Wstręt. Thomas Bernhard w San Salvadorze - Horacio Castellanos Moya

Kup ebooka

34.00 zł
27.89 zł (27,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Se­ria Z Kraju i ze Świata
Re­dak­tor pro­wa­dzący Pa­weł Szro­niak
Re­dak­cja Iza­bela Po­ręba
Re­dak­cja po­sło­wia Pa­weł Szro­niak
Ko­rekta Mi­chał Tru­se­wicz, Piotr Kró­lak
Re­dak­cja tech­niczna Re­nata Łu­ka­szew­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych Woj­tek Ja­ni­kow­ski na pod­sta­wie kon­cep­cji Prze­mka Dę­bow­skiego
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce ? Lass / Fre­de­ric Le­wis / Ar­chive Pho­tos / Getty Ima­ges
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie ma­nu­fak­tura
Przy­go­to­wa­nie wy­da­nia elek­tro­nicz­nego: eLi­tera s.c.
Ty­tuł ory­gi­nału El asco. Tho­mas Bern­hard en San Sa­lva­dor
Co­py­ri­ght ? 2007, Ho­ra­cio Ca­stel­la­nos Moya. All ri­ghts re­se­rved
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich, 2024
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Alek­san­der Tro­ja­now­ski
Po­sło­wie: Co­py­ri­ght ? by Ar­ka­diusz Ży­chliń­ski
Nie­upo­waż­nione po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sty­wa­nie utworu sta­nowi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich.
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury
Wy­da­nie pierw­sze elek­tro­niczne
Wro­cław 2024
ISBN 978-83-66257-11-5
Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich
Wy­daw­nic­two Osso­li­neum
ul. Szew­ska 37
50-139 Wro­cław
wy­daw­nic­two@osso­li­neum.pl
www.wy­daw­nic­two.osso­li­neum.pl

Całe szczę­ście, że je­steś, Moya, mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy przyj­dziesz, bo to miej­sce nie po­doba się wielu lu­dziom w tym mie­ście, wielu lu­dziom w tym mie­ście w ogóle nie po­doba się to miej­sce, Moya, dla­tego nie by­łem pe­wien, czy przyj­dziesz, po­wie­dział Vega. Ja uwiel­biam przy­cho­dzić tu póź­nym po­po­łu­dniem, usiąść so­bie na pa­tio, w spo­koju wy­pić kilka szkla­ne­czek whi­sky, słu­cha­jąc mu­zyki, o którą pro­szę To­lína, po­wie­dział Vega, byle nie sia­dać za ba­rem, w środku, go­rąco tam strasz­nie za ba­rem, strasz­nie go­rąco w środku, le­piej jest tu, na pa­tio, przy whi­sky i jaz­zie, który pusz­cza To­lín. To je­dyne miej­sce w tym kraju, gdzie czuję się do­brze, je­dyne przy­zwo­ite miej­sce, wszyst­kie inne bary są od­ra­ża­ją­cymi, sy­fia­stymi miej­scami peł­nymi fa­ce­tów, któ­rzy wle­wają w sie­bie piwo, aż pękną, nie mogę tego zro­zu­mieć, Moya, nie mogę po­jąć, skąd bie­rze się wśród tej rasy upodo­ba­nie do tak obrzy­dli­wych szczyn, po­wie­dział Vega, jak mogą pić to ohydne piwo, w sam raz dla zwie­rząt, piwo, które w naj­lep­szym ra­zie wy­wo­łuje sraczkę, oto co piją tu lu­dzie, a już naj­gor­sze jest to, jak dumni są, pi­jąc te szczyny, mo­gliby za­bić, gdy­byś im po­wie­dział, że to, co piją, to szczyny, brudna woda, nie piwo, w żad­nym miej­scu na świe­cie nie uznano by tego za piwo, Moya, wiesz o tym rów­nie do­brze jak ja, jest to ciecz na­prawdę pa­skudna i tylko przez głu­potę mogą ją pić z ta­kim en­tu­zja­zmem, po­wie­dział Vega, są tak głupi, że piją te szczyny z dumą, i nie byle jaką dumą, z dumą na­ro­dową, dumni są, że piją naj­lep­sze piwo na świe­cie, bo sal­wa­dor­ski pils jest naj­lep­szym pi­wem na świe­cie, nie szczy­nami, które wy­wo­łują tylko i wy­łącz­nie sraczkę, jak uznałby każdy zdrowy na umy­śle czło­wiek, ale naj­lep­szym pi­wem na świe­cie, po­nie­waż taka jest pierw­sza i za­sad­ni­cza wła­ści­wość za­ścian­ko­wych na­ro­dów - uwa­żają, że ich smro­dek jest naj­lep­szy na świe­cie, są zdolni cię za­bić, je­śli za­prze­czysz, że ich smro­dek, ich za­faj­dane, gów­niane piwo jest naj­lep­sze na świe­cie, po­wie­dział Vega. Ale je­śli cho­dzi o miej­sce, w któ­rym je­ste­śmy, to na­prawdę je lu­bię, w ni­czym nie przy­po­mina wszyst­kich tych za­py­zia­łych ba­rów, gdzie sprze­dają szczyny, trak­to­wane w tym kraju z ta­kim en­tu­zja­zmem, Moya, to miej­sce ma swoją oso­bo­wość, wy­strój dla lu­dzi po­sia­da­ją­cych pewne mi­ni­mum wraż­li­wo­ści, cho­ciaż na­zywa się nie­szcze­gól­nie - La Lum­bre, czyli Pło­mień, cho­ciaż wie­czo­rami robi się tu okrop­nie, wręcz nie do wy­trzy­ma­nia, z po­wodu za­dym, które urzą­dzają wszyst­kie te ze­społy roc­kowe, z po­wodu ha­łasu, jaki urzą­dzają wszyst­kie te ze­społy roc­kowe, z po­wodu per­wer­syj­nego upodo­ba­nia do za­kłó­ca­nia spo­koju bliź­niego, wła­ści­wego wszyst­kim ze­spo­łom roc­ko­wym. Ale te­raz, o tej po­rze, lu­bię po­sie­dzieć w tym ba­rze, Moya, to je­dyne miej­sce, w któ­rym mogę by­wać, gdzie nikt mi nie prze­szka­dza, nikt nie ma ze mną pro­blemu, po­wie­dział Vega. Dla­tego spo­ty­kamy się wła­śnie tu, Moya, w ca­łym San Sa­lva­do­rze bar La Lum­bre jest je­dy­nym miej­scem, w któ­rym można się na­pić, a to i tak tylko przez kilka go­dzin, mię­dzy piątą a siódmą wie­czo­rem, je­dy­nie przez kilka go­dzin, po siód­mej to miej­sce staje się nie do wy­trzy­ma­nia, naj­bar­dziej nie­zno­śne miej­sce, ja­kie może ist­nieć z po­wodu ha­łasu, który ro­bią ze­społy roc­kowe, miej­sce rów­nie nie­zno­śne jak bary pełne fa­ce­tów, któ­rzy z dumą piją swoje cuch­nące piw­sko, po­wie­dział Vega, ale te­raz mo­żemy jesz­cze roz­ma­wiać spo­koj­nie, mię­dzy piątą a siódmą nikt nam nie bę­dzie prze­szka­dzał. Przy­cho­dzę do La Lum­bre od ty­go­dnia, nie­prze­rwa­nie, Moya, od­kąd od­kry­łem to miej­sce, przy­cho­dzę co­dzien­nie do La Lum­bre, mię­dzy piątą a siódmą wie­czo­rem, i dla­tego wła­śnie tu­taj chcia­łem się z tobą zo­ba­czyć, mu­szę z tobą po­mó­wić, za­nim wy­jadę, po­wie­dzieć ci, co my­ślę o ca­łym tym sy­fie, nie ma ni­kogo in­nego, z kim mógł­bym się po­dzie­lić wra­że­niami, opo­wie­dzieć o strasz­nych rze­czach, które przy­cho­dzą mi do głowy, od­kąd tu prze­by­wam, po­wie­dział Vega. Od kiedy cię zo­ba­czy­łem na po­grze­bie mo­jej mamy, mó­wi­łem so­bie: Moya jest je­dyną osobą, z którą po­roz­ma­wiam, ża­den inny ko­lega z klasy nie po­ja­wił się w za­kła­dzie po­grze­bo­wym, nikt inny o mnie nie pa­mię­tał, ża­den z tych, co okre­ślali się mia­nem mo­ich przy­ja­ciół, nie po­ja­wił się, kiedy sta­ruszka umarła, tylko ty je­den, Moya, ale tak jest być może le­piej, po­nie­waż tak na­prawdę ża­den z mo­ich ko­le­gów z klasy nie jest i ni­gdy nie był moim przy­ja­cie­lem, ża­den nie spo­tkał się ze mną po ukoń­cze­niu szkoły, le­piej, że się nie po­ja­wili, le­piej, że na po­grzeb mo­jej mamy nie przy­szedł ża­den z mo­ich by­łych ko­le­gów, poza tobą, Moya, bo ja nie­na­wi­dzę po­grze­bów, nie­na­wi­dzę przyj­mo­wać kon­do­len­cji, ni­gdy nie wiem, co po­wie­dzieć, de­ner­wują mnie ci wszy­scy nie­zna­jomi, któ­rzy nie wie­dzieć czemu cię przy­tu­lają i uwa­żają się za two­ich bli­skich tylko dla­tego, że twoja matka nie żyje, le­piej, że nie przy­szli, nie zno­szę być miły dla osób, któ­rych nie znam, a więk­szość z tych, któ­rzy przy­cho­dzą zło­żyć ci kon­do­len­cje, więk­szość z tych, któ­rzy biorą udział w po­grze­bach, to lu­dzie, któ­rych nie znasz i któ­rych już ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czysz, Moya, ale mu­sisz ro­bić do­brą minę, minę, która wy­raża żal i wdzięcz­ność, minę, która mówi, że tak na­prawdę je­steś wdzięczny tym ob­cym lu­dziom, któ­rzy przy­szli na po­grzeb two­jej matki zło­żyć ci kon­do­len­cje, jakby uprzej­mość dla nie­zna­jo­mych była tym, czego naj­bar­dziej w ta­kich chwi­lach po­trze­bu­jesz, po­wie­dział Vega. Kiedy więc zja­wi­łeś się ty, po­my­śla­łem, jak to faj­nie, że przy­szedł Moya, a jesz­cze le­piej, że tak wcze­śnie so­bie po­szedł, dzięki, Moya, że po­sze­dłeś tak wcze­śnie, po­my­śla­łem wtedy, bo dzięki temu nie mu­sia­łem zaj­mo­wać się ko­le­gami z klasy, po­wie­dział Vega, nie mu­sia­łem być miły, po­nie­waż na po­grze­bie matki by­li­śmy tylko: mój brat Ivo i jego ro­dzina, kil­ku­na­stu zna­jo­mych z jej i jego (mo­jego brata) strony i ja, naj­star­szy syn, ten, który mu­siał po­spiesz­nie przy­być z Mont­re­alu, który miał na­dzieję ni­gdy nie wra­cać do tego sy­fia­stego mia­sta, po­wie­dział Vega. Nasi ko­le­dzy z klasy to musi być zu­pełne dno, coś obrzy­dli­wego, całe szczę­ście, że nie spo­tka­łem żad­nego z nich, nie li­cząc oczy­wi­ście cie­bie, Moya, bo nic nas nie łą­czy, nie może ist­nieć naj­drob­niej­sza rzecz, która łą­czy­łaby mnie z któ­rym­kol­wiek z nich. My sta­no­wimy wy­ją­tek, ale nikt nie po­trafi za­cho­wać ja­sno­ści umy­słu po je­de­na­stu la­tach na­uki u braci ma­ry­stów, nikt nie jest zdolny stać się osobą my­ślącą, w stop­niu choć mi­ni­mal­nym, po na­uce u braci ma­ry­stów, na­uka u braci ma­ry­stów była naj­gor­szym, co mo­gło mnie spo­tkać w ży­ciu, Moya, na­uka pod roz­ka­zami tych gru­bych ho­mo­sek­su­ali­stów stała się moją naj­więk­szą hańbą, nie ma nic bar­dziej kre­tyń­skiego niż ukoń­cze­nie Li­ceum Sal­wa­dor­skiego, pry­wat­nej szkoły śred­niej braci ma­ry­stów w Sal­wa­do­rze, naj­lep­szej i naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej szkoły braci ma­ry­stów w Sal­wa­do­rze, nic bar­dziej upa­dla­ją­cego dla czło­wieka niż fakt, że bra­cia ma­ry­ści przez je­de­na­ście lat du­chowo go kształ­to­wali, my­ślisz, Moya, że to nic nie zna­czy?, je­de­na­ście lat wy­słu­chi­wa­nia de­bi­li­zmów, prze­strze­ga­nia de­bi­li­zmów, ły­ka­nia de­bi­li­zmów i po­wta­rza­nia de­bi­li­zmów, po­wie­dział Vega. Je­de­na­ście lat od­po­wia­da­nia: tak, bra­cie Pio­trze; tak, bra­cie Ber­ciku; tak, bra­cie He­lio­do­rze, to naj­po­dlej­sza szkoła du­cho­wego pod­dań­stwa i tam wła­śnie uczęsz­cza­li­śmy, Moya, z tego po­wodu zu­peł­nie mnie nie obe­szło, że ża­den z osob­ni­ków, któ­rzy w li­ceum byli na­szymi ko­le­gami, nie przy­szedł na po­grzeb mo­jej matki, to było je­de­na­ście lat du­cho­wej tre­sury, je­de­na­ście lat du­cho­wej nę­dzy, o któ­rej chciał­bym za­po­mnieć, je­de­na­ście lat du­cho­wej ka­stra­cji, przy­by­cie któ­re­go­kol­wiek z nich spra­wi­łoby tylko, że za­czął­bym roz­pa­mię­ty­wać naj­gor­sze lata mo­jego ży­cia, po­wie­dział Vega. Ale za­mów so­bie kie­li­cha, przez tę moją ty­radę się za­po­mnia­łem, na­pij się ze mną whi­sky, za­wo­łajmy To­lína, o tej po­rze pra­cuje tu jako bar­man, czło­wiek od za­dań spe­cjal­nych, zwy­czaj­nie po­rządny fa­cet i ktoś, komu je­stem wdzięczny, bo spra­wił, że mój po­byt w tym okrop­nym kraju stał się zno­śny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

OD AU­TORA

Dzie­sięć lat temu, la­tem 1997 roku, prze­by­wa­łem w sto­licy Gwa­te­mali z wi­zytą u mo­jego przy­ja­ciela po­ety, kiedy w środku nocy za­dzwo­nił te­le­fon. Była to moja matka. Dzwo­niła z San Sa­lva­doru, by - wciąż po­ru­szona - po­wie­dzieć mi, że wła­śnie od­była dwie roz­mowy te­le­fo­niczne z męż­czy­zną, który z wy­raź­nie wy­czu­walną groźbą w gło­sie ostrze­gał ją, że zo­stanę za­mor­do­wany. Po­wo­dem miała być krótka po­wieść opu­bli­ko­wana przeze mnie ty­dzień wcze­śniej. Ze stra­chu za­schło mi w gar­dle i na­tych­miast sko­czyło mi ci­śnie­nie, zdo­ła­łem więc tylko za­py­tać, czy męż­czy­zna się przed­sta­wił. Po­wie­działa, że nie, nie przed­sta­wił się, ale groźby brzmiały na­prawdę po­waż­nie. Spy­tała mnie z nie­po­ko­jem, czy w tych oko­licz­no­ściach za­mie­rzam za kilka dni przy­je­chać do kraju, jak to było za­pla­no­wane.

Po­wie­ścią, która wzbu­dziła taką nie­na­wiść, jest wła­śnie ta wzna­wiana te­raz książka. Na­pi­sa­łem ją pół­tora roku wcze­śniej, w Mek­syku, trak­tu­jąc to jako ćwi­cze­nie sty­li­styczne, które sta­no­wiło próbę imi­ta­cji stylu au­striac­kiego pi­sa­rza Tho­masa Bern­harda, za­równo jego frazy, opar­tej na ryt­mie i po­wtó­rze­niu, jak i te­ma­tyki, czyli zja­dli­wej kry­tyki Au­strii i jej kul­tury. Jak zgorzk­niały czło­wiek, który na­resz­cie może so­bie ulżyć, ba­wi­łem się do­sko­nale, pi­sząc książkę, w któ­rej za­mie­rza­łem zmiaż­dżyć kul­turę i po­li­tykę San Sa­lva­doru, tak jak Bern­hard uczy­nił to z Sal­zbur­giem, z przy­jem­no­ścią wła­ściwą dia­try­bie i pa­ro­dii. Nie przy­pusz­cza­łem, że re­ak­cje, na­wet wśród dro­gich mi lu­dzi, będą tak ostre - żona jed­nego z mo­ich przy­ja­ciół pi­sa­rzy wy­rzu­ciła swój eg­zem­plarz na ulicę przez okno w ubi­ka­cji, obu­rzona be­ze­ceń­stwami, które Ed­gardo Vega wy­ga­duje na te­mat pu­pu­sów, sal­wa­dor­skiego da­nia na­ro­do­wego.

To ja­sne, że nie wró­ci­łem do San Sa­lva­doru. Za­dzwo­ni­łem do kilku przy­ja­ciół pra­cu­ją­cych w mię­dzy­na­ro­do­wych agen­cjach in­for­ma­cyj­nych, by opo­wie­dzieć im o groź­bach; za­in­te­re­so­wa­nie prasy kra­jo­wej było zni­kome, choć ten czy inny fe­lie­to­ni­sta twier­dził, że sam wy­my­ślam te groźby, by wy­pro­mo­wać książkę, i że chciał­bym być jak Sal­man Ru­sh­die. Je­śli o mnie cho­dzi, da­lej za­ra­bia­łem na ży­cie jako dzien­ni­karz w Gwa­te­mali, Mek­syku i Hisz­pa­nii. Je­den z ko­le­gów za­su­ge­ro­wał, że groźby mogą mieć zwią­zek z pi­smem "Pri­mera Plana", ty­go­dni­kiem, któ­rego by­łem re­dak­to­rem na­czel­nym w tym krót­kim okre­sie, gdy się uka­zy­wał (1994-1995), pi­śmie bar­dzo kry­tycz­nym wo­bec sił po­li­tycz­nych, ja­kie wy­ło­niły się po woj­nie do­mo­wej; Wstręt mógł być we­dług niego kro­plą, która prze­lała czarę go­ry­czy. Ale nie ma sensu spe­ku­lo­wać. Sal­wa­dor to nie Au­stria. Jest to na­to­miast kraj, któ­rego naj­waż­niej­szy po­eta, Ro­que Dal­ton, zo­stał w 1975 roku za­mor­do­wany przez wła­snych to­wa­rzy­szy z le­wicy pod za­rzu­tem szpie­go­stwa dla CIA, le­piej więc było czym prę­dzej się stam­tąd za­bie­rać, za­miast zgry­wać mę­czen­nika.

Co cie­kawe, Wstręt nie po­dzie­lił mo­jego losu. Nie oglą­da­jąc się na groźby ani na moją nie­obec­ność, małe i od­ważne wy­daw­nic­two co roku wzna­wiało moją ksią­żeczkę w Sal­wa­do­rze, a ta szczę­śli­wym tra­fem zna­la­zła się na­wet na li­ście lek­tur jed­nego z uni­wer­sy­te­tów. Nie­ba­wem liczne eg­zem­pla­rze po­ja­wiły się w są­sied­nich kra­jach. Nie­jed­no­krot­nie w ba­rach tak od­le­głych od sie­bie miast jak An­ti­gua Gu­ate­mala, San José albo Mek­syk przed­sta­wiano mi lu­dzi, któ­rzy wy­ra­żali swój po­dziw dla książki i pro­po­no­wali, że­bym na­pi­sał "wstręt" o ich wła­snym kraju, czyli po­wieść w stylu Bern­harda, która do­ko­ny­wa­łaby miaż­dżą­cej kry­tyki ich kul­tury na­ro­do­wej. Oczy­wi­ście za­wsze się wy­ma­wia­łem, wska­zu­jąc, że ja już wy­ko­na­łem swoją ro­botę, i do­da­wa­łem, nie si­ląc się wcale na żarty, że w przy­padku nie­któ­rych kra­jów po­trzeba by na taki "wstręt" zbyt wielu stron, ja na­to­miast pi­szę krót­kie po­wie­ści.

Dwa lata po tym, jak po­ja­wiły się groźby, la­tem 1999 roku, za­cho­wu­jąc środki ostroż­no­ści, wró­ci­łem na kilka dni do San Sa­lva­doru, żeby od­wie­dzić ro­dzinę i za­ła­twić kilka spraw. W pew­nej re­stau­ra­cji na­tkną­łem się na sta­rego zna­jo­mego, praw­nika, który pra­co­wał w mię­dzy­na­ro­do­wej or­ga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się pra­wami czło­wieka. "Co ty tu ro­bisz? Chcesz dać się za­bić?", za­py­tał, wy­ko­nu­jąc przy tym gest, który mógł być rów­nie do­brze wy­ra­zem kon­ster­na­cji, jak czar­nego hu­moru. W prze­ciągu na­stęp­nych dni od­wie­dzi­łem kilku róż­nych przy­ja­ciół. Ku mo­jemu zdzi­wie­niu wszy­scy zgod­nie twier­dzili, że po­wi­nie­nem na­pi­sać drugą część Wstrętu, po­nie­waż kraj ma się go­rzej niż kie­dy­kol­wiek: ko­rup­cja po­li­tyczna, zor­ga­ni­zo­wana prze­stęp­czość, gangi, spa­dek war­to­ści ży­cia...

Wtedy mia­łem jed­nak inne plany pi­sar­skie. Za sprawą Wstrętu utwier­dzi­łem się na­to­miast w prze­ko­na­niu, że dzięki swoim dzie­łom nie­któ­rzy pi­sa­rze za­ra­biają pie­nią­dze, inni zaś osią­gają sławę, lecz są i tacy, któ­rzy zy­skują tylko wro­gów. Ja na­le­ża­łem do tej ostat­niej grupy od czasu pu­bli­ka­cji pierw­szej po­wie­ści, La di­áspora (Dia­spora), w któ­rej spor­tre­to­wa­łem pro­ces roz­kładu sal­wa­dor­skiej le­wicy re­wo­lu­cyj­nej w cza­sie wojny do­mo­wej, i prawdę mó­wiąc, czu­łem się już zmę­czony tą przy­na­leż­no­ścią. Ale jak po­wie­dział Ro­bert Wal­ser swo­jemu re­dak­to­rowi, Car­lowi Se­eli­gowi: "Nikt nie może bez­kar­nie sta­wiać czoła wła­snemu na­ro­dowi". Dla­tego też dzie­sięć lat póź­niej, mimo że opu­bli­ko­wa­łem w tym cza­sie pięć in­nych po­wie­ści o róż­no­rod­nej te­ma­tyce, nie na­śla­du­jąc przy tym żad­nego pi­sa­rza, mimo że nie na­pi­sa­łem dru­giej czę­ści, o którą nie­któ­rzy pro­sili, dla Sal­wa­dor­czy­ków wciąż je­stem tylko i wy­łącz­nie au­to­rem Wstrętu. Moja za­bawa w imi­ta­cję i jej efekty uboczne od­ci­snęły piętno, które wciąż mnie prze­śla­duje.