Wspomnienia - Piotr Wrangel

Kup ebooka

69.90 zł
58.02 zł (57,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I. Zamęt i rozkład w armii

Roz­dział I

Zamęt i roz­kład w armii

W przededniu przewrotu

Po krwa­wych wal­kach latem i jesie­nią 1916 roku na więk­szej czę­ści frontu dzia­ła­nia wojenne ustały. Woj­ska umac­niały po obu stro­nach zdo­byte rubieże, szy­ko­wały się do zimy, porząd­ko­wały tyły i uzu­peł­niały ponie­sione w ostat­nim okre­sie walk straty w ludziach, koniach i sprzę­cie.

Cięż­kie doświad­cze­nia dwóch lat wojny nie poszły na marne: wiele się nauczy­li­śmy i teraz bra­li­śmy pod uwagę wszyst­kie nie­do­cią­gnię­cia, które tak drogo nas kosz­to­wały. Dowódcy wyż­szego szcze­bla, któ­rzy oka­zali się nie­przy­go­to­wani do pro­wa­dze­nia walki w nowo­cze­snych warun­kach, a była ich spora liczba, zmu­szeni byli do opusz­cze­nia swych sta­no­wisk; samo życie zwe­ry­fi­ko­wało umie­jęt­no­ści dowód­ców. Jed­nak pro­tek­cjo­nizm, który uwił sobie gniazdo we wszyst­kich dzie­dzi­nach życia Rosji, na­dal nie­ustan­nie wysu­wał na sta­no­wiska dowód­cze ludzi zupeł­nie nie­od­po­wied­nich. Wciąż jesz­cze, szcze­gól­nie w wyż­szych szta­bach, pano­wał sza­blon, rutyna, ści­śle prze­strze­gano zasad star­szeń­stwa.

Skład armii w ciągu dwóch lat mocno się zmie­nił, ode­szła więk­szość ofi­ce­rów kadro­wych i żoł­nie­rzy, zwłasz­cza z pie­choty.

Nowi, pospiesz­nie wyszko­leni ofi­ce­ro­wie bez bojo­wego przy­go­to­wa­nia, pozba­wieni ducha walki, nie mogli być wycho­waw­cami żoł­nie­rzy. Rów­nie pięk­nie jak ofi­ce­ro­wie kadrowi umieli umie­rać ku chwale ojczy­zny i ojczy­stych sztan­da­rów, ale, ode­rwani od swych zajęć i zain­te­re­so­wań, abso­lut­nie obcych duchowi armii, z tru­dem zno­sili nie­unik­nione wyrze­cze­nia wojen­nego życia, nie­ustanne nie­bez­pie­czeń­stwa, głód, chłód i brud, szybko się zała­my­wali, wojna ich nużyła i byli abso­lut­nie nie­zdolni do pod­no­sze­nia morale swo­ich pod­wład­nych.

Żoł­nie­rze, po dwóch latach wojny, także, w prze­wa­ża­ją­cej masie, byli już nie ci sami. Tylko nie­liczni spo­śród nich, ci któ­rzy pozo­stali w sze­re­gach mimo wszyst­kich tru­dów i wyrze­czeń, potra­fili się zna­leźć w warun­kach wojen­nego życia; więk­szość jed­nak owych uzu­peł­nień, które nie­ustan­nie napły­wały do oddzia­łów, cha­rak­te­ry­zo­wał brak ducha walki. Byli to prze­waż­nie rezer­wi­ści star­szych rocz­ni­ków, ojco­wie rodzin ode­rwani od swych domów, ludzie, któ­rzy zdą­żyli już zapo­mnieć odbyte kie­dyś prze­szko­le­nie woj­skowe; nie­chęt­nie szli na wojnę, marzyli o powro­cie do domów i pra­gnęli pokoju. W ostat­nich wal­kach nagmin­nie zda­rzały się przy­padki samo­oka­le­czeń -?zra­nie­nia w palce w nadziei na ode­sła­nie na tyły były szcze­gól­nie czę­ste. Naj­słab­szy skład miały dywi­zje trze­ciego rzutu.

Przy­go­to­wa­nie uzu­peł­nień na tyłach, szko­le­nie ich w oddzia­łach rezer­wo­wych stało na bar­dzo niskim pozio­mie. Przy­czyn tego było wiele: nie­wła­ściwa orga­ni­za­cja, cia­snota i złe wypo­sa­że­nie koszar, obli­czo­nych na znacz­nie mniej­szą liczbę woj­ska, a przede wszyst­kim brak dosta­tecz­nej liczby doświad­czo­nych, o wyso­kim morale ofi­ce­rów i podofi­ce­rów instruk­to­rów. Tych ostat­nich rekru­to­wano albo spo­śród inwa­li­dów, albo spo­śród mło­dzieży, która sama powinna była jesz­cze się szko­lić. Wszyst­kie te nie­do­cią­gnię­cia dawały o sobie znać zwłasz­cza w pie­cho­cie, gdzie straty i uby­tek kadry były naj­więk­sze.

Mimo wszystko armia jako całość wciąż jesz­cze sta­no­wiła groźną siłę, cią­gle jesz­cze pano­wały w niej duch walki i dys­cy­plina. Nie znam przy­pad­ków jakich­kol­wiek roz­ru­chów czy maso­wych wystą­pień w samej armii; by do nich doszło, musia­łoby zostać uni­ce­stwione samo poję­cie wła­dzy i dany z góry przy­kład naru­sze­nia przy­sięgi, wią­żą­cej ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy.

Dwu­let­nia wojna nie mogła jed­nak nie zachwiać zasa­dami moral­nymi armii. Zacho­wa­nie stało się bar­dziej bru­talne; woj­sko utra­ciło w znacz­nym stop­niu poczu­cie pra­wo­rząd­no­ści. Stałe rekwi­zy­cje -?nie­unik­nione następ­stwo każ­dej wojny -?osła­biły sza­cu­nek dla cudzej wła­sno­ści. Wszystko to sprzy­jało roz­bu­dza­niu w masach niskich instynk­tów, ale, powta­rzam, iskra, która roz­nie­ci­łaby pożar, musia­łaby być rzu­cona z zewnątrz.

Sta­ra­nia w tym kie­runku czy­nili osob­nicy, któ­rzy w ostat­nich mie­sią­cach licz­nie prze­ni­kali do armii, zwłasz­cza na bli­skich tyłach; "cywil­banda", ludzie w wieku pobo­ro­wym, cie­szący się wspa­nia­łym zdro­wiem, ale żywiący nie­prze­party wstręt do świ­stu kul czy wybu­chów poci­sków, za łaska­wym popar­ciem i przy pomocy śro­do­wisk opo­zy­cyj­nych, two­rzyli wszel­kiego rodzaju komi­tety, mające na celu m.in. albo orga­ni­zo­wa­nie jakichś czy­telni, albo osu­sza­nie oko­pów. Wszy­scy ci pano­wie stro­ili się we wszel­kie moż­liwe mun­dury, obwie­szali się ostro­gami i kokar­dami i cich­cem pod­bu­rzali niż­sze szarże, przede wszyst­kim cho­rą­żych, pisa­rzy, fel­cze­rów i wywo­dzą­cych się z "inte­li­gen­cji" żoł­nie­rzy wojsk tech­nicz­nych.

Kadra ofi­cer­ska i więk­szość żoł­nie­rzy oddzia­łów linio­wych w obli­czu śmier­tel­nego nie­bez­pie­czeń­stwa, pochło­nięta tro­skami codzien­nego żoł­nier­skiego życia, nie­mal zupeł­nie pozba­wiona gazet, nie inte­re­so­wała się poli­tyką. Część ofi­ce­rów linio­wych w mini­mal­nym stop­niu reago­wała na nastroje i pogło­ski docho­dzące z wyż­szych szta­bów. Oczy­wi­ście, wyż­sza kadra dowód­cza nie mogła pozo­sta­wać obo­jętna wobec fali powszech­nego nie­za­do­wo­le­nia z pro­wa­dzo­nej w pań­stwie poli­tyki i nie­po­koju, który groź­nie nara­stał na tyłach i nie­uchron­nie musiał się odbić na naszej sytu­acji mili­tar­nej.

Sta­wało się coraz bar­dziej jasne, że tam, w Pio­tro­gro­dzie, źle się dzieje. Nie­ustanne zmiany mini­strów, cią­głe kon­flikty mię­dzy rzą­dem a Dumą, rosnąca wciąż liczba pety­cji i pism do cesa­rza od róż­nych orga­ni­za­cji, które doma­gały się kon­troli spo­łecz­nej, wresz­cie nie­po­ko­jące pogło­ski o degren­go­la­dzie moral­nej osób z naj­bliż­szego oto­cze­nia cesa­rza -?wszystko to nie mogło nie nie­po­koić tych, któ­rym dro­gie były i Rosja, i jej armia.

Nie­któ­rzy z wyż­szych dowód­ców głę­boko kocha­jący ojczy­znę bar­dzo cier­pieli, widząc fatalne błędy cesa­rza, dostrze­gali nara­sta­jące nie­bez­pie­czeń­stwo i jak naj­bar­dziej myl­nie wie­rzyli w moż­li­wość "prze­wrotu pała­co­wego" i "bez­kr­wa­wej rewo­lu­cji". Zde­cy­do­wa­nym wyznawcą tego poglądu był dowódca ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej, gene­rał Kry­mow, któ­remu pod­le­ga­łem wów­czas jako dowódca 1. kozac­kiego pułku ner­czyń­skiego im. następcy tronu. Ów czło­wiek o wiel­kim umy­śle i sercu, jeden z naj­zdol­niej­szych ofi­ce­rów Sztabu Gene­ral­nego, jakich spo­tka­łem w życiu, swoją póź­niej­szą śmier­cią i ostat­nimi sło­wami: "Umie­ram dla­tego, że zbyt kocha­łem ojczy­znę", dowiódł, jak wiel­kim był patriotą. Pod­czas czę­stych dys­ku­sji w dłu­gie zimowe wie­czory prze­ko­ny­wał mnie, że tak dalej być nie może, że zdą­żamy ku zagła­dzie i że muszą się zna­leźć ludzie, któ­rzy natych­miast, nie zwle­ka­jąc, usuną cesa­rza w dro­dze "prze­wrotu pała­co­wego"...

Inni dowódcy zda­wali sobie sprawę, że konieczna jest zmiana, ale jed­no­cze­śnie byli świa­domi, że żaden prze­wrót z uży­ciem prze­mocy, w cza­sie kiedy kraj pro­wa­dzi krwawą wojnę z wro­giem zewnętrz­nym, nie może mieć miej­sca, że nie dokona się bez­bo­le­śnie i że będzie to począ­tek roz­padu armii i zguby Rosji.

I wresz­cie, wśród wyż­szej kadry dowód­czej była spora liczba zwo­len­ni­ków "rewo­lu­cji", któ­rzy mieli nadzieję zna­leźć w niej zaspo­ko­je­nie swych ambi­cji albo wyrów­na­nie rachun­ków z tym czy innym nie­lu­bia­nym zwierzch­ni­kiem. Jestem głę­boko prze­ko­nany, że gdyby od pierw­szych chwil zamętu sztab i wszy­scy dowódcy fron­tów byli sta­now­czy i jed­no­myślni, gdyby nie myśleli o wła­snych inte­re­sach, roz­kła­dowi armii i anar­chii na tyłach można by było jesz­cze zapo­biec.

Zimą 1916 roku wciąż byłem dowódcą 1. kozac­kiego pułku ner­czyń­skiego im. następcy tronu, który wcho­dził w skład ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej gene­rała Kry­mowa. Poza moim puł­kiem w skład dywi­zji wcho­dziły pri­mor­ski pułk dra­go­nów, z któ­rego wła­śnie odszedł jego stary dowódca gene­rał Odin­cow, póź­niej jeden z wybit­nych gene­rałów w Armii Czer­wo­nej, oraz pułki kozac­kie ussu­ryj­ski i amur­ski. Dywi­zja ussu­ryj­ska, zło­żona z sybi­ra­ków, wspa­nia­łych żoł­nie­rzy, rów­nie dobrze wal­czą­cych konno, jak i pie­szo, pod dowódz­twem gene­rała Kry­mowa zdą­żyła zyskać sobie w armii zasłu­żoną sławę. Pułk, któ­rym dowo­dzi­łem już z górą rok, wła­śnie za bły­sko­tliwy atak 22 sierp­nia w Kar­pa­tach został wyróż­niony wysoką nagrodą -?następca tronu został mia­no­wany zwierzch­ni­kiem pułku1.

Z chwilą prze­nie­sie­nia się dywi­zji do wojsk odwo­do­wych na Buko­winę, w rejon mia­steczka Radowce2, mia­łem na czele dele­ga­cji puł­ko­wej wyru­szyć do Pio­tro­grodu, by się przed­sta­wić mło­demu zwierzch­ni­kowi. Dele­ga­cja pro­wa­dziła małego zabaj­kal­skiego konika, bar­dzo zgrab­nego, który miał być ofia­ro­wany następcy tronu wraz z peł­nym umun­du­ro­wa­niem pułku ner­czyń­skiego.

W skład dele­ga­cji wcho­dzili: puł­kow­nik Makow­kin -?wspa­niały ofi­cer, który stra­cił na woj­nie oko, Kawa­ler Orderu św. Jerzego, świetny spor­t­smen, dwu­krotny zdo­bywca nagrody cesar­skiej na Zawo­dach Kra­sno­siel­skich; dowódca 3. sotni, która wyróż­niła się naj­bar­dziej we wspo­mnia­nym ataku, esauł Kudriaw­cew, i adiu­tant pułku, set­nik Wle­skow.

Nie­ła­two było wybrać skład dele­ga­cji, wszy­scy chcieli dostą­pić tego zaszczytu, zresztą ogól­nie kadra ofi­cer­ska była tak świetna, że trudno było wybrać naj­god­niej­szych. Ner­czyń­ski pułk kozacki rów­nież przed wojną wyróż­niał się wspa­niałą kadrą ofi­cer­ską. Dowódcą pułku przez długi czas był puł­kow­nik Paw­łow, były lejb-huzar, który opu­ścił swój uko­chany pułk na początku wojny japoń­skiej i po kam­pa­nii kon­ty­nu­ował służbę na Dale­kim Wscho­dzie. W opi­sy­wa­nym okre­sie gene­rał Paw­łow stał na czele kor­pusu kawa­le­rii na Fron­cie Pół­noc­nym. Świetny ofi­cer, wybitny spor­t­smen i znawca koni, puł­kow­nik Paw­łow potra­fił, dowo­dząc ner­czyń­skim puł­kiem kozac­kim w trud­nych warun­kach na dale­kich kre­sach, pod­nieść swój pułk na wyjąt­kowo wysoki poziom. Był gorą­cym zwo­len­ni­kiem koni peł­nej krwi i udało mu się zaakli­ma­ty­zo­wać peł­no­krwi­stego konia w suro­wym kli­ma­cie Sybe­rii. Posa­dził wszyst­kich ofi­cerów pułku na fol­bluty, zało­żył ofi­cer­ską staj­nię wyści­gową i w ostat­nich latach przed wojną wiele wyści­gów kon­nych na peters­bur­skim hipo­dro­mie wygrali ofi­cerowie jego pułku. Puł­kow­nik Paw­łow, utrzy­mu­jąc wysoki poziom służby linio­wej, wyma­gał od ofi­cerów odpo­wied­nich walo­rów moral­nych i sta­ran­nie dobie­rał skład pułku. W cza­sie, kiedy obją­łem dowódz­two, więk­szość star­szych ofi­cerów roz­po­częła służbę u puł­kow­nika Paw­łowa. Mnie rów­nież udało się ścią­gnąć do pułku wielu wspa­nia­łych ofi­cerów.

Więk­szość kadry dowód­czej dywi­zji ussu­ryj­skiej, a zwłasz­cza pułku ner­czyń­skiego, w cza­sie wojny domo­wej zna­la­zła się w sze­re­gach armii admi­rała Koł­czaka; sku­pili się oni wokół ata­mana Sie­mio­nowa i gene­rała Ungerna. W cza­sie, który opi­suję, obaj ci gene­ra­ło­wie, któ­rym sądzone było w przy­szło­ści ode­grać wybitne role w woj­nie domo­wej, znaj­do­wali się w sze­re­gach pułku ner­czyń­skiego i dowo­dzili 5. i 6. sot­nią, obaj w stop­niu pode­sau­łów.

Sie­mio­now, rdzenny Kozak zabaj­kal­ski, krępy, żyla­sty bru­net o lekko bur­łac­kich rysach, kiedy przej­mo­wa­łem pułk, peł­nił funk­cję adiu­tanta puł­ko­wego i na tym sta­no­wi­sku słu­żył pod moimi roz­ka­zami około czte­rech mie­sięcy, po czym został mia­no­wany dowódcą sotni. Śmiały, inte­li­gentny, z cha­rak­te­ry­stycz­nym kozac­kim spry­tem, dosko­nały linio­wiec, odważny, zwłasz­cza w obec­no­ści zwierzch­ni­ków, zdo­był sobie dużą popu­lar­ność wśród Koza­ków i ofi­ce­rów. Jego wadą była silna skłon­ność do intryg i nie­prze­bie­ra­nie w środ­kach dla osią­gnię­cia celu. Sie­mio­now był nie­głupi i zręczny, bra­ko­wało mu jed­nak zarówno wykształ­ce­nia (z tru­dem ukoń­czył uczel­nię woj­skową), jak i szer­szych hory­zon­tów myślo­wych i ni­gdy nie mogłem zro­zu­mieć, jak mu się udało wysu­nąć póź­niej na pierw­szy plan pod­czas wojny domo­wej.

Pode­sauł baron Ungern-Stem­berg albo, jak nazy­wali go Kozacy, pode­sauł "baron", był czło­wie­kiem o wiele bar­dziej inte­re­su­ją­cym.

Tacy ludzie, stwo­rzeni do wojny i życia w burz­li­wej epoce, z tru­dem dosto­so­wy­wali się do warun­ków poko­jo­wej puł­ko­wej egzy­sten­cji. Zazwy­czaj, gdy pono­sili klę­skę, prze­no­sili się do straży gra­nicz­nej albo los rzu­cał ich do jakichś puł­ków na kresy dale­ko­wschod­nie czy na Zabaj­kale, gdzie sytu­acja bar­dziej odpo­wia­dała ich nie­spo­koj­nej natu­rze.

Pocho­dzący ze świet­nej rodziny zie­mian inf­lanc­kich, baron Ungern od wcze­snego dzie­ciń­stwa był pozo­sta­wiony samemu sobie. Jego matka młodo owdo­wiaw­szy, wyszła powtór­nie za mąż i naj­wy­raź­niej prze­stała się inte­re­so­wać synem. Baron Ungern, który od dziecka marzył o woj­nie, podró­żach i przy­go­dach, z chwilą wybu­chu wojny japoń­skiej porzu­cił kor­pus i zacią­gnął się na ochot­nika do pułku pie­choty, w któ­rym jako sze­re­go­wiec odbył całą kam­pa­nię. Wie­lo­krot­nie ranny i odzna­czony żoł­nier­skim Krzy­żem św. Jerzego, wraca do Rosji; krewni umiesz­czają go na uczelni woj­sko­wej, którą z ogrom­nym tru­dem udaje mu się ukoń­czyć3.

W pogoni za przy­godą i dla unik­nię­cia poko­jo­wej służby linio­wej, baron Ungern z uczelni prze­cho­dzi do amur­skiego pułku kozac­kiego, roz­lo­ko­wa­nego w Kraju Nada­mur­skim, ale pozo­staje tam nie­długo. Z natury nie­okieł­znany, wybu­chowy i nie­zrów­no­wa­żony, w dodatku nie­stro­niący od kie­liszka i agre­sywny po pija­nemu, Ungern wdał się w kłót­nię z jed­nym z ofi­ce­rów i ude­rzył go. Ten sza­blą zra­nił Ungerna w głowę. Ślad tej rany pozo­stał baro­nowi na całe życie; powo­do­wał silne bóle głowy i nie­wąt­pli­wie od czasu do czasu odbi­jał się na jego psy­chice. W następ­stwie burdy obaj ofi­ce­ro­wie musieli odejść z pułku.

Powra­ca­jąc do Rosji, Ungern posta­na­wia drogę z Wła­dy­wo­stoku do Char­bina odbyć wierz­chem. Opusz­cza pułk konno w towa­rzy­stwie psa myśliw­skiego i ze strzelbą myśliw­ską na ramie­niu. Utrzy­mu­jąc się z polo­wa­nia i sprze­daży zabi­tej dzi­czy­zny, Ungern około roku spę­dza w ostę­pach i na ste­pach Nada­mu­rza i Man­dżu­rii i wresz­cie przy­bywa do Char­bina. Tam zastaje go wybuch wojny mon­gol­sko-chiń­skiej. Ungern nie mógł pozo­stać obo­jęt­nym widzem. Zapro­po­no­wał swoje usługi Mon­go­łom i na czele mon­gol­skiej kon­nicy bił się o nie­pod­le­głość Mon­go­lii. W począt­kach wojny rosyj­sko-nie­miec­kiej Ungern wstą­pił do pułku ner­czyń­skiego i natych­miast wyka­zał się nie­zwy­kłą wprost odwagą. Cztery razy ranny w ciągu jed­nego roku, otrzy­mał Order św. Jerzego, Miecz św. Jerzego i na początku dru­giego roku wojny został przed­sta­wiony do stop­nia esauła.

Śred­niego wzro­stu blon­dyn z dłu­gimi, zwi­sa­ją­cymi ruda­wymi wąsami, chudy i pozor­nie wątły, ale żela­znego zdro­wia i ener­gii, Ungern żyje wojną. Nie jest to ofi­cer w powszech­nie przy­ję­tym zna­cze­niu tego słowa, jako że nie tylko nie zna naj­bar­dziej ele­men­tar­nych prze­pi­sów i pod­sta­wo­wych zasad służby, ale nie­ustan­nie popeł­nia wykro­cze­nia zarówno prze­ciwko dys­cy­pli­nie zewnętrz­nej, jak i wycho­wa­niu woj­sko­wemu -?jest to typ par­ty­zanta ama­tora, łowcy tro­pi­ciela śla­dów z powie­ści Mayne Reida. Obszar­pany i brudny, śpi zawsze na pod­ło­dze, wśród Koza­ków z sotni, jada ze wspól­nego kotła i, mimo że wycho­wany w dostatku i kom­for­cie, robi wra­że­nie czło­wieka, któ­remu zupeł­nie na nich nie zależy. Na próżno pró­bo­wa­łem go prze­ko­nać o koniecz­no­ści zadba­nia przy­naj­mniej o wygląd zewnętrzny.

Był czło­wie­kiem peł­nym sprzecz­no­ści: nie­wąt­pliwa inte­li­gen­cja, ory­gi­nalny, wni­kliwy umysł, a jed­no­cze­śnie zdu­mie­wa­jący brak kul­tury i nie­zwy­kle cia­sne hory­zonty, zaska­ku­jąca nie­śmia­łość i wręcz dzi­kość, a jed­no­cze­śnie sza­leń­cze porywy i nie­okieł­znana zapal­czy­wość, nie­po­ha­mo­wana roz­rzut­ność i zadzi­wia­jący brak wyma­gań, jeśli cho­dzi o pod­sta­wowe wygody.

Taki typ musiał się zna­leźć w swoim żywiole w warun­kach praw­dzi­wej rosyj­skiej "smuty"4. W cza­sie trwa­nia owego zamętu nie mógł, przy­naj­mniej na jakiś czas, nie wypły­nąć na grzbie­cie fali, by wraz z usta­niem zamętu rów­nie nie­uchron­nie znik­nąć.

Wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu w poło­wie listo­pada; kilka dni póź­niej mieli wyru­szyć ofi­ce­ro­wie, wcho­dzący w skład dele­ga­cji.

Ostatni raz byłem w Pio­tro­gro­dzie jakieś dwa mie­siące wcze­śniej na kura­cji po ranie odnie­sio­nej pod­czas ataku 22 sierp­nia. Atmos­fera w sto­licy pogor­szyła się jesz­cze od czasu mojej ostat­niej byt­no­ści; we wszyst­kich war­stwach spo­łe­czeń­stwa czuło się zagu­bie­nie, świa­do­mość nie­uchron­nego nadej­ścia w naj­bliż­szym cza­sie cze­goś potęż­nego, ale fatal­nego, ku czemu szyb­kimi kro­kami zmie­rzała Rosja. Jed­no­cze­śnie zaś, cho­ciaż w kołach zbli­żo­nych do Dumy i Rady Pań­stwa, wśród tak zwa­nej spo­łecz­no­ści, stwa­rzano pozory "wytę­żo­nej" pracy w isto­cie pole­ga­ją­cej jedy­nie na utarcz­kach słow­nych i walce poli­tycz­nej, choć w śro­do­wi­sku robot­ni­czym i w oddzia­łach tyło­wych pro­wa­dzono ukrad­kiem bar­dziej pla­nową destruk­cyjną robotę, oczy­wi­ście nie bez udziału nie­miec­kiego złota, szer­sze kręgi spo­łe­czeń­stwa prze­ja­wiały zwy­kłą iner­cję, pogrą­żone cał­ko­wi­cie w drob­nych tro­skach codzien­nego życia. Tak samo stały ogonki przed skle­pami, tak samo pełne były kine­ma­to­grafy i teatry, te same bez­barwne fili­ster­skie roz­mowy sły­szało się w tłu­mie.

Koła zbli­żone do cesa­rza i dworu naj­wi­docz­niej na­dal nie zda­wały sobie sprawy z nad­cią­ga­ją­cej burzy. Wielki świat i apa­rat biu­ro­kra­tyczny były, chyba cał­ko­wi­cie, pochło­nięte zwy­kłymi "waż­nymi" pro­ble­mami: kto na jakie sta­no­wi­sko będzie mia­no­wany, co się mówi w par­tii wiel­kiego księ­cia czy cesa­rzo­wej. Świa­towe życie toczyło się zwy­kłą koleją i wyglą­dało na to, że zna­la­złem się w kręgu nie uczest­ni­ków przy­szłego dra­matu, lecz postron­nych widzów.

W kilka dni po przy­jeź­dzie zosta­łem mia­no­wany dyżur­nym fli­ge­la­diu­tan­tem Jego Cesar­skiej Mości. Wiele razy zda­rzyło mi się widzieć z bli­ska cesa­rza i mówić z nim. Na wszyst­kich, któ­rzy zetknęli się z nim, cesarz robił wra­że­nie czło­wieka nie­zwy­kle bez­po­śred­niego i życz­li­wego. Wra­że­nie owo wyni­kało z jego cha­rak­te­ry­stycz­nych cech: sta­ran­nego wycho­wa­nia i nie­zwy­kłej umie­jęt­no­ści pano­wa­nia nad sobą.

Cesarz miał bystry umysł, chwy­tał sens wywo­dów roz­mówcy w pół słowa, a pamięć miał abso­lut­nie wyjąt­kową. Nie tylko świet­nie zapa­mię­ty­wał wyda­rze­nia, ale także twa­rze i mapę; kie­dyś w roz­mo­wie o wal­kach w Kar­pa­tach, w któ­rych bra­łem udział z moim puł­kiem, cesarz wymie­nił dokład­nie punkty, w jakich znaj­do­wała się moja dywi­zja tego czy innego dnia. W dodatku walki te toczyły się pół­tora mie­siąca przed ową roz­mową, a odci­nek zajęty przez dywi­zję miał dla całego frontu zna­cze­nie raczej dru­go­rzędne.

Obją­łem dyżur w Car­skim Siole w sobotę, zmie­niw­szy fli­ge­la­diu­tanta księ­cia Niko­łaja Leuch­ten­ber­skiego. Cesarz jadł tego dnia śnia­da­nie z cesa­rzową. Mnie podano posi­łek w pokoju dyżu­rów. Po śnia­da­niu cesarz udał się na prze­chadzkę, a następ­nie przy­jął kilka osób, o ile pamię­tam nowo mia­no­wa­nego mini­stra zdro­wia pro­fe­sora Riejna i mini­stra finan­sów Barka.

Obiad jedli­śmy w apar­ta­men­tach cesa­rzo­wej. Oprócz mnie nie było nikogo z osób postron­nych i spę­dzi­łem cały wie­czór wyłącz­nie z rodziną cesar­ską. Cesarz był wesoły i oży­wiony, wypy­ty­wał mnie szcze­gó­łowo o pułk, o ostatni bły­sko­tliwy atak pułku w Kar­pa­tach. Roz­mowa toczyła się czę­ściowo po rosyj­sku, czę­ściowo zaś, w momen­tach, kiedy przy­łą­czała się do niej cesa­rzowa, po fran­cu­sku. Byłem wstrzą­śnięty cho­ro­bli­wym wyglą­dem cesa­rzo­wej. Bar­dzo zmi­zer­niała w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy, kiedy jej nie widy­wa­łem. Na twa­rzy miała ciemne wypieki. Szcze­gól­nie poru­szył mnie bole­sny, jakby nie­obecny wyraz oczu. Inte­re­so­wała się głów­nie orga­ni­za­cją pomocy medycz­nej w oddzia­łach, wypy­ty­wała szcze­gó­łowo o nowy typ wpro­wa­dza­nych wła­śnie masek prze­ciw­ga­zo­wych; wiel­kie księżne i następca tronu byli weseli, żar­to­wali i śmiali się. Następca tronu, nie­dawno mia­no­wany zwierzch­ni­kiem pułku, zadał mi kilka pytań -?jakie konie są w pułku, jakie mun­dury... Po obie­dzie prze­szli­śmy do salonu cesa­rzo­wej, gdzie pili­śmy kawę i roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze z pół­to­rej godziny.

Naza­jutrz, w nie­dzielę, towa­rzy­szy­łem cesa­rzowi, cesa­rzo­wej i wiel­kim księż­nom pod­czas sumy w cer­kwi. Maleńka cer­kiewka z fre­skami w stylu sta­ro­ru­skim pełna była wier­nych. Patrząc na pogrą­żoną w modli­twie rodzinę cesar­ską, mimo woli porów­ny­wa­łem spo­kojną twarz modlą­cego się cesa­rza i pełen napię­cia, świad­czący o cho­ro­bli­wej egzal­ta­cji, wyraz obli­cza cesa­rzo­wej. Po powro­cie z cer­kwi zasta­łem już w pałacu fli­ge­la­diu­tanta, hra­biego Kutaj­sowa, który przy­był mnie zmie­nić.

Dwu­dzie­stego szó­stego listo­pada, w dniu święta Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, wszy­scy Kawa­le­ro­wie Krzyża i Mie­cza św. Jerzego zostali zapro­szeni do Domu Ludo­wego na galowe nabo­żeń­stwo w obec­no­ści cesa­rza, po któ­rym miał się odbyć uro­czy­sty obiad. Jako jeden z nich byłem rów­nież zapro­szony.

Olbrzy­mia liczba Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, znaj­du­ją­cych się w tym cza­sie w Pio­tro­gro­dzie, wypeł­niła salę teatralną Domu Ludo­wego. Było wśród nich wielu ran­nych. Przy­nie­sieni z laza­retu ciężko ranni leżeli na sce­nie na noszach. Świta i zapro­szeni goście wypeł­niali par­ter aż do samej sceny. Wkrótce przy­byli cesarz i cesa­rzowa. Po nabo­żeń­stwie gene­rał adiu­tant książę Alek­sandr Pio­tro­wicz Olden­bur­ski wszedł na scenę i, pod­nió­sł­szy kie­lich, wygło­sił toast na cześć cesa­rza i naj­ja­śniej­szej rodziny. Cesarz wypił i zawo­łał "hura!" na cześć Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, następ­nie zaś wraz z cesa­rzową zaczęli obcho­dzić ran­nych i roz­ma­wiać z nimi. Znowu, obser­wu­jąc cesa­rzową, pochy­la­jącą się nad noszami z ciężko ran­nymi, zwró­ci­łem uwagę na bole­sny wyraz jej twa­rzy. Wypy­tu­jąc uważ­nie ran­nych, jed­no­cze­śnie wyda­wała się nie­obecna. Widać było, że speł­nia obo­wią­zek, ale myślami jest daleko.

Wresz­cie przy­byli do Pio­tro­grodu ofi­ce­ro­wie z dele­ga­cji. Pre­zen­ta­cja miała się odbyć w Car­skim Siole 4 grud­nia, tuż przed wyzna­czo­nym na ten dzień odjaz­dem cesa­rza do sztabu.

Ran­kiem wyeks­pe­dio­wa­łem prze­zna­czo­nego dla następcy tronu konia z małym kozac­kim sio­dłem i wraz z dele­ga­cją wyru­szy­łem koleją, wio­ząc zamó­wiony dla następcy tronu mun­dur pułku. Pociąg nasz miał przy­być do Car­skiego Sioła na pół godziny przed wyzna­czoną na pre­zen­ta­cję porą i liczy­łem na to, że zdążę przed­tem zło­żyć cesa­rzowi raport o moich ofi­ce­rach, żeby mógł im zada­wać pyta­nia.

Z powodu jakiejś nie­spraw­no­ści torów pociąg się spóź­nił i led­wie zdą­ży­li­śmy wysła­nymi po nas kare­tami przy­być o wyzna­czo­nej porze do pałacu. Powi­tani przez dyżur­nego fli­ge­la­diu­tanta wła­śnie weszli­śmy do sali, kiedy poja­wił się cesarz w towa­rzy­stwie następcy tronu. Przed­sta­wi­łem mu ofi­ce­rów i wbrew mojemu ocze­ki­wa­niu cesarz zupeł­nie swo­bod­nie, jakby znał ich od dawna, zadał każ­demu kilka pytań; puł­kow­nika Makow­kina zapy­tał, w któ­rym roku zdo­był nagrodę cesar­ską; do esauła Kudriaw­cewa powie­dział, że wie, iż ten na czele sotni 22 sierp­nia pierw­szy wdarł się do oko­pów nie­przy­ja­ciela... Jesz­cze raz się prze­ko­na­łem, jak świetną pamięć ma cesarz: w cza­sie mojej ostat­niej służby mimo­cho­dem jedy­nie wspo­mnia­łem o tych ofi­ce­rach i to wystar­czyło, by zapa­mię­tał nawet szcze­góły.

Po pre­zen­ta­cji cesarz z synem wyszli na taras, skąd obej­rzeli przy­pro­wa­dzo­nego przez dele­ga­cję konia. Tam wła­śnie, na scho­dach car­sko­siel­skiego pałacu, cesarz i następca tronu sfo­to­gra­fo­wali się z grupą dele­ga­tów.

Jest to praw­do­po­dob­nie jeden z ostat­nich wize­run­ków cesa­rza z okresu jego pano­wa­nia. Ostatni też raz widzia­łem rosyj­skiego cara.

Na froncie rumuńskim

W przed­dzień pre­zen­ta­cji otrzy­ma­łem tele­gram od gene­rała Kry­mowa z infor­ma­cją o prze­rzu­ce­niu ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej do Rumu­nii i z roz­ka­zem natych­mia­sto­wego przy­by­cia do armii wszyst­kich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy dywi­zji prze­by­wa­ją­cych na dele­ga­cjach czy urlo­pach.

Naza­jutrz po pre­zen­ta­cji, zebraw­szy swo­ich ofi­ce­rów i Koza­ków prze­by­wa­ją­cych w Pio­tro­gro­dzie, wyru­szy­łem na front. Po dro­dze przy­łą­czyło się do nas jesz­cze kilku ofi­ce­rów i Koza­ków odwo­ła­nych z urlo­pów i dele­ga­cji.

Do gra­nicy rumuń­skiej jecha­li­śmy bez prze­szkód, ale już na samej gra­nicy stało się jasne, że nie­ła­two będzie dotrzeć do dywi­zji. Pospieszna i cha­otyczna ewa­ku­acja zata­ra­so­wała pocią­gami wszyst­kie tory. Woj­ska rumuń­skie na­dal cofały się na całym fron­cie i wciąż nowe składy z ran­nymi, ucie­ki­nie­rami i ładun­kiem woj­sko­wym nie­ustan­nie napły­wały, coraz bar­dziej zapy­cha­jąc tyły. Ruch pasa­żer­ski wstrzy­mano, w ciągu doby odpra­wiano na połu­dnie tylko jeden pociąg pasa­żer­ski, który całymi godzi­nami stał na sta­cjach. Tutaj po raz pierw­szy zoba­czy­łem jazdę na dachach wago­nów, która stała się póź­niej tak powszechna. Nie tylko dachy, ale bufory i paro­wozy były oble­pione pasa­że­rami. Mia­łem ze sobą sze­ściu ofi­ce­rów i dwu­na­stu żoł­nie­rzy. Posta­no­wi­łem zwró­cić się do rumuń­skiego komen­danta, który oka­zał się ofi­ce­rem wyjąt­kowo uprzej­mym, dosko­nale mówią­cym po fran­cu­sku (w ogóle język fran­cu­ski jest w Rumu­nii bar­dzo roz­po­wszech­niony). Ofi­cer ten prze­pro­wa­dził jakąś roz­mowę tele­fo­niczną z Jas­sami i oddał mi do dys­po­zy­cji dwa wagony, jeden dru­giej klasy dla ofi­ce­rów i jeden trze­ciej dla żoł­nie­rzy.

Docze­pieni do jadą­cych na połu­dnie esze­lo­nów, co prawda bar­dzo powoli, ale jed­nak posu­wa­li­śmy się w kie­runku frontu. Bufety na sta­cjach oka­zały się zupeł­nie puste, wszystko było zje­dzone, w nie­opa­la­nych wago­nach było prze­raź­li­wie zimno i liczy­li­śmy godziny do zakoń­cze­nia naszej cięż­kiej podróży. Na sta­cji Bar­lad dowie­dzie­li­śmy się, że za pół godziny w kie­runku sta­cji Tecuci (wie­dzia­łem już, że w tym punk­cie stoją tabory dywi­zji) odje­dzie eks­pres pasa­żer­ski. Komen­dant sta­cji obie­cał, że każe docze­pić do niego moje wagony, a tym­cza­sem zapro­sił mnie do sie­bie, żebym się ogrzał i napił her­baty. Popro­si­łem o docze­pie­nie moich wago­nów bez­po­śred­nio do loko­mo­tywy, żeby je można było moż­li­wie szybko ogrzać, co też komen­dant obie­cał. Jed­nak z powodu jakie­goś nie­po­ro­zu­mie­nia wagon, w któ­rym jecha­łem z ofi­ce­rami, został docze­piony na końcu składu. To ura­to­wało nam życie. 15 wiorst przed sta­cją Tecuci nasz eks­pres, jadąc z pręd­ko­ścią 16 wiorst na godzinę, wpadł na jadący na pół­noc esze­lon5. Z 14 pierw­szych wago­nów pozo­stały drza­zgi, a kil­ka­set osób zgi­nęło albo odnio­sło rany. Nasz wagon zawisł nad nasy­pem i wszy­scy pospa­da­li­śmy z miejsc; nikt jed­nak nie ucier­piał. Trudno opi­sać ten straszny obraz: w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach spod szcząt­ków wago­nów dobie­gały krzyki, jęki i płacz. Nie­które wagony zapa­liły się i wielu nie­szczę­snych ran­nych zgi­nęło w pło­mie­niach.

Pozo­sta­wiw­szy przy bagażu dwóch Koza­ków, pie­szo dotar­li­śmy do sta­cji Tecuci, skąd, odna­la­zł­szy nasz tabor, posła­li­śmy po rze­czy. Tego samego dnia wyje­cha­łem autem wraz z adiu­tan­tem do Fok­szan fatalną szosą, roz­jeż­dżoną przez nie­zli­czone tabory i znisz­czoną przez roz­topy.

Poru­sza­li­śmy się zale­d­wie z pręd­ko­ścią 4-5 wiorst na godzinę -?szosa i cała oko­lica po obu jej stro­nach były pokryte cią­gną­cymi na pół­noc tabo­rami, tłu­mami miesz­kań­ców i obszar­pa­nych żoł­nie­rzy, prze­waż­nie bez broni. Zoba­czy­łem cha­rak­te­ry­styczny odwrót roz­bi­tej i cofa­ją­cej się bez­ład­nie armii. Na prze­mian z laza­re­to­wymi pod­wo­dami, jasz­czami z amu­ni­cją i bro­nią jechały kola­ski i fur­manki z kobie­tami i dziećmi na sto­sach zawi­nią­tek, tobo­łów i roz­ma­itego dobytku.

Nie mogę zapo­mnieć szy­kow­nego landa z dwoma ele­ganc­kimi rumuń­skimi ofi­ce­rami i kil­koma stroj­nymi damami, zaprzę­żo­nego w pocią­gowe konie w arty­le­ryj­skiej uprzęży...

Późną nocą odna­la­złem dywi­zję, która prze­no­siła się na linię rzeki Seret. Posta­li­śmy na tej linii kilka dni, a następ­nie, po zastą­pie­niu nas przez pie­chotę, for­sow­nymi mar­szami prze­szli­śmy w rejon Galati, gdzie ześrod­ko­wała się spora liczba kon­nicy, którą miał połą­czyć pod swoim dowódz­twem gene­rał kawa­le­rii hra­bia Kel­ler. Na naszej skraj­nej lewej flance toczyły się zażarte walki, pla­no­wano prze­rwa­nie przy pomocy naszej pie­choty nie­przy­ja­ciel­skiego frontu i zamie­rzano prze­rzu­cić kon­nicę na tyły Mac­ken­sena. Prze­rwa­nie frontu nie udało się i kon­nica, bez potrzeby spę­dziw­szy dobę pod gołym nie­bem w ulew­nym desz­czu, znowu została odsu­nięta na tyły. Nasza dywi­zja wyco­fała się w rejon Tecuci-Bar­lad.

W cza­sie jed­nego z prze­mar­szów na popa­sie przy­był do mnie ordy­nans od gene­rała Kry­mowa, który szedł ze swym puł­kiem w awan­gar­dzie, i prze­ka­zał mi, że szef dywi­zji prosi mnie do sie­bie.

Pod­jeż­dża­jąc do czoła kolumny, zoba­czy­łem grupę ofi­ce­rów ze sztabu dywi­zji, grze­ją­cych się przy ogniu i roz­dzie­la­ją­cych przy­wie­zioną wła­śnie pocztę. Gene­rał Kry­mow, z kil­koma zmię­tymi gaze­tami w ręku, spa­ce­ro­wał na ubo­czu wiel­kimi ner­wo­wymi kro­kami. Na mój widok jesz­cze z daleka zawo­łał wyma­chu­jąc gaze­tami:

-?Naresz­cie wykoń­czyli tego dra­nia Griszkę!...

W gaze­tach zamiesz­czono kilka infor­ma­cji o zabój­stwie Raspu­tina. Listy, które przy­były z tą samą pocztą, zawie­rały szcze­góły.

Spo­śród trzech uczest­ni­ków zabój­stwa zna­łem dobrze dwóch: wiel­kiego księ­cia Dymi­tra Paw­ło­wi­cza i księ­cia Feliksa Jusu­powa6.

Jakie uczu­cia nimi kie­ro­wały? Dla­czego, pozbyw­szy się szko­dli­wego dla ojczy­zny czło­wieka, nie powie­dzieli o tym gło­śno, nie oddali się pod osąd władz i spo­łe­czeń­stwa, tylko, wrzu­ciw­szy zwłoki w prze­rę­bel, pró­bo­wali zatrzeć ślady? Nie chciało się wprost wie­rzyć tym infor­ma­cjom...

Dzie­sią­tego stycz­nia otrzy­ma­łem nomi­na­cję na dowódcę 1. bry­gady 20. ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej, w skład któ­rej wcho­dziły pri­mor­ski pułk dra­go­nów i mój ner­czyń­ski pułk kozacki. Smutno mi było roz­sta­wać się z puł­kiem, któ­rym dowo­dzi­łem z górą 14 mie­sięcy, dzie­li­łem trudy żoł­nier­skiego życia i radość wielu sław­nych zwy­cięstw. Pułk prze­jął puł­kow­nik Makow­kin, o mia­no­wa­nie któ­rego moim zastępcą jesz­cze w Pio­tro­gro­dzie pro­si­łem cesa­rza i ata­mana polo­wego wiel­kiego księ­cia Borisa Wła­di­mi­ro­wi­cza.

Po prze­ka­za­niu pułku, korzy­sta­jąc z faktu, że dywi­zja znaj­do­wała się w odwo­dzie, poje­cha­łem na kilka dni do Jass.

Zatrzy­ma­łem się w Jas­sach u naszego posła A. Moso­łowa, mego kolegi puł­ko­wego z gwar­dii kon­nej. Kwa­tery w Jas­sach pra­wie nie spo­sób było zna­leźć, mia­sto było zapchane masą ucie­ki­nie­rów i woj­sko­wych insty­tu­cji tyło­wych. Spo­dzie­wano się przy­jazdu wiel­kiej księż­nej Wik­to­rii Fio­do­rowny, sio­stry kró­lo­wej.

Nie zna­łem bli­żej wiel­kiej księż­nej, uzna­łem więc, że nie ma potrzeby, bym się jej pre­zen­to­wał. Jed­nakże w dniu jej przy­by­cia odwie­dził mnie och­mistrz dworu wiel­kiej księż­nej Har­tung i prze­ka­zał mi od niej zapro­sze­nie; mia­łem naza­jutrz o dzie­sią­tej rano przy­być do pałacu kró­lo­wej, gdzie się zatrzy­mała.

W Jas­sach dwór rumuń­ski nie posia­dał dość obszer­nego pomiesz­cze­nia, toteż król i kró­lowa miesz­kali w oddziel­nych rezy­den­cjach. Kró­lowa zaj­mo­wała nie­wielki jed­no­pię­trowy pała­cyk przy głów­nej ulicy mia­sta; przed bramą stała warta w uni­for­mach przy­po­mi­na­ją­cych mun­dury naszych kawa­ler­gar­dów7.

Zasta­łem u wiel­kiej księż­nej peł­nią­cego funk­cję rosyj­skiego komen­danta mia­sta gene­rała Kaza­kie­wi­cza, daw­nego ofi­cera pułku pre­obra­żeń­skiego i fli­ge­la­diu­tanta. Wielka księżna zatrzy­mała nas ponad godzinę. Opo­wia­dała nam szcze­gó­łowo o ostat­nich wyda­rze­niach w Pio­tro­gro­dzie, o aresz­to­wa­niu i zesła­niu do Per­sji wiel­kiego księ­cia Dymi­tra Paw­ło­wi­cza, o zbio­ro­wym liście wszyst­kich człon­ków rodziny cesar­skiej do cesa­rza z prośbą o uła­ska­wie­nie wiel­kiego księ­cia, o odmo­wie cesa­rza, o nie­ła­sce, jaka spa­dła na wiel­kiego księ­cia Miko­łaja Michaj­ło­wi­cza za ostry list wysto­so­wany do cesa­rza, w któ­rym bez owi­ja­nia w bawełnę wygar­nął mu gorzką prawdę. Wedle słów wiel­kiej księż­nej wszy­scy naj­bliżsi monar­sze i człon­ko­wie jego rodziny zda­wali sobie sprawę, jakie nie­bez­pie­czeń­stwo zagraża dyna­stii i samej Rosji, tylko cesa­rzowa albo nie widziała tego, albo nie chciała dostrzec. Wielka księżna Jeli­za­wieta Fio­do­rowna, sio­stra cesa­rzo­wej, sama wielka księżna Wik­to­ria Fio­do­rowna, księżna Jusu­powa, matka zabójcy Raspu­tina, księ­cia Jusu­powa, męża księż­nej Iriny Alek­san­drowny, pró­bo­wały otwo­rzyć cesa­rzo­wej oczy, ale na próżno.

-?Znam Rosję dłu­żej i lepiej niż ty -?powie­działa cesa­rzowa do wiel­kiej księż­nej Wik­to­rii Fio­do­rowny. -?Ty sły­szysz tylko to, co się mówi w Pio­tro­gro­dzie, wśród zde­pra­wo­wa­nej i dale­kiej od ludu ary­sto­kra­cji. Gdy­byś wraz z cesa­rzem i ze mną wzięła udział w jed­nym z wyjaz­dów na front, zoba­czy­ła­byś, jak lud i armia uwiel­biają cesa­rza.

Cesa­rzowa wyjęła z szu­flady i poka­zała wiel­kiej księż­nej pakiet listów:

-?Wszyst­kie pocho­dzą od ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, pro­stych Rosjan. Codzien­nie otrzy­muję wiele takich listów, wszy­scy nadawcy uwiel­biają cesa­rza i pro­szą tylko o jedno, aby był twardy i nie ugiął się przed kno­wa­niami Dumy...

Wielka księżna dawała do zro­zu­mie­nia, że więk­szość człon­ków rodziny cesar­skiej, a przede wszyst­kim rodzina wiel­kiej księż­nej Marii Paw­łowny, uznają koniecz­ność zmian w ist­nie­ją­cym sta­nie rze­czy i że podziela ich zda­nie wielu naj­wy­bit­niej­szych człon­ków Dumy... Długa roz­mowa z wielką księżną wywarła na mnie przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Mimo że widy­wa­łem ją czę­sto w Pio­tro­gro­dzie, ni­gdy nie byłem z nią bli­sko i teraz jej chęć spo­tka­nia ze mną i wta­jem­ni­cze­nie mnie we wszyst­kie te szcze­góły wydały się dość nie­po­ko­jące.

Dal­sze wyda­rze­nia i wystą­pie­nie wiel­kiego księ­cia Kiriłła Wła­di­mi­ro­wi­cza na czele "rewo­lu­cyj­nej" załogi okrę­to­wej w jed­nym z pierw­szych dni prze­wrotu być może wiele wyja­śniają.

Następ­nego dnia zosta­łem zapro­szony na obiad do kró­lo­wej. Prócz kró­lo­wej z cór­kami i wiel­kiej księż­nej na obie­dzie byli: dama dworu kró­lo­wej i dyżurny fli­ge­la­diu­tant, och­mi­strzyni wiel­kiej księż­nej S. Dur­nowo i ja. Sie­dzia­łem obok kró­lo­wej, która była rów­nie miła, jak ładna. Patrząc na nią, trudno było uwie­rzyć, że doro­słe księż­niczki to jej córki. Po obie­dzie prze­szli­śmy do salonu, zawa­lo­nego poda­run­kami przy­wie­zio­nymi przez wielką księżnę dla żoł­nie­rzy. Byłem szcze­rze rad, że w roz­mo­wie nie poru­szano już przy­krych spraw oma­wia­nych poprzed­niego dnia.

W domu zasta­łem depe­szę o awan­so­wa­niu mnie za zasługi bojowe do stop­nia gene­rała majora. Gene­rał Kry­mow, który zacho­ro­wał na kilka dni przed moim wyjaz­dem do Jass, wyje­chał na kura­cję do Pio­tro­grodu i dowódz­two dywi­zji objął tym­cza­sowo dowódca 2. Bry­gady, stary puł­kow­nik Żele­znow, ural­ski Kozak. Z chwilą otrzy­ma­nia awansu musia­łem prze­jąć dowódz­two dywi­zji i wyru­szyć na front.

W trze­ciej deka­dzie stycz­nia dywi­zja otrzy­mała roz­kaz prze­mar­szu w rejon Kiszy­niowa. Tutaj zebrała się więk­sza część kon­nicy rosyj­skiej z frontu rumuń­skiego. Bogata w żyw­ność, a przede wszyst­kim w furaż, Besa­ra­bia umoż­li­wiała naszej kon­nicy swo­bodne zakwa­te­ro­wa­nie i w cza­sie zimo­wej ciszy na fron­cie mogli­śmy wypo­cząć i odży­wić się.

Popro­wa­dzi­łem dywi­zję dłu­gimi mar­szami. Zima była wyjąt­kowo śnieżna, ze zwy­kłymi w tej czę­ści Rumu­nii zamie­ciami. Przy­zwy­cza­jone do zimo­wych prze­mar­szów zabaj­kal­skie konie szły jed­nak bez wysiłku i prze­marsz do nowego miej­sca odby­li­śmy szybko i bez spe­cjal­nych trud­no­ści.

Nie­duże, czy­ste i zamożne guber­nialne mia­sto Kiszy­niów, zazwy­czaj ciche i spo­kojne, było nie­zwy­kle oży­wione. Oprócz mojej dywi­zji w naj­bliż­szej oko­licy roz­miesz­czony był konny kor­pus gene­rała Kel­lera, tuziemna, tak zwana dzika dywi­zja księ­cia Bagra­tiona... Masa ofi­ce­rów naj­roz­ma­it­szych, kawa­le­ryj­skich i kozac­kich, puł­ków zapeł­niała teatry i restau­ra­cje.

Ser­deczni miesz­kańcy Kiszy­niowa cie­szyli się, że mogą oka­zać gościn­ność naszym oddzia­łom i sami także się roze­rwać. Przed­sta­wi­ciele miej­sco­wej szlachty i boga­tego kupiec­twa na wyścigi zapra­szali na obiady, kola­cje i bale, a woj­skowa mło­dzież po dwóch latach cięż­kiego obo­zo­wego życia bawiła się ocho­czo. W kilka dni po przy­by­ciu dywi­zji szlachta kiszy­niow­ska wydała dla ofi­ce­rów bal w Resur­sie Oby­wa­tel­skiej. Po tań­cach prze­szli­śmy do sali jadal­nej na kola­cję, którą damy poda­wały oso­bi­ście, przy­sia­da­jąc się do tego czy innego sto­lika. W tydzień póź­niej dywi­zja wydała w tej samej Resur­sie Oby­wa­tel­skiej rewan­żowy bal dla kiszy­niow­skiego towa­rzy­stwa. Z kwa­te­ru­ją­cych pod mia­stem obo­zów przy­były dwa zespoły trę­ba­czy i śpie­wacy. Goście roze­szli się dopiero o świ­cie. Wśród bez­tro­skiej zabawy i codzien­nych drob­nych kło­po­tów zda­wało się, że roz­pro­szyły się nie­po­koje dłu­gich ostat­nich mie­sięcy i nic nie zapo­wia­dało rychłej zawie­ru­chy.

Jede­na­stego lutego przy­był z Pio­tro­grodu gene­rał Kry­mow, co dało miej­sco­wemu towa­rzy­stwu nowy asumpt do urzą­dza­nia na jego cześć ban­kie­tów i wie­czo­rów tanecz­nych. Gene­rał także był daleki od myśli, że nie­uchron­nie zbliża się burza. Narze­ka­jąc na sztab i rząd, potę­pia­jąc "sza­leń­czą i zbrod­ni­czą" poli­tykę, przy­ta­cza­jąc wiele nowych, coraz bar­dziej obu­rza­ją­cych przy­kła­dów samo­woli, nad­użyć i nie­udol­no­ści władz, mimo wszystko nie zda­wał sobie sprawy, że kro­pla, która miała prze­peł­nić czarę nie­za­do­wo­le­nia kraju, już wisi w powie­trzu.

Na froncie i na tyłach w dniach przewrotu

Sztab dywi­zji mie­ścił się 18 wiorst od Kiszy­niowa we dwo­rze Chanki. W samym mie­ście prze­zna­czono dla ofi­ce­rów sztabu, przy­by­wa­ją­cych tu służ­bowo, nie­wiel­kie miesz­ka­nie. Oddziały dywi­zji kwa­te­ro­wały w oko­licz­nych wsiach o 10-12 wiorst od Kiszy­niowa. W pierw­szych dniach po przy­jeź­dzie gene­rał Kry­mow miesz­kał prze­waż­nie w mie­ście, ja zaś przy szta­bie dywi­zji we dwo­rze Chanki. Pierw­szego czy dru­giego marca po mie­ście po raz pierw­szy zaczęły krą­żyć słu­chy o jakichś zamiesz­kach w Pio­tro­gro­dzie, demon­stra­cjach robot­ni­ków, o zbroj­nych star­ciach na uli­cach. Żad­nych kon­kret­nych infor­ma­cji jed­nak nie było i do pogło­sek nie przy­wią­zy­wano szcze­gól­nej wagi.

Czwar­tego czy pią­tego marca, kiedy sia­da­łem do kola­cji, wró­cił z mia­sta ordy­nans sztabu dywi­zji pri­mor­skiego pułku dra­go­nów kor­net Kwit­kow­ski i prze­ka­zał mi zasły­szane w mie­ście opo­wie­ści o powszech­nym powsta­niu w Pio­tro­gro­dzie i o tym, że spo­śród Dumy wyło­niono jakoby Rząd Tym­cza­sowy. Dokład­niej­szych infor­ma­cji nie miał. Około ósmej wie­czo­rem wezwał mnie tele­fo­nicz­nie do mia­sta gene­rał Kry­mow. Pozna­łem po gło­sie, że jest bar­dzo zde­ner­wo­wany:

-?W Pio­tro­gro­dzie powsta­nie, cesarz abdy­ko­wał, zaraz prze­czy­tam panu mani­fest, jutro trzeba go odczy­tać woj­sku.

Popro­si­łem gene­rała, by chwilę zacze­kał, wezwa­łem szefa sztabu i kaza­łem mu zapi­sy­wać pod moje dyk­tando słowa mani­fe­stu. Gene­rał Kry­mow czy­tał, ja gło­śno powta­rza­łem sze­fowi sztabu poszcze­gólne zda­nia. Po mani­fe­ście cesa­rza gene­rał Kry­mow zaczął czy­tać mani­fest wiel­kiego księ­cia Micha­iła Alek­san­dro­wi­cza8. Już po pierw­szych zda­niach powie­dzia­łem do szefa sztabu:

-?To koniec, to anar­chia.

Oczy­wi­ście, sam fakt abdy­ka­cji cesa­rza, cho­ciaż wywo­łany nie­za­do­wo­le­niem spo­łe­czeń­stwa, nie mógł mimo wszystko nie wstrzą­snąć do głębi ludem i armią. Ale nie to było naj­waż­niej­sze. Nie­bez­pie­czeń­stwo leżało w samym uni­ce­stwie­niu idei monar­chii, w fak­cie, że Rosja nie miała już monar­chy. Ostat­nie lata pano­wa­nia zra­ziły do cesa­rza wielu synów ojczy­zny. Armia, tak jak i cały kraj, uświa­da­miała sobie dosko­nale, że cesarz swo­imi dzia­ła­niami naj­bar­dziej pod­rywa auto­ry­tet tronu. Gdyby prze­ka­zał wła­dzę swemu synowi czy bratu, armia przy­ję­łaby to raczej spo­koj­nie. Zło­żyw­szy przy­sięgę nowemu cesa­rzowi, naród rosyj­ski rów­nież, tak jak od 24 wie­ków, na­dal słu­żyłby jemu i kra­jowi i ginąłby za "Wiarę, Cara i Ojczy­znę".

Ale w obec­nej sytu­acji wraz z upad­kiem cara upa­dła sama idea wła­dzy, w poję­ciu narodu rosyj­skiego prze­stały ist­nieć wszyst­kie wią­żące go zobo­wią­za­nia, przy czym wła­dzy i owych zobo­wią­zań nie było czym zastą­pić.

Co powi­nien był odczuć rosyj­ski ofi­cer czy żoł­nierz, wycho­wany w idei nie­na­ru­szal­no­ści przy­sięgi i wier­no­ści swemu carowi, czło­wiek, który w tym prze­ko­na­niu peł­nił służbę, widział w tym naj­waż­niej­szy, zro­zu­miały dla sie­bie sens wojny...

Trzeba powie­dzieć, że w tych decy­du­ją­cych chwi­lach wyż­sze dowódz­two nie zro­biło nic, by wyja­śnić woj­sku, co się dzieje. Nie wydano żad­nych ogól­nych wytycz­nych, nie pod­jęto żad­nej próby opa­no­wa­nia od góry nastro­jów w armii. W tej sytu­acji nie­unik­niony był cały ciąg nie­po­ro­zu­mień. Roz­ma­ite, czę­sto zupeł­nie absur­dalne inter­pre­ta­cje abdy­ka­cji cesa­rza i wiel­kiego księ­cia (jeden z ofi­ce­rów pie­choty tłu­ma­czył na przy­kład swoim żoł­nie­rzom, że "cesarz osza­lał"), jesz­cze bar­dziej zagma­twały i zaciem­niły w umy­słach żoł­nie­rzy obraz sytu­acji. Posta­no­wi­łem odczy­tać woj­sku oba mani­fe­sty i z cał­ko­witą szcze­ro­ścią opowie­dzieć wszystko, co mi było wia­dome o cięż­kiej sytu­acji na tyłach, o nie­za­do­wo­le­niu, jakie budzili w naro­dzie liczni przed­sta­wi­ciele wła­dzy, któ­rzy oszu­ki­wali cesa­rza, utrud­nia­jąc tym samym zasto­so­wa­nie w kraju środ­ków koniecz­nych ze względu na nie­bez­pieczną wojnę. Nie znam oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­cych abdy­ka­cji cesa­rza, ale mani­fest prze­zeń pod­pi­sany my wszy­scy, któ­rzyśmy mu przy­się­gali, powin­ni­śmy byli bez szem­ra­nia wypeł­nić, tak samo jak roz­kaz wiel­kiego księ­cia Micha­iła Alek­san­dro­wi­cza, któ­remu cesarz prze­ka­zał swą wła­dzę.

Ran­kiem odczy­tano woj­sku oby­dwa akty i udzie­lono odpo­wied­nich wyja­śnień. Pierw­sze wra­że­nie można oddać jed­nym tylko sło­wem: nie­do­wie­rza­nie. Wszy­scy byli oszo­ło­mieni nie­ocze­ki­wa­nym wyda­rze­niem. Ofi­ce­ro­wie, podob­nie zresztą jak żoł­nie­rze, byli zakło­po­tani i przy­bici. Przez pierw­sze dni nawet roz­mów na ten temat było sto­sun­kowo nie­wiele, ludzie przy­ci­chli jakby w ocze­ki­wa­niu na coś, sta­rali się zro­zu­mieć i poła­pać w tym, co się dzieje w nich samych. Tylko w pew­nych gru­pach żoł­nier­skiej i urzęd­ni­czej inte­li­gen­cji (pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych, pisa­rzy, per­so­nelu medycz­nego) trium­fo­wano. Pra­cow­nicy poczty polo­wej, wśród któ­rych, nawia­sem mówiąc, znaj­do­wała się moja żona, w dniu ogło­sze­nia mani­fe­stu z rado­ści wydali uro­czy­stą kola­cję; żona, która odmó­wiła swo­jego udziału, przez prze­pie­rze­nie sły­szała pra­wie całą noc śmie­chy, buń­czuczne prze­mó­wie­nia i śpiewy.

Po dwóch dniach, obje­chaw­szy pułki, poje­cha­łem do Kiszy­niowa, do gene­rała Kry­mowa. Zasta­łem go w rado­snym, opty­mi­stycz­nym nastroju. Mimo że w całym mie­ście odby­wały się już wiece i uli­cami prze­cią­gały z czer­wo­nymi sztan­da­rami jakieś demon­stru­jące grupy, w któ­rych tra­fiali się już poje­dyn­czy żoł­nie­rze z miej­sco­wego zapa­so­wego bata­lionu, gene­rał nie przy­wią­zy­wał do tego żad­nej wagi; na­dal szcze­rze wie­rzył, że jest to prze­wrót, a nie począ­tek wszech­ro­syj­skiej "smuty". Dowo­dził z zapa­łem, że armia, unie­ru­cho­miona na fron­cie, nie zosta­nie wcią­gnięta w walkę poli­tyczną i że "byłoby o wiele gorzej, gdyby się to wszystko stało po woj­nie, a zwłasz­cza w cza­sie demo­bi­li­za­cji... Wów­czas woj­sko po pro­stu roz­bie­głoby się do domów z bro­nią w ręku i samo zaczę­łoby robić porządki".

U gene­rała zoba­czy­łem po raz pierw­szy listę człon­ków Rządu Tym­cza­so­wego. Z nich wszyst­kich sto­sun­kowo naj­bliż­szy armii był Gucz­kow -?w cza­sie kam­pa­nii japoń­skiej był w skła­dzie Czer­wo­nego Krzyża, a w ostat­nich latach prze­wod­ni­czą­cym Komi­sji Obrony w Dumie, od 1915 roku zaś stał na czele Cen­tral­nego Komi­tetu Woj­skowo-Prze­my­sło­wego. A jed­nak mia­no­wa­nie mini­strem spraw woj­sko­wych cywila, i to jesz­cze w cza­sie wojny, nie mogło nie budzić wielu wąt­pli­wo­ści. Gene­rał Kry­mow, który dobrze znał Gucz­kowa, pokła­dał w nim wiel­kie nadzieje:

-?O, Alek­sandr Iwa­no­wicz to praw­dziwy mąż stanu, zna woj­sko nie gorzej niż pan czy ja. Wąt­pię, czy roz­ma­ici Szu­wa­je­wo­wie są od niego lepsi tylko dla­tego, że całe życie prze­sie­dzieli w Mini­ster­stwie Wojny. Nie umy­wają się do niego...

Książę Lwow, znany jako pre­zes Związku Ziem­skiego, miał repu­ta­cję czło­wieka pra­wego i patrioty. Milu­kow i Szyn­ga­riow byli znani jako lide­rzy par­tii kadec­kiej i zdolni orga­ni­za­to­rzy... Były także nazwi­ska mniej znane -?Tie­riesz­czenko, Nie­kra­sow... Ale ener­gicz­nego, sil­nego czło­wieka, który zdolny byłby objąć i utrzy­mać w swych rękach chwie­jącą się wła­dzę, wśród nich wszyst­kich nie było.

Kry­mow prze­ka­zał mi rów­nież pierw­sze pio­tro­grodz­kie gazety. Infor­ma­cje o wszyst­kim, co się tam dzieje, opu­bli­ko­wane prze­mó­wie­nia nie­któ­rych człon­ków Dumy i utwo­rzo­nej żywio­łowo rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich nie zapo­wia­dały niczego dobrego. Natych­miast utwo­rzyła się dwu­wła­dza i Rząd Tym­cza­sowy naj­wi­docz­niej nie czuł się na siłach z nią wal­czyć. W prze­mó­wie­niach nawet naj­bar­dziej pra­wi­co­wych mów­ców czuło się chęć pod­szy­cia się pod rewo­lu­cyjną demo­kra­cję... Bole­śnie ugo­dziły mnie po raz pierw­szy wypo­wie­dziane słowa o koniecz­no­ści "pogo­dze­nia" ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, o tym, że od ofi­ce­rów wyma­gany będzie "sza­cu­nek dla osoby żoł­nie­rza". Mówił o tym Milu­kow w swoim prze­mó­wie­niu dru­giego marca, kiedy w salach Pałacu Tau­rydz­kiego po raz pierw­szy wspo­mniał o abdy­ka­cji cesa­rza na rzecz brata...

Następne dni potwier­dziły mój nie­po­kój; sta­wało się coraz bar­dziej jasne, że zamęt i roz­kład na tyłach rosną, że obcy armii i słabi duchem ludzie, któ­rzy sta­nęli na czele kraju, nie potra­fią uchro­nić woj­ska przed próbą wcią­gnię­cia go w brudną grę. Uka­zał się także Roz­kaz nr 19.

Któ­re­goś dnia wcze­snym ran­kiem gene­rał Kry­mow zate­le­fo­no­wał z prośbą, bym natych­miast przy­był do Kiszy­niowa:

-?Pro­szę zabrać ze sobą naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy -?uprze­dził. -?Chcę, żeby pan jesz­cze dziś wyje­chał do Pio­tro­grodu.

Zasta­łem gene­rała Kry­mowa przy pisa­niu listu. W czer­wo­nych butach, bez kurtki, sie­dział przy biurku, a wokół niego na biurku, fote­lach i pod­ło­dze leżało mnó­stwo pomię­tych papie­rów:

-?Niech pan patrzy -?rzekł, wska­zu­jąc pal­cem jakąś gazetę -?oni posza­leli, dia­bli wie­dzą, co się tam dzieje. Nie poznaję Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza (Gucz­kowa), jak może dopu­ścić, by ci pano­wie wtrą­cali się do woj­ska. Piszę do niego. Nie mogę wyje­chać sam bez wezwa­nia i zosta­wić w tej chwili dywi­zji. Pro­szę, żeby pan poje­chał i spo­tkał się z Alek­san­drem Iwa­no­wi­czem...

Zaczął mi czy­tać list. W gorz­kich, tchną­cych bólem i gnie­wem sło­wach pisał o nie­bez­pie­czeń­stwie, jakie zagraża armii, a wraz z nią całej Rosji. O tym, że armia powinna być apo­li­tyczna, o tym, że ci, któ­rzy inge­rują w sprawy armii, popeł­niają zbrod­nię wobec ojczy­zny... Nagle prze­rwał czy­ta­nie, chwy­cił się obu­rącz za głowę i zaszlo­chał... Na zakoń­cze­nie listu pro­sił Gucz­kowa, by mnie wysłu­chał, uprze­dza­jąc, że wszystko, co powiem, powiem na jego prośbę, że wyrażę jego wła­sne zda­nie. Jesz­cze tego wie­czoru wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu.

Na sta­cji Żme­rynka spo­tka­li­śmy jadący z pół­nocy pociąg kurier­ski. Wśród pasa­że­rów było kilku naocz­nych świad­ków ostat­nich wyda­rzeń w sto­licy, mię­dzy innymi szef 12. kawa­le­ryj­skiej dywi­zji baron Man­ner­heim (który póź­niej dowo­dził w Fin­lan­dii bia­łymi woj­skami). Od niego pierw­szego, jako od naocz­nego świadka, dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o ulicz­nych zamiesz­kach w sto­licy, zdra­dze­niu rządu przez oddziały woj­skowe, o mają­cych miej­sce w pierw­szych dniach zabój­stwach ofi­ce­rów. Sam baron Man­ner­heim zmu­szony był przez trzy dni ukry­wać się w mie­ście, zmie­nia­jąc miej­sce pobytu. Wśród ofiar roz­sza­la­łego tłumu i żoł­nie­rzy było kilku moich zna­jo­mych: sędziwy hra­bia Stac­kel­berg, były dowódca pułku kawa­ler­gar­dów hra­bia Meng­den, lejb-huzar hra­bia Kle­in­mi­chel... Dwaj ostatni zostali zabici w Łudze przez wła­snych żoł­nie­rzy zapa­so­wych oddzia­łów kawa­le­rii.

W Kijo­wie, ocze­ku­jąc na połą­cze­nie, poje­cha­łem odwie­dzić rodzinę guber­nial­nego mar­szałka szlachty Bez­aka. Po dro­dze widzia­łem pomnik Sto­ły­pina, strą­cony przez tłusz­czę z cokołu w pierw­szych dniach prze­wrotu. U Bez­a­ków, któ­rzy zatrzy­mali mnie na obie­dzie, pozna­łem przy­by­łego wła­śnie z Pio­tro­grodu posła do Dumy barona Ste­in­gera i dowie­dzia­łem się od niego szcze­gó­łów wyda­rzeń, jakie miały miej­sce w owych decy­du­ją­cych dniach w murach Pałacu Tau­rydz­kiego. Od niego pierw­szego usły­sza­łem pochlebną opi­nię o Kie­ren­skim. Wedle słów barona Ste­in­gera był to jedyny w skła­dzie rządu czło­wiek z tem­pe­ra­men­tem, czło­wiek zdolny opa­no­wać tłumy. Jemu wła­śnie Rosja zawdzię­czała to, że roz­lew krwi w pierw­szych dniach został w porę powstrzy­many.

Na sta­cji Bach­ma­cze wsiadł do naszego wagonu adiu­tant wiel­kiego księ­cia Miko­łaja Miko­ła­je­wi­cza, puł­kow­nik hra­bia Meng­den. Opu­ścił w Bach­ma­czach pociąg wiel­kiego księ­cia, jadą­cego z Tyflisu do Mohy­lewa, gdzie miał objąć naczelne dowódz­two. Hra­bia Meng­den jechał do Pio­tro­grodu, gdzie pozo­stała jego rodzina: żona, dzieci i brat. Jesz­cze nie wie­dział o tra­gicz­nej śmierci brata. Musia­łem speł­nić ten bole­sny obo­wią­zek i powia­do­mić go o tym. Hra­bia Meng­den powie­dział mi, że wielki książę jest już uprze­dzony o życze­niu Rządu Tym­cza­so­wego, by prze­ka­zał naczelne dowódz­two gene­ra­łowi Alek­sie­je­wowi, i że posta­no­wił dla unik­nię­cia nie­po­trzeb­nych kom­pli­ka­cji pod­po­rząd­ko­wać się temu. Uwa­ża­łem tę decy­zję wiel­kiego księ­cia za fatalną. Wielki książę był nie­zwy­kle popu­larny w woj­sku, zarówno wśród ofi­ce­rów, jak i żoł­nie­rzy. Z jego auto­ry­te­tem nie mogli się nie liczyć rów­nież wszy­scy wyżsi dowódcy: głów­no­do­wo­dzący fron­tami i dowódcy armii. On jeden mógł jesz­cze oca­lić woj­sko przed zagładą, Rząd Tym­cza­sowy nie zde­cy­do­wałby się na otwartą z nim walkę.

Sta­cja w Car­skim Siole zatło­czona była żoł­nie­rzami gwar­dii i pie­choty, więk­szość z nich nosiła czer­wone kokardy. Wielu było pija­nych. Prze­py­cha­jąc się, śmie­jąc i gło­śno roz­pra­wia­jąc, mimo pro­te­stów obsługi pociągu wła­zili do wago­nów, pełno ich było w kory­ta­rzu i wago­nie restau­ra­cyj­nym, gdzie aku­rat piłem kawę. Mały, rudawy dra­gon pułku fin­landz­kiego, o bez­czel­nej twa­rzy, z papie­ro­sem w zębach i z czer­woną kokardą przy płasz­czu, bez­ce­re­mo­nial­nie przy­siadł się do sto­lika, przy któ­rym sie­działa sio­stra miło­sier­dzia, i pró­bo­wał nawią­zać z nią roz­mowę. Obu­rzona jego zacho­wa­niem sio­stra ostro zwró­ciła mu uwagę. W odpo­wie­dzi posy­pały się rynsz­to­kowe wyzwi­ska. Zerwa­łem się, chwy­ci­łem dra­nia za koł­nierz, wywlo­kłem do wyj­ścia i kola­nem wypchną­łem na kory­tarz. W tłu­mie żoł­nie­rzy zaczęto szem­rać, ale nikt się nie odwa­żył ująć za łobu­zem.

Pierw­szą rze­czą, która zdu­miała mnie w Pio­tro­gro­dzie, była ogromna liczba czer­wo­nych kokard, któ­rymi ozdo­bili się pra­wie wszy­scy. Nosili je nie tylko wałę­sa­jący się po uli­cach żoł­nie­rze, bez broni i w roz­pię­tych płasz­czach, stu­denci, kur­sistki, kie­rowcy tak­só­wek i doroż­ka­rze, ale rów­nież ele­ganccy cywile i spora liczba ofi­ce­rów10. Tra­fiały się szy­kowne pry­watne powozy ze stan­gre­tami przy­stro­jo­nymi w czer­wone wstążki i wła­ści­cie­lami tych ekwi­paży z przy­pię­tymi do futer taki­miż kokar­dami. Sam widzia­łem kilku sta­rych, zasłu­żo­nych gene­ra­łów, któ­rzy nie zawa­hali się ozdo­bić mun­du­ro­wych płasz­czy mod­nym rewo­lu­cyj­nym kolo­rem. Spo­tka­łem mię­dzy innymi ofi­cera ze świty cesa­rza rów­nież z czer­woną kokardą, dys­tynk­cje miał wyprute z epo­le­tów; nie mogłem się powstrzy­mać, by nie wyra­zić mu mego zdu­mie­nia. Był bar­dzo zmie­szany i usi­ło­wał się wykrę­cić żar­tem: "Cóż robić, jestem teraz ubrany mod­nie, to nowa moda...". Wiele osób prze­sa­dziło w tchó­rzo­stwie, mało­dusz­no­ści i chęci przy­po­do­ba­nia się nowym wła­dzom. Przez wszyst­kie te dni cho­dzi­łem po mie­ście pie­szo w gene­ral­skim mun­du­rze z emble­ma­tami następcy tronu (oczy­wi­ście bez czer­wonej kokardy) i przez cały ten czas nikt mnie nie zacze­pił.

Tchó­rzo­stwo i lokaj­ska przy­po­chleb­ność rosyj­skiego spo­łe­czeń­stwa ujaw­niły się wyraź­nie w pierw­szych dniach "smuty" i nie tylko żoł­nie­rze, młodsi ofi­ce­ro­wie i drobni urzęd­nicy, ale nawet osoby z kół dwor­skich i człon­ko­wie rodziny panu­ją­cej sta­no­wili tego przy­kład. Już w pierw­szych godzi­nach zamętu wszy­scy opu­ścili cesa­rza. W strasz­nych chwi­lach, jakie prze­żyła cesa­rzowa i dzieci w Car­skim Siole, nikt z osób zbli­żo­nych do rodziny car­skiej nie pospie­szył im z pomocą. Wielki książę Kiriłł Wła­di­mi­ro­wicz sam przy­pro­wa­dził do Dumy mary­na­rzy gwar­dii i pospiesz­nie "zamel­do­wał się" M. Rodziance. W kilku gaze­tach poja­wił się "wywiad" wiel­kich ksią­żąt Kiriłła Wła­di­mi­ro­wicza i Miko­łaja Michaj­ło­wi­cza, w któ­rym obaj w haniebny spo­sób oczer­niali cara. Nie spo­sób było czy­tać tego bez obu­rze­nia.

Walka o wła­dzę mię­dzy Dumą a samo­zwań­czą radą dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich wciąż trwała i Rząd Tym­cza­sowy, nie czu­jąc się na siłach do pod­ję­cia otwar­tej walki, coraz głę­biej brnął w pułapkę kom­pro­mi­sów.

Gucz­kowa w Pio­tro­gro­dzie nie było. Posta­no­wi­łem na niego pocze­kać i zosta­wi­łem w Mini­ster­stwie Wojny swój adres, pro­sząc, by mnie zawia­do­miono, kiedy mini­ster wróci. Po dwóch dniach dano mi znać tele­fo­nicz­nie, że mini­ster spraw zagra­nicz­nych P. Milu­kow, zawia­do­miony o moim przy­by­ciu do Pio­tro­grodu z misją do Gucz­kowa, prosi mnie do sie­bie. Naza­jutrz rano zosta­łem przez niego bar­dzo uprzej­mie przy­jęty:

-?Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow jest nie­obecny -?powie­dział mini­ster - ale mam z nim stały kon­takt. Mogę mu prze­słać pań­ski list, posta­ram się rów­nież jak naj­do­kład­niej prze­ka­zać mu wszystko, o czym raczy mnie pan powia­do­mić. Nale­żymy z Alek­san­drem Iwa­no­wiczem do róż­nych par­tii -?dodał z uśmie­chem -?ale teraz, jak panu wia­domo, róż­nych par­tii nie ma i być nie może.

Prze­ka­za­łem list gene­rała Kry­mowa mini­strowi i jak naj­do­kład­niej przed­sta­wi­łem mu swój pogląd na nie­bez­pie­czeń­stwo, jakie grozi armii w zaist­nia­łej sytu­acji. Pod­kre­śli­łem, że obec­nie, kiedy szcze­gól­nie nie­odzowna jest twarda dys­cy­plina, należy wszel­kimi spo­so­bami utrzy­mać pre­stiż prze­ło­żo­nych, że ostat­nie roz­kazy roz­przę­gają dys­cy­plinę w woj­sku i same two­rzą prze­paść mię­dzy kadrą ofi­cer­ską a żoł­nie­rzami, że doma­ga­nie się dys­cy­pliny jedy­nie "w sze­re­gach" jest szko­dliwe i bez­sen­sowne.

-?Toczy się wojna i wszy­scy, ofi­ce­ro­wie i sze­re­gowcy, gdzie­kol­wiek się znaj­du­jemy: w oko­pach, w rezer­wie czy na głę­bo­kich tyłach, w isto­cie przez cały czas peł­nimy służbę i znaj­du­jemy się "w sze­re­gach". Nowe prawa dla żoł­nie­rzy, wymóg zwra­ca­nia się do nich per "wy", prawo odwie­dza­nia miejsc publicz­nych, pale­nia itd. dobremu żoł­nie­rzowi nie są w obec­nej chwili potrzebne. Pro­sty Rosja­nin od dziecka przy­wykł do mówie­nia mu "ty" i nie widzi w tym żad­nej dla sie­bie obrazy; w oko­pach i na popa­sach rosyj­scy ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze żyją razem, jedzą z jed­nego kotła i przy­pa­lają jeden dru­giemu papie­rosy -?prawo odwie­dza­nia lokali, pale­nia i inne swo­body wyko­rzy­stają tylko tacy żoł­nie­rze jak ci, któ­rzy wałę­sają się teraz po uli­cach Pio­tro­grodu.

Mini­ster słu­chał mnie bar­dzo uważ­nie, przez cały czas robiąc zapi­ski w note­sie.

-?To bar­dzo inte­re­su­jące, co pan mówi, prze­każę to dokład­nie Alek­san­drowi Iwa­no­wi­czowi Gucz­ko­wowi. Muszę jed­nak zazna­czyć, że posia­dane przez nas infor­ma­cje i to, co sły­szymy tu od przed­sta­wi­cieli armii, znacz­nie się od sie­bie róż­nią.

-?Moż­liwe -?odpar­łem. -?Pozwoli pan jed­nak, że zapy­tam, o jakich przed­sta­wi­cie­lach armii raczy pan mówić. O tych, któ­rzy zasia­dają w radzie dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich, nie wia­domo przez kogo wybrani i mia­no­wani, czy o tych, któ­rych widzia­łem wła­śnie na uli­cach, przy­stro­jo­nych czer­wo­nymi kokar­dami. Pro­szę mi wie­rzyć, że spo­śród dobrych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy w Pio­tro­gro­dzie prze­by­wają teraz tylko ci, któ­rzy leżą w laza­re­tach i raczej nie mogą być pań­skimi infor­ma­to­rami. Nie wąt­pię, że wszy­scy pozo­stali, któ­rzy się tu przy­pad­kowo zna­leźli, już podą­żyli do swych macie­rzy­stych oddzia­łów.

-?Oczy­wi­ście, nie mogę się na ten temat wypo­wie­dzieć zde­cy­do­wa­nie, Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow jest w tej chwili bar­dziej kom­pe­tentny niż ja. Praw­do­po­dob­nie po powro­cie zechce się z panem zoba­czyć oso­bi­ście. Na razie zapew­niam pana, że prze­każę szcze­gó­łowo wszystko, co od pana usły­sza­łem...

Po powro­cie do domu zasta­łem depe­szę od gene­rała Kry­mowa. Zawia­da­miał mnie, że mini­ster wojny wezwał go do Pio­tro­grodu, że jestem wyzna­czony cza­sowo na dowódcę dywi­zji i że mam natych­miast wra­cać do Kiszy­niowa. Z wiel­kim tru­dem zdo­by­łem bilet i jesz­cze tego wie­czoru wyje­cha­łem z Pio­tro­grodu.

Pięt­na­stego marca przy­by­łem do Kiszy­niowa. Gene­rał Kry­mow, nie docze­kaw­szy się mnie, wyje­chał poprzed­niego dnia wraz z sze­fem sztabu dywi­zji, puł­kow­ni­kiem Sama­ri­nem. Puł­kow­nik Sama­rin po przy­jeź­dzie do Pio­tro­grodu został mia­no­wany sze­fem gabi­netu w Mini­ster­stwie Wojny; jego zastępcą oka­zał się pod­puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Połkow­ni­kow, Kozak doń­ski, który objął służbę w kilka dni po moim powro­cie. Pod­puł­kow­nik Połkow­ni­kow, który póź­niej, po puczu Kor­ni­łowa, zna­lazł się na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego i ode­grał w dniach upadku Rządu Tym­cza­so­wego tak smutną rolę, na sta­no­wi­sku szefa sztabu dywi­zji wyka­zał się talen­tem, roz­sąd­kiem i ener­gią.

Prze­ży­wa­li­śmy ciężki okres. Wła­dza coraz bar­dziej wymy­kała się z rąk Rządu Tym­cza­so­wego. Nie miał on siły prze­ciw­sta­wić się rosz­cze­niom rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich.

W woj­sku wszy­scy wyraź­nie odczu­wali groźne następ­stwa tej sła­bo­ści i roz­te­rek wła­dzy i instynk­tow­nie usi­ło­wali tę wła­dzę wzmoc­nić. Wiele oddzia­łów woj­sko­wych wysto­so­wało do pre­miera pisma, w któ­rych wyra­żało goto­wość popar­cia nowej wła­dzy i zwal­cza­nia wszel­kich prób wywo­ła­nia anar­chii w kraju. Podobne rezo­lu­cje uchwa­liły także wszyst­kie pułki dywi­zji ussu­ryj­skiej.

Nie­stety, Rząd Tym­cza­sowy nie potra­fił i widocz­nie nie chciał sko­rzy­stać z pro­po­no­wa­nej mu przez samo woj­sko pomocy. Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow, który w tym cza­sie wizy­to­wał głów­no­do­wo­dzą­cych fron­tów, przyj­mu­jąc dele­ga­cje róż­nych oddzia­łów, nie­odmien­nie zapew­niał gło­śno, że rząd nie potrze­buje żad­nej pomocy, że nie ist­nieje żadna dwu­wła­dza, że prace rządu i rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich prze­bie­gają w cał­ko­wi­tej har­mo­nii.

Brak było zde­cy­do­wa­nia i jed­no­ści rów­nież wśród wyż­szego dowódz­twa armii. Zamiast się poro­zu­mieć i razem zde­cy­do­wa­nie sta­nąć w obro­nie powie­rzo­nych im wojsk, wyżsi dowódcy dzia­łali każdy na wła­sną rękę, nie bio­rąc pod uwagę wspól­nego dobra. Pod­czas gdy gene­rał hra­bia Kel­ler, odmó­wiw­szy zło­że­nia przy­sięgi Rzą­dowi Tym­cza­so­wemu, odbie­rał przy dźwię­kach hymnu pań­stwa poże­gnalną defi­ladę swych sta­rych puł­ków, gene­rała Bru­si­łowa nie­śli przed fron­tem woj­ska na obwie­szo­nym czer­wo­nymi kokar­dami fotelu rewo­lu­cyjni żoł­nie­rze...

Sie­dem­na­stego marca przy­pa­dało święto puł­kowe amur­skiego pułku Koza­ków. Pułk ten został wcie­lony do składu dywi­zji sto­sun­kowo nie­dawno -?wio­sną 1916 roku -?i swą orga­ni­za­cją wewnętrzną w kło­po­tliwy spo­sób odbie­gał od orga­ni­za­cji innych puł­ków dywi­zji. Rok temu, kiedy pułk znaj­do­wał się w Pio­tro­gro­dzie w woj­skach ochrony, miało w nim miej­sce gło­śne wyda­rze­nie -?Kozacy zabili swego ofi­cera. Kozacy amur­scy, dosko­nali żoł­nie­rze, byli prze­waż­nie ludźmi gwał­tow­nymi i krnąbr­nymi. Dowódcą pułku był puł­kow­nik Syczew. W cza­sie parady, pod­jeż­dża­jąc do sto­ją­cego w sze­re­gach pułku, ze zdzi­wie­niem zoba­czy­łem zamiast odznak sotni czer­wone flagi. Do spo­rzą­dze­nia tych flag Kozacy zużyli praw­do­po­dob­nie to, co mieli pod ręką i sztan­dar jed­nej sotni wyraź­nie zdra­dzał, że zro­biono go z czer­wonej per­ka­lo­wej spód­nicy w jakieś cętki. Dowódca pod­je­chał konno z rapor­tem, orkie­stra zagrała Mar­sy­liankę. Przy­ją­łem raport i zapy­ta­łem dowódcę, co zna­czy ta maska­rada, na co usły­sza­łem nie­ocze­ki­waną odpo­wiedź: "Kozacy tego zażą­dali". Oświad­czy­łem puł­kow­nikowi Sycze­wowi, że nie uwzględ­nię żad­nych "żądań" pod­wład­nych, iż regu­la­min prze­glądu wojsk przez wyż­szych dowód­ców wyraź­nie mówi, że pułk obo­wią­zany jest grać mar­sza puł­kowego i że kolor odznak każ­dej sotni jest usta­lony. Prze­je­cha­łem wzdłuż frontu, powi­ta­łem sot­nie i zło­ży­łem im życze­nia z oka­zji święta, po czym, sta­nąw­szy przed fron­tem pułku, zwró­ci­łem się do Koza­ków:

-?Spo­dzie­wa­łem się ujrzeć wasz sławny pułk pod sta­rym sztan­da­rem, a sot­nie z ich bojo­wymi odzna­kami, pod któ­rymi pole­gło boha­ter­ską śmier­cią tylu sław­nych amur­skich Koza­ków. Pod tymi odzna­kami chcia­łem zebrać was dzi­siaj i wypić z wami na cześć amur­skiego woj­ska i amur­skiego pułku, ale pod czer­woną kiecką sie­dzieć nie będę i nie mogę spę­dzić z wami dzi­siej­szego dnia.

Ostro zawró­ci­łem konia i poje­cha­łem do domu.

Tego samego dnia wyda­łem dywi­zji roz­kaz, w któ­rym udzie­li­łem nagany dowódcy pułku amur­skiego za nie­do­pil­no­wa­nie prze­strze­ga­nia regu­la­minu. Puł­kow­nik Syczew, za popar­ciem kwa­ter­mi­strza esauła Gor­die­jewa, pijaka i mar­nego ofi­cera, usi­ło­wał nasta­wić pułk prze­ciwko mnie, wmó­wić ofi­ce­rom i żoł­nie­rzom, że obra­zi­łem pułk, a zatem całe amur­skie kozac­two. Nie jestem Koza­kiem i wła­śnie dla­tego obra­żam Koza­ków -?krótko mówiąc zabrzmiało to jak refren, który potem nucili tak czę­sto wodzo­wie "samo­stij­nego" kozac­twa11. Gdy tylko usły­sza­łem o nie­do­pusz­czal­nym zacho­wa­niu dowódcy pułku i jego pomoc­nika, nie­zwłocz­nie wyda­łem roz­kaz o zdję­ciu obu ze sta­no­wisk i pole­ce­nie, by jesz­cze tego samego dnia opu­ścili dywi­zję. Przy­je­cha­łem do pułku amur­skiego, zebra­łem ofi­ce­rów, wyja­śni­łem im sprawę i wygło­si­łem swoją opi­nię na ten temat. Dowódz­two pułku powie­rzy­łem Połkow­ni­ko­wowi (został póź­niej zatwier­dzony na tym sta­no­wisku za wsta­wien­nic­twem gene­rała Kry­mowa), a w kwe­stii postę­po­wa­nia puł­kow­nika Syczewa i esauła Gor­die­jewa roz­kazałem dowódcy 2. bry­gady gene­ra­łowi Żele­zno­wowi prze­pro­wa­dzić śledz­two i skie­ro­wać sprawę do sądu.

Po tym wypadku żad­nych rewo­lu­cyj­nych demon­stra­cji w oddzia­łach nie było, mimo iż wkrótce w ner­czyń­skim pułku kozac­kim zda­rzył się incy­dent, który mógł do nich spro­wo­ko­wać. Jed­nym z ofi­ce­rów pułku ner­czyń­skiego był odko­men­de­ro­wany do pułku, nie­dawno awan­so­wany na ofi­cera, młody chło­piec, pra­wie dziecko, kor­net Zorin. Nie­zwy­kle ner­wowy i wraż­liwy, bole­śnie prze­ży­wał wszystko, co działo się w woj­sku. Któ­rejś nocy w cza­sie peł­nie­nia warty, obcho­dząc kwa­tery, usły­szał w jed­nej z chat hałas i krzyki. W chwili, kiedy otwo­rzył drzwi i już miał prze­stą­pić próg, z sieni wysko­czył na niego jakiś Kozak, ode­pchnął kor­neta i usi­ło­wał prze­ci­snąć się przez drzwi. Zasko­czony, myśląc, że to napaść na niego, kor­net Zorin wycią­gnął rewol­wer i strze­lił do Kozaka, zabi­ja­jąc go na miej­scu. Po chwili wszystko się wyja­śniło. Oka­zało się, że nikt nie miał zamiaru napa­dać na ofi­cera, Kozacy pili w cha­cie, usły­szeli kroki i bojąc się, by ich nie przy­ła­pano na gorą­cym uczynku, rzu­cili się do ucieczki, a jeden z nich nadział się na wcho­dzą­cego Zorina. Nie­szczę­sny Zorin, opa­mię­taw­szy się, o mało nie popeł­nił samo­bój­stwa. Dowie­dzia­łem się o zaj­ściu wcze­snym ran­kiem i natych­miast poje­cha­łem do pułku. Śledz­two było już zakoń­czone. Wyni­kało z niego, że ofi­cer nie miał żad­nych pod­staw do uży­cia broni. Jed­no­cze­śnie było to jawne naru­sze­nie regu­la­minu ze strony Koza­ków. Zebra­łem pułk i oznaj­mi­łem swoją decy­zję: "Kor­net Zorin zosta­nie posta­wiony przed sądem za uży­cie broni bez wyraź­nych pod­staw. Dowódca sotni, w któ­rej zaj­ście miało miej­sce, otrzyma naganę, wach­mistrz i plu­to­nowi zostaną zde­gra­do­wani". Jed­no­cze­śnie odko­men­de­ro­wa­łem kor­neta Zorina do jego macie­rzy­stego pułku, by stwo­rzyć moż­li­wość bez­stron­nego roz­pa­trze­nia tej sprawy. Zaraz też zarzą­dzi­łem w pułku ostrą musz­trę konną i podzię­ko­waw­szy Koza­kom, wró­ci­łem do sztabu. Pogrzeb Kozaka, za któ­rego trumną szli wszy­scy ofi­cerowie z dowódcą pułku na czele, odbył się zupeł­nie spo­koj­nie, a wypa­dek nie miał żad­nych następstw.

Trzy­dzie­stego marca wró­cił gene­rał Kry­mow, mia­no­wany dowódcą 3. kor­pusu kon­nego na miej­sce hra­biego Kel­lera.

Pierw­sze dzia­ła­nia Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza Gucz­kowa w roli mini­stra wojny zazna­czyły się maso­wymi odwo­ła­niami wyż­szych dowód­ców -?jed­nym pocią­gnię­ciem pióra skre­ślono ze składu armii 143 wyż­szych ofi­ce­rów, na miej­sce któ­rych mia­no­wano nowych, nie licząc się ze star­szeń­stwem. Posu­nię­cie to oka­zało się nie­wy­ba­czal­nym błę­dem. Co prawda pośród zwol­nio­nych było sporo osób nie­na­da­ją­cych się i mało kom­pe­tent­nych, które trzy­mały się armii tylko dla­tego, że gdzieś miały popar­cie, nie­mniej jed­nak odwo­ła­nie tak ogrom­nej liczby dowód­ców poszcze­gól­nych oddzia­łów i wyż­szych woj­sko­wych for­ma­cji i jed­no­cze­śnie zastą­pie­nie ich ludźmi obcymi tym oddzia­łom, nie mogły się nie odbić na dys­cy­pli­nie wewnętrz­nej i goto­wo­ści bojo­wej armii.

Od gene­rała Kry­mowa dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o krwa­wych zaj­ściach kronsz­tadz­kich, które kosz­to­wały życie naj­lep­szych ofi­ce­rów Floty Bał­tyc­kiej pole­głych z rąk mary­na­rzy12. Gene­rał Kry­mow po spo­tka­niu z Gucz­ko­wem, Rodzianką, Tie­riesz­czenką i innymi swymi poli­tycz­nymi przy­ja­ciółmi wró­cił znacz­nie pod­nie­siony na duchu. Twier­dził, że Rząd Tym­cza­sowy, mimo pozor­nej sła­bo­ści, jest dość silny, by ująć sprawy w swoje ręce. Koniecz­ność taką rze­komo uświa­da­miali sobie w pełni człon­ko­wie rządu. Głów­nego popar­cia dla Rządu Tym­cza­so­wego, oprócz sze­ro­kich krę­gów spo­łe­czeń­stwa i znacz­nej czę­ści armii mieli, zda­niem gene­rała Kry­mowa, udzie­lić Kozacy. Pokła­dał on w kozac­twie wiel­kie nadzieje i mówił wprost, że "teraz trzeba posta­wić na Koza­ków". Chcąc zacho­wać pod swą komendą macie­rzy­stą dywi­zję i "posta­wić na Koza­ków", gene­rał Kry­mow uzy­skał zgodę na wcie­le­nie ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej w skład 3. kor­pusu kon­nego w zamian za dosko­nałą 12. dywi­zję kawa­le­ryj­ską.

Z chwilą zatwier­dze­nia gene­rała Kry­mowa na sta­no­wi­sku dowódcy 3. kor­pusu kon­nego zosta­łem mia­no­wany dowódcą ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej.

Nie podzie­la­łem nadziei, jakie pokła­dał gene­rał Kry­mow w Koza­kach. Dzie­ciń­stwo i lata mło­dzień­cze spę­dzi­łem nad Donem, w cza­sie wojny japoń­skiej byłem w sze­re­gach zabaj­kal­skiego pułku kozac­kiego, pod­czas obec­nej wojny dowo­dzi­łem kozac­kim puł­kiem, bry­gadą i dywi­zją, w skład któ­rych wcho­dziły pułki trzech kozac­kich wojsk, toteż świet­nie ich zna­łem. Sądzi­łem, że z łatwo­ścią mogą się stać narzę­dziem w rękach okre­ślo­nych poli­tycz­nych śro­do­wisk kozac­kich. Wła­ściwe Koza­kom od wie­ków dąże­nie do zazna­cza­nia swo­jej odręb­no­ści sta­no­wiło obec­nie, kiedy znaczna część armii skła­dała się z Koza­ków, a oddziały kozac­kie sta­no­wiły wiele regu­lar­nych dywi­zji, spore nie­bez­pie­czeń­stwo.

Uwa­ża­łem, że walka z roz­kła­dem armii winna pójść innymi dro­gami, że winna pole­gać nie na sta­wia­niu na jakąś jej część, ale na zjed­no­cze­niu wyż­szego dowódz­twa i kon­so­li­da­cji całego woj­ska. Ale gene­rała Kry­mowa trudno było prze­ko­nać. Był zafa­scy­no­wany nowym pomy­słem. Natych­miast wyko­rzy­stały to pewne siły -?w puł­kach wśród ofi­ce­rów wyraź­nie zary­so­wał się podział na Koza­ków i nie-Koza­ków. W ner­czyń­skim pułku kozac­kim, w któ­rym było szcze­gól­nie wielu ofi­ce­rów prze­nie­sio­nych z regu­lar­nych oddzia­łów, pro­blem ten stał się bar­dzo ostry. Kilku ofi­ce­rów zło­żyło raporty o prze­nie­sie­nie do oddzia­łów regu­lar­nych.

Posta­no­wi­łem otwar­cie pomó­wić o tym z gene­ra­łem Kry­mo­wem:

-?Alek­san­drze Michaj­ło­wi­czu, nie podzie­lam pań­skich nadziei zwią­za­nych z Koza­kami. Daj Boże, żebym się mylił. W każ­dym razie, jeżeli sta­wia pan na nich, należy uni­kać wszyst­kiego, co w taki czy inny spo­sób mogłoby wpro­wa­dzić zamęt. Ja sam nie jestem Koza­kiem, więk­szą część służby odby­łem w oddzia­łach regu­lar­nych, wąt­pię więc, czy w tych warun­kach był­bym przy­datny jako pań­ski naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik...

Gene­rał Kry­mow rozu­miał to widocz­nie i nie sta­rał się mnie zatrzy­mać. Zapro­po­no­wał, że napi­sze do mini­stra wojny i szefa sztabu głów­no­do­wo­dzą­cego, aby skie­ro­wano mnie do regu­lar­nej dywi­zji.

Poże­gnaw­szy się z pri­mor­skim puł­kiem dra­go­nów i macie­rzy­stym puł­kiem ner­czyń­skim, który zgo­to­wał mi ser­deczne poże­gna­nie, 5 kwiet­nia, w pierw­szy dzień Wiel­ka­nocy, wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu.

Pierwsze kroki nowego rządu

W Pio­tro­gro­dzie pano­wało nie­zwy­kłe oży­wie­nie. Od wcze­snego rana do póź­nej nocy po uli­cach prze­wa­lały się tłumy. Więk­szość sta­no­wili woj­skowi. W żad­nych kosza­rach nie odby­wały się ćwi­cze­nia i żoł­nie­rze cały dzień i więk­szą część nocy spę­dzali na ulicy. Czer­wone kokardy utra­ciły już urok nowo­ści i w porów­na­niu z pierw­szymi dniami rewo­lu­cji widziało się ich mniej, ale za to wzro­sły chyba nie­ład i ogólne roz­pa­sa­nie. Bez broni, prze­waż­nie w roz­pię­tych płasz­czach, z papie­ro­sami w zębach i kie­sze­niami peł­nymi pestek, żoł­nie­rze całymi gru­pami włó­czyli się po tro­tu­arach, nikomu nie odda­jąc hono­rów i potrą­ca­jąc prze­chod­niów. Łuska­nie pestek stało się w tych dniach, nie wia­domo dla­czego, sta­łym zaję­ciem "rewo­lu­cyj­nego ludu", a ponie­waż od czasu nasta­nia "swo­body" ulic pra­wie nie sprzą­tano, chod­niki i jezd­nie były cał­ko­wi­cie pokryte łuskami. Z więk­szo­ści aptek i szyl­dów dostaw­ców dworu tłusz­cza w chęci znisz­cze­nia "nie­na­wist­nych oznak samo­dzier­ża­wia" już w pierw­szych dniach rewo­lu­cji zerwała orły i budynki z nich ogo­ło­cone robiły wra­że­nie jakichś ruin.

W Pałacu Tau­rydz­kim, w Dumie Miej­skiej, we wszyst­kich loka­lach publicz­nych, na pla­cach i skrzy­żo­wa­niach ulic całymi dniami odby­wały się wiece. Były to istne bacha­na­lie gadul­stwa. Zda­wało się, że mil­czący latami miesz­czuch usi­łuje się teraz naga­dać do syta, nad­ro­bić stra­cony czas. Nie­ustan­nie w jakiejś restau­ra­cji, teatrze, kine­ma­to­gra­fie, w cza­sie antraktu albo mię­dzy dwoma muzycz­nymi nume­rami, jakiś zapa­lony mówca wła­ził na krze­sło i zaczy­nał prze­ma­wiać. Odpo­wia­dał mu drugi, trzeci i zaczy­nał się swo­isty wiec. Szpalty gazet wypeł­niały prze­mó­wie­nia człon­ków Rządu Tym­cza­so­wego, człon­ków rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich, wypo­wie­dzi róż­nego rodzaju dele­ga­cji. Tematy były zawsze jedne i te same: potę­pie­nie sta­rego reżymu, apo­lo­gia "bez­kr­wa­wej rewo­lu­cji", nawo­ły­wa­nie do "kon­ty­nu­owa­nia walki do zwy­cię­skiego końca" (hasła "pokój bez anek­sji i kon­try­bu­cji" wtedy jesz­cze nie sfor­mu­ło­wano), radość ze "zdo­by­czy rewo­lu­cji". Rato­wać Rosji już nie zamie­rzano, mówiono tylko o rato­wa­niu tychże "zdo­by­czy rewo­lu­cji". For­mułka ta stała się bar­dzo popu­larna i w mimo­wol­nym dąże­niu do uczy­nie­nia jej bar­dziej strawną prze­ro­biono ją na "rato­wa­nie rewo­lu­cji", co było już zupeł­nie bez­sen­sowne.

Walka mię­dzy Rzą­dem Tym­cza­so­wym a radą dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich trwała. Należy oddać spra­wie­dli­wość ele­men­tom lewi­co­wym - dzia­łali zde­cy­do­wa­nie i zmie­rzali pro­sto do nakre­ślo­nego celu. Rząd Tym­cza­sowy -?zwłasz­cza jego część pra­wi­cowa -?prze­ciw­nie, przez cały czas wyraź­nie uni­kał zde­cy­do­wa­nych dzia­łań i słów, szu­kał "kom­pro­misu" i pod­szy­wał się pod "rewo­lu­cyjną demo­kra­cję"... Pod­czas gdy "powszechna amne­stia" objęła nie tylko byłych rewo­lu­cjo­ni­stów, ale i jaw­nych agen­tów nie­miec­kiego Sztabu Gene­ral­nego, pod­czas gdy bol­sze­wicy, z Leni­nem na czele, przy­byli wprost z Nie­miec, w biały dzień zajęli dom tan­cerki Krze­siń­skiej na pro­spek­cie Kamien­no­ostrow­skim i prze­ma­wiali z bal­konu do tłumu słu­cha­czy, nawo­łu­jąc do hanieb­nego pokoju, a Rząd Tym­cza­sowy nie śmiał ich aresz­to­wać -?w Twier­dzy Pie­tro­paw­łow­skiej zamy­kano byłych mini­strów, wyso­kich urzęd­ni­ków i inne osoby tylko dla­tego, że byli oni nie­wy­godni dla "rewo­lu­cyj­nej demo­kra­cji". W cza­sie gdy prasa lewi­cowa otwar­cie pro­wa­dziła pro­pa­gandę mającą na celu roz­kład armii, gazety pra­wi­cowe były kon­fi­sko­wane i zamy­kane. Na Kry­mie z roz­kazu Rządu Tym­cza­so­wego po roz­po­rzą­dze­niu puł­kow­nika Wier­chow­skiego prze­pro­wa­dzano rewi­zje u człon­ków rodziny cesar­skiej.

Nie unik­nęła rewi­zji nawet sędziwa cesa­rzowa Maria Fio­do­rowna. Agenci weszli do jej sypialni i grze­bali w rze­czach, mimo że cesa­rzowa leżała w łóżku. Jed­no­cze­śnie prze­pro­wa­dzono rewi­zje u osób pry­wat­nych prze­by­wa­ją­cych w Jał­cie, mię­dzy innymi u mojej żony. Ode­brano jej moje listy, w któ­rych oczy­wi­ście niczego nie zna­le­ziono.

Ci, któ­rzy wczo­raj obwi­niali starą wła­dzę o sła­bość, prze­moc i nie­udol­ność w radze­niu sobie z postę­pu­jącą ruiną, dzi­siaj, sta­nąw­szy u steru, sami nie potra­fili pokie­ro­wać kra­jem. Mani­ło­wo­wie czy Chle­sta­ko­wo­wie nie potra­fili wyjść poza piękne słowa i w nie­uchron­nym biegu wyda­rzeń zmu­szeni byli oddać wła­dzę siłom bar­dziej aktyw­nym13.

Dwu­dzie­stego kwiet­nia po raz pierw­szy wystą­piła "czer­wona gwar­dia" - uzbro­jeni robot­nicy fabryczni. Rząd nie odwa­żył się wysłać prze­ciwko nim woj­ska. Poje­dyn­cze star­cia gwar­dii z tłu­mem na skrzy­żo­wa­niu Michaj­łow­skiej i New­skiego pocią­gnęły za sobą kilka ofiar w ludziach. W cza­sie walki byłem aku­rat w Hotelu Euro­pej­skim. Tłum w panice ucie­kał w stronę placu Michaj­łow­skiego, doroż­ka­rze pędzili okła­da­jąc konie. Gro­mady brud­nych obdar­tych robot­ni­ków w kasz­kie­tach i mięk­kich kape­lu­szach, prze­waż­nie o zwie­rzę­cych, nazna­czo­nych występ­kiem twa­rzach, uzbro­jone w kara­biny, cią­gnęły środ­kiem New­skiego śpie­wa­jąc Mię­dzy­na­ro­dówkę. Dokoła sły­szało się pełne obu­rze­nia komen­ta­rze -?było jasne, że zde­cy­do­wane kroki rządu u więk­szo­ści zyska­łyby tylko popar­cie.

Pie­szo prze­sze­dłem ulicą Mojka do domu mini­stra wojny, żeby się zoba­czyć z puł­kow­ni­kiem Sama­ri­nem, sze­fem gabi­netu Gucz­kowa. Zasta­łem u niego puł­kow­nika Bara­now­skiego (który póź­niej objął to sta­no­wi­sko przy Kie­ren­skim). Opo­wie­dzia­łem im, co przed chwilą widzia­łem i wyra­zi­łem zdu­mie­nie, że wła­dze woj­skowe pozo­stają bez­czynne.

-?Rząd nie może dopu­ścić do roz­lewu rosyj­skiej krwi -?odpo­wie­dział Sama­rin. -?Gdyby na roz­kaz rządu doszło do tego, rząd utra­ciłby całą siłę moralną w oczach narodu.

Zro­zu­mia­łem, że nie mamy o czym mówić...

Naza­jutrz rada dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich oznaj­miła, że woj­sko nie może zostać wypro­wa­dzone z koszar, jeżeli roz­kaz władz woj­skowych nie będzie poparty zgodą rady. Pią­tego maja odbyła się potężna mani­fe­sta­cja wier­nych rzą­dowi oddzia­łów, mająca na celu popar­cie rządu prze­ciw radom. Mani­fe­sta­cja prze­bie­gła bez zakłó­ceń i jesz­cze raz wyka­zała, że by­naj­mniej nie wszy­scy "rewo­lu­cyjną demo­kra­cję" popie­rają. Ale i tym razem nie­udolny i bez­wolny rząd nie potra­fił tego wyko­rzy­stać.

Należy powie­dzieć gwoli prawdy, że z wyjąt­kiem ele­men­tów socja­li­stycz­nych z jed­nej strony i poje­dyn­czych osób, głów­nie woj­sko­wych, z dru­giej nie­udol­ność i brak woli prze­ja­wiało w jed­na­ko­wym stop­niu całe spo­łe­czeń­stwo. Zagu­bie­nie i obo­jęt­ność, tak cha­rak­te­ry­styczne dla Rosjan, nie­umie­jęt­ność poro­zu­mie­nia się i zor­ga­ni­zo­wa­nia, jakaś nie­po­jęta nie­fra­so­bli­wość i gada­tli­wość na każ­dym kroku rzu­cały się w oczy. Wszy­scy mówili o koniecz­no­ści zor­ga­ni­zo­wa­nia się, wszy­scy stwa­rzali wra­że­nie, że kon­spi­rują, ale nic kon­kret­nie się nie działo. Pró­bo­wali się zor­ga­ni­zo­wać rów­nież ofi­ce­ro­wie, ale cho­ciaż nowo powstały zwią­zek ofi­ce­rów w szta­bie, w bez­po­śred­niej bli­sko­ści frontu i pod kie­run­kiem gene­rała Alek­sie­jewa i gene­rała Deni­kina, rze­czy­wi­ście pro­wa­dził poży­teczną robotę, to w Pio­tro­gro­dzie te prace prze­bie­gały w atmos­fe­rze, która mogła jedy­nie zachwiać pre­sti­żem armii14.

Już na samym początku spo­śród człon­ków związku wyło­niła się grupa "apro­bu­ją­cych rewo­lu­cję", któ­rzy posta­no­wili na tej rewo­lu­cji zro­bić kariery. Jedną z głów­nych postaci tej grupy był puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Gusz­czin, kozak doń­ski, który wykła­dał wów­czas w Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, a w pierw­szych dniach rewo­lu­cji poja­wił się na kate­drze przy­stro­jony czer­woną kokardą i z pato­sem oznaj­mił słu­cha­czom:

-?Zrzu­ci­łem maskę, macie przed sobą ofi­cera repu­bli­ka­nina.

W związku pio­tro­grodz­kim pro­wa­dził haniebną dema­go­giczną grę. Prze­ma­wia­jąc do żoł­nie­rzy, w imie­niu rosyj­skiej kadry ofi­cer­skiej pro­sił ich, by "nie odtrą­cali od sie­bie skru­szo­nych rosyj­skich ofi­ce­rów". Wygła­szał hała­śliwe prze­mó­wie­nia, walił się w piersi i bła­zno­wał...

"Posta­wił na rewo­lu­cję" także mój dawny kolega z pułku, w tym cza­sie szef 1. dywi­zji kawa­le­rii, gene­rał Biskup­ski. Odważny i zdolny ofi­cer, cał­kiem nie­głupi i ogrom­nie ambitny, owład­nięty pra­gnie­niem bycia pierw­szym zawsze i wszę­dzie, Biskup­ski przez długi czas wodził rej w pułku i cie­szył się wśród kole­gów wiel­kim mirem. Oże­nił się ze znaną śpie­waczką, wyko­naw­czy­nią roman­sów Wial­cewą i długo uda­wało mu się ukry­wać to mał­żeń­stwo i pozo­sta­wać w pułku. Jed­nak taka fał­szywa sytu­acja długo trwać nie mogła i na dwa lata przed wojną Biskup­ski w ran­dze puł­kow­nika prze­szedł do rezerwy. Zajął się inte­re­sami, zakła­dał jakieś towa­rzy­stwa akcyjne mające wydo­by­wać ropę naf­tową na Dale­kim Wscho­dzie, wcią­gnął w ten inte­res kilku byłych kole­gów i wresz­cie gorzko za to odpo­ku­to­wał razem z nimi. Owdo­wiaw­szy, wstą­pił do irkuc­kiego pułku huza­rów i, szybko awan­su­jąc, po dwóch latach wojny dowo­dził już dywi­zją. Do Pio­tro­grodu tra­fił jako dele­gat rady dele­gatów żoł­nier­skich jed­nej z armii. Stale wystę­po­wał z prze­mó­wie­niami, z upo­waż­nie­nia rady wraz z kil­koma żoł­nie­rzami jeź­dził na roz­mowy z rewo­lu­cyj­nym gar­ni­zo­nem kronsz­tadz­kim i marzył, by go wybrano na prze­wod­ni­czą­cego sek­cji woj­sko­wej rady. Jak się nale­żało spo­dzie­wać, nic z tego nie wyszło, wybrano jakie­goś fel­czera i Biskup­ski wkrótce wyje­chał z Pio­tro­grodu.

Miesz­ka­łem w Pio­tro­gro­dzie, cze­ka­jąc na skie­ro­wa­nie do armii. Przy­glą­da­łem się z bli­ska wszyst­kiemu, co się działo, i widzia­łem, że tylko sta­now­cze i nie­ustę­pliwe dzia­ła­nie może poło­żyć kres dal­szemu roz­bi­ciu kraju. Ani w skła­dzie rządu, ani pośród ota­cza­ją­cych go dzia­ła­czy spo­łecz­nych nie było czło­wieka, który mógłby to uczy­nić. Nale­żało go szu­kać w woj­sku, wśród nie­licz­nych popu­lar­nych dowód­ców. Głosu takiego wodza, mają­cego popar­cie w armii, kraj musiałby posłu­chać, a jego sta­now­cze roz­kazy, poparte bagne­tami, zosta­łyby wyko­nane. Bio­rąc pod uwagę sytu­ację poli­tyczną, nazwi­sko takiego przy­wódcy musia­łoby być dosta­tecz­nie "demo­kra­tyczne". Zna­łem tylko dwa takie nazwi­ska: zna­nego całej armii, pra­wego, suro­wego dla sie­bie i innych, twar­dego i odważ­nego dowódcę 9. armii, gene­rała Leczyc­kiego, i kocha­nego przez woj­sko, boha­tera walk kar­pac­kich, gene­rała Kor­ni­łowa, który nie­dawno doko­nał bra­wu­ro­wej ucieczki z nie­przy­ja­ciel­skiej nie­woli. Pierw­szy z nich, nie mogąc się pogo­dzić z nowymi porząd­kami, wła­śnie opu­ścił armię i miesz­kał jako osoba pry­watna w sto­licy; drugi w opi­sy­wa­nym okre­sie stał na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego i jego sta­no­wi­sko było szcze­gól­nie korzystne dla sprawy.

Orga­ni­za­cja woj­skowa w sto­licy, roz­po­rzą­dza­jąca choćby nie­wiel­kimi siłami mili­tar­nymi i mogąca wystą­pić w odpo­wied­niej chwili, zda­wała mi się abso­lut­nie konieczna dla odnie­sie­nia suk­cesu. Zwra­cało się do mnie w tej spra­wie wiele osób z ist­nie­ją­cych już orga­ni­za­cji woj­sko­wych oraz ze sto­łecz­nego gar­ni­zonu. Wkrótce udało mi się nawią­zać kon­takt z ofi­ce­rami wielu oddzia­łów. Na te oddziały mogli­śmy liczyć bez zastrze­żeń.

Posta­no­wi­łem się podzie­lić moimi wia­do­mo­ściami ze sta­rym kolegą puł­ko­wym i moim przy­ja­cie­lem hra­bią Pah­le­nem15. Spo­dzie­wa­jąc się w każ­dej chwili skie­ro­wa­nia do armii, chcia­łem, by kie­ro­wał naszą sprawą w Pio­tro­gro­dzie. Hra­bia Pah­len bar­dzo się nada­wał do tego przed­się­wzię­cia; mógł z łatwo­ścią, nie budząc spe­cjal­nych podej­rzeń, pro­wa­dzić dzia­łal­ność w sto­licy. Całe życie słu­żył w gwar­dii w Peters­burgu, znała go pra­wie cała gwar­dia i wśród ofi­ce­rów pio­tro­grodz­kiego gar­ni­zonu cie­szył się wiel­kim sza­cun­kiem. Jed­no­cze­śnie zaś jego sto­sun­kowo nie­wy­soka ranga, wro­dzona mało­mów­ność i skry­tość pozwa­lały mieć nadzieję, że uda mu się pro­wa­dzić robotę w tajem­nicy.

Dobra­li­śmy do pomocy kilku mło­dych ofi­ce­rów. Udało się nam zdo­być pewne środki. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy nie­wielki sztab, nawią­za­li­śmy ści­słe kon­takty ze wszyst­kimi uczel­niami woj­sko­wymi i nie­któ­rymi oddzia­łami roz­lo­ko­wa­nymi w sto­licy i na przed­mie­ściach, zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy kilka bojo­wych dru­żyn ofi­cer­skich. Na bar­dzo wyso­kim pozio­mie stał nasz zwiad. Opra­co­wa­li­śmy szcze­gó­łowy plan zaję­cia głów­nych punk­tów mia­sta i uję­cia wszyst­kich tych osób, które mogłyby się oka­zać nie­bez­pieczne.

Nagle, w pierw­szych dniach maja, gene­rał Kor­ni­łow, osta­tecz­nie poróż­niw­szy się z radą, podał się do dymi­sji. Objął waku­jące sta­no­wi­sko dowódcy 8. armii, sto­ją­cej na gra­nicy Gali­cji. Na jego następcę prze­wi­dy­wano gene­rała Leczyc­kiego, ale ten podobno odmó­wił przy­ję­cia nomi­na­cji. Posta­no­wi­łem do niego poje­chać. Zna­łem go oso­bi­ście dość dobrze jesz­cze z Buko­winy. Dywi­zja ussu­ryj­ska wcho­dziła w skład jego armii. Gene­rał Leczycki miesz­kał w Hotelu Pół­noc­nym, naprze­ciw Dworca Niko­ła­jew­skiego. Popro­si­łem o przy­ję­cie, a on zapro­po­no­wał mi spo­tka­nie jesz­cze tego samego wie­czoru. Wyło­ży­łem mu swoje plany, opo­wie­dzia­łem, co udało się nam z hra­bią Pah­le­nem zdzia­łać w ostat­nim cza­sie i wspo­mniaw­szy, iż wiem o pro­po­zy­cji, by sta­nął na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, zapro­po­no­wałem, by włą­czył się do naszych dzia­łań; z uwagi zaś na mój bli­ski wyjazd do armii, pole­ci­łem mu hra­biego Pah­lena.

-?Wszystko, co pan mówi, jest abso­lut­nie słuszne -?powie­dział gene­rał Leczycki. -?Wszy­scy tak myślimy. Ale ja następcą gene­rała Kor­ni­łowa nie będę. Odsze­dłem z armii, ponie­waż nie mogłem się pogo­dzić z nowymi porząd­kami. Jestem sta­rym żoł­nie­rzem, a tutaj potrzebny jest czło­wiek nie tylko twardy i uczciwy, ale rów­nież rzutki. Ktoś młod­szy będzie na pewno bar­dziej się do tego nada­wać.

Zna­jąc gene­rała Leczyc­kiego, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że nie zmieni swej decy­zji.

Następcą gene­rała Kor­ni­łowa został szef sztabu tuziem­nej dywi­zji, gene­rał Połow­cew.

Ponie­waż gene­rał Leczycki odsu­nął się od jakiej­kol­wiek dzia­łal­no­ści, posta­no­wi­łem, mimo że gene­rał Kor­ni­łow opu­ścił sta­no­wi­sko dowódcy Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, wyjąt­kowo przy­datne dla naszej sprawy, nawią­zać z nim jed­nak kon­takt. Poza gene­rałem Kor­ni­łowem nie mogłem zna­leźć pośród dowód­ców wyż­szego szcze­bla nikogo odpo­wied­niego.

Gene­rał Kor­ni­łow po wyjeź­dzie do armii na­dal utrzy­my­wał łącz­ność z wie­loma oso­bami w Pio­tro­gro­dzie. Czy­nił to za pośred­nic­twem swego ofi­cera ordy­nan­so­wego Zawojki. Zawojko, były zie­mia­nin, chyba z guberni podol­skiej, w ostat­nich latach przed wojną zruj­no­wany, zajął się spra­wami finan­so­wymi. Zarzą­dzał firmą wydo­by­wa­jącą ropę naf­tową braci Lia­no­zo­wów, był dyrek­to­rem i człon­kiem zarządu róż­nych przed­się­biorstw han­dlo­wych. Po prze­wro­cie porzu­cił inte­resy i zajął się dzia­łal­no­ścią poli­tyczną. W ostat­nim cza­sie, zacią­gnąw­szy się do woj­ska, został ofi­ce­rem ordy­nan­so­wym przy dowódcy Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, a po nomi­na­cji gene­rała Kor­ni­łowa na dowódcę armii podą­żył za nim.

Dowie­dziaw­szy się o przy­jeź­dzie Zawojki do Pio­tro­grodu, nawią­za­łem z nim kon­takt przez pra­cu­ją­cego ze mną i Pah­le­nem porucz­nika hra­biego P. Szu­wa­łowa. Umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie w domu Zawojki, który miesz­kał wów­czas na Fon­tance, przy moście Sie­mio­now­skim. Zawojko zro­bił na mnie wra­że­nie nie­zwy­kle śmia­łego, nie­głu­piego i zdol­nego czło­wieka, choć jed­no­cze­śnie wiel­kiego fan­ta­sty. My mówi­li­śmy bar­dzo mało, pra­wie przez cały czas mówił Zawojko. Już w pierw­szych sło­wach przy­tak­nął moim zamia­rom. Jak mówił, podobny pogląd na sprawę miał rów­nież gene­rał Kor­ni­łow. Pod koniec roz­mowy zapro­po­no­wał, byśmy prze­czy­tali krótką bio­gra­fię gene­rała Kor­ni­łowa, którą on, Zawojko, wła­śnie wyda­wał i któ­rej korektę aku­rat mu przy­słano. Bio­gra­fia ta wkrótce poja­wiła się w woj­sku. Umó­wi­li­śmy się na dal­sze kon­takty. Od tego czasu kil­ka­krot­nie widzia­łem się z Zawojką, gdy przy­jeż­dżał do Pio­tro­grodu. Kie­dyś, wstą­piw­szy do niego, zoba­czy­łem zło­żone w kącie jakieś kolo­rowe flagi. Na moje pyta­nie, co to jest, Zawojko odpo­wie­dział, że woj­ska szy­kują się do ofen­sywy, że armia gene­rała Kor­ni­łowa ma się wedrzeć do Gali­cji. Na fla­gach zauwa­ży­łem napisy -?wezwa­nie sło­wiań­skiej lud­no­ści rosyj­skich Kar­pat do powsta­nia i zrzu­ce­nia austriac­kiego jarzma, do walki o wol­ność, którą przy­nosi armia rosyj­skiego gene­rała Kor­ni­łowa. Napisy były wyko­nane w języ­kach miej­sco­wych, gali­cyj­skich naro­dów sło­wiań­skich. Na taki pomysł mógł wpaść jedy­nie Zawojko...

Pla­no­wane przej­ście do natar­cia wkrótce prze­stało być tajem­nicą nawet dla szer­szych krę­gów spo­łe­czeń­stwa, no i oczy­wi­ście dla nie­przy­ja­ciela. Nowy mini­ster "rewo­lu­cyj­nej armii" Kie­ren­ski nie­ustan­nie mio­tał się po fron­cie, wygła­szał histe­ryczne prze­mó­wie­nia i nawo­ły­wał "rewo­lu­cyjne woj­ska do rato­wa­nia zdo­by­czy rewo­lu­cji". Uzu­peł­nie­nia mar­szowe szły na front, nio­sąc czer­wone trans­pa­renty z hasłami: "Wojna do zwy­cię­skiego końca", "Wszy­scy na front", "Lep­sza śmierć niż nie­wola" itd. Mimo "rewo­lu­cyjnego zrywu" owe uzu­peł­nie­nia po dro­dze prze­waż­nie się roz­pra­szały. W poło­wie czerwca otrzy­ma­łem depe­szę pod­pi­saną przez dyżur­nego gene­rała 8. armii, puł­kow­nika Heidena, z pyta­niem, czy wyra­żam zgodę na mia­no­wa­nie mnie "do czasu aż zwolni się sta­no­wi­sko dowódcy dywi­zji" dowódcą bry­gady 7. dywi­zji kawa­le­rii. Wyra­zi­łem zgodę. Mijały jed­nak dni, coraz bar­dziej zbli­żał się moment przy­stą­pie­nia armii do natar­cia, a roz­kazu o nomi­na­cji nie było.

Osiem­na­stego czerwca armie Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego zaata­ko­wały prze­ciw­nika. 8. Armia gene­rała Kor­ni­łowa wdarła się do Gali­cji, nie­przy­ja­ciel­ski front został prze­rwany, nasze woj­ska zajęły Halicz i Sta­ni­sła­wów. Zda­wało się, że po dłu­gich mie­sią­cach zwy­cię­stwo znów opro­mie­niło rosyj­skie sztan­dary.

Wresz­cie 30 czerwca otrzy­ma­łem tele­gram o mia­no­wa­niu mnie dowódcą, ale nie bry­gady, tylko 7. dywi­zji kawa­le­rii. Po dwóch dniach wyje­cha­łem do Kamieńca Podol­skiego.

Natarcie armii rewolucyjnej

Szó­stego lipca przy­by­łem do Kamieńca Podol­skiego. Usły­sza­łem tu ostat­nie nowiny. "Przedar­cie się armii rewo­lu­cyj­nej", o któ­rym dono­sił pre­mie­rowi księ­ciu Lwo­wowi "mini­ster wojny", zakoń­czyło się zdradą gwar­dyj­skich gre­na­die­rów, pod­stęp­nie wypro­wa­dzo­nych z frontu przez kapi­tana Dzie­wał­tow­skiego. Za nimi, porzu­ca­jąc pozy­cje, żywio­łowo ucie­kła na tyły cała 11. armia. Nie­przy­ja­ciel zajął Tar­no­pol, zagra­żał skrzy­dłu i tyłom sąsied­niej 8. armii gene­rała Kor­ni­łowa.

Ofiara pole­głych boha­ter­ską śmier­cią bata­lio­nów sztur­mo­wych, zło­żo­nych głów­nie z ofi­ce­rów, oka­zała się daremna. "Zde­mo­kra­ty­zo­wana armia", nie chcąc prze­le­wać krwi "dla rato­wa­nia zdo­by­czy rewo­lu­cji", ucie­kła jak stado bara­nów. Pozba­wieni wła­dzy sze­fo­wie nie byli w sta­nie powstrzy­mać tej hołoty. W obli­czu groź­nego nie­bez­pie­czeń­stwa bez­silny i nie­udolny rząd jak gdyby przej­rzał na oczy, zro­zu­miał, jak się zda­wało, że w armii nie­zbędna jest jesz­cze inna dys­cy­plina prócz "rewo­lu­cyj­nej". Potwier­dzała to chyba nomi­na­cja gene­rała Kor­ni­łowa na głów­no­do­wo­dzą­cego Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego na miej­sce gene­rała Bru­si­łowa, mia­no­wa­nego wkrótce wodzem naczel­nym.

Chcia­łem zastać gene­rała Kor­ni­łowa jesz­cze w armii, więc nie zwle­ka­jąc, wzią­łem ze sztabu frontu auto i wyje­cha­łem przez Czer­niowce do Koło­myi. Jechał ze mną porucz­nik hra­bia Szu­wa­łow, który miał pozo­stać przy gene­rale Kor­ni­ło­wie, aby pod­trzy­my­wać łącz­ność z orga­ni­za­cją hra­biego Pah­lena w Pio­tro­gro­dzie. Jesz­cze przed wie­czo­rem dotar­łem do Koło­myi.

Gene­rał Kor­ni­łow był na linii frontu i spo­dzie­wano się go dopiero późną nocą. Posze­dłem do peł­nią­cego obo­wiązki dyżur­nego gene­rała, puł­kow­nika hra­biego Heidena, chcąc uzy­skać infor­ma­cje o mojej nowej dywi­zji. Zda­niem puł­kow­nika Heidena dys­cy­plina w dywi­zji była na nie­złym pozio­mie. Co prawda zda­rzały się już jakieś nie­po­ro­zu­mie­nia z kadrą dowód­czą -?szef dywi­zji, szef sztabu i jeden z dowód­ców puł­ków powinni byli już odejść, ale na ogół oddziały były w cał­ko­wi­tym porządku, kadra ofi­cer­ska dosko­nała i, jak twier­dził hra­bia Heiden, nowy szef dywi­zji nie będzie miał trud­no­ści z utrzy­ma­niem żoł­nie­rzy w kar­bach.

W skład dywi­zji wcho­dziły nastę­pu­jące pułki: olwio­pol­ski ułań­ski, kin­burn­ski dra­goń­ski, bia­ło­ru­ski huzar­ski i 11. doń­ski. Cza­sowo dowo­dził dywi­zją dowódca 1. bry­gady gene­rał Zykow, a funk­cję szefa sztabu peł­nił do chwili mia­no­wa­nia nowego puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego von Dre­ier.

W cza­sie mojej roz­mowy z hra­bią Heide­nem do gabi­netu wszedł młody czło­wiek śred­niego wzro­stu, w mod­nym fren­czu i angiel­skiej czapce. Puł­kow­nik Heiden przed­sta­wił nas sobie. Nowo przy­były był komi­sa­rzem 8. armii, nazy­wał się Fiło­nienko. Z wielką pew­no­ścią sie­bie zaczął wygła­szać opi­nie o ostat­nich ope­ra­cjach, o koniecz­no­ści natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia środ­ków, mają­cych prze­szko­dzić nie­przy­ja­cie­lowi w wyko­rzy­sta­niu nie­bez­piecz­nie wysu­nię­tej pozy­cji 8. armii. Zwra­ca­jąc się do mnie Fiło­nienko powie­dział, że on, jako młody ofi­cer, uznaje koniecz­ność natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia środ­ków, które zapo­bie­głyby łama­niu dys­cy­pliny, że zawsze popie­rał gene­rała Kor­ni­łowa w jego wysił­kach mają­cych na celu pod­nie­sie­nie poziomu dys­cy­pliny w 8. armii, i że on, Fiło­nienko, cią­gle nale­gał na mia­no­wa­nie gene­rała Kor­ni­łowa głów­no­do­wo­dzą­cym Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego. Wyszli­śmy razem i skie­ro­wa­li­śmy się do szta­bo­wego kasyna. Przy obie­dzie Fiło­nienko z tą samą pew­no­ścią sie­bie na­dal oma­wiał naszą sytu­ację mili­tarną i poli­tyczną. Bar­dzo uprzej­mie zapro­po­no­wał mi pomoc w usu­nię­ciu z woj­sko­wych komi­te­tów w mojej dywi­zji tych ofi­cerów i żoł­nie­rzy, któ­rych uwa­żał­bym za nie­po­żą­da­nych.

Z tru­dem zna­la­złem w prze­peł­nio­nym mie­ście pokój, w któ­rym zakwa­te­ro­wa­łem się wraz z hra­bią Szu­wa­ło­wem. Rano dano mi znać, że gene­rał Kor­ni­łow wró­cił i prosi mnie do sie­bie.

Gene­rał Kor­ni­łow rezy­do­wał na pię­trze małego pię­tro­wego domu w pobliżu sztabu. Tam też na górze miesz­kał Zawojko. Wstą­pi­łem do niego, by zacze­kać, aż przyj­mie mnie gene­rał. Zasta­łem Zawojkę przy pisa­niu. Noto­wał coś i popi­jał her­batę. Nie chcąc mu prze­szka­dzać, wzią­łem szklankę her­baty, którą mi podał, sia­dłem z boku i zaczą­łem prze­glą­dać jakąś książkę. Ale Zawojko, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia, jął mnie zasy­py­wać pyta­niami:

-?Mogę robić jed­no­cze­śnie kilka rze­czy -?powie­dział. -?Roz­mowa nie prze­szka­dza mi w pisa­niu.

I rze­czy­wi­ście, zada­jąc mi pyta­nia i komen­tu­jąc moje odpo­wie­dzi, Zawojko bez chwili prze­rwy coś szybko pisał. Wresz­cie skoń­czył i popa­trzył na mnie wyraź­nie zado­wo­lony ze swej pracy.

-?Oczy­wi­ście wie pan, że gene­rał został mia­no­wany głów­no­do­wo­dzą­cym Frontu. Pole­cił mi napi­sać poże­gnalny roz­kaz do armii. Chce pan posłu­chać?

Zawojko odczy­tał mi znany roz­kaz gene­rała Kor­ni­łowa. Zdu­miała mnie ogrom­nie zdol­ność for­mu­ło­wa­nia i prze­no­sze­nia na papier myśli z taką łatwo­ścią, nie­mal bez zasta­no­wie­nia. Zawia­do­miono mnie, że gene­rał mnie ocze­kuje.

Zna­łem gene­rała Kor­ni­łowa bar­dzo słabo, pozna­li­śmy się rok wcze­śniej na przy­ję­ciu u cara w Mohy­le­wie, dokąd przy­był, by zamel­do­wać się cesa­rzowi po swej ucieczce z nie­woli. Jecha­li­śmy wów­czas w tym samym wago­nie z Mohy­lewa do Pio­tro­grodu. Wcale się nie zmie­nił od tam­tego czasu - malutki, suchy, sma­gły i ogo­rzały, z nie­wielką bródką i ostrymi czar­nymi wąsami, o twa­rzy wyraź­nie w typie mon­gol­skim; mówił ury­wa­nymi, lapi­dar­nymi zda­niami. Czuło się w nim szcze­gólny zapał, jakąś ukrytą siłę, goto­wość do dzia­ła­nia w każ­dej chwili. Śpie­szył się bar­dzo, za kilka godzin miał ruszać do sztabu frontu. Poin­for­mo­wa­łem go pokrótce o wszyst­kim, co mi było wia­dome o sytu­acji w Pio­tro­gro­dzie, opo­wie­dzia­łem o mojej tam­tej­szej dzia­łal­no­ści i zapro­po­no­wa­łem hra­biego Szu­wa­łowa do utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów ze sto­licą. Gene­rał Kor­ni­łow natych­miast roz­ka­zał mia­no­wać hra­biego Szu­wa­łowa ofi­ce­rem ordy­nan­so­wym. Zapro­sił mnie na obiad i razem poszli­śmy do kasyna.

W cza­sie obiadu przy­był nowo mia­no­wany dowódca armii, boha­ter spod Hali­cza, gene­rał Cze­re­mi­sow. Malutki, chu­dziutki, o ruchli­wych czar­nych oczkach i sym­pa­tycz­nym, nieco przy­mil­nym gło­sie, gene­rał Cze­re­mi­sow zro­bił na mnie wra­że­nie czło­wieka ener­gicz­nego i nie­głu­piego. Przy obie­dzie roz­ma­wia­li­śmy na tematy ogólne. Gene­rał Kor­ni­łow wspo­mi­nał swoją służbę w Tur­kie­sta­nie, gene­rał Cze­re­mi­sow opo­wia­dał o ostat­nich wal­kach swego kor­pusu. Nie poru­sza­li­śmy tema­tów poli­tycz­nych.

Po obie­dzie gene­rał Kor­ni­łow w towa­rzy­stwie kilku osób wyje­chał autem do Kamieńca, ja zaś, także autem, wyru­szy­łem do Sta­ni­sła­wowa, skąd naza­jutrz rano poje­cha­łem do dywi­zji, roz­lo­ko­wa­nej 20-30 wiorst od mia­sta w kie­runku Hali­cza.

Dywi­zja zaj­mo­wała spory odci­nek frontu jako osłona. W odwo­dzie znaj­do­wał się bia­ło­ru­ski pułk huzar­ski, roz­lo­ko­wany w nie­wiel­kiej wio­sce nie­dawno opusz­czo­nej przez Austria­ków; tam też mie­ścił się sztab dywi­zji. Do póź­nej nocy, wraz z tym­cza­so­wym dowódcą i sze­fem sztabu, zapo­zna­wa­łem się ze wszyst­kimi spra­wami dywi­zji.

Rano przy­ją­łem mel­dunki i wyda­łem kilka koniecz­nych roz­ka­zów, po obie­dzie zamie­rza­łem obje­chać pułki, a na ósmą wie­czo­rem wyzna­czy­łem u sie­bie w szta­bie naradę dowód­ców oddzia­łów.

Nie udało mi się jed­nak zre­ali­zo­wać ani jed­nego, ani dru­giego. Doko­na­łem tylko prze­glądu huza­rów i doje­cha­łem do Koza­ków, kiedy zamel­do­wano mi, że gene­rał Cze­re­mi­sow wzywa mnie nie­zwłocz­nie do sztabu armii w Sta­ni­sła­wo­wie, dokąd wła­śnie się prze­niósł. Wró­ci­łem do sztabu dywi­zji i tu zasta­łem roz­kaz, by w związku z cof­nię­ciem się frontu na całej linii moja dywi­zja natych­miast prze­gru­po­wała się do Sta­ni­sła­wowa, osła­nia­jąc skrzy­dło 8. armii. Roz­ka­za­łem dowódcy bry­gady prze­jąć komendę nad dywi­zją, zdjąć osłonę i noc­nym mar­szem ruszyć do Sta­ni­sła­wowa, a sam poje­cha­łem do mia­sta autem.

Przy­by­łem do Sta­ni­sła­wowa już po ciemku i zasta­łem sztab szy­ku­jący się do odjazdu. Pospiesz­nie zała­do­wy­wano szta­bowe cię­ża­rówki, odłą­czano tele­fony, wyno­szono wypo­sa­że­nie kan­ce­la­rii. Pociąg szta­bowy już stał na sta­cji. Wszyst­kimi uli­cami mia­sta w kie­runku tyłów cią­gnęły nie­koń­czące się tabory.

Gene­rał Cze­re­mi­sow przy­wiózł ze sobą nowego szefa sztabu i nowego gene­rała kwa­ter­mi­strza. Byli to zupeł­nie mło­dzi, ale odzna­cza­jący się wielką poli­tyczną ela­stycz­no­ścią (wów­czas cechę tę uwa­żano za nie­zwy­kle istotną) ofi­ce­ro­wie Sztabu Gene­ral­nego. Sze­fem sztabu został mia­no­wany puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Mien­szow, a gene­ra­łem kwa­ter­mi­strzem puł­kow­nik Lewit­ski. Gene­rał Cze­re­mi­sow pokrótce zapo­znał mnie z sytu­acją: nasze armie cofają się na całym fron­cie, nie sta­wia­jąc oporu. Nie­przy­ja­ciel dep­cze nam po pię­tach. Naj­bliż­szą rubieżą, którą mie­li­śmy szanse utrzy­mać, była rzeka Zbrucz. Ja otrzy­ma­łem roz­kaz połą­cze­nia pod moim dowódz­twem mojej 7. dywi­zji kawa­le­rii i 3. kau­ka­skiej dywi­zji kozac­kiej, po czym mia­łem dzia­łać z połą­czo­nym kor­pu­sem kon­nym na styku 7. i 8. armii, osła­nia­jąc ich odwrót i zabez­pie­cza­jąc skrzy­dła. Gene­rał Cze­re­mi­sow oso­bi­ście podyk­to­wał mi zale­ce­nia i odpo­wied­nie instruk­cje, które pod­pi­sał. Posta­no­wi­łem zacze­kać, aż czoło mojej dywi­zji zbliży się do mia­sta, oso­bi­ście wydać dywi­zji konieczne roz­kazy, a potem poje­chać do 3. dywi­zji kozac­kiej, która dzia­łała w rejo­nie Mona­ste­rzysk, gdzie zamie­rza­łem sfor­mo­wać kor­pus. Uda­łem się do hotelu i poło­ży­łem spać.

W nocy obu­dziły mnie prze­raź­liwe krzyki. Przez okno zoba­czy­łem niebo roz­ja­śnione łuną pożaru. Z ulicy dobie­gał hałas, sły­chać było wrza­ski, łoskot i trzask roz­bi­ja­nego szkła, z rzadka roz­le­gały się wystrzały. Ubra­łem się pospiesz­nie i wysze­dłem na kory­tarz. Naprze­ciw mnie wyszedł ofi­cer ordy­nan­sowy:

-?Wasza wiel­moż­ność, w mie­ście pogrom, cofa­jące się woj­ska roz­bi­jają sklepy -?zamel­do­wał.

Zsze­dłem do holu. Stał tam oparty o ścianę, blady jak śmierć sta­rzec, krew cie­kła mu po dłu­giej siwej bro­dzie. Obok niego młoda kobieta w poszar­pa­nej sukni i z gołą głową szlo­chała, zała­mu­jąc ręce. Gdy wsze­dłem, przy­pa­dła do mnie i woła­jąc coś nie­zro­zu­mia­łego zaczęła mnie cało­wać po rękach. Wezwa­łem szwaj­cara i spy­ta­łem, o co cho­dzi. Oka­zało się, że sta­rzec jest Żydem, wła­ści­cie­lem sklepu z zega­rami, a kobieta jego córką. Żoł­nie­rze obra­bo­wali sklep, a wła­ści­ciel, okrut­nie pobity, led­wie ura­to­wał życie. Nie mia­łem do dys­po­zy­cji żad­nej siły woj­sko­wej, tylko dwóch ofi­ce­rów i dwóch huza­rów ordy­nan­sów. Wysze­dłem z nimi na ulicę.

W kilku punk­tach mia­sta sza­lały pożary, tłum wyry­wał meta­lowe żalu­zje i rabo­wał sklepy. Z okien domów dobie­gały wrza­ski, sły­chać było płacz. Na chod­ni­kach ponie­wie­rały się roz­bite skrzy­nie, poła­mane pudła, strzępy mate­ria­łów, wstążki i koronki prze­mie­szane z potłu­czo­nymi naczy­niami i pustymi butel­kami po koniaku. Pod­wody woj­skowe cał­kiem zata­ra­so­wały ulice. Na placu utknęły tabory arty­le­ryj­skie. Ogień prze­no­sił się na sąsied­nie domy, w każ­dej chwili gro­żąc wybu­chem amu­ni­cji. Z tru­dem odna­la­złem komen­danta taboru i, wziąw­szy od niego kilku żoł­nie­rzy, zaczą­łem zapro­wa­dzać porzą­dek. W jed­nym ze skle­pów zasta­li­śmy rabu­siów zaję­tych opróż­nia­niem skrzyń z zastawą do her­baty. Chwy­ci­łem pierw­szego z brzegu, pię­ścią powa­li­łem na zie­mię i krzyk­ną­łem:

-?Kozacy, do mnie, nahaj­kami tę swo­łocz!

Sklep w jed­nej chwili opu­sto­szał.

Po dwóch godzi­nach udało mi się oczy­ścić ulicę. Tabory ruszyły i arty­le­ria mogła posu­nąć się naprzód. Na sąsied­nich uli­cach gra­bież wciąż trwała. Od nie­ustan­nego krzyku zupeł­nie stra­ci­łem głos.

Około szó­stej rano na ulicy poja­wił się patrol, zbli­żał się pułk pol­skich uła­nów. Pole­ci­łem dowódcy pułku, by nie prze­bie­ra­jąc w środ­kach zapro­wa­dził porzą­dek. Natych­miast ujęto i roz­strze­lano na miej­scu kilku rabu­siów i do rana w mie­ście zapa­no­wał cał­ko­wity spo­kój16.

Przed ósmą nad­cią­gnęło czoło mojej dywi­zji. Wydaw­szy nie­zbędne roz­kazy dal­szego mar­szu do miej­sca for­mo­wa­nia kor­pusu, wraz z puł­kow­ni­kiem Dre­ie­rem i dwoma ofi­ce­rami uda­łem się do 3. dywi­zji kozac­kiej. Dywi­zją dowo­dził gene­rał Odin­cow, były dowódca pri­mor­skiego pułku dra­go­nów. Jed­no­cze­śnie dowo­dzi­li­śmy puł­kami w tej samej bry­ga­dzie przez ponad rok i dosko­nale się zna­li­śmy. Był odważ­nym i mądrym dowódcą, ale czło­wie­kiem o niskim morale -?zim­nym i pozba­wio­nym zasad ego­istą, dążą­cym bez skru­pu­łów do zro­bie­nia kariery.

W skład dywi­zji wcho­dziły pułki: 1. jeka­tie­ri­no­dar­ski, kizlar­sko-grie­bień­ski, dage­stań­ski i ose­tyń­ski. Naj­lep­sze były dwa pierw­sze, skła­da­jące się z ter­skich i kubań­skich Koza­ków.

Po prze­by­ciu około 30 wiorst napo­tka­li­śmy sztab dywi­zji. Pro­wa­dzące zwiad pułki dywi­zji były roz­rzu­cone na sze­ro­kim fron­cie. Zapo­znaw­szy się z sytu­acją, wyda­łem gene­ra­łowi Odin­co­wowi nie­zbędne roz­kazy i zają­łem się orga­ni­zo­wa­niem swo­jego sztabu, który for­mo­wać musia­łem kosz­tem obu dywi­zji, bio­rąc od nich i kadrę, i środki łącz­no­ści, i wypo­sa­że­nie kan­ce­la­rii.

Przy kola­cji pozna­łem Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza Gucz­kowa. Opu­ściw­szy sta­no­wi­sko mini­stra wojny, defi­ni­tyw­nie poróż­niony z rzą­dem, zacią­gnął się jako cho­rąży do woj­ska i został odko­men­de­ro­wany do sztabu 3. dywi­zji kozac­kiej. Byłem wstrzą­śnięty jego wyglą­dem: był posępny, wyraź­nie przy­bity.

Nasza kon­nica cofała się stop­niowo, wypie­rana przez nie­przy­ja­ciela na całym fron­cie. Wraz z nadej­ściem 7. dywi­zji otrzy­ma­li­śmy donie­sie­nie o natar­ciu spo­rej kolumny Niem­ców na Mona­ste­rzy­ska, zajęte przez ose­tyń­ski pułk konny.

W mie­ście znaj­do­wały się olbrzy­mie maga­zyny arty­le­rii i ze sztabu armii nad­szedł roz­kaz wysa­dze­nia ich. Ze sztabu także przy­był z tym zada­niem do mia­sta ofi­cer z oddzia­łem sape­rów. Koń­czy­łem obiad, kiedy otrzy­ma­łem mel­du­nek o strze­la­ni­nie wśród zaj­mu­ją­cych Mona­ste­rzy­ska Ose­tyń­ców. Kaza­łem przy­pro­wa­dzić moto­cykl i w towa­rzy­stwie szefa sztabu poje­cha­łem do mia­sta. Byli­śmy już jakieś 4-5 wiorst od Mona­ste­rzysk, kiedy nagle nad mia­stem wzbił się słup ognia i dymu. Nastą­pił ogłu­sza­jący wybuch, potem drugi i trzeci. Ogromne chmury pło­mieni kłę­biły się nad mia­stem. Było widać wzla­tu­jące w górę odłamki. W pole bez­ład­nie ucie­kali ludzie i bydło. Oka­zało się, że widząc zbli­ża­ją­cego się nie­przy­ja­ciela, przy­słany ze sztabu armii ofi­cer sape­rów, myśląc tylko o swym zada­niu, zbrod­ni­czo pod­pa­lił składy, nie uprze­dziw­szy Ose­tyń­ców, któ­rzy bili się na przed­mie­ściach. Kil­ku­dzie­się­ciu kawa­le­rzy­stów i sam dowódca pułku padli ofiarą tego obu­rza­ją­cego braku odpo­wie­dzial­no­ści.

O zmierz­chu nie­przy­ja­ciel wkro­czył do mia­sta. Zają­łem pozy­cje o kilka wiorst na wschód. O świ­cie wzno­wiono natar­cie, wkrótce walki toczyły się na całym fron­cie. Przez cały dzień kor­pus utrzy­my­wał swoje pozy­cje. Około dru­giej po połu­dniu Niem­com udało się ode­przeć kin­bur­czy­ków i zdo­być zajętą przez nich wieś, co gro­ziło roz­bi­ciem czoła kor­pusu. Pole­ci­łem dywi­zjo­nowi kin­bur­czy­ków, by zatrzy­mali nie­przy­ja­ciela w szyku kon­nym. Dra­goni pod komendą rot­mi­strza Sta­cenki pięk­nym ata­kiem roz­bili nie­przy­ja­ciela, wzięli kil­ku­dzie­się­ciu jeń­ców i kara­bin maszy­nowy. Pozy­cja była odzy­skana. Z nasta­niem ciem­no­ści, pozo­sta­wiw­szy na fron­cie dwa patrole, odpro­wa­dzi­łem kor­pus o 15 wiorst i zająw­szy prze­wi­dzianą rubież, roz­ło­ży­łem się na noc.

Nasza pie­chota na­dal cofała się na całym fron­cie, nie sta­wia­jąc żad­nego oporu. W ciągu dnia nasz front prze­su­wał się o 20-30 wiorst do tyłu. W odstę­pu­ją­cych oddzia­łach cał­kiem upa­dła dys­cy­plina. Woj­ska zamie­niały się w masę maru­de­rów i po dro­dze bez­li­to­śnie gra­biły. Mój kor­pus, manew­ru­jąc na styku 7. i 8. armii, w mar­szu trzy­mał się czoła, nie­ustan­nie bro­niąc swo­ich tyłów. Sta­ra­łem się cały czas być w pobliżu oddzia­łów, żeby się zapo­znać z dzia­ła­niem puł­ków, z dowód­cami i żoł­nie­rzami. Prze­pra­wiw­szy się przez Zbrucz, woj­ska sta­nęły i zaczęły się umac­niać na zaję­tych pozy­cjach, utrzy­mu­jąc w rejo­nie Barsz­czowa pla­cówkę na pra­wym brzegu rzeki. Kor­pus roz­ło­żył się na noc w poło­wie drogi na zachód od linii Zbru­cza. Ja byłem przy 7. dywi­zji.

O świ­cie otrzy­ma­łem mel­du­nek, że roz­lo­ko­wana bar­dziej na pół­noc dywi­zja kau­ka­ska została ode­pchnięta przez nie­przy­ja­ciela i, sta­wia­jąc opór, powoli wyco­fuje się na wschód. Mia­łem roz­kaz utrzy­mać się na zaj­mo­wa­nej linii przez cały dzień, aby dać czas pie­cho­cie na umoc­nie­nie się, a z nasta­niem ciem­no­ści mia­łem cof­nąć się za rzekę i pozo­stać tam w odwo­dzie dowódcy armii. Zarzą­dzi­łem alarm, wypro­wa­dzi­łem dywi­zję ze wsi, jed­nym spie­szo­nym puł­kiem zają­łem skraj nie­wiel­kiego lasu, wysu­ną­łem arty­le­rię, a pozo­stałe trzy pułki zatrzy­ma­łem w odwo­dzie.

Wkrótce nad­szedł mel­du­nek, że bry­gada kon­nicy nie­przy­ja­ciela zaczyna oskrzy­dlać prawą flankę dywi­zji, pró­bu­jąc oddzie­lić nas od kau­kaz­czy­ków. Wziąw­szy kilku ludzi z mego kon­woju, wyje­cha­łem naprzód i z nie­wy­so­kiego pagórka zoba­czy­łem wyraź­nie kon­nicę, galo­pu­jącą w szyku mar­szo­wym. Było widać, jak się prze­for­mo­wuje w szyk przed­bo­jowy. Jed­no­cze­śnie bate­ria nie­przy­ja­ciel­ska otwo­rzyła ogień, nad­le­ciał pocisk i roze­rwał się za dywi­zją. Widocz­nie nie­przy­ja­ciel nas dostrzegł, bo wkrótce zaczęły wokół nas świ­stać kule. Pod­je­cha­łem do dywi­zji, roz­ka­za­łem, by arty­le­ria otwo­rzyła ogień nęka­jący i, usta­wiw­szy dywi­zję w szyku bojo­wym, roz­ka­za­łem ruszyć do ataku. Nie­przy­ja­ciel nie pod­jął walki i widząc z daleka roz­wi­nięte pułki, wyco­fał bate­rię i zaczął się szybko cofać. Tym­cza­sem otrzy­ma­łem mel­du­nek, że moją lewą flankę, pra­wie na tyłach, oskrzy­dla nowa kolumna nie­przy­ja­cielskiej kon­nicy, rów­nież w sile bry­gady. Wyda­łem roz­kaz jed­nemu puł­kowi, by ści­gał cofa­jącą się kolumnę, a gene­ra­łowi Odin­co­wowi pole­ce­nie, by natych­miast prze­szedł ze swoją dywi­zją do ataku. Po czym, obró­ciw­szy bate­rię o 180°, prze­nio­słem ogień na nową kolumnę i posa­dziw­szy na konie spie­szony pułk, trzema puł­kami znów zaata­ko­wa­łem nie­przy­ja­ciela. I tym razem, nie przyj­mu­jąc ude­rze­nia, nie­przy­ja­ciel­ska kawa­le­ria zawró­ciła i jęła się pospiesz­nie cofać. Wkrótce nad­szedł mel­du­nek od szefa dywi­zji kau­ka­skiej. Dywi­zja prze­szła do natar­cia, poko­nała nie­przy­ja­ciela i wysu­nęła się na poprzed­nie pozy­cje. Przez cały dzień utrzy­my­wa­li­śmy się na nich, pro­wa­dząc ogień; nie­przy­ja­ciel znów nie zde­cy­do­wał się na przy­stą­pie­nie do natar­cia.

Pod wie­czór Niemcy pod­cią­gnęli ciężką arty­le­rię i otwo­rzyli do naszych pozy­cji ogień poje­dyn­czy. Jedna z naszych bate­rii, roz­miesz­czona za nie­wiel­kim zagaj­ni­kiem, słabo odpo­wia­dała. W zagaj­niku stały spie­szone pułki 7. dywi­zji. Wysła­łem do gene­rała Odin­cowa roz­kaz, by z nasta­niem ciem­no­ści zaczął się cofać w kie­runku prze­prawy, a sam uda­łem się do szefa 7. dywi­zji. Leśna ścieżka pro­wa­dziła na polankę. Przed nie­wielką leśni­czówką zoba­czy­łem grupę ofi­ce­rów. Z chaty wynie­siono stół, ławy i krze­sła i ofi­ce­ro­wie pili her­batę. Wokół polanki wśród drzew widać było konie. Tu stała spie­szona bry­gada. Zsia­dłem z konia i sze­dłem w kie­runku stołu, kiedy dał się sły­szeć cha­rak­te­ry­styczny gwizd nad­la­tu­ją­cego poci­sku. Po sekun­dzie wybuch. Pocisk upadł tuż za chatą. Roz­le­gły się jęki, przez polankę prze­biegł koń ze zwi­sa­ją­cym sio­dłem i okrwa­wio­nym zadem. Wśród spie­szo­nych puł­ków wsz­czął się ruch. Poje­dyn­czy ludzie z końmi ruszyli do lasu. Zro­zu­mia­łem, że jesz­cze chwila, a roz­pocz­nie się bez­ładny odwrót. W lesie ogień szrap­ne­lowy nie­przy­ja­ciela nie mógł być bar­dzo sku­teczny. Koniecz­nie trzeba było utrzy­mać porzą­dek. Wyda­łem komendę "bacz­ność!" i siadł­szy przy stole, zażą­da­łem her­baty. Nowy pocisk zaświ­stał w powie­trzu i roze­rwał się gdzieś w pobliżu. Jeden z odłam­ków z gło­śnym war­ko­tem upadł tuż przy stole, tak że mogłem go dotknąć nie wsta­jąc z krze­sła. Pod­nio­słem odła­mek i krzyk­ną­łem do żoł­nie­rzy:

-?Bierz­cie, chłopcy, jesz­cze cie­plutki, aku­rat na zaką­skę do her­baty!

I rzu­ci­łem odła­mek naj­bliż­szemu żoł­nie­rzowi. W jed­nej chwili twa­rze się roz­ja­śniły, dał się sły­szeć śmiech i nie pozo­stał nawet ślad nie­daw­nej paniki.

Nie­przy­ja­ciel wystrze­lił jesz­cze dwa czy trzy poci­ski i zaprze­stał ognia. Stra­ci­li­śmy zale­d­wie dwóch ludzi i zra­niono kilka koni. Słońce chy­liło się ku zacho­dowi, zaczęło się zmierz­chać i dałem dywi­zji roz­kaz odmar­szu. Pułki wysu­nęły się z lasu, a ja zatrzy­ma­łem się, by podyk­to­wać roz­kaz. Potem wsko­czy­łem na konia i ruszy­łem galo­pem, prze­ga­nia­jąc kolumnę. Po dro­dze dzię­ko­wa­łem szwa­dro­nom i sot­niom za dzi­siej­szą walkę. Gdy podzię­ko­wa­łem pierw­szej sotni, zagrzmiało w odpo­wie­dzi gło­śne spon­ta­niczne "hura!". Pod­chwy­ciły to pozo­stałe szwa­drony. Od tego dnia zaczęła się umac­niać nie­wi­dzialna duchowa łącz­ność mię­dzy mną a moimi ludźmi. Poczu­łem, że panuję nad puł­kami, że nawią­za­łem ową ważną psy­cho­lo­giczną więź prze­ło­żo­nego z pod­wład­nymi.

Nie­raz w cza­sie mojej służby dozna­wa­łem tego uczu­cia. Już wcze­śniej, w cza­sie reko­ne­sansu na bagnach kreu­zbur­skich, wyraź­nie poczu­łem tę nagle rodzącą się więź duchową z moim puł­kiem. Tak samo było póź­niej na Kuba­niu i w ste­pach Many­cza w cza­sie wojny domo­wej.

Kor­pus wyco­fał się za Zbrucz i sta­nął w odwo­dzie dowódcy armii o 20 wiorst od Kamieńca Podol­skiego, gdzie sta­cjo­no­wał sztab armii. Naza­jutrz otrzy­ma­łem tele­gram od gene­rała Kor­ni­łowa: "Pro­szę przy­jąć oso­bi­ście i prze­ka­zać wszyst­kim ofi­ce­rom, Koza­kom i żoł­nie­rzom połą­czo­nego kor­pusu, zwłasz­cza dra­go­nom kin­burn­skim i doń­com moją ser­deczną wdzięcz­ność za śmiałą akcję kor­pusu 12 lipca, która zapew­niła spo­kojny odwrót oddzia­łów na styku armii. Kor­ni­łow".

Sta­li­śmy w odwo­dzie zale­d­wie kilka dni. Mimo dogod­nych pozy­cji i mimo że nie­przy­ja­ciel dzia­łał sto­sun­kowo nie­wiel­kimi siłami, nasze oddziały były już pra­wie nie­zdolne do sta­wia­nia jakie­go­kol­wiek oporu. Któ­re­goś wie­czoru szef sztabu armii wezwał mnie do tele­fonu. Kau­ka­ski pułk pie­choty, który osła­niał prze­prawy pod Cho­ci­miem, opu­ścił swoje pozy­cje i nie­przy­ja­ciel mógł wyko­rzy­stać lukę, zagra­ża­jąc prze­pra­wom do samego Kamieńca. Sztab armii był w goto­wo­ści do odjazdu, mnie pole­cono ruszyć spiesz­nie do miej­sca prze­rwa­nia frontu i przy­wró­cić nasze pozy­cje. Za dwa dni spo­dzie­wa­li­śmy się nadej­ścia 79. dywi­zji pie­choty, która miała zastą­pić moją i zabez­pie­czyć prze­prawy cho­cim­skie.

Ogło­si­łem alarm bojowy, zebra­łem oddziały kor­pusu i wyda­łem dywi­zjom roz­kaz noc­nego prze­mar­szu do miej­sca prze­rwa­nia frontu. Przy kor­pu­sie znaj­do­wał się zmo­to­ry­zo­wany oddział sani­tarny z 30 samo­cho­dami. Ze sztabu armii obie­cano mi 10 cię­ża­ró­wek. Wszyst­kich tych samo­cho­dów uży­łem do prze­rzu­ce­nia pułku strze­lec­kiego 7. dywi­zji. Po wyda­niu roz­kazów i wypra­wie­niu strzel­ców poje­cha­łem autem za dywi­zją. Zasta­łem pułk czo­łowy spie­szony, ostrze­li­wu­jący nie­przy­ja­ciela, który zajął opusz­czoną wła­śnie przez Koza­ków wieś. Kau­kaz­czycy odda­lili się o jakieś 4 wior­sty i sta­nęli na popas, wysta­wiw­szy warty. Wkrótce nad­cią­gnęła 3. dywi­zja. Posła­łem kau­kaz­czy­kom roz­kaz natar­cia i jed­no­cze­śnie ruszy­łem do ataku spie­szoną bry­gadą 7. dywi­zji.

Wkrótce całe pole usiane było naszymi nacie­ra­ją­cymi. Nie­przy­ja­ciel pro­wa­dził ogień kara­bi­nowy. Ale nagle zagrzmiała arty­le­ria. Dymki szrap­neli wzbiły się nad naszą pie­chotą. Tyra­liery zale­gły. Jesz­cze dwa, trzy poci­ski i zoba­czy­łem, że na całej linii kau­ka­skiego woj­ska tyra­liery się cofają. Przez lor­netkę widzia­łem, jak ludzie bie­gną, prze­ści­ga­jąc się nawza­jem; odwrót prze­kształ­cał się w powszechną ucieczkę. Znaj­do­wa­łem się na bate­rii i roz­ka­za­łem dowódcy otwo­rzyć ogień poje­dyn­czy do ucie­ka­ją­cych. Bate­ria wystrze­liła salwę, wyraź­nie było widać tra­fie­nia. Ale ludzie nie tylko się nie zatrzy­mali, lecz jakby jesz­cze szyb­ciej zaczęli biec do tyłu. Popę­dzi­łem do uła­nów olwio­pol­skich, sto­ją­cych w odwo­dzie, i wyda­łem dowódcy, puł­kow­ni­kowi Sie­mio­no­wowi, roz­kaz zatrzy­mać ucie­ka­ją­cych i lan­cami popę­dzić ich z powro­tem. Sie­mio­now roz­wi­nął pułk i ława uła­nów zaczęła zawra­cać lan­cami ucie­ka­jącą pie­chotę, poga­nia­jąc ludzi jak stado bara­nów.

Nie­przy­ja­ciel, widocz­nie nie­zbyt liczebny, nie prze­cho­dził do natar­cia. Wresz­cie otrzy­ma­łem mel­du­nek, że pułk kau­ka­ski został zebrany. Poje­cha­łem tam. Kaza­łem puł­kowi odpo­cząć, żoł­nie­rzom wydać obiad. Zebra­łem ofi­ce­rów, poroz­ma­wia­łem z nimi, a potem obsze­dłem bata­liony, roz­ma­wia­jąc z ludźmi.

Pozwo­li­łem im uspo­koić się i przyjść do sie­bie, po czym sam popro­wa­dzi­łem pułk do ataku. Kau­kaz­czycy ruszyli począt­kowo ospale i nie­pew­nie, a póź­niej już odważ­nie. Wybili nie­przy­ja­ciela w zaję­tej prze­zeń wsi, wzięli 300 jeń­ców, 4 kara­biny maszy­nowe i uwol­nili naszych jeń­ców wzię­tych ran­kiem. Nie­stety, w cza­sie tego ataku mój sztab mocno ucier­piał: został ranny star­szy adiu­tant sztabu dywi­zji kapi­tan Lubim­ski, dwaj ofi­ce­ro­wie ordy­nan­sowi, jeden ciężko, i dowódca bata­lionu łącz­no­ści.

-?No, Wła­di­mi­rze Niko­ła­je­wi­czu (Dre­ier) -?powie­dzia­łem do szefa sztabu. -?Teraz może pan być spo­kojny o kau­kaz­czy­ków. Po takim suk­ce­sie pułk będzie się bić wspa­niale.

Myli­łem się jed­nak. W nocy obu­dzono nas wia­do­mo­ścią, że kau­kaz­czycy bez żad­nej wyraź­nej przy­czyny opu­ścili pozy­cje i cofają się na tyły. Musia­łem wysłać do obrony opusz­czo­nego odcinka ostat­nią bry­gadę. Nie mia­łem już w odwo­dzie ani jed­nego pułku. Kaza­łem odcią­gnąć na noc oddziały arty­le­rii i tabory za prze­prawę, a sam ze szta­bem pozo­sta­łem na noc na pra­wym brzegu rzeki, aby mieć łącz­ność tele­fo­niczną z cza­tami. O świ­cie znów nas obu­dzono. Nie­przy­ja­ciel zniósł rzadką ochronę kor­pusu. W zaję­tej przez nas wsi już trwała strze­la­nina. Ubra­li­śmy się szybko i wyszli­śmy na dwór do koni. Walka toczyła się na uli­cach. Kule trza­skały o kamienne ogro­dze­nia i ściany chat. Droga do prze­prawy była w rękach nie­przy­ja­ciela. Nie można już było prze­je­chać przez bramę. Cała ulica była pod ostrza­łem. Posta­no­wi­li­śmy prze­pra­wić się wpław i zaczę­li­śmy się prze­my­kać do rzeki przez sad. W ostat­niej chwili któ­ryś z ordy­nan­sów odna­lazł chłopa, który poka­zał nam bród; prze­je­chali nie tylko konni, ale i wózek z ofi­cer­skim dobyt­kiem. W cza­sie prze­prawy tylko jeden czło­wiek został ranny.

Nasza bate­ria otwo­rzyła ogień z lewego brzegu rzeki. Z pra­wej strony widać było prze­pra­wia­jące się w bród oddziały kau­ka­skiej dywi­zji. Utrzy­mu­jąc lewy brzeg rzeki, wydzie­li­łem część sił i rzu­ci­łem je jako posiłki do 7. dywi­zji, która osła­niała główną prze­prawę i most pod Cho­ci­miem. Udało nam się utrzy­mać cho­cim­ski przy­czó­łek. Kiedy przed wie­czo­rem nade­szła bry­gada 79. dywi­zji, pole­ci­łem gene­ra­łowi Sie­rie­brian­ni­ko­wowi, dowódcy 2. bry­gady 7. dywi­zji kawa­le­rii natych­miast przejść do natar­cia. Około dzie­wią­tej wie­czo­rem kor­pus cał­ko­wi­cie odzy­skał swoje pozy­cje. Naza­jutrz oddziały kor­pusu zostały zmie­nione przez 79. dywi­zję i kor­pus ruszył do Kamieńca, do odwodu dowódcy armii. Stam­tąd po kilku dniach prze­szli­śmy dalej i sta­nę­li­śmy w pobliżu gra­nicy rumuń­skiej. Otrzy­ma­łem od gene­rała Cze­re­mi­sowa tele­gram: "Cześć i chwała połą­czo­nemu kor­pusowi. Cze­re­mi­sow".

Kilka dni póź­niej gene­rał Cze­re­mi­sow został odwo­łany, a jego miej­sce zajął gene­rał Sokow­nin. Jed­no­cze­śnie z Cze­re­mi­sowem odszedł szef jego sztabu, puł­kow­nik Mien­szow, któ­rego zastą­pił gene­rał Jaron.

Gene­rał Kor­ni­łow jesz­cze 16 lipca został mia­no­wany głów­no­do­wo­dzą­cym.

Dni Korniłowa

Z chwilą obję­cia przez gene­rała Kor­ni­łowa sta­no­wi­ska głów­no­do­wo­dzą­cego w armii dała się odczuć silna ręka. Ofi­ce­ro­wie, czu­jąc popar­cie z góry, nabrali otu­chy i stali się pew­niejsi, żoł­nie­rze bar­dziej zdy­scy­pli­no­wani. Wydano roz­kazy, które ogra­ni­czyły wła­dzę komi­te­tów woj­sko­wych i ujęły je w okre­ślone ramy. Pułki, w któ­rych nagmin­nie łamano dys­cy­plinę, zaczęto dopro­wa­dzać do porządku. Korzy­sta­jąc z chwi­lo­wej prze­rwy w wal­kach, sta­ra­łem się jak naj­le­piej zazna­jo­mić z komi­te­tami nie tylko kor­pusu i dywi­zji, ale także pułku. Oka­zało się, że ich skład nie jest taki zły. Długo roz­ma­wia­łem z człon­kami komi­te­tów, cza­sem bywa­łem na posie­dze­niach i stop­niowo udało mi się odwró­cić uwagę komi­te­tów od poli­tyki i wcią­gnąć je do prac czy­sto gospo­dar­czych. Po dłu­go­trwa­łych wal­kach umun­du­ro­wa­nie, uprząż i zasoby mate­rialne kor­pusu mocno się zużyły. Moje próby zdo­by­cia bie­li­zny, obu­wia i innych nie­zbęd­nych rze­czy za pośred­nic­twem inten­den­tury speł­zły na niczym. I oto tam, gdzie dowódca kor­pusu nie był w sta­nie osią­gnąć cze­go­kol­wiek, komi­tet kor­pusu osią­gał, posy­łał dokądś jakichś dele­ga­tów i zdo­by­wał dla oddzia­łów wszystko, co nie­zbędne...

W tym cza­sie otrzy­ma­łem kilka listów ze sztabu od Zawojki. Dowie­dzia­łem się z nich o walce, jaką toczył gene­rał Kor­ni­łow, doma­ga­jąc się zasto­so­wa­nia środ­ków nie­zbęd­nych do pod­nie­sie­nia dys­cy­pliny w armii - dania prze­ło­żo­nym upraw­nień dys­cy­pli­nar­nych, ogra­ni­cze­nia praw komi­te­tów woj­sko­wych, wresz­cie usta­no­wie­nia kary śmierci wobec zdraj­ców i dezer­te­rów na tyłach. Ja ze swo­jej strony pisa­łem kil­ka­krot­nie, pod­kre­śla­jąc koniecz­ność natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia tych środ­ków, póki jesz­cze nie jest za późno i póki armia cał­ko­wi­cie się nie roz­sy­pała.

W pierw­szych dniach sierp­nia otrzy­ma­łem list od Zawojki. Pisał, że naj­praw­do­po­dob­niej dłu­go­trwała walka gene­rała Kor­ni­łowa wkrótce zosta­nie uwień­czona suk­ce­sem, że w naj­bliż­szym cza­sie spo­dzie­wane jest wpro­wa­dze­nie w życie oma­wia­nych środ­ków, mają­cych na celu pod­nie­sie­nie dys­cy­pliny w armii, że na tyłach auto­ry­tet głów­no­do­wo­dzą­cego jest ogromny i że bli­ska jest godzina, kiedy w imie­niu armii będzie on mógł podyk­to­wać swoje warunki: "Gene­rał prosi, by się Pan nie śpie­szył i nie zarzu­cał nam bez­czyn­no­ści -?koń­czył Zawojko. -?Przed stycz­niem i lutym nie należy się spo­dzie­wać żad­nych decy­du­ją­cych ata­ków...".

Dzie­sią­tego czy dwu­na­stego sierp­nia nie­spo­dzie­wa­nie dosta­łem depe­szę z zawia­do­mie­niem, że "w związku ze spo­dzie­waną w naj­bliż­szym cza­sie nową nomi­na­cją" zostaję skie­ro­wany do dys­po­zy­cji dowódcy frontu rumuń­skiego "z utrzy­ma­niem na sta­no­wi­sku dowódcy połą­czo­nego kor­pusu kon­nego". Dziwna treść depe­szy bar­dzo mnie zdu­miała i pole­ci­łem sze­fowi sztabu przy­wo­łać do tele­fonu hra­biego Szu­wa­łowa ze sztabu i dowie­dzieć się, co to zna­czy i co to za spo­dzie­wana nomi­na­cja. Szu­wa­łow odpo­wie­dział, że w szta­bie nic nie wie­dzą, głów­no­do­wo­dzący zaś prze­bywa w Moskwie, skąd wróci dopiero za dwa, trzy dni. Kilka dni póź­niej otrzy­ma­łem tele­gram od Zawojki: "Głów­no­do­wo­dzący jest bar­dzo zado­wo­lony z pań­skiej pracy. Tele­gram zwią­zany jest z cze­ka­ją­cym pana nie­ba­wem wyso­kim awan­sem". Jed­no­cze­śnie nad­szedł roz­kaz ze sztabu o wyeks­pe­dio­wa­niu bry­gady 3. dywi­zji kawa­le­rii -?pułku dage­stań­skiego i ose­tyń­skiego -?i przy­łą­cze­niu jej do dywi­zji lokal­nej w rejo­nie sta­cji Dno.

Dwu­dzie­stego siód­mego sierp­nia poje­cha­łem konno do sztabu armii po jakieś dodat­kowe wska­zówki. Pano­wał tam wielki nie­po­kój. Wła­śnie przy­szła depe­sza od gene­rała Kor­ni­łowa, w któ­rej, zwra­ca­jąc się do armii, mówił o "popeł­nio­nej wiel­kiej zdra­dzie...". (Tele­gram Kie­ren­skiego, ogła­sza­jący głów­no­do­wo­dzą­cego zdrajcą, otrzy­mano kilka godzin póź­niej). Jed­no­cze­śnie Sztab Gene­ralny pole­cił wyłą­czyć radio­sta­cję i nie przyj­mo­wać żad­nych tele­gra­mów od pre­miera. Komi­tet woj­skowy pro­te­sto­wał prze­ciw temu ostat­niemu roz­ka­zowi, popie­rał go peł­niący obo­wiązki gene­rała kwa­ter­mi­strza "apro­bu­jący rewo­lu­cję" puł­kow­nik Lewit­ski. Dowódca armii gene­rał Sokow­nin i szef sztabu gene­rał Jaron zupeł­nie potra­cili głowy. Z wiel­kim tru­dem udało mi się uzy­skać kopię tele­gramu głów­no­do­wo­dzą­cego, przy czym dowódca armii pro­po­no­wał, bym nie ujaw­niał tre­ści tele­gramu, dopóki sytu­acja się nie wyja­śni i nie otrzy­mamy wytycz­nych od dowódcy frontu gene­rała Szczer­ba­czewa.

Dowódca armii nie miał siły wal­czyć z komi­te­tem woj­sko­wym i wydał puł­kow­ni­kowi Lewit­skiemu roz­kaz "wstrzy­ma­nia się z wyłą­cze­niem radio­sta­cji". Wła­śnie wysze­dłem ze sztabu i wsia­da­łem na konia, kiedy puł­kow­nik Lewit­ski z trium­fem oznaj­mił to sto­ją­cym obok przed­sta­wi­cie­lom komi­tetu. Nie wytrzy­ma­łem i oświad­czy­łem ostro Lewit­skiemu, że nie­wy­ko­na­nie roz­kazu głów­no­do­wo­dzą­cego w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach uwa­żam za prze­stęp­stwo i że jeśli cho­dzi o mój kor­pus, to natych­miast po przy­by­ciu do sztabu wydam roz­kaz wyłą­cze­nia radio­sta­cji.

Około szó­stej przy­je­chał gene­rał Odin­cow; zawia­do­mił mnie o otrzy­ma­nym przez komi­tet woj­skowy tele­gra­mie Kie­ren­skiego, w któ­rym pre­mier nazywa Kor­ni­łowa zdrajcą. Powie­dział, że dowódca armii i szef sztabu zupeł­nie się zagu­bili i wszyst­kie roz­kazy wydaje puł­kow­nik Lewit­ski, popie­rany przez komi­tet woj­skowy. Gene­rał Odin­cow zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie zapro­po­no­wał mi, bym "ogło­sił alarm, pod­niósł kor­pus na nogi, aresz­to­wał sztab i prze­jął dowódz­two armii". Mogłem tylko w zdu­mie­niu roz­ło­żyć ręce.

Rano adiu­tant zamel­do­wał mi, że komi­tet dywi­zyjny 3. kau­ka­skiej dywi­zji kozac­kiej wzywa do dywi­zji człon­ków komi­tetu dywi­zyj­nego 7. dywi­zji, że do 3. dywi­zji przy­byli przed­sta­wi­ciele komi­tetu armij­nego i że gene­rał Odin­cow, na żąda­nie komi­tetu armij­nego, zatrzy­mał szy­ku­jącą się do wymar­szu 2. bry­gadę 3. dywi­zji, która poprzed­niego dnia otrzy­mała roz­kaz kie­ru­jący ją do Ode­ssy. Kaza­łem pod­sta­wić auto i poje­cha­łem do 3. dywi­zji. Na podwó­rzu sztabu dywi­zji zasta­łem wszyst­kie komi­tety woj­skowe. Prze­wod­ni­czył kape­lan puł­kowy jed­nego z puł­ków, o. Fie­cenko; wła­śnie roz­po­czą­łem zabiegi o usu­nię­cie go z dywi­zji za pro­pa­go­wa­nie dema­go­gicz­nych haseł. Był rów­nież obecny gene­rał Odin­cow i przed­sta­wi­ciele komi­tetu armij­nego -?jakiś młody czło­wiek w czapce i skó­rza­nej kurtce oraz ochot­nik jed­nego z kau­ka­skich puł­ków kozac­kich. Zdu­miał mnie wygląd Odin­cowa: w czer­kie­sce, bez kin­dżału, czer­wony, spo­cony i zakło­po­tany, spra­wiał jakieś żało­sne wra­że­nie.

Wsze­dłem w tłum i powi­ta­łem wszyst­kich:

-?Witaj­cie, bra­cia Kozacy.

Kozacy odpo­wie­dzieli. Nagle usły­sza­łem głos o. Fie­cenki:

-?Panie gene­rale, zwra­cam panu uwagę, że tu nie ma ani braci, ani Koza­ków, tu są tylko oby­wa­tele.

Z tru­dem się opa­no­wa­łem.

-?Ma pan rację, ojczulku -?powie­dzia­łem. -?Wszy­scy jeste­śmy oby­wa­te­lami. Ale to, że nimi jeste­śmy, nie prze­szka­dza mi być gene­ra­łem, panu kape­la­nem, a im braćmi Koza­kami. Że są dzielni, wiem, bo pro­wa­dzi­łem ich do boju, że są Koza­kami, także wiem, sam dowo­dzi­łem puł­kiem kozac­kim, nosi­łem kozacki mun­dur i jestem dumny z tego, że jestem Koza­kiem. -?Tu zwró­ci­łem się do Koza­ków: -?Jesz­cze raz witaj­cie, dzielni bra­cia Kozacy.

-?Zdro­wia życzymy waszej wiel­moż­no­ści! -?roz­le­gła się zgodna odpo­wiedź.

Usia­dłem przy stole i zapy­ta­łem gene­rała Odin­cowa, co tu się dzieje. Odin­cow zamel­do­wał, że oma­wia się rezo­lu­cję, zapro­po­no­waną przez przed­sta­wi­cieli komi­tetu armij­nego, a wyra­ża­jącą popar­cie dla Kie­ren­skiego, któ­rego depe­szę odczy­tali przed­sta­wi­ciele komi­tetu armij­nego.

-?Świet­nie -?powie­dzia­łem gło­śno. -?A tele­gram gene­rała Kor­ni­łowa czy­ta­li­ście?

Tu wtrą­cił się pan we fren­czu:

-?Decy­zją komi­tetu armij­nego ten tele­gram nie może być publi­ko­wany.

-?Otrzy­ma­łem ten tele­gram od dowódcy do mego oso­bi­stego roz­po­rzą­dze­nia. Nie uwa­żam za moż­liwe ukry­cie jego tre­ści przed moimi żoł­nie­rzami. Całą odpo­wie­dzial­ność za to biorę na sie­bie.

Wyją­łem tele­gram. Człon­ko­wie komi­tetu armij­nego usi­ło­wali pro­te­sto­wać, ale z tłumu dały się sły­szeć okrzyki:

-?Prze­czy­tać, prze­czy­tać!

Prze­czy­ta­łem tele­gram.

-?Teraz wie­cie wszystko, Kozacy. Wie­rzę, że speł­ni­cie swój żoł­nier­ski obo­wią­zek i podej­mie­cie decy­zję zgodną z żoł­nier­skim sumie­niem. Co do mnie, jako żoł­nierz nie zaj­muję się poli­tyką. Roz­kaz głów­no­do­wo­dzą­cego jest dla mnie pra­wem. Jestem pewien, że wasz dowódca dywi­zji powie wam to samo.

Popa­trzy­łem na Odin­cowa. Mam­ro­tał coś, oczy bie­gały mu na wszyst­kie strony.

-?Postą­pię tak, jak moi chłopcy, jak moi Kozacy -?wydu­sił z sie­bie wresz­cie.

Z tru­dem się powstrzy­ma­łem, by nie nazwać go pod­le­cem. Wsta­łem, poże­gna­łem Koza­ków i skie­ro­wa­łem się do auta. Kiedy wsia­da­łem, pod­biegł do mnie Odin­cow:

-?Jakże to, jak to -?mam­ro­tał -?zupeł­nie się zagu­bi­łem. Zasko­czy­łeś mnie tym pyta­niem...

Mach­ną­łem ręką i kaza­łem szo­fe­rowi ruszać.

Po dłu­gich dys­ku­sjach 3. dywi­zja pod­jęła rezo­lu­cję o popar­ciu Kie­ren­skiego, 7. dywi­zja zaś nie pod­jęła aż do wie­czora żad­nej decy­zji i uchy­liła się od rezo­lu­cji. Po dwóch dniach nad­szedł roz­kaz ze sztabu armii -?wszyst­kie tele­grafy i tele­fony mają być kon­tro­lo­wane przez komi­tety woj­skowe, wszyst­kie zaś roz­kazy dowód­ców nabie­rają mocy dopiero po pod­pi­sa­niu ich przez któ­re­goś z człon­ków komi­tetu woj­skowego.

Tego nie mogłem znieść. Wsia­dłem na konia, poje­cha­łem do sztabu armii i popro­si­łem o zamel­do­wa­nie mnie dowódcy armii. Zna­la­złem Sokow­nina w sadzie, gdzie spa­ce­ro­wał z sze­fem sztabu i adiu­tan­tem. Popro­si­łem o roz­mowę w cztery oczy i wycią­gną­łem z kie­szeni otrzy­many wła­śnie roz­kaz:

-?Wasza wiel­moż­ność, uwa­żam ten roz­kaz za obraź­liwy dla wszyst­kich dowód­ców. Nie mogę go wyko­nać. Pro­szę natych­miast odwo­łać mnie ze sta­no­wi­ska dowódcy kor­pusu...

Gene­rał Sokow­nin zaczął mnie nama­wiać, bym cof­nął swoją decy­zję. Obsta­wa­łem przy swoim:

-?Nie mogę wyko­nać tego roz­kazu. Jeżeli pan mnie nie odwoła, nie pozo­staje mi nic innego, jak posta­wić w stan goto­wo­ści 7. dywi­zję i roz­ma­wiać bez­po­śred­nio z komi­te­tem armij­nym.

Gene­rał Sokow­nin wyraź­nie się zląkł. Pewien, że nie cofnę swo­jej decy­zji i bojąc się kom­pli­ka­cji, obie­cał mi, że zaraz poroz­ma­wia z komi­te­tem armij­nym. Posze­dłem do kasyna szta­bo­wego. Po godzi­nie ordy­nans przy­niósł mi roz­kaz dowódcy armii, w któ­rym "wyja­śniono" poprzedni roz­kaz. W tych "wyja­śnie­niach" odwo­łano punkt o potwier­dze­niu pod­pi­sów dowód­ców. Kon­trolę nad łącz­no­ścią woj­skową utrzy­mano. Wró­ci­łem do sztabu kor­pusu i roz­kazałem tele­graf i tele­fon prze­nieść do mojej kwa­tery. Komi­tet kor­pusu nie odwa­żył się przy­słać mi swych obser­wa­to­rów.

Pią­tego wrze­śnia przy­pa­dało święto puł­kowe bia­ło­ru­skiego pułku huza­rów. Posta­no­wi­łem urzą­dzić szcze­gól­nie uro­czy­ste obchody, aby pod­nieść ducha w oddzia­łach -?kaza­łem kupić za gra­nicą, w Rumu­nii, wino i wyda­łem po antałku dla każ­dego szwa­dronu; w tabo­rze II rzutu zamó­wi­łem czer­wone buty. Po nabo­żeń­stwie wygło­si­łem przed puł­kiem kilka cie­płych słów, następ­nie żoł­nie­rzom wydano obiad. Prze­sze­dłem się po szwa­dro­nach, w każ­dym wypi­łem kie­li­szek i poroz­ma­wia­łem z ludźmi, po czym zja­dłem obiad w kasy­nie ofi­cer­skim. Grali trę­ba­cze, były śpiewy i na kilka godzin prze­nie­śli­śmy się myślami do daw­nego puł­kowego życia.

Szó­stego wrze­śnia ze sztabu frontu nad­szedł roz­kaz, bym natych­miast sta­wił się w Jas­sach. Jedna z bry­gad dywi­zji kau­ka­skiej odje­chała już koleją na pół­noc, druga otrzy­mała roz­kaz wyru­sze­nia w kie­runku Ode­ssy. Sztab kor­pusu i 7. dywi­zja pozo­sta­wały na miej­scu. Mia­no­wa­łem swoim zastępcą nie­dawno awan­so­wa­nego z puł­kow­nika na gene­rała Dre­iera i wyje­cha­łem do sztabu frontu.

Nie widzia­łem gene­rała Szczer­ba­czewa od początku wojny. Stwier­dzi­łem, że się bar­dzo posta­rzał i jest wyraź­nie przy­bity. Praca sztabu spo­czy­wała pra­wie wyłącz­nie na bar­kach szefa sztabu gene­rała Goło­wina, mądrego i bar­dzo zdol­nego ofi­cera. W szta­bie frontu, acz­kol­wiek w mniej­szym stop­niu niż w szta­bie armii, czuło się sła­bość i nie­zde­cy­do­wa­nie. Nasze woj­ska znaj­du­jące się w Rumu­nii nie były jesz­cze w takim stop­niu zde­mo­ra­li­zo­wane, jak na pozo­sta­łych odcin­kach frontu, ale i tutaj, w Jas­sach, żoł­nie­rze cho­dzili gru­pami, nie­chluj­nie ubrani, nie odda­wali hono­rów i palili na ulicy. Armia rumuń­ska prze­ciw­nie, odsu­nięta w cza­sie minio­nej zimy na tyły, wypo­częta i zre­or­ga­ni­zo­wana pod kie­run­kiem fran­cu­skiego Sztabu Gene­ral­nego, impo­no­wała zna­ko­mitą pre­zen­cją i dys­cy­pliną.

Gene­rał Szczer­ba­czew powie­dział, że wezwał mnie, gdyż wie, że kore­spon­duję z gene­ra­łem Kor­ni­ło­wem i bał się, że w związku z ostat­nimi wyda­rze­niami mogą mi gro­zić kło­poty. Tutaj, w Rumu­nii, jak stwier­dził, będę bez­pieczny.

W dwa dni po moim przy­by­ciu do Jass przy­szedł ze sztabu tele­gram pod­pi­sany przez szefa sztabu o mia­no­wa­niu mnie 9 wrze­śnia decy­zją wodza naczel­nego dowódcą 3. kor­pusu kon­nego.

Żyłem ostat­nio pod wielką pre­sją moralną. Los gene­rała Kor­ni­łowa, samo­bój­stwo gene­rała Kry­mowa, fakt, że na czele armii sta­nął "przy­wódca rewo­lu­cyjny", "gwa­rant demo­kra­cji" w Rzą­dzie Tym­cza­so­wym, adwo­kat Kie­ren­ski, wszyst­kie wyda­rze­nia ostat­nich dni głę­boko wstrzą­snęły armią. Powstrzy­many już pro­ces roz­kładu przy­brał na sile, zaist­niała groźba cał­ko­wi­tego roz­padu frontu, a co za tym idzie, także Rosji. Jed­nakże decy­zja gene­rała Alek­sie­jewa pozo­sta­nia sze­fem sztabu wodza naczel­nego zda­wała się świad­czyć o tym, że jesz­cze nie wszystko stra­cone. Skoro gene­rał Alek­sie­jew posta­no­wił zostać sze­fem sztabu "wodza Chle­sta­ko­wów", to widocz­nie jest jesz­cze nadzieja na jakieś wyj­ście. W momen­cie, kiedy w każ­dej chwili mogłem się spo­dzie­wać aresz­to­wa­nia, nomi­na­cja na dowódcę kor­pusu, roz­lo­ko­wa­nego w pobliżu sto­licy, kor­pusu, w któ­rego skład wcho­dziła moja dywi­zja ussu­ryj­ska, wydała mi się zrzą­dze­niem Opatrz­no­ści. Nie wie­dzia­łem, jak dalece oparły się roz­kła­dowi oddziały kor­pusu i czy uda mi się wziąć je w karby, nie wie­dzia­łem też, jaki los spo­tkał zjed­no­czone przez hra­biego Pah­lena ofi­cer­skie orga­ni­za­cje w sto­licy. Posta­no­wi­łem natych­miast jechać do Pio­tro­grodu.

W przeddzień wkroczenia bolszewików

Przy­by­łem do Pio­tro­grodu ran­kiem. Wpa­dłem do domu prze­brać się i wyru­szy­łem do sztabu okręgu. W drzwiach zde­rzy­łem się z gene­ra­łem Kra­sno­wem, sta­rym zna­jo­mym jesz­cze z wojny japoń­skiej, który ostat­nio dowo­dził 2. kom­bi­no­waną dywi­zją kozacką. Był nie­zwy­kle zdzi­wiony, sły­sząc o mojej nomi­na­cji na dowódcę 3. kor­pusu kon­nego. Oka­zało się, że pra­wie jed­no­cze­śnie ze mną został skie­ro­wany przez sztab na dowódcę tego kor­pusu i już peł­nił swoje obo­wiązki. W ostat­nich cza­sach, przy cią­głych maso­wych zmia­nach w sze­re­gach kadry dowód­czej, takie nie­po­ro­zu­mie­nia zda­rzały się czę­sto. Nie mia­łem nic prze­ciw nie­ocze­ki­wa­nej kom­pli­ka­cji i posta­no­wi­łem, że nie będę się spie­szyć z obję­ciem kor­pusu i naj­pierw zorien­tuję się w sytu­acji.

Na czele okręgu stał dopiero co mia­no­wany na to sta­no­wi­sko puł­kow­nik Połkow­ni­kow, były szef sztabu dywi­zji ussu­ryj­skiej, który ostat­nio dowo­dził puł­kiem amur­skim i z puł­kiem tym brał udział w mar­szu gene­rała Kry­mowa na Pio­tro­gród. Powtó­rzy­łem mu, co usły­sza­łem od gene­rała Kra­snowa i spy­ta­łem, czy wie coś na ten temat. Odparł, że także nic nie wie, że to naj­wy­raź­niej nie­po­ro­zu­mie­nie i ponie­waż moja nomi­na­cja jest póź­niej­sza, to, jego zda­niem, powi­nie­nem prze­jąć kor­pus. Odpo­wie­dzia­łem, że dopóki się to wszystko nie wykla­ruje, nie pojadę do kor­pusu i będę w Pio­tro­gro­dzie cze­kać na wyja­śnie­nie sprawy.

Od puł­kow­nika Połkow­ni­kowa po raz pierw­szy dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o ostat­nich dniach gene­rała Kry­mowa. Otóż zerwa­nie pre­miera z głów­no­do­wo­dzą­cym było dla oddzia­łów kor­pusu i dla samego gene­rała Kry­mowa cał­ko­wi­tym zasko­cze­niem. Tele­gram Kie­ren­skiego, ogła­sza­jący gene­rała Kor­ni­łowa zdrajcą, został podany do wia­do­mo­ści dopiero na sta­cji Dno. Według Połkow­ni­kowa, gdyby gene­rał Kry­mow pod­jął wów­czas sta­now­czą decy­zję kon­ty­nu­owa­nia mar­szu na Pio­tro­gród, mia­sto zosta­łoby zdo­byte. Nie­stety, gene­rał Kry­mow w ostat­nich cza­sach nie był w dobrym sta­nie psy­chicz­nym, prze­ży­wał dra­mat rodzinny i utra­cił pew­ność sie­bie. Zasko­czony tele­gra­mem, zaczął się wahać, pro­sić o wytyczne sztabu i tra­cił cenny czas. Zapał osłabł, pułki były w roz­terce i pod wpły­wem prze­stęp­czej agi­ta­cji zaczął się fer­ment. Naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy gene­rała Kry­mowa, bez­wolny szef tuziem­nej dywi­zji książę Bagra­tion i mało ener­giczny dowódca dywi­zji ussu­ryj­skiej Gubin osta­tecz­nie utra­cili pano­wa­nie nad woj­skiem. Po dwóch dniach stało się jasne, że na suk­ces nie ma co liczyć. Do gene­rała Kry­mowa przy­był z pole­ce­nia Kie­ren­skiego szef gabi­netu mini­stra wojny Sama­rin i zapro­po­no­wał mu roz­mowę w Pio­tro­gro­dzie. Gene­rał posta­no­wił jechać. Przy­był do Kie­ren­skiego, miał z nim nie­zwy­kle burz­liwą roz­mowę, po któ­rej udał się na kwa­terę porucz­nika Żuraw­skiego, swego byłego ofi­cera ordy­nan­so­wego, który ostat­nio słu­żył w kan­ce­la­rii mini­stra wojny. Popro­sił, by dano mu papier i pióro i zosta­wiono samego. Po paru minu­tach padł strzał. Samo­bójcę zna­le­ziono na pod­ło­dze z prze­strze­loną pier­sią. Zosta­wił list do żony. Na pyta­nie, co go skło­niło do takiego kroku, odpo­wie­dział: "Posta­no­wi­łem umrzeć, gdyż zbyt kocham Ojczy­znę". Pró­bo­wano go rato­wać, prze­pro­wa­dzono ope­ra­cję, ale na próżno; przed wie­czo­rem zmarł.

Zapy­ta­łem Połkow­ni­kowa, jak to się stało, że on, uczest­nik ataku Kor­ni­łowa na Pio­tro­gród, mógł zostać mia­no­wany dowódcą Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego. Połkow­ni­kow odrzekł, że sam był zdzi­wiony i dodał:

-?Pan prze­cież także został mia­no­wany dowódcą 3. kor­pusu i zapewne rów­nież się pan tego nie spo­dzie­wał.

Ze sztabu okręgu posze­dłem na Bul­war Pała­cowy do Nowego Klubu, żeby dowie­dzieć się cze­goś o hra­bim Pah­le­nie, któ­rego los mnie mocno nie­po­koił. Dowie­dzia­łem się, że w ostat­nich dniach był nie­obecny w mie­ście i wró­cił dopiero poprzed­niego dnia. Wstą­pi­łem do niego wie­czo­rem. Oka­zało się, że w pierw­szych dniach po zerwa­niu sztabu głów­nego z rzą­dem hra­bia Pah­len i więk­szość pra­cu­ją­cych z nim ofi­ce­rów zmu­szeni byli się ukry­wać, aby unik­nąć aresz­to­wa­nia; naj­bar­dziej skom­pro­mi­to­wani ucie­kli z mia­sta. W ostat­nich dniach aresz­to­wa­nia ustały, nad­zór osłabł i nie­któ­rzy spo­śród ukry­wa­ją­cych się posta­no­wili wró­cić. Hra­bia Pah­len ukry­wał się tuż pod mia­stem w majątku Wsie­wo­łoż­skiego Ria­bowo. Powie­dział mi, że marsz Kor­ni­łowa na Pio­tro­gród kom­plet­nie zasko­czył jego orga­ni­za­cję. Kon­fliktu mię­dzy rzą­dem a szta­bem nikt się wów­czas nie spo­dzie­wał, nie poczy­niono więc żad­nych przy­go­to­wań. Już po zerwa­niu do Pah­lena przy­był jakiś nie­znany mu puł­kow­nik, który odmó­wił poda­nia nazwi­ska i nie oka­zał żad­nych doku­men­tów. Został jakoby przy­słany przez Kry­mowa i miał za zada­nie uprze­dzić o wymar­szu Kry­mowa na Pio­tro­gród. Hra­bia Pah­len, oba­wia­jąc się pro­wo­ka­cji, odmó­wił roz­mowy z puł­kow­nikiem. Do dziś zresztą nie wie­dział, czy rze­czy­wi­ście była to pro­wo­ka­cja, czy nie.

Naza­jutrz rano przy­je­chali do mnie dowódca pułku pri­mor­skiego, puł­kow­nik Sze­pu­łow, i ner­czyń­skiego -?Makow­kin. Poprzed­niego dnia w Car­skim Siole, gdzie sta­cjo­no­wała dywi­zja, dowie­dzieli się o mojej nomi­na­cji i przy­jeź­dzie do Pio­tro­grodu, posta­no­wili więc mnie odwie­dzić. Sły­sząc, że moja nomi­na­cja jest jesz­cze wąt­pliwa, pro­sili, bym z niej nie rezy­gno­wał i musia­łem im to obie­cać. Nie ukry­wali, że w kor­pu­sie panuje wiel­kie roz­przę­że­nie, że w nie­któ­rych puł­kach Kozacy aresz­to­wali ofi­ce­rów. Mimo to, jak twier­dzili, można było jesz­cze pod­nieść ducha bojo­wego i dys­cy­plinę w oddzia­łach. Tłu­ma­czyli klę­skę gene­rała Kry­mowa tymi samymi przy­czy­nami co Połkow­ni­kow, cho­ciaż rola Połkow­ni­kowa ich zda­niem była nieco inna.

Wie­czo­rem zate­le­fo­no­wał do mnie Połkow­ni­kow i pro­sił, bym przy­szedł do sztabu okręgu. Dowie­dzia­łem się od niego, że "z uwagi na obecną sytu­ację i moją postawę poli­tyczną" mini­ster wojny Wier­chow­ski nie uważa za moż­liwe mia­no­wa­nie mnie dowódcą kor­pusu roz­lo­ko­wa­nego w pobliżu sto­licy, że "wódz naczelny" przy­znał mu rację i że zosta­nie mi zapro­po­no­wane inne sta­no­wi­sko. Odpar­łem, że żad­nej innej nomi­na­cji nie przyjmę i będę zabie­gać o przej­ście w stan spo­czynku. Połkow­ni­kow zauwa­żył, że obec­nie nie zwal­nia się wyż­szych dowód­ców do rezerwy i że jest roz­kaz mini­stra wojny zabra­nia­jący sta­rań w tym kie­runku. Poje­cha­łem do Sama­rina, który rów­nież twier­dził, że nie uda mi się uzy­skać dymi­sji. Pozo­sta­wał sztab. Nowego szefa sztabu wodza naczel­nego, gene­rała Ducho­nina, zupeł­nie nie zna­łem. Gene­rał kwa­ter­mistrz i gene­rał dyżurny byli także ludźmi nowymi i zupeł­nie mi obcymi, ale zastępcą szefa sztabu do spraw cywil­nych był W. Wyru­bow, mój kolega z lat stu­denc­kich i z cza­sów mojej służby ochot­ni­czej, w gwar­dii kon­nej, a jego -?w pułku kawa­ler­gar­dów. Wysła­łem do niego tele­gram z prośbą o pomoc w uzy­ska­niu dymi­sji.

Rano dano mi znać, że przy­były do Pio­tro­grodu dowódca Frontu Pół­noc­nego gene­rał Cze­re­mi­sow chce mnie widzieć i prosi, abym przy­je­chał o dwu­na­stej w połu­dnie do Pałacu Zimo­wego, gdzie ma być w tym cza­sie u Kie­ren­skiego. Od Kamieńca widzia­łem gene­rała Cze­re­mi­sowa po raz pierw­szy. Zapro­po­no­wał mi przej­ście pod jego komendę i wyjazd z nim do Pskowa. Podzię­ko­wa­łem za pro­po­zy­cję i powie­dzia­łem, że sta­now­czo chcę odejść ze służby.

Tego samego dnia otrzy­ma­łem tele­gram gene­rała Ducho­nina wzy­wa­jący mnie do sztabu.

Po przy­jeź­dzie do Mohy­lewa sta­wi­łem się u gene­rała Ducho­nina. Widzia­łem go po raz pierw­szy. Śred­niego wzro­stu, pulchny, rumiany, o gęstych kędzie­rza­wych wło­sach, bar­dzo młodo wyglą­da­jący, robił wra­że­nie czło­wieka łagod­nego i skrom­nego. Zaczął mnie nama­wiać, bym zmie­nił decy­zję, prze­ko­ny­wać, że w obec­nych warun­kach obo­wiąz­kiem wyż­szych dowód­ców jest pozo­stać w armii, że tylko ich obec­ność umoż­liwi opa­no­wa­nie roz­kładu. Twardo sta­łem przy swoim. Tego samego dnia zło­ży­łem raport na ręce gene­rała Ducho­nina. Pisa­łem, że mia­no­wano mnie dowódcą 3. kor­pusu, ale nie dopusz­czono do obję­cia tej funk­cji. Z uwagi na swoją dotych­cza­sową służbę przy­czynę tej decy­zji upa­truję jedy­nie w moich prze­ko­na­niach poli­tycz­nych "nie wszyst­kim odpo­wia­da­ją­cych", że "prze­ko­nań swo­ich ni­gdy nie zmie­nia­łem i nie będę ich zmie­niać dla dogo­dze­nia komu­kol­wiek" i pro­si­łem o udzie­le­nie mi dymi­sji.

Po kilku dniach gene­rał Ducho­nin prze­ka­zał mi przez Wyru­bowa wia­do­mość, że "wódz naczelny" nie uznał za moż­liwe zwol­nie­nia w stan spo­czynku jed­nego z wyż­szych dowód­ców kawa­le­rii. Po kilku zaś następ­nych dniach zapro­po­no­wano mi funk­cję dowódcy Miń­skiego Okręgu Woj­sko­wego, na co, oczy­wi­ście, odpo­wie­dzia­łem odmow­nie.

Zna­la­złem się w dość dziw­nej sytu­acji: nie mia­łem nic do roboty, a jed­no­cze­śnie nie mogłem sobą roz­po­rzą­dzać. Posta­no­wi­łem cze­kać i nie przyj­mo­wać żad­nych nomi­na­cji. Z każ­dym dniem widzia­łem wyraź­niej, że postę­pu­ją­cego roz­kładu armii nie da się już powstrzy­mać.

Zamiesz­ka­łem w wago­nie Wyru­bowa. Sam Wyru­bow miesz­kał na pię­trze w pałacu. Ogar­nęło mnie przy­kre uczu­cie, kiedy po raz pierw­szy wsze­dłem do jego gabi­netu. Tutaj rok temu widzia­łem cesa­rza. Pokój pra­wie się od tego czasu nie zmie­nił. Wagon, w któ­rym miesz­kałem, nale­żał kie­dyś do wiel­kiego księ­cia Sier­gieja Michaj­ło­wi­cza i był urzą­dzony bar­dzo kom­for­towo. Zło­ży­łem zapo­trze­bo­wa­nie na dwa konie i codzien­nie uda­wa­łem się na dłu­gie prze­jażdżki. Obiady i kola­cje jada­łem zazwy­czaj wraz z Wyru­bowem u naszego wspól­nego przy­ja­ciela hra­biego K. Ben­ken­dorfa, brata mojego pole­głego kolegi puł­ko­wego i przy­ja­ciela, bra­tanka mar­szałka dworu. Hra­bia Ben­ken­dorf peł­nił służbę przy attaché woj­sko­wych obcych przed­sta­wi­cielstw. Spę­dza­li­śmy dłu­gie jesienne wie­czory na nie­koń­czą­cych się dys­ku­sjach na aktu­alne tematy. W dys­ku­sjach tych nie­odmien­nie napa­da­li­śmy na Wyru­bowa za ugo­do­wość i "poli­tykę kom­pro­misu". W tym cza­sie uznał­bym za cał­ko­wi­cie absur­dalną myśl, że dwa lata póź­niej Ben­ken­dorf znaj­dzie się w Gru­zji jako dyplo­mata, przed­sta­wi­ciel władz sowiec­kich.

Kie­dyś roz­ma­wia­li­śmy o tym, że koniecz­nie należy zre­or­ga­ni­zo­wać armię na nowych zasa­dach, że bez tego nie da się jej uzdro­wić. Jak twier­dził Wyru­bow, nad pro­ble­mem tym pra­cuje sztab naczel­nego wodza. Pod­stawą orga­ni­za­cji miała być rze­komo zasada tery­to­rial­no­ści, przy czym szcze­gól­nie obsta­wał gene­rał kwa­ter­mistrz Dite­richs. Zaczą­łem dowo­dzić, że sys­tem tery­to­rialny niczego nie zała­twi, że w obec­nej sytu­acji zasada tery­to­rial­no­ści może dopro­wa­dzić jedy­nie do roz­człon­ko­wa­nia armii, a wraz z nią kraju, i że w momen­cie, kiedy trwa wojna, orga­ni­za­cji takiej prak­tycz­nie wpro­wa­dzić się nie da. Moim zda­niem dla uzdro­wie­nia armii, jeśli jesz­cze nie jest za późno, konieczne jest, aby przede wszyst­kim rząd ustą­pił od tak zwa­nej demo­kra­ty­za­cji armii i rewo­lu­cyj­nej dys­cy­pliny, aby wpro­wa­dzono w życie tak zwany pro­gram Kor­ni­łowa. Pod tym warun­kiem widzia­łem moż­li­wość roz­po­czę­cia prac nad uzdro­wie­niem armii. Korzy­sta­jąc z zimo­wego zastoju i tego, że Niemcy skie­ro­wali znaczną część sił na Front Zachodni, można było, prze­su­wa­jąc stop­niowo część kor­pu­sów na tyły, wyod­ręb­nić w oddzia­łach naj­słab­szy ele­ment, a pozo­sta­łymi uzu­peł­nić wydzie­lone w dywi­zjach bata­liony sztur­mowe, które mogłyby zostać roz­wi­nięte w pułki i bry­gady. Wedle tych obli­czeń liczba dywi­zji pie­choty byłaby niż­sza, o ile pamię­tam, dwu­krot­nie, ale za to byłyby one zdatne do walki.

Wydzie­lone z puł­ków nie­po­żą­dane ele­menty można by było sfor­mo­wać w bata­liony robo­cze o zaostrzo­nym rygo­rze. Mogłyby one zostać użyte w służ­bach tyło­wych i powrót z nich do sze­re­gów powi­nien być dopusz­czalny jedy­nie po okre­ślo­nym cza­sie służby i otrzy­ma­niu odpo­wied­niej opi­nii prze­ło­żo­nych. Służba liniowa powinna według mnie posia­dać wię­cej przy­wi­le­jów służ­bo­wych i mate­rial­nych w porów­na­niu z tyłową. Oczy­wi­ście, wszyst­kie te środki mogły przy­nieść pomyślne rezul­taty jedy­nie pod warun­kiem zmiany ogól­nego porządku w armii.

Wyru­bow, który jak zawsze się zapa­lał, zaczął mnie pro­sić, żebym się pod­jął szcze­gó­ło­wego opra­co­wa­nia tej sprawy. Nie przy­wią­zu­jąc do tego żad­nej wagi, wykrę­ca­łem się żar­tami. Jed­nak po kilku dniach Wyru­bow znów wró­cił do tematu i poin­for­mo­wał mnie, że powie­dział o moich pro­jek­tach Ducho­ni­nowi i Dite­rich­sowi i że obaj nad­zwy­czaj się nimi zain­te­re­so­wali. Dite­richs pro­sił, żebym do niego wstą­pił. Kilka dni póź­niej powtó­rzył zapro­sze­nie i oso­bi­ście mnie popro­sił, żebym wyło­żył na piśmie ów pro­jekt. Wzią­łem do pomocy pod­puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Jakow­lewa i po około dzie­się­ciu dniach przed­sta­wi­łem pro­po­zy­cje.

Wydział cywilny (obec­nie nawet spra­wami armii zaj­mo­wali się cywile) zażą­dał wielu popra­wek, ale nie odrzu­cił pod­sta­wo­wych zało­żeń. Pro­jekt wysłano do Pio­tro­grodu. Oczy­wi­ście, abso­lut­nie nie wie­rzy­łem, że wszyst­kie prze­wi­dziane w pro­jek­cie środki zostaną wpro­wa­dzone w życie; wystę­pu­jąc z nim, mia­łem na uwa­dze co innego -?moż­li­wość nawią­za­nia kon­taktu z licz­nymi oddzia­łami, a zwłasz­cza z bata­lio­nami sztur­mo­wymi, zło­żo­nymi z ochot­ni­ków, głów­nie ofi­ce­rów. Jeden taki bata­lion pod dowódz­twem pod­puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Mana­kina znaj­do­wał się w kwa­te­rze głów­nej. Był to wzo­rowy oddział. W wypadku nie­unik­nio­nego roz­padu armii może uda­łoby się oca­lić przy­naj­mniej nie­wielki, dobrze zor­ga­ni­zo­wany, silny jej rdzeń. Szes­na­stego paź­dzier­nika Kie­ren­ski zatwier­dził przed­sta­wioną przez Wyru­bowa notatkę służ­bową, któ­rej pod­stawę sta­no­wił mój pro­jekt. Ofi­ce­ro­wie dyżurni otrzy­mali pole­ce­nie opra­co­wa­nia szcze­gó­łów per­so­nal­nych.

Szef sztabu naczel­nego wodza i jego zastępca do spraw cywil­nych mieli wyje­chać do Pio­tro­grodu na otwar­cie Przed­par­la­mentu17. Sko­rzy­sta­łem z tej oka­zji, by poje­chać do sto­licy. Jecha­łem z Wyru­bo­wem w jego wago­nie. Na obiad przy­szedł gene­rał Ducho­nin, który sie­dział u nas do dzie­sią­tej, wyraź­nie zado­wo­lony, że może odpo­cząć od codzien­nych spraw, i opo­wia­dał wiele o swo­jej daw­nej służ­bie. Ze szcze­gólną przy­jem­no­ścią wspo­mi­nał czasy, kiedy dowo­dził 105. puł­kiem łuc­kim. Pułk pod jego komendą sto­czył wiele sław­nych bojów. Świad­czyły o tym Krzyże św. Jerzego zdo­biące pierś i szyję gene­rała.

Pierw­sze posie­dze­nie Przed­par­la­mentu jesz­cze raz pod­kre­śliło bez­siłę wła­dzy i brak jed­no­ści na górze.

Dwu­dzie­stego pią­tego paź­dzier­nika roz­le­gły się w Pio­tro­gro­dzie pierw­sze wystrzały z krą­żow­nika "Aurora". Kie­ren­ski uciekł, pozo­stali człon­ko­wie Rządu Tym­cza­so­wego zasie­dli w Pałacu Zimo­wym pod osłoną żeń­skich bata­lio­nów i dzieci jun­krów. W sto­licy powtó­rzyły się dni lutowe. Na uli­cach trwała strze­la­nina, prze­my­kały cię­ża­rówki z uzbro­jo­nymi żoł­nie­rzami.

Kwa­tera główna w tych dniach wrzała. Bez­u­stan­nie obra­do­wał komi­tet armijny. Gene­ra­ło­wie Ducho­nin, Dite­richs i Wyru­bow nie odcho­dzili od apa­ra­tów Hughesa. Nade­szła wia­do­mość o mar­szu gene­rała Kra­snowa z 3. kor­pu­sem na Pio­tro­gród, za nim miały ruszyć następne oddziały. Ale już w dwa dni póź­niej zaczęto mówić o "zdra­dzie gene­rała Cze­re­mi­sowa". W szta­bie dowódcy Frontu Pół­noc­nego już się toczyła haniebna roz­grywka. Gene­rał Cze­re­mi­sow dość przej­rzy­ście dawał do zro­zu­mie­nia, że w naj­bliż­szych dniach zamie­rza zostać wodzem naczel­nym. Esze­lony, wezwane do Pio­tro­grodu przez rząd, Cze­re­mi­sow zatrzy­mał w dro­dze; Kozacy ussu­ryj­scy zaczęli się bra­tać z bol­sze­wi­kami. Jesz­cze raz w sfe­rach wyż­szych woj­sko­wych zapa­no­wały bez­ład, nie­zde­cy­do­wa­nie, zdrada i tchó­rzo­stwo.

W tym cza­sie nagle, prze­jaz­dem przez Mohy­lew, przy­był gene­rał Odin­cow. Nie widzia­łem go od czasu jego nie­god­nego zacho­wa­nia w cza­sie wystą­pie­nia Kor­ni­łowa. Wstą­pił do mnie bar­dzo zmie­szany. Dowie­dzia­łem się, że skie­ro­wano go do Pio­tro­grodu, do dys­po­zy­cji szefa Sztabu Gene­ral­nego. W tym cza­sie daleki byłem od myśli, że po dwóch tygo­dniach wróci do kwa­tery głów­nej i w imie­niu wodza naczel­nego cho­rą­żego Kry­lenki poleci gene­rałowi Ducho­ni­nowi opu­ścić poste­ru­nek.

Pierw­szego listo­pada Kie­ren­ski uciekł, zdra­dziw­szy swych kole­gów z rządu, armię i Rosję. Pią­tego listo­pada, dekre­tem Sow­nar­komu wodzem naczel­nym został mia­no­wany cho­rąży Kry­lenko. W kwa­te­rze głów­nej czy­niono jesz­cze próby sfor­mo­wa­nia "demo­kra­tycz­nego rządu", któ­rego pre­mie­rem miał zostać W. Czer­now. Byłem u Wyru­bowa, kiedy zamel­do­wano o jego przy­by­ciu. Chcąc unik­nąć spo­tka­nia z tym panem, co prę­dzej wysze­dłem z gabi­netu. Jed­no­cze­śnie z Czer­nowem przy­był także były mini­ster wojny, gene­rał Wier­chow­ski. Mia­łem oka­zję go widzieć i zro­bił na mnie wra­że­nie zaro­zu­mia­łego zera. W dniu, w któ­rym dowie­dzia­łem się o mia­no­wa­niu wodzem naczel­nym cho­rą­żego Kry­lenki, posta­no­wi­łem opu­ścić armię. Gene­rał Ducho­nin już mnie nie zatrzy­my­wał. Wzią­łem nie­zbędne papiery i wstą­pi­łem do Wyru­bowa, by się poże­gnać. Był bar­dzo zde­ner­wo­wany, wła­śnie wró­cił od Ducho­nina, który otrzy­mał wia­do­mość, że Kry­lenko wydał woj­skom roz­kaz "roz­po­czę­cia roko­wań z nie­przy­ja­cie­lem". Kry­lenko tele­gra­fo­wał do Ducho­nina żąda­jąc, by ten prze­ka­zał swą funk­cję sze­fowi gar­ni­zonu, gene­rałowi Boncz-Bru­je­wi­czowi. Nie­zdarny, tępy i wyjąt­kowo pozba­wiony zasad Boncz-Bru­je­wicz zdą­żył się wkraść w łaski mohy­lew­skiej rady dele­ga­tów. Gene­rał Ducho­nin zapro­po­no­wał Dite­rich­sowi i Wyru­bo­wowi, że zwolni ich z przy­sięgi, że go nie opusz­czą. Wyru­bow odmó­wił, zde­cy­do­wany do końca dzie­lić los głów­no­do­wo­dzą­cego, Dite­richs zaś posta­no­wił wpraw­dzie zostać, ale jako "osoba pry­watna", zaopa­trzony w roz­kaz pod­pi­sany przez Ducho­nina o odko­men­de­ro­wa­niu do Armii Kau­ka­skiej. Wyru­bow powie­dział, że gene­rał Ducho­nin zamie­rza prze­nieść kwa­terę główną do Kijowa.

Z cięż­kim ser­cem opusz­cza­łem armię. Osiem mie­sięcy temu Rosja oba­liła swego Monar­chę. Wedle słów osób będą­cych u wła­dzy, prze­wrót pań­stwowy miał na celu uwol­nie­nie kraju od rządu, który zmie­rzał do zawar­cia hanieb­nego sepa­ra­ty­stycz­nego pokoju. Nowy rząd napi­sał na swym sztan­da­rze: "Wojna do zwy­cię­skiego końca". Po upły­wie ośmiu mie­sięcy rząd ów hanieb­nie zdał Rosję na łaskę i nie­ła­skę zwy­cięzcy. Win­nym tej hańby był nie tylko bez­wolny i nie­udolny rząd. Odpo­wie­dzial­ność dzie­lili z nim także wyżsi dowódcy i cały naród rosyj­ski. Wiel­kie słowo "wol­ność" naród ten zastą­pił sło­wem "prze­moc" i zdo­bytą wol­ność zamie­nił w sza­leń­stwo, gra­bież i mord.

Pod bolszewickim butem

Po nie­spo­koj­nym, ner­wo­wym życiu w kwa­te­rze głów­nej zdu­miony byłem, zasta­jąc na Kry­mie zupeł­nie inną, poko­jową i, że tak powiem, głę­boko pro­win­cjo­nalną atmos­ferę.

Już w pierw­szych dniach zamętu schro­niło się tutaj mnó­stwo rodzin z Moskwy, Pio­tro­grodu i Kijowa. Ludzie ci, prze­waż­nie bogaci i nie­za­leżni, nie­zwią­zani ze służbą albo tacy, któ­rzy ją porzu­cili, naj­czę­ściej obo­jętni poli­tycz­nie, stwo­rzyli na Kry­mie szcze­gólną atmos­ferę daleką od walki poli­tycz­nej i nie­po­ko­jów więk­szo­ści wiel­kich ośrod­ków Rosji. W oko­li­cach Jałty zamiesz­kała po prze­wro­cie także spora część rodziny cesar­skiej: sędziwa cesa­rzowa -?matka Maria Fio­do­rowna z cór­kami, wiel­kimi księż­nymi Kse­nią Alek­san­drowną i Olgą Alek­san­drowną, wielcy ksią­żęta Miko­łaj Miko­łajewicz, Piotr Miko­łajewicz i Alek­san­der Michaj­ło­wicz z rodzi­nami. W samej Jał­cie, w Ałupce, Simen­zie i Gurzu­fie miesz­kało sporo osób z peters­bur­skiego towa­rzy­stwa -?naszych sta­rych zna­jo­mych. Wszy­scy czę­sto się widy­wali. Wielu sta­rało się prze­nieść na tutej­szy grunt zwy­kły tryb życia peters­bur­skiego.

O groź­nej rze­czy­wi­sto­ści przy­po­mi­nały tylko wia­do­mo­ści, dość nie­re­gu­lar­nie przy­cho­dzące z pocztą. W kilka dni po przy­jeź­dzie dowie­dzia­łem się z gazet o tra­gicz­nej śmierci gene­rała Ducho­nina i ucieczce więź­niów bychow­skich18. Z rzadka docie­rały wia­do­mo­ści o tym, że demo­kra­tyczna Rada Ukra­iń­ska prze­chyla się coraz bar­dziej w lewo i że nad Donem szy­kuje się "kontr­re­wo­lu­cja"19. Zna­jąc Koza­ków, nie­zbyt wie­rzy­łem w trwa­łość tej ostat­niej. Uwa­ża­łem, że wcze­śniej czy póź­niej kozac­two da się wcią­gnąć w wir rewo­lu­cji i opa­mięta się, gdy tylko poczuje na wła­snej skó­rze roz­ko­sze komu­ni­stycz­nego reżymu.

Bez­tro­skie życie na Kry­mie nie trwało długo. Wkrótce z pół­nocy nade­szły pierw­sze wie­ści o wystą­pie­niach w mia­stach i wsiach roz­ma­itej zbie­ra­niny, która zamie­rzała się zjed­no­czyć pod czer­wo­nym sztan­da­rem. Tu i ówdzie zda­rzały się już napa­ści na majątki ziem­skie.

Będąc któ­re­goś dnia w spra­wach mająt­ko­wych w Meli­to­polu, po raz pierw­szy zoba­czy­łem na tam­tej­szym dworcu czer­wone woj­ska; to wra­cali po krwa­wej lek­cji mary­na­rze Floty Czar­no­mor­skiej, roz­bici przez gene­rała Kale­dina pod Rosto­wem. Ludzie ci, o bez­czel­nych zwie­rzę­cych twa­rzach, obwie­szeni taśmami nabo­jów, z gra­na­tami za pasem, bez­ład­nymi grup­kami zdą­żali do Sewa­sto­pola, wdzie­ra­jąc się do wago­nów pasa­żer­skich, wyrzu­ca­jąc kobiety i dzieci, bijąc kole­ja­rzy.

Idąc za przy­kła­dem Donu i Ukra­iny, w pobliżu nad­cią­ga­ją­cej czer­wo­nej fali, posta­no­wili się także zor­ga­ni­zo­wać, w postaci Kuruł­taju, krym­scy Tata­rzy20. Świeżo sfor­mo­wany rząd tatar­ski miał cha­rak­ter koali­cyjny, cho­ciaż prze­wa­żała w nim "poli­tyka demo­kra­tyczna", któ­rej zapa­lo­nym rzecz­ni­kiem był pre­mier i mini­ster wojny Sey­dah­met, podob­nie jak pan Kie­ren­ski, rów­nież adwo­kat. Sey­dah­meta popie­rały, oprócz ele­men­tów demo­kra­tycz­nych, także grupy tur­ko­fil­skie. Rząd miał do dys­po­zy­cji garstkę sił zbroj­nych: krym­ski pułk dra­go­nów, zaj­mu­jący gar­ni­zony Sym­fe­ro­pola, Bach­czy­sa­raju i Jałty, uzu­peł­niony przez Tata­rów krym­skich, kilka bata­lio­nów ofi­cer­skich i chyba dwie bate­rie polowe. W gar­ni­zo­nie sewa­sto­pol­skim i sewa­sto­pol­skiej arty­le­rii dawno już doszły do głosu nastroje bol­sze­wic­kie. W Sym­fe­ro­polu, miej­scu pobytu Kuruł­taju, sfor­mo­wano spiesz­nie sztab armii, któ­rego sze­fem został puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Maku­cha. Ku mojemu naj­wyż­szemu zdu­mie­niu, otrzy­ma­łem z Jałty pod­pi­sany prze­zeń tele­gram z wia­do­mo­ścią, że rząd krym­ski pro­po­nuje mi sta­no­wi­sko dowódcy armii. Pro­szono, bym przy­był na roz­mowy do Sym­fe­ro­pola. Tego samego dnia ogło­szono na Kry­mie powszechną mobi­li­za­cję, dzięki któ­rej, wedle wyli­czeń sztabu, miano w krót­kim cza­sie sfor­mo­wać cały kor­pus i roz­wi­nąć kawa­le­rię w bry­gadę. Posta­no­wi­łem poje­chać do Sym­fe­ro­pola i wyja­śnić sprawę na miej­scu, zanim udzielę jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzi na przed­sta­wioną mi pro­po­zy­cję.

W Sym­fe­ro­polu, sto­licy Krymu, pano­wało nie­zwy­kłe wprost oży­wie­nie: odby­wała się reje­stra­cja ofi­ce­rów, trwały jakieś narady, bez­u­stan­nie obra­do­wały jakieś komi­sje. Szef sztabu, puł­kow­nik Maku­cha, zro­bił na mnie wra­że­nie czło­wieka skrom­nego i rze­czo­wego. Cał­ko­wi­cie pochło­nięty zagad­nie­niami tech­niki, nie inte­re­so­wał się poli­tyką. Poli­tyka zaś była tu okra­szona typową kie­rensz­czy­zną -?cywilny krym­ski dowódca, podob­nie jak jego kolega w Pio­tro­gro­dzie, chciał się oprzeć na armii, którą widział zde­mo­kra­ty­zo­waną, z odpo­wied­nimi komi­te­tami i komi­sa­rzami. Już po pierw­szych sło­wach zamie­nio­nych z Sey­dah­me­tem prze­ko­na­łem się, że nie jest nam po dro­dze, co zresztą szcze­rze mu powie­dzia­łem, oświad­cza­jąc, że w tych warun­kach nie mogę przy­jąć pro­po­no­wa­nego mi sta­no­wi­ska. Sey­dah­met zro­zu­miał naj­wy­raź­niej, że nie ma sensu mnie nama­wiać i pro­sił tylko, bym był obecny na nara­dzie, która miała się odbyć wie­czo­rem w szta­bie. Na nara­dzie tej miał być roz­pa­try­wany plan zaję­cia twier­dzy sewa­sto­pol­skiej, przed­ło­żony przez puł­kow­nika Sztabu Gene­ral­nego Dosto­wa­łowa. Pro­szono mnie, bym wyra­ził opi­nię na ten temat. Gdy­bym się jesz­cze wahał, czy objąć komendę nad woj­skami rządu krym­skiego, to po tej nara­dzie moje wąt­pli­wo­ści musia­łyby znik­nąć. Mimo iż przed­ło­żony i opra­co­wany przez puł­kow­nika Dosto­wa­łowa plan został przez wszyst­kich obec­nych na nara­dzie woj­sko­wych, w tym przeze mnie i szefa sztabu puł­kow­nika Maku­chę, uznany za nie­re­alny, "mini­ster wojny" po wysłu­cha­niu obec­nych oświad­czył, że zga­dza się z puł­kow­nikiem Dosto­wa­ło­wem i zapro­po­no­wał sze­fowi sztabu, by ten wydał roz­kaz przy­stą­pie­nia do reali­za­cji planu. Ran­kiem wyje­cha­łem do Jałty.

Rano 8 stycz­nia po mie­ście roze­szły się pogło­ski, że w nocy miała miej­sce potyczka mię­dzy dwoma szwa­dro­nami dra­go­nów krym­skich, sta­cjo­nu­ją­cych w pałacu w Liwa­dii, a miej­scową Czer­woną Gwar­dią, i że dra­goni ucie­kli w góry i wła­dzę w mie­ście prze­jęły sowiety. Około połu­dnia uka­zała się wydana przez sowiety pro­kla­ma­cja stwier­dza­jąca, że od dziś jedyną wła­dzą w mie­ście jest miej­scowa rada i naka­zu­jąca, by oby­wa­tele bez zwłoki oddali wszelką broń. Pod wie­czór do mia­sta zawi­nął sta­tek i mary­na­rze pod wodzą człon­ków miej­sco­wej rady przy­stą­pili do powszech­nej rewi­zji.

Rewi­zja nie omi­nęła i nas. Około dzie­wią­tej wie­czo­rem w naszej willi przy ulicy Niż­nie-Mas­san­drow­skiej zja­wiło się sze­ściu mary­na­rzy, obwie­szo­nych taśmami nabo­jów i gra­na­tami; poka­zali jakiś nakaz i zażą­dali wpusz­cze­nia do miesz­ka­nia w celu prze­pro­wa­dze­nia rewi­zji. Kaza­łem ich wpu­ścić i dać cał­ko­witą swo­bodę, pil­nu­jąc jedy­nie, by przed­sta­wi­ciele "rewo­lu­cyj­nego ludu" przy oka­zji rewi­zji cze­goś nie zwę­dzili. Broń, jaką mie­li­śmy, jesz­cze rano została dobrze ukryta w piw­nicy i na stry­chu. Ja sam w cza­sie rewi­zji, żeby unik­nąć roz­mowy z tymi afe­rzy­stami, usia­dłem przy sto­liku kar­cia­nym i zaczą­łem grać w pikietę z syn­kiem, zupeł­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na szpe­ra­ją­cych po szu­fla­dach i komo­dach mary­na­rzy. Ci sta­rali się na wszel­kie spo­soby wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi, wygła­sza­jąc ordy­narne uwagi, umyśl­nie hała­su­jąc i prze­su­wa­jąc meble. Prze­ko­naw­szy się jed­nak, że nie odnosi to skutku, zosta­wili nas w spo­koju. Póź­niej nie­raz w cza­sie rewi­zji ucie­ka­łem się do tego wypró­bo­wa­nego spo­sobu.

Dzie­sią­tego stycz­nia około dzie­sią­tej obu­dziła mnie strze­la­nina. Dowie­dzia­łem się od słu­żą­cej, że w nocy zeszli z gór krym­scy dra­goni i zajęli zachod­nią część mia­sta oraz, że o świ­cie przy­pły­nęły z Sewa­sto­pola dwa tor­pe­dowce i ostrze­li­wują mia­sto. Ubra­łem się i wysze­dłem na bal­kon razem z gosz­czą­cym u nas bra­tem żony. W mie­ście sły­chać było gwał­towną strze­la­ninę, czę­sto roz­ry­wały się szrap­nele, ostrze­li­wano głów­nie cen­trum. Nie­które budynki mocno ucier­piały od poci­sków. Dwa tra­fiły w dom sąsia­du­jący z naszą willą, a kilka upa­dło w naszym ogro­dzie.

Około połu­dnia zamel­do­wano mi, że oddział mary­na­rzy jest w ogro­dzie i wysta­wił warty przy wej­ściu na naszą par­celę. Wysze­dłem do ogrodu i zoba­czy­łem pięt­na­stu męż­czyzn, mary­na­rzy i uzbro­jo­nych cywi­lów, stło­czo­nych pod bal­ko­nem.

-?Kto tu dowo­dzi? -?spy­ta­łem.

Wysu­nął się naprzód jakiś mary­narz.

-?A więc oświad­czam wam, że jestem gene­ra­łem, a ten pan -?tu wska­za­łem na szwa­gra -?to rów­nież ofi­cer, rot­mistrz. Nie ukry­wamy się.

Mary­na­rze wie­dzieli już o naszej obec­no­ści.

-?To dobrze -?powie­dział przy­wódca -?my nikogo nie ruszamy oprócz tych, któ­rzy z nami wal­czą.

-?My wal­czymy tylko z Tata­rami -?powie­dział inny. -?Jesz­cze mateńka Kata­rzyna przy­łą­czyła Krym do Rosji, a oni się teraz wyła­mują...

Czę­sto póź­niej wspo­mi­na­łem te słowa, jakże zna­mienne w ustach "świa­do­mego" zwo­len­nika czer­wo­nej mię­dzy­na­ro­dówki.

Pod wie­czór dra­goni krym­scy opu­ścili mia­sto, a wraz z nimi ucie­kło bar­dzo wielu miesz­kań­ców z zaję­tych przez dra­go­nów dziel­nic.

Jede­na­stego stycz­nia przed dzie­wiątą rano obu­dził mnie jakiś hałas. Unio­słem się na łóżku i usły­sza­łem dono­śne głosy, tupot nóg i trza­ska­nie drzwiami. Do pokoju wpa­dło sze­ściu mary­na­rzy z kara­bi­nami w rękach, obwie­szo­nych taśmami nabo­jów. Dwaj pod­bie­gli do łóżka, wyce­lo­wali we mnie kara­biny i wrza­snęli:

-?Nie ruszać się, jeste­ście aresz­to­wani!

Mały prysz­czaty mary­narz z rewol­we­rem, widocz­nie star­szy rangą, kazał dwóm ludziom sta­nąć przy drzwiach i nikogo nie wpusz­czać.

-?Ubie­raj­cie się -?powie­dział do mnie.

-?Zabierz­cie swo­ich ludzi -?odpar­łem. -?Widzi­cie prze­cież, że nie jestem uzbro­jony i nie zamie­rzam ucie­kać. Zaraz się ubiorę i będę gotów pójść z wami.

-?Dobrze -?rzekł mary­narz -?tylko prędko, nie mamy czasu.

Mary­na­rze wyszli. Ubra­łem się szybko, wysze­dłem na kory­tarz i oto­czony przez mary­na­rzy ruszy­łem do wyj­ścia. W drzwiach zoba­czy­łem nasze słu­żące, zbite w gro­madkę i zapła­kane. W ogro­dzie przy pod­jeź­dzie cze­kało jesz­cze z dzie­się­ciu mary­na­rzy, a z nimi pomoc­nik ogrod­nika, któ­rego nie­dawno prze­gna­łem. Pijak i ordy­nus na jakąś uwagę mojej żony gru­biań­sko się odszczek­nął. Wła­śnie wycho­dzi­łem do ogrodu i sły­sząc, jak ten gru­bia­nin ubliża mojej żonie, trzep­ną­łem go laską. Naza­jutrz został zwol­niony, a teraz przy­pro­wa­dził mary­na­rzy.

-?Wła­śnie, towa­rzy­sze, to jest ten gene­rał, zwą­chał się z Tata­rami, ja zaświad­czę, że to kontr­re­wo­lu­cjo­ni­sta, wróg ludu! -?krzyk­nął łaj­dak na mój widok.

Z tarasu, w oto­cze­niu dwóch mary­na­rzy, scho­dził, rów­nież zatrzy­many, brat mojej żony. Prze­szli­śmy przez ogród na ulicę, gdzie cze­kały przy­słane po nas dwa auta; dokoła stał tłum ludzi. Posy­pały się obe­lgi i gwizdy, nie­któ­rzy wyra­żali współ­czu­cie. Jakiś Grek pod­szedł do mary­na­rzy i usi­ło­wał się za nami wsta­wiać:

-?Towa­rzy­sze, ja ich znam -?powie­dział. -?Oni są nie­winni, nie brali udziału w bitwie.

-?Dobra, potem się to wyja­śni -?odsu­nął go jeden z mary­na­rzy.

Wsia­da­li­śmy już do auta, kiedy, roz­trą­ca­jąc tłum, przy­bie­gła moja żona. Uchwy­ciła się drzwi­czek i pró­bo­wała wsiąść, ale mary­na­rze jej nie wpusz­czali. Ja także usi­ło­wa­łem ją namó­wić, by została, ale nie chciała słu­chać, pła­kała i doma­gała się, by pozwo­lono jej jechać ze mną.

-?Dobra, towa­rzy­sze, niech jedzie -?powie­dział wresz­cie jeden z mary­na­rzy.

Auta pomknęły w kie­runku mola. Widać tam było olbrzymi tłum, dobie­gały krzyki. Dwa sto­jące przy molo tor­pe­dowce z rzadka ostrze­li­wały mia­sto. Auta zatrzy­mały się przy zacu­mo­wa­nym tor­pe­dowcu.

-?O, są ci krwio­pijcy! Co tam z nimi gadać, do wody z nimi! -?zaczęto krzy­czeć z tłumu.

Spo­strze­głem leżące na molo dwa trupy w kałuży krwi... Sta­ra­jąc się nie patrzeć na ota­cza­jące nas zwie­rzęce twa­rze, szybko prze­sze­dłem po tra­pie na tor­pe­do­wiec wraz z żoną i szwa­grem. Zapro­wa­dzono nas do jakiejś kajuty. Jeden z mary­na­rzy został przy drzwiach, reszta wró­ciła na górę na pokład. Pra­wie natych­miast do kajuty wszedł jakiś męż­czy­zna w ofi­cer­skim mun­du­rze mary­nar­skim, ale bez nara­mien­ni­ków. Zdu­miała mnie jego przy­gnę­biona i zakło­po­tana mina. Żona rzu­ciła się do niego i zaczęła pytać, co z nami będzie; pró­bo­wał ją uspo­koić, przed­sta­wił się jako kapi­tan tor­pe­dowca i obie­cał, że zrobi wszystko, by jak naj­szyb­ciej roz­pa­trzyć naszą sprawę.

-?Nie ma się czego oba­wiać, jeśli jest pan nie­winny. Zaraz roz­pa­trzą pań­ską sprawę i pew­nie wypusz­czą -?powie­dział, ale było jasne, że sam nie wie­rzy w to, co mówi...

Za drzwiami dał się sły­szeć zgiełk i tupot i do kajuty wdarł się tłum mary­na­rzy. Żądali wyda­nia nas i natych­mia­sto­wej roz­prawy. Z wiel­kim tru­dem kapi­ta­nowi i dwóm czy trzem mary­na­rzom, któ­rzy przy­szli mu z pomocą, udało się ich namó­wić, by wyszli i pozo­sta­wili nas sądowi.

Po pół godzi­nie przy­pro­wa­dzono jesz­cze jed­nego aresz­to­wa­nego -?jakie­goś puł­kow­nika wojsk inży­nie­ryj­nych. Mówił, że ujęto go rów­nież z powodu donosu słu­żą­cego, z któ­rym miał roz­ra­chunki pie­niężne. Naj­bar­dziej się nie­po­koił o pozo­sta­wione w domu pie­nią­dze i ważne doku­menty, które mogły prze­paść.

Ogar­nęło mnie przy­gnia­ta­jące, nie­wy­tłu­ma­czalne poczu­cie grozy. Przy­wy­kłem patrzeć śmierci w oczy i nie bałem się nie­bez­pie­czeń­stwa, ale myśl, że mogę być roz­strze­lany przez wła­snych rosyj­skich żoł­nie­rzy, roz­strze­lany jak gra­bieżca czy szpieg, była nie­zwy­kle ciężka. Naj­bar­dziej prze­ra­żało mnie to, że samo­sąd dokona się na oczach mojej żony i posta­no­wi­łem zro­bić wszystko, by ją odda­lić. Tym­cza­sem żona upro­siła kapi­tana, by ją zapro­wa­dził do komi­tetu okrę­to­wego i tam pró­bo­wała roz­ma­wiać i wzbu­dzić współ­czu­cie. Wresz­cie wró­ciła, oczy­wi­ście niczego nie osią­gnąw­szy. Zaczą­łem ją nama­wiać, by poszła do domu:

-?Tutaj w niczym mi nie pomo­żesz -?mówi­łem -?a tam mogła­byś zna­leźć świad­ków i przy­pro­wa­dzić ich, żeby potwier­dzili, że nie bra­łem udziału w walce.

Po dłu­gich waha­niach zgo­dziła się. Byłem pewien, że już wię­cej jej nie zoba­czę. Zdją­łem z ręki zega­rek z bran­so­letą, który mi poda­ro­wała w cza­sach narze­czeń­skich i który zawsze nosi­łem.

-?Weź to ze sobą, scho­waj -?powie­dzia­łem. -?Wiesz, jak go sobie cenię, a tu mogą mi go ode­brać.

Wzięła zega­rek i z pła­czem wyszła na pokład. Nie minęło jed­nak pięć minut, kiedy wró­ciła. Twarz miała zmie­nioną.

-?Zro­zu­mia­łam, to koniec -?rze­kła. -?Zostanę z tobą.

Dopiero co na jej oczach tłum roz­szar­pał ofi­cera.

W każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się końca, prze­sie­dzie­li­śmy w kaju­cie do zmierz­chu. Około pią­tej weszło kilku mary­na­rzy i młody czło­wiek w czapce i fren­czu, dokład­nie ogo­lony, zacho­wu­jący się z wielką pew­no­ścią sie­bie. Zwró­cił się do sie­dzą­cego z nami puł­kow­nika i oznaj­mił mu, że jest wolny.

-?A wy -?powie­dział do mnie i szwa­gra -?decy­zją komi­tetu okrę­to­wego sta­nie­cie przed sądem try­bu­nału rewo­lu­cyj­nego. Wie­czo­rem prze­niosą was do aresztu.

Puł­kow­nik wyszedł, ale po mniej wię­cej dzie­się­ciu minu­tach znów go ujrze­li­śmy. Sprze­czał się zażar­cie z towa­rzy­szą­cym mu mary­na­rzem:

-?Żądam, żeby mi zwró­cono zega­rek i port­fel, są w nim ważne dla mnie doku­menty -?gorącz­ko­wał się.

Mary­narz był zmie­szany.

-?Ja nic nie wiem -?mówił -?zacze­kaj­cie tu, zaraz popro­szę komi­sa­rza. Wyszedł.

-?Mojego uwol­nie­nia zażą­dali moi pra­cow­nicy -?robot­nicy por­towi. Za panem też przy­szła się wsta­wić gro­mada ludu -?powie­dział szybko puł­kow­nik. -?Nie mar­tw­cie się pań­stwo, da Bóg, że i wam uda się stąd wydo­stać...

Zja­wił się komi­sarz i puł­kow­nik wyszedł razem z nim.

Wkrótce przy­szli i po nas. Pod kon­wo­jem czer­wo­no­gwar­dzi­stów popro­wa­dzono nas na komorę celną, gdzie prze­trzy­my­wano mnó­stwo aresz­to­wa­nych. Było ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Tłum się roz­pro­szył i bez prze­szkód prze­szli­śmy do naszego nowego wię­zie­nia. W ogrom­nej sali z wybi­tymi oknami i brudną zaplutą pod­łogą, pozba­wio­nej mebli, mie­ściło się około pięć­dzie­się­ciu aresz­to­wa­nych. Byli tu i gene­ra­ło­wie, i mło­dzi ofi­ce­ro­wie, i stu­denci, i gim­na­zja­li­ści, i kilku Tata­rów, i jacyś obe­rwańcy. Mimo zimna i brudu tutaj, z ludźmi było jed­nak lżej. Wpraw­dzie wszy­scy leżeli, ale chyba nikt nie spał. Sły­chać było ciche roz­mowy, cięż­kie wes­tchnie­nia. Na scho­dach stało mnó­stwo mary­na­rzy i czer­wo­no­gwar­dzi­stów i dobie­gało stam­tąd rynsz­to­kowe słow­nic­two. Wkrótce zaczęto wzy­wać na prze­słu­cha­nia. Trwały one całą noc, cho­ciaż wzy­wano nie wszyst­kich. Wkrótce wezwano i mnie. Prze­słu­chi­wał jakiś stu­dent w bino­klach, niski i roz­czo­chrany. Naj­pierw zada­wał ruty­nowe pyta­nia o nazwi­sko, wiek, stan cywilny. Potem zapy­tał, czy uwa­żam się za win­nego.

-?Co mi się zarzuca? -?odpo­wie­dzia­łem rów­nież pyta­niem.

Zmie­szał się.

-?Za co został pan aresz­to­wany?

-?To ja powi­nie­nem zapy­tać pana, ale myślę, że i pan tego nie wie. Praw­dzi­wej przy­czyny mogę się tylko domy­ślać. -?I opo­wie­dzia­łem mu, jak zbi­łem za cham­stwo ogrod­nika, który z zemsty na mnie doniósł. -?Nie wiem, czy ma pan żonę -?doda­łem -?myślę jed­nak, że jeśli tak, to pan także nie pozwo­liłby jej obra­żać.

Nie odpo­wie­dział i zapi­saw­szy moje zezna­nie, kazał mnie odpro­wa­dzić do pomiesz­cze­nia dla aresz­to­wa­nych. Rano zaczęto przy­pro­wa­dzać nowych więź­niów. Pod wie­czór było nas już około sie­dem­dzie­się­ciu. Przy­pro­wa­dzono mię­dzy innymi sta­rego gene­rała w sta­nie spo­czynku Jar­cewa, daw­nego miesz­kańca Jałty. Miał z górą sie­dem­dzie­siąt lat i był ciężko chory. Pod wie­czór przy­wie­ziono naszego dobrego zna­jo­mego, mło­dego księ­cia Miesz­czer­skiego, ofi­cera kon­nego pułku gre­na­die­rów, któ­rego zatrzy­mano przy pró­bie ucieczki w góry.

Około ósmej na salę wszedł wysoki mary­narz, przy­stojny blon­dyn o inte­li­gent­nej twa­rzy; towa­rzy­szyło mu kilka osób, mię­dzy innymi stu­dent, który mnie prze­słu­chi­wał, i komi­sarz, któ­rego widzia­łem na tor­pe­dowcu.

-?To jest prze­wod­ni­czący try­bu­nału, towa­rzysz Wakuła -?powie­dział jeden z naszych straż­ni­ków. -?Zaraz będzie was prze­słu­chi­wać.

"Try­bu­nał rewo­lu­cyjny" prze­cho­dził od jed­nego aresz­to­wa­nego do dru­giego. Widzie­li­śmy, jak wypro­wa­dzono dokądś sta­rego gene­rała Jar­cewa, księ­cia Miesz­czer­skiego, jakie­goś stu­denta, jesz­cze kogoś... Towa­rzysz Wakuła pod­szedł do nas. Sły­sza­łem, jak stu­dent, który mnie prze­słu­chi­wał poprzed­niego dnia, pochy­lił się do ucha prze­wod­ni­czą­cego "try­bu­nału rewo­lu­cyj­nego" i powie­dział:

-?To ten, o któ­rym wam mówi­łem.

-?Za co jeste­ście aresz­to­wani? -?zapy­tał mnie prze­wod­ni­czący.

-?Chyba za to, że jestem rosyj­skim gene­ra­łem, żadne inne prze­wi­nie­nie na mnie nie ciąży.

-?Dla­czego nie jeste­ście w mun­du­rze, daw­niej chyba byli­ście dumni ze swej rangi? A pani za co jest aresz­to­wana? -?zwró­cił się do mojej żony.

-?Nie jestem aresz­to­wana, przy­szłam tu z wła­snej woli, z mężem.

-?Ach tak. A po cóż pani tu przy­szła?

-?Prze­ży­łam z mężem szczę­śliwe życie i chcę do końca dzie­lić jego los.

Wakuła wyraź­nie sma­ku­jąc teatralny efekt, powiódł wzro­kiem po sto­ją­cych wokół aresz­to­wa­nych.

-?Nie każdy ma taką żonę; wy swo­jej żonie zawdzię­cza­cie życie. Może­cie iść -?teatral­nym gestem wska­zał wyj­ście.

Ale tego wie­czoru nas nie wypusz­czono. Oka­zało się, że musimy przejść przez jakąś reje­stra­cję i że uwol­nią nas z aresztu dopiero rano. Wakuła obszedł aresz­to­wa­nych i wyszedł. Dzie­sięć minut póź­niej za oknami na molo roz­le­gły się strzały -?trzy bez­ładne salwy, potem kilka poje­dyn­czych strza­łów. Rzu­ci­li­śmy się do okna, ale po ciemku nic nie było widać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wszyst­kie daty dzienne podane są według sta­rego stylu, róż­nią­cego się o 13 dni od nowego. [wróć]

2. Radunţi [wróć]

3. Od 1896 roku Ungern kształ­cił się w kor­pu­sie mor­skim w Sankt-Peters­burgu, który na rok przed ukoń­cze­niem opu­ścił, ucie­ka­jąc na wojnę z Japo­nią. Udziału w wal­kach wów­czas nie brał, zbyt późno docie­ra­jąc na Daleki Wschód. Jego eks­tra­wa­gancki (jak na owe czasy) postę­pek spo­wo­do­wał, iż Ungern zamiast szkoły mor­skiej koń­czy w 1908 roku paw­łow­ską szkołę pie­choty, w rezul­ta­cie czego roz­po­czyna służbę w kawa­le­rii (jako cho­rąży) w 1. arguń­skim pułku zabaj­kal­skiego woj­ska kozac­kiego. [wróć]

4. "Smuta" -?smut­noje wrie­mia, nazwa przy­jęta w Rosji w dniach zamętu i wojny domo­wej w latach 1605-1613 (przyp. wyd.). [wróć]

5. Wior­sta, dawna rosyj­ska miara dłu­go­ści równa 1,0668 km. [wróć]

6. Trze­cim uczest­ni­kiem zabój­stwa Raspu­tina był znany poli­tyk monar­chi­styczny Wła­di­mir Purisz­kie­wicz (1870-1920), który pozo­sta­wił rela­cję z tego wyda­rze­nia. [wróć]

7. Kawa­ler­gar­dzi -?począt­kowo eskorta i straż hono­rowa carów pod­czas uro­czy­sto­ści, a w okre­sie 1800-1918 jeden z puł­ków cięż­kiej kawa­le­rii gwar­dii. [wróć]

8. 3(16) marca 1917 roku w. ks. Michaił Alek­san­dro­wicz, brat cara, wydał mani­fest, w któ­rym rezy­gno­wał z tronu prze­ka­za­nego mu aktem abdy­ka­cyj­nym Miko­łaja II. Rów­no­cze­śnie pozo­sta­wiał formę ustroju Rosji do uzna­nia woli narodu, którą miało wyra­zić Zgro­ma­dze­nie Usta­wo­daw­cze. [wróć]

9. Roz­kaz nr 1 pio­tro­grodz­kiej Rady Dele­ga­tów Robot­ni­czych i Żoł­nier­skich uchwa­lony 1(14).03.1917 r., przy­jęty w Pio­tro­grodz­kim Okręgu Woj­sko­wym, a następ­nie sto­so­wany w całej armii, zapo­cząt­ko­wał i upra­wo­moc­nił pro­ces roz­kładu rosyj­skiej armii. [wróć]

10. Kur­sistki -?słu­chaczki wyż­szych kur­sów kobie­cych. [wróć]

11. Samo­stijne (nie­za­leżne) kozac­two -?nurt wśród koza­ków kubań­skich, doń­skich, ter­skich, kał­myc­kich i astra­chań­skich, po wyda­rze­niach 1917 roku opo­wia­da­ją­cych się za auto­no­mią w skła­dzie Rosji lub nie­pod­le­gło­ścią. Szcze­gól­nie silne ten­den­cje samo­stijne obja­wiali kozacy kubań­scy, któ­rzy 16.02.1918 r. ogło­sili nie­pod­le­głość demo­kra­tyczno-par­la­men­tar­nej Repu­bliki Kubań­skiej i sta­rali się pro­wa­dzić poli­tykę nie­za­leżną od ośrod­ków decy­zyj­nych ruchu bia­łych, co powo­do­wało (szcze­gól­nie w roku 1919) wza­jemne kon­flikty. [wróć]

12. Kronsz­tad -?mia­sto i twier­dza na wyspie Kotlin w Zatoce Fiń­skiej, w pobliżu ujścia Newy. Pod­czas rewo­lu­cji luto­wej 1917 r. zgi­nęło 149 osób, zaś około 1400 było ran­nych. Więk­szość ofiar śmier­tel­nych odno­to­wano w bazach mary­narki w Hel­sing­for­sie, a szcze­gól­nie w Kronsz­tadzie, gdzie mary­na­rze lin­czo­wali ofi­ce­rów. Pod­czas wyda­rzeń roku 1917 kronsz­tadzcy mary­na­rze byli opoką bol­sze­wi­ków. [wróć]

13. Mani­łow to postać z "Mar­twych dusz", zaś Chle­sta­kow z "Rewi­zora" Niko­łaja Gogola. [wróć]

14. Zwią­zek Ofi­ce­rów Armii i Floty powo­łany w maju 1917 roku, m.in. z ini­cja­tywy gen. Alek­sie­jewa, sta­wiał sobie za zada­nie opa­no­wa­nie anar­chii w woj­sku i kraju. Roz­wi­jał się szybko, orga­ni­zu­jąc we wszyst­kich więk­szych mia­stach i gar­ni­zo­nach swoje oddziały. Aktyw­nie uczest­ni­czył w nie­uda­nej pró­bie prze­ję­cia wła­dzy przez gen. Kor­ni­łowa w sierp­niu (wrze­śniu) 1917 roku, po czym został roz­wią­zany, zaś część dzia­ła­czy aresz­to­wana. [wróć]

15. Póź­niej dowódcą kor­pusu w Armii Pół­nocno-Zachod­niej gen. Jude­ni­cza. [wróć]

16. 21 i 22 lipca 1917 roku cofa­jące się woj­sko rosyj­skie plą­dro­wało Sta­ni­sła­wów, dopusz­cza­jąc się mor­dów, gwał­tów i gra­bieży. Na prośbę bur­mi­strza Sta­ni­sła­wowa sta­cjo­nu­jący w oko­licy pułk uła­nów pol­skich pod dowódz­twem płk. B. Mościc­kiego w dniu 22 i w nocy 23 lipca przy­wró­cił w mie­ście porzą­dek. Pułk uła­nów powstał w ramach Legionu Pol­skiego (Puław­skiego) w grud­niu 1914 r. począt­kowo jako szwa­dron, następ­nie dyon, a od 1917 r. pułk. Po bitwie pod Kre­chow­cami (24.07.1917 r.) pułk przy­jął miano bitwy i w nie­pod­le­głej RP nosił nazwę 1. Pułk Uła­nów Kre­cho­wiec­kich im. płk. Bole­sława Mościc­kiego. [wróć]

17. Przed­par­la­ment -?dorad­czy organ przy Rzą­dzie Tym­cza­so­wym utwo­rzony 22 wrze­śnia (5 paź­dzier­nika) 1917 r., który miał peł­nić funk­cję organu przed­sta­wi­ciel­skiego do czasu zwo­ła­nia Zgro­ma­dze­nia Usta­wo­daw­czego. W skład Przed­par­la­mentu oprócz repre­zen­tan­tów par­tii poli­tycz­nych (bol­sze­wicy, mien­sze­wicy, ludowi socja­li­ści, ese­rowcy, kadeci) weszli przed­sta­wi­ciele prze­my­słu i han­dlu, orga­ni­za­cji spo­łecz­nych i samo­rzą­do­wych. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim 1917 roku Przed­par­la­ment roz­pę­dzono. [wróć]

18. Po nie­uda­nej pró­bie prze­ję­cia wła­dzy przez gen. Kor­ni­łowa Rząd Tym­cza­sowy zade­cy­do­wał o uwię­zie­niu Naczel­nego Wodza wraz z grupą wyż­szych ofi­ce­rów (m.in. gen. Łukom­skiego i Deni­kina). Osa­dzono ich w wię­zie­niu w mia­steczku Bychów, 20 km od Mohy­lewa. Dzięki inter­wen­cji gen. Alek­sie­jewa jako straż dla więź­niów wyzna­czono pułk tekiń­ski i kawa­le­rów orderu św. Jerzego, for­ma­cje wierne gen. Kor­ni­ło­wowi. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim 19 listo­pada (2 grud­nia) 1917 r. chwi­lowy Naczelny Wódz gen. Ducho­nin (zamor­do­wany przez zre­wol­to­wa­nych żoł­nie­rzy) wydał roz­kaz o uwol­nie­niu więź­niów bychow­skich. Gen. Kor­ni­łow na czele pułku tekiń­skiego roz­po­czął marsz nad Don. [wróć]

19. Cen­tralna Rada Ukra­iń­ska powstała 4(17) marca 1917 roku w Kijo­wie uzna­wała Rząd Tym­cza­sowy i żądała auto­no­mii w ramach pań­stwa rosyj­skiego. Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim pro­kla­mo­wała nie­pod­le­głość Ukra­iny i pro­wa­dziła dzia­ła­nia mili­tarne prze­ciwko nim. 27.01. (8.02.) 1918 r. pod­pi­sała poro­zu­mie­nie z Niem­cami i Austro-Węgrami i przy ich pomocy objęła wła­dzę na Ukra­inie. W kwiet­niu 1918 roku Niemcy oddali wła­dzę het­ma­nowi Sko­ro­pad­skiemu (do grud­nia 1918 r.), roz­wią­zu­jąc Radę. [wróć]

20. Kuruł­taj -?par­la­ment Krym­ski, wybrany w powszech­nym, taj­nym i rów­nym gło­so­wa­niu 24.11.1917 roku, pro­kla­mo­wał nie­pod­le­głość i uchwa­lił kon­sty­tu­cję stwier­dza­jącą, że pań­stwo krym­skie jest repu­bliką ludową. Jed­nak już w począt­kach 1918 roku Krym zajęły woj­ska bol­sze­wic­kie, a następ­nie nie­miec­kie i for­ma­cje gen. Deni­kina i Wran­gla. W paź­dzier­niku 1920 roku wła­dzę nad Kry­mem (nazy­wa­nym także hist. Tau­rydą) ponow­nie objęli bol­sze­wicy. [wróć]