Wyruszyli zgodnie z planem i jechali szybko. Niebo rozpościerało się nad ich głowami jak napięte płótno. Drogi były puste, a światło przybrało chłodny odcień katedralnego błękitu. Amos nie prowadził zbyt często, ale lubił to uczucie, gdy elegancki samochód sunął spokojnie, raz po raz wyrywając się do przodu pod naciskiem jego stopy.
Za oknem przemykał krajobraz - drzewa, drzewa, czasem jakaś skała. Patrzył, jak stodoła zbliża się i błyskawicznie znika w tyle. Wyblakłe gonty, rzędy drewna na ganku. Był wczesny październik. Lato zostało pokonane, ale zimowy chłód nie sięgał jeszcze okapów budynków. Wszystko wydawało się łaskawe i możliwe. Czekały ich jeszcze dobre dni.
Claire z westchnieniem zamknęła książkę. Amos odwrócił się i położył jej dłoń na kolanie, a ona uśmiechnęła się bez słowa i oparła głowę o szybę. Z tyłu patrzyła na ich Anna.
- Jeśli będzie padać - zaczęła - to może pójdziemy do kina?
Czuła, że ojciec zastanawia się, co jej odpowiedzieć.
- To znaczy, że ma padać? - spytał.
Claire podniosła wzrok.
- A jak bardzo nie jesteś na to przygotowany?
W tym przytyku była odrobina czułości. Ogólnie rzecz biorąc, lubiła ten jego beztroski spokój, z jakim nagle docierało do niego, że nie spakował czegoś ważnego. Ale czasami, gdy przez tę swoją nonszalancję ubierał się niestosownie do okazji, ogarniała ją niespodziewana złość. I wtedy miała wręcz ochotę go uderzyć, jakby był dzieckiem albo pijakiem, który nie potrafił zamilknąć. W pewnym istotnym sensie wydawał się niepoważny.
Amos machnął na to ręką.
- To ma padać czy nie?
Anna wzruszyła ramionami.
- Tak czy siak - Claire zmieniła temat - nie wolno ci jeść żadnych twardych cukierków. Pamiętaj, co mówił lekarz.
Amos głośno parsknął.
- Co? - zapytała Anna.
- Twojego ojca bolał ząb i myślał, że umiera.
Amos postanowił tego nie komentować. Popatrzył w lusterku na córkę, a ona odwzajemniła spojrzenie. Wykrzywił się i zmarszczył brwi, jakby ktoś poprosił go, by ściszył muzykę. Poczuł na policzku palący wzrok Claire.
- Nie będzie padać - oznajmił. - Na pewno nie w jego urodziny. Emerson nigdy by na to nie pozwolił.
Tamtego ranka Amos siedział na krawędzi fotela, podczas gdy higienistka poszła po dentystę. Udał się do gabinetu, ponieważ zauważył krew w umywalce i małe zgrubienie na dziąśle. "Zgrubienie" - tak to nazwał przez telefon. Niewielka wypukłość. Czego nie chciał powiedzieć? Oczywiście słowa "guzek". Bo każdy wiedział, co następuje po wykryciu guza, a plucie krwią w filmach zawsze było zwiastunem śmierci.
Claire zapewniała go, że to nic poważnego.
- Jestem lekarką - przypomniała.
- A przy tym moją żoną - odparł. - A ja potrzebuję bezstronnej opinii.
- Dlatego tym bardziej powinieneś mi zaufać. Bo gdybym była stronnicza, to raczej podniosłabym alarm, prawda?
W tamtej chwili jej argument wydawał się rozsądny, ale gdy Amos usłyszał skrzypiący pod nim fotel, uświadomił sobie, że gabinet jest cichy i pusty, i pomyślał, że może powinna była to zrobić.
- Pan Amos - powiedział doktor Phillips, wchodząc do środka. - Używa pan nici dentystycznej?
Amos pokręcił głową.
- Nie będę pana oszukiwał.
- Rozumiem - odparł lekarz obojętnym tonem. - W takim razie zobaczmy, co tam się dzieje.
Amos odchylił się do tyłu. Przyznał, że ten żart był dziwny. A czy był też zabawny? Raczej tak. Może nie jakoś wybitnie, ale dosyć. Szczególnie jak na pacjenta gabinetu stomatologicznego. Czego on się spodziewał? Czy inni opowiadali lekarzowi lepsze żarty? Ale komu on się tłumaczył? Dlaczego nie mógł po prostu siedzieć cicho?
Tędy właśnie pędziły jego myśli, gorączkowo szukając spostrzeżeń, obserwacji i dowcipów. Błądziły jak zdesperowane i spragnione palce chłopaka, który szarpie się niezdarnie z haftką sukienki. Wiedział, co robił - śmiał się i uśmiechał, rzucał ironiczne uwagi. Patrzcie na mnie, na ten teatrzyk, patrzcie, jaki jestem spokojny i wyluzowany. Ale to były tylko puste, podszyte lękiem nadzieje.
Po chwili lekarz cofnął się i odwrócił od niego na krześle.
- Nie ma się pan czym przejmować.
Amos chciał sprawiać wrażenie spokojnego, ale mimo wszystko przeszedł go dreszcz adrenaliny i ulgi.
- Mam się nie przejmować? - spytał.
- Rozumiem, czyli jeszcze nie miał pan usuwanych ósemek - stwierdził lekarz, wyrzucając rękawiczki do kosza przy drzwiach.
- Nie - odparł. - Moja matka...
Amos przestał słuchać nawet siebie samego. Nagle gabinet wydał mu się jasny, wręcz przyjazny. Wizyta znów przekształciła się w rutynę.
Nic tu po nim. Zaraz wróci do pracy i zadzwoni do Emersona. Powie mu, że wszystko jest w porządku i będzie dobrze.
Anna zbadała wzrokiem małe znamię na kolanie, a następnie oparła głowę na siedzeniu. Po jej prawej leżał szkicownik, który ostatnio zaczęła ze sobą nosić, jego kartki były grube i drogie, w większości puste. Dotknęła okładki. Jeszcze się go nie wstydziła. Wciąż wierzyła, że może wpłynąć na to, kim się stanie.
Po obu stronach drogi rosły drzewa. Samochód zdawał się płynąć między nimi. W pewnym momencie miasto zniknęło. Teraz była tylko zieleń - rozległa i majestatyczna niczym woda. Myśli o zesztywniałych ulicach się oddalały; gruchanie gołębi stopniowo cichło, aż w końcu ustało.
Anna otworzyła okno.
Claire podniosła wzrok znad książki.
- Musisz?
- Ale tak pięknie pachnie.
Matka nie odpowiedziała. Po chwili Anna zamknęła okno. Wiatr za szybą wciąż marszczył krajobraz.
- Długo się bałeś? - spytała.
- Co? - odezwała się Claire.
- Nie ty, tata. Długo się bałeś o ten ząb?
- Och, ty mój futrzaku. Ja się nie bałem, ja tylko... - Przed oczami stanęła mu zajęta gangreną noga ojca. - Chciałem się upewnić.
Anna wydawała się nieprzekonana, a Amos wyobraził sobie, że mówi dalej i do tego, co już wiedziała o swoim dziadku - że umarł, zanim się urodziła - dodaje szczegóły o tym, jak wyglądał, gdy leżał w dużym pokoju, jego kości były przeżarte rakiem, a łydka przypominała gnijący w słońcu kabaczek. Mógłby jej opowiedzieć, jak stali nad najtańszą sosnową trumną, która sama w sobie nie wzbudziłaby w nim żadnych uczuć, gdyby matka nie krzyczała, że oczywiście nie mają na nią pieniędzy, a ojciec oczywiście nie zadbał nawet o tę jedną, przeklętą rzecz.
To nie zajęłoby długo. Dzięki właściwym detalom mógłby stworzyć obraz, który uchwyciłby jakąś część prawdy. Mój ojciec: przykład tragicznego, wyniszczającego zaniedbania; dwukrotnie rozwiedziony, zapił się, przeżarł i zakopcił na śmierć. Miał sześćdziesiąt dwa lata. Jego wypłowiałe oczy przypominały wygasający żar; w jego szafie leżało pudełko niezapłaconych rachunków. A ja? Krótki śmiech. Tamtej wiosny skończyłem dwadzieścia lat. Gdy wyrzucaliśmy jego łóżko, z materaca wybiegły mrówki.
Zobaczył w myślach twarz Anny w reakcji na jego słowa. Poważną i nieco zdezorientowaną. Widział też twarz Claire, jej zirytowane i kpiące rozbawienie. Ona już o tym słyszała, choć ostatnio kilkadziesiąt lat temu, w tamtych czasach, kiedy oparci na łokciach, w plątaninie prześcieradeł, wyrzucali z siebie swoje historie. Ale to było dawno; teraz już nie mieli takiej potrzeby. Dlaczego jej o tym mówisz?, pytałyby jej oczy.
Amos nie znał odpowiedzi na to pytanie. Czasami po prostu czuł, że musi podzielić się czymś z córką. Ta potrzeba stawała się niekiedy tak silna jak pragnienie spowiedzi.
Popołudnie było naprawdę piękne. Jechali razem w ciszy na urodziny jego najlepszego przyjaciela. I choć czekało ich święto, równie dobrze mógłby to być zwyczajny, niczym niewyróżniający się weekend. Bo taki świat sobie wymyślił, taki stworzył. A co dobrego wyniknęłoby z ekshumacji cuchnącego kawałka przeszłości? Nic. Albo naprawdę niewiele. Dlatego porzucił ten temat i się uśmiechnął - do siebie, do drzew i do swojego klimatyzowanego, bezpiecznego samochodu.
Wtedy poczuł na sobie wzrok Claire.
- Dobrze, że jedziemy - zaczęła. - On udaje, że mu nie zależy, ale...
Skinął głową. Właściwa impreza miała się odbyć dopiero w przyszłym tygodniu, coś godnego idei pięćdziesięciu dwóch lat. Przyjaciele i znajomi z pracy odziani w eleganckie spodnie; przy barze ostrygi i marynowane cebulki. Ale to nie miało znaczenia. Urodziny były w niedzielę, wszystko, co warte zapamiętania, wydarzy się właśnie wtedy. Trąbki, czapeczki i świeczka wetknięta w czubek jajka na miękko.
Anna ziewnęła na tylnym siedzeniu. Claire wyciągnęła ręce do przodu i zaczęła stukać palcami o deskę rozdzielczą. W rodzinie nigdy nie panuje całkowita cisza. Jej przeszłość i oddech to potwierdzają.
Każde z nich będzie wspominać tę podróż inaczej. Będą się dziwić, jaka była zwyczajna, i szukać w niej znaków. Czy już wtedy coś się popsuło? Czy już wtedy wszystko było stracone? Będą się zastanawiać. Nie będą wiedzieć.
Claire odwróciła się do Amosa.
- Dzięki, że trzymasz ster.
Położył jej rękę na udzie, a ona przesunęła się, by zatrzymać ją między swoimi kolanami. Samochód sunął naprzód. Amos płynął wraz z nim przez swoje spokojne, harmonijne życie.