Dramatis personae
Karawanseraj
Zrzęda: strażnik karawanowy
Stonny Menackis: strażniczka karawanowa
Harllo: strażnik karawanowy
Buke: strażnik karawanowy
Bauchelain: podróżnik
Korbal Broach: jego małomówny towarzysz
Emancipor Reese: służący
Keruli: kupiec
Marmur: czarodziej
W Capustanie
Brukhalian: Śmiertelny Miecz Reve Fenera (Szare Miecze)
Itkovian: Tarcza Kowadło Reve Fenera (Szare Miecze)
Karnadas: Boży Jeździec Reve Fenera (Szare Miecze)
Rekrutka Velbara: (Szare Miecze)
Starszy Sierżant Norul: (Szare Miecze)
Farakalian: (Szare Miecze)
Nakalian: (Szare Miecze)
Torun: (Szare Miecze)
Sidlis: (Szare Miecze)
Nilbanas: (Szare Miecze)
Jelarkan: książę i władca Capustanu
Arard: książę i władca in absentia Koralu
Rath'Fener: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Tron Cienia: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Królowa Snów: (kapłanka z Rady Masek)
Rath'Kaptur: (kapłan z Rady Masek)
Rath'D'rek: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Trake: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Pożoga: (kapłanka z Rady Masek)
Rath'Togg: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Fanderay: (kapłanka z Rady Masek)
Rath'Dessembrae: (kapłanka z Rady Masek)
Rath'Oponn: (kapłan z Rady Masek)
Rath'Beru: (kapłan z rady Masek)
Zastęp Jednorękiego
Dujek Jednoręki: dowódca armii malazańskich renegatów
Sójeczka: zastępca dowódcy armii malazańskich renegatów
Skręt: dowódca Czarnych Moranthów
Artanthos: chorąży armii malazańskich renegatów
Koszar: oficer łącznikowy
Hareb: szlachetnie urodzony kapitan
Ganoes Paran: kapitan, Podpalacze Mostów
Nerwusik: sierżant, Siódma Drużyna, Podpalacze Mostów
Wykałaczka: kapral, Siódma Drużyna, Podpalacze Mostów
Detoran: żołnierka, Siódma Drużyna
Trzpień: mag i saper, Siódma Drużyna
Niewidka: żołnierka, Siódma Drużyna
Młotek: uzdrowiciel, Dziewiąta Drużyna
Płot: saper, Dziewiąta Drużyna
Biegunek: żołnierz, Dziewiąta Drużyna
Szybki Ben: mag, Dziewiąta Drużyna
Chwiejny: (kapral Podpalaczy Mostów)
Bucklund: (sierżant Podpalaczy Mostów)
Knypek: (saper Podpalaczy Mostów)
Mierzwa: (uzdrowiciel Podpalaczy Mostów)
Niebieska Perła: (mag Podpalaczy Mostów)
Goleń: (mag Podpalaczy Mostów)
Paluch: (mag Podpalaczy Mostów)
Zastęp Brooda
Caladan Brood: naczelny wódz armii wyzwoleńczej na Genabackis
Anomander Rake: władca Odprysku Księżyca
Kallor: wielki król, zastępca Brooda
Mhybe: matrona rhivijskich plemion
Srebrna Lisica: rhivijska odrodzona
Korlat: jednopochwycona Tiste Andii
Orfantal: brat Korlat
Hurlochel: zwiadowca armii wyzwoleńczej
Starucha: Wielki Kruk, towarzyszka Anomandera Rake'a
Barghastowie
Humbrall Taur: wódz wojenny klanu Białych Twarzy
Hetan: jego córka
Cafal: jego pierwszy syn
Netok: jego drugi syn
Darudżystańskie poselstwo
Coll: ambasador
Estraysian D'Arle: członek Rady
Baruk: alchemik
Kruppe: obywatel
Murillio: obywatel
T'lan Imassowie
Kron: władca T'lan Imassów Krona
Cannig Tol: wódz klanu
Bek Okhan: rzucający kości
Pran Chole: rzucający kości
Okral Lom: rzucający kości
Bendal Home: rzucający kości
Ay Estos: rzucający kości
Olar Ethil: Pierwsza Rzucająca Kości i Pierwsza Jednopochwycona
Tool, Odrzucony: dawniej Pierwszy Miecz
Kilava: rzucająca kości - renegatka
Lanas Tog: z T'lan Imassów Kerluhma
Pannion Domin
Jasnowidz: król-kapłan Domin
Ultentha: septarcha Koralu
Kulpath: septarcha oblegającej armii
Inal: septarcha Lest
Anaster: Dziecko Martwego Nasienia z Tenescowri
Jasnodomin Kahlt
Inni
K'rul: pradawny bóg
Draconus: pradawny bóg
Siostra Zimnych Nocy: pradawna bogini
Pani Zawiść: mieszkanka Morn
Gethol: herold
Treach: Pierwszy Bohater (Tygrys Lata)
Toc Młodszy: Aral Fayle, malazański zwiadowca
Garath: wielki pies
Baaljagg: jeszcze większa wilczyca
Mok: Seguleh
Thurule: Seguleh
Senu: Seguleh
Przykuty: tajemniczy Ascendent (znany też jako Okaleczony Bóg)
Czarownica Tennes
Munug: rzemieślnik Daru
Talamandas: barghascka sznurołapka
Ormulogun: artysta z Zastępu Jednorękiego
Gumble: jego krytyk
Haradas: karawanmistrz Gildii Kupieckiej Trygalle
Azra Jael: żołnierz piechoty morskiej z Zastępu Jednorękiego
Słoma: żołnierz Mottańskich Pospolitaków
Chlewik: żołnierz Mottańskich Pospolitaków
Kikut: żołnierz Mottańskich Pospolitaków
Kliwer Pień: żołnierz Mottańskich Pospolitaków
Prolog
Pradawne wojny między T'lan Imassami a Jaghutami rozdarły świat na
strzępy. Ogromne armie toczyły boje o spustoszone krainy, trupy tworzyły
wysokie stosy, ich kości stawały się kośćmi wzgórz, a krew krwią
oceanów. Potężne czary sprawiały, że niebo ogarniał ogień...
Historia starożytna, tom I Kinicik Karbar'n
I
Maeth'ki Im (Pogrom Zgniłego Kwiatu),
trzydziesta trzecia wojna jaghucka,
298665 lat przed snem Pożogi
Nad bagnami unosiły się chmury meszek, pośród których śmigały jaskółki.
Niebo ponad błotami nadal było szare, lecz utraciło już zimowy połysk
rtęci, a ciepły wietrzyk szemrzący nad spustoszoną krainą niósł zapach
uzdrowienia.
Powstałe ze stopniałych jaghuckich lodowców śródlądowe słodkowodne
morze, zwane przez Imassów Jaghra Til, było w agonii. Na południu - tak
daleko, jak okiem sięgnąć - blade chmury odbijały się w coraz bardziej
kurczących się sadzawkach, w których woda sięgała kolan, lecz mimo to w krajobrazie dominował nowo powstały ląd.
Złamanie czaru, który sprowadził zlodowacenie, przywróciło dawny,
naturalny rytm pór roku, wciąż jednak utrzymywało się tu wspomnienie o wysokich jak góry lodowcach. Na północy widać było odsłoniętą skałę,
pełną żlebów i szczelin, a zagłębienia terenu wypełniały głazy
narzutowe. Gęsty ił, stanowiący ongiś dno śródlądowego morza, nadal
bulgotał od uwalniających się gazów, lecz ziemia, która już od ośmiu lat
nie musiała dźwigać straszliwego ciężaru lodowców, powoli się podnosiła.
Życie Jaghra Til trwało krótko, lecz ił, który osadził się na jego dnie,
był głęboki. I zdradziecki.
Pran Chole, rzucający kości klanu Canniga Tola z Imassów Krona, siedział
nieruchomo na szczycie niemal całkowicie skrytego pod ziemią głazu. Stok
przed nim porastała krótka, ostra trawa. Pełno też tam było zmurszałych
kawałków przyniesionego tu ongiś przez fale drewna. W odległości
dwunastu kroków teren opadał lekko, przechodząc w szeroką, błotną
nieckę.
Dwadzieścia kroków od jej brzegu w trzęsawisku ugrzęzły trzy ranagi.
Byk, samica i cielę utworzyły żałosny krąg obronny. Uwięzione i bezradne
z pewnością wydały się łatwymi ofiarami stadu ay, które je tu odnalazły.
Błota były jednak zdradzieckie. Wielkie tundrowe wilki spotkał ten sam
los, co ranagi. Pran Chole naliczył sześć ay, w tym jednego roczniaka.
Tropy wskazywały, że inny roczniak okrążył zapadlisko dziesiątki razy,
po czym oddalił się na zachód. Osamotniony z pewnością nie uniknie
śmierci.
Jak dawno temu wydarzył się ów dramat? Nie sposób było tego określić.
Zarówno na ranagach, jak i na ay, błoto stwardniało już, tworząc spękane
gliniane płaszcze. Plamy jaskrawej zieleni wskazywały miejsca, gdzie z naniesionych wiatrem nasion wyrosły rośliny. Rzucający kości przypomniał
sobie wizje, które ujrzał, chodząc z duchami: zalew prozaicznych
szczegółów przeobrażonych w coś nierealnego. Dla tych zwierząt walka
będzie trwała po wsze czasy. Łowcy i ofiary zostały wspólnie uwięzione
na wieki.
Ktoś podszedł do niego i usiadł obok.
Pran Chole nie spuszczał wzroku ze znieruchomiałych postaci. Rytm kroków
już wcześniej zdradził mu tożsamość towarzysza, a teraz poczuł też
ciepłe zapachy, równie charakterystyczne jak wpatrzone w jego twarz
oczy.
- Co kryje się pod gliną, rzucający kości? - zapytał Cannig Tol.
- Tylko to, co nadało jej kształt, wodzu klanu.
- Nie dostrzegasz w tych zwierzętach żadnego omenu?
- A ty dostrzegasz? - odparł z uśmiechem Pran Chole.
- W tej okolicy nie spotyka się już ranagów - stwierdził po chwili
zastanowienia Cannig Tol. - Ay również nie. Mamy przed sobą starożytną
bitwę. W owym przekazie kryje się głębia, gdyż porusza on moją duszę.
- Moją również - przyznał rzucający kości.
- Sami wyniszczyliśmy ranagi swymi polowaniami, a potem ay zginęły z głodu, gdyż polowaliśmy też na tenagi, aż one również wymarły. Agkory,
które chodzą za stadami bhederin, nie chciały się nimi dzielić z ay i teraz tundra jest pusta. Wypływa stąd wniosek, że nasze polowania były
bezmyślnym marnotrawstwem.
- Musieliśmy wykarmić dzieci.
- A potrzebowaliśmy ich bardzo wielu.
- I nadal ich potrzebujemy, wodzu klanu.
- Jaghuci byli w tych okolicach niesłychanie potężni, rzucający kości -
rzekł z głośnym stęknięciem Cannig Tol. - Nie chcieli uciekać. Nie z początku. Wiesz, jak wiele krwi kosztowało to Imassów.
- A obfitość tej krainy stanowi naszą zapłatę.
- Wspomaga nas w wojnie.
- Tak właśnie dociera się do głębi.
Wódz klanu skinął głową.
Pran Chole czekał cierpliwie. Słowa, które dotąd wymienili, dotknęły
jedynie skóry sprawy. Chwila odsłonięcia mięśni i kości jeszcze nie
nadeszła. Cannig Tol nie był jednak głupcem, a ponadto oczekiwanie nie
trwało długo.
- Jesteśmy jak te zwierzęta.
Rzucający kości przeniósł wzrok na południowy horyzont. Na jego twarzy
pojawiło się napięcie.
- Jesteśmy gliną, a nasza trwająca bez końca wojna z Jaghutami jest
szamoczącym się w niej zwierzęciem - ciągnął Cannig Tol. - To, co kryje
się wewnątrz, nadaje kształt powierzchni. - Wyciągnął rękę. - Te
obracające się powoli w kamień stworzenia to klątwa wieczności.
To jeszcze nie był koniec. Pran Chole milczał.
- Ranagi i ay prawie całkowicie zniknęły z królestwa śmiertelników -
kontynuował Cannig Tol. - Zarówno łowcy, jak i ofiary.
- Aż po kości - wyszeptał Pran Chole.
- Gdybyś tylko dostrzegł omen - mruknął wódz klanu, prostując się.
Rzucający kości również się podniósł.
- Gdybym tylko go dostrzegł - zgodził się. W jego głosie pobrzmiewało
jedynie wątłe echo gorzkiej ironii rozmówcy.
- Czy jesteśmy już blisko, rzucający kości?
Pran Chole zerknął na własny cień, przyjrzał się ozdobionej porożem
sylwetce, postaci ukrytej pod futrzaną peleryną, niewyprawionymi skórami
oraz nakryciem głowy. Promienie słońca padały pod ostrym kątem, wskutek
czego wydawał się wysoki. Prawie tak wysoki jak Jaghut.
- Jutro - stwierdził. - Słabną już. Całonocna wędrówka osłabi ich
jeszcze bardziej.
- Świetnie. W takim razie klan rozbije tu dziś obóz.
Rzucający kości nasłuchiwał, jak Cannig Tol oddala się ku czekającym na
niego pozostałym członkom klanu. Gdy zapadnie zmrok, Pran Chole będzie
chodził z duchami. Wyruszy do szepczącej ziemi, szukając swych
pobratymców. Choć ścigana zwierzyna słabła już, klan Canniga Tola był
jeszcze słabszy. Zostało w nim niespełna tuzin dorosłych, a gdy
ściganymi byli Jaghuci, różnica między myśliwym a zwierzyną nie miała
większego znaczenia.
Uniósł głowę i powęszył. W wieczornym powietrzu wyczuwał łatwy do
rozpoznania odór innego rzucającego kości. Zastanawiał się, kto to może
być i czemu wędruje sam, bez klanu i rodziny. Wiedząc, że tamten również
z pewnością wyczuł ich obecność, zadał sobie pytanie, dlaczego się z nimi nie skontaktował.
***
Wygramoliła się z błota i osunęła na piaszczysty brzeg, dysząc ciężko i chrapliwie. Syn i córka wysunęli się z jej ciężkich jak ołów ramion i wczołgali dalej na brzeg niewysokiej wysepki.
Jaghucka matka opuszczała powoli głowę, aż wreszcie dotknęła czołem
chłodnego, wilgotnego piasku. Ziarenka wbijały się w skórę jej twarzy.
Oparzenia były zbyt świeże, by mogły się już zagoić. Zapewne nie zdążą,
gdyż była pokonana, a śmierć czekała tylko na przybycie łowców.
Dobrze chociaż, że znali się na swej robocie. Tych Imassów nie pociągały
tortury. Szybki, zabójczy cios, najpierw dla niej, a potem dla dzieci.
To oni - ta maleńka, obdarta rodzina - byli ostatnimi Jaghutami na
kontynencie. Łaska miała różne oblicza. Gdyby nie wzięli udziału w przykuciu Raesta, wszyscy - Imassowie i Jaghuci - musieliby klęknąć
przed tyranem. To jednak był wyłącznie tymczasowy sojusz. Miała
wystarczająco wiele rozsądku, by uciec, gdy tylko uwięzienie się
dokonało. Już wtedy zdawała sobie sprawę, że klan Imassów natychmiast
wznowi pościg.
Matka nie czuła goryczy, nie zmniejszało to jednak jej desperacji.
Uniosła nagle głowę, wyczuwając na wysepce czyjąś obecność. Jej dzieci
zamarły w bezruchu. Gapiły się przerażone na kobietę Imassów, która
stała teraz przed nimi. Matka przymrużyła szare oczy.
- Sprytnie, rzucająca kości. Moje zmysły były nastrojone na tych, którzy
są za nami. Dobrze, kończ z tym.
Młoda, czarnowłosa kobieta rozciągnęła usta w uśmiechu.
- Nie próbujesz dobić targu, Jaghutko? Zawsze szukacie czegoś, co
pozwoli wam uratować dzieci. Czyżbyś zerwała już nić pokrewieństwa
łączącą cię z tą dwójką? Chyba są na to za małe.
- Targi nie mają sensu. Wy nigdy się na nie nie zgadzacie.
- To prawda, ale wy nie przestajecie próbować.
- Nie będę się targowała. Zabij nas. Szybko.
Kobieta Imassów była odziana w skórę pantery. W jej czarnych oczach
odbijały się ostatnie rozbłyski zmierzchu. Wyglądała na dobrze
odżywioną. Wielkie, nabrzmiałe piersi świadczyły, że niedawno wydała na
świat dziecko.
Jaghucka matka nie mogła niczego wyczytać z jej oblicza, nie dostrzegała
w nim jednak typowej zawziętej pewności, którą zwykle kojarzyła z obcymi, okrągłymi twarzami Imassów.
- Moje ręce zbroczyło już wystarczająco wiele krwi Jaghutów - odparła
rzucająca kości. - Zostawię was klanowi Krona, który dotrze tu jutro.
- Nic mnie nie obchodzi, kto spośród was nas zabija - warknęła matka. -
Liczy się tylko to, że nas zabijacie.
Kobieta wykrzywiła w grymasie szerokie usta.
- Rozumiem twój punkt widzenia.
Mimo obezwładniającego zmęczenia jaghucka matka zdołała usiąść.
- Czego chcesz? - wydyszała.
- Dobić z tobą targu.
Jaghucka matka wstrzymała oddech i wpatrzyła się w ciemne oczy
rzucającej kości. Nie znalazła w nich drwiny. Zerknęła na syna i córkę,
po czym spojrzała spokojnie w oczy kobiety Imassów.
Rzucająca kości powoli skinęła głową.
***
Kiedyś w przeszłości pękła tu ziemia. Rana była tak głęboka, że
wypłynęła z niej rzeka lawy, rozległa od horyzontu po horyzont. Potężny
czarny pas skały i popiołu ciągnął się na południowy zachód, ku
odległemu morzu. Zdołały tu zapuścić korzenie jedynie najdrobniejsze
roślinki. Rzucająca kości - dźwigająca pod obiema pachami po jaghuckim
dziecku - wzbijała stopami gęste obłoki pyłu, które nie chciały opadać
na ziemię.
Pomyślała, że chłopiec ma z pięć lat, a jego siostra zapewne cztery.
Dzieci sprawiały wrażenie nie do końca świadomych. Z pewnością żadne z nich nie zrozumiało matki, gdy ta uściskała je na pożegnanie. Po długiej
ucieczce przez L'amath i Jaghra Til były w szoku. Z pewnością nie
pomagał im też fakt, że widziały na własne oczy makabryczną śmierć ojca.
Uczepiły się rzucającej kości brudnymi rączkami, przypominającymi jej o dziecku, które niedawno utraciła. Były tak rozpaczliwie głodne, że po
chwili zaczęły ssać jej piersi. Wkrótce potem zasnęły.
W miarę jak zbliżała się do wybrzeża, wyciek lawy stawał się coraz
węższy. Po prawej stronie pojawiły się wzgórza przechodzące w góry.
Przed nią ciągnęła się płaska równina, kończąca się odległą o półtorej
mili granią. Choć tego nie widziała, zdawała sobie sprawę, że za granią
teren opada ku morzu. Równina była usiana regularnie rozmieszczonymi
wzniesieniami. Rzucająca kości zatrzymała się, by przyjrzeć się im
uważniej. Wzgórza tworzyły koncentryczne kręgi, w których centrum
znajdowała się większa kopuła. Wszystko to pokrywał płaszcz lawy i popiołu. Na skraju równiny, u podnóża pierwszego szeregu wzgórz,
wznosiła się przypominająca spróchniały ząb wieża. Same wzgórza - co
zauważyła już wtedy, gdy dotarła tu po raz pierwszy - były zbyt
regularnie rozmieszczone, by mogły być tworem natury.
Rzucająca kości uniosła głowę. Łączące się ze sobą zapachy były łatwe do
rozpoznania, jeden starożytny i martwy, a drugi... mniej. Chłopiec
poruszył się w jej ramionach, ale się nie obudził.
- Ach - wyszeptała. - Ty też to czujesz.
Ruszyła brzegiem równiny ku poczerniałej wieży.
Brama groty znajdowała się tuż za zmurszałą budowlą. Wisiała w powietrzu, na wysokości sześciokrotnie większej niż wzrost rzucającej
kości. Widziała ją jako czerwoną pręgę - ranę, która przestała już
krwawić. Nie poznawała groty, gdyż dawne uszkodzenia zamazywały
charakterystykę portalu. Ogarnął ją lekki niepokój.
Położyła dzieci pod ścianą wieży, po czym usiadła na zwalonym fragmencie
muru. Popatrzyła na dwoje młodych Jaghutów, którzy nadal spali zwinięci
na łożu z popiołu.
- Jaki mam wybór? - wyszeptała. - To musi być Omtose Phellack. Z pewnością nie jest to Tellann. Starvald Demelain? Mało prawdopodobne. -
Coś nieustannie przyciągało jej wzrok do pierścieni wzgórz. - Kto tu
mieszkał? Kto jeszcze zwykł wznosić budowle z kamienia? - Umilkła na
chwilę, po czym ponownie przeniosła uwagę na ruiny. - Ta wieża to
ostateczny dowód. Z pewnością jest dziełem Jaghutów, a nie wznieśliby
podobnej budowli w sąsiedztwie nieprzyjaznej groty. Nie, ta brama musi
prowadzić do Omtose Phellack.
Były też jednak inne niebezpieczeństwa. Jeśli dorosły Jaghut spotka w grocie dwoje dzieci nieswojej krwi, może je z równym prawdopodobieństwem
zabić, jak i adoptować.
- Ale w takim przypadku ich śmierć obciąży kogoś innego. Jaghuta. - Ta
myśl nie pocieszyła jej zbytnio. "Nic mnie nie obchodzi, kto spośród was
nas zabija. Liczy się tylko to, że nas zabijacie". - Wypuściła z sykiem
powietrze między zębami. - Jakie mam wyjście? - zapytała raz jeszcze.
Pozwoli im chwilę pospać. Potem wyśle je na drugą stronę bramy. Zamieni
słowo z chłopcem: "Opiekuj się siostrą. Podróż nie będzie trwała długo".
Obojgu powie: "Czeka tam na was matka". To będzie kłamstwo, potrzebowali
jednak czegoś, co da im odwagę. "Jeśli ona was nie znajdzie, uczyni to
ktoś z jej krewnych. Idźcie. Znajdziecie tam bezpieczeństwo i ratunek".
Ostatecznie, cóż mogło być gorsze od śmierci?
***
Wstała, gdy się zbliżyli. Pran Chole powęszył i zmarszczył brwi.
Jaghutka nie odsłoniła swej groty. Było jeszcze coś bardziej
niepokojącego: gdzie się podziały jej dzieci?
- Wita nas ze spokojem - mruknął Cannig Tol.
- To prawda - zgodził się rzucający kości.
- To mi się nie podoba. Powinniśmy zabić ją natychmiast.
- Chce z nami porozmawiać - wskazał Pran Chole.
- Spełnienie tego pragnienia groziłoby śmiercią.
- Nie mogę temu zaprzeczyć, wodzu klanu. Niemniej jednak... co zrobiła z dziećmi?
- Nie wyczuwasz ich?
Pran Chole potrząsnął głową.
- Przygotuj włóczników - rzucił, ruszając w stronę Jaghutki.
Jej oczy były pełne spokoju, tak głębokiej akceptacji nadchodzącej
śmierci, że rzucający kości był wstrząśnięty. Pran Chole przeszedł przez
sięgającą łydek wodę, wyszedł na piaszczystą wysepkę i przyjrzał się
Jaghutce.
- Co z nimi zrobiłaś? - zapytał.
Matka uśmiechnęła się, odsłaniając długie kły.
- Tu ich nie ma.
- A gdzie są?
- Poza twoim zasięgiem, rzucający kości.
Pran Chole zasępił się jeszcze bardziej.
- To są nasze ziemie. Nie ma tu żadnego miejsca, które byłoby poza
naszym zasięgiem. Czyżbyś zabiła je własnymi rękami?
Jaghutka uniosła głowę, przyglądając się Imassowi.
- Zawsze sądziłam, że jesteście zjednoczeni w nienawiści do naszego
rodzaju. Byłam dotąd przekonana, że takie pojęcia jak litość i współczucie są obce waszej naturze.
Rzucający kości wpatrywał się w kobietę przez długi czas, po czym
opuścił wzrok, by przyjrzeć się miękkiej, gliniastej glebie.
- Była tu kobieta Imassów. Rzucająca kości... - Ta, której nie mogłem
znaleźć, gdy chodziłem z duchami. Ta, która mi na to nie pozwoliła. - Co
ona zrobiła?
- Zbadała tę krainę i daleko na południu znalazła bramę, która prowadzi
do Omtose Phellack - odparła Jaghutka.
- Cieszę się, że nie jestem matką - powiedział Pran Chole.
A ty, kobieto, powinnaś się cieszyć, że nie jestem okrutny.
Skinął dłonią. Ciężkie włócznie przeszyły powietrze. Sześć długich,
żłobionych grotów wbiło się pierś Jaghutki. Kobieta zachwiała się, a potem osunęła na ziemię z grzechotem drzewc.
Tak zakończyła się trzydziesta trzecia wojna jaghucka.
Pran Chole odwrócił się błyskawicznie.
- Nie mamy czasu na ciałopalenie. Musimy ruszać na południe. Szybko.
Gdy wojownicy wyciągali włócznie ze zwłok, Cannig Tol podszedł do
rzucającego kości i przyjrzał się mu, mrużąc powieki.
- Co cię niepokoi?
- Dzieci zabrała rzucająca kości - renegatka.
- Na południe?
- Do Morn.
Wódz klanu zmarszczył brwi.
- Chciała uratować dzieci tej kobiety. Jest przekonana, że rozdarcie
prowadzi do Omtose Phellack.
Z twarzy Canniga Tola odpłynęła krew.
- Ruszaj do Morn, rzucający kości - wyszeptał wódz klanu. - Nie jesteśmy
okrutni. Śpiesz się.
Pran Chole pokłonił się. Pochłonęła go grota Tellann.
***
Uwolniła tylko minimalną dawkę mocy, tyle, ile było potrzeba, by unieść
dzieci do paszczy bramy. Nim dziewczynka do niej dotarła, rozpłakała się
z tęsknoty za matką, która - jak wierzyła - czekała na nią po drugiej
stronie. Potem dwie maleńkie postacie zniknęły w środku.
Rzucająca kości westchnęła. Nadal spoglądała w górę, szukając oznak
świadczących, że przejście było nieudane. Nie dostrzegła jednak żadnych
nowych ran, z portalu nie buchnęła też nieokiełznana moc. Czy wyglądał
on teraz inaczej? Nie była tego pewna. Nie znała tych okolic i brakowało
jej nabytej dzięki doświadczeniu wrażliwości, która pozwalała jej
orientować się na terenach klanu Tarad, leżących w sercu Pierwszego
Imperium, gdzie spędziła całe życie.
Za jej plecami otworzyła się grota Tellann. Kobieta odwróciła się, w każdej chwili gotowa przybrać jednopochwyconą postać.
Z groty wyskoczył polarny lis, który na jej widok zwolnił i wrócił do
postaci Imassa. Ujrzała przed sobą młodego mężczyznę, który na ramionach
nosił skórę totemowego zwierzęcia, a na głowie wymiętoszoną czapkę
ozdobioną porożem. Twarz miał wykrzywioną w grymasie strachu. Nie
spoglądał na nią, lecz na portal za jej plecami.
Kobieta uśmiechnęła się.
- Pozdrawiam cię, rzucający kości. Tak, wysłałam je na drugą stronę.
Twoja zemsta już ich nie dosięgnie i bardzo mnie to cieszy.
Wbił w nią spojrzenie płowych oczu.
- Kim jesteś? Z jakiego klanu?
- Porzuciłam klan, ale ongiś zaliczono mnie do Tlanów Logrosa. Nazywam
się Kilava.
- Szkoda, że nie pozwoliłaś, bym znalazł cię nocą - powiedział Pran
Chole. - Wtedy udałoby mi się cię przekonać, że szybka śmierć będzie
większą łaską dla tych dzieci niż to, co uczyniłaś, Kilavo.
- Są wystarczająco małe, by można je było adoptować...
- Dotarłaś do miejsca zwanego Morn - przerwał jej zimnym głosem Pran
Chole. - Do ruin starożytnego miasta...
- Jaghuckiego...
- Nie jaghuckiego! Wieżę zbudowali Jaghuci, ale stało się to znacznie
później, w czasie, jaki upłynął między zagładą miasta a T'ol Ara'd,
wyciekiem lawy, który pogrzebał coś, co było już martwe. - Uniósł dłoń,
wskazując na wiszącą w powietrzu bramę. - To właśnie ta... ta rana...
zniszczyła miasto, Kilavo. Grota, która się za nią znajduje... Czy nie
rozumiesz? To nie jest Omtose Phellack! Powiedz mi, jak zamyka się takie
rany? Znasz odpowiedź, rzucająca kości!
Kobieta odwróciła się powoli i przyjrzała rozdarciu.
- Jeśli tę ranę zamykała dusza, powinna zostać uwolniona... gdy przybyły
dzieci...
- Uwolniona - wysyczał Pran Chole. - W zamian!
Kilava spojrzała nań z drżeniem.
- W takim razie, gdzie ona jest? Dlaczego się nie pojawiła?
Pran Chole odwrócił się, by zerknąć na centralne wzniesienie.
- Och, pojawiła się - wyszeptał. Ponownie spojrzał na rzucającą kości. -
Powiedz mi, czy oddasz z kolei swoje życie za te dzieci? Są teraz
uwięzione w wiecznym koszmarze bólu. Czy twoje współczucie jest tak
wielkie, że poświęcisz się za nie w następnej wymianie? - Przyjrzał się
jej uważnie, a potem westchnął. - Nie? Tak sądziłem. Otrzyj łzy, Kilavo.
Rzucającym kości nie przystoi hipokryzja.
- Co... - zdołała po chwili wykrztusić kobieta. - Co zostało uwolnione?
Pran Chole pokręcił głową, raz jeszcze przyglądając się centralnemu
wzniesieniu.
- Nie jestem pewien, ale prędzej czy później będziemy musieli coś w tej
sprawie przedsięwziąć. Podejrzewam jednak, że nie musimy się z tym
śpieszyć. Istota musi najpierw uwolnić się z grobowca, a ten wyposażono
w liczne zabezpieczenia. Ponadto kurhan pokrywa teraz kamienny płaszcz
T'ol Ara'd. Niemniej czasu z pewnością nam nie zabraknie - dodał po
chwili.
- Co masz na myśli?
- Zwołano zgromadzenie. Czeka nas rytuał Tellann, rzucająca kości.
Splunęła.
- Wszyscy jesteście obłąkani. Wybrać nieśmiertelność w imię wojny to
czyste szaleństwo. Nie posłucham wezwania, rzucający kości.
Kiwnął głową.
- Tak czy inaczej, rytuał się odbędzie. Chodząc z duchami, widziałem
przyszłość, Kilavo. Widziałem własną, zwiędłą twarz z czasu, od którego
dzieli nas z górą dwieście tysięcy lat. Będziemy mieli naszą wieczną
wojnę.
- Mój brat się ucieszy.
Głos Kilavy był przepełniony goryczą.
- Twój brat?
- Onos T'oolan, Pierwszy Miecz.
Pran Chole odwrócił się nagle.
- Ty jesteś odrzucającą. Wymordowałaś własny klan... własną rodzinę.
- Tak. Po to, by zerwać więź i zdobyć wolność. Niestety okazało się, że
talenty mego najstarszego brata przerastają moje. Niemniej jednak oboje
jesteśmy teraz wolni, choć ja się z tego raduję, a Onos T'oolan
przeklina ten fakt. - Oplotła się ramionami i Pran Chole dostrzegł w niej całe pokłady bólu. Nie zazdrościł jej tej wolności. - Któż więc
zbudował to miasto? - zapytała po chwili.
- K'Chain Che'Malle.
- Znam tę nazwę, ale nic właściwie o nich nie wiem.
Pran Chole skinął głową.
- Sądzę, że będziemy mieli okazję ich poznać.
II
Kontynenty Korelri i Jacuruku, w Czasie Umierania
119 736 lat przed snem Pożogi
(trzy lata po upadku Okaleczonego Boga).
Upadek spustoszył cały kontynent. Lasy płonęły, burze ogniowe
rozświetlały horyzont ze wszystkich stron, oblewając karmazynową
poświatą ciężkie, niosące popiół chmury, które przesłaniały niebo.
Pożary nie miały końca, pożerały cały świat, ciągnęły się tygodniami, a potem miesiącami. Przez cały ten czas było słychać straszliwe wrzaski
boga.
Z bólu zrodził się gniew. Z gniewu powstały trucizna i infekcja, które
nie oszczędzały nikogo.
Przy życiu pozostała garstka rozproszonych uchodźców. Zmuszeni do
powrotu do barbarzyństwa wałęsali się po krainie usianej ogromnymi
kraterami, które wypełniała brudna, martwa woda. Nad głowami mieli
wiecznie kłębiące się chmury. Więzy krwi zostały zerwane, a miłość
okazała się zbyt ciężkim brzemieniem. Żywili się tym, co mogli znaleźć,
często sobą nawzajem, i obserwowali spustoszony świat z intensywnością
drapieżników.
Jeden z nich wędrował sam. Spowijały go butwiejące łachmany, wzrostu był
przeciętnego, a grubo ciosana twarz nie budziła sympatii. Dostrzegało
się w niej jednak coś mrocznego, miał w oczach nieugiętość. Jego kroki
sugerowały, że gromadzi w sobie cierpienie, nie zważając na jego ogromny
ciężar, jakby nie był w stanie dać za wygraną, odrzucić darów własnego
ducha.
Bandy obdartusów przyglądały mu się z daleka, gdy przemierzał krok za
krokiem spustoszony kontynent, któremu miano w przyszłości nadać nazwę
Korelri. Głód mógłby ich skłonić do podejścia bliżej, lecz między
ocalałymi z Upadku nie było głupców, trzymali się więc na dystans, gdyż
ich ciekawość tłumił strach. Mężczyzna był bowiem starożytnym bogiem,
który zstąpił pomiędzy nich.
K'rul wchłonął tak wiele cierpienia, że z radością pocieszyłby ich
złamane dusze, lecz już od pewnego czasu karmił się przelaną tu krwią, a prawda wyglądała tak, że będzie mu potrzebna zrodzona w ten sposób moc.
Tam, gdzie przeszedł K'rul, mężczyźni i kobiety zabijali mężczyzn,
kobiety i dzieci. Okrutna rzeź była rzeką, której nurt niósł pradawnego
boga.
Pradawnym bogom zawsze towarzyszyły nieprzyjemne wydarzenia.
***
Gdy obcy bóg zstąpił na Ziemię, został rozerwany na strzępy. Opadł na
nią w kawałkach, smugach płomienia. Jego ból był ogniem i gromem,
którego głos słyszano na połowie świata. Ból i wściekłość. A także,
pomyślał K'rul, żal. Minie wiele czasu, nim obcy bóg zacznie powoli
skupiać ocalałe fragmenty w całość i w ten sposób odsłoni swą naturę.
K'rul obawiał się nadejścia owego dnia. Z takiej katastrofy mógł się
zrodzić jedynie obłęd.
Wzywający zginęli. Zabiło ich to, co przywołali. Nie było sensu ich
nienawidzić, wyczarowywać wizji kary, na którą zasłużyli. Ostatecznie
byli zdesperowani. Wystarczająco zdesperowani, by rozerwać tkaninę
chaosu, otworzyć drogę do odległego, obcego królestwa, a następnie
pobudzić ciekawość tamtejszego boga, by zwabić go w pułapkę, którą mu
zgotowali. Szukali mocy.
A wszystko po to, by pokonać jednego człowieka.
Pradawny bóg przemierzył spustoszony kontynent, przyjrzał się żywemu
ciału Upadłego, ujrzał nieziemskie robaki pełzające w jego gnijącym,
wiecznie pulsującym mięsie oraz pośród połamanych kości. Widział też, w co przeobraziły się owe larwy. Nawet teraz, gdy dotarł do spopielałych
brzegów Jacuruku, starożytnego kontynentu, który był siostrą Korelri,
owe stworzenia krążyły nad nim na wielkich, czarnych skrzydłach.
Wyczuwały jego moc i pragnęły jej skosztować.
Silny bóg mógł jednak ignorować ciągnących za nim padlinożerców, a K'rul
był silny. Budowano mu świątynie. Od pokoleń jego niezliczone ołtarze
plamiła krew. Rodzące się miasta spowijał dym z kuźni i stosów, czerwona
łuna świtu ludzkości. Na położonym na drugim końcu świata kontynencie
powstało Pierwsze Imperium. Imperium ludzi zrodzone z dziedzictwa T'lan
Imassów, którym zawdzięczało swą nazwę.
Niedługo jednak było samo. Tutaj, na Jacuruku, w cieniu ruin pozostałych
po dawno wymarłych K'Chain Che'Malle, powstało drugie imperium, brutalne
i niszczące dusze. Jego władca był niezrównanym wojownikiem.
K'rul zamierzał go obalić. Przybył tu po to, by uwolnić z łańcuchów
dwanaście milionów niewolników. Nawet jaghuccy tyrani nie traktowali
swych poddanych tak bezlitośnie. Tylko śmiertelny człowiek mógł uciskać
własnych pobratymców z podobnym okrucieństwem.
Do Imperium Kalloriańskiego zbliżali się też dwaj inni pradawni bogowie.
Decyzja zapadła. Tych troje - ostatni z pradawnych - położy kres
despotycznym rządom wielkiego króla. K'rul wyczuwał już swych
towarzyszy. Oboje byli blisko, oboje byli ongiś jego przyjaciółmi, lecz
z czasem wszyscy troje zmienili się i oddalili od siebie. To będzie ich
pierwsze spotkanie od tysiącleci.
Wyczuwał też obecność kogoś czwartego, straszliwej, starożytnej bestii,
która zwęszyła jego trop. Była to istota zrodzona z ziemi, z mroźnego
tchnienia zimy. Jej białe futro zbroczyła krew. Odniesione podczas
Upadku rany omal nie doprowadziły do jej śmierci. Zostało jej tylko
jedno oko, którym mogła spoglądać na spustoszoną krainę. Ongiś - na
długo przed powstaniem imperium - była to jej ojczyzna. Szła jego
tropem, ale nie chciała się zbliżyć. K'rul wiedział, że pozostanie ona
tylko odległym obserwatorem wydarzeń. Pradawny bóg nie mógł tracić czasu
na użalanie się nad nią, nie był jednak obojętny na jej ból.
Wszyscy staramy się przetrwać, jak tylko możemy, a gdy nadchodzi chwila
śmierci, szukamy samotności...
Imperium Kalloriańskie rozciągało się po wszystkie brzegi Jacuruku, lecz
gdy K'rul wyszedł na jego ląd, nie zauważył nikogo. Ze wszystkich stron
otaczały go martwe pustkowia. Powietrze wypełniały szary popiół i pył, a nad głową miał chmury kipiące niby ołów w kowalskim kotle. Pradawny bóg
poczuł pierwsze tchnienie niepokoju, jego duszę przeszył nagły ziąb.
Z góry dobiegało krakanie zrodzonych z boga padlinożerców.
W umyśle K'rula rozległ się znajomy głos.
Bracie, jestem na północnym wybrzeżu.
- Ja na zachodnim.
Coś cię niepokoi?
- Tak. Wszystko wydaje się... martwe.
Spalone. Głęboko pod popiołem kryje się jeszcze żar. Pod popiołem... i kośćmi.
Rozległ się trzeci głos:
Bracia, ja nadchodzę z południa, gdzie ongiś były miasta. Wszystkie
zniszczono. Wciąż słychać tu echo śmiertelnego krzyku całego kontynentu.
Czy wprowadzono nas w błąd? Czy to jest iluzja?
- Draconusie, ja również słyszę ten krzyk - potwierdził K'rul, zwracając
się do pierwszego z rozmówców. - Tyle bólu... jego aspekt był jeszcze
bardziej przerażający niż krzyk Upadłego. Jeśli to nie iluzja, jak
sugeruje nasza siostra, co w takim razie uczynił?
Wszyscy już dotarliśmy do tej krainy i czujemy to samo, co ty, K'rulu
- odpowiedział Draconus. Nie jestem pewien, jak wygląda prawda.
Siostro, czy zbliżasz się już do siedziby wielkiego króla?
Tak, bracie Draconusie - odparł trzeci głos. Czy dołączycie do mnie z bratem K'rulem, byśmy mogli razem stawić czoło owemu śmiertelnikowi?
- Tak.
Otworzyły się groty, jedna daleko na północy, a druga tuż przed K'rulem.
Dwaj pradawni bogowie stanęli u boku swej siostry na spustoszonym
wzgórzu, gdzie wiatr rozwiewał popioły, unosząc ku niebu pogrzebowe
wieńce. Przed nimi, na stosie zwęglonych kości, stał tron.
Siedzący na nim mężczyzna uśmiechał się, spoglądając na nich ze wzgardą.
- Jak widać, przygotowałem się na wasze przybycie - wychrypiał po
chwili. - Och tak, wiedziałem o waszych planach, Draconusie z rodu Tiam.
K'rulu, Wytyczający Ścieżki. - Spojrzał na trzecią z pradawnych. - I ty.
Moja droga, wydawało mi się, że zerwałaś już ze swą... dawną osobowością.
Ze zstępowaniem pomiędzy śmiertelników i odgrywaniem roli umiarkowanie
potężnej czarodziejki. To bardzo ryzykowne, ale być może to właśnie cię
kusi w zabawach śmiertelników. Bywałaś na polach bitew, kobieto.
Wystarczyłaby jedna zbłąkana strzała... - Pokręcił powoli głową.
- Przybyliśmy położyć kres twym rządom terroru - oznajmił K'rul.
Kallor uniósł brwi.
- Chcecie odebrać mi to, na co tak ciężko zapracowałem? Potrzebowałem
pięćdziesięciu lat, drodzy rywale, by podbić cały kontynent. Och, być
może Ardatha jeszcze się trzymała, zawsze się ociągała z przysyłaniem
należnego haraczu, ale ignorowałem takie mało istotne gesty. Czy wiecie,
że udało się jej uciec? Suka. Wydaje się wam, że jesteście pierwszymi,
którzy rzucili mi wyzwanie? Krąg sprowadził tu obcego boga. Ach, ich
poczynania przyniosły... nieoczekiwane rezultaty, co oszczędziło mi
wysiłku zabicia tych głupców. A Upadły? No cóż, minie wiele czasu, nim
odzyska siły, a nawet, gdy to się stanie, to czy wydaje się wam, że
zechce spełniać czyjekolwiek polecenia? Nigdy...
- Dość tego - warknął Draconus. - Męczy mnie twoje gadanie, Kallorze.
- Proszę bardzo. - Wielki król westchnął i pochylił się na tronie. -
Przybyliście wyzwolić moich poddanych spod władzy tyrana. Niestety nie
zwykłem ustępować w takich sprawach. Ani wam, ani nikomu innemu. -
Rozsiadł się i machnął ospale dłonią. - Dlatego odebrałem wam to, co
chcieliście odebrać mnie.
Choć K'rul miał prawdę przed oczyma, nie potrafił w nią uwierzyć.
- Co uczyniłeś...?
- Czy jesteś ślepy?! - wrzasnął Kallor, ściskając poręcze tronu. -
Wszystko zniszczone! Nie ma ich! Chcieliście skruszyć ich łańcuchy?
Proszę bardzo, oddaję ich wam! Wszystko wokół was jest teraz wolne!
Popiół! Kości! Wszystko to jest wolne!
- Naprawdę spopieliłeś cały kontynent? - wyszeptała pradawna siostra. -
Jacuruku...
- Przestało istnieć i nigdy już się nie odrodzi. Uwolniony przeze mnie
czar nigdy nie straci mocy. Rozumiesz? Nigdy. I wszystko to wasza wina.
Wasza. Szlachetna droga, którą zapragnęliście kroczyć, jest wybrukowana
kośćmi i popiołem. Wasza droga.
- Nie możemy do tego dopuścić...
- To już się stało, ty durna babo!
Musimy to uczynić - przemówił K'rul w umysłach swego rodzeństwa.
Stworzę... miejsce dla tego wszystkiego. Wewnątrz siebie.
Grotę, która to wszystko pomieści? - zapytał przerażony Draconus.
Bracie...
Nie, trzeba to uczynić. Połączcie ze mną siły, gdyż zadanie nie będzie
łatwe...
To cię złamie, K'rulu - sprzeciwiła się jego siostra. Musimy znaleźć
inne wyjście.
To niemożliwe. Gdybyśmy zostawili cały kontynent w obecnej postaci...
nie, ten świat jest młody. Gdyby naznaczyła go taka blizna...
A co z Kallorem? - zadał pytanie Draconus. Co z tym... tą kreaturą?
Naznaczymy go - odpowiedział K'rul. Wiemy, czego najbardziej pożąda,
nieprawdaż?
A jak długo będzie żył?
Długo, przyjaciele.
Zgoda.
K'rul zamrugał i wbił ciężkie, mroczne spojrzenie w wielkiego króla.
- Kallorze, za tę zbrodnię wymierzymy ci odpowiednią karę. Dowiedz się,
że ty, Kallor Eiderann Tes'thesula, będziesz wiecznie żył jako
śmiertelnik. Wiecznie, bez względu na dolegliwości starości, ból ran i cierpienie rozpaczy. Na obrócone w gruzy marzenia. Na zwiędłą miłość. W cieniu widma śmierci, jako groźba dla tego, czego nie potrafisz się
wyrzec.
- Kallorze Eiderann Tes'thesula, nigdy nie zostaniesz Ascendentem -
oznajmił Draconus.
- Kallorze Eiderann Tes'thesula, gdy tylko się wzniesiesz, zawsze spotka
cię upadek - dodała ich siostra. - Wszystko, co osiągniesz, obróci się w twych dłoniach w popiół. To, co uczyniłeś tutaj, zostanie z kolei
uczynione wszystkiemu, co zdołasz zbudować.
- Przeklinają cię trzy głosy - zaintonował K'rul. - Dokonało się.
Siedzący na tronie mężczyzna zadrżał. Wykrzywił usta w potępieńczym
uśmieszku.
- Zniszczę was. Wszystkich troje. Przysięgam na kości siedmiu milionów
tych, których złożyłem w ofierze. K'rulu, znikniesz ze świata i zostaniesz zapomniany. Draconusie, to, co zamierzasz stworzyć, zostanie
użyte przeciwko tobie. A jeśli chodzi o ciebie, kobieto, nieludzkie
dłonie rozerwą twe ciało na strzępy na polu bitwy, a mimo to nie zaznasz
spokoju, Siostro Zimnych Nocy. Kallor Eiderann Tes'thesula, jeden głos,
wypowiedział trzy klątwy. Dokonało się.
***
Zostawili Kallora na jego ustawionym na stosie kości tronie. Połączyli
swą moc, by opasać łańcuchami kontynent rzezi, po czym wciągnęli go do
groty stworzonej wyłącznie w tym celu, zostawiając tylko nagą ziemię,
która będzie mogła się zagoić.
Wysiłek zdruzgotał K'rula, naznaczył go ranami, które nie znikną, dopóki
będzie istniał. Co więcej, wyczuwał, że jego kult zaczął już zanikać pod
wpływem klątwy Kallora. Ku jego zaskoczeniu zabolało go to mniej, niż
tego oczekiwał.
Stanęli we troje obok portalu wiodącego do nowo powstałego, martwego
królestwa i przez długi czas przypatrywali się swemu dziełu.
- Już od czasów Wszechciemności trudziłem się nad wykuciem miecza -
oznajmił Draconus.
K'rul i Siostra Zimnych Nocy zwrócili się nagle w jego stronę. Nic o tym
nie wiedzieli.
- Robota trwała długo, ale zbliżam się już do końca - ciągnął Draconus.
- Moc, którą nasyciłem oręż, cechuje się... nieodwracalnością.
- W takim razie musisz odmienić jego ostateczną postać - wyszeptał K'rul
po chwili zastanowienia.
- Na to wygląda. Czekają mnie długie rozważania.
Po długiej chwili obaj bogowie spojrzeli na swą siostrę.
Wzruszyła ramionami.
- Będę ostrożna. Gdy nadejdzie chwila mej zagłady, z pewnością spowoduje
ją zdrada, a przed nią nie sposób się zabezpieczyć. Gdybym spróbowała
tego dokonać, moje życie obróciłoby się w koszmar podejrzeń i nieufności. Nie ulegnę takiemu losowi. Dopóki ów czas nie nastanie, nie
przestanę się oddawać grom śmiertelników.
- Uważaj więc, dla kogo walczysz - wyszeptał K'rul.
- Znajdź sobie towarzysza - poradził Draconus. - Godnego zaufania.
- Wasze słowa są mądre. Dziękuję wam za nie.
Nie zostało już do powiedzenia nic więcej. Spotkali się po to, by
zrealizować pewien zamiar, i osiągnęli swój cel. Być może nie tak, jak
by tego pragnęli, niemniej jednak osiągnęli. Zapłacili też cenę. Z własnej woli. Życie trojga i życie jednego zostało zniszczone. Dla
jednego był to początek wiecznej nienawiści. Dla trojga korzystna
transakcja.
Jak powiadano, pradawnym bogom zawsze towarzyszyły nieprzyjemne
wydarzenia.
***
Stworzenie przyglądało się z oddali trójce postaci, które rozeszły się w różne strony. Było rozdarte bólem, z białego futra skapywała krew,
zamiast jednego oka miało ziejącą ranę i ledwie mogło utrzymać masywne
cielsko na drżących nogach. Pragnęło śmierci, lecz śmierć nie chciała
nadejść. Łaknęło zemsty, ale ci, którzy je zranili, już nie żyli. Został
mu tylko siedzący na tronie mężczyzna, który spustoszył jego ojczyznę.
Nadejdzie jeszcze czas spłaty tego długu.
Jego udręczoną duszę wypełniło ostatnie pragnienie. Pośród pożarów
Upadku i chaosu, który nastał później, utraciło towarzyszkę i zostało
samo. Być może żyła jeszcze i wędrowała ranna, wypatrując jego śladów na
pustkowiu.
A może schroniła się, porażona bólem i strachem, w grocie, która dała
ogień jej duchowi.
Jeśli tylko żyła, odnajdzie ją, gdziekolwiek jest.
Trzy odległe postacie otworzyły groty i zniknęły w swych pradawnych
królestwach.
Stworzenie nie podążyło za żadną z nich. W porównaniu z nim i jego
towarzyszką były to młode jestestwa, a grota, w której mogła się ona
schronić, była znacznie bardziej starożytna od grot pradawnych bogów.
Rysująca się przed nim droga była pełna niebezpieczeństw i jego ciężko
bijące serce przepełniał strach.
Za portalem, który się przed nim otworzył, widniała szara, wirująca
nawałnica mocy. Po chwili wahania stworzenie wkroczyło do środka.
I zniknęło.
Rozdział pierwszy
Wspomnienia są gobelinami, za którymi ukrywają się twarde mury.
Zdradźcie mi, przyjaciele, jaki jest odcień waszej ulubionej nici, a powiem wam, z czego jest ulepiona wasza dusza...
Życie w snach
Wiedźma Ilbares
1164 rok snu Pożogi (dwa miesiące po darudżystańskiej fecie)
Czwarty rok Pannion Domin
Rok Drugiego Zgromadzenia Tellann
Bloki gadrobijskiego wapienia, z którego wzniesiono most, leżały
poczerniałe w błocie na brzegu, jakby dłoń boga zmiotła kamienną
konstrukcję w zdawkowym, pogardliwym geście. Zrzęda podejrzewał, że nie
jest to zbyt dalekie od prawdy.
Wieści dotarły do Darudżystanu po niespełna tygodniu od katastrofy, gdy
pierwsze wędrujące na wschód karawany przybyły tu i znalazły zamiast
mostu tylko stertę gruzu. Krążyły pogłoski o starożytnym demonie
uwolnionym przez agentów Imperium Malazańskiego, który ruszył między
Wzgórza Gadrobi, pragnąc zniszczyć sam Darudżystan.
Zrzęda splunął na poczerniałą trawę obok powozu. Nie dało się
zaprzeczyć, że przed dwoma miesiącami podczas miejskiej fety doszło do
dziwnych wydarzeń - co prawda nie był wówczas na tyle trzeźwy, by zdołał
cokolwiek zauważyć - i było wystarczająco wielu świadków, by musiał
uwierzyć w smoki, demony i wiszący przerażająco nisko nad miastem
Odprysk Księżyca, lecz czar tak potężny, że spustoszyłby całą okolicę, z pewnością dotarłby również do Darudżystanu. A ponieważ miasto nie
zmieniło się w dymiącą kupę gruzów - a przynajmniej nie w większym
stopniu niż po każdym wielkim święcie - nic takiego z pewnością się nie
wydarzyło.
Nie, to najprawdopodobniej była dłoń boga albo może trzęsienie ziemi,
choć Wzgórza Gadrobi nie uchodziły za zbyt niespokojne. Być może Pożoga
poruszyła się nerwowo w swym wiecznym śnie.
Tak czy inaczej, widział teraz na własne oczy, co stało się z mostem.
Jego szczątki leżały na ziemi, rozrzucone aż po bramę Kaptura, a nawet
dalej. Pozostawało też faktem, że za zabawy bogów zawsze płacą ciężko
pracujące, ubogie sukinsyny, takie jak on.
Do użytku przywrócono stary bród, położony trzydzieści kroków w górę
rzeki od miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał most. Nikt nie korzystał z niego już od stuleci, a po tygodniu nietypowych o tej porze roku
deszczów oba brzegi rzeki przerodziły się w trzęsawisko. Przed brodem
tłoczyły się liczne karawany. Te z nich, które przystanęły tam, gdzie
ongiś były podjazdy, albo przeprawiały się właśnie przez wezbraną rzekę,
ugrzęzły beznadziejnie w błocie, podczas gdy na drodze po obu stronach
czekały dziesiątki następnych. Kupcy, strażnicy i zwierzęta z godziny na
godzinę stawali się coraz bardziej podenerwowani.
Czekali tu już dwa dni i Zrzęda był zadowolony ze swych podkomendnych.
Oboje byli prawdziwymi oazami spokoju. Harllo wszedł do rzeki i zbliżył
się do szczątków najbliższego filaru mostu. Siedział teraz na nim,
trzymając w ręku wędkę. Stonny Menackis wskazała bandzie obdartych
strażników karawanowych drogę do wozu Storby'ego, który z zadowoleniem
powitał szansę sprzedaży gredfallańskiego ale po wygórowanej cenie. Co
prawda, wszystkie jego beczułki były przeznaczone dla przydrożnej
gospody pod Saltoanem, lecz, cóż, oberżysta po prostu miał pecha. Jeśli
dalej tak pójdzie, wkrótce powstanie tu targ, a potem przeklęte przez
Kaptura miasteczko. Prędzej czy później jakiś nadęty planista w Darudżystanie dojdzie do wniosku, że dobrze by było odbudować most, i za
jakieś dziesięć lat uda się w końcu to zrobić. Chyba że nowe miasteczko
stanie się dla nich ważniejsze. W tym przypadku wyślą tu poborcę
podatków.
Zrzęda był również zadowolony ze spokoju okazywanego przez jego
pracodawcę. Opowiadano, że kupcowi Manquiemu po drugiej stronie rzeki
pękła żyła w głowie, co doprowadziło go do natychmiastowej śmierci. Taka
reakcja była bardziej typowa dla przedstawicieli tego zawodu. Nie, pan
Keruli był naprawdę wyjątkowy, do tego stopnia, że zagrażało to
starannie hodowanej niechęci, którą Zrzęda zawsze darzył wszystkich
kupców. To właśnie długa lista osobliwych cech Kerulego zrodziła u kapitana strażników podejrzenie, że ten człowiek tak naprawdę wcale nie
jest kupcem.
Nie miało to zresztą znaczenia. Pieniądz to pieniądz, a Keruli płacił
dobrze. Lepiej niż przeciętny kupiec. Dla Zrzędy mógłby równie dobrze
być księciem Arardem w przebraniu.
- Hej, ty!
Zrzęda oderwał wzrok od bezowocnych wędkarskich wysiłków Harlla. Obok
wozu stał stary, posiwiały mężczyzna, który przyglądał się mu, mrużąc
powieki.
- Cóż za arogancki ton - warknął kapitan. - A przecież, sądząc po tych
twoich łachach, jesteś albo najgorszym kupcem na świecie, albo służącym
jakiegoś biedaka.
- Ściśle mówiąc, lokajem. Nazywam się Emancipor Reese. I mój pan
bynajmniej nie jest biedakiem. Wprost przeciwnie. Po prostu od dawna
jesteśmy w drodze.
- Potrafię w to uwierzyć - zgodził się Zrzęda. - Nie poznaję twojego
akcentu, a w moim przypadku to wiele mówi. Czego chcesz, Reese?
Lokaj podrapał się po porośniętej srebrnawą szczeciną szczęce.
- Po starannym wypytaniu tego motłochu doszedłem do konkluzji, że między
strażnikami karawanowymi cieszysz się sporym szacunkiem.
- Między strażnikami karawanowymi być może - zgodził się z przekąsem
Zrzęda. - I co z tego?
- Moi panowie chcą z tobą porozmawiać, kapitanie. Jeśli nie jesteś zbyt
zajęty, rozbiliśmy obóz niedaleko stąd.
Siedzący wygodnie na ławie Zrzęda przypatrywał się przez chwilę
Reese'owi, po czym stęknął głośno.
- Nie mogę się spotykać z innymi kupcami bez pozwolenia pracodawcy.
- Ależ oczywiście, kapitanie. Możesz go też zapewnić, że moi panowie nie
zamierzają mu cię odebrać ani w żaden sposób skłonić do złamania
kontraktu.
- Naprawdę? No dobra, zaczekaj tutaj.
Zrzęda zeskoczył z kozła po przeciwnej stronie karety. Podszedł do
małych drzwi o zdobnej framudze i zapukał jeden raz. Drzwi otworzyły się
cicho i ze względnej ciemności wnętrza pojazdu wyjrzała pyzata,
pozbawiona wyrazu twarz Kerulego.
- Tak, kapitanie, idź. Przyznaję, że ja również jestem ciekawy obu panów
tego człowieka. Postaraj się jak najlepiej zapamiętać szczegóły waszej
rozmowy. Jeśli zdołasz, ustal też, co dokładnie porabiali od wczoraj.
Kapitan mruknął cicho, starając się ukryć zaskoczenie niewątpliwie
nienaturalną wiedzą swego pracodawcy, który ani na moment nie opuścił
karety.
- Jak sobie życzysz - odparł.
- Aha, i wracając, zawołaj też Stonny. Wypiła stanowczo za dużo i wdaje
się w kłótnie.
- W takim razie może powinienem zabrać ją już teraz. Z łatwością może
kogoś podziurawić rapierem. Znam te jej nastroje.
- No dobrze. W takim razie wyślij po nią Harlla.
- Hmm, on może się przyłączyć do zabawy.
- Przecież jesteś o nich dobrego zdania.
- To prawda - przyznał Zrzęda. - Nie chcę się chwalić, ale nasza trójka
na kontrakcie jest warta tyle, co sześciu innych, jeśli chodzi o obronę
pracodawcy i jego towarów. Dlatego właśnie jesteśmy tacy drodzy.
- Zapłata, jakiej zażądaliście, była wysoka? Rozumiem. Hmm. W takim
razie poinformuj swych towarzyszy, że jeśli będą unikali kłopotów, mogą
otrzymać sowitą premię.
Zrzęda zdołał jakoś nie rozdziawić ust ze zdumienia.
- Hmm, to powinno rozwiązać problem.
- Znakomicie. Poinformuj o tym Harlla i wyślij go po Stonny.
- Tak jest.
Drzwi się zamknęły.
Okazało się, że Harllo właśnie wraca do karety. W jednym wielkim łapsku
trzymał wędkę, a w drugim smętną, płaską jak podeszwa rybę. W jego
jasnoniebieskich oczach lśniło podniecenie.
- Popatrz, ty skwaszony skurczybyku! Złowiłem dla nas kolację!
- Chyba dla jednego szczura-mnicha. Mógłbym wciągnąć to cholerstwo
jednym nozdrzem.
Harllo skrzywił się.
- Zupa rybna. Smakuje...
- Znakomicie. Uwielbiam zupę o smaku błota. Popatrz, ta rybinka nawet
nie rusza skrzelami. Na pewno była już martwa, kiedy ją złapałeś.
- Przygrzmociłem jej kamieniem między oczy, Zrzęda...
- To musiał być mały kamień.
- Za karę nie dostaniesz...
- I za to cię błogosławię. A teraz posłuchaj. Stonny się urżnęła...
- To dziwne, nie słyszę żadnej bijatyki...
- Jeśli jej nie będzie, dostaniecie premię od Kerulego. Zrozumiano?
Harllo popatrzył na drzwi karety, po czym skinął głową.
- Powiem jej o tym.
- Lepiej się pośpiesz.
- Jasne.
Zrzęda śledził wzrokiem oddalającego się biegiem mężczyznę, który nadal
ściskał w dłoniach wędkę i swe trofeum. Ręce miał ogromne, stanowczo za
długie i zbyt muskularne w porównaniu z chuderlawą resztą ciała. Jego
ulubioną bronią był dwuręczny miecz, który nabył od płatnerza w Sklepie
Nieboszczyka. Dzięki swym małpim łapom wywijał orężem tak, jakby
wykonano go z bambusa. Jego jasnoblond czupryna przypominała splątane
sieci rybackie. Nieznajomi śmiali się na jego widok, lecz Harllo szybko
oduczał ich tego płazem miecza.
Zrzęda spojrzał z westchnieniem na Emancipora Reese'a.
- Prowadź.
Lokaj kiwnął głową.
- Znakomicie.
***
Kareta była wielka, prawdziwy dom osadzony na wysokich, wyposażonych w drewniane szprychy kołach. Dziwną, łukowatą konstrukcję zdobiły liczne
rzeźby, maleńkie, malowane figurki, tańczące lub wspinające się po jej
ścianach z lubieżnymi uśmieszkami na twarzach. W prowizorycznym korralu,
umieszczonym w odległości dziesięciu stóp pod wiatr od obozu,
spacerowały swobodnie cztery woły.
Panowie lokaja z pewnością przywiązywali wielką wagę do prywatności,
gdyż postawili swój powóz daleko od traktu i innych kupców. Mieli stąd
piękny widok na wzgórza wznoszące się na południe od szlaku i na
ciągnącą się za nimi równinę.
Na koźle siedział sparszywiały kot, który przypatrywał się uważnie
Reese'owi i Zrzędzie.
- To twój kot? - zapytał Zrzęda.
Reese przyjrzał się zwierzęciu, po czym westchnął ciężko.
- Tak, kapitanie. Ma na imię Wiewiórka.
- Powinieneś ją zabrać do alchemika albo woskowej wiedźmy, żeby się
pozbyć tych parchów.
Lokaj miał zażenowaną minę.
- Zajmę się tym, kiedy dotrzemy do Saltoanu - mruknął. - Ach, to jest
pan Bauchelain - dodał, wskazując głową na wzgórza za traktem.
Zrzęda zwrócił się w tamtą stronę, by przyjrzeć się wysokiemu,
kościstemu mężczyźnie, który przeszedł właśnie drogę i ruszył od
niechcenia w ich stronę. Miał na sobie drogi, sięgający kostek płaszcz z czarnej skóry, wysokie buty do konnej jazdy z tego samego materiału,
szare nogawice oraz luźną jedwabną koszulę - również czarną - spod
której prześwitywała piękna poczerniana kolczuga.
- Czarny był w zeszłym roku najmodniejszym kolorem w Darudżystanie -
poinformował Reese'a Zrzęda.
- Dla Bauchelaina czarny zawsze jest najmodniejszy, kapitanie.
Twarz mężczyzny była blada, a jej trójkątny kształt podkreślała krótko
przystrzyżona bródka. Śliskie od oleju włosy zaczesał sobie do tyłu,
odsłaniając wysokie czoło. Oczy miał szare, bezbarwne jak cała reszta
jego postaci. Na ich widok Zrzędę ogarnął nagły niepokój.
- Kapitanie Zrzęda, wścibstwo twego pracodawcy nie jest zbyt subtelne -
zaczął Bauchelain cichym, kulturalnym tonem. - Choć na ogół nie
zwykliśmy wtajemniczać nikogo w szczegóły naszych poczynań, tym razem
zrobimy wyjątek. Chodź ze mną. - Zerknął na Reese'a. - Twoja kotka chyba
dostała palpitacji. Sugeruję, byś pomógł stworzeniu.
- Natychmiast, panie.
Zrzęda wbił spojrzenie w Bauchelaina, wspierając dłonie na rękojeściach
kordelasów. Gdy lokaj wdrapał się na kozioł, resory karety skrzypnęły
głośno.
- Słucham, kapitanie?
Zrzęda nie zareagował.
Bauchelain uniósł brew.
- Zapewniam cię, że twój pracodawca będzie zadowolony, jeśli spełnisz
moją prośbę. Jeżeli jednak obawiasz się to uczynić, może uda ci się go
przekonać, by trzymał cię za rączkę podczas całego tego przedsięwzięcia,
choć ostrzegam cię, że skłonienie go do wyjścia na zewnątrz może się
okazać trudnym zadaniem, nawet dla tak krzepkiego mężczyzny jak ty.
- Łowiłeś kiedyś ryby? - zapytał Zrzęda.
- Ryby?
- Te, które łapią się na byle jaką przynętę, są młode i nie będą miały
okazji się zestarzeć. Jeżdżę z karawanami już od dwudziestu lat i nie
jestem młody. Jeśli chcesz złapać rybę, zarzuć wędkę gdzie indziej.
Bauchelain uśmiechnął się ironicznie.
- Uspokoiłeś mnie, kapitanie. Czy zechcesz mi towarzyszyć?
- Prowadź.
Przeszli na drugą stronę traktu i ruszyli między wzgórza starą ścieżką
wydeptaną przez kozy. Szybko stracili z oczu rozbity na tym brzegu rzeki
obóz. Wszystkie szczyty i zbocza pokrywała trawa wypalona przez pożar,
który spustoszył okolicę, lecz wyłaziły już spod niej nowe, zielone
pędy.
- Ogień jest bardzo ważny dla zdrowia tych preriowych traw - zauważył
Bauchelain. - Podobnie jak migracje bhederin. Setki tysięcy kopyt
ubijają cienką warstewkę gleby. Niestety, pojawienie się kóz oznacza dla
tych starożytnych wzgórz koniec zieleni. Ale zacząłem od ognia,
nieprawdaż? Przemoc i zniszczenie są niezbędne dla życia. Nie wydaje ci
się to dziwne, kapitanie?
- Dziwne jest to, że mam wrażenie, iż zapomniałem tabliczki woskowej.
- Widzę, że jesteś wykształconym człowiekiem. To bardzo interesujące.
Jesteś żołnierzem, nieprawdaż? Po cóż ci pisanie i rachunki?
- A ty jesteś człowiekiem uczonym. Po cóż ci ten wytarty pałasz u biodra
i piękna kolczuga?
- Nieprzyjemnym skutkiem ubocznym upowszechnienia wykształcenia wśród
mas jest brak szacunku.
- Chciałeś powiedzieć: zdrowy sceptycyzm.
- Pogarda dla autorytetów. Żeby odpowiedzieć na twoje pytanie, być może
zauważyłeś, że mamy tylko jednego i to dość wiekowego sługę. Nie
towarzyszą nam wynajęci strażnicy. W naszym zawodzie trzeba dbać o bezpieczeństwo...
- A jakiż to zawód?
Zeszli na dobrze wydeptaną ścieżkę, która wiła się między wzgórzami.
Bauchelain zatrzymał się i spojrzał z uśmiechem na Zrzędę.
- Podobasz mi się, kapitanie. Rozumiem, dlaczego dobrze o tobie mówią w karawanseraju. Jako jedyny spośród strażników potrafisz posługiwać się
mózgiem. Chodź, jesteśmy już prawie na miejscu.
Ominęli strawione pożarem wzgórze i dotarli do świeżego krateru. Grunt u podstawy wzniesienia pokrywało błoto, usiane gdzieniegdzie kamiennymi
blokami. Krater miał ze czterdzieści kroków szerokości i cztery, pięć
jardów głębokości. Na jego krawędzi siedział mężczyzna, również odziany
w czarne skóry. Jego łysina miała kolor wyblakłego pergaminu. Mimo swych
pokaźnych rozmiarów podniósł się bezszelestnie i zwrócił w ich stronę z płynną gracją.
- Korbal Broach, kapitanie. Mój... wspólnik. Korbal, to jest Zrzęda. To
imię z pewnością mówi nam coś o jego osobowości.
Bauchelain zaniepokoił kapitana, natomiast ten człowiek o szerokim,
okrągłym licu, oczkach zatopionych w obrzmiałych policzkach oraz
szerokich ustach o pulchnych wargach i lekko opuszczonych kącikach -
twarz zarazem dziecinna i w jakiś niewysłowiony sposób monstrualna -
wzbudził w nim gwałtowny strach. Ta reakcja również była całkowicie
instynktowna, jakby Bauchelaina i jego wspólnika otaczała skażona aura.
- Nic dziwnego, że kotka dostała palpitacji - mruknął pod nosem. Oderwał
wzrok od Korbala Broacha i wpatrzył się w krater.
Bauchelain zatrzymał się u boku Zrzędy.
- Zdajesz sobie sprawę, co widzisz, kapitanie?
- Nie jestem głupi. To dziura w ziemi.
- Bardzo zabawne. Kiedyś stał tu kurhan. Był w nim uwięziony jaghucki
tyran.
- Był.
- W rzeczy samej. Jak słyszałem, w sprawę wmieszało się odległe
imperium. Na spółkę z T'lan Imassem udało im się uwolnić istotę.
- Wierzysz w te opowieści? - zapytał Zrzęda. - Jeśli rzeczywiście doszło
do takiego wydarzenia, to co, do Kaptura, stało się z owym tyranem?
- My również zadajemy sobie to pytanie. Jesteśmy na tym kontynencie
obcymi przybyszami. Do niedawna nic nie słyszeliśmy o Imperium
Malazańskim ani o cudownym mieście zwanym Darudżystanem. Niemniej
podczas naszego krótkiego pobytu w tej krainie do naszych uszu dotarły
opowieści o niedawnych wypadkach. Demony, smoki, skrytobójcy, a także
dom Azath zwany Finnestem. Ponoć nie można jeszcze doń wejść, lecz
wydaje się, że ktoś już tam mieszka. Obejrzeliśmy go sobie, rzecz jasna.
Słyszeliśmy też o latającej fortecy nazywanej Odpryskiem Księżyca, która
zawisła nad miastem...
- To prawda. Widziałem ją na własne oczy. Odleciała dzień przed naszym
odjazdem.
- Niestety wygląda na to, że przybyliśmy tam zbyt późno, by być
świadkami wszystkich tych cudów - stwierdził z westchnieniem Bauchelain.
- Słyszałem, że władcą Odprysku Księżyca jest Tiste Andii.
Zrzęda wzruszył ramionami.
- Skoro tak mówisz. Osobiście nie gustuję w plotkach.
Spojrzenie odzianego w czerń mężczyzny w końcu nabrało twardszego
wyrazu.
Kapitan uśmiechnął się w duchu.
- Plotkach. Zaiste.
- Czy to właśnie chciałeś mi pokazać? Tę... dziurę?
Bauchelain uniósł brwi.
- Niezupełnie. Dziura to jedynie wejście. Zamierzamy odwiedzić ukryty na
dole jaghucki grobowiec.
- W takim razie niech was Oponn błogosławią - rzucił Zrzęda i odwrócił
się od nich.
- Sądzę, że twój pracodawca chciałby, żebyś nam towarzyszył - dobiegł go
zza pleców głos Bauchelaina.
- Może sobie chcieć - odparł kapitan. - Kontrakt nie każe mi utonąć w kałuży błota.
- Nie zamierzamy włazić w błoto.
Zrzęda obejrzał się i uśmiechnął z przekąsem.
- To tylko taka przenośnia, Bauchelain. Wybacz mi, jeśli źle mnie
zrozumiałeś. - Odwrócił się ponownie i ruszył ku ścieżce, przystanął
jednak nagle. - Chcieliście zobaczyć Odprysk Księżyca? - zapytał,
wyciągając rękę.
Bazaltowa forteca wisiała tuż nad południowym horyzontem niby wysoka,
czarna chmura.
Żwir zazgrzytał pod ciężkimi buciorami i nagle u boków Zrzędy stanęli
mężczyźni wpatrujący się w odległą latającą górę.
- Trudno mi ocenić skalę - mruknął Bauchelain. - Jak daleko od nas jest?
- Pewnie ze trzy mile, może więcej. Uwierzcie mi, że to wystarczająco
blisko, jak na mój gust. W Darudżystanie padł na mnie jego cień, trudno
byłoby zresztą tego uniknąć, i mówię wam, że to nie jest przyjemne
wrażenie.
- Zapewne masz rację. A co robi tutaj?
Zrzęda wzruszył ramionami.
- Pewnie leci na południowy wschód...
- Dlatego jest przechylony.
- Nie. Uszkodzili go nad Pale magowie Imperium Malazańskiego.
- Nieźle się spisali.
- Zginęli z tego powodu. Przynajmniej większość z nich. Tak mi
opowiadano. Poza tym, choć udało im się uszkodzić Odprysk Księżyca, jego
władca jest w pełni sił. Jeśli uważasz, że ktoś, kto zrobił dziurę w płocie, a potem załatwił go właściciel domu, "nieźle się spisał", to
proszę bardzo.
Korbal Broach wreszcie się odezwał. Jego głos brzmiał bardzo piskliwie.
- Bauchelain, czy on nas wyczuwa?
Jego towarzysz zmarszczył brwi, nie odrywając wzroku od Odprysku
Księżyca. Po chwili pokręcił głową.
- Nie wykrywam skupionej na nas uwagi, przyjacielu. O tym jednak
powinniśmy podyskutować na osobności.
- Jak sobie życzysz. To znaczy, że nie chcesz, żebym zabił tego
strażnika?
Zrzęda cofnął się raptownie, wysuwając do połowy kordelasy.
- Tylko spróbuj - warknął.
- Spokojnie, kapitanie. - Bauchelain rozciągnął usta w uśmiechu. - Mój
wspólnik jest wyznawcą prostych metod...
- Jak każda żmija?
- Być może. Zapewniam cię jednak, że nic ci nie grozi.
Zrzęda skrzywił się wściekle i ruszył pośpiesznie w drogę.
- Panie Keruli, jeśli na to wszystko patrzysz, a sądzę, że patrzysz, to
mam nadzieję, że otrzymam wystarczająco wysoką premię - wyszeptał. - A jeżeli moje rady cokolwiek dla ciebie znaczą, to sugeruję, byśmy
trzymali się jak najdalej od tej dwójki.
Na chwilę przed tym, nim stracił krater z oczu, dostrzegł, że Bauchelain
i Korbal Broach odwrócili się plecami do niego, a także do Odprysku
Księżyca. Przez chwilę wpatrywali się w krater, po czym zaczęli do niego
schodzić i zniknęli mu z oczu.
Zrzęda odwrócił się z westchnieniem i skierował w stronę obozu,
poruszając barkami, by rozładować napięcie.
Kiedy dotarł do traktu, raz jeszcze uniósł wzrok, by spojrzeć na
południe. Odprysk Księżyca niknął już w oddali.
- Hej, ty, chciałbym, żebyś zwęszył Bauchelaina i Korbala Broacha, i potraktował ich tak samo jak jaghuckiego tyrana, jeśli to była twoja
robota. Cyrulicy zwą to profilaktyką. Modlę się o to, byśmy pewnego dnia
wszyscy nie pożałowali twego braku zainteresowania.
Zmierzając w stronę obozu, raz jeszcze obejrzał się na Emancipora
Reese'a, który siedział na koźle, głaszcząc jedną ręką zszarganą kotkę
siedzącą mu na kolanach.
Parchy? - pomyślał Zrzęda. Nie sądzę.
***
Olbrzymi wilk krążył wokół ciała. Głowę trzymał nisko zwieszoną i zwróconą do wnętrza kręgu, by nie spuszczać jedynego oka z nieprzytomnego śmiertelnika.
Grotę Chaosu nieczęsto odwiedzano, a pośród nielicznych gości
największą rzadkość stanowili śmiertelni ludzie. Wilk wędrował po tej
pełnej przemocy krainie od niepamiętnych dlań czasów. Był samotny i zagubiony od tak dawna, że jego umysł odnalazł nowe formy zrodzone z samotności; jego myśli wędrowały po krętych, pozornie przypadkowych
szlakach. Niewielu dostrzegłoby w dzikim blasku jego oka świadomość czy
inteligencję, wilk posiadał je jednak.
Nie przestawał krążyć. Potężne mięśnie poruszały się pod zmatowiałym,
białym futrem. Głowę trzymał zwieszoną i zwróconą do wnętrza kręgu.
Spojrzenie jedynego oka wlepił w leżącego człowieka.
Gwałtowna koncentracja okazała się skuteczna, zatrzymała obiekt jego
uwagi w stanie bezczasowości. Był to przypadkowy efekt uboczny mocy,
które wilk pozyskał w tej grocie.
Niewiele pamiętał z innych światów, które istniały poza Chaosem. Nic
nie wiedział o śmiertelnikach, którzy oddawali mu cześć jako bogu. Mimo
to zdobył pewną wiedzę, instynktowną świadomość... możliwości, szans,
które otworzyła przed nim obecność tego kruchego śmiertelnika.
Wahał się jednak.
Wiązało się z tym ryzyko. Gdy wilk zdał sobie sprawę z decyzji, która
wywalczyła sobie priorytet, zadrżał gwałtownie.
Zbliżał się po spirali do nieprzytomnej postaci, bliżej, coraz bliżej.
Nie spuszczał oka z oblicza mężczyzny.
Stworzenie zrozumiało wreszcie, że to prawdziwy dar. Nic innego nie
mogłoby wytłumaczyć tego, co ujrzało w twarzy śmiertelnika, którego duch
stanowił w każdym szczególe jego zwierciadlane odbicie. Nie mógł
zmarnować podobnej szansy.
Mimo to nadal się wahał.
W końcu jednak przed oczyma jego duszy pojawiło się pradawne
wspomnienie. Nieruchomy obraz, wyblakły z powodu upływu czasu.
To wystarczyło, by zamknął spiralę.
Dokonało się.
***
Otworzył jedyne oko i spojrzał na jasnoniebieskie, bezchmurne niebo. W bliźnie, którą miał zamiast drugiego, czuł wściekłe swędzenie, jakby pod
skórą pełzały mu owady. Miał na głowie hełm z uniesioną zasłoną. W plecy
wpijały mu się twarde, ostre kamienie.
Leżał nieruchomo, próbując sobie przypomnieć, co się stało. Wizja
otwierającego się przed nim ciemnego rozdarcia - wpadł do środka,
ciśnięto go tam. Koń pod nim zniknął, usłyszał brzęk cięciwy. Ogarnął go
niepokój, który dzielił z towarzyszem. Z przyjacielem jadącym u jego
boku. Z kapitanem Paranem.
Toc Młodszy jęknął.
Loczek. Obłąkana marionetka. Wpadliśmy w zasadzkę.
Fragmenty skupiły się we wspomnienie, któremu towarzyszył przypływ
strachu. Przetoczył się na bok, czując ból we wszystkich mięśniach.
Na oddech Kaptura, to nie jest Równina Rhivijska.
Ze wszystkich stron otaczały go połacie czarnego, tłuczonego szkła.
Sążeń nad powierzchnią wisiały nieruchomo chmury szarego pyłu. Jakieś
dwieście kroków na lewo widać było niskie wzgórze, które mąciło
monotonię płaskiego krajobrazu.
Dokuczały mu ból gardła i szczypanie w oku. Słońce prażyło okrutnie. Toc
kaszlnął i usiadł z chrzęstem obsydianu. Zobaczył, że obok leży jego
refleksyjny łuk z rogu, i wyciągnął poń rękę. Kołczan był przytroczony
do siodła, lecz wierny wickański wierzchowiec nie podążył za Tokiem w to
miejsce. Nie miał nic poza nożem u pasa i chwilowo bezużytecznym łukiem
w ręku. Ani wody, ani żywności. A gdy przyjrzał się uważnie łukowi,
zasępił się jeszcze bardziej. Cięciwa z jelit była rozciągnięta.
I to wyraźnie. To znaczy, że byłem... nieobecny przez dłuższy czas.
Nieobecny. Ale gdzie właściwie się podziewałem? Loczek cisnął mnie do
groty, a w jej wnętrzu czas z jakiegoś powodu przestał płynąć.
Nie czuł się szczególnie spragniony ani głodny, lecz nawet gdyby miał
strzały, nie zdołałby zrobić z nich użytku. Co gorsza, cięciwa wyschła i osadzał się na niej obsydianowy pył. Nie wytrzyma ponownego
naciągnięcia. Sugerowało to, że minęły dni, może nawet tygodnie, choć
ciało mówiło mu coś innego.
Podniósł się ciężko. Z kolczugi, którą miał pod bluzą, przy każdym
poruszeniu osypywał się połyskliwy pył.
Czy jestem wewnątrz groty, czy zostałem wypluty na zewnątrz?
Tak czy inaczej, musiał znaleźć koniec tej martwej równiny wulkanicznego
szkła. Chyba że nie miała ona końca...
Ruszył ku wzniesieniu. Choć nie było zbyt wysokie, pozwoli mu dalej
sięgnąć wzrokiem. Zbliżywszy się, zauważył, że za nim ciągną się
następne wzgórza, rozmieszczone w równych odstępach.
Kurhany. Świetnie, wprost uwielbiam kurhany.
Ten, który znajdował się w centrum, był większy od pozostałych.
Toc ominął pierwszy pagórek, zauważając, że jest w nim pełno dziur,
zapewne wykopanych przez rabusiów. Po chwili zatrzymał się, odwrócił,
podszedł bliżej i przykucnął nad jednym z prowadzących w dół tuneli.
Obsydianowa pokrywa ciągnęła się tak głęboko, jak mógł sięgnąć wzrokiem
- dalej niż na wzrost mężczyzny. Grobowce musiały być olbrzymie, raczej
kopuły niż groby skrzynkowe, by w ogóle uwidaczniać się na powierzchni.
- To mi się nie podoba - mruknął.
Zatrzymał się i zastanowił przez chwilę, przypominając sobie wszystkie
wydarzenia, które doprowadziły go do tej... nieprzyjemnej sytuacji.
Wyglądało na to, że ich początkiem był śmiercionośny deszcz, który spadł
z Odprysku Księżyca. Ogień i ból, utrata oka, pocałunek, który
naznaczył ohydną blizną jego młodą, uważaną za przystojną twarz.
Potem wyruszył na północną równinę po przyboczną Lorn i wdał się w potyczkę z Barghastami z klanu Ilgres. Po powrocie do Pale czekały go
dalsze kłopoty. Lorn wzięła go w cugle, zmuszając do ponownego podjęcia
się roli kuriera Szponu.
Kuriera? Mówmy szczerze, Toc, zwłaszcza ze sobą samym. Byłeś szpiclem.
Ale przeciągnięto cię na drugą stronę. Stałeś się zwiadowcą w Zastępie
Jednorękiego. Dopóki nie zjawiła się przyboczna, nie byłeś nikim więcej.
W Pale miał poważne trudności. Najpierw Tattersail, a potem kapitan
Paran. Ucieczka i pogoń.
- Ale się narobiło - mruknął.
Loczek przygotował na niego zasadzkę i cisnął go jak muchę do jakiejś
nieprzyjaznej groty. Tam chyba zmitrężyłem trochę czasu. Niech mnie
Kaptur, pora zacząć myśleć jak żołnierz. Zorientuj się w sytuacji. Nic
nie rób pochopnie. Zastanów się, jak przetrwać w tym niezwykłym,
nieprzychylnym miejscu...
Ponownie ruszył w stronę centralnego kurhanu. Choć jego zbocza były
łagodne, przynajmniej trzykrotnie przewyższał wysokością człowieka.
Wdrapując się na szczyt, Toc rozkasłał się jeszcze bardziej.
Jego wysiłki okazały się jednak opłacalne. Znajdował się w samym centrum
pierścienia złożonego z mniejszych grobowców. Na wprost przed nim,
trzysta kroków za granicą kręgu, piętrzyły się skaliste wzgórza, niemal
całkowicie zasłonięte przez mgłę. Bliżej, po lewej, widział ruiny
kamiennej wieży. Niebo za nią lśniło barwą niezdrowej czerwieni.
Toc zerknął na słońce. Kiedy się ocknął, zaledwie trzy czwarte jego
kręgu wystawało ponad horyzont, teraz zaś wisiało pionowo nad nim. Mógł
się zorientować w stronach świata. Wzgórze leżało na północny zachód od
niego, a wieża kilka rumbów na północ od kierunku zachodniego.
Jego wzrok ponownie przyciągnęła czerwona pręga widoczna na niebie. Tak
jest, pulsowała ona z regularnością serca. Podrapał się po bliźnie
zamykającej mu lewy oczodół i skrzywił się wściekle, gdy jego umysł
wypełniła gama kolorów.
To z całą pewnością czary. Bogowie, coraz bardziej nienawidzę czarów.
Po chwili jego uwagę przyciągnęło coś, co znajdowało się bliżej.
Północne zbocze centralnego kurhanu szpecił głęboki dół o nierównych,
lśniących brzegach. U podstawy widać było osypisko ociosanych kamieni,
wciąż jeszcze pokrytych plamami czerwonej farby. Powoli dotarło do
niego, że krater nie jest dziełem rabusiów. Coś wyrwało się przemocą z grobowca.
Wygląda na to, że w tym miejscu nawet zmarli nie śpią wiecznie. Zadrżał
z nagłego niepokoju, po czym wzruszył ramionami z cichym przekleństwem
na ustach. Widziałeś gorsze rzeczy, żołnierzu. Pamiętasz tego T'lan
Imassa, który współpracował z przyboczną? Chodząca, lakoniczna mumia,
Beru, broń nas wszystkich. Zapadnięte oczodoły bez najmniejszego błysku
litości. Ten stwór nadział Barghasta na swój miecz, jak Rhivijczyk
równinnego dzika.
Choć nie spuszczał spojrzenia z krateru, jego myśli wypełniły
wspomnienia o przybocznej i towarzyszącym jej martwiaku. Oni również
chcieli uwolnić podobną istotę, która nie zaznała spoczynku, wypuścić na
swobodę dziką, okrutną moc. Zadał sobie pytanie, czy im się powiodło.
Nie ulegało wątpliwości, że więzień grobowca, na którym teraz stał, miał
bardzo trudne zadanie: zaklęcia zabezpieczające, lite mury oraz wiele
sążni zbitego, tłuczonego szkła.
No cóż, biorąc pod uwagę alternatywę, zapewne również wykazałbym się
podobną desperacją i determinacją. Ciekawe, ile czasu to trwało? I jak
straszliwie wypaczony był jego umysł, gdy już się uwolnił?
Zadrżał, co sprowadziło nań kolejny atak kaszlu. Na świecie roiło się od
tajemnic, lecz tylko nieliczne z nich były przyjemne.
Zszedł na dół, omijając krater, i ruszył w stronę ruin wieży. Wątpił, by
mieszkaniec grobowca zatrzymał się dłużej w okolicy. Na jego miejscu
chciałby stąd zwiać jak najszybciej. Nie sposób było określić, ile czasu
minęło od chwili ucieczki istoty, lecz instynkt podpowiadał Tocowi, że
upłynęły lata, być może nawet dziesięciolecia. O dziwo, nie czuł
strachu, choć okolica była nieprzyjazna, a pod ziemią kryły się tu
liczne tajemnice. Wydawało się, że groza opuściła to miejsce już dawno
temu.
W odległości czterdziestu kroków od wieży omal nie potknął się o trupa.
Prawie całkowicie pokrywała go cienka warstewka pyłu, który zawisł w powietrzu gęstą chmurą, wzbity przez kroki Toca. Malazańczyk zaklął
szpetnie, wypluwając kurz.
Przesłonięte przez połyskliwy obłok szczątki były ludzkie, choć zmarły
miał przysadzistą budowę i grube kości. Wyschnięte ścięgna przybrały
ciemnobrązową barwę, a okrywające go futra oraz skóry zbutwiały i pozostały z nich jedynie wąskie strzępy. Głowę osłaniał hełm wykonany z czaszki jakiegoś rogatego zwierzęcia. Jeden róg ułamał się, kiedyś, w zamierzchłych czasach. Obok spoczywał pokryty pyłem dwuręczny miecz.
Jeśli już mowa o czaszce Kaptura...
Toc Młodszy przyjrzał się postaci.
- Co tu właściwie robisz? - zapytał.
- Czekam - wyjaśnił T'lan Imass ostrym, ochrypłym głosem.
Toc przypomniał sobie imię wojownika-martwiaka.
- Onos T'oolan - stwierdził zadowolony z siebie. - Z klanu Tarad...
- Teraz nazywam się Tool. Jestem bezklanowy. Wolny.
Wolny? A co właściwie zamierzasz zrobić z tą wolnością, ty worku kości?
Będziesz sobie leżał na pustkowiu?
- Co się stało z przyboczną? I co właściwie nas spotkało?
- Nic dobrego.
- Na które pytanie mi odpowiedziałeś, Tool?
- Na oba.
Toc zazgrzytał zębami, opierając się pokusie kopnięcia T'lan Imassa.
- Czy mógłbyś wyrażać się jaśniej?
- Być może.
- Słucham.
- Przyboczna Lorn zginęła przed dwoma miesiącami w Darudżystanie, a my
znajdujemy się w starożytnym miejscu zwanym Morn, które leży sześćset
mil na południe od miasta. Niedawno minęło południe.
- Niedawno minęło południe. Dzięki ci za to, że raczyłeś mnie oświecić.
Nie sprawiała mu przyjemności konwersacja z istotą, która istniała już
na tym świecie od setek tysięcy lat. Ten niepokój skłaniał go do
sarkazmu, co mogło okazać się niebezpieczne.
Bądź poważny, idioto. Ten krzemienny miecz nie jest tylko na pokaz.
- Udało się wam uwolnić jaghuckiego tyrana?
- Na krótką chwilę. Imperialny plan podboju Darudżystanu spalił na
panewce.
Toc skrzyżował ręce na piersi i łypnął spode łba na T'lan Imassa.
- Powiedziałeś, że czekasz. A na co?
- Przez pewien czas jej nie było, ale teraz wraca.
- Kto?
- Kobieta, która zamieszkała w wieży, żołnierzu.
- Czy mógłbyś przynajmniej wstać, kiedy ze mną rozmawiasz?
Zanim ulegnę pokusie.
T'lan Imass podniósł się z głośnym skrzypnięciem. Z potężnej postaci
posypały się kaskady pyłu. Gdy spojrzał na Toca, w głębi jego oczodołów
pojawił się przelotny błysk. Potem Tool odwrócił się i podniósł miecz.
Bogowie, lepiej by było, gdybym pozwolił mu leżeć. Skóra jak
wygarbowana, napięte mięśnie i masywne kości... a wszystko to porusza się
jak coś żywego. Och, cesarz był nimi zachwycony. Armia, której nie
trzeba karmić, która nie wymaga transportu, która pójdzie wszędzie i zrobi prawie wszystko. A do tego żadnych dezercji, pomijając tego, który
stoi teraz przede mną. Zresztą, jak można by ukarać T'lan Imassa za
dezercję?
Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę.
- Potrzebna mi woda - oznajmił wreszcie Toc. - I coś do jedzenia. Muszę
też znaleźć gdzieś trochę strzał. I cięciwę. - Zdjął hełm. Skórzany
czepiec, który miał pod nim, do cna przesiąknął potem. - Czy nie
moglibyśmy zaczekać w wieży? Mózg mi się lasuje od tego upału.
Dlaczego właściwie sądzę, że zechcesz mi pomóc, Tool?
- Brzeg jest tysiąc kroków na południowy zachód stąd - odpowiedział
martwiak. - Da się znaleźć tam żywność i odmianę trawy morskiej, która
może posłużyć jako cięciwa, dopóki nie zdobędziemy jakichś jelit.
Niestety nie czuję zapachu świeżej wody. Być może mieszkanka wieży okaże
się szczodra, choć jeśli po powrocie zastanie cię w jej wnętrzu, nie
jest to zbyt prawdopodobne. Strzały można zrobić. Niedaleko stąd są
słone mokradła, na których znajdziemy kościotrzcinę. Zastawimy pułapki
na morskie ptaki i w ten sposób zdobędziemy pióra. Groty... - Toc
rozejrzał się po obsydianowej równinie. - Nie przewiduję trudności ze
zdobyciem materiału.
A więc jednak mi pomożesz. Dzięki za to Kapturowi.
- Mam nadzieję, że potrafisz łupać kamień i pleść morską trawę, T'lan
Imassie, nie wspominając już o produkowaniu drzewc z kościotrzciny,
cokolwiek może to być, bo ja z pewnością tego nie umiem. Kiedy
potrzebuję strzał, składam zamówienie, a gdy je dostaję, mają żelazne
groty i są zupełnie proste.
- Nie utraciłem tych umiejętności, żołnierzu...
- Przyboczna nie przedstawiła nas sobie, jak należy. Nazywam się Toc
Młodszy i nie jestem żołnierzem, ale zwiadowcą...
- Pracowałeś dla Szponu.
- Ale nie szkolono mnie na skrytobójcę ani maga, a poza tym porzuciłem
już tę rolę. Pragnę jedynie wrócić do Zastępu Jednorękiego.
- Czeka cię długa droga.
- Na to wygląda. Dlatego, im prędzej zacznę, tym lepiej. Powiedz mi, jak
daleko ciągnie się to szklane pustkowie?
- Ponad dwadzieścia mil. Za nim znajdziesz Równinę Lamatath. Kiedy już
tam dotrzesz, rusz w kierunku północ, północny wschód...
- I dokąd wtedy trafię? Do Darudżystanu? Czy Dujek oblega miasto?
- Nie. - T'lan Imass odwrócił głowę. - To ona.
Toc powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem. Z południa nadciągały trzy
postacie, które zbliżały się już do granicy pierścienia kurhanów. Tylko
jedna z nich poruszała się na dwóch nogach. Kobieta była wysoka i szczupła, odziana w białą, powłóczystą telabę, jak szlachcianki z Siedmiu Miast. Jej czarne włosy były długie i proste. U obu boków
nieznajomej biegły dwa psy. Ten z lewej był wielki jak górski kucyk,
kudłaty i podobny do wilka, natomiast drugi krótkowłosy, ciemnobrązowy i muskularny.
Tool i Toc stali na otwartej przestrzeni, kobieta nie mogła ich więc nie
zauważyć, lecz mimo to cała trójka nie zmieniła tempa. Gdy dzieląca ich
odległość zmniejszyła się do kilkunastu kroków, wilkopodobny pies
podbiegł do T'lan Imassa, merdając ogonem.
Toc podrapał się po szczęce, spoglądając na tę scenę.
- To twój stary przyjaciel, Tool? A może chciałby, żebyś mu rzucił jedną
ze swych kości?
Martwiak przez długą chwilę przypatrywał mu się w milczeniu.
- To był żart - wyjaśnił Toc, wzruszając ramionami. - Czy raczej jego
marna imitacja. Nie wiedziałem, że T'lan Imassowie się obrażają.
Czy raczej mam nadzieję, że nie. Bogowie, ta moja niewyparzona gęba...
- Zastanawiałem się nad tym - oznajmił z namysłem Tool. - To zwierzę to
ay i w związku z tym nie interesują go kości. Ay wolą mięso, jeszcze
ciepłe, jeśli to tylko możliwe.
Toc stęknął głośno.
- Rozumiem.
- To był żart - dodał Tool po dłuższej chwili.
- Oczywiście.
Och, może nie będzie tak źle. Niespodziankom nigdy nie ma końca.
T'lan Imass wyciągnął rękę i oparł czubki kościstych palców na szerokim
łbie ay. Zwierzę znieruchomiało.
- Stary przyjaciel? Tak, nasze plemiona adoptowały podobne stworzenia,
by uchronić je przed śmiercią głodową. Rozumiesz, to my doprowadziliśmy
do tej sytuacji.
- Doprowadziliście? Przez wyniszczające polowania? Sądziłem, że wasz lud
żył w jedności z naturą. Wszystkie te duchy i błagalne rytuały...
- Tocu Młodszy, drwisz ze mnie czy z własnej ignorancji? - przerwał mu
Tool. - Nawet porosty w tundrze nie znają pokoju. Wszystko jest walką,
wszystko jest wojną o dominację. Pokonani znikają bez śladu.
- I chcesz powiedzieć, że niczym się nie różnimy...
- Różnimy się, żołnierzu. Posiadamy przywilej wyboru. Dar przewidywania.
Aczkolwiek często uznajemy tę odpowiedzialność dopiero wtedy, gdy jest
już za poźno...
T'lan Imass przechylił głowę, przyglądając się ay i - jak się zdawało -
również własnej, szkieletowatej dłoni spoczywającej na głowie
zwierzęcia.
- Baaljagg czeka na twe rozkazy, mój drogi wojowniku-martwiaku -
oznajmiła melodyjnym głosem kobieta, która zdążyła już do nich podejść.
- Garath, dołącz do siostry i przywitaj naszego zmumifikowanego gościa.
- Spojrzała w oczy Toca i uśmiechnęła się. - Garath mógłby oczywiście
uznać, że twojego przyjaciela powinno się pochować. Czyż to nie byłoby
zabawne?
- Przez krótką chwilę - zgodził się Toc. - Mówisz w języku daru, a masz
na sobie telabę z Siedmiu Miast...
Uniosła brwi.
- Naprawdę? Och, wszystko mi się pomieszało! Ale, żołnierzu, ty również
mówisz w języku daru, a pochodzisz z imperium tej pełnej zahamowań
kobiety... Jak tam ona się zwie?
- Cesarzowa Laseen. Imperium Malazańskie.
A skąd o tym wiesz? Nie mam na sobie munduru...
- W rzeczy samej - odparła z uśmiechem.
- Jestem Toc Młodszy, a T'lan Imass nazywa się Tool.
- Aha. Ojej, ależ tu gorąco. Skryjmy się w tej jaghuckiej wieży. Garath,
przestań obwąchiwać T'lan Imassa i obudź służbę.
Toc śledził wzrokiem potężne psisko, które potruchtało w stronę wieży.
Zauważył teraz, że wejście do budynku wiedzie przez balkon. Zapewne
znajdował się on na pierwszym piętrze. Był to kolejny fakt, sugerujący,
że warstwa tłuczonego szkła jest tu bardzo gruba.
- Nie wydaje się, żeby nadawała się do zamieszkania - zauważył.
- Pozory mylą - wyszeptała kobieta, raz jeszcze uśmiechając się do niego
oszałamiająco.
- Jak masz na imię? - zapytał Toc, gdy ruszyli w stronę wieży.
- To pani Zawiść - wyjaśnił Tool. - Córka Draconusa, tego, który wykuł
miecz Dragnipur i następnie został zabity tymże samym mieczem przez jego
obecnego właściciela Anomandera Rake'a, władcę Odprysku Księżyca.
Powiadają, że Draconus miał dwie córki, którym nadał imiona Zawiść i Złośliwość...
- Na oddech Kaptura, chyba nie mówisz poważnie?
- Jemu z pewnością te imiona również wydawały się zabawne - zauważył
T'lan Imass.
- Doprawdy, zepsułeś mi całą zabawę. - Pani Zawiść westchnęła. - Czy już
się kiedyś spotkaliśmy?
- Nie. Ale słyszałem o tobie.
- Na to wygląda. Przyznaję, że byłam nazbyt skromna, sądząc, że mnie nie
poznasz. Ostatecznie moja droga krzyżowała się z drogą T'lan Imassów już
nie raz. Przynajmniej dwa.
Tool przeszył ją pozbawionym głębi spojrzeniem.
- Wiem, kim jesteś, ale nie potrafię rozwiązać tajemnicy twego pobytu w Morn, jeśli postanowisz być skryta, pani. Chcę się dowiedzieć, czego tu
szukasz.
- A czegóż miałabym szukać? - odpowiedziała drwiąco.
Gdy zbliżyli się do wejścia do wieży, pojawiła się tam odziana w utwardzane skóry, zamaskowana postać. Toc stanął jak wryty.
- To Seguleh! - Spojrzał na panią Zawiść. - Twój sługa to Seguleh!
- Czy tak właśnie się nazywają? - Zmarszczyła czoło. - Ta nazwa wydaje
mi się znajoma, choć nie potrafię sobie przypomnieć jej kontekstu. No
cóż, udało mi się poznać ich imiona, lecz poza tym wiem o nich niewiele.
Przechodzili tędy i akurat mnie zauważyli. Ten tutaj, który nazywa się
Senu, i jeszcze dwóch. Doszli do wniosku, że zabicie mnie urozmaici ich
monotonną podróż. - Westchnęła. - Niestety, teraz muszą mi służyć. -
Spojrzała na Seguleh. - Senu, czy twoi bracia obudzili się już do końca?
Niski, gibki mężczyzna przechylił głowę. Jego ciemne, spoglądające zza
zdobnej maski oczy niczego nie wyrażały.
- Jak rozumiem, ten gest wyraża potwierdzenie - wyjaśniła Tocowi pani
Zawiść. - Przekonałam się, że oni nie są zbyt rozmowni.
Toc potrząsnął głową, nie spuszczając wzroku z bliźniaczych pałaszy
wiszących pod pachami Seguleh.
- Czy tylko on rozmawia z tobą bezpośrednio, pani?
- Skoro o to pytasz... Czy to ma jakieś znaczenie?
- To znaczy, że zajmuje najniższe miejsce w hierarchii. Rozmowa z nie-Seguleh byłaby poniżej godności dwóch pozostałych.
- Cóż za zarozumialstwo!
Zwiadowca wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nigdy nie widziałem żadnego z nich, ale mnóstwo o nich słyszałem. Ich
ojczyzną jest wyspa położona na południe stąd. Ponoć są bardzo skryci i nie lubią podróżować. Ich sława dotarła jednak daleko na północ, nawet
do Nathilogu.
I niech mnie Kaptur porwie, cóż to za sława.
- Hmm, wyczułam w nich pewną arogancję, która okazała się zabawna.
Zaprowadź nas do środka, drogi Senu.
Seguleh nawet nie drgnął. Odszukał wzrokiem Toola i nie spuszczał z niego oczu.
Ay nastroszyła sierść i usunęła się na bok, by zrobić miejsce.
- Senu? - odezwała się pani Zawiść ze słodką jak miód uprzejmością.
- Wydaje mi się, że rzuca Toolowi wyzwanie - wyszeptał Toc.
- To śmieszne! Czemu miałby to robić?
- Dla Seguleh hierarchia jest wszystkim. Jeśli nie ma jasności, kto stoi
wyżej, konieczne jest wyzwanie. Nie zwykli marnować czasu.
Pani Zawiść łypnęła groźnie na Senu.
- Zachowuj się, młody człowieku!
Skinęła dłonią, nakazując mu wejść do środka.
Senu wzdrygnął się wyraźnie na ten gest.
Toc poczuł w bliźnie gwałtowne swędzenie. Podrapał się energicznie,
przeklinając pod nosem.
Seguleh wycofał się do niewielkiej izby. Po krótkim wahaniu odwrócił się
i poprowadził gości ku drzwiom na jej drugim końcu. Łukowaty korytarz
zawiódł ich do centralnej komnaty, ze środka której prowadziły w górę
ciasne, kręte schody. Na ścianach z szorstkiego pumeksu nie było żadnych
ozdób. Na końcu pomieszczenia znajdowały się trzy sarkofagi z wapienia.
Ich pokrywy stały oparte o pobliską ścianę, ustawione w równym szeregu.
Obok nich siedział pies, którego pani Zawiść wysłała przodem. Przy
wejściu ustawiono okrągły, drewniany stół zastawiony świeżymi owocami,
mięsem, serem i chlebem. Był tam również gliniany dzban z dziobkiem oraz
komplet kielichów.
Obaj towarzysze Senu stali bez ruchu przy stole, jakby kazano im go
strzec i byli gotowi oddać życie w jego obronie. Wzrostem, budową ciała
i uzbrojeniem nie odbiegali od niego. Jedynym, co ich od siebie różniło,
były maski. Na emaliowanej osłonie twarzy Senu było pełno ciemnych
linii, drugi Seguleh miał ich nieco mniej, lecz na trzeciej masce
widniały tylko dwie kreski, po jednej na obu lśniących, białych
policzkach. Spoglądające zza jej szczelin oczy przypominały okruchy
obsydianu.
Naznaczony dwiema kreskami Seguleh zesztywniał na widok T'lan Imassa i postąpił krok naprzód.
- Och, doprawdy! - wysyczała pani Zawiść. - Zabraniam jakichkolwiek
wyzwań! Jeśli jeszcze raz zobaczę taki nonsens, stracę cierpliwość...
Wszyscy trzej Seguleh cofnęli się trwożnie o krok.
- Tak jest lepiej - pochwaliła ich kobieta. Zwróciła się w stronę Toca.
- Zaspokój swe potrzeby, młody człowieku. W dzbanie jest białe
saltoańskie, odpowiednio wychłodzone.
Toc nie był w stanie oderwać wzroku od Seguleh w naznaczonej dwoma
nacięciami masce.
- Jeśli nieruchome spojrzenie oznacza wyzwanie sugeruję, żebyś z uwagi
na zachowanie pokoju, nie wspominając już o twoim życiu, skierował wzrok
gdzie indziej, Tocu Młodszy - rzekła cicho pani Zawiść.
Zwiadowca chrząknął, nagle zaniepokojony, i odwrócił głowę od Seguleh.
- Masz rację, pani. Rzecz w tym, że nigdy nie słyszałem o... mniejsza z tym. To nieważne.
Podszedł do stołu i sięgnął po dzban.
Za jego plecami eksplodował nagły ruch. Potem rozległ się przyprawiający
o mdłości łoskot uderzającego o ścianę ciała. Toc odwrócił się
błyskawicznie i zobaczył Toola, który stał z uniesionym mieczem,
spoglądając na dwóch pozostałych Seguleh. Senu leżał dziesięć kroków od
niego, nieprzytomny albo martwy. Oba miecze miał do połowy wyciągnięte z pochew.
Stojąca obok Toola ay imieniem Baaljagg przyglądała się ciału, machając
ogonem.
Pani Zawiść przeszyła lodowatym spojrzeniem obu Seguleh.
- Ponieważ moje rozkazy okazały się niewystarczające, pozostawię
przyszłe starcia w gestii T'lan Imassa, który dowiódł, że potrafi sobie
poradzić. - Zwróciła się do Toola: - Czy Senu nie żyje?
- Żyje. Uderzyłem go płazem, pani, ponieważ nie chciałem zabić jednego z twoich sług.
- To wielka delikatność z twej strony, biorąc pod uwagę okoliczności.
Toc zacisnął drżącą dłoń na uchwycie dzbana.
- Czy tobie też mam nalać, pani Zawiści?
Zerknęła na niego, unosząc brew.
- Znakomity pomysł, Tocu Młodszy - odparła z uśmiechem. - Wygląda na to,
że to nam dwojgu przypada w udziale ustanowienie standardów uprzejmego
zachowania.
- Czego się dowiedziałaś o rozdarciu? - zapytał ją Tool.
Zwróciła się ku niemu, trzymając w dłoni kielich.
- Ach widzę, że szybko przechodzisz do sedna. Zamknięto je. Duszą
śmiertelnika. Jestem pewna, że ci o tym wiadomo. Moje dociekania
skupiały się jednak na kwestii tożsamości samej groty. Ona nie
przypomina żadnej innej. Portal wydaje się niemal... mechaniczny.
Rozdarcie? To na pewno była ta czerwona pręga. A niech to.
- Czy zbadałaś grobowce K'Chain Che'Malle, pani?
Zmarszczyła nos.
- Pobieżnie. Wszystkie są puste już od dłuższego czasu. Od
dziesięcioleci.
Tool przekrzywił głowę z cichym skrzypnięciem.
- Tylko od dziesięcioleci?
- Tak, to nieprzyjemny detal. Jestem przekonana, że matrona miała
poważne trudności z wydostaniem się na swobodę, a potem potrzebowała też
wiele czasu na odpoczynek, nim zdołała uwolnić swe dzieci. Razem z potomstwem podejmowała też dalsze próby w pokrytym lawą mieście
położonym na północny zachód stąd, lecz zostały one przerwane, jakby ich
rezultat okazał się niezadowalający. Wygląda na to, że potem opuścili
okolicę. - Przerwała na chwilę. - Pewne znaczenie może mieć fakt, że to
duszą matrony zatkano pierwotnie rozdarcie. Musimy przyjąć założenie, że
teraz znajduje się tam jakaś inna, pechowa istota.
T'lan Imass skinął głową.
Podczas ich rozmowy Toc zajął się jedzeniem. Pochłaniał też już drugi
kielich cierpkiego, zimnego wina. Próby zrozumienia, o czym mowa,
przyprawiły go tylko o ból głowy. Zastanowi się nad tym później.
- Muszę się udać na północ - powiedział, przeżuwając kęs ziarnistego
chleba. - Pani, czy są szanse, bym otrzymał od ciebie potrzebne zapasy?
Byłbym twoim dłużnikiem...
Ucichł nagle, widząc błysk chciwości w jej oczach.
- Uważaj, co mi oferujesz, młody człowieku...
- Bez obrazy, ale czemu nazywasz mnie młodym człowiekiem? Sama nie
wyglądasz na więcej niż dwadzieścia pięć lat.
- To mi bardzo pochlebia. Tool zdołał mnie zidentyfikować i przyznaję,
że zakres jego wiedzy głęboko mnie zaniepokoił, widzę jednak, że imiona,
które wymienił T'lan Imass, nic dla ciebie nie znaczą.
Toc wzruszył ramionami.
- O Anomanderze Rake'u oczywiście słyszałem. Nie wiedziałem, że odebrał
komuś miecz, nie mam też pojęcia, kiedy się to wydarzyło. Przychodzi mi
jednak na myśl, że skoro zabił twego ojca - jak to on się zwał? Draconus
- możesz czuć do niego pewną, usprawiedliwioną wrogość. Imperium
Malazańskie podziela ową niechęć. Mając wspólnych nieprzyjaciół...
- Siłą rzeczy jesteśmy sojusznikami. Założenie rozsądne, lecz, niestety,
fałszywe. Mimo to z chęcią dam ci tyle żywności i napojów, ile tylko
zdołasz udźwignąć. Obawiam się jednak, że nie mam żadnej broni. W zamian
za to mogę pewnego dnia poprosić cię o przysługę. Nie będzie to
oczywiście nic wielkiego. Jakiś stosunkowo bezbolesny drobiazg. Zgoda?
Toc nagle stracił apetyt. Zerknął na Toola, lecz pozbawiona wyrazu twarz
martwiaka w niczym mu nie pomogła. Malazańczyk skrzywił się wściekle.
- Masz mnie w ręku, pani Zawiści.
Uśmiechnęła się.
A ja miałem nadzieję, że przejdziemy od wymiany uprzejmości do czegoś
bardziej... intymnego. Znowu to samo, Toc. Myślisz nie tym mózgiem, co
trzeba.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Zaczerwienił się i sięgnął po kubek.
- Proszę bardzo, zgadzam się na twą propozycję.
- Zachwyca mnie twe opanowanie, Tocu Młodszy.
Omal nie zakrztusił się winem.
Gdybym nie był pocałowanym przez miecz, jednookim skurwysynem, kusiłoby
mnie, by uznać to za flirt.
- Pani Zawiści, jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o tym
rozdarciu, musisz się udać w inne miejsce - odezwał się Tool.
Toc z zadowoleniem ujrzał na twarzy kobiety wyraz lekkiego szoku. Pani
Zawiść spojrzała na T'lan Imassa.
- Doprawdy? Wygląda na to, że nie tylko ja cechuję się pewną skrytością.
Mógłbyś mi to wyjaśnić?
Toc Młodszy chrząknął, przewidując odpowiedź, po czym skulił się nagle,
gdy pani Zawiść przeszyła go złowrogim spojrzeniem.
- Być może - odparł zgodnie z jego oczekiwaniami T'lan Imass.
Ha, wiedziałem.
- Zrób to więc - zażądała z nutą irytacji w głosie.
- Podążam starodawnym tropem, pani Zawiści. Morn jest tylko jednym z wielu przystanków na mej drodze, która wiedzie aktualnie na północ.
Znajdziesz odpowiedzi na interesujące cię pytania pośród tych, których
ja szukam.
- Chcesz, bym ci towarzyszyła.
- Jest mi to obojętne - odrzekł Tool chrapliwym, pozbawionym intonacji
głosem. - Jeśli jednak postanowisz tu zostać, muszę cię ostrzec, że
rozdarcie może być niebezpieczne, nawet dla kogoś takiego jak ty.
Skrzyżowała ramiona.
- Sądzisz, że nie jestem dostatecznie ostrożna?
- Znalazłaś się w ślepej uliczce i czujesz się coraz bardziej
sfrustrowana. Dla zachęty wspomnę o czymś jeszcze. Twoi dawni towarzysze
podróży zmierzają ku temu samemu miejscu. Pannion Domin. Zarówno
Anomander Rake, jak i Caladan Brood przygotowują się do wojny przeciw
Domin. To poważna decyzja. Czyż nie budzi ona twej ciekawości?
- Nie jesteś zwykłym T'lan Imassem - oskarżyła go.
Tool nie zareagował na ten zarzut.
- Wygląda na to, że ma cię w ręku - wtrącił Toc, z trudem hamując
wesołość.
- Uważam, że impertynencja jest obrzydliwie nieatrakcyjna - warknęła w odpowiedzi. - Co się stało z twym sympatycznym opanowaniem, Tocu
Młodszy?
Zaskoczył go nagły impuls, który kazał mu paść jej do nóg i błagać o wybaczenie. Zbył ten absurdalny pomysł wzruszeniem ramion.
- Chyba zaszkodziła mu uszczypliwość.
Jej mina złagodniała, a w oczach pojawił się wyraz przypominający
spojrzenie łani.
Irracjonalne pragnienie wróciło. Toc podrapał się po bliźnie i odwrócił
wzrok.
- Nie chciałam być uszczypliwa...
No jasne. A Królowa Snów ma kurze nóżki.
- ...i szczerze cię przepraszam. - Popatrzyła z powrotem na Toola. -
Zgoda, wyruszymy w podróż wspólnie. To bardzo ekscytujące! - Skinęła na
służących jej Seguleh. - Zajmijcie się przygotowaniami.
- Pójdę teraz po materiały na cięciwę i strzały dla ciebie - oznajmił
Tocowi Tool. - Wykonam je po drodze.
Zwiadowca skinął głową.
- Chętnie popatrzyłbym, jak to robisz, Tool - stwierdził po chwili. -
Takie umiejętności mogą się przydać...
T'lan Imass przez chwilę się zastanawiał, po czym przekrzywił głowę.
- Nam się przydawały.
Wszyscy odwrócili się, słysząc głośne stęknięcie leżącego pod ścianą
Senu. Gdy Seguleh odzyskał świadomość, ujrzał stojącą nad nim ay.
Zwierzę z wyraźną przyjemnością lizało wymalowane na masce wzory.
- Słyszałem, że jako farby używają mieszaniny węgla drzewnego, śliny i ludzkiej krwi - wyjaśnił typowym dla siebie beznamiętnym tonem Tool.
- To ci dopiero brutalne przebudzenie - mruknął Toc.
Zmierzając ku drzwiom, pani Zawiść otarła się o Malazańczyka i obrzuciła
go przelotnym spojrzeniem.
- Och, wprost nie mogę się doczekać tej wycieczki!
To bynajmniej nieprzypadkowe zetknięcie obudziło w trzewiach Toca
gniazdo węży. Choć serce mu waliło, nie wiedział, czy powinien czuć się
szczęśliwy, czy raczej przerażony.
Rozdział drugi
Zastęp Jednorękiego krwawił z niezliczonych ran, zadanych przez trwającą
bez końca kampanię, kolejne klęski, po których następowały jeszcze
bardziej kosztowne zwycięstwa. Najstraszliwsze obrażenia odniosła jednak
dusza armii Dujeka Jednorękiego...
Srebrna Lisicazwiadowca Hurlochel
Ukryta pośród skał i głazów na stoku kapral Wykałaczka obserwowała
posuwającego się z trudem ścieżką staruszka. Jego cień padał na pozycję
zajmowaną przez Niewidkę, lecz mimo to mężczyzna nie zdawał sobie sprawy
z bliskości żołnierki. Niewidka podniosła się bezgłośnie za jego
plecami. Z jej postaci osypały się obłoki pyłu. Potem zaczęła
gestykulować, by porozumieć się z Wykałaczką.
Staruszek szedł dalej, niczego nieświadomy. Gdy zbliżył się do
Wykałaczki na odległość sześciu kroków, kapral wyprostowała się. Szary
płaszcz pyłu, pozostały po porannej burzy piaskowej, opadł z niej
kaskadami. Wycelowała do mężczyzny z kuszy.
- Zatrzymaj się, wędrowcze - warknęła.
Zaskoczony staruszek zrobił krok do tyłu. Kamień omsknął się pod jego
nogą i mężczyzna padł z głośnym krzykiem na ziemię. Zdążył się jednak
odwrócić, by nie wylądować na skórzanym plecaku, który dźwigał. Zsunął
się jeszcze krok w dół i zatrzymał prawie u stóp Niewidki.
Wykałaczka uśmiechnęła się i podeszła do niego.
- Wystarczy - stwierdziła. - Nie wyglądasz groźnie, dziadku, ale na
wszelki wypadek informuję cię, że jest w ciebie wymierzonych pięć
kolejnych kusz. Może więc powiedziałbyś mi, skąd się tu wziąłeś, w imię
Kaptura?
Wytartą bluzę starca pokrywały plamy kurzu i potu. Ogorzałe od słońca
czoło miał szerokie, natomiast twarz wąską, zwężającą się ku niemal
pozbawionej podbródka szczęce. Jego krzywe zęby sterczały na wszystkie
strony, czyniąc z uśmiechu prawdziwą parodię. Podciągnął chude, skryte w skórzanych nogawicach nogi i powoli wstał.
- Po tysiąckroć przepraszam - wydyszał, zerkając przez ramię na
Niewidkę. Wzdrygnął się, ujrzawszy wyraz jej oczu, i pośpiesznie
przeniósł wzrok z powrotem na Wykałaczkę. - Sądziłem, że ta ścieżka jest
nieuczęszczana, nawet przez złodziei. Rozumiecie, zainwestowałem dorobek
całego życia w to, co mam na plecach, i nie mogłem sobie pozwolić na
strażnika ani nawet na muła...
- Jak rozumiem, jesteś kupcem - wycedziła Wykałaczka. - A dokąd się
wybierasz?
- Do Pale. Pochodzę z Darudżystanu...
- To oczywiste - warknęła Wykałaczka. - Rzecz w tym, że Pale znajduje
się obecnie w rękach imperium... podobnie jak te wzgórza.
- Nie wiedziałem o tym... to znaczy o wzgórzach. Zdaję sobie oczywiście
sprawę, że Pale znalazło się w malazańskich objęciach...
Wykałaczka uśmiechnęła się do Niewidki.
- Słyszałaś? W objęciach. Niezłe, staruszku. To prawdziwy matczyny
uścisk, prawda? Co masz w tym worku?
- Jestem rzemieślnikiem - wyjaśnił mężczyzna, pochylając głowę. - Hmm,
rzeźbię różne drobiazgi. W kości zwykłej i słoniowej, nefrycie,
serpentynie...
- Masz coś nasyconego czarami albo czymś w tym rodzaju? - zapytała
kapral. - Coś pobłogosławionego?
- Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, to tylko moim talentem. Nie jestem
magiem i pracuję sam. Udało mi się jednak zdobyć kapłańskie
błogosławieństwo dla trzech obręczy z kości słoniowej...
- Którego boga?
- Treacha, Tygrysa Lata.
Wykałaczka uśmiechnęła się szyderczo.
- On nie jest bogiem, ty durniu. Treach to Pierwszy Bohater, półbóg,
jednopochwycony Ascendent...
- Poświęcono w jego imieniu nową świątynię - przerwał jej staruszek. -
Na ulicy Bezwłosej Małpy, w Dzielnicy Gadrobijskiej. Osobiście wykonałem
skórzaną oprawę na Księgę Modlitw i Rytuałów.
Wykałaczka zatoczyła oczyma i opuściła kuszę.
- No dobra, pokazuj te obręcze.
Staruszek pokiwał energicznie głową, zdjął plecak, postawił go przed
sobą i rozwiązał jedyny rzemień.
- Pamiętaj, że jeśli wyciągniesz coś podejrzanego, w czaszkę wbije ci
się tuzin bełtów - mruknęła Wykałaczka.
- To jest plecak, nie moje portki - wyszeptał kupiec. - A poza tym
zdawało mi się, że to miało być pięć.
Kapral skrzywiła się wściekle.
- Liczba obserwatorów wzrosła - wyjaśniła cicho Niewidka.
- Tak jest - poparła ją pośpiesznie Wykałaczka. - Ukrywają się tu dwie
całe drużyny, które śledzą każdy twój ruch.
Staruszek z przesadną ostrożnością wyciągnął z plecaka owiniętą
sznurkiem paczuszkę z jeleniej skóry.
- To ponoć starożytna kość słoniowa - wyszeptał pełnym nabożnej czci
tonem. - Pochodzi od porośniętego futrem potwora, który ongiś był
ulubioną zwierzyną Treacha. Martwą bestię znaleziono w zamarzniętym
błocie dalekiego Elingarthu...
- Mniejsza z tym - warknęła Wykałaczka. - Wyciągaj te przeklęte obręcze.
Zaniepokojony kupiec uniósł białe, kosmate brwi.
- Przeklęte?! Nie! Nigdy! Sądzisz, że handluję przedmiotami, na które
rzucono klątwę?
- Zamknij się, to tylko takie przeklęte powiedzenie. Śpiesz się, bo
zmarnujemy tu cały przeklęty dzień.
Z ust Niewidki wyrwał się jakiś dźwięk, lecz szybko uciszyło ją
złowrogie spojrzenie przełożonej.
Staruszek rozwiązał paczuszkę, odsłaniając trzy obręcze do założenia na
ramię. Każdą z nich wykonano z jednego kawałka kości słoniowej. Nie
miały żadnych ozdób, lecz wygładzono je dokładnie, nadając im białawy
połysk.
- Gdzie są znaki błogosławieństwa?
- Nie ma ich. Wszystkie pierścienie po kolei owinięto w tkaninę utkaną z włosów z wylinki Treacha na dziewięć dni i dziesięć nocy...
Niewidka prychnęła pogardliwie.
- Włosy z wylinki? - Kapral wykrzywiła twarz. - Cóż za niesmaczny
pomysł.
- Trzpień by tak nie uważał - wyszeptała Niewidka.
- Trzy pierścienie - zastanawiała się Wykałaczka. - Prawa ręka, lewa
ręka... I co jeszcze? Tylko uważaj na język. Niewidka i ja to delikatne
kwiatuszki.
- Wszystkie są na jedno ramię. Są lite, ale łączą się w jedną całość.
Tak mówi instrukcja błogosławieństwa.
- Łączą się bez widocznej szczeliny? Muszę to zobaczyć.
- Niestety nie mogę zademonstrować tego czaru, gdyż działa on tylko raz,
kiedy kupujący - albo kupująca - włoży obręcze na rękę, którą zwykł się
posługiwać w walce.
- To mi wygląda na szwindel.
- Tak się składa, że mamy go w garści - wtrąciła Niewidka. - Oszustwo
udaje się tylko wtedy, gdy można szybko się ulotnić.
- Jak na zatłoczonych targowiskach Pale. - Wykałaczka uśmiechnęła się do
staruszka. - Ale my nie jesteśmy na zatłoczonym targowisku, prawda? Ile?
Kupiec poruszył się nerwowo.
- Wybrałyście moje najcenniejsze dzieło. Zamierzałem je wystawić na
licytację...
- Ile, starcze?
- T... trzysta z... złotych rad.
- Rad. To nowe darudżystańskie monety, zgadza się?
- Pale przyjęło jako standard malazańskie jakata - odezwała się
Niewidka. - Jaki jest kurs?
- Nie mam pojęcia - mruknęła Wykałaczka.
- Jeśli łaska... - wtrącił kupiec. - W Darudżystanie płacą dwa i jedną
trzecią jakata za jedną radę. Prowizja w kantorze wynosi przynajmniej
jedno jakata, czyli, mówiąc ściśle, kurs wynosi jeden i jedną trzecią.
Niewidka przestąpiła z nogi na nogę i pochyliła się, by lepiej się
przyjrzeć obręczom.
- Trzysta rad zapewniłoby rodzinie wygodne życie na przynajmniej parę
lat...
- To właśnie było moim zamiarem - zgodził się staruszek. - Jestem jednak
samotny i żyję raczej skromnie, liczyłem więc na cztery lub więcej lat,
wliczając w to materiały potrzebne do wykonywania mojego rzemiosła.
Jeśli dostanę mniej niż trzysta rad, będę zrujnowany.
- Serce mi krwawi. - Wykałaczka zerknęła na Niewidkę. - Czy ktoś zauważy
ich brak?
Żołnierka wzruszyła ramionami.
- No to przynieś tu trzy rulony.
- Już się robi, kapralu.
Niewidka ominęła staruszka i oddaliła się bezszelestnie. Po chwili
zniknęła im z oczu.
- Błagam - jęczał kupiec. - Nie płaćcie mi w jakata...
- Uspokój się - mruknęła Wykałaczka. - Oponn uśmiechnęli się dziś do
ciebie. A teraz odsuń się od plecaka. Mam obowiązek go przeszukać.
Staruszek pokłonił się i cofnął nieco.
- Przyznaję, że reszta ma mniejszą wartość. To dość pośpiesznie...
- Nie zamierzam kupować nic więcej - przerwała mu Wykałaczka. - To
oficjalne przeszukanie.
- Rozumiem. Czy jakieś towary zostały w Pale wyjęte spod prawa?
- Przede wszystkim fałszywe jakata. Lokalna gospodarka poważnie
ucierpiała i darudżystańskie rady również nie są zbyt mile widziane. W tym tygodniu skonfiskowałyśmy ich bardzo dużo.
Kupiec wybałuszył oczy.
- Chcecie mi zapłacić fałszywymi monetami?
- To kusząca myśl, ale nie. Jak już mówiłam, Oponn ci dziś sprzyjają. -
Wykałaczka skończyła rewizję, odsunęła się od plecaka i wydobyła z torby, którą miała u pasa, małą woskową tabliczkę. - Muszę zapisać twoje
imię, kupcze. Tymi ścieżkami wędrują obecnie głównie przemytnicy, którzy
chcą uniknąć posterunku na równinnym trakcie prowadzącym przez
Wododział. Wygląda na to, że jesteś jednym z nielicznych tu uczciwych
kupców. Ci przemytnicy uważają się za sprytnych i płacą za swój spryt
dziesięciokrotną cenę. Prawda wygląda tak, że łatwiej by im było się
przemknąć pośród chaosu panującego na posterunku.
- Nazywam się Munug.
Wykałaczka podniosła wzrok.
- Ty biedny skurczybyku.
Niewidka wróciła, dźwigając przed sobą trzy wielkie rulony monet.
Kupiec wzruszył ramionami z zażenowaną miną. Nie spuszczał wzroku z pieniędzy.
- To rady!
- Ehe - mruknęła Wykałaczka. - W rulonach po sto. Pewnie nabawisz się
przepukliny, dźwigając je do Pale, nie wspominając o drodze powrotnej. W gruncie rzeczy w ogóle nie musisz się już tam wybierać, prawda?
Wbiła w niego wzrok, chowając tabliczkę do torby.
- Masz trochę racji - przyznał Munug. Ponownie zawinął obręcze i wręczył
paczuszkę Niewidce. - Mimo to pójdę tam, by sprzedać resztę swych dzieł.
- Strzelając nerwowo oczyma, odsłonił krzywe zęby w skąpym uśmieszku. -
Jeśli szczęście Oponn nadal pozostanie przy mnie, mogę za nie dostać
drugie tyle.
Wykałaczka przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym potrząsnęła
głową.
- Chciwość nigdy nie popłaca, Munug. Mogę się założyć, że za miesiąc
wrócisz tędy, mając w kieszeniach tylko kurz. Co ty na to? O dziesięć
rad.
- Jeśli przegram, będę ci winien dziesięć rad.
- No cóż, może przyjmę w zamian parę drobiazgów. Masz zręczne dłonie,
staruszku. To widać na pierwszy rzut oka.
- Dziękuję, ale z całym szacunkiem odmawiam.
Wykałaczka wzruszyła ramionami.
- Szkoda. Został ci jeszcze cały dzwon dnia. Pod szczytem urządzono
przydrożny obóz. Jeśli wykażesz się wystarczającą determinacją, może ci
się uda dotrzeć tam, nim zapadnie ciemność.
- Spróbuję tego dokonać.
Wsunął ręce w rzemienie plecaka, podniósł się z głośnym stęknięciem,
skinął niepewnie głową i ruszył naprzód.
- Stój - rozkazała Wykałaczka.
Pod Munugiem ugięły się kolana. Staruszek omal się nie przewrócił.
- S... słucham? - zdołał wykrztusić.
Wykałaczka przejęła obręcze z rąk Niewidki.
- Muszę je najpierw założyć. Mówiłeś, że łączą się bez szwów.
- Och! Tak, oczywiście. Zrób to, proszę.
Kapral podwinęła rękaw zakurzonej koszuli. Po wewnętrznej stronie gruba
wełna miała kolor burgunda.
Munug wciągnął głośno powietrze.
- Zgadza się, jesteśmy z Podpalaczy Mostów - potwierdziła z uśmiechem
Wykałaczka. - To zdumiewające, co można ukryć pod kurzem, hej? - Wsunęła
pierścienie z kości słoniowej na muskularne, pokryte bliznami ramię. Gdy
znalazły się między bicepsem a barkiem, rozległ się cichy trzask.
Żołnierka zmarszczyła brwi, przyglądając się obręczom, po czym syknęła
zaskoczona. - Niech mnie szlag.
Munug uśmiechnął się szerzej, a potem pokłonił lekko.
- Czy mogę już iść?
- Możesz - odparła. Nie zwracała już na niego uwagi. Patrzyła tylko na
lśniące obręcze, które obejmowały jej ramię.
Niewidka śledziła kupca wzrokiem przez całą minutę, lekko marszcząc
pobrudzone pyłem czoło.
***
Po chwili Munug odnalazł odgałęzienie ścieżki. Po raz przynajmniej
dziesiąty obejrzał się, by się upewnić, że nikt go nie śledzi, po czym
wśliznął się między dwa pochyłe kamienie, pomiędzy którymi znajdowało
się ukryte wejście.
Po kilku krokach mroczny korytarz przeszedł w krętą ścieżkę, która
biegła skalną szczeliną o wysokich ścianach. Podążający nią kupiec
szybko zniknął w cieniu. Według jego oceny do zachodu słońca zostało
niespełna sto uderzeń serca. Rozmowa z żołnierkami kosztowała go sporo
czasu, a jeśli spóźni się na spotkanie, może się to dla niego skończyć
zgubą.
- Ostatecznie bogowie nie słyną z wyrozumiałości... - wyszeptał.
Monety były ciężkie. Serce waliło mu mocno. Nie był przyzwyczajony do
podobnego wysiłku. Był przecież rzemieślnikiem. Ostatnio nie sprzyjało
mu szczęście, z pewnością też osłabiły go guzy, które miał między
nogami, lecz mimo całej tej żałoby i bólu jego talent i wizja stały się
jeszcze wspanialsze. "Wybrałem cię właśnie dla tych skaz, Munugu. I twoich umiejętności, rzecz jasna. Och tak, bardzo potrzebuję twoich
talentów...".
Błogosławieństwo boga z pewnością poradzi sobie z guzami. A gdyby nawet
tak się nie stało, po powrocie do Darudżystanu trzysta rad prawie
wystarczy na opłacenie usług władającego Denul uzdrowiciela. Ostatecznie
nie byłoby zbyt rozsądnie liczyć wyłącznie na zapłatę boga. Opowieść o aukcji w Pale była prawdziwa. Zawsze opłacało się mieć inne wyjście,
przygotowywać rezerwowe plany. Choć rzeźbiarstwo było mniejszym z jego
talentów, nie był tak skromny, by zaprzeczać, że jego dzieła mają wysoką
wartość. Oczywiście w porównaniu z jego malarstwem to było nic. Zupełnie
nic.
Przyśpieszył, ignorując spowijającą go nadnaturalną mgłę. Po dziesięciu
krokach, gdy przeszedł przez bramę groty, turnie i rozpadliny
Wschodniego Tahlynu zniknęły nagle, a mgła rozproszyła się, odsłaniając
płaską, kamienistą równinę i niebo o niezdrowej barwie. W pewnej
odległości wznosił się na niej namiot z niewyprawionych skór, nad którym
wisiał obłoczek błękitnego dymu. Munug ruszył pośpiesznie w tamtą
stronę.
Po chwili przycupnął przed wejściem, dysząc ciężko, i podrapał połę
namiotu.
Ze środka dobiegł urywany kaszel.
- Wejdź, śmiertelniku - usłyszał chrapliwy głos.
Munug wczołgał się do namiotu. Gęsty, gryzący dym szczypał go w oczy,
nozdrza i gardło, lecz po pierwszym wdechu jego płuca, a potem całe
ciało, ogarnęło chłodne odrętwienie. Munug opuścił głowę, odwrócił wzrok
i zatrzymał się tuż za wejściem.
- Spóźniłeś się - stwierdził bóg, charcząc przy każdym oddechu.
- Na szlaku były żołnierki, panie...
- Czy to odkryły?
Rzemieślnik uśmiechnął się wpatrzony w brudne sitowie, które zaściełało
ziemię w namiocie.
- Nie. Tak jak przewidywałem, przeszukały plecak, ale nie zrobiły mi
rewizji osobistej.
Bóg kaszlnął raz jeszcze. Munug usłyszał zgrzyt przesuwanego po ziemi
piecyka. Rozległ się trzask pękających na węgielkach nasion i dym
zgęstniał jeszcze.
- Pokaż mi to.
Rzemieślnik sięgnął pod wytartą bluzę, wyciągnął stamtąd paczkę
wielkości grubej księgi i wydobył z niej talię drewnianych kart. Nadal
nie unosząc głowy, popchnął karty w stronę boga, rozsuwając je po
drodze.
Bóg wstrzymał oddech. Potem rozległ się cichy szelest.
- Błędy? - zapytał dobiegający z mniejszej odległości głos.
- Są, panie. Po jednym na każdej karcie, tak jak rozkazałeś.
- Ach, to mnie cieszy. Śmiertelniku, twój talent nie ma sobie równych.
Zaiste są to obrazy bólu i niedoskonałości. Udręczone i rozdarte
cierpieniem. Drażnią wzrok i sprawiają, że serce krwawi. Co więcej,
dostrzegam w przedstawionych przez ciebie twarzach chroniczną samotność.
- W jego głosie pojawiła się nuta ironii. - Namalowałeś własną duszę,
śmiertelniku.
- Nie zaznałem wiele szczęścia, pa...
- I nie powinieneś go oczekiwać! - syknął bóg. - Ani w tym życiu, ani w tysiącu następnych, które z pewnością cię czekają, nim osiągniesz
zbawienie, pod warunkiem, że wycierpisz wystarczająco wiele, by na nie
zasłużyć!
- Modlę się o to, by moim cierpieniom nie było końca, panie - wymamrotał
Munug.
- Kłamiesz. Marzysz o wygodzie i zadowoleniu. Masz ze sobą złoto, za
które spodziewasz się je kupić. Zamierzasz też sprostytuować swój
talent, by osiągnąć jeszcze więcej. Nie próbuj zaprzeczać, śmiertelniku.
Znam twą duszę. Dostrzegam w tych obrazach jej pazerność i nienasycenie.
Nie obawiaj się, podobne emocje bawią mnie, gdyż nieuchronnie wiodą ku
rozpaczy.
- Tak, panie.
- A teraz, Munugu z Darudżystanu, twoja zapłata...
Starzec krzyknął głośno, gdy guzy, które miał między nogami, wypełnił
ogień. Padł na brudne sitowie ciasno zwinięty z bólu.
Bóg ryknął straszliwym śmiechem, który szybko przerodził się w długotrwały atak rozdzierającego płuca kaszlu.
Po chwili Munug zdał sobie sprawę, że ból zanika.
- Jesteś uzdrowiony, śmiertelniku. Otrzymałeś w nagrodę dodatkowe lata
bezwartościowego życia. Niestety, wszelka doskonałość budzi we mnie
wstręt, i to samo musi dotyczyć mych umiłowanych dzieci.
- P... panie, nie czuję nóg!
- Obawiam się, że są martwe. To cena uzdrowienia. Wygląda na to,
rzemieślniku, że czeka cię długie i bolesne czołganie się ku miejscu, do
którego się wybierasz. Pamiętaj, dziecko, że liczy się podróż, a nie
dotarcie do celu.
Bóg ponownie się roześmiał, co doprowadziło do kolejnego ataku kaszlu.
Munug zrozumiał, że nakazano mu odejść. Odwrócił się i wyczołgał na
zewnątrz, wlokąc za sobą bezużyteczne nogi. Potem znieruchomiał, dysząc
ciężko. Ból, który teraz czuł, rodził się w jego duszy. Położył głowę na
plecaku, który ciągnął ze sobą. Zlanym potem czołem dotykał twardych
rulonów monet.
- Moje nagrody - wyszeptał. - Błogosławiony jest dotyk Upadłego. Prowadź
mnie, mój dobry panie, ścieżkami rozpaczy, albowiem zasługuję na
niekończące się dobrodziejstwo całego bólu świata...
Z namiotu znowu dobiegł ochrypły śmiech Okaleczonego Boga.
- Raduj się tą chwilą, mój drogi Munugu! Dzięki dziełu twych rąk zacznie
się nowa gra! Dzięki dziełu twych rąk zadrży świat!
Munug zamknął oczy.
- Moje nagrody...
***
Niewidka wpatrywała się w szlak jeszcze przez długi czas po zniknięciu
kupca.
- On nie był tym, na kogo wyglądał - mruknęła.
- Żaden z nich nie jest - zgodziła się Wykałaczka, pociągając za obręcze
na ramieniu. - Są cholernie ciasne.
- Obawiam się, że ręka ci zgnije i odpadnie, kapralu.
Wykałaczka wybałuszyła oczy.
- Myślisz, że są przeklęte?
Niewidka wzruszyła ramionami.
- Na twoim miejscu poprosiłabym Szybkiego Bena, żeby im się dokładnie
przyjrzał, i to jak najprędzej.
- Na jaja Togga, jeśli coś podejrzewałaś...
- Nie powiedziałam tego, kapralu. To ty się skarżyłaś, że są za ciasne.
Czy możesz je zdjąć?
Wykałaczka skrzywiła się.
- Nie mogę, niech cię szlag.
- Och.
Niewidka odwróciła wzrok.
Wykałaczka miała ochotę zdrowo jej przyładować, lecz odkąd przydzielono
je na ten posterunek, podobny pomysł przychodził jej do głowy
przynajmniej dziesięć razy dziennie. Po raz kolejny oparła się pokusie.
- Trzysta rad za to, żeby odpadła mi ręka. Cudownie.
- Myśl pozytywnie, kapralu. Będziesz miała o czym pogadać z Dujekiem.
- Naprawdę cię nienawidzę, Niewidka.
Żołnierka uśmiechnęła się blado do przełożonej.
- Wrzuciłaś mu kamyk do plecaka?
- Tak. Zachowywał się cholernie nerwowo. Kiedy go przywołałam z powrotem, o mało co nie zemdlał.
Niewidka skinęła głową.
- Szybki Ben go wytropi i... - ciągnęła Wykałaczka, podwijając rękaw.
- Chyba że pozbędzie się plecaka...
Kapral chrząknęła.
- To, co w nim miał, guzik go obchodziło. Nie, naprawdę wartościowy
towar z pewnością schował pod koszulą. Kiedy już dotrze do Pale, na
pewno opowie o naszym spotkaniu. Liczba pałętających się tu przemytników
spadnie gwałtownie. Zapamiętaj moje słowa. Mogę się nawet założyć o pieniądze. Kiedy poszłaś po rady, podpowiedziałam mu też, że większe
szanse miałby w Wododziale.
Niewidka uśmiechnęła się szerzej.
- "Chaos na skrzyżowaniu dróg", co? Tam faktycznie panuje chaos. Grupa
Parana nie wie, co począć z tymi wszystkimi skonfiskowanymi towarami.
- Zróbmy sobie coś do jedzenia. Moranthowie na pewno jak zwykle będą
punktualni.
Obie Podpalaczki Mostów ruszyły ścieżką w górę.
***
Godzinę po zachodzie słońca nadleciała eskadra Czarnych Moranthów, która
wylądowała z szeleszczącym łopotem skrzydeł quorlów w kręgu
rozstawionych przez Wykałaczkę i Niewidkę lamp. Jedno ze stworzeń niosło
pasażera, który zeskoczył z jego grzbietu, gdy tylko sześć nóg quorla
dotknęło kamienistej ziemi.
Wykałaczka uśmiechnęła się do przeklinającego mężczyzny.
- Chodź tu, Szybki.
Odwrócił się w jej stronę.
- Do Kaptura, co znowu wykombinowałaś, kapralu?
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Nic takiego, czarodzieju. Dlaczego pytasz?
Chudy, ciemnoskóry mężczyzna obejrzał się jeszcze na Czarnych Moranthów,
po czym podszedł pośpiesznie do obu żołnierek.
- Musimy się trzymać prostych metod, niech to szlag - oznajmił cichym
głosem. - Po drodze omal nie wypadłem z tego guzowatego siodła. Wszędzie
kłębi się pełno grot, z każdego miejsca sączy się moc... - Przerwał i podszedł bliżej z błyskiem w oczach. - Od ciebie też, Wykałaczka...
- Czyli jednak są przeklęte - mruknęła Niewidka.
Kapral przeszyła towarzyszkę pełnym złości spojrzeniem.
- Podejrzewałaś to od samego początku, prawda, Niewidka? - warknęła z tak wielkim sarkazmem, na jaki tylko mogła się zdobyć. - Ty zakłamana...
- Zdobyłaś błogosławieństwo Ascendentu? - syknął oskarżająco Szybki Ben.
- Ty idiotko! Którego, Wykałaczka?
Przełknęła z wysiłkiem ślinę, czując, że nagle zaschło jej w gardle.
- Hmm, Treacha?
- Rewelacyjnie.
Kapral skrzywiła się.
- A co jest złego w Treachu? Idealnie się nadaje dla żołnierzy. Tygrys
Lata, Władca Bitew...
- Może pięćset lat temu! Już przed stuleciami przybrał jednopochwyconą
postać i od tej pory nie miał ani jednej ludzkiej myśli! Jest nie tylko
bezrozumny, ale i obłąkany, Wykałaczka!
Niewidka zachichotała.
- Z czego się śmiejesz? - naskoczył na nią czarodziej.
- Z niczego. Przepraszam.
Wykałaczka podwinęła rękaw, by pokazać pierścienie.
- To one, Szybki - wyjaśniła pośpiesznie. - Czy mógłbyś je zdjąć?
Mag wzdrygnął się na widok amuletów z kości słoniowej, po czym
potrząsnął głową.
- Gdyby to był jakiś rozsądny, zdrowy na umyśle Ascendent, może dałoby
się coś uzyskać negocjacjami. Lepiej o tym zapomnij...
- Zapomnij? - Wykałaczka złapała czarodzieja za przeciwdeszczową
pelerynę i potrząsnęła nim. - Zapomnij? Ty nędzny robaku...
Przerwała nagle i wybałuszyła szeroko oczy.
Szybki Ben przyjrzał się jej, unosząc brwi.
- Co ty wyprawiasz, kapralu? - zapytał cicho.
- Hm, przepraszam, czarodzieju. - Puściła go.
Szybki Ben poprawił z westchnieniem pelerynę.
- Niewidka, zaprowadź Moranthów do schowka.
- Już się robi - odparła, ruszając nieśpiesznie ku czekającym
wojownikom.
- Kto je dostarczył, kapralu?
- Obręcze?
- Mniejsza o obręcze. Już się ich nie pozbędziesz. Mówię o radach z Darudżystanu. Kto je dostarczył?
- Dziwna sprawa - odpowiedziała ze wzruszeniem ramion Wykałaczka. - To
była wielka kareta, która pojawiła się znikąd. W jednej chwili na drodze
nikogo nie było, a w następnej zobaczyłyśmy wielki, zaprzężony w szóstkę
koni pojazd. Czarodzieju, tą ścieżką nie zdoła przejechać dwukołowy wóz,
a co dopiero kareta. Strażnicy byli uzbrojeni po zęby i bardzo
podenerwowani. I nic w tym dziwnego, bo w końcu wieźli dziesięć tysięcy
rad.
- Trygalle - mruknął Szybki Ben. - Ci ludzie naprawdę mnie niepokoją... -
Pokręcił głową. - Jeszcze jedno. Gdzie jest ostatni znacznik, który
komuś podrzuciłaś?
Wykałaczka zmarszczyła brwi.
- Nie wiesz tego? To twoje kamyki, czarodzieju!
- Komu go sprezentowałaś?
- Producentowi ozdóbek...
- Takich jak ta, którą nosisz na ramieniu, kapralu?
- Tak się składa, że tak, ale to był jego jedyny skarb. Obejrzałam całą
resztę. Były dobre, ale nie miały w sobie nic szczególnego.
Szybki zerknął na zakutych w czarne zbroje Moranthów, którzy pod
nadzorem uśmiechającej się głupkowato Niewidki ładowali na quorle
zapakowane w rulony monety.
- No cóż, chyba nie zaszedł daleko. Pewnie będę musiał go poszukać. To
nie powinno potrwać długo...
Oddalił się nieco od Wykałaczki i usiadł ze skrzyżowanymi nogami na
ziemi.
Nocą szybko robiło się zimno, a od Tahlynu dął zachodni wiatr. Gwiazdy
na niebie stawały się coraz wyrazistsze.
Wykałaczka odwróciła się, by obserwować załadunek.
- Niewidka, upewnij się, że mają dwa zapasowe siodła! - zawołała.
- Jasne - odparła żołnierka.
Pale nie było zbyt wielkim miastem, ale przynajmniej nocą było tam
ciepło. Wykałaczka robiła się już za stara, żeby noc w noc spać na
zimnej, twardej ziemi. Po tygodniu oczekiwania na dostawy pozostało jej
dokuczliwe ćmienie w kościach. Jednakże dzięki hojnym datkom z Darudżystanu Dujek będzie mógł wyposażyć armię, jak należy. Jeśli
uśmiechnie się do nich szczęście Oponn, wymaszerują najdalej za tydzień.
Na kolejną pocałowaną przez Kaptura wojnę, jakbyśmy nie mieli ich już
pod dostatkiem. Na kopyto Fenera, kto, czy może co, to właściwie jest
Pannion Domin?
***
Szybki Ben opuścił Darudżystan przed ośmioma tygodniami i przydzielono
go do sztabu zastępcy dowódcy, Sójeczki. Jego zadaniem było dopomożenie
w konsolidacji buntowniczej armii Dujeka. Biurokracja i pomniejsze czary
harmonizowały ze sobą zaskakująco dobrze. Czarodziej miał mnóstwo roboty
z nawiązaniem sieci kontaktów obejmującej Pale i prowadzące do miasta
drogi. Dziesięciny i myta zaspokajały finansowe potrzeby armii, a całość
jego działań ułatwiała przejście od okupacji do inkorporacji.
Przynajmniej na razie. Zastęp Jednorękiego zerwał z Imperium
Malazańskim, lecz czarodziej nie przestawał się zdumiewać osobliwie
imperialnym charakterem zadań, które mu zlecono.
Wyjęci spod prawa, co? No jasne, a Kaptur śni o owieczkach brykających
po zielonych pastwiskach.
Dujek czekał. Armia Caladana Brooda zmierzała na południe bez zbytniego
pośpiechu. Dopiero wczoraj dotarła do leżącej na północ od Pale równiny.
Jej serce stanowili Tiste Andii oraz najemnicy, jedno skrzydło
Barghastowie z klanu Ilgres, drugie zaś Rhivijczycy i ich wielkie stada
bhederin.
Wojny jednak nie będzie. Nie tym razem.
Nie, na Otchłań. Postanowiliśmy stanąć do walki z nowym nieprzyjacielem,
pod warunkiem, że negocjacje przebiegną sprawnie, co wydaje się
prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że władcy Darudżystanu już z nami
rozmawiają. Nowy nieprzyjaciel. Jakieś teokratyczne imperium, które
pożera miasto za miastem w na pozór niepowstrzymanej fali fanatycznej
zaciekłości. Pannion Domin. Dlaczego mam złe przeczucia? Mniejsza z tym,
pora odnaleźć ten zgubiony znacznik...
Szybki Ben zamknął oczy, zwolnił duszę z łańcuchów i opuścił ciało.
Przez chwilę nie wyczuwał niepozornego, wygładzonego przez wodę kamyka,
który nasycił swym szczególnym zestawem czarów, nie miał więc innego
wyboru, jak wyruszyć na poszukiwania po spirali, licząc na to, że w końcu się doń zbliży.
Znaczyło to, że musi poruszać się na oślep, a czarodzieje najbardziej ze
wszystkiego nienawidzili...
Ach, mam cię!
Był zaskakująco blisko, jakby Szybki Ben przekroczył jakąś ukrytą
barierę. Zewsząd otaczała go ciemność - na niebie nie lśniła ani jedna
gwiazda - ale ziemia pod jego stopami zrobiła się płaska.
Zgadza się, jestem w grocie. Najgorsze, że nie bardzo ją rozpoznaję.
Wydaje mi się znajoma, ale coś tu jest nie tak.
Dojrzał przed sobą słabą czerwonawą poświatę, która biła z ziemi w tym
samym miejscu, w którym znajdował się znacznik. Ciepławe powietrze
przesycała słodka woń dymu. Szybki Ben był coraz bardziej zaniepokojony,
lecz mimo to ruszył w stronę blasku.
Czerwone światło biło z wystrzępionego namiotu. Wejście zasłaniały poły
z niewyprawionej skóry, które zwisały niezawiązane. Wewnątrz czarodziej
nie wyczuwał nic.
Podszedł do namiotu i przykucnął. Zawahał się.
Ciekawość jest moim największym przekleństwem, ale świadomość posiadania
wady jeszcze jej nie usuwa. Niestety.
Odsunął połę i zajrzał do środka.
W głębi namiotu, w odległości niespełna trzech kroków, siedziała
skulona, owinięta w koc postać. Pochylała się nad piecykiem koksowym, z którego biły wijące się smużki dymu. Oddychała głośno i z wysiłkiem.
Nieznajomy wysunął spod koca dłoń, której wszystkie kości wyglądały na
połamane, i skinął nią lekko. Spod zastępującego kaptur koca dobiegł
ochrypły głos.
- Wejdź, magu. Chyba mam coś, co należy do ciebie.
Szybki Ben otworzył swe groty. Mógł jednocześnie używać tylko siedmiu,
mimo że władał większą ich liczbą. Popłynęły przezeń fale mocy. Uczynił
to z niechęcią, gdyż odsłonięcie w jednej chwili niemal wszystkiego, co
posiadał, wypełniało jego uszy rozkosznym szeptem wszechmocy, a wiedział, że to złudzenie może się okazać śmiertelnie niebezpieczne.
- Zdajesz już sobie sprawę, że musisz go odzyskać - ciągnęła postać w przerwach między głośnymi oddechami. - Gdyby ktoś taki jak ja zdobył
dostęp do twych imponujących mocy, śmiertelniku...
- Kim jesteś? - zapytał czarodziej.
- Jestem złamany. Rozbity. Przykuty do tego dręczonego gorączką trupa
pod nami. Nie prosiłem o taki los. Nie zawsze znałem jedynie ból...
Szybki Ben przycisnął dłoń do ziemi obok siebie i zbadał ją swymi
mocami. Po długiej chwili wytrzeszczył oczy, po czym zamknął je powoli.
- Zaraziłeś ją.
- W tym królestwie jestem jak rak - odparła postać. - I z każdym okresem
światła staję się coraz bardziej zjadliwy. Dopóki rozrastam się w jej
ciele, nie jest w stanie się obudzić. - Przesunął się lekko i spod
brudnego koca dobiegło pobrzękiwanie ciężkiego łańcucha. - Wasi bogowie
przykuli mnie, śmiertelniku, i wydaje im się, że mają problem z głowy.
- Zażądasz ode mnie przysługi w zamian za mój znacznik - zrozumiał
Szybki Ben.
- Zaiste. Jeśli ja muszę cierpieć, bogów i ich świat powinno spotkać to
samo...
Czarodziej uwolnił swój zestaw grot. Przez namiot przemknęły fale mocy.
Postać odskoczyła do tyłu z głośnym krzykiem. Koc stanął w płomieniach,
a wraz z nim długie, skłębione włosy istoty. Szybki Ben wpadł do namiotu
w ślad za ostatnią falą swych czarów. Zadał cios otwartą, zgiętą w dół
dłonią i wbił palce w oczodoły przeciwnika, uderzając go jednocześnie
kłębem dłoni w czoło, aż głowa odskoczyła do tyłu. Drugą ręką bezbłędnie
odszukał kamyk, który potoczył się między sitowie.
Moc jego grot zgasła. Czarodziej przetoczył się, odwrócił i rzucił ku
wyjściu. Skuta łańcuchem postać ryknęła z wściekłości. Szybki Ben
podniósł się i zerwał do biegu.
Fala uderzyła go w plecy i obaliła na gorącą, parującą ziemię. Mag
krzyczał i wił się z bólu. Spróbował się wyrwać, lecz czary okazały się
zbyt potężne. Zaczęły go ściągać z powrotem. Orał pazurami ziemię, a gdy
spojrzał na pozostawione przez siebie bruzdy, zobaczył, że sączy się z nich ciemna krew.
Och, Pożogo, wybacz mi.
Niewidzialny, nieubłagany uścisk ciągnął go ku wejściu do namiotu. Od
czekającej wewnątrz postaci promieniowały głód i gniew, a także pewność,
że wkrótce będzie mogła je zaspokoić.
Szybki Ben był bezradny.
- Poznasz ból, który nie ma sobie równych! - ryknął bóg.
I nagle coś sięgnęło ku Szybkiemu Benowi poprzez ziemię. Na czarodzieju
zamknęła się potężna dłoń, zupełnie jakby olbrzymie dziecko wzięło w rękę lalkę. Krzyczał, gdy ściągnęła go w dół, w kotłującą się, buchającą
parą ziemię. Usta wypełniła mu gorzka gleba.
Gdzieś w górze rozległ się ryk wściekłości.
Wleczonego przez ciało Śpiącej Bogini czarodzieja boleśnie przeszywały
ostre kamienie. Brakowało mu powietrza, a wokół jego umysłu powoli
zamykała się ciemność.
I nagle rozkasłał się, wypluwając całe garści żwirowatego błota. Płuca
wypełniło mu ciepłe, słodkie powietrze. Potarł palcami powieki, usuwając
z oczu piasek, po czym przetoczył się na bok. Ze wszystkich stron
dobiegały go niosące się echem jęki. Płaska, twarda powierzchnia, na
której leżał, falowała i kołysała się powoli. Szybki Ben podźwignął się
na ręce i kolana. Z rozdartej tkanki jego duszy sączyła się krew, a z ubrania zostały jedynie strzępy, ale żył. Podniósł wzrok.
I omal nie krzyknął.
Stała nad nim postać przypominająca nieco kształtem człowieka.
Przerastała go wzrostem co najmniej piętnastokrotnie, niemal sięgając
głową kopulastego sklepienia jaskini. Gdy stwór przesunął się trochę,
nieszlifowane diamenty, którymi była usiana ciemna glina jego ciała,
zalśniły jasno. Wydawało się, że bestia ignoruje czarodzieja, choć ten
wiedział, że to ona uratowała go przed Okaleczonym Bogiem. Istota
wznosiła ręce, a jej dłonie niknęły w ciemnym, pokrytym czerwonymi
plamami sklepieniu. Widać w nim było potężne, matowobiałe łuki
rozmieszczone w jednakowych odległościach niczym niekończący się szereg
żeber. Dłonie istoty zaciskały się na dwóch takich żebrach lub być może
były z nimi stopione.
Dalej, jakieś tysiąc kroków za stworzeniem, było widać drugie, podobne,
które zastygło w identycznej pozie.
Szybki Ben odwrócił się i spojrzał w drugą stronę. Stali tam kolejni
słudzy - wypatrzył czterech, może pięciu - którzy unosili ręce ku
sufitowi. Jaskinia była w rzeczywistości długim tunelem, który
zakrzywiał się w oddali.
Naprawdę znalazłem się wewnątrz Pożogi, Śpiącej Bogini. To żywa grota. Z krwi i kości. A ci... słudzy...
- Jestem wam wdzięczny! - zawołał do stojącej nad nim istoty.
Ta pochyliła spłaszczoną, niekształtną głowę. Diamentowe oczy lśniły
niczym spadające gwiazdy.
- Pomóż nam.
Głos był dziecinny i przepojony rozpaczą.
Szybki Ben wytrzeszczył oczy z wrażenia.
Mam im pomóc?
- Ona słabnie - jęczało stworzenie. - Matka słabnie. Umieramy. Pomóż
nam.
- Jak?
- Pomóż nam, proszę.
- N... nie wiem, jak to zrobić.
- Pomóż.
Szybki Ben podniósł się chwiejnie. Zobaczył, że gliniane ciało topnieje,
spływając strumyczkami po grubych ramionach giganta. Odpadały od niego
okruchy diamentów.
Zabija ich Okaleczony Bóg, pomyślał rozgorączkowany czarodziej. To on
zatruł ciało Pożogi.
- Sługo, dziecię bogini! Ile zostało czasu? Nim będzie za późno?
- Niewiele - odpowiedziała istota. - Nadciąga chwila. Nadciąga.
Wielkiego Bena ogarnęła panika.
- Kiedy? Czy mógłbyś wyrażać się dokładniej? Muszę wiedzieć, jakie
zadanie przede mną stoi. Postaraj się.
- Bardzo niedługo. Dziesięciolecia. Nie więcej. Nadciąga chwila. Pomóż
nam.
Czarodziej westchnął. Dla takich mocy stulecia najwyraźniej były
zaledwie dniami. Mimo to obawiał się, że zmiażdży go ogrom prośby sługi.
A także skala zagrożenia.
Co się stanie, jeśli Pożoga umrze? Beru, broń, nie chcę się tego
dowiedzieć. No dobra, od tej chwili to jest moja wojna.
Spojrzał na rozpościerający się wokół błotnisty grunt, zbadał go
zmysłami i szybko odnalazł znacznik.
- Sługo! Zostawię tu coś, żebym mógł cię znowu odszukać. Obiecuję, że
znajdę gdzieś pomoc i wrócę do ciebie...
- Nie do mnie - przerwał mu gigant. - Ja umieram. Zastąpi mnie następny.
Być może. - Jego ręce stały się wyraźnie cieńsze, a diamentowa zbroja
odpadła niemal całkowicie. - Ja już umieram.
Zaczął się uginać. Czerwona plama na sklepieniu sięgnęła podtrzymywanych
przez giganta żeber. Pojawiły się w nich szczeliny.
- Znajdę rozwiązanie - wyszeptał Szybki Ben. - Przysięgam.
Skinął dłonią i otworzyła się grota. Nie oglądając się, by to, co ujrzy,
nie złamało mu serca, wszedł do środka i zniknął.
***
Czyjaś dłoń uporczywie szarpała jego ramię. Szybki Ben otworzył oczy.
- Niech cię szlag, magu - wysyczała Wykałaczka. - Już prawie świt.
Musimy stąd odlecieć.
Czarodziej rozprostował z jękiem nogi, przy każdym ruchu krzywiąc się z bólu. Potem pozwolił, by żołnierka pomogła mu wstać.
- Odzyskałeś go? - zapytała, na wpół niosąc go do quorla.
- Co miałem odzyskać?
- Ten kamyk.
- Nie. Mamy kłopoty, Wykałaczka...
- My zawsze mamy kłopoty...
- Nie, mam na myśli wszystkich. - Zaparł się nogami i przeszył ją
wzrokiem. - Naprawdę wszystkich.
Wstrząsnęło nią to, co ujrzała w jego twarzy.
- Skoro tak mówisz. Ale teraz musimy już lecieć.
- Masz rację. Lepiej przytrocz mnie pasami do siodła, bo nie ma mowy,
żebym nie zasnął.
Gdy dotarli do quorla, Moranth siedzący na przednim chitynowym siodle
odwrócił zakutą w hełm głowę i przyjrzał się im bez słowa.
- Królowo Snów - mruknęła Wykałaczka, oplatając kończyny Szybkiego Bena
skórzaną uprzężą. - Nigdy nie widziałam, żebyś tak się wystraszył,
czarodzieju. Byłam gotowa szczać kostkami lodu.
To były ostatnie słowa, które Szybki Ben zapamiętał z tej nocy,
zapamiętał je jednak dokładnie.
***
Ganoesa Parana wciąż nawiedzały koszmary o tonięciu. Nie w wodzie, lecz
w ciemności. Zdezorientowany i pogrążony w panice miotał się na oślep po
jakimś nieznanym, niepoznawalnym miejscu. Gdy tylko zamknął oczy,
dopadały go zawroty głowy i gwałtowny ból brzucha. Czuł się tak, jakby
znowu był małym chłopcem. Jego przerażona, niczego niepojmująca dusza
skręcała się z bólu.
Kapitan oddalił się od ustawionej w Wododziale barykady, pod którą
ostatni kupcy próbowali się jeszcze przedrzeć przez tłum malazańskich
strażników, żołnierzy i urzędników. Zgodnie z rozkazem Dujeka rozbił
obóz w samym gardle wąwozu. Opłaty celne i przeszukiwanie wozów
przyniosły im spore łupy, choć w miarę jak wiadomość się
rozprzestrzeniała, zyski spadały. Musieli zachować delikatną równowagę:
utrzymać cła na poziomie, który kupcy mogli jakoś przełknąć, i pozwolić,
by część kontrabandy się przedostawała, gdyż w przeciwnym razie ich
uścisk okazałby się śmiertelny i handel między Darudżystanem a Pale
ustałby całkowicie. Paran radził sobie z tym zadaniem, aczkolwiek z trudem. Był to jednak najmniej dokuczliwy z jego kłopotów.
Od czasu klęski w Darudżystanie unosił się bezwładnie z prądem.
Chaotyczne przegrupowania wyjętej spod prawa armii Dujeka rzucały go to
tu, to tam. Odcięto malazańską kotwicę. Załamały się wspierające ich
struktury. Ciężar, który spadł na barki korpusu oficerskiego, był
przytłaczający. Prawie dziesięć tysięcy żołnierzy trzeba było nagle
pocieszać jak małe dzieci.
A Paran nie potrafił dać nikomu pocieszenia. Dręczący go niepokój wzmógł
się jeszcze. Żyły wypełniała mu domieszka krwi bestii, a nocami
nawiedzały go niezwykłe, nieziemskie wizje oraz strzępy wspomnień, z których tylko nieliczne należały do niego. Dnie spędzał pogrążony w mgiełce dezorientacji. Ciągle miał na głowie problemy z zaopatrzeniem i logistyką, a nudne zagadnienia związane z funkcją dowódcy raz za razem
przebijały się przez coraz bardziej dokuczliwe fizyczne dolegliwości.
Czuł się chory już od wielu tygodni i podejrzewał, że wie, skąd się to
bierze.
To krew Ogara Cienia. Istoty, która umknęła do królestwa Ciemności... czy
jednak mogę być tego pewien? Te kłębiące się emocje... kojarzą się raczej
z dzieckiem. Z dzieckiem...
Po raz kolejny odepchnął od siebie tę myśl, choć świetnie wiedział, że
niedługo wróci, tak samo jak ból żołądka. Podniósł wzrok, zerknął na
stojącego na warcie Biegunka i ruszył dalej w górę.
Choroba go zmieniła. Wyobrażał sobie tę zmianę jako obraz, scenę
niezwykłą i wzruszającą. Czuł się tak, jakby jego dusza przerodziła się
w coś godnego politowania - ubłoconego, brudnego od potu szczura
uwięzionego pod lawiną kamieni, który wciska się w każdą szczelinę,
rozpaczliwie szukając miejsca, gdzie ucisk potężnej, chybotliwej masy
jest najsłabszy.
Miejsca, w którym mógłbym odetchnąć.
Zewsząd otacza mnie ból, te ostre kamienie osiadają, wciąż osiadają,
przestrzenie między nimi zanikają... ciemność podnosi się niczym woda...
Odniesione w Darudżystanie triumfy wydawały się teraz Paranowi czymś
trywialnym. Uratował miasto, ocalił życie Sójeczce i całej drużynie,
pokrzyżował plany Laseen, lecz wszystko to obróciło się w jego umyśle w popiół.
Nie był tym, kim ongiś, a nowa postać nie przypadła mu do gustu.
Ból przesłaniał świat mrokiem. Wprowadzał nieład. Zamieniał ludzkie
ciało i kości w mieszkanie nieznajomego, z którego nie sposób było
znaleźć ucieczki.
Krew bestii... szepcze o wolności. Szepcze o drodze wyjścia, ale nie
wyjścia z ciemności. Nie, ta droga wiedzie w ciemność, tam, gdzie
uciekły Ogary, w głąb serca przeklętego miecza Anomandera Rake'a.
Tajemnego serca Dragnipura.
Omal nie zaklął głośno na tę myśl. Szedł powoli górską ścieżką biegnącą
grzbietem Wododziału. Zapadał już zmierzch. Muskający trawy wiatr tracił
na sile, jego ochrypły głos przechodził w ciche szemranie.
Szept, który słyszał we krwi, był tylko jednym z wielu, a każdy z nich
domagał się jego uwagi, każdy oferował sprzeczne zaproszenia, inne drogi
ucieczki.
Ale wszystkie mówią o ucieczce. Ta skulona ze strachu istota nie może
myśleć o niczym innym... a ciężary się osadzają... wciąż osadzają...
Nieład. Wszystko, co wokół siebie widzę... wydaje mi się wspomnieniami
kogoś innego. Trawa porastająca niskie wzgórza, skaliste szczyty, a kiedy słońce zachodzi i wiatr staje się chłodniejszy, pot na mojej
twarzy schnie i nadchodzi ciemność... ja zaś wypijam jej powietrze, jakby
było najsłodszą wodą. Bogowie, co to właściwie znaczy?
Czuł ciągłą dezorientację.
Uciekłem ze świata zamkniętego w tym mieczu, lecz nadal czuję na sobie
jego łańcuchy, które wciąż się zaciskają.
A za ich narastającą presją kryło się oczekiwanie. Oczekiwanie, że
ulegnie, podda się... zostanie... kim?
Kim mam zostać?
Barghast siedział wśród wysokich, pożółkłych traw na wzgórzu. Strumień
przejeżdżających tędy codziennie kupców słabł już po obu stronach
barykady, a obłoki unoszącego się nad zrytą koleinami drogą pyłu były
coraz rzadsze. Inni rozbijali już obozy. Gardziel wąwozu przerodziła się
w nieoficjalne pobocze. Jeśli sytuacja się nie zmieni, pobocze zakorzeni
się, zmieni w przysiółek, a potem w wioskę.
Ale to się nie zdarzy. Jesteśmy na to zbyt ruchliwi. Dujek określił już
naszą najbliższą przyszłość i spowija ją pył, który zawsze towarzyszy
maszerującej armii. Co gorsza, na mapie naszej wędrówki są szczeliny i wygląda na to, że Podpalacze Mostów wpadną w jedną z nich. I to w głęboką.
Zdyszany, dręczony rwaniem w mięśniach kapitan Paran przykucnął obok
półnagiego, wytatuowanego wojownika.
- Od rana chodzisz dumny jak byk bhederin, Biegunek - zauważył. - Co
wykombinowaliście z Sójeczką, żołnierzu?
Barghast rozciągnął szeroko swe wąskie usta w czymś, co przypominało
uśmiech. Nie spuszczał spojrzenia ciemnych oczu z tego, co działo się w dolinie.
- Zimna ciemność się kończy - warknął.
- Gdzie się kończy, niech cię Kaptur? Słońce za chwilę zajdzie, ty
wysmarowany tłuszczem durniu.
- Zimna i skuta okowami lodu - ciągnął Biegunek. - Ślepa na świat. Ja
jestem Opowieścią, której zbyt długo już nie powtarzano. Wkrótce to się
zmieni. Jestem mieczem, który wkrótce opuści pochwę. Jestem żelazem i w świetle dnia oślepię was wszystkich. Ha.
Paran splunął na trawę.
- Młotek wspominał, że nagle zrobiłeś się... gadatliwy. Mówił też, że nie
przyniosło to nikomu nic dobrego, ponieważ w tym samym momencie
utraciłeś tę krztynę rozsądku, którą miałeś przedtem.
Barghast walnął się w pierś z odgłosem głuchym jak uderzenie w bęben.
- Ja jestem Opowieścią, która niedługo będzie opowiedziana. Przekonasz
się, Malazańczyku. Wszyscy się przekonacie.
- Słońce padło ci na mózg, Biegunek. No cóż, wracamy dziś do Pale, ale
Sójeczka pewnie już ci o tym mówił. O, Płot idzie już zmienić cię na
warcie. - Paran wyprostował się, skrywając ból towarzyszący gwałtownemu
ruchowi. - Skończę swój patrol - oznajmił i oddalił się ciężkim krokiem.
Niech cię szlag, Sójeczka. Co właściwie uknuliście razem z Dujekiem?
Pannion Domin... jacyś domorośli fanatycy, warci tyle co dupa kreta. Takie
rzeczy wypalają się same. Zawsze. Zapadają się w siebie. Władzę
niezmiennie przejmują gryzipiórki, którzy zaczynają się spierać o nieistotne szczegóły doktryny. Powstają sekty. Wybucha wojna domowa i kolejny zwiędły kwiat leży zdeptany na bezkresnym szlaku historii.
To prawda, że w tej chwili wszystko wydaje się barwne i jaskrawe. Ale
kolory zawsze blakną.
Pewnego dnia Imperium Malazańskie również spojrzy w oczy swej
śmiertelności. Pewnego dnia i nad nim zapadnie zmierzch.
Nagle znowu dopadł go palący ból żołądka. Paran zgiął się wpół.
Nie, nie myśl o imperium! Nie myśl o czystce Laseen! Zaufaj Tavore,
Ganoesie Paran. Twoja siostra uratuje ród. Poradzi sobie lepiej niż ty,
gdybyś był na jej miejscu. Znacznie lepiej. Zaufaj siostrze...
Ból zelżał nieco. Kapitan zaczerpnął głęboko tchu i ruszył w dół, ku
skrzyżowaniu.
Tonę. Na Otchłań, tonę.
***
Płot wspiął się na szczyt, gramoląc się na czworakach niczym skalna
małpa. Krzywe nogi zaniosły go do Barghasta. Przechodząc za plecami
wojownika, pociągnął go mocno za splątany warkocz.
- Ha - rzucił, siadając obok Biegunka. - Uwielbiam patrzeć, jak
wybałuszasz oczy, kiedy to robię.
- Saperze, jesteś plugastwem pokrywającym kamyk w strumyku płynącym
przez pole, na którym pasą się chore świnie - odezwał się Barghast.
- Niezłe, chociaż nieco przydługie. Zakręciłeś kapitanowi we łbie, co?
Biegunek nie odpowiedział. Wbił wzrok w odległe szczyty Tahlynu.
Płot ściągnął z głowy nadpaloną skórzaną czapeczkę i energicznie
podrapał się po kilku ostatnich kosmykach włosów. Potem przez długi czas
wpatrywał się w towarzysza.
- Nieźle - ocenił wreszcie. - Szlachetny i tajemniczy. Jestem pod
wrażeniem.
- I słusznie. No wiesz, taką pozę trudno jest utrzymać.
- Masz wrodzony talent. Dlaczego próbujesz ogłupić Parana?
Biegunek uśmiechnął się, odsłaniając szereg spiłowanych, zabarwionych na
niebiesko zębów.
- To fajna zabawa. A poza tym to Sójeczka powinien wszystko wyjaśnić...
- Ale jak dotąd niczego nie wyjaśnił. Dujek chce, żebyśmy wrócili do
Pale i zebrali wszystko, co zostało z Podpalaczy Mostów. Paran powinien
być zadowolony. Znowu będzie mógł dowodzić kompanią, a nie parą
zdziesiątkowanych drużyn. Czy Sójeczka wspominał coś o rokowaniach z Broodem?
Biegunek skinął powoli głową.
Płot skrzywił się.
- A co powiedział?
- Że wkrótce się odbędą.
- Och, naprawdę ci dziękuję. Swoją drogą, twoja warta jest oficjalnie
zakończona, żołnierzu. Na dole pieką dla ciebie całego bhederin. Kazałem
kucharzowi nafaszerować go łajnem, żeby ci smakował.
Biegunek wstał.
- Pewnego dnia mogę upiec i zjeść ciebie, saperze.
- Zadławiłbyś się kością.
Barghast zmarszczył brwi.
- To była szczera oferta, Płot. Chciałem cię w ten sposób uhonorować,
przyjacielu.
Saper przyjrzał się uważnie Biegunkowi, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ty sukinsynu! Prawie mnie nabrałeś!
Biegunek odwrócił się, pociągając nosem.
- Prawie - mruknął. - Ha, ha.
***
Gdy Paran wrócił pod prowizoryczną barykadę, czekał już tam na niego
Sójeczka.
Posiwiały weteran - ongiś sierżant, a obecnie zastępca Dujeka
Jednorękiego - przyleciał z ostatnią eskadrą Moranthów. Towarzyszył mu
dawny uzdrowiciel jego drużyny, Młotek. Około dwudziestu żołnierzy z Drugiej Armii skrzętnie ładowało na quorle łupy z ostatniego tygodnia.
Paran ruszył w tamtą stronę, ostrożnie stawiając kroki, by ukryć
dręczący go ból.
- Jak noga, dowódco? - zapytał.
Sójeczka wzruszył ramionami.
- Właśnie o tym rozmawialiśmy - wtrącił Młotek z rumieńcem na pyzatej
twarzy. - Nie zagoiła się dobrze. Wymaga poważnych zabiegów...
- Później - warknął brodaty dowódca. - Kapitanie Paran, zbierz za dwa
dzwony drużyny. Zdecydowałeś już, co zrobić z resztkami Dziewiątej?
- Tak jest. Dołączą do tego, co zostało z drużyny sierżanta Nerwusika.
Sójeczka zmarszczył brwi.
- Podaj mi parę imion.
- Nerwusik ma kapral Wykałaczkę i... chwileczkę... Trzpienia, Niewidkę,
Detoran. Razem z Młotkiem, Płotem, Biegunkiem i Szybkim Benem...
- Szybki Ben i Trzpień są teraz kadrowymi magami, kapitanie. Ale, tak
czy inaczej, zostaną w twojej drużynie. Poza tym Nerwusik powinien być
zadowolony...
- Zadowolony? - żachnął się Młotek. - On nawet nie wie, co to słowo
znaczy.
Paran przyjrzał się uważnie dowódcy.
- Jak rozumiem, oznacza to, że Podpalacze Mostów nie pomaszerują z resztą Zastępu.
- Nie pomaszerują, ale o tym porozmawiamy w Pale. - Sójeczka przez
chwilę nie spuszczał z kapitana spojrzenia ciemnoszarych oczu. Wreszcie
odwrócił wzrok. - Zostało trzydziestu ośmiu Podpalaczy Mostów. Właściwie
trudno zwać ich kompanią. Jeśli wolisz, kapitanie, możesz zrezygnować z tego stanowiska. Mamy kilka doborowych kompanii piechoty morskiej, w których brakuje oficerów. Ci żołnierze są przyzwyczajeni do tego, że
dowodzą nimi szlachetnie urodzeni...
Nastała cisza.
Paran odwrócił się. Zapadała już noc. Wypełniający dolinę cień wspinał
się po stokach otaczających ją wzgórz, a na niebie lśniły blado pierwsze
gwiazdy.
Chce mi powiedzieć, że mogę oberwać nożem w plecy. Podpalacze Mostów
tradycyjnie nie lubią szlachetnie urodzonych oficerów.
Jeszcze przed rokiem wypowiedziałby te słowa na głos, przekonany, że
nieprzyjemne prawdy dobrze jest ujawniać.
Sądziłem błędnie, że tak właśnie postępują żołnierze... chociaż w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. W świecie pełnym pułapek i wilczych dołów trzeba umieć tańczyć na krawędzi. Tylko głupcy rzucają
się w nie na oślep, a głupcy nie żyją długo.
W jego ciało wbiły się już kiedyś noże, zadając rany, które powinny były
doprowadzić do śmierci. Pot zalał go na to wspomnienie. Podobnej groźby
nie można było po prostu zbyć wzruszeniem ramion w geście nieświadomej,
młodzieńczej brawury. Paran zdawał sobie z tego sprawę, podobnie jak
dwaj przyglądający się mu mężczyźni.
- Nadal uważam dowodzenie Podpalaczami Mostów za zaszczyt - zaczął,
wpatrując się w pożerającą wiodący na południe szlak ciemność. - Być
może z czasem otrzymam szansę udowodnienia, że jestem godny takich
żołnierzy.
Sójeczka chrząknął.
- Jak sobie życzysz, kapitanie. Gdybyś zmienił zdanie, propozycja
pozostaje aktualna.
Paran spojrzał na niego.
- Przynajmniej jeszcze przez pewien czas - dodał z uśmiechem dowódca.
Z mroku wyłoniła się wysoka, ciemnoskóra kobieta. Jej broń i zbroja
pobrzękiwały cicho. Widząc, że Paranowi towarzyszy Sójeczka, zawahała
się na moment, po czym zwróciła się w stronę dowódcy.
- Melduję, że przekazaliśmy służbę i zbieramy się zgodnie z rozkazem.
- Dlaczego mówisz o tym mnie, żołnierko? - skarcił ją Sójeczka. - Złóż
meldunek bezpośredniemu przełożonemu.
Kobieta skrzywiła się i spojrzała na Parana.
- Melduję...
- Słyszałem, Detoran. Każ Podpalaczom Mostów zwinąć ekwipunek i zgromadzić się na dziedzińcu.
- Zostało jeszcze półtora dzwonu do...
- Zdaję sobie z tego sprawę, żołnierko.
- Tak jest. Wedle rozkazu.
Kobieta oddaliła się nieśpiesznie.
Sójeczka westchnął.
- Wracając do tej oferty...
- Mój nauczyciel był Napańczykiem - przerwał mu Paran. - Jeszcze nie
spotkałem Napańczyka, który rozumiałby znaczenie słowa "szacunek".
Detoran nie jest wyjątkiem. I zdaję sobie sprawę, że nie jest również
wyjątkiem wśród Podpalaczy Mostów.
- Ten nauczyciel musiał być niezły - mruknął Sójeczka.
Paran zmarszczył brwi.
- Słucham?
- Wpoił ci brak poszanowania dla władzy, kapitanie. Przed chwilą
przerwałeś przełożonemu.
- Hm, przepraszam. Ciągle zapominam, że nie jesteś już sierżantem.
- Ja też. Dlatego właśnie potrzebuję ludzi takich jak ty, żeby mi o tym
przypominali. - Weteran spojrzał na Młotka. - Pamiętaj, co ci mówiłem,
uzdrowicielu.
- Tak jest.
Sójeczka raz jeszcze zerknął na Parana.
- Z tym "pośpieszcie się, a potem czekajcie" to było niezłe
pociągnięcie, kapitanie. Żołnierze uwielbiają się kisić.
Paran śledził wzrokiem zmierzającego w stronę wartowni weterana.
- Wracając do tej waszej prywatnej rozmowy z dowódcą, uzdrowicielu... -
zwrócił się po chwili do Młotka. - Czy jest coś, o czym powinienem się
dowiedzieć?
Młotek zamrugał sennie powiekami.
- Nie.
- W porządku. Możesz dołączyć do drużyny.
- Tak jest.
Gdy Paran został sam, westchnął głośno.
Trzydziestu ośmiu zgorzkniałych, rozżalonych weteranów, których
zdradzono już dwukrotnie. Ze zdradą, do której doszło podczas oblężenia
Pale, nie miałem nic wspólnego, a dekret Laseen wyjął spod prawa również
i mnie. Nie powinien być obwiniany o żaden z tych incydentów, to jednak
ich nie powstrzymuje.
Potarł oczy. Sen stał się czymś... niepożądanym. Każda noc od chwili
ucieczki z Darudżystanu... ból i sny, nie, koszmary. Bogowie na dole...
Całe noce kulił się pod kocami, serce waliło mu wściekle, czuł żrący
kwas w żołądku, a gdy wreszcie zapadał w sen, był on niespokojny. Parana
dręczyły koszmary o ucieczce.
Uciekam na czterech łapach. A potem tonę.
To krew Ogara krążąca w moich żyłach. Nadal nie utraciła mocy. Nie ma
innego wyjaśnienia.
Nieraz już próbował przekonać sam siebie, że krew Ogara jest również
przyczyną jego paranoi. Uśmiechnął się ironicznie na tę myśl.
Nieprawda. To, czego się obawiam, jest aż nazbyt rzeczywiste. Jeszcze
gorsze jest straszliwe poczucie utraty. Nie mogę nikomu zaufać. Co
jeszcze czeka mnie w życiu? Nic oprócz samotności. Nic, co miałoby
wartość. A teraz jeszcze wszystkie te głosy... które szepczą o ucieczce. O ucieczce.
Otrząsnął się i splunął, by oczyścić gardło z kwaśnej flegmy.
Pomyśl o tej drugiej scenie. Samotność. Zaskoczenie. Przypomnij sobie
głos, który słyszałeś, Paran. To była Tattersail. Wtedy w to nie
wątpiłeś. Dlaczego teraz zmieniłeś zdanie? Ona żyje. W jakiś sposób
udało się jej przeżyć...
Ach, ból! Dziecko krzyczące w ciemności, wycie pogrążonego w smutku
Ogara. Dusza przybita gwoździami do serca rany... a ja myślę, że jestem
sam. Bogowie, gdybyż tylko tak było!
***
Sójeczka wszedł do wartowni, zamknął za sobą drzwi i zbliżył się do
stołu skryby. Oparł się o blat i wyprostował bolącą nogę. Jego
westchnienie przywodziło na myśl rozwiązywanie niezliczonych węzłów.
Kiedy się skończyło, weteran drżał.
Po chwili otworzyły się drzwi.
Sójeczka wyprostował się i łypnął ze złością na Młotka.
- Myślałem, że twój dowódca właśnie zarządził zbiórkę, uzdrowicielu...
- Paran jest w jeszcze gorszym stanie niż ty.
- Już o tym rozmawialiśmy. Masz pilnować chłopaka. A może dopadły cię
wątpliwości, Młotek?
- Nie w tym rzecz. Chciałem go sprawdzić i grota Denul odskoczyła od
niego, dowódco.
Sójeczka dopiero w tej chwili zauważył, że okrągła twarz uzdrowiciela
jest śmiertelnie blada.
- Odskoczyła?
- Tak jest. To jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Kapitan jest naprawdę
chory.
- Guzy? Rak? Mów jaśniej, niech cię szlag!
- Nic w tym rodzaju, dowódco. Jak dotąd. Ale prędzej czy później dojdzie
i do tego. Wyżarł dziurę we własnym brzuchu. To pewnie przez to
wszystko, co ukrywa. Kryje się w tym jednak coś więcej. Potrzebny nam
Szybki Ben. Czary wgryzły się w Parana jak korzenie babki.
- Oponn...
- Nie, wpływ Bliźniaczych Błaznów dawno już zniknął. Po drodze do
Darudżystanu coś się z nim stało. I to nie jedna rzecz, a całe mnóstwo.
Walczy z tymi czarami i to właśnie go zabija. Mogę jednak się mylić,
dowódco. Dlatego właśnie potrzebny nam Szybki Ben...
- Słyszałem. Opowiedz mu o wszystkim, kiedy już dotrzemy do Pale. Tylko
dopilnuj, żeby był delikatny. Nie powinniśmy pogłębiać cierpień
kapitana.
Młotek zasępił się jeszcze bardziej.
- Ale... czy jego stan pozwoli mu dowodzić Podpalaczami Mostów?
- Mnie o to pytasz? Jeśli chcesz porozmawiać z Dujekiem o tym, co cię
niepokoi, to masz do tego prawo, uzdrowicielu. Jeżeli uważasz, że Paran
jest niezdolny do służby... Uważasz tak, Młotek?
Po długiej chwili uzdrowiciel westchnął.
- Chyba jeszcze jest zdolny. Nie ustępuje uporem nawet tobie, dowódco.
Do Kaptura, masz pewność, że nie jesteście spokrewnieni?
- Cholernie wielką pewność - warknął Sójeczka. - Przeciętny pies obozowy
ma w żyłach czystszą krew niż moja rodzinka. Na razie to zostawmy.
Pogadaj z Szybkim i Trzpieniem. Sprawdź, czy możesz się czegoś
dowiedzieć o tych ukrytych czarach. Jeśli struny Parana ponownie szarpią
bogowie, chcę się dowiedzieć, który z nich to robi. Potem zastanowimy
się nad tym, jaki ma w tym cel.
Młotek przyjrzał się dowódcy, mrużąc powieki.
- W co właściwie się pakujemy?
- Nie jestem pewien, uzdrowicielu - przyznał z grymasem Sójeczka.
Przesunął się z głośnym stęknięciem, by odciążyć chorą nogę. - Jeśli
uśmiechnie się do mnie szczęście Oponn, nie będę nawet musiał wyciągać
miecza. Dowódcy rzadko to robią, prawda?
- Jeśli dasz mi czas...
- Później, Młotek. W tej chwili mamy na głowie negocjacje. Brood dotarł
ze swą armią w pobliże Pale.
- Tak jest.
- Kapitan pewnie się zastanawia, gdzie, do Kaptura, zniknąłeś. Zmiataj
stąd, Młotek. Porozmawiamy po zakończeniu negocjacji.
- Tak jest.
Rozdział trzeci
Dujek Jednoręki i jego armia oczekiwali przybycia Caladana Brooda i jego
sojuszników: srogich Tiste Andii, klanów Barghastów z dalekiej północy,
dziesięciu kontyngentów najemników oraz zamieszkujących równiny
Rhivijczyków. Obie armie miały się spotkać w miejscu niedawnej rzezi pod
Pale, nie po to, by stoczyć bitwę, lecz by przekuć gorzką historię na
pokój. Ani Dujek, ani Brood, ani nikt inny spośród tej legendarnej
kompanii nie mógł odgadnąć, że czeka ich starcie nie mieczy, lecz
światów...
Wyznania Artanthosa
Na stokach wzgórz położonych trzy mile na północ od Pale było widać
niskie wypukłości, ledwie zagojone blizny po czasach, gdy ambicje miasta
sięgnęły aż tak daleko, próbując pożreć stepy graniczące z Równiną
Rhivijską. Od niepamiętnych czasów Rhivijczycy uważali te wzgórza za
święte i rolnicy z Pale zapłacili za swą śmiałość krwią.
Ziemia jednak goiła się powoli. Tylko nieliczne starożytne menhiry,
pierścienie głazów i nakryte płaskimi płytami krypty pozostały na
miejscu. Kamienie zwalono bezładnie na pozbawione znaczenia stosy
pokrywające to, co ongiś było tarasowymi polami kukurydzy. Świętość
wzgórz żyła już tylko w umysłach Rhivijczyków.
Jaka nasza wiara, tacy i my jesteśmy. Mhybe mocniej otuliła chude,
kościste ramiona skórą antylopy. Rankiem jej ciało nawiedziła nowa seria
bólów, świadcząca, że nocą dziecko wyssało z niej jeszcze więcej.
Staruszka powtarzała sobie, że nie czuje do niego żalu. Podobnej
potrzeby nie sposób było stłumić. Zresztą dziecko nie miało w sobie
prawie nic naturalnego. Potężne duchy o zimnych sercach i ślepe,
czarnoksięskie zaklęcia sprzysięgły się, by stworzyć coś nowego,
niepowtarzalnego.
A czasu było już niewiele, bardzo niewiele.
W ciemnych, otoczonych zmarszczkami oczach mhybe pojawił się błysk, gdy
kobieta spojrzała na biegające po zerodowanych tarasach dziecko.
Macierzyńskie instynkty nigdy jej nie opuszczały. Nie miała prawa ich
przeklinać, szarpać więzów miłości, które zrodziły się z rozdzielenia
ciał. Choć mhybe cierpiała, a w jej córkę wpleciono mnóstwo okrutnych
pragnień, nie potrafiła - nie chciała - tkać sieci nienawiści.
Niemniej jednak uwiąd ciała osłabił dary serca, których tak rozpaczliwie
się uczepiła. Jeszcze porę roku temu mhybe była młodą, niezamężną
kobietą. Duma nie pozwalała jej przyjąć splecionych z trawy półwarkoczy,
które liczni, dziarscy młodzieńcy zostawiali u wejścia do jej namiotu.
Nie czuła się jeszcze gotowa spleść z którymś z nich własnego warkocza i w ten sposób połączyć się z kimś węzłem małżeńskim.
Rhivijczycy wiele wycierpieli. Jak można było myśleć o mężu i dzieciach
podczas niekończącej się, niszczycielskiej wojny? Nie była tak ślepa jak
jej bliskie siostry i nie zamierzała spełniać z radością rzekomo
pobłogosławionego przez duchy obowiązku wydawania na świat synów po to,
by oddawać ich ziemi, którą orze Pług Kosiarza. Jej matka była czytającą
kości, obdarzono ją talentem zachowania wspomnień całego ludu -
wszystkich rodowodów aż po czas Łzy Umierającego Ducha - jej ojciec zaś
niósł włócznię wojny - najpierw przeciw Barghastom z klanu Białych
Twarzy, a potem przeciw Imperium Malazańskiemu.
Bardzo za nimi tęskniła, rozumiała jednak, że ich śmierć oraz jej
niechęć do zaakceptowania dotyku mężczyzny uczyniły z niej pospołu
idealną kandydatkę w oczach zastępu duchów. Wolne od więzów naczynie, w którym mogły umieścić dwie uszkodzone dusze: jedną, która przekroczyła
już granicę śmierci, i drugą, którą powstrzymały przed tym starożytne
czary, dwie splecione razem tożsamości. Naczynie, które będzie mogło
wykarmić stworzone w ten sposób nienaturalne dziecko.
Rhivijczycy, którzy wędrowali ze stadami i nie budowali murów z kamieni
ani cegieł, nadawali takim naczyniom - przeznaczonym do jednorazowego
użytku, a potem wyrzucanym - nazwę mhybe. Dlatego właśnie otrzymała nowe
imię, wyrażające teraz wszystkie prawdy jej życia.
Jestem stara, lecz nie zdobyłam mądrości, zwiędłam, ale nie otrzymałam
daru lat. A mimo to mam być przewodniczką tego dziecka - tej istoty -
które dorasta o jedną porę roku na każdą, którą mi odbiera. Chwila, gdy
dojrzeje, będzie chwilą mojej śmierci. A teraz bawi się jak zwyczajna
dziewczynka, uśmiecha się nieświadome ceny, jakiej żąda ode mnie jego
istnienie i rozwój.
Mhybe usłyszała za plecami kroki. Po chwili u jej boku zatrzymała się
wysoka czarnoskóra kobieta. Skierowała skośne oczy na biegające po stoku
dziecko. Preriowy wiatr rzucał jej na twarz kosmyki długich czarnych
włosów. Pod ufarbowaną na czarno bluzą z niewyprawionej skóry lśniła
piękna łuskowa zbroja.
- Łatwo można się nabrać - wyszeptała kobieta Tiste Andii. - Nieprawdaż?
Mhybe westchnęła, a potem skinęła głową.
- Trudno sobie wyobrazić, by budziła strach albo stała się przyczyną
gwałtownych kontrowersji... - ciągnęła kobieta o czarnej jak noc skórze.
- To znaczy, że znowu do nich doszło?
- Tak jest. Kallor ponowił próbę.
Mhybe zesztywniała. Spojrzała na Tiste Andii.
- I co? Czy coś się zmieniło, Korlat?
- Brood jest niewzruszony - odpowiedziała po chwili kobieta. - Jeśli ma
wątpliwości, dobrze je ukrywa - dodała ze wzruszeniem ramion.
- Ma - stwierdziła mhybe. - Ale wciąż ważniejsi są dla niego Rhivijczycy
i ich stada. To wyrachowanie, nie wiara. Rzecz w tym, czy nadal będziemy
mu potrzebni, gdy już zawrze sojusz z jednorękim Malazańczykiem.
- Mamy nadzieję, że Malazańczycy będą wiedzieli coś więcej o pochodzeniu
dziecka - próbowała ją pocieszać Korlat.
- Ale czy to wystarczy, by zrównoważyć potencjalną groźbę? Korlat,
musisz wytłumaczyć Broodowi, że to, kim ongiś były obie te dusze, nie ma
znaczenia w porównaniu z tym, kim stały się teraz. Stworzył ją wpływ
T'lan Imassa - ciągnęła mhybe, nie spuszczając wzroku z bawiącego się
dziecka. - Jego bezczasowa grota stała się substancją więzów. Utkał je
rzucający kości. Żywy rzucający kości, Korlat. To dziecko należy do
T'lan Imassów. Ciało dziewczynki może być rhivijskie, a jej dusze mogły
należeć do dwóch malazańskich czarodziejek, teraz jednak jest
jednopochwyconą, a do tego czymś więcej, rzucającą kości. Nawet te
prawdy zaledwie muskają powierzchnię tego, czym stanie się w przyszłości. Powiedz mi, po co nieśmiertelnym T'lan Imassom rzucająca
kości, w której żyłach płynie żywa krew?
Korlat skrzywiła się.
- Nie mnie należy o to pytać.
- Ani nie Malazańczyków.
- Jesteś tego pewna? Czyż T'lan Imassowie nie maszerowali pod
malazańskimi sztandarami?
- Ale to już przeszłość, Korlat. Dlaczego nastąpił między nimi rozłam?
Jakie motywy mogą się skrywać pod malazańskimi radami? Nie potrafimy
tego odgadnąć.
- Jestem przekonana, że Caladan Brood zdaje sobie sprawę z wszelkich
ewentualności - stwierdziła ze spokojem Tiste Andii. - Tak czy inaczej,
ujrzysz te wydarzenia na własne oczy i będziesz mogła wziąć w nich
udział, mhybe. Zbliża się malazański kontyngent i naczelny wódz pragnie,
byś była obecna podczas negocjacji.
Mhybe odwróciła się. Przed nią rozciągał się obóz Caladana Brooda,
zaplanowany równie starannie jak zawsze. Najemnicy po lewej, Tiste Andii
w centrum, a na wschodzie Rhivijczycy i stada bhederin. Marsz był długi.
Wędrowali z Płaskowyżu Starego Króla, przez Kota i Łatę, aż wreszcie
dotarli do starego, wijącego się na południe Traktu Rhivijskiego,
biegnącego przez równinę, która od wieków była ojczyzną Rhivijczyków.
Ojczyzną rozdartą przez lata wojny, maszerujące armie, spadające z nieba
pociski zapalające Moranthów... quorle krążące bezgłośnie niczym czarne
pyłki, grozę uderzającą w nasze obozy... nasze święte stada.
A teraz mamy uścisnąć nadgarstki naszych wrogów. Malazańskich najeźdźców
i zimnokrwistych Moranthów. Obie armie mają utkać małżeński warkocz,
choć przez tak długi czas wbijały sobie nawzajem zęby w gardło. Nie
będzie to jednak ślub zawarty w imię pokoju. Nie, ci wojownicy wyruszają
na spotkanie innego, nowego wroga...
Na południe od obozu armii Brooda było widać niedawno odbudowane mury
Pale. Widoczne na nich ślady przemocy były mrożącym krew w żyłach
przypomnieniem o malazańskich czarach. Z północnej bramy miasta przed
chwilą wyłoniła się grupka jeźdźców, którzy ruszyli powoli przez nagie
pole bitwy ku obozowi Brooda. Pozbawiona wszelkich ozdób szara chorągiew
oznajmiała wszem wobec, że wyjęto ich spod prawa.
Mhybe przyjrzała się podejrzliwie proporcowi.
Stara babo, twe obawy równają się przekleństwu. Nie myśl o braku
zaufania ani o okrucieństwach, jakich dopuścili się ci niedawni
najeźdźcy. Znienawidzona cesarzowa wyjęła spod prawa Dujeka Jednorękiego
i jego Zastęp. Jedna kampania dobiegła końca. Zaczyna się nowa. Duchy na
dole, czy nigdy nie ujrzymy końca wojny?
Dziecko podbiegło do dwóch kobiet. Mhybe zerknęła na nie z góry i ujrzała w spokojnych, nieruchomych oczach dziewczynki mądrość, która
sprawiała wrażenie zrodzonej przed tysiącleciami. Być może rzeczywiście
tak było.
Postronni ujrzeliby w nas dziesięcio-, może jedenastoletnią dziewczynkę,
kobietę o młodzieńczym obliczu i nieludzkich oczach oraz zwiędłą,
zgarbioną staruchę. Wszystko to jest iluzją, a prawda wygląda dokładnie
na odwrót. Ja jestem dzieckiem, Tiste Andii ma za sobą tysiące lat
życia, a dziewczynka... setki tysięcy.
Korlat również przyglądała się dziecku. Uśmiechnęła się szeroko.
- Dobrze się bawiłaś, Srebrna Lisico?
- Przez pewien czas - odpowiedziała dziewczynka zaskakująco niskim
głosem. - Ale potem posmutniałam.
Korlat uniosła brwi.
- A to dlaczego?
- Kiedyś te wzgórza i duchy Rhivijczyków łączyła święta więź zaufania.
Teraz ją zerwano. Duchy przerodziły się w osamotnione naczynia, pełne
bólu i żalu. Wzgórza nie wyzdrowieją.
Mhybe poczuła, że jej krew zamienia się w lód. Wrażliwość dziecka rosła
z każdą chwilą. Już w tej chwili dorównywało ono najmędrszym gnaciarkom
z plemion. W tej wrażliwości wyczuwało się jednak pewien chłód, jakby za
każdym współczującym słowem czaiły się ukryte intencje.
- Czy nie można nic na to poradzić, córko?
Srebrna Lisica wzruszyła ramionami.
- To już nie jest konieczne.
Na przykład w tej chwili.
- A dlaczego?
Pucołowata dziewczynka uśmiechnęła się do mhybe.
- Jeśli mamy być przy negocjacjach, to lepiej się pośpieszmy, matko.
***
Miejsce spotkania wyznaczono na niskim wzniesieniu, trzydzieści kroków
za ostatnią linią posterunków. Na zachodzie było widać świeżo usypane
kurhany. Pochowano tam tych, którzy stracili życie po upadku Pale. Mhybe
zadała sobie pytanie, czy niezliczone ofiary wojny obserwują teraz z daleka rozgrywającą się przed jej oczyma scenę.
Ostatecznie duchy rodzą się z przelanej krwi. A gdy brak ofiar
błagalnych, często przeradzają się we wrogie siły, dręczone przez
koszmarne i pełne złości wizje. Czy nikt poza Rhivijczykami nie zna tych
prawd?
Od wojny do sojuszu. Jak spojrzą na to te duchy?
- Czują się zdradzone - odezwała się stojąca u jej boku Srebrna Lisica.
- Odpowiem im, matko. - Ujęła dłoń mhybe. - To czas na wspomnienia. Te
starożytne i te niedawne...
- A ty, córko, jesteś mostem między nimi? - zapytała mhybe cichym,
pełnym niepokoju głosem.
- Jesteś mądra, matko, choć brak ci wiary w siebie. To, co ukryte,
odsłania się powoli. Spójrz na tych niedawnych wrogów. Toczysz w swym
umyśle walkę, przywołujesz wszystkie dzielące nas różnice, usiłujesz
zachować swą niechęć, swą nienawiść do nich, gdyż ją właśnie znasz
najlepiej. Fundamentem owej nienawiści są wspomnienia, ale we
wspomnieniach kryje się też inna, tajemna prawda, która jest wszystkim,
czego doświadczyłyśmy, nieprawdaż?
Mhybe pokiwała głową.
- Tak nam mówią starsi, córko - przyznała, tłumiąc lekką irytację.
- Doświadczenia. To właśnie nas łączy. Być może patrzyłyśmy na to z przeciwnych stron, ale doświadczyłyśmy tego samego. Tego samego.
- Wiem o tym, Srebrna Lisico. Nie ma sensu nikogo oskarżać. Jak pływy,
wszyscy podlegamy niewidzialnej, nieubłaganej woli...
Dziewczynka zacisnęła rękę na dłoni mhybe.
- W takim razie zapytaj Korlat, co mówią jej wspomnienia, matko.
Rhivijka spojrzała na kobietę Tiste Andii, unosząc brwi.
- Słuchałaś naszej rozmowy, ale nie odezwałaś się ani słowem -
zauważyła. - Jakiej odpowiedzi oczekuje od ciebie moja córka?
Korlat uśmiechnęła się tęsknie.
- Doświadczenia rzeczywiście takie same, w przypadku obu tych armii,
lecz również... na obu brzegach oceanu czasu. Wszystkim, którzy posiadają
pamięć, czy to indywidualną, czy zbiorową, życie zawsze udziela tych
samych lekcji. - Tiste Andii skierowała na Srebrną Lisicę spojrzenie
oczu, które nagle stały się fioletowe. - Nawet T'lan Imassom. Czy to
właśnie chcesz nam powiedzieć, dziecko?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Bez względu na to, co się wydarzy, zawsze myśl o przebaczeniu. Trzymaj
się tej myśli, lecz pamiętaj również, że nie można za każdym razem
udzielać go za darmo. - Srebrna Lisica omiotła Korlat sennym spojrzeniem
i jej ciemne oczy nagle nabrały twardszego wyrazu. - Czasami nie wolno
wybaczyć.
Zapadła cisza.
Dobre duchy, prowadźcie nas. To dziecko mnie przeraża. Nawet rozumiem
Kallora... i to właśnie najbardziej mnie niepokoi.
Zatrzymali się z dala od miejsca spotkania, tuż za linią wart obozowiska
Brooda.
Po chwili na wzgórze dotarli Malazańczycy. Było ich czterech. Mhybe bez
trudu rozpoznała Dujeka, wielką pięść, który został renegatem. Jednoręki
mężczyzna był jednak starszy, niż się spodziewała, i dosiadał
dereszowatego wałacha jak ktoś, komu doskwierają przewlekłe bóle i sztywność kończyn. Był chudym człowiekiem średniego wzrostu, nosił
pozbawioną ozdób zbroję, a do pasa miał przytroczony krótki, standardowy
miecz. Nie miał brody, a wąską twarz o ostrych rysach pokrywały nabyte w ciągu długiego życia blizny. Nie włożył hełmu, a jedynym symbolem jego
rangi była długa, szara peleryna ze srebrną zapinką.
U lewego boku Dujeka jechał inny oficer, siwobrody i masywnie zbudowany.
Hełm z zasłoną i kolczy kołnierz skrywały większą część jego twarzy,
lecz mhybe wyczuwała w nim niezmierzoną siłę woli. Siedział prosto w siodle, choć zauważyła, że jego lewa noga zwisa bezwładnie, a but
wysunął się ze strzemienia. Sięgająca łydek kolczuga była powgniatana i pełna skórzanych łat. Uwagi mhybe nie umknął fakt, że mężczyzna zajął
pozycję po lewej, nieosłoniętej stronie Dujeka.
Po prawej stronie wielkiej pięści jechał młody mężczyzna, z pewnością
jakiś adiutant. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, mhybe zauważyła
jednak, że jego oczy poruszają się nieustannie, rejestrując
najdrobniejsze szczegóły. To on dzierżył w obleczonej w skórzaną
rękawicę dłoni renegacką chorągiew.
Czwartym jeźdźcem był Czarny Moranth, całkowicie zakuty w chitynową
zbroję, która jednak była poważnie uszkodzona. Wojownik stracił cztery
palce prawej dłoni, lecz mimo to nadal nosił to, co zostało z rękawicy.
Na błyszczącym czarnym pancerzu było widać niezliczone ślady po
uderzeniach miecza.
Stojąca obok mhybe Korlat chrząknęła cicho.
- Wyglądają na niezłych twardzieli, nieprawdaż?
Mhybe skinęła głową.
- Kim jest ten, który jedzie po lewej stronie Dujeka?
- To pewnie Sójeczka - odparła Tiste Andii, uśmiechając się ironicznie.
- Nie sądzisz, że wygląda imponująco?
Mhybe przez chwilę poczuła się jak młoda kobieta, którą przecież była.
Zmarszczyła nos.
- Rhivijczycy nie są tacy włochaci, dzięki duchom.
- Ale mimo to...
- Ehe, mimo to.
- Chciałabym, żeby został moim wujkiem - oznajmiła nagle Srebrna Lisica.
Obie kobiety spojrzały na nią zaskoczone.
- Wujkiem? - zapytała mhybe.
Dziewczynka skinęła głową.
- Można mu zaufać. Ten jednoręki staruszek coś ukrywa... nie, obaj
ukrywają tę samą tajemnicę, ale i tak bardziej ufam brodatemu. Moranth
śmieje się pod osłoną swego pancerza. Ciągle się śmieje i nikt o tym nie
wie. Jego śmiech nie jest okrutny, tylko pełen smutku. Ten z chorągwią...
- Srebrna Lisica zmarszczyła brwi. - Nie jestem pewna. Wydaje mi się, że
zawsze...
Mhybe spojrzała w oczy Korlat ponad głową dziewczynki.
- Sugeruję, byśmy podeszły bliżej - powiedziała Tiste Andii.
Gdy się zbliżyły, od linii straży oderwały się dwie postacie, którym
towarzyszył żołnierz niosący pozbawioną proporca chorągiew. Wszyscy
trzej szli pieszo. Mhybe zadała sobie na ich widok pytanie, co pomyślą
Malazańczycy o obu wojownikach. Caladan Brood miał w żyłach domieszkę
barghasckiej krwi, o czym świadczyła wysoka, barczysta sylwetka oraz
szeroka, płaska twarz, a także coś jeszcze... coś nie do końca ludzkiego.
Był potężnie zbudowany, a wrażenia dopełniał jeszcze żelazny młot, który
nosił na plecach. Walczyli z Dujekiem o ten kontynent od z górą dwunastu
lat. To starcie dwóch niepowstrzymanych dążeń doprowadziło do ponad
dwudziestu walnych bitew i podobnej liczby oblężeń. Obaj żołnierze
nieraz już stawali przed straszliwymi próbami, lecz wyszli z nich cało,
okrwawieni, ale żywi. Poznali swą wartość na polu bitwy, a teraz
wreszcie spotkali się twarzą w twarz.
U boku Brooda kroczył Kallor, wysoki, chudy i siwy. Jego długa opończa
lśniła w rozproszonym świetle poranka. Na żelaznych kółkach
przebiegającego przez plecy pasa był zawieszony pozbawiony ozdób
bastardowy miecz, który kołysał się w rytm kroków właściciela.
Samozwańczy wielki król był jedynym z uczestników tej śmiercionośnej
gry, który pozostawał dla mhybe nieprzeniknioną tajemnicą. Rhivijka
mogła być pewna jedynie tego, że Kallor nienawidzi Srebrnej Lisicy. Owa
nienawiść zrodziła się ze strachu - a być może również z posiadanej
przezeń wiedzy, którą nie chciał się z nikim podzielić. Kallor
utrzymywał, że żyje już od tysiącleci, że władał ongiś imperium, które
sam w końcu unicestwił z powodów, których nie chciał ujawnić. Nie był
jednak Ascendentem. Swą długowieczność zapewne zawdzięczał alchemii, a jego wygląd był daleki od doskonałości. Miał ciało i twarz zbliżającego
się do setki śmiertelnika.
Kallor był użyteczny dla Brooda z uwagi na swą znajomość taktyki,
instynktowne wyczucie rytmu wielkich kampanii, wielki król nie taił
jednak, że uważa tego typu wojny jedynie za przelotną rozrywkę. Odnosił
się do nich z dystansem i ledwie skrywanym brakiem zainteresowania.
Kallor nie budził wśród żołnierzy lojalności, a co najwyżej niechętny
szacunek. Mhybe podejrzewała, że zawsze tak było i nigdy nie będzie
inaczej.
Gdy dotarł z Broodem na szczyt wzgórza, omiótł Dujeka, Sójeczkę i dowódcę Moranthów spojrzeniem pełnym jawnej wzgardy i lekceważenia.
Trudno byłoby nie uznać tego za obelgę, wydawało się jednak, że
Malazańczycy ignorują wielkiego króla. Zsiedli z koni, spoglądając
jedynie na Caladana Brooda. Dujek Jednoręki podszedł bliżej.
- Witaj, naczelny wodzu. Pozwól, bym ci przedstawił swój skromny
kontyngent. Mój zastępca Sójeczka. Artanthos, mój aktualny chorąży. I dowódca Czarnych Moranthów, którego tytuł tłumaczy się w przybliżeniu
jako "górny jeździec", a imienia w ogóle nie da się wymówić. -
Malazański renegat uśmiechnął się do zakutej w zbroję postaci. - Odkąd
uścisnął dłoń rhivijskiego ducha w Lesie Czarnego Psa, nazywamy go
Skrętem.
- Artanthos... - wyszeptała cicho Srebrna Lisica. - Już od dawna nie
używał tego imienia. I wcale tak nie wygląda.
- Jeśli to iluzja, to doprawdy znakomita - wyszeptała Korlat. - Nie
wyczuwam nic podejrzanego.
Dziecko skinęło głową.
- Preriowe powietrze go... odmłodziło.
- Kim on jest, córko? - zapytała mhybe.
- Chimerą.
Gdy Dujek skończył, Brood stęknął głośno.
- To jest Kallor, mój zastępca. Tiste Andii reprezentuje Korlat.
Rhivijczyków mhybe i jej młoda podopieczna. To, co zostało z mojej
chorągwi, niesie zwiadowca Hurlochel.
Dujek zmarszczył brwi.
- A gdzie się podziała Karmazynowa Gwardia?
- Książę K'azz D'Avore i jego siły zajmują się chwilowo sprawami
wewnętrznymi, wielka pięści. Nie wezmą udziału w działaniach przeciwko
Pannion Domin.
- Szkoda - mruknął Dujek.
Brood wzruszył ramionami.
- Zgromadziliśmy jednostki pomocnicze, które ich zastąpią. Saltoański
Pułk Konny, cztery klany Barghastów, kompania najemników z Jednookiego
Kota i druga z Mott...
Sójeczka zakrztusił się nagle. Kaszlnął, a potem potrząsnął głową.
- Ale to chyba nie są Mottańscy Pospolitacy, wodzu naczelny?
Brood wyszczerzył w uśmiechu spiłowane zęby.
- Ach, prawda, już się z nimi spotkałeś, dowódco. Służąc w Podpalaczach
Mostów.
- Byli nieźli, i to nie tylko w walce - przyznał Sójeczka. - O ile
dobrze sobie przypominam, cały czas kradli nam zapasy, a potem
musieliśmy ich ganiać.
- My nazywamy to talentem do logistyki - wtrącił Kallor.
- Mam nadzieję, że negocjacje z darudżystańską Radą przyniosły
zadowalające rezultaty - zwrócił się do Dujeka Brood.
- Tak, wodzu naczelny. Darudżystańskie... datki... pozwoliły nam rozwiązać
problem uzupełnienia zapasów.
- Mam wrażenie, że delegacja Darudżystanu wkrótce przybędzie - dodał
Brood. - Gdybyście potrzebowali dodatkowego...
- Są bardzo szczodrzy - zgodził się wielka pięść, kiwając głową.
- Czeka na nas namiot dowodzenia - oznajmił naczelny wódz. - Musimy
omówić pewne szczegóły.
- Skoro tak mówisz - zgodził się Dujek. - Naczelny wodzu, walczyliśmy
przeciwko sobie przez długi czas. Z niecierpliwością oczekuję chwili,
gdy dla odmiany zostaniemy sojusznikami. Miejmy nadzieję, że Pannion
Domin okaże się godnym przeciwnikiem.
Brood skrzywił się.
- Byle nie nazbyt godnym.
- Masz rację - poparł go z uśmiechem Dujek.
- Dokonało się - stwierdziła z uśmiechem Srebrna Lisica, która nadal
stała na uboczu, razem z Korlat i mhybe. - Spojrzeli sobie w oczy.
Ocenili nawzajem swą wartość... i obaj są usatysfakcjonowani.
- To niezwykły sojusz - mruknęła Korlat, kręcąc głową. - Żeby tak łatwo
zapomnieć o tak długiej...
- Pragmatyczni żołnierze to najbardziej przerażające istoty, jakie
spotkałam w swym krótkim życiu. - Wskazała mhybe.
Srebrna Lisica wydała z siebie niski, gardłowy śmiech.
- I ty powątpiewasz w swą mądrość, matko...
***
Namiot dowodzenia Caladana Brooda był usytuowany w samym środku obozu
Tiste Andii. Choć mhybe odwiedzała go wielokrotnie i zdążyła już poznać
ten lud, po raz kolejny ogarnęło ją wrażenie niezwykłości. Wąskie
przejścia między wąskimi namiotami o wysokich szczytach wypełniały
bliźniacze tchnienia starożytności i patosu. Nieliczni, rośli żołnierze
odziani w ciemne szaty rzadko wdawali się ze sobą w rozmowy, nie
poświęcali też zbytniej uwagi Broodowi i jego świcie. Nawet Korlat,
która była prawą ręką Anomandera Rake'a, przyciągała tylko sporadyczne
spojrzenia.
Mhybe trudno było ich zrozumieć. Byli ludem dręczonym plagą obojętności,
apatii, z powodu której nawet zwykła, uprzejma rozmowa wydawała się im
zbyt wielkim wysiłkiem. Długa, pełna bólu historia Tiste Andii była
wypełniona skrywanymi tragediami. Ranami, które nigdy się nie zagoją.
Rhivijka z czasem zdała sobie sprawę, że nawet cierpienie może się stać
stylem życia. Myśl, że podobna egzystencja może się ciągnąć przez
dziesięciolecia, stulecia, a wreszcie tysiąclecia, nadal przepełniała ją
grozą.
Te wąskie, tajemnicze namioty równie dobrze mogłyby być schronieniem
duchów, niespokojną, ruchliwą nekropolią, gdzie straszą zagubione widma.
Pokryte dziwnymi plamami, wystrzępione wstążki zwisające z żelaznych
słupków namiotowych nadawały scenerii wotywny charakter. Podobne
wrażenie wywierały widmowe, wychudłe postacie samych Tiste Andii.
Wydawało się, że na coś czekają, i to wieczne oczekiwanie wciąż
przeszywało mhybe dreszczem. Co gorsza, znała ich możliwości. Była
świadkiem tego, jak wyciągają w gniewie miecze i władają nimi z przerażającą biegłością. Widziała też ich czary.
U ludzi zimna obojętność często przejawiała się w aktach brutalnego
okrucieństwa i była prawdziwym obliczem zła - o ile coś takiego jak zło
w ogóle istniało - nigdy jednak nie zdarzyło się jej widzieć, by Tiste
Andii dopuszczali się tego typu niczym nieusprawiedliwonych czynów.
Walczyli pod rozkazami Brooda za nieswoją sprawę, a nielicznych
poległych po prostu zostawiali tam, gdzie ci padli. To Rhivijczycy
musieli zbierać ich ciała, by pochować je na swój sposób i dać wyraz
żałobie. Tiste Andii przyglądali się podobnym poczynaniom z całkowitą
obojętnością, jakby bawiło ich to, że ktoś poświęca tyle uwagi zwykłym
trupom.
Namiot dowodzenia był już przed nimi. Ośmiokątna konstrukcja była
rozpięta na drewnianej ramie, a gęsto połatane płótno miało ongiś
czerwoną barwę, lecz wyblakło w słońcu i teraz było pomarańczowe. Namiot
był kiedyś własnością Karmazynowej Gwardii, lecz został porzucony na
kupie odpadków, gdzie znalazł go zwiadowca Hurlochel i zabrał dla
naczelnego wodza. Podobnie jak chorągiew, świadczył on, że Brood nie dba
zbytnio o szykowne ozdoby.
Potężną połę u wejścia uniesiono i umocowano sznurkami. Na przednim
słupku przysiadł Wielki Kruk, który pochylił głowę, spoglądając na
nadchodzących. Ptaszysko rozchyliło dziób, jakby śmiało się bezgłośnie.
Na widok Staruchy mhybe rozciągnęła wąskie wargi w bladym uśmieszku.
Ulubiona służka Anomandera Rake'a ostatnio wciąż zawracała głowę
Broodowi, zalewając go nieprzerwanym strumieniem rad niczym wypaczone
sumienie. Starucha nieraz już poddawała ciężkiej próbie cierpliwość
naczelnego wodza.
Ale Brood ją toleruje, podobnie jak samego Rake'a. To niepewni
sojusznicy... wszystkie opowieści zgodnie podają, że Brood i Rake
współpracują ze sobą już od bardzo dawna. Czy jednak ufają sobie
nawzajem? Trudno jest zrozumieć łączącą ich więź. Kryją się w niej
liczne komplikacje i dwuznaczności, a sprawę dodatkowo gmatwa Starucha,
służąca jako wątpliwej wartości most między dwoma wojownikami.
- Dujek Jednoręki! - wrzasnęło ptaszysko. Po krzyku nastąpiło szalone
skrzeczenie. - Sójeczka! Przynoszę wam pozdrowienia od niejakiego
Baruka, alchemika z Darudżystanu. I od mojego pana, Anomandera Rake'a,
władcy Odprysku Księżyca, Rycerza Wielkiego Domu Ciemności, syna samej
Matki Ciemności. Przekazuję wam jego... nie, właściwie nie pozdrowienia...
ale wyrazy wesołości. Tak jest, wesołości!
Dujek zmarszczył brwi.
- A cóż tak rozbawiło twojego pana, ptaku?
- Ptaku?! - rozległ się wrzask. - Jestem Starucha, niekwestionowana
matriarchini wielkiej, kakofonicznej rodziny zamieszkującej Odprysk
Księżyca!
Sójeczka chrząknął.
- Matriarchini Wielkich Kruków? To znaczy, że przemawiasz w imieniu ich
wszystkich? Potrafię w to uwierzyć. Kaptur wie, że drzesz się okrutnie
głośno.
- Parweniusz! Dujeku Jednoręki, przyczyn wesołości mojego pana nie da
się wytłumaczyć...
- To znaczy, że ich nie znasz - przerwał jej dowódca armii renegatów.
- Cóż za oburzająca zuchwałość! Okaż szacunek, śmiertelniku, bo w przeciwnym razie pożywię się twymi zwłokami, gdy nadejdzie ten dzień!
- Połamałabyś sobie dziób na mojej skórze, Starucho, ale gdy już nastąpi
ta chwila, możesz z nimi zrobić, co zechcesz.
- Masz jeszcze tę taśmę na dziób, Hurlochel? - warknął Brood.
- Mam, wodzu.
Ptaszysko syknęło, pochyliło głowę i na wpół rozpostarło potężne
skrzydła.
- Nie waż się, wole. Jeśli powtórzysz tę obelgę, pożałujesz!
- To zamknij się wreszcie!
Brood zwrócił się do pozostałych i zaprosił ich gestem do środka.
Starucha, która siedziała na górze, unosiła głowę, gdy przechodzili pod
nią kolejni żołnierze. Gdy przyszła kolej na mhybe, ptaszysko
zachichotało.
- Dziecko, które trzymasz za rękę, zaskoczy nas wszystkich, stara
kobieto.
Rhivijka zatrzymała się.
- Co wyczuwasz, stara wrono?
Starucha roześmiała się, wypełniając swym głosem ciszę.
- Immanencję, mój drogi gliniany garnku, i nic poza nią - odpowiedziała
po chwili. - Witaj, mała Srebrna Lisico.
Dziecko przyglądało się przez chwilę Wielkiemu Krukowi.
- Witaj, Starucho - rzekło. - Nie wiedziałam dotąd, że twój gatunek
zrodził się z gnijącego ciała...
- Cisza! - wrzasnęła Starucha. - Takiej wiedzy nigdy nie powinno się
wypowiadać na głos. Musisz się nauczyć zachowywać milczenie, dziecko,
dla własnego bezpieczeństwa.
- Chciałaś powiedzieć, dla twojego - skontrowała z uśmiechem Srebrna
Lisica.
- W tym przypadku owszem. Nie przeczę temu. Wysłuchaj jednak tej starej,
mądrej istoty, zanim wejdziesz do namiotu, dziecko. Wewnątrz czekają ci,
którzy uznają zakres twej wiedzy, gdybyś okazała się na tyle głupia, by
go ujawnić, za śmiertelną groźbę. Ujawnienie tej tajemnicy mogłoby
zagrozić twojemu życiu. Dowiedz się też, że nie potrafisz jeszcze się
bronić. Nie uratuje cię również mhybe, którą gorąco kocham, gdyż jej moc
nie ma gwałtownego charakteru. Obie będziecie potrzebowały obrońców.
Rozumiesz?
Mhybe uścisnęła instynktownie dłoń córki. Zawładnęły nią gwałtowne
emocje. Nie była ślepa na groźby wobec Srebrnej Lisicy i wobec siebie,
zdawała też sobie sprawę z istnienia narastających w dziecku mocy.
W sobie jednak nie wyczuwam żadnej mocy, czy to gwałtownej, czy też nie.
Choć Starucha była serdeczna, nazwała mnie "glinianym garnkiem", a tego,
co przedtem mnie broniło, nie noszę już w sobie. Stoi u mojego boku,
odsłonięte i bezbronne.
Gdy Srebrna Lisica wprowadzała ją do namiotu, mhybe po raz ostatni
zerknęła na Wielkiego Kruka.
Gorąco mnie kochasz, wrono? Błogosławię cię za to.
W centralnej komorze namiotu dowodzenia dominował wielki stół mapowy z pobieżnie ociosanego drewna, wypaczony i pokraczny, jakby zmontował go
pijany cieśla. Kiedy mhybe i Srebrna Lisica weszły do środka, weteran
Sójeczka - który zdjął hełm z głowy i trzymał go pod pachą - śmiał się
głośno ze wzrokiem wbitym w mebel.
- Ależ z ciebie sukinsyn, naczelny wodzu - powiedział, kręcąc głową.
Brood wpatrywał się z zasępioną miną w to samo, co przyciągnęło uwagę
Sójeczki.
- Przyznaję, że to nie jest ładny...
- To dlatego, że to cholerstwo zrobili Skrzypek i Płot - wyjaśnił
Malazańczyk. - W Puszczy Mott...
- A kto to są Skrzypek i Płot?
- Dwaj moi saperzy, z czasów, gdy dowodziłem Dziewiątą Drużyną. Słyną z tego, że zwykli grać w karty przy użyciu Talii Smoków. Zorganizowali
wtedy jedną z takich gier i nie mieli stołu. Zebrała się setka
Podpalaczy Mostów, mimo że nieprzyjaciel nieustannie nas atakował, nie
wspominając już o tym, że ugrzęźliśmy pośrodku bagna. Grę przerwała
walna bitwa. Zostaliśmy pokonani i zmuszeni do odwrotu, ale potem
odzyskaliśmy poprzednie pozycje. Wszystko to trwało może ze dzwon, ale
ktoś zdołał tymczasem ukraść nam ważący dwieście funtów mebel! Szkoda,
że nie słyszałeś przekleństw tych saperów...
Caladan Brood skrzyżował ramiona na piersi, nadal gapiąc się na stół. Po
paru chwilach stęknął głośno.
- To dar od Mottańskich Pospolitaków. Dobrze mi służył. Hmm... przekaż
swoim saperom moje podziękowania. Mogę go zwrócić...
- Nie ma potrzeby, naczelny wodzu...
Wydawało się, że Malazańczyk chce powiedzieć coś więcej, coś ważnego,
lecz tylko pokręcił głową.
Ciche westchnienie Srebrnej Lisicy zaskoczyło mhybe. Spojrzała na
dziewczynkę, unosząc brwi, ale ona przenosiła wzrok z Sójeczki na stół i z powrotem. Jej usta rozciągnęły się w lekkim uśmieszku.
- Wujku Sójeczko! - zawołała nagle.
Wszyscy popatrzyli na Srebrną Lisicę.
- Ci saperzy oszukują, prawda? - ciągnęła beztrosko dziewczynka.
Brodaty Malazańczyk skrzywił się wściekle.
- Nie radziłbym ci powtarzać tego oskarżenia, zwłaszcza w obecności
Podpalaczy Mostów, dziecko. Podczas tych gier przechodzi z rąk do rąk
mnóstwo grosza, ale z jakiegoś powodu strumień płynie tylko w jedną
stronę. Czy Skrzypek i Płot oszukują? Ustanowili tak skomplikowane
zasady, że nikt nie potrafi się połapać. Muszę przyznać, że po prostu
nie wiem.
Przyglądał się Srebrnej Lisicy z coraz bardziej srogą miną, jakby czuł
się czymś zakłopotany.
Czymś... na przykład wrażeniem, że ją zna. Mhybe zrozumiała to powoli.
Oczywiście nic o niej nie wie. O tym, kim jest i kim była. Jest
przekonany, że widzi ją po raz pierwszy, ale ona nazwała go wujkiem, co
więcej, jest jeszcze ten głos, gardłowy, inteligentny... zna nie dziecko,
lecz kobietę, którą ongiś było.
Wszyscy czekali, aż Srebrna Lisica powie coś więcej, udzieli wyjaśnień.
Dziewczynka jednak podeszła tylko do stołu i przesunęła dłonią po
poobijanym blacie. Po jej twarzy przemknął przelotny uśmiech. Potem
przyciągnęła do stołu jedno z niepasujących do siebie krzeseł i usiadła
na nim. Brood skinął z westchnieniem na Hurlochela.
- Przynieś nam tę mapę terytoriów podbitych przez Pannion Domin.
Gdy rozłożono wielką płachtę, wszyscy zgromadzili się wokół stołu. Po
chwili Dujek odchrząknął.
- Nie dysponuję równie szczegółowymi mapami - przyznał. - Zaznaczyliście
tu rozmieszczenie różnych panniońskich armii. Jak aktualne są te dane?
- Sprzed trzech dni - odparł Brood. - Krążą tam kuzyni Staruchy, którzy
śledzą ich posunięcia. Notatki mówiące o organizacji nieprzyjaciela i stosowanej przezeń dotąd taktyce pochodzą z wielu źródeł. Jak widzicie,
Panniończycy planują atak na Capustan. W ciągu ostatnich czterech
miesięcy padły Maurik, Setta i Lest. Panniońskie oddziały nadal znajdują
się na południowym brzegu Catlin, lecz rozpoczęły już przygotowania do
sforsowania rzeki...
- Capustańska armia nie spróbuje im w tym przeszkodzić? - zdziwił się
Dujek. - Jeśli tego nie uczyni, będzie to praktycznie zaproszeniem do
oblężenia. Jak rozumiem, nikt się nie spodziewa, by Capustan stawił
poważny opór.
- Sytuacja w Capustanie jest dość niejasna - wyjaśnił naczelny wódz. -
Miastem włada książę oraz koalicja wielkich kapłanów, które to dwie
frakcje nieustannie ze sobą rywalizują. W zażegnaniu konfliktów pomagała
wynajęta przez księcia kompania najemników, która wzmocniła jego
szczątkowe siły...
- Co to za kompania? - zapytał Sójeczka.
- Szare Miecze. Słyszałeś o nich, dowódco?
- Nie.
- Ja też nie - przyznał Brood. - Ponoć pochodzą z Elingarthu. Mają
niezły stan: ponad siedem tysięcy ludzi. Nie wiadomo jednak, czy okażą
się godni paskarskiej ceny, której zażądali od księcia. Kaptur wie, że
ich tak zwany standardowy kontrakt przewiduje zapłatę blisko dwukrotnie
wyższą od tej, której zwykle żąda Karmazynowa Gwardia.
- Ich dowódca trafnie zinterpretował sytuację - wtrącił Kallor tonem
sugerującym skrajne znużenie, jeśli nie wręcz nudę. - Książę Jelarkan ma
więcej pieniędzy niż żołnierzy, a Panniończyków nie da się przekupić.
Ostatecznie jasnowidz toczy świętą wojnę. Co gorsza, rada wielkich
kapłanów ma poparcie świątyń, a każda z nich dysponuje prywatną kompanią
doskonale wyszkolonych i świetnie wyposażonych żołnierzy. W sumie to
prawie trzy tysiące najlepszych wojowników w mieście, a dla książęcego
Capańskiego Dworu zostają tylko resztki. W dodatku prawo nie pozwala mu
zwiększyć liczebności swych oddziałów powyżej dwóch tysięcy. Przez
długie lata Rada Masek, to jest koalicja świątyń, wykorzystywała
Capański Dwór jako źródło rekrutów, przekupując najlepszych...
Najwyraźniej mhybe nie była osamotniona w swym podejrzeniu, że jeśli dać
Kallorowi szansę, będzie gadał całe popołudnie. Sójeczka wpadł mu w słowo, gdy tylko wielki król przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu.
- To znaczy, że ten książę Jelarkan ominął prawo, wynajmując najemników.
- Zgadza się - odpowiedział pośpiesznie Brood. - Tak czy inaczej, Rada
Masek powołała się na inne prawo, które nie pozwala Szarym Mieczom
toczyć działań wojennych poza obrębem murów miejskich. Dlatego nikt nie
przeszkodzi Panniończykom w sforsowaniu rzeki...
- Idioci - warknął Dujek. - W końcu to święta wojna. Można by się
spodziewać, że świątynie uczynią, co tylko w ich mocy, by utworzyć
wspólny front przeciw Panniończykom.
- Przypuszczam, że myślą, iż to właśnie robią - odparł Kallor z szyderczym uśmieszkiem, który mógł wyrażać jego opinię o Dujeku,
capustańskich kapłanach bądź i o nim, i o nich. - A jednocześnie
pilnują, by książę nie zdobył zbyt wielkiej władzy.
- Sprawa jest bardziej skomplikowana - sprzeciwił się Brood. - Władczyni
Mauriku skapitulowała przy tylko niewielkim rozlewie krwi w ten sposób,
że aresztowała wszystkich kapłanów w mieście i wydała ich panniońskim
Tenescowri. Jednym pociągnięciem ocaliła miasto i jego obywateli,
wypełniła królewskie kufry łupami zagarniętymi ze świątyń i pozbyła się
ciernia w boku, który doskwierał jej od niepamiętnych czasów.
Panniończycy przyznali jej tytuł gubernatora. To lepsze niż rozszarpanie
i pożarcie przez Tenescowri, co spotkało kapłanów.
- Rozszarpanie i pożarcie? - syknęła mhybe.
- Tak jest - potwierdził naczelny wódz. - Tenescowri to chłopska armia
jasnowidza. Fanatycy, których w nic nie zaopatruje. Zamiast tego dał im
swe święte błogosławieństwo, które pozwala im robić wszystko, co tylko
konieczne, by się wyżywić i uzbroić. Jeśli inne pogłoski mówią prawdę,
kanibalizm to tylko najdrobniejsza z okropności...
- Do nas również dotarły podobne wieści - mruknął Dujek. - Naczelny
wodzu, musimy rozstrzygnąć, czy będziemy próbowali ocalić Capustan, czy
też pozwolimy mu upaść? Jasnowidz z pewnością wie, że zamierzamy przeciw
niemu wystąpić. Jego wyznawcy zanieśli kult daleko poza granice Pannion
Domin, do Darudżystanu, Pale i Saltoanu. To znaczy, że wie, iż w którymś
momencie będziemy musieli przekroczyć Catlin. Jeśli zdobędzie Capustan,
najdogodniejsze przejście przez rzekę wpadnie w jego ręce. Zostanie nam
tylko stary bród na zachód od Saltoanu, w miejscu gdzie kiedyś był
kamienny most. Co prawda, nasi saperzy mogliby tam zbudować most
pływający, pod warunkiem, że przyniesiemy ze sobą drewno. To jest opcja
lądowa. Oczywiście mamy jeszcze dwie inne...
- Słuchajcie go! - rozdarła się Starucha, która przycupnęła na brzegu
blatu.
Mhybe pokiwała głową. Rozumiała ptaszysko. Sama również słuchała tych
słów z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania.
Dujek łypnął spode łba na siedzącą na drugim końcu stołu Staruchę.
- Masz jakiś problem, ptaku?
- Zaiste jesteś godnym partnerem naczelnego wodza! Słowo w słowo myślisz
na głos tak samo jak on! Och, jak można nie dostrzec tnącego ostrza
ironii ukrytego w waszej trwającej dwanaście lat wojnie?
- Siedź cicho, Starucho - rozkazał Brood. - Capustan nie uniknie
oblężenia. Armie Panniończyków są potężne. Dowiedzieliśmy się, że
ekspedycją dowodzi septarcha Kulpath, najzdolniejszy ze wszystkich
septarchów jasnowidza. Prowadzi ze sobą połowę wszystkich beklitów, to
będzie pięćdziesiąt tysięcy regularnej piechoty, oraz dywizję urdomenów,
a także zwyczajowe oddziały wsparcia. Capustan jest niewielkim grodem,
ale książę włożył mnóstwo wysiłku we wzmocnienie murów, a do tego
topograficzny układ miasta świetnie się nadaje do obrony dzielnica za
dzielnicą. Jeśli Szare Miecze nie czmychną po pierwszej potyczce,
Capustan może się bronić przez jakiś czas. Mimo to...
- Moi Czarni Moranthowie mogą przerzucić do miasta kilka kompanii -
wtrącił Dujek, spoglądając na milczącego Skręta. - Ale jeśli nie
otrzymamy jednoznacznego zaproszenia, może to doprowadzić do
kłopotliwych napięć.
Kallor prychnął pogardliwie.
- To ci dopiero niedopowiedzenie. Które miasto na Genabackis ucieszyłoby
się z widoku malazańskich legionów za swymi murami? Ponadto możesz być
pewien, że musielibyście przywieźć ze sobą własny prowiant, wielka
pięści, nie wspominając już o jawnej wrogości, czy wręcz zdradzie ze
strony samych Capańczyków.
- Nie ulega wątpliwości, że musimy zacząć od nawiązania kontaktu z księciem Capustanu - wtrącił Sójeczka.
Srebrna Lisica zachichotała, zaskakując wszystkich.
- Cóż za wspaniała aranżacja, wujku! Podjąłeś już działania, które mają
do tego doprowadzić. Razem z jednorękim żołnierzem zaplanowaliście to w najdrobniejszych szczegółach. Zamierzacie wyzwolić Capustan. Oczywiście
nie bezpośrednio. Wy nigdy nic nie robicie bezpośrednio, prawda? Chcecie
pozostać w cieniu, za kulisami. To klasyczna malazańska taktyka.
Obaj mężczyźni byli hazardzistami najwyższej klasy i ich twarze niczego
nie zdradzały.
Chichot Kallora zabrzmiał jak cichy grzechot kości.
Mhybe przyjrzała się Sójeczce.
To dziecko wzbudza lęk, prawda? Duchy, nawet ja się go boję, a przecież
wiem o nim znacznie więcej od ciebie.
- No cóż, bardzo się cieszę, że się ze sobą zgadzamy - rozległ się po
chwili bas Brooda. - O ile to tylko możliwe, musimy zapobiec upadkowi
Capustanu, a w obecnej sytuacji pośrednia pomoc jest zapewne najlepszą
opcją. Musimy wywrzeć na przeciwniku wrażenie, że większość naszych sił,
nie tylko moich, lecz również twoich, Jednoręki, maszeruje drogą lądową
w przewidywalnym tempie. Septarcha Kulpath zaplanuje oblężenie stosownie
do tego. Jak rozumiem, zgodziliśmy się również, że Capustan nie może być
naszym jedynym celem.
Dujek skinął głową.
- Może i tak upaść, pomimo naszych wysiłków. Jeśli chcemy pokonać
Pannion Domin, musimy uderzyć w jego serce.
- Zgoda. Powiedz mi, Jednoręki, które miasto wybraliście na cel
pierwszej fazy kampanii?
- Koral - odpowiedział natychmiast Sójeczka.
Wszyscy spojrzeli na mapę. Brood uśmiechał się szeroko.
- Wygląda na to, że rzeczywiście myślimy podobnie. Gdy dotrzemy do
północnej granicy Domin, uderzymy na południe z impetem włóczni, szybko
wyzwalając kolejne miasta... Settę, Lest, Maurik. Czyż pani gubernator nie
będzie zachwycona? W końcu dotrzemy do samego Koralu. W ciągu jednej
pory roku odbierzemy jasnowidzowi wszystko, co zdobył przez cztery lata.
Chcę, żeby ten kult zachwiał się w posadach, żeby w jego cholernej
fasadzie pojawiły się szczeliny.
- Zgoda, naczelny wodzu. Maszerujemy lądem, tak? Obejdziemy się bez
statków. To tylko zmusiłoby Kulpatha do pośpiechu. Musimy rozstrzygnąć
jeszcze jedną kwestię - ciągnął Sójeczka, kierując spojrzenie szarych
oczu na jedynego poza dowódcą Czarnych Moranthów uczestnika narady,
który jeszcze się nie odezwał. - Czego możemy oczekiwać od Anomandera
Rake'a, Korlat? Czy Tiste Andii udzielą nam wsparcia?
Kobieta uśmiechnęła się tylko.
Brood odkaszlnął.
- Podobnie jak wy, wykonaliśmy już pewne ruchy - oznajmił. - Odprysk
Księżyca wędruje obecnie w stronę Domin. Nim jednak dotrze do granic
imperium jasnowidza... zniknie.
Dujek uniósł brwi.
- To imponujący wyczyn.
Starucha zachichotała skrzekliwie.
- Niewiele wiemy o wspierających władzę jasnowidza czarach - ciągnął
naczelny wódz. - Jasne jest jedynie to, że istnieją. Podobnie jak wasi
Czarni Moranthowie, Odprysk Księżyca stwarza pewne taktyczne sposobności
i niewykorzystanie ich byłoby głupotą. - Brood uśmiechnął się jeszcze
szerzej. - Podobnie jak ty, wielka pięści, staramy się unikać
przewidywalności. - Wskazał głową na Korlat. - Tiste Andii władają
potężną magią...
- To nie wystarczy - przerwała mu Srebrna Lisica.
Kobieta Tiste Andii spojrzała na nią ze srogą miną.
- To śmiałe twierdzenie, dziecko.
- Nie wierzcie w nic, co ona mówi - syknął Kallor. - Brood doskonale
wie, że uważam, iż postąpił głupio, pozwalając jej uczestniczyć w tym
spotkaniu. Ona nie jest naszą sojuszniczką. Zdradzi nas. Zapamiętajcie
moje słowa. Zdrada jest jej najstarszą przyjaciółką. Wysłuchajcie mnie
wszyscy. Ta istota to monstrum.
- Och, Kallor - westchnęła Srebrna Lisica. - Czy zawsze musisz opowiadać
takie głupoty?
Dujek spojrzał na Caladana Brooda.
- Naczelny wodzu, muszę przyznać, że nie rozumiem powodów obecności tu
tej dziewczynki. Kim ona jest, w imię Kaptura? Wydaje się, że posiada
nadnaturalną wiedzę. Co może dziesięcioletnie dziecko...
- Jest czymś znacznie więcej - warknął Kallor, przeszywając Srebrną
Lisicę twardym, pełnym nienawiści spojrzeniem. - Spójrzcie na tę starą
babę obok niej - ciągnął wielki król. - Ona przeżyła zaledwie
dwadzieścia lat, wielka pięści, a to tak zwane dziecko wyrwano z jej
macicy przed niespełna sześcioma miesiącami. Monstrum karmi się siłą
życiową matki... nie, nie matki, lecz pechowego naczynia, w którym ongiś
się mieściło. Wszyscy drżycie, słysząc o kanibalizmie Tenescowri, cóż
więc powiecie o stworzeniu pożerającym duszę i życie tej, która wydała
je na świat? Jest też coś więcej... - Przerwał, wyraźnie przełykając to,
co miał zamiar powiedzieć. Opadł na krzesło. - Powinno się ją zabić.
Natychmiast. Zanim jej moc przerośnie nas wszystkich.
W namiocie zapadła cisza.
Niech cię szlag, Kallor. Czy to właśnie chciałeś zademonstrować naszym
nowym sojusznikom? Podziały w naszym obozie. I... duchy na dole... niech cię
szlag po raz drugi. Ona nic o tym nie wiedziała. Nie wiedziała...
Mhybe spojrzała z drżeniem na Srebrną Lisicę. Dziewczynka patrzyła na
matkę. Jej wielkie oczy były pełne łez.
- Czy to prawda? - wyszeptała. - Czy karmię się tobą?
Mhybe zamknęła oczy, gorzko żałując, że nie potrafi ukryć prawdy przed
Srebrną Lisicą.
- To nie twoja wina, córko. To po prostu cząstka tego, kim jesteś.
Akceptuję to... - Chociaż wścieka mnie tak podłe okrucieństwo. - I ty
również musisz to zaakceptować. Żyje w tobie nienasycona siła, Srebrna
Lisico, starożytna i niepowstrzymana. Ty również o tym wiesz, czujesz
ją...
- Starożytna i niepowstrzymana? - wychrypiał Kallor. - Nie wiesz nawet
połowy, kobieto. - Pochylił się nad stołem, złapał Srebrną Lisicę za
bluzę i przyciągnął ją bliżej. Ich twarze dzieliło od siebie zaledwie
kilka cali. Wielki król obnażył zęby. - Jesteś tam, prawda? Wiem o tym.
Czuję to. Wyłaź, ty suko...
- Puść ją - rozkazał Brood cichym, niskim głosem.
Wielki król uśmiechnął się szyderczo, zwolnił uścisk i odsunął się
powoli od dziewczynki.
Mhybe uniosła drżącą dłoń ku twarzy. Serce tłukło jej jak szalone. Gdy
Kallor złapał jej córkę, zalała ją groza, lodowaty potop, który pozbawił
ją władzy w kończynach, bez trudu przezwyciężył instynkt macierzyński,
odsłaniając przed nią i przed wszystkimi obecnymi jej tchórzostwo.
Poczuła, że łzy wstydu wzbierają jej w oczach i spływają po policzkach.
- Jeśli jeszcze raz jej dotkniesz, stłukę cię do nieprzytomności, Kallor
- ciągnął naczelny wódz.
- Tak jest - odparł prastary wojownik.
Sójeczka zwrócił się ze szczękiem zbroi w stronę Caladana Brooda. Jego
twarz zamarła w mrocznym grymasie.
- Gdybyś ty tego nie zrobił, naczelny wodzu, wypowiedziałbym inną
groźbę. - Przeszył wielkiego króla twardym jak żelazo spojrzeniem. -
Chcesz skrzywdzić dziecko? Ja nie stłukłbym cię do nieprzytomności,
Kallor. Wyrwałbym ci serce.
Wielki król uśmiechnął się szyderczo.
- Drżę ze strachu.
- Dość już tego - szepnął Sójeczka.
Zakutą w stalową rękawicę lewą dłonią uderzył na odlew Kallora w twarz,
aż jego głowa odskoczyła do tyłu. Na stół trysnęła krew. Wielki król
zachwiał się na nogach. Złapał w dłonie rękojeść bastardowego miecza i zaczął wysuwać go z pochwy. Zatrzymał się jednak w połowie.
Nie był w stanie wydobyć broni, gdyż Caladan Brood trzymał go za oba
nadgarstki. Wielki król wytężał mięśnie, aż na szyi i skroni uwidoczniły
mu się żyły, nic jednak nie wskórał. Brood pewnie zacisnął nagle potężne
dłonie, gdyż Kallor wciągnął głośno powietrze i wypuścił z rąk miecz,
który wsunął się z powrotem do pochwy. Brood podszedł bliżej, lecz mhybe
i tak usłyszała jego ciche słowa.
- Przyjmij to, na co zasłużyłeś, Kallor. Mam już dość tych demonstracji
pogardy. Jeśli jeszcze raz nadużyjesz mojej cierpliwości, oberwiesz w gębę moim młotem. Jasne?
Po długiej chwili wielki król chrząknął.
Brood zwolnił uścisk.
W namiocie panowała cisza. Nikt się nie ruszał. Wszyscy patrzyli na
zakrwawioną twarz Kallora.
Dujek wyciągnął zza pasa pokrytą zaschłym mydłem do golenia chustkę i rzucił ją wielkiemu królowi.
- Zatrzymaj ją sobie - warknął.
Mhybe zatrzymała się za plecami pobladłej Srebrnej Lisicy i położyła
dłonie na jej barkach.
- Przestańcie - wyszeptała. - Proszę.
Sójeczka ponownie spojrzał na Brooda, ignorując Kallora, jakby wielki
król przestał istnieć.
- Wytłumacz nam to, proszę, naczelny wodzu - zażądał ze spokojem w głosie. - Kim, w imię Kaptura, jest to dziecko?
Srebrna Lisica strząsnęła z ramion dłonie matki i wstała. Wydawało się,
że jest gotowa uciec. Potem pokręciła głową, otarła oczy i z drżeniem
zaczerpnęła tchu.
- Nie - sprzeciwiła się. - Sama muszę to wyjaśnić. - Zerknęła na mhybe,
przez króciutką chwilę spoglądając jej w oczy, a potem przeniosła wzrok
z powrotem na pozostałych. - Wszystko muszę wyjaśnić sama.
Mhybe wyciągnęła rękę, ale nie mogła się zdobyć na to, by dotknąć
dziewczynki.
- Musisz to zaakceptować, córko - rzekła. Słyszała w swym głosie brak
przekonania i z ponownym przypływem wstydu zdała sobie sprawę, że inni
również go słyszą.
Musisz wybaczyć... wybaczyć sobie. Och, duchy na dole, nie śmiem
wypowiedzieć takich słów. Utraciłam do tego prawo... z pewnością już je
utraciłam.
Srebrna Lisica spojrzała na Sójeczkę.
- Oto prawda, wujku. Zrodziłam się z dwóch dusz, z których jedną znałeś
bardzo dobrze. Kobietę zwaną Tattersail. Druga dusza należała do
wielkiego maga imieniem Nightchill. Opuściła już ciało, z którego
zostały właściwie tylko zwęglone mięso i kości, lecz inne jej elementy
zachowały się dzięki pieczętującemu zaklęciu. Tattersail... zginęła... w sferze oddziaływania groty Tellann, przywołanej przez T'lan Imassa...
Mhybe jako jedyna zauważyła, że chorąży Artanthos wzdrygnął się nagle.
A co ty na ten temat wiesz?
Ta myśl przemknęła tylko przez jej głowę. Domysły i spekulacje
wymagałyby zbyt wiele wysiłku.
- W tej sferze, wujku, coś się wydarzyło - ciągnęła Srebrna Lisica. -
Coś nieoczekiwanego. Pojawili się rzucający kości z zamierzchłych
czasów, pradawny bóg i dusza śmiertelnika...
Kallor przyciskał do twarzy chustkę, która stłumiła jego pogardliwe
prychnięcie.
- Nightchill - wyszeptał. - Cóż za brak wyobraźni... Czy K'rul wiedział?
Ach, ileż w tym ironii...
- Ci trzej zgromadzili się po to, by pomóc mojej matce - podjęła Srebrna
Lisica. - Kobiecie, która ze zdumieniem przekonała się, że nosi
niewiarygodne dziecko. Urodziłam się w dwóch miejscach jednocześnie.
Między Rhivijczykami w tym świecie i pod opieką rzucającego kości w grocie Tellann. - Zawahała się, zadrżała, jakby nagle zabrakło jej sił.
- Moja przyszłość należy do T'lan Imassów - wyszeptała po chwili,
oplatając się ramionami. - Odwróciła się gwałtownie w stronę Korlat. -
Zbierają się już i w nadchodzącej wojnie ujrzycie ich moc.
- Spotkanie przeklętych mocy - wychrypiał Kallor. Dłoń, w której trzymał
chustkę, opadła, odsłaniając wąskie oczy i bladą jak pergamin, umazaną
krwią twarz. - Tego właśnie się obawiałem. Och, wy głupcy. Wszyscy
jesteście głupcami...
- Zbierają się - powtórzyła kobieta Tiste Andii. Ona również ignorowała
wielkiego króla. - Ale dlaczego? Jaki jest ich cel, Srebrna Lisico?
- To ja muszę o tym zadecydować. Istnieję po to, by im rozkazywać.
Wszystkim. Moje narodziny zwiastują moment Zgromadzenia. Wszyscy T'lan
Imassowie na świecie usłyszeli ten zew i ci, którzy są w stanie,
nadchodzą. Nadchodzą.
***
Sójeczce kręciło się w głowie. Rozłam w szeregach armii Brooda był
niepokojący, ale rewelacje tego dziecka... jego myśli pomknęły po spirali
w dół... a potem wyłoniły się w innym miejscu. Namiot dowodzenia zniknął i Sójeczka znalazł się w świecie pokrętnych spisków, złowrogich zdrad oraz
ich straszliwych, nieoczekiwanych konsekwencji. W świecie, którego
szczerze nienawidził.
Wspomnienia wypełniły jego umysł niczym widma. Kanonada w Pale,
zdziesiątkowanie Podpalaczy Mostów, szturm na Odprysk Księżyca. Plaga
podejrzeń, wir desperackich planów...
A'Karonys, Bellurdan, Nightchill, Tattersail... listę magów, o których
śmierć można było oskarżyć wielkiego maga Tayschrenna wypisano krwią
bezmyślnej paranoi. Sójeczka nie zmartwił się zniknięciem wielkiego
maga, aczkolwiek podejrzewał, że Tayschrenn wcale nie przebywa tak
daleko, jak mogło się wydawać.
Wyjęcie spod prawa. Dekret Laseen uczynił z nas niezależną siłę... ale to
wszystko kłamstwo.
Prawdę znali tylko on i Dujek. Pozostali żołnierze Zastępu wierzyli, że
cesarzowa rzeczywiście ogłosiła ich zdrajcami. Byli wierni Dujekowi
Jednorękiemu.
I być może również mnie. Kapturze, poddamy tę ich wierność naprawdę
ciężkim próbom.
Ale ona wie. Dziewczynka wie.
Sójeczka nie wątpił, że ma przed sobą odrodzoną Tattersail. Ślady
czarodziejki łatwo było dostrzec w rysach twarzy dziecka, w jego
sylwetce i ruchach, w sennym, mądrym spojrzeniu. Reperkusje tej prawdy
wstrząsnęły weteranem. Potrzebował czasu na zastanowienie...
Tattersail narodziła się na nowo. Niech cię Kaptur porwie, Tayschrenn.
Co uczyniłeś, mimowolnie czy świadomie?
Sójeczka nie znał Nightchill. Nigdy z nią nie rozmawiał i jego wiedza na
jej temat ograniczała się do zasłyszanych opowieści. Była kochanką
Thelomena, Bellurdana, władała czarami Wielkiej Rahan i była jedną z magów wybranych przez cesarza, a na koniec ją zdradzono, tak samo jak
Podpalaczy Mostów...
Opowiadano, że jest w niej twardość, kojarząca się z ostrym, okrwawionym
żelazem. Sójeczka dostrzegał cień rzucany na dziecko przez to, co
zostało z owej kobiety. W łagodnych, sennych oczach Tattersail pojawiło
się coś mroczniejszego, co jeszcze bardziej niepokoiło i tak już
podenerwowanego weterana.
Och, Kapturze. Z nagłym, ogłuszającym wstrząsem zdał sobie sprawę z jeszcze jednej reperkusji. Bogowie, wybaczcie nam nasze głupie zabawy.
W Pale czekał na nich Ganoes Paran. Był kochankiem Tattersail. Jak
przyjmie Srebrną Lisicę? W jednej chwili przerodziła się z dorosłej
kobiety w nowo narodzone dziecko, a potem w ciągu sześciu miesięcy w dziesięciolatkę.
A kim będzie za sześć następnych miesięcy? Dwudziestoletnią kobietą?
Paran... chłopcze... czy to żałoba wyżera dziury w twoim brzuchu? Jeśli tak,
to jak na ciebie wpłynie odpowiedź na nią?
Sójeczka wciąż starał się zrozumieć słowa dziewczynki i to, co widział w jej twarzy, lecz jego myśli zwróciły się ku stojącej obok Srebrnej
Lisicy mhybe. Zalała go fala smutku. Bogowie byli naprawdę okrutni.
Staruszka zapewne umrze przed upływem roku, brutalnie złożona w ofierze
dziecku i jego potrzebom w złowieszczej, koszmarnej parodii
macierzyństwa.
Ostatnie słowa dziewczynki raz jeszcze wstrząsnęły weteranem.
"Nadchodzą". T'lan Imassowie. Na oddech Kaptura, jakby sprawy nie były
już dostatecznie skomplikowane. W kim mam pokładać wiarę? Kallor -
zimny, budzący dreszcz sukinsyn - nazywa dziewczynkę monstrum. Zabiłby
ją, gdyby tylko mógł. To jest oczywiste. Nie pozwolę skrzywdzić dziecka...
ale czy to jest dziecko?
Ale... na oddech Kaptura! To przecież odrodzona Tattersail, prawa, odważna
kobieta. A Nightchill była wielkim magiem, który służył cesarzowi. Teraz
została nową władczynią T'lan Imassów i to właśnie jest w tym
najdziwniejsze i najbardziej niepokojące...
Sójeczka zamrugał i przed jego oczyma znowu ukazało się wyraźnie wnętrze
namiotu wraz ze zgromadzonymi w nim osobami. W ciszy kłębiły się
najrozmaitsze myśli. Ponownie spojrzał na Srebrną Lisicę, na jej bladą,
pucołowatą buzię, zauważył z nagłym współczuciem drżenie jej dłoni.
Potem odwrócił wzrok. Obserwowała go Tiste Andii, Korlat. Popatrzyli
sobie w oczy.
Cóż za niezwykła uroda. A Dujek jest brzydki jak pies. To kolejny dowód
na to, że przez wszystkie te lata walczyłem po niewłaściwej stronie.
Trudno przypuszczać, by była mną zainteresowana w ten sposób. Nie,
próbuje mi przekazać coś całkiem innego... Po dłuższej chwili skinął
głową. Srebrna Lisica... nadal jest dzieckiem. Glinianą tabliczką, na
której prawie nic jeszcze nie zapisano. Rozumiem cię, Tiste Andii.
Ci, którzy postarają się zbliżyć do Srebrnej Lisicy, mają szansę wpłynąć
na to, kim się ostatecznie stanie. Korlat chciała z nim porozmawiać na
osobności, a on właśnie przed chwilą przyjął jej zaproszenie. Sójeczka
żałował, że nie ma z nim teraz Szybkiego Bena. Mag z Siedmiu Miast
świetnie sobie radził w takich sytuacjach. On już w tej chwili odnosił
wrażenie, że traci grunt pod nogami.
Paran, ty biedny skurczybyku. Co mam ci powiedzieć? Czy powinienem
doprowadzić do waszego spotkania? Czy będę mógł mu zapobiec, gdy już o wszystkim usłyszysz? I czy to w ogóle mój interes?
***
Starucha rozdziawiła dziób, lecz tym razem nie popłynął z niego
bezgłośny śmiech.
T'lan Imass! I K'rul, pradawny bóg! Powiernicy prawdy o Wielkich
Krukach, prawdy, której nie zna nikt poza nimi. Poza nimi i Srebrną
Lisicą, na Otchłań... Srebrną Lisicą, która spojrzała w moją duszę i wyczytała z niej wszystko.
Nieostrożne, nieostrożne dziecko! Czy chcesz nas zmusić, byśmy się
bronili przed tobą? Przed tymi, którym zamierzasz rozkazywać? My,
Wielkie Kruki, nigdy nie toczyliśmy własnych wojen. Czy pragniesz nas do
tego zmusić swym nieroztropnym gadaniem?
Gdyby Rake się dowiedział... zapewnienia o niewinności zdałyby się na nic.
Byliśmy przy Przykuciu, nieprawdaż? Tak... a nawet przy samym Upadku!
Wielkie Kruki zrodziły się niczym czerwie w ciele Upadłego, i to, och,
to nas skazuje. Ale chwileczkę! Czyż nie byliśmy wiernymi strażnikami
magii Okaleczonego Boga? I czy to nie my zanieśliśmy wszystkim wieści o Pannion Domin i o zagrożeniu, jakie stanowi?
Jesteśmy w stanie przywołać tę magię, jeśli będziemy zmuszeni. Ach,
dziecko, twe lekkomyślne słowa mogą zniszczyć tak wiele...
Wbiła spojrzenie czarnych, błyszczących ślepi w Caladana Brooda. Naczelny
wódz dobrze ukrywał myśli za maską płaskiej, grubo ciosanej twarzy.
Nie ulegaj panice, stara wiedźmo. Skup się na najbliższych problemach.
Myśl!
W czasach cesarza Imperium Malazańskie korzystało z usług T'lan Imassów.
To dzięki nim możliwy był podbój Siedmiu Miast. Potem, po śmierci
Kellanveda, sojusz się rozpadł i Genabackis oszczędzono inwazji
dziesiątków tysięcy nieubłaganych martwiaków, którzy potrafią wędrować z wiatrem jak pył. Tylko to pozwoliło Caladanowi Broodowi przeciwstawić
się na równej stopie malazańskiemu zagrożeniu.
Ach... ale może tylko tak się nam zdawało? Czy kiedykolwiek wykorzystał
pełną moc Tiste Andii? Czy dał wolną rękę Anomanderowi Rake'owi? Czy
okazał swą własną potęgę? Brood jest Ascendentem. W tych pełnych
nieostrożności czasach łatwo jest o tym zapomnieć. Jego grotą jest
Tennes - moc samej Ziemi, która jest domem wiecznej, śpiącej bogini,
Pożogi. Caladan Brood ma w sobie - w swych ramionach i w tym straszliwym
młocie, który nosi na plecach - moc zdolną strzaskać góry. Przesada?
Niski przelot nad zdruzgotanymi turniami na wschód od Płaskowyżu
Laederon wystarczy, by ujrzeć pamiątkę po czasach, gdy był młodszy i bardziej pochopny... babciu Starucho, powinnaś wiedzieć lepiej! Moc
przyciąga moc. Zawsze tak było, a teraz nadchodzą T'lan Imassowie, po
raz kolejny zakłócając równowagę.
Moje dzieci szpiegują Pannion Domin i czują woń mocy bijącą z jego ziem,
tak obficie uświęconych krwią. Ale ta moc wciąż nie ma twarzy, jakby
ukrywała się za niezliczonymi zasłonami. Co czai się w sercu imperium
fanatyków?
To przerażające dziecko zna odpowiedź na owo pytanie. Przysięgłabym na
łoże boga o zgruchotanym ciele, och tak. I poprowadzi T'lan Imassów...
prosto do tego serca.
Rozumiesz to, Caladanie Broodzie? Sądzę, że rozumiesz. Choć ten stary,
zgrzybiały tyran Kallor wypowiada swe ostrzeżenia z całą siłą swej
bezkrwistej woli... Choć tobą również wstrząsnęła wiadomość, że wkrótce
otrzymasz wsparcie martwiaków. Jeszcze bardziej przeraziło cię jednak
to, że będziesz ich potrzebował. Komu właściwie wypowiedzieliśmy wojnę?
Ilu z nas doczeka jej zakończenia?
I, na Otchłań, jaką tajemną prawdę o Srebrnej Lisicy zna Kallor?
***
Mhybe stłumiła narastający wstręt do samej siebie, brutalnie nakazała
sobie myśleć jasno, słuchać wszystkiego, co mówi Srebrna Lisica, każdego
słowa i tego, co kryło się między słowami. Oplotła się ramionami
wstrząśnięta serią rewelacji córki. Ujawnianie tajemnic kłóciło się z jej wszystkimi instynktami. Wiązało się z tym bardzo wielkie ryzyko. W końcu jednak udało się jej choć w części zrozumieć sytuację Srebrnej
Lisicy. Te wyznania były wołaniem o pomoc.
Potrzebuje sojuszników. Wie, że ja jej nie wystarczę. Duchy na dole,
zademonstrowano jej to tutaj. Co więcej, zdaje sobie sprawę, że trzeba
połączyć dwa obozy, które przez tak długi czas były sobie wrogie.
Urodziła się w jednym z nich i próbuje dotrzeć do drugiego. Wszystko, co
było Tattersail i Nightchill, tęskni za dawnymi towarzyszami. Czy
odpowiedzą na jej wołanie?
Nie potrafiła odczytać uczuć Sójeczki. Jego myśli równie dobrze mogły
być odbiciem nastawienia Kallora. Monstrum. Zauważyła, że Malazańczyk
spojrzał w oczy Korlat, i zadała sobie pytanie, jakie informacje
wymienili.
Myśl! W naturze wszystkich tu obecnych leży patrzenie na sytuację pod
względem taktycznym, odsuwanie na bok uczuć, badanie gruntu, ważenie
wszystkich opcji. Srebrna Lisica wysunęła się na czoło, zażądała dla
siebie pozycji równej pozycji Brooda, Anomandera Rake'a i Kallora. Czy
Dujek Jednoręki zastanawia się teraz, z kim powinien rozmawiać? Czy
zdaje sobie sprawę, że to on zjednoczył nas wszystkich? Że przez
dwanaście lat klany Barghastów i Rhivijczyków, różne kompanie ze z górą
dwudziestu miast, Tiste Andii, Rake, Brood i Kallor, nie wspominając już
o Karmazynowej Gwardii - że wszyscy stanęliśmy w jednym szeregu tylko z powodu Imperium Malazańskiego? Z powodu samego Dujeka.
Teraz jednak mamy nowego wroga i nie wiemy prawie nic o jego naturze.
Łączące nas więzi stały się kruche - ach, cóż za niedopowiedzenie - i wielka pięść to dostrzega.
Srebrna Lisica twierdzi, że będziemy potrzebowali T'lan Imassów. Tylko
stary, okrutny cesarz czuł się dobrze, mając za sojuszników takie
istoty. Nawet Kallor wzdryga się przed decyzjami, do jakich jesteśmy
zmuszani. Kruchy sojusz chwieje się i rozpada. Wielka pięści, jesteś za
mądry, by nie mieć teraz poważnych wątpliwości.
Po wystąpieniu Srebrnej Lisicy jednoręki starzec odezwał się jako
pierwszy.
- T'lan Imassowie znani Imperium Malazańskiemu to armia Logrosa -
zwrócił się do dziecka, wymawiając słowa powoli i starannie. - Z twoich
słów wynika, że musimy przyjąć założenie, że istnieją też inne armie.
Nigdy jednak o nich nie słyszeliśmy. Dlaczego, dziecko?
- Ostatnie Zgromadzenie odbyło się przed setkami tysięcy lat - wyjaśniła
Srebrna Lisica. - Odprawiono na nim Rytuał Tellann, który związał grotę
Tellann z każdym żyjącym Imassem. Ten rytuał uczynił ich
nieśmiertelnymi, wielka pięści. Siłę życiową całego ludu związano w imię
świętej wojny, która miała trwać tysiąclecia...
- Wojny z Jaghutami - wychrypiał Kallor. Wykrzywił wąską, zwiędłą,
pokrytą krzepnącą krwią twarz w szyderczym grymasie. - Pomijając garstkę
tyranów, Jaghuci byli pacyfistami. Ich jedyna zbrodnia polegała na tym,
że istnieli...
- Nie mów mi o niesprawiedliwości, wielki królu! - przerwała wojownikowi
Srebrna Lisica. - Zachowałam wystarczająco wiele wspomnień Nightchill,
by pamiętać Cesarską Grotę, krainę, którą ongiś władałeś, Kallor, nim
zagarnęli ją dla siebie Malazańczycy. Spustoszyłeś całe królestwo,
zniszczyłeś w nim wszystko, co żyje, pozostawiając jedynie popiół i zwęglone kości. Całe królestwo!
Zbroczony krwią uśmiech wysokiego wojownika wyglądał makabrycznie.
- Ach, ależ jesteś tu, prawda? Mam jednak wrażenie, że się ukrywasz,
wypaczasz prawdę, czyniąc z niej fałszywe wspomnienia. Ukrywasz się, ty
żałosna, przeklęta kobieto! - Jego twarz nabrała twardszego wyrazu. - W takim razie pewnie wiesz, że lepiej nie nadużywać mojej cierpliwości,
rzucająca kości. Tattersail. Nightchill... drogie dziecko...
Mhybe zauważyła, że jej córka pobladła.
Tych dwoje dzieli pradawna wrogość. Dlaczego nie zauważyłam tego
wcześniej? Więzią między nimi są starożytne wspomnienia. Między moją
córką a Kallorem... nie, między Kallorem a jedną z jej dusz...
Po chwili Srebrna Lisica ponownie spojrzała na Dujeka.
- Wracając do twojego pytania, Logrosowi i klanom, którymi dowodził,
zlecono zadanie obrony Pierwszego Tronu. Inne armie rozeszły się po
świecie, by zniszczyć ostatnie reduty Jaghutów, którzy osłonili się
barierami lodowców. Omtose Phellack jest grotą lodu, wielka pięści,
śmiertelnie zimną i niemal całkowicie pozbawioną życia. Jaghuckie czary
zagrażały całemu światu... poziom mórz opadał, wymierały liczne gatunki.
Każdy łańcuch górski był barierą. Lód spływał z górskich zboczy białymi
rzekami. W niektórych miejscach jego warstwa osiągała grubość trzech
mil. Śmiertelni Imassowie zostali rozproszeni, utracili jedność. Nie
byli w stanie sforsować podobnych barier. Nastała klęska głodu...
- Wojna z Jaghutami zaczęła się znacznie wcześniej - warknął Kallor. -
Oni tylko się bronili. Każdy na ich miejscu postąpiłby tak samo.
Srebrna Lisica wzruszyła ramionami.
- Gdy staliśmy się zrodzonymi z mocy Tellann martwiakami, nasze armie
mogły bez trudu pokonywać podobne przeszkody. Próby eksterminacji
okazały się... kosztowne. Nie dotarły do was szepty o tych armiach,
ponieważ wiele z nich zostało zdziesiątkowanych, natomiast inne być może
kontynuują wojnę w odległych, niegościnnych krainach.
Twarz wielkiej pięści zastygła w wyrazie bólu.
- Armia Logrosa również opuściła na pewien czas imperium i zniknęła na
Jhag Odhan. Kiedy wróciła, jej liczebność była znacznie mniejsza.
Dziewczynka skinęła głową.
- Czy T'lan Imassowie Logrosa odpowiedzieli na twoje wezwanie?
Srebrna Lisica zmarszczyła brwi.
- Nie mogę być tego pewna - odparła. - Ani w ich przypadku, ani w żadnym
innym. Usłyszeli je. Wszyscy się stawią, jeśli tylko będą mogli.
Wyczuwam już bliskość jednej armii. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Ukrywasz przed nami bardzo wiele, córko. Widzę to w twoich oczach. Boisz
się, że jeśli za dużo ujawnisz, twoje wołanie o pomoc pozostanie bez
odpowiedzi.
Dujek spojrzał z westchnieniem na naczelnego wodza.
- Caladanie Broodzie, czy wrócimy do rozmowy o strategii?
Żołnierze ponownie pochylili się nad stołem mapowym. Dołączyła do nich
poskrzekująca cicho Starucha. Po chwili mhybe ujęła córkę za rękę i ruszyła w stronę wyjścia. Korlat podążyła za nimi. Ku zaskoczeniu
Rhivijki tak samo postąpił Sójeczka.
Zimny, popołudniowy wietrzyk stanowił miłą odmianę po dusznym wnętrzu
namiotu. Grupka bez słowa udała się na wolną przestrzeń, dzielącą od
siebie obozy Tiste Andii i Barghastów. Gdy się zatrzymali, Malazańczyk
wbił wzrok w Srebrną Lisicę.
- Widzę w tobie wiele z Tattersail, dziewczynko. Ile z jej wspomnień
zachowałaś?
- Twarze - odpowiedziała z niepewnym uśmiechem. - I związane z nimi
uczucia, dowódco. Byliśmy przez pewien czas sojusznikami. Sądzę, że
również przyjaciółmi...
Skinął z powagą głową.
- To prawda. Pamiętasz Szybkiego Bena? Resztę mojej drużyny? A co z Loczkiem? Tayschrennem? Przypominasz sobie kapitana Parana?
- Szybki Ben - wyszeptała niepewnie. - Mag? Siedem Miast... miał wiele
tajemnic... tak. - Znowu się uśmiechnęła. - Szybki Ben. Loczek... on nie był
przyjacielem, lecz groźbą... sprawił mi ból...
- Już nie żyje.
- To dobra wiadomość. Imię Tayschrenna niedawno słyszałam. To ulubiony
wielki mag Laseen. Ścieraliśmy się ze sobą, gdy byłam Tattersail, a także, gdy byłam Nightchill. Nie budzi we mnie lojalności ani zaufania...
myśli o nim zbijają mnie z tropu.
- A kapitan?
Coś w tonie Malazańczyka zaalarmowało mhybe.
Srebrna Lisica odwróciła wzrok.
- Z niecierpliwością oczekuję spotkania z nim.
Weteran odchrząknął.
- Przebywa obecnie w Pale. To nie mój interes, dziewczynko, ale może
powinnaś rozważyć konsekwencje takiego spotkania, zastanowić się, jak,
hmm, zareaguje, kiedy się dowie... - Umilkł wyraźnie zakłopotany.
Duchy na dole! Ten kapitan Paran był kochankiem Tattersail. Powinnam
była przewidzieć, że stanie się coś w tym rodzaju. Dusze dwóch dorosłych
kobiet...
- Srebrna Lisico... córko...
- Już kiedyś go spotkałyśmy, matko. Kiedy gnałyśmy bhederin na północ.
Pamiętasz? Żołnierza, który oparł się naszym wojownikom? Poznałam go,
wiedziałam, kim jest. - Ponownie spojrzała na weterana. - Paran wie.
Zawiadom go, że tu jestem. Proszę.
- Jak sobie życzysz, dziewczynko. - Sójeczka uniósł głowę, by przyjrzeć
się barghasckiemu obozowisku. - Podpalacze Mostów i tak... zjawią się tu...
z wizytą. Kapitan jest teraz ich dowódcą. Jestem pewien, że Szybki Ben i Młotek ucieszą się, że znowu cię zobaczą...
- Chcesz powiedzieć, że pragniesz, by mi się przyjrzeli - przerwała mu
Srebrna Lisica. - To ma ci pomóc zdecydować, czy warto udzielić mi
poparcia. Nie obawiaj się, dowódco, ta perspektywa nie wzbudza we mnie
lęku. Pod wieloma względami sama jestem dla siebie tajemnicą i ciekawi
mnie, co odkryją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki