Wspomnienia z lat okupacji - Walenty Pikor

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Kim był Walenty Pikor?" - rozmowa o przeszłości - z córką Walentego, Bronisławą Guzek (z domu Pikor)

Bronisława ze swoim ojcem - Walentym, w 1967 roku. Nienadówka.

Magdalena Kałwak (Pikor): Kim był Walenty Pikor? Oczywiście oprócz tego, że był Twoim ojcem i moim dziadkiem.

Bronisława Guzek (Pikor): Urodził się w Nienadówce, dnia 9 października 1907 roku. Jego rodzicami byli Wojciech i Jadwiga Pikor (nazwisko panieńskie też Pikor). Pochodzili z Nienadówki i byli rolnikami.

Ojciec ukończył przed wojną 4 klasy szkoły podstawowej. Pracował głównie w polu, ale wyuczył się też zawodu szewca.

Magdalena: A ja urodziłam się prawie siedemdziesiąt lat po dziadku (08 października 1976 roku) i wciąż czuję z nim więź.

A kim była Aniela, z którą w 1938 roku Walenty stanął na ślubnym kobiercu?

Bronisława: Anielą z Jasionki (31 lipca 1913 - 4 marca 1990), która miała pięć sióstr.

Magdalena: Ooo, to miała dużą rodzinę. A rodzina Walentego? A później Anieli z Walentym?

Bronisława: Dziadek miał sześcioro rodzeństwa. Józef, Marcin i Jan - wyjechali do Stanów, a Jakób, Michał i siostra Wiktoria - byli w Polsce.

Rodzice mieli nas troje: Twojego ojca - Mieczysława - urodzonego w 1938 roku, Helenę urodzoną w 1947 roku i mnie, rodzoną w 1950.

Magdalena: Dobrze jest mieć dużo rodzeństwa. Zawsze jest z kim porozmawiać, dzielić smutki i świętować sukcesy.

Mój tata już nie żyje, ale pamiętam, że też miał na myśli wydanie wspomnień swojego ojca. Pamiętasz może, jak to się stało, że dziadek zaczął spisywać to, co spotkało Go podczas II wojny światowej?

Bronisława: Było to przez przypadek. W 1971 albo 1972 roku, dziadek wyjechał wtedy na zimę do pracy, i to daleko, bo aż do Gniewu. Tam musiał zrobić badania lekarskie potrzebne do pracy. Po prześwietleniu płuc okazało się, że jest chory na gruźlicę i tam skierowali Go do szpitala, i tam też był leczony kilka miesięcy. Mietek miał do tego Gniewu najbliżej, to jak był w odwiedzinach, dziadek się skarżył, że mu nudno i nie ma co robić tyle czasu. Mietek podpowiedział mu wtedy, żeby spisał swoje wspomnienia. I tak to się stało.

Magdalena: To była dobra rada, i niezwykłe jest to, że Walenty po tylu latach tak dokładnie pamiętał daty, miejsca i nazwiska. A czym jeszcze (oprócz rolnictwa) zajmował się dziadek?

Bronisława: Walenty miał nawet swój warsztat szewski w wynajmowanym budynku pośrodku wsi. Później, gdy wraz z Anielą mieli już więcej pola, to tylko czasem w domu coś ludziom naprawiał.

Lubił dużo czytać - książki, gazety. Umiał też grać na akordeonie, i czasem też śpiewał.

Sam też uczył się grać, ale jego starsi bracia, którzy wyjechali do Ameryki (jeszcze przed pierwszą wojną), to też umieli grać. Nawet mieli taki zespół w Stanach i zarabiali grając na imprezach. A Marcin (zdobywając wcześniej wykształcenie w Ameryce) napisał nawet książkę do nauki języka angielskiego.

Dziadek chciał żebyśmy się wykształcili, bo on nie miał takiej możliwości. Dlatego był bardzo dumny z Mietka, że tak się wykształcił, a i z wnuków bardzo się cieszył.

Magdalena: Bardzo mnie to cieszy i pociesza, bo czucie dumy od własnych rodziców, czy dziadków, to wielki skarb. A ja chyba wiele odziedziczyłam po Mieciu, znaczy po mieczu :), czyli po Walentym też. Niestety Walenty zmarł 22 czerwca 1983 roku i nie zdążyłam się Nim nacieszyć. I kiedy czytam Jego słowa, to przez chwilę mogę z Nim pobyć...

Wywiad autoryzowany.

Budowa Górna

Niemcy po zajęciu Polski, zaraz zaczęli budować obóz. Podobno miało tam być krematorium na Polaków. Sprowadziły się więc firmy budowlane, zajęły teren pokryty lasami obok wsi Górno. Zwerbowali ludzi i rozpoczęli roboty na wielką skalę, a wszystko przezornie ukryte w lesie. Ludzie zwerbowani ochotniczo, lecz pod presją, że kto nie pójdzie tu do roboty, będzie wysłany do Rzeszy. Ludzie się garnęli, bo przecież woleli robić w pobliżu domu, niż w obcym kraju. Ja też byłem zmuszony iść do tej roboty, bo byłem zawsze na oku miejscowych władców. Mówili, że on tu nie ma co robić, powinien jechać do Niemiec. Poszedłem więc do roboty, ale była to męka.

Musiałem wstawać o godzinie czwartej, aby coś ugotować i zjeść. Najgorzej było z obiadem, bo chleba u nas w tym czasie nie było. Mieliśmy jeszcze coś ziarna - pośladu* (*poślad - wyselekcjonowane ze względu na gorszy gatunek ziarno zbóż lub nasiona innych roślin, używane jako pasza - za: https://sjp.pwn.pl/slowniki/po%C5%9Blad.html), to żona mełła to w żarnach* (*żarna - urządzenie do ręcznego mielenia zboża, złożone z dwóch kamieni, jednego nad drugim, z których górny jest ruchomy względem dolnego - za: https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBarna), ale to nie była mąka tylko ospa. Żona z tego piekła takie placki na płycie kuchennej, ale to było i przypalone, i rozkruszało się, jak piasek, ale nie było innej rady. Na południe smakowało to bardzo, a do tego miałem butelkę mleka. Jeżeli było mleko (ale nie zawsze było), bo przecież krowa nie doi się stale, więc gdy nie było mleka, to brałem herbatę.

Robili tam z nami Żydzi z Sokołowa. Byli zabierani przymusowo - byli to ludzie w różnym wieku, aż do dwunastoletnich dzieci. Czasem robiliśmy wszyscy razem, jak przy wykopach i ładowaniu piasku, to znów przy wykopach. Przy betonowaniu, nas dwóch zabrali do ładowania różnych przyrządów i wyrobów z wagonów na samochody. Po towary te jeździliśmy na stację kolejową Łętownia. Przy robocie doglądał nas szwab. Nazywaliśmy go "Nosek", bo miał taki ogryziony nos.

Człowiek ten był bez sumienia, krzyczał na nas, popędzał do roboty, kazał zdejmować grubsze ubrania, aby prędzej robić. Ja robiłem w jesionce, bo było zimno. On przyszedł i kazał mi to zdjąć. Gdy ja nie dość prędko zdejmowałem, on przyskoczył i szarpnął za tę jesionkę, aż guziki odleciały.

Gorzej było z Żydami. Ludzie ci byli nieporadni, nie przyzwyczajeni do ciężkiej roboty, nie mieli zresztą siły, bo byli głodni. Tworzyły się im pryszcze na rękach. Na nich też najwięcej krzyczał, a nawet bił, ten srogi dozorca "Nosek". Zastanowił mnie jeden fakt. Mały żydowski chłopiec, który z nami pracował, miał na obiad tylko małe dwa placuszki ziemniaczane, upieczone na blasze, bez żadnego tłuszczu, wyziębłe i zsiniałe. Do tego miał ten biedny dzieciak malutką butelkę herbaty, tak że aż litość brała, gdy się patrzyło na taką biedę. Jakże taki mały chłopiec o takim wyżywieniu mógł robić łopatą.

Ja chodziłem na piechotę do Sokołowa (pięć kilometrów), a w Sokołowie zabierał nas samochód firmowy i dowoził na budowę znów pięć kilometrów. Gdy się czasem spóźniłem na samochód, musiałem iść pieszo, czyli razem dziesięć kilometrów. Czas roboty trwał od godziny szóstej do osiemnastej, z małą przerwą na obiad. Z powrotem znów samochód zabierał nas i odwoził do Sokołowa. Kto był z Sokołowa, to dla tego było dobrze, a my z dalsza musieliśmy resztę iść na piechotę.

Jednego razu ja się spóźniłem na samochód z powrotem, już byłem parę kroków, gdy on ruszył i odjechał. Sądziłem, że już muszę iść na piechotę do domu, ale nawinął się inny samochód okazyjny, więc wsiadłem i przyjechałem do Sokołowa. Gdy przyjechałem, to ten pierwszy samochód, na który ja się spóźniłem, leżał przewrócony na zakręcie, a ludzie rozrzuceni dookoła. Przeważnie byli to Żydzi z Sokołowa. Nie było zabitych, ale było kilku poranionych. Kierowca - ten Niemiec - był znany ze swej szalonej jazdy, a nie chcąc jeździć dwa razy, kazał nam wszystkim siadać naraz. Tośmy tak siedzieli, jak te śledzie w beczce, że nie można było ruszyć, ani ręką, ani nogą. Wypada jeszcze wyjaśnić, że był to samochód towarowy. Gdy zobaczyłem ten wypadek już nie żałowałem, że spóźniłem się na ten samochód.

Budowali tam różne tymczasowe baraki na palach i inne na fundamentach. Zbudowali też jeden duży dom z cegły - siedzibę dla generała. Budowla ta, była ukryta wśród drzew, a pokryli ją słomą, tak że podobna była raczej do stodoły niż do rezydencji generała.

Przyszedł wreszcie pamiętny dzień (22 czerwca 1941 roku - przyp.red.), gdy hitlerowcy uderzyli na Związek Radziecki. Zajechałem, jak zwykle do roboty. W czasie roboty ludzie szeptali między sobą ukradkiem. Mnie to zaciekawiło i też przysunąłem się do rozmawiających, i dowiedziałem się, że Niemcy wtargnęli do Związku Radzieckiego i poszli daleko w głąb kraju. Była to dla nas wiadomość oszałamiająca, gdyż niweczyła nasze nadzieje na upadek Hitlera. Ale w kilka dni później mój znajomy z Sokołowa - Cisło - pocieszył mnie, że Niemcy wojnę przegrają. Związek Radziecki chwilowo ustępuje, przez co Niemców rozproszy po swym wielkim i zimnym kraju, i tam ich wyniszczy, co rzeczywiście tak się stało.