Wspomnienia - Piotr Wrangel
69.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział I
Zamęt i rozkład w armii
Po krwawych walkach latem i jesienią 1916 roku na większej części frontu działania wojenne ustały. Wojska umacniały po obu stronach zdobyte rubieże, szykowały się do zimy, porządkowały tyły i uzupełniały poniesione w ostatnim okresie walk straty w ludziach, koniach i sprzęcie.
Ciężkie doświadczenia dwóch lat wojny nie poszły na marne: wiele się nauczyliśmy i teraz braliśmy pod uwagę wszystkie niedociągnięcia, które tak drogo nas kosztowały. Dowódcy wyższego szczebla, którzy okazali się nieprzygotowani do prowadzenia walki w nowoczesnych warunkach, a była ich spora liczba, zmuszeni byli do opuszczenia swych stanowisk; samo życie zweryfikowało umiejętności dowódców. Jednak protekcjonizm, który uwił sobie gniazdo we wszystkich dziedzinach życia Rosji, nadal nieustannie wysuwał na stanowiska dowódcze ludzi zupełnie nieodpowiednich. Wciąż jeszcze, szczególnie w wyższych sztabach, panował szablon, rutyna, ściśle przestrzegano zasad starszeństwa.
Skład armii w ciągu dwóch lat mocno się zmienił, odeszła większość oficerów kadrowych i żołnierzy, zwłaszcza z piechoty.
Nowi, pospiesznie wyszkoleni oficerowie bez bojowego przygotowania, pozbawieni ducha walki, nie mogli być wychowawcami żołnierzy. Równie pięknie jak oficerowie kadrowi umieli umierać ku chwale ojczyzny i ojczystych sztandarów, ale, oderwani od swych zajęć i zainteresowań, absolutnie obcych duchowi armii, z trudem znosili nieuniknione wyrzeczenia wojennego życia, nieustanne niebezpieczeństwa, głód, chłód i brud, szybko się załamywali, wojna ich nużyła i byli absolutnie niezdolni do podnoszenia morale swoich podwładnych.
Żołnierze, po dwóch latach wojny, także, w przeważającej masie, byli już nie ci sami. Tylko nieliczni spośród nich, ci którzy pozostali w szeregach mimo wszystkich trudów i wyrzeczeń, potrafili się znaleźć w warunkach wojennego życia; większość jednak owych uzupełnień, które nieustannie napływały do oddziałów, charakteryzował brak ducha walki. Byli to przeważnie rezerwiści starszych roczników, ojcowie rodzin oderwani od swych domów, ludzie, którzy zdążyli już zapomnieć odbyte kiedyś przeszkolenie wojskowe; niechętnie szli na wojnę, marzyli o powrocie do domów i pragnęli pokoju. W ostatnich walkach nagminnie zdarzały się przypadki samookaleczeń -?zranienia w palce w nadziei na odesłanie na tyły były szczególnie częste. Najsłabszy skład miały dywizje trzeciego rzutu.
Przygotowanie uzupełnień na tyłach, szkolenie ich w oddziałach rezerwowych stało na bardzo niskim poziomie. Przyczyn tego było wiele: niewłaściwa organizacja, ciasnota i złe wyposażenie koszar, obliczonych na znacznie mniejszą liczbę wojska, a przede wszystkim brak dostatecznej liczby doświadczonych, o wysokim morale oficerów i podoficerów instruktorów. Tych ostatnich rekrutowano albo spośród inwalidów, albo spośród młodzieży, która sama powinna była jeszcze się szkolić. Wszystkie te niedociągnięcia dawały o sobie znać zwłaszcza w piechocie, gdzie straty i ubytek kadry były największe.
Mimo wszystko armia jako całość wciąż jeszcze stanowiła groźną siłę, ciągle jeszcze panowały w niej duch walki i dyscyplina. Nie znam przypadków jakichkolwiek rozruchów czy masowych wystąpień w samej armii; by do nich doszło, musiałoby zostać unicestwione samo pojęcie władzy i dany z góry przykład naruszenia przysięgi, wiążącej oficerów i żołnierzy.
Dwuletnia wojna nie mogła jednak nie zachwiać zasadami moralnymi armii. Zachowanie stało się bardziej brutalne; wojsko utraciło w znacznym stopniu poczucie praworządności. Stałe rekwizycje -?nieuniknione następstwo każdej wojny -?osłabiły szacunek dla cudzej własności. Wszystko to sprzyjało rozbudzaniu w masach niskich instynktów, ale, powtarzam, iskra, która roznieciłaby pożar, musiałaby być rzucona z zewnątrz.
Starania w tym kierunku czynili osobnicy, którzy w ostatnich miesiącach licznie przenikali do armii, zwłaszcza na bliskich tyłach; "cywilbanda", ludzie w wieku poborowym, cieszący się wspaniałym zdrowiem, ale żywiący nieprzeparty wstręt do świstu kul czy wybuchów pocisków, za łaskawym poparciem i przy pomocy środowisk opozycyjnych, tworzyli wszelkiego rodzaju komitety, mające na celu m.in. albo organizowanie jakichś czytelni, albo osuszanie okopów. Wszyscy ci panowie stroili się we wszelkie możliwe mundury, obwieszali się ostrogami i kokardami i cichcem podburzali niższe szarże, przede wszystkim chorążych, pisarzy, felczerów i wywodzących się z "inteligencji" żołnierzy wojsk technicznych.
Kadra oficerska i większość żołnierzy oddziałów liniowych w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, pochłonięta troskami codziennego żołnierskiego życia, niemal zupełnie pozbawiona gazet, nie interesowała się polityką. Część oficerów liniowych w minimalnym stopniu reagowała na nastroje i pogłoski dochodzące z wyższych sztabów. Oczywiście, wyższa kadra dowódcza nie mogła pozostawać obojętna wobec fali powszechnego niezadowolenia z prowadzonej w państwie polityki i niepokoju, który groźnie narastał na tyłach i nieuchronnie musiał się odbić na naszej sytuacji militarnej.
Stawało się coraz bardziej jasne, że tam, w Piotrogrodzie, źle się dzieje. Nieustanne zmiany ministrów, ciągłe konflikty między rządem a Dumą, rosnąca wciąż liczba petycji i pism do cesarza od różnych organizacji, które domagały się kontroli społecznej, wreszcie niepokojące pogłoski o degrengoladzie moralnej osób z najbliższego otoczenia cesarza -?wszystko to nie mogło nie niepokoić tych, którym drogie były i Rosja, i jej armia.
Niektórzy z wyższych dowódców głęboko kochający ojczyznę bardzo cierpieli, widząc fatalne błędy cesarza, dostrzegali narastające niebezpieczeństwo i jak najbardziej mylnie wierzyli w możliwość "przewrotu pałacowego" i "bezkrwawej rewolucji". Zdecydowanym wyznawcą tego poglądu był dowódca ussuryjskiej dywizji konnej, generał Krymow, któremu podlegałem wówczas jako dowódca 1. kozackiego pułku nerczyńskiego im. następcy tronu. Ów człowiek o wielkim umyśle i sercu, jeden z najzdolniejszych oficerów Sztabu Generalnego, jakich spotkałem w życiu, swoją późniejszą śmiercią i ostatnimi słowami: "Umieram dlatego, że zbyt kochałem ojczyznę", dowiódł, jak wielkim był patriotą. Podczas częstych dyskusji w długie zimowe wieczory przekonywał mnie, że tak dalej być nie może, że zdążamy ku zagładzie i że muszą się znaleźć ludzie, którzy natychmiast, nie zwlekając, usuną cesarza w drodze "przewrotu pałacowego"...
Inni dowódcy zdawali sobie sprawę, że konieczna jest zmiana, ale jednocześnie byli świadomi, że żaden przewrót z użyciem przemocy, w czasie kiedy kraj prowadzi krwawą wojnę z wrogiem zewnętrznym, nie może mieć miejsca, że nie dokona się bezboleśnie i że będzie to początek rozpadu armii i zguby Rosji.
I wreszcie, wśród wyższej kadry dowódczej była spora liczba zwolenników "rewolucji", którzy mieli nadzieję znaleźć w niej zaspokojenie swych ambicji albo wyrównanie rachunków z tym czy innym nielubianym zwierzchnikiem. Jestem głęboko przekonany, że gdyby od pierwszych chwil zamętu sztab i wszyscy dowódcy frontów byli stanowczy i jednomyślni, gdyby nie myśleli o własnych interesach, rozkładowi armii i anarchii na tyłach można by było jeszcze zapobiec.
Zimą 1916 roku wciąż byłem dowódcą 1. kozackiego pułku nerczyńskiego im. następcy tronu, który wchodził w skład ussuryjskiej dywizji konnej generała Krymowa. Poza moim pułkiem w skład dywizji wchodziły primorski pułk dragonów, z którego właśnie odszedł jego stary dowódca generał Odincow, później jeden z wybitnych generałów w Armii Czerwonej, oraz pułki kozackie ussuryjski i amurski. Dywizja ussuryjska, złożona z sybiraków, wspaniałych żołnierzy, równie dobrze walczących konno, jak i pieszo, pod dowództwem generała Krymowa zdążyła zyskać sobie w armii zasłużoną sławę. Pułk, którym dowodziłem już z górą rok, właśnie za błyskotliwy atak 22 sierpnia w Karpatach został wyróżniony wysoką nagrodą -?następca tronu został mianowany zwierzchnikiem pułku1.
Z chwilą przeniesienia się dywizji do wojsk odwodowych na Bukowinę, w rejon miasteczka Radowce2, miałem na czele delegacji pułkowej wyruszyć do Piotrogrodu, by się przedstawić młodemu zwierzchnikowi. Delegacja prowadziła małego zabajkalskiego konika, bardzo zgrabnego, który miał być ofiarowany następcy tronu wraz z pełnym umundurowaniem pułku nerczyńskiego.
W skład delegacji wchodzili: pułkownik Makowkin -?wspaniały oficer, który stracił na wojnie oko, Kawaler Orderu św. Jerzego, świetny sportsmen, dwukrotny zdobywca nagrody cesarskiej na Zawodach Krasnosielskich; dowódca 3. sotni, która wyróżniła się najbardziej we wspomnianym ataku, esauł Kudriawcew, i adiutant pułku, setnik Wleskow.
Niełatwo było wybrać skład delegacji, wszyscy chcieli dostąpić tego zaszczytu, zresztą ogólnie kadra oficerska była tak świetna, że trudno było wybrać najgodniejszych. Nerczyński pułk kozacki również przed wojną wyróżniał się wspaniałą kadrą oficerską. Dowódcą pułku przez długi czas był pułkownik Pawłow, były lejb-huzar, który opuścił swój ukochany pułk na początku wojny japońskiej i po kampanii kontynuował służbę na Dalekim Wschodzie. W opisywanym okresie generał Pawłow stał na czele korpusu kawalerii na Froncie Północnym. Świetny oficer, wybitny sportsmen i znawca koni, pułkownik Pawłow potrafił, dowodząc nerczyńskim pułkiem kozackim w trudnych warunkach na dalekich kresach, podnieść swój pułk na wyjątkowo wysoki poziom. Był gorącym zwolennikiem koni pełnej krwi i udało mu się zaaklimatyzować pełnokrwistego konia w surowym klimacie Syberii. Posadził wszystkich oficerów pułku na folbluty, założył oficerską stajnię wyścigową i w ostatnich latach przed wojną wiele wyścigów konnych na petersburskim hipodromie wygrali oficerowie jego pułku. Pułkownik Pawłow, utrzymując wysoki poziom służby liniowej, wymagał od oficerów odpowiednich walorów moralnych i starannie dobierał skład pułku. W czasie, kiedy objąłem dowództwo, większość starszych oficerów rozpoczęła służbę u pułkownika Pawłowa. Mnie również udało się ściągnąć do pułku wielu wspaniałych oficerów.
Większość kadry dowódczej dywizji ussuryjskiej, a zwłaszcza pułku nerczyńskiego, w czasie wojny domowej znalazła się w szeregach armii admirała Kołczaka; skupili się oni wokół atamana Siemionowa i generała Ungerna. W czasie, który opisuję, obaj ci generałowie, którym sądzone było w przyszłości odegrać wybitne role w wojnie domowej, znajdowali się w szeregach pułku nerczyńskiego i dowodzili 5. i 6. sotnią, obaj w stopniu podesaułów.
Siemionow, rdzenny Kozak zabajkalski, krępy, żylasty brunet o lekko burłackich rysach, kiedy przejmowałem pułk, pełnił funkcję adiutanta pułkowego i na tym stanowisku służył pod moimi rozkazami około czterech miesięcy, po czym został mianowany dowódcą sotni. Śmiały, inteligentny, z charakterystycznym kozackim sprytem, doskonały liniowiec, odważny, zwłaszcza w obecności zwierzchników, zdobył sobie dużą popularność wśród Kozaków i oficerów. Jego wadą była silna skłonność do intryg i nieprzebieranie w środkach dla osiągnięcia celu. Siemionow był niegłupi i zręczny, brakowało mu jednak zarówno wykształcenia (z trudem ukończył uczelnię wojskową), jak i szerszych horyzontów myślowych i nigdy nie mogłem zrozumieć, jak mu się udało wysunąć później na pierwszy plan podczas wojny domowej.
Podesauł baron Ungern-Stemberg albo, jak nazywali go Kozacy, podesauł "baron", był człowiekiem o wiele bardziej interesującym.
Tacy ludzie, stworzeni do wojny i życia w burzliwej epoce, z trudem dostosowywali się do warunków pokojowej pułkowej egzystencji. Zazwyczaj, gdy ponosili klęskę, przenosili się do straży granicznej albo los rzucał ich do jakichś pułków na kresy dalekowschodnie czy na Zabajkale, gdzie sytuacja bardziej odpowiadała ich niespokojnej naturze.
Pochodzący ze świetnej rodziny ziemian inflanckich, baron Ungern od wczesnego dzieciństwa był pozostawiony samemu sobie. Jego matka młodo owdowiawszy, wyszła powtórnie za mąż i najwyraźniej przestała się interesować synem. Baron Ungern, który od dziecka marzył o wojnie, podróżach i przygodach, z chwilą wybuchu wojny japońskiej porzucił korpus i zaciągnął się na ochotnika do pułku piechoty, w którym jako szeregowiec odbył całą kampanię. Wielokrotnie ranny i odznaczony żołnierskim Krzyżem św. Jerzego, wraca do Rosji; krewni umieszczają go na uczelni wojskowej, którą z ogromnym trudem udaje mu się ukończyć3.
W pogoni za przygodą i dla uniknięcia pokojowej służby liniowej, baron Ungern z uczelni przechodzi do amurskiego pułku kozackiego, rozlokowanego w Kraju Nadamurskim, ale pozostaje tam niedługo. Z natury nieokiełznany, wybuchowy i niezrównoważony, w dodatku niestroniący od kieliszka i agresywny po pijanemu, Ungern wdał się w kłótnię z jednym z oficerów i uderzył go. Ten szablą zranił Ungerna w głowę. Ślad tej rany pozostał baronowi na całe życie; powodował silne bóle głowy i niewątpliwie od czasu do czasu odbijał się na jego psychice. W następstwie burdy obaj oficerowie musieli odejść z pułku.
Powracając do Rosji, Ungern postanawia drogę z Władywostoku do Charbina odbyć wierzchem. Opuszcza pułk konno w towarzystwie psa myśliwskiego i ze strzelbą myśliwską na ramieniu. Utrzymując się z polowania i sprzedaży zabitej dziczyzny, Ungern około roku spędza w ostępach i na stepach Nadamurza i Mandżurii i wreszcie przybywa do Charbina. Tam zastaje go wybuch wojny mongolsko-chińskiej. Ungern nie mógł pozostać obojętnym widzem. Zaproponował swoje usługi Mongołom i na czele mongolskiej konnicy bił się o niepodległość Mongolii. W początkach wojny rosyjsko-niemieckiej Ungern wstąpił do pułku nerczyńskiego i natychmiast wykazał się niezwykłą wprost odwagą. Cztery razy ranny w ciągu jednego roku, otrzymał Order św. Jerzego, Miecz św. Jerzego i na początku drugiego roku wojny został przedstawiony do stopnia esauła.
Średniego wzrostu blondyn z długimi, zwisającymi rudawymi wąsami, chudy i pozornie wątły, ale żelaznego zdrowia i energii, Ungern żyje wojną. Nie jest to oficer w powszechnie przyjętym znaczeniu tego słowa, jako że nie tylko nie zna najbardziej elementarnych przepisów i podstawowych zasad służby, ale nieustannie popełnia wykroczenia zarówno przeciwko dyscyplinie zewnętrznej, jak i wychowaniu wojskowemu -?jest to typ partyzanta amatora, łowcy tropiciela śladów z powieści Mayne Reida. Obszarpany i brudny, śpi zawsze na podłodze, wśród Kozaków z sotni, jada ze wspólnego kotła i, mimo że wychowany w dostatku i komforcie, robi wrażenie człowieka, któremu zupełnie na nich nie zależy. Na próżno próbowałem go przekonać o konieczności zadbania przynajmniej o wygląd zewnętrzny.
Był człowiekiem pełnym sprzeczności: niewątpliwa inteligencja, oryginalny, wnikliwy umysł, a jednocześnie zdumiewający brak kultury i niezwykle ciasne horyzonty, zaskakująca nieśmiałość i wręcz dzikość, a jednocześnie szaleńcze porywy i nieokiełznana zapalczywość, niepohamowana rozrzutność i zadziwiający brak wymagań, jeśli chodzi o podstawowe wygody.
Taki typ musiał się znaleźć w swoim żywiole w warunkach prawdziwej rosyjskiej "smuty"4. W czasie trwania owego zamętu nie mógł, przynajmniej na jakiś czas, nie wypłynąć na grzbiecie fali, by wraz z ustaniem zamętu równie nieuchronnie zniknąć.
Wyjechałem do Piotrogrodu w połowie listopada; kilka dni później mieli wyruszyć oficerowie, wchodzący w skład delegacji.
Ostatni raz byłem w Piotrogrodzie jakieś dwa miesiące wcześniej na kuracji po ranie odniesionej podczas ataku 22 sierpnia. Atmosfera w stolicy pogorszyła się jeszcze od czasu mojej ostatniej bytności; we wszystkich warstwach społeczeństwa czuło się zagubienie, świadomość nieuchronnego nadejścia w najbliższym czasie czegoś potężnego, ale fatalnego, ku czemu szybkimi krokami zmierzała Rosja. Jednocześnie zaś, chociaż w kołach zbliżonych do Dumy i Rady Państwa, wśród tak zwanej społeczności, stwarzano pozory "wytężonej" pracy w istocie polegającej jedynie na utarczkach słownych i walce politycznej, choć w środowisku robotniczym i w oddziałach tyłowych prowadzono ukradkiem bardziej planową destrukcyjną robotę, oczywiście nie bez udziału niemieckiego złota, szersze kręgi społeczeństwa przejawiały zwykłą inercję, pogrążone całkowicie w drobnych troskach codziennego życia. Tak samo stały ogonki przed sklepami, tak samo pełne były kinematografy i teatry, te same bezbarwne filisterskie rozmowy słyszało się w tłumie.
Koła zbliżone do cesarza i dworu najwidoczniej nadal nie zdawały sobie sprawy z nadciągającej burzy. Wielki świat i aparat biurokratyczny były, chyba całkowicie, pochłonięte zwykłymi "ważnymi" problemami: kto na jakie stanowisko będzie mianowany, co się mówi w partii wielkiego księcia czy cesarzowej. Światowe życie toczyło się zwykłą koleją i wyglądało na to, że znalazłem się w kręgu nie uczestników przyszłego dramatu, lecz postronnych widzów.
W kilka dni po przyjeździe zostałem mianowany dyżurnym fligeladiutantem Jego Cesarskiej Mości. Wiele razy zdarzyło mi się widzieć z bliska cesarza i mówić z nim. Na wszystkich, którzy zetknęli się z nim, cesarz robił wrażenie człowieka niezwykle bezpośredniego i życzliwego. Wrażenie owo wynikało z jego charakterystycznych cech: starannego wychowania i niezwykłej umiejętności panowania nad sobą.
Cesarz miał bystry umysł, chwytał sens wywodów rozmówcy w pół słowa, a pamięć miał absolutnie wyjątkową. Nie tylko świetnie zapamiętywał wydarzenia, ale także twarze i mapę; kiedyś w rozmowie o walkach w Karpatach, w których brałem udział z moim pułkiem, cesarz wymienił dokładnie punkty, w jakich znajdowała się moja dywizja tego czy innego dnia. W dodatku walki te toczyły się półtora miesiąca przed ową rozmową, a odcinek zajęty przez dywizję miał dla całego frontu znaczenie raczej drugorzędne.
Objąłem dyżur w Carskim Siole w sobotę, zmieniwszy fligeladiutanta księcia Nikołaja Leuchtenberskiego. Cesarz jadł tego dnia śniadanie z cesarzową. Mnie podano posiłek w pokoju dyżurów. Po śniadaniu cesarz udał się na przechadzkę, a następnie przyjął kilka osób, o ile pamiętam nowo mianowanego ministra zdrowia profesora Riejna i ministra finansów Barka.
Obiad jedliśmy w apartamentach cesarzowej. Oprócz mnie nie było nikogo z osób postronnych i spędziłem cały wieczór wyłącznie z rodziną cesarską. Cesarz był wesoły i ożywiony, wypytywał mnie szczegółowo o pułk, o ostatni błyskotliwy atak pułku w Karpatach. Rozmowa toczyła się częściowo po rosyjsku, częściowo zaś, w momentach, kiedy przyłączała się do niej cesarzowa, po francusku. Byłem wstrząśnięty chorobliwym wyglądem cesarzowej. Bardzo zmizerniała w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy jej nie widywałem. Na twarzy miała ciemne wypieki. Szczególnie poruszył mnie bolesny, jakby nieobecny wyraz oczu. Interesowała się głównie organizacją pomocy medycznej w oddziałach, wypytywała szczegółowo o nowy typ wprowadzanych właśnie masek przeciwgazowych; wielkie księżne i następca tronu byli weseli, żartowali i śmiali się. Następca tronu, niedawno mianowany zwierzchnikiem pułku, zadał mi kilka pytań -?jakie konie są w pułku, jakie mundury... Po obiedzie przeszliśmy do salonu cesarzowej, gdzie piliśmy kawę i rozmawialiśmy jeszcze z półtorej godziny.
Nazajutrz, w niedzielę, towarzyszyłem cesarzowi, cesarzowej i wielkim księżnom podczas sumy w cerkwi. Maleńka cerkiewka z freskami w stylu staroruskim pełna była wiernych. Patrząc na pogrążoną w modlitwie rodzinę cesarską, mimo woli porównywałem spokojną twarz modlącego się cesarza i pełen napięcia, świadczący o chorobliwej egzaltacji, wyraz oblicza cesarzowej. Po powrocie z cerkwi zastałem już w pałacu fligeladiutanta, hrabiego Kutajsowa, który przybył mnie zmienić.
Dwudziestego szóstego listopada, w dniu święta Kawalerów Orderu św. Jerzego, wszyscy Kawalerowie Krzyża i Miecza św. Jerzego zostali zaproszeni do Domu Ludowego na galowe nabożeństwo w obecności cesarza, po którym miał się odbyć uroczysty obiad. Jako jeden z nich byłem również zaproszony.
Olbrzymia liczba Kawalerów Orderu św. Jerzego, oficerów i żołnierzy, znajdujących się w tym czasie w Piotrogrodzie, wypełniła salę teatralną Domu Ludowego. Było wśród nich wielu rannych. Przyniesieni z lazaretu ciężko ranni leżeli na scenie na noszach. Świta i zaproszeni goście wypełniali parter aż do samej sceny. Wkrótce przybyli cesarz i cesarzowa. Po nabożeństwie generał adiutant książę Aleksandr Piotrowicz Oldenburski wszedł na scenę i, podniósłszy kielich, wygłosił toast na cześć cesarza i najjaśniejszej rodziny. Cesarz wypił i zawołał "hura!" na cześć Kawalerów Orderu św. Jerzego, następnie zaś wraz z cesarzową zaczęli obchodzić rannych i rozmawiać z nimi. Znowu, obserwując cesarzową, pochylającą się nad noszami z ciężko rannymi, zwróciłem uwagę na bolesny wyraz jej twarzy. Wypytując uważnie rannych, jednocześnie wydawała się nieobecna. Widać było, że spełnia obowiązek, ale myślami jest daleko.
Wreszcie przybyli do Piotrogrodu oficerowie z delegacji. Prezentacja miała się odbyć w Carskim Siole 4 grudnia, tuż przed wyznaczonym na ten dzień odjazdem cesarza do sztabu.
Rankiem wyekspediowałem przeznaczonego dla następcy tronu konia z małym kozackim siodłem i wraz z delegacją wyruszyłem koleją, wioząc zamówiony dla następcy tronu mundur pułku. Pociąg nasz miał przybyć do Carskiego Sioła na pół godziny przed wyznaczoną na prezentację porą i liczyłem na to, że zdążę przedtem złożyć cesarzowi raport o moich oficerach, żeby mógł im zadawać pytania.
Z powodu jakiejś niesprawności torów pociąg się spóźnił i ledwie zdążyliśmy wysłanymi po nas karetami przybyć o wyznaczonej porze do pałacu. Powitani przez dyżurnego fligeladiutanta właśnie weszliśmy do sali, kiedy pojawił się cesarz w towarzystwie następcy tronu. Przedstawiłem mu oficerów i wbrew mojemu oczekiwaniu cesarz zupełnie swobodnie, jakby znał ich od dawna, zadał każdemu kilka pytań; pułkownika Makowkina zapytał, w którym roku zdobył nagrodę cesarską; do esauła Kudriawcewa powiedział, że wie, iż ten na czele sotni 22 sierpnia pierwszy wdarł się do okopów nieprzyjaciela... Jeszcze raz się przekonałem, jak świetną pamięć ma cesarz: w czasie mojej ostatniej służby mimochodem jedynie wspomniałem o tych oficerach i to wystarczyło, by zapamiętał nawet szczegóły.
Po prezentacji cesarz z synem wyszli na taras, skąd obejrzeli przyprowadzonego przez delegację konia. Tam właśnie, na schodach carskosielskiego pałacu, cesarz i następca tronu sfotografowali się z grupą delegatów.
Jest to prawdopodobnie jeden z ostatnich wizerunków cesarza z okresu jego panowania. Ostatni też raz widziałem rosyjskiego cara.
W przeddzień prezentacji otrzymałem telegram od generała Krymowa z informacją o przerzuceniu ussuryjskiej dywizji konnej do Rumunii i z rozkazem natychmiastowego przybycia do armii wszystkich oficerów i żołnierzy dywizji przebywających na delegacjach czy urlopach.
Nazajutrz po prezentacji, zebrawszy swoich oficerów i Kozaków przebywających w Piotrogrodzie, wyruszyłem na front. Po drodze przyłączyło się do nas jeszcze kilku oficerów i Kozaków odwołanych z urlopów i delegacji.
Do granicy rumuńskiej jechaliśmy bez przeszkód, ale już na samej granicy stało się jasne, że niełatwo będzie dotrzeć do dywizji. Pospieszna i chaotyczna ewakuacja zatarasowała pociągami wszystkie tory. Wojska rumuńskie nadal cofały się na całym froncie i wciąż nowe składy z rannymi, uciekinierami i ładunkiem wojskowym nieustannie napływały, coraz bardziej zapychając tyły. Ruch pasażerski wstrzymano, w ciągu doby odprawiano na południe tylko jeden pociąg pasażerski, który całymi godzinami stał na stacjach. Tutaj po raz pierwszy zobaczyłem jazdę na dachach wagonów, która stała się później tak powszechna. Nie tylko dachy, ale bufory i parowozy były oblepione pasażerami. Miałem ze sobą sześciu oficerów i dwunastu żołnierzy. Postanowiłem zwrócić się do rumuńskiego komendanta, który okazał się oficerem wyjątkowo uprzejmym, doskonale mówiącym po francusku (w ogóle język francuski jest w Rumunii bardzo rozpowszechniony). Oficer ten przeprowadził jakąś rozmowę telefoniczną z Jassami i oddał mi do dyspozycji dwa wagony, jeden drugiej klasy dla oficerów i jeden trzeciej dla żołnierzy.
Doczepieni do jadących na południe eszelonów, co prawda bardzo powoli, ale jednak posuwaliśmy się w kierunku frontu. Bufety na stacjach okazały się zupełnie puste, wszystko było zjedzone, w nieopalanych wagonach było przeraźliwie zimno i liczyliśmy godziny do zakończenia naszej ciężkiej podróży. Na stacji Barlad dowiedzieliśmy się, że za pół godziny w kierunku stacji Tecuci (wiedziałem już, że w tym punkcie stoją tabory dywizji) odjedzie ekspres pasażerski. Komendant stacji obiecał, że każe doczepić do niego moje wagony, a tymczasem zaprosił mnie do siebie, żebym się ogrzał i napił herbaty. Poprosiłem o doczepienie moich wagonów bezpośrednio do lokomotywy, żeby je można było możliwie szybko ogrzać, co też komendant obiecał. Jednak z powodu jakiegoś nieporozumienia wagon, w którym jechałem z oficerami, został doczepiony na końcu składu. To uratowało nam życie. 15 wiorst przed stacją Tecuci nasz ekspres, jadąc z prędkością 16 wiorst na godzinę, wpadł na jadący na północ eszelon5. Z 14 pierwszych wagonów pozostały drzazgi, a kilkaset osób zginęło albo odniosło rany. Nasz wagon zawisł nad nasypem i wszyscy pospadaliśmy z miejsc; nikt jednak nie ucierpiał. Trudno opisać ten straszny obraz: w całkowitych ciemnościach spod szczątków wagonów dobiegały krzyki, jęki i płacz. Niektóre wagony zapaliły się i wielu nieszczęsnych rannych zginęło w płomieniach.
Pozostawiwszy przy bagażu dwóch Kozaków, pieszo dotarliśmy do stacji Tecuci, skąd, odnalazłszy nasz tabor, posłaliśmy po rzeczy. Tego samego dnia wyjechałem autem wraz z adiutantem do Fokszan fatalną szosą, rozjeżdżoną przez niezliczone tabory i zniszczoną przez roztopy.
Poruszaliśmy się zaledwie z prędkością 4-5 wiorst na godzinę -?szosa i cała okolica po obu jej stronach były pokryte ciągnącymi na północ taborami, tłumami mieszkańców i obszarpanych żołnierzy, przeważnie bez broni. Zobaczyłem charakterystyczny odwrót rozbitej i cofającej się bezładnie armii. Na przemian z lazaretowymi podwodami, jaszczami z amunicją i bronią jechały kolaski i furmanki z kobietami i dziećmi na stosach zawiniątek, tobołów i rozmaitego dobytku.
Nie mogę zapomnieć szykownego landa z dwoma eleganckimi rumuńskimi oficerami i kilkoma strojnymi damami, zaprzężonego w pociągowe konie w artyleryjskiej uprzęży...
Późną nocą odnalazłem dywizję, która przenosiła się na linię rzeki Seret. Postaliśmy na tej linii kilka dni, a następnie, po zastąpieniu nas przez piechotę, forsownymi marszami przeszliśmy w rejon Galati, gdzie ześrodkowała się spora liczba konnicy, którą miał połączyć pod swoim dowództwem generał kawalerii hrabia Keller. Na naszej skrajnej lewej flance toczyły się zażarte walki, planowano przerwanie przy pomocy naszej piechoty nieprzyjacielskiego frontu i zamierzano przerzucić konnicę na tyły Mackensena. Przerwanie frontu nie udało się i konnica, bez potrzeby spędziwszy dobę pod gołym niebem w ulewnym deszczu, znowu została odsunięta na tyły. Nasza dywizja wycofała się w rejon Tecuci-Barlad.
W czasie jednego z przemarszów na popasie przybył do mnie ordynans od generała Krymowa, który szedł ze swym pułkiem w awangardzie, i przekazał mi, że szef dywizji prosi mnie do siebie.
Podjeżdżając do czoła kolumny, zobaczyłem grupę oficerów ze sztabu dywizji, grzejących się przy ogniu i rozdzielających przywiezioną właśnie pocztę. Generał Krymow, z kilkoma zmiętymi gazetami w ręku, spacerował na uboczu wielkimi nerwowymi krokami. Na mój widok jeszcze z daleka zawołał wymachując gazetami:
-?Nareszcie wykończyli tego drania Griszkę!...
W gazetach zamieszczono kilka informacji o zabójstwie Rasputina. Listy, które przybyły z tą samą pocztą, zawierały szczegóły.
Spośród trzech uczestników zabójstwa znałem dobrze dwóch: wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza i księcia Feliksa Jusupowa6.
Jakie uczucia nimi kierowały? Dlaczego, pozbywszy się szkodliwego dla ojczyzny człowieka, nie powiedzieli o tym głośno, nie oddali się pod osąd władz i społeczeństwa, tylko, wrzuciwszy zwłoki w przerębel, próbowali zatrzeć ślady? Nie chciało się wprost wierzyć tym informacjom...
Dziesiątego stycznia otrzymałem nominację na dowódcę 1. brygady 20. ussuryjskiej dywizji konnej, w skład której wchodziły primorski pułk dragonów i mój nerczyński pułk kozacki. Smutno mi było rozstawać się z pułkiem, którym dowodziłem z górą 14 miesięcy, dzieliłem trudy żołnierskiego życia i radość wielu sławnych zwycięstw. Pułk przejął pułkownik Makowkin, o mianowanie którego moim zastępcą jeszcze w Piotrogrodzie prosiłem cesarza i atamana polowego wielkiego księcia Borisa Władimirowicza.
Po przekazaniu pułku, korzystając z faktu, że dywizja znajdowała się w odwodzie, pojechałem na kilka dni do Jass.
Zatrzymałem się w Jassach u naszego posła A. Mosołowa, mego kolegi pułkowego z gwardii konnej. Kwatery w Jassach prawie nie sposób było znaleźć, miasto było zapchane masą uciekinierów i wojskowych instytucji tyłowych. Spodziewano się przyjazdu wielkiej księżnej Wiktorii Fiodorowny, siostry królowej.
Nie znałem bliżej wielkiej księżnej, uznałem więc, że nie ma potrzeby, bym się jej prezentował. Jednakże w dniu jej przybycia odwiedził mnie ochmistrz dworu wielkiej księżnej Hartung i przekazał mi od niej zaproszenie; miałem nazajutrz o dziesiątej rano przybyć do pałacu królowej, gdzie się zatrzymała.
W Jassach dwór rumuński nie posiadał dość obszernego pomieszczenia, toteż król i królowa mieszkali w oddzielnych rezydencjach. Królowa zajmowała niewielki jednopiętrowy pałacyk przy głównej ulicy miasta; przed bramą stała warta w uniformach przypominających mundury naszych kawalergardów7.
Zastałem u wielkiej księżnej pełniącego funkcję rosyjskiego komendanta miasta generała Kazakiewicza, dawnego oficera pułku preobrażeńskiego i fligeladiutanta. Wielka księżna zatrzymała nas ponad godzinę. Opowiadała nam szczegółowo o ostatnich wydarzeniach w Piotrogrodzie, o aresztowaniu i zesłaniu do Persji wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza, o zbiorowym liście wszystkich członków rodziny cesarskiej do cesarza z prośbą o ułaskawienie wielkiego księcia, o odmowie cesarza, o niełasce, jaka spadła na wielkiego księcia Mikołaja Michajłowicza za ostry list wystosowany do cesarza, w którym bez owijania w bawełnę wygarnął mu gorzką prawdę. Wedle słów wielkiej księżnej wszyscy najbliżsi monarsze i członkowie jego rodziny zdawali sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo zagraża dynastii i samej Rosji, tylko cesarzowa albo nie widziała tego, albo nie chciała dostrzec. Wielka księżna Jelizawieta Fiodorowna, siostra cesarzowej, sama wielka księżna Wiktoria Fiodorowna, księżna Jusupowa, matka zabójcy Rasputina, księcia Jusupowa, męża księżnej Iriny Aleksandrowny, próbowały otworzyć cesarzowej oczy, ale na próżno.
-?Znam Rosję dłużej i lepiej niż ty -?powiedziała cesarzowa do wielkiej księżnej Wiktorii Fiodorowny. -?Ty słyszysz tylko to, co się mówi w Piotrogrodzie, wśród zdeprawowanej i dalekiej od ludu arystokracji. Gdybyś wraz z cesarzem i ze mną wzięła udział w jednym z wyjazdów na front, zobaczyłabyś, jak lud i armia uwielbiają cesarza.
Cesarzowa wyjęła z szuflady i pokazała wielkiej księżnej pakiet listów:
-?Wszystkie pochodzą od oficerów i żołnierzy, prostych Rosjan. Codziennie otrzymuję wiele takich listów, wszyscy nadawcy uwielbiają cesarza i proszą tylko o jedno, aby był twardy i nie ugiął się przed knowaniami Dumy...
Wielka księżna dawała do zrozumienia, że większość członków rodziny cesarskiej, a przede wszystkim rodzina wielkiej księżnej Marii Pawłowny, uznają konieczność zmian w istniejącym stanie rzeczy i że podziela ich zdanie wielu najwybitniejszych członków Dumy... Długa rozmowa z wielką księżną wywarła na mnie przygnębiające wrażenie. Mimo że widywałem ją często w Piotrogrodzie, nigdy nie byłem z nią blisko i teraz jej chęć spotkania ze mną i wtajemniczenie mnie we wszystkie te szczegóły wydały się dość niepokojące.
Dalsze wydarzenia i wystąpienie wielkiego księcia Kiriłła Władimirowicza na czele "rewolucyjnej" załogi okrętowej w jednym z pierwszych dni przewrotu być może wiele wyjaśniają.
Następnego dnia zostałem zaproszony na obiad do królowej. Prócz królowej z córkami i wielkiej księżnej na obiedzie byli: dama dworu królowej i dyżurny fligeladiutant, ochmistrzyni wielkiej księżnej S. Durnowo i ja. Siedziałem obok królowej, która była równie miła, jak ładna. Patrząc na nią, trudno było uwierzyć, że dorosłe księżniczki to jej córki. Po obiedzie przeszliśmy do salonu, zawalonego podarunkami przywiezionymi przez wielką księżnę dla żołnierzy. Byłem szczerze rad, że w rozmowie nie poruszano już przykrych spraw omawianych poprzedniego dnia.
W domu zastałem depeszę o awansowaniu mnie za zasługi bojowe do stopnia generała majora. Generał Krymow, który zachorował na kilka dni przed moim wyjazdem do Jass, wyjechał na kurację do Piotrogrodu i dowództwo dywizji objął tymczasowo dowódca 2. Brygady, stary pułkownik Żeleznow, uralski Kozak. Z chwilą otrzymania awansu musiałem przejąć dowództwo dywizji i wyruszyć na front.
W trzeciej dekadzie stycznia dywizja otrzymała rozkaz przemarszu w rejon Kiszyniowa. Tutaj zebrała się większa część konnicy rosyjskiej z frontu rumuńskiego. Bogata w żywność, a przede wszystkim w furaż, Besarabia umożliwiała naszej konnicy swobodne zakwaterowanie i w czasie zimowej ciszy na froncie mogliśmy wypocząć i odżywić się.
Poprowadziłem dywizję długimi marszami. Zima była wyjątkowo śnieżna, ze zwykłymi w tej części Rumunii zamieciami. Przyzwyczajone do zimowych przemarszów zabajkalskie konie szły jednak bez wysiłku i przemarsz do nowego miejsca odbyliśmy szybko i bez specjalnych trudności.
Nieduże, czyste i zamożne gubernialne miasto Kiszyniów, zazwyczaj ciche i spokojne, było niezwykle ożywione. Oprócz mojej dywizji w najbliższej okolicy rozmieszczony był konny korpus generała Kellera, tuziemna, tak zwana dzika dywizja księcia Bagrationa... Masa oficerów najrozmaitszych, kawaleryjskich i kozackich, pułków zapełniała teatry i restauracje.
Serdeczni mieszkańcy Kiszyniowa cieszyli się, że mogą okazać gościnność naszym oddziałom i sami także się rozerwać. Przedstawiciele miejscowej szlachty i bogatego kupiectwa na wyścigi zapraszali na obiady, kolacje i bale, a wojskowa młodzież po dwóch latach ciężkiego obozowego życia bawiła się ochoczo. W kilka dni po przybyciu dywizji szlachta kiszyniowska wydała dla oficerów bal w Resursie Obywatelskiej. Po tańcach przeszliśmy do sali jadalnej na kolację, którą damy podawały osobiście, przysiadając się do tego czy innego stolika. W tydzień później dywizja wydała w tej samej Resursie Obywatelskiej rewanżowy bal dla kiszyniowskiego towarzystwa. Z kwaterujących pod miastem obozów przybyły dwa zespoły trębaczy i śpiewacy. Goście rozeszli się dopiero o świcie. Wśród beztroskiej zabawy i codziennych drobnych kłopotów zdawało się, że rozproszyły się niepokoje długich ostatnich miesięcy i nic nie zapowiadało rychłej zawieruchy.
Jedenastego lutego przybył z Piotrogrodu generał Krymow, co dało miejscowemu towarzystwu nowy asumpt do urządzania na jego cześć bankietów i wieczorów tanecznych. Generał także był daleki od myśli, że nieuchronnie zbliża się burza. Narzekając na sztab i rząd, potępiając "szaleńczą i zbrodniczą" politykę, przytaczając wiele nowych, coraz bardziej oburzających przykładów samowoli, nadużyć i nieudolności władz, mimo wszystko nie zdawał sobie sprawy, że kropla, która miała przepełnić czarę niezadowolenia kraju, już wisi w powietrzu.
Sztab dywizji mieścił się 18 wiorst od Kiszyniowa we dworze Chanki. W samym mieście przeznaczono dla oficerów sztabu, przybywających tu służbowo, niewielkie mieszkanie. Oddziały dywizji kwaterowały w okolicznych wsiach o 10-12 wiorst od Kiszyniowa. W pierwszych dniach po przyjeździe generał Krymow mieszkał przeważnie w mieście, ja zaś przy sztabie dywizji we dworze Chanki. Pierwszego czy drugiego marca po mieście po raz pierwszy zaczęły krążyć słuchy o jakichś zamieszkach w Piotrogrodzie, demonstracjach robotników, o zbrojnych starciach na ulicach. Żadnych konkretnych informacji jednak nie było i do pogłosek nie przywiązywano szczególnej wagi.
Czwartego czy piątego marca, kiedy siadałem do kolacji, wrócił z miasta ordynans sztabu dywizji primorskiego pułku dragonów kornet Kwitkowski i przekazał mi zasłyszane w mieście opowieści o powszechnym powstaniu w Piotrogrodzie i o tym, że spośród Dumy wyłoniono jakoby Rząd Tymczasowy. Dokładniejszych informacji nie miał. Około ósmej wieczorem wezwał mnie telefonicznie do miasta generał Krymow. Poznałem po głosie, że jest bardzo zdenerwowany:
-?W Piotrogrodzie powstanie, cesarz abdykował, zaraz przeczytam panu manifest, jutro trzeba go odczytać wojsku.
Poprosiłem generała, by chwilę zaczekał, wezwałem szefa sztabu i kazałem mu zapisywać pod moje dyktando słowa manifestu. Generał Krymow czytał, ja głośno powtarzałem szefowi sztabu poszczególne zdania. Po manifeście cesarza generał Krymow zaczął czytać manifest wielkiego księcia Michaiła Aleksandrowicza8. Już po pierwszych zdaniach powiedziałem do szefa sztabu:
-?To koniec, to anarchia.
Oczywiście, sam fakt abdykacji cesarza, chociaż wywołany niezadowoleniem społeczeństwa, nie mógł mimo wszystko nie wstrząsnąć do głębi ludem i armią. Ale nie to było najważniejsze. Niebezpieczeństwo leżało w samym unicestwieniu idei monarchii, w fakcie, że Rosja nie miała już monarchy. Ostatnie lata panowania zraziły do cesarza wielu synów ojczyzny. Armia, tak jak i cały kraj, uświadamiała sobie doskonale, że cesarz swoimi działaniami najbardziej podrywa autorytet tronu. Gdyby przekazał władzę swemu synowi czy bratu, armia przyjęłaby to raczej spokojnie. Złożywszy przysięgę nowemu cesarzowi, naród rosyjski również, tak jak od 24 wieków, nadal służyłby jemu i krajowi i ginąłby za "Wiarę, Cara i Ojczyznę".
Ale w obecnej sytuacji wraz z upadkiem cara upadła sama idea władzy, w pojęciu narodu rosyjskiego przestały istnieć wszystkie wiążące go zobowiązania, przy czym władzy i owych zobowiązań nie było czym zastąpić.
Co powinien był odczuć rosyjski oficer czy żołnierz, wychowany w idei nienaruszalności przysięgi i wierności swemu carowi, człowiek, który w tym przekonaniu pełnił służbę, widział w tym najważniejszy, zrozumiały dla siebie sens wojny...
Trzeba powiedzieć, że w tych decydujących chwilach wyższe dowództwo nie zrobiło nic, by wyjaśnić wojsku, co się dzieje. Nie wydano żadnych ogólnych wytycznych, nie podjęto żadnej próby opanowania od góry nastrojów w armii. W tej sytuacji nieunikniony był cały ciąg nieporozumień. Rozmaite, często zupełnie absurdalne interpretacje abdykacji cesarza i wielkiego księcia (jeden z oficerów piechoty tłumaczył na przykład swoim żołnierzom, że "cesarz oszalał"), jeszcze bardziej zagmatwały i zaciemniły w umysłach żołnierzy obraz sytuacji. Postanowiłem odczytać wojsku oba manifesty i z całkowitą szczerością opowiedzieć wszystko, co mi było wiadome o ciężkiej sytuacji na tyłach, o niezadowoleniu, jakie budzili w narodzie liczni przedstawiciele władzy, którzy oszukiwali cesarza, utrudniając tym samym zastosowanie w kraju środków koniecznych ze względu na niebezpieczną wojnę. Nie znam okoliczności towarzyszących abdykacji cesarza, ale manifest przezeń podpisany my wszyscy, którzyśmy mu przysięgali, powinniśmy byli bez szemrania wypełnić, tak samo jak rozkaz wielkiego księcia Michaiła Aleksandrowicza, któremu cesarz przekazał swą władzę.
Rankiem odczytano wojsku obydwa akty i udzielono odpowiednich wyjaśnień. Pierwsze wrażenie można oddać jednym tylko słowem: niedowierzanie. Wszyscy byli oszołomieni nieoczekiwanym wydarzeniem. Oficerowie, podobnie zresztą jak żołnierze, byli zakłopotani i przybici. Przez pierwsze dni nawet rozmów na ten temat było stosunkowo niewiele, ludzie przycichli jakby w oczekiwaniu na coś, starali się zrozumieć i połapać w tym, co się dzieje w nich samych. Tylko w pewnych grupach żołnierskiej i urzędniczej inteligencji (pracowników technicznych, pisarzy, personelu medycznego) triumfowano. Pracownicy poczty polowej, wśród których, nawiasem mówiąc, znajdowała się moja żona, w dniu ogłoszenia manifestu z radości wydali uroczystą kolację; żona, która odmówiła swojego udziału, przez przepierzenie słyszała prawie całą noc śmiechy, buńczuczne przemówienia i śpiewy.
Po dwóch dniach, objechawszy pułki, pojechałem do Kiszyniowa, do generała Krymowa. Zastałem go w radosnym, optymistycznym nastroju. Mimo że w całym mieście odbywały się już wiece i ulicami przeciągały z czerwonymi sztandarami jakieś demonstrujące grupy, w których trafiali się już pojedynczy żołnierze z miejscowego zapasowego batalionu, generał nie przywiązywał do tego żadnej wagi; nadal szczerze wierzył, że jest to przewrót, a nie początek wszechrosyjskiej "smuty". Dowodził z zapałem, że armia, unieruchomiona na froncie, nie zostanie wciągnięta w walkę polityczną i że "byłoby o wiele gorzej, gdyby się to wszystko stało po wojnie, a zwłaszcza w czasie demobilizacji... Wówczas wojsko po prostu rozbiegłoby się do domów z bronią w ręku i samo zaczęłoby robić porządki".
U generała zobaczyłem po raz pierwszy listę członków Rządu Tymczasowego. Z nich wszystkich stosunkowo najbliższy armii był Guczkow -?w czasie kampanii japońskiej był w składzie Czerwonego Krzyża, a w ostatnich latach przewodniczącym Komisji Obrony w Dumie, od 1915 roku zaś stał na czele Centralnego Komitetu Wojskowo-Przemysłowego. A jednak mianowanie ministrem spraw wojskowych cywila, i to jeszcze w czasie wojny, nie mogło nie budzić wielu wątpliwości. Generał Krymow, który dobrze znał Guczkowa, pokładał w nim wielkie nadzieje:
-?O, Aleksandr Iwanowicz to prawdziwy mąż stanu, zna wojsko nie gorzej niż pan czy ja. Wątpię, czy rozmaici Szuwajewowie są od niego lepsi tylko dlatego, że całe życie przesiedzieli w Ministerstwie Wojny. Nie umywają się do niego...
Książę Lwow, znany jako prezes Związku Ziemskiego, miał reputację człowieka prawego i patrioty. Milukow i Szyngariow byli znani jako liderzy partii kadeckiej i zdolni organizatorzy... Były także nazwiska mniej znane -?Tierieszczenko, Niekrasow... Ale energicznego, silnego człowieka, który zdolny byłby objąć i utrzymać w swych rękach chwiejącą się władzę, wśród nich wszystkich nie było.
Krymow przekazał mi również pierwsze piotrogrodzkie gazety. Informacje o wszystkim, co się tam dzieje, opublikowane przemówienia niektórych członków Dumy i utworzonej żywiołowo rady delegatów robotniczych i żołnierskich nie zapowiadały niczego dobrego. Natychmiast utworzyła się dwuwładza i Rząd Tymczasowy najwidoczniej nie czuł się na siłach z nią walczyć. W przemówieniach nawet najbardziej prawicowych mówców czuło się chęć podszycia się pod rewolucyjną demokrację... Boleśnie ugodziły mnie po raz pierwszy wypowiedziane słowa o konieczności "pogodzenia" oficerów i żołnierzy, o tym, że od oficerów wymagany będzie "szacunek dla osoby żołnierza". Mówił o tym Milukow w swoim przemówieniu drugiego marca, kiedy w salach Pałacu Taurydzkiego po raz pierwszy wspomniał o abdykacji cesarza na rzecz brata...
Następne dni potwierdziły mój niepokój; stawało się coraz bardziej jasne, że zamęt i rozkład na tyłach rosną, że obcy armii i słabi duchem ludzie, którzy stanęli na czele kraju, nie potrafią uchronić wojska przed próbą wciągnięcia go w brudną grę. Ukazał się także Rozkaz nr 19.
Któregoś dnia wczesnym rankiem generał Krymow zatelefonował z prośbą, bym natychmiast przybył do Kiszyniowa:
-?Proszę zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy -?uprzedził. -?Chcę, żeby pan jeszcze dziś wyjechał do Piotrogrodu.
Zastałem generała Krymowa przy pisaniu listu. W czerwonych butach, bez kurtki, siedział przy biurku, a wokół niego na biurku, fotelach i podłodze leżało mnóstwo pomiętych papierów:
-?Niech pan patrzy -?rzekł, wskazując palcem jakąś gazetę -?oni poszaleli, diabli wiedzą, co się tam dzieje. Nie poznaję Aleksandra Iwanowicza (Guczkowa), jak może dopuścić, by ci panowie wtrącali się do wojska. Piszę do niego. Nie mogę wyjechać sam bez wezwania i zostawić w tej chwili dywizji. Proszę, żeby pan pojechał i spotkał się z Aleksandrem Iwanowiczem...
Zaczął mi czytać list. W gorzkich, tchnących bólem i gniewem słowach pisał o niebezpieczeństwie, jakie zagraża armii, a wraz z nią całej Rosji. O tym, że armia powinna być apolityczna, o tym, że ci, którzy ingerują w sprawy armii, popełniają zbrodnię wobec ojczyzny... Nagle przerwał czytanie, chwycił się oburącz za głowę i zaszlochał... Na zakończenie listu prosił Guczkowa, by mnie wysłuchał, uprzedzając, że wszystko, co powiem, powiem na jego prośbę, że wyrażę jego własne zdanie. Jeszcze tego wieczoru wyjechałem do Piotrogrodu.
Na stacji Żmerynka spotkaliśmy jadący z północy pociąg kurierski. Wśród pasażerów było kilku naocznych świadków ostatnich wydarzeń w stolicy, między innymi szef 12. kawaleryjskiej dywizji baron Mannerheim (który później dowodził w Finlandii białymi wojskami). Od niego pierwszego, jako od naocznego świadka, dowiedziałem się szczegółów o ulicznych zamieszkach w stolicy, zdradzeniu rządu przez oddziały wojskowe, o mających miejsce w pierwszych dniach zabójstwach oficerów. Sam baron Mannerheim zmuszony był przez trzy dni ukrywać się w mieście, zmieniając miejsce pobytu. Wśród ofiar rozszalałego tłumu i żołnierzy było kilku moich znajomych: sędziwy hrabia Stackelberg, były dowódca pułku kawalergardów hrabia Mengden, lejb-huzar hrabia Kleinmichel... Dwaj ostatni zostali zabici w Łudze przez własnych żołnierzy zapasowych oddziałów kawalerii.
W Kijowie, oczekując na połączenie, pojechałem odwiedzić rodzinę gubernialnego marszałka szlachty Bezaka. Po drodze widziałem pomnik Stołypina, strącony przez tłuszczę z cokołu w pierwszych dniach przewrotu. U Bezaków, którzy zatrzymali mnie na obiedzie, poznałem przybyłego właśnie z Piotrogrodu posła do Dumy barona Steingera i dowiedziałem się od niego szczegółów wydarzeń, jakie miały miejsce w owych decydujących dniach w murach Pałacu Taurydzkiego. Od niego pierwszego usłyszałem pochlebną opinię o Kierenskim. Wedle słów barona Steingera był to jedyny w składzie rządu człowiek z temperamentem, człowiek zdolny opanować tłumy. Jemu właśnie Rosja zawdzięczała to, że rozlew krwi w pierwszych dniach został w porę powstrzymany.
Na stacji Bachmacze wsiadł do naszego wagonu adiutant wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, pułkownik hrabia Mengden. Opuścił w Bachmaczach pociąg wielkiego księcia, jadącego z Tyflisu do Mohylewa, gdzie miał objąć naczelne dowództwo. Hrabia Mengden jechał do Piotrogrodu, gdzie pozostała jego rodzina: żona, dzieci i brat. Jeszcze nie wiedział o tragicznej śmierci brata. Musiałem spełnić ten bolesny obowiązek i powiadomić go o tym. Hrabia Mengden powiedział mi, że wielki książę jest już uprzedzony o życzeniu Rządu Tymczasowego, by przekazał naczelne dowództwo generałowi Aleksiejewowi, i że postanowił dla uniknięcia niepotrzebnych komplikacji podporządkować się temu. Uważałem tę decyzję wielkiego księcia za fatalną. Wielki książę był niezwykle popularny w wojsku, zarówno wśród oficerów, jak i żołnierzy. Z jego autorytetem nie mogli się nie liczyć również wszyscy wyżsi dowódcy: głównodowodzący frontami i dowódcy armii. On jeden mógł jeszcze ocalić wojsko przed zagładą, Rząd Tymczasowy nie zdecydowałby się na otwartą z nim walkę.
Stacja w Carskim Siole zatłoczona była żołnierzami gwardii i piechoty, większość z nich nosiła czerwone kokardy. Wielu było pijanych. Przepychając się, śmiejąc i głośno rozprawiając, mimo protestów obsługi pociągu włazili do wagonów, pełno ich było w korytarzu i wagonie restauracyjnym, gdzie akurat piłem kawę. Mały, rudawy dragon pułku finlandzkiego, o bezczelnej twarzy, z papierosem w zębach i z czerwoną kokardą przy płaszczu, bezceremonialnie przysiadł się do stolika, przy którym siedziała siostra miłosierdzia, i próbował nawiązać z nią rozmowę. Oburzona jego zachowaniem siostra ostro zwróciła mu uwagę. W odpowiedzi posypały się rynsztokowe wyzwiska. Zerwałem się, chwyciłem drania za kołnierz, wywlokłem do wyjścia i kolanem wypchnąłem na korytarz. W tłumie żołnierzy zaczęto szemrać, ale nikt się nie odważył ująć za łobuzem.
Pierwszą rzeczą, która zdumiała mnie w Piotrogrodzie, była ogromna liczba czerwonych kokard, którymi ozdobili się prawie wszyscy. Nosili je nie tylko wałęsający się po ulicach żołnierze, bez broni i w rozpiętych płaszczach, studenci, kursistki, kierowcy taksówek i dorożkarze, ale również eleganccy cywile i spora liczba oficerów10. Trafiały się szykowne prywatne powozy ze stangretami przystrojonymi w czerwone wstążki i właścicielami tych ekwipaży z przypiętymi do futer takimiż kokardami. Sam widziałem kilku starych, zasłużonych generałów, którzy nie zawahali się ozdobić mundurowych płaszczy modnym rewolucyjnym kolorem. Spotkałem między innymi oficera ze świty cesarza również z czerwoną kokardą, dystynkcje miał wyprute z epoletów; nie mogłem się powstrzymać, by nie wyrazić mu mego zdumienia. Był bardzo zmieszany i usiłował się wykręcić żartem: "Cóż robić, jestem teraz ubrany modnie, to nowa moda...". Wiele osób przesadziło w tchórzostwie, małoduszności i chęci przypodobania się nowym władzom. Przez wszystkie te dni chodziłem po mieście pieszo w generalskim mundurze z emblematami następcy tronu (oczywiście bez czerwonej kokardy) i przez cały ten czas nikt mnie nie zaczepił.
Tchórzostwo i lokajska przypochlebność rosyjskiego społeczeństwa ujawniły się wyraźnie w pierwszych dniach "smuty" i nie tylko żołnierze, młodsi oficerowie i drobni urzędnicy, ale nawet osoby z kół dworskich i członkowie rodziny panującej stanowili tego przykład. Już w pierwszych godzinach zamętu wszyscy opuścili cesarza. W strasznych chwilach, jakie przeżyła cesarzowa i dzieci w Carskim Siole, nikt z osób zbliżonych do rodziny carskiej nie pospieszył im z pomocą. Wielki książę Kiriłł Władimirowicz sam przyprowadził do Dumy marynarzy gwardii i pospiesznie "zameldował się" M. Rodziance. W kilku gazetach pojawił się "wywiad" wielkich książąt Kiriłła Władimirowicza i Mikołaja Michajłowicza, w którym obaj w haniebny sposób oczerniali cara. Nie sposób było czytać tego bez oburzenia.
Walka o władzę między Dumą a samozwańczą radą delegatów robotniczych i żołnierskich wciąż trwała i Rząd Tymczasowy, nie czując się na siłach do podjęcia otwartej walki, coraz głębiej brnął w pułapkę kompromisów.
Guczkowa w Piotrogrodzie nie było. Postanowiłem na niego poczekać i zostawiłem w Ministerstwie Wojny swój adres, prosząc, by mnie zawiadomiono, kiedy minister wróci. Po dwóch dniach dano mi znać telefonicznie, że minister spraw zagranicznych P. Milukow, zawiadomiony o moim przybyciu do Piotrogrodu z misją do Guczkowa, prosi mnie do siebie. Nazajutrz rano zostałem przez niego bardzo uprzejmie przyjęty:
-?Aleksander Iwanowicz Guczkow jest nieobecny -?powiedział minister - ale mam z nim stały kontakt. Mogę mu przesłać pański list, postaram się również jak najdokładniej przekazać mu wszystko, o czym raczy mnie pan powiadomić. Należymy z Aleksandrem Iwanowiczem do różnych partii -?dodał z uśmiechem -?ale teraz, jak panu wiadomo, różnych partii nie ma i być nie może.
Przekazałem list generała Krymowa ministrowi i jak najdokładniej przedstawiłem mu swój pogląd na niebezpieczeństwo, jakie grozi armii w zaistniałej sytuacji. Podkreśliłem, że obecnie, kiedy szczególnie nieodzowna jest twarda dyscyplina, należy wszelkimi sposobami utrzymać prestiż przełożonych, że ostatnie rozkazy rozprzęgają dyscyplinę w wojsku i same tworzą przepaść między kadrą oficerską a żołnierzami, że domaganie się dyscypliny jedynie "w szeregach" jest szkodliwe i bezsensowne.
-?Toczy się wojna i wszyscy, oficerowie i szeregowcy, gdziekolwiek się znajdujemy: w okopach, w rezerwie czy na głębokich tyłach, w istocie przez cały czas pełnimy służbę i znajdujemy się "w szeregach". Nowe prawa dla żołnierzy, wymóg zwracania się do nich per "wy", prawo odwiedzania miejsc publicznych, palenia itd. dobremu żołnierzowi nie są w obecnej chwili potrzebne. Prosty Rosjanin od dziecka przywykł do mówienia mu "ty" i nie widzi w tym żadnej dla siebie obrazy; w okopach i na popasach rosyjscy oficerowie i żołnierze żyją razem, jedzą z jednego kotła i przypalają jeden drugiemu papierosy -?prawo odwiedzania lokali, palenia i inne swobody wykorzystają tylko tacy żołnierze jak ci, którzy wałęsają się teraz po ulicach Piotrogrodu.
Minister słuchał mnie bardzo uważnie, przez cały czas robiąc zapiski w notesie.
-?To bardzo interesujące, co pan mówi, przekażę to dokładnie Aleksandrowi Iwanowiczowi Guczkowowi. Muszę jednak zaznaczyć, że posiadane przez nas informacje i to, co słyszymy tu od przedstawicieli armii, znacznie się od siebie różnią.
-?Możliwe -?odparłem. -?Pozwoli pan jednak, że zapytam, o jakich przedstawicielach armii raczy pan mówić. O tych, którzy zasiadają w radzie delegatów robotniczych i żołnierskich, nie wiadomo przez kogo wybrani i mianowani, czy o tych, których widziałem właśnie na ulicach, przystrojonych czerwonymi kokardami. Proszę mi wierzyć, że spośród dobrych oficerów i żołnierzy w Piotrogrodzie przebywają teraz tylko ci, którzy leżą w lazaretach i raczej nie mogą być pańskimi informatorami. Nie wątpię, że wszyscy pozostali, którzy się tu przypadkowo znaleźli, już podążyli do swych macierzystych oddziałów.
-?Oczywiście, nie mogę się na ten temat wypowiedzieć zdecydowanie, Aleksander Iwanowicz Guczkow jest w tej chwili bardziej kompetentny niż ja. Prawdopodobnie po powrocie zechce się z panem zobaczyć osobiście. Na razie zapewniam pana, że przekażę szczegółowo wszystko, co od pana usłyszałem...
Po powrocie do domu zastałem depeszę od generała Krymowa. Zawiadamiał mnie, że minister wojny wezwał go do Piotrogrodu, że jestem wyznaczony czasowo na dowódcę dywizji i że mam natychmiast wracać do Kiszyniowa. Z wielkim trudem zdobyłem bilet i jeszcze tego wieczoru wyjechałem z Piotrogrodu.
Piętnastego marca przybyłem do Kiszyniowa. Generał Krymow, nie doczekawszy się mnie, wyjechał poprzedniego dnia wraz z szefem sztabu dywizji, pułkownikiem Samarinem. Pułkownik Samarin po przyjeździe do Piotrogrodu został mianowany szefem gabinetu w Ministerstwie Wojny; jego zastępcą okazał się podpułkownik Sztabu Generalnego Połkownikow, Kozak doński, który objął służbę w kilka dni po moim powrocie. Podpułkownik Połkownikow, który później, po puczu Korniłowa, znalazł się na czele Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego i odegrał w dniach upadku Rządu Tymczasowego tak smutną rolę, na stanowisku szefa sztabu dywizji wykazał się talentem, rozsądkiem i energią.
Przeżywaliśmy ciężki okres. Władza coraz bardziej wymykała się z rąk Rządu Tymczasowego. Nie miał on siły przeciwstawić się roszczeniom rady delegatów robotniczych i żołnierskich.
W wojsku wszyscy wyraźnie odczuwali groźne następstwa tej słabości i rozterek władzy i instynktownie usiłowali tę władzę wzmocnić. Wiele oddziałów wojskowych wystosowało do premiera pisma, w których wyrażało gotowość poparcia nowej władzy i zwalczania wszelkich prób wywołania anarchii w kraju. Podobne rezolucje uchwaliły także wszystkie pułki dywizji ussuryjskiej.
Niestety, Rząd Tymczasowy nie potrafił i widocznie nie chciał skorzystać z proponowanej mu przez samo wojsko pomocy. Aleksander Iwanowicz Guczkow, który w tym czasie wizytował głównodowodzących frontów, przyjmując delegacje różnych oddziałów, nieodmiennie zapewniał głośno, że rząd nie potrzebuje żadnej pomocy, że nie istnieje żadna dwuwładza, że prace rządu i rady delegatów robotniczych i żołnierskich przebiegają w całkowitej harmonii.
Brak było zdecydowania i jedności również wśród wyższego dowództwa armii. Zamiast się porozumieć i razem zdecydowanie stanąć w obronie powierzonych im wojsk, wyżsi dowódcy działali każdy na własną rękę, nie biorąc pod uwagę wspólnego dobra. Podczas gdy generał hrabia Keller, odmówiwszy złożenia przysięgi Rządowi Tymczasowemu, odbierał przy dźwiękach hymnu państwa pożegnalną defiladę swych starych pułków, generała Brusiłowa nieśli przed frontem wojska na obwieszonym czerwonymi kokardami fotelu rewolucyjni żołnierze...
Siedemnastego marca przypadało święto pułkowe amurskiego pułku Kozaków. Pułk ten został wcielony do składu dywizji stosunkowo niedawno -?wiosną 1916 roku -?i swą organizacją wewnętrzną w kłopotliwy sposób odbiegał od organizacji innych pułków dywizji. Rok temu, kiedy pułk znajdował się w Piotrogrodzie w wojskach ochrony, miało w nim miejsce głośne wydarzenie -?Kozacy zabili swego oficera. Kozacy amurscy, doskonali żołnierze, byli przeważnie ludźmi gwałtownymi i krnąbrnymi. Dowódcą pułku był pułkownik Syczew. W czasie parady, podjeżdżając do stojącego w szeregach pułku, ze zdziwieniem zobaczyłem zamiast odznak sotni czerwone flagi. Do sporządzenia tych flag Kozacy zużyli prawdopodobnie to, co mieli pod ręką i sztandar jednej sotni wyraźnie zdradzał, że zrobiono go z czerwonej perkalowej spódnicy w jakieś cętki. Dowódca podjechał konno z raportem, orkiestra zagrała Marsyliankę. Przyjąłem raport i zapytałem dowódcę, co znaczy ta maskarada, na co usłyszałem nieoczekiwaną odpowiedź: "Kozacy tego zażądali". Oświadczyłem pułkownikowi Syczewowi, że nie uwzględnię żadnych "żądań" podwładnych, iż regulamin przeglądu wojsk przez wyższych dowódców wyraźnie mówi, że pułk obowiązany jest grać marsza pułkowego i że kolor odznak każdej sotni jest ustalony. Przejechałem wzdłuż frontu, powitałem sotnie i złożyłem im życzenia z okazji święta, po czym, stanąwszy przed frontem pułku, zwróciłem się do Kozaków:
-?Spodziewałem się ujrzeć wasz sławny pułk pod starym sztandarem, a sotnie z ich bojowymi odznakami, pod którymi poległo bohaterską śmiercią tylu sławnych amurskich Kozaków. Pod tymi odznakami chciałem zebrać was dzisiaj i wypić z wami na cześć amurskiego wojska i amurskiego pułku, ale pod czerwoną kiecką siedzieć nie będę i nie mogę spędzić z wami dzisiejszego dnia.
Ostro zawróciłem konia i pojechałem do domu.
Tego samego dnia wydałem dywizji rozkaz, w którym udzieliłem nagany dowódcy pułku amurskiego za niedopilnowanie przestrzegania regulaminu. Pułkownik Syczew, za poparciem kwatermistrza esauła Gordiejewa, pijaka i marnego oficera, usiłował nastawić pułk przeciwko mnie, wmówić oficerom i żołnierzom, że obraziłem pułk, a zatem całe amurskie kozactwo. Nie jestem Kozakiem i właśnie dlatego obrażam Kozaków -?krótko mówiąc zabrzmiało to jak refren, który potem nucili tak często wodzowie "samostijnego" kozactwa11. Gdy tylko usłyszałem o niedopuszczalnym zachowaniu dowódcy pułku i jego pomocnika, niezwłocznie wydałem rozkaz o zdjęciu obu ze stanowisk i polecenie, by jeszcze tego samego dnia opuścili dywizję. Przyjechałem do pułku amurskiego, zebrałem oficerów, wyjaśniłem im sprawę i wygłosiłem swoją opinię na ten temat. Dowództwo pułku powierzyłem Połkownikowowi (został później zatwierdzony na tym stanowisku za wstawiennictwem generała Krymowa), a w kwestii postępowania pułkownika Syczewa i esauła Gordiejewa rozkazałem dowódcy 2. brygady generałowi Żeleznowowi przeprowadzić śledztwo i skierować sprawę do sądu.
Po tym wypadku żadnych rewolucyjnych demonstracji w oddziałach nie było, mimo iż wkrótce w nerczyńskim pułku kozackim zdarzył się incydent, który mógł do nich sprowokować. Jednym z oficerów pułku nerczyńskiego był odkomenderowany do pułku, niedawno awansowany na oficera, młody chłopiec, prawie dziecko, kornet Zorin. Niezwykle nerwowy i wrażliwy, boleśnie przeżywał wszystko, co działo się w wojsku. Którejś nocy w czasie pełnienia warty, obchodząc kwatery, usłyszał w jednej z chat hałas i krzyki. W chwili, kiedy otworzył drzwi i już miał przestąpić próg, z sieni wyskoczył na niego jakiś Kozak, odepchnął korneta i usiłował przecisnąć się przez drzwi. Zaskoczony, myśląc, że to napaść na niego, kornet Zorin wyciągnął rewolwer i strzelił do Kozaka, zabijając go na miejscu. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że nikt nie miał zamiaru napadać na oficera, Kozacy pili w chacie, usłyszeli kroki i bojąc się, by ich nie przyłapano na gorącym uczynku, rzucili się do ucieczki, a jeden z nich nadział się na wchodzącego Zorina. Nieszczęsny Zorin, opamiętawszy się, o mało nie popełnił samobójstwa. Dowiedziałem się o zajściu wczesnym rankiem i natychmiast pojechałem do pułku. Śledztwo było już zakończone. Wynikało z niego, że oficer nie miał żadnych podstaw do użycia broni. Jednocześnie było to jawne naruszenie regulaminu ze strony Kozaków. Zebrałem pułk i oznajmiłem swoją decyzję: "Kornet Zorin zostanie postawiony przed sądem za użycie broni bez wyraźnych podstaw. Dowódca sotni, w której zajście miało miejsce, otrzyma naganę, wachmistrz i plutonowi zostaną zdegradowani". Jednocześnie odkomenderowałem korneta Zorina do jego macierzystego pułku, by stworzyć możliwość bezstronnego rozpatrzenia tej sprawy. Zaraz też zarządziłem w pułku ostrą musztrę konną i podziękowawszy Kozakom, wróciłem do sztabu. Pogrzeb Kozaka, za którego trumną szli wszyscy oficerowie z dowódcą pułku na czele, odbył się zupełnie spokojnie, a wypadek nie miał żadnych następstw.
Trzydziestego marca wrócił generał Krymow, mianowany dowódcą 3. korpusu konnego na miejsce hrabiego Kellera.
Pierwsze działania Aleksandra Iwanowicza Guczkowa w roli ministra wojny zaznaczyły się masowymi odwołaniami wyższych dowódców -?jednym pociągnięciem pióra skreślono ze składu armii 143 wyższych oficerów, na miejsce których mianowano nowych, nie licząc się ze starszeństwem. Posunięcie to okazało się niewybaczalnym błędem. Co prawda pośród zwolnionych było sporo osób nienadających się i mało kompetentnych, które trzymały się armii tylko dlatego, że gdzieś miały poparcie, niemniej jednak odwołanie tak ogromnej liczby dowódców poszczególnych oddziałów i wyższych wojskowych formacji i jednocześnie zastąpienie ich ludźmi obcymi tym oddziałom, nie mogły się nie odbić na dyscyplinie wewnętrznej i gotowości bojowej armii.
Od generała Krymowa dowiedziałem się szczegółów o krwawych zajściach kronsztadzkich, które kosztowały życie najlepszych oficerów Floty Bałtyckiej poległych z rąk marynarzy12. Generał Krymow po spotkaniu z Guczkowem, Rodzianką, Tierieszczenką i innymi swymi politycznymi przyjaciółmi wrócił znacznie podniesiony na duchu. Twierdził, że Rząd Tymczasowy, mimo pozornej słabości, jest dość silny, by ująć sprawy w swoje ręce. Konieczność taką rzekomo uświadamiali sobie w pełni członkowie rządu. Głównego poparcia dla Rządu Tymczasowego, oprócz szerokich kręgów społeczeństwa i znacznej części armii mieli, zdaniem generała Krymowa, udzielić Kozacy. Pokładał on w kozactwie wielkie nadzieje i mówił wprost, że "teraz trzeba postawić na Kozaków". Chcąc zachować pod swą komendą macierzystą dywizję i "postawić na Kozaków", generał Krymow uzyskał zgodę na wcielenie ussuryjskiej dywizji konnej w skład 3. korpusu konnego w zamian za doskonałą 12. dywizję kawaleryjską.
Z chwilą zatwierdzenia generała Krymowa na stanowisku dowódcy 3. korpusu konnego zostałem mianowany dowódcą ussuryjskiej dywizji konnej.
Nie podzielałem nadziei, jakie pokładał generał Krymow w Kozakach. Dzieciństwo i lata młodzieńcze spędziłem nad Donem, w czasie wojny japońskiej byłem w szeregach zabajkalskiego pułku kozackiego, podczas obecnej wojny dowodziłem kozackim pułkiem, brygadą i dywizją, w skład których wchodziły pułki trzech kozackich wojsk, toteż świetnie ich znałem. Sądziłem, że z łatwością mogą się stać narzędziem w rękach określonych politycznych środowisk kozackich. Właściwe Kozakom od wieków dążenie do zaznaczania swojej odrębności stanowiło obecnie, kiedy znaczna część armii składała się z Kozaków, a oddziały kozackie stanowiły wiele regularnych dywizji, spore niebezpieczeństwo.
Uważałem, że walka z rozkładem armii winna pójść innymi drogami, że winna polegać nie na stawianiu na jakąś jej część, ale na zjednoczeniu wyższego dowództwa i konsolidacji całego wojska. Ale generała Krymowa trudno było przekonać. Był zafascynowany nowym pomysłem. Natychmiast wykorzystały to pewne siły -?w pułkach wśród oficerów wyraźnie zarysował się podział na Kozaków i nie-Kozaków. W nerczyńskim pułku kozackim, w którym było szczególnie wielu oficerów przeniesionych z regularnych oddziałów, problem ten stał się bardzo ostry. Kilku oficerów złożyło raporty o przeniesienie do oddziałów regularnych.
Postanowiłem otwarcie pomówić o tym z generałem Krymowem:
-?Aleksandrze Michajłowiczu, nie podzielam pańskich nadziei związanych z Kozakami. Daj Boże, żebym się mylił. W każdym razie, jeżeli stawia pan na nich, należy unikać wszystkiego, co w taki czy inny sposób mogłoby wprowadzić zamęt. Ja sam nie jestem Kozakiem, większą część służby odbyłem w oddziałach regularnych, wątpię więc, czy w tych warunkach byłbym przydatny jako pański najbliższy współpracownik...
Generał Krymow rozumiał to widocznie i nie starał się mnie zatrzymać. Zaproponował, że napisze do ministra wojny i szefa sztabu głównodowodzącego, aby skierowano mnie do regularnej dywizji.
Pożegnawszy się z primorskim pułkiem dragonów i macierzystym pułkiem nerczyńskim, który zgotował mi serdeczne pożegnanie, 5 kwietnia, w pierwszy dzień Wielkanocy, wyjechałem do Piotrogrodu.
W Piotrogrodzie panowało niezwykłe ożywienie. Od wczesnego rana do późnej nocy po ulicach przewalały się tłumy. Większość stanowili wojskowi. W żadnych koszarach nie odbywały się ćwiczenia i żołnierze cały dzień i większą część nocy spędzali na ulicy. Czerwone kokardy utraciły już urok nowości i w porównaniu z pierwszymi dniami rewolucji widziało się ich mniej, ale za to wzrosły chyba nieład i ogólne rozpasanie. Bez broni, przeważnie w rozpiętych płaszczach, z papierosami w zębach i kieszeniami pełnymi pestek, żołnierze całymi grupami włóczyli się po trotuarach, nikomu nie oddając honorów i potrącając przechodniów. Łuskanie pestek stało się w tych dniach, nie wiadomo dlaczego, stałym zajęciem "rewolucyjnego ludu", a ponieważ od czasu nastania "swobody" ulic prawie nie sprzątano, chodniki i jezdnie były całkowicie pokryte łuskami. Z większości aptek i szyldów dostawców dworu tłuszcza w chęci zniszczenia "nienawistnych oznak samodzierżawia" już w pierwszych dniach rewolucji zerwała orły i budynki z nich ogołocone robiły wrażenie jakichś ruin.
W Pałacu Taurydzkim, w Dumie Miejskiej, we wszystkich lokalach publicznych, na placach i skrzyżowaniach ulic całymi dniami odbywały się wiece. Były to istne bachanalie gadulstwa. Zdawało się, że milczący latami mieszczuch usiłuje się teraz nagadać do syta, nadrobić stracony czas. Nieustannie w jakiejś restauracji, teatrze, kinematografie, w czasie antraktu albo między dwoma muzycznymi numerami, jakiś zapalony mówca właził na krzesło i zaczynał przemawiać. Odpowiadał mu drugi, trzeci i zaczynał się swoisty wiec. Szpalty gazet wypełniały przemówienia członków Rządu Tymczasowego, członków rady delegatów robotniczych i żołnierskich, wypowiedzi różnego rodzaju delegacji. Tematy były zawsze jedne i te same: potępienie starego reżymu, apologia "bezkrwawej rewolucji", nawoływanie do "kontynuowania walki do zwycięskiego końca" (hasła "pokój bez aneksji i kontrybucji" wtedy jeszcze nie sformułowano), radość ze "zdobyczy rewolucji". Ratować Rosji już nie zamierzano, mówiono tylko o ratowaniu tychże "zdobyczy rewolucji". Formułka ta stała się bardzo popularna i w mimowolnym dążeniu do uczynienia jej bardziej strawną przerobiono ją na "ratowanie rewolucji", co było już zupełnie bezsensowne.
Walka między Rządem Tymczasowym a radą delegatów robotniczych i żołnierskich trwała. Należy oddać sprawiedliwość elementom lewicowym - działali zdecydowanie i zmierzali prosto do nakreślonego celu. Rząd Tymczasowy -?zwłaszcza jego część prawicowa -?przeciwnie, przez cały czas wyraźnie unikał zdecydowanych działań i słów, szukał "kompromisu" i podszywał się pod "rewolucyjną demokrację"... Podczas gdy "powszechna amnestia" objęła nie tylko byłych rewolucjonistów, ale i jawnych agentów niemieckiego Sztabu Generalnego, podczas gdy bolszewicy, z Leninem na czele, przybyli wprost z Niemiec, w biały dzień zajęli dom tancerki Krzesińskiej na prospekcie Kamiennoostrowskim i przemawiali z balkonu do tłumu słuchaczy, nawołując do haniebnego pokoju, a Rząd Tymczasowy nie śmiał ich aresztować -?w Twierdzy Pietropawłowskiej zamykano byłych ministrów, wysokich urzędników i inne osoby tylko dlatego, że byli oni niewygodni dla "rewolucyjnej demokracji". W czasie gdy prasa lewicowa otwarcie prowadziła propagandę mającą na celu rozkład armii, gazety prawicowe były konfiskowane i zamykane. Na Krymie z rozkazu Rządu Tymczasowego po rozporządzeniu pułkownika Wierchowskiego przeprowadzano rewizje u członków rodziny cesarskiej.
Nie uniknęła rewizji nawet sędziwa cesarzowa Maria Fiodorowna. Agenci weszli do jej sypialni i grzebali w rzeczach, mimo że cesarzowa leżała w łóżku. Jednocześnie przeprowadzono rewizje u osób prywatnych przebywających w Jałcie, między innymi u mojej żony. Odebrano jej moje listy, w których oczywiście niczego nie znaleziono.
Ci, którzy wczoraj obwiniali starą władzę o słabość, przemoc i nieudolność w radzeniu sobie z postępującą ruiną, dzisiaj, stanąwszy u steru, sami nie potrafili pokierować krajem. Maniłowowie czy Chlestakowowie nie potrafili wyjść poza piękne słowa i w nieuchronnym biegu wydarzeń zmuszeni byli oddać władzę siłom bardziej aktywnym13.
Dwudziestego kwietnia po raz pierwszy wystąpiła "czerwona gwardia" - uzbrojeni robotnicy fabryczni. Rząd nie odważył się wysłać przeciwko nim wojska. Pojedyncze starcia gwardii z tłumem na skrzyżowaniu Michajłowskiej i Newskiego pociągnęły za sobą kilka ofiar w ludziach. W czasie walki byłem akurat w Hotelu Europejskim. Tłum w panice uciekał w stronę placu Michajłowskiego, dorożkarze pędzili okładając konie. Gromady brudnych obdartych robotników w kaszkietach i miękkich kapeluszach, przeważnie o zwierzęcych, naznaczonych występkiem twarzach, uzbrojone w karabiny, ciągnęły środkiem Newskiego śpiewając Międzynarodówkę. Dokoła słyszało się pełne oburzenia komentarze -?było jasne, że zdecydowane kroki rządu u większości zyskałyby tylko poparcie.
Pieszo przeszedłem ulicą Mojka do domu ministra wojny, żeby się zobaczyć z pułkownikiem Samarinem, szefem gabinetu Guczkowa. Zastałem u niego pułkownika Baranowskiego (który później objął to stanowisko przy Kierenskim). Opowiedziałem im, co przed chwilą widziałem i wyraziłem zdumienie, że władze wojskowe pozostają bezczynne.
-?Rząd nie może dopuścić do rozlewu rosyjskiej krwi -?odpowiedział Samarin. -?Gdyby na rozkaz rządu doszło do tego, rząd utraciłby całą siłę moralną w oczach narodu.
Zrozumiałem, że nie mamy o czym mówić...
Nazajutrz rada delegatów robotniczych i żołnierskich oznajmiła, że wojsko nie może zostać wyprowadzone z koszar, jeżeli rozkaz władz wojskowych nie będzie poparty zgodą rady. Piątego maja odbyła się potężna manifestacja wiernych rządowi oddziałów, mająca na celu poparcie rządu przeciw radom. Manifestacja przebiegła bez zakłóceń i jeszcze raz wykazała, że bynajmniej nie wszyscy "rewolucyjną demokrację" popierają. Ale i tym razem nieudolny i bezwolny rząd nie potrafił tego wykorzystać.
Należy powiedzieć gwoli prawdy, że z wyjątkiem elementów socjalistycznych z jednej strony i pojedynczych osób, głównie wojskowych, z drugiej nieudolność i brak woli przejawiało w jednakowym stopniu całe społeczeństwo. Zagubienie i obojętność, tak charakterystyczne dla Rosjan, nieumiejętność porozumienia się i zorganizowania, jakaś niepojęta niefrasobliwość i gadatliwość na każdym kroku rzucały się w oczy. Wszyscy mówili o konieczności zorganizowania się, wszyscy stwarzali wrażenie, że konspirują, ale nic konkretnie się nie działo. Próbowali się zorganizować również oficerowie, ale chociaż nowo powstały związek oficerów w sztabie, w bezpośredniej bliskości frontu i pod kierunkiem generała Aleksiejewa i generała Denikina, rzeczywiście prowadził pożyteczną robotę, to w Piotrogrodzie te prace przebiegały w atmosferze, która mogła jedynie zachwiać prestiżem armii14.
Już na samym początku spośród członków związku wyłoniła się grupa "aprobujących rewolucję", którzy postanowili na tej rewolucji zrobić kariery. Jedną z głównych postaci tej grupy był pułkownik Sztabu Generalnego Guszczin, kozak doński, który wykładał wówczas w Akademii Sztabu Generalnego, a w pierwszych dniach rewolucji pojawił się na katedrze przystrojony czerwoną kokardą i z patosem oznajmił słuchaczom:
-?Zrzuciłem maskę, macie przed sobą oficera republikanina.
W związku piotrogrodzkim prowadził haniebną demagogiczną grę. Przemawiając do żołnierzy, w imieniu rosyjskiej kadry oficerskiej prosił ich, by "nie odtrącali od siebie skruszonych rosyjskich oficerów". Wygłaszał hałaśliwe przemówienia, walił się w piersi i błaznował...
"Postawił na rewolucję" także mój dawny kolega z pułku, w tym czasie szef 1. dywizji kawalerii, generał Biskupski. Odważny i zdolny oficer, całkiem niegłupi i ogromnie ambitny, owładnięty pragnieniem bycia pierwszym zawsze i wszędzie, Biskupski przez długi czas wodził rej w pułku i cieszył się wśród kolegów wielkim mirem. Ożenił się ze znaną śpiewaczką, wykonawczynią romansów Wialcewą i długo udawało mu się ukrywać to małżeństwo i pozostawać w pułku. Jednak taka fałszywa sytuacja długo trwać nie mogła i na dwa lata przed wojną Biskupski w randze pułkownika przeszedł do rezerwy. Zajął się interesami, zakładał jakieś towarzystwa akcyjne mające wydobywać ropę naftową na Dalekim Wschodzie, wciągnął w ten interes kilku byłych kolegów i wreszcie gorzko za to odpokutował razem z nimi. Owdowiawszy, wstąpił do irkuckiego pułku huzarów i, szybko awansując, po dwóch latach wojny dowodził już dywizją. Do Piotrogrodu trafił jako delegat rady delegatów żołnierskich jednej z armii. Stale występował z przemówieniami, z upoważnienia rady wraz z kilkoma żołnierzami jeździł na rozmowy z rewolucyjnym garnizonem kronsztadzkim i marzył, by go wybrano na przewodniczącego sekcji wojskowej rady. Jak się należało spodziewać, nic z tego nie wyszło, wybrano jakiegoś felczera i Biskupski wkrótce wyjechał z Piotrogrodu.
Mieszkałem w Piotrogrodzie, czekając na skierowanie do armii. Przyglądałem się z bliska wszystkiemu, co się działo, i widziałem, że tylko stanowcze i nieustępliwe działanie może położyć kres dalszemu rozbiciu kraju. Ani w składzie rządu, ani pośród otaczających go działaczy społecznych nie było człowieka, który mógłby to uczynić. Należało go szukać w wojsku, wśród nielicznych popularnych dowódców. Głosu takiego wodza, mającego poparcie w armii, kraj musiałby posłuchać, a jego stanowcze rozkazy, poparte bagnetami, zostałyby wykonane. Biorąc pod uwagę sytuację polityczną, nazwisko takiego przywódcy musiałoby być dostatecznie "demokratyczne". Znałem tylko dwa takie nazwiska: znanego całej armii, prawego, surowego dla siebie i innych, twardego i odważnego dowódcę 9. armii, generała Leczyckiego, i kochanego przez wojsko, bohatera walk karpackich, generała Korniłowa, który niedawno dokonał brawurowej ucieczki z nieprzyjacielskiej niewoli. Pierwszy z nich, nie mogąc się pogodzić z nowymi porządkami, właśnie opuścił armię i mieszkał jako osoba prywatna w stolicy; drugi w opisywanym okresie stał na czele Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego i jego stanowisko było szczególnie korzystne dla sprawy.
Organizacja wojskowa w stolicy, rozporządzająca choćby niewielkimi siłami militarnymi i mogąca wystąpić w odpowiedniej chwili, zdawała mi się absolutnie konieczna dla odniesienia sukcesu. Zwracało się do mnie w tej sprawie wiele osób z istniejących już organizacji wojskowych oraz ze stołecznego garnizonu. Wkrótce udało mi się nawiązać kontakt z oficerami wielu oddziałów. Na te oddziały mogliśmy liczyć bez zastrzeżeń.
Postanowiłem się podzielić moimi wiadomościami ze starym kolegą pułkowym i moim przyjacielem hrabią Pahlenem15. Spodziewając się w każdej chwili skierowania do armii, chciałem, by kierował naszą sprawą w Piotrogrodzie. Hrabia Pahlen bardzo się nadawał do tego przedsięwzięcia; mógł z łatwością, nie budząc specjalnych podejrzeń, prowadzić działalność w stolicy. Całe życie służył w gwardii w Petersburgu, znała go prawie cała gwardia i wśród oficerów piotrogrodzkiego garnizonu cieszył się wielkim szacunkiem. Jednocześnie zaś jego stosunkowo niewysoka ranga, wrodzona małomówność i skrytość pozwalały mieć nadzieję, że uda mu się prowadzić robotę w tajemnicy.
Dobraliśmy do pomocy kilku młodych oficerów. Udało się nam zdobyć pewne środki. Zorganizowaliśmy niewielki sztab, nawiązaliśmy ścisłe kontakty ze wszystkimi uczelniami wojskowymi i niektórymi oddziałami rozlokowanymi w stolicy i na przedmieściach, zorganizowaliśmy kilka bojowych drużyn oficerskich. Na bardzo wysokim poziomie stał nasz zwiad. Opracowaliśmy szczegółowy plan zajęcia głównych punktów miasta i ujęcia wszystkich tych osób, które mogłyby się okazać niebezpieczne.
Nagle, w pierwszych dniach maja, generał Korniłow, ostatecznie poróżniwszy się z radą, podał się do dymisji. Objął wakujące stanowisko dowódcy 8. armii, stojącej na granicy Galicji. Na jego następcę przewidywano generała Leczyckiego, ale ten podobno odmówił przyjęcia nominacji. Postanowiłem do niego pojechać. Znałem go osobiście dość dobrze jeszcze z Bukowiny. Dywizja ussuryjska wchodziła w skład jego armii. Generał Leczycki mieszkał w Hotelu Północnym, naprzeciw Dworca Nikołajewskiego. Poprosiłem o przyjęcie, a on zaproponował mi spotkanie jeszcze tego samego wieczoru. Wyłożyłem mu swoje plany, opowiedziałem, co udało się nam z hrabią Pahlenem zdziałać w ostatnim czasie i wspomniawszy, iż wiem o propozycji, by stanął na czele Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego, zaproponowałem, by włączył się do naszych działań; z uwagi zaś na mój bliski wyjazd do armii, poleciłem mu hrabiego Pahlena.
-?Wszystko, co pan mówi, jest absolutnie słuszne -?powiedział generał Leczycki. -?Wszyscy tak myślimy. Ale ja następcą generała Korniłowa nie będę. Odszedłem z armii, ponieważ nie mogłem się pogodzić z nowymi porządkami. Jestem starym żołnierzem, a tutaj potrzebny jest człowiek nie tylko twardy i uczciwy, ale również rzutki. Ktoś młodszy będzie na pewno bardziej się do tego nadawać.
Znając generała Leczyckiego, nie miałem wątpliwości, że nie zmieni swej decyzji.
Następcą generała Korniłowa został szef sztabu tuziemnej dywizji, generał Połowcew.
Ponieważ generał Leczycki odsunął się od jakiejkolwiek działalności, postanowiłem, mimo że generał Korniłow opuścił stanowisko dowódcy Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego, wyjątkowo przydatne dla naszej sprawy, nawiązać z nim jednak kontakt. Poza generałem Korniłowem nie mogłem znaleźć pośród dowódców wyższego szczebla nikogo odpowiedniego.
Generał Korniłow po wyjeździe do armii nadal utrzymywał łączność z wieloma osobami w Piotrogrodzie. Czynił to za pośrednictwem swego oficera ordynansowego Zawojki. Zawojko, były ziemianin, chyba z guberni podolskiej, w ostatnich latach przed wojną zrujnowany, zajął się sprawami finansowymi. Zarządzał firmą wydobywającą ropę naftową braci Lianozowów, był dyrektorem i członkiem zarządu różnych przedsiębiorstw handlowych. Po przewrocie porzucił interesy i zajął się działalnością polityczną. W ostatnim czasie, zaciągnąwszy się do wojska, został oficerem ordynansowym przy dowódcy Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego, a po nominacji generała Korniłowa na dowódcę armii podążył za nim.
Dowiedziawszy się o przyjeździe Zawojki do Piotrogrodu, nawiązałem z nim kontakt przez pracującego ze mną i Pahlenem porucznika hrabiego P. Szuwałowa. Umówiliśmy się na spotkanie w domu Zawojki, który mieszkał wówczas na Fontance, przy moście Siemionowskim. Zawojko zrobił na mnie wrażenie niezwykle śmiałego, niegłupiego i zdolnego człowieka, choć jednocześnie wielkiego fantasty. My mówiliśmy bardzo mało, prawie przez cały czas mówił Zawojko. Już w pierwszych słowach przytaknął moim zamiarom. Jak mówił, podobny pogląd na sprawę miał również generał Korniłow. Pod koniec rozmowy zaproponował, byśmy przeczytali krótką biografię generała Korniłowa, którą on, Zawojko, właśnie wydawał i której korektę akurat mu przysłano. Biografia ta wkrótce pojawiła się w wojsku. Umówiliśmy się na dalsze kontakty. Od tego czasu kilkakrotnie widziałem się z Zawojką, gdy przyjeżdżał do Piotrogrodu. Kiedyś, wstąpiwszy do niego, zobaczyłem złożone w kącie jakieś kolorowe flagi. Na moje pytanie, co to jest, Zawojko odpowiedział, że wojska szykują się do ofensywy, że armia generała Korniłowa ma się wedrzeć do Galicji. Na flagach zauważyłem napisy -?wezwanie słowiańskiej ludności rosyjskich Karpat do powstania i zrzucenia austriackiego jarzma, do walki o wolność, którą przynosi armia rosyjskiego generała Korniłowa. Napisy były wykonane w językach miejscowych, galicyjskich narodów słowiańskich. Na taki pomysł mógł wpaść jedynie Zawojko...
Planowane przejście do natarcia wkrótce przestało być tajemnicą nawet dla szerszych kręgów społeczeństwa, no i oczywiście dla nieprzyjaciela. Nowy minister "rewolucyjnej armii" Kierenski nieustannie miotał się po froncie, wygłaszał histeryczne przemówienia i nawoływał "rewolucyjne wojska do ratowania zdobyczy rewolucji". Uzupełnienia marszowe szły na front, niosąc czerwone transparenty z hasłami: "Wojna do zwycięskiego końca", "Wszyscy na front", "Lepsza śmierć niż niewola" itd. Mimo "rewolucyjnego zrywu" owe uzupełnienia po drodze przeważnie się rozpraszały. W połowie czerwca otrzymałem depeszę podpisaną przez dyżurnego generała 8. armii, pułkownika Heidena, z pytaniem, czy wyrażam zgodę na mianowanie mnie "do czasu aż zwolni się stanowisko dowódcy dywizji" dowódcą brygady 7. dywizji kawalerii. Wyraziłem zgodę. Mijały jednak dni, coraz bardziej zbliżał się moment przystąpienia armii do natarcia, a rozkazu o nominacji nie było.
Osiemnastego czerwca armie Frontu Południowo-Zachodniego zaatakowały przeciwnika. 8. Armia generała Korniłowa wdarła się do Galicji, nieprzyjacielski front został przerwany, nasze wojska zajęły Halicz i Stanisławów. Zdawało się, że po długich miesiącach zwycięstwo znów opromieniło rosyjskie sztandary.
Wreszcie 30 czerwca otrzymałem telegram o mianowaniu mnie dowódcą, ale nie brygady, tylko 7. dywizji kawalerii. Po dwóch dniach wyjechałem do Kamieńca Podolskiego.
Szóstego lipca przybyłem do Kamieńca Podolskiego. Usłyszałem tu ostatnie nowiny. "Przedarcie się armii rewolucyjnej", o którym donosił premierowi księciu Lwowowi "minister wojny", zakończyło się zdradą gwardyjskich grenadierów, podstępnie wyprowadzonych z frontu przez kapitana Dziewałtowskiego. Za nimi, porzucając pozycje, żywiołowo uciekła na tyły cała 11. armia. Nieprzyjaciel zajął Tarnopol, zagrażał skrzydłu i tyłom sąsiedniej 8. armii generała Korniłowa.
Ofiara poległych bohaterską śmiercią batalionów szturmowych, złożonych głównie z oficerów, okazała się daremna. "Zdemokratyzowana armia", nie chcąc przelewać krwi "dla ratowania zdobyczy rewolucji", uciekła jak stado baranów. Pozbawieni władzy szefowie nie byli w stanie powstrzymać tej hołoty. W obliczu groźnego niebezpieczeństwa bezsilny i nieudolny rząd jak gdyby przejrzał na oczy, zrozumiał, jak się zdawało, że w armii niezbędna jest jeszcze inna dyscyplina prócz "rewolucyjnej". Potwierdzała to chyba nominacja generała Korniłowa na głównodowodzącego Frontu Południowo-Zachodniego na miejsce generała Brusiłowa, mianowanego wkrótce wodzem naczelnym.
Chciałem zastać generała Korniłowa jeszcze w armii, więc nie zwlekając, wziąłem ze sztabu frontu auto i wyjechałem przez Czerniowce do Kołomyi. Jechał ze mną porucznik hrabia Szuwałow, który miał pozostać przy generale Korniłowie, aby podtrzymywać łączność z organizacją hrabiego Pahlena w Piotrogrodzie. Jeszcze przed wieczorem dotarłem do Kołomyi.
Generał Korniłow był na linii frontu i spodziewano się go dopiero późną nocą. Poszedłem do pełniącego obowiązki dyżurnego generała, pułkownika hrabiego Heidena, chcąc uzyskać informacje o mojej nowej dywizji. Zdaniem pułkownika Heidena dyscyplina w dywizji była na niezłym poziomie. Co prawda zdarzały się już jakieś nieporozumienia z kadrą dowódczą -?szef dywizji, szef sztabu i jeden z dowódców pułków powinni byli już odejść, ale na ogół oddziały były w całkowitym porządku, kadra oficerska doskonała i, jak twierdził hrabia Heiden, nowy szef dywizji nie będzie miał trudności z utrzymaniem żołnierzy w karbach.
W skład dywizji wchodziły następujące pułki: olwiopolski ułański, kinburnski dragoński, białoruski huzarski i 11. doński. Czasowo dowodził dywizją dowódca 1. brygady generał Zykow, a funkcję szefa sztabu pełnił do chwili mianowania nowego pułkownik Sztabu Generalnego von Dreier.
W czasie mojej rozmowy z hrabią Heidenem do gabinetu wszedł młody człowiek średniego wzrostu, w modnym frenczu i angielskiej czapce. Pułkownik Heiden przedstawił nas sobie. Nowo przybyły był komisarzem 8. armii, nazywał się Fiłonienko. Z wielką pewnością siebie zaczął wygłaszać opinie o ostatnich operacjach, o konieczności natychmiastowego zastosowania środków, mających przeszkodzić nieprzyjacielowi w wykorzystaniu niebezpiecznie wysuniętej pozycji 8. armii. Zwracając się do mnie Fiłonienko powiedział, że on, jako młody oficer, uznaje konieczność natychmiastowego zastosowania środków, które zapobiegłyby łamaniu dyscypliny, że zawsze popierał generała Korniłowa w jego wysiłkach mających na celu podniesienie poziomu dyscypliny w 8. armii, i że on, Fiłonienko, ciągle nalegał na mianowanie generała Korniłowa głównodowodzącym Frontu Południowo-Zachodniego. Wyszliśmy razem i skierowaliśmy się do sztabowego kasyna. Przy obiedzie Fiłonienko z tą samą pewnością siebie nadal omawiał naszą sytuację militarną i polityczną. Bardzo uprzejmie zaproponował mi pomoc w usunięciu z wojskowych komitetów w mojej dywizji tych oficerów i żołnierzy, których uważałbym za niepożądanych.
Z trudem znalazłem w przepełnionym mieście pokój, w którym zakwaterowałem się wraz z hrabią Szuwałowem. Rano dano mi znać, że generał Korniłow wrócił i prosi mnie do siebie.
Generał Korniłow rezydował na piętrze małego piętrowego domu w pobliżu sztabu. Tam też na górze mieszkał Zawojko. Wstąpiłem do niego, by zaczekać, aż przyjmie mnie generał. Zastałem Zawojkę przy pisaniu. Notował coś i popijał herbatę. Nie chcąc mu przeszkadzać, wziąłem szklankę herbaty, którą mi podał, siadłem z boku i zacząłem przeglądać jakąś książkę. Ale Zawojko, nie przerywając pisania, jął mnie zasypywać pytaniami:
-?Mogę robić jednocześnie kilka rzeczy -?powiedział. -?Rozmowa nie przeszkadza mi w pisaniu.
I rzeczywiście, zadając mi pytania i komentując moje odpowiedzi, Zawojko bez chwili przerwy coś szybko pisał. Wreszcie skończył i popatrzył na mnie wyraźnie zadowolony ze swej pracy.
-?Oczywiście wie pan, że generał został mianowany głównodowodzącym Frontu. Polecił mi napisać pożegnalny rozkaz do armii. Chce pan posłuchać?
Zawojko odczytał mi znany rozkaz generała Korniłowa. Zdumiała mnie ogromnie zdolność formułowania i przenoszenia na papier myśli z taką łatwością, niemal bez zastanowienia. Zawiadomiono mnie, że generał mnie oczekuje.
Znałem generała Korniłowa bardzo słabo, poznaliśmy się rok wcześniej na przyjęciu u cara w Mohylewie, dokąd przybył, by zameldować się cesarzowi po swej ucieczce z niewoli. Jechaliśmy wówczas w tym samym wagonie z Mohylewa do Piotrogrodu. Wcale się nie zmienił od tamtego czasu - malutki, suchy, smagły i ogorzały, z niewielką bródką i ostrymi czarnymi wąsami, o twarzy wyraźnie w typie mongolskim; mówił urywanymi, lapidarnymi zdaniami. Czuło się w nim szczególny zapał, jakąś ukrytą siłę, gotowość do działania w każdej chwili. Śpieszył się bardzo, za kilka godzin miał ruszać do sztabu frontu. Poinformowałem go pokrótce o wszystkim, co mi było wiadome o sytuacji w Piotrogrodzie, opowiedziałem o mojej tamtejszej działalności i zaproponowałem hrabiego Szuwałowa do utrzymywania kontaktów ze stolicą. Generał Korniłow natychmiast rozkazał mianować hrabiego Szuwałowa oficerem ordynansowym. Zaprosił mnie na obiad i razem poszliśmy do kasyna.
W czasie obiadu przybył nowo mianowany dowódca armii, bohater spod Halicza, generał Czeremisow. Malutki, chudziutki, o ruchliwych czarnych oczkach i sympatycznym, nieco przymilnym głosie, generał Czeremisow zrobił na mnie wrażenie człowieka energicznego i niegłupiego. Przy obiedzie rozmawialiśmy na tematy ogólne. Generał Korniłow wspominał swoją służbę w Turkiestanie, generał Czeremisow opowiadał o ostatnich walkach swego korpusu. Nie poruszaliśmy tematów politycznych.
Po obiedzie generał Korniłow w towarzystwie kilku osób wyjechał autem do Kamieńca, ja zaś, także autem, wyruszyłem do Stanisławowa, skąd nazajutrz rano pojechałem do dywizji, rozlokowanej 20-30 wiorst od miasta w kierunku Halicza.
Dywizja zajmowała spory odcinek frontu jako osłona. W odwodzie znajdował się białoruski pułk huzarski, rozlokowany w niewielkiej wiosce niedawno opuszczonej przez Austriaków; tam też mieścił się sztab dywizji. Do późnej nocy, wraz z tymczasowym dowódcą i szefem sztabu, zapoznawałem się ze wszystkimi sprawami dywizji.
Rano przyjąłem meldunki i wydałem kilka koniecznych rozkazów, po obiedzie zamierzałem objechać pułki, a na ósmą wieczorem wyznaczyłem u siebie w sztabie naradę dowódców oddziałów.
Nie udało mi się jednak zrealizować ani jednego, ani drugiego. Dokonałem tylko przeglądu huzarów i dojechałem do Kozaków, kiedy zameldowano mi, że generał Czeremisow wzywa mnie niezwłocznie do sztabu armii w Stanisławowie, dokąd właśnie się przeniósł. Wróciłem do sztabu dywizji i tu zastałem rozkaz, by w związku z cofnięciem się frontu na całej linii moja dywizja natychmiast przegrupowała się do Stanisławowa, osłaniając skrzydło 8. armii. Rozkazałem dowódcy brygady przejąć komendę nad dywizją, zdjąć osłonę i nocnym marszem ruszyć do Stanisławowa, a sam pojechałem do miasta autem.
Przybyłem do Stanisławowa już po ciemku i zastałem sztab szykujący się do odjazdu. Pospiesznie załadowywano sztabowe ciężarówki, odłączano telefony, wynoszono wyposażenie kancelarii. Pociąg sztabowy już stał na stacji. Wszystkimi ulicami miasta w kierunku tyłów ciągnęły niekończące się tabory.
Generał Czeremisow przywiózł ze sobą nowego szefa sztabu i nowego generała kwatermistrza. Byli to zupełnie młodzi, ale odznaczający się wielką polityczną elastycznością (wówczas cechę tę uważano za niezwykle istotną) oficerowie Sztabu Generalnego. Szefem sztabu został mianowany pułkownik Sztabu Generalnego Mienszow, a generałem kwatermistrzem pułkownik Lewitski. Generał Czeremisow pokrótce zapoznał mnie z sytuacją: nasze armie cofają się na całym froncie, nie stawiając oporu. Nieprzyjaciel depcze nam po piętach. Najbliższą rubieżą, którą mieliśmy szanse utrzymać, była rzeka Zbrucz. Ja otrzymałem rozkaz połączenia pod moim dowództwem mojej 7. dywizji kawalerii i 3. kaukaskiej dywizji kozackiej, po czym miałem działać z połączonym korpusem konnym na styku 7. i 8. armii, osłaniając ich odwrót i zabezpieczając skrzydła. Generał Czeremisow osobiście podyktował mi zalecenia i odpowiednie instrukcje, które podpisał. Postanowiłem zaczekać, aż czoło mojej dywizji zbliży się do miasta, osobiście wydać dywizji konieczne rozkazy, a potem pojechać do 3. dywizji kozackiej, która działała w rejonie Monasterzysk, gdzie zamierzałem sformować korpus. Udałem się do hotelu i położyłem spać.
W nocy obudziły mnie przeraźliwe krzyki. Przez okno zobaczyłem niebo rozjaśnione łuną pożaru. Z ulicy dobiegał hałas, słychać było wrzaski, łoskot i trzask rozbijanego szkła, z rzadka rozlegały się wystrzały. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na korytarz. Naprzeciw mnie wyszedł oficer ordynansowy:
-?Wasza wielmożność, w mieście pogrom, cofające się wojska rozbijają sklepy -?zameldował.
Zszedłem do holu. Stał tam oparty o ścianę, blady jak śmierć starzec, krew ciekła mu po długiej siwej brodzie. Obok niego młoda kobieta w poszarpanej sukni i z gołą głową szlochała, załamując ręce. Gdy wszedłem, przypadła do mnie i wołając coś niezrozumiałego zaczęła mnie całować po rękach. Wezwałem szwajcara i spytałem, o co chodzi. Okazało się, że starzec jest Żydem, właścicielem sklepu z zegarami, a kobieta jego córką. Żołnierze obrabowali sklep, a właściciel, okrutnie pobity, ledwie uratował życie. Nie miałem do dyspozycji żadnej siły wojskowej, tylko dwóch oficerów i dwóch huzarów ordynansów. Wyszedłem z nimi na ulicę.
W kilku punktach miasta szalały pożary, tłum wyrywał metalowe żaluzje i rabował sklepy. Z okien domów dobiegały wrzaski, słychać było płacz. Na chodnikach poniewierały się rozbite skrzynie, połamane pudła, strzępy materiałów, wstążki i koronki przemieszane z potłuczonymi naczyniami i pustymi butelkami po koniaku. Podwody wojskowe całkiem zatarasowały ulice. Na placu utknęły tabory artyleryjskie. Ogień przenosił się na sąsiednie domy, w każdej chwili grożąc wybuchem amunicji. Z trudem odnalazłem komendanta taboru i, wziąwszy od niego kilku żołnierzy, zacząłem zaprowadzać porządek. W jednym ze sklepów zastaliśmy rabusiów zajętych opróżnianiem skrzyń z zastawą do herbaty. Chwyciłem pierwszego z brzegu, pięścią powaliłem na ziemię i krzyknąłem:
-?Kozacy, do mnie, nahajkami tę swołocz!
Sklep w jednej chwili opustoszał.
Po dwóch godzinach udało mi się oczyścić ulicę. Tabory ruszyły i artyleria mogła posunąć się naprzód. Na sąsiednich ulicach grabież wciąż trwała. Od nieustannego krzyku zupełnie straciłem głos.
Około szóstej rano na ulicy pojawił się patrol, zbliżał się pułk polskich ułanów. Poleciłem dowódcy pułku, by nie przebierając w środkach zaprowadził porządek. Natychmiast ujęto i rozstrzelano na miejscu kilku rabusiów i do rana w mieście zapanował całkowity spokój16.
Przed ósmą nadciągnęło czoło mojej dywizji. Wydawszy niezbędne rozkazy dalszego marszu do miejsca formowania korpusu, wraz z pułkownikiem Dreierem i dwoma oficerami udałem się do 3. dywizji kozackiej. Dywizją dowodził generał Odincow, były dowódca primorskiego pułku dragonów. Jednocześnie dowodziliśmy pułkami w tej samej brygadzie przez ponad rok i doskonale się znaliśmy. Był odważnym i mądrym dowódcą, ale człowiekiem o niskim morale -?zimnym i pozbawionym zasad egoistą, dążącym bez skrupułów do zrobienia kariery.
W skład dywizji wchodziły pułki: 1. jekatierinodarski, kizlarsko-griebieński, dagestański i osetyński. Najlepsze były dwa pierwsze, składające się z terskich i kubańskich Kozaków.
Po przebyciu około 30 wiorst napotkaliśmy sztab dywizji. Prowadzące zwiad pułki dywizji były rozrzucone na szerokim froncie. Zapoznawszy się z sytuacją, wydałem generałowi Odincowowi niezbędne rozkazy i zająłem się organizowaniem swojego sztabu, który formować musiałem kosztem obu dywizji, biorąc od nich i kadrę, i środki łączności, i wyposażenie kancelarii.
Przy kolacji poznałem Aleksandra Iwanowicza Guczkowa. Opuściwszy stanowisko ministra wojny, definitywnie poróżniony z rządem, zaciągnął się jako chorąży do wojska i został odkomenderowany do sztabu 3. dywizji kozackiej. Byłem wstrząśnięty jego wyglądem: był posępny, wyraźnie przybity.
Nasza konnica cofała się stopniowo, wypierana przez nieprzyjaciela na całym froncie. Wraz z nadejściem 7. dywizji otrzymaliśmy doniesienie o natarciu sporej kolumny Niemców na Monasterzyska, zajęte przez osetyński pułk konny.
W mieście znajdowały się olbrzymie magazyny artylerii i ze sztabu armii nadszedł rozkaz wysadzenia ich. Ze sztabu także przybył z tym zadaniem do miasta oficer z oddziałem saperów. Kończyłem obiad, kiedy otrzymałem meldunek o strzelaninie wśród zajmujących Monasterzyska Osetyńców. Kazałem przyprowadzić motocykl i w towarzystwie szefa sztabu pojechałem do miasta. Byliśmy już jakieś 4-5 wiorst od Monasterzysk, kiedy nagle nad miastem wzbił się słup ognia i dymu. Nastąpił ogłuszający wybuch, potem drugi i trzeci. Ogromne chmury płomieni kłębiły się nad miastem. Było widać wzlatujące w górę odłamki. W pole bezładnie uciekali ludzie i bydło. Okazało się, że widząc zbliżającego się nieprzyjaciela, przysłany ze sztabu armii oficer saperów, myśląc tylko o swym zadaniu, zbrodniczo podpalił składy, nie uprzedziwszy Osetyńców, którzy bili się na przedmieściach. Kilkudziesięciu kawalerzystów i sam dowódca pułku padli ofiarą tego oburzającego braku odpowiedzialności.
O zmierzchu nieprzyjaciel wkroczył do miasta. Zająłem pozycje o kilka wiorst na wschód. O świcie wznowiono natarcie, wkrótce walki toczyły się na całym froncie. Przez cały dzień korpus utrzymywał swoje pozycje. Około drugiej po południu Niemcom udało się odeprzeć kinburczyków i zdobyć zajętą przez nich wieś, co groziło rozbiciem czoła korpusu. Poleciłem dywizjonowi kinburczyków, by zatrzymali nieprzyjaciela w szyku konnym. Dragoni pod komendą rotmistrza Stacenki pięknym atakiem rozbili nieprzyjaciela, wzięli kilkudziesięciu jeńców i karabin maszynowy. Pozycja była odzyskana. Z nastaniem ciemności, pozostawiwszy na froncie dwa patrole, odprowadziłem korpus o 15 wiorst i zająwszy przewidzianą rubież, rozłożyłem się na noc.
Nasza piechota nadal cofała się na całym froncie, nie stawiając żadnego oporu. W ciągu dnia nasz front przesuwał się o 20-30 wiorst do tyłu. W odstępujących oddziałach całkiem upadła dyscyplina. Wojska zamieniały się w masę maruderów i po drodze bezlitośnie grabiły. Mój korpus, manewrując na styku 7. i 8. armii, w marszu trzymał się czoła, nieustannie broniąc swoich tyłów. Starałem się cały czas być w pobliżu oddziałów, żeby się zapoznać z działaniem pułków, z dowódcami i żołnierzami. Przeprawiwszy się przez Zbrucz, wojska stanęły i zaczęły się umacniać na zajętych pozycjach, utrzymując w rejonie Barszczowa placówkę na prawym brzegu rzeki. Korpus rozłożył się na noc w połowie drogi na zachód od linii Zbrucza. Ja byłem przy 7. dywizji.
O świcie otrzymałem meldunek, że rozlokowana bardziej na północ dywizja kaukaska została odepchnięta przez nieprzyjaciela i, stawiając opór, powoli wycofuje się na wschód. Miałem rozkaz utrzymać się na zajmowanej linii przez cały dzień, aby dać czas piechocie na umocnienie się, a z nastaniem ciemności miałem cofnąć się za rzekę i pozostać tam w odwodzie dowódcy armii. Zarządziłem alarm, wyprowadziłem dywizję ze wsi, jednym spieszonym pułkiem zająłem skraj niewielkiego lasu, wysunąłem artylerię, a pozostałe trzy pułki zatrzymałem w odwodzie.
Wkrótce nadszedł meldunek, że brygada konnicy nieprzyjaciela zaczyna oskrzydlać prawą flankę dywizji, próbując oddzielić nas od kaukazczyków. Wziąwszy kilku ludzi z mego konwoju, wyjechałem naprzód i z niewysokiego pagórka zobaczyłem wyraźnie konnicę, galopującą w szyku marszowym. Było widać, jak się przeformowuje w szyk przedbojowy. Jednocześnie bateria nieprzyjacielska otworzyła ogień, nadleciał pocisk i rozerwał się za dywizją. Widocznie nieprzyjaciel nas dostrzegł, bo wkrótce zaczęły wokół nas świstać kule. Podjechałem do dywizji, rozkazałem, by artyleria otworzyła ogień nękający i, ustawiwszy dywizję w szyku bojowym, rozkazałem ruszyć do ataku. Nieprzyjaciel nie podjął walki i widząc z daleka rozwinięte pułki, wycofał baterię i zaczął się szybko cofać. Tymczasem otrzymałem meldunek, że moją lewą flankę, prawie na tyłach, oskrzydla nowa kolumna nieprzyjacielskiej konnicy, również w sile brygady. Wydałem rozkaz jednemu pułkowi, by ścigał cofającą się kolumnę, a generałowi Odincowowi polecenie, by natychmiast przeszedł ze swoją dywizją do ataku. Po czym, obróciwszy baterię o 180°, przeniosłem ogień na nową kolumnę i posadziwszy na konie spieszony pułk, trzema pułkami znów zaatakowałem nieprzyjaciela. I tym razem, nie przyjmując uderzenia, nieprzyjacielska kawaleria zawróciła i jęła się pospiesznie cofać. Wkrótce nadszedł meldunek od szefa dywizji kaukaskiej. Dywizja przeszła do natarcia, pokonała nieprzyjaciela i wysunęła się na poprzednie pozycje. Przez cały dzień utrzymywaliśmy się na nich, prowadząc ogień; nieprzyjaciel znów nie zdecydował się na przystąpienie do natarcia.
Pod wieczór Niemcy podciągnęli ciężką artylerię i otworzyli do naszych pozycji ogień pojedynczy. Jedna z naszych baterii, rozmieszczona za niewielkim zagajnikiem, słabo odpowiadała. W zagajniku stały spieszone pułki 7. dywizji. Wysłałem do generała Odincowa rozkaz, by z nastaniem ciemności zaczął się cofać w kierunku przeprawy, a sam udałem się do szefa 7. dywizji. Leśna ścieżka prowadziła na polankę. Przed niewielką leśniczówką zobaczyłem grupę oficerów. Z chaty wyniesiono stół, ławy i krzesła i oficerowie pili herbatę. Wokół polanki wśród drzew widać było konie. Tu stała spieszona brygada. Zsiadłem z konia i szedłem w kierunku stołu, kiedy dał się słyszeć charakterystyczny gwizd nadlatującego pocisku. Po sekundzie wybuch. Pocisk upadł tuż za chatą. Rozległy się jęki, przez polankę przebiegł koń ze zwisającym siodłem i okrwawionym zadem. Wśród spieszonych pułków wszczął się ruch. Pojedynczy ludzie z końmi ruszyli do lasu. Zrozumiałem, że jeszcze chwila, a rozpocznie się bezładny odwrót. W lesie ogień szrapnelowy nieprzyjaciela nie mógł być bardzo skuteczny. Koniecznie trzeba było utrzymać porządek. Wydałem komendę "baczność!" i siadłszy przy stole, zażądałem herbaty. Nowy pocisk zaświstał w powietrzu i rozerwał się gdzieś w pobliżu. Jeden z odłamków z głośnym warkotem upadł tuż przy stole, tak że mogłem go dotknąć nie wstając z krzesła. Podniosłem odłamek i krzyknąłem do żołnierzy:
-?Bierzcie, chłopcy, jeszcze cieplutki, akurat na zakąskę do herbaty!
I rzuciłem odłamek najbliższemu żołnierzowi. W jednej chwili twarze się rozjaśniły, dał się słyszeć śmiech i nie pozostał nawet ślad niedawnej paniki.
Nieprzyjaciel wystrzelił jeszcze dwa czy trzy pociski i zaprzestał ognia. Straciliśmy zaledwie dwóch ludzi i zraniono kilka koni. Słońce chyliło się ku zachodowi, zaczęło się zmierzchać i dałem dywizji rozkaz odmarszu. Pułki wysunęły się z lasu, a ja zatrzymałem się, by podyktować rozkaz. Potem wskoczyłem na konia i ruszyłem galopem, przeganiając kolumnę. Po drodze dziękowałem szwadronom i sotniom za dzisiejszą walkę. Gdy podziękowałem pierwszej sotni, zagrzmiało w odpowiedzi głośne spontaniczne "hura!". Podchwyciły to pozostałe szwadrony. Od tego dnia zaczęła się umacniać niewidzialna duchowa łączność między mną a moimi ludźmi. Poczułem, że panuję nad pułkami, że nawiązałem ową ważną psychologiczną więź przełożonego z podwładnymi.
Nieraz w czasie mojej służby doznawałem tego uczucia. Już wcześniej, w czasie rekonesansu na bagnach kreuzburskich, wyraźnie poczułem tę nagle rodzącą się więź duchową z moim pułkiem. Tak samo było później na Kubaniu i w stepach Manycza w czasie wojny domowej.
Korpus wycofał się za Zbrucz i stanął w odwodzie dowódcy armii o 20 wiorst od Kamieńca Podolskiego, gdzie stacjonował sztab armii. Nazajutrz otrzymałem telegram od generała Korniłowa: "Proszę przyjąć osobiście i przekazać wszystkim oficerom, Kozakom i żołnierzom połączonego korpusu, zwłaszcza dragonom kinburnskim i dońcom moją serdeczną wdzięczność za śmiałą akcję korpusu 12 lipca, która zapewniła spokojny odwrót oddziałów na styku armii. Korniłow".
Staliśmy w odwodzie zaledwie kilka dni. Mimo dogodnych pozycji i mimo że nieprzyjaciel działał stosunkowo niewielkimi siłami, nasze oddziały były już prawie niezdolne do stawiania jakiegokolwiek oporu. Któregoś wieczoru szef sztabu armii wezwał mnie do telefonu. Kaukaski pułk piechoty, który osłaniał przeprawy pod Chocimiem, opuścił swoje pozycje i nieprzyjaciel mógł wykorzystać lukę, zagrażając przeprawom do samego Kamieńca. Sztab armii był w gotowości do odjazdu, mnie polecono ruszyć spiesznie do miejsca przerwania frontu i przywrócić nasze pozycje. Za dwa dni spodziewaliśmy się nadejścia 79. dywizji piechoty, która miała zastąpić moją i zabezpieczyć przeprawy chocimskie.
Ogłosiłem alarm bojowy, zebrałem oddziały korpusu i wydałem dywizjom rozkaz nocnego przemarszu do miejsca przerwania frontu. Przy korpusie znajdował się zmotoryzowany oddział sanitarny z 30 samochodami. Ze sztabu armii obiecano mi 10 ciężarówek. Wszystkich tych samochodów użyłem do przerzucenia pułku strzeleckiego 7. dywizji. Po wydaniu rozkazów i wyprawieniu strzelców pojechałem autem za dywizją. Zastałem pułk czołowy spieszony, ostrzeliwujący nieprzyjaciela, który zajął opuszczoną właśnie przez Kozaków wieś. Kaukazczycy oddalili się o jakieś 4 wiorsty i stanęli na popas, wystawiwszy warty. Wkrótce nadciągnęła 3. dywizja. Posłałem kaukazczykom rozkaz natarcia i jednocześnie ruszyłem do ataku spieszoną brygadą 7. dywizji.
Wkrótce całe pole usiane było naszymi nacierającymi. Nieprzyjaciel prowadził ogień karabinowy. Ale nagle zagrzmiała artyleria. Dymki szrapneli wzbiły się nad naszą piechotą. Tyraliery zaległy. Jeszcze dwa, trzy pociski i zobaczyłem, że na całej linii kaukaskiego wojska tyraliery się cofają. Przez lornetkę widziałem, jak ludzie biegną, prześcigając się nawzajem; odwrót przekształcał się w powszechną ucieczkę. Znajdowałem się na baterii i rozkazałem dowódcy otworzyć ogień pojedynczy do uciekających. Bateria wystrzeliła salwę, wyraźnie było widać trafienia. Ale ludzie nie tylko się nie zatrzymali, lecz jakby jeszcze szybciej zaczęli biec do tyłu. Popędziłem do ułanów olwiopolskich, stojących w odwodzie, i wydałem dowódcy, pułkownikowi Siemionowowi, rozkaz zatrzymać uciekających i lancami popędzić ich z powrotem. Siemionow rozwinął pułk i ława ułanów zaczęła zawracać lancami uciekającą piechotę, poganiając ludzi jak stado baranów.
Nieprzyjaciel, widocznie niezbyt liczebny, nie przechodził do natarcia. Wreszcie otrzymałem meldunek, że pułk kaukaski został zebrany. Pojechałem tam. Kazałem pułkowi odpocząć, żołnierzom wydać obiad. Zebrałem oficerów, porozmawiałem z nimi, a potem obszedłem bataliony, rozmawiając z ludźmi.
Pozwoliłem im uspokoić się i przyjść do siebie, po czym sam poprowadziłem pułk do ataku. Kaukazczycy ruszyli początkowo ospale i niepewnie, a później już odważnie. Wybili nieprzyjaciela w zajętej przezeń wsi, wzięli 300 jeńców, 4 karabiny maszynowe i uwolnili naszych jeńców wziętych rankiem. Niestety, w czasie tego ataku mój sztab mocno ucierpiał: został ranny starszy adiutant sztabu dywizji kapitan Lubimski, dwaj oficerowie ordynansowi, jeden ciężko, i dowódca batalionu łączności.
-?No, Władimirze Nikołajewiczu (Dreier) -?powiedziałem do szefa sztabu. -?Teraz może pan być spokojny o kaukazczyków. Po takim sukcesie pułk będzie się bić wspaniale.
Myliłem się jednak. W nocy obudzono nas wiadomością, że kaukazczycy bez żadnej wyraźnej przyczyny opuścili pozycje i cofają się na tyły. Musiałem wysłać do obrony opuszczonego odcinka ostatnią brygadę. Nie miałem już w odwodzie ani jednego pułku. Kazałem odciągnąć na noc oddziały artylerii i tabory za przeprawę, a sam ze sztabem pozostałem na noc na prawym brzegu rzeki, aby mieć łączność telefoniczną z czatami. O świcie znów nas obudzono. Nieprzyjaciel zniósł rzadką ochronę korpusu. W zajętej przez nas wsi już trwała strzelanina. Ubraliśmy się szybko i wyszliśmy na dwór do koni. Walka toczyła się na ulicach. Kule trzaskały o kamienne ogrodzenia i ściany chat. Droga do przeprawy była w rękach nieprzyjaciela. Nie można już było przejechać przez bramę. Cała ulica była pod ostrzałem. Postanowiliśmy przeprawić się wpław i zaczęliśmy się przemykać do rzeki przez sad. W ostatniej chwili któryś z ordynansów odnalazł chłopa, który pokazał nam bród; przejechali nie tylko konni, ale i wózek z oficerskim dobytkiem. W czasie przeprawy tylko jeden człowiek został ranny.
Nasza bateria otworzyła ogień z lewego brzegu rzeki. Z prawej strony widać było przeprawiające się w bród oddziały kaukaskiej dywizji. Utrzymując lewy brzeg rzeki, wydzieliłem część sił i rzuciłem je jako posiłki do 7. dywizji, która osłaniała główną przeprawę i most pod Chocimiem. Udało nam się utrzymać chocimski przyczółek. Kiedy przed wieczorem nadeszła brygada 79. dywizji, poleciłem generałowi Sieriebriannikowowi, dowódcy 2. brygady 7. dywizji kawalerii natychmiast przejść do natarcia. Około dziewiątej wieczorem korpus całkowicie odzyskał swoje pozycje. Nazajutrz oddziały korpusu zostały zmienione przez 79. dywizję i korpus ruszył do Kamieńca, do odwodu dowódcy armii. Stamtąd po kilku dniach przeszliśmy dalej i stanęliśmy w pobliżu granicy rumuńskiej. Otrzymałem od generała Czeremisowa telegram: "Cześć i chwała połączonemu korpusowi. Czeremisow".
Kilka dni później generał Czeremisow został odwołany, a jego miejsce zajął generał Sokownin. Jednocześnie z Czeremisowem odszedł szef jego sztabu, pułkownik Mienszow, którego zastąpił generał Jaron.
Generał Korniłow jeszcze 16 lipca został mianowany głównodowodzącym.
Z chwilą objęcia przez generała Korniłowa stanowiska głównodowodzącego w armii dała się odczuć silna ręka. Oficerowie, czując poparcie z góry, nabrali otuchy i stali się pewniejsi, żołnierze bardziej zdyscyplinowani. Wydano rozkazy, które ograniczyły władzę komitetów wojskowych i ujęły je w określone ramy. Pułki, w których nagminnie łamano dyscyplinę, zaczęto doprowadzać do porządku. Korzystając z chwilowej przerwy w walkach, starałem się jak najlepiej zaznajomić z komitetami nie tylko korpusu i dywizji, ale także pułku. Okazało się, że ich skład nie jest taki zły. Długo rozmawiałem z członkami komitetów, czasem bywałem na posiedzeniach i stopniowo udało mi się odwrócić uwagę komitetów od polityki i wciągnąć je do prac czysto gospodarczych. Po długotrwałych walkach umundurowanie, uprząż i zasoby materialne korpusu mocno się zużyły. Moje próby zdobycia bielizny, obuwia i innych niezbędnych rzeczy za pośrednictwem intendentury spełzły na niczym. I oto tam, gdzie dowódca korpusu nie był w stanie osiągnąć czegokolwiek, komitet korpusu osiągał, posyłał dokądś jakichś delegatów i zdobywał dla oddziałów wszystko, co niezbędne...
W tym czasie otrzymałem kilka listów ze sztabu od Zawojki. Dowiedziałem się z nich o walce, jaką toczył generał Korniłow, domagając się zastosowania środków niezbędnych do podniesienia dyscypliny w armii - dania przełożonym uprawnień dyscyplinarnych, ograniczenia praw komitetów wojskowych, wreszcie ustanowienia kary śmierci wobec zdrajców i dezerterów na tyłach. Ja ze swojej strony pisałem kilkakrotnie, podkreślając konieczność natychmiastowego zastosowania tych środków, póki jeszcze nie jest za późno i póki armia całkowicie się nie rozsypała.
W pierwszych dniach sierpnia otrzymałem list od Zawojki. Pisał, że najprawdopodobniej długotrwała walka generała Korniłowa wkrótce zostanie uwieńczona sukcesem, że w najbliższym czasie spodziewane jest wprowadzenie w życie omawianych środków, mających na celu podniesienie dyscypliny w armii, że na tyłach autorytet głównodowodzącego jest ogromny i że bliska jest godzina, kiedy w imieniu armii będzie on mógł podyktować swoje warunki: "Generał prosi, by się Pan nie śpieszył i nie zarzucał nam bezczynności -?kończył Zawojko. -?Przed styczniem i lutym nie należy się spodziewać żadnych decydujących ataków...".
Dziesiątego czy dwunastego sierpnia niespodziewanie dostałem depeszę z zawiadomieniem, że "w związku ze spodziewaną w najbliższym czasie nową nominacją" zostaję skierowany do dyspozycji dowódcy frontu rumuńskiego "z utrzymaniem na stanowisku dowódcy połączonego korpusu konnego". Dziwna treść depeszy bardzo mnie zdumiała i poleciłem szefowi sztabu przywołać do telefonu hrabiego Szuwałowa ze sztabu i dowiedzieć się, co to znaczy i co to za spodziewana nominacja. Szuwałow odpowiedział, że w sztabie nic nie wiedzą, głównodowodzący zaś przebywa w Moskwie, skąd wróci dopiero za dwa, trzy dni. Kilka dni później otrzymałem telegram od Zawojki: "Głównodowodzący jest bardzo zadowolony z pańskiej pracy. Telegram związany jest z czekającym pana niebawem wysokim awansem". Jednocześnie nadszedł rozkaz ze sztabu o wyekspediowaniu brygady 3. dywizji kawalerii -?pułku dagestańskiego i osetyńskiego -?i przyłączeniu jej do dywizji lokalnej w rejonie stacji Dno.
Dwudziestego siódmego sierpnia pojechałem konno do sztabu armii po jakieś dodatkowe wskazówki. Panował tam wielki niepokój. Właśnie przyszła depesza od generała Korniłowa, w której, zwracając się do armii, mówił o "popełnionej wielkiej zdradzie...". (Telegram Kierenskiego, ogłaszający głównodowodzącego zdrajcą, otrzymano kilka godzin później). Jednocześnie Sztab Generalny polecił wyłączyć radiostację i nie przyjmować żadnych telegramów od premiera. Komitet wojskowy protestował przeciw temu ostatniemu rozkazowi, popierał go pełniący obowiązki generała kwatermistrza "aprobujący rewolucję" pułkownik Lewitski. Dowódca armii generał Sokownin i szef sztabu generał Jaron zupełnie potracili głowy. Z wielkim trudem udało mi się uzyskać kopię telegramu głównodowodzącego, przy czym dowódca armii proponował, bym nie ujawniał treści telegramu, dopóki sytuacja się nie wyjaśni i nie otrzymamy wytycznych od dowódcy frontu generała Szczerbaczewa.
Dowódca armii nie miał siły walczyć z komitetem wojskowym i wydał pułkownikowi Lewitskiemu rozkaz "wstrzymania się z wyłączeniem radiostacji". Właśnie wyszedłem ze sztabu i wsiadałem na konia, kiedy pułkownik Lewitski z triumfem oznajmił to stojącym obok przedstawicielom komitetu. Nie wytrzymałem i oświadczyłem ostro Lewitskiemu, że niewykonanie rozkazu głównodowodzącego w zaistniałych okolicznościach uważam za przestępstwo i że jeśli chodzi o mój korpus, to natychmiast po przybyciu do sztabu wydam rozkaz wyłączenia radiostacji.
Około szóstej przyjechał generał Odincow; zawiadomił mnie o otrzymanym przez komitet wojskowy telegramie Kierenskiego, w którym premier nazywa Korniłowa zdrajcą. Powiedział, że dowódca armii i szef sztabu zupełnie się zagubili i wszystkie rozkazy wydaje pułkownik Lewitski, popierany przez komitet wojskowy. Generał Odincow zupełnie nieoczekiwanie zaproponował mi, bym "ogłosił alarm, podniósł korpus na nogi, aresztował sztab i przejął dowództwo armii". Mogłem tylko w zdumieniu rozłożyć ręce.
Rano adiutant zameldował mi, że komitet dywizyjny 3. kaukaskiej dywizji kozackiej wzywa do dywizji członków komitetu dywizyjnego 7. dywizji, że do 3. dywizji przybyli przedstawiciele komitetu armijnego i że generał Odincow, na żądanie komitetu armijnego, zatrzymał szykującą się do wymarszu 2. brygadę 3. dywizji, która poprzedniego dnia otrzymała rozkaz kierujący ją do Odessy. Kazałem podstawić auto i pojechałem do 3. dywizji. Na podwórzu sztabu dywizji zastałem wszystkie komitety wojskowe. Przewodniczył kapelan pułkowy jednego z pułków, o. Fiecenko; właśnie rozpocząłem zabiegi o usunięcie go z dywizji za propagowanie demagogicznych haseł. Był również obecny generał Odincow i przedstawiciele komitetu armijnego -?jakiś młody człowiek w czapce i skórzanej kurtce oraz ochotnik jednego z kaukaskich pułków kozackich. Zdumiał mnie wygląd Odincowa: w czerkiesce, bez kindżału, czerwony, spocony i zakłopotany, sprawiał jakieś żałosne wrażenie.
Wszedłem w tłum i powitałem wszystkich:
-?Witajcie, bracia Kozacy.
Kozacy odpowiedzieli. Nagle usłyszałem głos o. Fiecenki:
-?Panie generale, zwracam panu uwagę, że tu nie ma ani braci, ani Kozaków, tu są tylko obywatele.
Z trudem się opanowałem.
-?Ma pan rację, ojczulku -?powiedziałem. -?Wszyscy jesteśmy obywatelami. Ale to, że nimi jesteśmy, nie przeszkadza mi być generałem, panu kapelanem, a im braćmi Kozakami. Że są dzielni, wiem, bo prowadziłem ich do boju, że są Kozakami, także wiem, sam dowodziłem pułkiem kozackim, nosiłem kozacki mundur i jestem dumny z tego, że jestem Kozakiem. -?Tu zwróciłem się do Kozaków: -?Jeszcze raz witajcie, dzielni bracia Kozacy.
-?Zdrowia życzymy waszej wielmożności! -?rozległa się zgodna odpowiedź.
Usiadłem przy stole i zapytałem generała Odincowa, co tu się dzieje. Odincow zameldował, że omawia się rezolucję, zaproponowaną przez przedstawicieli komitetu armijnego, a wyrażającą poparcie dla Kierenskiego, którego depeszę odczytali przedstawiciele komitetu armijnego.
-?Świetnie -?powiedziałem głośno. -?A telegram generała Korniłowa czytaliście?
Tu wtrącił się pan we frenczu:
-?Decyzją komitetu armijnego ten telegram nie może być publikowany.
-?Otrzymałem ten telegram od dowódcy do mego osobistego rozporządzenia. Nie uważam za możliwe ukrycie jego treści przed moimi żołnierzami. Całą odpowiedzialność za to biorę na siebie.
Wyjąłem telegram. Członkowie komitetu armijnego usiłowali protestować, ale z tłumu dały się słyszeć okrzyki:
-?Przeczytać, przeczytać!
Przeczytałem telegram.
-?Teraz wiecie wszystko, Kozacy. Wierzę, że spełnicie swój żołnierski obowiązek i podejmiecie decyzję zgodną z żołnierskim sumieniem. Co do mnie, jako żołnierz nie zajmuję się polityką. Rozkaz głównodowodzącego jest dla mnie prawem. Jestem pewien, że wasz dowódca dywizji powie wam to samo.
Popatrzyłem na Odincowa. Mamrotał coś, oczy biegały mu na wszystkie strony.
-?Postąpię tak, jak moi chłopcy, jak moi Kozacy -?wydusił z siebie wreszcie.
Z trudem się powstrzymałem, by nie nazwać go podlecem. Wstałem, pożegnałem Kozaków i skierowałem się do auta. Kiedy wsiadałem, podbiegł do mnie Odincow:
-?Jakże to, jak to -?mamrotał -?zupełnie się zagubiłem. Zaskoczyłeś mnie tym pytaniem...
Machnąłem ręką i kazałem szoferowi ruszać.
Po długich dyskusjach 3. dywizja podjęła rezolucję o poparciu Kierenskiego, 7. dywizja zaś nie podjęła aż do wieczora żadnej decyzji i uchyliła się od rezolucji. Po dwóch dniach nadszedł rozkaz ze sztabu armii -?wszystkie telegrafy i telefony mają być kontrolowane przez komitety wojskowe, wszystkie zaś rozkazy dowódców nabierają mocy dopiero po podpisaniu ich przez któregoś z członków komitetu wojskowego.
Tego nie mogłem znieść. Wsiadłem na konia, pojechałem do sztabu armii i poprosiłem o zameldowanie mnie dowódcy armii. Znalazłem Sokownina w sadzie, gdzie spacerował z szefem sztabu i adiutantem. Poprosiłem o rozmowę w cztery oczy i wyciągnąłem z kieszeni otrzymany właśnie rozkaz:
-?Wasza wielmożność, uważam ten rozkaz za obraźliwy dla wszystkich dowódców. Nie mogę go wykonać. Proszę natychmiast odwołać mnie ze stanowiska dowódcy korpusu...
Generał Sokownin zaczął mnie namawiać, bym cofnął swoją decyzję. Obstawałem przy swoim:
-?Nie mogę wykonać tego rozkazu. Jeżeli pan mnie nie odwoła, nie pozostaje mi nic innego, jak postawić w stan gotowości 7. dywizję i rozmawiać bezpośrednio z komitetem armijnym.
Generał Sokownin wyraźnie się zląkł. Pewien, że nie cofnę swojej decyzji i bojąc się komplikacji, obiecał mi, że zaraz porozmawia z komitetem armijnym. Poszedłem do kasyna sztabowego. Po godzinie ordynans przyniósł mi rozkaz dowódcy armii, w którym "wyjaśniono" poprzedni rozkaz. W tych "wyjaśnieniach" odwołano punkt o potwierdzeniu podpisów dowódców. Kontrolę nad łącznością wojskową utrzymano. Wróciłem do sztabu korpusu i rozkazałem telegraf i telefon przenieść do mojej kwatery. Komitet korpusu nie odważył się przysłać mi swych obserwatorów.
Piątego września przypadało święto pułkowe białoruskiego pułku huzarów. Postanowiłem urządzić szczególnie uroczyste obchody, aby podnieść ducha w oddziałach -?kazałem kupić za granicą, w Rumunii, wino i wydałem po antałku dla każdego szwadronu; w taborze II rzutu zamówiłem czerwone buty. Po nabożeństwie wygłosiłem przed pułkiem kilka ciepłych słów, następnie żołnierzom wydano obiad. Przeszedłem się po szwadronach, w każdym wypiłem kieliszek i porozmawiałem z ludźmi, po czym zjadłem obiad w kasynie oficerskim. Grali trębacze, były śpiewy i na kilka godzin przenieśliśmy się myślami do dawnego pułkowego życia.
Szóstego września ze sztabu frontu nadszedł rozkaz, bym natychmiast stawił się w Jassach. Jedna z brygad dywizji kaukaskiej odjechała już koleją na północ, druga otrzymała rozkaz wyruszenia w kierunku Odessy. Sztab korpusu i 7. dywizja pozostawały na miejscu. Mianowałem swoim zastępcą niedawno awansowanego z pułkownika na generała Dreiera i wyjechałem do sztabu frontu.
Nie widziałem generała Szczerbaczewa od początku wojny. Stwierdziłem, że się bardzo postarzał i jest wyraźnie przybity. Praca sztabu spoczywała prawie wyłącznie na barkach szefa sztabu generała Gołowina, mądrego i bardzo zdolnego oficera. W sztabie frontu, aczkolwiek w mniejszym stopniu niż w sztabie armii, czuło się słabość i niezdecydowanie. Nasze wojska znajdujące się w Rumunii nie były jeszcze w takim stopniu zdemoralizowane, jak na pozostałych odcinkach frontu, ale i tutaj, w Jassach, żołnierze chodzili grupami, niechlujnie ubrani, nie oddawali honorów i palili na ulicy. Armia rumuńska przeciwnie, odsunięta w czasie minionej zimy na tyły, wypoczęta i zreorganizowana pod kierunkiem francuskiego Sztabu Generalnego, imponowała znakomitą prezencją i dyscypliną.
Generał Szczerbaczew powiedział, że wezwał mnie, gdyż wie, że koresponduję z generałem Korniłowem i bał się, że w związku z ostatnimi wydarzeniami mogą mi grozić kłopoty. Tutaj, w Rumunii, jak stwierdził, będę bezpieczny.
W dwa dni po moim przybyciu do Jass przyszedł ze sztabu telegram podpisany przez szefa sztabu o mianowaniu mnie 9 września decyzją wodza naczelnego dowódcą 3. korpusu konnego.
Żyłem ostatnio pod wielką presją moralną. Los generała Korniłowa, samobójstwo generała Krymowa, fakt, że na czele armii stanął "przywódca rewolucyjny", "gwarant demokracji" w Rządzie Tymczasowym, adwokat Kierenski, wszystkie wydarzenia ostatnich dni głęboko wstrząsnęły armią. Powstrzymany już proces rozkładu przybrał na sile, zaistniała groźba całkowitego rozpadu frontu, a co za tym idzie, także Rosji. Jednakże decyzja generała Aleksiejewa pozostania szefem sztabu wodza naczelnego zdawała się świadczyć o tym, że jeszcze nie wszystko stracone. Skoro generał Aleksiejew postanowił zostać szefem sztabu "wodza Chlestakowów", to widocznie jest jeszcze nadzieja na jakieś wyjście. W momencie, kiedy w każdej chwili mogłem się spodziewać aresztowania, nominacja na dowódcę korpusu, rozlokowanego w pobliżu stolicy, korpusu, w którego skład wchodziła moja dywizja ussuryjska, wydała mi się zrządzeniem Opatrzności. Nie wiedziałem, jak dalece oparły się rozkładowi oddziały korpusu i czy uda mi się wziąć je w karby, nie wiedziałem też, jaki los spotkał zjednoczone przez hrabiego Pahlena oficerskie organizacje w stolicy. Postanowiłem natychmiast jechać do Piotrogrodu.
Przybyłem do Piotrogrodu rankiem. Wpadłem do domu przebrać się i wyruszyłem do sztabu okręgu. W drzwiach zderzyłem się z generałem Krasnowem, starym znajomym jeszcze z wojny japońskiej, który ostatnio dowodził 2. kombinowaną dywizją kozacką. Był niezwykle zdziwiony, słysząc o mojej nominacji na dowódcę 3. korpusu konnego. Okazało się, że prawie jednocześnie ze mną został skierowany przez sztab na dowódcę tego korpusu i już pełnił swoje obowiązki. W ostatnich czasach, przy ciągłych masowych zmianach w szeregach kadry dowódczej, takie nieporozumienia zdarzały się często. Nie miałem nic przeciw nieoczekiwanej komplikacji i postanowiłem, że nie będę się spieszyć z objęciem korpusu i najpierw zorientuję się w sytuacji.
Na czele okręgu stał dopiero co mianowany na to stanowisko pułkownik Połkownikow, były szef sztabu dywizji ussuryjskiej, który ostatnio dowodził pułkiem amurskim i z pułkiem tym brał udział w marszu generała Krymowa na Piotrogród. Powtórzyłem mu, co usłyszałem od generała Krasnowa i spytałem, czy wie coś na ten temat. Odparł, że także nic nie wie, że to najwyraźniej nieporozumienie i ponieważ moja nominacja jest późniejsza, to, jego zdaniem, powinienem przejąć korpus. Odpowiedziałem, że dopóki się to wszystko nie wyklaruje, nie pojadę do korpusu i będę w Piotrogrodzie czekać na wyjaśnienie sprawy.
Od pułkownika Połkownikowa po raz pierwszy dowiedziałem się szczegółów o ostatnich dniach generała Krymowa. Otóż zerwanie premiera z głównodowodzącym było dla oddziałów korpusu i dla samego generała Krymowa całkowitym zaskoczeniem. Telegram Kierenskiego, ogłaszający generała Korniłowa zdrajcą, został podany do wiadomości dopiero na stacji Dno. Według Połkownikowa, gdyby generał Krymow podjął wówczas stanowczą decyzję kontynuowania marszu na Piotrogród, miasto zostałoby zdobyte. Niestety, generał Krymow w ostatnich czasach nie był w dobrym stanie psychicznym, przeżywał dramat rodzinny i utracił pewność siebie. Zaskoczony telegramem, zaczął się wahać, prosić o wytyczne sztabu i tracił cenny czas. Zapał osłabł, pułki były w rozterce i pod wpływem przestępczej agitacji zaczął się ferment. Najbliżsi współpracownicy generała Krymowa, bezwolny szef tuziemnej dywizji książę Bagration i mało energiczny dowódca dywizji ussuryjskiej Gubin ostatecznie utracili panowanie nad wojskiem. Po dwóch dniach stało się jasne, że na sukces nie ma co liczyć. Do generała Krymowa przybył z polecenia Kierenskiego szef gabinetu ministra wojny Samarin i zaproponował mu rozmowę w Piotrogrodzie. Generał postanowił jechać. Przybył do Kierenskiego, miał z nim niezwykle burzliwą rozmowę, po której udał się na kwaterę porucznika Żurawskiego, swego byłego oficera ordynansowego, który ostatnio służył w kancelarii ministra wojny. Poprosił, by dano mu papier i pióro i zostawiono samego. Po paru minutach padł strzał. Samobójcę znaleziono na podłodze z przestrzeloną piersią. Zostawił list do żony. Na pytanie, co go skłoniło do takiego kroku, odpowiedział: "Postanowiłem umrzeć, gdyż zbyt kocham Ojczyznę". Próbowano go ratować, przeprowadzono operację, ale na próżno; przed wieczorem zmarł.
Zapytałem Połkownikowa, jak to się stało, że on, uczestnik ataku Korniłowa na Piotrogród, mógł zostać mianowany dowódcą Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego. Połkownikow odrzekł, że sam był zdziwiony i dodał:
-?Pan przecież także został mianowany dowódcą 3. korpusu i zapewne również się pan tego nie spodziewał.
Ze sztabu okręgu poszedłem na Bulwar Pałacowy do Nowego Klubu, żeby dowiedzieć się czegoś o hrabim Pahlenie, którego los mnie mocno niepokoił. Dowiedziałem się, że w ostatnich dniach był nieobecny w mieście i wrócił dopiero poprzedniego dnia. Wstąpiłem do niego wieczorem. Okazało się, że w pierwszych dniach po zerwaniu sztabu głównego z rządem hrabia Pahlen i większość pracujących z nim oficerów zmuszeni byli się ukrywać, aby uniknąć aresztowania; najbardziej skompromitowani uciekli z miasta. W ostatnich dniach aresztowania ustały, nadzór osłabł i niektórzy spośród ukrywających się postanowili wrócić. Hrabia Pahlen ukrywał się tuż pod miastem w majątku Wsiewołożskiego Riabowo. Powiedział mi, że marsz Korniłowa na Piotrogród kompletnie zaskoczył jego organizację. Konfliktu między rządem a sztabem nikt się wówczas nie spodziewał, nie poczyniono więc żadnych przygotowań. Już po zerwaniu do Pahlena przybył jakiś nieznany mu pułkownik, który odmówił podania nazwiska i nie okazał żadnych dokumentów. Został jakoby przysłany przez Krymowa i miał za zadanie uprzedzić o wymarszu Krymowa na Piotrogród. Hrabia Pahlen, obawiając się prowokacji, odmówił rozmowy z pułkownikiem. Do dziś zresztą nie wiedział, czy rzeczywiście była to prowokacja, czy nie.
Nazajutrz rano przyjechali do mnie dowódca pułku primorskiego, pułkownik Szepułow, i nerczyńskiego -?Makowkin. Poprzedniego dnia w Carskim Siole, gdzie stacjonowała dywizja, dowiedzieli się o mojej nominacji i przyjeździe do Piotrogrodu, postanowili więc mnie odwiedzić. Słysząc, że moja nominacja jest jeszcze wątpliwa, prosili, bym z niej nie rezygnował i musiałem im to obiecać. Nie ukrywali, że w korpusie panuje wielkie rozprzężenie, że w niektórych pułkach Kozacy aresztowali oficerów. Mimo to, jak twierdzili, można było jeszcze podnieść ducha bojowego i dyscyplinę w oddziałach. Tłumaczyli klęskę generała Krymowa tymi samymi przyczynami co Połkownikow, chociaż rola Połkownikowa ich zdaniem była nieco inna.
Wieczorem zatelefonował do mnie Połkownikow i prosił, bym przyszedł do sztabu okręgu. Dowiedziałem się od niego, że "z uwagi na obecną sytuację i moją postawę polityczną" minister wojny Wierchowski nie uważa za możliwe mianowanie mnie dowódcą korpusu rozlokowanego w pobliżu stolicy, że "wódz naczelny" przyznał mu rację i że zostanie mi zaproponowane inne stanowisko. Odparłem, że żadnej innej nominacji nie przyjmę i będę zabiegać o przejście w stan spoczynku. Połkownikow zauważył, że obecnie nie zwalnia się wyższych dowódców do rezerwy i że jest rozkaz ministra wojny zabraniający starań w tym kierunku. Pojechałem do Samarina, który również twierdził, że nie uda mi się uzyskać dymisji. Pozostawał sztab. Nowego szefa sztabu wodza naczelnego, generała Duchonina, zupełnie nie znałem. Generał kwatermistrz i generał dyżurny byli także ludźmi nowymi i zupełnie mi obcymi, ale zastępcą szefa sztabu do spraw cywilnych był W. Wyrubow, mój kolega z lat studenckich i z czasów mojej służby ochotniczej, w gwardii konnej, a jego -?w pułku kawalergardów. Wysłałem do niego telegram z prośbą o pomoc w uzyskaniu dymisji.
Rano dano mi znać, że przybyły do Piotrogrodu dowódca Frontu Północnego generał Czeremisow chce mnie widzieć i prosi, abym przyjechał o dwunastej w południe do Pałacu Zimowego, gdzie ma być w tym czasie u Kierenskiego. Od Kamieńca widziałem generała Czeremisowa po raz pierwszy. Zaproponował mi przejście pod jego komendę i wyjazd z nim do Pskowa. Podziękowałem za propozycję i powiedziałem, że stanowczo chcę odejść ze służby.
Tego samego dnia otrzymałem telegram generała Duchonina wzywający mnie do sztabu.
Po przyjeździe do Mohylewa stawiłem się u generała Duchonina. Widziałem go po raz pierwszy. Średniego wzrostu, pulchny, rumiany, o gęstych kędzierzawych włosach, bardzo młodo wyglądający, robił wrażenie człowieka łagodnego i skromnego. Zaczął mnie namawiać, bym zmienił decyzję, przekonywać, że w obecnych warunkach obowiązkiem wyższych dowódców jest pozostać w armii, że tylko ich obecność umożliwi opanowanie rozkładu. Twardo stałem przy swoim. Tego samego dnia złożyłem raport na ręce generała Duchonina. Pisałem, że mianowano mnie dowódcą 3. korpusu, ale nie dopuszczono do objęcia tej funkcji. Z uwagi na swoją dotychczasową służbę przyczynę tej decyzji upatruję jedynie w moich przekonaniach politycznych "nie wszystkim odpowiadających", że "przekonań swoich nigdy nie zmieniałem i nie będę ich zmieniać dla dogodzenia komukolwiek" i prosiłem o udzielenie mi dymisji.
Po kilku dniach generał Duchonin przekazał mi przez Wyrubowa wiadomość, że "wódz naczelny" nie uznał za możliwe zwolnienia w stan spoczynku jednego z wyższych dowódców kawalerii. Po kilku zaś następnych dniach zaproponowano mi funkcję dowódcy Mińskiego Okręgu Wojskowego, na co, oczywiście, odpowiedziałem odmownie.
Znalazłem się w dość dziwnej sytuacji: nie miałem nic do roboty, a jednocześnie nie mogłem sobą rozporządzać. Postanowiłem czekać i nie przyjmować żadnych nominacji. Z każdym dniem widziałem wyraźniej, że postępującego rozkładu armii nie da się już powstrzymać.
Zamieszkałem w wagonie Wyrubowa. Sam Wyrubow mieszkał na piętrze w pałacu. Ogarnęło mnie przykre uczucie, kiedy po raz pierwszy wszedłem do jego gabinetu. Tutaj rok temu widziałem cesarza. Pokój prawie się od tego czasu nie zmienił. Wagon, w którym mieszkałem, należał kiedyś do wielkiego księcia Siergieja Michajłowicza i był urządzony bardzo komfortowo. Złożyłem zapotrzebowanie na dwa konie i codziennie udawałem się na długie przejażdżki. Obiady i kolacje jadałem zazwyczaj wraz z Wyrubowem u naszego wspólnego przyjaciela hrabiego K. Benkendorfa, brata mojego poległego kolegi pułkowego i przyjaciela, bratanka marszałka dworu. Hrabia Benkendorf pełnił służbę przy attaché wojskowych obcych przedstawicielstw. Spędzaliśmy długie jesienne wieczory na niekończących się dyskusjach na aktualne tematy. W dyskusjach tych nieodmiennie napadaliśmy na Wyrubowa za ugodowość i "politykę kompromisu". W tym czasie uznałbym za całkowicie absurdalną myśl, że dwa lata później Benkendorf znajdzie się w Gruzji jako dyplomata, przedstawiciel władz sowieckich.
Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że koniecznie należy zreorganizować armię na nowych zasadach, że bez tego nie da się jej uzdrowić. Jak twierdził Wyrubow, nad problemem tym pracuje sztab naczelnego wodza. Podstawą organizacji miała być rzekomo zasada terytorialności, przy czym szczególnie obstawał generał kwatermistrz Diterichs. Zacząłem dowodzić, że system terytorialny niczego nie załatwi, że w obecnej sytuacji zasada terytorialności może doprowadzić jedynie do rozczłonkowania armii, a wraz z nią kraju, i że w momencie, kiedy trwa wojna, organizacji takiej praktycznie wprowadzić się nie da. Moim zdaniem dla uzdrowienia armii, jeśli jeszcze nie jest za późno, konieczne jest, aby przede wszystkim rząd ustąpił od tak zwanej demokratyzacji armii i rewolucyjnej dyscypliny, aby wprowadzono w życie tak zwany program Korniłowa. Pod tym warunkiem widziałem możliwość rozpoczęcia prac nad uzdrowieniem armii. Korzystając z zimowego zastoju i tego, że Niemcy skierowali znaczną część sił na Front Zachodni, można było, przesuwając stopniowo część korpusów na tyły, wyodrębnić w oddziałach najsłabszy element, a pozostałymi uzupełnić wydzielone w dywizjach bataliony szturmowe, które mogłyby zostać rozwinięte w pułki i brygady. Wedle tych obliczeń liczba dywizji piechoty byłaby niższa, o ile pamiętam, dwukrotnie, ale za to byłyby one zdatne do walki.
Wydzielone z pułków niepożądane elementy można by było sformować w bataliony robocze o zaostrzonym rygorze. Mogłyby one zostać użyte w służbach tyłowych i powrót z nich do szeregów powinien być dopuszczalny jedynie po określonym czasie służby i otrzymaniu odpowiedniej opinii przełożonych. Służba liniowa powinna według mnie posiadać więcej przywilejów służbowych i materialnych w porównaniu z tyłową. Oczywiście, wszystkie te środki mogły przynieść pomyślne rezultaty jedynie pod warunkiem zmiany ogólnego porządku w armii.
Wyrubow, który jak zawsze się zapalał, zaczął mnie prosić, żebym się podjął szczegółowego opracowania tej sprawy. Nie przywiązując do tego żadnej wagi, wykręcałem się żartami. Jednak po kilku dniach Wyrubow znów wrócił do tematu i poinformował mnie, że powiedział o moich projektach Duchoninowi i Diterichsowi i że obaj nadzwyczaj się nimi zainteresowali. Diterichs prosił, żebym do niego wstąpił. Kilka dni później powtórzył zaproszenie i osobiście mnie poprosił, żebym wyłożył na piśmie ów projekt. Wziąłem do pomocy podpułkownika Sztabu Generalnego Jakowlewa i po około dziesięciu dniach przedstawiłem propozycje.
Wydział cywilny (obecnie nawet sprawami armii zajmowali się cywile) zażądał wielu poprawek, ale nie odrzucił podstawowych założeń. Projekt wysłano do Piotrogrodu. Oczywiście, absolutnie nie wierzyłem, że wszystkie przewidziane w projekcie środki zostaną wprowadzone w życie; występując z nim, miałem na uwadze co innego -?możliwość nawiązania kontaktu z licznymi oddziałami, a zwłaszcza z batalionami szturmowymi, złożonymi z ochotników, głównie oficerów. Jeden taki batalion pod dowództwem podpułkownika Sztabu Generalnego Manakina znajdował się w kwaterze głównej. Był to wzorowy oddział. W wypadku nieuniknionego rozpadu armii może udałoby się ocalić przynajmniej niewielki, dobrze zorganizowany, silny jej rdzeń. Szesnastego października Kierenski zatwierdził przedstawioną przez Wyrubowa notatkę służbową, której podstawę stanowił mój projekt. Oficerowie dyżurni otrzymali polecenie opracowania szczegółów personalnych.
Szef sztabu naczelnego wodza i jego zastępca do spraw cywilnych mieli wyjechać do Piotrogrodu na otwarcie Przedparlamentu17. Skorzystałem z tej okazji, by pojechać do stolicy. Jechałem z Wyrubowem w jego wagonie. Na obiad przyszedł generał Duchonin, który siedział u nas do dziesiątej, wyraźnie zadowolony, że może odpocząć od codziennych spraw, i opowiadał wiele o swojej dawnej służbie. Ze szczególną przyjemnością wspominał czasy, kiedy dowodził 105. pułkiem łuckim. Pułk pod jego komendą stoczył wiele sławnych bojów. Świadczyły o tym Krzyże św. Jerzego zdobiące pierś i szyję generała.
Pierwsze posiedzenie Przedparlamentu jeszcze raz podkreśliło bezsiłę władzy i brak jedności na górze.
Dwudziestego piątego października rozległy się w Piotrogrodzie pierwsze wystrzały z krążownika "Aurora". Kierenski uciekł, pozostali członkowie Rządu Tymczasowego zasiedli w Pałacu Zimowym pod osłoną żeńskich batalionów i dzieci junkrów. W stolicy powtórzyły się dni lutowe. Na ulicach trwała strzelanina, przemykały ciężarówki z uzbrojonymi żołnierzami.
Kwatera główna w tych dniach wrzała. Bezustannie obradował komitet armijny. Generałowie Duchonin, Diterichs i Wyrubow nie odchodzili od aparatów Hughesa. Nadeszła wiadomość o marszu generała Krasnowa z 3. korpusem na Piotrogród, za nim miały ruszyć następne oddziały. Ale już w dwa dni później zaczęto mówić o "zdradzie generała Czeremisowa". W sztabie dowódcy Frontu Północnego już się toczyła haniebna rozgrywka. Generał Czeremisow dość przejrzyście dawał do zrozumienia, że w najbliższych dniach zamierza zostać wodzem naczelnym. Eszelony, wezwane do Piotrogrodu przez rząd, Czeremisow zatrzymał w drodze; Kozacy ussuryjscy zaczęli się bratać z bolszewikami. Jeszcze raz w sferach wyższych wojskowych zapanowały bezład, niezdecydowanie, zdrada i tchórzostwo.
W tym czasie nagle, przejazdem przez Mohylew, przybył generał Odincow. Nie widziałem go od czasu jego niegodnego zachowania w czasie wystąpienia Korniłowa. Wstąpił do mnie bardzo zmieszany. Dowiedziałem się, że skierowano go do Piotrogrodu, do dyspozycji szefa Sztabu Generalnego. W tym czasie daleki byłem od myśli, że po dwóch tygodniach wróci do kwatery głównej i w imieniu wodza naczelnego chorążego Krylenki poleci generałowi Duchoninowi opuścić posterunek.
Pierwszego listopada Kierenski uciekł, zdradziwszy swych kolegów z rządu, armię i Rosję. Piątego listopada, dekretem Sownarkomu wodzem naczelnym został mianowany chorąży Krylenko. W kwaterze głównej czyniono jeszcze próby sformowania "demokratycznego rządu", którego premierem miał zostać W. Czernow. Byłem u Wyrubowa, kiedy zameldowano o jego przybyciu. Chcąc uniknąć spotkania z tym panem, co prędzej wyszedłem z gabinetu. Jednocześnie z Czernowem przybył także były minister wojny, generał Wierchowski. Miałem okazję go widzieć i zrobił na mnie wrażenie zarozumiałego zera. W dniu, w którym dowiedziałem się o mianowaniu wodzem naczelnym chorążego Krylenki, postanowiłem opuścić armię. Generał Duchonin już mnie nie zatrzymywał. Wziąłem niezbędne papiery i wstąpiłem do Wyrubowa, by się pożegnać. Był bardzo zdenerwowany, właśnie wrócił od Duchonina, który otrzymał wiadomość, że Krylenko wydał wojskom rozkaz "rozpoczęcia rokowań z nieprzyjacielem". Krylenko telegrafował do Duchonina żądając, by ten przekazał swą funkcję szefowi garnizonu, generałowi Boncz-Brujewiczowi. Niezdarny, tępy i wyjątkowo pozbawiony zasad Boncz-Brujewicz zdążył się wkraść w łaski mohylewskiej rady delegatów. Generał Duchonin zaproponował Diterichsowi i Wyrubowowi, że zwolni ich z przysięgi, że go nie opuszczą. Wyrubow odmówił, zdecydowany do końca dzielić los głównodowodzącego, Diterichs zaś postanowił wprawdzie zostać, ale jako "osoba prywatna", zaopatrzony w rozkaz podpisany przez Duchonina o odkomenderowaniu do Armii Kaukaskiej. Wyrubow powiedział, że generał Duchonin zamierza przenieść kwaterę główną do Kijowa.
Z ciężkim sercem opuszczałem armię. Osiem miesięcy temu Rosja obaliła swego Monarchę. Wedle słów osób będących u władzy, przewrót państwowy miał na celu uwolnienie kraju od rządu, który zmierzał do zawarcia haniebnego separatystycznego pokoju. Nowy rząd napisał na swym sztandarze: "Wojna do zwycięskiego końca". Po upływie ośmiu miesięcy rząd ów haniebnie zdał Rosję na łaskę i niełaskę zwycięzcy. Winnym tej hańby był nie tylko bezwolny i nieudolny rząd. Odpowiedzialność dzielili z nim także wyżsi dowódcy i cały naród rosyjski. Wielkie słowo "wolność" naród ten zastąpił słowem "przemoc" i zdobytą wolność zamienił w szaleństwo, grabież i mord.
Po niespokojnym, nerwowym życiu w kwaterze głównej zdumiony byłem, zastając na Krymie zupełnie inną, pokojową i, że tak powiem, głęboko prowincjonalną atmosferę.
Już w pierwszych dniach zamętu schroniło się tutaj mnóstwo rodzin z Moskwy, Piotrogrodu i Kijowa. Ludzie ci, przeważnie bogaci i niezależni, niezwiązani ze służbą albo tacy, którzy ją porzucili, najczęściej obojętni politycznie, stworzyli na Krymie szczególną atmosferę daleką od walki politycznej i niepokojów większości wielkich ośrodków Rosji. W okolicach Jałty zamieszkała po przewrocie także spora część rodziny cesarskiej: sędziwa cesarzowa -?matka Maria Fiodorowna z córkami, wielkimi księżnymi Ksenią Aleksandrowną i Olgą Aleksandrowną, wielcy książęta Mikołaj Mikołajewicz, Piotr Mikołajewicz i Aleksander Michajłowicz z rodzinami. W samej Jałcie, w Ałupce, Simenzie i Gurzufie mieszkało sporo osób z petersburskiego towarzystwa -?naszych starych znajomych. Wszyscy często się widywali. Wielu starało się przenieść na tutejszy grunt zwykły tryb życia petersburskiego.
O groźnej rzeczywistości przypominały tylko wiadomości, dość nieregularnie przychodzące z pocztą. W kilka dni po przyjeździe dowiedziałem się z gazet o tragicznej śmierci generała Duchonina i ucieczce więźniów bychowskich18. Z rzadka docierały wiadomości o tym, że demokratyczna Rada Ukraińska przechyla się coraz bardziej w lewo i że nad Donem szykuje się "kontrrewolucja"19. Znając Kozaków, niezbyt wierzyłem w trwałość tej ostatniej. Uważałem, że wcześniej czy później kozactwo da się wciągnąć w wir rewolucji i opamięta się, gdy tylko poczuje na własnej skórze rozkosze komunistycznego reżymu.
Beztroskie życie na Krymie nie trwało długo. Wkrótce z północy nadeszły pierwsze wieści o wystąpieniach w miastach i wsiach rozmaitej zbieraniny, która zamierzała się zjednoczyć pod czerwonym sztandarem. Tu i ówdzie zdarzały się już napaści na majątki ziemskie.
Będąc któregoś dnia w sprawach majątkowych w Melitopolu, po raz pierwszy zobaczyłem na tamtejszym dworcu czerwone wojska; to wracali po krwawej lekcji marynarze Floty Czarnomorskiej, rozbici przez generała Kaledina pod Rostowem. Ludzie ci, o bezczelnych zwierzęcych twarzach, obwieszeni taśmami nabojów, z granatami za pasem, bezładnymi grupkami zdążali do Sewastopola, wdzierając się do wagonów pasażerskich, wyrzucając kobiety i dzieci, bijąc kolejarzy.
Idąc za przykładem Donu i Ukrainy, w pobliżu nadciągającej czerwonej fali, postanowili się także zorganizować, w postaci Kurułtaju, krymscy Tatarzy20. Świeżo sformowany rząd tatarski miał charakter koalicyjny, chociaż przeważała w nim "polityka demokratyczna", której zapalonym rzecznikiem był premier i minister wojny Seydahmet, podobnie jak pan Kierenski, również adwokat. Seydahmeta popierały, oprócz elementów demokratycznych, także grupy turkofilskie. Rząd miał do dyspozycji garstkę sił zbrojnych: krymski pułk dragonów, zajmujący garnizony Symferopola, Bachczysaraju i Jałty, uzupełniony przez Tatarów krymskich, kilka batalionów oficerskich i chyba dwie baterie polowe. W garnizonie sewastopolskim i sewastopolskiej artylerii dawno już doszły do głosu nastroje bolszewickie. W Symferopolu, miejscu pobytu Kurułtaju, sformowano spiesznie sztab armii, którego szefem został pułkownik Sztabu Generalnego Makucha. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu, otrzymałem z Jałty podpisany przezeń telegram z wiadomością, że rząd krymski proponuje mi stanowisko dowódcy armii. Proszono, bym przybył na rozmowy do Symferopola. Tego samego dnia ogłoszono na Krymie powszechną mobilizację, dzięki której, wedle wyliczeń sztabu, miano w krótkim czasie sformować cały korpus i rozwinąć kawalerię w brygadę. Postanowiłem pojechać do Symferopola i wyjaśnić sprawę na miejscu, zanim udzielę jakiejkolwiek odpowiedzi na przedstawioną mi propozycję.
W Symferopolu, stolicy Krymu, panowało niezwykłe wprost ożywienie: odbywała się rejestracja oficerów, trwały jakieś narady, bezustannie obradowały jakieś komisje. Szef sztabu, pułkownik Makucha, zrobił na mnie wrażenie człowieka skromnego i rzeczowego. Całkowicie pochłonięty zagadnieniami techniki, nie interesował się polityką. Polityka zaś była tu okraszona typową kierenszczyzną -?cywilny krymski dowódca, podobnie jak jego kolega w Piotrogrodzie, chciał się oprzeć na armii, którą widział zdemokratyzowaną, z odpowiednimi komitetami i komisarzami. Już po pierwszych słowach zamienionych z Seydahmetem przekonałem się, że nie jest nam po drodze, co zresztą szczerze mu powiedziałem, oświadczając, że w tych warunkach nie mogę przyjąć proponowanego mi stanowiska. Seydahmet zrozumiał najwyraźniej, że nie ma sensu mnie namawiać i prosił tylko, bym był obecny na naradzie, która miała się odbyć wieczorem w sztabie. Na naradzie tej miał być rozpatrywany plan zajęcia twierdzy sewastopolskiej, przedłożony przez pułkownika Sztabu Generalnego Dostowałowa. Proszono mnie, bym wyraził opinię na ten temat. Gdybym się jeszcze wahał, czy objąć komendę nad wojskami rządu krymskiego, to po tej naradzie moje wątpliwości musiałyby zniknąć. Mimo iż przedłożony i opracowany przez pułkownika Dostowałowa plan został przez wszystkich obecnych na naradzie wojskowych, w tym przeze mnie i szefa sztabu pułkownika Makuchę, uznany za nierealny, "minister wojny" po wysłuchaniu obecnych oświadczył, że zgadza się z pułkownikiem Dostowałowem i zaproponował szefowi sztabu, by ten wydał rozkaz przystąpienia do realizacji planu. Rankiem wyjechałem do Jałty.
Rano 8 stycznia po mieście rozeszły się pogłoski, że w nocy miała miejsce potyczka między dwoma szwadronami dragonów krymskich, stacjonujących w pałacu w Liwadii, a miejscową Czerwoną Gwardią, i że dragoni uciekli w góry i władzę w mieście przejęły sowiety. Około południa ukazała się wydana przez sowiety proklamacja stwierdzająca, że od dziś jedyną władzą w mieście jest miejscowa rada i nakazująca, by obywatele bez zwłoki oddali wszelką broń. Pod wieczór do miasta zawinął statek i marynarze pod wodzą członków miejscowej rady przystąpili do powszechnej rewizji.
Rewizja nie ominęła i nas. Około dziewiątej wieczorem w naszej willi przy ulicy Niżnie-Massandrowskiej zjawiło się sześciu marynarzy, obwieszonych taśmami nabojów i granatami; pokazali jakiś nakaz i zażądali wpuszczenia do mieszkania w celu przeprowadzenia rewizji. Kazałem ich wpuścić i dać całkowitą swobodę, pilnując jedynie, by przedstawiciele "rewolucyjnego ludu" przy okazji rewizji czegoś nie zwędzili. Broń, jaką mieliśmy, jeszcze rano została dobrze ukryta w piwnicy i na strychu. Ja sam w czasie rewizji, żeby uniknąć rozmowy z tymi aferzystami, usiadłem przy stoliku karcianym i zacząłem grać w pikietę z synkiem, zupełnie nie zwracając uwagi na szperających po szufladach i komodach marynarzy. Ci starali się na wszelkie sposoby wyprowadzić mnie z równowagi, wygłaszając ordynarne uwagi, umyślnie hałasując i przesuwając meble. Przekonawszy się jednak, że nie odnosi to skutku, zostawili nas w spokoju. Później nieraz w czasie rewizji uciekałem się do tego wypróbowanego sposobu.
Dziesiątego stycznia około dziesiątej obudziła mnie strzelanina. Dowiedziałem się od służącej, że w nocy zeszli z gór krymscy dragoni i zajęli zachodnią część miasta oraz, że o świcie przypłynęły z Sewastopola dwa torpedowce i ostrzeliwują miasto. Ubrałem się i wyszedłem na balkon razem z goszczącym u nas bratem żony. W mieście słychać było gwałtowną strzelaninę, często rozrywały się szrapnele, ostrzeliwano głównie centrum. Niektóre budynki mocno ucierpiały od pocisków. Dwa trafiły w dom sąsiadujący z naszą willą, a kilka upadło w naszym ogrodzie.
Około południa zameldowano mi, że oddział marynarzy jest w ogrodzie i wystawił warty przy wejściu na naszą parcelę. Wyszedłem do ogrodu i zobaczyłem piętnastu mężczyzn, marynarzy i uzbrojonych cywilów, stłoczonych pod balkonem.
-?Kto tu dowodzi? -?spytałem.
Wysunął się naprzód jakiś marynarz.
-?A więc oświadczam wam, że jestem generałem, a ten pan -?tu wskazałem na szwagra -?to również oficer, rotmistrz. Nie ukrywamy się.
Marynarze wiedzieli już o naszej obecności.
-?To dobrze -?powiedział przywódca -?my nikogo nie ruszamy oprócz tych, którzy z nami walczą.
-?My walczymy tylko z Tatarami -?powiedział inny. -?Jeszcze mateńka Katarzyna przyłączyła Krym do Rosji, a oni się teraz wyłamują...
Często później wspominałem te słowa, jakże znamienne w ustach "świadomego" zwolennika czerwonej międzynarodówki.
Pod wieczór dragoni krymscy opuścili miasto, a wraz z nimi uciekło bardzo wielu mieszkańców z zajętych przez dragonów dzielnic.
Jedenastego stycznia przed dziewiątą rano obudził mnie jakiś hałas. Uniosłem się na łóżku i usłyszałem donośne głosy, tupot nóg i trzaskanie drzwiami. Do pokoju wpadło sześciu marynarzy z karabinami w rękach, obwieszonych taśmami nabojów. Dwaj podbiegli do łóżka, wycelowali we mnie karabiny i wrzasnęli:
-?Nie ruszać się, jesteście aresztowani!
Mały pryszczaty marynarz z rewolwerem, widocznie starszy rangą, kazał dwóm ludziom stanąć przy drzwiach i nikogo nie wpuszczać.
-?Ubierajcie się -?powiedział do mnie.
-?Zabierzcie swoich ludzi -?odparłem. -?Widzicie przecież, że nie jestem uzbrojony i nie zamierzam uciekać. Zaraz się ubiorę i będę gotów pójść z wami.
-?Dobrze -?rzekł marynarz -?tylko prędko, nie mamy czasu.
Marynarze wyszli. Ubrałem się szybko, wyszedłem na korytarz i otoczony przez marynarzy ruszyłem do wyjścia. W drzwiach zobaczyłem nasze służące, zbite w gromadkę i zapłakane. W ogrodzie przy podjeździe czekało jeszcze z dziesięciu marynarzy, a z nimi pomocnik ogrodnika, którego niedawno przegnałem. Pijak i ordynus na jakąś uwagę mojej żony grubiańsko się odszczeknął. Właśnie wychodziłem do ogrodu i słysząc, jak ten grubianin ubliża mojej żonie, trzepnąłem go laską. Nazajutrz został zwolniony, a teraz przyprowadził marynarzy.
-?Właśnie, towarzysze, to jest ten generał, zwąchał się z Tatarami, ja zaświadczę, że to kontrrewolucjonista, wróg ludu! -?krzyknął łajdak na mój widok.
Z tarasu, w otoczeniu dwóch marynarzy, schodził, również zatrzymany, brat mojej żony. Przeszliśmy przez ogród na ulicę, gdzie czekały przysłane po nas dwa auta; dokoła stał tłum ludzi. Posypały się obelgi i gwizdy, niektórzy wyrażali współczucie. Jakiś Grek podszedł do marynarzy i usiłował się za nami wstawiać:
-?Towarzysze, ja ich znam -?powiedział. -?Oni są niewinni, nie brali udziału w bitwie.
-?Dobra, potem się to wyjaśni -?odsunął go jeden z marynarzy.
Wsiadaliśmy już do auta, kiedy, roztrącając tłum, przybiegła moja żona. Uchwyciła się drzwiczek i próbowała wsiąść, ale marynarze jej nie wpuszczali. Ja także usiłowałem ją namówić, by została, ale nie chciała słuchać, płakała i domagała się, by pozwolono jej jechać ze mną.
-?Dobra, towarzysze, niech jedzie -?powiedział wreszcie jeden z marynarzy.
Auta pomknęły w kierunku mola. Widać tam było olbrzymi tłum, dobiegały krzyki. Dwa stojące przy molo torpedowce z rzadka ostrzeliwały miasto. Auta zatrzymały się przy zacumowanym torpedowcu.
-?O, są ci krwiopijcy! Co tam z nimi gadać, do wody z nimi! -?zaczęto krzyczeć z tłumu.
Spostrzegłem leżące na molo dwa trupy w kałuży krwi... Starając się nie patrzeć na otaczające nas zwierzęce twarze, szybko przeszedłem po trapie na torpedowiec wraz z żoną i szwagrem. Zaprowadzono nas do jakiejś kajuty. Jeden z marynarzy został przy drzwiach, reszta wróciła na górę na pokład. Prawie natychmiast do kajuty wszedł jakiś mężczyzna w oficerskim mundurze marynarskim, ale bez naramienników. Zdumiała mnie jego przygnębiona i zakłopotana mina. Żona rzuciła się do niego i zaczęła pytać, co z nami będzie; próbował ją uspokoić, przedstawił się jako kapitan torpedowca i obiecał, że zrobi wszystko, by jak najszybciej rozpatrzyć naszą sprawę.
-?Nie ma się czego obawiać, jeśli jest pan niewinny. Zaraz rozpatrzą pańską sprawę i pewnie wypuszczą -?powiedział, ale było jasne, że sam nie wierzy w to, co mówi...
Za drzwiami dał się słyszeć zgiełk i tupot i do kajuty wdarł się tłum marynarzy. Żądali wydania nas i natychmiastowej rozprawy. Z wielkim trudem kapitanowi i dwóm czy trzem marynarzom, którzy przyszli mu z pomocą, udało się ich namówić, by wyszli i pozostawili nas sądowi.
Po pół godzinie przyprowadzono jeszcze jednego aresztowanego -?jakiegoś pułkownika wojsk inżynieryjnych. Mówił, że ujęto go również z powodu donosu służącego, z którym miał rozrachunki pieniężne. Najbardziej się niepokoił o pozostawione w domu pieniądze i ważne dokumenty, które mogły przepaść.
Ogarnęło mnie przygniatające, niewytłumaczalne poczucie grozy. Przywykłem patrzeć śmierci w oczy i nie bałem się niebezpieczeństwa, ale myśl, że mogę być rozstrzelany przez własnych rosyjskich żołnierzy, rozstrzelany jak grabieżca czy szpieg, była niezwykle ciężka. Najbardziej przerażało mnie to, że samosąd dokona się na oczach mojej żony i postanowiłem zrobić wszystko, by ją oddalić. Tymczasem żona uprosiła kapitana, by ją zaprowadził do komitetu okrętowego i tam próbowała rozmawiać i wzbudzić współczucie. Wreszcie wróciła, oczywiście niczego nie osiągnąwszy. Zacząłem ją namawiać, by poszła do domu:
-?Tutaj w niczym mi nie pomożesz -?mówiłem -?a tam mogłabyś znaleźć świadków i przyprowadzić ich, żeby potwierdzili, że nie brałem udziału w walce.
Po długich wahaniach zgodziła się. Byłem pewien, że już więcej jej nie zobaczę. Zdjąłem z ręki zegarek z bransoletą, który mi podarowała w czasach narzeczeńskich i który zawsze nosiłem.
-?Weź to ze sobą, schowaj -?powiedziałem. -?Wiesz, jak go sobie cenię, a tu mogą mi go odebrać.
Wzięła zegarek i z płaczem wyszła na pokład. Nie minęło jednak pięć minut, kiedy wróciła. Twarz miała zmienioną.
-?Zrozumiałam, to koniec -?rzekła. -?Zostanę z tobą.
Dopiero co na jej oczach tłum rozszarpał oficera.
W każdej chwili spodziewając się końca, przesiedzieliśmy w kajucie do zmierzchu. Około piątej weszło kilku marynarzy i młody człowiek w czapce i frenczu, dokładnie ogolony, zachowujący się z wielką pewnością siebie. Zwrócił się do siedzącego z nami pułkownika i oznajmił mu, że jest wolny.
-?A wy -?powiedział do mnie i szwagra -?decyzją komitetu okrętowego staniecie przed sądem trybunału rewolucyjnego. Wieczorem przeniosą was do aresztu.
Pułkownik wyszedł, ale po mniej więcej dziesięciu minutach znów go ujrzeliśmy. Sprzeczał się zażarcie z towarzyszącym mu marynarzem:
-?Żądam, żeby mi zwrócono zegarek i portfel, są w nim ważne dla mnie dokumenty -?gorączkował się.
Marynarz był zmieszany.
-?Ja nic nie wiem -?mówił -?zaczekajcie tu, zaraz poproszę komisarza. Wyszedł.
-?Mojego uwolnienia zażądali moi pracownicy -?robotnicy portowi. Za panem też przyszła się wstawić gromada ludu -?powiedział szybko pułkownik. -?Nie martwcie się państwo, da Bóg, że i wam uda się stąd wydostać...
Zjawił się komisarz i pułkownik wyszedł razem z nim.
Wkrótce przyszli i po nas. Pod konwojem czerwonogwardzistów poprowadzono nas na komorę celną, gdzie przetrzymywano mnóstwo aresztowanych. Było ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Tłum się rozproszył i bez przeszkód przeszliśmy do naszego nowego więzienia. W ogromnej sali z wybitymi oknami i brudną zaplutą podłogą, pozbawionej mebli, mieściło się około pięćdziesięciu aresztowanych. Byli tu i generałowie, i młodzi oficerowie, i studenci, i gimnazjaliści, i kilku Tatarów, i jacyś oberwańcy. Mimo zimna i brudu tutaj, z ludźmi było jednak lżej. Wprawdzie wszyscy leżeli, ale chyba nikt nie spał. Słychać było ciche rozmowy, ciężkie westchnienia. Na schodach stało mnóstwo marynarzy i czerwonogwardzistów i dobiegało stamtąd rynsztokowe słownictwo. Wkrótce zaczęto wzywać na przesłuchania. Trwały one całą noc, chociaż wzywano nie wszystkich. Wkrótce wezwano i mnie. Przesłuchiwał jakiś student w binoklach, niski i rozczochrany. Najpierw zadawał rutynowe pytania o nazwisko, wiek, stan cywilny. Potem zapytał, czy uważam się za winnego.
-?Co mi się zarzuca? -?odpowiedziałem również pytaniem.
Zmieszał się.
-?Za co został pan aresztowany?
-?To ja powinienem zapytać pana, ale myślę, że i pan tego nie wie. Prawdziwej przyczyny mogę się tylko domyślać. -?I opowiedziałem mu, jak zbiłem za chamstwo ogrodnika, który z zemsty na mnie doniósł. -?Nie wiem, czy ma pan żonę -?dodałem -?myślę jednak, że jeśli tak, to pan także nie pozwoliłby jej obrażać.
Nie odpowiedział i zapisawszy moje zeznanie, kazał mnie odprowadzić do pomieszczenia dla aresztowanych. Rano zaczęto przyprowadzać nowych więźniów. Pod wieczór było nas już około siedemdziesięciu. Przyprowadzono między innymi starego generała w stanie spoczynku Jarcewa, dawnego mieszkańca Jałty. Miał z górą siedemdziesiąt lat i był ciężko chory. Pod wieczór przywieziono naszego dobrego znajomego, młodego księcia Mieszczerskiego, oficera konnego pułku grenadierów, którego zatrzymano przy próbie ucieczki w góry.
Około ósmej na salę wszedł wysoki marynarz, przystojny blondyn o inteligentnej twarzy; towarzyszyło mu kilka osób, między innymi student, który mnie przesłuchiwał, i komisarz, którego widziałem na torpedowcu.
-?To jest przewodniczący trybunału, towarzysz Wakuła -?powiedział jeden z naszych strażników. -?Zaraz będzie was przesłuchiwać.
"Trybunał rewolucyjny" przechodził od jednego aresztowanego do drugiego. Widzieliśmy, jak wyprowadzono dokądś starego generała Jarcewa, księcia Mieszczerskiego, jakiegoś studenta, jeszcze kogoś... Towarzysz Wakuła podszedł do nas. Słyszałem, jak student, który mnie przesłuchiwał poprzedniego dnia, pochylił się do ucha przewodniczącego "trybunału rewolucyjnego" i powiedział:
-?To ten, o którym wam mówiłem.
-?Za co jesteście aresztowani? -?zapytał mnie przewodniczący.
-?Chyba za to, że jestem rosyjskim generałem, żadne inne przewinienie na mnie nie ciąży.
-?Dlaczego nie jesteście w mundurze, dawniej chyba byliście dumni ze swej rangi? A pani za co jest aresztowana? -?zwrócił się do mojej żony.
-?Nie jestem aresztowana, przyszłam tu z własnej woli, z mężem.
-?Ach tak. A po cóż pani tu przyszła?
-?Przeżyłam z mężem szczęśliwe życie i chcę do końca dzielić jego los.
Wakuła wyraźnie smakując teatralny efekt, powiódł wzrokiem po stojących wokół aresztowanych.
-?Nie każdy ma taką żonę; wy swojej żonie zawdzięczacie życie. Możecie iść -?teatralnym gestem wskazał wyjście.
Ale tego wieczoru nas nie wypuszczono. Okazało się, że musimy przejść przez jakąś rejestrację i że uwolnią nas z aresztu dopiero rano. Wakuła obszedł aresztowanych i wyszedł. Dziesięć minut później za oknami na molo rozległy się strzały -?trzy bezładne salwy, potem kilka pojedynczych strzałów. Rzuciliśmy się do okna, ale po ciemku nic nie było widać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wszystkie daty dzienne podane są według starego stylu, różniącego się o 13 dni od nowego. [wróć]
2. Radunţi [wróć]
3. Od 1896 roku Ungern kształcił się w korpusie morskim w Sankt-Petersburgu, który na rok przed ukończeniem opuścił, uciekając na wojnę z Japonią. Udziału w walkach wówczas nie brał, zbyt późno docierając na Daleki Wschód. Jego ekstrawagancki (jak na owe czasy) postępek spowodował, iż Ungern zamiast szkoły morskiej kończy w 1908 roku pawłowską szkołę piechoty, w rezultacie czego rozpoczyna służbę w kawalerii (jako chorąży) w 1. arguńskim pułku zabajkalskiego wojska kozackiego. [wróć]
4. "Smuta" -?smutnoje wriemia, nazwa przyjęta w Rosji w dniach zamętu i wojny domowej w latach 1605-1613 (przyp. wyd.). [wróć]
5. Wiorsta, dawna rosyjska miara długości równa 1,0668 km. [wróć]
6. Trzecim uczestnikiem zabójstwa Rasputina był znany polityk monarchistyczny Władimir Puriszkiewicz (1870-1920), który pozostawił relację z tego wydarzenia. [wróć]
7. Kawalergardzi -?początkowo eskorta i straż honorowa carów podczas uroczystości, a w okresie 1800-1918 jeden z pułków ciężkiej kawalerii gwardii. [wróć]
8. 3(16) marca 1917 roku w. ks. Michaił Aleksandrowicz, brat cara, wydał manifest, w którym rezygnował z tronu przekazanego mu aktem abdykacyjnym Mikołaja II. Równocześnie pozostawiał formę ustroju Rosji do uznania woli narodu, którą miało wyrazić Zgromadzenie Ustawodawcze. [wróć]
9. Rozkaz nr 1 piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uchwalony 1(14).03.1917 r., przyjęty w Piotrogrodzkim Okręgu Wojskowym, a następnie stosowany w całej armii, zapoczątkował i uprawomocnił proces rozkładu rosyjskiej armii. [wróć]
10. Kursistki -?słuchaczki wyższych kursów kobiecych. [wróć]
11. Samostijne (niezależne) kozactwo -?nurt wśród kozaków kubańskich, dońskich, terskich, kałmyckich i astrachańskich, po wydarzeniach 1917 roku opowiadających się za autonomią w składzie Rosji lub niepodległością. Szczególnie silne tendencje samostijne objawiali kozacy kubańscy, którzy 16.02.1918 r. ogłosili niepodległość demokratyczno-parlamentarnej Republiki Kubańskiej i starali się prowadzić politykę niezależną od ośrodków decyzyjnych ruchu białych, co powodowało (szczególnie w roku 1919) wzajemne konflikty. [wróć]
12. Kronsztad -?miasto i twierdza na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, w pobliżu ujścia Newy. Podczas rewolucji lutowej 1917 r. zginęło 149 osób, zaś około 1400 było rannych. Większość ofiar śmiertelnych odnotowano w bazach marynarki w Helsingforsie, a szczególnie w Kronsztadzie, gdzie marynarze linczowali oficerów. Podczas wydarzeń roku 1917 kronsztadzcy marynarze byli opoką bolszewików. [wróć]
13. Maniłow to postać z "Martwych dusz", zaś Chlestakow z "Rewizora" Nikołaja Gogola. [wróć]
14. Związek Oficerów Armii i Floty powołany w maju 1917 roku, m.in. z inicjatywy gen. Aleksiejewa, stawiał sobie za zadanie opanowanie anarchii w wojsku i kraju. Rozwijał się szybko, organizując we wszystkich większych miastach i garnizonach swoje oddziały. Aktywnie uczestniczył w nieudanej próbie przejęcia władzy przez gen. Korniłowa w sierpniu (wrześniu) 1917 roku, po czym został rozwiązany, zaś część działaczy aresztowana. [wróć]
15. Później dowódcą korpusu w Armii Północno-Zachodniej gen. Judenicza. [wróć]
16. 21 i 22 lipca 1917 roku cofające się wojsko rosyjskie plądrowało Stanisławów, dopuszczając się mordów, gwałtów i grabieży. Na prośbę burmistrza Stanisławowa stacjonujący w okolicy pułk ułanów polskich pod dowództwem płk. B. Mościckiego w dniu 22 i w nocy 23 lipca przywrócił w mieście porządek. Pułk ułanów powstał w ramach Legionu Polskiego (Puławskiego) w grudniu 1914 r. początkowo jako szwadron, następnie dyon, a od 1917 r. pułk. Po bitwie pod Krechowcami (24.07.1917 r.) pułk przyjął miano bitwy i w niepodległej RP nosił nazwę 1. Pułk Ułanów Krechowieckich im. płk. Bolesława Mościckiego. [wróć]
17. Przedparlament -?doradczy organ przy Rządzie Tymczasowym utworzony 22 września (5 października) 1917 r., który miał pełnić funkcję organu przedstawicielskiego do czasu zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego. W skład Przedparlamentu oprócz reprezentantów partii politycznych (bolszewicy, mienszewicy, ludowi socjaliści, eserowcy, kadeci) weszli przedstawiciele przemysłu i handlu, organizacji społecznych i samorządowych. Po przewrocie bolszewickim 1917 roku Przedparlament rozpędzono. [wróć]
18. Po nieudanej próbie przejęcia władzy przez gen. Korniłowa Rząd Tymczasowy zadecydował o uwięzieniu Naczelnego Wodza wraz z grupą wyższych oficerów (m.in. gen. Łukomskiego i Denikina). Osadzono ich w więzieniu w miasteczku Bychów, 20 km od Mohylewa. Dzięki interwencji gen. Aleksiejewa jako straż dla więźniów wyznaczono pułk tekiński i kawalerów orderu św. Jerzego, formacje wierne gen. Korniłowowi. Po przewrocie bolszewickim 19 listopada (2 grudnia) 1917 r. chwilowy Naczelny Wódz gen. Duchonin (zamordowany przez zrewoltowanych żołnierzy) wydał rozkaz o uwolnieniu więźniów bychowskich. Gen. Korniłow na czele pułku tekińskiego rozpoczął marsz nad Don. [wróć]
19. Centralna Rada Ukraińska powstała 4(17) marca 1917 roku w Kijowie uznawała Rząd Tymczasowy i żądała autonomii w ramach państwa rosyjskiego. Po przewrocie bolszewickim proklamowała niepodległość Ukrainy i prowadziła działania militarne przeciwko nim. 27.01. (8.02.) 1918 r. podpisała porozumienie z Niemcami i Austro-Węgrami i przy ich pomocy objęła władzę na Ukrainie. W kwietniu 1918 roku Niemcy oddali władzę hetmanowi Skoropadskiemu (do grudnia 1918 r.), rozwiązując Radę. [wróć]
20. Kurułtaj -?parlament Krymski, wybrany w powszechnym, tajnym i równym głosowaniu 24.11.1917 roku, proklamował niepodległość i uchwalił konstytucję stwierdzającą, że państwo krymskie jest republiką ludową. Jednak już w początkach 1918 roku Krym zajęły wojska bolszewickie, a następnie niemieckie i formacje gen. Denikina i Wrangla. W październiku 1920 roku władzę nad Krymem (nazywanym także hist. Taurydą) ponownie objęli bolszewicy. [wróć]