Wspomnienie - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSPOMNIENIE.

Było mi bardzo źle na świecie i pomimo wbijania sobie w pamięć chłopskiego przysłowia: "Jak się człowiek przyłoży, to mu i w piekle niezgorzej", przyłożyć się do nędzy, jaka mnie żarła, nie potrafiłem. A sprawowałem wówczas na kolei Wiedeńskiej urząd tak znaczny, że pensya starczyła mi akuratnie na herbatę i papierosy. Resztę zaspokajał kredyt w bufecie stacyjnym i pożyczki. Posadka była podła, warunki okropne, nędza nie do wytrzymania i żadnej nadziei poprawienia losu. Rezydowałem na linii, pomiędzy stacyami, we wsi, przylegającej do plantu. I od świtu do nocy musiałem dozorować robót kolejowych. Na przerwy miałem w chłopskiej chałupie izdebkę obok chlewika i pod oknem najpiękniejszą gnojówkę w Rzeczypospolitej; miałem zawsze dziurawe buty, ubranka, pożal się Boże i nigdy nienasycony apetyt. Ale przy tem wszystkiem, miałem lat dwadzieścia, żelazne zdrowie i niezachwianą wiarę w ideały. Do tego nawet stopnia, że niekiedy pozwalałem sobie zuchwale marzyć o podwyżce pensyi lub o przeniesieniu się z linii do biura dystansu. Kończyło się jednak na marzeniu, bowiem mój naczelnik i dystansowi dygnitarze traktowali mnie bardzo nieżyczliwie, prawie wrogo. Jakże! ciążyło na mnie podejrzenie pisywania poezyi, a co najgorsze, nawet złośliwych korespondencyi o stosunkach kolejowych do pisma postępowego. Na domiar złego, zapuściłem sobie wspaniałą grzywę, nosiłem binokle i prenumerowałem Prawdę Świętochowskiego. Wystarczało, żeby mnie wytykano palcami. Byłem zgubiony w opinii, a moja posadka wisiała na włosku pananaczelnikowej łaski. Nie miałem przyjaciół, ni protektorów. Było mi bardzo źle, więc uciekałem z rzeczywistości ohydnej w cudne ostępy marzeń zaciekłych, upajających, maniackich - marzeń o sławie i zdobyciu świata. Naturalnie, nikt o tem nie wiedział. Byłem bardzo nieśmiały. Bałem się nadewszystko drwin i spojrzeń politowania. Zwłaszcza bałem się kobiet. Wolałem o nich marzyć zdaleka. Drwiły też sobie ze mnie. Wszak miałem nędzną posadę i pisywałem poezye. Zaiste, godzien byłem śmiechu i wzgardy. Może właśnie dlatego nie zapraszano mnie nigdzie. Koledzy trzymali się ode mnie zdaleka. - Ostrożnie z nim - usłyszałem kiedyś - zbiera wzorki, jeszcze was kiedy opisze! Prawda, pisywałem poezye, popełniałem dramaty, bazgrałem powieścidła, lecz żebym mógł i chciał zbierać wzorki! Nikczemna insynuacya! Ja, który gardziłem światem i ludźmi, a rzeczywistość miałem za głupi, nędzny koszmar, niegodzien uwagi! Ja miałbym się zniżać do opisywania brudnej kałuży życia! A przytem, mówię szczerze, nigdy i nic nie potrafiłem zaobserwować i zawsze wśród ludzi chodziłem po omacku, jak ślepy. Ledwiem przebolał ten epizod, gdy zdarzył się fakt, który mnie dotknął stokroć boleśniej. W moim rewirze pociąg zabił robotnika. Stało się to podczas szalonej zadymki. Złożyłem o tym wypadku raport do władzy, jak to byłem powinien. Naczelnik odesłał go z dopiskiem czerwonym ołówkiem: "zwracam nowelkę, a proszę o ścisły raport o wypadku. Niech pan się lepiej zajmie służbą, a nie literackiemi wypracowaniami." Monit był słuszny. Zgryzłem się niezmiernie. A w dodatku dostałem się znowu na języki. Mój nieszczęśliwy raport, juści skarykaturowany, przekręcony i upstrzony dodatkami, wyfrunął na świat i krążył po stacyach, ku uciesze kolejarzy. Bawili się moim kosztem. Byłem zrozpaczony. Protestowałem, ale mi nikt nie uwierzył. W tym czasie spotkałem w Skierniewicach, w bufecie, jednego z kolejowych "inteligentów", który uchodził za anarchistę, pono czytywał Bakunina i zawsze miał pełne kieszenie rosyjskich broszurek, wydawanych za granicą. Była to chluba naszego dystansu; wprawdzie do biura rzadko zaglądał, częściej natomiast przesiadywał w bufecie, ale znał się na wszystkiem i z niezachwianą pewnością wyrokował o wszystkiem. Zwierzyłem mu się ze swoich zmartwień. Poklepał mnie łaskawie. - Jak na urzędnika - raport pod pieskiem; a jak na literata, nowela i owszem podła! - palnął prosto z mostu i rozwiódł się szeroko o literaturze. Słuchałem z pokorą i nabożeństwem, a wreszcie ośmieliłem się postawić kawę. Odsunął wzgardliwie, wolał czystą; duży kieliszek i z gorzkiemi kroplami. Powtórzył parę razy, zaczął mi mówić ty i raz po raz brał moje papierosy. Skończyło się na tem, że przeczytałem mu cykl sonetów i prosiłem o szczere zdanie. - Arcydzieło - mruknął, a ja spłonąłem, jak dziewica przy pierwszych wyznaniach. - Na laurce kolega przepisz, różową wstążką obwiąż i zanieś cioci Kizi na imieniny! Owszem, w sam raz! - Gruchnął śmiechem i wyszedł. Zapłaciłem sześć dużych z kroplami i niby pies skopany powlokłem się do domu! I nie dość mu było tego, jeszcze potem rozpowiadał, jako czytałem mu cudze wiersze, przedstawiając je za swoje. Dawał na to słowo honoru. Tego już mi było za wiele, sprałem go przy bardzo wielu świadkach i do odwołania łgarstwa przymusiłem. Zrobiła się z tego powodu sroga awantura! Przy tej sposobności poznałem bliżej jednego z wyższych urzędników naszego dystansu, p. W., człowieka istotnie dobrego i wykształconego. Zajął się mną życzliwie i mojem pragnieniem przeniesienia się z linii do biura. - Wprawdzie naczelnik jest do pana uprzedzony, ale możnaby spróbować przez jego przyjaciółkę - powiedział. - Ale jak do niej trafić? Milczałem, bowiem anim imaginował o istnieniu takich dróg i przyjaciółki. - Chyba takim sposobem jakiego używają wszyscy dozorcy drogowi, a nawet i dróżnicy. Posyłać jej co pewien czas jajek, masła, to zajączka... Chwyciłem się tej rady i, chociaż z największym wysiłkiem, zdobyłem się na te pańszczyźniane gościńce. Zwłaszcza nie żałowałem jej zwierzyny. Pomiędzy robotnikami miałem kilku doskonałych kłusowników, a cesarskie lasy leżały tuż nad plantem. Posyłałem kuropatwy, posyłałem bażanty, posyłałem cyranki, ale dopiero po otrzymaniu wspaniałego dzika zażądała, bym przyjechał. Pojechałem ze drżeniem. Przyjęła mnie bardzo uprzejmie. Przedstawiła mi się dosyć szczególnie. Posunięta w latach, beczkowata, cale jeszcze przystojna, czarna, ze złotemi kołami w uszach, wymalowana, niesłychanie ruchliwa, wyglądała na jakąś eks-aktorkę. Poczęstowała mnie herbatą, kazała siedzieć przy sobie na małej kanapce i opowiadać, co mi dolega. Ciekawa była wszystkiego, nawet moich wierszy, o których coś niecoś słyszała. Musiałem zadeklamować. Wzruszona, prosiła, bym napisał coś do jej albumu i przywiózł jak najprędzej. Wyszedłem oczarowany i pełen najpiękniejszych nadziei. Wkrótce zawiozłem jej jeden z moich ukochanych wierszy, interpretacyę Szopenowskiego preludyum! Zachwycił ją niesłychanie i tak mi dziękowała, tak paliła dziwnie oczami, tak stawała się słodką, uprzejmą i omdlewającą, że pod jakimś naprędce wymyślonym pretekstem uciekłem. Żałowałem tego później, sądząc, że babus się obrazi. Nie pogniewała się jednak. A w parę dni potem, p.W. napisał, abym się zjawił u niego w najbliższą sobotę. - Zajączki swoie zrobiły - zaśmiał się na przywitanie. - Naczelnik zmiękł, weźmie pana do swojego biura, na zastępcę rysownika, na razie jako wolnonajemnego! Jutro Nowy Rok, idziemy gremialnie mu winszować, pójdzie pan z nami, pro forma trzeba go o tę posadę poprosić, to już z nim umówione. Przyjdź pan na dziesiątą, nie później, bo w samo południe jedzie do Warszawy. Musi pan podziękować i protektorce! Właśnie mam liścik do pana, przysłała przez woźnego. - Uśmiechnął się jakoś dziwnie. List wsunąłem do kieszeni. Nowina spadła na mnie oszołomieniem. Drzwi raju rozwarły się naraz przede mną. Skrzydeł dostałem. Dławiła mnie niewypowiedziana radość! Skończą się moje tułaczki, nędze, samotność. Zacznę żyć po ludzku. Pilno mi było pozostać sam z marzeniami o przyszłem szczęściu, ale wychodząc, zobaczyłem na bocznym stoliku całą górę książek. - "Trylogia" Sienkiewicza! Dopiero co wyszła, kupiłem dla czytelni. Pożyczyłem do przejrzenia, obiecując odnieść jutro rano i z poprzecinanemi kartami. Poszedłem szukać noclegu do jednego z kolegów; miał słynną z ogromu kanapę, na której w każdej porze można było znaleźć śpiących. Trafiłem jednak na zabawę! Obchodzono Sylwestra. W nizkich, strychowych pokoikach było ciemno od dymu, dzwoniły szkła i huczały nieludzkie wrzaski. Zabawiała się tam młodzież z poczty, z powiatu, z zarządu księstwa, cała kupa kolejarzy i parę przygodnych panienek. Zabawa była składkowa, więc każdy hulał na swój sposób. Grano w karty, sztos szedł aż miło, Reszta piła, jadła i ryczała. Ktoś wygrywał na trąbce fanfarę, ktoś wybębniał walca na starym, okropnym fortepianie. Czasem śpiewano chórem małorosyjskie pieśni, modne podówczas między młodzieżą. Wyniosłem się niezauważony do jakiegoś obskurnego hoteliku. Nora była ohydna, lecz za pokoik płaciło się pół rubelka. Kazałem sobie przynieść lampę, samowar, dużo bułek i pół pieczonej gęsi. Chudy żydek, dostarczywszy wszystkiego, zażądał natychmiastowej zapłaty. Wsiadłem na niego z góry, nie pomogło. - Goście się spieszą na pociąg i często zapominają zapłacić - tłómaczył. Zapłaciłem, zwracając mu za to uwagę na karaluchy, łażące po ścianach. - Co to szkodzi! Uni sobie na ścianie, a pan dobrodziej sobie na łóżku. Wielki gwałt, jeszcze taki mały robak nikogo nie zjadł! Pan dobrodziej nic już więcej nie potrzebuje? Ja znam śliczne osobę... una jest narzeczona jednego oficera... Zostałem wreszcie sam i z marzeniami o niedalekiej przyszłości.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.