Rozdział I. Zamęt i rozkład w armii
Rozdział I
Zamęt i rozkład w armii
W przededniu przewrotu
Po krwawych walkach latem i jesienią 1916 roku na większej części frontu
działania wojenne ustały. Wojska umacniały po obu stronach zdobyte
rubieże, szykowały się do zimy, porządkowały tyły i uzupełniały
poniesione w ostatnim okresie walk straty w ludziach, koniach i sprzęcie.
Ciężkie doświadczenia dwóch lat wojny nie poszły na marne: wiele się
nauczyliśmy i teraz braliśmy pod uwagę wszystkie niedociągnięcia, które
tak drogo nas kosztowały. Dowódcy wyższego szczebla, którzy okazali się
nieprzygotowani do prowadzenia walki w nowoczesnych warunkach, a była
ich spora liczba, zmuszeni byli do opuszczenia swych stanowisk; samo
życie zweryfikowało umiejętności dowódców. Jednak protekcjonizm, który
uwił sobie gniazdo we wszystkich dziedzinach życia Rosji, nadal
nieustannie wysuwał na stanowiska dowódcze ludzi zupełnie
nieodpowiednich. Wciąż jeszcze, szczególnie w wyższych sztabach, panował
szablon, rutyna, ściśle przestrzegano zasad starszeństwa.
Skład armii w ciągu dwóch lat mocno się zmienił, odeszła większość
oficerów kadrowych i żołnierzy, zwłaszcza z piechoty.
Nowi, pospiesznie wyszkoleni oficerowie bez bojowego przygotowania,
pozbawieni ducha walki, nie mogli być wychowawcami żołnierzy. Równie
pięknie jak oficerowie kadrowi umieli umierać ku chwale ojczyzny i ojczystych sztandarów, ale, oderwani od swych zajęć i zainteresowań,
absolutnie obcych duchowi armii, z trudem znosili nieuniknione
wyrzeczenia wojennego życia, nieustanne niebezpieczeństwa, głód, chłód i brud, szybko się załamywali, wojna ich nużyła i byli absolutnie
niezdolni do podnoszenia morale swoich podwładnych.
Żołnierze, po dwóch latach wojny, także, w przeważającej masie, byli już
nie ci sami. Tylko nieliczni spośród nich, ci którzy pozostali w szeregach mimo wszystkich trudów i wyrzeczeń, potrafili się znaleźć w warunkach wojennego życia; większość jednak owych uzupełnień, które
nieustannie napływały do oddziałów, charakteryzował brak ducha walki.
Byli to przeważnie rezerwiści starszych roczników, ojcowie rodzin
oderwani od swych domów, ludzie, którzy zdążyli już zapomnieć odbyte
kiedyś przeszkolenie wojskowe; niechętnie szli na wojnę, marzyli o powrocie do domów i pragnęli pokoju. W ostatnich walkach nagminnie
zdarzały się przypadki samookaleczeń -?zranienia w palce w nadziei na
odesłanie na tyły były szczególnie częste. Najsłabszy skład miały
dywizje trzeciego rzutu.
Przygotowanie uzupełnień na tyłach, szkolenie ich w oddziałach
rezerwowych stało na bardzo niskim poziomie. Przyczyn tego było wiele:
niewłaściwa organizacja, ciasnota i złe wyposażenie koszar, obliczonych
na znacznie mniejszą liczbę wojska, a przede wszystkim brak dostatecznej
liczby doświadczonych, o wysokim morale oficerów i podoficerów
instruktorów. Tych ostatnich rekrutowano albo spośród inwalidów, albo
spośród młodzieży, która sama powinna była jeszcze się szkolić.
Wszystkie te niedociągnięcia dawały o sobie znać zwłaszcza w piechocie,
gdzie straty i ubytek kadry były największe.
Mimo wszystko armia jako całość wciąż jeszcze stanowiła groźną siłę,
ciągle jeszcze panowały w niej duch walki i dyscyplina. Nie znam
przypadków jakichkolwiek rozruchów czy masowych wystąpień w samej armii;
by do nich doszło, musiałoby zostać unicestwione samo pojęcie władzy i dany z góry przykład naruszenia przysięgi, wiążącej oficerów i żołnierzy.
Dwuletnia wojna nie mogła jednak nie zachwiać zasadami moralnymi armii.
Zachowanie stało się bardziej brutalne; wojsko utraciło w znacznym
stopniu poczucie praworządności. Stałe rekwizycje -?nieuniknione
następstwo każdej wojny -?osłabiły szacunek dla cudzej własności.
Wszystko to sprzyjało rozbudzaniu w masach niskich instynktów, ale,
powtarzam, iskra, która roznieciłaby pożar, musiałaby być rzucona z zewnątrz.
Starania w tym kierunku czynili osobnicy, którzy w ostatnich miesiącach
licznie przenikali do armii, zwłaszcza na bliskich tyłach; "cywilbanda",
ludzie w wieku poborowym, cieszący się wspaniałym zdrowiem, ale żywiący
nieprzeparty wstręt do świstu kul czy wybuchów pocisków, za łaskawym
poparciem i przy pomocy środowisk opozycyjnych, tworzyli wszelkiego
rodzaju komitety, mające na celu m.in. albo organizowanie jakichś
czytelni, albo osuszanie okopów. Wszyscy ci panowie stroili się we
wszelkie możliwe mundury, obwieszali się ostrogami i kokardami i cichcem
podburzali niższe szarże, przede wszystkim chorążych, pisarzy, felczerów
i wywodzących się z "inteligencji" żołnierzy wojsk technicznych.
Kadra oficerska i większość żołnierzy oddziałów liniowych w obliczu
śmiertelnego niebezpieczeństwa, pochłonięta troskami codziennego
żołnierskiego życia, niemal zupełnie pozbawiona gazet, nie interesowała
się polityką. Część oficerów liniowych w minimalnym stopniu reagowała na
nastroje i pogłoski dochodzące z wyższych sztabów. Oczywiście, wyższa
kadra dowódcza nie mogła pozostawać obojętna wobec fali powszechnego
niezadowolenia z prowadzonej w państwie polityki i niepokoju, który
groźnie narastał na tyłach i nieuchronnie musiał się odbić na naszej
sytuacji militarnej.
Stawało się coraz bardziej jasne, że tam, w Piotrogrodzie, źle się
dzieje. Nieustanne zmiany ministrów, ciągłe konflikty między rządem a Dumą, rosnąca wciąż liczba petycji i pism do cesarza od różnych
organizacji, które domagały się kontroli społecznej, wreszcie
niepokojące pogłoski o degrengoladzie moralnej osób z najbliższego
otoczenia cesarza -?wszystko to nie mogło nie niepokoić tych, którym
drogie były i Rosja, i jej armia.
Niektórzy z wyższych dowódców głęboko kochający ojczyznę bardzo
cierpieli, widząc fatalne błędy cesarza, dostrzegali narastające
niebezpieczeństwo i jak najbardziej mylnie wierzyli w możliwość
"przewrotu pałacowego" i "bezkrwawej rewolucji". Zdecydowanym wyznawcą
tego poglądu był dowódca ussuryjskiej dywizji konnej, generał Krymow,
któremu podlegałem wówczas jako dowódca 1. kozackiego pułku
nerczyńskiego im. następcy tronu. Ów człowiek o wielkim umyśle i sercu,
jeden z najzdolniejszych oficerów Sztabu Generalnego, jakich spotkałem w życiu, swoją późniejszą śmiercią i ostatnimi słowami: "Umieram dlatego,
że zbyt kochałem ojczyznę", dowiódł, jak wielkim był patriotą. Podczas
częstych dyskusji w długie zimowe wieczory przekonywał mnie, że tak
dalej być nie może, że zdążamy ku zagładzie i że muszą się znaleźć
ludzie, którzy natychmiast, nie zwlekając, usuną cesarza w drodze
"przewrotu pałacowego"...
Inni dowódcy zdawali sobie sprawę, że konieczna jest zmiana, ale
jednocześnie byli świadomi, że żaden przewrót z użyciem przemocy, w czasie kiedy kraj prowadzi krwawą wojnę z wrogiem zewnętrznym, nie może
mieć miejsca, że nie dokona się bezboleśnie i że będzie to początek
rozpadu armii i zguby Rosji.
I wreszcie, wśród wyższej kadry dowódczej była spora liczba zwolenników
"rewolucji", którzy mieli nadzieję znaleźć w niej zaspokojenie swych
ambicji albo wyrównanie rachunków z tym czy innym nielubianym
zwierzchnikiem. Jestem głęboko przekonany, że gdyby od pierwszych chwil
zamętu sztab i wszyscy dowódcy frontów byli stanowczy i jednomyślni,
gdyby nie myśleli o własnych interesach, rozkładowi armii i anarchii na
tyłach można by było jeszcze zapobiec.
Zimą 1916 roku wciąż byłem dowódcą 1. kozackiego pułku nerczyńskiego im.
następcy tronu, który wchodził w skład ussuryjskiej dywizji konnej
generała Krymowa. Poza moim pułkiem w skład dywizji wchodziły primorski
pułk dragonów, z którego właśnie odszedł jego stary dowódca generał
Odincow, później jeden z wybitnych generałów w Armii Czerwonej, oraz
pułki kozackie ussuryjski i amurski. Dywizja ussuryjska, złożona z sybiraków, wspaniałych żołnierzy, równie dobrze walczących konno, jak i pieszo, pod dowództwem generała Krymowa zdążyła zyskać sobie w armii
zasłużoną sławę. Pułk, którym dowodziłem już z górą rok, właśnie za
błyskotliwy atak 22 sierpnia w Karpatach został wyróżniony wysoką
nagrodą -?następca tronu został mianowany zwierzchnikiem pułku1.
Z chwilą przeniesienia się dywizji do wojsk odwodowych na Bukowinę, w rejon miasteczka Radowce2, miałem na czele delegacji pułkowej
wyruszyć do Piotrogrodu, by się przedstawić młodemu zwierzchnikowi.
Delegacja prowadziła małego zabajkalskiego konika, bardzo zgrabnego,
który miał być ofiarowany następcy tronu wraz z pełnym umundurowaniem
pułku nerczyńskiego.
W skład delegacji wchodzili: pułkownik Makowkin -?wspaniały oficer,
który stracił na wojnie oko, Kawaler Orderu św. Jerzego, świetny
sportsmen, dwukrotny zdobywca nagrody cesarskiej na Zawodach
Krasnosielskich; dowódca 3. sotni, która wyróżniła się najbardziej we
wspomnianym ataku, esauł Kudriawcew, i adiutant pułku, setnik Wleskow.
Niełatwo było wybrać skład delegacji, wszyscy chcieli dostąpić tego
zaszczytu, zresztą ogólnie kadra oficerska była tak świetna, że trudno
było wybrać najgodniejszych. Nerczyński pułk kozacki również przed wojną
wyróżniał się wspaniałą kadrą oficerską. Dowódcą pułku przez długi czas
był pułkownik Pawłow, były lejb-huzar, który opuścił swój ukochany pułk
na początku wojny japońskiej i po kampanii kontynuował służbę na Dalekim
Wschodzie. W opisywanym okresie generał Pawłow stał na czele korpusu
kawalerii na Froncie Północnym. Świetny oficer, wybitny sportsmen i znawca koni, pułkownik Pawłow potrafił, dowodząc nerczyńskim pułkiem
kozackim w trudnych warunkach na dalekich kresach, podnieść swój pułk na
wyjątkowo wysoki poziom. Był gorącym zwolennikiem koni pełnej krwi i udało mu się zaaklimatyzować pełnokrwistego konia w surowym klimacie
Syberii. Posadził wszystkich oficerów pułku na folbluty, założył
oficerską stajnię wyścigową i w ostatnich latach przed wojną wiele
wyścigów konnych na petersburskim hipodromie wygrali oficerowie jego
pułku. Pułkownik Pawłow, utrzymując wysoki poziom służby liniowej,
wymagał od oficerów odpowiednich walorów moralnych i starannie dobierał
skład pułku. W czasie, kiedy objąłem dowództwo, większość starszych
oficerów rozpoczęła służbę u pułkownika Pawłowa. Mnie również udało się
ściągnąć do pułku wielu wspaniałych oficerów.
Większość kadry dowódczej dywizji ussuryjskiej, a zwłaszcza pułku
nerczyńskiego, w czasie wojny domowej znalazła się w szeregach armii
admirała Kołczaka; skupili się oni wokół atamana Siemionowa i generała
Ungerna. W czasie, który opisuję, obaj ci generałowie, którym sądzone
było w przyszłości odegrać wybitne role w wojnie domowej, znajdowali się
w szeregach pułku nerczyńskiego i dowodzili 5. i 6. sotnią, obaj w stopniu podesaułów.
Siemionow, rdzenny Kozak zabajkalski, krępy, żylasty brunet o lekko
burłackich rysach, kiedy przejmowałem pułk, pełnił funkcję adiutanta
pułkowego i na tym stanowisku służył pod moimi rozkazami około czterech
miesięcy, po czym został mianowany dowódcą sotni. Śmiały, inteligentny,
z charakterystycznym kozackim sprytem, doskonały liniowiec, odważny,
zwłaszcza w obecności zwierzchników, zdobył sobie dużą popularność wśród
Kozaków i oficerów. Jego wadą była silna skłonność do intryg i nieprzebieranie w środkach dla osiągnięcia celu. Siemionow był niegłupi
i zręczny, brakowało mu jednak zarówno wykształcenia (z trudem ukończył
uczelnię wojskową), jak i szerszych horyzontów myślowych i nigdy nie
mogłem zrozumieć, jak mu się udało wysunąć później na pierwszy plan
podczas wojny domowej.
Podesauł baron Ungern-Stemberg albo, jak nazywali go Kozacy, podesauł
"baron", był człowiekiem o wiele bardziej interesującym.
Tacy ludzie, stworzeni do wojny i życia w burzliwej epoce, z trudem
dostosowywali się do warunków pokojowej pułkowej egzystencji. Zazwyczaj,
gdy ponosili klęskę, przenosili się do straży granicznej albo los rzucał
ich do jakichś pułków na kresy dalekowschodnie czy na Zabajkale, gdzie
sytuacja bardziej odpowiadała ich niespokojnej naturze.
Pochodzący ze świetnej rodziny ziemian inflanckich, baron Ungern od
wczesnego dzieciństwa był pozostawiony samemu sobie. Jego matka młodo
owdowiawszy, wyszła powtórnie za mąż i najwyraźniej przestała się
interesować synem. Baron Ungern, który od dziecka marzył o wojnie,
podróżach i przygodach, z chwilą wybuchu wojny japońskiej porzucił
korpus i zaciągnął się na ochotnika do pułku piechoty, w którym jako
szeregowiec odbył całą kampanię. Wielokrotnie ranny i odznaczony
żołnierskim Krzyżem św. Jerzego, wraca do Rosji; krewni umieszczają go
na uczelni wojskowej, którą z ogromnym trudem udaje mu się
ukończyć3.
W pogoni za przygodą i dla uniknięcia pokojowej służby liniowej, baron
Ungern z uczelni przechodzi do amurskiego pułku kozackiego,
rozlokowanego w Kraju Nadamurskim, ale pozostaje tam niedługo. Z natury
nieokiełznany, wybuchowy i niezrównoważony, w dodatku niestroniący od
kieliszka i agresywny po pijanemu, Ungern wdał się w kłótnię z jednym z oficerów i uderzył go. Ten szablą zranił Ungerna w głowę. Ślad tej rany
pozostał baronowi na całe życie; powodował silne bóle głowy i niewątpliwie od czasu do czasu odbijał się na jego psychice. W następstwie burdy obaj oficerowie musieli odejść z pułku.
Powracając do Rosji, Ungern postanawia drogę z Władywostoku do Charbina
odbyć wierzchem. Opuszcza pułk konno w towarzystwie psa myśliwskiego i ze strzelbą myśliwską na ramieniu. Utrzymując się z polowania i sprzedaży zabitej dziczyzny, Ungern około roku spędza w ostępach i na
stepach Nadamurza i Mandżurii i wreszcie przybywa do Charbina. Tam
zastaje go wybuch wojny mongolsko-chińskiej. Ungern nie mógł pozostać
obojętnym widzem. Zaproponował swoje usługi Mongołom i na czele
mongolskiej konnicy bił się o niepodległość Mongolii. W początkach wojny
rosyjsko-niemieckiej Ungern wstąpił do pułku nerczyńskiego i natychmiast
wykazał się niezwykłą wprost odwagą. Cztery razy ranny w ciągu jednego
roku, otrzymał Order św. Jerzego, Miecz św. Jerzego i na początku
drugiego roku wojny został przedstawiony do stopnia esauła.
Średniego wzrostu blondyn z długimi, zwisającymi rudawymi wąsami, chudy
i pozornie wątły, ale żelaznego zdrowia i energii, Ungern żyje wojną.
Nie jest to oficer w powszechnie przyjętym znaczeniu tego słowa, jako że
nie tylko nie zna najbardziej elementarnych przepisów i podstawowych
zasad służby, ale nieustannie popełnia wykroczenia zarówno przeciwko
dyscyplinie zewnętrznej, jak i wychowaniu wojskowemu -?jest to typ
partyzanta amatora, łowcy tropiciela śladów z powieści Mayne Reida.
Obszarpany i brudny, śpi zawsze na podłodze, wśród Kozaków z sotni, jada
ze wspólnego kotła i, mimo że wychowany w dostatku i komforcie, robi
wrażenie człowieka, któremu zupełnie na nich nie zależy. Na próżno
próbowałem go przekonać o konieczności zadbania przynajmniej o wygląd
zewnętrzny.
Był człowiekiem pełnym sprzeczności: niewątpliwa inteligencja,
oryginalny, wnikliwy umysł, a jednocześnie zdumiewający brak kultury i niezwykle ciasne horyzonty, zaskakująca nieśmiałość i wręcz dzikość, a jednocześnie szaleńcze porywy i nieokiełznana zapalczywość,
niepohamowana rozrzutność i zadziwiający brak wymagań, jeśli chodzi o podstawowe wygody.
Taki typ musiał się znaleźć w swoim żywiole w warunkach prawdziwej
rosyjskiej "smuty"4. W czasie trwania owego zamętu nie mógł,
przynajmniej na jakiś czas, nie wypłynąć na grzbiecie fali, by wraz z ustaniem zamętu równie nieuchronnie zniknąć.
Wyjechałem do Piotrogrodu w połowie listopada; kilka dni później mieli
wyruszyć oficerowie, wchodzący w skład delegacji.
Ostatni raz byłem w Piotrogrodzie jakieś dwa miesiące wcześniej na
kuracji po ranie odniesionej podczas ataku 22 sierpnia. Atmosfera w stolicy pogorszyła się jeszcze od czasu mojej ostatniej bytności; we
wszystkich warstwach społeczeństwa czuło się zagubienie, świadomość
nieuchronnego nadejścia w najbliższym czasie czegoś potężnego, ale
fatalnego, ku czemu szybkimi krokami zmierzała Rosja. Jednocześnie zaś,
chociaż w kołach zbliżonych do Dumy i Rady Państwa, wśród tak zwanej
społeczności, stwarzano pozory "wytężonej" pracy w istocie polegającej
jedynie na utarczkach słownych i walce politycznej, choć w środowisku
robotniczym i w oddziałach tyłowych prowadzono ukradkiem bardziej
planową destrukcyjną robotę, oczywiście nie bez udziału niemieckiego
złota, szersze kręgi społeczeństwa przejawiały zwykłą inercję, pogrążone
całkowicie w drobnych troskach codziennego życia. Tak samo stały ogonki
przed sklepami, tak samo pełne były kinematografy i teatry, te same
bezbarwne filisterskie rozmowy słyszało się w tłumie.
Koła zbliżone do cesarza i dworu najwidoczniej nadal nie zdawały sobie
sprawy z nadciągającej burzy. Wielki świat i aparat biurokratyczny były,
chyba całkowicie, pochłonięte zwykłymi "ważnymi" problemami: kto na
jakie stanowisko będzie mianowany, co się mówi w partii wielkiego
księcia czy cesarzowej. Światowe życie toczyło się zwykłą koleją i wyglądało na to, że znalazłem się w kręgu nie uczestników przyszłego
dramatu, lecz postronnych widzów.
W kilka dni po przyjeździe zostałem mianowany dyżurnym fligeladiutantem
Jego Cesarskiej Mości. Wiele razy zdarzyło mi się widzieć z bliska
cesarza i mówić z nim. Na wszystkich, którzy zetknęli się z nim, cesarz
robił wrażenie człowieka niezwykle bezpośredniego i życzliwego. Wrażenie
owo wynikało z jego charakterystycznych cech: starannego wychowania i niezwykłej umiejętności panowania nad sobą.
Cesarz miał bystry umysł, chwytał sens wywodów rozmówcy w pół słowa, a pamięć miał absolutnie wyjątkową. Nie tylko świetnie zapamiętywał
wydarzenia, ale także twarze i mapę; kiedyś w rozmowie o walkach w Karpatach, w których brałem udział z moim pułkiem, cesarz wymienił
dokładnie punkty, w jakich znajdowała się moja dywizja tego czy innego
dnia. W dodatku walki te toczyły się półtora miesiąca przed ową rozmową,
a odcinek zajęty przez dywizję miał dla całego frontu znaczenie raczej
drugorzędne.
Objąłem dyżur w Carskim Siole w sobotę, zmieniwszy fligeladiutanta
księcia Nikołaja Leuchtenberskiego. Cesarz jadł tego dnia śniadanie z cesarzową. Mnie podano posiłek w pokoju dyżurów. Po śniadaniu cesarz
udał się na przechadzkę, a następnie przyjął kilka osób, o ile pamiętam
nowo mianowanego ministra zdrowia profesora Riejna i ministra finansów
Barka.
Obiad jedliśmy w apartamentach cesarzowej. Oprócz mnie nie było nikogo z osób postronnych i spędziłem cały wieczór wyłącznie z rodziną cesarską.
Cesarz był wesoły i ożywiony, wypytywał mnie szczegółowo o pułk, o ostatni błyskotliwy atak pułku w Karpatach. Rozmowa toczyła się
częściowo po rosyjsku, częściowo zaś, w momentach, kiedy przyłączała się
do niej cesarzowa, po francusku. Byłem wstrząśnięty chorobliwym wyglądem
cesarzowej. Bardzo zmizerniała w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy
jej nie widywałem. Na twarzy miała ciemne wypieki. Szczególnie poruszył
mnie bolesny, jakby nieobecny wyraz oczu. Interesowała się głównie
organizacją pomocy medycznej w oddziałach, wypytywała szczegółowo o nowy
typ wprowadzanych właśnie masek przeciwgazowych; wielkie księżne i następca tronu byli weseli, żartowali i śmiali się. Następca tronu,
niedawno mianowany zwierzchnikiem pułku, zadał mi kilka pytań -?jakie
konie są w pułku, jakie mundury... Po obiedzie przeszliśmy do salonu
cesarzowej, gdzie piliśmy kawę i rozmawialiśmy jeszcze z półtorej
godziny.
Nazajutrz, w niedzielę, towarzyszyłem cesarzowi, cesarzowej i wielkim
księżnom podczas sumy w cerkwi. Maleńka cerkiewka z freskami w stylu
staroruskim pełna była wiernych. Patrząc na pogrążoną w modlitwie
rodzinę cesarską, mimo woli porównywałem spokojną twarz modlącego się
cesarza i pełen napięcia, świadczący o chorobliwej egzaltacji, wyraz
oblicza cesarzowej. Po powrocie z cerkwi zastałem już w pałacu
fligeladiutanta, hrabiego Kutajsowa, który przybył mnie zmienić.
Dwudziestego szóstego listopada, w dniu święta Kawalerów Orderu św.
Jerzego, wszyscy Kawalerowie Krzyża i Miecza św. Jerzego zostali
zaproszeni do Domu Ludowego na galowe nabożeństwo w obecności cesarza,
po którym miał się odbyć uroczysty obiad. Jako jeden z nich byłem
również zaproszony.
Olbrzymia liczba Kawalerów Orderu św. Jerzego, oficerów i żołnierzy,
znajdujących się w tym czasie w Piotrogrodzie, wypełniła salę teatralną
Domu Ludowego. Było wśród nich wielu rannych. Przyniesieni z lazaretu
ciężko ranni leżeli na scenie na noszach. Świta i zaproszeni goście
wypełniali parter aż do samej sceny. Wkrótce przybyli cesarz i cesarzowa. Po nabożeństwie generał adiutant książę Aleksandr Piotrowicz
Oldenburski wszedł na scenę i, podniósłszy kielich, wygłosił toast na
cześć cesarza i najjaśniejszej rodziny. Cesarz wypił i zawołał "hura!"
na cześć Kawalerów Orderu św. Jerzego, następnie zaś wraz z cesarzową
zaczęli obchodzić rannych i rozmawiać z nimi. Znowu, obserwując
cesarzową, pochylającą się nad noszami z ciężko rannymi, zwróciłem uwagę
na bolesny wyraz jej twarzy. Wypytując uważnie rannych, jednocześnie
wydawała się nieobecna. Widać było, że spełnia obowiązek, ale myślami
jest daleko.
Wreszcie przybyli do Piotrogrodu oficerowie z delegacji. Prezentacja
miała się odbyć w Carskim Siole 4 grudnia, tuż przed wyznaczonym na ten
dzień odjazdem cesarza do sztabu.
Rankiem wyekspediowałem przeznaczonego dla następcy tronu konia z małym
kozackim siodłem i wraz z delegacją wyruszyłem koleją, wioząc zamówiony
dla następcy tronu mundur pułku. Pociąg nasz miał przybyć do Carskiego
Sioła na pół godziny przed wyznaczoną na prezentację porą i liczyłem na
to, że zdążę przedtem złożyć cesarzowi raport o moich oficerach, żeby
mógł im zadawać pytania.
Z powodu jakiejś niesprawności torów pociąg się spóźnił i ledwie
zdążyliśmy wysłanymi po nas karetami przybyć o wyznaczonej porze do
pałacu. Powitani przez dyżurnego fligeladiutanta właśnie weszliśmy do
sali, kiedy pojawił się cesarz w towarzystwie następcy tronu.
Przedstawiłem mu oficerów i wbrew mojemu oczekiwaniu cesarz zupełnie
swobodnie, jakby znał ich od dawna, zadał każdemu kilka pytań;
pułkownika Makowkina zapytał, w którym roku zdobył nagrodę cesarską; do
esauła Kudriawcewa powiedział, że wie, iż ten na czele sotni 22 sierpnia
pierwszy wdarł się do okopów nieprzyjaciela... Jeszcze raz się
przekonałem, jak świetną pamięć ma cesarz: w czasie mojej ostatniej
służby mimochodem jedynie wspomniałem o tych oficerach i to wystarczyło,
by zapamiętał nawet szczegóły.
Po prezentacji cesarz z synem wyszli na taras, skąd obejrzeli
przyprowadzonego przez delegację konia. Tam właśnie, na schodach
carskosielskiego pałacu, cesarz i następca tronu sfotografowali się z grupą delegatów.
Jest to prawdopodobnie jeden z ostatnich wizerunków cesarza z okresu
jego panowania. Ostatni też raz widziałem rosyjskiego cara.
Na froncie rumuńskim
W przeddzień prezentacji otrzymałem telegram od generała Krymowa z informacją o przerzuceniu ussuryjskiej dywizji konnej do Rumunii i z rozkazem natychmiastowego przybycia do armii wszystkich oficerów i żołnierzy dywizji przebywających na delegacjach czy urlopach.
Nazajutrz po prezentacji, zebrawszy swoich oficerów i Kozaków
przebywających w Piotrogrodzie, wyruszyłem na front. Po drodze
przyłączyło się do nas jeszcze kilku oficerów i Kozaków odwołanych z urlopów i delegacji.
Do granicy rumuńskiej jechaliśmy bez przeszkód, ale już na samej granicy
stało się jasne, że niełatwo będzie dotrzeć do dywizji. Pospieszna i chaotyczna ewakuacja zatarasowała pociągami wszystkie tory. Wojska
rumuńskie nadal cofały się na całym froncie i wciąż nowe składy z rannymi, uciekinierami i ładunkiem wojskowym nieustannie napływały,
coraz bardziej zapychając tyły. Ruch pasażerski wstrzymano, w ciągu doby
odprawiano na południe tylko jeden pociąg pasażerski, który całymi
godzinami stał na stacjach. Tutaj po raz pierwszy zobaczyłem jazdę na
dachach wagonów, która stała się później tak powszechna. Nie tylko
dachy, ale bufory i parowozy były oblepione pasażerami. Miałem ze sobą
sześciu oficerów i dwunastu żołnierzy. Postanowiłem zwrócić się do
rumuńskiego komendanta, który okazał się oficerem wyjątkowo uprzejmym,
doskonale mówiącym po francusku (w ogóle język francuski jest w Rumunii
bardzo rozpowszechniony). Oficer ten przeprowadził jakąś rozmowę
telefoniczną z Jassami i oddał mi do dyspozycji dwa wagony, jeden
drugiej klasy dla oficerów i jeden trzeciej dla żołnierzy.
Doczepieni do jadących na południe eszelonów, co prawda bardzo powoli,
ale jednak posuwaliśmy się w kierunku frontu. Bufety na stacjach okazały
się zupełnie puste, wszystko było zjedzone, w nieopalanych wagonach było
przeraźliwie zimno i liczyliśmy godziny do zakończenia naszej ciężkiej
podróży. Na stacji Barlad dowiedzieliśmy się, że za pół godziny w kierunku stacji Tecuci (wiedziałem już, że w tym punkcie stoją tabory
dywizji) odjedzie ekspres pasażerski. Komendant stacji obiecał, że każe
doczepić do niego moje wagony, a tymczasem zaprosił mnie do siebie,
żebym się ogrzał i napił herbaty. Poprosiłem o doczepienie moich wagonów
bezpośrednio do lokomotywy, żeby je można było możliwie szybko ogrzać,
co też komendant obiecał. Jednak z powodu jakiegoś nieporozumienia
wagon, w którym jechałem z oficerami, został doczepiony na końcu składu.
To uratowało nam życie. 15 wiorst przed stacją Tecuci nasz ekspres,
jadąc z prędkością 16 wiorst na godzinę, wpadł na jadący na północ
eszelon5. Z 14 pierwszych wagonów pozostały drzazgi, a kilkaset
osób zginęło albo odniosło rany. Nasz wagon zawisł nad nasypem i wszyscy
pospadaliśmy z miejsc; nikt jednak nie ucierpiał. Trudno opisać ten
straszny obraz: w całkowitych ciemnościach spod szczątków wagonów
dobiegały krzyki, jęki i płacz. Niektóre wagony zapaliły się i wielu
nieszczęsnych rannych zginęło w płomieniach.
Pozostawiwszy przy bagażu dwóch Kozaków, pieszo dotarliśmy do stacji
Tecuci, skąd, odnalazłszy nasz tabor, posłaliśmy po rzeczy. Tego samego
dnia wyjechałem autem wraz z adiutantem do Fokszan fatalną szosą,
rozjeżdżoną przez niezliczone tabory i zniszczoną przez roztopy.
Poruszaliśmy się zaledwie z prędkością 4-5 wiorst na godzinę -?szosa i cała okolica po obu jej stronach były pokryte ciągnącymi na północ
taborami, tłumami mieszkańców i obszarpanych żołnierzy, przeważnie bez
broni. Zobaczyłem charakterystyczny odwrót rozbitej i cofającej się
bezładnie armii. Na przemian z lazaretowymi podwodami, jaszczami z amunicją i bronią jechały kolaski i furmanki z kobietami i dziećmi na
stosach zawiniątek, tobołów i rozmaitego dobytku.
Nie mogę zapomnieć szykownego landa z dwoma eleganckimi rumuńskimi
oficerami i kilkoma strojnymi damami, zaprzężonego w pociągowe konie w artyleryjskiej uprzęży...
Późną nocą odnalazłem dywizję, która przenosiła się na linię rzeki
Seret. Postaliśmy na tej linii kilka dni, a następnie, po zastąpieniu
nas przez piechotę, forsownymi marszami przeszliśmy w rejon Galati,
gdzie ześrodkowała się spora liczba konnicy, którą miał połączyć pod
swoim dowództwem generał kawalerii hrabia Keller. Na naszej skrajnej
lewej flance toczyły się zażarte walki, planowano przerwanie przy pomocy
naszej piechoty nieprzyjacielskiego frontu i zamierzano przerzucić
konnicę na tyły Mackensena. Przerwanie frontu nie udało się i konnica,
bez potrzeby spędziwszy dobę pod gołym niebem w ulewnym deszczu, znowu
została odsunięta na tyły. Nasza dywizja wycofała się w rejon
Tecuci-Barlad.
W czasie jednego z przemarszów na popasie przybył do mnie ordynans od
generała Krymowa, który szedł ze swym pułkiem w awangardzie, i przekazał
mi, że szef dywizji prosi mnie do siebie.
Podjeżdżając do czoła kolumny, zobaczyłem grupę oficerów ze sztabu
dywizji, grzejących się przy ogniu i rozdzielających przywiezioną
właśnie pocztę. Generał Krymow, z kilkoma zmiętymi gazetami w ręku,
spacerował na uboczu wielkimi nerwowymi krokami. Na mój widok jeszcze z daleka zawołał wymachując gazetami:
-?Nareszcie wykończyli tego drania Griszkę!...
W gazetach zamieszczono kilka informacji o zabójstwie Rasputina. Listy,
które przybyły z tą samą pocztą, zawierały szczegóły.
Spośród trzech uczestników zabójstwa znałem dobrze dwóch: wielkiego
księcia Dymitra Pawłowicza i księcia Feliksa Jusupowa6.
Jakie uczucia nimi kierowały? Dlaczego, pozbywszy się szkodliwego dla
ojczyzny człowieka, nie powiedzieli o tym głośno, nie oddali się pod
osąd władz i społeczeństwa, tylko, wrzuciwszy zwłoki w przerębel,
próbowali zatrzeć ślady? Nie chciało się wprost wierzyć tym informacjom...
Dziesiątego stycznia otrzymałem nominację na dowódcę 1. brygady 20.
ussuryjskiej dywizji konnej, w skład której wchodziły primorski pułk
dragonów i mój nerczyński pułk kozacki. Smutno mi było rozstawać się z pułkiem, którym dowodziłem z górą 14 miesięcy, dzieliłem trudy
żołnierskiego życia i radość wielu sławnych zwycięstw. Pułk przejął
pułkownik Makowkin, o mianowanie którego moim zastępcą jeszcze w Piotrogrodzie prosiłem cesarza i atamana polowego wielkiego księcia
Borisa Władimirowicza.
Po przekazaniu pułku, korzystając z faktu, że dywizja znajdowała się w odwodzie, pojechałem na kilka dni do Jass.
Zatrzymałem się w Jassach u naszego posła A. Mosołowa, mego kolegi
pułkowego z gwardii konnej. Kwatery w Jassach prawie nie sposób było
znaleźć, miasto było zapchane masą uciekinierów i wojskowych instytucji
tyłowych. Spodziewano się przyjazdu wielkiej księżnej Wiktorii
Fiodorowny, siostry królowej.
Nie znałem bliżej wielkiej księżnej, uznałem więc, że nie ma potrzeby,
bym się jej prezentował. Jednakże w dniu jej przybycia odwiedził mnie
ochmistrz dworu wielkiej księżnej Hartung i przekazał mi od niej
zaproszenie; miałem nazajutrz o dziesiątej rano przybyć do pałacu
królowej, gdzie się zatrzymała.
W Jassach dwór rumuński nie posiadał dość obszernego pomieszczenia,
toteż król i królowa mieszkali w oddzielnych rezydencjach. Królowa
zajmowała niewielki jednopiętrowy pałacyk przy głównej ulicy miasta;
przed bramą stała warta w uniformach przypominających mundury naszych
kawalergardów7.
Zastałem u wielkiej księżnej pełniącego funkcję rosyjskiego komendanta
miasta generała Kazakiewicza, dawnego oficera pułku preobrażeńskiego i fligeladiutanta. Wielka księżna zatrzymała nas ponad godzinę. Opowiadała
nam szczegółowo o ostatnich wydarzeniach w Piotrogrodzie, o aresztowaniu
i zesłaniu do Persji wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza, o zbiorowym
liście wszystkich członków rodziny cesarskiej do cesarza z prośbą o ułaskawienie wielkiego księcia, o odmowie cesarza, o niełasce, jaka
spadła na wielkiego księcia Mikołaja Michajłowicza za ostry list
wystosowany do cesarza, w którym bez owijania w bawełnę wygarnął mu
gorzką prawdę. Wedle słów wielkiej księżnej wszyscy najbliżsi monarsze i członkowie jego rodziny zdawali sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo
zagraża dynastii i samej Rosji, tylko cesarzowa albo nie widziała tego,
albo nie chciała dostrzec. Wielka księżna Jelizawieta Fiodorowna,
siostra cesarzowej, sama wielka księżna Wiktoria Fiodorowna, księżna
Jusupowa, matka zabójcy Rasputina, księcia Jusupowa, męża księżnej Iriny
Aleksandrowny, próbowały otworzyć cesarzowej oczy, ale na próżno.
-?Znam Rosję dłużej i lepiej niż ty -?powiedziała cesarzowa do wielkiej
księżnej Wiktorii Fiodorowny. -?Ty słyszysz tylko to, co się mówi w Piotrogrodzie, wśród zdeprawowanej i dalekiej od ludu arystokracji.
Gdybyś wraz z cesarzem i ze mną wzięła udział w jednym z wyjazdów na
front, zobaczyłabyś, jak lud i armia uwielbiają cesarza.
Cesarzowa wyjęła z szuflady i pokazała wielkiej księżnej pakiet listów:
-?Wszystkie pochodzą od oficerów i żołnierzy, prostych Rosjan.
Codziennie otrzymuję wiele takich listów, wszyscy nadawcy uwielbiają
cesarza i proszą tylko o jedno, aby był twardy i nie ugiął się przed
knowaniami Dumy...
Wielka księżna dawała do zrozumienia, że większość członków rodziny
cesarskiej, a przede wszystkim rodzina wielkiej księżnej Marii Pawłowny,
uznają konieczność zmian w istniejącym stanie rzeczy i że podziela ich
zdanie wielu najwybitniejszych członków Dumy... Długa rozmowa z wielką
księżną wywarła na mnie przygnębiające wrażenie. Mimo że widywałem ją
często w Piotrogrodzie, nigdy nie byłem z nią blisko i teraz jej chęć
spotkania ze mną i wtajemniczenie mnie we wszystkie te szczegóły wydały
się dość niepokojące.
Dalsze wydarzenia i wystąpienie wielkiego księcia Kiriłła Władimirowicza
na czele "rewolucyjnej" załogi okrętowej w jednym z pierwszych dni
przewrotu być może wiele wyjaśniają.
Następnego dnia zostałem zaproszony na obiad do królowej. Prócz królowej
z córkami i wielkiej księżnej na obiedzie byli: dama dworu królowej i dyżurny fligeladiutant, ochmistrzyni wielkiej księżnej S. Durnowo i ja.
Siedziałem obok królowej, która była równie miła, jak ładna. Patrząc na
nią, trudno było uwierzyć, że dorosłe księżniczki to jej córki. Po
obiedzie przeszliśmy do salonu, zawalonego podarunkami przywiezionymi
przez wielką księżnę dla żołnierzy. Byłem szczerze rad, że w rozmowie
nie poruszano już przykrych spraw omawianych poprzedniego dnia.
W domu zastałem depeszę o awansowaniu mnie za zasługi bojowe do stopnia
generała majora. Generał Krymow, który zachorował na kilka dni przed
moim wyjazdem do Jass, wyjechał na kurację do Piotrogrodu i dowództwo
dywizji objął tymczasowo dowódca 2. Brygady, stary pułkownik Żeleznow,
uralski Kozak. Z chwilą otrzymania awansu musiałem przejąć dowództwo
dywizji i wyruszyć na front.
W trzeciej dekadzie stycznia dywizja otrzymała rozkaz przemarszu w rejon
Kiszyniowa. Tutaj zebrała się większa część konnicy rosyjskiej z frontu
rumuńskiego. Bogata w żywność, a przede wszystkim w furaż, Besarabia
umożliwiała naszej konnicy swobodne zakwaterowanie i w czasie zimowej
ciszy na froncie mogliśmy wypocząć i odżywić się.
Poprowadziłem dywizję długimi marszami. Zima była wyjątkowo śnieżna, ze
zwykłymi w tej części Rumunii zamieciami. Przyzwyczajone do zimowych
przemarszów zabajkalskie konie szły jednak bez wysiłku i przemarsz do
nowego miejsca odbyliśmy szybko i bez specjalnych trudności.
Nieduże, czyste i zamożne gubernialne miasto Kiszyniów, zazwyczaj ciche
i spokojne, było niezwykle ożywione. Oprócz mojej dywizji w najbliższej
okolicy rozmieszczony był konny korpus generała Kellera, tuziemna, tak
zwana dzika dywizja księcia Bagrationa... Masa oficerów najrozmaitszych,
kawaleryjskich i kozackich, pułków zapełniała teatry i restauracje.
Serdeczni mieszkańcy Kiszyniowa cieszyli się, że mogą okazać gościnność
naszym oddziałom i sami także się rozerwać. Przedstawiciele miejscowej
szlachty i bogatego kupiectwa na wyścigi zapraszali na obiady, kolacje i bale, a wojskowa młodzież po dwóch latach ciężkiego obozowego życia
bawiła się ochoczo. W kilka dni po przybyciu dywizji szlachta
kiszyniowska wydała dla oficerów bal w Resursie Obywatelskiej. Po
tańcach przeszliśmy do sali jadalnej na kolację, którą damy podawały
osobiście, przysiadając się do tego czy innego stolika. W tydzień
później dywizja wydała w tej samej Resursie Obywatelskiej rewanżowy bal
dla kiszyniowskiego towarzystwa. Z kwaterujących pod miastem obozów
przybyły dwa zespoły trębaczy i śpiewacy. Goście rozeszli się dopiero o świcie. Wśród beztroskiej zabawy i codziennych drobnych kłopotów zdawało
się, że rozproszyły się niepokoje długich ostatnich miesięcy i nic nie
zapowiadało rychłej zawieruchy.
Jedenastego lutego przybył z Piotrogrodu generał Krymow, co dało
miejscowemu towarzystwu nowy asumpt do urządzania na jego cześć
bankietów i wieczorów tanecznych. Generał także był daleki od myśli, że
nieuchronnie zbliża się burza. Narzekając na sztab i rząd, potępiając
"szaleńczą i zbrodniczą" politykę, przytaczając wiele nowych, coraz
bardziej oburzających przykładów samowoli, nadużyć i nieudolności władz,
mimo wszystko nie zdawał sobie sprawy, że kropla, która miała przepełnić
czarę niezadowolenia kraju, już wisi w powietrzu.
Na froncie i na tyłach w dniach przewrotu
Sztab dywizji mieścił się 18 wiorst od Kiszyniowa we dworze Chanki. W samym mieście przeznaczono dla oficerów sztabu, przybywających tu
służbowo, niewielkie mieszkanie. Oddziały dywizji kwaterowały w okolicznych wsiach o 10-12 wiorst od Kiszyniowa. W pierwszych dniach po
przyjeździe generał Krymow mieszkał przeważnie w mieście, ja zaś przy
sztabie dywizji we dworze Chanki. Pierwszego czy drugiego marca po
mieście po raz pierwszy zaczęły krążyć słuchy o jakichś zamieszkach w Piotrogrodzie, demonstracjach robotników, o zbrojnych starciach na
ulicach. Żadnych konkretnych informacji jednak nie było i do pogłosek
nie przywiązywano szczególnej wagi.
Czwartego czy piątego marca, kiedy siadałem do kolacji, wrócił z miasta
ordynans sztabu dywizji primorskiego pułku dragonów kornet Kwitkowski i przekazał mi zasłyszane w mieście opowieści o powszechnym powstaniu w Piotrogrodzie i o tym, że spośród Dumy wyłoniono jakoby Rząd Tymczasowy.
Dokładniejszych informacji nie miał. Około ósmej wieczorem wezwał mnie
telefonicznie do miasta generał Krymow. Poznałem po głosie, że jest
bardzo zdenerwowany:
-?W Piotrogrodzie powstanie, cesarz abdykował, zaraz przeczytam panu
manifest, jutro trzeba go odczytać wojsku.
Poprosiłem generała, by chwilę zaczekał, wezwałem szefa sztabu i kazałem
mu zapisywać pod moje dyktando słowa manifestu. Generał Krymow czytał,
ja głośno powtarzałem szefowi sztabu poszczególne zdania. Po manifeście
cesarza generał Krymow zaczął czytać manifest wielkiego księcia Michaiła
Aleksandrowicza8. Już po pierwszych zdaniach
powiedziałem do szefa sztabu:
-?To koniec, to anarchia.
Oczywiście, sam fakt abdykacji cesarza, chociaż wywołany niezadowoleniem
społeczeństwa, nie mógł mimo wszystko nie wstrząsnąć do głębi ludem i armią. Ale nie to było najważniejsze. Niebezpieczeństwo leżało w samym
unicestwieniu idei monarchii, w fakcie, że Rosja nie miała już monarchy.
Ostatnie lata panowania zraziły do cesarza wielu synów ojczyzny. Armia,
tak jak i cały kraj, uświadamiała sobie doskonale, że cesarz swoimi
działaniami najbardziej podrywa autorytet tronu. Gdyby przekazał władzę
swemu synowi czy bratu, armia przyjęłaby to raczej spokojnie. Złożywszy
przysięgę nowemu cesarzowi, naród rosyjski również, tak jak od 24
wieków, nadal służyłby jemu i krajowi i ginąłby za "Wiarę, Cara i Ojczyznę".
Ale w obecnej sytuacji wraz z upadkiem cara upadła sama idea władzy, w pojęciu narodu rosyjskiego przestały istnieć wszystkie wiążące go
zobowiązania, przy czym władzy i owych zobowiązań nie było czym
zastąpić.
Co powinien był odczuć rosyjski oficer czy żołnierz, wychowany w idei
nienaruszalności przysięgi i wierności swemu carowi, człowiek, który w tym przekonaniu pełnił służbę, widział w tym najważniejszy, zrozumiały
dla siebie sens wojny...
Trzeba powiedzieć, że w tych decydujących chwilach wyższe dowództwo nie
zrobiło nic, by wyjaśnić wojsku, co się dzieje. Nie wydano żadnych
ogólnych wytycznych, nie podjęto żadnej próby opanowania od góry
nastrojów w armii. W tej sytuacji nieunikniony był cały ciąg
nieporozumień. Rozmaite, często zupełnie absurdalne interpretacje
abdykacji cesarza i wielkiego księcia (jeden z oficerów piechoty
tłumaczył na przykład swoim żołnierzom, że "cesarz oszalał"), jeszcze
bardziej zagmatwały i zaciemniły w umysłach żołnierzy obraz sytuacji.
Postanowiłem odczytać wojsku oba manifesty i z całkowitą szczerością
opowiedzieć wszystko, co mi było wiadome o ciężkiej sytuacji na tyłach,
o niezadowoleniu, jakie budzili w narodzie liczni przedstawiciele
władzy, którzy oszukiwali cesarza, utrudniając tym samym zastosowanie w kraju środków koniecznych ze względu na niebezpieczną wojnę. Nie znam
okoliczności towarzyszących abdykacji cesarza, ale manifest przezeń
podpisany my wszyscy, którzyśmy mu przysięgali, powinniśmy byli bez
szemrania wypełnić, tak samo jak rozkaz wielkiego księcia Michaiła
Aleksandrowicza, któremu cesarz przekazał swą władzę.
Rankiem odczytano wojsku obydwa akty i udzielono odpowiednich wyjaśnień.
Pierwsze wrażenie można oddać jednym tylko słowem: niedowierzanie.
Wszyscy byli oszołomieni nieoczekiwanym wydarzeniem. Oficerowie,
podobnie zresztą jak żołnierze, byli zakłopotani i przybici. Przez
pierwsze dni nawet rozmów na ten temat było stosunkowo niewiele, ludzie
przycichli jakby w oczekiwaniu na coś, starali się zrozumieć i połapać w tym, co się dzieje w nich samych. Tylko w pewnych grupach żołnierskiej i urzędniczej inteligencji (pracowników technicznych, pisarzy, personelu
medycznego) triumfowano. Pracownicy poczty polowej, wśród których,
nawiasem mówiąc, znajdowała się moja żona, w dniu ogłoszenia manifestu z radości wydali uroczystą kolację; żona, która odmówiła swojego udziału,
przez przepierzenie słyszała prawie całą noc śmiechy, buńczuczne
przemówienia i śpiewy.
Po dwóch dniach, objechawszy pułki, pojechałem do Kiszyniowa, do
generała Krymowa. Zastałem go w radosnym, optymistycznym nastroju. Mimo
że w całym mieście odbywały się już wiece i ulicami przeciągały z czerwonymi sztandarami jakieś demonstrujące grupy, w których trafiali
się już pojedynczy żołnierze z miejscowego zapasowego batalionu, generał
nie przywiązywał do tego żadnej wagi; nadal szczerze wierzył, że jest to
przewrót, a nie początek wszechrosyjskiej "smuty". Dowodził z zapałem,
że armia, unieruchomiona na froncie, nie zostanie wciągnięta w walkę
polityczną i że "byłoby o wiele gorzej, gdyby się to wszystko stało po
wojnie, a zwłaszcza w czasie demobilizacji... Wówczas wojsko po prostu
rozbiegłoby się do domów z bronią w ręku i samo zaczęłoby robić
porządki".
U generała zobaczyłem po raz pierwszy listę członków Rządu Tymczasowego.
Z nich wszystkich stosunkowo najbliższy armii był Guczkow -?w czasie
kampanii japońskiej był w składzie Czerwonego Krzyża, a w ostatnich
latach przewodniczącym Komisji Obrony w Dumie, od 1915 roku zaś stał na
czele Centralnego Komitetu Wojskowo-Przemysłowego. A jednak mianowanie
ministrem spraw wojskowych cywila, i to jeszcze w czasie wojny, nie
mogło nie budzić wielu wątpliwości. Generał Krymow, który dobrze znał
Guczkowa, pokładał w nim wielkie nadzieje:
-?O, Aleksandr Iwanowicz to prawdziwy mąż stanu, zna wojsko nie gorzej
niż pan czy ja. Wątpię, czy rozmaici Szuwajewowie są od niego lepsi
tylko dlatego, że całe życie przesiedzieli w Ministerstwie Wojny. Nie
umywają się do niego...
Książę Lwow, znany jako prezes Związku Ziemskiego, miał reputację
człowieka prawego i patrioty. Milukow i Szyngariow byli znani jako
liderzy partii kadeckiej i zdolni organizatorzy... Były także nazwiska
mniej znane -?Tierieszczenko, Niekrasow... Ale energicznego, silnego
człowieka, który zdolny byłby objąć i utrzymać w swych rękach chwiejącą
się władzę, wśród nich wszystkich nie było.
Krymow przekazał mi również pierwsze piotrogrodzkie gazety. Informacje o wszystkim, co się tam dzieje, opublikowane przemówienia niektórych
członków Dumy i utworzonej żywiołowo rady delegatów robotniczych i żołnierskich nie zapowiadały niczego dobrego. Natychmiast utworzyła się
dwuwładza i Rząd Tymczasowy najwidoczniej nie czuł się na siłach z nią
walczyć. W przemówieniach nawet najbardziej prawicowych mówców czuło się
chęć podszycia się pod rewolucyjną demokrację... Boleśnie ugodziły mnie po
raz pierwszy wypowiedziane słowa o konieczności "pogodzenia" oficerów i żołnierzy, o tym, że od oficerów wymagany będzie "szacunek dla osoby
żołnierza". Mówił o tym Milukow w swoim przemówieniu drugiego marca,
kiedy w salach Pałacu Taurydzkiego po raz pierwszy wspomniał o abdykacji
cesarza na rzecz brata...
Następne dni potwierdziły mój niepokój; stawało się coraz bardziej
jasne, że zamęt i rozkład na tyłach rosną, że obcy armii i słabi duchem
ludzie, którzy stanęli na czele kraju, nie potrafią uchronić wojska
przed próbą wciągnięcia go w brudną grę. Ukazał się także Rozkaz nr
19.
Któregoś dnia wczesnym rankiem generał Krymow zatelefonował z prośbą,
bym natychmiast przybył do Kiszyniowa:
-?Proszę zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy -?uprzedził. -?Chcę,
żeby pan jeszcze dziś wyjechał do Piotrogrodu.
Zastałem generała Krymowa przy pisaniu listu. W czerwonych butach, bez
kurtki, siedział przy biurku, a wokół niego na biurku, fotelach i podłodze leżało mnóstwo pomiętych papierów:
-?Niech pan patrzy -?rzekł, wskazując palcem jakąś gazetę -?oni
poszaleli, diabli wiedzą, co się tam dzieje. Nie poznaję Aleksandra
Iwanowicza (Guczkowa), jak może dopuścić, by ci panowie wtrącali się do
wojska. Piszę do niego. Nie mogę wyjechać sam bez wezwania i zostawić w tej chwili dywizji. Proszę, żeby pan pojechał i spotkał się z Aleksandrem Iwanowiczem...
Zaczął mi czytać list. W gorzkich, tchnących bólem i gniewem słowach
pisał o niebezpieczeństwie, jakie zagraża armii, a wraz z nią całej
Rosji. O tym, że armia powinna być apolityczna, o tym, że ci, którzy
ingerują w sprawy armii, popełniają zbrodnię wobec ojczyzny... Nagle
przerwał czytanie, chwycił się oburącz za głowę i zaszlochał... Na
zakończenie listu prosił Guczkowa, by mnie wysłuchał, uprzedzając, że
wszystko, co powiem, powiem na jego prośbę, że wyrażę jego własne
zdanie. Jeszcze tego wieczoru wyjechałem do Piotrogrodu.
Na stacji Żmerynka spotkaliśmy jadący z północy pociąg kurierski. Wśród
pasażerów było kilku naocznych świadków ostatnich wydarzeń w stolicy,
między innymi szef 12. kawaleryjskiej dywizji baron Mannerheim (który
później dowodził w Finlandii białymi wojskami). Od niego pierwszego,
jako od naocznego świadka, dowiedziałem się szczegółów o ulicznych
zamieszkach w stolicy, zdradzeniu rządu przez oddziały wojskowe, o mających miejsce w pierwszych dniach zabójstwach oficerów. Sam baron
Mannerheim zmuszony był przez trzy dni ukrywać się w mieście, zmieniając
miejsce pobytu. Wśród ofiar rozszalałego tłumu i żołnierzy było kilku
moich znajomych: sędziwy hrabia Stackelberg, były dowódca pułku
kawalergardów hrabia Mengden, lejb-huzar hrabia Kleinmichel... Dwaj
ostatni zostali zabici w Łudze przez własnych żołnierzy zapasowych
oddziałów kawalerii.
W Kijowie, oczekując na połączenie, pojechałem odwiedzić rodzinę
gubernialnego marszałka szlachty Bezaka. Po drodze widziałem pomnik
Stołypina, strącony przez tłuszczę z cokołu w pierwszych dniach
przewrotu. U Bezaków, którzy zatrzymali mnie na obiedzie, poznałem
przybyłego właśnie z Piotrogrodu posła do Dumy barona Steingera i dowiedziałem się od niego szczegółów wydarzeń, jakie miały miejsce w owych decydujących dniach w murach Pałacu Taurydzkiego. Od niego
pierwszego usłyszałem pochlebną opinię o Kierenskim. Wedle słów barona
Steingera był to jedyny w składzie rządu człowiek z temperamentem,
człowiek zdolny opanować tłumy. Jemu właśnie Rosja zawdzięczała to, że
rozlew krwi w pierwszych dniach został w porę powstrzymany.
Na stacji Bachmacze wsiadł do naszego wagonu adiutant wielkiego księcia
Mikołaja Mikołajewicza, pułkownik hrabia Mengden. Opuścił w Bachmaczach
pociąg wielkiego księcia, jadącego z Tyflisu do Mohylewa, gdzie miał
objąć naczelne dowództwo. Hrabia Mengden jechał do Piotrogrodu, gdzie
pozostała jego rodzina: żona, dzieci i brat. Jeszcze nie wiedział o tragicznej śmierci brata. Musiałem spełnić ten bolesny obowiązek i powiadomić go o tym. Hrabia Mengden powiedział mi, że wielki książę jest
już uprzedzony o życzeniu Rządu Tymczasowego, by przekazał naczelne
dowództwo generałowi Aleksiejewowi, i że postanowił dla uniknięcia
niepotrzebnych komplikacji podporządkować się temu. Uważałem tę decyzję
wielkiego księcia za fatalną. Wielki książę był niezwykle popularny w wojsku, zarówno wśród oficerów, jak i żołnierzy. Z jego autorytetem nie
mogli się nie liczyć również wszyscy wyżsi dowódcy: głównodowodzący
frontami i dowódcy armii. On jeden mógł jeszcze ocalić wojsko przed
zagładą, Rząd Tymczasowy nie zdecydowałby się na otwartą z nim walkę.
Stacja w Carskim Siole zatłoczona była żołnierzami gwardii i piechoty,
większość z nich nosiła czerwone kokardy. Wielu było pijanych.
Przepychając się, śmiejąc i głośno rozprawiając, mimo protestów obsługi
pociągu włazili do wagonów, pełno ich było w korytarzu i wagonie
restauracyjnym, gdzie akurat piłem kawę. Mały, rudawy dragon pułku
finlandzkiego, o bezczelnej twarzy, z papierosem w zębach i z czerwoną
kokardą przy płaszczu, bezceremonialnie przysiadł się do stolika, przy
którym siedziała siostra miłosierdzia, i próbował nawiązać z nią
rozmowę. Oburzona jego zachowaniem siostra ostro zwróciła mu uwagę. W odpowiedzi posypały się rynsztokowe wyzwiska. Zerwałem się, chwyciłem
drania za kołnierz, wywlokłem do wyjścia i kolanem wypchnąłem na
korytarz. W tłumie żołnierzy zaczęto szemrać, ale nikt się nie odważył
ująć za łobuzem.
Pierwszą rzeczą, która zdumiała mnie w Piotrogrodzie, była ogromna
liczba czerwonych kokard, którymi ozdobili się prawie wszyscy. Nosili je
nie tylko wałęsający się po ulicach żołnierze, bez broni i w rozpiętych
płaszczach, studenci, kursistki, kierowcy taksówek i dorożkarze, ale
również eleganccy cywile i spora liczba oficerów10. Trafiały
się szykowne prywatne powozy ze stangretami przystrojonymi w czerwone
wstążki i właścicielami tych ekwipaży z przypiętymi do futer takimiż
kokardami. Sam widziałem kilku starych, zasłużonych generałów, którzy
nie zawahali się ozdobić mundurowych płaszczy modnym rewolucyjnym
kolorem. Spotkałem między innymi oficera ze świty cesarza również z czerwoną kokardą, dystynkcje miał wyprute z epoletów; nie mogłem się
powstrzymać, by nie wyrazić mu mego zdumienia. Był bardzo zmieszany i usiłował się wykręcić żartem: "Cóż robić, jestem teraz ubrany modnie, to
nowa moda...". Wiele osób przesadziło w tchórzostwie, małoduszności i chęci przypodobania się nowym władzom. Przez wszystkie te dni chodziłem
po mieście pieszo w generalskim mundurze z emblematami następcy tronu
(oczywiście bez czerwonej kokardy) i przez cały ten czas nikt mnie nie
zaczepił.
Tchórzostwo i lokajska przypochlebność rosyjskiego społeczeństwa
ujawniły się wyraźnie w pierwszych dniach "smuty" i nie tylko żołnierze,
młodsi oficerowie i drobni urzędnicy, ale nawet osoby z kół dworskich i członkowie rodziny panującej stanowili tego przykład. Już w pierwszych
godzinach zamętu wszyscy opuścili cesarza. W strasznych chwilach, jakie
przeżyła cesarzowa i dzieci w Carskim Siole, nikt z osób zbliżonych do
rodziny carskiej nie pospieszył im z pomocą. Wielki książę Kiriłł
Władimirowicz sam przyprowadził do Dumy marynarzy gwardii i pospiesznie
"zameldował się" M. Rodziance. W kilku gazetach pojawił się "wywiad"
wielkich książąt Kiriłła Władimirowicza i Mikołaja Michajłowicza, w którym obaj w haniebny sposób oczerniali cara. Nie sposób było czytać
tego bez oburzenia.
Walka o władzę między Dumą a samozwańczą radą delegatów robotniczych i żołnierskich wciąż trwała i Rząd Tymczasowy, nie czując się na siłach do
podjęcia otwartej walki, coraz głębiej brnął w pułapkę kompromisów.
Guczkowa w Piotrogrodzie nie było. Postanowiłem na niego poczekać i zostawiłem w Ministerstwie Wojny swój adres, prosząc, by mnie
zawiadomiono, kiedy minister wróci. Po dwóch dniach dano mi znać
telefonicznie, że minister spraw zagranicznych P. Milukow, zawiadomiony
o moim przybyciu do Piotrogrodu z misją do Guczkowa, prosi mnie do
siebie. Nazajutrz rano zostałem przez niego bardzo uprzejmie przyjęty:
-?Aleksander Iwanowicz Guczkow jest nieobecny -?powiedział minister -
ale mam z nim stały kontakt. Mogę mu przesłać pański list, postaram się
również jak najdokładniej przekazać mu wszystko, o czym raczy mnie pan
powiadomić. Należymy z Aleksandrem Iwanowiczem do różnych partii -?dodał
z uśmiechem -?ale teraz, jak panu wiadomo, różnych partii nie ma i być
nie może.
Przekazałem list generała Krymowa ministrowi i jak najdokładniej
przedstawiłem mu swój pogląd na niebezpieczeństwo, jakie grozi armii w zaistniałej sytuacji. Podkreśliłem, że obecnie, kiedy szczególnie
nieodzowna jest twarda dyscyplina, należy wszelkimi sposobami utrzymać
prestiż przełożonych, że ostatnie rozkazy rozprzęgają dyscyplinę w wojsku i same tworzą przepaść między kadrą oficerską a żołnierzami, że
domaganie się dyscypliny jedynie "w szeregach" jest szkodliwe i bezsensowne.
-?Toczy się wojna i wszyscy, oficerowie i szeregowcy, gdziekolwiek się
znajdujemy: w okopach, w rezerwie czy na głębokich tyłach, w istocie
przez cały czas pełnimy służbę i znajdujemy się "w szeregach". Nowe
prawa dla żołnierzy, wymóg zwracania się do nich per "wy", prawo
odwiedzania miejsc publicznych, palenia itd. dobremu żołnierzowi nie są
w obecnej chwili potrzebne. Prosty Rosjanin od dziecka przywykł do
mówienia mu "ty" i nie widzi w tym żadnej dla siebie obrazy; w okopach i na popasach rosyjscy oficerowie i żołnierze żyją razem, jedzą z jednego
kotła i przypalają jeden drugiemu papierosy -?prawo odwiedzania lokali,
palenia i inne swobody wykorzystają tylko tacy żołnierze jak ci, którzy
wałęsają się teraz po ulicach Piotrogrodu.
Minister słuchał mnie bardzo uważnie, przez cały czas robiąc zapiski w notesie.
-?To bardzo interesujące, co pan mówi, przekażę to dokładnie
Aleksandrowi Iwanowiczowi Guczkowowi. Muszę jednak zaznaczyć, że
posiadane przez nas informacje i to, co słyszymy tu od przedstawicieli
armii, znacznie się od siebie różnią.
-?Możliwe -?odparłem. -?Pozwoli pan jednak, że zapytam, o jakich
przedstawicielach armii raczy pan mówić. O tych, którzy zasiadają w radzie delegatów robotniczych i żołnierskich, nie wiadomo przez kogo
wybrani i mianowani, czy o tych, których widziałem właśnie na ulicach,
przystrojonych czerwonymi kokardami. Proszę mi wierzyć, że spośród
dobrych oficerów i żołnierzy w Piotrogrodzie przebywają teraz tylko ci,
którzy leżą w lazaretach i raczej nie mogą być pańskimi informatorami.
Nie wątpię, że wszyscy pozostali, którzy się tu przypadkowo znaleźli,
już podążyli do swych macierzystych oddziałów.
-?Oczywiście, nie mogę się na ten temat wypowiedzieć zdecydowanie,
Aleksander Iwanowicz Guczkow jest w tej chwili bardziej kompetentny niż
ja. Prawdopodobnie po powrocie zechce się z panem zobaczyć osobiście. Na
razie zapewniam pana, że przekażę szczegółowo wszystko, co od pana
usłyszałem...
Po powrocie do domu zastałem depeszę od generała Krymowa. Zawiadamiał
mnie, że minister wojny wezwał go do Piotrogrodu, że jestem wyznaczony
czasowo na dowódcę dywizji i że mam natychmiast wracać do Kiszyniowa. Z wielkim trudem zdobyłem bilet i jeszcze tego wieczoru wyjechałem z Piotrogrodu.
Piętnastego marca przybyłem do Kiszyniowa. Generał Krymow, nie
doczekawszy się mnie, wyjechał poprzedniego dnia wraz z szefem sztabu
dywizji, pułkownikiem Samarinem. Pułkownik Samarin po przyjeździe do
Piotrogrodu został mianowany szefem gabinetu w Ministerstwie Wojny; jego
zastępcą okazał się podpułkownik Sztabu Generalnego Połkownikow, Kozak
doński, który objął służbę w kilka dni po moim powrocie. Podpułkownik
Połkownikow, który później, po puczu Korniłowa, znalazł się na czele
Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego i odegrał w dniach upadku Rządu
Tymczasowego tak smutną rolę, na stanowisku szefa sztabu dywizji wykazał
się talentem, rozsądkiem i energią.
Przeżywaliśmy ciężki okres. Władza coraz bardziej wymykała się z rąk
Rządu Tymczasowego. Nie miał on siły przeciwstawić się roszczeniom rady
delegatów robotniczych i żołnierskich.
W wojsku wszyscy wyraźnie odczuwali groźne następstwa tej słabości i rozterek władzy i instynktownie usiłowali tę władzę wzmocnić. Wiele
oddziałów wojskowych wystosowało do premiera pisma, w których wyrażało
gotowość poparcia nowej władzy i zwalczania wszelkich prób wywołania
anarchii w kraju. Podobne rezolucje uchwaliły także wszystkie pułki
dywizji ussuryjskiej.
Niestety, Rząd Tymczasowy nie potrafił i widocznie nie chciał skorzystać
z proponowanej mu przez samo wojsko pomocy. Aleksander Iwanowicz
Guczkow, który w tym czasie wizytował głównodowodzących frontów,
przyjmując delegacje różnych oddziałów, nieodmiennie zapewniał głośno,
że rząd nie potrzebuje żadnej pomocy, że nie istnieje żadna dwuwładza,
że prace rządu i rady delegatów robotniczych i żołnierskich przebiegają
w całkowitej harmonii.
Brak było zdecydowania i jedności również wśród wyższego dowództwa
armii. Zamiast się porozumieć i razem zdecydowanie stanąć w obronie
powierzonych im wojsk, wyżsi dowódcy działali każdy na własną rękę, nie
biorąc pod uwagę wspólnego dobra. Podczas gdy generał hrabia Keller,
odmówiwszy złożenia przysięgi Rządowi Tymczasowemu, odbierał przy
dźwiękach hymnu państwa pożegnalną defiladę swych starych pułków,
generała Brusiłowa nieśli przed frontem wojska na obwieszonym czerwonymi
kokardami fotelu rewolucyjni żołnierze...
Siedemnastego marca przypadało święto pułkowe amurskiego pułku Kozaków.
Pułk ten został wcielony do składu dywizji stosunkowo niedawno -?wiosną
1916 roku -?i swą organizacją wewnętrzną w kłopotliwy sposób odbiegał od
organizacji innych pułków dywizji. Rok temu, kiedy pułk znajdował się w Piotrogrodzie w wojskach ochrony, miało w nim miejsce głośne wydarzenie
-?Kozacy zabili swego oficera. Kozacy amurscy, doskonali żołnierze, byli
przeważnie ludźmi gwałtownymi i krnąbrnymi. Dowódcą pułku był pułkownik
Syczew. W czasie parady, podjeżdżając do stojącego w szeregach pułku, ze
zdziwieniem zobaczyłem zamiast odznak sotni czerwone flagi. Do
sporządzenia tych flag Kozacy zużyli prawdopodobnie to, co mieli pod
ręką i sztandar jednej sotni wyraźnie zdradzał, że zrobiono go z czerwonej perkalowej spódnicy w jakieś cętki. Dowódca podjechał konno z raportem, orkiestra zagrała Marsyliankę. Przyjąłem raport i zapytałem
dowódcę, co znaczy ta maskarada, na co usłyszałem nieoczekiwaną
odpowiedź: "Kozacy tego zażądali". Oświadczyłem pułkownikowi Syczewowi,
że nie uwzględnię żadnych "żądań" podwładnych, iż regulamin przeglądu
wojsk przez wyższych dowódców wyraźnie mówi, że pułk obowiązany jest
grać marsza pułkowego i że kolor odznak każdej sotni jest ustalony.
Przejechałem wzdłuż frontu, powitałem sotnie i złożyłem im życzenia z okazji święta, po czym, stanąwszy przed frontem pułku, zwróciłem się do
Kozaków:
-?Spodziewałem się ujrzeć wasz sławny pułk pod starym sztandarem, a sotnie z ich bojowymi odznakami, pod którymi poległo bohaterską śmiercią
tylu sławnych amurskich Kozaków. Pod tymi odznakami chciałem zebrać was
dzisiaj i wypić z wami na cześć amurskiego wojska i amurskiego pułku,
ale pod czerwoną kiecką siedzieć nie będę i nie mogę spędzić z wami
dzisiejszego dnia.
Ostro zawróciłem konia i pojechałem do domu.
Tego samego dnia wydałem dywizji rozkaz, w którym udzieliłem nagany
dowódcy pułku amurskiego za niedopilnowanie przestrzegania regulaminu.
Pułkownik Syczew, za poparciem kwatermistrza esauła Gordiejewa, pijaka i marnego oficera, usiłował nastawić pułk przeciwko mnie, wmówić oficerom
i żołnierzom, że obraziłem pułk, a zatem całe amurskie kozactwo. Nie
jestem Kozakiem i właśnie dlatego obrażam Kozaków -?krótko mówiąc
zabrzmiało to jak refren, który potem nucili tak często wodzowie
"samostijnego" kozactwa11. Gdy tylko usłyszałem o niedopuszczalnym zachowaniu dowódcy pułku i jego pomocnika, niezwłocznie
wydałem rozkaz o zdjęciu obu ze stanowisk i polecenie, by jeszcze tego
samego dnia opuścili dywizję. Przyjechałem do pułku amurskiego, zebrałem
oficerów, wyjaśniłem im sprawę i wygłosiłem swoją opinię na ten temat.
Dowództwo pułku powierzyłem Połkownikowowi (został później zatwierdzony
na tym stanowisku za wstawiennictwem generała Krymowa), a w kwestii
postępowania pułkownika Syczewa i esauła Gordiejewa rozkazałem dowódcy
2. brygady generałowi Żeleznowowi przeprowadzić śledztwo i skierować
sprawę do sądu.
Po tym wypadku żadnych rewolucyjnych demonstracji w oddziałach nie było,
mimo iż wkrótce w nerczyńskim pułku kozackim zdarzył się incydent, który
mógł do nich sprowokować. Jednym z oficerów pułku nerczyńskiego był
odkomenderowany do pułku, niedawno awansowany na oficera, młody
chłopiec, prawie dziecko, kornet Zorin. Niezwykle nerwowy i wrażliwy,
boleśnie przeżywał wszystko, co działo się w wojsku. Którejś nocy w czasie pełnienia warty, obchodząc kwatery, usłyszał w jednej z chat
hałas i krzyki. W chwili, kiedy otworzył drzwi i już miał przestąpić
próg, z sieni wyskoczył na niego jakiś Kozak, odepchnął korneta i usiłował przecisnąć się przez drzwi. Zaskoczony, myśląc, że to napaść na
niego, kornet Zorin wyciągnął rewolwer i strzelił do Kozaka, zabijając
go na miejscu. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że nikt
nie miał zamiaru napadać na oficera, Kozacy pili w chacie, usłyszeli
kroki i bojąc się, by ich nie przyłapano na gorącym uczynku, rzucili się
do ucieczki, a jeden z nich nadział się na wchodzącego Zorina.
Nieszczęsny Zorin, opamiętawszy się, o mało nie popełnił samobójstwa.
Dowiedziałem się o zajściu wczesnym rankiem i natychmiast pojechałem do
pułku. Śledztwo było już zakończone. Wynikało z niego, że oficer nie
miał żadnych podstaw do użycia broni. Jednocześnie było to jawne
naruszenie regulaminu ze strony Kozaków. Zebrałem pułk i oznajmiłem
swoją decyzję: "Kornet Zorin zostanie postawiony przed sądem za użycie
broni bez wyraźnych podstaw. Dowódca sotni, w której zajście miało
miejsce, otrzyma naganę, wachmistrz i plutonowi zostaną zdegradowani".
Jednocześnie odkomenderowałem korneta Zorina do jego macierzystego
pułku, by stworzyć możliwość bezstronnego rozpatrzenia tej sprawy. Zaraz
też zarządziłem w pułku ostrą musztrę konną i podziękowawszy Kozakom,
wróciłem do sztabu. Pogrzeb Kozaka, za którego trumną szli wszyscy
oficerowie z dowódcą pułku na czele, odbył się zupełnie spokojnie, a wypadek nie miał żadnych następstw.
Trzydziestego marca wrócił generał Krymow, mianowany dowódcą 3. korpusu
konnego na miejsce hrabiego Kellera.
Pierwsze działania Aleksandra Iwanowicza Guczkowa w roli ministra wojny
zaznaczyły się masowymi odwołaniami wyższych dowódców -?jednym
pociągnięciem pióra skreślono ze składu armii 143 wyższych oficerów, na
miejsce których mianowano nowych, nie licząc się ze starszeństwem.
Posunięcie to okazało się niewybaczalnym błędem. Co prawda pośród
zwolnionych było sporo osób nienadających się i mało kompetentnych,
które trzymały się armii tylko dlatego, że gdzieś miały poparcie,
niemniej jednak odwołanie tak ogromnej liczby dowódców poszczególnych
oddziałów i wyższych wojskowych formacji i jednocześnie zastąpienie ich
ludźmi obcymi tym oddziałom, nie mogły się nie odbić na dyscyplinie
wewnętrznej i gotowości bojowej armii.
Od generała Krymowa dowiedziałem się szczegółów o krwawych zajściach
kronsztadzkich, które kosztowały życie najlepszych oficerów Floty
Bałtyckiej poległych z rąk marynarzy12. Generał Krymow po
spotkaniu z Guczkowem, Rodzianką, Tierieszczenką i innymi swymi
politycznymi przyjaciółmi wrócił znacznie podniesiony na duchu.
Twierdził, że Rząd Tymczasowy, mimo pozornej słabości, jest dość silny,
by ująć sprawy w swoje ręce. Konieczność taką rzekomo uświadamiali sobie
w pełni członkowie rządu. Głównego poparcia dla Rządu Tymczasowego,
oprócz szerokich kręgów społeczeństwa i znacznej części armii mieli,
zdaniem generała Krymowa, udzielić Kozacy. Pokładał on w kozactwie
wielkie nadzieje i mówił wprost, że "teraz trzeba postawić na Kozaków".
Chcąc zachować pod swą komendą macierzystą dywizję i "postawić na
Kozaków", generał Krymow uzyskał zgodę na wcielenie ussuryjskiej dywizji
konnej w skład 3. korpusu konnego w zamian za doskonałą 12. dywizję
kawaleryjską.
Z chwilą zatwierdzenia generała Krymowa na stanowisku dowódcy 3. korpusu
konnego zostałem mianowany dowódcą ussuryjskiej dywizji konnej.
Nie podzielałem nadziei, jakie pokładał generał Krymow w Kozakach.
Dzieciństwo i lata młodzieńcze spędziłem nad Donem, w czasie wojny
japońskiej byłem w szeregach zabajkalskiego pułku kozackiego, podczas
obecnej wojny dowodziłem kozackim pułkiem, brygadą i dywizją, w skład
których wchodziły pułki trzech kozackich wojsk, toteż świetnie ich
znałem. Sądziłem, że z łatwością mogą się stać narzędziem w rękach
określonych politycznych środowisk kozackich. Właściwe Kozakom od wieków
dążenie do zaznaczania swojej odrębności stanowiło obecnie, kiedy
znaczna część armii składała się z Kozaków, a oddziały kozackie
stanowiły wiele regularnych dywizji, spore niebezpieczeństwo.
Uważałem, że walka z rozkładem armii winna pójść innymi drogami, że
winna polegać nie na stawianiu na jakąś jej część, ale na zjednoczeniu
wyższego dowództwa i konsolidacji całego wojska. Ale generała Krymowa
trudno było przekonać. Był zafascynowany nowym pomysłem. Natychmiast
wykorzystały to pewne siły -?w pułkach wśród oficerów wyraźnie zarysował
się podział na Kozaków i nie-Kozaków. W nerczyńskim pułku kozackim, w którym było szczególnie wielu oficerów przeniesionych z regularnych
oddziałów, problem ten stał się bardzo ostry. Kilku oficerów złożyło
raporty o przeniesienie do oddziałów regularnych.
Postanowiłem otwarcie pomówić o tym z generałem Krymowem:
-?Aleksandrze Michajłowiczu, nie podzielam pańskich nadziei związanych z Kozakami. Daj Boże, żebym się mylił. W każdym razie, jeżeli stawia pan
na nich, należy unikać wszystkiego, co w taki czy inny sposób mogłoby
wprowadzić zamęt. Ja sam nie jestem Kozakiem, większą część służby
odbyłem w oddziałach regularnych, wątpię więc, czy w tych warunkach
byłbym przydatny jako pański najbliższy współpracownik...
Generał Krymow rozumiał to widocznie i nie starał się mnie zatrzymać.
Zaproponował, że napisze do ministra wojny i szefa sztabu
głównodowodzącego, aby skierowano mnie do regularnej dywizji.
Pożegnawszy się z primorskim pułkiem dragonów i macierzystym pułkiem
nerczyńskim, który zgotował mi serdeczne pożegnanie, 5 kwietnia, w pierwszy dzień Wielkanocy, wyjechałem do Piotrogrodu.
Pierwsze kroki nowego rządu
W Piotrogrodzie panowało niezwykłe ożywienie. Od wczesnego rana do
późnej nocy po ulicach przewalały się tłumy. Większość stanowili
wojskowi. W żadnych koszarach nie odbywały się ćwiczenia i żołnierze
cały dzień i większą część nocy spędzali na ulicy. Czerwone kokardy
utraciły już urok nowości i w porównaniu z pierwszymi dniami rewolucji
widziało się ich mniej, ale za to wzrosły chyba nieład i ogólne
rozpasanie. Bez broni, przeważnie w rozpiętych płaszczach, z papierosami
w zębach i kieszeniami pełnymi pestek, żołnierze całymi grupami włóczyli
się po trotuarach, nikomu nie oddając honorów i potrącając przechodniów.
Łuskanie pestek stało się w tych dniach, nie wiadomo dlaczego, stałym
zajęciem "rewolucyjnego ludu", a ponieważ od czasu nastania "swobody"
ulic prawie nie sprzątano, chodniki i jezdnie były całkowicie pokryte
łuskami. Z większości aptek i szyldów dostawców dworu tłuszcza w chęci
zniszczenia "nienawistnych oznak samodzierżawia" już w pierwszych dniach
rewolucji zerwała orły i budynki z nich ogołocone robiły wrażenie
jakichś ruin.
W Pałacu Taurydzkim, w Dumie Miejskiej, we wszystkich lokalach
publicznych, na placach i skrzyżowaniach ulic całymi dniami odbywały się
wiece. Były to istne bachanalie gadulstwa. Zdawało się, że milczący
latami mieszczuch usiłuje się teraz nagadać do syta, nadrobić stracony
czas. Nieustannie w jakiejś restauracji, teatrze, kinematografie, w czasie antraktu albo między dwoma muzycznymi numerami, jakiś zapalony
mówca właził na krzesło i zaczynał przemawiać. Odpowiadał mu drugi,
trzeci i zaczynał się swoisty wiec. Szpalty gazet wypełniały
przemówienia członków Rządu Tymczasowego, członków rady delegatów
robotniczych i żołnierskich, wypowiedzi różnego rodzaju delegacji.
Tematy były zawsze jedne i te same: potępienie starego reżymu, apologia
"bezkrwawej rewolucji", nawoływanie do "kontynuowania walki do
zwycięskiego końca" (hasła "pokój bez aneksji i kontrybucji" wtedy
jeszcze nie sformułowano), radość ze "zdobyczy rewolucji". Ratować Rosji
już nie zamierzano, mówiono tylko o ratowaniu tychże "zdobyczy
rewolucji". Formułka ta stała się bardzo popularna i w mimowolnym
dążeniu do uczynienia jej bardziej strawną przerobiono ją na "ratowanie
rewolucji", co było już zupełnie bezsensowne.
Walka między Rządem Tymczasowym a radą delegatów robotniczych i żołnierskich trwała. Należy oddać sprawiedliwość elementom lewicowym -
działali zdecydowanie i zmierzali prosto do nakreślonego celu. Rząd
Tymczasowy -?zwłaszcza jego część prawicowa -?przeciwnie, przez cały
czas wyraźnie unikał zdecydowanych działań i słów, szukał "kompromisu" i podszywał się pod "rewolucyjną demokrację"... Podczas gdy "powszechna
amnestia" objęła nie tylko byłych rewolucjonistów, ale i jawnych agentów
niemieckiego Sztabu Generalnego, podczas gdy bolszewicy, z Leninem na
czele, przybyli wprost z Niemiec, w biały dzień zajęli dom tancerki
Krzesińskiej na prospekcie Kamiennoostrowskim i przemawiali z balkonu do
tłumu słuchaczy, nawołując do haniebnego pokoju, a Rząd Tymczasowy nie
śmiał ich aresztować -?w Twierdzy Pietropawłowskiej zamykano byłych
ministrów, wysokich urzędników i inne osoby tylko dlatego, że byli oni
niewygodni dla "rewolucyjnej demokracji". W czasie gdy prasa lewicowa
otwarcie prowadziła propagandę mającą na celu rozkład armii, gazety
prawicowe były konfiskowane i zamykane. Na Krymie z rozkazu Rządu
Tymczasowego po rozporządzeniu pułkownika Wierchowskiego przeprowadzano
rewizje u członków rodziny cesarskiej.
Nie uniknęła rewizji nawet sędziwa cesarzowa Maria Fiodorowna. Agenci
weszli do jej sypialni i grzebali w rzeczach, mimo że cesarzowa leżała w łóżku. Jednocześnie przeprowadzono rewizje u osób prywatnych
przebywających w Jałcie, między innymi u mojej żony. Odebrano jej moje
listy, w których oczywiście niczego nie znaleziono.
Ci, którzy wczoraj obwiniali starą władzę o słabość, przemoc i nieudolność w radzeniu sobie z postępującą ruiną, dzisiaj, stanąwszy u steru, sami nie potrafili pokierować krajem. Maniłowowie czy
Chlestakowowie nie potrafili wyjść poza piękne słowa i w nieuchronnym
biegu wydarzeń zmuszeni byli oddać władzę siłom bardziej
aktywnym13.
Dwudziestego kwietnia po raz pierwszy wystąpiła "czerwona gwardia" -
uzbrojeni robotnicy fabryczni. Rząd nie odważył się wysłać przeciwko nim
wojska. Pojedyncze starcia gwardii z tłumem na skrzyżowaniu
Michajłowskiej i Newskiego pociągnęły za sobą kilka ofiar w ludziach. W czasie walki byłem akurat w Hotelu Europejskim. Tłum w panice uciekał w stronę placu Michajłowskiego, dorożkarze pędzili okładając konie.
Gromady brudnych obdartych robotników w kaszkietach i miękkich
kapeluszach, przeważnie o zwierzęcych, naznaczonych występkiem twarzach,
uzbrojone w karabiny, ciągnęły środkiem Newskiego śpiewając
Międzynarodówkę. Dokoła słyszało się pełne oburzenia komentarze -?było
jasne, że zdecydowane kroki rządu u większości zyskałyby tylko poparcie.
Pieszo przeszedłem ulicą Mojka do domu ministra wojny, żeby się zobaczyć
z pułkownikiem Samarinem, szefem gabinetu Guczkowa. Zastałem u niego
pułkownika Baranowskiego (który później objął to stanowisko przy
Kierenskim). Opowiedziałem im, co przed chwilą widziałem i wyraziłem
zdumienie, że władze wojskowe pozostają bezczynne.
-?Rząd nie może dopuścić do rozlewu rosyjskiej krwi -?odpowiedział
Samarin. -?Gdyby na rozkaz rządu doszło do tego, rząd utraciłby całą
siłę moralną w oczach narodu.
Zrozumiałem, że nie mamy o czym mówić...
Nazajutrz rada delegatów robotniczych i żołnierskich oznajmiła, że
wojsko nie może zostać wyprowadzone z koszar, jeżeli rozkaz władz
wojskowych nie będzie poparty zgodą rady. Piątego maja odbyła się
potężna manifestacja wiernych rządowi oddziałów, mająca na celu poparcie
rządu przeciw radom. Manifestacja przebiegła bez zakłóceń i jeszcze raz
wykazała, że bynajmniej nie wszyscy "rewolucyjną demokrację" popierają.
Ale i tym razem nieudolny i bezwolny rząd nie potrafił tego wykorzystać.
Należy powiedzieć gwoli prawdy, że z wyjątkiem elementów
socjalistycznych z jednej strony i pojedynczych osób, głównie
wojskowych, z drugiej nieudolność i brak woli przejawiało w jednakowym
stopniu całe społeczeństwo. Zagubienie i obojętność, tak
charakterystyczne dla Rosjan, nieumiejętność porozumienia się i zorganizowania, jakaś niepojęta niefrasobliwość i gadatliwość na każdym
kroku rzucały się w oczy. Wszyscy mówili o konieczności zorganizowania
się, wszyscy stwarzali wrażenie, że konspirują, ale nic konkretnie się
nie działo. Próbowali się zorganizować również oficerowie, ale chociaż
nowo powstały związek oficerów w sztabie, w bezpośredniej bliskości
frontu i pod kierunkiem generała Aleksiejewa i generała Denikina,
rzeczywiście prowadził pożyteczną robotę, to w Piotrogrodzie te prace
przebiegały w atmosferze, która mogła jedynie zachwiać prestiżem
armii14.
Już na samym początku spośród członków związku wyłoniła się grupa
"aprobujących rewolucję", którzy postanowili na tej rewolucji zrobić
kariery. Jedną z głównych postaci tej grupy był pułkownik Sztabu
Generalnego Guszczin, kozak doński, który wykładał wówczas w Akademii
Sztabu Generalnego, a w pierwszych dniach rewolucji pojawił się na
katedrze przystrojony czerwoną kokardą i z patosem oznajmił słuchaczom:
-?Zrzuciłem maskę, macie przed sobą oficera republikanina.
W związku piotrogrodzkim prowadził haniebną demagogiczną grę.
Przemawiając do żołnierzy, w imieniu rosyjskiej kadry oficerskiej prosił
ich, by "nie odtrącali od siebie skruszonych rosyjskich oficerów".
Wygłaszał hałaśliwe przemówienia, walił się w piersi i błaznował...
"Postawił na rewolucję" także mój dawny kolega z pułku, w tym czasie
szef 1. dywizji kawalerii, generał Biskupski. Odważny i zdolny oficer,
całkiem niegłupi i ogromnie ambitny, owładnięty pragnieniem bycia
pierwszym zawsze i wszędzie, Biskupski przez długi czas wodził rej w pułku i cieszył się wśród kolegów wielkim mirem. Ożenił się ze znaną
śpiewaczką, wykonawczynią romansów Wialcewą i długo udawało mu się
ukrywać to małżeństwo i pozostawać w pułku. Jednak taka fałszywa
sytuacja długo trwać nie mogła i na dwa lata przed wojną Biskupski w randze pułkownika przeszedł do rezerwy. Zajął się interesami, zakładał
jakieś towarzystwa akcyjne mające wydobywać ropę naftową na Dalekim
Wschodzie, wciągnął w ten interes kilku byłych kolegów i wreszcie gorzko
za to odpokutował razem z nimi. Owdowiawszy, wstąpił do irkuckiego pułku
huzarów i, szybko awansując, po dwóch latach wojny dowodził już dywizją.
Do Piotrogrodu trafił jako delegat rady delegatów żołnierskich jednej z armii. Stale występował z przemówieniami, z upoważnienia rady wraz z kilkoma żołnierzami jeździł na rozmowy z rewolucyjnym garnizonem
kronsztadzkim i marzył, by go wybrano na przewodniczącego sekcji
wojskowej rady. Jak się należało spodziewać, nic z tego nie wyszło,
wybrano jakiegoś felczera i Biskupski wkrótce wyjechał z Piotrogrodu.
Mieszkałem w Piotrogrodzie, czekając na skierowanie do armii.
Przyglądałem się z bliska wszystkiemu, co się działo, i widziałem, że
tylko stanowcze i nieustępliwe działanie może położyć kres dalszemu
rozbiciu kraju. Ani w składzie rządu, ani pośród otaczających go
działaczy społecznych nie było człowieka, który mógłby to uczynić.
Należało go szukać w wojsku, wśród nielicznych popularnych dowódców.
Głosu takiego wodza, mającego poparcie w armii, kraj musiałby posłuchać,
a jego stanowcze rozkazy, poparte bagnetami, zostałyby wykonane. Biorąc
pod uwagę sytuację polityczną, nazwisko takiego przywódcy musiałoby być
dostatecznie "demokratyczne". Znałem tylko dwa takie nazwiska: znanego
całej armii, prawego, surowego dla siebie i innych, twardego i odważnego
dowódcę 9. armii, generała Leczyckiego, i kochanego przez wojsko,
bohatera walk karpackich, generała Korniłowa, który niedawno dokonał
brawurowej ucieczki z nieprzyjacielskiej niewoli. Pierwszy z nich, nie
mogąc się pogodzić z nowymi porządkami, właśnie opuścił armię i mieszkał
jako osoba prywatna w stolicy; drugi w opisywanym okresie stał na czele
Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego i jego stanowisko było szczególnie
korzystne dla sprawy.
Organizacja wojskowa w stolicy, rozporządzająca choćby niewielkimi
siłami militarnymi i mogąca wystąpić w odpowiedniej chwili, zdawała mi
się absolutnie konieczna dla odniesienia sukcesu. Zwracało się do mnie w tej sprawie wiele osób z istniejących już organizacji wojskowych oraz ze
stołecznego garnizonu. Wkrótce udało mi się nawiązać kontakt z oficerami
wielu oddziałów. Na te oddziały mogliśmy liczyć bez zastrzeżeń.
Postanowiłem się podzielić moimi wiadomościami ze starym kolegą pułkowym
i moim przyjacielem hrabią Pahlenem15. Spodziewając się w każdej chwili skierowania do armii, chciałem, by kierował naszą sprawą w Piotrogrodzie. Hrabia Pahlen bardzo się nadawał do tego przedsięwzięcia;
mógł z łatwością, nie budząc specjalnych podejrzeń, prowadzić
działalność w stolicy. Całe życie służył w gwardii w Petersburgu, znała
go prawie cała gwardia i wśród oficerów piotrogrodzkiego garnizonu
cieszył się wielkim szacunkiem. Jednocześnie zaś jego stosunkowo
niewysoka ranga, wrodzona małomówność i skrytość pozwalały mieć
nadzieję, że uda mu się prowadzić robotę w tajemnicy.
Dobraliśmy do pomocy kilku młodych oficerów. Udało się nam zdobyć pewne
środki. Zorganizowaliśmy niewielki sztab, nawiązaliśmy ścisłe kontakty
ze wszystkimi uczelniami wojskowymi i niektórymi oddziałami
rozlokowanymi w stolicy i na przedmieściach, zorganizowaliśmy kilka
bojowych drużyn oficerskich. Na bardzo wysokim poziomie stał nasz zwiad.
Opracowaliśmy szczegółowy plan zajęcia głównych punktów miasta i ujęcia
wszystkich tych osób, które mogłyby się okazać niebezpieczne.
Nagle, w pierwszych dniach maja, generał Korniłow, ostatecznie
poróżniwszy się z radą, podał się do dymisji. Objął wakujące stanowisko
dowódcy 8. armii, stojącej na granicy Galicji. Na jego następcę
przewidywano generała Leczyckiego, ale ten podobno odmówił przyjęcia
nominacji. Postanowiłem do niego pojechać. Znałem go osobiście dość
dobrze jeszcze z Bukowiny. Dywizja ussuryjska wchodziła w skład jego
armii. Generał Leczycki mieszkał w Hotelu Północnym, naprzeciw Dworca
Nikołajewskiego. Poprosiłem o przyjęcie, a on zaproponował mi spotkanie
jeszcze tego samego wieczoru. Wyłożyłem mu swoje plany, opowiedziałem,
co udało się nam z hrabią Pahlenem zdziałać w ostatnim czasie i wspomniawszy, iż wiem o propozycji, by stanął na czele Piotrogrodzkiego
Okręgu Wojskowego, zaproponowałem, by włączył się do naszych działań; z uwagi zaś na mój bliski wyjazd do armii, poleciłem mu hrabiego Pahlena.
-?Wszystko, co pan mówi, jest absolutnie słuszne -?powiedział generał
Leczycki. -?Wszyscy tak myślimy. Ale ja następcą generała Korniłowa nie
będę. Odszedłem z armii, ponieważ nie mogłem się pogodzić z nowymi
porządkami. Jestem starym żołnierzem, a tutaj potrzebny jest człowiek
nie tylko twardy i uczciwy, ale również rzutki. Ktoś młodszy będzie na
pewno bardziej się do tego nadawać.
Znając generała Leczyckiego, nie miałem wątpliwości, że nie zmieni swej
decyzji.
Następcą generała Korniłowa został szef sztabu tuziemnej dywizji,
generał Połowcew.
Ponieważ generał Leczycki odsunął się od jakiejkolwiek działalności,
postanowiłem, mimo że generał Korniłow opuścił stanowisko dowódcy
Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego, wyjątkowo przydatne dla naszej
sprawy, nawiązać z nim jednak kontakt. Poza generałem Korniłowem nie
mogłem znaleźć pośród dowódców wyższego szczebla nikogo odpowiedniego.
Generał Korniłow po wyjeździe do armii nadal utrzymywał łączność z wieloma osobami w Piotrogrodzie. Czynił to za pośrednictwem swego
oficera ordynansowego Zawojki. Zawojko, były ziemianin, chyba z guberni
podolskiej, w ostatnich latach przed wojną zrujnowany, zajął się
sprawami finansowymi. Zarządzał firmą wydobywającą ropę naftową braci
Lianozowów, był dyrektorem i członkiem zarządu różnych przedsiębiorstw
handlowych. Po przewrocie porzucił interesy i zajął się działalnością
polityczną. W ostatnim czasie, zaciągnąwszy się do wojska, został
oficerem ordynansowym przy dowódcy Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego, a po nominacji generała Korniłowa na dowódcę armii podążył za nim.
Dowiedziawszy się o przyjeździe Zawojki do Piotrogrodu, nawiązałem z nim
kontakt przez pracującego ze mną i Pahlenem porucznika hrabiego P.
Szuwałowa. Umówiliśmy się na spotkanie w domu Zawojki, który mieszkał
wówczas na Fontance, przy moście Siemionowskim. Zawojko zrobił na mnie
wrażenie niezwykle śmiałego, niegłupiego i zdolnego człowieka, choć
jednocześnie wielkiego fantasty. My mówiliśmy bardzo mało, prawie przez
cały czas mówił Zawojko. Już w pierwszych słowach przytaknął moim
zamiarom. Jak mówił, podobny pogląd na sprawę miał również generał
Korniłow. Pod koniec rozmowy zaproponował, byśmy przeczytali krótką
biografię generała Korniłowa, którą on, Zawojko, właśnie wydawał i której korektę akurat mu przysłano. Biografia ta wkrótce pojawiła się w wojsku. Umówiliśmy się na dalsze kontakty. Od tego czasu kilkakrotnie
widziałem się z Zawojką, gdy przyjeżdżał do Piotrogrodu. Kiedyś,
wstąpiwszy do niego, zobaczyłem złożone w kącie jakieś kolorowe flagi.
Na moje pytanie, co to jest, Zawojko odpowiedział, że wojska szykują się
do ofensywy, że armia generała Korniłowa ma się wedrzeć do Galicji. Na
flagach zauważyłem napisy -?wezwanie słowiańskiej ludności rosyjskich
Karpat do powstania i zrzucenia austriackiego jarzma, do walki o wolność, którą przynosi armia rosyjskiego generała Korniłowa. Napisy
były wykonane w językach miejscowych, galicyjskich narodów słowiańskich.
Na taki pomysł mógł wpaść jedynie Zawojko...
Planowane przejście do natarcia wkrótce przestało być tajemnicą nawet
dla szerszych kręgów społeczeństwa, no i oczywiście dla nieprzyjaciela.
Nowy minister "rewolucyjnej armii" Kierenski nieustannie miotał się po
froncie, wygłaszał histeryczne przemówienia i nawoływał "rewolucyjne
wojska do ratowania zdobyczy rewolucji". Uzupełnienia marszowe szły na
front, niosąc czerwone transparenty z hasłami: "Wojna do zwycięskiego
końca", "Wszyscy na front", "Lepsza śmierć niż niewola" itd. Mimo
"rewolucyjnego zrywu" owe uzupełnienia po drodze przeważnie się
rozpraszały. W połowie czerwca otrzymałem depeszę podpisaną przez
dyżurnego generała 8. armii, pułkownika Heidena, z pytaniem, czy wyrażam
zgodę na mianowanie mnie "do czasu aż zwolni się stanowisko dowódcy
dywizji" dowódcą brygady 7. dywizji kawalerii. Wyraziłem zgodę. Mijały
jednak dni, coraz bardziej zbliżał się moment przystąpienia armii do
natarcia, a rozkazu o nominacji nie było.
Osiemnastego czerwca armie Frontu Południowo-Zachodniego zaatakowały
przeciwnika. 8. Armia generała Korniłowa wdarła się do Galicji,
nieprzyjacielski front został przerwany, nasze wojska zajęły Halicz i Stanisławów. Zdawało się, że po długich miesiącach zwycięstwo znów
opromieniło rosyjskie sztandary.
Wreszcie 30 czerwca otrzymałem telegram o mianowaniu mnie dowódcą, ale
nie brygady, tylko 7. dywizji kawalerii. Po dwóch dniach wyjechałem do
Kamieńca Podolskiego.
Natarcie armii rewolucyjnej
Szóstego lipca przybyłem do Kamieńca Podolskiego. Usłyszałem tu ostatnie
nowiny. "Przedarcie się armii rewolucyjnej", o którym donosił premierowi
księciu Lwowowi "minister wojny", zakończyło się zdradą gwardyjskich
grenadierów, podstępnie wyprowadzonych z frontu przez kapitana
Dziewałtowskiego. Za nimi, porzucając pozycje, żywiołowo uciekła na tyły
cała 11. armia. Nieprzyjaciel zajął Tarnopol, zagrażał skrzydłu i tyłom
sąsiedniej 8. armii generała Korniłowa.
Ofiara poległych bohaterską śmiercią batalionów szturmowych, złożonych
głównie z oficerów, okazała się daremna. "Zdemokratyzowana armia", nie
chcąc przelewać krwi "dla ratowania zdobyczy rewolucji", uciekła jak
stado baranów. Pozbawieni władzy szefowie nie byli w stanie powstrzymać
tej hołoty. W obliczu groźnego niebezpieczeństwa bezsilny i nieudolny
rząd jak gdyby przejrzał na oczy, zrozumiał, jak się zdawało, że w armii
niezbędna jest jeszcze inna dyscyplina prócz "rewolucyjnej".
Potwierdzała to chyba nominacja generała Korniłowa na głównodowodzącego
Frontu Południowo-Zachodniego na miejsce generała Brusiłowa, mianowanego
wkrótce wodzem naczelnym.
Chciałem zastać generała Korniłowa jeszcze w armii, więc nie zwlekając,
wziąłem ze sztabu frontu auto i wyjechałem przez Czerniowce do Kołomyi.
Jechał ze mną porucznik hrabia Szuwałow, który miał pozostać przy
generale Korniłowie, aby podtrzymywać łączność z organizacją hrabiego
Pahlena w Piotrogrodzie. Jeszcze przed wieczorem dotarłem do Kołomyi.
Generał Korniłow był na linii frontu i spodziewano się go dopiero późną
nocą. Poszedłem do pełniącego obowiązki dyżurnego generała, pułkownika
hrabiego Heidena, chcąc uzyskać informacje o mojej nowej dywizji.
Zdaniem pułkownika Heidena dyscyplina w dywizji była na niezłym
poziomie. Co prawda zdarzały się już jakieś nieporozumienia z kadrą
dowódczą -?szef dywizji, szef sztabu i jeden z dowódców pułków powinni
byli już odejść, ale na ogół oddziały były w całkowitym porządku, kadra
oficerska doskonała i, jak twierdził hrabia Heiden, nowy szef dywizji
nie będzie miał trudności z utrzymaniem żołnierzy w karbach.
W skład dywizji wchodziły następujące pułki: olwiopolski ułański,
kinburnski dragoński, białoruski huzarski i 11. doński. Czasowo dowodził
dywizją dowódca 1. brygady generał Zykow, a funkcję szefa sztabu pełnił
do chwili mianowania nowego pułkownik Sztabu Generalnego von Dreier.
W czasie mojej rozmowy z hrabią Heidenem do gabinetu wszedł młody
człowiek średniego wzrostu, w modnym frenczu i angielskiej czapce.
Pułkownik Heiden przedstawił nas sobie. Nowo przybyły był komisarzem 8.
armii, nazywał się Fiłonienko. Z wielką pewnością siebie zaczął
wygłaszać opinie o ostatnich operacjach, o konieczności natychmiastowego
zastosowania środków, mających przeszkodzić nieprzyjacielowi w wykorzystaniu niebezpiecznie wysuniętej pozycji 8. armii. Zwracając się
do mnie Fiłonienko powiedział, że on, jako młody oficer, uznaje
konieczność natychmiastowego zastosowania środków, które zapobiegłyby
łamaniu dyscypliny, że zawsze popierał generała Korniłowa w jego
wysiłkach mających na celu podniesienie poziomu dyscypliny w 8. armii, i że on, Fiłonienko, ciągle nalegał na mianowanie generała Korniłowa
głównodowodzącym Frontu Południowo-Zachodniego. Wyszliśmy razem i skierowaliśmy się do sztabowego kasyna. Przy obiedzie Fiłonienko z tą
samą pewnością siebie nadal omawiał naszą sytuację militarną i polityczną. Bardzo uprzejmie zaproponował mi pomoc w usunięciu z wojskowych komitetów w mojej dywizji tych oficerów i żołnierzy, których
uważałbym za niepożądanych.
Z trudem znalazłem w przepełnionym mieście pokój, w którym
zakwaterowałem się wraz z hrabią Szuwałowem. Rano dano mi znać, że
generał Korniłow wrócił i prosi mnie do siebie.
Generał Korniłow rezydował na piętrze małego piętrowego domu w pobliżu
sztabu. Tam też na górze mieszkał Zawojko. Wstąpiłem do niego, by
zaczekać, aż przyjmie mnie generał. Zastałem Zawojkę przy pisaniu.
Notował coś i popijał herbatę. Nie chcąc mu przeszkadzać, wziąłem
szklankę herbaty, którą mi podał, siadłem z boku i zacząłem przeglądać
jakąś książkę. Ale Zawojko, nie przerywając pisania, jął mnie zasypywać
pytaniami:
-?Mogę robić jednocześnie kilka rzeczy -?powiedział. -?Rozmowa nie
przeszkadza mi w pisaniu.
I rzeczywiście, zadając mi pytania i komentując moje odpowiedzi, Zawojko
bez chwili przerwy coś szybko pisał. Wreszcie skończył i popatrzył na
mnie wyraźnie zadowolony ze swej pracy.
-?Oczywiście wie pan, że generał został mianowany głównodowodzącym
Frontu. Polecił mi napisać pożegnalny rozkaz do armii. Chce pan
posłuchać?
Zawojko odczytał mi znany rozkaz generała Korniłowa. Zdumiała mnie
ogromnie zdolność formułowania i przenoszenia na papier myśli z taką
łatwością, niemal bez zastanowienia. Zawiadomiono mnie, że generał mnie
oczekuje.
Znałem generała Korniłowa bardzo słabo, poznaliśmy się rok wcześniej na
przyjęciu u cara w Mohylewie, dokąd przybył, by zameldować się cesarzowi
po swej ucieczce z niewoli. Jechaliśmy wówczas w tym samym wagonie z Mohylewa do Piotrogrodu. Wcale się nie zmienił od tamtego czasu -
malutki, suchy, smagły i ogorzały, z niewielką bródką i ostrymi czarnymi
wąsami, o twarzy wyraźnie w typie mongolskim; mówił urywanymi,
lapidarnymi zdaniami. Czuło się w nim szczególny zapał, jakąś ukrytą
siłę, gotowość do działania w każdej chwili. Śpieszył się bardzo, za
kilka godzin miał ruszać do sztabu frontu. Poinformowałem go pokrótce o wszystkim, co mi było wiadome o sytuacji w Piotrogrodzie, opowiedziałem
o mojej tamtejszej działalności i zaproponowałem hrabiego Szuwałowa do
utrzymywania kontaktów ze stolicą. Generał Korniłow natychmiast rozkazał
mianować hrabiego Szuwałowa oficerem ordynansowym. Zaprosił mnie na
obiad i razem poszliśmy do kasyna.
W czasie obiadu przybył nowo mianowany dowódca armii, bohater spod
Halicza, generał Czeremisow. Malutki, chudziutki, o ruchliwych czarnych
oczkach i sympatycznym, nieco przymilnym głosie, generał Czeremisow
zrobił na mnie wrażenie człowieka energicznego i niegłupiego. Przy
obiedzie rozmawialiśmy na tematy ogólne. Generał Korniłow wspominał
swoją służbę w Turkiestanie, generał Czeremisow opowiadał o ostatnich
walkach swego korpusu. Nie poruszaliśmy tematów politycznych.
Po obiedzie generał Korniłow w towarzystwie kilku osób wyjechał autem do
Kamieńca, ja zaś, także autem, wyruszyłem do Stanisławowa, skąd
nazajutrz rano pojechałem do dywizji, rozlokowanej 20-30 wiorst od
miasta w kierunku Halicza.
Dywizja zajmowała spory odcinek frontu jako osłona. W odwodzie znajdował
się białoruski pułk huzarski, rozlokowany w niewielkiej wiosce niedawno
opuszczonej przez Austriaków; tam też mieścił się sztab dywizji. Do
późnej nocy, wraz z tymczasowym dowódcą i szefem sztabu, zapoznawałem
się ze wszystkimi sprawami dywizji.
Rano przyjąłem meldunki i wydałem kilka koniecznych rozkazów, po
obiedzie zamierzałem objechać pułki, a na ósmą wieczorem wyznaczyłem u siebie w sztabie naradę dowódców oddziałów.
Nie udało mi się jednak zrealizować ani jednego, ani drugiego. Dokonałem
tylko przeglądu huzarów i dojechałem do Kozaków, kiedy zameldowano mi,
że generał Czeremisow wzywa mnie niezwłocznie do sztabu armii w Stanisławowie, dokąd właśnie się przeniósł. Wróciłem do sztabu dywizji i tu zastałem rozkaz, by w związku z cofnięciem się frontu na całej linii
moja dywizja natychmiast przegrupowała się do Stanisławowa, osłaniając
skrzydło 8. armii. Rozkazałem dowódcy brygady przejąć komendę nad
dywizją, zdjąć osłonę i nocnym marszem ruszyć do Stanisławowa, a sam
pojechałem do miasta autem.
Przybyłem do Stanisławowa już po ciemku i zastałem sztab szykujący się
do odjazdu. Pospiesznie załadowywano sztabowe ciężarówki, odłączano
telefony, wynoszono wyposażenie kancelarii. Pociąg sztabowy już stał na
stacji. Wszystkimi ulicami miasta w kierunku tyłów ciągnęły niekończące
się tabory.
Generał Czeremisow przywiózł ze sobą nowego szefa sztabu i nowego
generała kwatermistrza. Byli to zupełnie młodzi, ale odznaczający się
wielką polityczną elastycznością (wówczas cechę tę uważano za niezwykle
istotną) oficerowie Sztabu Generalnego. Szefem sztabu został mianowany
pułkownik Sztabu Generalnego Mienszow, a generałem kwatermistrzem
pułkownik Lewitski. Generał Czeremisow pokrótce zapoznał mnie z sytuacją: nasze armie cofają się na całym froncie, nie stawiając oporu.
Nieprzyjaciel depcze nam po piętach. Najbliższą rubieżą, którą mieliśmy
szanse utrzymać, była rzeka Zbrucz. Ja otrzymałem rozkaz połączenia pod
moim dowództwem mojej 7. dywizji kawalerii i 3. kaukaskiej dywizji
kozackiej, po czym miałem działać z połączonym korpusem konnym na styku
7. i 8. armii, osłaniając ich odwrót i zabezpieczając skrzydła. Generał
Czeremisow osobiście podyktował mi zalecenia i odpowiednie instrukcje,
które podpisał. Postanowiłem zaczekać, aż czoło mojej dywizji zbliży się
do miasta, osobiście wydać dywizji konieczne rozkazy, a potem pojechać
do 3. dywizji kozackiej, która działała w rejonie Monasterzysk, gdzie
zamierzałem sformować korpus. Udałem się do hotelu i położyłem spać.
W nocy obudziły mnie przeraźliwe krzyki. Przez okno zobaczyłem niebo
rozjaśnione łuną pożaru. Z ulicy dobiegał hałas, słychać było wrzaski,
łoskot i trzask rozbijanego szkła, z rzadka rozlegały się wystrzały.
Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na korytarz. Naprzeciw mnie wyszedł
oficer ordynansowy:
-?Wasza wielmożność, w mieście pogrom, cofające się wojska rozbijają
sklepy -?zameldował.
Zszedłem do holu. Stał tam oparty o ścianę, blady jak śmierć starzec,
krew ciekła mu po długiej siwej brodzie. Obok niego młoda kobieta w poszarpanej sukni i z gołą głową szlochała, załamując ręce. Gdy
wszedłem, przypadła do mnie i wołając coś niezrozumiałego zaczęła mnie
całować po rękach. Wezwałem szwajcara i spytałem, o co chodzi. Okazało
się, że starzec jest Żydem, właścicielem sklepu z zegarami, a kobieta
jego córką. Żołnierze obrabowali sklep, a właściciel, okrutnie pobity,
ledwie uratował życie. Nie miałem do dyspozycji żadnej siły wojskowej,
tylko dwóch oficerów i dwóch huzarów ordynansów. Wyszedłem z nimi na
ulicę.
W kilku punktach miasta szalały pożary, tłum wyrywał metalowe żaluzje i rabował sklepy. Z okien domów dobiegały wrzaski, słychać było płacz. Na
chodnikach poniewierały się rozbite skrzynie, połamane pudła, strzępy
materiałów, wstążki i koronki przemieszane z potłuczonymi naczyniami i pustymi butelkami po koniaku. Podwody wojskowe całkiem zatarasowały
ulice. Na placu utknęły tabory artyleryjskie. Ogień przenosił się na
sąsiednie domy, w każdej chwili grożąc wybuchem amunicji. Z trudem
odnalazłem komendanta taboru i, wziąwszy od niego kilku żołnierzy,
zacząłem zaprowadzać porządek. W jednym ze sklepów zastaliśmy rabusiów
zajętych opróżnianiem skrzyń z zastawą do herbaty. Chwyciłem pierwszego
z brzegu, pięścią powaliłem na ziemię i krzyknąłem:
-?Kozacy, do mnie, nahajkami tę swołocz!
Sklep w jednej chwili opustoszał.
Po dwóch godzinach udało mi się oczyścić ulicę. Tabory ruszyły i artyleria mogła posunąć się naprzód. Na sąsiednich ulicach grabież wciąż
trwała. Od nieustannego krzyku zupełnie straciłem głos.
Około szóstej rano na ulicy pojawił się patrol, zbliżał się pułk
polskich ułanów. Poleciłem dowódcy pułku, by nie przebierając w środkach
zaprowadził porządek. Natychmiast ujęto i rozstrzelano na miejscu kilku
rabusiów i do rana w mieście zapanował całkowity spokój16.
Przed ósmą nadciągnęło czoło mojej dywizji. Wydawszy niezbędne rozkazy
dalszego marszu do miejsca formowania korpusu, wraz z pułkownikiem
Dreierem i dwoma oficerami udałem się do 3. dywizji kozackiej. Dywizją
dowodził generał Odincow, były dowódca primorskiego pułku dragonów.
Jednocześnie dowodziliśmy pułkami w tej samej brygadzie przez ponad rok
i doskonale się znaliśmy. Był odważnym i mądrym dowódcą, ale człowiekiem
o niskim morale -?zimnym i pozbawionym zasad egoistą, dążącym bez
skrupułów do zrobienia kariery.
W skład dywizji wchodziły pułki: 1. jekatierinodarski,
kizlarsko-griebieński, dagestański i osetyński. Najlepsze były dwa
pierwsze, składające się z terskich i kubańskich Kozaków.
Po przebyciu około 30 wiorst napotkaliśmy sztab dywizji. Prowadzące
zwiad pułki dywizji były rozrzucone na szerokim froncie. Zapoznawszy się
z sytuacją, wydałem generałowi Odincowowi niezbędne rozkazy i zająłem
się organizowaniem swojego sztabu, który formować musiałem kosztem obu
dywizji, biorąc od nich i kadrę, i środki łączności, i wyposażenie
kancelarii.
Przy kolacji poznałem Aleksandra Iwanowicza Guczkowa. Opuściwszy
stanowisko ministra wojny, definitywnie poróżniony z rządem, zaciągnął
się jako chorąży do wojska i został odkomenderowany do sztabu 3. dywizji
kozackiej. Byłem wstrząśnięty jego wyglądem: był posępny, wyraźnie
przybity.
Nasza konnica cofała się stopniowo, wypierana przez nieprzyjaciela na
całym froncie. Wraz z nadejściem 7. dywizji otrzymaliśmy doniesienie o natarciu sporej kolumny Niemców na Monasterzyska, zajęte przez osetyński
pułk konny.
W mieście znajdowały się olbrzymie magazyny artylerii i ze sztabu armii
nadszedł rozkaz wysadzenia ich. Ze sztabu także przybył z tym zadaniem
do miasta oficer z oddziałem saperów. Kończyłem obiad, kiedy otrzymałem
meldunek o strzelaninie wśród zajmujących Monasterzyska Osetyńców.
Kazałem przyprowadzić motocykl i w towarzystwie szefa sztabu pojechałem
do miasta. Byliśmy już jakieś 4-5 wiorst od Monasterzysk, kiedy nagle
nad miastem wzbił się słup ognia i dymu. Nastąpił ogłuszający wybuch,
potem drugi i trzeci. Ogromne chmury płomieni kłębiły się nad miastem.
Było widać wzlatujące w górę odłamki. W pole bezładnie uciekali ludzie i bydło. Okazało się, że widząc zbliżającego się nieprzyjaciela, przysłany
ze sztabu armii oficer saperów, myśląc tylko o swym zadaniu, zbrodniczo
podpalił składy, nie uprzedziwszy Osetyńców, którzy bili się na
przedmieściach. Kilkudziesięciu kawalerzystów i sam dowódca pułku padli
ofiarą tego oburzającego braku odpowiedzialności.
O zmierzchu nieprzyjaciel wkroczył do miasta. Zająłem pozycje o kilka
wiorst na wschód. O świcie wznowiono natarcie, wkrótce walki toczyły się
na całym froncie. Przez cały dzień korpus utrzymywał swoje pozycje.
Około drugiej po południu Niemcom udało się odeprzeć kinburczyków i zdobyć zajętą przez nich wieś, co groziło rozbiciem czoła korpusu.
Poleciłem dywizjonowi kinburczyków, by zatrzymali nieprzyjaciela w szyku
konnym. Dragoni pod komendą rotmistrza Stacenki pięknym atakiem rozbili
nieprzyjaciela, wzięli kilkudziesięciu jeńców i karabin maszynowy.
Pozycja była odzyskana. Z nastaniem ciemności, pozostawiwszy na froncie
dwa patrole, odprowadziłem korpus o 15 wiorst i zająwszy przewidzianą
rubież, rozłożyłem się na noc.
Nasza piechota nadal cofała się na całym froncie, nie stawiając żadnego
oporu. W ciągu dnia nasz front przesuwał się o 20-30 wiorst do tyłu. W odstępujących oddziałach całkiem upadła dyscyplina. Wojska zamieniały
się w masę maruderów i po drodze bezlitośnie grabiły. Mój korpus,
manewrując na styku 7. i 8. armii, w marszu trzymał się czoła,
nieustannie broniąc swoich tyłów. Starałem się cały czas być w pobliżu
oddziałów, żeby się zapoznać z działaniem pułków, z dowódcami i żołnierzami. Przeprawiwszy się przez Zbrucz, wojska stanęły i zaczęły
się umacniać na zajętych pozycjach, utrzymując w rejonie Barszczowa
placówkę na prawym brzegu rzeki. Korpus rozłożył się na noc w połowie
drogi na zachód od linii Zbrucza. Ja byłem przy 7. dywizji.
O świcie otrzymałem meldunek, że rozlokowana bardziej na północ dywizja
kaukaska została odepchnięta przez nieprzyjaciela i, stawiając opór,
powoli wycofuje się na wschód. Miałem rozkaz utrzymać się na zajmowanej
linii przez cały dzień, aby dać czas piechocie na umocnienie się, a z nastaniem ciemności miałem cofnąć się za rzekę i pozostać tam w odwodzie
dowódcy armii. Zarządziłem alarm, wyprowadziłem dywizję ze wsi, jednym
spieszonym pułkiem zająłem skraj niewielkiego lasu, wysunąłem artylerię,
a pozostałe trzy pułki zatrzymałem w odwodzie.
Wkrótce nadszedł meldunek, że brygada konnicy nieprzyjaciela zaczyna
oskrzydlać prawą flankę dywizji, próbując oddzielić nas od kaukazczyków.
Wziąwszy kilku ludzi z mego konwoju, wyjechałem naprzód i z niewysokiego
pagórka zobaczyłem wyraźnie konnicę, galopującą w szyku marszowym. Było
widać, jak się przeformowuje w szyk przedbojowy. Jednocześnie bateria
nieprzyjacielska otworzyła ogień, nadleciał pocisk i rozerwał się za
dywizją. Widocznie nieprzyjaciel nas dostrzegł, bo wkrótce zaczęły wokół
nas świstać kule. Podjechałem do dywizji, rozkazałem, by artyleria
otworzyła ogień nękający i, ustawiwszy dywizję w szyku bojowym,
rozkazałem ruszyć do ataku. Nieprzyjaciel nie podjął walki i widząc z daleka rozwinięte pułki, wycofał baterię i zaczął się szybko cofać.
Tymczasem otrzymałem meldunek, że moją lewą flankę, prawie na tyłach,
oskrzydla nowa kolumna nieprzyjacielskiej konnicy, również w sile
brygady. Wydałem rozkaz jednemu pułkowi, by ścigał cofającą się kolumnę,
a generałowi Odincowowi polecenie, by natychmiast przeszedł ze swoją
dywizją do ataku. Po czym, obróciwszy baterię o 180°, przeniosłem ogień
na nową kolumnę i posadziwszy na konie spieszony pułk, trzema pułkami
znów zaatakowałem nieprzyjaciela. I tym razem, nie przyjmując uderzenia,
nieprzyjacielska kawaleria zawróciła i jęła się pospiesznie cofać.
Wkrótce nadszedł meldunek od szefa dywizji kaukaskiej. Dywizja przeszła
do natarcia, pokonała nieprzyjaciela i wysunęła się na poprzednie
pozycje. Przez cały dzień utrzymywaliśmy się na nich, prowadząc ogień;
nieprzyjaciel znów nie zdecydował się na przystąpienie do natarcia.
Pod wieczór Niemcy podciągnęli ciężką artylerię i otworzyli do naszych
pozycji ogień pojedynczy. Jedna z naszych baterii, rozmieszczona za
niewielkim zagajnikiem, słabo odpowiadała. W zagajniku stały spieszone
pułki 7. dywizji. Wysłałem do generała Odincowa rozkaz, by z nastaniem
ciemności zaczął się cofać w kierunku przeprawy, a sam udałem się do
szefa 7. dywizji. Leśna ścieżka prowadziła na polankę. Przed niewielką
leśniczówką zobaczyłem grupę oficerów. Z chaty wyniesiono stół, ławy i krzesła i oficerowie pili herbatę. Wokół polanki wśród drzew widać było
konie. Tu stała spieszona brygada. Zsiadłem z konia i szedłem w kierunku
stołu, kiedy dał się słyszeć charakterystyczny gwizd nadlatującego
pocisku. Po sekundzie wybuch. Pocisk upadł tuż za chatą. Rozległy się
jęki, przez polankę przebiegł koń ze zwisającym siodłem i okrwawionym
zadem. Wśród spieszonych pułków wszczął się ruch. Pojedynczy ludzie z końmi ruszyli do lasu. Zrozumiałem, że jeszcze chwila, a rozpocznie się
bezładny odwrót. W lesie ogień szrapnelowy nieprzyjaciela nie mógł być
bardzo skuteczny. Koniecznie trzeba było utrzymać porządek. Wydałem
komendę "baczność!" i siadłszy przy stole, zażądałem herbaty. Nowy
pocisk zaświstał w powietrzu i rozerwał się gdzieś w pobliżu. Jeden z odłamków z głośnym warkotem upadł tuż przy stole, tak że mogłem go
dotknąć nie wstając z krzesła. Podniosłem odłamek i krzyknąłem do
żołnierzy:
-?Bierzcie, chłopcy, jeszcze cieplutki, akurat na zakąskę do herbaty!
I rzuciłem odłamek najbliższemu żołnierzowi. W jednej chwili twarze się
rozjaśniły, dał się słyszeć śmiech i nie pozostał nawet ślad niedawnej
paniki.
Nieprzyjaciel wystrzelił jeszcze dwa czy trzy pociski i zaprzestał
ognia. Straciliśmy zaledwie dwóch ludzi i zraniono kilka koni. Słońce
chyliło się ku zachodowi, zaczęło się zmierzchać i dałem dywizji rozkaz
odmarszu. Pułki wysunęły się z lasu, a ja zatrzymałem się, by podyktować
rozkaz. Potem wskoczyłem na konia i ruszyłem galopem, przeganiając
kolumnę. Po drodze dziękowałem szwadronom i sotniom za dzisiejszą walkę.
Gdy podziękowałem pierwszej sotni, zagrzmiało w odpowiedzi głośne
spontaniczne "hura!". Podchwyciły to pozostałe szwadrony. Od tego dnia
zaczęła się umacniać niewidzialna duchowa łączność między mną a moimi
ludźmi. Poczułem, że panuję nad pułkami, że nawiązałem ową ważną
psychologiczną więź przełożonego z podwładnymi.
Nieraz w czasie mojej służby doznawałem tego uczucia. Już wcześniej, w czasie rekonesansu na bagnach kreuzburskich, wyraźnie poczułem tę nagle
rodzącą się więź duchową z moim pułkiem. Tak samo było później na
Kubaniu i w stepach Manycza w czasie wojny domowej.
Korpus wycofał się za Zbrucz i stanął w odwodzie dowódcy armii o 20
wiorst od Kamieńca Podolskiego, gdzie stacjonował sztab armii. Nazajutrz
otrzymałem telegram od generała Korniłowa: "Proszę przyjąć osobiście i przekazać wszystkim oficerom, Kozakom i żołnierzom połączonego korpusu,
zwłaszcza dragonom kinburnskim i dońcom moją serdeczną wdzięczność za
śmiałą akcję korpusu 12 lipca, która zapewniła spokojny odwrót oddziałów
na styku armii. Korniłow".
Staliśmy w odwodzie zaledwie kilka dni. Mimo dogodnych pozycji i mimo że
nieprzyjaciel działał stosunkowo niewielkimi siłami, nasze oddziały były
już prawie niezdolne do stawiania jakiegokolwiek oporu. Któregoś
wieczoru szef sztabu armii wezwał mnie do telefonu. Kaukaski pułk
piechoty, który osłaniał przeprawy pod Chocimiem, opuścił swoje pozycje
i nieprzyjaciel mógł wykorzystać lukę, zagrażając przeprawom do samego
Kamieńca. Sztab armii był w gotowości do odjazdu, mnie polecono ruszyć
spiesznie do miejsca przerwania frontu i przywrócić nasze pozycje. Za
dwa dni spodziewaliśmy się nadejścia 79. dywizji piechoty, która miała
zastąpić moją i zabezpieczyć przeprawy chocimskie.
Ogłosiłem alarm bojowy, zebrałem oddziały korpusu i wydałem dywizjom
rozkaz nocnego przemarszu do miejsca przerwania frontu. Przy korpusie
znajdował się zmotoryzowany oddział sanitarny z 30 samochodami. Ze
sztabu armii obiecano mi 10 ciężarówek. Wszystkich tych samochodów
użyłem do przerzucenia pułku strzeleckiego 7. dywizji. Po wydaniu
rozkazów i wyprawieniu strzelców pojechałem autem za dywizją. Zastałem
pułk czołowy spieszony, ostrzeliwujący nieprzyjaciela, który zajął
opuszczoną właśnie przez Kozaków wieś. Kaukazczycy oddalili się o jakieś
4 wiorsty i stanęli na popas, wystawiwszy warty. Wkrótce nadciągnęła 3.
dywizja. Posłałem kaukazczykom rozkaz natarcia i jednocześnie ruszyłem
do ataku spieszoną brygadą 7. dywizji.
Wkrótce całe pole usiane było naszymi nacierającymi. Nieprzyjaciel
prowadził ogień karabinowy. Ale nagle zagrzmiała artyleria. Dymki
szrapneli wzbiły się nad naszą piechotą. Tyraliery zaległy. Jeszcze dwa,
trzy pociski i zobaczyłem, że na całej linii kaukaskiego wojska
tyraliery się cofają. Przez lornetkę widziałem, jak ludzie biegną,
prześcigając się nawzajem; odwrót przekształcał się w powszechną
ucieczkę. Znajdowałem się na baterii i rozkazałem dowódcy otworzyć ogień
pojedynczy do uciekających. Bateria wystrzeliła salwę, wyraźnie było
widać trafienia. Ale ludzie nie tylko się nie zatrzymali, lecz jakby
jeszcze szybciej zaczęli biec do tyłu. Popędziłem do ułanów
olwiopolskich, stojących w odwodzie, i wydałem dowódcy, pułkownikowi
Siemionowowi, rozkaz zatrzymać uciekających i lancami popędzić ich z powrotem. Siemionow rozwinął pułk i ława ułanów zaczęła zawracać lancami
uciekającą piechotę, poganiając ludzi jak stado baranów.
Nieprzyjaciel, widocznie niezbyt liczebny, nie przechodził do natarcia.
Wreszcie otrzymałem meldunek, że pułk kaukaski został zebrany.
Pojechałem tam. Kazałem pułkowi odpocząć, żołnierzom wydać obiad.
Zebrałem oficerów, porozmawiałem z nimi, a potem obszedłem bataliony,
rozmawiając z ludźmi.
Pozwoliłem im uspokoić się i przyjść do siebie, po czym sam
poprowadziłem pułk do ataku. Kaukazczycy ruszyli początkowo ospale i niepewnie, a później już odważnie. Wybili nieprzyjaciela w zajętej
przezeń wsi, wzięli 300 jeńców, 4 karabiny maszynowe i uwolnili naszych
jeńców wziętych rankiem. Niestety, w czasie tego ataku mój sztab mocno
ucierpiał: został ranny starszy adiutant sztabu dywizji kapitan
Lubimski, dwaj oficerowie ordynansowi, jeden ciężko, i dowódca batalionu
łączności.
-?No, Władimirze Nikołajewiczu (Dreier) -?powiedziałem do szefa sztabu.
-?Teraz może pan być spokojny o kaukazczyków. Po takim sukcesie pułk
będzie się bić wspaniale.
Myliłem się jednak. W nocy obudzono nas wiadomością, że kaukazczycy bez
żadnej wyraźnej przyczyny opuścili pozycje i cofają się na tyły.
Musiałem wysłać do obrony opuszczonego odcinka ostatnią brygadę. Nie
miałem już w odwodzie ani jednego pułku. Kazałem odciągnąć na noc
oddziały artylerii i tabory za przeprawę, a sam ze sztabem pozostałem na
noc na prawym brzegu rzeki, aby mieć łączność telefoniczną z czatami. O świcie znów nas obudzono. Nieprzyjaciel zniósł rzadką ochronę korpusu. W zajętej przez nas wsi już trwała strzelanina. Ubraliśmy się szybko i wyszliśmy na dwór do koni. Walka toczyła się na ulicach. Kule trzaskały
o kamienne ogrodzenia i ściany chat. Droga do przeprawy była w rękach
nieprzyjaciela. Nie można już było przejechać przez bramę. Cała ulica
była pod ostrzałem. Postanowiliśmy przeprawić się wpław i zaczęliśmy się
przemykać do rzeki przez sad. W ostatniej chwili któryś z ordynansów
odnalazł chłopa, który pokazał nam bród; przejechali nie tylko konni,
ale i wózek z oficerskim dobytkiem. W czasie przeprawy tylko jeden
człowiek został ranny.
Nasza bateria otworzyła ogień z lewego brzegu rzeki. Z prawej strony
widać było przeprawiające się w bród oddziały kaukaskiej dywizji.
Utrzymując lewy brzeg rzeki, wydzieliłem część sił i rzuciłem je jako
posiłki do 7. dywizji, która osłaniała główną przeprawę i most pod
Chocimiem. Udało nam się utrzymać chocimski przyczółek. Kiedy przed
wieczorem nadeszła brygada 79. dywizji, poleciłem generałowi
Sieriebriannikowowi, dowódcy 2. brygady 7. dywizji kawalerii natychmiast
przejść do natarcia. Około dziewiątej wieczorem korpus całkowicie
odzyskał swoje pozycje. Nazajutrz oddziały korpusu zostały zmienione
przez 79. dywizję i korpus ruszył do Kamieńca, do odwodu dowódcy armii.
Stamtąd po kilku dniach przeszliśmy dalej i stanęliśmy w pobliżu granicy
rumuńskiej. Otrzymałem od generała Czeremisowa telegram: "Cześć i chwała
połączonemu korpusowi. Czeremisow".
Kilka dni później generał Czeremisow został odwołany, a jego miejsce
zajął generał Sokownin. Jednocześnie z Czeremisowem odszedł szef jego
sztabu, pułkownik Mienszow, którego zastąpił generał Jaron.
Generał Korniłow jeszcze 16 lipca został mianowany głównodowodzącym.
Dni Korniłowa
Z chwilą objęcia przez generała Korniłowa stanowiska głównodowodzącego w armii dała się odczuć silna ręka. Oficerowie, czując poparcie z góry,
nabrali otuchy i stali się pewniejsi, żołnierze bardziej
zdyscyplinowani. Wydano rozkazy, które ograniczyły władzę komitetów
wojskowych i ujęły je w określone ramy. Pułki, w których nagminnie
łamano dyscyplinę, zaczęto doprowadzać do porządku. Korzystając z chwilowej przerwy w walkach, starałem się jak najlepiej zaznajomić z komitetami nie tylko korpusu i dywizji, ale także pułku. Okazało się, że
ich skład nie jest taki zły. Długo rozmawiałem z członkami komitetów,
czasem bywałem na posiedzeniach i stopniowo udało mi się odwrócić uwagę
komitetów od polityki i wciągnąć je do prac czysto gospodarczych. Po
długotrwałych walkach umundurowanie, uprząż i zasoby materialne korpusu
mocno się zużyły. Moje próby zdobycia bielizny, obuwia i innych
niezbędnych rzeczy za pośrednictwem intendentury spełzły na niczym. I oto tam, gdzie dowódca korpusu nie był w stanie osiągnąć czegokolwiek,
komitet korpusu osiągał, posyłał dokądś jakichś delegatów i zdobywał dla
oddziałów wszystko, co niezbędne...
W tym czasie otrzymałem kilka listów ze sztabu od Zawojki. Dowiedziałem
się z nich o walce, jaką toczył generał Korniłow, domagając się
zastosowania środków niezbędnych do podniesienia dyscypliny w armii -
dania przełożonym uprawnień dyscyplinarnych, ograniczenia praw komitetów
wojskowych, wreszcie ustanowienia kary śmierci wobec zdrajców i dezerterów na tyłach. Ja ze swojej strony pisałem kilkakrotnie,
podkreślając konieczność natychmiastowego zastosowania tych środków,
póki jeszcze nie jest za późno i póki armia całkowicie się nie
rozsypała.
W pierwszych dniach sierpnia otrzymałem list od Zawojki. Pisał, że
najprawdopodobniej długotrwała walka generała Korniłowa wkrótce zostanie
uwieńczona sukcesem, że w najbliższym czasie spodziewane jest
wprowadzenie w życie omawianych środków, mających na celu podniesienie
dyscypliny w armii, że na tyłach autorytet głównodowodzącego jest
ogromny i że bliska jest godzina, kiedy w imieniu armii będzie on mógł
podyktować swoje warunki: "Generał prosi, by się Pan nie śpieszył i nie
zarzucał nam bezczynności -?kończył Zawojko. -?Przed styczniem i lutym
nie należy się spodziewać żadnych decydujących ataków...".
Dziesiątego czy dwunastego sierpnia niespodziewanie dostałem depeszę z zawiadomieniem, że "w związku ze spodziewaną w najbliższym czasie nową
nominacją" zostaję skierowany do dyspozycji dowódcy frontu rumuńskiego
"z utrzymaniem na stanowisku dowódcy połączonego korpusu konnego".
Dziwna treść depeszy bardzo mnie zdumiała i poleciłem szefowi sztabu
przywołać do telefonu hrabiego Szuwałowa ze sztabu i dowiedzieć się, co
to znaczy i co to za spodziewana nominacja. Szuwałow odpowiedział, że w sztabie nic nie wiedzą, głównodowodzący zaś przebywa w Moskwie, skąd
wróci dopiero za dwa, trzy dni. Kilka dni później otrzymałem telegram od
Zawojki: "Głównodowodzący jest bardzo zadowolony z pańskiej pracy.
Telegram związany jest z czekającym pana niebawem wysokim awansem".
Jednocześnie nadszedł rozkaz ze sztabu o wyekspediowaniu brygady 3.
dywizji kawalerii -?pułku dagestańskiego i osetyńskiego -?i przyłączeniu
jej do dywizji lokalnej w rejonie stacji Dno.
Dwudziestego siódmego sierpnia pojechałem konno do sztabu armii po
jakieś dodatkowe wskazówki. Panował tam wielki niepokój. Właśnie
przyszła depesza od generała Korniłowa, w której, zwracając się do
armii, mówił o "popełnionej wielkiej zdradzie...". (Telegram Kierenskiego,
ogłaszający głównodowodzącego zdrajcą, otrzymano kilka godzin później).
Jednocześnie Sztab Generalny polecił wyłączyć radiostację i nie
przyjmować żadnych telegramów od premiera. Komitet wojskowy protestował
przeciw temu ostatniemu rozkazowi, popierał go pełniący obowiązki
generała kwatermistrza "aprobujący rewolucję" pułkownik Lewitski.
Dowódca armii generał Sokownin i szef sztabu generał Jaron zupełnie
potracili głowy. Z wielkim trudem udało mi się uzyskać kopię telegramu
głównodowodzącego, przy czym dowódca armii proponował, bym nie ujawniał
treści telegramu, dopóki sytuacja się nie wyjaśni i nie otrzymamy
wytycznych od dowódcy frontu generała Szczerbaczewa.
Dowódca armii nie miał siły walczyć z komitetem wojskowym i wydał
pułkownikowi Lewitskiemu rozkaz "wstrzymania się z wyłączeniem
radiostacji". Właśnie wyszedłem ze sztabu i wsiadałem na konia, kiedy
pułkownik Lewitski z triumfem oznajmił to stojącym obok przedstawicielom
komitetu. Nie wytrzymałem i oświadczyłem ostro Lewitskiemu, że
niewykonanie rozkazu głównodowodzącego w zaistniałych okolicznościach
uważam za przestępstwo i że jeśli chodzi o mój korpus, to natychmiast po
przybyciu do sztabu wydam rozkaz wyłączenia radiostacji.
Około szóstej przyjechał generał Odincow; zawiadomił mnie o otrzymanym
przez komitet wojskowy telegramie Kierenskiego, w którym premier nazywa
Korniłowa zdrajcą. Powiedział, że dowódca armii i szef sztabu zupełnie
się zagubili i wszystkie rozkazy wydaje pułkownik Lewitski, popierany
przez komitet wojskowy. Generał Odincow zupełnie nieoczekiwanie
zaproponował mi, bym "ogłosił alarm, podniósł korpus na nogi, aresztował
sztab i przejął dowództwo armii". Mogłem tylko w zdumieniu rozłożyć
ręce.
Rano adiutant zameldował mi, że komitet dywizyjny 3. kaukaskiej dywizji
kozackiej wzywa do dywizji członków komitetu dywizyjnego 7. dywizji, że
do 3. dywizji przybyli przedstawiciele komitetu armijnego i że generał
Odincow, na żądanie komitetu armijnego, zatrzymał szykującą się do
wymarszu 2. brygadę 3. dywizji, która poprzedniego dnia otrzymała rozkaz
kierujący ją do Odessy. Kazałem podstawić auto i pojechałem do 3.
dywizji. Na podwórzu sztabu dywizji zastałem wszystkie komitety
wojskowe. Przewodniczył kapelan pułkowy jednego z pułków, o. Fiecenko;
właśnie rozpocząłem zabiegi o usunięcie go z dywizji za propagowanie
demagogicznych haseł. Był również obecny generał Odincow i przedstawiciele komitetu armijnego -?jakiś młody człowiek w czapce i skórzanej kurtce oraz ochotnik jednego z kaukaskich pułków kozackich.
Zdumiał mnie wygląd Odincowa: w czerkiesce, bez kindżału, czerwony,
spocony i zakłopotany, sprawiał jakieś żałosne wrażenie.
Wszedłem w tłum i powitałem wszystkich:
-?Witajcie, bracia Kozacy.
Kozacy odpowiedzieli. Nagle usłyszałem głos o. Fiecenki:
-?Panie generale, zwracam panu uwagę, że tu nie ma ani braci, ani
Kozaków, tu są tylko obywatele.
Z trudem się opanowałem.
-?Ma pan rację, ojczulku -?powiedziałem. -?Wszyscy jesteśmy obywatelami.
Ale to, że nimi jesteśmy, nie przeszkadza mi być generałem, panu
kapelanem, a im braćmi Kozakami. Że są dzielni, wiem, bo prowadziłem ich
do boju, że są Kozakami, także wiem, sam dowodziłem pułkiem kozackim,
nosiłem kozacki mundur i jestem dumny z tego, że jestem Kozakiem. -?Tu
zwróciłem się do Kozaków: -?Jeszcze raz witajcie, dzielni bracia Kozacy.
-?Zdrowia życzymy waszej wielmożności! -?rozległa się zgodna odpowiedź.
Usiadłem przy stole i zapytałem generała Odincowa, co tu się dzieje.
Odincow zameldował, że omawia się rezolucję, zaproponowaną przez
przedstawicieli komitetu armijnego, a wyrażającą poparcie dla
Kierenskiego, którego depeszę odczytali przedstawiciele komitetu
armijnego.
-?Świetnie -?powiedziałem głośno. -?A telegram generała Korniłowa
czytaliście?
Tu wtrącił się pan we frenczu:
-?Decyzją komitetu armijnego ten telegram nie może być publikowany.
-?Otrzymałem ten telegram od dowódcy do mego osobistego rozporządzenia.
Nie uważam za możliwe ukrycie jego treści przed moimi żołnierzami. Całą
odpowiedzialność za to biorę na siebie.
Wyjąłem telegram. Członkowie komitetu armijnego usiłowali protestować,
ale z tłumu dały się słyszeć okrzyki:
-?Przeczytać, przeczytać!
Przeczytałem telegram.
-?Teraz wiecie wszystko, Kozacy. Wierzę, że spełnicie swój żołnierski
obowiązek i podejmiecie decyzję zgodną z żołnierskim sumieniem. Co do
mnie, jako żołnierz nie zajmuję się polityką. Rozkaz głównodowodzącego
jest dla mnie prawem. Jestem pewien, że wasz dowódca dywizji powie wam
to samo.
Popatrzyłem na Odincowa. Mamrotał coś, oczy biegały mu na wszystkie
strony.
-?Postąpię tak, jak moi chłopcy, jak moi Kozacy -?wydusił z siebie
wreszcie.
Z trudem się powstrzymałem, by nie nazwać go podlecem. Wstałem,
pożegnałem Kozaków i skierowałem się do auta. Kiedy wsiadałem, podbiegł
do mnie Odincow:
-?Jakże to, jak to -?mamrotał -?zupełnie się zagubiłem. Zaskoczyłeś mnie
tym pytaniem...
Machnąłem ręką i kazałem szoferowi ruszać.
Po długich dyskusjach 3. dywizja podjęła rezolucję o poparciu
Kierenskiego, 7. dywizja zaś nie podjęła aż do wieczora żadnej decyzji i uchyliła się od rezolucji. Po dwóch dniach nadszedł rozkaz ze sztabu
armii -?wszystkie telegrafy i telefony mają być kontrolowane przez
komitety wojskowe, wszystkie zaś rozkazy dowódców nabierają mocy dopiero
po podpisaniu ich przez któregoś z członków komitetu wojskowego.
Tego nie mogłem znieść. Wsiadłem na konia, pojechałem do sztabu armii i poprosiłem o zameldowanie mnie dowódcy armii. Znalazłem Sokownina w sadzie, gdzie spacerował z szefem sztabu i adiutantem. Poprosiłem o rozmowę w cztery oczy i wyciągnąłem z kieszeni otrzymany właśnie rozkaz:
-?Wasza wielmożność, uważam ten rozkaz za obraźliwy dla wszystkich
dowódców. Nie mogę go wykonać. Proszę natychmiast odwołać mnie ze
stanowiska dowódcy korpusu...
Generał Sokownin zaczął mnie namawiać, bym cofnął swoją decyzję.
Obstawałem przy swoim:
-?Nie mogę wykonać tego rozkazu. Jeżeli pan mnie nie odwoła, nie
pozostaje mi nic innego, jak postawić w stan gotowości 7. dywizję i rozmawiać bezpośrednio z komitetem armijnym.
Generał Sokownin wyraźnie się zląkł. Pewien, że nie cofnę swojej decyzji
i bojąc się komplikacji, obiecał mi, że zaraz porozmawia z komitetem
armijnym. Poszedłem do kasyna sztabowego. Po godzinie ordynans przyniósł
mi rozkaz dowódcy armii, w którym "wyjaśniono" poprzedni rozkaz. W tych
"wyjaśnieniach" odwołano punkt o potwierdzeniu podpisów dowódców.
Kontrolę nad łącznością wojskową utrzymano. Wróciłem do sztabu korpusu i rozkazałem telegraf i telefon przenieść do mojej kwatery. Komitet
korpusu nie odważył się przysłać mi swych obserwatorów.
Piątego września przypadało święto pułkowe białoruskiego pułku huzarów.
Postanowiłem urządzić szczególnie uroczyste obchody, aby podnieść ducha
w oddziałach -?kazałem kupić za granicą, w Rumunii, wino i wydałem po
antałku dla każdego szwadronu; w taborze II rzutu zamówiłem czerwone
buty. Po nabożeństwie wygłosiłem przed pułkiem kilka ciepłych słów,
następnie żołnierzom wydano obiad. Przeszedłem się po szwadronach, w każdym wypiłem kieliszek i porozmawiałem z ludźmi, po czym zjadłem obiad
w kasynie oficerskim. Grali trębacze, były śpiewy i na kilka godzin
przenieśliśmy się myślami do dawnego pułkowego życia.
Szóstego września ze sztabu frontu nadszedł rozkaz, bym natychmiast
stawił się w Jassach. Jedna z brygad dywizji kaukaskiej odjechała już
koleją na północ, druga otrzymała rozkaz wyruszenia w kierunku Odessy.
Sztab korpusu i 7. dywizja pozostawały na miejscu. Mianowałem swoim
zastępcą niedawno awansowanego z pułkownika na generała Dreiera i wyjechałem do sztabu frontu.
Nie widziałem generała Szczerbaczewa od początku wojny. Stwierdziłem, że
się bardzo postarzał i jest wyraźnie przybity. Praca sztabu spoczywała
prawie wyłącznie na barkach szefa sztabu generała Gołowina, mądrego i bardzo zdolnego oficera. W sztabie frontu, aczkolwiek w mniejszym
stopniu niż w sztabie armii, czuło się słabość i niezdecydowanie. Nasze
wojska znajdujące się w Rumunii nie były jeszcze w takim stopniu
zdemoralizowane, jak na pozostałych odcinkach frontu, ale i tutaj, w Jassach, żołnierze chodzili grupami, niechlujnie ubrani, nie oddawali
honorów i palili na ulicy. Armia rumuńska przeciwnie, odsunięta w czasie
minionej zimy na tyły, wypoczęta i zreorganizowana pod kierunkiem
francuskiego Sztabu Generalnego, imponowała znakomitą prezencją i dyscypliną.
Generał Szczerbaczew powiedział, że wezwał mnie, gdyż wie, że
koresponduję z generałem Korniłowem i bał się, że w związku z ostatnimi
wydarzeniami mogą mi grozić kłopoty. Tutaj, w Rumunii, jak stwierdził,
będę bezpieczny.
W dwa dni po moim przybyciu do Jass przyszedł ze sztabu telegram
podpisany przez szefa sztabu o mianowaniu mnie 9 września decyzją wodza
naczelnego dowódcą 3. korpusu konnego.
Żyłem ostatnio pod wielką presją moralną. Los generała Korniłowa,
samobójstwo generała Krymowa, fakt, że na czele armii stanął "przywódca
rewolucyjny", "gwarant demokracji" w Rządzie Tymczasowym, adwokat
Kierenski, wszystkie wydarzenia ostatnich dni głęboko wstrząsnęły armią.
Powstrzymany już proces rozkładu przybrał na sile, zaistniała groźba
całkowitego rozpadu frontu, a co za tym idzie, także Rosji. Jednakże
decyzja generała Aleksiejewa pozostania szefem sztabu wodza naczelnego
zdawała się świadczyć o tym, że jeszcze nie wszystko stracone. Skoro
generał Aleksiejew postanowił zostać szefem sztabu "wodza Chlestakowów",
to widocznie jest jeszcze nadzieja na jakieś wyjście. W momencie, kiedy
w każdej chwili mogłem się spodziewać aresztowania, nominacja na dowódcę
korpusu, rozlokowanego w pobliżu stolicy, korpusu, w którego skład
wchodziła moja dywizja ussuryjska, wydała mi się zrządzeniem
Opatrzności. Nie wiedziałem, jak dalece oparły się rozkładowi oddziały
korpusu i czy uda mi się wziąć je w karby, nie wiedziałem też, jaki los
spotkał zjednoczone przez hrabiego Pahlena oficerskie organizacje w stolicy. Postanowiłem natychmiast jechać do Piotrogrodu.
W przeddzień wkroczenia bolszewików
Przybyłem do Piotrogrodu rankiem. Wpadłem do domu przebrać się i wyruszyłem do sztabu okręgu. W drzwiach zderzyłem się z generałem
Krasnowem, starym znajomym jeszcze z wojny japońskiej, który ostatnio
dowodził 2. kombinowaną dywizją kozacką. Był niezwykle zdziwiony,
słysząc o mojej nominacji na dowódcę 3. korpusu konnego. Okazało się, że
prawie jednocześnie ze mną został skierowany przez sztab na dowódcę tego
korpusu i już pełnił swoje obowiązki. W ostatnich czasach, przy ciągłych
masowych zmianach w szeregach kadry dowódczej, takie nieporozumienia
zdarzały się często. Nie miałem nic przeciw nieoczekiwanej komplikacji i postanowiłem, że nie będę się spieszyć z objęciem korpusu i najpierw
zorientuję się w sytuacji.
Na czele okręgu stał dopiero co mianowany na to stanowisko pułkownik
Połkownikow, były szef sztabu dywizji ussuryjskiej, który ostatnio
dowodził pułkiem amurskim i z pułkiem tym brał udział w marszu generała
Krymowa na Piotrogród. Powtórzyłem mu, co usłyszałem od generała
Krasnowa i spytałem, czy wie coś na ten temat. Odparł, że także nic nie
wie, że to najwyraźniej nieporozumienie i ponieważ moja nominacja jest
późniejsza, to, jego zdaniem, powinienem przejąć korpus. Odpowiedziałem,
że dopóki się to wszystko nie wyklaruje, nie pojadę do korpusu i będę w Piotrogrodzie czekać na wyjaśnienie sprawy.
Od pułkownika Połkownikowa po raz pierwszy dowiedziałem się szczegółów o ostatnich dniach generała Krymowa. Otóż zerwanie premiera z głównodowodzącym było dla oddziałów korpusu i dla samego generała
Krymowa całkowitym zaskoczeniem. Telegram Kierenskiego, ogłaszający
generała Korniłowa zdrajcą, został podany do wiadomości dopiero na
stacji Dno. Według Połkownikowa, gdyby generał Krymow podjął wówczas
stanowczą decyzję kontynuowania marszu na Piotrogród, miasto zostałoby
zdobyte. Niestety, generał Krymow w ostatnich czasach nie był w dobrym
stanie psychicznym, przeżywał dramat rodzinny i utracił pewność siebie.
Zaskoczony telegramem, zaczął się wahać, prosić o wytyczne sztabu i tracił cenny czas. Zapał osłabł, pułki były w rozterce i pod wpływem
przestępczej agitacji zaczął się ferment. Najbliżsi współpracownicy
generała Krymowa, bezwolny szef tuziemnej dywizji książę Bagration i mało energiczny dowódca dywizji ussuryjskiej Gubin ostatecznie utracili
panowanie nad wojskiem. Po dwóch dniach stało się jasne, że na sukces
nie ma co liczyć. Do generała Krymowa przybył z polecenia Kierenskiego
szef gabinetu ministra wojny Samarin i zaproponował mu rozmowę w Piotrogrodzie. Generał postanowił jechać. Przybył do Kierenskiego, miał
z nim niezwykle burzliwą rozmowę, po której udał się na kwaterę
porucznika Żurawskiego, swego byłego oficera ordynansowego, który
ostatnio służył w kancelarii ministra wojny. Poprosił, by dano mu papier
i pióro i zostawiono samego. Po paru minutach padł strzał. Samobójcę
znaleziono na podłodze z przestrzeloną piersią. Zostawił list do żony.
Na pytanie, co go skłoniło do takiego kroku, odpowiedział: "Postanowiłem
umrzeć, gdyż zbyt kocham Ojczyznę". Próbowano go ratować, przeprowadzono
operację, ale na próżno; przed wieczorem zmarł.
Zapytałem Połkownikowa, jak to się stało, że on, uczestnik ataku
Korniłowa na Piotrogród, mógł zostać mianowany dowódcą Piotrogrodzkiego
Okręgu Wojskowego. Połkownikow odrzekł, że sam był zdziwiony i dodał:
-?Pan przecież także został mianowany dowódcą 3. korpusu i zapewne
również się pan tego nie spodziewał.
Ze sztabu okręgu poszedłem na Bulwar Pałacowy do Nowego Klubu, żeby
dowiedzieć się czegoś o hrabim Pahlenie, którego los mnie mocno
niepokoił. Dowiedziałem się, że w ostatnich dniach był nieobecny w mieście i wrócił dopiero poprzedniego dnia. Wstąpiłem do niego
wieczorem. Okazało się, że w pierwszych dniach po zerwaniu sztabu
głównego z rządem hrabia Pahlen i większość pracujących z nim oficerów
zmuszeni byli się ukrywać, aby uniknąć aresztowania; najbardziej
skompromitowani uciekli z miasta. W ostatnich dniach aresztowania
ustały, nadzór osłabł i niektórzy spośród ukrywających się postanowili
wrócić. Hrabia Pahlen ukrywał się tuż pod miastem w majątku
Wsiewołożskiego Riabowo. Powiedział mi, że marsz Korniłowa na Piotrogród
kompletnie zaskoczył jego organizację. Konfliktu między rządem a sztabem
nikt się wówczas nie spodziewał, nie poczyniono więc żadnych
przygotowań. Już po zerwaniu do Pahlena przybył jakiś nieznany mu
pułkownik, który odmówił podania nazwiska i nie okazał żadnych
dokumentów. Został jakoby przysłany przez Krymowa i miał za zadanie
uprzedzić o wymarszu Krymowa na Piotrogród. Hrabia Pahlen, obawiając się
prowokacji, odmówił rozmowy z pułkownikiem. Do dziś zresztą nie
wiedział, czy rzeczywiście była to prowokacja, czy nie.
Nazajutrz rano przyjechali do mnie dowódca pułku primorskiego, pułkownik
Szepułow, i nerczyńskiego -?Makowkin. Poprzedniego dnia w Carskim Siole,
gdzie stacjonowała dywizja, dowiedzieli się o mojej nominacji i przyjeździe do Piotrogrodu, postanowili więc mnie odwiedzić. Słysząc, że
moja nominacja jest jeszcze wątpliwa, prosili, bym z niej nie rezygnował
i musiałem im to obiecać. Nie ukrywali, że w korpusie panuje wielkie
rozprzężenie, że w niektórych pułkach Kozacy aresztowali oficerów. Mimo
to, jak twierdzili, można było jeszcze podnieść ducha bojowego i dyscyplinę w oddziałach. Tłumaczyli klęskę generała Krymowa tymi samymi
przyczynami co Połkownikow, chociaż rola Połkownikowa ich zdaniem była
nieco inna.
Wieczorem zatelefonował do mnie Połkownikow i prosił, bym przyszedł do
sztabu okręgu. Dowiedziałem się od niego, że "z uwagi na obecną sytuację
i moją postawę polityczną" minister wojny Wierchowski nie uważa za
możliwe mianowanie mnie dowódcą korpusu rozlokowanego w pobliżu stolicy,
że "wódz naczelny" przyznał mu rację i że zostanie mi zaproponowane inne
stanowisko. Odparłem, że żadnej innej nominacji nie przyjmę i będę
zabiegać o przejście w stan spoczynku. Połkownikow zauważył, że obecnie
nie zwalnia się wyższych dowódców do rezerwy i że jest rozkaz ministra
wojny zabraniający starań w tym kierunku. Pojechałem do Samarina, który
również twierdził, że nie uda mi się uzyskać dymisji. Pozostawał sztab.
Nowego szefa sztabu wodza naczelnego, generała Duchonina, zupełnie nie
znałem. Generał kwatermistrz i generał dyżurny byli także ludźmi nowymi
i zupełnie mi obcymi, ale zastępcą szefa sztabu do spraw cywilnych był
W. Wyrubow, mój kolega z lat studenckich i z czasów mojej służby
ochotniczej, w gwardii konnej, a jego -?w pułku kawalergardów. Wysłałem
do niego telegram z prośbą o pomoc w uzyskaniu dymisji.
Rano dano mi znać, że przybyły do Piotrogrodu dowódca Frontu Północnego
generał Czeremisow chce mnie widzieć i prosi, abym przyjechał o dwunastej w południe do Pałacu Zimowego, gdzie ma być w tym czasie u Kierenskiego. Od Kamieńca widziałem generała Czeremisowa po raz
pierwszy. Zaproponował mi przejście pod jego komendę i wyjazd z nim do
Pskowa. Podziękowałem za propozycję i powiedziałem, że stanowczo chcę
odejść ze służby.
Tego samego dnia otrzymałem telegram generała Duchonina wzywający mnie
do sztabu.
Po przyjeździe do Mohylewa stawiłem się u generała Duchonina. Widziałem
go po raz pierwszy. Średniego wzrostu, pulchny, rumiany, o gęstych
kędzierzawych włosach, bardzo młodo wyglądający, robił wrażenie
człowieka łagodnego i skromnego. Zaczął mnie namawiać, bym zmienił
decyzję, przekonywać, że w obecnych warunkach obowiązkiem wyższych
dowódców jest pozostać w armii, że tylko ich obecność umożliwi
opanowanie rozkładu. Twardo stałem przy swoim. Tego samego dnia złożyłem
raport na ręce generała Duchonina. Pisałem, że mianowano mnie dowódcą 3.
korpusu, ale nie dopuszczono do objęcia tej funkcji. Z uwagi na swoją
dotychczasową służbę przyczynę tej decyzji upatruję jedynie w moich
przekonaniach politycznych "nie wszystkim odpowiadających", że
"przekonań swoich nigdy nie zmieniałem i nie będę ich zmieniać dla
dogodzenia komukolwiek" i prosiłem o udzielenie mi dymisji.
Po kilku dniach generał Duchonin przekazał mi przez Wyrubowa wiadomość,
że "wódz naczelny" nie uznał za możliwe zwolnienia w stan spoczynku
jednego z wyższych dowódców kawalerii. Po kilku zaś następnych dniach
zaproponowano mi funkcję dowódcy Mińskiego Okręgu Wojskowego, na co,
oczywiście, odpowiedziałem odmownie.
Znalazłem się w dość dziwnej sytuacji: nie miałem nic do roboty, a jednocześnie nie mogłem sobą rozporządzać. Postanowiłem czekać i nie
przyjmować żadnych nominacji. Z każdym dniem widziałem wyraźniej, że
postępującego rozkładu armii nie da się już powstrzymać.
Zamieszkałem w wagonie Wyrubowa. Sam Wyrubow mieszkał na piętrze w pałacu. Ogarnęło mnie przykre uczucie, kiedy po raz pierwszy wszedłem do
jego gabinetu. Tutaj rok temu widziałem cesarza. Pokój prawie się od
tego czasu nie zmienił. Wagon, w którym mieszkałem, należał kiedyś do
wielkiego księcia Siergieja Michajłowicza i był urządzony bardzo
komfortowo. Złożyłem zapotrzebowanie na dwa konie i codziennie udawałem
się na długie przejażdżki. Obiady i kolacje jadałem zazwyczaj wraz z Wyrubowem u naszego wspólnego przyjaciela hrabiego K. Benkendorfa, brata
mojego poległego kolegi pułkowego i przyjaciela, bratanka marszałka
dworu. Hrabia Benkendorf pełnił służbę przy attaché wojskowych obcych
przedstawicielstw. Spędzaliśmy długie jesienne wieczory na niekończących
się dyskusjach na aktualne tematy. W dyskusjach tych nieodmiennie
napadaliśmy na Wyrubowa za ugodowość i "politykę kompromisu". W tym
czasie uznałbym za całkowicie absurdalną myśl, że dwa lata później
Benkendorf znajdzie się w Gruzji jako dyplomata, przedstawiciel władz
sowieckich.
Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że koniecznie należy zreorganizować armię na
nowych zasadach, że bez tego nie da się jej uzdrowić. Jak twierdził
Wyrubow, nad problemem tym pracuje sztab naczelnego wodza. Podstawą
organizacji miała być rzekomo zasada terytorialności, przy czym
szczególnie obstawał generał kwatermistrz Diterichs. Zacząłem dowodzić,
że system terytorialny niczego nie załatwi, że w obecnej sytuacji zasada
terytorialności może doprowadzić jedynie do rozczłonkowania armii, a wraz z nią kraju, i że w momencie, kiedy trwa wojna, organizacji takiej
praktycznie wprowadzić się nie da. Moim zdaniem dla uzdrowienia armii,
jeśli jeszcze nie jest za późno, konieczne jest, aby przede wszystkim
rząd ustąpił od tak zwanej demokratyzacji armii i rewolucyjnej
dyscypliny, aby wprowadzono w życie tak zwany program Korniłowa. Pod tym
warunkiem widziałem możliwość rozpoczęcia prac nad uzdrowieniem armii.
Korzystając z zimowego zastoju i tego, że Niemcy skierowali znaczną
część sił na Front Zachodni, można było, przesuwając stopniowo część
korpusów na tyły, wyodrębnić w oddziałach najsłabszy element, a pozostałymi uzupełnić wydzielone w dywizjach bataliony szturmowe, które
mogłyby zostać rozwinięte w pułki i brygady. Wedle tych obliczeń liczba
dywizji piechoty byłaby niższa, o ile pamiętam, dwukrotnie, ale za to
byłyby one zdatne do walki.
Wydzielone z pułków niepożądane elementy można by było sformować w bataliony robocze o zaostrzonym rygorze. Mogłyby one zostać użyte w służbach tyłowych i powrót z nich do szeregów powinien być dopuszczalny
jedynie po określonym czasie służby i otrzymaniu odpowiedniej opinii
przełożonych. Służba liniowa powinna według mnie posiadać więcej
przywilejów służbowych i materialnych w porównaniu z tyłową. Oczywiście,
wszystkie te środki mogły przynieść pomyślne rezultaty jedynie pod
warunkiem zmiany ogólnego porządku w armii.
Wyrubow, który jak zawsze się zapalał, zaczął mnie prosić, żebym się
podjął szczegółowego opracowania tej sprawy. Nie przywiązując do tego
żadnej wagi, wykręcałem się żartami. Jednak po kilku dniach Wyrubow znów
wrócił do tematu i poinformował mnie, że powiedział o moich projektach
Duchoninowi i Diterichsowi i że obaj nadzwyczaj się nimi zainteresowali.
Diterichs prosił, żebym do niego wstąpił. Kilka dni później powtórzył
zaproszenie i osobiście mnie poprosił, żebym wyłożył na piśmie ów
projekt. Wziąłem do pomocy podpułkownika Sztabu Generalnego Jakowlewa i po około dziesięciu dniach przedstawiłem propozycje.
Wydział cywilny (obecnie nawet sprawami armii zajmowali się cywile)
zażądał wielu poprawek, ale nie odrzucił podstawowych założeń. Projekt
wysłano do Piotrogrodu. Oczywiście, absolutnie nie wierzyłem, że
wszystkie przewidziane w projekcie środki zostaną wprowadzone w życie;
występując z nim, miałem na uwadze co innego -?możliwość nawiązania
kontaktu z licznymi oddziałami, a zwłaszcza z batalionami szturmowymi,
złożonymi z ochotników, głównie oficerów. Jeden taki batalion pod
dowództwem podpułkownika Sztabu Generalnego Manakina znajdował się w kwaterze głównej. Był to wzorowy oddział. W wypadku nieuniknionego
rozpadu armii może udałoby się ocalić przynajmniej niewielki, dobrze
zorganizowany, silny jej rdzeń. Szesnastego października Kierenski
zatwierdził przedstawioną przez Wyrubowa notatkę służbową, której
podstawę stanowił mój projekt. Oficerowie dyżurni otrzymali polecenie
opracowania szczegółów personalnych.
Szef sztabu naczelnego wodza i jego zastępca do spraw cywilnych mieli
wyjechać do Piotrogrodu na otwarcie Przedparlamentu17.
Skorzystałem z tej okazji, by pojechać do stolicy. Jechałem z Wyrubowem
w jego wagonie. Na obiad przyszedł generał Duchonin, który siedział u nas do dziesiątej, wyraźnie zadowolony, że może odpocząć od codziennych
spraw, i opowiadał wiele o swojej dawnej służbie. Ze szczególną
przyjemnością wspominał czasy, kiedy dowodził 105. pułkiem łuckim. Pułk
pod jego komendą stoczył wiele sławnych bojów. Świadczyły o tym Krzyże
św. Jerzego zdobiące pierś i szyję generała.
Pierwsze posiedzenie Przedparlamentu jeszcze raz podkreśliło bezsiłę
władzy i brak jedności na górze.
Dwudziestego piątego października rozległy się w Piotrogrodzie pierwsze
wystrzały z krążownika "Aurora". Kierenski uciekł, pozostali członkowie
Rządu Tymczasowego zasiedli w Pałacu Zimowym pod osłoną żeńskich
batalionów i dzieci junkrów. W stolicy powtórzyły się dni lutowe. Na
ulicach trwała strzelanina, przemykały ciężarówki z uzbrojonymi
żołnierzami.
Kwatera główna w tych dniach wrzała. Bezustannie obradował komitet
armijny. Generałowie Duchonin, Diterichs i Wyrubow nie odchodzili od
aparatów Hughesa. Nadeszła wiadomość o marszu generała Krasnowa z 3.
korpusem na Piotrogród, za nim miały ruszyć następne oddziały. Ale już w dwa dni później zaczęto mówić o "zdradzie generała Czeremisowa". W sztabie dowódcy Frontu Północnego już się toczyła haniebna rozgrywka.
Generał Czeremisow dość przejrzyście dawał do zrozumienia, że w najbliższych dniach zamierza zostać wodzem naczelnym. Eszelony, wezwane
do Piotrogrodu przez rząd, Czeremisow zatrzymał w drodze; Kozacy
ussuryjscy zaczęli się bratać z bolszewikami. Jeszcze raz w sferach
wyższych wojskowych zapanowały bezład, niezdecydowanie, zdrada i tchórzostwo.
W tym czasie nagle, przejazdem przez Mohylew, przybył generał Odincow.
Nie widziałem go od czasu jego niegodnego zachowania w czasie
wystąpienia Korniłowa. Wstąpił do mnie bardzo zmieszany. Dowiedziałem
się, że skierowano go do Piotrogrodu, do dyspozycji szefa Sztabu
Generalnego. W tym czasie daleki byłem od myśli, że po dwóch tygodniach
wróci do kwatery głównej i w imieniu wodza naczelnego chorążego Krylenki
poleci generałowi Duchoninowi opuścić posterunek.
Pierwszego listopada Kierenski uciekł, zdradziwszy swych kolegów z rządu, armię i Rosję. Piątego listopada, dekretem Sownarkomu wodzem
naczelnym został mianowany chorąży Krylenko. W kwaterze głównej czyniono
jeszcze próby sformowania "demokratycznego rządu", którego premierem
miał zostać W. Czernow. Byłem u Wyrubowa, kiedy zameldowano o jego
przybyciu. Chcąc uniknąć spotkania z tym panem, co prędzej wyszedłem z gabinetu. Jednocześnie z Czernowem przybył także były minister wojny,
generał Wierchowski. Miałem okazję go widzieć i zrobił na mnie wrażenie
zarozumiałego zera. W dniu, w którym dowiedziałem się o mianowaniu
wodzem naczelnym chorążego Krylenki, postanowiłem opuścić armię. Generał
Duchonin już mnie nie zatrzymywał. Wziąłem niezbędne papiery i wstąpiłem
do Wyrubowa, by się pożegnać. Był bardzo zdenerwowany, właśnie wrócił od
Duchonina, który otrzymał wiadomość, że Krylenko wydał wojskom rozkaz
"rozpoczęcia rokowań z nieprzyjacielem". Krylenko telegrafował do
Duchonina żądając, by ten przekazał swą funkcję szefowi garnizonu,
generałowi Boncz-Brujewiczowi. Niezdarny, tępy i wyjątkowo pozbawiony
zasad Boncz-Brujewicz zdążył się wkraść w łaski mohylewskiej rady
delegatów. Generał Duchonin zaproponował Diterichsowi i Wyrubowowi, że
zwolni ich z przysięgi, że go nie opuszczą. Wyrubow odmówił, zdecydowany
do końca dzielić los głównodowodzącego, Diterichs zaś postanowił
wprawdzie zostać, ale jako "osoba prywatna", zaopatrzony w rozkaz
podpisany przez Duchonina o odkomenderowaniu do Armii Kaukaskiej.
Wyrubow powiedział, że generał Duchonin zamierza przenieść kwaterę
główną do Kijowa.
Z ciężkim sercem opuszczałem armię. Osiem miesięcy temu Rosja obaliła
swego Monarchę. Wedle słów osób będących u władzy, przewrót państwowy
miał na celu uwolnienie kraju od rządu, który zmierzał do zawarcia
haniebnego separatystycznego pokoju. Nowy rząd napisał na swym
sztandarze: "Wojna do zwycięskiego końca". Po upływie ośmiu miesięcy
rząd ów haniebnie zdał Rosję na łaskę i niełaskę zwycięzcy. Winnym tej
hańby był nie tylko bezwolny i nieudolny rząd. Odpowiedzialność dzielili
z nim także wyżsi dowódcy i cały naród rosyjski. Wielkie słowo "wolność"
naród ten zastąpił słowem "przemoc" i zdobytą wolność zamienił w szaleństwo, grabież i mord.
Pod bolszewickim butem
Po niespokojnym, nerwowym życiu w kwaterze głównej zdumiony byłem,
zastając na Krymie zupełnie inną, pokojową i, że tak powiem, głęboko
prowincjonalną atmosferę.
Już w pierwszych dniach zamętu schroniło się tutaj mnóstwo rodzin z Moskwy, Piotrogrodu i Kijowa. Ludzie ci, przeważnie bogaci i niezależni,
niezwiązani ze służbą albo tacy, którzy ją porzucili, najczęściej
obojętni politycznie, stworzyli na Krymie szczególną atmosferę daleką od
walki politycznej i niepokojów większości wielkich ośrodków Rosji. W okolicach Jałty zamieszkała po przewrocie także spora część rodziny
cesarskiej: sędziwa cesarzowa -?matka Maria Fiodorowna z córkami,
wielkimi księżnymi Ksenią Aleksandrowną i Olgą Aleksandrowną, wielcy
książęta Mikołaj Mikołajewicz, Piotr Mikołajewicz i Aleksander
Michajłowicz z rodzinami. W samej Jałcie, w Ałupce, Simenzie i Gurzufie
mieszkało sporo osób z petersburskiego towarzystwa -?naszych starych
znajomych. Wszyscy często się widywali. Wielu starało się przenieść na
tutejszy grunt zwykły tryb życia petersburskiego.
O groźnej rzeczywistości przypominały tylko wiadomości, dość
nieregularnie przychodzące z pocztą. W kilka dni po przyjeździe
dowiedziałem się z gazet o tragicznej śmierci generała Duchonina i ucieczce więźniów bychowskich18. Z rzadka docierały
wiadomości o tym, że demokratyczna Rada Ukraińska przechyla się coraz
bardziej w lewo i że nad Donem szykuje się
"kontrrewolucja"19. Znając Kozaków, niezbyt wierzyłem w trwałość tej ostatniej. Uważałem, że wcześniej czy później kozactwo da
się wciągnąć w wir rewolucji i opamięta się, gdy tylko poczuje na
własnej skórze rozkosze komunistycznego reżymu.
Beztroskie życie na Krymie nie trwało długo. Wkrótce z północy nadeszły
pierwsze wieści o wystąpieniach w miastach i wsiach rozmaitej
zbieraniny, która zamierzała się zjednoczyć pod czerwonym sztandarem. Tu
i ówdzie zdarzały się już napaści na majątki ziemskie.
Będąc któregoś dnia w sprawach majątkowych w Melitopolu, po raz pierwszy
zobaczyłem na tamtejszym dworcu czerwone wojska; to wracali po krwawej
lekcji marynarze Floty Czarnomorskiej, rozbici przez generała Kaledina
pod Rostowem. Ludzie ci, o bezczelnych zwierzęcych twarzach, obwieszeni
taśmami nabojów, z granatami za pasem, bezładnymi grupkami zdążali do
Sewastopola, wdzierając się do wagonów pasażerskich, wyrzucając kobiety
i dzieci, bijąc kolejarzy.
Idąc za przykładem Donu i Ukrainy, w pobliżu nadciągającej czerwonej
fali, postanowili się także zorganizować, w postaci Kurułtaju, krymscy
Tatarzy20. Świeżo sformowany rząd tatarski miał charakter
koalicyjny, chociaż przeważała w nim "polityka demokratyczna", której
zapalonym rzecznikiem był premier i minister wojny Seydahmet, podobnie
jak pan Kierenski, również adwokat. Seydahmeta popierały, oprócz
elementów demokratycznych, także grupy turkofilskie. Rząd miał do
dyspozycji garstkę sił zbrojnych: krymski pułk dragonów, zajmujący
garnizony Symferopola, Bachczysaraju i Jałty, uzupełniony przez Tatarów
krymskich, kilka batalionów oficerskich i chyba dwie baterie polowe. W garnizonie sewastopolskim i sewastopolskiej artylerii dawno już doszły
do głosu nastroje bolszewickie. W Symferopolu, miejscu pobytu Kurułtaju,
sformowano spiesznie sztab armii, którego szefem został pułkownik Sztabu
Generalnego Makucha. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu, otrzymałem z Jałty
podpisany przezeń telegram z wiadomością, że rząd krymski proponuje mi
stanowisko dowódcy armii. Proszono, bym przybył na rozmowy do
Symferopola. Tego samego dnia ogłoszono na Krymie powszechną
mobilizację, dzięki której, wedle wyliczeń sztabu, miano w krótkim
czasie sformować cały korpus i rozwinąć kawalerię w brygadę.
Postanowiłem pojechać do Symferopola i wyjaśnić sprawę na miejscu, zanim
udzielę jakiejkolwiek odpowiedzi na przedstawioną mi propozycję.
W Symferopolu, stolicy Krymu, panowało niezwykłe wprost ożywienie:
odbywała się rejestracja oficerów, trwały jakieś narady, bezustannie
obradowały jakieś komisje. Szef sztabu, pułkownik Makucha, zrobił na
mnie wrażenie człowieka skromnego i rzeczowego. Całkowicie pochłonięty
zagadnieniami techniki, nie interesował się polityką. Polityka zaś była
tu okraszona typową kierenszczyzną -?cywilny krymski dowódca, podobnie
jak jego kolega w Piotrogrodzie, chciał się oprzeć na armii, którą
widział zdemokratyzowaną, z odpowiednimi komitetami i komisarzami. Już
po pierwszych słowach zamienionych z Seydahmetem przekonałem się, że nie
jest nam po drodze, co zresztą szczerze mu powiedziałem, oświadczając,
że w tych warunkach nie mogę przyjąć proponowanego mi stanowiska.
Seydahmet zrozumiał najwyraźniej, że nie ma sensu mnie namawiać i prosił
tylko, bym był obecny na naradzie, która miała się odbyć wieczorem w sztabie. Na naradzie tej miał być rozpatrywany plan zajęcia twierdzy
sewastopolskiej, przedłożony przez pułkownika Sztabu Generalnego
Dostowałowa. Proszono mnie, bym wyraził opinię na ten temat. Gdybym się
jeszcze wahał, czy objąć komendę nad wojskami rządu krymskiego, to po
tej naradzie moje wątpliwości musiałyby zniknąć. Mimo iż przedłożony i opracowany przez pułkownika Dostowałowa plan został przez wszystkich
obecnych na naradzie wojskowych, w tym przeze mnie i szefa sztabu
pułkownika Makuchę, uznany za nierealny, "minister wojny" po wysłuchaniu
obecnych oświadczył, że zgadza się z pułkownikiem Dostowałowem i zaproponował szefowi sztabu, by ten wydał rozkaz przystąpienia do
realizacji planu. Rankiem wyjechałem do Jałty.
Rano 8 stycznia po mieście rozeszły się pogłoski, że w nocy miała
miejsce potyczka między dwoma szwadronami dragonów krymskich,
stacjonujących w pałacu w Liwadii, a miejscową Czerwoną Gwardią, i że
dragoni uciekli w góry i władzę w mieście przejęły sowiety. Około
południa ukazała się wydana przez sowiety proklamacja stwierdzająca, że
od dziś jedyną władzą w mieście jest miejscowa rada i nakazująca, by
obywatele bez zwłoki oddali wszelką broń. Pod wieczór do miasta zawinął
statek i marynarze pod wodzą członków miejscowej rady przystąpili do
powszechnej rewizji.
Rewizja nie ominęła i nas. Około dziewiątej wieczorem w naszej willi
przy ulicy Niżnie-Massandrowskiej zjawiło się sześciu marynarzy,
obwieszonych taśmami nabojów i granatami; pokazali jakiś nakaz i zażądali wpuszczenia do mieszkania w celu przeprowadzenia rewizji.
Kazałem ich wpuścić i dać całkowitą swobodę, pilnując jedynie, by
przedstawiciele "rewolucyjnego ludu" przy okazji rewizji czegoś nie
zwędzili. Broń, jaką mieliśmy, jeszcze rano została dobrze ukryta w piwnicy i na strychu. Ja sam w czasie rewizji, żeby uniknąć rozmowy z tymi aferzystami, usiadłem przy stoliku karcianym i zacząłem grać w pikietę z synkiem, zupełnie nie zwracając uwagi na szperających po
szufladach i komodach marynarzy. Ci starali się na wszelkie sposoby
wyprowadzić mnie z równowagi, wygłaszając ordynarne uwagi, umyślnie
hałasując i przesuwając meble. Przekonawszy się jednak, że nie odnosi to
skutku, zostawili nas w spokoju. Później nieraz w czasie rewizji
uciekałem się do tego wypróbowanego sposobu.
Dziesiątego stycznia około dziesiątej obudziła mnie strzelanina.
Dowiedziałem się od służącej, że w nocy zeszli z gór krymscy dragoni i zajęli zachodnią część miasta oraz, że o świcie przypłynęły z Sewastopola dwa torpedowce i ostrzeliwują miasto. Ubrałem się i wyszedłem na balkon razem z goszczącym u nas bratem żony. W mieście
słychać było gwałtowną strzelaninę, często rozrywały się szrapnele,
ostrzeliwano głównie centrum. Niektóre budynki mocno ucierpiały od
pocisków. Dwa trafiły w dom sąsiadujący z naszą willą, a kilka upadło w naszym ogrodzie.
Około południa zameldowano mi, że oddział marynarzy jest w ogrodzie i wystawił warty przy wejściu na naszą parcelę. Wyszedłem do ogrodu i zobaczyłem piętnastu mężczyzn, marynarzy i uzbrojonych cywilów,
stłoczonych pod balkonem.
-?Kto tu dowodzi? -?spytałem.
Wysunął się naprzód jakiś marynarz.
-?A więc oświadczam wam, że jestem generałem, a ten pan -?tu wskazałem
na szwagra -?to również oficer, rotmistrz. Nie ukrywamy się.
Marynarze wiedzieli już o naszej obecności.
-?To dobrze -?powiedział przywódca -?my nikogo nie ruszamy oprócz tych,
którzy z nami walczą.
-?My walczymy tylko z Tatarami -?powiedział inny. -?Jeszcze mateńka
Katarzyna przyłączyła Krym do Rosji, a oni się teraz wyłamują...
Często później wspominałem te słowa, jakże znamienne w ustach
"świadomego" zwolennika czerwonej międzynarodówki.
Pod wieczór dragoni krymscy opuścili miasto, a wraz z nimi uciekło
bardzo wielu mieszkańców z zajętych przez dragonów dzielnic.
Jedenastego stycznia przed dziewiątą rano obudził mnie jakiś hałas.
Uniosłem się na łóżku i usłyszałem donośne głosy, tupot nóg i trzaskanie
drzwiami. Do pokoju wpadło sześciu marynarzy z karabinami w rękach,
obwieszonych taśmami nabojów. Dwaj podbiegli do łóżka, wycelowali we
mnie karabiny i wrzasnęli:
-?Nie ruszać się, jesteście aresztowani!
Mały pryszczaty marynarz z rewolwerem, widocznie starszy rangą, kazał
dwóm ludziom stanąć przy drzwiach i nikogo nie wpuszczać.
-?Ubierajcie się -?powiedział do mnie.
-?Zabierzcie swoich ludzi -?odparłem. -?Widzicie przecież, że nie jestem
uzbrojony i nie zamierzam uciekać. Zaraz się ubiorę i będę gotów pójść z wami.
-?Dobrze -?rzekł marynarz -?tylko prędko, nie mamy czasu.
Marynarze wyszli. Ubrałem się szybko, wyszedłem na korytarz i otoczony
przez marynarzy ruszyłem do wyjścia. W drzwiach zobaczyłem nasze
służące, zbite w gromadkę i zapłakane. W ogrodzie przy podjeździe
czekało jeszcze z dziesięciu marynarzy, a z nimi pomocnik ogrodnika,
którego niedawno przegnałem. Pijak i ordynus na jakąś uwagę mojej żony
grubiańsko się odszczeknął. Właśnie wychodziłem do ogrodu i słysząc, jak
ten grubianin ubliża mojej żonie, trzepnąłem go laską. Nazajutrz został
zwolniony, a teraz przyprowadził marynarzy.
-?Właśnie, towarzysze, to jest ten generał, zwąchał się z Tatarami, ja
zaświadczę, że to kontrrewolucjonista, wróg ludu! -?krzyknął łajdak na
mój widok.
Z tarasu, w otoczeniu dwóch marynarzy, schodził, również zatrzymany,
brat mojej żony. Przeszliśmy przez ogród na ulicę, gdzie czekały
przysłane po nas dwa auta; dokoła stał tłum ludzi. Posypały się obelgi i gwizdy, niektórzy wyrażali współczucie. Jakiś Grek podszedł do marynarzy
i usiłował się za nami wstawiać:
-?Towarzysze, ja ich znam -?powiedział. -?Oni są niewinni, nie brali
udziału w bitwie.
-?Dobra, potem się to wyjaśni -?odsunął go jeden z marynarzy.
Wsiadaliśmy już do auta, kiedy, roztrącając tłum, przybiegła moja żona.
Uchwyciła się drzwiczek i próbowała wsiąść, ale marynarze jej nie
wpuszczali. Ja także usiłowałem ją namówić, by została, ale nie chciała
słuchać, płakała i domagała się, by pozwolono jej jechać ze mną.
-?Dobra, towarzysze, niech jedzie -?powiedział wreszcie jeden z marynarzy.
Auta pomknęły w kierunku mola. Widać tam było olbrzymi tłum, dobiegały
krzyki. Dwa stojące przy molo torpedowce z rzadka ostrzeliwały miasto.
Auta zatrzymały się przy zacumowanym torpedowcu.
-?O, są ci krwiopijcy! Co tam z nimi gadać, do wody z nimi! -?zaczęto
krzyczeć z tłumu.
Spostrzegłem leżące na molo dwa trupy w kałuży krwi... Starając się nie
patrzeć na otaczające nas zwierzęce twarze, szybko przeszedłem po trapie
na torpedowiec wraz z żoną i szwagrem. Zaprowadzono nas do jakiejś
kajuty. Jeden z marynarzy został przy drzwiach, reszta wróciła na górę
na pokład. Prawie natychmiast do kajuty wszedł jakiś mężczyzna w oficerskim mundurze marynarskim, ale bez naramienników. Zdumiała mnie
jego przygnębiona i zakłopotana mina. Żona rzuciła się do niego i zaczęła pytać, co z nami będzie; próbował ją uspokoić, przedstawił się
jako kapitan torpedowca i obiecał, że zrobi wszystko, by jak najszybciej
rozpatrzyć naszą sprawę.
-?Nie ma się czego obawiać, jeśli jest pan niewinny. Zaraz rozpatrzą
pańską sprawę i pewnie wypuszczą -?powiedział, ale było jasne, że sam
nie wierzy w to, co mówi...
Za drzwiami dał się słyszeć zgiełk i tupot i do kajuty wdarł się tłum
marynarzy. Żądali wydania nas i natychmiastowej rozprawy. Z wielkim
trudem kapitanowi i dwóm czy trzem marynarzom, którzy przyszli mu z pomocą, udało się ich namówić, by wyszli i pozostawili nas sądowi.
Po pół godzinie przyprowadzono jeszcze jednego aresztowanego -?jakiegoś
pułkownika wojsk inżynieryjnych. Mówił, że ujęto go również z powodu
donosu służącego, z którym miał rozrachunki pieniężne. Najbardziej się
niepokoił o pozostawione w domu pieniądze i ważne dokumenty, które mogły
przepaść.
Ogarnęło mnie przygniatające, niewytłumaczalne poczucie grozy.
Przywykłem patrzeć śmierci w oczy i nie bałem się niebezpieczeństwa, ale
myśl, że mogę być rozstrzelany przez własnych rosyjskich żołnierzy,
rozstrzelany jak grabieżca czy szpieg, była niezwykle ciężka.
Najbardziej przerażało mnie to, że samosąd dokona się na oczach mojej
żony i postanowiłem zrobić wszystko, by ją oddalić. Tymczasem żona
uprosiła kapitana, by ją zaprowadził do komitetu okrętowego i tam
próbowała rozmawiać i wzbudzić współczucie. Wreszcie wróciła, oczywiście
niczego nie osiągnąwszy. Zacząłem ją namawiać, by poszła do domu:
-?Tutaj w niczym mi nie pomożesz -?mówiłem -?a tam mogłabyś znaleźć
świadków i przyprowadzić ich, żeby potwierdzili, że nie brałem udziału w walce.
Po długich wahaniach zgodziła się. Byłem pewien, że już więcej jej nie
zobaczę. Zdjąłem z ręki zegarek z bransoletą, który mi podarowała w czasach narzeczeńskich i który zawsze nosiłem.
-?Weź to ze sobą, schowaj -?powiedziałem. -?Wiesz, jak go sobie cenię, a tu mogą mi go odebrać.
Wzięła zegarek i z płaczem wyszła na pokład. Nie minęło jednak pięć
minut, kiedy wróciła. Twarz miała zmienioną.
-?Zrozumiałam, to koniec -?rzekła. -?Zostanę z tobą.
Dopiero co na jej oczach tłum rozszarpał oficera.
W każdej chwili spodziewając się końca, przesiedzieliśmy w kajucie do
zmierzchu. Około piątej weszło kilku marynarzy i młody człowiek w czapce
i frenczu, dokładnie ogolony, zachowujący się z wielką pewnością siebie.
Zwrócił się do siedzącego z nami pułkownika i oznajmił mu, że jest
wolny.
-?A wy -?powiedział do mnie i szwagra -?decyzją komitetu okrętowego
staniecie przed sądem trybunału rewolucyjnego. Wieczorem przeniosą was
do aresztu.
Pułkownik wyszedł, ale po mniej więcej dziesięciu minutach znów go
ujrzeliśmy. Sprzeczał się zażarcie z towarzyszącym mu marynarzem:
-?Żądam, żeby mi zwrócono zegarek i portfel, są w nim ważne dla mnie
dokumenty -?gorączkował się.
Marynarz był zmieszany.
-?Ja nic nie wiem -?mówił -?zaczekajcie tu, zaraz poproszę komisarza.
Wyszedł.
-?Mojego uwolnienia zażądali moi pracownicy -?robotnicy portowi. Za
panem też przyszła się wstawić gromada ludu -?powiedział szybko
pułkownik. -?Nie martwcie się państwo, da Bóg, że i wam uda się stąd
wydostać...
Zjawił się komisarz i pułkownik wyszedł razem z nim.
Wkrótce przyszli i po nas. Pod konwojem czerwonogwardzistów poprowadzono
nas na komorę celną, gdzie przetrzymywano mnóstwo aresztowanych. Było
ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Tłum się rozproszył i bez
przeszkód przeszliśmy do naszego nowego więzienia. W ogromnej sali z wybitymi oknami i brudną zaplutą podłogą, pozbawionej mebli, mieściło
się około pięćdziesięciu aresztowanych. Byli tu i generałowie, i młodzi
oficerowie, i studenci, i gimnazjaliści, i kilku Tatarów, i jacyś
oberwańcy. Mimo zimna i brudu tutaj, z ludźmi było jednak lżej.
Wprawdzie wszyscy leżeli, ale chyba nikt nie spał. Słychać było ciche
rozmowy, ciężkie westchnienia. Na schodach stało mnóstwo marynarzy i czerwonogwardzistów i dobiegało stamtąd rynsztokowe słownictwo. Wkrótce
zaczęto wzywać na przesłuchania. Trwały one całą noc, chociaż wzywano
nie wszystkich. Wkrótce wezwano i mnie. Przesłuchiwał jakiś student w binoklach, niski i rozczochrany. Najpierw zadawał rutynowe pytania o nazwisko, wiek, stan cywilny. Potem zapytał, czy uważam się za winnego.
-?Co mi się zarzuca? -?odpowiedziałem również pytaniem.
Zmieszał się.
-?Za co został pan aresztowany?
-?To ja powinienem zapytać pana, ale myślę, że i pan tego nie wie.
Prawdziwej przyczyny mogę się tylko domyślać. -?I opowiedziałem mu, jak
zbiłem za chamstwo ogrodnika, który z zemsty na mnie doniósł. -?Nie
wiem, czy ma pan żonę -?dodałem -?myślę jednak, że jeśli tak, to pan
także nie pozwoliłby jej obrażać.
Nie odpowiedział i zapisawszy moje zeznanie, kazał mnie odprowadzić do
pomieszczenia dla aresztowanych. Rano zaczęto przyprowadzać nowych
więźniów. Pod wieczór było nas już około siedemdziesięciu.
Przyprowadzono między innymi starego generała w stanie spoczynku
Jarcewa, dawnego mieszkańca Jałty. Miał z górą siedemdziesiąt lat i był
ciężko chory. Pod wieczór przywieziono naszego dobrego znajomego,
młodego księcia Mieszczerskiego, oficera konnego pułku grenadierów,
którego zatrzymano przy próbie ucieczki w góry.
Około ósmej na salę wszedł wysoki marynarz, przystojny blondyn o inteligentnej twarzy; towarzyszyło mu kilka osób, między innymi student,
który mnie przesłuchiwał, i komisarz, którego widziałem na torpedowcu.
-?To jest przewodniczący trybunału, towarzysz Wakuła -?powiedział jeden
z naszych strażników. -?Zaraz będzie was przesłuchiwać.
"Trybunał rewolucyjny" przechodził od jednego aresztowanego do drugiego.
Widzieliśmy, jak wyprowadzono dokądś starego generała Jarcewa, księcia
Mieszczerskiego, jakiegoś studenta, jeszcze kogoś... Towarzysz Wakuła
podszedł do nas. Słyszałem, jak student, który mnie przesłuchiwał
poprzedniego dnia, pochylił się do ucha przewodniczącego "trybunału
rewolucyjnego" i powiedział:
-?To ten, o którym wam mówiłem.
-?Za co jesteście aresztowani? -?zapytał mnie przewodniczący.
-?Chyba za to, że jestem rosyjskim generałem, żadne inne przewinienie na
mnie nie ciąży.
-?Dlaczego nie jesteście w mundurze, dawniej chyba byliście dumni ze
swej rangi? A pani za co jest aresztowana? -?zwrócił się do mojej żony.
-?Nie jestem aresztowana, przyszłam tu z własnej woli, z mężem.
-?Ach tak. A po cóż pani tu przyszła?
-?Przeżyłam z mężem szczęśliwe życie i chcę do końca dzielić jego los.
Wakuła wyraźnie smakując teatralny efekt, powiódł wzrokiem po stojących
wokół aresztowanych.
-?Nie każdy ma taką żonę; wy swojej żonie zawdzięczacie życie. Możecie
iść -?teatralnym gestem wskazał wyjście.
Ale tego wieczoru nas nie wypuszczono. Okazało się, że musimy przejść
przez jakąś rejestrację i że uwolnią nas z aresztu dopiero rano. Wakuła
obszedł aresztowanych i wyszedł. Dziesięć minut później za oknami na
molo rozległy się strzały -?trzy bezładne salwy, potem kilka
pojedynczych strzałów. Rzuciliśmy się do okna, ale po ciemku nic nie
było widać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki