Rozdział 1
Nocny marazm zburzył ryk silnika pędzącego automobilu. Zielonkawy studebaker commander z dwudziestego ósmego roku ściął zakręt i zjechał z asfaltowej, ciągle lśniącej od deszczu drogi, przyspieszając. Koła zabuksowały na błotnistej, nierówno wysypanej żwirem alejce. Zarzuciło mocno tyłem, kierowca zaklął, walcząc z maszyną. Spieszył się i wyciskał ze starego automobilu, ile tylko się dało, nie bacząc na niebezpieczeństwo związane z tak dużą prędkością.
Na szczęście szybko odzyskał panowanie nad studebakerem.
Światło padające z reflektorów na jedną krótką chwilę omiotło starą, drewnianą tabliczkę ostrzegającą wszystkich, że wkraczają na teren wyrębu lasu. Oficjalnie wstęp był tylko dla pracowników tartaku Daugherty & Co. Nieoficjalnie wchodzili tam wszyscy, którzy chcieli.
Ochrona i tak tego nie pilnowała. Zakład chylił się ku upadkowi, a recesja tylko pogarszała sytuację. New Deal, tak szumnie zapowiadany przez prezydenta Roosevelta Nowy Ład, tylko odwlekał nieuniknione. Bogacze sobie radzili, biedota dostała wsparcie, ci pomiędzy... Cóż, kapitalizm bywa krwiożerczy. Stan tartaku doskonale o tym świadczył. Dawniej o każdej porze dnia i nocy coś się tu działo.
Teraz... nic.
Dla kierowcy i pasażerów - no, prawie wszystkich pasażerów - nieczynny tartak i las za nim były jednak odpowiednim miejscem. Idealnym wręcz. Odosobnionym, ale dostatecznie bliskim. Znanym wszystkim, ale przez wszystkich unikanym.
Automobilem jechało ściśniętych pięć osób. Trzech mężczyzn, milczących i poważnych, ubranych w coś, co przypominało mnisie habity. Z dwóch kobiet tylko pierwsza miała na sobie coś podobnego do stroju mnicha czy zakonnicy, jednak znacznie bardziej bogato zdobionego, druga zaś była boso, w prostej, jasnej koszuli nocnej, z jutowym workiem na głowie, spętana sznurem.
Jako jedyna miała ciemniejszą skórę.
Szlochała cicho, przyciskając dłonie do wydatnego, ciążowego brzucha. Przysłuchiwała się wszystkim dźwiękom, jakie nieprzerwanie płynęły obok - cóż innego miała do roboty? Modlitwy zaprzestała już jakiś czas temu. Jedynie troska o nienarodzonego jeszcze syna lub córkę powstrzymywała ją od głośnego wybuchu płaczu i wycia w rozpaczy.
Chciała zawołać męża, ale nie potrafiła się zmusić do wykrzyczenia jego imienia. Zasnęli razem, wtuleni w siebie, ciesząc się ciepłem ciał w tę zimną noc. Czuła się dobrze, szczęśliwa i bezpieczna w jego ramionach. Była spokojna, śpiąca, a potem... Nagle, brutalnie wszystko się urwało.
Wiedziała, że jego też zabrali, widziała, jak jakiś przysadzisty mężczyzna z bokobrodami (łudząco podobny do właściciela jedynego w miasteczku kina!) uderza go kolbą rewolweru w głowę, zarzuca na czerep worek i wyciąga z domu, ale potem ona też została tak potraktowana. Potem była tylko ciemność. Bólu uderzenia nie zapomni nigdy.
Bała się, że tępe pulsowanie na potylicy to tylko początek. Zwłaszcza że gdy wepchnęli ją do automobilu - ich własnego wozu! - usłyszała tylko głuchy, nieprzyjemny dźwięk przywodzący na myśl stłumiony wystrzał. Nie chciała jednak dociekać, co to mogło być. Wolała trwać w niepewności, niż poznać brutalną prawdę.
Bała się jej, a strach był obezwładniający. Paraliżował.
Pojawiła się też upiorna myśl dotycząca jej brata. Nie wrócił do domu na noc, ale z drugiej strony, często tak robił. Spędzał całe dnie i noce u swoich koleżków, pijąc. Jedynie szacunek do więzów krwi nie pozwalał jej wyrzucić tego pijusa na bruk. Oddałaby jednak wszystko, by teraz mieć obok brata, męża. Kogoś, komu mimo wszystko ufała. Kogo kochała.
Była bowiem sama. Zdana tylko na siebie i na łaskę porywaczy. Poruszyła się lekko, na tyle, na ile pozwalał gruby, konopny sznur krępujący ręce w nadgarstkach i nogi w kostkach. Siedzący po jej bokach mężczyźni na szczęście nie zareagowali.
Westchnęła więc ciężko, próbując opanować drżenie. Było jej zimno. W końcu to jesień, ale przetaczająca się przez jej ciało fala dreszczy miała swe źródło w strachu. W czystej, nieposkromionej grozie. Bogu dzięki, że miała na głowie ten worek! Gdyby miała spojrzeć w twarz porywaczom, pewnie by zaczęła krzyczeć. A wtedy nie wiadomo, jak mogli się zachować. Do czego byli zdolni.
- Zjedź tutaj, za tymi ciężarówkami. - Kobiecy, nieco zachrypnięty głos wydał polecenie. Automobilem lekko szarpnęło, a ciężarna zrozumiała mniej więcej, gdzie jest. Jedynym miejscem w całym Pine Hills, gdzie parkowano ciężarówki, był plac w pobliżu tartaku.
Gdzieś tutaj leżały powalone i ścięte pnie. Ziemia była pewnie oczyszczona z drzew; musiały też być prowizoryczne baraki i domki, wysoki płot lub inne ogrodzenie sprzed kilku czy kilkunastu lat, z drutem kolczastym na samej górze. Czy to tutaj ją wieźli? Po co? W jakim celu? I gdzie jest jej mąż? Co się z nim stało?
Co się z nią stanie? Te pytania zaprzątały głowę młodej dziewczyny, zatrważały wespół z panicznym strachem. Wyrwana ze snu, półprzytomna, uderzona, nie miała nawet okazji przyjrzeć się swoim porywaczom. Wiedziała tylko, że są mężczyznami. Białymi, trzeba dodać. Jednego niby kojarzyła jako kiniarza, ale pewności nie miała.
Nie miała nawet pojęcia, że jest z nimi kobieta, dopóki ta się nie odezwała! Wszystko stanowiło straszną tajemnicę, której rozwikłania bała się jednak jeszcze bardziej. Podejrzewała nawet, że to koszmarny, wyjątkowo realistyczny sen, normalna rzecz na tak późnym etapie ciąży, ale rzeczywistość była znacznie bardziej upiorna. Ból wrzynającego się w skórę sznura i smród starego worka były prawdziwe.
Kierowca nagle zwolnił.
Odczuła aż za dobrze utratę prędkości i poleciała trochę do przodu. Studebaker zjechał z błotnistej, nierównej i niedbale utwardzonej alejki na dróżkę wyjeżdżoną przez drwali. Kilkanaście minut później i ta dróżka zniknęła, ustępując miejsca leśnym ostępom, dzikim, nietkniętym przez ludzi.
Automobil najwyraźniej zagłębiał się coraz dalej w las, gdzie drzewa rosły gęściej. Silnik ryczał wściekle, opony buksowały na błocie i ziemi, maszyną miotało na lewo i prawo.
Oddalali się od miasta. Od tartaku. Tego była już pewna. Słyszała, jak gałęzie stukały w karoserię, uderzały o szyby. Korzenie wprawiły pojazd w nieprzyjemne drżenie, w końcu coś głośno zgrzytnęło - porwana poczuła irracjonalne oburzenie, że tak brutalnie obchodzą się z automobilem jej męża.
Po kolejnych długich minutach studebaker znów skręcił, tym razem jednak zaczął mozolną, niespieszną wspinaczkę po łagodnym wzniesieniu. Gdy dotarli do szczytu, kierowca przyspieszył; skrępowana poczuła nieprzyjemny ucisk, a potem pustkę w żołądku, gdzie środek ciężkości gwałtownie się zmienił.
Minął kolejny kwadrans i - wreszcie! - studebaker najwyraźniej dotarł do celu, jakikolwiek by on nie był. Silnik dalej pracował, miarowo i spokojnie, ale pojazd łagodnie się zatrzymał. Wokół kobiety zapanowało poruszenie, lecz nikt się nie odzywał. Drzwiczki się otworzyły, wpuszczając do środka nocny, jesienny chłód. Z automobilu wyszli wszyscy oprócz porwanej - chwilę później i ona opuściła ciepłe wnętrze. Momentalnie poczuła dreszcze i kąsanie zimnego wiatru.
Porywacze zachowywali się zaskakująco grzecznie i uprzejmie, co stanowiło nie lada kontrast w porównaniu ze zwierzęcą wręcz agresją w domu. Posadzili ją na miękkim, o dziwo suchym piachu przypominającym w dotyku popiół. Zanim jednak zdołała się podnieść, ktoś zerwał jej worek z głowy. Zamrugała, rozglądając się niepewnie dookoła. Poczuła się zagubiona jak jeszcze nigdy w życiu.
Nie wiedziała, gdzie jest.
Ciągle była noc, zimna i mglista. Wszystko otaczała ściana drzew. W oddali, na tle czarnego nieba, widniał zarys masywu górskiego. Appalachy były normalnym widokiem w Pensylwanii, podobnie jak lasy, więc mogła być wszędzie. I nigdzie. Zdała sobie sprawę, że gdzieś jest tartak, ale jechała tyle czasu... Obróciła się na piachu, chcąc lepiej poznać ten teren.
Polana nie była duża. W jej centralnym miejscu znajdował się sękaty pień jakiegoś potężnego niegdyś drzewa, teraz jednak był czarny i martwy, wypalony. Wokół niego widniała goła ziemia pokryta sypkim, szarawym... nie, czarnym niemalże piachem, istotnie przypominającym popiół.
Nawet rosnące wokoło sosny i świerki, klony i dęby wydawały się być mizerne, chore, tak jakby przez tę część pensylwańskiego lasu przetoczył się okrutny pożar. Dopiero dalej, wytężając wzrok, mogła dostrzec żywe i mokre od niedawnych deszczy gałęzie.
Na niektórych z nich, jeśli dobrze widziała, zwisały dziwne, geometryczne figurki z patyczków, obwiązane szmatkami i sznurkami. Wyglądały jak trójkąty, może coś takiego, a w środku był jakaś upiorna postać, ale nie widziała dobrze, co to jest.
Co tu się stało? Na jedną chwilę zapomniała o grozie sytuacji i górę wzięła jej wrodzona ciekawość.
Obróciła się znów, patrząc tym razem na trzech mężczyzn. Przeszli przez smugi światła padające z reflektorów i dostrzegła ich białe, powłóczyste szaty. Poczuła ukłucie lęku, ale nie chciała wierzyć w to, co widzi. To nie mogło być możliwe. Nie tutaj, nie teraz.
Z przestrachem patrzyła, jak jej porywacze, nie spiesząc się, założyli spiczaste kaptury. Potem nasunęli na twarze puste, blade - białe? - maski, chociaż do Halloween były jeszcze dobre trzy tygodnie. Jeden udał się na tył automobilu, do bagażnika.
Dwóch pozostałych - wyższy i niższy, tylko tak można było ich rozróżnić - stanęło obok siebie i szeptało, a spętana jak zwierzę poczuła nieprzyjemną, ciężką kulę lodu spływającą na dno żołądka. Ku Klux Klan w ciągu ostatnich lat tracił na znaczeniu; nikt nie spodziewał się, że jego członkowie znowu zaczną porywać ludzi i linczować ich. Zwłaszcza w takim miejscu jak Pine Hills! Przecież to małe miasteczko!
- Nie! - krzyknęła, próbując się odsunąć. - Litości, proszę, już nawet nie chodzi o mnie, tylko o moje dziecko! - wołała rozpaczliwie. Na nikim nie robiło to jednak wrażenia, a już zwłaszcza na czwartej osobie wysiadającej ze studebakera. Oprócz samej ofiary była jedyną w tym lesie kobietą. Zaryzykowała więc i odwołując się do kobiecej natury i solidarności, ponowiła próbę.
- Proszę! Zrobię wszystko, tylko nie róbcie mi krzywdy! Nie róbcie krzywdy mojemu maleństwu, nie jest niczemu winne... - krzyczała, prosiła, błagała, a potem głos się jej urwał, gdy zrozumiała, kim ona jest. Znała ją! Znała jej miłą, bladą twarz! Kojarzyła jej krótkie, brązowe włosy, delikatnie podkręcone, budzące zazdrość u każdej kobiety! Dopiero teraz rozpoznała ten charakterystyczny akcent!
- Boże, nie... - szepnęła, szarpiąc więzy. Szatynka machnęła tylko ręką w kierunku porwanej. Podobnie jak jej towarzysze założyła spiczasty kaptur i bezosobową maskę z wąskimi szparami na oczy, nad którymi widniały małe haczyki, niby rogi. Wtedy dwóch mężczyzn podniosło sprawnie ciężarną, ciągnąc ją w stronę pniaka. Kobieta w kapturze i masce pomagała koledze przy bagażniku, szepcząc bez ustanku.
Chwilę później na polanie zapłonął krzyż, oświetlając wszystko czerwienią i pomarańczą. Opary mgły trzymające się granicy drzew cofnęły się pod wpływem ciepła i światła w jakiś nieznany nauce sposób. Ciemnoskóra kobieta - dziewczyna właściwie, mogąca mieć nie więcej jak dwadzieścia, może dwadzieścia parę lat - leżała na pniaku, walcząc bez powodzenia z krępującymi ją więzami. Zacisnęła mocno powieki, mamrocząc pod nosem, że to tylko zły sen. Koszmar.
Wsłuchując się w przytłumione, ciche rozmowy była bliska omdlenia ze zgrozy, w końcu jednak zmusiła się do rozchylenia powiek. Patrzyła na płonący krzyż i na swoich oprawców w białych szatach. Dopiero po chwili poczuła, jak coś ściska jej gardło.
Myliła się.
Och Boże, jak bardzo się myliła! Zrozumiała, że to nie byli członkowie Ku Klux Klanu. Po nich przynajmniej wiedziała, czego się spodziewać, rozumiała ich pokrętną logikę, którą przecież kierowała nienawiść i strach właśnie. Ale ci ludzie? Te maski? Zdobienia na szacie kobiety? Stojący w płomieniach krzyż, tak podobny, ale zarazem inny? Teraz lęk przed nieznanym na nowo wypełnił jej umysł, podsuwając coraz to straszniejsze i upiorniejsze wizje.
Nie zwracali też na nią uwagi. O dziwo, byli zajęci płonącym krzyżem, który po dłuższym i dokładniejszym przyjrzeniu okazywał się być czymś mającym tylko podobny do krzyża kształt, ramiona bowiem zwisały nieco w dół, a na rozwidlonym szczycie widniało coś, co przypominało zwierzęcą, rogatą czaszkę z dopalającymi się resztkami futra i skóry. Koza albo byk, nie miało to jednak znaczenia. Ciężarną zemdliło, odwróciła więc głowę, patrząc w czerń lasu.
Przez moment miała wrażenie, że coś się poruszyło między drzewami.
Wtedy usłyszała zduszony jęk pełen bólu. Zacisnęła mocniej powieki. Nie widziała zatem, jak jeden z mężczyzn zdejmuje zwierzęcą czaszkę z płonącego drewna i, trzymając ją za rogi, wznosi wysoko ku górze i intonuje jakąś pieśń w obcym jej języku. Nie dostrzegła, jak kobieta odrzuca kaptur, a słaby wiatr unosi jej brązowe, kręcone włosy w powietrzu. Nie patrzyła, jak mężczyzna przykłada rozgrzane kości do kobiecej maski.
Nie mogła jednak pozbawić się zmysłu słuchu.
Starała się ze wszystkich sił, ale słyszała trzask ognia, cichy jęk oparzonego i jego ciężki oddech, a także - o zgrozo - śpiewy. Śpiewy przywodzące na myśl niedzielne msze, gdy wierni wraz z księdzem modlą się i śpiewają ku chwale Boga. Nie raz i nie dwa uczestniczyła w mszy w kościele Świętego Jana, słuchając chóru, ale to... to były okrutne dźwięki. Było w tym parareligijnym zaśpiewie coś nieprzyjemnego, bluźnierczego, od którego ciężarna czuła się tylko coraz gorzej.
- Błagam - szepnęła, widząc, jak kobieta w masce i wiszącej nań czaszce podchodzi z wolna do pniaka.
- Nie błagaj - odparła cicho, z o dziwo wyczuwalnym żalem. - Przepraszam, że padło na ciebie, naprawdę, ale nie mam wyjścia. Muszę to zrobić. Dla nas wszystkich.
- Proszę! Ja nic nie zrobiłam! - Kolejna próba przemówienia do rozsądku spełzła na niczym. Kobieta stojąca przed swą ofiarą podeszła jeszcze bliżej, nachyliła się. Czarnoskóra szarpnęła ciałem i odwróciła głowę; nie chciała patrzeć w kościane, czarne od płomieni oblicze.
- Kochanie, oddałaś się swojemu mężowi. Pozwoliłaś, by w twoim ciele rosło prawdziwe zło. Zrobiłaś więcej, niż sobie wyobrażasz, i właśnie dlatego to musisz być ty. - Słowa zmroziły ciężarną. - Przepraszam, naprawdę. Gdyby nie ty, to z pewnością inna zajęłaby twoje miejsce, uwierz mi - dodała po chwili drżącym głosem. Spętana ofiara, bo tymże najpewniej była, słysząc te słowa zapłakała, rzucając się na niewygodnym, wypalonym pniaku. Szatynka machnęła znów ręką i wszyscy mężczyźni dopadli do czarnoskórej niby sępy, rozcinając jej więzy. Potem każdy z nich złapał biedaczkę za rękę lub nogę.
- Jesteśmy gotowi.
- Pospiesz się.
- Wierzę w ciebie. Dasz sobie radę.
- Dam - szepnęła po raz kolejny kobieta, dotykając w nad wyraz czuły sposób policzka ciężarnej. Cofnęła się o krok i odwróciła do krzyża, gdy ofiara - bo tak należałoby określić przyszłą matkę - znowu zaczęła krzyczeć i prosić. Zaintonowano kolejną dziwną pieśń w obcym języku, ignorowano jęki.
Kobieta spośród fałd szaty wyciągnęła nieduży nóż; czarnoskóra pisnęła przerażona i natychmiast przestała się wydzierać. Patrzyła jak zahipnotyzowana. Broń ta wyglądała na zwykłe kuchenne narzędzie, ale im dłużej ciężarna się przyglądała, tym większe miała obawy.
Spostrzegła symetryczną, acz nieregularną klingę pokrytą jakimiś dziwacznymi znaczkami. Część z nich, co ze zgrozą musiała przyznać, zdawała się poruszać w rozedrganym świetle płonącego krzyża. Rękojeść natomiast była wykonana z wykrzywionego rogu jelenia, bladego jak sama kość. Zauważyła ten detal tylko dlatego, że dłoń kobiety w masce zaczęła drżeć, podobnie jak jej głos, gdy szeptała coś sama do siebie. A potem wyrwał się z jej gardła jęk bólu, gdy przesunęła ostrzem po wnętrzu lewej dłoni; na ziemię spadło kilka kropli krwi.
- Matko! - zawołali mężczyźni, trzymając mocno barki i ramiona ciężarnej.
- Matko, wzywam cię! Przyjmij ofiarę tę i spełnij nasze skromne prośby! Matko, starsza, mądrzejsza i płodniejsza niż ludzkość, usłysz nas, objaw się nam, prosimy i błagamy... - Szatynka mówiła coraz głośniej, aż w końcu prawie krzyczała. Porzuciła też zrozumiały, angielski język, przechodząc płynnie w inny, obcy dialekt. Gardłowy, nieprzyjemny, chrapliwy, jednoznacznie kojarzący się z jakimś zwierzęcym niemal skrzekiem.
Krwawiącą dłoń przycisnęła do koziej czaszki wiszącej na masce. Ciężarna wzdrygnęła się, widząc czerwony odcisk na osmolonej kości. Przez jakiś czas kobieta intonowała ohydną pieśń, a potem zamilkła. Słychać było jedynie trzask ognia, aż w końcu coś zaszeleściło w lesie. Wiatr, można by sądzić, ale jesienne powietrze było wilgotne, ociężałe, zbyt słabe, by poruszać koronami drzew tak mocno.
Czterech szaleńców w dziwacznych szatach nie zwróciło początkowo uwagi na to poruszenie - ich ofiara, porwana kobieta, przeciwnie - po chwili jednak z lękiem na twarzach zaczęli się rozglądać dokoła. Jeden z nich, ten z poparzonymi dłońmi, skinął głową do szatynki. Ponaglał ją.
- Jezu nasz, Ojcze Święty, Maryjo i Józefie, wszyscy święci, proszę, błagam, Panie Boże, miejcie mnie wszyscy w opiece... - W odpowiedzi na bluźniercze modły przebranej kobiety i wtórujący jej chór mężczyzn ciężarna zaczęła się modlić cicho, skromnie, nieśmiało. Bała się nie tylko ich, ale i tego, co mogło się czaić w lesie.
Bo coś tam było, nie miała już wątpliwości.
Zakapturzony mężczyzna również wyjął nóż, ten jednakże wyglądał jak pierwszy lepszy z kuchni - ciężarna dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to może być nóż z jej własnej kuchni. Zadrżała, gdy porywacz ostrożnie rozciął koszulę nocną odsłaniając ciemne, nagie i nabrzmiałe ciało kobiety.
Dotyk zimnego metalu na spoconej ze strachu skórze powodował gęsią skórkę. Porywacz rozerwał materiał ubrania i mamrocząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa, rozciął bieliznę, odsłaniając łono porwanej. Ta zaczęła się szarpać i wyrywać, ale bez skutku. Czuła nie tylko grozę, ale i wstyd.
Krzyknęła ze strachu, gdy kobieta w czaszce stanęła u jej stóp, zajmując miejsce mężczyzny z nożem wzniesionym nad głową. Wyśpiewała kolejne wersy mrocznego psalmu. Na moment zamilkła. Potem upadła na kolana, nagle, gwałtownie. Wahała się. Było to widać aż za dobrze nawet w tak nikłym świetle płonącego krzyża.
- Pospiesz się! - syknął jeden z mężczyzn, spoglądając lękliwie w stronę lasu.
- Mogę cię zmienić - dodał drugi.
- Nie - ucięła ostro kobieta. - Wiecie dobrze, że muszę to zrobić sama. Dam radę. Muszę - stwierdziła po chwili łamiącym się głosem. Kiedy jednak przesunęła ostrzem po skórze ud biednej kobiety, w stronę opuchniętego, wilgotnego sromu, sama się wzdrygnęła. Cofnęła nóż.
Wtedy ciężarna zrozumiała, że już jest po wszystkim. Umrze tutaj. Poparzony mężczyzna szepnął coś do kobiety, ta skinęła głową i przyłożyła nóż do brzucha. Chwilę potem pojawiła się pierwsza kropla krwi, potem kolejna i następna, gdy rozcinała skórę tuż poniżej pępka, aż do samego spojenia łonowego. Krew spływała gęstym, coraz szerszym strumieniem.
Piekło i szczypało, ale ból ten nie mógł się równać ze strachem. Adrenalina skutecznie maskowała cierpienie, przynajmniej z początku. Ciężarna już po chwili bowiem wydała z siebie donośne jęknięcie, gdy nóż rozcinał jej skórę i zagłębiał się w ciało, przecinając kolejne warstwy: tłuszcz, mięśnie i ścięgna. Potem krzyknęła po raz pierwszy. Szatynka przerwała ten okrutny zabieg, gwałtownie cofając zakrwawioną dłoń i nóż, szybko się jednak opanowała i kontynuowała.
Tego samego nie można było powiedzieć o ofierze. Była zbyt przerażona, obolała, by zdać sobie sprawę z tego, co się właściwie wydarzyło. Dopiero po chwili, gdy klinga sztyletu wcinała się coraz głębiej w jej trzewia, poczuła prawdziwy, pierwotny wręcz ból. Wrzeszczała z obezwładniającego cierpienia co sił w płucach, lecz męki przybierały na sile z każdą kolejną chwilą. Balansowała na granicy przytomności, co i rusz zatapiając się w mrok, gdy ostrze rozcinało jej wnętrze. Co gorsza, cierpienie i tak nie mogło się równać z tym, co dopiero miało nadejść.
Nocną ciszę, oprócz jęków ciężarnej, przerwało nagle kwilenie dziecka. Niemowlęcia siłą wyrwanego z ciała matki. Ostatnią rzeczą, nim owładnęła ją zimna i nieprzyjazna ciemność, był widok samotnej, spadającej gwiazdy. Z chwilą, gdy zetknęła się z linią horyzontu, znikając za szczytami drzew, zalśniła mocniej, choć trwało to tylko jedno, krótkie - i ostatnie - uderzenie serca kobiety.
Płacz malca ustał moment później.
Nad polaną zapadła namacalna wręcz cisza i upiorny spokój. Słaby wiatr zniknął, korony drzew przestały się poruszać i drżeć, nawet nieliczne chmury zwolniły swój taniec na ciemnym niebie. Wszystko zamarło.
- Udało się? - zapytał nieśmiało jeden z mężczyzn cicho, jakby z lękiem.
- Miejmy taką nadzieję - odparła słabo kobieta. - Ofiara została złożona, teraz musimy przygotować pieczęcie. Ephraim, dasz sobie radę? Paul, wiesz co masz robić? Larry? Walton? - zaczęła zwracać się bezpośrednio do każdego głosem ciepłym, łagodnym, błagalnym wręcz. Drgnęli, słysząc swoje imiona.
Wkrótce siedzieli w automobilu, już bez masek, bez kapturów. Uroczyste białe szaty, obficie zroszone krwią, odcinały się od skromnego, acz czystego wnętrza studebakera. Atmosfera była ponura, grobowa wręcz. Nikt się nie odzywał. Byli bladzi i przerażeni tym, co się właśnie wydarzyło. Chuda, drobna kobieta cierpliwie opatrywała swoją lewą dłoń, zawijając ciasno bandaż. Na nieskazitelnym, białym materiale widniała pojedyncza wstęga krwi.
Chwilę później zajęła się poparzonymi dłońmi swego kolegi. Ten przysadzisty mężczyzna w okularach i z niewielkim plackiem łysiny pośród ciemnych kędziorów dyszał ciężko i ze strachem spoglądał na oparzenia; skóra pokryta była pęcherzami i bąblami, czerwona, wrażliwa.
- Przepraszam, Ephraim - szepnęła, zaciskając ranną dłoń w pięść. Skrzywiła się lekko, ale nie przeszkodziło jej to sięgnąć do torby lekarskiej.
- Nie twoja wina. Sama nie mogłaś tego zrobić.
- Wiem, ale...
- Już się nie tłumacz - dodał kolejny z mężczyzn, wyższy, ale mówił cicho, wstrząśnięty niedawnymi wydarzeniami.
- Ja to cię podziwiam. Nie dałbym rady.
- Ja nie dałabym rady bez was.
- Ale musiałaś... no wiesz... - zaczął nieśmiało niższy z nich.
- Tak, Paul. Tego wymagał rytuał.
- To była najgorsza część - odezwał się poparzony. - Pieczęcie i cała reszta to tylko formalność, ale jestem pewien, że wytrzymają. Czułem ich moc, wiecie?
Zapadła niezręczna cisza. Szatynka uśmiechnęła się słabo, patrząc w oczy swym kolegom i dziękując w ten sposób za miłe słowa. Szybko i sprawnie opatrzyła rany okularnika, szepcząc mu, by mimo wszystko poszedł do lekarza i do szpitala, bo nie spodziewała się aż takich komplikacji.
- No. Inaczej się nie dało - stwierdził siedzący za kierownicą brunet pewnym siebie głosem. Z kieszeni wyciągnął srebrną papierośnicę z grawerunkiem, inicjałami PL. Niespiesznie zapalił papierosa; potem poczęstował wszystkich pozostałych. Jedynie kobieta odmówiła.
- Koniec tematu. Jedźmy stąd, zanim to cholerstwo wylezie z lasu - rzucił okularnik, oglądając świeży opatrunek.
- Skąd pewność, że w ogóle przyjdzie?
- Rytuał się udał - zapewniła kobieta cicho, walcząc z ciężarem ostatnich wydarzeń.
- I jest cicho. Zawsze jest cicho, gdy idzie. A łapacze powinny... zadziałać.
- Powinny? - zapytał bez przekonania.
- Tak - odparł tamten. - Same w sobie dają ochronę, ale teraz, gdy zostały oblane krwią... no, zbezczeszczone, jeśli wolisz... będą pułapką. Jeśli wejdzie, to już nie wyjdzie.
- Jeśli...
- Hej, nigdy tego nie robiłem.
- To był mój drugi raz - podsumowała cichym głosem kobieta. - Pierwszy... nie skończył się dobrze. Wynośmy się. Fred pewnie na nas czeka.
Studebaker strzelił z rury wydechowej, wyrzucając w nocne, wilgotne powietrze chmurę spalin. Chwilę później zniknął pośród drzew, wracając tą samą drogą, którą przyjechał. Mgła się rozpierzchła, chmury natomiast zanikały, ukazując ciemne, rozgwieżdżone niebo i księżyc w pełni. Jechali w milczeniu przez długi, długi czas, zostawiając za sobą miejsce zbrodni.
- Zrobiłeś to? - Kobieta zapytała na powitanie, wysiadając ze studebakera i zmierzając prosto do czarnego chevroleta. Automobile zaparkowane były gdzieś na obrzeżach lasu, daleko od tartaku i miasta; w tle słychać było szmer płynącej wody i pohukiwanie sowy. Krzyżujące się światła reflektorów tańczyły na powierzchni Susquehanny.
- Tak - odparł zmęczonym głosem niski, ponuro wyglądający jegomość o zmierzwionych włosach, w brudnych, zaniedbanych ubraniach. Siedział na przednim błotniku i zapalił papierosa. Płomień tańczący na końcówce łebka zapałki oświetlił mu twarz, uwypuklając ogorzałe rysy. Moment później srebrzysty, tytoniowy dym uniósł się ku niebu.
Odpowiedź ta najwyraźniej zadowoliła kobietę, bo westchnęła z ulgą.
- Wyciąłeś na skórze symbol? Złamany krzyż? Rozsypałeś ochronny krąg i zrobiłeś glify? Bo jeśli nie... - zaczął okularnik, uważając na zabandażowane dłonie podczas wysiadania ze studebakera.
- Nie jestem idiotą, Holland - burknął palacz, strzepując popiół. - Jak tylko zaparkowałem, to zrobiłem mu ten znaczek. Sypnąłem też popiołem, solą, mąką czy co to było, a cegłówkę odbiłem w piachu i zaśpiewałem piosenkę jak jakiś świr, tak jak kazałaś. A teraz pieniądze. Obiecałaś, że mi zapłacisz - zwrócił się do szatynki.
- Mąka, cegłówka? - obruszył się tamten. - Proch, stempel i pieśń! Ty wiesz, ile ja się tego naszukałem? - rzucił agresywnie okularnik, ale zanim zdołał coś jeszcze powiedzieć, kobieta uśmiechnęła się szeroko, promieniejąc ze szczęścia. Szybko wyjęła z kufra automobilu papierową torbę; sprawdziła zawartość i po chwili zadowolona wręczyła zapłatę. Na widok kilkunastu banknotów mężczyźnie rozświetliły się oczy.
Szatynka zaś, nie przejmując się niczym, ściągnęła przez głowę okrwawiony habit.
Stała naga, a mimo niskiej temperatury jej skórę pokrywał pot. W nikłym blasku można było zauważyć, że miała smukłe ciało, może nawet trochę wychudzone, do tego między drobnymi piersiami widniał wymalowany na skórze skomplikowany piktogram. Nijak nie wydawała się zawstydzona obecnością towarzyszących jej mężczyzn. Oni również nie zwracali uwagi na fakt, że kobieta obok się obnażyła.
Rozmowa jednak się urwała. Odwrócili się z czystej przyzwoitości.
Spośród pięciu mężczyzn jeden - niski, szczupły szatyn, ugniatający nerwowo brzeg mnisiego habitu w dłoniach - odwrócił ze wstydem wzrok i odszedł na parę kroków. Zachowywał się tak, jakby bał się spojrzeć na jej nagość. Nawet w słabym świetle księżyca widać było, jak rumieniec oblewa mu twarz.
- Paul, skarbie, nigdy nie widziałeś nagiej kobiety? - zapytała ranna szatynka, trzęsąc się z zimna. Próbowała zmienić temat, bo dyskusje dotyczące ostatnich wydarzeń były bardziej niż przykre. Niezbyt jej to wyszło z powodu październikowego chłodu. Dwóch mężczyzn sięgnęło do kufra chevroleta i wyciągnęło gruby płaszcz, narzucając go na ramiona nagiej.
Kilka chwil później, pośród wymuszonego śmiechu i równie nienaturalnych docinków - a przecież niedawno zamordowali ludzi, odprawili jakiś bluźnierczy rytuał! - zapakowali się do automobilów i ruszyli w drogę. Milczeli, odzywając się tylko wtedy, gdy było to konieczne. Wkrótce kierowca studebakera zjechał do zaułka niedaleko starego kościoła, od strony cmentarza oraz kilku niedużych, ale już opuszczonych szop i stodół, po czym przesiadł się do chevroleta.
Spieszyli się, ale ruchy mieli wyćwiczone, mechaniczne wręcz. Tak jakby robili to wszystko nie pierwszy już raz, co tylko potęgowało absurdalną grozę sytuacji. Musieli jednak porzucić wóz i uciec, zanim ktoś ich zauważy.
Dopiero teraz, będąc w drodze przez przedmieścia Pine Hills, pozostali pasażerowie ściągnęli białe szaty, lecz pod spodem mieli zwyczajne ubrania. Tweedowe spodnie, szelki, marynarki i grube swetry, białe koszule, a jeden nawet krawat. Wcisnęli zmięte habity pod nogi, skręcając w wąską, zalesioną alejkę.
Byli bezpieczni. Gdy przysięgli, że nikomu nie powiedzą o wydarzeniach mijającej nocy, rozpierzchli się w świetle księżyca. Z poczuciem dobrze spełnionego, choć okrutnego obowiązku, zniknęli, by wkrótce oddać się w objęcia Morfeusza.
Zasłużyli na odpoczynek.
Zasnęli w swoich łóżkach, w swych domach i mieszkaniach zmęczeni, ale zadowoleni i pełni nadziei na lepsze jutro. W końcu dokonali czegoś strasznego, ale wspaniałego i wielkiego zarazem, prawda?