezbyt odległe od równika.

Gdzie miały lądować skreślone misje Apolla 18, 19 i 20?

Oficjalny wykaz miejsc lądowania został opublikowany w grudniu 1969 roku, ale nie była to wiążąca decyzja, tylko rekomendacja. Czyli że była to lista życzeń i kolejność ich realizacji. Z powodu skasowania Apolla 18, 19 i 20 spadły nam trzy miejsca, a czwarte utraciliśmy, bo przecież Apollo 13 nie wykonał zadania. Oryginalnie misja 18 miała lecieć do krateru Kopernika, misja 19 w okolice Szczeliny Hadleya - tę wykonał Apollo 15 - a misja 20 miała kierować się do krateru Tycho. Po różnych przetasowaniach straciliśmy Tycho i Kopernika, straciliśmy Wzgórza Mariusza, które oryginalnie miał zaliczyć Apollo 17, ale poleciał do doliny Taurus-Littrow, i straciliśmy krater Censorinus, gdzie początkowo miała lecieć misja 15. One były ciekawe ze względów geologicznych, wybierano je ze względów naukowych. O ile w przypadku Apolla 11 nauka nie miała nic do gadania, bo była to misja specjalna - wylądować i przeżyć - o tyle w przypadku Apolla 12 i następnych wybór lądowisk dyktowany był wymogami naukowymi. To nigdy nie była lista ostateczna, bo w momencie jej kształtowania zbierano propozycje, a decyzje podejmowano na 6-8 miesięcy przed lotem. Dla każdego z tych miejsc były też rozpatrywane lokalizacje alternatywne, które nie od razu zostały odrzucone. Apollo 13 miał wykonywać zdjęcia rejonu krateru Davy'ego, alternatywnego wobec Censorinusa. Ponieważ tych zdjęć nie zrobiono, Davy spadł z listy.

Lokalizacje musiały się zmieniać z kilku powodów. Dzięki fotografiom dowiadywaliśmy się nowych rzeczy, na przykład czy jest tam coś ciekawego, ale także chodziło o kwestie operacyjne, na przykład czy tam są płaskie miejsca, na których można bezpiecznie wylądować. Misje Apolla występowały zresztą w dwóch kategoriach. Apollo 11 - oczywiście misja specjalna, poza klasyfikacją. Po niej były misje klasy H, początkowo planowane w liczbie czterech. Pozwalały na dwa spacery księżycowe, w sumie 9 godzin w skafandrach na zewnątrz statku, zwiedzamy pieszo, czyli możemy oddalić się maksymalnie o 1,5 km. Natomiast ostatnie loty to były misje klasy J, czyli zaawansowane. Po pierwsze łazik pozwalał oddalać się na 5-7 km od lądownika, poza horyzont, i przebywać jednorazowo do 30 km. Po drugie zaplanowano trzy spacery kosmiczne w skafandrach pozwalających na 20 godzin przebywania na powierzchni, a lądownik był zaopatrzony w większą ilość paliwa, co umożliwiało bardziej precyzyjne lądowania. Niektóre miejsca lądowania jako trudniejsze były odkładane na później, kiedy program osiągnie pełną dojrzałość.

Jednym z miejsc, które przepadły, były Wzgórza Mariusza. Ci, którzy się do nich przymierzali, mieli świetną intuicję: w tym właśnie rejonie odkryto jaskinie lawowe. Japońska sonda Kaguya sfotografowała w 2009 roku 50-metrowe wejście do jaskini o szerokości 100 m i długości prawie 50 km. Jej strop znajduje się od kilku do prawie 200 m pod powierzchnią Księżyca. W tej chwili mamy bardzo dokładne zdjęcia Księżyca z rozdzielczością na poziomie jednego metra. Takich dobrych w czasach Apolla nie było. Co by się stało, gdyby lot do Wzgórz Mariusza jednak nastąpił i odkryto istnienie tej wielkiej jaskini? Prawdopodobnie program Apollo potrwałby dłużej.

Co odkrycie jaskiń lawowych oznacza dla astronautyki księżycowej? Wystarczy chyba przebić taki tunel w płytszych miejscach i ma się miejsce na bazę, z ochroną przed promieniowaniem i skokami temperatury?

Nie trzeba nawet przebijać, bo w niektórych miejscach sufit się zawalił i widać, co jest w głębi. Kiedyś to się przyda jako miejsce na bazy księżycowe, ale na pewno nie w pierwszym etapie. Zanim zbudujemy cokolwiek w takim terenie, trzeba się upewnić, że strop nie spadnie nam na głowę. Jest wiele śladów wskazujących, że takie jaskinie się zawaliły. Podobne, ale mniejsze jaskinie lawowe występują też na Ziemi.

To by świadczyło, że pokrewieństwo geologiczne między Ziemią a Księżycem jest dużo dalej posunięte, niż byśmy sądzili na podstawie intuicji.

Jak widać, ono jest dość duże. Jaskinię na Księżycu trzeba by najpierw dokładnie zbadać pod kątem stabilności i wytrzymałości. Poza tym dla mnie wcale nie jest oczywiste, że pierwsze bazy księżycowe powinny powstać na powierzchni, lepszym pomysłem jest chyba stała baza na orbicie wokółksiężycowej. Z tej bazy lądownikiem udajemy się w różne miejsca i wracamy, gdy załatwiliśmy, co trzeba. Jeśli taką bazę by usytuowano na orbicie biegunowej, to cała powierzchnia Księżyca byłaby dostępna do badań. Natomiast jeżeli zbudujemy bazę w określonym miejscu na powierzchni, to jesteśmy do niego przywiązani.

Duża jaskinia w okolicy Wzgórz Mariusza znajduje się na tarczy Księżyca blisko krawędzi, na godzinie 10, niedaleko bieguna północnego. Gdyby tam była woda, mogłoby to przesądzić o budowie bazy, bo nie trzeba by wozić wody z Ziemi.

Tak, wtedy byłoby ciekawie. Transportowanie wody z Ziemi dramatycznie podnosi koszty.

Jakie jest znaczenie wielkiego księżyca wśród astrofizycznych czynników niezbędnych do tego, by ewolucja Ziemi potoczyła się tak, a nie inaczej?

Na pewno po kolizji z ciałem wielkości Marsa zmniejszyła się masa Ziemi, bo część materii została wyrwana, ale to nie był bardzo duży ubytek. Przypuszcza się, że zderzenie spowodowało zmianę prędkości rotacji i prawdopodobnie odpowiada ono za nachylenie osi obrotu Ziemi, a to ma fundamentalne znaczenie, bo inaczej nie istniałyby pory roku.

Prawdopodobieństwo takiego zderzenia było niskie, chociaż po planetogenezie może trochę większe, bo wtedy było sporo różnych ciał, które nieustannie zderzały się ze sobą.

Po pierwsze, rzeczywiście było ich sporo, po drugie, podejrzewa się, że to ciało mogło się uformować na takiej samej orbicie jak Ziemia, w jednym z punktów libracyjnych L4 lub L5. W wyniku perturbacji ze strony innych planet konfiguracja ta mogła stracić stabilność, a ciało zacząć się przesuwać wzdłuż orbity ziemskiej - wtedy mogło dojść do tej kolizji. Z modelowania komputerowego tej sytuacji wynika, że nie było to zderzenie centralne, tylko jakby otarcie się od strony bieguna północnego. Oba ciała, Ziemia i Theia, były wtedy w formie półpłynnej, owo otarcie spowodowało zerwanie części ziemskiego płaszcza i odrzucenie go w przestrzeń wraz z częścią materii pochodzącej z intruza. Z tej właśnie materii po pewnym czasie skonsolidował się Księżyc.

Podobno dzięki takiej właśnie kolizji Ziemia ma większe jądro żelazne, bo przejęła część żelaza Thei, a wskutek tego silniejsze pole magnetyczne. Jak jest z polem magnetycznym na Księżycu?

Księżyc ma ledwo wykrywalne pole magnetyczne, kilkaset razy słabsze od ziemskiego. Średnia gęstość Księżyca jest również mniejsza od ziemskiej, co by wskazywało, że jest zbudowany głównie z materii o gęstości podobnej do płaszcza Ziemi. Uważa się, że Księżyc ma jednak małe jądro bogate w żelazo. Ale nawet jeśli żelaza wtedy Ziemi przybyło, to nie mogło go być dużo, bo owa Theia była o wiele mniej masywna od Ziemi. Pole magnetyczne byśmy i tak mieli, najwyżej nieco słabsze.

Tak duży księżyc jest ewenementem przy planecie tej wielkości co Ziemia. Jeżeli jest on niezbędny do wytworzenia później form biologicznych, to przecież prawdopodobieństwo jego powstania gdzie indziej, powtórzenia tych warunków w innych okolicznościach, wydaje się zerowe.

Po pierwsze, kosmos jest duży, więc nawet rzeczy bardzo mało prawdopodobne muszą się w nim parę razy wydarzyć. Po drugie, my tak naprawdę nie wiemy, jakie to prawdopodobieństwo jest, nie dysponujemy dobrą teorią tworzenia się planet i księżyców. Mamy ogólne wyobrażenie, jak wyglądała geneza Układu Słonecznego, a to, że odkryliśmy trochę układów planetarnych wokół obcych gwiazd, pokazało tylko, jak mało na ten temat wiemy. One wszystkie są inne od naszego, nasz układ jest z jakichś powodów nietypowy, a myśmy go traktowali jako ogólnie obowiązujący szablon. Moim zdaniem nasza wiedza jest jeszcze niewystarczająca, by oceniać szanse powstania takiego fenomenu.

Czy dzisiejsza astronautyka dokonała jakiegoś postępu pod względem technicznym w stosunku do tej z lat 60. i 70. XX wieku?

Postęp techniczny jest, ale nierówny w różnych dziedzinach. W rakietach nośnych postęp jest niewielki: są podobnie drogie i podobne są ich współczynniki niezawodności. Saturn V służący do lotów na Księżyc był bardzo dobrą rakietą. Ponieważ miał wozić ludzi, to konstruktorzy i budowniczowie stanęli na głowie, żeby był niezawodny. Nie można z niego dziś korzystać, nie ma firm, które budowały te rakiety i komponenty do nich. Wznowienie tego w takiej formie jak 50 lat temu jest niemożliwe, bo nie ma nawet takich materiałów jak wtedy. Są inne materiały. Poza tym po co nam rakieta, która będzie wynosiła 139 ton na niską orbitę? Ona się przydaje, gdy lecimy gdzieś dalej. Amerykanie budują nową rakietę o lepszych parametrach, ale idzie to bardzo powoli. Z Saturna V warto było uratować silniki J2 na wodór i tlen z drugiego i trzeciego stopnia, bardzo wydajne, o wysokiej niezawodności.

Duży postęp zanotowano w elektronice i sterowaniu. Można budować znacznie mniejsze i lżejsze satelity wykonujące te same zadania, co oznacza możliwość użycia tańszych rakiet nośnych. Olbrzymia różnica w niezawodności umożliwia właśnie dalekie misje kosmiczne. W latach 60. jak próbnik wytrzymał dwa lata, to było święto. Próbnik Cassini działał 20 lat, w tym 13 lat krążył wokół Saturna - to są niezawodności nieosiągalne w latach 60. Od lat 70. stosuje się tzw. asystę grawitacyjną: zamiast lecieć po najprostszej trajektorii, posyła się próbnik do innej planety, jej pole grawitacyjne zmienia kierunek i prędkość jego lotu. Żeby to zrobić, trzeba mieć bardzo dokładną nawigację, wiedzieć, gdzie ten próbnik jest. Zysk polega na zużyciu mniejszej ilości paliwa, wystarczą mniejsze (tańsze) rakiety nośne. Jest i koszt: próbnik leci dłużej i musi się przez ten czas nie popsuć.

W dziedzinie lotów załogowych nie widzę specjalnego postępu. Promy miały być rewolucją. Okazały się kiepskim pomysłem, a przede wszystkim były bardzo drogie. W kosmonautyce liczy się dyspozycyjność transportu kosmicznego, jego niezawodność i cena. Niezawodność nie była rewelacyjna, bo nastąpiły przecież dwie wielkie katastrofy Challengera i Columbii... Dzisiejsze rakiety są tylko trochę lepsze od tych z lat 60. - tu w dalszym ciągu czekamy na przełom. Być może dokonają go firmy prywatne. W moim odczuciu największy postęp dokonał się w dziedzinie próbników międzyplanetarnych. To, co dziś one potrafią, wykracza dalece poza możliwości z lat 60. To one przynoszą najwspanialsze w tej chwili wyniki naukowe.

Może należałoby puścić wokół Księżyca kilka takich sond na stałe?

Żeby zbadać to, co tam jest do zbadania, wystarczy jeden satelita na orbicie biegunowej - i taki tam cały czas krąży. Ogarnia stamtąd całą powierzchnię Księżyca. Jest to amerykański Lunar Reconnaissance Orbiter. Ten satelita w zasadzie zrobił już wszystko, co mógł; aby dowiedzieć się więcej, potrzebny jest nowy, lepszy, aparat. Następnym etapem moim zdaniem powinien być lądownik skierowany do rejonów, w których spodziewamy się znaleźć lód.

Bardzo aktywne są ostatnio na Księżycu Chiny, ich sonda automatyczna Chang'e 4 wylądowała niedawno na odwrotnej stronie. Czy to oznacza nowy wyścig do Księżyca z udziałem innych zawodników?

Chińczycy od pewnego czasu zapowiadają, że poślą człowieka na Księżyc. Na razie nie są konkurencją dla Amerykanów, bo chiński program załogowy jest spóźniony o 30-40 lat w stosunku do amerykańskiego. W przyszłości to się może zmienić. Czy wtedy Amerykanie jeszcze raz będą chcieli potwierdzić własną dominację, pozostaje w sferze domysłów politycznych. Myślę jednak, że grozi inny wyścig: między Chinami a Indiami. Są to kraje ostro rywalizujące w Azji, Hindusi mają własny program kosmiczny, a ostatnio podjęli decyzję o otwarciu własnego programu lotów załogowych. Amerykanie są w tej chwili grubo, grubo przed wszystkimi i mogą nawet nie odczuwać potrzeby rywalizowania na Księżycu z Chinami.

Jest jeszcze jedna różnica: w latach rywalizacji USA i ZSRR kosmonautyka była tematem nowym, gorącym; uważano ją za najbardziej przodującą dziedzinę techniki, świadczącą o potencjale i możliwościach kraju. Dziś kosmonautyka straciła ten status specjalny, rywalizacja rozgrywa się na innych polach, w biotechnologii, cybernetyce, szeroko pojętej informatyce.

Dlaczego mówi się o Księżycu w kontekście lotu na Marsa? Moim zdaniem w takim programie Księżyc jest zbędny.

Do samego lotu na Marsa Księżyc nie jest potrzebny. Natomiast uważam, że należy najpierw polecieć na Księżyc i tam trenować, żeby nauczyć się, jak powinni działać ludzie i maszyny na powierzchni planetarnej. Żeby po prostu nabrać planetarnego obycia, bo jak na Księżycu coś nam się zepsuje, to mamy trzy dni do domu. Jak awaria nastąpi daleko na Marsie, to leżymy. Księżyc powinien być zatem poligonem dla nowych technologii. Amerykanie chcą zbudować bazę wokół Księżyca. Nie jest jasne, czy będzie krążyć wokół samego Księżyca, czy też po bardziej skomplikowanej orbicie. A potem całą tę bazę chcą wyekspediować na Marsa. To być może da się zrobić, ale program zaczyna się wtedy, kiedy jest budżet. Na razie budżetu nie ma.

Księżyc nie oferuje więc niczego pod względem ekonomicznym, żeby nastąpiło nagłe ożywienie zainteresowania tym obiektem. Żadnych surowców tam nie ma, mówi się o helu-3, ale na razie nie umiemy z niego skorzystać. Nawet jednak gdyby Księżyc był wybrukowany złotem, jak u Wellsa, to koszty transportu są takie, że nie wiadomo, czy opłacałoby się to złoto wozić. Cały problem polega na obniżeniu kosztów transportu kosmicznego. Gdyby to się udało, to znacznie więcej rzeczy zaczęłoby się opłacać. Rewolucja wyjdzie więc chyba skądinąd. Na całym świecie kosmonautyka jest domeną państw. Otóż trzeba ją jak najszybciej sprywatyzować. Jeżeli w kosmonautyce będzie rósł sektor prywatny w postaci takich firm jak SpaceX i pokrewnych, to pojawi się szansa na obniżenie kosztów. Powstanie bardziej rozbudowana infrastruktura kosmiczna wokół Ziemi, a wtedy eksploracja będzie tańsza, bo nie trzeba będzie budować specjalnych statków. Pamiętajmy, że Kolumb, odkrywając Amerykę, nie musiał wymyślać do tego specjalnej technologii; wykorzystał statki, które istniały. Takie żaglowce trzeba mu było dostarczyć, ale nie trzeba było ich wymyślać. My, lecąc na Księżyc, budujemy nowe statki, które do niczego innego nie są potrzebne, nie mają własnego uzasadnienia ekonomicznego. Dlatego po wyprawie Kolumba zmontowanie następnych wypraw było względnie proste: trzeba było zatrudnić załogę i znaleźć fundusze, technologia była cały czas do dyspozycji. Natomiast po programie Apollo technologia zniknęła, bo nie była do niczego potrzebna, i musimy znowu zaczynać od zera.

luty 2019

Prof. dr hab. Paweł Moskalik, rocznik 1961, ukończył astronomię na Uniwersytecie Warszawskim. Doktorat z astrofizyki, habilitacja w 1997 roku, profesura w 2011 roku. Od początku kariery zawodowej pracuje w Centrum Astronomicznym im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie. Specjalizuje się w oscylacjach i sejsmologii gwiazd, jest wybitnym znawcą astronautyki, zajmuje się też popularyzacją nauki. Pozazawodowo interesuje się historią średniowiecza; sporadycznie czytuje powieści science fiction.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Izotop hel-3 można wykorzystać w kontrolowanej reakcji termojądrowej do uzyskiwania energii bez powstawania niepożądanych odpadów promieniotwórczych. Na Ziemi hel-3 występuje jedynie śladowo, natomiast znaczne jego ilości mogą się znajdować w gruncie księżycowym. Ewentualne wydobycie i transport helu-3 z Księżyca na Ziemię jest melodią przyszłości.

2 Późniejsza analiza wykazała, że w lądowniku pozostało paliwa na 45-50 sekund lotu.