Wspomnienie lodu. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 3 - Steven Erikson

Kup ebooka

55.00 zł
43.80 zł (44,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dra­ma­tis per­so­nae

Kara­wan­se­raj

Zrzęda: straż­nik kara­wa­nowy

Stonny Menac­kis: straż­niczka kara­wa­nowa

Harllo: straż­nik kara­wa­nowy

Buke: straż­nik kara­wa­nowy

Bau­che­lain: podróż­nik

Kor­bal Bro­ach: jego mało­mówny towa­rzysz

Eman­ci­por Reese: słu­żący

Keruli: kupiec

Mar­mur: cza­ro­dziej

W Capu­sta­nie

Bru­kha­lian: Śmier­telny Miecz Reve Fenera (Szare Mie­cze)

Itko­vian: Tar­cza Kowa­dło Reve Fenera (Szare Mie­cze)

Kar­na­das: Boży Jeź­dziec Reve Fenera (Szare Mie­cze)

Rekrutka Vel­bara: (Szare Mie­cze)

Star­szy Sier­żant Norul: (Szare Mie­cze)

Fara­ka­lian: (Szare Mie­cze)

Naka­lian: (Szare Mie­cze)

Torun: (Szare Mie­cze)

Sidlis: (Szare Mie­cze)

Nil­ba­nas: (Szare Mie­cze)

Jelar­kan: książę i władca Capu­stanu

Arard: książę i władca in absen­tia Koralu

Rath'Fener: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Tron Cie­nia: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Kró­lowa Snów: (kapłanka z Rady Masek)

Rath'Kap­tur: (kapłan z Rady Masek)

Rath'D'rek: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Trake: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Pożoga: (kapłanka z Rady Masek)

Rath'Togg: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Fan­de­ray: (kapłanka z Rady Masek)

Rath'Des­sem­brae: (kapłanka z Rady Masek)

Rath'Oponn: (kapłan z Rady Masek)

Rath'Beru: (kapłan z rady Masek)

Zastęp Jed­no­rę­kiego

Dujek Jed­no­ręki: dowódca armii mala­zań­skich rene­ga­tów

Sójeczka: zastępca dowódcy armii mala­zań­skich rene­ga­tów

Skręt: dowódca Czar­nych Moran­thów

Artan­thos: cho­rąży armii mala­zań­skich rene­ga­tów

Koszar: ofi­cer łącz­ni­kowy

Hareb: szla­chet­nie uro­dzony kapi­tan

Ganoes Paran: kapi­tan, Pod­pa­la­cze Mostów

Ner­wu­sik: sier­żant, Siódma Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Wyka­łaczka: kapral, Siódma Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Deto­ran: żoł­nierka, Siódma Dru­żyna

Trzpień: mag i saper, Siódma Dru­żyna

Nie­widka: żoł­nierka, Siódma Dru­żyna

Mło­tek: uzdro­wi­ciel, Dzie­wiąta Dru­żyna

Płot: saper, Dzie­wiąta Dru­żyna

Bie­gu­nek: żoł­nierz, Dzie­wiąta Dru­żyna

Szybki Ben: mag, Dzie­wiąta Dru­żyna

Chwiejny: (kapral Pod­pa­la­czy Mostów)

Buc­klund: (sier­żant Pod­pa­la­czy Mostów)

Kny­pek: (saper Pod­pa­la­czy Mostów)

Mierzwa: (uzdro­wi­ciel Pod­pa­la­czy Mostów)

Nie­bie­ska Perła: (mag Pod­pa­la­czy Mostów)

Goleń: (mag Pod­pa­la­czy Mostów)

Paluch: (mag Pod­pa­la­czy Mostów)

Zastęp Bro­oda

Cala­dan Brood: naczelny wódz armii wyzwo­leń­czej na Gena­bac­kis

Ano­man­der Rake: władca Odpry­sku Księ­życa

Kal­lor: wielki król, zastępca Bro­oda

Mhybe: matrona rhi­vij­skich ple­mion

Srebrna Lisica: rhi­vij­ska odro­dzona

Kor­lat: jed­no­po­chwy­cona Tiste Andii

Orfan­tal: brat Kor­lat

Hur­lo­chel: zwia­dowca armii wyzwo­leń­czej

Sta­ru­cha: Wielki Kruk, towa­rzyszka Ano­man­dera Rake'a

Bar­gha­sto­wie

Hum­brall Taur: wódz wojenny klanu Bia­łych Twa­rzy

Hetan: jego córka

Cafal: jego pierw­szy syn

Netok: jego drugi syn

Daru­dży­stań­skie posel­stwo

Coll: amba­sa­dor

Estray­sian D'Arle: czło­nek Rady

Baruk: alche­mik

Kruppe: oby­wa­tel

Muril­lio: oby­wa­tel

T'lan Imas­so­wie

Kron: władca T'lan Imas­sów Krona

Can­nig Tol: wódz klanu

Bek Okhan: rzu­ca­jący kości

Pran Chole: rzu­ca­jący kości

Okral Lom: rzu­ca­jący kości

Ben­dal Home: rzu­ca­jący kości

Ay Estos: rzu­ca­jący kości

Olar Ethil: Pierw­sza Rzu­ca­jąca Kości i Pierw­sza Jed­no­po­chwy­cona

Tool, Odrzu­cony: daw­niej Pierw­szy Miecz

Kilava: rzu­ca­jąca kości - rene­gatka

Lanas Tog: z T'lan Imas­sów Ker­luhma

Pan­nion Domin

Jasno­widz: król-kapłan Domin

Ulten­tha: sep­tar­cha Koralu

Kul­path: sep­tar­cha oble­ga­ją­cej armii

Inal: sep­tar­cha Lest

Ana­ster: Dziecko Mar­twego Nasie­nia z Tene­scowri

Jasno­do­min Kahlt

Inni

K'rul: pra­dawny bóg

Dra­co­nus: pra­dawny bóg

Sio­stra Zim­nych Nocy: pra­dawna bogini

Pani Zawiść: miesz­kanka Morn

Gethol: herold

Tre­ach: Pierw­szy Boha­ter (Tygrys Lata)

Toc Młod­szy: Aral Fayle, mala­zań­ski zwia­dowca

Garath: wielki pies

Baal­jagg: jesz­cze więk­sza wil­czyca

Mok: Segu­leh

Thu­rule: Segu­leh

Senu: Segu­leh

Przy­kuty: tajem­ni­czy Ascen­dent (znany też jako Oka­le­czony Bóg)

Cza­row­nica Ten­nes

Munug: rze­mieśl­nik Daru

Tala­man­das: bar­gha­scka sznu­ro­łapka

Ormu­lo­gun: arty­sta z Zastępu Jed­no­rę­kiego

Gum­ble: jego kry­tyk

Hara­das: kara­wan­mistrz Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle

Azra Jael: żoł­nierz pie­choty mor­skiej z Zastępu Jed­no­rę­kiego

Słoma: żoł­nierz Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków

Chle­wik: żoł­nierz Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków

Kikut: żoł­nierz Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków

Kli­wer Pień: żoł­nierz Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków

Pro­log

Pra­dawne wojny mię­dzy T'lan Imas­sami a Jaghu­tami roz­darły świat na strzępy. Ogromne armie toczyły boje o spu­sto­szone kra­iny, trupy two­rzyły wyso­kie stosy, ich kości sta­wały się kośćmi wzgórz, a krew krwią oce­anów. Potężne czary spra­wiały, że niebo ogar­niał ogień...

Histo­ria sta­ro­żytna, tom I Kini­cik Kar­bar'n

I

Maeth'ki Im (Pogrom Zgni­łego Kwiatu), trzy­dzie­sta trze­cia wojna jaghucka, 298665 lat przed snem Pożogi

Nad bagnami uno­siły się chmury meszek, pośród któ­rych śmi­gały jaskółki. Niebo ponad bło­tami na­dal było szare, lecz utra­ciło już zimowy połysk rtęci, a cie­pły wie­trzyk szem­rzący nad spu­sto­szoną kra­iną niósł zapach uzdro­wie­nia.

Powstałe ze stop­nia­łych jaghuc­kich lodow­ców śród­lą­dowe słod­ko­wodne morze, zwane przez Imas­sów Jaghra Til, było w ago­nii. Na połu­dniu - tak daleko, jak okiem się­gnąć - blade chmury odbi­jały się w coraz bar­dziej kur­czą­cych się sadzaw­kach, w któ­rych woda się­gała kolan, lecz mimo to w kra­jo­bra­zie domi­no­wał nowo powstały ląd.

Zła­ma­nie czaru, który spro­wa­dził zlo­do­wa­ce­nie, przy­wró­ciło dawny, natu­ralny rytm pór roku, wciąż jed­nak utrzy­my­wało się tu wspo­mnie­nie o wyso­kich jak góry lodow­cach. Na pół­nocy widać było odsło­niętą skałę, pełną żle­bów i szcze­lin, a zagłę­bie­nia terenu wypeł­niały głazy narzu­towe. Gęsty ił, sta­no­wiący ongiś dno śród­lą­do­wego morza, na­dal bul­go­tał od uwal­nia­ją­cych się gazów, lecz zie­mia, która już od ośmiu lat nie musiała dźwi­gać strasz­li­wego cię­żaru lodow­ców, powoli się pod­no­siła.

Życie Jaghra Til trwało krótko, lecz ił, który osa­dził się na jego dnie, był głę­boki. I zdra­dziecki.

Pran Chole, rzu­ca­jący kości klanu Can­niga Tola z Imas­sów Krona, sie­dział nie­ru­chomo na szczy­cie nie­mal cał­ko­wi­cie skry­tego pod zie­mią głazu. Stok przed nim pora­stała krótka, ostra trawa. Pełno też tam było zmur­sza­łych kawał­ków przy­nie­sio­nego tu ongiś przez fale drewna. W odle­gło­ści dwu­na­stu kro­ków teren opa­dał lekko, prze­cho­dząc w sze­roką, błotną nieckę.

Dwa­dzie­ścia kro­ków od jej brzegu w trzę­sa­wi­sku ugrzę­zły trzy ranagi. Byk, samica i cielę utwo­rzyły żało­sny krąg obronny. Uwię­zione i bez­radne z pew­no­ścią wydały się łatwymi ofia­rami stadu ay, które je tu odna­la­zły.

Błota były jed­nak zdra­dziec­kie. Wiel­kie tun­drowe wilki spo­tkał ten sam los, co ranagi. Pran Chole nali­czył sześć ay, w tym jed­nego rocz­niaka. Tropy wska­zy­wały, że inny rocz­niak okrą­żył zapa­dli­sko dzie­siątki razy, po czym odda­lił się na zachód. Osa­mot­niony z pew­no­ścią nie unik­nie śmierci.

Jak dawno temu wyda­rzył się ów dra­mat? Nie spo­sób było tego okre­ślić. Zarówno na rana­gach, jak i na ay, błoto stward­niało już, two­rząc spę­kane gli­niane płasz­cze. Plamy jaskra­wej zie­leni wska­zy­wały miej­sca, gdzie z nanie­sio­nych wia­trem nasion wyro­sły rośliny. Rzu­ca­jący kości przy­po­mniał sobie wizje, które ujrzał, cho­dząc z duchami: zalew pro­za­icz­nych szcze­gó­łów prze­obra­żo­nych w coś nie­re­al­nego. Dla tych zwie­rząt walka będzie trwała po wsze czasy. Łowcy i ofiary zostały wspól­nie uwię­zione na wieki.

Ktoś pod­szedł do niego i usiadł obok.

Pran Chole nie spusz­czał wzroku ze znie­ru­cho­mia­łych postaci. Rytm kro­ków już wcze­śniej zdra­dził mu toż­sa­mość towa­rzy­sza, a teraz poczuł też cie­płe zapa­chy, rów­nie cha­rak­te­ry­styczne jak wpa­trzone w jego twarz oczy.

- Co kryje się pod gliną, rzu­ca­jący kości? - zapy­tał Can­nig Tol.

- Tylko to, co nadało jej kształt, wodzu klanu.

- Nie dostrze­gasz w tych zwie­rzę­tach żad­nego omenu?

- A ty dostrze­gasz? - odparł z uśmie­chem Pran Chole.

- W tej oko­licy nie spo­tyka się już rana­gów - stwier­dził po chwili zasta­no­wie­nia Can­nig Tol. - Ay rów­nież nie. Mamy przed sobą sta­ro­żytną bitwę. W owym prze­ka­zie kryje się głę­bia, gdyż poru­sza on moją duszę.

- Moją rów­nież - przy­znał rzu­ca­jący kości.

- Sami wynisz­czy­li­śmy ranagi swymi polo­wa­niami, a potem ay zgi­nęły z głodu, gdyż polo­wa­li­śmy też na tenagi, aż one rów­nież wymarły. Agkory, które cho­dzą za sta­dami bhe­de­rin, nie chciały się nimi dzie­lić z ay i teraz tun­dra jest pusta. Wypływa stąd wnio­sek, że nasze polo­wa­nia były bez­myśl­nym mar­no­traw­stwem.

- Musie­li­śmy wykar­mić dzieci.

- A potrze­bo­wa­li­śmy ich bar­dzo wielu.

- I na­dal ich potrze­bu­jemy, wodzu klanu.

- Jaghuci byli w tych oko­li­cach nie­sły­cha­nie potężni, rzu­ca­jący kości - rzekł z gło­śnym stęk­nię­ciem Can­nig Tol. - Nie chcieli ucie­kać. Nie z początku. Wiesz, jak wiele krwi kosz­to­wało to Imas­sów.

- A obfi­tość tej kra­iny sta­nowi naszą zapłatę.

- Wspo­maga nas w woj­nie.

- Tak wła­śnie dociera się do głębi.

Wódz klanu ski­nął głową.

Pran Chole cze­kał cier­pli­wie. Słowa, które dotąd wymie­nili, dotknęły jedy­nie skóry sprawy. Chwila odsło­nię­cia mię­śni i kości jesz­cze nie nade­szła. Can­nig Tol nie był jed­nak głup­cem, a ponadto ocze­ki­wa­nie nie trwało długo.

- Jeste­śmy jak te zwie­rzęta.

Rzu­ca­jący kości prze­niósł wzrok na połu­dniowy hory­zont. Na jego twa­rzy poja­wiło się napię­cie.

- Jeste­śmy gliną, a nasza trwa­jąca bez końca wojna z Jaghu­tami jest sza­mo­czą­cym się w niej zwie­rzę­ciem - cią­gnął Can­nig Tol. - To, co kryje się wewnątrz, nadaje kształt powierzchni. - Wycią­gnął rękę. - Te obra­ca­jące się powoli w kamień stwo­rze­nia to klą­twa wiecz­no­ści.

To jesz­cze nie był koniec. Pran Chole mil­czał.

- Ranagi i ay pra­wie cał­ko­wi­cie znik­nęły z kró­le­stwa śmier­tel­ni­ków - kon­ty­nu­ował Can­nig Tol. - Zarówno łowcy, jak i ofiary.

- Aż po kości - wyszep­tał Pran Chole.

- Gdy­byś tylko dostrzegł omen - mruk­nął wódz klanu, pro­stu­jąc się.

Rzu­ca­jący kości rów­nież się pod­niósł.

- Gdy­bym tylko go dostrzegł - zgo­dził się. W jego gło­sie pobrzmie­wało jedy­nie wątłe echo gorz­kiej iro­nii roz­mówcy.

- Czy jeste­śmy już bli­sko, rzu­ca­jący kości?

Pran Chole zer­k­nął na wła­sny cień, przyj­rzał się ozdo­bio­nej poro­żem syl­wetce, postaci ukry­tej pod futrzaną pele­ryną, nie­wy­pra­wio­nymi skó­rami oraz nakry­ciem głowy. Pro­mie­nie słońca padały pod ostrym kątem, wsku­tek czego wyda­wał się wysoki. Pra­wie tak wysoki jak Jaghut.

- Jutro - stwier­dził. - Słabną już. Cało­nocna wędrówka osłabi ich jesz­cze bar­dziej.

- Świet­nie. W takim razie klan roz­bije tu dziś obóz.

Rzu­ca­jący kości nasłu­chi­wał, jak Can­nig Tol oddala się ku cze­ka­ją­cym na niego pozo­sta­łym człon­kom klanu. Gdy zapad­nie zmrok, Pran Chole będzie cho­dził z duchami. Wyru­szy do szep­czą­cej ziemi, szu­ka­jąc swych pobra­tym­ców. Choć ści­gana zwie­rzyna sła­bła już, klan Can­niga Tola był jesz­cze słab­szy. Zostało w nim nie­spełna tuzin doro­słych, a gdy ści­ga­nymi byli Jaghuci, róż­nica mię­dzy myśli­wym a zwie­rzyną nie miała więk­szego zna­cze­nia.

Uniósł głowę i powę­szył. W wie­czor­nym powie­trzu wyczu­wał łatwy do roz­po­zna­nia odór innego rzu­ca­ją­cego kości. Zasta­na­wiał się, kto to może być i czemu wędruje sam, bez klanu i rodziny. Wie­dząc, że tam­ten rów­nież z pew­no­ścią wyczuł ich obec­ność, zadał sobie pyta­nie, dla­czego się z nimi nie skon­tak­to­wał.

***

Wygra­mo­liła się z błota i osu­nęła na piasz­czy­sty brzeg, dysząc ciężko i chra­pli­wie. Syn i córka wysu­nęli się z jej cięż­kich jak ołów ramion i wczoł­gali dalej na brzeg nie­wy­so­kiej wysepki.

Jaghucka matka opusz­czała powoli głowę, aż wresz­cie dotknęła czo­łem chłod­nego, wil­got­nego pia­sku. Zia­renka wbi­jały się w skórę jej twa­rzy. Opa­rze­nia były zbyt świeże, by mogły się już zagoić. Zapewne nie zdążą, gdyż była poko­nana, a śmierć cze­kała tylko na przy­by­cie łow­ców.

Dobrze cho­ciaż, że znali się na swej robo­cie. Tych Imas­sów nie pocią­gały tor­tury. Szybki, zabój­czy cios, naj­pierw dla niej, a potem dla dzieci. To oni - ta maleńka, obdarta rodzina - byli ostat­nimi Jaghu­tami na kon­ty­nen­cie. Łaska miała różne obli­cza. Gdyby nie wzięli udziału w przy­ku­ciu Raesta, wszy­scy - Imas­so­wie i Jaghuci - musie­liby klęk­nąć przed tyra­nem. To jed­nak był wyłącz­nie tym­cza­sowy sojusz. Miała wystar­cza­jąco wiele roz­sądku, by uciec, gdy tylko uwię­zie­nie się doko­nało. Już wtedy zda­wała sobie sprawę, że klan Imas­sów natych­miast wznowi pościg.

Matka nie czuła gory­czy, nie zmniej­szało to jed­nak jej despe­ra­cji.

Unio­sła nagle głowę, wyczu­wa­jąc na wysepce czy­jąś obec­ność. Jej dzieci zamarły w bez­ru­chu. Gapiły się prze­ra­żone na kobietę Imas­sów, która stała teraz przed nimi. Matka przy­mru­żyła szare oczy.

- Spryt­nie, rzu­ca­jąca kości. Moje zmy­sły były nastro­jone na tych, któ­rzy są za nami. Dobrze, kończ z tym.

Młoda, czar­no­włosa kobieta roz­cią­gnęła usta w uśmie­chu.

- Nie pró­bu­jesz dobić targu, Jaghutko? Zawsze szu­ka­cie cze­goś, co pozwoli wam ura­to­wać dzieci. Czyż­byś zerwała już nić pokre­wień­stwa łączącą cię z tą dwójką? Chyba są na to za małe.

- Targi nie mają sensu. Wy ni­gdy się na nie nie zga­dza­cie.

- To prawda, ale wy nie prze­sta­je­cie pró­bo­wać.

- Nie będę się tar­go­wała. Zabij nas. Szybko.

Kobieta Imas­sów była odziana w skórę pan­tery. W jej czar­nych oczach odbi­jały się ostat­nie roz­bły­ski zmierz­chu. Wyglą­dała na dobrze odży­wioną. Wiel­kie, nabrzmiałe piersi świad­czyły, że nie­dawno wydała na świat dziecko.

Jaghucka matka nie mogła niczego wyczy­tać z jej obli­cza, nie dostrze­gała w nim jed­nak typo­wej zawzię­tej pew­no­ści, którą zwy­kle koja­rzyła z obcymi, okrą­głymi twa­rzami Imas­sów.

- Moje ręce zbro­czyło już wystar­cza­jąco wiele krwi Jaghu­tów - odparła rzu­ca­jąca kości. - Zosta­wię was kla­nowi Krona, który dotrze tu jutro.

- Nic mnie nie obcho­dzi, kto spo­śród was nas zabija - wark­nęła matka. - Liczy się tylko to, że nas zabi­ja­cie.

Kobieta wykrzy­wiła w gry­ma­sie sze­ro­kie usta.

- Rozu­miem twój punkt widze­nia.

Mimo obez­wład­nia­ją­cego zmę­cze­nia jaghucka matka zdo­łała usiąść.

- Czego chcesz? - wydy­szała.

- Dobić z tobą targu.

Jaghucka matka wstrzy­mała oddech i wpa­trzyła się w ciemne oczy rzu­ca­ją­cej kości. Nie zna­la­zła w nich drwiny. Zer­k­nęła na syna i córkę, po czym spoj­rzała spo­koj­nie w oczy kobiety Imas­sów.

Rzu­ca­jąca kości powoli ski­nęła głową.

***

Kie­dyś w prze­szło­ści pękła tu zie­mia. Rana była tak głę­boka, że wypły­nęła z niej rzeka lawy, roz­le­gła od hory­zontu po hory­zont. Potężny czarny pas skały i popiołu cią­gnął się na połu­dniowy zachód, ku odle­głemu morzu. Zdo­łały tu zapu­ścić korze­nie jedy­nie naj­drob­niej­sze roślinki. Rzu­ca­jąca kości - dźwi­ga­jąca pod obiema pachami po jaghuc­kim dziecku - wzbi­jała sto­pami gęste obłoki pyłu, które nie chciały opa­dać na zie­mię.

Pomy­ślała, że chło­piec ma z pięć lat, a jego sio­stra zapewne cztery. Dzieci spra­wiały wra­że­nie nie do końca świa­do­mych. Z pew­no­ścią żadne z nich nie zro­zu­miało matki, gdy ta uści­skała je na poże­gna­nie. Po dłu­giej ucieczce przez L'amath i Jaghra Til były w szoku. Z pew­no­ścią nie poma­gał im też fakt, że widziały na wła­sne oczy maka­bryczną śmierć ojca.

Ucze­piły się rzu­ca­ją­cej kości brud­nymi rącz­kami, przy­po­mi­na­ją­cymi jej o dziecku, które nie­dawno utra­ciła. Były tak roz­pacz­li­wie głodne, że po chwili zaczęły ssać jej piersi. Wkrótce potem zasnęły.

W miarę jak zbli­żała się do wybrzeża, wyciek lawy sta­wał się coraz węż­szy. Po pra­wej stro­nie poja­wiły się wzgó­rza prze­cho­dzące w góry. Przed nią cią­gnęła się pła­ska rów­nina, koń­cząca się odle­głą o pół­to­rej mili gra­nią. Choć tego nie widziała, zda­wała sobie sprawę, że za gra­nią teren opada ku morzu. Rów­nina była usiana regu­lar­nie roz­miesz­czo­nymi wznie­sie­niami. Rzu­ca­jąca kości zatrzy­mała się, by przyj­rzeć się im uważ­niej. Wzgó­rza two­rzyły kon­cen­tryczne kręgi, w któ­rych cen­trum znaj­do­wała się więk­sza kopuła. Wszystko to pokry­wał płaszcz lawy i popiołu. Na skraju rów­niny, u pod­nóża pierw­szego sze­regu wzgórz, wzno­siła się przy­po­mi­na­jąca spróch­niały ząb wieża. Same wzgó­rza - co zauwa­żyła już wtedy, gdy dotarła tu po raz pierw­szy - były zbyt regu­lar­nie roz­miesz­czone, by mogły być two­rem natury.

Rzu­ca­jąca kości unio­sła głowę. Łączące się ze sobą zapa­chy były łatwe do roz­po­zna­nia, jeden sta­ro­żytny i mar­twy, a drugi... mniej. Chło­piec poru­szył się w jej ramio­nach, ale się nie obu­dził.

- Ach - wyszep­tała. - Ty też to czu­jesz.

Ruszyła brze­giem rów­niny ku poczer­nia­łej wieży.

Brama groty znaj­do­wała się tuż za zmur­szałą budowlą. Wisiała w powie­trzu, na wyso­ko­ści sze­ścio­krot­nie więk­szej niż wzrost rzu­ca­ją­cej kości. Widziała ją jako czer­woną pręgę - ranę, która prze­stała już krwa­wić. Nie pozna­wała groty, gdyż dawne uszko­dze­nia zama­zy­wały cha­rak­te­ry­stykę por­talu. Ogar­nął ją lekki nie­po­kój.

Poło­żyła dzieci pod ścianą wieży, po czym usia­dła na zwa­lo­nym frag­men­cie muru. Popa­trzyła na dwoje mło­dych Jaghu­tów, któ­rzy na­dal spali zwi­nięci na łożu z popiołu.

- Jaki mam wybór? - wyszep­tała. - To musi być Omtose Phel­lack. Z pew­no­ścią nie jest to Tel­lann. Sta­rvald Deme­lain? Mało praw­do­po­dobne. - Coś nie­ustan­nie przy­cią­gało jej wzrok do pier­ścieni wzgórz. - Kto tu miesz­kał? Kto jesz­cze zwykł wzno­sić budowle z kamie­nia? - Umil­kła na chwilę, po czym ponow­nie prze­nio­sła uwagę na ruiny. - Ta wieża to osta­teczny dowód. Z pew­no­ścią jest dzie­łem Jaghu­tów, a nie wznie­śliby podob­nej budowli w sąsiedz­twie nie­przy­ja­znej groty. Nie, ta brama musi pro­wa­dzić do Omtose Phel­lack.

Były też jed­nak inne nie­bez­pie­czeń­stwa. Jeśli doro­sły Jaghut spo­tka w gro­cie dwoje dzieci nie­swo­jej krwi, może je z rów­nym praw­do­po­do­bień­stwem zabić, jak i adop­to­wać.

- Ale w takim przy­padku ich śmierć obciąży kogoś innego. Jaghuta. - Ta myśl nie pocie­szyła jej zbyt­nio. "Nic mnie nie obcho­dzi, kto spo­śród was nas zabija. Liczy się tylko to, że nas zabi­ja­cie". - Wypu­ściła z sykiem powie­trze mię­dzy zębami. - Jakie mam wyj­ście? - zapy­tała raz jesz­cze.

Pozwoli im chwilę pospać. Potem wyśle je na drugą stronę bramy. Zamieni słowo z chłop­cem: "Opie­kuj się sio­strą. Podróż nie będzie trwała długo". Obojgu powie: "Czeka tam na was matka". To będzie kłam­stwo, potrze­bo­wali jed­nak cze­goś, co da im odwagę. "Jeśli ona was nie znaj­dzie, uczyni to ktoś z jej krew­nych. Idź­cie. Znaj­dzie­cie tam bez­pie­czeń­stwo i ratu­nek".

Osta­tecz­nie, cóż mogło być gor­sze od śmierci?

***

Wstała, gdy się zbli­żyli. Pran Chole powę­szył i zmarsz­czył brwi. Jaghutka nie odsło­niła swej groty. Było jesz­cze coś bar­dziej nie­po­ko­ją­cego: gdzie się podziały jej dzieci?

- Wita nas ze spo­ko­jem - mruk­nął Can­nig Tol.

- To prawda - zgo­dził się rzu­ca­jący kości.

- To mi się nie podoba. Powin­ni­śmy zabić ją natych­miast.

- Chce z nami poroz­ma­wiać - wska­zał Pran Chole.

- Speł­nie­nie tego pra­gnie­nia gro­zi­łoby śmier­cią.

- Nie mogę temu zaprze­czyć, wodzu klanu. Nie­mniej jed­nak... co zro­biła z dziećmi?

- Nie wyczu­wasz ich?

Pran Chole potrzą­snął głową.

- Przy­go­tuj włócz­ni­ków - rzu­cił, rusza­jąc w stronę Jaghutki.

Jej oczy były pełne spo­koju, tak głę­bo­kiej akcep­ta­cji nad­cho­dzą­cej śmierci, że rzu­ca­jący kości był wstrzą­śnięty. Pran Chole prze­szedł przez się­ga­jącą łydek wodę, wyszedł na piasz­czy­stą wysepkę i przyj­rzał się Jaghutce.

- Co z nimi zro­bi­łaś? - zapy­tał.

Matka uśmiech­nęła się, odsła­nia­jąc dłu­gie kły.

- Tu ich nie ma.

- A gdzie są?

- Poza twoim zasię­giem, rzu­ca­jący kości.

Pran Chole zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- To są nasze zie­mie. Nie ma tu żad­nego miej­sca, które byłoby poza naszym zasię­giem. Czyż­byś zabiła je wła­snymi rękami?

Jaghutka unio­sła głowę, przy­glą­da­jąc się Imas­sowi.

- Zawsze sądzi­łam, że jeste­ście zjed­no­czeni w nie­na­wi­ści do naszego rodzaju. Byłam dotąd prze­ko­nana, że takie poję­cia jak litość i współ­czu­cie są obce waszej natu­rze.

Rzu­ca­jący kości wpa­try­wał się w kobietę przez długi czas, po czym opu­ścił wzrok, by przyj­rzeć się mięk­kiej, gli­nia­stej gle­bie.

- Była tu kobieta Imas­sów. Rzu­ca­jąca kości... - Ta, któ­rej nie mogłem zna­leźć, gdy cho­dzi­łem z duchami. Ta, która mi na to nie pozwo­liła. - Co ona zro­biła?

- Zba­dała tę kra­inę i daleko na połu­dniu zna­la­zła bramę, która pro­wa­dzi do Omtose Phel­lack - odparła Jaghutka.

- Cie­szę się, że nie jestem matką - powie­dział Pran Chole.

A ty, kobieto, powin­naś się cie­szyć, że nie jestem okrutny.

Ski­nął dło­nią. Cięż­kie włócz­nie prze­szyły powie­trze. Sześć dłu­gich, żło­bio­nych gro­tów wbiło się pierś Jaghutki. Kobieta zachwiała się, a potem osu­nęła na zie­mię z grze­cho­tem drzewc.

Tak zakoń­czyła się trzy­dzie­sta trze­cia wojna jaghucka.

Pran Chole odwró­cił się bły­ska­wicz­nie.

- Nie mamy czasu na cia­ło­pa­le­nie. Musimy ruszać na połu­dnie. Szybko.

Gdy wojow­nicy wycią­gali włócz­nie ze zwłok, Can­nig Tol pod­szedł do rzu­ca­ją­cego kości i przyj­rzał się mu, mru­żąc powieki.

- Co cię nie­po­koi?

- Dzieci zabrała rzu­ca­jąca kości - rene­gatka.

- Na połu­dnie?

- Do Morn.

Wódz klanu zmarsz­czył brwi.

- Chciała ura­to­wać dzieci tej kobiety. Jest prze­ko­nana, że roz­dar­cie pro­wa­dzi do Omtose Phel­lack.

Z twa­rzy Can­niga Tola odpły­nęła krew.

- Ruszaj do Morn, rzu­ca­jący kości - wyszep­tał wódz klanu. - Nie jeste­śmy okrutni. Śpiesz się.

Pran Chole pokło­nił się. Pochło­nęła go grota Tel­lann.

***

Uwol­niła tylko mini­malną dawkę mocy, tyle, ile było potrzeba, by unieść dzieci do pasz­czy bramy. Nim dziew­czynka do niej dotarła, roz­pła­kała się z tęsk­noty za matką, która - jak wie­rzyła - cze­kała na nią po dru­giej stro­nie. Potem dwie maleń­kie posta­cie znik­nęły w środku.

Rzu­ca­jąca kości wes­tchnęła. Na­dal spo­glą­dała w górę, szu­ka­jąc oznak świad­czą­cych, że przej­ście było nie­udane. Nie dostrze­gła jed­nak żad­nych nowych ran, z por­talu nie buch­nęła też nie­okieł­znana moc. Czy wyglą­dał on teraz ina­czej? Nie była tego pewna. Nie znała tych oko­lic i bra­ko­wało jej naby­tej dzięki doświad­cze­niu wraż­li­wo­ści, która pozwa­lała jej orien­to­wać się na tere­nach klanu Tarad, leżą­cych w sercu Pierw­szego Impe­rium, gdzie spę­dziła całe życie.

Za jej ple­cami otwo­rzyła się grota Tel­lann. Kobieta odwró­ciła się, w każ­dej chwili gotowa przy­brać jed­no­po­chwy­coną postać.

Z groty wysko­czył polarny lis, który na jej widok zwol­nił i wró­cił do postaci Imassa. Ujrzała przed sobą mło­dego męż­czy­znę, który na ramio­nach nosił skórę tote­mo­wego zwie­rzę­cia, a na gło­wie wymię­to­szoną czapkę ozdo­bioną poro­żem. Twarz miał wykrzy­wioną w gry­ma­sie stra­chu. Nie spo­glą­dał na nią, lecz na por­tal za jej ple­cami.

Kobieta uśmiech­nęła się.

- Pozdra­wiam cię, rzu­ca­jący kości. Tak, wysła­łam je na drugą stronę. Twoja zemsta już ich nie dosię­gnie i bar­dzo mnie to cie­szy.

Wbił w nią spoj­rze­nie pło­wych oczu.

- Kim jesteś? Z jakiego klanu?

- Porzu­ci­łam klan, ale ongiś zali­czono mnie do Tla­nów Logrosa. Nazy­wam się Kilava.

- Szkoda, że nie pozwo­li­łaś, bym zna­lazł cię nocą - powie­dział Pran Chole. - Wtedy uda­łoby mi się cię prze­ko­nać, że szybka śmierć będzie więk­szą łaską dla tych dzieci niż to, co uczy­ni­łaś, Kilavo.

- Są wystar­cza­jąco małe, by można je było adop­to­wać...

- Dotar­łaś do miej­sca zwa­nego Morn - prze­rwał jej zim­nym gło­sem Pran Chole. - Do ruin sta­ro­żyt­nego mia­sta...

- Jaghuc­kiego...

- Nie jaghuc­kiego! Wieżę zbu­do­wali Jaghuci, ale stało się to znacz­nie póź­niej, w cza­sie, jaki upły­nął mię­dzy zagładą mia­sta a T'ol Ara'd, wycie­kiem lawy, który pogrze­bał coś, co było już mar­twe. - Uniósł dłoń, wska­zu­jąc na wiszącą w powie­trzu bramę. - To wła­śnie ta... ta rana... znisz­czyła mia­sto, Kilavo. Grota, która się za nią znaj­duje... Czy nie rozu­miesz? To nie jest Omtose Phel­lack! Powiedz mi, jak zamyka się takie rany? Znasz odpo­wiedź, rzu­ca­jąca kości!

Kobieta odwró­ciła się powoli i przyj­rzała roz­dar­ciu.

- Jeśli tę ranę zamy­kała dusza, powinna zostać uwol­niona... gdy przy­były dzieci...

- Uwol­niona - wysy­czał Pran Chole. - W zamian!

Kilava spoj­rzała nań z drże­niem.

- W takim razie, gdzie ona jest? Dla­czego się nie poja­wiła?

Pran Chole odwró­cił się, by zer­k­nąć na cen­tralne wznie­sie­nie.

- Och, poja­wiła się - wyszep­tał. Ponow­nie spoj­rzał na rzu­ca­jącą kości. - Powiedz mi, czy oddasz z kolei swoje życie za te dzieci? Są teraz uwię­zione w wiecz­nym kosz­ma­rze bólu. Czy twoje współ­czu­cie jest tak wiel­kie, że poświę­cisz się za nie w następ­nej wymia­nie? - Przyj­rzał się jej uważ­nie, a potem wes­tchnął. - Nie? Tak sądzi­łem. Otrzyj łzy, Kilavo. Rzu­ca­ją­cym kości nie przy­stoi hipo­kry­zja.

- Co... - zdo­łała po chwili wykrztu­sić kobieta. - Co zostało uwol­nione?

Pran Chole pokrę­cił głową, raz jesz­cze przy­glą­da­jąc się cen­tral­nemu wznie­sie­niu.

- Nie jestem pewien, ale prę­dzej czy póź­niej będziemy musieli coś w tej spra­wie przed­się­wziąć. Podej­rze­wam jed­nak, że nie musimy się z tym śpie­szyć. Istota musi naj­pierw uwol­nić się z gro­bowca, a ten wypo­sa­żono w liczne zabez­pie­cze­nia. Ponadto kur­han pokrywa teraz kamienny płaszcz T'ol Ara'd. Nie­mniej czasu z pew­no­ścią nam nie zabrak­nie - dodał po chwili.

- Co masz na myśli?

- Zwo­łano zgro­ma­dze­nie. Czeka nas rytuał Tel­lann, rzu­ca­jąca kości.

Splu­nęła.

- Wszy­scy jeste­ście obłą­kani. Wybrać nie­śmier­tel­ność w imię wojny to czy­ste sza­leń­stwo. Nie posłu­cham wezwa­nia, rzu­ca­jący kości.

Kiw­nął głową.

- Tak czy ina­czej, rytuał się odbę­dzie. Cho­dząc z duchami, widzia­łem przy­szłość, Kilavo. Widzia­łem wła­sną, zwię­dłą twarz z czasu, od któ­rego dzieli nas z górą dwie­ście tysięcy lat. Będziemy mieli naszą wieczną wojnę.

- Mój brat się ucie­szy.

Głos Kilavy był prze­peł­niony gory­czą.

- Twój brat?

- Onos T'oolan, Pierw­szy Miecz.

Pran Chole odwró­cił się nagle.

- Ty jesteś odrzu­ca­jącą. Wymor­do­wa­łaś wła­sny klan... wła­sną rodzinę.

- Tak. Po to, by zerwać więź i zdo­być wol­ność. Nie­stety oka­zało się, że talenty mego naj­star­szego brata prze­ra­stają moje. Nie­mniej jed­nak oboje jeste­śmy teraz wolni, choć ja się z tego raduję, a Onos T'oolan prze­klina ten fakt. - Oplo­tła się ramio­nami i Pran Chole dostrzegł w niej całe pokłady bólu. Nie zazdro­ścił jej tej wol­no­ści. - Któż więc zbu­do­wał to mia­sto? - zapy­tała po chwili.

- K'Chain Che'Malle.

- Znam tę nazwę, ale nic wła­ści­wie o nich nie wiem.

Pran Chole ski­nął głową.

- Sądzę, że będziemy mieli oka­zję ich poznać.

II

Kon­ty­nenty Korelri i Jacu­ruku, w Cza­sie Umie­ra­nia 119 736 lat przed snem Pożogi (trzy lata po upadku Oka­le­czo­nego Boga).

Upa­dek spu­sto­szył cały kon­ty­nent. Lasy pło­nęły, burze ogniowe roz­świe­tlały hory­zont ze wszyst­kich stron, oble­wa­jąc kar­ma­zy­nową poświatą cięż­kie, nio­sące popiół chmury, które prze­sła­niały niebo. Pożary nie miały końca, poże­rały cały świat, cią­gnęły się tygo­dniami, a potem mie­sią­cami. Przez cały ten czas było sły­chać strasz­liwe wrza­ski boga.

Z bólu zro­dził się gniew. Z gniewu powstały tru­ci­zna i infek­cja, które nie oszczę­dzały nikogo.

Przy życiu pozo­stała garstka roz­pro­szo­nych uchodź­ców. Zmu­szeni do powrotu do bar­ba­rzyń­stwa wałę­sali się po kra­inie usia­nej ogrom­nymi kra­te­rami, które wypeł­niała brudna, mar­twa woda. Nad gło­wami mieli wiecz­nie kłę­biące się chmury. Więzy krwi zostały zerwane, a miłość oka­zała się zbyt cięż­kim brze­mie­niem. Żywili się tym, co mogli zna­leźć, czę­sto sobą nawza­jem, i obser­wo­wali spu­sto­szony świat z inten­syw­no­ścią dra­pież­ni­ków.

Jeden z nich wędro­wał sam. Spo­wi­jały go butwie­jące łach­many, wzro­stu był prze­cięt­nego, a grubo cio­sana twarz nie budziła sym­pa­tii. Dostrze­gało się w niej jed­nak coś mrocz­nego, miał w oczach nie­ugię­tość. Jego kroki suge­ro­wały, że gro­ma­dzi w sobie cier­pie­nie, nie zwa­ża­jąc na jego ogromny cię­żar, jakby nie był w sta­nie dać za wygraną, odrzu­cić darów wła­snego ducha.

Bandy obdar­tu­sów przy­glą­dały mu się z daleka, gdy prze­mie­rzał krok za kro­kiem spu­sto­szony kon­ty­nent, któ­remu miano w przy­szło­ści nadać nazwę Korelri. Głód mógłby ich skło­nić do podej­ścia bli­żej, lecz mię­dzy oca­la­łymi z Upadku nie było głup­ców, trzy­mali się więc na dystans, gdyż ich cie­ka­wość tłu­mił strach. Męż­czy­zna był bowiem sta­ro­żyt­nym bogiem, który zstą­pił pomię­dzy nich.

K'rul wchło­nął tak wiele cier­pie­nia, że z rado­ścią pocie­szyłby ich zła­mane dusze, lecz już od pew­nego czasu kar­mił się prze­laną tu krwią, a prawda wyglą­dała tak, że będzie mu potrzebna zro­dzona w ten spo­sób moc.

Tam, gdzie prze­szedł K'rul, męż­czyźni i kobiety zabi­jali męż­czyzn, kobiety i dzieci. Okrutna rzeź była rzeką, któ­rej nurt niósł pra­daw­nego boga.

Pra­daw­nym bogom zawsze towa­rzy­szyły nie­przy­jemne wyda­rze­nia.

***

Gdy obcy bóg zstą­pił na Zie­mię, został roze­rwany na strzępy. Opadł na nią w kawał­kach, smu­gach pło­mie­nia. Jego ból był ogniem i gro­mem, któ­rego głos sły­szano na poło­wie świata. Ból i wście­kłość. A także, pomy­ślał K'rul, żal. Minie wiele czasu, nim obcy bóg zacznie powoli sku­piać oca­lałe frag­menty w całość i w ten spo­sób odsłoni swą naturę. K'rul oba­wiał się nadej­ścia owego dnia. Z takiej kata­strofy mógł się zro­dzić jedy­nie obłęd.

Wzy­wa­jący zgi­nęli. Zabiło ich to, co przy­wo­łali. Nie było sensu ich nie­na­wi­dzić, wycza­ro­wy­wać wizji kary, na którą zasłu­żyli. Osta­tecz­nie byli zde­spe­ro­wani. Wystar­cza­jąco zde­spe­ro­wani, by roze­rwać tka­ninę cha­osu, otwo­rzyć drogę do odle­głego, obcego kró­le­stwa, a następ­nie pobu­dzić cie­ka­wość tam­tej­szego boga, by zwa­bić go w pułapkę, którą mu zgo­to­wali. Szu­kali mocy.

A wszystko po to, by poko­nać jed­nego czło­wieka.

Pra­dawny bóg prze­mie­rzył spu­sto­szony kon­ty­nent, przyj­rzał się żywemu ciału Upa­dłego, ujrzał nie­ziem­skie robaki peł­za­jące w jego gni­ją­cym, wiecz­nie pul­su­ją­cym mię­sie oraz pośród poła­ma­nych kości. Widział też, w co prze­obra­ziły się owe larwy. Nawet teraz, gdy dotarł do spo­pie­la­łych brze­gów Jacu­ruku, sta­ro­żyt­nego kon­ty­nentu, który był sio­strą Korelri, owe stwo­rze­nia krą­żyły nad nim na wiel­kich, czar­nych skrzy­dłach. Wyczu­wały jego moc i pra­gnęły jej skosz­to­wać.

Silny bóg mógł jed­nak igno­ro­wać cią­gną­cych za nim padli­no­żer­ców, a K'rul był silny. Budo­wano mu świą­ty­nie. Od poko­leń jego nie­zli­czone ołta­rze pla­miła krew. Rodzące się mia­sta spo­wi­jał dym z kuźni i sto­sów, czer­wona łuna świtu ludz­ko­ści. Na poło­żo­nym na dru­gim końcu świata kon­ty­nen­cie powstało Pierw­sze Impe­rium. Impe­rium ludzi zro­dzone z dzie­dzic­twa T'lan Imas­sów, któ­rym zawdzię­czało swą nazwę.

Nie­długo jed­nak było samo. Tutaj, na Jacu­ruku, w cie­niu ruin pozo­sta­łych po dawno wymar­łych K'Chain Che'Malle, powstało dru­gie impe­rium, bru­talne i nisz­czące dusze. Jego władca był nie­zrów­na­nym wojow­ni­kiem.

K'rul zamie­rzał go oba­lić. Przy­był tu po to, by uwol­nić z łań­cu­chów dwa­na­ście milio­nów nie­wol­ni­ków. Nawet jaghuccy tyrani nie trak­to­wali swych pod­da­nych tak bez­li­to­śnie. Tylko śmier­telny czło­wiek mógł uci­skać wła­snych pobra­tym­ców z podob­nym okru­cień­stwem.

Do Impe­rium Kal­lo­riań­skiego zbli­żali się też dwaj inni pra­dawni bogo­wie. Decy­zja zapa­dła. Tych troje - ostatni z pra­daw­nych - położy kres despo­tycz­nym rzą­dom wiel­kiego króla. K'rul wyczu­wał już swych towa­rzy­szy. Oboje byli bli­sko, oboje byli ongiś jego przy­ja­ciółmi, lecz z cza­sem wszy­scy troje zmie­nili się i odda­lili od sie­bie. To będzie ich pierw­sze spo­tka­nie od tysiąc­leci.

Wyczu­wał też obec­ność kogoś czwar­tego, strasz­li­wej, sta­ro­żyt­nej bestii, która zwę­szyła jego trop. Była to istota zro­dzona z ziemi, z mroź­nego tchnie­nia zimy. Jej białe futro zbro­czyła krew. Odnie­sione pod­czas Upadku rany omal nie dopro­wa­dziły do jej śmierci. Zostało jej tylko jedno oko, któ­rym mogła spo­glą­dać na spu­sto­szoną kra­inę. Ongiś - na długo przed powsta­niem impe­rium - była to jej ojczy­zna. Szła jego tro­pem, ale nie chciała się zbli­żyć. K'rul wie­dział, że pozo­sta­nie ona tylko odle­głym obser­wa­to­rem wyda­rzeń. Pra­dawny bóg nie mógł tra­cić czasu na uża­la­nie się nad nią, nie był jed­nak obo­jętny na jej ból.

Wszy­scy sta­ramy się prze­trwać, jak tylko możemy, a gdy nad­cho­dzi chwila śmierci, szu­kamy samot­no­ści...

Impe­rium Kal­lo­riań­skie roz­cią­gało się po wszyst­kie brzegi Jacu­ruku, lecz gdy K'rul wyszedł na jego ląd, nie zauwa­żył nikogo. Ze wszyst­kich stron ota­czały go mar­twe pust­ko­wia. Powie­trze wypeł­niały szary popiół i pył, a nad głową miał chmury kipiące niby ołów w kowal­skim kotle. Pra­dawny bóg poczuł pierw­sze tchnie­nie nie­po­koju, jego duszę prze­szył nagły ziąb.

Z góry dobie­gało kra­ka­nie zro­dzo­nych z boga padli­no­żer­ców.

W umy­śle K'rula roz­legł się zna­jomy głos.

Bra­cie, jestem na pół­noc­nym wybrzeżu.

- Ja na zachod­nim.

Coś cię nie­po­koi?

- Tak. Wszystko wydaje się... mar­twe.

Spa­lone. Głę­boko pod popio­łem kryje się jesz­cze żar. Pod popio­łem... i kośćmi.

Roz­legł się trzeci głos:

Bra­cia, ja nad­cho­dzę z połu­dnia, gdzie ongiś były mia­sta. Wszyst­kie znisz­czono. Wciąż sły­chać tu echo śmier­tel­nego krzyku całego kon­ty­nentu. Czy wpro­wa­dzono nas w błąd? Czy to jest ilu­zja?

- Dra­co­nu­sie, ja rów­nież sły­szę ten krzyk - potwier­dził K'rul, zwra­ca­jąc się do pierw­szego z roz­mów­ców. - Tyle bólu... jego aspekt był jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jący niż krzyk Upa­dłego. Jeśli to nie ilu­zja, jak suge­ruje nasza sio­stra, co w takim razie uczy­nił?

Wszy­scy już dotar­li­śmy do tej kra­iny i czu­jemy to samo, co ty, K'rulu - odpo­wie­dział Dra­co­nus. Nie jestem pewien, jak wygląda prawda. Sio­stro, czy zbli­żasz się już do sie­dziby wiel­kiego króla?

Tak, bra­cie Dra­co­nu­sie - odparł trzeci głos. Czy dołą­czy­cie do mnie z bra­tem K'rulem, byśmy mogli razem sta­wić czoło owemu śmier­tel­ni­kowi?

- Tak.

Otwo­rzyły się groty, jedna daleko na pół­nocy, a druga tuż przed K'rulem.

Dwaj pra­dawni bogo­wie sta­nęli u boku swej sio­stry na spu­sto­szo­nym wzgó­rzu, gdzie wiatr roz­wie­wał popioły, uno­sząc ku niebu pogrze­bowe wieńce. Przed nimi, na sto­sie zwę­glo­nych kości, stał tron.

Sie­dzący na nim męż­czy­zna uśmie­chał się, spo­glą­da­jąc na nich ze wzgardą.

- Jak widać, przy­go­to­wa­łem się na wasze przy­by­cie - wychry­piał po chwili. - Och tak, wie­dzia­łem o waszych pla­nach, Dra­co­nu­sie z rodu Tiam. K'rulu, Wyty­cza­jący Ścieżki. - Spoj­rzał na trze­cią z pra­daw­nych. - I ty. Moja droga, wyda­wało mi się, że zerwa­łaś już ze swą... dawną oso­bo­wo­ścią. Ze zstę­po­wa­niem pomię­dzy śmier­tel­ni­ków i odgry­wa­niem roli umiar­ko­wa­nie potęż­nej cza­ro­dziejki. To bar­dzo ryzy­kowne, ale być może to wła­śnie cię kusi w zaba­wach śmier­tel­ni­ków. Bywa­łaś na polach bitew, kobieto. Wystar­czy­łaby jedna zbłą­kana strzała... - Pokrę­cił powoli głową.

- Przy­by­li­śmy poło­żyć kres twym rzą­dom ter­roru - oznaj­mił K'rul.

Kal­lor uniósł brwi.

- Chce­cie ode­brać mi to, na co tak ciężko zapra­co­wa­łem? Potrze­bo­wa­łem pięć­dzie­się­ciu lat, dro­dzy rywale, by pod­bić cały kon­ty­nent. Och, być może Arda­tha jesz­cze się trzy­mała, zawsze się ocią­gała z przy­sy­ła­niem należ­nego hara­czu, ale igno­ro­wa­łem takie mało istotne gesty. Czy wie­cie, że udało się jej uciec? Suka. Wydaje się wam, że jeste­ście pierw­szymi, któ­rzy rzu­cili mi wyzwa­nie? Krąg spro­wa­dził tu obcego boga. Ach, ich poczy­na­nia przy­nio­sły... nie­ocze­ki­wane rezul­taty, co oszczę­dziło mi wysiłku zabi­cia tych głup­ców. A Upa­dły? No cóż, minie wiele czasu, nim odzy­ska siły, a nawet, gdy to się sta­nie, to czy wydaje się wam, że zechce speł­niać czy­je­kol­wiek pole­ce­nia? Ni­gdy...

- Dość tego - wark­nął Dra­co­nus. - Męczy mnie twoje gada­nie, Kal­lo­rze.

- Pro­szę bar­dzo. - Wielki król wes­tchnął i pochy­lił się na tro­nie. - Przy­by­li­ście wyzwo­lić moich pod­da­nych spod wła­dzy tyrana. Nie­stety nie zwy­kłem ustę­po­wać w takich spra­wach. Ani wam, ani nikomu innemu. - Roz­siadł się i mach­nął ospale dło­nią. - Dla­tego ode­bra­łem wam to, co chcie­li­ście ode­brać mnie.

Choć K'rul miał prawdę przed oczyma, nie potra­fił w nią uwie­rzyć.

- Co uczy­ni­łeś...?

- Czy jesteś ślepy?! - wrza­snął Kal­lor, ści­ska­jąc porę­cze tronu. - Wszystko znisz­czone! Nie ma ich! Chcie­li­ście skru­szyć ich łań­cu­chy? Pro­szę bar­dzo, oddaję ich wam! Wszystko wokół was jest teraz wolne! Popiół! Kości! Wszystko to jest wolne!

- Naprawdę spo­pie­li­łeś cały kon­ty­nent? - wyszep­tała pra­dawna sio­stra. - Jacu­ruku...

- Prze­stało ist­nieć i ni­gdy już się nie odro­dzi. Uwol­niony przeze mnie czar ni­gdy nie straci mocy. Rozu­miesz? Ni­gdy. I wszystko to wasza wina. Wasza. Szla­chetna droga, którą zapra­gnę­li­ście kro­czyć, jest wybru­ko­wana kośćmi i popio­łem. Wasza droga.

- Nie możemy do tego dopu­ścić...

- To już się stało, ty durna babo!

Musimy to uczy­nić - prze­mó­wił K'rul w umy­słach swego rodzeń­stwa. Stwo­rzę... miej­sce dla tego wszyst­kiego. Wewnątrz sie­bie.

Grotę, która to wszystko pomie­ści? - zapy­tał prze­ra­żony Dra­co­nus. Bra­cie...

Nie, trzeba to uczy­nić. Połącz­cie ze mną siły, gdyż zada­nie nie będzie łatwe...

To cię zła­mie, K'rulu - sprze­ci­wiła się jego sio­stra. Musimy zna­leźć inne wyj­ście.

To nie­moż­liwe. Gdy­by­śmy zosta­wili cały kon­ty­nent w obec­nej postaci... nie, ten świat jest młody. Gdyby nazna­czyła go taka bli­zna...

A co z Kal­lo­rem? - zadał pyta­nie Dra­co­nus. Co z tym... tą kre­aturą?

Nazna­czymy go - odpo­wie­dział K'rul. Wiemy, czego naj­bar­dziej pożąda, nie­praw­daż?

A jak długo będzie żył?

Długo, przy­ja­ciele.

Zgoda.

K'rul zamru­gał i wbił cięż­kie, mroczne spoj­rze­nie w wiel­kiego króla.

- Kal­lo­rze, za tę zbrod­nię wymie­rzymy ci odpo­wied­nią karę. Dowiedz się, że ty, Kal­lor Eide­rann Tes'the­sula, będziesz wiecz­nie żył jako śmier­tel­nik. Wiecz­nie, bez względu na dole­gli­wo­ści sta­ro­ści, ból ran i cier­pie­nie roz­pa­czy. Na obró­cone w gruzy marze­nia. Na zwię­dłą miłość. W cie­niu widma śmierci, jako groźba dla tego, czego nie potra­fisz się wyrzec.

- Kal­lo­rze Eide­rann Tes'the­sula, ni­gdy nie zosta­niesz Ascen­den­tem - oznaj­mił Dra­co­nus.

- Kal­lo­rze Eide­rann Tes'the­sula, gdy tylko się wznie­siesz, zawsze spo­tka cię upa­dek - dodała ich sio­stra. - Wszystko, co osią­gniesz, obróci się w twych dło­niach w popiół. To, co uczy­ni­łeś tutaj, zosta­nie z kolei uczy­nione wszyst­kiemu, co zdo­łasz zbu­do­wać.

- Prze­kli­nają cię trzy głosy - zain­to­no­wał K'rul. - Doko­nało się.

Sie­dzący na tro­nie męż­czy­zna zadrżał. Wykrzy­wił usta w potę­pień­czym uśmieszku.

- Znisz­czę was. Wszyst­kich troje. Przy­się­gam na kości sied­miu milio­nów tych, któ­rych zło­ży­łem w ofie­rze. K'rulu, znik­niesz ze świata i zosta­niesz zapo­mniany. Dra­co­nu­sie, to, co zamie­rzasz stwo­rzyć, zosta­nie użyte prze­ciwko tobie. A jeśli cho­dzi o cie­bie, kobieto, nie­ludz­kie dło­nie roze­rwą twe ciało na strzępy na polu bitwy, a mimo to nie zaznasz spo­koju, Sio­stro Zim­nych Nocy. Kal­lor Eide­rann Tes'the­sula, jeden głos, wypo­wie­dział trzy klą­twy. Doko­nało się.

***

Zosta­wili Kal­lora na jego usta­wio­nym na sto­sie kości tro­nie. Połą­czyli swą moc, by opa­sać łań­cu­chami kon­ty­nent rzezi, po czym wcią­gnęli go do groty stwo­rzo­nej wyłącz­nie w tym celu, zosta­wia­jąc tylko nagą zie­mię, która będzie mogła się zagoić.

Wysi­łek zdru­zgo­tał K'rula, nazna­czył go ranami, które nie znikną, dopóki będzie ist­niał. Co wię­cej, wyczu­wał, że jego kult zaczął już zani­kać pod wpły­wem klą­twy Kal­lora. Ku jego zasko­cze­niu zabo­lało go to mniej, niż tego ocze­ki­wał.

Sta­nęli we troje obok por­talu wio­dą­cego do nowo powsta­łego, mar­twego kró­le­stwa i przez długi czas przy­pa­try­wali się swemu dziełu.

- Już od cza­sów Wszech­ciem­no­ści tru­dzi­łem się nad wyku­ciem mie­cza - oznaj­mił Dra­co­nus.

K'rul i Sio­stra Zim­nych Nocy zwró­cili się nagle w jego stronę. Nic o tym nie wie­dzieli.

- Robota trwała długo, ale zbli­żam się już do końca - cią­gnął Dra­co­nus. - Moc, którą nasy­ci­łem oręż, cechuje się... nie­od­wra­cal­no­ścią.

- W takim razie musisz odmie­nić jego osta­teczną postać - wyszep­tał K'rul po chwili zasta­no­wie­nia.

- Na to wygląda. Cze­kają mnie dłu­gie roz­wa­ża­nia.

Po dłu­giej chwili obaj bogo­wie spoj­rzeli na swą sio­strę.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Będę ostrożna. Gdy nadej­dzie chwila mej zagłady, z pew­no­ścią spo­wo­duje ją zdrada, a przed nią nie spo­sób się zabez­pie­czyć. Gdy­bym spró­bo­wała tego doko­nać, moje życie obró­ci­łoby się w kosz­mar podej­rzeń i nie­uf­no­ści. Nie ule­gnę takiemu losowi. Dopóki ów czas nie nasta­nie, nie prze­stanę się odda­wać grom śmier­tel­ni­ków.

- Uwa­żaj więc, dla kogo wal­czysz - wyszep­tał K'rul.

- Znajdź sobie towa­rzy­sza - pora­dził Dra­co­nus. - God­nego zaufa­nia.

- Wasze słowa są mądre. Dzię­kuję wam za nie.

Nie zostało już do powie­dze­nia nic wię­cej. Spo­tkali się po to, by zre­ali­zo­wać pewien zamiar, i osią­gnęli swój cel. Być może nie tak, jak by tego pra­gnęli, nie­mniej jed­nak osią­gnęli. Zapła­cili też cenę. Z wła­snej woli. Życie trojga i życie jed­nego zostało znisz­czone. Dla jed­nego był to począ­tek wiecz­nej nie­na­wi­ści. Dla trojga korzystna trans­ak­cja.

Jak powia­dano, pra­daw­nym bogom zawsze towa­rzy­szyły nie­przy­jemne wyda­rze­nia.

***

Stwo­rze­nie przy­glą­dało się z oddali trójce postaci, które roze­szły się w różne strony. Było roz­darte bólem, z bia­łego futra ska­py­wała krew, zamiast jed­nego oka miało zie­jącą ranę i led­wie mogło utrzy­mać masywne ciel­sko na drżą­cych nogach. Pra­gnęło śmierci, lecz śmierć nie chciała nadejść. Łak­nęło zemsty, ale ci, któ­rzy je zra­nili, już nie żyli. Został mu tylko sie­dzący na tro­nie męż­czy­zna, który spu­sto­szył jego ojczy­znę.

Nadej­dzie jesz­cze czas spłaty tego długu.

Jego udrę­czoną duszę wypeł­niło ostat­nie pra­gnie­nie. Pośród poża­rów Upadku i cha­osu, który nastał póź­niej, utra­ciło towa­rzyszkę i zostało samo. Być może żyła jesz­cze i wędro­wała ranna, wypa­tru­jąc jego śla­dów na pust­ko­wiu.

A może schro­niła się, pora­żona bólem i stra­chem, w gro­cie, która dała ogień jej duchowi.

Jeśli tylko żyła, odnaj­dzie ją, gdzie­kol­wiek jest.

Trzy odle­głe posta­cie otwo­rzyły groty i znik­nęły w swych pra­daw­nych kró­le­stwach.

Stwo­rze­nie nie podą­żyło za żadną z nich. W porów­na­niu z nim i jego towa­rzyszką były to młode jeste­stwa, a grota, w któ­rej mogła się ona schro­nić, była znacz­nie bar­dziej sta­ro­żytna od grot pra­daw­nych bogów.

Rysu­jąca się przed nim droga była pełna nie­bez­pie­czeństw i jego ciężko bijące serce prze­peł­niał strach.

Za por­ta­lem, który się przed nim otwo­rzył, wid­niała szara, wiru­jąca nawał­nica mocy. Po chwili waha­nia stwo­rze­nie wkro­czyło do środka.

I znik­nęło.

Roz­dział pierw­szy

Wspo­mnie­nia są gobe­li­nami, za któ­rymi ukry­wają się twarde mury. Zdradź­cie mi, przy­ja­ciele, jaki jest odcień waszej ulu­bio­nej nici, a powiem wam, z czego jest ule­piona wasza dusza...

Życie w snach Wiedźma Ilba­res

1164 rok snu Pożogi (dwa mie­siące po daru­dży­stań­skiej fecie) Czwarty rok Pan­nion Domin Rok Dru­giego Zgro­ma­dze­nia Tel­lann

Bloki gadro­bij­skiego wapie­nia, z któ­rego wznie­siono most, leżały poczer­niałe w bło­cie na brzegu, jakby dłoń boga zmio­tła kamienną kon­struk­cję w zdaw­ko­wym, pogar­dli­wym geście. Zrzęda podej­rze­wał, że nie jest to zbyt dale­kie od prawdy.

Wie­ści dotarły do Daru­dży­stanu po nie­spełna tygo­dniu od kata­strofy, gdy pierw­sze wędru­jące na wschód kara­wany przy­były tu i zna­la­zły zamiast mostu tylko stertę gruzu. Krą­żyły pogło­ski o sta­ro­żyt­nym demo­nie uwol­nio­nym przez agen­tów Impe­rium Mala­zań­skiego, który ruszył mię­dzy Wzgó­rza Gadrobi, pra­gnąc znisz­czyć sam Daru­dży­stan.

Zrzęda splu­nął na poczer­niałą trawę obok powozu. Nie dało się zaprze­czyć, że przed dwoma mie­sią­cami pod­czas miej­skiej fety doszło do dziw­nych wyda­rzeń - co prawda nie był wów­czas na tyle trzeźwy, by zdo­łał cokol­wiek zauwa­żyć - i było wystar­cza­jąco wielu świad­ków, by musiał uwie­rzyć w smoki, demony i wiszący prze­ra­ża­jąco nisko nad mia­stem Odprysk Księ­życa, lecz czar tak potężny, że spu­sto­szyłby całą oko­licę, z pew­no­ścią dotarłby rów­nież do Daru­dży­stanu. A ponie­waż mia­sto nie zmie­niło się w dymiącą kupę gru­zów - a przy­naj­mniej nie w więk­szym stop­niu niż po każ­dym wiel­kim świę­cie - nic takiego z pew­no­ścią się nie wyda­rzyło.

Nie, to naj­praw­do­po­dob­niej była dłoń boga albo może trzę­sie­nie ziemi, choć Wzgó­rza Gadrobi nie ucho­dziły za zbyt nie­spo­kojne. Być może Pożoga poru­szyła się ner­wowo w swym wiecz­nym śnie.

Tak czy ina­czej, widział teraz na wła­sne oczy, co stało się z mostem. Jego szczątki leżały na ziemi, roz­rzu­cone aż po bramę Kap­tura, a nawet dalej. Pozo­sta­wało też fak­tem, że za zabawy bogów zawsze płacą ciężko pra­cu­jące, ubo­gie sukin­syny, takie jak on.

Do użytku przy­wró­cono stary bród, poło­żony trzy­dzie­ści kro­ków w górę rzeki od miej­sca, gdzie jesz­cze nie­dawno stał most. Nikt nie korzy­stał z niego już od stu­leci, a po tygo­dniu nie­ty­po­wych o tej porze roku desz­czów oba brzegi rzeki prze­ro­dziły się w trzę­sa­wi­sko. Przed bro­dem tło­czyły się liczne kara­wany. Te z nich, które przy­sta­nęły tam, gdzie ongiś były pod­jazdy, albo prze­pra­wiały się wła­śnie przez wez­braną rzekę, ugrzę­zły bez­na­dziej­nie w bło­cie, pod­czas gdy na dro­dze po obu stro­nach cze­kały dzie­siątki następ­nych. Kupcy, straż­nicy i zwie­rzęta z godziny na godzinę sta­wali się coraz bar­dziej pode­ner­wo­wani.

Cze­kali tu już dwa dni i Zrzęda był zado­wo­lony ze swych pod­ko­mend­nych. Oboje byli praw­dzi­wymi oazami spo­koju. Harllo wszedł do rzeki i zbli­żył się do szcząt­ków naj­bliż­szego filaru mostu. Sie­dział teraz na nim, trzy­ma­jąc w ręku wędkę. Stonny Menac­kis wska­zała ban­dzie obdar­tych straż­ni­ków kara­wa­no­wych drogę do wozu Storby'ego, który z zado­wo­le­niem powi­tał szansę sprze­daży gred­fal­lań­skiego ale po wygó­ro­wa­nej cenie. Co prawda, wszyst­kie jego beczułki były prze­zna­czone dla przy­droż­nej gospody pod Sal­to­anem, lecz, cóż, obe­rży­sta po pro­stu miał pecha. Jeśli dalej tak pój­dzie, wkrótce powsta­nie tu targ, a potem prze­klęte przez Kap­tura mia­steczko. Prę­dzej czy póź­niej jakiś nadęty pla­ni­sta w Daru­dży­sta­nie doj­dzie do wnio­sku, że dobrze by było odbu­do­wać most, i za jakieś dzie­sięć lat uda się w końcu to zro­bić. Chyba że nowe mia­steczko sta­nie się dla nich waż­niej­sze. W tym przy­padku wyślą tu poborcę podat­ków.

Zrzęda był rów­nież zado­wo­lony ze spo­koju oka­zy­wa­nego przez jego pra­co­dawcę. Opo­wia­dano, że kup­cowi Manqu­iemu po dru­giej stro­nie rzeki pękła żyła w gło­wie, co dopro­wa­dziło go do natych­mia­sto­wej śmierci. Taka reak­cja była bar­dziej typowa dla przed­sta­wi­cieli tego zawodu. Nie, pan Keruli był naprawdę wyjąt­kowy, do tego stop­nia, że zagra­żało to sta­ran­nie hodo­wa­nej nie­chęci, którą Zrzęda zawsze darzył wszyst­kich kup­ców. To wła­śnie długa lista oso­bli­wych cech Keru­lego zro­dziła u kapi­tana straż­ni­ków podej­rze­nie, że ten czło­wiek tak naprawdę wcale nie jest kup­cem.

Nie miało to zresztą zna­cze­nia. Pie­niądz to pie­niądz, a Keruli pła­cił dobrze. Lepiej niż prze­ciętny kupiec. Dla Zrzędy mógłby rów­nie dobrze być księ­ciem Arar­dem w prze­bra­niu.

- Hej, ty!

Zrzęda ode­rwał wzrok od bez­owoc­nych węd­kar­skich wysił­ków Harlla. Obok wozu stał stary, posi­wiały męż­czy­zna, który przy­glą­dał się mu, mru­żąc powieki.

- Cóż za aro­gancki ton - wark­nął kapi­tan. - A prze­cież, sądząc po tych two­ich łachach, jesteś albo naj­gor­szym kup­cem na świe­cie, albo słu­żą­cym jakie­goś bie­daka.

- Ści­śle mówiąc, loka­jem. Nazy­wam się Eman­ci­por Reese. I mój pan by­naj­mniej nie jest bie­da­kiem. Wprost prze­ciw­nie. Po pro­stu od dawna jeste­śmy w dro­dze.

- Potra­fię w to uwie­rzyć - zgo­dził się Zrzęda. - Nie poznaję two­jego akcentu, a w moim przy­padku to wiele mówi. Czego chcesz, Reese?

Lokaj podra­pał się po poro­śnię­tej srebr­nawą szcze­ciną szczęce.

- Po sta­ran­nym wypy­ta­niu tego motło­chu dosze­dłem do kon­klu­zji, że mię­dzy straż­ni­kami kara­wa­no­wymi cie­szysz się spo­rym sza­cun­kiem.

- Mię­dzy straż­ni­kami kara­wa­no­wymi być może - zgo­dził się z prze­ką­sem Zrzęda. - I co z tego?

- Moi pano­wie chcą z tobą poroz­ma­wiać, kapi­ta­nie. Jeśli nie jesteś zbyt zajęty, roz­bi­li­śmy obóz nie­da­leko stąd.

Sie­dzący wygod­nie na ławie Zrzęda przy­pa­try­wał się przez chwilę Reese'owi, po czym stęk­nął gło­śno.

- Nie mogę się spo­ty­kać z innymi kup­cami bez pozwo­le­nia pra­co­dawcy.

- Ależ oczy­wi­ście, kapi­ta­nie. Możesz go też zapew­nić, że moi pano­wie nie zamie­rzają mu cię ode­brać ani w żaden spo­sób skło­nić do zła­ma­nia kon­traktu.

- Naprawdę? No dobra, zacze­kaj tutaj.

Zrzęda zesko­czył z kozła po prze­ciw­nej stro­nie karety. Pod­szedł do małych drzwi o zdob­nej fra­mu­dze i zapu­kał jeden raz. Drzwi otwo­rzyły się cicho i ze względ­nej ciem­no­ści wnę­trza pojazdu wyj­rzała pyzata, pozba­wiona wyrazu twarz Keru­lego.

- Tak, kapi­ta­nie, idź. Przy­znaję, że ja rów­nież jestem cie­kawy obu panów tego czło­wieka. Posta­raj się jak naj­le­piej zapa­mię­tać szcze­góły waszej roz­mowy. Jeśli zdo­łasz, ustal też, co dokład­nie pora­biali od wczo­raj.

Kapi­tan mruk­nął cicho, sta­ra­jąc się ukryć zasko­cze­nie nie­wąt­pli­wie nie­na­tu­ralną wie­dzą swego pra­co­dawcy, który ani na moment nie opu­ścił karety.

- Jak sobie życzysz - odparł.

- Aha, i wra­ca­jąc, zawo­łaj też Stonny. Wypiła sta­now­czo za dużo i wdaje się w kłót­nie.

- W takim razie może powi­nie­nem zabrać ją już teraz. Z łatwo­ścią może kogoś podziu­ra­wić rapie­rem. Znam te jej nastroje.

- No dobrze. W takim razie wyślij po nią Harlla.

- Hmm, on może się przy­łą­czyć do zabawy.

- Prze­cież jesteś o nich dobrego zda­nia.

- To prawda - przy­znał Zrzęda. - Nie chcę się chwa­lić, ale nasza trójka na kontr­ak­cie jest warta tyle, co sze­ściu innych, jeśli cho­dzi o obronę pra­co­dawcy i jego towa­rów. Dla­tego wła­śnie jeste­śmy tacy dro­dzy.

- Zapłata, jakiej zażą­da­li­ście, była wysoka? Rozu­miem. Hmm. W takim razie poin­for­muj swych towa­rzy­szy, że jeśli będą uni­kali kło­po­tów, mogą otrzy­mać sowitą pre­mię.

Zrzęda zdo­łał jakoś nie roz­dzia­wić ust ze zdu­mie­nia.

- Hmm, to powinno roz­wią­zać pro­blem.

- Zna­ko­mi­cie. Poin­for­muj o tym Harlla i wyślij go po Stonny.

- Tak jest.

Drzwi się zamknęły.

Oka­zało się, że Harllo wła­śnie wraca do karety. W jed­nym wiel­kim łap­sku trzy­mał wędkę, a w dru­gim smętną, pła­ską jak pode­szwa rybę. W jego jasno­nie­bie­skich oczach lśniło pod­nie­ce­nie.

- Popatrz, ty skwa­szony skur­czy­byku! Zło­wi­łem dla nas kola­cję!

- Chyba dla jed­nego szczura-mni­cha. Mógł­bym wcią­gnąć to cho­ler­stwo jed­nym noz­drzem.

Harllo skrzy­wił się.

- Zupa rybna. Sma­kuje...

- Zna­ko­mi­cie. Uwiel­biam zupę o smaku błota. Popatrz, ta rybinka nawet nie rusza skrze­lami. Na pewno była już mar­twa, kiedy ją zła­pa­łeś.

- Przy­grzmo­ci­łem jej kamie­niem mię­dzy oczy, Zrzęda...

- To musiał być mały kamień.

- Za karę nie dosta­niesz...

- I za to cię bło­go­sła­wię. A teraz posłu­chaj. Stonny się urżnęła...

- To dziwne, nie sły­szę żad­nej bija­tyki...

- Jeśli jej nie będzie, dosta­nie­cie pre­mię od Keru­lego. Zro­zu­miano?

Harllo popa­trzył na drzwi karety, po czym ski­nął głową.

- Powiem jej o tym.

- Lepiej się pośpiesz.

- Jasne.

Zrzęda śle­dził wzro­kiem odda­la­ją­cego się bie­giem męż­czy­znę, który na­dal ści­skał w dło­niach wędkę i swe tro­feum. Ręce miał ogromne, sta­now­czo za dłu­gie i zbyt musku­larne w porów­na­niu z chu­der­lawą resztą ciała. Jego ulu­bioną bro­nią był dwu­ręczny miecz, który nabył od płat­ne­rza w Skle­pie Nie­bosz­czyka. Dzięki swym mał­pim łapom wywi­jał orę­żem tak, jakby wyko­nano go z bam­busa. Jego jasno­blond czu­pryna przy­po­mi­nała splą­tane sieci rybac­kie. Nie­zna­jomi śmiali się na jego widok, lecz Harllo szybko oduczał ich tego pła­zem mie­cza.

Zrzęda spoj­rzał z wes­tchnie­niem na Eman­ci­pora Reese'a.

- Pro­wadź.

Lokaj kiw­nął głową.

- Zna­ko­mi­cie.

***

Kareta była wielka, praw­dziwy dom osa­dzony na wyso­kich, wypo­sa­żo­nych w drew­niane szpry­chy kołach. Dziwną, łuko­watą kon­struk­cję zdo­biły liczne rzeźby, maleń­kie, malo­wane figurki, tań­czące lub wspi­na­jące się po jej ścia­nach z lubież­nymi uśmiesz­kami na twa­rzach. W pro­wi­zo­rycz­nym kor­ralu, umiesz­czo­nym w odle­gło­ści dzie­się­ciu stóp pod wiatr od obozu, spa­ce­ro­wały swo­bod­nie cztery woły.

Pano­wie lokaja z pew­no­ścią przy­wią­zy­wali wielką wagę do pry­wat­no­ści, gdyż posta­wili swój powóz daleko od traktu i innych kup­ców. Mieli stąd piękny widok na wzgó­rza wzno­szące się na połu­dnie od szlaku i na cią­gnącą się za nimi rów­ninę.

Na koźle sie­dział spar­szy­wiały kot, który przy­pa­try­wał się uważ­nie Reese'owi i Zrzę­dzie.

- To twój kot? - zapy­tał Zrzęda.

Reese przyj­rzał się zwie­rzę­ciu, po czym wes­tchnął ciężko.

- Tak, kapi­ta­nie. Ma na imię Wie­wiórka.

- Powi­nie­neś ją zabrać do alche­mika albo wosko­wej wiedźmy, żeby się pozbyć tych par­chów.

Lokaj miał zaże­no­waną minę.

- Zajmę się tym, kiedy dotrzemy do Sal­to­anu - mruk­nął. - Ach, to jest pan Bau­che­lain - dodał, wska­zu­jąc głową na wzgó­rza za trak­tem.

Zrzęda zwró­cił się w tamtą stronę, by przyj­rzeć się wyso­kiemu, kości­stemu męż­czyź­nie, który prze­szedł wła­śnie drogę i ruszył od nie­chce­nia w ich stronę. Miał na sobie drogi, się­ga­jący kostek płaszcz z czar­nej skóry, wyso­kie buty do kon­nej jazdy z tego samego mate­riału, szare noga­wice oraz luźną jedwabną koszulę - rów­nież czarną - spod któ­rej prze­świ­ty­wała piękna poczer­niana kol­czuga.

- Czarny był w zeszłym roku naj­mod­niej­szym kolo­rem w Daru­dży­sta­nie - poin­for­mo­wał Reese'a Zrzęda.

- Dla Bau­che­la­ina czarny zawsze jest naj­mod­niej­szy, kapi­ta­nie.

Twarz męż­czy­zny była blada, a jej trój­kątny kształt pod­kre­ślała krótko przy­strzy­żona bródka. Śli­skie od oleju włosy zacze­sał sobie do tyłu, odsła­nia­jąc wyso­kie czoło. Oczy miał szare, bez­barwne jak cała reszta jego postaci. Na ich widok Zrzędę ogar­nął nagły nie­po­kój.

- Kapi­ta­nie Zrzęda, wścib­stwo twego pra­co­dawcy nie jest zbyt sub­telne - zaczął Bau­che­lain cichym, kul­tu­ral­nym tonem. - Choć na ogół nie zwy­kli­śmy wta­jem­ni­czać nikogo w szcze­góły naszych poczy­nań, tym razem zro­bimy wyją­tek. Chodź ze mną. - Zer­k­nął na Reese'a. - Twoja kotka chyba dostała pal­pi­ta­cji. Suge­ruję, byś pomógł stwo­rze­niu.

- Natych­miast, panie.

Zrzęda wbił spoj­rze­nie w Bau­che­la­ina, wspie­ra­jąc dło­nie na ręko­je­ściach kor­de­la­sów. Gdy lokaj wdra­pał się na kozioł, resory karety skrzyp­nęły gło­śno.

- Słu­cham, kapi­ta­nie?

Zrzęda nie zare­ago­wał.

Bau­che­lain uniósł brew.

- Zapew­niam cię, że twój pra­co­dawca będzie zado­wo­lony, jeśli speł­nisz moją prośbę. Jeżeli jed­nak oba­wiasz się to uczy­nić, może uda ci się go prze­ko­nać, by trzy­mał cię za rączkę pod­czas całego tego przed­się­wzię­cia, choć ostrze­gam cię, że skło­nie­nie go do wyj­ścia na zewnątrz może się oka­zać trud­nym zada­niem, nawet dla tak krzep­kiego męż­czy­zny jak ty.

- Łowi­łeś kie­dyś ryby? - zapy­tał Zrzęda.

- Ryby?

- Te, które łapią się na byle jaką przy­nętę, są młode i nie będą miały oka­zji się zesta­rzeć. Jeż­dżę z kara­wa­nami już od dwu­dzie­stu lat i nie jestem młody. Jeśli chcesz zła­pać rybę, zarzuć wędkę gdzie indziej.

Bau­che­lain uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Uspo­ko­iłeś mnie, kapi­ta­nie. Czy zechcesz mi towa­rzy­szyć?

- Pro­wadź.

Prze­szli na drugą stronę traktu i ruszyli mię­dzy wzgó­rza starą ścieżką wydep­taną przez kozy. Szybko stra­cili z oczu roz­bity na tym brzegu rzeki obóz. Wszyst­kie szczyty i zbo­cza pokry­wała trawa wypa­lona przez pożar, który spu­sto­szył oko­licę, lecz wyła­ziły już spod niej nowe, zie­lone pędy.

- Ogień jest bar­dzo ważny dla zdro­wia tych pre­rio­wych traw - zauwa­żył Bau­che­lain. - Podob­nie jak migra­cje bhe­de­rin. Setki tysięcy kopyt ubi­jają cienką war­stewkę gleby. Nie­stety, poja­wie­nie się kóz ozna­cza dla tych sta­ro­żyt­nych wzgórz koniec zie­leni. Ale zaczą­łem od ognia, nie­praw­daż? Prze­moc i znisz­cze­nie są nie­zbędne dla życia. Nie wydaje ci się to dziwne, kapi­ta­nie?

- Dziwne jest to, że mam wra­że­nie, iż zapo­mnia­łem tabliczki wosko­wej.

- Widzę, że jesteś wykształ­co­nym czło­wie­kiem. To bar­dzo inte­re­su­jące. Jesteś żoł­nie­rzem, nie­praw­daż? Po cóż ci pisa­nie i rachunki?

- A ty jesteś czło­wie­kiem uczo­nym. Po cóż ci ten wytarty pałasz u bio­dra i piękna kol­czuga?

- Nie­przy­jem­nym skut­kiem ubocz­nym upo­wszech­nie­nia wykształ­ce­nia wśród mas jest brak sza­cunku.

- Chcia­łeś powie­dzieć: zdrowy scep­ty­cyzm.

- Pogarda dla auto­ry­te­tów. Żeby odpo­wie­dzieć na twoje pyta­nie, być może zauwa­ży­łeś, że mamy tylko jed­nego i to dość wie­ko­wego sługę. Nie towa­rzy­szą nam wyna­jęci straż­nicy. W naszym zawo­dzie trzeba dbać o bez­pie­czeń­stwo...

- A jakiż to zawód?

Zeszli na dobrze wydep­taną ścieżkę, która wiła się mię­dzy wzgó­rzami. Bau­che­lain zatrzy­mał się i spoj­rzał z uśmie­chem na Zrzędę.

- Podo­basz mi się, kapi­ta­nie. Rozu­miem, dla­czego dobrze o tobie mówią w kara­wan­se­raju. Jako jedyny spo­śród straż­ni­ków potra­fisz posłu­gi­wać się mózgiem. Chodź, jeste­śmy już pra­wie na miej­scu.

Omi­nęli stra­wione poża­rem wzgó­rze i dotarli do świe­żego kra­teru. Grunt u pod­stawy wznie­sie­nia pokry­wało błoto, usiane gdzie­nie­gdzie kamien­nymi blo­kami. Kra­ter miał ze czter­dzie­ści kro­ków sze­ro­ko­ści i cztery, pięć jar­dów głę­bo­ko­ści. Na jego kra­wę­dzi sie­dział męż­czy­zna, rów­nież odziany w czarne skóry. Jego łysina miała kolor wybla­kłego per­ga­minu. Mimo swych pokaź­nych roz­mia­rów pod­niósł się bez­sze­lest­nie i zwró­cił w ich stronę z płynną gra­cją.

- Kor­bal Bro­ach, kapi­ta­nie. Mój... wspól­nik. Kor­bal, to jest Zrzęda. To imię z pew­no­ścią mówi nam coś o jego oso­bo­wo­ści.

Bau­che­lain zanie­po­koił kapi­tana, nato­miast ten czło­wiek o sze­ro­kim, okrą­głym licu, oczkach zato­pio­nych w obrzmia­łych policz­kach oraz sze­ro­kich ustach o pulch­nych war­gach i lekko opusz­czo­nych kąci­kach - twarz zara­zem dzie­cinna i w jakiś nie­wy­sło­wiony spo­sób mon­stru­alna - wzbu­dził w nim gwał­towny strach. Ta reak­cja rów­nież była cał­ko­wi­cie instynk­towna, jakby Bau­che­laina i jego wspól­nika ota­czała ska­żona aura.

- Nic dziw­nego, że kotka dostała pal­pi­ta­cji - mruk­nął pod nosem. Ode­rwał wzrok od Kor­bala Bro­acha i wpa­trzył się w kra­ter.

Bau­che­lain zatrzy­mał się u boku Zrzędy.

- Zda­jesz sobie sprawę, co widzisz, kapi­ta­nie?

- Nie jestem głupi. To dziura w ziemi.

- Bar­dzo zabawne. Kie­dyś stał tu kur­han. Był w nim uwię­ziony jaghucki tyran.

- Był.

- W rze­czy samej. Jak sły­sza­łem, w sprawę wmie­szało się odle­głe impe­rium. Na spółkę z T'lan Imas­sem udało im się uwol­nić istotę.

- Wie­rzysz w te opo­wie­ści? - zapy­tał Zrzęda. - Jeśli rze­czy­wi­ście doszło do takiego wyda­rze­nia, to co, do Kap­tura, stało się z owym tyra­nem?

- My rów­nież zada­jemy sobie to pyta­nie. Jeste­śmy na tym kon­ty­nen­cie obcymi przy­by­szami. Do nie­dawna nic nie sły­sze­li­śmy o Impe­rium Mala­zań­skim ani o cudow­nym mie­ście zwa­nym Daru­dży­sta­nem. Nie­mniej pod­czas naszego krót­kiego pobytu w tej kra­inie do naszych uszu dotarły opo­wie­ści o nie­daw­nych wypad­kach. Demony, smoki, skry­to­bójcy, a także dom Azath zwany Fin­ne­stem. Ponoć nie można jesz­cze doń wejść, lecz wydaje się, że ktoś już tam mieszka. Obej­rze­li­śmy go sobie, rzecz jasna. Sły­sze­li­śmy też o lata­ją­cej for­tecy nazy­wa­nej Odpry­skiem Księ­życa, która zawi­sła nad mia­stem...

- To prawda. Widzia­łem ją na wła­sne oczy. Odle­ciała dzień przed naszym odjaz­dem.

- Nie­stety wygląda na to, że przy­by­li­śmy tam zbyt późno, by być świad­kami wszyst­kich tych cudów - stwier­dził z wes­tchnie­niem Bau­che­lain. - Sły­sza­łem, że władcą Odpry­sku Księ­życa jest Tiste Andii.

Zrzęda wzru­szył ramio­nami.

- Skoro tak mówisz. Oso­bi­ście nie gustuję w plot­kach.

Spoj­rze­nie odzia­nego w czerń męż­czy­zny w końcu nabrało tward­szego wyrazu.

Kapi­tan uśmiech­nął się w duchu.

- Plot­kach. Zaiste.

- Czy to wła­śnie chcia­łeś mi poka­zać? Tę... dziurę?

Bau­che­lain uniósł brwi.

- Nie­zu­peł­nie. Dziura to jedy­nie wej­ście. Zamie­rzamy odwie­dzić ukryty na dole jaghucki gro­bo­wiec.

- W takim razie niech was Oponn bło­go­sła­wią - rzu­cił Zrzęda i odwró­cił się od nich.

- Sądzę, że twój pra­co­dawca chciałby, żebyś nam towa­rzy­szył - dobiegł go zza ple­ców głos Bau­che­la­ina.

- Może sobie chcieć - odparł kapi­tan. - Kon­trakt nie każe mi uto­nąć w kałuży błota.

- Nie zamie­rzamy wła­zić w błoto.

Zrzęda obej­rzał się i uśmiech­nął z prze­ką­sem.

- To tylko taka prze­no­śnia, Bau­che­lain. Wybacz mi, jeśli źle mnie zro­zu­mia­łeś. - Odwró­cił się ponow­nie i ruszył ku ścieżce, przy­sta­nął jed­nak nagle. - Chcie­li­ście zoba­czyć Odprysk Księ­życa? - zapy­tał, wycią­ga­jąc rękę.

Bazal­towa for­teca wisiała tuż nad połu­dnio­wym hory­zon­tem niby wysoka, czarna chmura.

Żwir zazgrzy­tał pod cięż­kimi bucio­rami i nagle u boków Zrzędy sta­nęli męż­czyźni wpa­tru­jący się w odle­głą lata­jącą górę.

- Trudno mi oce­nić skalę - mruk­nął Bau­che­lain. - Jak daleko od nas jest?

- Pew­nie ze trzy mile, może wię­cej. Uwierz­cie mi, że to wystar­cza­jąco bli­sko, jak na mój gust. W Daru­dży­sta­nie padł na mnie jego cień, trudno byłoby zresztą tego unik­nąć, i mówię wam, że to nie jest przy­jemne wra­że­nie.

- Zapewne masz rację. A co robi tutaj?

Zrzęda wzru­szył ramio­nami.

- Pew­nie leci na połu­dniowy wschód...

- Dla­tego jest prze­chy­lony.

- Nie. Uszko­dzili go nad Pale mago­wie Impe­rium Mala­zań­skiego.

- Nie­źle się spi­sali.

- Zgi­nęli z tego powodu. Przy­naj­mniej więk­szość z nich. Tak mi opo­wia­dano. Poza tym, choć udało im się uszko­dzić Odprysk Księ­życa, jego władca jest w pełni sił. Jeśli uwa­żasz, że ktoś, kto zro­bił dziurę w pło­cie, a potem zała­twił go wła­ści­ciel domu, "nie­źle się spi­sał", to pro­szę bar­dzo.

Kor­bal Bro­ach wresz­cie się ode­zwał. Jego głos brzmiał bar­dzo piskli­wie.

- Bau­che­lain, czy on nas wyczuwa?

Jego towa­rzysz zmarsz­czył brwi, nie odry­wa­jąc wzroku od Odpry­sku Księ­życa. Po chwili pokrę­cił głową.

- Nie wykry­wam sku­pio­nej na nas uwagi, przy­ja­cielu. O tym jed­nak powin­ni­śmy pody­sku­to­wać na osob­no­ści.

- Jak sobie życzysz. To zna­czy, że nie chcesz, żebym zabił tego straż­nika?

Zrzęda cof­nął się rap­tow­nie, wysu­wa­jąc do połowy kor­de­lasy.

- Tylko spró­buj - wark­nął.

- Spo­koj­nie, kapi­ta­nie. - Bau­che­lain roz­cią­gnął usta w uśmie­chu. - Mój wspól­nik jest wyznawcą pro­stych metod...

- Jak każda żmija?

- Być może. Zapew­niam cię jed­nak, że nic ci nie grozi.

Zrzęda skrzy­wił się wście­kle i ruszył pośpiesz­nie w drogę.

- Panie Keruli, jeśli na to wszystko patrzysz, a sądzę, że patrzysz, to mam nadzieję, że otrzy­mam wystar­cza­jąco wysoką pre­mię - wyszep­tał. - A jeżeli moje rady cokol­wiek dla cie­bie zna­czą, to suge­ruję, byśmy trzy­mali się jak naj­da­lej od tej dwójki.

Na chwilę przed tym, nim stra­cił kra­ter z oczu, dostrzegł, że Bau­che­lain i Kor­bal Bro­ach odwró­cili się ple­cami do niego, a także do Odpry­sku Księ­życa. Przez chwilę wpa­try­wali się w kra­ter, po czym zaczęli do niego scho­dzić i znik­nęli mu z oczu.

Zrzęda odwró­cił się z wes­tchnie­niem i skie­ro­wał w stronę obozu, poru­sza­jąc bar­kami, by roz­ła­do­wać napię­cie.

Kiedy dotarł do traktu, raz jesz­cze uniósł wzrok, by spoj­rzeć na połu­dnie. Odprysk Księ­życa nik­nął już w oddali.

- Hej, ty, chciał­bym, żebyś zwę­szył Bau­che­la­ina i Kor­bala Bro­acha, i potrak­to­wał ich tak samo jak jaghuc­kiego tyrana, jeśli to była twoja robota. Cyru­licy zwą to pro­fi­lak­tyką. Modlę się o to, byśmy pew­nego dnia wszy­scy nie poża­ło­wali twego braku zain­te­re­so­wa­nia.

Zmie­rza­jąc w stronę obozu, raz jesz­cze obej­rzał się na Eman­ci­pora Reese'a, który sie­dział na koźle, głasz­cząc jedną ręką zszar­ganą kotkę sie­dzącą mu na kola­nach.

Par­chy? - pomy­ślał Zrzęda. Nie sądzę.

***

Olbrzymi wilk krą­żył wokół ciała. Głowę trzy­mał nisko zwie­szoną i zwró­coną do wnę­trza kręgu, by nie spusz­czać jedy­nego oka z nie­przy­tom­nego śmier­tel­nika.

Grotę Cha­osu nie­czę­sto odwie­dzano, a pośród nie­licz­nych gości naj­więk­szą rzad­kość sta­no­wili śmier­telni ludzie. Wilk wędro­wał po tej peł­nej prze­mocy kra­inie od nie­pa­mięt­nych dlań cza­sów. Był samotny i zagu­biony od tak dawna, że jego umysł odna­lazł nowe formy zro­dzone z samot­no­ści; jego myśli wędro­wały po krę­tych, pozor­nie przy­pad­ko­wych szla­kach. Nie­wielu dostrze­głoby w dzi­kim bla­sku jego oka świa­do­mość czy inte­li­gen­cję, wilk posia­dał je jed­nak.

Nie prze­sta­wał krą­żyć. Potężne mię­śnie poru­szały się pod zma­to­wia­łym, bia­łym futrem. Głowę trzy­mał zwie­szoną i zwró­coną do wnę­trza kręgu. Spoj­rze­nie jedy­nego oka wle­pił w leżą­cego czło­wieka.

Gwał­towna kon­cen­tra­cja oka­zała się sku­teczna, zatrzy­mała obiekt jego uwagi w sta­nie bez­cza­so­wo­ści. Był to przy­pad­kowy efekt uboczny mocy, które wilk pozy­skał w tej gro­cie.

Nie­wiele pamię­tał z innych świa­tów, które ist­niały poza Cha­osem. Nic nie wie­dział o śmier­tel­ni­kach, któ­rzy odda­wali mu cześć jako bogu. Mimo to zdo­był pewną wie­dzę, instynk­towną świa­do­mość... moż­li­wo­ści, szans, które otwo­rzyła przed nim obec­ność tego kru­chego śmier­tel­nika.

Wahał się jed­nak.

Wią­zało się z tym ryzyko. Gdy wilk zdał sobie sprawę z decy­zji, która wywal­czyła sobie prio­ry­tet, zadrżał gwał­tow­nie.

Zbli­żał się po spi­rali do nie­przy­tom­nej postaci, bli­żej, coraz bli­żej. Nie spusz­czał oka z obli­cza męż­czy­zny.

Stwo­rze­nie zro­zu­miało wresz­cie, że to praw­dziwy dar. Nic innego nie mogłoby wytłu­ma­czyć tego, co ujrzało w twa­rzy śmier­tel­nika, któ­rego duch sta­no­wił w każ­dym szcze­góle jego zwier­cia­dlane odbi­cie. Nie mógł zmar­no­wać podob­nej szansy.

Mimo to na­dal się wahał.

W końcu jed­nak przed oczyma jego duszy poja­wiło się pra­dawne wspo­mnie­nie. Nie­ru­chomy obraz, wybla­kły z powodu upływu czasu.

To wystar­czyło, by zamknął spi­ralę.

Doko­nało się.

***

Otwo­rzył jedyne oko i spoj­rzał na jasno­nie­bie­skie, bez­chmurne niebo. W bliź­nie, którą miał zamiast dru­giego, czuł wście­kłe swę­dze­nie, jakby pod skórą peł­zały mu owady. Miał na gło­wie hełm z unie­sioną zasłoną. W plecy wpi­jały mu się twarde, ostre kamie­nie.

Leżał nie­ru­chomo, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, co się stało. Wizja otwie­ra­ją­cego się przed nim ciem­nego roz­dar­cia - wpadł do środka, ciśnięto go tam. Koń pod nim znik­nął, usły­szał brzęk cię­ciwy. Ogar­nął go nie­po­kój, który dzie­lił z towa­rzy­szem. Z przy­ja­cie­lem jadą­cym u jego boku. Z kapi­ta­nem Para­nem.

Toc Młod­szy jęk­nął.

Loczek. Obłą­kana mario­netka. Wpa­dli­śmy w zasadzkę.

Frag­menty sku­piły się we wspo­mnie­nie, któ­remu towa­rzy­szył przy­pływ stra­chu. Prze­to­czył się na bok, czu­jąc ból we wszyst­kich mię­śniach.

Na oddech Kap­tura, to nie jest Rów­nina Rhi­vij­ska.

Ze wszyst­kich stron ota­czały go poła­cie czar­nego, tłu­czo­nego szkła. Sążeń nad powierzch­nią wisiały nie­ru­chomo chmury sza­rego pyłu. Jakieś dwie­ście kro­ków na lewo widać było niskie wzgó­rze, które mąciło mono­to­nię pła­skiego kra­jo­brazu.

Doku­czały mu ból gar­dła i szczy­pa­nie w oku. Słońce pra­żyło okrut­nie. Toc kaszl­nął i usiadł z chrzę­stem obsy­dianu. Zoba­czył, że obok leży jego reflek­syjny łuk z rogu, i wycią­gnął poń rękę. Koł­czan był przy­tro­czony do sio­dła, lecz wierny wic­kań­ski wierz­cho­wiec nie podą­żył za Tokiem w to miej­sce. Nie miał nic poza nożem u pasa i chwi­lowo bez­u­ży­tecz­nym łukiem w ręku. Ani wody, ani żyw­no­ści. A gdy przyj­rzał się uważ­nie łukowi, zasę­pił się jesz­cze bar­dziej. Cię­ciwa z jelit była roz­cią­gnięta.

I to wyraź­nie. To zna­czy, że byłem... nie­obecny przez dłuż­szy czas. Nie­obecny. Ale gdzie wła­ści­wie się podzie­wa­łem? Loczek cisnął mnie do groty, a w jej wnę­trzu czas z jakie­goś powodu prze­stał pły­nąć.

Nie czuł się szcze­gól­nie spra­gniony ani głodny, lecz nawet gdyby miał strzały, nie zdo­łałby zro­bić z nich użytku. Co gor­sza, cię­ciwa wyschła i osa­dzał się na niej obsy­dia­nowy pył. Nie wytrzyma ponow­nego nacią­gnię­cia. Suge­ro­wało to, że minęły dni, może nawet tygo­dnie, choć ciało mówiło mu coś innego.

Pod­niósł się ciężko. Z kol­czugi, którą miał pod bluzą, przy każ­dym poru­sze­niu osy­py­wał się poły­skliwy pył.

Czy jestem wewnątrz groty, czy zosta­łem wypluty na zewnątrz?

Tak czy ina­czej, musiał zna­leźć koniec tej mar­twej rów­niny wul­ka­nicz­nego szkła. Chyba że nie miała ona końca...

Ruszył ku wznie­sie­niu. Choć nie było zbyt wyso­kie, pozwoli mu dalej się­gnąć wzro­kiem. Zbli­żyw­szy się, zauwa­żył, że za nim cią­gną się następne wzgó­rza, roz­miesz­czone w rów­nych odstę­pach.

Kur­hany. Świet­nie, wprost uwiel­biam kur­hany.

Ten, który znaj­do­wał się w cen­trum, był więk­szy od pozo­sta­łych.

Toc omi­nął pierw­szy pagó­rek, zauwa­ża­jąc, że jest w nim pełno dziur, zapewne wyko­pa­nych przez rabu­siów. Po chwili zatrzy­mał się, odwró­cił, pod­szedł bli­żej i przy­kuc­nął nad jed­nym z pro­wa­dzą­cych w dół tuneli. Obsy­dia­nowa pokrywa cią­gnęła się tak głę­boko, jak mógł się­gnąć wzro­kiem - dalej niż na wzrost męż­czy­zny. Gro­bowce musiały być olbrzy­mie, raczej kopuły niż groby skrzyn­kowe, by w ogóle uwi­dacz­niać się na powierzchni.

- To mi się nie podoba - mruk­nął.

Zatrzy­mał się i zasta­no­wił przez chwilę, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie wyda­rze­nia, które dopro­wa­dziły go do tej... nie­przy­jem­nej sytu­acji. Wyglą­dało na to, że ich począt­kiem był śmier­cio­no­śny deszcz, który spadł z Odpry­sku Księ­życa. Ogień i ból, utrata oka, poca­łu­nek, który nazna­czył ohydną bli­zną jego młodą, uwa­żaną za przy­stojną twarz.

Potem wyru­szył na pół­nocną rów­ninę po przy­boczną Lorn i wdał się w potyczkę z Bar­gha­stami z klanu Ilgres. Po powro­cie do Pale cze­kały go dal­sze kło­poty. Lorn wzięła go w cugle, zmu­sza­jąc do ponow­nego pod­ję­cia się roli kuriera Szponu.

Kuriera? Mówmy szcze­rze, Toc, zwłasz­cza ze sobą samym. Byłeś szpic­lem. Ale prze­cią­gnięto cię na drugą stronę. Sta­łeś się zwia­dowcą w Zastę­pie Jed­no­rę­kiego. Dopóki nie zja­wiła się przy­boczna, nie byłeś nikim wię­cej.

W Pale miał poważne trud­no­ści. Naj­pierw Tat­ter­sail, a potem kapi­tan Paran. Ucieczka i pogoń.

- Ale się naro­biło - mruk­nął.

Loczek przy­go­to­wał na niego zasadzkę i cisnął go jak muchę do jakiejś nie­przy­ja­znej groty. Tam chyba zmi­trę­ży­łem tro­chę czasu. Niech mnie Kap­tur, pora zacząć myśleć jak żoł­nierz. Zorien­tuj się w sytu­acji. Nic nie rób pochop­nie. Zasta­nów się, jak prze­trwać w tym nie­zwy­kłym, nie­przy­chyl­nym miej­scu...

Ponow­nie ruszył w stronę cen­tral­nego kur­hanu. Choć jego zbo­cza były łagodne, przy­naj­mniej trzy­krot­nie prze­wyż­szał wyso­ko­ścią czło­wieka. Wdra­pu­jąc się na szczyt, Toc roz­ka­słał się jesz­cze bar­dziej.

Jego wysiłki oka­zały się jed­nak opła­calne. Znaj­do­wał się w samym cen­trum pier­ście­nia zło­żo­nego z mniej­szych gro­bow­ców. Na wprost przed nim, trzy­sta kro­ków za gra­nicą kręgu, pię­trzyły się ska­li­ste wzgó­rza, nie­mal cał­ko­wi­cie zasło­nięte przez mgłę. Bli­żej, po lewej, widział ruiny kamien­nej wieży. Niebo za nią lśniło barwą nie­zdro­wej czer­wieni.

Toc zer­k­nął na słońce. Kiedy się ock­nął, zale­d­wie trzy czwarte jego kręgu wysta­wało ponad hory­zont, teraz zaś wisiało pio­nowo nad nim. Mógł się zorien­to­wać w stro­nach świata. Wzgó­rze leżało na pół­nocny zachód od niego, a wieża kilka rum­bów na pół­noc od kie­runku zachod­niego.

Jego wzrok ponow­nie przy­cią­gnęła czer­wona pręga widoczna na nie­bie. Tak jest, pul­so­wała ona z regu­lar­no­ścią serca. Podra­pał się po bliź­nie zamy­ka­ją­cej mu lewy oczo­dół i skrzy­wił się wście­kle, gdy jego umysł wypeł­niła gama kolo­rów.

To z całą pew­no­ścią czary. Bogo­wie, coraz bar­dziej nie­na­wi­dzę cza­rów.

Po chwili jego uwagę przy­cią­gnęło coś, co znaj­do­wało się bli­żej. Pół­nocne zbo­cze cen­tral­nego kur­hanu szpe­cił głę­boki dół o nie­rów­nych, lśnią­cych brze­gach. U pod­stawy widać było osy­pi­sko ocio­sa­nych kamieni, wciąż jesz­cze pokry­tych pla­mami czer­wo­nej farby. Powoli dotarło do niego, że kra­ter nie jest dzie­łem rabu­siów. Coś wyrwało się prze­mocą z gro­bowca.

Wygląda na to, że w tym miej­scu nawet zmarli nie śpią wiecz­nie. Zadrżał z nagłego nie­po­koju, po czym wzru­szył ramio­nami z cichym prze­kleń­stwem na ustach. Widzia­łeś gor­sze rze­czy, żoł­nie­rzu. Pamię­tasz tego T'lan Imassa, który współ­pra­co­wał z przy­boczną? Cho­dząca, lako­niczna mumia, Beru, broń nas wszyst­kich. Zapad­nięte oczo­doły bez naj­mniej­szego bły­sku lito­ści. Ten stwór nadział Bar­gha­sta na swój miecz, jak Rhi­vij­czyk rów­nin­nego dzika.

Choć nie spusz­czał spoj­rze­nia z kra­teru, jego myśli wypeł­niły wspo­mnie­nia o przy­bocz­nej i towa­rzy­szą­cym jej mar­twiaku. Oni rów­nież chcieli uwol­nić podobną istotę, która nie zaznała spo­czynku, wypu­ścić na swo­bodę dziką, okrutną moc. Zadał sobie pyta­nie, czy im się powio­dło. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że wię­zień gro­bowca, na któ­rym teraz stał, miał bar­dzo trudne zada­nie: zaklę­cia zabez­pie­cza­jące, lite mury oraz wiele sążni zbi­tego, tłu­czo­nego szkła.

No cóż, bio­rąc pod uwagę alter­na­tywę, zapewne rów­nież wyka­zał­bym się podobną despe­ra­cją i deter­mi­na­cją. Cie­kawe, ile czasu to trwało? I jak strasz­li­wie wypa­czony był jego umysł, gdy już się uwol­nił?

Zadrżał, co spro­wa­dziło nań kolejny atak kaszlu. Na świe­cie roiło się od tajem­nic, lecz tylko nie­liczne z nich były przy­jemne.

Zszedł na dół, omi­ja­jąc kra­ter, i ruszył w stronę ruin wieży. Wąt­pił, by miesz­ka­niec gro­bowca zatrzy­mał się dłu­żej w oko­licy. Na jego miej­scu chciałby stąd zwiać jak naj­szyb­ciej. Nie spo­sób było okre­ślić, ile czasu minęło od chwili ucieczki istoty, lecz instynkt pod­po­wia­dał Tocowi, że upły­nęły lata, być może nawet dzie­się­cio­le­cia. O dziwo, nie czuł stra­chu, choć oko­lica była nie­przy­ja­zna, a pod zie­mią kryły się tu liczne tajem­nice. Wyda­wało się, że groza opu­ściła to miej­sce już dawno temu.

W odle­gło­ści czter­dzie­stu kro­ków od wieży omal nie potknął się o trupa. Pra­wie cał­ko­wi­cie pokry­wała go cienka war­stewka pyłu, który zawisł w powie­trzu gęstą chmurą, wzbity przez kroki Toca. Mala­zań­czyk zaklął szpet­nie, wyplu­wa­jąc kurz.

Prze­sło­nięte przez poły­skliwy obłok szczątki były ludz­kie, choć zmarły miał przy­sa­dzi­stą budowę i grube kości. Wyschnięte ścię­gna przy­brały ciem­no­brą­zową barwę, a okry­wa­jące go futra oraz skóry zbu­twiały i pozo­stały z nich jedy­nie wąskie strzępy. Głowę osła­niał hełm wyko­nany z czaszki jakie­goś roga­tego zwie­rzę­cia. Jeden róg uła­mał się, kie­dyś, w zamierz­chłych cza­sach. Obok spo­czy­wał pokryty pyłem dwu­ręczny miecz.

Jeśli już mowa o czaszce Kap­tura...

Toc Młod­szy przyj­rzał się postaci.

- Co tu wła­ści­wie robisz? - zapy­tał.

- Cze­kam - wyja­śnił T'lan Imass ostrym, ochry­płym gło­sem.

Toc przy­po­mniał sobie imię wojow­nika-mar­twiaka.

- Onos T'oolan - stwier­dził zado­wo­lony z sie­bie. - Z klanu Tarad...

- Teraz nazy­wam się Tool. Jestem bez­kla­nowy. Wolny.

Wolny? A co wła­ści­wie zamie­rzasz zro­bić z tą wol­no­ścią, ty worku kości? Będziesz sobie leżał na pust­ko­wiu?

- Co się stało z przy­boczną? I co wła­ści­wie nas spo­tkało?

- Nic dobrego.

- Na które pyta­nie mi odpo­wie­dzia­łeś, Tool?

- Na oba.

Toc zazgrzy­tał zębami, opie­ra­jąc się poku­sie kop­nię­cia T'lan Imassa.

- Czy mógł­byś wyra­żać się jaśniej?

- Być może.

- Słu­cham.

- Przy­boczna Lorn zgi­nęła przed dwoma mie­sią­cami w Daru­dży­sta­nie, a my znaj­du­jemy się w sta­ro­żyt­nym miej­scu zwa­nym Morn, które leży sześć­set mil na połu­dnie od mia­sta. Nie­dawno minęło połu­dnie.

- Nie­dawno minęło połu­dnie. Dzięki ci za to, że raczy­łeś mnie oświe­cić.

Nie spra­wiała mu przy­jem­no­ści kon­wer­sa­cja z istotą, która ist­niała już na tym świe­cie od setek tysięcy lat. Ten nie­po­kój skła­niał go do sar­ka­zmu, co mogło oka­zać się nie­bez­pieczne.

Bądź poważny, idioto. Ten krze­mienny miecz nie jest tylko na pokaz.

- Udało się wam uwol­nić jaghuc­kiego tyrana?

- Na krótką chwilę. Impe­rialny plan pod­boju Daru­dży­stanu spa­lił na panewce.

Toc skrzy­żo­wał ręce na piersi i łyp­nął spode łba na T'lan Imassa.

- Powie­dzia­łeś, że cze­kasz. A na co?

- Przez pewien czas jej nie było, ale teraz wraca.

- Kto?

- Kobieta, która zamiesz­kała w wieży, żoł­nie­rzu.

- Czy mógł­byś przy­naj­mniej wstać, kiedy ze mną roz­ma­wiasz?

Zanim ule­gnę poku­sie.

T'lan Imass pod­niósł się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem. Z potęż­nej postaci posy­pały się kaskady pyłu. Gdy spoj­rzał na Toca, w głębi jego oczo­do­łów poja­wił się prze­lotny błysk. Potem Tool odwró­cił się i pod­niósł miecz.

Bogo­wie, lepiej by było, gdy­bym pozwo­lił mu leżeć. Skóra jak wygar­bo­wana, napięte mię­śnie i masywne kości... a wszystko to poru­sza się jak coś żywego. Och, cesarz był nimi zachwy­cony. Armia, któ­rej nie trzeba kar­mić, która nie wymaga trans­portu, która pój­dzie wszę­dzie i zrobi pra­wie wszystko. A do tego żad­nych dezer­cji, pomi­ja­jąc tego, który stoi teraz przede mną. Zresztą, jak można by uka­rać T'lan Imassa za dezer­cję?

Wpa­try­wali się w sie­bie przez dłuż­szą chwilę.

- Potrzebna mi woda - oznaj­mił wresz­cie Toc. - I coś do jedze­nia. Muszę też zna­leźć gdzieś tro­chę strzał. I cię­ciwę. - Zdjął hełm. Skó­rzany cze­piec, który miał pod nim, do cna prze­siąk­nął potem. - Czy nie mogli­by­śmy zacze­kać w wieży? Mózg mi się lasuje od tego upału.

Dla­czego wła­ści­wie sądzę, że zechcesz mi pomóc, Tool?

- Brzeg jest tysiąc kro­ków na połu­dniowy zachód stąd - odpo­wie­dział mar­twiak. - Da się zna­leźć tam żyw­ność i odmianę trawy mor­skiej, która może posłu­żyć jako cię­ciwa, dopóki nie zdo­bę­dziemy jakichś jelit. Nie­stety nie czuję zapa­chu świe­żej wody. Być może miesz­kanka wieży okaże się szczo­dra, choć jeśli po powro­cie zasta­nie cię w jej wnę­trzu, nie jest to zbyt praw­do­po­dobne. Strzały można zro­bić. Nie­da­leko stąd są słone mokra­dła, na któ­rych znaj­dziemy kościo­trz­cinę. Zasta­wimy pułapki na mor­skie ptaki i w ten spo­sób zdo­bę­dziemy pióra. Groty... - Toc rozej­rzał się po obsy­dia­no­wej rów­ni­nie. - Nie prze­wi­duję trud­no­ści ze zdo­by­ciem mate­riału.

A więc jed­nak mi pomo­żesz. Dzięki za to Kap­tu­rowi.

- Mam nadzieję, że potra­fisz łupać kamień i pleść mor­ską trawę, T'lan Imas­sie, nie wspo­mi­na­jąc już o pro­du­ko­wa­niu drzewc z kościo­trz­ciny, cokol­wiek może to być, bo ja z pew­no­ścią tego nie umiem. Kiedy potrze­buję strzał, skła­dam zamó­wie­nie, a gdy je dostaję, mają żela­zne groty i są zupeł­nie pro­ste.

- Nie utra­ci­łem tych umie­jęt­no­ści, żoł­nie­rzu...

- Przy­boczna nie przed­sta­wiła nas sobie, jak należy. Nazy­wam się Toc Młod­szy i nie jestem żoł­nie­rzem, ale zwia­dowcą...

- Pra­co­wa­łeś dla Szponu.

- Ale nie szko­lono mnie na skry­to­bójcę ani maga, a poza tym porzu­ci­łem już tę rolę. Pra­gnę jedy­nie wró­cić do Zastępu Jed­no­rę­kiego.

- Czeka cię długa droga.

- Na to wygląda. Dla­tego, im prę­dzej zacznę, tym lepiej. Powiedz mi, jak daleko cią­gnie się to szklane pust­ko­wie?

- Ponad dwa­dzie­ścia mil. Za nim znaj­dziesz Rów­ninę Lama­tath. Kiedy już tam dotrzesz, rusz w kie­runku pół­noc, pół­nocny wschód...

- I dokąd wtedy tra­fię? Do Daru­dży­stanu? Czy Dujek oblega mia­sto?

- Nie. - T'lan Imass odwró­cił głowę. - To ona.

Toc powiódł wzro­kiem za jego spoj­rze­niem. Z połu­dnia nad­cią­gały trzy posta­cie, które zbli­żały się już do gra­nicy pier­ście­nia kur­ha­nów. Tylko jedna z nich poru­szała się na dwóch nogach. Kobieta była wysoka i szczu­pła, odziana w białą, powłó­czy­stą telabę, jak szlach­cianki z Sied­miu Miast. Jej czarne włosy były dłu­gie i pro­ste. U obu boków nie­zna­jo­mej bie­gły dwa psy. Ten z lewej był wielki jak gór­ski kucyk, kudłaty i podobny do wilka, nato­miast drugi krót­ko­włosy, ciem­no­brą­zowy i musku­larny.

Tool i Toc stali na otwar­tej prze­strzeni, kobieta nie mogła ich więc nie zauwa­żyć, lecz mimo to cała trójka nie zmie­niła tempa. Gdy dzie­ląca ich odle­głość zmniej­szyła się do kil­ku­na­stu kro­ków, wil­ko­po­dobny pies pod­biegł do T'lan Imassa, mer­da­jąc ogo­nem.

Toc podra­pał się po szczęce, spo­glą­da­jąc na tę scenę.

- To twój stary przy­ja­ciel, Tool? A może chciałby, żebyś mu rzu­cił jedną ze swych kości?

Mar­twiak przez długą chwilę przy­pa­try­wał mu się w mil­cze­niu.

- To był żart - wyja­śnił Toc, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Czy raczej jego marna imi­ta­cja. Nie wie­dzia­łem, że T'lan Imas­so­wie się obra­żają.

Czy raczej mam nadzieję, że nie. Bogo­wie, ta moja nie­wy­pa­rzona gęba...

- Zasta­na­wia­łem się nad tym - oznaj­mił z namy­słem Tool. - To zwie­rzę to ay i w związku z tym nie inte­re­sują go kości. Ay wolą mięso, jesz­cze cie­płe, jeśli to tylko moż­liwe.

Toc stęk­nął gło­śno.

- Rozu­miem.

- To był żart - dodał Tool po dłuż­szej chwili.

- Oczy­wi­ście.

Och, może nie będzie tak źle. Nie­spo­dzian­kom ni­gdy nie ma końca.

T'lan Imass wycią­gnął rękę i oparł czubki kości­stych pal­ców na sze­ro­kim łbie ay. Zwie­rzę znie­ru­cho­miało.

- Stary przy­ja­ciel? Tak, nasze ple­miona adop­to­wały podobne stwo­rze­nia, by uchro­nić je przed śmier­cią gło­dową. Rozu­miesz, to my dopro­wa­dzi­li­śmy do tej sytu­acji.

- Dopro­wa­dzi­li­ście? Przez wynisz­cza­jące polo­wa­nia? Sądzi­łem, że wasz lud żył w jed­no­ści z naturą. Wszyst­kie te duchy i bła­galne rytu­ały...

- Tocu Młod­szy, drwisz ze mnie czy z wła­snej igno­ran­cji? - prze­rwał mu Tool. - Nawet poro­sty w tun­drze nie znają pokoju. Wszystko jest walką, wszystko jest wojną o domi­na­cję. Poko­nani zni­kają bez śladu.

- I chcesz powie­dzieć, że niczym się nie róż­nimy...

- Róż­nimy się, żoł­nie­rzu. Posia­damy przy­wi­lej wyboru. Dar prze­wi­dy­wa­nia. Acz­kol­wiek czę­sto uzna­jemy tę odpo­wie­dzial­ność dopiero wtedy, gdy jest już za poźno...

T'lan Imass prze­chy­lił głowę, przy­glą­da­jąc się ay i - jak się zda­wało - rów­nież wła­snej, szkie­le­to­wa­tej dłoni spo­czy­wa­ją­cej na gło­wie zwie­rzę­cia.

- Baal­jagg czeka na twe roz­kazy, mój drogi wojow­niku-mar­twiaku - oznaj­miła melo­dyj­nym gło­sem kobieta, która zdą­żyła już do nich podejść. - Garath, dołącz do sio­stry i przy­wi­taj naszego zmu­mi­fi­ko­wa­nego gościa. - Spoj­rzała w oczy Toca i uśmiech­nęła się. - Garath mógłby oczy­wi­ście uznać, że two­jego przy­ja­ciela powinno się pocho­wać. Czyż to nie byłoby zabawne?

- Przez krótką chwilę - zgo­dził się Toc. - Mówisz w języku daru, a masz na sobie telabę z Sied­miu Miast...

Unio­sła brwi.

- Naprawdę? Och, wszystko mi się pomie­szało! Ale, żoł­nie­rzu, ty rów­nież mówisz w języku daru, a pocho­dzisz z impe­rium tej peł­nej zaha­mo­wań kobiety... Jak tam ona się zwie?

- Cesa­rzowa Laseen. Impe­rium Mala­zań­skie.

A skąd o tym wiesz? Nie mam na sobie mun­duru...

- W rze­czy samej - odparła z uśmie­chem.

- Jestem Toc Młod­szy, a T'lan Imass nazywa się Tool.

- Aha. Ojej, ależ tu gorąco. Skryjmy się w tej jaghuc­kiej wieży. Garath, prze­stań obwą­chi­wać T'lan Imassa i obudź służbę.

Toc śle­dził wzro­kiem potężne psi­sko, które potruch­tało w stronę wieży. Zauwa­żył teraz, że wej­ście do budynku wie­dzie przez bal­kon. Zapewne znaj­do­wał się on na pierw­szym pię­trze. Był to kolejny fakt, suge­ru­jący, że war­stwa tłu­czo­nego szkła jest tu bar­dzo gruba.

- Nie wydaje się, żeby nada­wała się do zamiesz­ka­nia - zauwa­żył.

- Pozory mylą - wyszep­tała kobieta, raz jesz­cze uśmie­cha­jąc się do niego osza­ła­mia­jąco.

- Jak masz na imię? - zapy­tał Toc, gdy ruszyli w stronę wieży.

- To pani Zawiść - wyja­śnił Tool. - Córka Dra­co­nusa, tego, który wykuł miecz Dra­gni­pur i następ­nie został zabity tymże samym mie­czem przez jego obec­nego wła­ści­ciela Ano­man­dera Rake'a, władcę Odpry­sku Księ­życa. Powia­dają, że Dra­co­nus miał dwie córki, któ­rym nadał imiona Zawiść i Zło­śli­wość...

- Na oddech Kap­tura, chyba nie mówisz poważ­nie?

- Jemu z pew­no­ścią te imiona rów­nież wyda­wały się zabawne - zauwa­żył T'lan Imass.

- Doprawdy, zepsu­łeś mi całą zabawę. - Pani Zawiść wes­tchnęła. - Czy już się kie­dyś spo­tka­li­śmy?

- Nie. Ale sły­sza­łem o tobie.

- Na to wygląda. Przy­znaję, że byłam nazbyt skromna, sądząc, że mnie nie poznasz. Osta­tecz­nie moja droga krzy­żo­wała się z drogą T'lan Imas­sów już nie raz. Przy­naj­mniej dwa.

Tool prze­szył ją pozba­wio­nym głębi spoj­rze­niem.

- Wiem, kim jesteś, ale nie potra­fię roz­wią­zać tajem­nicy twego pobytu w Morn, jeśli posta­no­wisz być skryta, pani. Chcę się dowie­dzieć, czego tu szu­kasz.

- A cze­góż mia­ła­bym szu­kać? - odpo­wie­działa drwiąco.

Gdy zbli­żyli się do wej­ścia do wieży, poja­wiła się tam odziana w utwar­dzane skóry, zama­sko­wana postać. Toc sta­nął jak wryty.

- To Segu­leh! - Spoj­rzał na panią Zawiść. - Twój sługa to Segu­leh!

- Czy tak wła­śnie się nazy­wają? - Zmarsz­czyła czoło. - Ta nazwa wydaje mi się zna­joma, choć nie potra­fię sobie przy­po­mnieć jej kon­tek­stu. No cóż, udało mi się poznać ich imiona, lecz poza tym wiem o nich nie­wiele. Prze­cho­dzili tędy i aku­rat mnie zauwa­żyli. Ten tutaj, który nazywa się Senu, i jesz­cze dwóch. Doszli do wnio­sku, że zabi­cie mnie uroz­ma­ici ich mono­tonną podróż. - Wes­tchnęła. - Nie­stety, teraz muszą mi słu­żyć. - Spoj­rzała na Segu­leh. - Senu, czy twoi bra­cia obu­dzili się już do końca?

Niski, gibki męż­czy­zna prze­chy­lił głowę. Jego ciemne, spo­glą­da­jące zza zdob­nej maski oczy niczego nie wyra­żały.

- Jak rozu­miem, ten gest wyraża potwier­dze­nie - wyja­śniła Tocowi pani Zawiść. - Prze­ko­na­łam się, że oni nie są zbyt roz­mowni.

Toc potrzą­snął głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z bliź­nia­czych pała­szy wiszą­cych pod pachami Segu­leh.

- Czy tylko on roz­ma­wia z tobą bez­po­śred­nio, pani?

- Skoro o to pytasz... Czy to ma jakieś zna­cze­nie?

- To zna­czy, że zaj­muje naj­niż­sze miej­sce w hie­rar­chii. Roz­mowa z nie-Segu­leh byłaby poni­żej god­no­ści dwóch pozo­sta­łych.

- Cóż za zaro­zu­mial­stwo!

Zwia­dowca wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Ni­gdy nie widzia­łem żad­nego z nich, ale mnó­stwo o nich sły­sza­łem. Ich ojczy­zną jest wyspa poło­żona na połu­dnie stąd. Ponoć są bar­dzo skryci i nie lubią podró­żo­wać. Ich sława dotarła jed­nak daleko na pół­noc, nawet do Nathi­logu.

I niech mnie Kap­tur porwie, cóż to za sława.

- Hmm, wyczu­łam w nich pewną aro­gan­cję, która oka­zała się zabawna. Zapro­wadź nas do środka, drogi Senu.

Segu­leh nawet nie drgnął. Odszu­kał wzro­kiem Toola i nie spusz­czał z niego oczu.

Ay nastro­szyła sierść i usu­nęła się na bok, by zro­bić miej­sce.

- Senu? - ode­zwała się pani Zawiść ze słodką jak miód uprzej­mo­ścią.

- Wydaje mi się, że rzuca Toolowi wyzwa­nie - wyszep­tał Toc.

- To śmieszne! Czemu miałby to robić?

- Dla Segu­leh hie­rar­chia jest wszyst­kim. Jeśli nie ma jasno­ści, kto stoi wyżej, konieczne jest wyzwa­nie. Nie zwy­kli mar­no­wać czasu.

Pani Zawiść łyp­nęła groź­nie na Senu.

- Zacho­wuj się, młody czło­wieku!

Ski­nęła dło­nią, naka­zu­jąc mu wejść do środka.

Senu wzdry­gnął się wyraź­nie na ten gest.

Toc poczuł w bliź­nie gwał­towne swę­dze­nie. Podra­pał się ener­gicz­nie, prze­kli­na­jąc pod nosem.

Segu­leh wyco­fał się do nie­wiel­kiej izby. Po krót­kim waha­niu odwró­cił się i popro­wa­dził gości ku drzwiom na jej dru­gim końcu. Łuko­waty kory­tarz zawiódł ich do cen­tral­nej kom­naty, ze środka któ­rej pro­wa­dziły w górę cia­sne, kręte schody. Na ścia­nach z szorst­kiego pumeksu nie było żad­nych ozdób. Na końcu pomiesz­cze­nia znaj­do­wały się trzy sar­ko­fagi z wapie­nia. Ich pokrywy stały oparte o pobli­ską ścianę, usta­wione w rów­nym sze­regu. Obok nich sie­dział pies, któ­rego pani Zawiść wysłała przo­dem. Przy wej­ściu usta­wiono okrą­gły, drew­niany stół zasta­wiony świe­żymi owo­cami, mię­sem, serem i chle­bem. Był tam rów­nież gli­niany dzban z dziob­kiem oraz kom­plet kie­li­chów.

Obaj towa­rzy­sze Senu stali bez ruchu przy stole, jakby kazano im go strzec i byli gotowi oddać życie w jego obro­nie. Wzro­stem, budową ciała i uzbro­je­niem nie odbie­gali od niego. Jedy­nym, co ich od sie­bie róż­niło, były maski. Na ema­lio­wa­nej osło­nie twa­rzy Senu było pełno ciem­nych linii, drugi Segu­leh miał ich nieco mniej, lecz na trze­ciej masce wid­niały tylko dwie kre­ski, po jed­nej na obu lśnią­cych, bia­łych policz­kach. Spo­glą­da­jące zza jej szcze­lin oczy przy­po­mi­nały okru­chy obsy­dianu.

Nazna­czony dwiema kre­skami Segu­leh zesztyw­niał na widok T'lan Imassa i postą­pił krok naprzód.

- Och, doprawdy! - wysy­czała pani Zawiść. - Zabra­niam jakich­kol­wiek wyzwań! Jeśli jesz­cze raz zoba­czę taki non­sens, stracę cier­pli­wość...

Wszy­scy trzej Segu­leh cof­nęli się trwoż­nie o krok.

- Tak jest lepiej - pochwa­liła ich kobieta. Zwró­ciła się w stronę Toca. - Zaspo­kój swe potrzeby, młody czło­wieku. W dzba­nie jest białe sal­to­ań­skie, odpo­wied­nio wychło­dzone.

Toc nie był w sta­nie ode­rwać wzroku od Segu­leh w nazna­czo­nej dwoma nacię­ciami masce.

- Jeśli nie­ru­chome spoj­rze­nie ozna­cza wyzwa­nie suge­ruję, żebyś z uwagi na zacho­wa­nie pokoju, nie wspo­mi­na­jąc już o twoim życiu, skie­ro­wał wzrok gdzie indziej, Tocu Młod­szy - rze­kła cicho pani Zawiść.

Zwia­dowca chrząk­nął, nagle zanie­po­ko­jony, i odwró­cił głowę od Segu­leh.

- Masz rację, pani. Rzecz w tym, że ni­gdy nie sły­sza­łem o... mniej­sza z tym. To nie­ważne.

Pod­szedł do stołu i się­gnął po dzban.

Za jego ple­cami eks­plo­do­wał nagły ruch. Potem roz­legł się przy­pra­wia­jący o mdło­ści łoskot ude­rza­ją­cego o ścianę ciała. Toc odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i zoba­czył Toola, który stał z unie­sio­nym mie­czem, spo­glą­da­jąc na dwóch pozo­sta­łych Segu­leh. Senu leżał dzie­sięć kro­ków od niego, nie­przy­tomny albo mar­twy. Oba mie­cze miał do połowy wycią­gnięte z pochew.

Sto­jąca obok Toola ay imie­niem Baal­jagg przy­glą­dała się ciału, macha­jąc ogo­nem.

Pani Zawiść prze­szyła lodo­wa­tym spoj­rze­niem obu Segu­leh.

- Ponie­waż moje roz­kazy oka­zały się nie­wy­star­cza­jące, pozo­sta­wię przy­szłe star­cia w gestii T'lan Imassa, który dowiódł, że potrafi sobie pora­dzić. - Zwró­ciła się do Toola: - Czy Senu nie żyje?

- Żyje. Ude­rzy­łem go pła­zem, pani, ponie­waż nie chcia­łem zabić jed­nego z two­ich sług.

- To wielka deli­kat­ność z twej strony, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści.

Toc zaci­snął drżącą dłoń na uchwy­cie dzbana.

- Czy tobie też mam nalać, pani Zawi­ści?

Zer­k­nęła na niego, uno­sząc brew.

- Zna­ko­mity pomysł, Tocu Młod­szy - odparła z uśmie­chem. - Wygląda na to, że to nam dwojgu przy­pada w udziale usta­no­wie­nie stan­dar­dów uprzej­mego zacho­wa­nia.

- Czego się dowie­dzia­łaś o roz­dar­ciu? - zapy­tał ją Tool.

Zwró­ciła się ku niemu, trzy­ma­jąc w dłoni kie­lich.

- Ach widzę, że szybko prze­cho­dzisz do sedna. Zamknięto je. Duszą śmier­tel­nika. Jestem pewna, że ci o tym wia­domo. Moje docie­ka­nia sku­piały się jed­nak na kwe­stii toż­sa­mo­ści samej groty. Ona nie przy­po­mina żad­nej innej. Por­tal wydaje się nie­mal... mecha­niczny.

Roz­dar­cie? To na pewno była ta czer­wona pręga. A niech to.

- Czy zba­da­łaś gro­bowce K'Chain Che'Malle, pani?

Zmarsz­czyła nos.

- Pobież­nie. Wszyst­kie są puste już od dłuż­szego czasu. Od dzie­się­cio­leci.

Tool prze­krzy­wił głowę z cichym skrzyp­nię­ciem.

- Tylko od dzie­się­cio­leci?

- Tak, to nie­przy­jemny detal. Jestem prze­ko­nana, że matrona miała poważne trud­no­ści z wydo­sta­niem się na swo­bodę, a potem potrze­bo­wała też wiele czasu na odpo­czy­nek, nim zdo­łała uwol­nić swe dzieci. Razem z potom­stwem podej­mo­wała też dal­sze próby w pokry­tym lawą mie­ście poło­żo­nym na pół­nocny zachód stąd, lecz zostały one prze­rwane, jakby ich rezul­tat oka­zał się nie­za­do­wa­la­jący. Wygląda na to, że potem opu­ścili oko­licę. - Prze­rwała na chwilę. - Pewne zna­cze­nie może mieć fakt, że to duszą matrony zatkano pier­wot­nie roz­dar­cie. Musimy przy­jąć zało­że­nie, że teraz znaj­duje się tam jakaś inna, pechowa istota.

T'lan Imass ski­nął głową.

Pod­czas ich roz­mowy Toc zajął się jedze­niem. Pochła­niał też już drugi kie­lich cierp­kiego, zim­nego wina. Próby zro­zu­mie­nia, o czym mowa, przy­pra­wiły go tylko o ból głowy. Zasta­nowi się nad tym póź­niej.

- Muszę się udać na pół­noc - powie­dział, prze­żu­wa­jąc kęs ziar­ni­stego chleba. - Pani, czy są szanse, bym otrzy­mał od cie­bie potrzebne zapasy? Był­bym twoim dłuż­ni­kiem...

Ucichł nagle, widząc błysk chci­wo­ści w jej oczach.

- Uwa­żaj, co mi ofe­ru­jesz, młody czło­wieku...

- Bez obrazy, ale czemu nazy­wasz mnie mło­dym czło­wie­kiem? Sama nie wyglą­dasz na wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat.

- To mi bar­dzo pochle­bia. Tool zdo­łał mnie ziden­ty­fi­ko­wać i przy­znaję, że zakres jego wie­dzy głę­boko mnie zanie­po­koił, widzę jed­nak, że imiona, które wymie­nił T'lan Imass, nic dla cie­bie nie zna­czą.

Toc wzru­szył ramio­nami.

- O Ano­man­de­rze Rake'u oczy­wi­ście sły­sza­łem. Nie wie­dzia­łem, że ode­brał komuś miecz, nie mam też poję­cia, kiedy się to wyda­rzyło. Przy­cho­dzi mi jed­nak na myśl, że skoro zabił twego ojca - jak to on się zwał? Dra­co­nus - możesz czuć do niego pewną, uspra­wie­dli­wioną wro­gość. Impe­rium Mala­zań­skie podziela ową nie­chęć. Mając wspól­nych nie­przy­ja­ciół...

- Siłą rze­czy jeste­śmy sojusz­ni­kami. Zało­że­nie roz­sądne, lecz, nie­stety, fał­szywe. Mimo to z chę­cią dam ci tyle żyw­no­ści i napo­jów, ile tylko zdo­łasz udźwi­gnąć. Oba­wiam się jed­nak, że nie mam żad­nej broni. W zamian za to mogę pew­nego dnia popro­sić cię o przy­sługę. Nie będzie to oczy­wi­ście nic wiel­kiego. Jakiś sto­sun­kowo bez­bo­le­sny dro­biazg. Zgoda?

Toc nagle stra­cił ape­tyt. Zer­k­nął na Toola, lecz pozba­wiona wyrazu twarz mar­twiaka w niczym mu nie pomo­gła. Mala­zań­czyk skrzy­wił się wście­kle.

- Masz mnie w ręku, pani Zawi­ści.

Uśmiech­nęła się.

A ja mia­łem nadzieję, że przej­dziemy od wymiany uprzej­mo­ści do cze­goś bar­dziej... intym­nego. Znowu to samo, Toc. Myślisz nie tym mózgiem, co trzeba.

Uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej.

Zaczer­wie­nił się i się­gnął po kubek.

- Pro­szę bar­dzo, zga­dzam się na twą pro­po­zy­cję.

- Zachwyca mnie twe opa­no­wa­nie, Tocu Młod­szy.

Omal nie zakrztu­sił się winem.

Gdy­bym nie był poca­ło­wa­nym przez miecz, jed­no­okim skur­wy­sy­nem, kusi­łoby mnie, by uznać to za flirt.

- Pani Zawi­ści, jeśli chcesz się dowie­dzieć cze­goś wię­cej o tym roz­dar­ciu, musisz się udać w inne miej­sce - ode­zwał się Tool.

Toc z zado­wo­le­niem ujrzał na twa­rzy kobiety wyraz lek­kiego szoku. Pani Zawiść spoj­rzała na T'lan Imassa.

- Doprawdy? Wygląda na to, że nie tylko ja cechuję się pewną skry­to­ścią. Mógł­byś mi to wyja­śnić?

Toc Młod­szy chrząk­nął, prze­wi­du­jąc odpo­wiedź, po czym sku­lił się nagle, gdy pani Zawiść prze­szyła go zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Być może - odparł zgod­nie z jego ocze­ki­wa­niami T'lan Imass.

Ha, wie­dzia­łem.

- Zrób to więc - zażą­dała z nutą iry­ta­cji w gło­sie.

- Podą­żam sta­ro­daw­nym tro­pem, pani Zawi­ści. Morn jest tylko jed­nym z wielu przy­stan­ków na mej dro­dze, która wie­dzie aktu­al­nie na pół­noc. Znaj­dziesz odpo­wie­dzi na inte­re­su­jące cię pyta­nia pośród tych, któ­rych ja szu­kam.

- Chcesz, bym ci towa­rzy­szyła.

- Jest mi to obo­jętne - odrzekł Tool chra­pli­wym, pozba­wio­nym into­na­cji gło­sem. - Jeśli jed­nak posta­no­wisz tu zostać, muszę cię ostrzec, że roz­dar­cie może być nie­bez­pieczne, nawet dla kogoś takiego jak ty.

Skrzy­żo­wała ramiona.

- Sądzisz, że nie jestem dosta­tecz­nie ostrożna?

- Zna­la­złaś się w śle­pej uliczce i czu­jesz się coraz bar­dziej sfru­stro­wana. Dla zachęty wspo­mnę o czymś jesz­cze. Twoi dawni towa­rzy­sze podróży zmie­rzają ku temu samemu miej­scu. Pan­nion Domin. Zarówno Ano­man­der Rake, jak i Cala­dan Brood przy­go­to­wują się do wojny prze­ciw Domin. To poważna decy­zja. Czyż nie budzi ona twej cie­ka­wo­ści?

- Nie jesteś zwy­kłym T'lan Imas­sem - oskar­żyła go.

Tool nie zare­ago­wał na ten zarzut.

- Wygląda na to, że ma cię w ręku - wtrą­cił Toc, z tru­dem hamu­jąc weso­łość.

- Uwa­żam, że imper­ty­nen­cja jest obrzy­dli­wie nie­atrak­cyjna - wark­nęła w odpo­wie­dzi. - Co się stało z twym sym­pa­tycz­nym opa­no­wa­niem, Tocu Młod­szy?

Zasko­czył go nagły impuls, który kazał mu paść jej do nóg i bła­gać o wyba­cze­nie. Zbył ten absur­dalny pomysł wzru­sze­niem ramion.

- Chyba zaszko­dziła mu uszczy­pli­wość.

Jej mina zła­god­niała, a w oczach poja­wił się wyraz przy­po­mi­na­jący spoj­rze­nie łani.

Irra­cjo­nalne pra­gnie­nie wró­ciło. Toc podra­pał się po bliź­nie i odwró­cił wzrok.

- Nie chcia­łam być uszczy­pliwa...

No jasne. A Kró­lowa Snów ma kurze nóżki.

- ...i szcze­rze cię prze­pra­szam. - Popa­trzyła z powro­tem na Toola. - Zgoda, wyru­szymy w podróż wspól­nie. To bar­dzo eks­cy­tu­jące! - Ski­nęła na słu­żą­cych jej Segu­leh. - Zaj­mij­cie się przy­go­to­wa­niami.

- Pójdę teraz po mate­riały na cię­ciwę i strzały dla cie­bie - oznaj­mił Tocowi Tool. - Wyko­nam je po dro­dze.

Zwia­dowca ski­nął głową.

- Chęt­nie popa­trzył­bym, jak to robisz, Tool - stwier­dził po chwili. - Takie umie­jęt­no­ści mogą się przy­dać...

T'lan Imass przez chwilę się zasta­na­wiał, po czym prze­krzy­wił głowę.

- Nam się przy­da­wały.

Wszy­scy odwró­cili się, sły­sząc gło­śne stęk­nię­cie leżą­cego pod ścianą Senu. Gdy Segu­leh odzy­skał świa­do­mość, ujrzał sto­jącą nad nim ay. Zwie­rzę z wyraźną przy­jem­no­ścią lizało wyma­lo­wane na masce wzory.

- Sły­sza­łem, że jako farby uży­wają mie­sza­niny węgla drzew­nego, śliny i ludz­kiej krwi - wyja­śnił typo­wym dla sie­bie bez­na­mięt­nym tonem Tool.

- To ci dopiero bru­talne prze­bu­dze­nie - mruk­nął Toc.

Zmie­rza­jąc ku drzwiom, pani Zawiść otarła się o Mala­zań­czyka i obrzu­ciła go prze­lot­nym spoj­rze­niem.

- Och, wprost nie mogę się docze­kać tej wycieczki!

To by­naj­mniej nie­przy­pad­kowe zetknię­cie obu­dziło w trze­wiach Toca gniazdo węży. Choć serce mu waliło, nie wie­dział, czy powi­nien czuć się szczę­śliwy, czy raczej prze­ra­żony.

Roz­dział drugi

Zastęp Jed­no­rę­kiego krwa­wił z nie­zli­czo­nych ran, zada­nych przez trwa­jącą bez końca kam­pa­nię, kolejne klę­ski, po któ­rych nastę­po­wały jesz­cze bar­dziej kosz­towne zwy­cię­stwa. Naj­strasz­liw­sze obra­że­nia odnio­sła jed­nak dusza armii Dujeka Jed­no­rę­kiego...

Srebrna Lisicazwia­dowca Hur­lo­chel

Ukryta pośród skał i gła­zów na stoku kapral Wyka­łaczka obser­wo­wała posu­wa­ją­cego się z tru­dem ścieżką sta­ruszka. Jego cień padał na pozy­cję zaj­mo­waną przez Nie­widkę, lecz mimo to męż­czy­zna nie zda­wał sobie sprawy z bli­sko­ści żoł­nierki. Nie­widka pod­nio­sła się bez­gło­śnie za jego ple­cami. Z jej postaci osy­pały się obłoki pyłu. Potem zaczęła gesty­ku­lo­wać, by poro­zu­mieć się z Wyka­łaczką.

Sta­ru­szek szedł dalej, niczego nie­świa­domy. Gdy zbli­żył się do Wyka­łaczki na odle­głość sze­ściu kro­ków, kapral wypro­sto­wała się. Szary płaszcz pyłu, pozo­stały po poran­nej burzy pia­sko­wej, opadł z niej kaska­dami. Wyce­lo­wała do męż­czy­zny z kuszy.

- Zatrzy­maj się, wędrow­cze - wark­nęła.

Zasko­czony sta­ru­szek zro­bił krok do tyłu. Kamień omsknął się pod jego nogą i męż­czy­zna padł z gło­śnym krzy­kiem na zie­mię. Zdą­żył się jed­nak odwró­cić, by nie wylą­do­wać na skó­rza­nym ple­caku, który dźwi­gał. Zsu­nął się jesz­cze krok w dół i zatrzy­mał pra­wie u stóp Nie­widki.

Wyka­łaczka uśmiech­nęła się i pode­szła do niego.

- Wystar­czy - stwier­dziła. - Nie wyglą­dasz groź­nie, dziadku, ale na wszelki wypa­dek infor­muję cię, że jest w cie­bie wymie­rzo­nych pięć kolej­nych kusz. Może więc powie­dział­byś mi, skąd się tu wzią­łeś, w imię Kap­tura?

Wytartą bluzę starca pokry­wały plamy kurzu i potu. Ogo­rzałe od słońca czoło miał sze­ro­kie, nato­miast twarz wąską, zwę­ża­jącą się ku nie­mal pozba­wio­nej pod­bródka szczęce. Jego krzywe zęby ster­czały na wszyst­kie strony, czy­niąc z uśmie­chu praw­dziwą paro­dię. Pod­cią­gnął chude, skryte w skó­rza­nych noga­wi­cach nogi i powoli wstał.

- Po tysiąc­kroć prze­pra­szam - wydy­szał, zer­ka­jąc przez ramię na Nie­widkę. Wzdry­gnął się, ujrzaw­szy wyraz jej oczu, i pośpiesz­nie prze­niósł wzrok z powro­tem na Wyka­łaczkę. - Sądzi­łem, że ta ścieżka jest nie­uczęsz­czana, nawet przez zło­dziei. Rozu­mie­cie, zain­we­sto­wa­łem doro­bek całego życia w to, co mam na ple­cach, i nie mogłem sobie pozwo­lić na straż­nika ani nawet na muła...

- Jak rozu­miem, jesteś kup­cem - wyce­dziła Wyka­łaczka. - A dokąd się wybie­rasz?

- Do Pale. Pocho­dzę z Daru­dży­stanu...

- To oczy­wi­ste - wark­nęła Wyka­łaczka. - Rzecz w tym, że Pale znaj­duje się obec­nie w rękach impe­rium... podob­nie jak te wzgó­rza.

- Nie wie­dzia­łem o tym... to zna­czy o wzgó­rzach. Zdaję sobie oczy­wi­ście sprawę, że Pale zna­la­zło się w mala­zań­skich obję­ciach...

Wyka­łaczka uśmiech­nęła się do Nie­widki.

- Sły­sza­łaś? W obję­ciach. Nie­złe, sta­ruszku. To praw­dziwy mat­czyny uścisk, prawda? Co masz w tym worku?

- Jestem rze­mieśl­ni­kiem - wyja­śnił męż­czy­zna, pochy­la­jąc głowę. - Hmm, rzeź­bię różne dro­bia­zgi. W kości zwy­kłej i sło­nio­wej, nefry­cie, ser­pen­ty­nie...

- Masz coś nasy­co­nego cza­rami albo czymś w tym rodzaju? - zapy­tała kapral. - Coś pobło­go­sła­wio­nego?

- Jeśli cho­dzi o pierw­sze pyta­nie, to tylko moim talen­tem. Nie jestem magiem i pra­cuję sam. Udało mi się jed­nak zdo­być kapłań­skie bło­go­sła­wień­stwo dla trzech obrę­czy z kości sło­nio­wej...

- Któ­rego boga?

- Tre­acha, Tygrysa Lata.

Wyka­łaczka uśmiech­nęła się szy­der­czo.

- On nie jest bogiem, ty dur­niu. Tre­ach to Pierw­szy Boha­ter, pół­bóg, jed­no­po­chwy­cony Ascen­dent...

- Poświę­cono w jego imie­niu nową świą­ty­nię - prze­rwał jej sta­ru­szek. - Na ulicy Bez­wło­sej Małpy, w Dziel­nicy Gadro­bij­skiej. Oso­bi­ście wyko­na­łem skó­rzaną oprawę na Księgę Modlitw i Rytu­ałów.

Wyka­łaczka zato­czyła oczyma i opu­ściła kuszę.

- No dobra, poka­zuj te obrę­cze.

Sta­ru­szek poki­wał ener­gicz­nie głową, zdjął ple­cak, posta­wił go przed sobą i roz­wią­zał jedyny rze­mień.

- Pamię­taj, że jeśli wycią­gniesz coś podej­rza­nego, w czaszkę wbije ci się tuzin beł­tów - mruk­nęła Wyka­łaczka.

- To jest ple­cak, nie moje por­tki - wyszep­tał kupiec. - A poza tym zda­wało mi się, że to miało być pięć.

Kapral skrzy­wiła się wście­kle.

- Liczba obser­wa­to­rów wzro­sła - wyja­śniła cicho Nie­widka.

- Tak jest - poparła ją pośpiesz­nie Wyka­łaczka. - Ukry­wają się tu dwie całe dru­żyny, które śle­dzą każdy twój ruch.

Sta­ru­szek z prze­sadną ostroż­no­ścią wycią­gnął z ple­caka owi­niętą sznur­kiem paczuszkę z jele­niej skóry.

- To ponoć sta­ro­żytna kość sło­niowa - wyszep­tał peł­nym naboż­nej czci tonem. - Pocho­dzi od poro­śnię­tego futrem potwora, który ongiś był ulu­bioną zwie­rzyną Tre­acha. Mar­twą bestię zna­le­ziono w zamar­z­nię­tym bło­cie dale­kiego Elin­gar­thu...

- Mniej­sza z tym - wark­nęła Wyka­łaczka. - Wycią­gaj te prze­klęte obrę­cze.

Zanie­po­ko­jony kupiec uniósł białe, kosmate brwi.

- Prze­klęte?! Nie! Ni­gdy! Sądzisz, że han­dluję przed­mio­tami, na które rzu­cono klą­twę?

- Zamknij się, to tylko takie prze­klęte powie­dze­nie. Śpiesz się, bo zmar­nu­jemy tu cały prze­klęty dzień.

Z ust Nie­widki wyrwał się jakiś dźwięk, lecz szybko uci­szyło ją zło­wro­gie spoj­rze­nie prze­ło­żo­nej.

Sta­ru­szek roz­wią­zał paczuszkę, odsła­nia­jąc trzy obrę­cze do zało­że­nia na ramię. Każdą z nich wyko­nano z jed­nego kawałka kości sło­nio­wej. Nie miały żad­nych ozdób, lecz wygła­dzono je dokład­nie, nada­jąc im bia­ławy połysk.

- Gdzie są znaki bło­go­sła­wień­stwa?

- Nie ma ich. Wszyst­kie pier­ście­nie po kolei owi­nięto w tka­ninę utkaną z wło­sów z wylinki Tre­acha na dzie­więć dni i dzie­sięć nocy...

Nie­widka prych­nęła pogar­dli­wie.

- Włosy z wylinki? - Kapral wykrzy­wiła twarz. - Cóż za nie­smaczny pomysł.

- Trzpień by tak nie uwa­żał - wyszep­tała Nie­widka.

- Trzy pier­ście­nie - zasta­na­wiała się Wyka­łaczka. - Prawa ręka, lewa ręka... I co jesz­cze? Tylko uwa­żaj na język. Nie­widka i ja to deli­katne kwia­tuszki.

- Wszyst­kie są na jedno ramię. Są lite, ale łączą się w jedną całość. Tak mówi instruk­cja bło­go­sła­wień­stwa.

- Łączą się bez widocz­nej szcze­liny? Muszę to zoba­czyć.

- Nie­stety nie mogę zade­mon­stro­wać tego czaru, gdyż działa on tylko raz, kiedy kupu­jący - albo kupu­jąca - włoży obrę­cze na rękę, którą zwykł się posłu­gi­wać w walce.

- To mi wygląda na szwin­del.

- Tak się składa, że mamy go w gar­ści - wtrą­ciła Nie­widka. - Oszu­stwo udaje się tylko wtedy, gdy można szybko się ulot­nić.

- Jak na zatło­czo­nych tar­go­wi­skach Pale. - Wyka­łaczka uśmiech­nęła się do sta­ruszka. - Ale my nie jeste­śmy na zatło­czo­nym tar­go­wi­sku, prawda? Ile?

Kupiec poru­szył się ner­wowo.

- Wybra­ły­ście moje naj­cen­niej­sze dzieło. Zamie­rza­łem je wysta­wić na licy­ta­cję...

- Ile, star­cze?

- T... trzy­sta z... zło­tych rad.

- Rad. To nowe daru­dży­stań­skie monety, zga­dza się?

- Pale przy­jęło jako stan­dard mala­zań­skie jakata - ode­zwała się Nie­widka. - Jaki jest kurs?

- Nie mam poję­cia - mruk­nęła Wyka­łaczka.

- Jeśli łaska... - wtrą­cił kupiec. - W Daru­dży­sta­nie płacą dwa i jedną trze­cią jakata za jedną radę. Pro­wi­zja w kan­to­rze wynosi przy­naj­mniej jedno jakata, czyli, mówiąc ści­śle, kurs wynosi jeden i jedną trze­cią.

Nie­widka prze­stą­piła z nogi na nogę i pochy­liła się, by lepiej się przyj­rzeć obrę­czom.

- Trzy­sta rad zapew­ni­łoby rodzi­nie wygodne życie na przy­naj­mniej parę lat...

- To wła­śnie było moim zamia­rem - zgo­dził się sta­ru­szek. - Jestem jed­nak samotny i żyję raczej skrom­nie, liczy­łem więc na cztery lub wię­cej lat, wli­cza­jąc w to mate­riały potrzebne do wyko­ny­wa­nia mojego rze­mio­sła. Jeśli dostanę mniej niż trzy­sta rad, będę zruj­no­wany.

- Serce mi krwawi. - Wyka­łaczka zer­k­nęła na Nie­widkę. - Czy ktoś zauważy ich brak?

Żoł­nierka wzru­szyła ramio­nami.

- No to przy­nieś tu trzy rulony.

- Już się robi, kapralu.

Nie­widka omi­nęła sta­ruszka i odda­liła się bez­sze­lest­nie. Po chwili znik­nęła im z oczu.

- Bła­gam - jęczał kupiec. - Nie płać­cie mi w jakata...

- Uspo­kój się - mruk­nęła Wyka­łaczka. - Oponn uśmiech­nęli się dziś do cie­bie. A teraz odsuń się od ple­caka. Mam obo­wią­zek go prze­szu­kać.

Sta­ru­szek pokło­nił się i cof­nął nieco.

- Przy­znaję, że reszta ma mniej­szą war­tość. To dość pośpiesz­nie...

- Nie zamie­rzam kupo­wać nic wię­cej - prze­rwała mu Wyka­łaczka. - To ofi­cjalne prze­szu­ka­nie.

- Rozu­miem. Czy jakieś towary zostały w Pale wyjęte spod prawa?

- Przede wszyst­kim fał­szywe jakata. Lokalna gospo­darka poważ­nie ucier­piała i daru­dży­stań­skie rady rów­nież nie są zbyt mile widziane. W tym tygo­dniu skon­fi­sko­wa­ły­śmy ich bar­dzo dużo.

Kupiec wyba­łu­szył oczy.

- Chce­cie mi zapła­cić fał­szy­wymi mone­tami?

- To kusząca myśl, ale nie. Jak już mówi­łam, Oponn ci dziś sprzy­jają. - Wyka­łaczka skoń­czyła rewi­zję, odsu­nęła się od ple­caka i wydo­była z torby, którą miała u pasa, małą woskową tabliczkę. - Muszę zapi­sać twoje imię, kup­cze. Tymi ścież­kami wędrują obec­nie głów­nie prze­myt­nicy, któ­rzy chcą unik­nąć poste­runku na rów­nin­nym trak­cie pro­wa­dzą­cym przez Wodo­dział. Wygląda na to, że jesteś jed­nym z nie­licz­nych tu uczci­wych kup­ców. Ci prze­myt­nicy uwa­żają się za spryt­nych i płacą za swój spryt dzie­się­cio­krotną cenę. Prawda wygląda tak, że łatwiej by im było się prze­mknąć pośród cha­osu panu­ją­cego na poste­runku.

- Nazy­wam się Munug.

Wyka­łaczka pod­nio­sła wzrok.

- Ty biedny skur­czy­byku.

Nie­widka wró­ciła, dźwi­ga­jąc przed sobą trzy wiel­kie rulony monet.

Kupiec wzru­szył ramio­nami z zaże­no­waną miną. Nie spusz­czał wzroku z pie­nię­dzy.

- To rady!

- Ehe - mruk­nęła Wyka­łaczka. - W rulo­nach po sto. Pew­nie naba­wisz się prze­pu­kliny, dźwi­ga­jąc je do Pale, nie wspo­mi­na­jąc o dro­dze powrot­nej. W grun­cie rze­czy w ogóle nie musisz się już tam wybie­rać, prawda?

Wbiła w niego wzrok, cho­wa­jąc tabliczkę do torby.

- Masz tro­chę racji - przy­znał Munug. Ponow­nie zawi­nął obrę­cze i wrę­czył paczuszkę Nie­widce. - Mimo to pójdę tam, by sprze­dać resztę swych dzieł. - Strze­la­jąc ner­wowo oczyma, odsło­nił krzywe zęby w ską­pym uśmieszku. - Jeśli szczę­ście Oponn na­dal pozo­sta­nie przy mnie, mogę za nie dostać dru­gie tyle.

Wyka­łaczka przy­glą­dała mu się jesz­cze przez chwilę, po czym potrzą­snęła głową.

- Chci­wość ni­gdy nie popłaca, Munug. Mogę się zało­żyć, że za mie­siąc wró­cisz tędy, mając w kie­sze­niach tylko kurz. Co ty na to? O dzie­sięć rad.

- Jeśli prze­gram, będę ci winien dzie­sięć rad.

- No cóż, może przyjmę w zamian parę dro­bia­zgów. Masz zręczne dło­nie, sta­ruszku. To widać na pierw­szy rzut oka.

- Dzię­kuję, ale z całym sza­cun­kiem odma­wiam.

Wyka­łaczka wzru­szyła ramio­nami.

- Szkoda. Został ci jesz­cze cały dzwon dnia. Pod szczy­tem urzą­dzono przy­drożny obóz. Jeśli wyka­żesz się wystar­cza­jącą deter­mi­na­cją, może ci się uda dotrzeć tam, nim zapad­nie ciem­ność.

- Spró­buję tego doko­nać.

Wsu­nął ręce w rze­mie­nie ple­caka, pod­niósł się z gło­śnym stęk­nię­ciem, ski­nął nie­pew­nie głową i ruszył naprzód.

- Stój - roz­ka­zała Wyka­łaczka.

Pod Munu­giem ugięły się kolana. Sta­ru­szek omal się nie prze­wró­cił.

- S... słu­cham? - zdo­łał wykrztu­sić.

Wyka­łaczka prze­jęła obrę­cze z rąk Nie­widki.

- Muszę je naj­pierw zało­żyć. Mówi­łeś, że łączą się bez szwów.

- Och! Tak, oczy­wi­ście. Zrób to, pro­szę.

Kapral pod­wi­nęła rękaw zaku­rzo­nej koszuli. Po wewnętrz­nej stro­nie gruba wełna miała kolor bur­gunda.

Munug wcią­gnął gło­śno powie­trze.

- Zga­dza się, jeste­śmy z Pod­pa­la­czy Mostów - potwier­dziła z uśmie­chem Wyka­łaczka. - To zdu­mie­wa­jące, co można ukryć pod kurzem, hej? - Wsu­nęła pier­ście­nie z kości sło­nio­wej na musku­larne, pokryte bli­znami ramię. Gdy zna­la­zły się mię­dzy bicep­sem a bar­kiem, roz­legł się cichy trzask. Żoł­nierka zmarsz­czyła brwi, przy­glą­da­jąc się obrę­czom, po czym syk­nęła zasko­czona. - Niech mnie szlag.

Munug uśmiech­nął się sze­rzej, a potem pokło­nił lekko.

- Czy mogę już iść?

- Możesz - odparła. Nie zwra­cała już na niego uwagi. Patrzyła tylko na lśniące obrę­cze, które obej­mo­wały jej ramię.

Nie­widka śle­dziła kupca wzro­kiem przez całą minutę, lekko marsz­cząc pobru­dzone pyłem czoło.

***

Po chwili Munug odna­lazł odga­łę­zie­nie ścieżki. Po raz przy­naj­mniej dzie­siąty obej­rzał się, by się upew­nić, że nikt go nie śle­dzi, po czym wśli­znął się mię­dzy dwa pochyłe kamie­nie, pomię­dzy któ­rymi znaj­do­wało się ukryte wej­ście.

Po kilku kro­kach mroczny kory­tarz prze­szedł w krętą ścieżkę, która bie­gła skalną szcze­liną o wyso­kich ścia­nach. Podą­ża­jący nią kupiec szybko znik­nął w cie­niu. Według jego oceny do zachodu słońca zostało nie­spełna sto ude­rzeń serca. Roz­mowa z żoł­nier­kami kosz­to­wała go sporo czasu, a jeśli spóźni się na spo­tka­nie, może się to dla niego skoń­czyć zgubą.

- Osta­tecz­nie bogo­wie nie słyną z wyro­zu­mia­ło­ści... - wyszep­tał.

Monety były cięż­kie. Serce waliło mu mocno. Nie był przy­zwy­cza­jony do podob­nego wysiłku. Był prze­cież rze­mieśl­ni­kiem. Ostat­nio nie sprzy­jało mu szczę­ście, z pew­no­ścią też osła­biły go guzy, które miał mię­dzy nogami, lecz mimo całej tej żałoby i bólu jego talent i wizja stały się jesz­cze wspa­nial­sze. "Wybra­łem cię wła­śnie dla tych skaz, Munugu. I two­ich umie­jęt­no­ści, rzecz jasna. Och tak, bar­dzo potrze­buję two­ich talen­tów...".

Bło­go­sła­wień­stwo boga z pew­no­ścią pora­dzi sobie z guzami. A gdyby nawet tak się nie stało, po powro­cie do Daru­dży­stanu trzy­sta rad pra­wie wystar­czy na opła­ce­nie usług wła­da­ją­cego Denul uzdro­wi­ciela. Osta­tecz­nie nie byłoby zbyt roz­sąd­nie liczyć wyłącz­nie na zapłatę boga. Opo­wieść o aukcji w Pale była praw­dziwa. Zawsze opła­cało się mieć inne wyj­ście, przy­go­to­wy­wać rezer­wowe plany. Choć rzeź­biar­stwo było mniej­szym z jego talen­tów, nie był tak skromny, by zaprze­czać, że jego dzieła mają wysoką war­tość. Oczy­wi­ście w porów­na­niu z jego malar­stwem to było nic. Zupeł­nie nic.

Przy­śpie­szył, igno­ru­jąc spo­wi­ja­jącą go nad­na­tu­ralną mgłę. Po dzie­się­ciu kro­kach, gdy prze­szedł przez bramę groty, tur­nie i roz­pa­dliny Wschod­niego Tah­lynu znik­nęły nagle, a mgła roz­pro­szyła się, odsła­nia­jąc pła­ską, kamie­ni­stą rów­ninę i niebo o nie­zdro­wej bar­wie. W pew­nej odle­gło­ści wzno­sił się na niej namiot z nie­wy­pra­wio­nych skór, nad któ­rym wisiał obło­czek błę­kit­nego dymu. Munug ruszył pośpiesz­nie w tamtą stronę.

Po chwili przy­cup­nął przed wej­ściem, dysząc ciężko, i podra­pał połę namiotu.

Ze środka dobiegł ury­wany kaszel.

- Wejdź, śmier­tel­niku - usły­szał chra­pliwy głos.

Munug wczoł­gał się do namiotu. Gęsty, gry­zący dym szczy­pał go w oczy, noz­drza i gar­dło, lecz po pierw­szym wde­chu jego płuca, a potem całe ciało, ogar­nęło chłodne odrę­twie­nie. Munug opu­ścił głowę, odwró­cił wzrok i zatrzy­mał się tuż za wej­ściem.

- Spóź­ni­łeś się - stwier­dził bóg, char­cząc przy każ­dym odde­chu.

- Na szlaku były żoł­nierki, panie...

- Czy to odkryły?

Rze­mieśl­nik uśmiech­nął się wpa­trzony w brudne sito­wie, które zaście­łało zie­mię w namio­cie.

- Nie. Tak jak prze­wi­dy­wa­łem, prze­szu­kały ple­cak, ale nie zro­biły mi rewi­zji oso­bi­stej.

Bóg kaszl­nął raz jesz­cze. Munug usły­szał zgrzyt prze­su­wa­nego po ziemi pie­cyka. Roz­legł się trzask pęka­ją­cych na węgiel­kach nasion i dym zgęst­niał jesz­cze.

- Pokaż mi to.

Rze­mieśl­nik się­gnął pod wytartą bluzę, wycią­gnął stam­tąd paczkę wiel­ko­ści gru­bej księgi i wydo­był z niej talię drew­nia­nych kart. Na­dal nie uno­sząc głowy, popchnął karty w stronę boga, roz­su­wa­jąc je po dro­dze.

Bóg wstrzy­mał oddech. Potem roz­legł się cichy sze­lest.

- Błędy? - zapy­tał dobie­ga­jący z mniej­szej odle­gło­ści głos.

- Są, panie. Po jed­nym na każ­dej kar­cie, tak jak roz­ka­za­łeś.

- Ach, to mnie cie­szy. Śmier­tel­niku, twój talent nie ma sobie rów­nych. Zaiste są to obrazy bólu i nie­do­sko­na­ło­ści. Udrę­czone i roz­darte cier­pie­niem. Draż­nią wzrok i spra­wiają, że serce krwawi. Co wię­cej, dostrze­gam w przed­sta­wio­nych przez cie­bie twa­rzach chro­niczną samot­ność. - W jego gło­sie poja­wiła się nuta iro­nii. - Nama­lo­wa­łeś wła­sną duszę, śmier­tel­niku.

- Nie zazna­łem wiele szczę­ścia, pa...

- I nie powi­nie­neś go ocze­ki­wać! - syk­nął bóg. - Ani w tym życiu, ani w tysiącu następ­nych, które z pew­no­ścią cię cze­kają, nim osią­gniesz zba­wie­nie, pod warun­kiem, że wycier­pisz wystar­cza­jąco wiele, by na nie zasłu­żyć!

- Modlę się o to, by moim cier­pie­niom nie było końca, panie - wymam­ro­tał Munug.

- Kła­miesz. Marzysz o wygo­dzie i zado­wo­le­niu. Masz ze sobą złoto, za które spo­dzie­wasz się je kupić. Zamie­rzasz też spro­sty­tu­ować swój talent, by osią­gnąć jesz­cze wię­cej. Nie pró­buj zaprze­czać, śmier­tel­niku. Znam twą duszę. Dostrze­gam w tych obra­zach jej pazer­ność i nie­na­sy­ce­nie. Nie oba­wiaj się, podobne emo­cje bawią mnie, gdyż nie­uchron­nie wiodą ku roz­pa­czy.

- Tak, panie.

- A teraz, Munugu z Daru­dży­stanu, twoja zapłata...

Sta­rzec krzyk­nął gło­śno, gdy guzy, które miał mię­dzy nogami, wypeł­nił ogień. Padł na brudne sito­wie cia­sno zwi­nięty z bólu.

Bóg ryk­nął strasz­li­wym śmie­chem, który szybko prze­ro­dził się w dłu­go­trwały atak roz­dzie­ra­ją­cego płuca kaszlu.

Po chwili Munug zdał sobie sprawę, że ból zanika.

- Jesteś uzdro­wiony, śmier­tel­niku. Otrzy­ma­łeś w nagrodę dodat­kowe lata bez­war­to­ścio­wego życia. Nie­stety, wszelka dosko­na­łość budzi we mnie wstręt, i to samo musi doty­czyć mych umi­ło­wa­nych dzieci.

- P... panie, nie czuję nóg!

- Oba­wiam się, że są mar­twe. To cena uzdro­wie­nia. Wygląda na to, rze­mieśl­niku, że czeka cię dłu­gie i bole­sne czoł­ga­nie się ku miej­scu, do któ­rego się wybie­rasz. Pamię­taj, dziecko, że liczy się podróż, a nie dotar­cie do celu.

Bóg ponow­nie się roze­śmiał, co dopro­wa­dziło do kolej­nego ataku kaszlu.

Munug zro­zu­miał, że naka­zano mu odejść. Odwró­cił się i wyczoł­gał na zewnątrz, wlo­kąc za sobą bez­u­ży­teczne nogi. Potem znie­ru­cho­miał, dysząc ciężko. Ból, który teraz czuł, rodził się w jego duszy. Poło­żył głowę na ple­caku, który cią­gnął ze sobą. Zla­nym potem czo­łem doty­kał twar­dych rulo­nów monet.

- Moje nagrody - wyszep­tał. - Bło­go­sła­wiony jest dotyk Upa­dłego. Pro­wadź mnie, mój dobry panie, ścież­kami roz­pa­czy, albo­wiem zasłu­guję na nie­koń­czące się dobro­dziej­stwo całego bólu świata...

Z namiotu znowu dobiegł ochry­pły śmiech Oka­le­czo­nego Boga.

- Raduj się tą chwilą, mój drogi Munugu! Dzięki dziełu twych rąk zacznie się nowa gra! Dzięki dziełu twych rąk zadrży świat!

Munug zamknął oczy.

- Moje nagrody...

***

Nie­widka wpa­try­wała się w szlak jesz­cze przez długi czas po znik­nię­ciu kupca.

- On nie był tym, na kogo wyglą­dał - mruk­nęła.

- Żaden z nich nie jest - zgo­dziła się Wyka­łaczka, pocią­ga­jąc za obrę­cze na ramie­niu. - Są cho­ler­nie cia­sne.

- Oba­wiam się, że ręka ci zgnije i odpad­nie, kapralu.

Wyka­łaczka wyba­łu­szyła oczy.

- Myślisz, że są prze­klęte?

Nie­widka wzru­szyła ramio­nami.

- Na twoim miej­scu popro­si­ła­bym Szyb­kiego Bena, żeby im się dokład­nie przyj­rzał, i to jak naj­prę­dzej.

- Na jaja Togga, jeśli coś podej­rze­wa­łaś...

- Nie powie­dzia­łam tego, kapralu. To ty się skar­ży­łaś, że są za cia­sne. Czy możesz je zdjąć?

Wyka­łaczka skrzy­wiła się.

- Nie mogę, niech cię szlag.

- Och.

Nie­widka odwró­ciła wzrok.

Wyka­łaczka miała ochotę zdrowo jej przy­ła­do­wać, lecz odkąd przy­dzie­lono je na ten poste­ru­nek, podobny pomysł przy­cho­dził jej do głowy przy­naj­mniej dzie­sięć razy dzien­nie. Po raz kolejny oparła się poku­sie.

- Trzy­sta rad za to, żeby odpa­dła mi ręka. Cudow­nie.

- Myśl pozy­tyw­nie, kapralu. Będziesz miała o czym poga­dać z Duje­kiem.

- Naprawdę cię nie­na­wi­dzę, Nie­widka.

Żoł­nierka uśmiech­nęła się blado do prze­ło­żo­nej.

- Wrzu­ci­łaś mu kamyk do ple­caka?

- Tak. Zacho­wy­wał się cho­ler­nie ner­wowo. Kiedy go przy­wo­ła­łam z powro­tem, o mało co nie zemdlał.

Nie­widka ski­nęła głową.

- Szybki Ben go wytropi i... - cią­gnęła Wyka­łaczka, pod­wi­ja­jąc rękaw.

- Chyba że pozbę­dzie się ple­caka...

Kapral chrząk­nęła.

- To, co w nim miał, guzik go obcho­dziło. Nie, naprawdę war­to­ściowy towar z pew­no­ścią scho­wał pod koszulą. Kiedy już dotrze do Pale, na pewno opo­wie o naszym spo­tka­niu. Liczba pałę­ta­ją­cych się tu prze­myt­ni­ków spad­nie gwał­tow­nie. Zapa­mię­taj moje słowa. Mogę się nawet zało­żyć o pie­nią­dze. Kiedy poszłaś po rady, pod­po­wie­dzia­łam mu też, że więk­sze szanse miałby w Wodo­dziale.

Nie­widka uśmiech­nęła się sze­rzej.

- "Chaos na skrzy­żo­wa­niu dróg", co? Tam fak­tycz­nie panuje chaos. Grupa Parana nie wie, co począć z tymi wszyst­kimi skon­fi­sko­wa­nymi towa­rami.

- Zróbmy sobie coś do jedze­nia. Moran­tho­wie na pewno jak zwy­kle będą punk­tu­alni.

Obie Pod­pa­laczki Mostów ruszyły ścieżką w górę.

***

Godzinę po zacho­dzie słońca nad­le­ciała eska­dra Czar­nych Moran­thów, która wylą­do­wała z sze­lesz­czą­cym łopo­tem skrzy­deł quor­lów w kręgu roz­sta­wio­nych przez Wyka­łaczkę i Nie­widkę lamp. Jedno ze stwo­rzeń nio­sło pasa­żera, który zesko­czył z jego grzbietu, gdy tylko sześć nóg quorla dotknęło kamie­ni­stej ziemi.

Wyka­łaczka uśmiech­nęła się do prze­kli­na­ją­cego męż­czy­zny.

- Chodź tu, Szybki.

Odwró­cił się w jej stronę.

- Do Kap­tura, co znowu wykom­bi­no­wa­łaś, kapralu?

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

- Nic takiego, cza­ro­dzieju. Dla­czego pytasz?

Chudy, ciem­no­skóry męż­czy­zna obej­rzał się jesz­cze na Czar­nych Moran­thów, po czym pod­szedł pośpiesz­nie do obu żoł­nie­rek.

- Musimy się trzy­mać pro­stych metod, niech to szlag - oznaj­mił cichym gło­sem. - Po dro­dze omal nie wypa­dłem z tego guzo­wa­tego sio­dła. Wszę­dzie kłębi się pełno grot, z każ­dego miej­sca sączy się moc... - Prze­rwał i pod­szedł bli­żej z bły­skiem w oczach. - Od cie­bie też, Wyka­łaczka...

- Czyli jed­nak są prze­klęte - mruk­nęła Nie­widka.

Kapral prze­szyła towa­rzyszkę peł­nym zło­ści spoj­rze­niem.

- Podej­rze­wa­łaś to od samego początku, prawda, Nie­widka? - wark­nęła z tak wiel­kim sar­ka­zmem, na jaki tylko mogła się zdo­być. - Ty zakła­mana...

- Zdo­by­łaś bło­go­sła­wień­stwo Ascen­dentu? - syk­nął oskar­ża­jąco Szybki Ben. - Ty idiotko! Któ­rego, Wyka­łaczka?

Prze­łknęła z wysił­kiem ślinę, czu­jąc, że nagle zaschło jej w gar­dle.

- Hmm, Tre­acha?

- Rewe­la­cyj­nie.

Kapral skrzy­wiła się.

- A co jest złego w Tre­achu? Ide­al­nie się nadaje dla żoł­nie­rzy. Tygrys Lata, Władca Bitew...

- Może pięć­set lat temu! Już przed stu­le­ciami przy­brał jed­no­po­chwy­coną postać i od tej pory nie miał ani jed­nej ludz­kiej myśli! Jest nie tylko bez­ro­zumny, ale i obłą­kany, Wyka­łaczka!

Nie­widka zachi­cho­tała.

- Z czego się śmie­jesz? - nasko­czył na nią cza­ro­dziej.

- Z niczego. Prze­pra­szam.

Wyka­łaczka pod­wi­nęła rękaw, by poka­zać pier­ście­nie.

- To one, Szybki - wyja­śniła pośpiesz­nie. - Czy mógł­byś je zdjąć?

Mag wzdry­gnął się na widok amu­le­tów z kości sło­nio­wej, po czym potrzą­snął głową.

- Gdyby to był jakiś roz­sądny, zdrowy na umy­śle Ascen­dent, może dałoby się coś uzy­skać nego­cja­cjami. Lepiej o tym zapo­mnij...

- Zapo­mnij? - Wyka­łaczka zła­pała cza­ro­dzieja za prze­ciw­desz­czową pele­rynę i potrzą­snęła nim. - Zapo­mnij? Ty nędzny robaku...

Prze­rwała nagle i wyba­łu­szyła sze­roko oczy.

Szybki Ben przyj­rzał się jej, uno­sząc brwi.

- Co ty wypra­wiasz, kapralu? - zapy­tał cicho.

- Hm, prze­pra­szam, cza­ro­dzieju. - Puściła go.

Szybki Ben popra­wił z wes­tchnie­niem pele­rynę.

- Nie­widka, zapro­wadź Moran­thów do schowka.

- Już się robi - odparła, rusza­jąc nie­śpiesz­nie ku cze­ka­ją­cym wojow­ni­kom.

- Kto je dostar­czył, kapralu?

- Obrę­cze?

- Mniej­sza o obrę­cze. Już się ich nie pozbę­dziesz. Mówię o radach z Daru­dży­stanu. Kto je dostar­czył?

- Dziwna sprawa - odpo­wie­działa ze wzru­sze­niem ramion Wyka­łaczka. - To była wielka kareta, która poja­wiła się zni­kąd. W jed­nej chwili na dro­dze nikogo nie było, a w następ­nej zoba­czy­ły­śmy wielki, zaprzę­żony w szóstkę koni pojazd. Cza­ro­dzieju, tą ścieżką nie zdoła prze­je­chać dwu­ko­łowy wóz, a co dopiero kareta. Straż­nicy byli uzbro­jeni po zęby i bar­dzo pode­ner­wo­wani. I nic w tym dziw­nego, bo w końcu wieźli dzie­sięć tysięcy rad.

- Try­galle - mruk­nął Szybki Ben. - Ci ludzie naprawdę mnie nie­po­koją... - Pokrę­cił głową. - Jesz­cze jedno. Gdzie jest ostatni znacz­nik, który komuś pod­rzu­ci­łaś?

Wyka­łaczka zmarsz­czyła brwi.

- Nie wiesz tego? To twoje kamyki, cza­ro­dzieju!

- Komu go spre­zen­to­wa­łaś?

- Pro­du­cen­towi ozdó­bek...

- Takich jak ta, którą nosisz na ramie­niu, kapralu?

- Tak się składa, że tak, ale to był jego jedyny skarb. Obej­rza­łam całą resztę. Były dobre, ale nie miały w sobie nic szcze­gól­nego.

Szybki zer­k­nął na zaku­tych w czarne zbroje Moran­thów, któ­rzy pod nad­zo­rem uśmie­cha­ją­cej się głup­ko­wato Nie­widki łado­wali na quorle zapa­ko­wane w rulony monety.

- No cóż, chyba nie zaszedł daleko. Pew­nie będę musiał go poszu­kać. To nie powinno potrwać długo...

Odda­lił się nieco od Wyka­łaczki i usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na ziemi.

Nocą szybko robiło się zimno, a od Tah­lynu dął zachodni wiatr. Gwiazdy na nie­bie sta­wały się coraz wyra­zist­sze.

Wyka­łaczka odwró­ciła się, by obser­wo­wać zała­du­nek.

- Nie­widka, upew­nij się, że mają dwa zapa­sowe sio­dła! - zawo­łała.

- Jasne - odparła żoł­nierka.

Pale nie było zbyt wiel­kim mia­stem, ale przy­naj­mniej nocą było tam cie­pło. Wyka­łaczka robiła się już za stara, żeby noc w noc spać na zim­nej, twar­dej ziemi. Po tygo­dniu ocze­ki­wa­nia na dostawy pozo­stało jej dokucz­liwe ćmie­nie w kościach. Jed­nakże dzięki hoj­nym dat­kom z Daru­dży­stanu Dujek będzie mógł wypo­sa­żyć armię, jak należy. Jeśli uśmiech­nie się do nich szczę­ście Oponn, wyma­sze­rują naj­da­lej za tydzień.

Na kolejną poca­ło­waną przez Kap­tura wojnę, jak­by­śmy nie mieli ich już pod dostat­kiem. Na kopyto Fenera, kto, czy może co, to wła­ści­wie jest Pan­nion Domin?

***

Szybki Ben opu­ścił Daru­dży­stan przed ośmioma tygo­dniami i przy­dzie­lono go do sztabu zastępcy dowódcy, Sójeczki. Jego zada­niem było dopo­mo­że­nie w kon­so­li­da­cji bun­tow­ni­czej armii Dujeka. Biu­ro­kra­cja i pomniej­sze czary har­mo­ni­zo­wały ze sobą zaska­ku­jąco dobrze. Cza­ro­dziej miał mnó­stwo roboty z nawią­za­niem sieci kon­tak­tów obej­mu­ją­cej Pale i pro­wa­dzące do mia­sta drogi. Dzie­się­ciny i myta zaspo­ka­jały finan­sowe potrzeby armii, a całość jego dzia­łań uła­twiała przej­ście od oku­pa­cji do inkor­po­ra­cji. Przy­naj­mniej na razie. Zastęp Jed­no­rę­kiego zerwał z Impe­rium Mala­zań­skim, lecz cza­ro­dziej nie prze­sta­wał się zdu­mie­wać oso­bli­wie impe­rial­nym cha­rak­te­rem zadań, które mu zle­cono.

Wyjęci spod prawa, co? No jasne, a Kap­tur śni o owiecz­kach bry­ka­ją­cych po zie­lo­nych pastwi­skach.

Dujek cze­kał. Armia Cala­dana Bro­oda zmie­rzała na połu­dnie bez zbyt­niego pośpie­chu. Dopiero wczo­raj dotarła do leżą­cej na pół­noc od Pale rów­niny. Jej serce sta­no­wili Tiste Andii oraz najem­nicy, jedno skrzy­dło Bar­gha­sto­wie z klanu Ilgres, dru­gie zaś Rhi­vij­czycy i ich wiel­kie stada bhe­de­rin.

Wojny jed­nak nie będzie. Nie tym razem.

Nie, na Otchłań. Posta­no­wi­li­śmy sta­nąć do walki z nowym nie­przy­ja­cie­lem, pod warun­kiem, że nego­cja­cje prze­bie­gną spraw­nie, co wydaje się praw­do­po­dobne, bio­rąc pod uwagę fakt, że władcy Daru­dży­stanu już z nami roz­ma­wiają. Nowy nie­przy­ja­ciel. Jakieś teo­kra­tyczne impe­rium, które pożera mia­sto za mia­stem w na pozór nie­po­wstrzy­ma­nej fali fana­tycz­nej zacie­kło­ści. Pan­nion Domin. Dla­czego mam złe prze­czu­cia? Mniej­sza z tym, pora odna­leźć ten zgu­biony znacz­nik...

Szybki Ben zamknął oczy, zwol­nił duszę z łań­cu­chów i opu­ścił ciało. Przez chwilę nie wyczu­wał nie­po­zor­nego, wygła­dzo­nego przez wodę kamyka, który nasy­cił swym szcze­gól­nym zesta­wem cza­rów, nie miał więc innego wyboru, jak wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia po spi­rali, licząc na to, że w końcu się doń zbliży.

Zna­czyło to, że musi poru­szać się na oślep, a cza­ro­dzieje naj­bar­dziej ze wszyst­kiego nie­na­wi­dzili...

Ach, mam cię!

Był zaska­ku­jąco bli­sko, jakby Szybki Ben prze­kro­czył jakąś ukrytą barierę. Zewsząd ota­czała go ciem­ność - na nie­bie nie lśniła ani jedna gwiazda - ale zie­mia pod jego sto­pami zro­biła się pła­ska.

Zga­dza się, jestem w gro­cie. Naj­gor­sze, że nie bar­dzo ją roz­po­znaję. Wydaje mi się zna­joma, ale coś tu jest nie tak.

Doj­rzał przed sobą słabą czer­wo­nawą poświatę, która biła z ziemi w tym samym miej­scu, w któ­rym znaj­do­wał się znacz­nik. Cie­pławe powie­trze prze­sy­cała słodka woń dymu. Szybki Ben był coraz bar­dziej zanie­po­ko­jony, lecz mimo to ruszył w stronę bla­sku.

Czer­wone świa­tło biło z wystrzę­pio­nego namiotu. Wej­ście zasła­niały poły z nie­wy­pra­wio­nej skóry, które zwi­sały nie­za­wią­zane. Wewnątrz cza­ro­dziej nie wyczu­wał nic.

Pod­szedł do namiotu i przy­kuc­nął. Zawa­hał się.

Cie­ka­wość jest moim naj­więk­szym prze­kleń­stwem, ale świa­do­mość posia­da­nia wady jesz­cze jej nie usuwa. Nie­stety.

Odsu­nął połę i zaj­rzał do środka.

W głębi namiotu, w odle­gło­ści nie­spełna trzech kro­ków, sie­działa sku­lona, owi­nięta w koc postać. Pochy­lała się nad pie­cy­kiem kok­so­wym, z któ­rego biły wijące się smużki dymu. Oddy­chała gło­śno i z wysił­kiem. Nie­zna­jomy wysu­nął spod koca dłoń, któ­rej wszyst­kie kości wyglą­dały na poła­mane, i ski­nął nią lekko. Spod zastę­pu­ją­cego kap­tur koca dobiegł ochry­pły głos.

- Wejdź, magu. Chyba mam coś, co należy do cie­bie.

Szybki Ben otwo­rzył swe groty. Mógł jed­no­cze­śnie uży­wać tylko sied­miu, mimo że wła­dał więk­szą ich liczbą. Popły­nęły prze­zeń fale mocy. Uczy­nił to z nie­chę­cią, gdyż odsło­nię­cie w jed­nej chwili nie­mal wszyst­kiego, co posia­dał, wypeł­niało jego uszy roz­kosz­nym szep­tem wszech­mocy, a wie­dział, że to złu­dze­nie może się oka­zać śmier­tel­nie nie­bez­pieczne.

- Zda­jesz już sobie sprawę, że musisz go odzy­skać - cią­gnęła postać w prze­rwach mię­dzy gło­śnymi odde­chami. - Gdyby ktoś taki jak ja zdo­był dostęp do twych impo­nu­ją­cych mocy, śmier­tel­niku...

- Kim jesteś? - zapy­tał cza­ro­dziej.

- Jestem zła­many. Roz­bity. Przy­kuty do tego drę­czo­nego gorączką trupa pod nami. Nie pro­si­łem o taki los. Nie zawsze zna­łem jedy­nie ból...

Szybki Ben przy­ci­snął dłoń do ziemi obok sie­bie i zba­dał ją swymi mocami. Po dłu­giej chwili wytrzesz­czył oczy, po czym zamknął je powoli.

- Zara­zi­łeś ją.

- W tym kró­le­stwie jestem jak rak - odparła postać. - I z każ­dym okre­sem świa­tła staję się coraz bar­dziej zja­dliwy. Dopóki roz­ra­stam się w jej ciele, nie jest w sta­nie się obu­dzić. - Prze­su­nął się lekko i spod brud­nego koca dobie­gło pobrzę­ki­wa­nie cięż­kiego łań­cu­cha. - Wasi bogo­wie przy­kuli mnie, śmier­tel­niku, i wydaje im się, że mają pro­blem z głowy.

- Zażą­dasz ode mnie przy­sługi w zamian za mój znacz­nik - zro­zu­miał Szybki Ben.

- Zaiste. Jeśli ja muszę cier­pieć, bogów i ich świat powinno spo­tkać to samo...

Cza­ro­dziej uwol­nił swój zestaw grot. Przez namiot prze­mknęły fale mocy. Postać odsko­czyła do tyłu z gło­śnym krzy­kiem. Koc sta­nął w pło­mie­niach, a wraz z nim dłu­gie, skłę­bione włosy istoty. Szybki Ben wpadł do namiotu w ślad za ostat­nią falą swych cza­rów. Zadał cios otwartą, zgiętą w dół dło­nią i wbił palce w oczo­doły prze­ciw­nika, ude­rza­jąc go jed­no­cze­śnie kłę­bem dłoni w czoło, aż głowa odsko­czyła do tyłu. Drugą ręką bez­błęd­nie odszu­kał kamyk, który poto­czył się mię­dzy sito­wie.

Moc jego grot zga­sła. Cza­ro­dziej prze­to­czył się, odwró­cił i rzu­cił ku wyj­ściu. Skuta łań­cu­chem postać ryk­nęła z wście­kło­ści. Szybki Ben pod­niósł się i zerwał do biegu.

Fala ude­rzyła go w plecy i oba­liła na gorącą, paru­jącą zie­mię. Mag krzy­czał i wił się z bólu. Spró­bo­wał się wyrwać, lecz czary oka­zały się zbyt potężne. Zaczęły go ścią­gać z powro­tem. Orał pazu­rami zie­mię, a gdy spoj­rzał na pozo­sta­wione przez sie­bie bruzdy, zoba­czył, że sączy się z nich ciemna krew.

Och, Pożogo, wybacz mi.

Nie­wi­dzialny, nie­ubła­gany uścisk cią­gnął go ku wej­ściu do namiotu. Od cze­ka­ją­cej wewnątrz postaci pro­mie­nio­wały głód i gniew, a także pew­ność, że wkrótce będzie mogła je zaspo­koić.

Szybki Ben był bez­radny.

- Poznasz ból, który nie ma sobie rów­nych! - ryk­nął bóg.

I nagle coś się­gnęło ku Szyb­kiemu Benowi poprzez zie­mię. Na cza­ro­dzieju zamknęła się potężna dłoń, zupeł­nie jakby olbrzy­mie dziecko wzięło w rękę lalkę. Krzy­czał, gdy ścią­gnęła go w dół, w kotłu­jącą się, bucha­jącą parą zie­mię. Usta wypeł­niła mu gorzka gleba.

Gdzieś w górze roz­legł się ryk wście­kło­ści.

Wle­czo­nego przez ciało Śpią­cej Bogini cza­ro­dzieja bole­śnie prze­szy­wały ostre kamie­nie. Bra­ko­wało mu powie­trza, a wokół jego umy­słu powoli zamy­kała się ciem­ność.

I nagle roz­ka­słał się, wyplu­wa­jąc całe gar­ści żwi­ro­wa­tego błota. Płuca wypeł­niło mu cie­płe, słod­kie powie­trze. Potarł pal­cami powieki, usu­wa­jąc z oczu pia­sek, po czym prze­to­czył się na bok. Ze wszyst­kich stron dobie­gały go nio­sące się echem jęki. Pła­ska, twarda powierzch­nia, na któ­rej leżał, falo­wała i koły­sała się powoli. Szybki Ben podźwi­gnął się na ręce i kolana. Z roz­dar­tej tkanki jego duszy sączyła się krew, a z ubra­nia zostały jedy­nie strzępy, ale żył. Pod­niósł wzrok.

I omal nie krzyk­nął.

Stała nad nim postać przy­po­mi­na­jąca nieco kształ­tem czło­wieka. Prze­ra­stała go wzro­stem co naj­mniej pięt­na­sto­krot­nie, nie­mal się­ga­jąc głową kopu­la­stego skle­pie­nia jaskini. Gdy stwór prze­su­nął się tro­chę, nie­szli­fo­wane dia­menty, któ­rymi była usiana ciemna glina jego ciała, zalśniły jasno. Wyda­wało się, że bestia igno­ruje cza­ro­dzieja, choć ten wie­dział, że to ona ura­to­wała go przed Oka­le­czo­nym Bogiem. Istota wzno­siła ręce, a jej dło­nie nik­nęły w ciem­nym, pokry­tym czer­wo­nymi pla­mami skle­pie­niu. Widać w nim było potężne, mato­wo­białe łuki roz­miesz­czone w jed­na­ko­wych odle­gło­ściach niczym nie­koń­czący się sze­reg żeber. Dło­nie istoty zaci­skały się na dwóch takich żebrach lub być może były z nimi sto­pione.

Dalej, jakieś tysiąc kro­ków za stwo­rze­niem, było widać dru­gie, podobne, które zasty­gło w iden­tycz­nej pozie.

Szybki Ben odwró­cił się i spoj­rzał w drugą stronę. Stali tam kolejni słu­dzy - wypa­trzył czte­rech, może pię­ciu - któ­rzy uno­sili ręce ku sufi­towi. Jaski­nia była w rze­czy­wi­sto­ści dłu­gim tune­lem, który zakrzy­wiał się w oddali.

Naprawdę zna­la­złem się wewnątrz Pożogi, Śpią­cej Bogini. To żywa grota. Z krwi i kości. A ci... słu­dzy...

- Jestem wam wdzięczny! - zawo­łał do sto­ją­cej nad nim istoty.

Ta pochy­liła spłasz­czoną, nie­kształtną głowę. Dia­men­towe oczy lśniły niczym spa­da­jące gwiazdy.

- Pomóż nam.

Głos był dzie­cinny i prze­po­jony roz­pa­czą.

Szybki Ben wytrzesz­czył oczy z wra­że­nia.

Mam im pomóc?

- Ona słab­nie - jęczało stwo­rze­nie. - Matka słab­nie. Umie­ramy. Pomóż nam.

- Jak?

- Pomóż nam, pro­szę.

- N... nie wiem, jak to zro­bić.

- Pomóż.

Szybki Ben pod­niósł się chwiej­nie. Zoba­czył, że gli­niane ciało top­nieje, spły­wa­jąc stru­mycz­kami po gru­bych ramio­nach giganta. Odpa­dały od niego okru­chy dia­men­tów.

Zabija ich Oka­le­czony Bóg, pomy­ślał roz­go­rącz­ko­wany cza­ro­dziej. To on zatruł ciało Pożogi.

- Sługo, dzie­cię bogini! Ile zostało czasu? Nim będzie za późno?

- Nie­wiele - odpo­wie­działa istota. - Nad­ciąga chwila. Nad­ciąga.

Wiel­kiego Bena ogar­nęła panika.

- Kiedy? Czy mógł­byś wyra­żać się dokład­niej? Muszę wie­dzieć, jakie zada­nie przede mną stoi. Posta­raj się.

- Bar­dzo nie­długo. Dzie­się­cio­le­cia. Nie wię­cej. Nad­ciąga chwila. Pomóż nam.

Cza­ro­dziej wes­tchnął. Dla takich mocy stu­le­cia naj­wy­raź­niej były zale­d­wie dniami. Mimo to oba­wiał się, że zmiaż­dży go ogrom prośby sługi. A także skala zagro­że­nia.

Co się sta­nie, jeśli Pożoga umrze? Beru, broń, nie chcę się tego dowie­dzieć. No dobra, od tej chwili to jest moja wojna.

Spoj­rzał na roz­po­ście­ra­jący się wokół błot­ni­sty grunt, zba­dał go zmy­słami i szybko odna­lazł znacz­nik.

- Sługo! Zosta­wię tu coś, żebym mógł cię znowu odszu­kać. Obie­cuję, że znajdę gdzieś pomoc i wrócę do cie­bie...

- Nie do mnie - prze­rwał mu gigant. - Ja umie­ram. Zastąpi mnie następny. Być może. - Jego ręce stały się wyraź­nie cień­sze, a dia­men­towa zbroja odpa­dła nie­mal cał­ko­wi­cie. - Ja już umie­ram.

Zaczął się ugi­nać. Czer­wona plama na skle­pie­niu się­gnęła pod­trzy­my­wa­nych przez giganta żeber. Poja­wiły się w nich szcze­liny.

- Znajdę roz­wią­za­nie - wyszep­tał Szybki Ben. - Przy­się­gam.

Ski­nął dło­nią i otwo­rzyła się grota. Nie oglą­da­jąc się, by to, co ujrzy, nie zła­mało mu serca, wszedł do środka i znik­nął.

***

Czy­jaś dłoń upo­rczy­wie szar­pała jego ramię. Szybki Ben otwo­rzył oczy.

- Niech cię szlag, magu - wysy­czała Wyka­łaczka. - Już pra­wie świt. Musimy stąd odle­cieć.

Cza­ro­dziej roz­pro­sto­wał z jękiem nogi, przy każ­dym ruchu krzy­wiąc się z bólu. Potem pozwo­lił, by żoł­nierka pomo­gła mu wstać.

- Odzy­ska­łeś go? - zapy­tała, na wpół nio­sąc go do quorla.

- Co mia­łem odzy­skać?

- Ten kamyk.

- Nie. Mamy kło­poty, Wyka­łaczka...

- My zawsze mamy kło­poty...

- Nie, mam na myśli wszyst­kich. - Zaparł się nogami i prze­szył ją wzro­kiem. - Naprawdę wszyst­kich.

Wstrzą­snęło nią to, co ujrzała w jego twa­rzy.

- Skoro tak mówisz. Ale teraz musimy już lecieć.

- Masz rację. Lepiej przy­trocz mnie pasami do sio­dła, bo nie ma mowy, żebym nie zasnął.

Gdy dotarli do quorla, Moranth sie­dzący na przed­nim chi­ty­no­wym sio­dle odwró­cił zakutą w hełm głowę i przyj­rzał się im bez słowa.

- Kró­lowo Snów - mruk­nęła Wyka­łaczka, opla­ta­jąc koń­czyny Szyb­kiego Bena skó­rzaną uprzężą. - Ni­gdy nie widzia­łam, żebyś tak się wystra­szył, cza­ro­dzieju. Byłam gotowa szczać kost­kami lodu.

To były ostat­nie słowa, które Szybki Ben zapa­mię­tał z tej nocy, zapa­mię­tał je jed­nak dokład­nie.

***

Gano­esa Parana wciąż nawie­dzały kosz­mary o tonię­ciu. Nie w wodzie, lecz w ciem­no­ści. Zdez­o­rien­to­wany i pogrą­żony w panice mio­tał się na oślep po jakimś nie­zna­nym, nie­po­zna­wal­nym miej­scu. Gdy tylko zamknął oczy, dopa­dały go zawroty głowy i gwał­towny ból brzu­cha. Czuł się tak, jakby znowu był małym chłop­cem. Jego prze­ra­żona, niczego nie­poj­mu­jąca dusza skrę­cała się z bólu.

Kapi­tan odda­lił się od usta­wio­nej w Wodo­dziale bary­kady, pod którą ostatni kupcy pró­bo­wali się jesz­cze prze­drzeć przez tłum mala­zań­skich straż­ni­ków, żoł­nie­rzy i urzęd­ni­ków. Zgod­nie z roz­ka­zem Dujeka roz­bił obóz w samym gar­dle wąwozu. Opłaty celne i prze­szu­ki­wa­nie wozów przy­nio­sły im spore łupy, choć w miarę jak wia­do­mość się roz­prze­strze­niała, zyski spa­dały. Musieli zacho­wać deli­katną rów­no­wagę: utrzy­mać cła na pozio­mie, który kupcy mogli jakoś prze­łknąć, i pozwo­lić, by część kon­tra­bandy się prze­do­sta­wała, gdyż w prze­ciw­nym razie ich uścisk oka­załby się śmier­telny i han­del mię­dzy Daru­dży­sta­nem a Pale ustałby cał­ko­wi­cie. Paran radził sobie z tym zada­niem, acz­kol­wiek z tru­dem. Był to jed­nak naj­mniej dokucz­liwy z jego kło­po­tów.

Od czasu klę­ski w Daru­dży­sta­nie uno­sił się bez­wład­nie z prą­dem. Cha­otyczne prze­gru­po­wa­nia wyję­tej spod prawa armii Dujeka rzu­cały go to tu, to tam. Odcięto mala­zań­ską kotwicę. Zała­mały się wspie­ra­jące ich struk­tury. Cię­żar, który spadł na barki kor­pusu ofi­cer­skiego, był przy­tła­cza­jący. Pra­wie dzie­sięć tysięcy żoł­nie­rzy trzeba było nagle pocie­szać jak małe dzieci.

A Paran nie potra­fił dać nikomu pocie­sze­nia. Drę­czący go nie­po­kój wzmógł się jesz­cze. Żyły wypeł­niała mu domieszka krwi bestii, a nocami nawie­dzały go nie­zwy­kłe, nie­ziem­skie wizje oraz strzępy wspo­mnień, z któ­rych tylko nie­liczne nale­żały do niego. Dnie spę­dzał pogrą­żony w mgiełce dez­orien­ta­cji. Cią­gle miał na gło­wie pro­blemy z zaopa­trze­niem i logi­styką, a nudne zagad­nie­nia zwią­zane z funk­cją dowódcy raz za razem prze­bi­jały się przez coraz bar­dziej dokucz­liwe fizyczne dole­gli­wo­ści.

Czuł się chory już od wielu tygo­dni i podej­rze­wał, że wie, skąd się to bie­rze.

To krew Ogara Cie­nia. Istoty, która umknęła do kró­le­stwa Ciem­no­ści... czy jed­nak mogę być tego pewien? Te kłę­biące się emo­cje... koja­rzą się raczej z dziec­kiem. Z dziec­kiem...

Po raz kolejny ode­pchnął od sie­bie tę myśl, choć świet­nie wie­dział, że nie­długo wróci, tak samo jak ból żołądka. Pod­niósł wzrok, zer­k­nął na sto­ją­cego na war­cie Bie­gunka i ruszył dalej w górę.

Cho­roba go zmie­niła. Wyobra­żał sobie tę zmianę jako obraz, scenę nie­zwy­kłą i wzru­sza­jącą. Czuł się tak, jakby jego dusza prze­ro­dziła się w coś god­nego poli­to­wa­nia - ubło­co­nego, brud­nego od potu szczura uwię­zio­nego pod lawiną kamieni, który wci­ska się w każdą szcze­linę, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc miej­sca, gdzie ucisk potęż­nej, chy­bo­tli­wej masy jest naj­słab­szy.

Miej­sca, w któ­rym mógł­bym ode­tchnąć.

Zewsząd ota­cza mnie ból, te ostre kamie­nie osia­dają, wciąż osia­dają, prze­strze­nie mię­dzy nimi zani­kają... ciem­ność pod­nosi się niczym woda...

Odnie­sione w Daru­dży­sta­nie triumfy wyda­wały się teraz Para­nowi czymś try­wial­nym. Ura­to­wał mia­sto, oca­lił życie Sójeczce i całej dru­ży­nie, pokrzy­żo­wał plany Laseen, lecz wszystko to obró­ciło się w jego umy­śle w popiół.

Nie był tym, kim ongiś, a nowa postać nie przy­pa­dła mu do gustu.

Ból prze­sła­niał świat mro­kiem. Wpro­wa­dzał nie­ład. Zamie­niał ludz­kie ciało i kości w miesz­ka­nie nie­zna­jo­mego, z któ­rego nie spo­sób było zna­leźć ucieczki.

Krew bestii... szep­cze o wol­no­ści. Szep­cze o dro­dze wyj­ścia, ale nie wyj­ścia z ciem­no­ści. Nie, ta droga wie­dzie w ciem­ność, tam, gdzie ucie­kły Ogary, w głąb serca prze­klę­tego mie­cza Ano­man­dera Rake'a. Tajem­nego serca Dra­gni­pura.

Omal nie zaklął gło­śno na tę myśl. Szedł powoli gór­ską ścieżką bie­gnącą grzbie­tem Wodo­działu. Zapa­dał już zmierzch. Muska­jący trawy wiatr tra­cił na sile, jego ochry­pły głos prze­cho­dził w ciche szem­ra­nie.

Szept, który sły­szał we krwi, był tylko jed­nym z wielu, a każdy z nich doma­gał się jego uwagi, każdy ofe­ro­wał sprzeczne zapro­sze­nia, inne drogi ucieczki.

Ale wszyst­kie mówią o ucieczce. Ta sku­lona ze stra­chu istota nie może myśleć o niczym innym... a cię­żary się osa­dzają... wciąż osa­dzają...

Nie­ład. Wszystko, co wokół sie­bie widzę... wydaje mi się wspo­mnie­niami kogoś innego. Trawa pora­sta­jąca niskie wzgó­rza, ska­li­ste szczyty, a kiedy słońce zacho­dzi i wiatr staje się chłod­niej­szy, pot na mojej twa­rzy schnie i nad­cho­dzi ciem­ność... ja zaś wypi­jam jej powie­trze, jakby było naj­słod­szą wodą. Bogo­wie, co to wła­ści­wie zna­czy?

Czuł cią­głą dez­orien­ta­cję.

Ucie­kłem ze świata zamknię­tego w tym mie­czu, lecz na­dal czuję na sobie jego łań­cu­chy, które wciąż się zaci­skają.

A za ich nara­sta­jącą pre­sją kryło się ocze­ki­wa­nie. Ocze­ki­wa­nie, że ule­gnie, podda się... zosta­nie... kim?

Kim mam zostać?

Bar­ghast sie­dział wśród wyso­kich, pożół­kłych traw na wzgó­rzu. Stru­mień prze­jeż­dża­ją­cych tędy codzien­nie kup­ców słabł już po obu stro­nach bary­kady, a obłoki uno­szą­cego się nad zrytą kole­inami drogą pyłu były coraz rzad­sze. Inni roz­bi­jali już obozy. Gar­dziel wąwozu prze­ro­dziła się w nie­ofi­cjalne pobo­cze. Jeśli sytu­acja się nie zmieni, pobo­cze zako­rzeni się, zmieni w przy­sió­łek, a potem w wio­skę.

Ale to się nie zda­rzy. Jeste­śmy na to zbyt ruchliwi. Dujek okre­ślił już naszą naj­bliż­szą przy­szłość i spo­wija ją pył, który zawsze towa­rzy­szy masze­ru­ją­cej armii. Co gor­sza, na mapie naszej wędrówki są szcze­liny i wygląda na to, że Pod­pa­la­cze Mostów wpadną w jedną z nich. I to w głę­boką.

Zdy­szany, drę­czony rwa­niem w mię­śniach kapi­tan Paran przy­kuc­nął obok pół­na­giego, wyta­tu­owa­nego wojow­nika.

- Od rana cho­dzisz dumny jak byk bhe­de­rin, Bie­gu­nek - zauwa­żył. - Co wykom­bi­no­wa­li­ście z Sójeczką, żoł­nie­rzu?

Bar­ghast roz­cią­gnął sze­roko swe wąskie usta w czymś, co przy­po­mi­nało uśmiech. Nie spusz­czał spoj­rze­nia ciem­nych oczu z tego, co działo się w doli­nie.

- Zimna ciem­ność się koń­czy - wark­nął.

- Gdzie się koń­czy, niech cię Kap­tur? Słońce za chwilę zaj­dzie, ty wysma­ro­wany tłusz­czem dur­niu.

- Zimna i skuta oko­wami lodu - cią­gnął Bie­gu­nek. - Ślepa na świat. Ja jestem Opo­wie­ścią, któ­rej zbyt długo już nie powta­rzano. Wkrótce to się zmieni. Jestem mie­czem, który wkrótce opu­ści pochwę. Jestem żela­zem i w świe­tle dnia ośle­pię was wszyst­kich. Ha.

Paran splu­nął na trawę.

- Mło­tek wspo­mi­nał, że nagle zro­bi­łeś się... gada­tliwy. Mówił też, że nie przy­nio­sło to nikomu nic dobrego, ponie­waż w tym samym momen­cie utra­ci­łeś tę krztynę roz­sądku, którą mia­łeś przed­tem.

Bar­ghast wal­nął się w pierś z odgło­sem głu­chym jak ude­rze­nie w bęben.

- Ja jestem Opo­wie­ścią, która nie­długo będzie opo­wie­dziana. Prze­ko­nasz się, Mala­zań­czyku. Wszy­scy się prze­ko­na­cie.

- Słońce padło ci na mózg, Bie­gu­nek. No cóż, wra­camy dziś do Pale, ale Sójeczka pew­nie już ci o tym mówił. O, Płot idzie już zmie­nić cię na war­cie. - Paran wypro­sto­wał się, skry­wa­jąc ból towa­rzy­szący gwał­tow­nemu ruchowi. - Skoń­czę swój patrol - oznaj­mił i odda­lił się cięż­kim kro­kiem.

Niech cię szlag, Sójeczka. Co wła­ści­wie uknu­li­ście razem z Duje­kiem? Pan­nion Domin... jacyś domo­ro­śli fana­tycy, warci tyle co dupa kreta. Takie rze­czy wypa­lają się same. Zawsze. Zapa­dają się w sie­bie. Wła­dzę nie­zmien­nie przej­mują gry­zi­piórki, któ­rzy zaczy­nają się spie­rać o nie­istotne szcze­góły dok­tryny. Powstają sekty. Wybu­cha wojna domowa i kolejny zwię­dły kwiat leży zdep­tany na bez­kre­snym szlaku histo­rii.

To prawda, że w tej chwili wszystko wydaje się barwne i jaskrawe. Ale kolory zawsze blakną.

Pew­nego dnia Impe­rium Mala­zań­skie rów­nież spoj­rzy w oczy swej śmier­tel­no­ści. Pew­nego dnia i nad nim zapad­nie zmierzch.

Nagle znowu dopadł go palący ból żołądka. Paran zgiął się wpół.

Nie, nie myśl o impe­rium! Nie myśl o czy­stce Laseen! Zaufaj Tavore, Gano­esie Paran. Twoja sio­stra ura­tuje ród. Pora­dzi sobie lepiej niż ty, gdy­byś był na jej miej­scu. Znacz­nie lepiej. Zaufaj sio­strze...

Ból zelżał nieco. Kapi­tan zaczerp­nął głę­boko tchu i ruszył w dół, ku skrzy­żo­wa­niu.

Tonę. Na Otchłań, tonę.

***

Płot wspiął się na szczyt, gra­mo­ląc się na czwo­ra­kach niczym skalna małpa. Krzywe nogi zanio­sły go do Bar­gha­sta. Prze­cho­dząc za ple­cami wojow­nika, pocią­gnął go mocno za splą­tany war­kocz.

- Ha - rzu­cił, sia­da­jąc obok Bie­gunka. - Uwiel­biam patrzeć, jak wyba­łu­szasz oczy, kiedy to robię.

- Sape­rze, jesteś plu­ga­stwem pokry­wa­ją­cym kamyk w stru­myku pły­ną­cym przez pole, na któ­rym pasą się chore świ­nie - ode­zwał się Bar­ghast.

- Nie­złe, cho­ciaż nieco przy­dłu­gie. Zakrę­ci­łeś kapi­ta­nowi we łbie, co?

Bie­gu­nek nie odpo­wie­dział. Wbił wzrok w odle­głe szczyty Tah­lynu.

Płot ścią­gnął z głowy nad­pa­loną skó­rzaną cza­peczkę i ener­gicz­nie podra­pał się po kilku ostat­nich kosmy­kach wło­sów. Potem przez długi czas wpa­try­wał się w towa­rzy­sza.

- Nie­źle - oce­nił wresz­cie. - Szla­chetny i tajem­ni­czy. Jestem pod wra­że­niem.

- I słusz­nie. No wiesz, taką pozę trudno jest utrzy­mać.

- Masz wro­dzony talent. Dla­czego pró­bu­jesz ogłu­pić Parana?

Bie­gu­nek uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc sze­reg spi­ło­wa­nych, zabar­wio­nych na nie­bie­sko zębów.

- To fajna zabawa. A poza tym to Sójeczka powi­nien wszystko wyja­śnić...

- Ale jak dotąd niczego nie wyja­śnił. Dujek chce, żeby­śmy wró­cili do Pale i zebrali wszystko, co zostało z Pod­pa­la­czy Mostów. Paran powi­nien być zado­wo­lony. Znowu będzie mógł dowo­dzić kom­pa­nią, a nie parą zdzie­siąt­ko­wa­nych dru­żyn. Czy Sójeczka wspo­mi­nał coś o roko­wa­niach z Bro­odem?

Bie­gu­nek ski­nął powoli głową.

Płot skrzy­wił się.

- A co powie­dział?

- Że wkrótce się odbędą.

- Och, naprawdę ci dzię­kuję. Swoją drogą, twoja warta jest ofi­cjal­nie zakoń­czona, żoł­nie­rzu. Na dole pieką dla cie­bie całego bhe­de­rin. Kaza­łem kucha­rzowi nafa­sze­ro­wać go łaj­nem, żeby ci sma­ko­wał.

Bie­gu­nek wstał.

- Pew­nego dnia mogę upiec i zjeść cie­bie, sape­rze.

- Zadła­wił­byś się kością.

Bar­ghast zmarsz­czył brwi.

- To była szczera oferta, Płot. Chcia­łem cię w ten spo­sób uho­no­ro­wać, przy­ja­cielu.

Saper przyj­rzał się uważ­nie Bie­gun­kowi, po czym wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Ty sukin­synu! Pra­wie mnie nabra­łeś!

Bie­gu­nek odwró­cił się, pocią­ga­jąc nosem.

- Pra­wie - mruk­nął. - Ha, ha.

***

Gdy Paran wró­cił pod pro­wi­zo­ryczną bary­kadę, cze­kał już tam na niego Sójeczka.

Posi­wiały wete­ran - ongiś sier­żant, a obec­nie zastępca Dujeka Jed­no­rę­kiego - przy­le­ciał z ostat­nią eska­drą Moran­thów. Towa­rzy­szył mu dawny uzdro­wi­ciel jego dru­żyny, Mło­tek. Około dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy z Dru­giej Armii skrzęt­nie łado­wało na quorle łupy z ostat­niego tygo­dnia. Paran ruszył w tamtą stronę, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki, by ukryć drę­czący go ból.

- Jak noga, dowódco? - zapy­tał.

Sójeczka wzru­szył ramio­nami.

- Wła­śnie o tym roz­ma­wia­li­śmy - wtrą­cił Mło­tek z rumień­cem na pyza­tej twa­rzy. - Nie zago­iła się dobrze. Wymaga poważ­nych zabie­gów...

- Póź­niej - wark­nął bro­daty dowódca. - Kapi­ta­nie Paran, zbierz za dwa dzwony dru­żyny. Zde­cy­do­wa­łeś już, co zro­bić z reszt­kami Dzie­wią­tej?

- Tak jest. Dołą­czą do tego, co zostało z dru­żyny sier­żanta Ner­wu­sika.

Sójeczka zmarsz­czył brwi.

- Podaj mi parę imion.

- Ner­wu­sik ma kapral Wyka­łaczkę i... chwi­leczkę... Trzpie­nia, Nie­widkę, Deto­ran. Razem z Młot­kiem, Pło­tem, Bie­gun­kiem i Szyb­kim Benem...

- Szybki Ben i Trzpień są teraz kadro­wymi magami, kapi­ta­nie. Ale, tak czy ina­czej, zostaną w two­jej dru­ży­nie. Poza tym Ner­wu­sik powi­nien być zado­wo­lony...

- Zado­wo­lony? - żach­nął się Mło­tek. - On nawet nie wie, co to słowo zna­czy.

Paran przyj­rzał się uważ­nie dowódcy.

- Jak rozu­miem, ozna­cza to, że Pod­pa­la­cze Mostów nie poma­sze­rują z resztą Zastępu.

- Nie poma­sze­rują, ale o tym poroz­ma­wiamy w Pale. - Sójeczka przez chwilę nie spusz­czał z kapi­tana spoj­rze­nia ciem­no­sza­rych oczu. Wresz­cie odwró­cił wzrok. - Zostało trzy­dzie­stu ośmiu Pod­pa­la­czy Mostów. Wła­ści­wie trudno zwać ich kom­pa­nią. Jeśli wolisz, kapi­ta­nie, możesz zre­zy­gno­wać z tego sta­no­wi­ska. Mamy kilka dobo­ro­wych kom­pa­nii pie­choty mor­skiej, w któ­rych bra­kuje ofi­ce­rów. Ci żoł­nie­rze są przy­zwy­cza­jeni do tego, że dowo­dzą nimi szla­chet­nie uro­dzeni...

Nastała cisza.

Paran odwró­cił się. Zapa­dała już noc. Wypeł­nia­jący dolinę cień wspi­nał się po sto­kach ota­cza­ją­cych ją wzgórz, a na nie­bie lśniły blado pierw­sze gwiazdy.

Chce mi powie­dzieć, że mogę obe­rwać nożem w plecy. Pod­pa­la­cze Mostów tra­dy­cyj­nie nie lubią szla­chet­nie uro­dzo­nych ofi­ce­rów.

Jesz­cze przed rokiem wypo­wie­działby te słowa na głos, prze­ko­nany, że nie­przy­jemne prawdy dobrze jest ujaw­niać.

Sądzi­łem błęd­nie, że tak wła­śnie postę­pują żoł­nie­rze... cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści jest dokład­nie na odwrót. W świe­cie peł­nym puła­pek i wil­czych dołów trzeba umieć tań­czyć na kra­wę­dzi. Tylko głupcy rzu­cają się w nie na oślep, a głupcy nie żyją długo.

W jego ciało wbiły się już kie­dyś noże, zada­jąc rany, które powinny były dopro­wa­dzić do śmierci. Pot zalał go na to wspo­mnie­nie. Podob­nej groźby nie można było po pro­stu zbyć wzru­sze­niem ramion w geście nie­świa­do­mej, mło­dzień­czej bra­wury. Paran zda­wał sobie z tego sprawę, podob­nie jak dwaj przy­glą­da­jący się mu męż­czyźni.

- Na­dal uwa­żam dowo­dze­nie Pod­pa­la­czami Mostów za zaszczyt - zaczął, wpa­tru­jąc się w poże­ra­jącą wio­dący na połu­dnie szlak ciem­ność. - Być może z cza­sem otrzy­mam szansę udo­wod­nie­nia, że jestem godny takich żoł­nie­rzy.

Sójeczka chrząk­nął.

- Jak sobie życzysz, kapi­ta­nie. Gdy­byś zmie­nił zda­nie, pro­po­zy­cja pozo­staje aktu­alna.

Paran spoj­rzał na niego.

- Przy­naj­mniej jesz­cze przez pewien czas - dodał z uśmie­chem dowódca.

Z mroku wyło­niła się wysoka, ciem­no­skóra kobieta. Jej broń i zbroja pobrzę­ki­wały cicho. Widząc, że Para­nowi towa­rzy­szy Sójeczka, zawa­hała się na moment, po czym zwró­ciła się w stronę dowódcy.

- Mel­duję, że prze­ka­za­li­śmy służbę i zbie­ramy się zgod­nie z roz­ka­zem.

- Dla­czego mówisz o tym mnie, żoł­nierko? - skar­cił ją Sójeczka. - Złóż mel­du­nek bez­po­śred­niemu prze­ło­żo­nemu.

Kobieta skrzy­wiła się i spoj­rzała na Parana.

- Mel­duję...

- Sły­sza­łem, Deto­ran. Każ Pod­pa­la­czom Mostów zwi­nąć ekwi­pu­nek i zgro­ma­dzić się na dzie­dzińcu.

- Zostało jesz­cze pół­tora dzwonu do...

- Zdaję sobie z tego sprawę, żoł­nierko.

- Tak jest. Wedle roz­kazu.

Kobieta odda­liła się nie­śpiesz­nie.

Sójeczka wes­tchnął.

- Wra­ca­jąc do tej oferty...

- Mój nauczy­ciel był Napań­czy­kiem - prze­rwał mu Paran. - Jesz­cze nie spo­tka­łem Napań­czyka, który rozu­miałby zna­cze­nie słowa "sza­cu­nek". Deto­ran nie jest wyjąt­kiem. I zdaję sobie sprawę, że nie jest rów­nież wyjąt­kiem wśród Pod­pa­la­czy Mostów.

- Ten nauczy­ciel musiał być nie­zły - mruk­nął Sójeczka.

Paran zmarsz­czył brwi.

- Słu­cham?

- Wpoił ci brak posza­no­wa­nia dla wła­dzy, kapi­ta­nie. Przed chwilą prze­rwa­łeś prze­ło­żo­nemu.

- Hm, prze­pra­szam. Cią­gle zapo­mi­nam, że nie jesteś już sier­żan­tem.

- Ja też. Dla­tego wła­śnie potrze­buję ludzi takich jak ty, żeby mi o tym przy­po­mi­nali. - Wete­ran spoj­rzał na Młotka. - Pamię­taj, co ci mówi­łem, uzdro­wi­cielu.

- Tak jest.

Sójeczka raz jesz­cze zer­k­nął na Parana.

- Z tym "pośpiesz­cie się, a potem cze­kaj­cie" to było nie­złe pocią­gnię­cie, kapi­ta­nie. Żoł­nie­rze uwiel­biają się kisić.

Paran śle­dził wzro­kiem zmie­rza­ją­cego w stronę war­towni wete­rana.

- Wra­ca­jąc do tej waszej pry­wat­nej roz­mowy z dowódcą, uzdro­wi­cielu... - zwró­cił się po chwili do Młotka. - Czy jest coś, o czym powi­nie­nem się dowie­dzieć?

Mło­tek zamru­gał sen­nie powie­kami.

- Nie.

- W porządku. Możesz dołą­czyć do dru­żyny.

- Tak jest.

Gdy Paran został sam, wes­tchnął gło­śno.

Trzy­dzie­stu ośmiu zgorzk­nia­łych, roz­ża­lo­nych wete­ra­nów, któ­rych zdra­dzono już dwu­krot­nie. Ze zdradą, do któ­rej doszło pod­czas oblę­że­nia Pale, nie mia­łem nic wspól­nego, a dekret Laseen wyjął spod prawa rów­nież i mnie. Nie powi­nien być obwi­niany o żaden z tych incy­den­tów, to jed­nak ich nie powstrzy­muje.

Potarł oczy. Sen stał się czymś... nie­po­żą­da­nym. Każda noc od chwili ucieczki z Daru­dży­stanu... ból i sny, nie, kosz­mary. Bogo­wie na dole...

Całe noce kulił się pod kocami, serce waliło mu wście­kle, czuł żrący kwas w żołądku, a gdy wresz­cie zapa­dał w sen, był on nie­spo­kojny. Parana drę­czyły kosz­mary o ucieczce.

Ucie­kam na czte­rech łapach. A potem tonę.

To krew Ogara krą­żąca w moich żyłach. Na­dal nie utra­ciła mocy. Nie ma innego wyja­śnie­nia.

Nie­raz już pró­bo­wał prze­ko­nać sam sie­bie, że krew Ogara jest rów­nież przy­czyną jego para­noi. Uśmiech­nął się iro­nicz­nie na tę myśl.

Nie­prawda. To, czego się oba­wiam, jest aż nazbyt rze­czy­wi­ste. Jesz­cze gor­sze jest strasz­liwe poczu­cie utraty. Nie mogę nikomu zaufać. Co jesz­cze czeka mnie w życiu? Nic oprócz samot­no­ści. Nic, co mia­łoby war­tość. A teraz jesz­cze wszyst­kie te głosy... które szep­czą o ucieczce. O ucieczce.

Otrzą­snął się i splu­nął, by oczy­ścić gar­dło z kwa­śnej flegmy.

Pomyśl o tej dru­giej sce­nie. Samot­ność. Zasko­cze­nie. Przy­po­mnij sobie głos, który sły­sza­łeś, Paran. To była Tat­ter­sail. Wtedy w to nie wąt­pi­łeś. Dla­czego teraz zmie­ni­łeś zda­nie? Ona żyje. W jakiś spo­sób udało się jej prze­żyć...

Ach, ból! Dziecko krzy­czące w ciem­no­ści, wycie pogrą­żo­nego w smutku Ogara. Dusza przy­bita gwoź­dziami do serca rany... a ja myślę, że jestem sam. Bogo­wie, gdy­byż tylko tak było!

***

Sójeczka wszedł do war­towni, zamknął za sobą drzwi i zbli­żył się do stołu skryby. Oparł się o blat i wypro­sto­wał bolącą nogę. Jego wes­tchnie­nie przy­wo­dziło na myśl roz­wią­zy­wa­nie nie­zli­czo­nych węzłów. Kiedy się skoń­czyło, wete­ran drżał.

Po chwili otwo­rzyły się drzwi.

Sójeczka wypro­sto­wał się i łyp­nął ze zło­ścią na Młotka.

- Myśla­łem, że twój dowódca wła­śnie zarzą­dził zbiórkę, uzdro­wi­cielu...

- Paran jest w jesz­cze gor­szym sta­nie niż ty.

- Już o tym roz­ma­wia­li­śmy. Masz pil­no­wać chło­paka. A może dopa­dły cię wąt­pli­wo­ści, Mło­tek?

- Nie w tym rzecz. Chcia­łem go spraw­dzić i grota Denul odsko­czyła od niego, dowódco.

Sójeczka dopiero w tej chwili zauwa­żył, że okrą­gła twarz uzdro­wi­ciela jest śmier­tel­nie blada.

- Odsko­czyła?

- Tak jest. To jesz­cze ni­gdy mi się nie zda­rzyło. Kapi­tan jest naprawdę chory.

- Guzy? Rak? Mów jaśniej, niech cię szlag!

- Nic w tym rodzaju, dowódco. Jak dotąd. Ale prę­dzej czy póź­niej doj­dzie i do tego. Wyżarł dziurę we wła­snym brzu­chu. To pew­nie przez to wszystko, co ukrywa. Kryje się w tym jed­nak coś wię­cej. Potrzebny nam Szybki Ben. Czary wgry­zły się w Parana jak korze­nie babki.

- Oponn...

- Nie, wpływ Bliź­nia­czych Bła­znów dawno już znik­nął. Po dro­dze do Daru­dży­stanu coś się z nim stało. I to nie jedna rzecz, a całe mnó­stwo. Wal­czy z tymi cza­rami i to wła­śnie go zabija. Mogę jed­nak się mylić, dowódco. Dla­tego wła­śnie potrzebny nam Szybki Ben...

- Sły­sza­łem. Opo­wiedz mu o wszyst­kim, kiedy już dotrzemy do Pale. Tylko dopil­nuj, żeby był deli­katny. Nie powin­ni­śmy pogłę­biać cier­pień kapi­tana.

Mło­tek zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- Ale... czy jego stan pozwoli mu dowo­dzić Pod­pa­la­czami Mostów?

- Mnie o to pytasz? Jeśli chcesz poroz­ma­wiać z Duje­kiem o tym, co cię nie­po­koi, to masz do tego prawo, uzdro­wi­cielu. Jeżeli uwa­żasz, że Paran jest nie­zdolny do służby... Uwa­żasz tak, Mło­tek?

Po dłu­giej chwili uzdro­wi­ciel wes­tchnął.

- Chyba jesz­cze jest zdolny. Nie ustę­puje upo­rem nawet tobie, dowódco. Do Kap­tura, masz pew­ność, że nie jeste­ście spo­krew­nieni?

- Cho­ler­nie wielką pew­ność - wark­nął Sójeczka. - Prze­ciętny pies obo­zowy ma w żyłach czyst­szą krew niż moja rodzinka. Na razie to zostawmy. Poga­daj z Szyb­kim i Trzpie­niem. Sprawdź, czy możesz się cze­goś dowie­dzieć o tych ukry­tych cza­rach. Jeśli struny Parana ponow­nie szar­pią bogo­wie, chcę się dowie­dzieć, który z nich to robi. Potem zasta­no­wimy się nad tym, jaki ma w tym cel.

Mło­tek przyj­rzał się dowódcy, mru­żąc powieki.

- W co wła­ści­wie się paku­jemy?

- Nie jestem pewien, uzdro­wi­cielu - przy­znał z gry­ma­sem Sójeczka. Prze­su­nął się z gło­śnym stęk­nię­ciem, by odcią­żyć chorą nogę. - Jeśli uśmiech­nie się do mnie szczę­ście Oponn, nie będę nawet musiał wycią­gać mie­cza. Dowódcy rzadko to robią, prawda?

- Jeśli dasz mi czas...

- Póź­niej, Mło­tek. W tej chwili mamy na gło­wie nego­cja­cje. Brood dotarł ze swą armią w pobliże Pale.

- Tak jest.

- Kapi­tan pew­nie się zasta­na­wia, gdzie, do Kap­tura, znik­ną­łeś. Zmia­taj stąd, Mło­tek. Poroz­ma­wiamy po zakoń­cze­niu nego­cja­cji.

- Tak jest.

Roz­dział trzeci

Dujek Jed­no­ręki i jego armia ocze­ki­wali przy­by­cia Cala­dana Bro­oda i jego sojusz­ni­ków: sro­gich Tiste Andii, kla­nów Bar­gha­stów z dale­kiej pół­nocy, dzie­się­ciu kon­tyn­gen­tów najem­ni­ków oraz zamiesz­ku­ją­cych rów­niny Rhi­vij­czy­ków. Obie armie miały się spo­tkać w miej­scu nie­daw­nej rzezi pod Pale, nie po to, by sto­czyć bitwę, lecz by prze­kuć gorzką histo­rię na pokój. Ani Dujek, ani Brood, ani nikt inny spo­śród tej legen­dar­nej kom­pa­nii nie mógł odgad­nąć, że czeka ich star­cie nie mie­czy, lecz świa­tów...

Wyzna­nia Artan­thosa

Na sto­kach wzgórz poło­żo­nych trzy mile na pół­noc od Pale było widać niskie wypu­kło­ści, led­wie zago­jone bli­zny po cza­sach, gdy ambi­cje mia­sta się­gnęły aż tak daleko, pró­bu­jąc pożreć stepy gra­ni­czące z Rów­niną Rhi­vij­ską. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów Rhi­vij­czycy uwa­żali te wzgó­rza za święte i rol­nicy z Pale zapła­cili za swą śmia­łość krwią.

Zie­mia jed­nak goiła się powoli. Tylko nie­liczne sta­ro­żytne men­hiry, pier­ście­nie gła­zów i nakryte pła­skimi pły­tami krypty pozo­stały na miej­scu. Kamie­nie zwa­lono bez­ład­nie na pozba­wione zna­cze­nia stosy pokry­wa­jące to, co ongiś było tara­so­wymi polami kuku­ry­dzy. Świę­tość wzgórz żyła już tylko w umy­słach Rhi­vij­czy­ków.

Jaka nasza wiara, tacy i my jeste­śmy. Mhybe moc­niej otu­liła chude, kości­ste ramiona skórą anty­lopy. Ran­kiem jej ciało nawie­dziła nowa seria bólów, świad­cząca, że nocą dziecko wyssało z niej jesz­cze wię­cej. Sta­ruszka powta­rzała sobie, że nie czuje do niego żalu. Podob­nej potrzeby nie spo­sób było stłu­mić. Zresztą dziecko nie miało w sobie pra­wie nic natu­ral­nego. Potężne duchy o zim­nych ser­cach i ślepe, czar­no­księ­skie zaklę­cia sprzy­się­gły się, by stwo­rzyć coś nowego, nie­po­wta­rzal­nego.

A czasu było już nie­wiele, bar­dzo nie­wiele.

W ciem­nych, oto­czo­nych zmarszcz­kami oczach mhybe poja­wił się błysk, gdy kobieta spoj­rzała na bie­ga­jące po zero­do­wa­nych tara­sach dziecko. Macie­rzyń­skie instynkty ni­gdy jej nie opusz­czały. Nie miała prawa ich prze­kli­nać, szar­pać wię­zów miło­ści, które zro­dziły się z roz­dzie­le­nia ciał. Choć mhybe cier­piała, a w jej córkę wple­ciono mnó­stwo okrut­nych pra­gnień, nie potra­fiła - nie chciała - tkać sieci nie­na­wi­ści.

Nie­mniej jed­nak uwiąd ciała osła­bił dary serca, któ­rych tak roz­pacz­li­wie się ucze­piła. Jesz­cze porę roku temu mhybe była młodą, nie­za­mężną kobietą. Duma nie pozwa­lała jej przy­jąć sple­cio­nych z trawy pół­war­ko­czy, które liczni, dziar­scy mło­dzieńcy zosta­wiali u wej­ścia do jej namiotu. Nie czuła się jesz­cze gotowa spleść z któ­rymś z nich wła­snego war­ko­cza i w ten spo­sób połą­czyć się z kimś węzłem mał­żeń­skim.

Rhi­vij­czycy wiele wycier­pieli. Jak można było myśleć o mężu i dzie­ciach pod­czas nie­koń­czą­cej się, nisz­czy­ciel­skiej wojny? Nie była tak ślepa jak jej bli­skie sio­stry i nie zamie­rzała speł­niać z rado­ścią rze­komo pobło­go­sła­wio­nego przez duchy obo­wiązku wyda­wa­nia na świat synów po to, by odda­wać ich ziemi, którą orze Pług Kosia­rza. Jej matka była czy­ta­jącą kości, obda­rzono ją talen­tem zacho­wa­nia wspo­mnień całego ludu - wszyst­kich rodo­wo­dów aż po czas Łzy Umie­ra­ją­cego Ducha - jej ojciec zaś niósł włócz­nię wojny - naj­pierw prze­ciw Bar­gha­stom z klanu Bia­łych Twa­rzy, a potem prze­ciw Impe­rium Mala­zań­skiemu.

Bar­dzo za nimi tęsk­niła, rozu­miała jed­nak, że ich śmierć oraz jej nie­chęć do zaak­cep­to­wa­nia dotyku męż­czy­zny uczy­niły z niej pospołu ide­alną kan­dy­datkę w oczach zastępu duchów. Wolne od wię­zów naczy­nie, w któ­rym mogły umie­ścić dwie uszko­dzone dusze: jedną, która prze­kro­czyła już gra­nicę śmierci, i drugą, którą powstrzy­mały przed tym sta­ro­żytne czary, dwie sple­cione razem toż­sa­mo­ści. Naczy­nie, które będzie mogło wykar­mić stwo­rzone w ten spo­sób nie­na­tu­ralne dziecko.

Rhi­vij­czycy, któ­rzy wędro­wali ze sta­dami i nie budo­wali murów z kamieni ani cegieł, nada­wali takim naczy­niom - prze­zna­czo­nym do jed­no­ra­zo­wego użytku, a potem wyrzu­ca­nym - nazwę mhybe. Dla­tego wła­śnie otrzy­mała nowe imię, wyra­ża­jące teraz wszyst­kie prawdy jej życia.

Jestem stara, lecz nie zdo­by­łam mądro­ści, zwię­dłam, ale nie otrzy­ma­łam daru lat. A mimo to mam być prze­wod­niczką tego dziecka - tej istoty - które dora­sta o jedną porę roku na każdą, którą mi odbiera. Chwila, gdy doj­rzeje, będzie chwilą mojej śmierci. A teraz bawi się jak zwy­czajna dziew­czynka, uśmie­cha się nie­świa­dome ceny, jakiej żąda ode mnie jego ist­nie­nie i roz­wój.

Mhybe usły­szała za ple­cami kroki. Po chwili u jej boku zatrzy­mała się wysoka czar­no­skóra kobieta. Skie­ro­wała sko­śne oczy na bie­ga­jące po stoku dziecko. Pre­riowy wiatr rzu­cał jej na twarz kosmyki dłu­gich czar­nych wło­sów. Pod ufar­bo­waną na czarno bluzą z nie­wy­pra­wio­nej skóry lśniła piękna łuskowa zbroja.

- Łatwo można się nabrać - wyszep­tała kobieta Tiste Andii. - Nie­praw­daż?

Mhybe wes­tchnęła, a potem ski­nęła głową.

- Trudno sobie wyobra­zić, by budziła strach albo stała się przy­czyną gwał­tow­nych kon­tro­wer­sji... - cią­gnęła kobieta o czar­nej jak noc skó­rze.

- To zna­czy, że znowu do nich doszło?

- Tak jest. Kal­lor pono­wił próbę.

Mhybe zesztyw­niała. Spoj­rzała na Tiste Andii.

- I co? Czy coś się zmie­niło, Kor­lat?

- Brood jest nie­wzru­szony - odpo­wie­działa po chwili kobieta. - Jeśli ma wąt­pli­wo­ści, dobrze je ukrywa - dodała ze wzru­sze­niem ramion.

- Ma - stwier­dziła mhybe. - Ale wciąż waż­niejsi są dla niego Rhi­vij­czycy i ich stada. To wyra­cho­wa­nie, nie wiara. Rzecz w tym, czy na­dal będziemy mu potrzebni, gdy już zawrze sojusz z jed­no­rę­kim Mala­zań­czy­kiem.

- Mamy nadzieję, że Mala­zań­czycy będą wie­dzieli coś wię­cej o pocho­dze­niu dziecka - pró­bo­wała ją pocie­szać Kor­lat.

- Ale czy to wystar­czy, by zrów­no­wa­żyć poten­cjalną groźbę? Kor­lat, musisz wytłu­ma­czyć Bro­odowi, że to, kim ongiś były obie te dusze, nie ma zna­cze­nia w porów­na­niu z tym, kim stały się teraz. Stwo­rzył ją wpływ T'lan Imassa - cią­gnęła mhybe, nie spusz­cza­jąc wzroku z bawią­cego się dziecka. - Jego bez­cza­sowa grota stała się sub­stan­cją wię­zów. Utkał je rzu­ca­jący kości. Żywy rzu­ca­jący kości, Kor­lat. To dziecko należy do T'lan Imas­sów. Ciało dziew­czynki może być rhi­vij­skie, a jej dusze mogły nale­żeć do dwóch mala­zań­skich cza­ro­dzie­jek, teraz jed­nak jest jed­no­po­chwy­coną, a do tego czymś wię­cej, rzu­ca­jącą kości. Nawet te prawdy zale­d­wie muskają powierzch­nię tego, czym sta­nie się w przy­szło­ści. Powiedz mi, po co nie­śmier­tel­nym T'lan Imas­som rzu­ca­jąca kości, w któ­rej żyłach pły­nie żywa krew?

Kor­lat skrzy­wiła się.

- Nie mnie należy o to pytać.

- Ani nie Mala­zań­czy­ków.

- Jesteś tego pewna? Czyż T'lan Imas­so­wie nie masze­ro­wali pod mala­zań­skimi sztan­da­rami?

- Ale to już prze­szłość, Kor­lat. Dla­czego nastą­pił mię­dzy nimi roz­łam? Jakie motywy mogą się skry­wać pod mala­zań­skimi radami? Nie potra­fimy tego odgad­nąć.

- Jestem prze­ko­nana, że Cala­dan Brood zdaje sobie sprawę z wszel­kich ewen­tu­al­no­ści - stwier­dziła ze spo­ko­jem Tiste Andii. - Tak czy ina­czej, ujrzysz te wyda­rze­nia na wła­sne oczy i będziesz mogła wziąć w nich udział, mhybe. Zbliża się mala­zań­ski kon­tyn­gent i naczelny wódz pra­gnie, byś była obecna pod­czas nego­cja­cji.

Mhybe odwró­ciła się. Przed nią roz­cią­gał się obóz Cala­dana Bro­oda, zapla­no­wany rów­nie sta­ran­nie jak zawsze. Najem­nicy po lewej, Tiste Andii w cen­trum, a na wscho­dzie Rhi­vij­czycy i stada bhe­de­rin. Marsz był długi. Wędro­wali z Pła­sko­wyżu Sta­rego Króla, przez Kota i Łatę, aż wresz­cie dotarli do sta­rego, wiją­cego się na połu­dnie Traktu Rhi­vij­skiego, bie­gną­cego przez rów­ninę, która od wie­ków była ojczy­zną Rhi­vij­czy­ków.

Ojczy­zną roz­dartą przez lata wojny, masze­ru­jące armie, spa­da­jące z nieba poci­ski zapa­la­jące Moran­thów... quorle krą­żące bez­gło­śnie niczym czarne pyłki, grozę ude­rza­jącą w nasze obozy... nasze święte stada.

A teraz mamy uści­snąć nad­garstki naszych wro­gów. Mala­zań­skich najeźdź­ców i zim­no­krwi­stych Moran­thów. Obie armie mają utkać mał­żeń­ski war­kocz, choć przez tak długi czas wbi­jały sobie nawza­jem zęby w gar­dło. Nie będzie to jed­nak ślub zawarty w imię pokoju. Nie, ci wojow­nicy wyru­szają na spo­tka­nie innego, nowego wroga...

Na połu­dnie od obozu armii Bro­oda było widać nie­dawno odbu­do­wane mury Pale. Widoczne na nich ślady prze­mocy były mro­żą­cym krew w żyłach przy­po­mnie­niem o mala­zań­skich cza­rach. Z pół­noc­nej bramy mia­sta przed chwilą wyło­niła się grupka jeźdź­ców, któ­rzy ruszyli powoli przez nagie pole bitwy ku obo­zowi Bro­oda. Pozba­wiona wszel­kich ozdób szara cho­rą­giew oznaj­miała wszem wobec, że wyjęto ich spod prawa.

Mhybe przyj­rzała się podejrz­li­wie pro­por­cowi.

Stara babo, twe obawy rów­nają się prze­kleń­stwu. Nie myśl o braku zaufa­nia ani o okru­cień­stwach, jakich dopu­ścili się ci nie­dawni najeźdźcy. Znie­na­wi­dzona cesa­rzowa wyjęła spod prawa Dujeka Jed­no­rę­kiego i jego Zastęp. Jedna kam­pa­nia dobie­gła końca. Zaczyna się nowa. Duchy na dole, czy ni­gdy nie ujrzymy końca wojny?

Dziecko pod­bie­gło do dwóch kobiet. Mhybe zer­k­nęła na nie z góry i ujrzała w spo­koj­nych, nie­ru­cho­mych oczach dziew­czynki mądrość, która spra­wiała wra­że­nie zro­dzo­nej przed tysiąc­le­ciami. Być może rze­czy­wi­ście tak było.

Postronni ujrze­liby w nas dzie­się­cio-, może jede­na­sto­let­nią dziew­czynkę, kobietę o mło­dzień­czym obli­czu i nie­ludz­kich oczach oraz zwię­dłą, zgar­bioną sta­ru­chę. Wszystko to jest ilu­zją, a prawda wygląda dokład­nie na odwrót. Ja jestem dziec­kiem, Tiste Andii ma za sobą tysiące lat życia, a dziew­czynka... setki tysięcy.

Kor­lat rów­nież przy­glą­dała się dziecku. Uśmiech­nęła się sze­roko.

- Dobrze się bawi­łaś, Srebrna Lisico?

- Przez pewien czas - odpo­wie­działa dziew­czynka zaska­ku­jąco niskim gło­sem. - Ale potem posmut­nia­łam.

Kor­lat unio­sła brwi.

- A to dla­czego?

- Kie­dyś te wzgó­rza i duchy Rhi­vij­czy­ków łączyła święta więź zaufa­nia. Teraz ją zerwano. Duchy prze­ro­dziły się w osa­mot­nione naczy­nia, pełne bólu i żalu. Wzgó­rza nie wyzdro­wieją.

Mhybe poczuła, że jej krew zamie­nia się w lód. Wraż­li­wość dziecka rosła z każdą chwilą. Już w tej chwili dorów­ny­wało ono naj­mę­dr­szym gna­ciar­kom z ple­mion. W tej wraż­li­wo­ści wyczu­wało się jed­nak pewien chłód, jakby za każ­dym współ­czu­ją­cym sło­wem cza­iły się ukryte inten­cje.

- Czy nie można nic na to pora­dzić, córko?

Srebrna Lisica wzru­szyła ramio­nami.

- To już nie jest konieczne.

Na przy­kład w tej chwili.

- A dla­czego?

Puco­ło­wata dziew­czynka uśmiech­nęła się do mhybe.

- Jeśli mamy być przy nego­cja­cjach, to lepiej się pośpieszmy, matko.

***

Miej­sce spo­tka­nia wyzna­czono na niskim wznie­sie­niu, trzy­dzie­ści kro­ków za ostat­nią linią poste­run­ków. Na zacho­dzie było widać świeżo usy­pane kur­hany. Pocho­wano tam tych, któ­rzy stra­cili życie po upadku Pale. Mhybe zadała sobie pyta­nie, czy nie­zli­czone ofiary wojny obser­wują teraz z daleka roz­gry­wa­jącą się przed jej oczyma scenę.

Osta­tecz­nie duchy rodzą się z prze­la­nej krwi. A gdy brak ofiar bła­gal­nych, czę­sto prze­ra­dzają się we wro­gie siły, drę­czone przez kosz­marne i pełne zło­ści wizje. Czy nikt poza Rhi­vij­czy­kami nie zna tych prawd?

Od wojny do soju­szu. Jak spoj­rzą na to te duchy?

- Czują się zdra­dzone - ode­zwała się sto­jąca u jej boku Srebrna Lisica. - Odpo­wiem im, matko. - Ujęła dłoń mhybe. - To czas na wspo­mnie­nia. Te sta­ro­żytne i te nie­dawne...

- A ty, córko, jesteś mostem mię­dzy nimi? - zapy­tała mhybe cichym, peł­nym nie­po­koju gło­sem.

- Jesteś mądra, matko, choć brak ci wiary w sie­bie. To, co ukryte, odsła­nia się powoli. Spójrz na tych nie­daw­nych wro­gów. Toczysz w swym umy­śle walkę, przy­wo­łu­jesz wszyst­kie dzie­lące nas róż­nice, usi­łu­jesz zacho­wać swą nie­chęć, swą nie­na­wiść do nich, gdyż ją wła­śnie znasz naj­le­piej. Fun­da­men­tem owej nie­na­wi­ści są wspo­mnie­nia, ale we wspo­mnie­niach kryje się też inna, tajemna prawda, która jest wszyst­kim, czego doświad­czy­ły­śmy, nie­praw­daż?

Mhybe poki­wała głową.

- Tak nam mówią starsi, córko - przy­znała, tłu­miąc lekką iry­ta­cję.

- Doświad­cze­nia. To wła­śnie nas łączy. Być może patrzy­ły­śmy na to z prze­ciw­nych stron, ale doświad­czy­ły­śmy tego samego. Tego samego.

- Wiem o tym, Srebrna Lisico. Nie ma sensu nikogo oskar­żać. Jak pływy, wszy­scy pod­le­gamy nie­wi­dzial­nej, nie­ubła­ga­nej woli...

Dziew­czynka zaci­snęła rękę na dłoni mhybe.

- W takim razie zapy­taj Kor­lat, co mówią jej wspo­mnie­nia, matko.

Rhi­vijka spoj­rzała na kobietę Tiste Andii, uno­sząc brwi.

- Słu­cha­łaś naszej roz­mowy, ale nie ode­zwa­łaś się ani sło­wem - zauwa­żyła. - Jakiej odpo­wie­dzi ocze­kuje od cie­bie moja córka?

Kor­lat uśmiech­nęła się tęsk­nie.

- Doświad­cze­nia rze­czy­wi­ście takie same, w przy­padku obu tych armii, lecz rów­nież... na obu brze­gach oce­anu czasu. Wszyst­kim, któ­rzy posia­dają pamięć, czy to indy­wi­du­alną, czy zbio­rową, życie zawsze udziela tych samych lek­cji. - Tiste Andii skie­ro­wała na Srebrną Lisicę spoj­rze­nie oczu, które nagle stały się fio­le­towe. - Nawet T'lan Imas­som. Czy to wła­śnie chcesz nam powie­dzieć, dziecko?

Dziew­czynka wzru­szyła ramio­nami.

- Bez względu na to, co się wyda­rzy, zawsze myśl o prze­ba­cze­niu. Trzy­maj się tej myśli, lecz pamię­taj rów­nież, że nie można za każ­dym razem udzie­lać go za darmo. - Srebrna Lisica omio­tła Kor­lat sen­nym spoj­rze­niem i jej ciemne oczy nagle nabrały tward­szego wyrazu. - Cza­sami nie wolno wyba­czyć.

Zapa­dła cisza.

Dobre duchy, pro­wadź­cie nas. To dziecko mnie prze­raża. Nawet rozu­miem Kal­lora... i to wła­śnie naj­bar­dziej mnie nie­po­koi.

Zatrzy­mali się z dala od miej­sca spo­tka­nia, tuż za linią wart obo­zo­wi­ska Bro­oda.

Po chwili na wzgó­rze dotarli Mala­zań­czycy. Było ich czte­rech. Mhybe bez trudu roz­po­znała Dujeka, wielką pięść, który został rene­ga­tem. Jed­no­ręki męż­czy­zna był jed­nak star­szy, niż się spo­dzie­wała, i dosia­dał dere­szo­wa­tego wała­cha jak ktoś, komu doskwie­rają prze­wle­kłe bóle i sztyw­ność koń­czyn. Był chu­dym czło­wie­kiem śred­niego wzro­stu, nosił pozba­wioną ozdób zbroję, a do pasa miał przy­tro­czony krótki, stan­dar­dowy miecz. Nie miał brody, a wąską twarz o ostrych rysach pokry­wały nabyte w ciągu dłu­giego życia bli­zny. Nie wło­żył hełmu, a jedy­nym sym­bo­lem jego rangi była długa, szara pele­ryna ze srebrną zapinką.

U lewego boku Dujeka jechał inny ofi­cer, siwo­brody i masyw­nie zbu­do­wany. Hełm z zasłoną i kol­czy koł­nierz skry­wały więk­szą część jego twa­rzy, lecz mhybe wyczu­wała w nim nie­zmie­rzoną siłę woli. Sie­dział pro­sto w sio­dle, choć zauwa­żyła, że jego lewa noga zwisa bez­wład­nie, a but wysu­nął się ze strze­mie­nia. Się­ga­jąca łydek kol­czuga była powgnia­tana i pełna skó­rza­nych łat. Uwagi mhybe nie umknął fakt, że męż­czy­zna zajął pozy­cję po lewej, nie­osło­nię­tej stro­nie Dujeka.

Po pra­wej stro­nie wiel­kiej pię­ści jechał młody męż­czy­zna, z pew­no­ścią jakiś adiu­tant. Nie wyróż­niał się niczym szcze­gól­nym, mhybe zauwa­żyła jed­nak, że jego oczy poru­szają się nie­ustan­nie, reje­stru­jąc naj­drob­niej­sze szcze­góły. To on dzier­żył w oble­czo­nej w skó­rzaną ręka­wicę dłoni rene­gacką cho­rą­giew.

Czwar­tym jeźdź­cem był Czarny Moranth, cał­ko­wi­cie zakuty w chi­ty­nową zbroję, która jed­nak była poważ­nie uszko­dzona. Wojow­nik stra­cił cztery palce pra­wej dłoni, lecz mimo to na­dal nosił to, co zostało z ręka­wicy. Na błysz­czą­cym czar­nym pan­ce­rzu było widać nie­zli­czone ślady po ude­rze­niach mie­cza.

Sto­jąca obok mhybe Kor­lat chrząk­nęła cicho.

- Wyglą­dają na nie­złych twar­dzieli, nie­praw­daż?

Mhybe ski­nęła głową.

- Kim jest ten, który jedzie po lewej stro­nie Dujeka?

- To pew­nie Sójeczka - odparła Tiste Andii, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie. - Nie sądzisz, że wygląda impo­nu­jąco?

Mhybe przez chwilę poczuła się jak młoda kobieta, którą prze­cież była. Zmarsz­czyła nos.

- Rhi­vij­czycy nie są tacy wło­chaci, dzięki duchom.

- Ale mimo to...

- Ehe, mimo to.

- Chcia­ła­bym, żeby został moim wuj­kiem - oznaj­miła nagle Srebrna Lisica.

Obie kobiety spoj­rzały na nią zasko­czone.

- Wuj­kiem? - zapy­tała mhybe.

Dziew­czynka ski­nęła głową.

- Można mu zaufać. Ten jed­no­ręki sta­ru­szek coś ukrywa... nie, obaj ukry­wają tę samą tajem­nicę, ale i tak bar­dziej ufam bro­da­temu. Moranth śmieje się pod osłoną swego pan­ce­rza. Cią­gle się śmieje i nikt o tym nie wie. Jego śmiech nie jest okrutny, tylko pełen smutku. Ten z cho­rą­gwią... - Srebrna Lisica zmarsz­czyła brwi. - Nie jestem pewna. Wydaje mi się, że zawsze...

Mhybe spoj­rzała w oczy Kor­lat ponad głową dziew­czynki.

- Suge­ruję, byśmy pode­szły bli­żej - powie­działa Tiste Andii.

Gdy się zbli­żyły, od linii straży ode­rwały się dwie posta­cie, któ­rym towa­rzy­szył żoł­nierz nio­sący pozba­wioną pro­porca cho­rą­giew. Wszy­scy trzej szli pie­szo. Mhybe zadała sobie na ich widok pyta­nie, co pomy­ślą Mala­zań­czycy o obu wojow­ni­kach. Cala­dan Brood miał w żyłach domieszkę bar­gha­sc­kiej krwi, o czym świad­czyła wysoka, bar­czy­sta syl­wetka oraz sze­roka, pła­ska twarz, a także coś jesz­cze... coś nie do końca ludz­kiego. Był potęż­nie zbu­do­wany, a wra­że­nia dopeł­niał jesz­cze żela­zny młot, który nosił na ple­cach. Wal­czyli z Duje­kiem o ten kon­ty­nent od z górą dwu­na­stu lat. To star­cie dwóch nie­po­wstrzy­ma­nych dążeń dopro­wa­dziło do ponad dwu­dzie­stu wal­nych bitew i podob­nej liczby oblę­żeń. Obaj żoł­nierze nie­raz już sta­wali przed strasz­li­wymi pró­bami, lecz wyszli z nich cało, okrwa­wieni, ale żywi. Poznali swą war­tość na polu bitwy, a teraz wresz­cie spo­tkali się twa­rzą w twarz.

U boku Bro­oda kro­czył Kal­lor, wysoki, chudy i siwy. Jego długa opoń­cza lśniła w roz­pro­szo­nym świe­tle poranka. Na żela­znych kół­kach prze­bie­ga­ją­cego przez plecy pasa był zawie­szony pozba­wiony ozdób bastar­dowy miecz, który koły­sał się w rytm kro­ków wła­ści­ciela. Samo­zwań­czy wielki król był jedy­nym z uczest­ni­ków tej śmier­cio­no­śnej gry, który pozo­sta­wał dla mhybe nie­prze­nik­nioną tajem­nicą. Rhi­vijka mogła być pewna jedy­nie tego, że Kal­lor nie­na­wi­dzi Srebr­nej Lisicy. Owa nie­na­wiść zro­dziła się ze stra­chu - a być może rów­nież z posia­da­nej prze­zeń wie­dzy, którą nie chciał się z nikim podzie­lić. Kal­lor utrzy­my­wał, że żyje już od tysiąc­leci, że wła­dał ongiś impe­rium, które sam w końcu uni­ce­stwił z powo­dów, któ­rych nie chciał ujaw­nić. Nie był jed­nak Ascen­den­tem. Swą dłu­go­wiecz­ność zapewne zawdzię­czał alche­mii, a jego wygląd był daleki od dosko­na­ło­ści. Miał ciało i twarz zbli­ża­ją­cego się do setki śmier­tel­nika.

Kal­lor był uży­teczny dla Bro­oda z uwagi na swą zna­jo­mość tak­tyki, instynk­towne wyczu­cie rytmu wiel­kich kam­pa­nii, wielki król nie taił jed­nak, że uważa tego typu wojny jedy­nie za prze­lotną roz­rywkę. Odno­sił się do nich z dystan­sem i led­wie skry­wa­nym bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia. Kal­lor nie budził wśród żoł­nie­rzy lojal­no­ści, a co naj­wy­żej nie­chętny sza­cu­nek. Mhybe podej­rze­wała, że zawsze tak było i ni­gdy nie będzie ina­czej.

Gdy dotarł z Bro­odem na szczyt wzgó­rza, omiótł Dujeka, Sójeczkę i dowódcę Moran­thów spoj­rze­niem peł­nym jaw­nej wzgardy i lek­ce­wa­że­nia. Trudno byłoby nie uznać tego za obe­lgę, wyda­wało się jed­nak, że Mala­zań­czycy igno­rują wiel­kiego króla. Zsie­dli z koni, spo­glą­da­jąc jedy­nie na Cala­dana Bro­oda. Dujek Jed­no­ręki pod­szedł bli­żej.

- Witaj, naczelny wodzu. Pozwól, bym ci przed­sta­wił swój skromny kon­tyn­gent. Mój zastępca Sójeczka. Artan­thos, mój aktu­alny cho­rąży. I dowódca Czar­nych Moran­thów, któ­rego tytuł tłu­ma­czy się w przy­bli­że­niu jako "górny jeź­dziec", a imie­nia w ogóle nie da się wymó­wić. - Mala­zań­ski rene­gat uśmiech­nął się do zaku­tej w zbroję postaci. - Odkąd uści­snął dłoń rhi­vij­skiego ducha w Lesie Czar­nego Psa, nazy­wamy go Skrę­tem.

- Artan­thos... - wyszep­tała cicho Srebrna Lisica. - Już od dawna nie uży­wał tego imie­nia. I wcale tak nie wygląda.

- Jeśli to ilu­zja, to doprawdy zna­ko­mita - wyszep­tała Kor­lat. - Nie wyczu­wam nic podej­rza­nego.

Dziecko ski­nęło głową.

- Pre­riowe powie­trze go... odmło­dziło.

- Kim on jest, córko? - zapy­tała mhybe.

- Chi­merą.

Gdy Dujek skoń­czył, Brood stęk­nął gło­śno.

- To jest Kal­lor, mój zastępca. Tiste Andii repre­zen­tuje Kor­lat. Rhi­vij­czy­ków mhybe i jej młoda pod­opieczna. To, co zostało z mojej cho­rą­gwi, nie­sie zwia­dowca Hur­lo­chel.

Dujek zmarsz­czył brwi.

- A gdzie się podziała Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia?

- Książę K'azz D'Avore i jego siły zaj­mują się chwi­lowo spra­wami wewnętrz­nymi, wielka pię­ści. Nie wezmą udziału w dzia­ła­niach prze­ciwko Pan­nion Domin.

- Szkoda - mruk­nął Dujek.

Brood wzru­szył ramio­nami.

- Zgro­ma­dzi­li­śmy jed­nostki pomoc­ni­cze, które ich zastą­pią. Sal­to­ań­ski Pułk Konny, cztery klany Bar­gha­stów, kom­pa­nia najem­ni­ków z Jed­no­okiego Kota i druga z Mott...

Sójeczka zakrztu­sił się nagle. Kaszl­nął, a potem potrzą­snął głową.

- Ale to chyba nie są Mot­tań­scy Pospo­li­tacy, wodzu naczelny?

Brood wyszcze­rzył w uśmie­chu spi­ło­wane zęby.

- Ach, prawda, już się z nimi spo­tka­łeś, dowódco. Słu­żąc w Pod­pa­la­czach Mostów.

- Byli nie­źli, i to nie tylko w walce - przy­znał Sójeczka. - O ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, cały czas kra­dli nam zapasy, a potem musie­li­śmy ich ganiać.

- My nazy­wamy to talen­tem do logi­styki - wtrą­cił Kal­lor.

- Mam nadzieję, że nego­cja­cje z daru­dży­stań­ską Radą przy­nio­sły zado­wa­la­jące rezul­taty - zwró­cił się do Dujeka Brood.

- Tak, wodzu naczelny. Daru­dży­stań­skie... datki... pozwo­liły nam roz­wią­zać pro­blem uzu­peł­nie­nia zapa­sów.

- Mam wra­że­nie, że dele­ga­cja Daru­dży­stanu wkrótce przy­bę­dzie - dodał Brood. - Gdy­by­ście potrze­bo­wali dodat­ko­wego...

- Są bar­dzo szczo­drzy - zgo­dził się wielka pięść, kiwa­jąc głową.

- Czeka na nas namiot dowo­dze­nia - oznaj­mił naczelny wódz. - Musimy omó­wić pewne szcze­góły.

- Skoro tak mówisz - zgo­dził się Dujek. - Naczelny wodzu, wal­czy­li­śmy prze­ciwko sobie przez długi czas. Z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję chwili, gdy dla odmiany zosta­niemy sojusz­ni­kami. Miejmy nadzieję, że Pan­nion Domin okaże się god­nym prze­ciw­ni­kiem.

Brood skrzy­wił się.

- Byle nie nazbyt god­nym.

- Masz rację - poparł go z uśmie­chem Dujek.

- Doko­nało się - stwier­dziła z uśmie­chem Srebrna Lisica, która na­dal stała na ubo­czu, razem z Kor­lat i mhybe. - Spoj­rzeli sobie w oczy. Oce­nili nawza­jem swą war­tość... i obaj są usa­tys­fak­cjo­no­wani.

- To nie­zwy­kły sojusz - mruk­nęła Kor­lat, krę­cąc głową. - Żeby tak łatwo zapo­mnieć o tak dłu­giej...

- Prag­ma­tyczni żoł­nie­rze to naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące istoty, jakie spo­tka­łam w swym krót­kim życiu. - Wska­zała mhybe.

Srebrna Lisica wydała z sie­bie niski, gar­dłowy śmiech.

- I ty powąt­pie­wasz w swą mądrość, matko...

***

Namiot dowo­dze­nia Cala­dana Bro­oda był usy­tu­owany w samym środku obozu Tiste Andii. Choć mhybe odwie­dzała go wie­lo­krot­nie i zdą­żyła już poznać ten lud, po raz kolejny ogar­nęło ją wra­że­nie nie­zwy­kło­ści. Wąskie przej­ścia mię­dzy wąskimi namio­tami o wyso­kich szczy­tach wypeł­niały bliź­nia­cze tchnie­nia sta­ro­żyt­no­ści i patosu. Nie­liczni, rośli żoł­nie­rze odziani w ciemne szaty rzadko wda­wali się ze sobą w roz­mowy, nie poświę­cali też zbyt­niej uwagi Bro­odowi i jego świ­cie. Nawet Kor­lat, która była prawą ręką Ano­man­dera Rake'a, przy­cią­gała tylko spo­ra­dyczne spoj­rze­nia.

Mhybe trudno było ich zro­zu­mieć. Byli ludem drę­czo­nym plagą obo­jęt­no­ści, apa­tii, z powodu któ­rej nawet zwy­kła, uprzejma roz­mowa wyda­wała się im zbyt wiel­kim wysił­kiem. Długa, pełna bólu histo­ria Tiste Andii była wypeł­niona skry­wa­nymi tra­ge­diami. Ranami, które ni­gdy się nie zagoją. Rhi­vijka z cza­sem zdała sobie sprawę, że nawet cier­pie­nie może się stać sty­lem życia. Myśl, że podobna egzy­sten­cja może się cią­gnąć przez dzie­się­cio­le­cia, stu­le­cia, a wresz­cie tysiąc­le­cia, na­dal prze­peł­niała ją grozą.

Te wąskie, tajem­ni­cze namioty rów­nie dobrze mogłyby być schro­nie­niem duchów, nie­spo­kojną, ruchliwą nekro­po­lią, gdzie stra­szą zagu­bione widma. Pokryte dziw­nymi pla­mami, wystrzę­pione wstążki zwi­sa­jące z żela­znych słup­ków namio­to­wych nada­wały sce­ne­rii wotywny cha­rak­ter. Podobne wra­że­nie wywie­rały wid­mowe, wychu­dłe posta­cie samych Tiste Andii. Wyda­wało się, że na coś cze­kają, i to wieczne ocze­ki­wa­nie wciąż prze­szy­wało mhybe dresz­czem. Co gor­sza, znała ich moż­li­wo­ści. Była świad­kiem tego, jak wycią­gają w gnie­wie mie­cze i wła­dają nimi z prze­ra­ża­jącą bie­gło­ścią. Widziała też ich czary.

U ludzi zimna obo­jęt­ność czę­sto prze­ja­wiała się w aktach bru­tal­nego okru­cień­stwa i była praw­dzi­wym obli­czem zła - o ile coś takiego jak zło w ogóle ist­niało - ni­gdy jed­nak nie zda­rzyło się jej widzieć, by Tiste Andii dopusz­czali się tego typu niczym nie­uspra­wie­dli­wo­nych czy­nów. Wal­czyli pod roz­ka­zami Bro­oda za nie­swoją sprawę, a nie­licz­nych pole­głych po pro­stu zosta­wiali tam, gdzie ci padli. To Rhi­vij­czycy musieli zbie­rać ich ciała, by pocho­wać je na swój spo­sób i dać wyraz żało­bie. Tiste Andii przy­glą­dali się podob­nym poczy­na­niom z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią, jakby bawiło ich to, że ktoś poświęca tyle uwagi zwy­kłym tru­pom.

Namiot dowo­dze­nia był już przed nimi. Ośmio­kątna kon­struk­cja była roz­pięta na drew­nia­nej ramie, a gęsto poła­tane płótno miało ongiś czer­woną barwę, lecz wybla­kło w słońcu i teraz było poma­rań­czowe. Namiot był kie­dyś wła­sno­ścią Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii, lecz został porzu­cony na kupie odpad­ków, gdzie zna­lazł go zwia­dowca Hur­lo­chel i zabrał dla naczel­nego wodza. Podob­nie jak cho­rą­giew, świad­czył on, że Brood nie dba zbyt­nio o szy­kowne ozdoby.

Potężną połę u wej­ścia unie­siono i umo­co­wano sznur­kami. Na przed­nim słupku przy­siadł Wielki Kruk, który pochy­lił głowę, spo­glą­da­jąc na nad­cho­dzą­cych. Pta­szy­sko roz­chy­liło dziób, jakby śmiało się bez­gło­śnie. Na widok Sta­ru­chy mhybe roz­cią­gnęła wąskie wargi w bla­dym uśmieszku. Ulu­biona służka Ano­man­dera Rake'a ostat­nio wciąż zawra­cała głowę Bro­odowi, zale­wa­jąc go nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem rad niczym wypa­czone sumie­nie. Sta­ru­cha nie­raz już pod­da­wała cięż­kiej pró­bie cier­pli­wość naczel­nego wodza.

Ale Brood ją tole­ruje, podob­nie jak samego Rake'a. To nie­pewni sojusz­nicy... wszyst­kie opo­wie­ści zgod­nie podają, że Brood i Rake współ­pra­cują ze sobą już od bar­dzo dawna. Czy jed­nak ufają sobie nawza­jem? Trudno jest zro­zu­mieć łączącą ich więź. Kryją się w niej liczne kom­pli­ka­cje i dwu­znacz­no­ści, a sprawę dodat­kowo gma­twa Sta­ru­cha, słu­żąca jako wąt­pli­wej war­to­ści most mię­dzy dwoma wojow­ni­kami.

- Dujek Jed­no­ręki! - wrza­snęło pta­szy­sko. Po krzyku nastą­piło sza­lone skrze­cze­nie. - Sójeczka! Przy­no­szę wam pozdro­wie­nia od nie­ja­kiego Baruka, alche­mika z Daru­dży­stanu. I od mojego pana, Ano­man­dera Rake'a, władcy Odpry­sku Księ­życa, Ryce­rza Wiel­kiego Domu Ciem­no­ści, syna samej Matki Ciem­no­ści. Prze­ka­zuję wam jego... nie, wła­ści­wie nie pozdro­wie­nia... ale wyrazy weso­ło­ści. Tak jest, weso­ło­ści!

Dujek zmarsz­czył brwi.

- A cóż tak roz­ba­wiło two­jego pana, ptaku?

- Ptaku?! - roz­legł się wrzask. - Jestem Sta­ru­cha, nie­kwe­stio­no­wana matriar­chini wiel­kiej, kako­fo­nicz­nej rodziny zamiesz­ku­ją­cej Odprysk Księ­życa!

Sójeczka chrząk­nął.

- Matriar­chini Wiel­kich Kru­ków? To zna­czy, że prze­ma­wiasz w imie­niu ich wszyst­kich? Potra­fię w to uwie­rzyć. Kap­tur wie, że drzesz się okrut­nie gło­śno.

- Par­we­niusz! Dujeku Jed­no­ręki, przy­czyn weso­ło­ści mojego pana nie da się wytłu­ma­czyć...

- To zna­czy, że ich nie znasz - prze­rwał jej dowódca armii rene­ga­tów.

- Cóż za obu­rza­jąca zuchwa­łość! Okaż sza­cu­nek, śmier­tel­niku, bo w prze­ciw­nym razie poży­wię się twymi zwło­kami, gdy nadej­dzie ten dzień!

- Poła­ma­ła­byś sobie dziób na mojej skó­rze, Sta­ru­cho, ale gdy już nastąpi ta chwila, możesz z nimi zro­bić, co zechcesz.

- Masz jesz­cze tę taśmę na dziób, Hur­lo­chel? - wark­nął Brood.

- Mam, wodzu.

Pta­szy­sko syk­nęło, pochy­liło głowę i na wpół roz­po­starło potężne skrzy­dła.

- Nie waż się, wole. Jeśli powtó­rzysz tę obe­lgę, poża­łu­jesz!

- To zamknij się wresz­cie!

Brood zwró­cił się do pozo­sta­łych i zapro­sił ich gestem do środka. Sta­ru­cha, która sie­działa na górze, uno­siła głowę, gdy prze­cho­dzili pod nią kolejni żoł­nie­rze. Gdy przy­szła kolej na mhybe, pta­szy­sko zachi­cho­tało.

- Dziecko, które trzy­masz za rękę, zasko­czy nas wszyst­kich, stara kobieto.

Rhi­vijka zatrzy­mała się.

- Co wyczu­wasz, stara wrono?

Sta­ru­cha roze­śmiała się, wypeł­nia­jąc swym gło­sem ciszę.

- Imma­nen­cję, mój drogi gli­niany garnku, i nic poza nią - odpo­wie­działa po chwili. - Witaj, mała Srebrna Lisico.

Dziecko przy­glą­dało się przez chwilę Wiel­kiemu Kru­kowi.

- Witaj, Sta­ru­cho - rze­kło. - Nie wie­dzia­łam dotąd, że twój gatu­nek zro­dził się z gni­ją­cego ciała...

- Cisza! - wrza­snęła Sta­ru­cha. - Takiej wie­dzy ni­gdy nie powinno się wypo­wia­dać na głos. Musisz się nauczyć zacho­wy­wać mil­cze­nie, dziecko, dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

- Chcia­łaś powie­dzieć, dla two­jego - skon­tro­wała z uśmie­chem Srebrna Lisica.

- W tym przy­padku ow­szem. Nie prze­czę temu. Wysłu­chaj jed­nak tej sta­rej, mądrej istoty, zanim wej­dziesz do namiotu, dziecko. Wewnątrz cze­kają ci, któ­rzy uznają zakres twej wie­dzy, gdy­byś oka­zała się na tyle głu­pia, by go ujaw­nić, za śmier­telną groźbę. Ujaw­nie­nie tej tajem­nicy mogłoby zagro­zić two­jemu życiu. Dowiedz się też, że nie potra­fisz jesz­cze się bro­nić. Nie ura­tuje cię rów­nież mhybe, którą gorąco kocham, gdyż jej moc nie ma gwał­tow­nego cha­rak­teru. Obie będzie­cie potrze­bo­wały obroń­ców. Rozu­miesz?

Mhybe uści­snęła instynk­tow­nie dłoń córki. Zawład­nęły nią gwał­towne emo­cje. Nie była ślepa na groźby wobec Srebr­nej Lisicy i wobec sie­bie, zda­wała też sobie sprawę z ist­nie­nia nara­sta­ją­cych w dziecku mocy.

W sobie jed­nak nie wyczu­wam żad­nej mocy, czy to gwał­tow­nej, czy też nie. Choć Sta­ru­cha była ser­deczna, nazwała mnie "gli­nia­nym garn­kiem", a tego, co przed­tem mnie bro­niło, nie noszę już w sobie. Stoi u mojego boku, odsło­nięte i bez­bronne.

Gdy Srebrna Lisica wpro­wa­dzała ją do namiotu, mhybe po raz ostatni zer­k­nęła na Wiel­kiego Kruka.

Gorąco mnie kochasz, wrono? Bło­go­sła­wię cię za to.

W cen­tral­nej komo­rze namiotu dowo­dze­nia domi­no­wał wielki stół mapowy z pobież­nie ocio­sa­nego drewna, wypa­czony i pokraczny, jakby zmon­to­wał go pijany cie­śla. Kiedy mhybe i Srebrna Lisica weszły do środka, wete­ran Sójeczka - który zdjął hełm z głowy i trzy­mał go pod pachą - śmiał się gło­śno ze wzro­kiem wbi­tym w mebel.

- Ależ z cie­bie sukin­syn, naczelny wodzu - powie­dział, krę­cąc głową.

Brood wpa­try­wał się z zasę­pioną miną w to samo, co przy­cią­gnęło uwagę Sójeczki.

- Przy­znaję, że to nie jest ładny...

- To dla­tego, że to cho­ler­stwo zro­bili Skrzy­pek i Płot - wyja­śnił Mala­zań­czyk. - W Pusz­czy Mott...

- A kto to są Skrzy­pek i Płot?

- Dwaj moi sape­rzy, z cza­sów, gdy dowo­dzi­łem Dzie­wiątą Dru­żyną. Słyną z tego, że zwy­kli grać w karty przy uży­ciu Talii Smo­ków. Zor­ga­ni­zo­wali wtedy jedną z takich gier i nie mieli stołu. Zebrała się setka Pod­pa­la­czy Mostów, mimo że nie­przy­ja­ciel nie­ustan­nie nas ata­ko­wał, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że ugrzęź­li­śmy pośrodku bagna. Grę prze­rwała walna bitwa. Zosta­li­śmy poko­nani i zmu­szeni do odwrotu, ale potem odzy­ska­li­śmy poprzed­nie pozy­cje. Wszystko to trwało może ze dzwon, ale ktoś zdo­łał tym­cza­sem ukraść nam ważący dwie­ście fun­tów mebel! Szkoda, że nie sły­sza­łeś prze­kleństw tych sape­rów...

Cala­dan Brood skrzy­żo­wał ramiona na piersi, na­dal gapiąc się na stół. Po paru chwi­lach stęk­nął gło­śno.

- To dar od Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków. Dobrze mi słu­żył. Hmm... prze­każ swoim sape­rom moje podzię­ko­wa­nia. Mogę go zwró­cić...

- Nie ma potrzeby, naczelny wodzu...

Wyda­wało się, że Mala­zań­czyk chce powie­dzieć coś wię­cej, coś waż­nego, lecz tylko pokrę­cił głową.

Ciche wes­tchnie­nie Srebr­nej Lisicy zasko­czyło mhybe. Spoj­rzała na dziew­czynkę, uno­sząc brwi, ale ona prze­no­siła wzrok z Sójeczki na stół i z powro­tem. Jej usta roz­cią­gnęły się w lek­kim uśmieszku.

- Wujku Sójeczko! - zawo­łała nagle.

Wszy­scy popa­trzyli na Srebrną Lisicę.

- Ci sape­rzy oszu­kują, prawda? - cią­gnęła bez­tro­sko dziew­czynka.

Bro­daty Mala­zań­czyk skrzy­wił się wście­kle.

- Nie radził­bym ci powta­rzać tego oskar­że­nia, zwłasz­cza w obec­no­ści Pod­pa­la­czy Mostów, dziecko. Pod­czas tych gier prze­cho­dzi z rąk do rąk mnó­stwo gro­sza, ale z jakie­goś powodu stru­mień pły­nie tylko w jedną stronę. Czy Skrzy­pek i Płot oszu­kują? Usta­no­wili tak skom­pli­ko­wane zasady, że nikt nie potrafi się poła­pać. Muszę przy­znać, że po pro­stu nie wiem.

Przy­glą­dał się Srebr­nej Lisicy z coraz bar­dziej srogą miną, jakby czuł się czymś zakło­po­tany.

Czymś... na przy­kład wra­że­niem, że ją zna. Mhybe zro­zu­miała to powoli. Oczy­wi­ście nic o niej nie wie. O tym, kim jest i kim była. Jest prze­ko­nany, że widzi ją po raz pierw­szy, ale ona nazwała go wuj­kiem, co wię­cej, jest jesz­cze ten głos, gar­dłowy, inte­li­gentny... zna nie dziecko, lecz kobietę, którą ongiś było.

Wszy­scy cze­kali, aż Srebrna Lisica powie coś wię­cej, udzieli wyja­śnień. Dziew­czynka jed­nak pode­szła tylko do stołu i prze­su­nęła dło­nią po poobi­ja­nym bla­cie. Po jej twa­rzy prze­mknął prze­lotny uśmiech. Potem przy­cią­gnęła do stołu jedno z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie krze­seł i usia­dła na nim. Brood ski­nął z wes­tchnie­niem na Hur­lo­chela.

- Przy­nieś nam tę mapę tery­to­riów pod­bi­tych przez Pan­nion Domin.

Gdy roz­ło­żono wielką płachtę, wszy­scy zgro­ma­dzili się wokół stołu. Po chwili Dujek odchrząk­nął.

- Nie dys­po­nuję rów­nie szcze­gó­ło­wymi mapami - przy­znał. - Zazna­czy­li­ście tu roz­miesz­cze­nie róż­nych pan­nioń­skich armii. Jak aktu­alne są te dane?

- Sprzed trzech dni - odparł Brood. - Krążą tam kuzyni Sta­ru­chy, któ­rzy śle­dzą ich posu­nię­cia. Notatki mówiące o orga­ni­za­cji nie­przy­ja­ciela i sto­so­wa­nej prze­zeń dotąd tak­tyce pocho­dzą z wielu źró­deł. Jak widzi­cie, Pan­nioń­czycy pla­nują atak na Capu­stan. W ciągu ostat­nich czte­rech mie­sięcy padły Mau­rik, Setta i Lest. Pan­nioń­skie oddziały na­dal znaj­dują się na połu­dnio­wym brzegu Catlin, lecz roz­po­częły już przy­go­to­wa­nia do sfor­so­wa­nia rzeki...

- Capu­stań­ska armia nie spró­buje im w tym prze­szko­dzić? - zdzi­wił się Dujek. - Jeśli tego nie uczyni, będzie to prak­tycz­nie zapro­sze­niem do oblę­że­nia. Jak rozu­miem, nikt się nie spo­dziewa, by Capu­stan sta­wił poważny opór.

- Sytu­acja w Capu­sta­nie jest dość nie­ja­sna - wyja­śnił naczelny wódz. - Mia­stem włada książę oraz koali­cja wiel­kich kapła­nów, które to dwie frak­cje nie­ustan­nie ze sobą rywa­li­zują. W zaże­gna­niu kon­flik­tów poma­gała wyna­jęta przez księ­cia kom­pa­nia najem­ni­ków, która wzmoc­niła jego szcząt­kowe siły...

- Co to za kom­pa­nia? - zapy­tał Sójeczka.

- Szare Mie­cze. Sły­sza­łeś o nich, dowódco?

- Nie.

- Ja też nie - przy­znał Brood. - Ponoć pocho­dzą z Elin­gar­thu. Mają nie­zły stan: ponad sie­dem tysięcy ludzi. Nie wia­domo jed­nak, czy okażą się godni paskar­skiej ceny, któ­rej zażą­dali od księ­cia. Kap­tur wie, że ich tak zwany stan­dar­dowy kon­trakt prze­wi­duje zapłatę bli­sko dwu­krot­nie wyż­szą od tej, któ­rej zwy­kle żąda Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia.

- Ich dowódca traf­nie zin­ter­pre­to­wał sytu­ację - wtrą­cił Kal­lor tonem suge­ru­ją­cym skrajne znu­że­nie, jeśli nie wręcz nudę. - Książę Jelar­kan ma wię­cej pie­nię­dzy niż żoł­nie­rzy, a Pan­nioń­czy­ków nie da się prze­ku­pić. Osta­tecz­nie jasno­widz toczy świętą wojnę. Co gor­sza, rada wiel­kich kapła­nów ma popar­cie świą­tyń, a każda z nich dys­po­nuje pry­watną kom­pa­nią dosko­nale wyszko­lo­nych i świet­nie wypo­sa­żo­nych żoł­nie­rzy. W sumie to pra­wie trzy tysiące naj­lep­szych wojow­ni­ków w mie­ście, a dla ksią­żę­cego Capań­skiego Dworu zostają tylko resztki. W dodatku prawo nie pozwala mu zwięk­szyć liczeb­no­ści swych oddzia­łów powy­żej dwóch tysięcy. Przez dłu­gie lata Rada Masek, to jest koali­cja świą­tyń, wyko­rzy­sty­wała Capań­ski Dwór jako źró­dło rekru­tów, prze­ku­pu­jąc naj­lep­szych...

Naj­wy­raź­niej mhybe nie była osa­mot­niona w swym podej­rze­niu, że jeśli dać Kal­lo­rowi szansę, będzie gadał całe popo­łu­dnie. Sójeczka wpadł mu w słowo, gdy tylko wielki król prze­rwał na chwilę, by zaczerp­nąć tchu.

- To zna­czy, że ten książę Jelar­kan omi­nął prawo, wynaj­mu­jąc najem­ni­ków.

- Zga­dza się - odpo­wie­dział pośpiesz­nie Brood. - Tak czy ina­czej, Rada Masek powo­łała się na inne prawo, które nie pozwala Sza­rym Mie­czom toczyć dzia­łań wojen­nych poza obrę­bem murów miej­skich. Dla­tego nikt nie prze­szko­dzi Pan­nioń­czy­kom w sfor­so­wa­niu rzeki...

- Idioci - wark­nął Dujek. - W końcu to święta wojna. Można by się spo­dzie­wać, że świą­ty­nie uczy­nią, co tylko w ich mocy, by utwo­rzyć wspólny front prze­ciw Pan­nioń­czy­kom.

- Przy­pusz­czam, że myślą, iż to wła­śnie robią - odparł Kal­lor z szy­der­czym uśmiesz­kiem, który mógł wyra­żać jego opi­nię o Dujeku, capu­stań­skich kapła­nach bądź i o nim, i o nich. - A jed­no­cze­śnie pil­nują, by książę nie zdo­był zbyt wiel­kiej wła­dzy.

- Sprawa jest bar­dziej skom­pli­ko­wana - sprze­ci­wił się Brood. - Wład­czyni Mau­riku ska­pi­tu­lo­wała przy tylko nie­wiel­kim roz­le­wie krwi w ten spo­sób, że aresz­to­wała wszyst­kich kapła­nów w mie­ście i wydała ich pan­nioń­skim Tene­scowri. Jed­nym pocią­gnię­ciem oca­liła mia­sto i jego oby­wa­teli, wypeł­niła kró­lew­skie kufry łupami zagar­nię­tymi ze świą­tyń i pozbyła się cier­nia w boku, który doskwie­rał jej od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Pan­nioń­czycy przy­znali jej tytuł guber­na­tora. To lep­sze niż roz­szar­pa­nie i pożar­cie przez Tene­scowri, co spo­tkało kapła­nów.

- Roz­szar­pa­nie i pożar­cie? - syk­nęła mhybe.

- Tak jest - potwier­dził naczelny wódz. - Tene­scowri to chłop­ska armia jasno­wi­dza. Fana­tycy, któ­rych w nic nie zaopa­truje. Zamiast tego dał im swe święte bło­go­sła­wień­stwo, które pozwala im robić wszystko, co tylko konieczne, by się wyży­wić i uzbroić. Jeśli inne pogło­ski mówią prawdę, kani­ba­lizm to tylko naj­drob­niej­sza z okrop­no­ści...

- Do nas rów­nież dotarły podobne wie­ści - mruk­nął Dujek. - Naczelny wodzu, musimy roz­strzy­gnąć, czy będziemy pró­bo­wali oca­lić Capu­stan, czy też pozwo­limy mu upaść? Jasno­widz z pew­no­ścią wie, że zamie­rzamy prze­ciw niemu wystą­pić. Jego wyznawcy zanie­śli kult daleko poza gra­nice Pan­nion Domin, do Daru­dży­stanu, Pale i Sal­to­anu. To zna­czy, że wie, iż w któ­rymś momen­cie będziemy musieli prze­kro­czyć Catlin. Jeśli zdo­bę­dzie Capu­stan, naj­do­god­niej­sze przej­ście przez rzekę wpad­nie w jego ręce. Zosta­nie nam tylko stary bród na zachód od Sal­to­anu, w miej­scu gdzie kie­dyś był kamienny most. Co prawda, nasi sape­rzy mogliby tam zbu­do­wać most pły­wa­jący, pod warun­kiem, że przy­nie­siemy ze sobą drewno. To jest opcja lądowa. Oczy­wi­ście mamy jesz­cze dwie inne...

- Słu­chaj­cie go! - roz­darła się Sta­ru­cha, która przy­cup­nęła na brzegu blatu.

Mhybe poki­wała głową. Rozu­miała pta­szy­sko. Sama rów­nież słu­chała tych słów z mie­sza­niną roz­ba­wie­nia i nie­do­wie­rza­nia.

Dujek łyp­nął spode łba na sie­dzącą na dru­gim końcu stołu Sta­ru­chę.

- Masz jakiś pro­blem, ptaku?

- Zaiste jesteś god­nym part­ne­rem naczel­nego wodza! Słowo w słowo myślisz na głos tak samo jak on! Och, jak można nie dostrzec tną­cego ostrza iro­nii ukry­tego w waszej trwa­ją­cej dwa­na­ście lat woj­nie?

- Siedź cicho, Sta­ru­cho - roz­ka­zał Brood. - Capu­stan nie unik­nie oblę­że­nia. Armie Pan­nioń­czy­ków są potężne. Dowie­dzie­li­śmy się, że eks­pe­dy­cją dowo­dzi sep­tar­cha Kul­path, naj­zdol­niej­szy ze wszyst­kich sep­tar­chów jasno­wi­dza. Pro­wa­dzi ze sobą połowę wszyst­kich bekli­tów, to będzie pięć­dzie­siąt tysięcy regu­lar­nej pie­choty, oraz dywi­zję urdo­me­nów, a także zwy­cza­jowe oddziały wspar­cia. Capu­stan jest nie­wiel­kim gro­dem, ale książę wło­żył mnó­stwo wysiłku we wzmoc­nie­nie murów, a do tego topo­gra­ficzny układ mia­sta świet­nie się nadaje do obrony dziel­nica za dziel­nicą. Jeśli Szare Mie­cze nie czmychną po pierw­szej potyczce, Capu­stan może się bro­nić przez jakiś czas. Mimo to...

- Moi Czarni Moran­tho­wie mogą prze­rzu­cić do mia­sta kilka kom­pa­nii - wtrą­cił Dujek, spo­glą­da­jąc na mil­czą­cego Skręta. - Ale jeśli nie otrzy­mamy jed­no­znacz­nego zapro­sze­nia, może to dopro­wa­dzić do kło­po­tli­wych napięć.

Kal­lor prych­nął pogar­dli­wie.

- To ci dopiero nie­do­po­wie­dze­nie. Które mia­sto na Gena­bac­kis ucie­szy­łoby się z widoku mala­zań­skich legio­nów za swymi murami? Ponadto możesz być pewien, że musie­li­by­ście przy­wieźć ze sobą wła­sny pro­wiant, wielka pię­ści, nie wspo­mi­na­jąc już o jaw­nej wro­go­ści, czy wręcz zdra­dzie ze strony samych Capań­czy­ków.

- Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że musimy zacząć od nawią­za­nia kon­taktu z księ­ciem Capu­stanu - wtrą­cił Sójeczka.

Srebrna Lisica zachi­cho­tała, zaska­ku­jąc wszyst­kich.

- Cóż za wspa­niała aran­ża­cja, wujku! Pod­ją­łeś już dzia­ła­nia, które mają do tego dopro­wa­dzić. Razem z jed­no­rę­kim żoł­nie­rzem zapla­no­wa­li­ście to w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Zamier­za­cie wyzwo­lić Capu­stan. Oczy­wi­ście nie bez­po­śred­nio. Wy ni­gdy nic nie robi­cie bez­po­śred­nio, prawda? Chce­cie pozo­stać w cie­niu, za kuli­sami. To kla­syczna mala­zań­ska tak­tyka.

Obaj męż­czyźni byli hazar­dzi­stami naj­wyż­szej klasy i ich twa­rze niczego nie zdra­dzały.

Chi­chot Kal­lora zabrzmiał jak cichy grze­chot kości.

Mhybe przyj­rzała się Sójeczce.

To dziecko wzbu­dza lęk, prawda? Duchy, nawet ja się go boję, a prze­cież wiem o nim znacz­nie wię­cej od cie­bie.

- No cóż, bar­dzo się cie­szę, że się ze sobą zga­dzamy - roz­legł się po chwili bas Bro­oda. - O ile to tylko moż­liwe, musimy zapo­biec upad­kowi Capu­stanu, a w obec­nej sytu­acji pośred­nia pomoc jest zapewne naj­lep­szą opcją. Musimy wywrzeć na prze­ciw­niku wra­że­nie, że więk­szość naszych sił, nie tylko moich, lecz rów­nież two­ich, Jed­no­ręki, masze­ruje drogą lądową w prze­wi­dy­wal­nym tem­pie. Sep­tar­cha Kul­path zapla­nuje oblę­że­nie sto­sow­nie do tego. Jak rozu­miem, zgo­dzi­li­śmy się rów­nież, że Capu­stan nie może być naszym jedy­nym celem.

Dujek ski­nął głową.

- Może i tak upaść, pomimo naszych wysił­ków. Jeśli chcemy poko­nać Pan­nion Domin, musimy ude­rzyć w jego serce.

- Zgoda. Powiedz mi, Jed­no­ręki, które mia­sto wybra­li­ście na cel pierw­szej fazy kam­pa­nii?

- Koral - odpo­wie­dział natych­miast Sójeczka.

Wszy­scy spoj­rzeli na mapę. Brood uśmie­chał się sze­roko.

- Wygląda na to, że rze­czy­wi­ście myślimy podob­nie. Gdy dotrzemy do pół­noc­nej gra­nicy Domin, ude­rzymy na połu­dnie z impe­tem włóczni, szybko wyzwa­la­jąc kolejne mia­sta... Settę, Lest, Mau­rik. Czyż pani guber­na­tor nie będzie zachwy­cona? W końcu dotrzemy do samego Koralu. W ciągu jed­nej pory roku odbie­rzemy jasno­wi­dzowi wszystko, co zdo­był przez cztery lata. Chcę, żeby ten kult zachwiał się w posa­dach, żeby w jego cho­ler­nej fasa­dzie poja­wiły się szcze­liny.

- Zgoda, naczelny wodzu. Masze­ru­jemy lądem, tak? Obej­dziemy się bez stat­ków. To tylko zmu­si­łoby Kul­pa­tha do pośpie­chu. Musimy roz­strzy­gnąć jesz­cze jedną kwe­stię - cią­gnął Sójeczka, kie­ru­jąc spoj­rze­nie sza­rych oczu na jedy­nego poza dowódcą Czar­nych Moran­thów uczest­nika narady, który jesz­cze się nie ode­zwał. - Czego możemy ocze­ki­wać od Ano­man­dera Rake'a, Kor­lat? Czy Tiste Andii udzielą nam wspar­cia?

Kobieta uśmiech­nęła się tylko.

Brood odkaszl­nął.

- Podob­nie jak wy, wyko­na­li­śmy już pewne ruchy - oznaj­mił. - Odprysk Księ­życa wędruje obec­nie w stronę Domin. Nim jed­nak dotrze do gra­nic impe­rium jasno­wi­dza... znik­nie.

Dujek uniósł brwi.

- To impo­nu­jący wyczyn.

Sta­ru­cha zachi­cho­tała skrze­kli­wie.

- Nie­wiele wiemy o wspie­ra­ją­cych wła­dzę jasno­wi­dza cza­rach - cią­gnął naczelny wódz. - Jasne jest jedy­nie to, że ist­nieją. Podob­nie jak wasi Czarni Moran­tho­wie, Odprysk Księ­życa stwa­rza pewne tak­tyczne spo­sob­no­ści i nie­wy­ko­rzy­sta­nie ich byłoby głu­potą. - Brood uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. - Podob­nie jak ty, wielka pię­ści, sta­ramy się uni­kać prze­wi­dy­wal­no­ści. - Wska­zał głową na Kor­lat. - Tiste Andii wła­dają potężną magią...

- To nie wystar­czy - prze­rwała mu Srebrna Lisica.

Kobieta Tiste Andii spoj­rzała na nią ze srogą miną.

- To śmiałe twier­dze­nie, dziecko.

- Nie wierz­cie w nic, co ona mówi - syk­nął Kal­lor. - Brood dosko­nale wie, że uwa­żam, iż postą­pił głu­pio, pozwa­la­jąc jej uczest­ni­czyć w tym spo­tka­niu. Ona nie jest naszą sojusz­niczką. Zdra­dzi nas. Zapa­mię­taj­cie moje słowa. Zdrada jest jej naj­star­szą przy­ja­ciółką. Wysłu­chaj­cie mnie wszy­scy. Ta istota to mon­strum.

- Och, Kal­lor - wes­tchnęła Srebrna Lisica. - Czy zawsze musisz opo­wia­dać takie głu­poty?

Dujek spoj­rzał na Cala­dana Bro­oda.

- Naczelny wodzu, muszę przy­znać, że nie rozu­miem powo­dów obec­no­ści tu tej dziew­czynki. Kim ona jest, w imię Kap­tura? Wydaje się, że posiada nad­na­tu­ralną wie­dzę. Co może dzie­się­cio­let­nie dziecko...

- Jest czymś znacz­nie wię­cej - wark­nął Kal­lor, prze­szy­wa­jąc Srebrną Lisicę twar­dym, peł­nym nie­na­wi­ści spoj­rze­niem. - Spójrz­cie na tę starą babę obok niej - cią­gnął wielki król. - Ona prze­żyła zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat, wielka pię­ści, a to tak zwane dziecko wyrwano z jej macicy przed nie­spełna sze­ścioma mie­sią­cami. Mon­strum karmi się siłą życiową matki... nie, nie matki, lecz pecho­wego naczy­nia, w któ­rym ongiś się mie­ściło. Wszy­scy drży­cie, sły­sząc o kani­ba­li­zmie Tene­scowri, cóż więc powie­cie o stwo­rze­niu poże­ra­ją­cym duszę i życie tej, która wydała je na świat? Jest też coś wię­cej... - Prze­rwał, wyraź­nie prze­ły­ka­jąc to, co miał zamiar powie­dzieć. Opadł na krze­sło. - Powinno się ją zabić. Natych­miast. Zanim jej moc prze­ro­śnie nas wszyst­kich.

W namio­cie zapa­dła cisza.

Niech cię szlag, Kal­lor. Czy to wła­śnie chcia­łeś zade­mon­stro­wać naszym nowym sojusz­ni­kom? Podziały w naszym obo­zie. I... duchy na dole... niech cię szlag po raz drugi. Ona nic o tym nie wie­działa. Nie wie­działa...

Mhybe spoj­rzała z drże­niem na Srebrną Lisicę. Dziew­czynka patrzyła na matkę. Jej wiel­kie oczy były pełne łez.

- Czy to prawda? - wyszep­tała. - Czy kar­mię się tobą?

Mhybe zamknęła oczy, gorzko żału­jąc, że nie potrafi ukryć prawdy przed Srebrną Lisicą.

- To nie twoja wina, córko. To po pro­stu cząstka tego, kim jesteś. Akcep­tuję to... - Cho­ciaż wścieka mnie tak podłe okru­cień­stwo. - I ty rów­nież musisz to zaak­cep­to­wać. Żyje w tobie nie­na­sy­cona siła, Srebrna Lisico, sta­ro­żytna i nie­po­wstrzy­mana. Ty rów­nież o tym wiesz, czu­jesz ją...

- Sta­ro­żytna i nie­po­wstrzy­mana? - wychry­piał Kal­lor. - Nie wiesz nawet połowy, kobieto. - Pochy­lił się nad sto­łem, zła­pał Srebrną Lisicę za bluzę i przy­cią­gnął ją bli­żej. Ich twa­rze dzie­liło od sie­bie zale­d­wie kilka cali. Wielki król obna­żył zęby. - Jesteś tam, prawda? Wiem o tym. Czuję to. Wyłaź, ty suko...

- Puść ją - roz­ka­zał Brood cichym, niskim gło­sem.

Wielki król uśmiech­nął się szy­der­czo, zwol­nił uścisk i odsu­nął się powoli od dziew­czynki.

Mhybe unio­sła drżącą dłoń ku twa­rzy. Serce tłu­kło jej jak sza­lone. Gdy Kal­lor zła­pał jej córkę, zalała ją groza, lodo­waty potop, który pozba­wił ją wła­dzy w koń­czy­nach, bez trudu prze­zwy­cię­żył instynkt macie­rzyń­ski, odsła­nia­jąc przed nią i przed wszyst­kimi obec­nymi jej tchó­rzo­stwo. Poczuła, że łzy wstydu wzbie­rają jej w oczach i spły­wają po policz­kach.

- Jeśli jesz­cze raz jej dotkniesz, stłukę cię do nie­przy­tom­no­ści, Kal­lor - cią­gnął naczelny wódz.

- Tak jest - odparł pra­stary wojow­nik.

Sójeczka zwró­cił się ze szczę­kiem zbroi w stronę Cala­dana Bro­oda. Jego twarz zamarła w mrocz­nym gry­ma­sie.

- Gdy­byś ty tego nie zro­bił, naczelny wodzu, wypo­wie­dział­bym inną groźbę. - Prze­szył wiel­kiego króla twar­dym jak żelazo spoj­rze­niem. - Chcesz skrzyw­dzić dziecko? Ja nie stłukł­bym cię do nie­przy­tom­no­ści, Kal­lor. Wyrwał­bym ci serce.

Wielki król uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Drżę ze stra­chu.

- Dość już tego - szep­nął Sójeczka.

Zakutą w sta­lową ręka­wicę lewą dło­nią ude­rzył na odlew Kal­lora w twarz, aż jego głowa odsko­czyła do tyłu. Na stół try­snęła krew. Wielki król zachwiał się na nogach. Zła­pał w dło­nie ręko­jeść bastar­do­wego mie­cza i zaczął wysu­wać go z pochwy. Zatrzy­mał się jed­nak w poło­wie.

Nie był w sta­nie wydo­być broni, gdyż Cala­dan Brood trzy­mał go za oba nad­garstki. Wielki król wytę­żał mię­śnie, aż na szyi i skroni uwi­docz­niły mu się żyły, nic jed­nak nie wskó­rał. Brood pew­nie zaci­snął nagle potężne dło­nie, gdyż Kal­lor wcią­gnął gło­śno powie­trze i wypu­ścił z rąk miecz, który wsu­nął się z powro­tem do pochwy. Brood pod­szedł bli­żej, lecz mhybe i tak usły­szała jego ciche słowa.

- Przyj­mij to, na co zasłu­ży­łeś, Kal­lor. Mam już dość tych demon­stra­cji pogardy. Jeśli jesz­cze raz nad­uży­jesz mojej cier­pli­wo­ści, obe­rwiesz w gębę moim mło­tem. Jasne?

Po dłu­giej chwili wielki król chrząk­nął.

Brood zwol­nił uścisk.

W namio­cie pano­wała cisza. Nikt się nie ruszał. Wszy­scy patrzyli na zakrwa­wioną twarz Kal­lora.

Dujek wycią­gnął zza pasa pokrytą zaschłym mydłem do gole­nia chustkę i rzu­cił ją wiel­kiemu kró­lowi.

- Zatrzy­maj ją sobie - wark­nął.

Mhybe zatrzy­mała się za ple­cami pobla­dłej Srebr­nej Lisicy i poło­żyła dło­nie na jej bar­kach.

- Prze­stań­cie - wyszep­tała. - Pro­szę.

Sójeczka ponow­nie spoj­rzał na Bro­oda, igno­ru­jąc Kal­lora, jakby wielki król prze­stał ist­nieć.

- Wytłu­macz nam to, pro­szę, naczelny wodzu - zażą­dał ze spo­ko­jem w gło­sie. - Kim, w imię Kap­tura, jest to dziecko?

Srebrna Lisica strzą­snęła z ramion dło­nie matki i wstała. Wyda­wało się, że jest gotowa uciec. Potem pokrę­ciła głową, otarła oczy i z drże­niem zaczerp­nęła tchu.

- Nie - sprze­ci­wiła się. - Sama muszę to wyja­śnić. - Zer­k­nęła na mhybe, przez kró­ciutką chwilę spo­glą­da­jąc jej w oczy, a potem prze­nio­sła wzrok z powro­tem na pozo­sta­łych. - Wszystko muszę wyja­śnić sama.

Mhybe wycią­gnęła rękę, ale nie mogła się zdo­być na to, by dotknąć dziew­czynki.

- Musisz to zaak­cep­to­wać, córko - rze­kła. Sły­szała w swym gło­sie brak prze­ko­na­nia i z ponow­nym przy­pły­wem wstydu zdała sobie sprawę, że inni rów­nież go sły­szą.

Musisz wyba­czyć... wyba­czyć sobie. Och, duchy na dole, nie śmiem wypo­wie­dzieć takich słów. Utra­ci­łam do tego prawo... z pew­no­ścią już je utra­ci­łam.

Srebrna Lisica spoj­rzała na Sójeczkę.

- Oto prawda, wujku. Zro­dzi­łam się z dwóch dusz, z któ­rych jedną zna­łeś bar­dzo dobrze. Kobietę zwaną Tat­ter­sail. Druga dusza nale­żała do wiel­kiego maga imie­niem Night­chill. Opu­ściła już ciało, z któ­rego zostały wła­ści­wie tylko zwę­glone mięso i kości, lecz inne jej ele­menty zacho­wały się dzięki pie­czę­tu­ją­cemu zaklę­ciu. Tat­ter­sail... zgi­nęła... w sfe­rze oddzia­ły­wa­nia groty Tel­lann, przy­wo­ła­nej przez T'lan Imassa...

Mhybe jako jedyna zauwa­żyła, że cho­rąży Artan­thos wzdry­gnął się nagle.

A co ty na ten temat wiesz?

Ta myśl prze­mknęła tylko przez jej głowę. Domy­sły i spe­ku­la­cje wyma­ga­łyby zbyt wiele wysiłku.

- W tej sfe­rze, wujku, coś się wyda­rzyło - cią­gnęła Srebrna Lisica. - Coś nie­ocze­ki­wa­nego. Poja­wili się rzu­ca­jący kości z zamierz­chłych cza­sów, pra­dawny bóg i dusza śmier­tel­nika...

Kal­lor przy­ci­skał do twa­rzy chustkę, która stłu­miła jego pogar­dliwe prych­nię­cie.

- Night­chill - wyszep­tał. - Cóż za brak wyobraźni... Czy K'rul wie­dział? Ach, ileż w tym iro­nii...

- Ci trzej zgro­ma­dzili się po to, by pomóc mojej matce - pod­jęła Srebrna Lisica. - Kobie­cie, która ze zdu­mie­niem prze­ko­nała się, że nosi nie­wia­ry­godne dziecko. Uro­dzi­łam się w dwóch miej­scach jed­no­cze­śnie. Mię­dzy Rhi­vij­czy­kami w tym świe­cie i pod opieką rzu­ca­ją­cego kości w gro­cie Tel­lann. - Zawa­hała się, zadrżała, jakby nagle zabra­kło jej sił. - Moja przy­szłość należy do T'lan Imas­sów - wyszep­tała po chwili, opla­ta­jąc się ramio­nami. - Odwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę Kor­lat. - Zbie­rają się już i w nad­cho­dzą­cej woj­nie ujrzy­cie ich moc.

- Spo­tka­nie prze­klę­tych mocy - wychry­piał Kal­lor. Dłoń, w któ­rej trzy­mał chustkę, opa­dła, odsła­nia­jąc wąskie oczy i bladą jak per­ga­min, uma­zaną krwią twarz. - Tego wła­śnie się oba­wia­łem. Och, wy głupcy. Wszy­scy jeste­ście głup­cami...

- Zbie­rają się - powtó­rzyła kobieta Tiste Andii. Ona rów­nież igno­ro­wała wiel­kiego króla. - Ale dla­czego? Jaki jest ich cel, Srebrna Lisico?

- To ja muszę o tym zade­cy­do­wać. Ist­nieję po to, by im roz­ka­zy­wać. Wszyst­kim. Moje naro­dziny zwia­stują moment Zgro­ma­dze­nia. Wszy­scy T'lan Imas­so­wie na świe­cie usły­szeli ten zew i ci, któ­rzy są w sta­nie, nad­cho­dzą. Nad­cho­dzą.

***

Sójeczce krę­ciło się w gło­wie. Roz­łam w sze­re­gach armii Bro­oda był nie­po­ko­jący, ale rewe­la­cje tego dziecka... jego myśli pomknęły po spi­rali w dół... a potem wyło­niły się w innym miej­scu. Namiot dowo­dze­nia znik­nął i Sójeczka zna­lazł się w świe­cie pokręt­nych spi­sków, zło­wro­gich zdrad oraz ich strasz­li­wych, nie­ocze­ki­wa­nych kon­se­kwen­cji. W świe­cie, któ­rego szcze­rze nie­na­wi­dził.

Wspo­mnie­nia wypeł­niły jego umysł niczym widma. Kano­nada w Pale, zdzie­siąt­ko­wa­nie Pod­pa­la­czy Mostów, szturm na Odprysk Księ­życa. Plaga podej­rzeń, wir despe­rac­kich pla­nów...

A'Karo­nys, Bel­lur­dan, Night­chill, Tat­ter­sail... listę magów, o któ­rych śmierć można było oskar­żyć wiel­kiego maga Tay­schrenna wypi­sano krwią bez­myśl­nej para­noi. Sójeczka nie zmar­twił się znik­nię­ciem wiel­kiego maga, acz­kol­wiek podej­rze­wał, że Tay­schrenn wcale nie prze­bywa tak daleko, jak mogło się wyda­wać.

Wyję­cie spod prawa. Dekret Laseen uczy­nił z nas nie­za­leżną siłę... ale to wszystko kłam­stwo.

Prawdę znali tylko on i Dujek. Pozo­stali żoł­nie­rze Zastępu wie­rzyli, że cesa­rzowa rze­czy­wi­ście ogło­siła ich zdraj­cami. Byli wierni Duje­kowi Jed­no­rę­kiemu.

I być może rów­nież mnie. Kap­tu­rze, pod­damy tę ich wier­ność naprawdę cięż­kim pró­bom.

Ale ona wie. Dziew­czynka wie.

Sójeczka nie wąt­pił, że ma przed sobą odro­dzoną Tat­ter­sail. Ślady cza­ro­dziejki łatwo było dostrzec w rysach twa­rzy dziecka, w jego syl­wetce i ruchach, w sen­nym, mądrym spoj­rze­niu. Reper­ku­sje tej prawdy wstrzą­snęły wete­ra­nem. Potrze­bo­wał czasu na zasta­no­wie­nie...

Tat­ter­sail naro­dziła się na nowo. Niech cię Kap­tur porwie, Tay­schrenn. Co uczy­ni­łeś, mimo­wol­nie czy świa­do­mie?

Sójeczka nie znał Night­chill. Ni­gdy z nią nie roz­ma­wiał i jego wie­dza na jej temat ogra­ni­czała się do zasły­sza­nych opo­wie­ści. Była kochanką The­lo­mena, Bel­lur­dana, wła­dała cza­rami Wiel­kiej Rahan i była jedną z magów wybra­nych przez cesa­rza, a na koniec ją zdra­dzono, tak samo jak Pod­pa­la­czy Mostów...

Opo­wia­dano, że jest w niej twar­dość, koja­rząca się z ostrym, okrwa­wio­nym żela­zem. Sójeczka dostrze­gał cień rzu­cany na dziecko przez to, co zostało z owej kobiety. W łagod­nych, sen­nych oczach Tat­ter­sail poja­wiło się coś mrocz­niej­szego, co jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­iło i tak już pode­ner­wo­wa­nego wete­rana.

Och, Kap­tu­rze. Z nagłym, ogłu­sza­ją­cym wstrzą­sem zdał sobie sprawę z jesz­cze jed­nej reper­ku­sji. Bogo­wie, wybacz­cie nam nasze głu­pie zabawy.

W Pale cze­kał na nich Ganoes Paran. Był kochan­kiem Tat­ter­sail. Jak przyj­mie Srebrną Lisicę? W jed­nej chwili prze­ro­dziła się z doro­słej kobiety w nowo naro­dzone dziecko, a potem w ciągu sze­ściu mie­sięcy w dzie­się­cio­latkę.

A kim będzie za sześć następ­nych mie­sięcy? Dwu­dzie­sto­let­nią kobietą? Paran... chłop­cze... czy to żałoba wyżera dziury w twoim brzu­chu? Jeśli tak, to jak na cie­bie wpły­nie odpo­wiedź na nią?

Sójeczka wciąż sta­rał się zro­zu­mieć słowa dziew­czynki i to, co widział w jej twa­rzy, lecz jego myśli zwró­ciły się ku sto­ją­cej obok Srebr­nej Lisicy mhybe. Zalała go fala smutku. Bogo­wie byli naprawdę okrutni. Sta­ruszka zapewne umrze przed upły­wem roku, bru­tal­nie zło­żona w ofie­rze dziecku i jego potrze­bom w zło­wiesz­czej, kosz­mar­nej paro­dii macie­rzyń­stwa.

Ostat­nie słowa dziew­czynki raz jesz­cze wstrzą­snęły wete­ra­nem.

"Nad­cho­dzą". T'lan Imas­so­wie. Na oddech Kap­tura, jakby sprawy nie były już dosta­tecz­nie skom­pli­ko­wane. W kim mam pokła­dać wiarę? Kal­lor - zimny, budzący dreszcz sukin­syn - nazywa dziew­czynkę mon­strum. Zabiłby ją, gdyby tylko mógł. To jest oczy­wi­ste. Nie pozwolę skrzyw­dzić dziecka... ale czy to jest dziecko?

Ale... na oddech Kap­tura! To prze­cież odro­dzona Tat­ter­sail, prawa, odważna kobieta. A Night­chill była wiel­kim magiem, który słu­żył cesa­rzowi. Teraz została nową wład­czy­nią T'lan Imas­sów i to wła­śnie jest w tym naj­dziw­niej­sze i naj­bar­dziej nie­po­ko­jące...

Sójeczka zamru­gał i przed jego oczyma znowu uka­zało się wyraź­nie wnę­trze namiotu wraz ze zgro­ma­dzo­nymi w nim oso­bami. W ciszy kłę­biły się naj­roz­ma­it­sze myśli. Ponow­nie spoj­rzał na Srebrną Lisicę, na jej bladą, puco­ło­watą buzię, zauwa­żył z nagłym współ­czu­ciem drże­nie jej dłoni. Potem odwró­cił wzrok. Obser­wo­wała go Tiste Andii, Kor­lat. Popa­trzyli sobie w oczy.

Cóż za nie­zwy­kła uroda. A Dujek jest brzydki jak pies. To kolejny dowód na to, że przez wszyst­kie te lata wal­czy­łem po nie­wła­ści­wej stro­nie. Trudno przy­pusz­czać, by była mną zain­te­re­so­wana w ten spo­sób. Nie, pró­buje mi prze­ka­zać coś cał­kiem innego... Po dłuż­szej chwili ski­nął głową. Srebrna Lisica... na­dal jest dziec­kiem. Gli­nianą tabliczką, na któ­rej pra­wie nic jesz­cze nie zapi­sano. Rozu­miem cię, Tiste Andii.

Ci, któ­rzy posta­rają się zbli­żyć do Srebr­nej Lisicy, mają szansę wpły­nąć na to, kim się osta­tecz­nie sta­nie. Kor­lat chciała z nim poroz­ma­wiać na osob­no­ści, a on wła­śnie przed chwilą przy­jął jej zapro­sze­nie. Sójeczka żało­wał, że nie ma z nim teraz Szyb­kiego Bena. Mag z Sied­miu Miast świet­nie sobie radził w takich sytu­acjach. On już w tej chwili odno­sił wra­że­nie, że traci grunt pod nogami.

Paran, ty biedny skur­czy­byku. Co mam ci powie­dzieć? Czy powi­nie­nem dopro­wa­dzić do waszego spo­tka­nia? Czy będę mógł mu zapo­biec, gdy już o wszyst­kim usły­szysz? I czy to w ogóle mój inte­res?

***

Sta­ru­cha roz­dzia­wiła dziób, lecz tym razem nie popły­nął z niego bez­gło­śny śmiech.

T'lan Imass! I K'rul, pra­dawny bóg! Powier­nicy prawdy o Wiel­kich Kru­kach, prawdy, któ­rej nie zna nikt poza nimi. Poza nimi i Srebrną Lisicą, na Otchłań... Srebrną Lisicą, która spoj­rzała w moją duszę i wyczy­tała z niej wszystko.

Nie­ostrożne, nie­ostrożne dziecko! Czy chcesz nas zmu­sić, byśmy się bro­nili przed tobą? Przed tymi, któ­rym zamie­rzasz roz­ka­zy­wać? My, Wiel­kie Kruki, ni­gdy nie toczy­li­śmy wła­snych wojen. Czy pra­gniesz nas do tego zmu­sić swym nie­roz­trop­nym gada­niem?

Gdyby Rake się dowie­dział... zapew­nie­nia o nie­win­no­ści zda­łyby się na nic. Byli­śmy przy Przy­ku­ciu, nie­praw­daż? Tak... a nawet przy samym Upadku! Wiel­kie Kruki zro­dziły się niczym czer­wie w ciele Upa­dłego, i to, och, to nas ska­zuje. Ale chwi­leczkę! Czyż nie byli­śmy wier­nymi straż­ni­kami magii Oka­le­czo­nego Boga? I czy to nie my zanie­śli­śmy wszyst­kim wie­ści o Pan­nion Domin i o zagro­że­niu, jakie sta­nowi?

Jeste­śmy w sta­nie przy­wo­łać tę magię, jeśli będziemy zmu­szeni. Ach, dziecko, twe lek­ko­myślne słowa mogą znisz­czyć tak wiele...

Wbiła spoj­rze­nie czar­nych, błysz­czą­cych ślepi w Cala­dana Bro­oda. Naczelny wódz dobrze ukry­wał myśli za maską pła­skiej, grubo cio­sa­nej twa­rzy.

Nie ule­gaj panice, stara wiedźmo. Skup się na naj­bliż­szych pro­ble­mach. Myśl!

W cza­sach cesa­rza Impe­rium Mala­zań­skie korzy­stało z usług T'lan Imas­sów. To dzięki nim moż­liwy był pod­bój Sied­miu Miast. Potem, po śmierci Kel­la­nveda, sojusz się roz­padł i Gena­bac­kis oszczę­dzono inwa­zji dzie­siąt­ków tysięcy nie­ubła­ga­nych mar­twia­ków, któ­rzy potra­fią wędro­wać z wia­trem jak pył. Tylko to pozwo­liło Cala­da­nowi Bro­odowi prze­ciw­sta­wić się na rów­nej sto­pie mala­zań­skiemu zagro­że­niu.

Ach... ale może tylko tak się nam zda­wało? Czy kie­dy­kol­wiek wyko­rzy­stał pełną moc Tiste Andii? Czy dał wolną rękę Ano­man­de­rowi Rake'owi? Czy oka­zał swą wła­sną potęgę? Brood jest Ascen­den­tem. W tych peł­nych nie­ostroż­no­ści cza­sach łatwo jest o tym zapo­mnieć. Jego grotą jest Ten­nes - moc samej Ziemi, która jest domem wiecz­nej, śpią­cej bogini, Pożogi. Cala­dan Brood ma w sobie - w swych ramio­nach i w tym strasz­li­wym mło­cie, który nosi na ple­cach - moc zdolną strza­skać góry. Prze­sada? Niski prze­lot nad zdru­zgo­ta­nymi tur­niami na wschód od Pła­sko­wyżu Laede­ron wystar­czy, by ujrzeć pamiątkę po cza­sach, gdy był młod­szy i bar­dziej pochopny... bab­ciu Sta­ru­cho, powin­naś wie­dzieć lepiej! Moc przy­ciąga moc. Zawsze tak było, a teraz nad­cho­dzą T'lan Imas­so­wie, po raz kolejny zakłó­ca­jąc rów­no­wagę.

Moje dzieci szpie­gują Pan­nion Domin i czują woń mocy bijącą z jego ziem, tak obfi­cie uświę­co­nych krwią. Ale ta moc wciąż nie ma twa­rzy, jakby ukry­wała się za nie­zli­czo­nymi zasło­nami. Co czai się w sercu impe­rium fana­ty­ków?

To prze­ra­ża­jące dziecko zna odpo­wiedź na owo pyta­nie. Przy­się­gła­bym na łoże boga o zgru­cho­ta­nym ciele, och tak. I popro­wa­dzi T'lan Imas­sów... pro­sto do tego serca.

Rozu­miesz to, Cala­da­nie Bro­odzie? Sądzę, że rozu­miesz. Choć ten stary, zgrzy­biały tyran Kal­lor wypo­wiada swe ostrze­że­nia z całą siłą swej bez­kr­wi­stej woli... Choć tobą rów­nież wstrzą­snęła wia­do­mość, że wkrótce otrzy­masz wspar­cie mar­twia­ków. Jesz­cze bar­dziej prze­ra­ziło cię jed­nak to, że będziesz ich potrze­bo­wał. Komu wła­ści­wie wypo­wie­dzie­li­śmy wojnę? Ilu z nas doczeka jej zakoń­cze­nia?

I, na Otchłań, jaką tajemną prawdę o Srebr­nej Lisicy zna Kal­lor?

***

Mhybe stłu­miła nara­sta­jący wstręt do samej sie­bie, bru­tal­nie naka­zała sobie myśleć jasno, słu­chać wszyst­kiego, co mówi Srebrna Lisica, każ­dego słowa i tego, co kryło się mię­dzy sło­wami. Oplo­tła się ramio­nami wstrzą­śnięta serią rewe­la­cji córki. Ujaw­nia­nie tajem­nic kłó­ciło się z jej wszyst­kimi instynk­tami. Wią­zało się z tym bar­dzo wiel­kie ryzyko. W końcu jed­nak udało się jej choć w czę­ści zro­zu­mieć sytu­ację Srebr­nej Lisicy. Te wyzna­nia były woła­niem o pomoc.

Potrze­buje sojusz­ni­ków. Wie, że ja jej nie wystar­czę. Duchy na dole, zade­mon­stro­wano jej to tutaj. Co wię­cej, zdaje sobie sprawę, że trzeba połą­czyć dwa obozy, które przez tak długi czas były sobie wro­gie. Uro­dziła się w jed­nym z nich i pró­buje dotrzeć do dru­giego. Wszystko, co było Tat­ter­sail i Night­chill, tęskni za daw­nymi towa­rzy­szami. Czy odpo­wie­dzą na jej woła­nie?

Nie potra­fiła odczy­tać uczuć Sójeczki. Jego myśli rów­nie dobrze mogły być odbi­ciem nasta­wie­nia Kal­lora. Mon­strum. Zauwa­żyła, że Mala­zań­czyk spoj­rzał w oczy Kor­lat, i zadała sobie pyta­nie, jakie infor­ma­cje wymie­nili.

Myśl! W natu­rze wszyst­kich tu obec­nych leży patrze­nie na sytu­ację pod wzglę­dem tak­tycz­nym, odsu­wa­nie na bok uczuć, bada­nie gruntu, waże­nie wszyst­kich opcji. Srebrna Lisica wysu­nęła się na czoło, zażą­dała dla sie­bie pozy­cji rów­nej pozy­cji Bro­oda, Ano­man­dera Rake'a i Kal­lora. Czy Dujek Jed­no­ręki zasta­na­wia się teraz, z kim powi­nien roz­ma­wiać? Czy zdaje sobie sprawę, że to on zjed­no­czył nas wszyst­kich? Że przez dwa­na­ście lat klany Bar­gha­stów i Rhi­vij­czy­ków, różne kom­pa­nie ze z górą dwu­dzie­stu miast, Tiste Andii, Rake, Brood i Kal­lor, nie wspo­mi­na­jąc już o Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii - że wszy­scy sta­nę­li­śmy w jed­nym sze­regu tylko z powodu Impe­rium Mala­zań­skiego? Z powodu samego Dujeka.

Teraz jed­nak mamy nowego wroga i nie wiemy pra­wie nic o jego natu­rze. Łączące nas więzi stały się kru­che - ach, cóż za nie­do­po­wie­dze­nie - i wielka pięść to dostrzega.

Srebrna Lisica twier­dzi, że będziemy potrze­bo­wali T'lan Imas­sów. Tylko stary, okrutny cesarz czuł się dobrze, mając za sojusz­ni­ków takie istoty. Nawet Kal­lor wzdryga się przed decy­zjami, do jakich jeste­śmy zmu­szani. Kru­chy sojusz chwieje się i roz­pada. Wielka pię­ści, jesteś za mądry, by nie mieć teraz poważ­nych wąt­pli­wo­ści.

Po wystą­pie­niu Srebr­nej Lisicy jed­no­ręki sta­rzec ode­zwał się jako pierw­szy.

- T'lan Imas­so­wie znani Impe­rium Mala­zań­skiemu to armia Logrosa - zwró­cił się do dziecka, wyma­wia­jąc słowa powoli i sta­ran­nie. - Z two­ich słów wynika, że musimy przy­jąć zało­że­nie, że ist­nieją też inne armie. Ni­gdy jed­nak o nich nie sły­sze­li­śmy. Dla­czego, dziecko?

- Ostat­nie Zgro­ma­dze­nie odbyło się przed set­kami tysięcy lat - wyja­śniła Srebrna Lisica. - Odpra­wiono na nim Rytuał Tel­lann, który zwią­zał grotę Tel­lann z każ­dym żyją­cym Imas­sem. Ten rytuał uczy­nił ich nie­śmier­tel­nymi, wielka pię­ści. Siłę życiową całego ludu zwią­zano w imię świę­tej wojny, która miała trwać tysiąc­le­cia...

- Wojny z Jaghu­tami - wychry­piał Kal­lor. Wykrzy­wił wąską, zwię­dłą, pokrytą krzep­nącą krwią twarz w szy­der­czym gry­ma­sie. - Pomi­ja­jąc garstkę tyra­nów, Jaghuci byli pacy­fi­stami. Ich jedyna zbrod­nia pole­gała na tym, że ist­nieli...

- Nie mów mi o nie­spra­wie­dli­wo­ści, wielki królu! - prze­rwała wojow­ni­kowi Srebrna Lisica. - Zacho­wa­łam wystar­cza­jąco wiele wspo­mnień Night­chill, by pamię­tać Cesar­ską Grotę, kra­inę, którą ongiś wła­da­łeś, Kal­lor, nim zagar­nęli ją dla sie­bie Mala­zań­czycy. Spu­sto­szy­łeś całe kró­le­stwo, znisz­czy­łeś w nim wszystko, co żyje, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie popiół i zwę­glone kości. Całe kró­le­stwo!

Zbro­czony krwią uśmiech wyso­kiego wojow­nika wyglą­dał maka­brycz­nie.

- Ach, ależ jesteś tu, prawda? Mam jed­nak wra­że­nie, że się ukry­wasz, wypa­czasz prawdę, czy­niąc z niej fał­szywe wspo­mnie­nia. Ukry­wasz się, ty żało­sna, prze­klęta kobieto! - Jego twarz nabrała tward­szego wyrazu. - W takim razie pew­nie wiesz, że lepiej nie nad­uży­wać mojej cier­pli­wo­ści, rzu­ca­jąca kości. Tat­ter­sail. Night­chill... dro­gie dziecko...

Mhybe zauwa­żyła, że jej córka pobla­dła.

Tych dwoje dzieli pra­dawna wro­gość. Dla­czego nie zauwa­ży­łam tego wcze­śniej? Wię­zią mię­dzy nimi są sta­ro­żytne wspo­mnie­nia. Mię­dzy moją córką a Kal­lo­rem... nie, mię­dzy Kal­lo­rem a jedną z jej dusz...

Po chwili Srebrna Lisica ponow­nie spoj­rzała na Dujeka.

- Wra­ca­jąc do two­jego pyta­nia, Logro­sowi i kla­nom, któ­rymi dowo­dził, zle­cono zada­nie obrony Pierw­szego Tronu. Inne armie roze­szły się po świe­cie, by znisz­czyć ostat­nie reduty Jaghu­tów, któ­rzy osło­nili się barie­rami lodow­ców. Omtose Phel­lack jest grotą lodu, wielka pię­ści, śmier­tel­nie zimną i nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wioną życia. Jaghuc­kie czary zagra­żały całemu światu... poziom mórz opa­dał, wymie­rały liczne gatunki. Każdy łań­cuch gór­ski był barierą. Lód spły­wał z gór­skich zbo­czy bia­łymi rze­kami. W nie­któ­rych miej­scach jego war­stwa osią­gała gru­bość trzech mil. Śmier­telni Imas­so­wie zostali roz­pro­szeni, utra­cili jed­ność. Nie byli w sta­nie sfor­so­wać podob­nych barier. Nastała klę­ska głodu...

- Wojna z Jaghu­tami zaczęła się znacz­nie wcze­śniej - wark­nął Kal­lor. - Oni tylko się bro­nili. Każdy na ich miej­scu postą­piłby tak samo.

Srebrna Lisica wzru­szyła ramio­nami.

- Gdy sta­li­śmy się zro­dzo­nymi z mocy Tel­lann mar­twia­kami, nasze armie mogły bez trudu poko­ny­wać podobne prze­szkody. Próby eks­ter­mi­na­cji oka­zały się... kosz­towne. Nie dotarły do was szepty o tych armiach, ponie­waż wiele z nich zostało zdzie­siąt­ko­wa­nych, nato­miast inne być może kon­ty­nu­ują wojnę w odle­głych, nie­go­ścin­nych kra­inach.

Twarz wiel­kiej pię­ści zasty­gła w wyra­zie bólu.

- Armia Logrosa rów­nież opu­ściła na pewien czas impe­rium i znik­nęła na Jhag Odhan. Kiedy wró­ciła, jej liczeb­ność była znacz­nie mniej­sza.

Dziew­czynka ski­nęła głową.

- Czy T'lan Imas­so­wie Logrosa odpo­wie­dzieli na twoje wezwa­nie?

Srebrna Lisica zmarsz­czyła brwi.

- Nie mogę być tego pewna - odparła. - Ani w ich przy­padku, ani w żad­nym innym. Usły­szeli je. Wszy­scy się sta­wią, jeśli tylko będą mogli. Wyczu­wam już bli­skość jed­nej armii. Przy­naj­mniej tak mi się zdaje.

Ukry­wasz przed nami bar­dzo wiele, córko. Widzę to w two­ich oczach. Boisz się, że jeśli za dużo ujaw­nisz, twoje woła­nie o pomoc pozo­sta­nie bez odpo­wie­dzi.

Dujek spoj­rzał z wes­tchnie­niem na naczel­nego wodza.

- Cala­da­nie Bro­odzie, czy wró­cimy do roz­mowy o stra­te­gii?

Żoł­nie­rze ponow­nie pochy­lili się nad sto­łem mapo­wym. Dołą­czyła do nich poskrze­ku­jąca cicho Sta­ru­cha. Po chwili mhybe ujęła córkę za rękę i ruszyła w stronę wyj­ścia. Kor­lat podą­żyła za nimi. Ku zasko­cze­niu Rhi­vijki tak samo postą­pił Sójeczka.

Zimny, popo­łu­dniowy wie­trzyk sta­no­wił miłą odmianę po dusz­nym wnę­trzu namiotu. Grupka bez słowa udała się na wolną prze­strzeń, dzie­lącą od sie­bie obozy Tiste Andii i Bar­gha­stów. Gdy się zatrzy­mali, Mala­zań­czyk wbił wzrok w Srebrną Lisicę.

- Widzę w tobie wiele z Tat­ter­sail, dziew­czynko. Ile z jej wspo­mnień zacho­wa­łaś?

- Twa­rze - odpo­wie­działa z nie­pew­nym uśmie­chem. - I zwią­zane z nimi uczu­cia, dowódco. Byli­śmy przez pewien czas sojusz­ni­kami. Sądzę, że rów­nież przy­ja­ciółmi...

Ski­nął z powagą głową.

- To prawda. Pamię­tasz Szyb­kiego Bena? Resztę mojej dru­żyny? A co z Locz­kiem? Tay­schren­nem? Przy­po­mi­nasz sobie kapi­tana Parana?

- Szybki Ben - wyszep­tała nie­pew­nie. - Mag? Sie­dem Miast... miał wiele tajem­nic... tak. - Znowu się uśmiech­nęła. - Szybki Ben. Loczek... on nie był przy­ja­cie­lem, lecz groźbą... spra­wił mi ból...

- Już nie żyje.

- To dobra wia­do­mość. Imię Tay­schrenna nie­dawno sły­sza­łam. To ulu­biony wielki mag Laseen. Ście­ra­li­śmy się ze sobą, gdy byłam Tat­ter­sail, a także, gdy byłam Night­chill. Nie budzi we mnie lojal­no­ści ani zaufa­nia... myśli o nim zbi­jają mnie z tropu.

- A kapi­tan?

Coś w tonie Mala­zań­czyka zaalar­mo­wało mhybe.

Srebrna Lisica odwró­ciła wzrok.

- Z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję spo­tka­nia z nim.

Wete­ran odchrząk­nął.

- Prze­bywa obec­nie w Pale. To nie mój inte­res, dziew­czynko, ale może powin­naś roz­wa­żyć kon­se­kwen­cje takiego spo­tka­nia, zasta­no­wić się, jak, hmm, zare­aguje, kiedy się dowie... - Umilkł wyraź­nie zakło­po­tany.

Duchy na dole! Ten kapi­tan Paran był kochan­kiem Tat­ter­sail. Powin­nam była prze­wi­dzieć, że sta­nie się coś w tym rodzaju. Dusze dwóch doro­słych kobiet...

- Srebrna Lisico... córko...

- Już kie­dyś go spo­tka­ły­śmy, matko. Kiedy gna­ły­śmy bhe­de­rin na pół­noc. Pamię­tasz? Żoł­nie­rza, który oparł się naszym wojow­ni­kom? Pozna­łam go, wie­dzia­łam, kim jest. - Ponow­nie spoj­rzała na wete­rana. - Paran wie. Zawia­dom go, że tu jestem. Pro­szę.

- Jak sobie życzysz, dziew­czynko. - Sójeczka uniósł głowę, by przyj­rzeć się bar­gha­sc­kiemu obo­zo­wi­sku. - Pod­pa­la­cze Mostów i tak... zja­wią się tu... z wizytą. Kapi­tan jest teraz ich dowódcą. Jestem pewien, że Szybki Ben i Mło­tek ucie­szą się, że znowu cię zoba­czą...

- Chcesz powie­dzieć, że pra­gniesz, by mi się przyj­rzeli - prze­rwała mu Srebrna Lisica. - To ma ci pomóc zde­cy­do­wać, czy warto udzie­lić mi popar­cia. Nie oba­wiaj się, dowódco, ta per­spek­tywa nie wzbu­dza we mnie lęku. Pod wie­loma wzglę­dami sama jestem dla sie­bie tajem­nicą i cie­kawi mnie, co odkryją.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki