Józef Brzowski
polski kompozytor, pedagog, dyrygent, wiolonczelista i publicysta muzyczny
.
[KR 1871, nr 18] Paryż był wtedy sercem Francji, a nawet mniej więcej sercem Europy. W nim znaleźć można było wszystkie społeczeństwa, a wszelkie pulsa poruszające bieg życia biły wskazanym przez niego trybem. Cała Europa była tylko echem życia, zwyczajów, mody i wynalazków, praw, zgromadzeń społeczeńskich, uczt i balów Paryża. [...].
Miałem sposobność nieraz przyjrzeć się temu w gościnnym pałacu ambasadora hr. Apponyi[ego][9], w salonach markiza de Custine['a][10], pana de Trémont[a], wreszcie Chopina, Lafonta i innych.
Podczas pobytu mego w Paryżu zajmujące, a ściśle związane przyjaźnią koło towarzyskie tworzyli: Liszt, Chopin, mówca Berryer[11], pani George Sand, hrabina d'Agoult (pisząca pod pseudonimem Daniela Stern[a][12]), markiz Custine, hrabina Merlin (autorka wspomnień z Hawany)[13], sławny śpiewak Nourrit[14] i romansopisarz Eugeniusz Sue[15]. [...]
Według porady jednego z towarzyszy podróży nie przyjąłem usługi natrętnych faktorów i nająłem kabriolet, żeby mnie i rzeczy odwiózł do stręczonego mi hotelu.
Pożegnałem towarzystwo dyliżansowe i wnet stanąłem w Cité Berg?re pod numerem czwartym. Gospodyni nader mi była rada. Nie pierwszy to artysta Polak w jej domu stawał; Chopin nawet kiedyś był pani Auguste lokatorem. [...]
Miałem mnóstwo poleceń i listów do artystów, lecz obecnie nie myślałem ich wyszukiwać: przybywszy na czas dłuższy do Paryża, na później zostawiłem te odwiedziny, obecnie będąc spragniony jedynie widoku miasta. [...]
[KR 1871, nr 19, s. 294] Następnego dnia spotkałem dawnego przyjaciela, Adolfa A., z którym niegdyś w Warszawie niejedną miłą chwilę spędziłem. Był cudzoziemcem, wydaliwszy się więc od lat kilku do Paryża, łatwo odwykł mówić po polsku; zabawił mnie jednak niesłychanie tym, iż na mój widok nie tylko wróciła mu mowa nasza, ale i począł nucić rozmaite melodie, których kiedyś w warszawskiej operze wspólnie nasłuchał się ze mną. Wypytywał się o rodzinę moją i dał mi niektóre objaśnienia co do położenia artysty w Paryżu. Przede wszystkim radził, aby się jak najtaniej urządzić. Później wskazał mi mieszkanie Chopina i Berlioza[16], a potem udaliśmy się na obiad do passage Choiseul. [...]
[KW 1899, nr 293, s. 3] [W Dreźnie] Lipiński[17] okropnie źle mi wystawił Chopina, z czegom bardzo kontent, że wiem, bo będę wiedział, jak się względem niego zachować. Wystawił mi go jak najprzewrotniejszego człowieka i złośliwie każdemu artyście szkodzącego. I wszystkiemu wierzę, bo jakbym na niego patrzył, gdy mi Lipiński opowiadał. Nie tylko zepsuł Lipińskiemu powodzenie w Paryżu i wyśmiewał go wszędzie, ale i ze swoimi przyjaciółmi najobłudniej wychodził. Znając charakter Chopina, będę wiedział, jak uniknąć, by mnie za przedmiot swej przewrotności nie wziął, a starać się będę, aby zamiast wyśmiania mnie, był mną zaambarasowany[18].
[BW 1850, t. 4, s. 265-267] Następny ranek [4 grudnia 1836 r.][19] poświęciłem odwiedzinom Chopina. Przy ulicy Mont-blanc, czyli rue de la Chaussée d'Antin, pod numerem 38, w nader czystym i okazałym domu, mieszkał naówczas ten znamienity artysta kompozytor, prawdziwy przetwórca, Kopernik fortepianu, poeta opiewacz uczuć, i zaszczytna cząstka chluby kraju naszego.
Kiedym przybył i lekko dzwonek poruszyłem, natychmiast wybiegł lokaj, zdawający mi się być zrazu Francuzem; spytany atoli o pana, dał zabawną odpowiedź, która aż nadto przekonywała, iż nim wcale nie był; zgrubiale bowiem wydeklamował niby po francusku: Mosie kafe, mosie lesą, co miało znaczyć, iż Chopin pije kawę i ma lekcję. Chciałem zatrzymać się i poczekać, ale Chopin posłyszawszy czyjeś przybycie, przerwał zajęcie, wyszedł, spojrzał i poznał mnie natychmiast. Podziw i uciecha na przemian obu nas ogarniały; nie dał mi się oddalić, i wręcz powiódł do salonu, ponieważ lekcję właśnie już był ukończył, a śniadanie dopiero co przyniesiono.
[KW 1899, nr 295, s. 3] Bardzo pięknie ma urządzony apartament, ale nieduży, jak zwykle w Paryżu napotyka się.
[BW 1850, t. 4, s. 265-267] "Pójdź, zawołał, obaczysz ładną hrabiankę, uczennicę moją". Rzeczywiście znalazłem ją bardzo piękną; tylko co wstała od fortepianu, zbliżyła się do swojej guwernantki opodal siedzącej i niebawem obie zabrały się do wyjścia.
Po ich oddaleniu się wręczyłem Chopinowi listy od rodziny i medal Mozarta od artysty Teychmana [sic!]. Razem piliśmy kawę, gawędka była ożywioną, aż wtem nadszedł przyjaciel jego Franchomme[20], wiolonczelista, a później i kilku innych znajomych.
W gronie tak zebranych gości, dobry humor wirtuoza na moją pociechę sprawił, iż z łatwością i uprzejmością zabrał się do fortepianu. Miał grać... Miałem go usłyszeć!... Znałem dawniej jego talent, ależ jak rozwinąć się musiał, pomyślałem, gdy blaskiem europejskiej sławy jaśnieje.
Grał nam naprzód kilka nowych etiud. Wzniosłość myśli utworu, głębokość uczuć wirtuoza, urok wrażeń i wymowa szczytnie poetyczna mieszały mi istotnie mózg; szczególniej etiudą z cis-moll, gdzie lewa ręka trybem wiolonczeli cudnie melodię prowadziła, skłócił wszystkie uczucia, jakie we mnie były, a boską ekspresją ścisnął je tak silnie, iż rzewną łzę musiało oko moje potoczyć.
Chopin był dnia tego szczególniej dla nas szczodrze usposobionym. Grał nam nieskończenie to mazurki, to ballady, znów scherzo, nokturny, a to wszystko utrzymywało nas w lubym zachwycie: osobliwie mnie, dla którego to, co wykonywał, było nowe i nowym wrażeniem przejmowało.
Przy jego cudownym fortepianie, czas dwóch godzin ubiegł z szybkością minuty; minuty brzemiennej rozkoszą duszy... poezją! Słuch mój, ścigając każdą najdrobniejszą nutę, najsubtelniejszy odcień ekspresji, starał się pojmować ową poezję, a wzrok mimowolnie zatapiał się w jego obliczu, bo oblicze jego było zbyt [sic!] wiernym zwierciadłem uczuć, jakie na instrument swój wylewał. Trudno bowiem uwierzyć, jak silnie w jego twarzy odbijała się [...] [myśl wieszcza]. Pobladły, z iskrzącym wzrokiem, niepamiętny o sobie, rzekłbyś, że marzył we śnie magnetycznym; czułeś, że pracował, ale pracował duch tylko: ręce były jedynie środkiem do objawienia tej pracy. A tak to wszystko, coś słyszał i w jego obliczu wyczytał, było tak przenikającym, tak unoszącym, iż podziwiać musiałeś wymowę, do jakiej on kompozycję swoją oraz grę posunął.
Skończył nareszcie upajać nas słodyczą talentu; nastąpiła chwila, w której zwykle karmi się wirtuoza grzecznościami, a ten z udaną skromnością przymusza się do kłamliwego wyznania, iż na nie nie zasłużył.
Chwila takowa inaczej się tutaj objawiła; śmiesznością byłoby bowiem, a nawet poniżeniem geniuszu, silić się na czcze i pospolite pochwały: cześć dla siebie Chopin znalazł w moim osłupieniu, w moim przyspieszonym biciu serca, w mojej łzie zbłąkanej w oku, na koniec - w moim uściśnięciu ręki, które jako wielki artysta zrozumiał, i to było dla niego dosyć.
Wkrótce, gdyśmy wszyscy zaczęli już oddychać, on po głębokim przejęciu się grą, my zaś ochłonąwszy z silnych wrażeń, w poufnej rozmowie reszteśmy czasu spędzili.
Chopin, jak z jednej strony w grze swojej i tworach wylewał ocean uczuć i głębokość pomysłów; tak z drugiej, w towarzyskim obcowaniu jaśniał jowialnym humorem i niesłychanym jaśniał dowcipem. Całą swoją intelektualnością i wyższym wykształceniem, które nabył w salonach paryskich i w znoszeniu się ze światem literackim, mile krasił zasób subtelnego dowcipkowania, a nade wszystko zadziwiał niezrównanym darem przedstawiania drugich.
Wyznać wprawdzie należy, iż dar takowy, jeżeli w złośliwym sposobie i celu używanym bywa, jako to na wyśmianie i poniżenie drugich, nie może być ceniony i do darów szlachetnych liczony, jeżeli przy tym jest jedynym i wyłącznym przymiotem człowieka; przecież w Chopinie dar ten, obok niezaprzeczonej genialności w sztuce, objawiał się w sposób nader przyjemny i pożądany nawet, bo bynajmniej nie zniżający się do złośliwości i nieszlachetności. Nikt się więc nie czuł tym być pokrzywdzonym, iż go Chopin naśladuje: tak dobrze jak sławni ludzie, mianowicie artyści, mieli sobie za zaszczyt być przedmiotem pracy pełnej talentu ręki Dantana[21], pomimo iż wszelkie wizerunki w przesadzie karykaturalnej przedstawiał.
Tak zajmujący poranek przeciągnął się do godziny pierwszej. Musiałem w tej porze dom Chopina opuścić z powodu koncertu Berlioza, który miał się odbyć w sali konserwatorium o godzinie drugiej.
Przybyłem na czas; publiczność tłumnie się zbierała. Otrzymawszy dobre miejsce w ławkach, z zajęciem oczekiwałem zaczęcia. Salę lubo znalazłem korzystnie wybudowaną na cel jej przeznaczenia, nie mogłem jej jednak przyznać elegancji, czystości i gustu. Znać w tym przybytku Apollina tak zwolennikom, jak i dyletantom chodziło tylko o potęgę sztuki, której hołdowali, inne względy zostawiając zapomnieniu.
Skromna a brudna ta sala, nosząca nazwę: Grande salle du garde-meuble de la couronne, miała kształt sali teatru. Scenę dokoła osłoniętą zajmowała orkiestra, mieszcząca się w ławkach amfiteatralnie urządzonych: przód sceny zostawiony popisującym się solistom lub chórowi, a po części i artyści składający orkiestrę, dla wielkiego natłoku, zalegali go zwykle.
Wszystko gotowe: Berlioz stanął przy pulpicie obciążonym partyturą dla objęcia dyrekcji. Koncert rozpoczynała symfonia jego kompozycji, w czterech częściach z altówką solo, pod tytułem: Harold.
Dzieło to zupełną było dla mnie nowością; lecz nie powiem, iż użyłem niebiańskiej rozkoszy; nie przyznam, bym doznał wrażeń, doświadczonych tego poranku w komnacie Chopina.
[TO] Od Berlioza poszedłem do Chopina i zastałem go kończącego obiad z Witwickim[22] i Matuszyńskim. Był to dzień imienin ojca Chopina. Piliśmy kawę, potem prosiłem go, żeby grał. Cudownie wykonał etiudy, nokturny. Żądał, abym mu co sam zagrał. Podobały mu się moje mazurki.
Sam się ofiarował mnie wprowadzić w domy polskie i zaraz jutro zaprojektowaliśmy do pani Mycielskiej...
[KR nr 20, s. 309-310] Nazajutrz dla abonamentu powtórzono Otella; wybierałem się znów go usłyszeć, lecz przeszkodziła temu zapraszająca kartka Chopina, którą zastałem w mym mieszkaniu.
"Dziś mam parę osób u siebie - pisał Chopin - między innymi panią Sand; przy tym Liszt gra, Nourrit śpiewa. Jeżeli ci to może być przyjemnym, czekam cię wieczorem".
Chętnie bardzo pospieszyłem na to wezwanie. Zgromadzenie gości było wyborowe i wielce dla mnie zajmujące, bo złożone po większej części z osób świetnie błyszczących w literaturze i sztuce. I tak, byli tam: markiz Custine, powieściopisarz Eugeniusz Sue, Liszt, Nourrit, Pixis[23], Berryer, Włodzimierz i Bernard hrabiowie Potoccy, [Albert Grzymała[24], doktor Jan Matuszyński[25]] i inni. Pomiędzy nimi znajdowały się tylko dwie damy: pani George Sand i hrabina d'Agoult, znana w piśmiennictwie pod pseudonimem Daniela Stern[a]. Obydwie te panie, lubo zbliżone sympatią do siebie, uderzającą jednak różnicę powierzchowności przedstawiały.
Hrabina, blondynka, żywa, zalotna; humorem i estetycznie lekkim obejściem, ubiorem wykwintnego smaku, była typem nadobnej paryżanki wyższego społeczeństwa. George Sand - przeciwnie, brunetka, poważna i zimna, [jakby nie-Francuzka] rysów twarzy regularnych, spokojnej albo raczej martwej fizjonomii, w której można było tylko rozum, myśl i dumę wyczytać; strój miała fantastyczny, [na wpół męski, na wpół damski], widocznie okazujący chęć odznaczenia się. Białą jej suknię przepasywała szeroka karmazynowa szarfa, stanik dziwnego kroju [biały gorsecik z rękawami, jakby pasterski], miał wyłogi i guziki również karmazynowe; czarne jej włosy na wpół głowy rozdzielone, w puklach po obu stronach twarzy spadały, nad czołem złocistą objęte przepaską.
Typy mężczyzn również się od siebie odróżniały; i tak: Liszt był dość wysoki, szczupły, a bladawą twarz jego, genialnością napiętnowaną otaczały gęste, długie, blond, równo ucięte włosy. Ruchy miał śmiałe, pełne życia, z ust pryskał mu dowcip żartobliwy, a w całym jego obejściu było coś dziwacznego.
Berryer, sławny adwokat i biegły mówca legitymistowski, był w wieku średnim, pełnawej tuszy; twarzy okazałej, cery czerwonej, mocno łysy. Biała chustka wąsko obejmowała mu szyję, frak miał pod górą zapięty; w spokojnym obliczu malowała się pewność i rozum. Markiz Custine, wysoki, w wieku podeszłym, był w obejściu typem magnata legitymisty. Powierzchowność Nourrita łagodnym jaśniała blaskiem; obok godności w postawie, wyrażał wzniosłość talentu swego i wykształcenie towarzyskie. W Pixisie wszystko przypominało, iż był niemiecko-wiedeńskim artystą, a krzywe usta nadawały dziwny charakter jego twarzy. Eugeniusz Sue, wysoki, szczupły i blady, był znów typem ludzi salonowych i ówczesnych literatów młodej Francji.
Całe towarzystwo napełniające salon Chopina tworzyło jak gdyby koleżeńskie grono, jak rodzinę zgodą tchnącą i węzłem wzajemnych dobrych życzeń złączoną. Nikt nie był przedmiotem ciekawości drugich, bo wszyscy się znali, a Chopina gospodarza-artystę jednaką czcią wielbili i jakby jednym wspólnym sercem kochali.
[KW 1899, nr 295, s. 3] Towarzystwo tak zdobiące salon Chopina, z różnorodnych złożone cząstek, różniące się charakterami, usposobieniami, dążnościami, płcią, wiekiem i stanem, zgromadziło się zaprawdę jak koleżeńskie grono, jak stowarzyszenie, jak rodzina zgodą tchnąca, węzłem wzajemnych dobrych życzeń spętana.
[KR 1871, nr 20, s. 310] Wnet rozmowa stała się nader ożywioną. Podtrzymywał ją najwięcej Liszt; jego inteligencja, bystrość, dowcip, humor żartobliwy, na koniec dziwaczności, sprawiały, że wszczynano najchętniej z nim rozprawy, z których najczęściej zwycięsko wychodził.
Chopin tylko zajmując się wszystkimi z godnością i uprzejmością gospodarza, był dla Liszta ognistym mieczem. Ile razy nasz kompozytor-poeta zmierzył [wystrzelił] do zapamiętałego fantasty fortepianu, pocisk był skuteczny, wszyscy zadowoleni, a upokorzony artysta [autor dramatycznych fantazji], nie mogąc silnego stawić o[d]parcia, jedynie żartobliwie rzuconym po dwakroć wyrazem: mazurka mazurka (jak zwykł Chopina przezywać) usiłował pokryć zadaną sobie klęskę.
Co do obecnych dam, tych typy sprzecznością uderzały, bo kiedy hrabina d'Agoult figlarną, dowcipną i przynęcającą rozmową zajmowała obecnych, a słodki uśmiech rozjaśniał jej twarz otoczoną długimi blond puklami a l'anglaise, George Sand nieporuszona, zajmowała miejsce w zakątku, na kanapce przed kominkiem, a wypuszczając lekko kłęby dymu z cygara, krótko [skąpo] i uroczyście odpowiadała na zapytania przysiadujących się do niej mężczyzn [przejętych czcią i poszanowaniem]. W końcu za długie mi się już zdały owe pogadanki, spory, dowcipy i starcia ludzi, błyszczących rozumem na ówczesnym horyzoncie Paryża, bo pragnąłem żywo poznać niektórych z głośnej ich sławy artyzmu, mianowicie Liszta, któregom dotąd nie słyszał.
Z poduszczenia więc mego zaprosił go Chopin do odegrania na cztery ręce sonaty Moschelesa[26].
Zasiedli do fortepianu Liszt przy prymie, a Chopin przy sekundzie. Oczekiwanie moje równało się zaprawdę stanowi gorączki, a kiedy już grali, nieznana mi dotąd Liszta biegłość, porywczość frazowania i dziwny dar nadania życia kompozycji i instrumentowi tamowały mi oddech. Pixis, który im karty odwracał, podzielał widać moje wrażenia, bo oglądał się na mnie co chwila z podziwem.
Po sonacie częstował Chopin gości podanymi po dwakroć lodami, następnie przygotowano herbatę [z tortem], której przyrządzeniem zajęła się hr. d'Agoult, mile przy tym zawsze rozmawiając z drugimi. George Sand przykuta do swojej kanapki nie rozłączyła się z cygarem. Spojrzenia swe zwracała czasem na osobę do niej przemawiającą, a jeszcze częściej na figlarnie migający płomień na kominku.
Gdy się skończyła herbata, [nieporównany] Nourrit wykonał przy towarzyszeniu Liszta na fortepianie kilka utworów Szuberta, do których był wielce zapalony, a między innymi: Erlkönig i La jeune religieuse[27] z niewymownym efektem. Słysząc go, żywo mi się przypomniały wrażenia Tella, Roberta i Hugenotów[28]. Pragnąłem bardzo usłyszeć samego Liszta, lecz wirtuoz odmówił tego stanowczo i wszczął dysputę filozoficzną z Bernardem Potockim, która końca nie miała. Dysputujący zapalali się niesłychanie, a chociaż do ich rozmowy mieszali się i inni, widziałem, że po większej części nudziła obecnych.
Chopin mocno się niecierpliwił, złoty humor pani d'Agoult utracił na blasku, George Sand więcej pobladła i więcej zasępiła wzrok swój myślący, Pixisowi usta od niezadowolenia mocniej się wykrzywiły. Późna nareszcie pora przerwała dysputę, moja nadzieja usłyszenia Liszta rozchwiała i spłoszyła towarzystwo, wszyscy zabrali się do pożegnania gospodarza, zachowując dlań zapewne w sercu te same przyjaźni uczucia, które ich w próg komnat jego przywiodły.
[EM 1900, nr 13, s. 146-147] Towarzystwo, które zastałem (na balu u hrabiny Mostowskiej), było wyłącznie polskie, a złożone po większej części z osób znanych mi w Warszawie. Z cudzoziemców były może dwie lub trzy osoby, między innymi sławny w domowej wojnie hiszpańskiej jenerał Cordova. Cały wieczór tańczono, a najczęściej wznawianym tańcem był mazur. Jego to brzmienie, pełne szczerej wesołości, przenosiło mnie myślą w rodzinne ustronia; pewnie i wszystkim sprawiał to złudzenie, bo wszystko ochoczo rzucało się w grono tańczących, a wódz hiszpański musiał w nim zasmakować, gdyż hasał porządnie. Wieczór ten miał postać więcej familijną niż ostentacyjną, nie było orkiestry, fortepian ją zastępował, a między chętnymi towarzyszenia był Chopin, który grał walca własnej kompozycji. Proszono potem i mnie, bym poszedł za jego przykładem...
[KR 1871, nr 20, s. 311] Wiadomo, iż na wieczorze Chopina po raz pierwszy słyszałem Liszta, ale pojęcie o nim nie było zupełne, bo grał tylko na cztery ręce. Drugi koncert Berlioza dał mi przecie całkowite wyobrażenie o tym Paganinim fortepianu. Liszt po trzykroć grał na tym koncercie; najpierw wielką fantazję symfoniczną z tematów Berlioza[29]; divertissement z kawatyny Paciniego (Niobe)[30] i fragment z fantastycznej symfonii [właśc. Symfonii fantastycznej] Berlioza: Le Bal et la Marche du supplice. Wykonanie trzech tych utworów było w najwyższym, a nieznanym mi dotąd stopniu genialności. Nikt inny nie jest w stanie przybliżyć się do Liszta, a wszyscy dotychczasowi fortepianiści wydawali się przy nim jak karły.
Po czterykroć wznawiały się oklaski i odgłos powszechnego uniesienia, a ja przyjść do siebie nie mogłem z podziwu, do jakiej to człowiek potęgi posunął fortepian, który dotychczas, to jest do epoki Chopina, Liszta i Thalberga[31], zajmował rolę jeżeli nie podrzędną, to pewnie nie pierwszą. Trzej dopiero pianiści: Chopin, Liszt i Thalberg, dźwignęli fortepian do właściwej mu mocy, różniąc się każdy z nich, kolorytem i charakterem gry oraz kompozycji. I tak, Chopin, pełen bogactwa sztuki twórczej, pełen wzniosłej poezji, czerpie z fortepianu wszystko, co tylko tenże posiada korzystnego, na oddanie potęgi uczuć, głębi myśli i rzewnej sielankowości; Liszt wyzywa fortepian z całym jego ogromem harmonii orkiestrowej na kolosalne efekta różnorodnych namiętności; a Thalberg, łącząc po trosze obydwie te barwy, zachwyca wykwintem elegancji i przystępniejszym się być zdaje od dwóch poprzednich mistrzów. Wszyscy zaś trzej uczynili swój instrument samoistnym. Nie jest już ogrom budowy jego w sprzeczności z owocem, który wydaje, a zamiast szukania pomocy w akompaniamencie, sam choćby najsilniejszą orkiestrę dzielnie zastępuje.
[EM 1900, nr 15, s. 174] Pierwszy koncert Liszta miał miejsce w sali Érarda[32]. Liszt cudów dokazywał: najprzód w odegraniu Tria Beethovena B-dur z Urhanem[33] i Battą[34], potem w swojej fantazji z Żydówki Halévy'ego, dalej w Sonacie Beethovena z Urhanem, na koniec w Etiudach 11 i 12 Chopina, w czym przeszedł moje wyobrażenie o możności wykonania onych... Lecz cóż zrobiło nie do opisania przyjemną niespodziankę, nadając wieczorowi muzycznemu artystycznie koleżeńską barwę, to własnowolne wystąpienie Nourrita, który gdy się ukazał, kilkakrotnie wznawianym oklaskiem powitany został. Stanął przy fortepianie i przy towarzyszeniu Liszta odśpiewał kilka melodii Szuberta.
Drugą niespodzianką było nagłe zjawienie się Thalberga. Współzawodnik Liszta, lubo rok pierwej znajdował się w tej stolicy i ze świetnym skutkiem odbył swoje koncerta, nie trafił podówczas na pobyt Liszta i nie znał go dotąd osobiście; koncert obecny dał mu dopiero poznać potężnego rywala. Gdy wszedł do salonu, właśnie Liszt grał fantazję z Żydówki, a grał z takim ogniem, z takiem natchnieniem, jak gdyby przeczuwał, iż Thalberg jest jego słuchaczem. Thalberg stanął na boku, nie sądząc, że będzie dostrzeżonym. Ale talent jest świecącą gwiazdą, której trudno nie dostrzec na firmamencie; toteż, gdy go ujrzano, cała publiczność została zelektryzowaną: oczarowany słuch nie odrywał się wprawdzie od gry Liszta, bo ta go silnie do siebie przykuwała, ale wzrok wszystkich zwrócił się na Thalberga, śledząc jego wrażenie...
Jednoczesny pobyt w Paryżu dwóch tych fortepianistów zakrawał na współzawodniczą walkę, tym zaciętszą, iż Liszt, czując w sobie wysoką genialność, a wielką żywością od natury obdarzony, zbyt silnie uczuł zeszłoroczne tryumfy Thalberga. Gdyby miał mniej miłości własnej, albo, znając swoją wyższość, chciał walczyć prostą i szlachetną bronią, jednym wystąpieniem przed czcicielami Thalberga przygasiłby pochodnię jego sławy.
Ale danie koncertu nie było mu dostateczną odsieczą i poprzedził go artykułem umieszczonym w dzienniku literackim, w którym bez względu wyszydził i potępił kompozycje Thalberga i najzuchwalej powstał przeciw wyższemu społeczeństwu, odmawiając mu znawstwa, dobrego smaku i niemal rozumu. Czynem tym ściągnął na siebie niechęć koterii, które odpowiedziały mu tłumnym zebraniem na koncercie Thalberga w sali Konserwatorium i przyjęciem go z zapałem nie do opisania...
[KR, nr 22, s. 344] Thalberg grał wtedy trzy swoje dzieła, fantazję z tematów angielskich, Fantazję op. 22 i nowy naówczas Caprice, z melodii Mojżesza[35]. Liszt przybył na koncert, a pragnąc zwrócić na siebie uwagę powszechną, ukazał się dopiero po zaczęciu w czasie wykonania [przez Thalberga] fantazji. Przeciskał się przez zgromadzoną publiczność, zmierzając do swego krzesła. Widziano, jak usiadł obok Riesa[36], i podczas gry koncercisty śmieszkami bawił sąsiada, gdy tymczasem wszyscy potępieni jego artykułem mścili się wydawaniem hucznych oklasków.
Co do mnie, który sprawy Liszta i Thalberga nie brałem do serca, powiedzieć mogę, iż wiele w moim przekonaniu Thalberg utracił na tym, żem pierwej słyszał Liszta. Wszystek zasób znamienitości gry Thalberga za słabe wrażenie na mnie uczynił, po potężnym owładnięciu ducha [mego] przez ogrom mechanizmu i dramatyczną siłę [...] [, i moc wymowy] talentu Liszta.
[EM 1900, nr 15, s. 174] Gdy tak świetny skutek koncert Thalberga uwieńczył, a niechęć do Liszta zbyt widoczna była, mniemano by w takim położeniu rzeczy, iż Liszt nie odezwie się z koncertem, a gdyby go dał, to zyskawszy nieprzyjaciół, doświadczy pustek w salonie. Co innego się jednak okazało i koncert następny [Liszta] natłoczony był słuchaczami tak, iż sala Érarda zdawała się nie być w stanie ich pomieścić... Trzeci koncert prawie przewyższał poprzednie mnogością zebrania: publiczność zaległa nawet estradę, na której widziano osoby koterii Liszta, jako to: księżnę Belgiojoso[37], hrabinę d'Agoult, deputowanego Berryera itd. Część pierwszą zakończył Liszt swoją nową fantazją z Hugenotów, której kompozycja i egzekucja, wyobrażenie przechodząca, tak mnie, jak i całą publiczność do nadzwyczajnych uniesień doprowadziła. Część drugą rozpoczął Liszt pierwszym Allegrem i Menuetem z Septetu Hummla, czym równie zachwycił... Po miłym numerze panny Berrucat, Taccani[38] dała słyszeć arię Normy (Casta diva), po czym Liszt grał dwie Etiudy Chopina, As-dur i f-moll.
[EM 1900, nr 16, s. 187] Być może, iż jako świadomy okoliczności, uprzedzenie mną powodowało, przyznając dzielnemu wykonaniu dorywczość, albowiem Liszt grał je z rękopisu, który na dwie godzin[y] przed koncertem znajdował się jeszcze u mnie. Niedoświadczona dotąd zaiste biegłość wirtuoza, gdy się odważa i w stanie jest przed publicznością odczytywać manuskrypta ze skutkiem mistrzowskiego wykonania.
W końcu, według obwieszczenia, oczekiwano walca na 4 ręce kompozycji Liszta, w którym miał mieć udział i Chopin, lecz ten ostatni zasłabł był od dni kilku i w dzień koncertu nie opuszczał łóżka. Liszt więc został zmuszony przemówić do publiczności, przepraszając ją i wyłuszczając powód zawodu; a gdy słuchacze generalnym chórem objawili życzenie, aby Liszt sam odegrał powyższego walca, wirtuoz bez wahania zadosyć odpowiedział żądaniu.
[KR 1871, nr 22, s. 344] W krótkim czasie potem księżna Belgiojoso urządziła w swoich salonach koncert prywatny na wsparcie wychodźców włoskich, w którym udział wziąć miały najznakomitsze talenta stolicy. Chcąc zatrzeć ślady niechęci między dwoma znakomitymi artystami, księżna, zapraszając Chopina, wezwała również Liszta i Thalberga [aby powzięli udział w dobroczynnym zadaniu]. Nie można było odmawiać i obaj mistrze słyszeć się dali wówczas [każdy z tych wielkich artystów dał się słyszeć na pomienionym koncercie]. Zdawało się, że zbliżenie to położyło koniec ich niesnaskom; Liszt, jak był prędkim do spełnienia niewłaściwego kroku, tak też prędko podał rękę [Thalbergowi] do zgody, a pragnąc to, co zaszło, rzucić w niepamięć, postanowił dać wieczór u siebie, na cześć rywala. Ten przyjął zaprosiny. Liszt cieszył się nazajutrz świetnym zebraniem, ale Thalberga, bohatera uroczystości, już rano dnia tego nie było w Paryżu.
Wypadek ten [wykazujący nieposkromioną urazę Thalberga] był pobudką dla Chopina, mającego dziwną władzę moralną nad Lisztem, do czynienia mu wyrzutów, dlaczego występował z [tak mocną] obrazą i uniżał się potem przed obrażonym. Liszt z pokorą i uznaniem winy przyjął te wymówki.
[AC, ZJ, s. 215-216] Ostateczny stopień dotychczasowego postępu fortepianowego... znalazłem w Liszcie: wirtuoz ten jest tym dla fortepianu, czym Paganini dla skrzypiec. Wielu nie pojmując stanowiska Liszta, a rażeni blaskiem jego sławy, której wytłumaczyć sobie nie umieją, czynią mu zarzut, iż nie obdarza nas w dziełach swoich własnymi melodiami, a przynajmniej rzadko, i stąd odmawiają mu zasług kompozytora. Jest w tym nieco prawdy i ubolewać nad nią wypada, ale chciejmy wnijść w jego położenie: on jest wirtuozem, zatem jego sferą wykazanie potęgi swego instrumentu, przedstawienie talentu jako wykonawcy... Wielkość Chopina nie w tym tylko zamieszkuje, że własną myśl nam daje: geniusz jego spoczywał w iskrze świętego ognia, którą każda jego kompozycja jest przejętą, a Opatrzność, skąpo iskry te ludziom w darze udzielając, i Liszta nią obdarzyła.
[KR 1871, nr 22, s. 345] Znajdując się w jakiś czas potem z Chopinem, nadmieniłem mu, iż dotąd nie słyszałem Kalkbrennera[39].
- Zaraz go usłyszysz - odrzekł, i począł grać na fortepianie a la Kalkbrenner.
Mogłem bezpiecznie wierzyć w dokładność kopii, bo Chopin wybornym był w tym względzie naśladowcą; toteż pojmując dzieła Kalkbrennera i epokę jego oceniając, powziąłem przekonanie, że niezawodnie tak grać musiał. Chopin obiecał mi dać sposobność słyszenia tego pianisty w następną niedzielę na poranku muzycznym u znakomitego amatora pana Frémont[a], gdzie między innymi artystami i Kalkbrenner uczęszczał. [TO: Kiedy indziej pokazywał Liszta i Pixisa, szczególnie drugiego tak doskonale, że umierałem ze śmiechu].
Wypadło, iż w ten dzień miałem się zejść z Lisztem w sali Érarda, celem przedstawienia mu niektórych moich utworów.
[EM 1900, nr 16, s. 187] Na owo artystowskie rendez-vous towarzyszył mi Edward Wolff[40]. Niebawem też i Liszt nadszedł. Natychmiast życzył sobie przejrzeć moje manuskrypty. Przedstawiłem mu Allegro z Koncertu i cztery fantazyjne Mazurki. Począł odczytywać, a ja przekonany będąc, iż mu rzeczy te bynajmniej znanymi nie były, zdumiałem się nad łatwością, z jaką od razu wygrywał najzawilsze rzeczy, od ręki niedbale pisane... Gdy grał, genialnie w jednej chwili odgadywał prawdę ducha przedmiotu, wymowną ekspresją uwydatniał tendencję utworu, popędem dramatycznej energii wlewał weń iskrzące życie...
[KR 1871, nr 22, s. 345] Zbliżyła się godzina poranku muzycznego [u pana Frémonta]; oświadczyłem Lisztowi, iż z tej przyczyny dłużej bawić nie mogę w sali Érarda. On oznajmił mi wtedy, że pragnie również udać się do pana de Frémont[a], a mając jeszcze wprzódy coś do załatwienia, prosi, abym z Chopinem czekał jego przyjścia.
Chopin znał fantazyjne wybryki mistrza, dlatego więc źle przyjął zaimprowizowane narzucanie się jego, przytaczając, iż Liszt, jako zepsute dziecko społeczeństwa, nieraz już mu podobną psotę wyrządził i w kłopot go wprowadził, udając się z nim tam, gdzie nie był zaproszony. I tak raz np., gdy nie zastał go w domu, spytał, gdzie poszedł, a dowiedziawszy się, że jest w prywatnym domu na obiedzie, z największą naiwnością poszedł do tego domu, nieznanego mu zupełnie, aby tam również obiadować z nim razem. Pomimo nieukontentowania, oczekiwał go wszakże i gdy nadszedł, wyszliśmy razem.
Dom pana de Frémont[a] liczył się do bardzo miłych i gościnnych; sam gospodarz, [niegdyś prefekt za Cesarstwa] człowiek światły, wielkim był miłośnikiem literatury i, nie mniej, lubownikiem muzyki.
Chopin przedstawił mnie jako artystę współrodaka swego [przybyłego z jego rodzinnego miasta]. Pan Frémont zaprosił nas do drugiego, w podłużnym kształcie, salonu, w którym poranny koncert miał się odbywać.
Przestrzeń tu całą zajmowały ławki, a w końcu naprzeciw stał fortepian Érarda. Damy zgromadzone już były bardzo licznie. Przyległe pokoje również zajmowali słuchacze; w liczbie obecnych szukałem Kalkbrennera, o którego mi głównie chodziło; tymczasem dowiedziałem się, że go nie ma i że z powodu słabości wcale nie przybędzie. Wyjaśniło się nam wtedy natrętne z pozoru przybycie Liszta; okazało się bowiem, że pan Frémont w miejsce Kalkbrennera jego zaprosił.
Koncert rozpoczął się grą na skrzypcach [bardzo pięknym solo na skrzypcach, wykonanym przez pana Alarda[41]]; z wielkim zaciekawieniem patrzono potem, jak się Liszt zbliżał do fortepianu. Gdy wzniósł ręce, by owładnąć instrument, Chopin usiadł blisko; następnie słuchał swej Etiudy c-moll, która pod lewą ręką Liszta grzmiała jak nawałnica, w czasie gdy prawa ręka najdobitniej wyrażała boleść i rozpacz. Twarz Liszta zajaśniała ognistym płomieniem zapału, a oblicze Chopina pobladło przed tą siłą wykonania.
[EM 1900, nr 20, s. 233] Talent Liszta sprzysiągł się tym razem najmocniejsze sprawić wrażenie, dał bowiem najwymowniejsze słyszeć nam utwory. Po Etiudzie Chopina grał swą ulubioną Sonatę As-dur Beethovena[42].
Pojęcie dzieła tego przez Liszta zaiste wszystko przechodziło: Andante z wariacjami odegrał z potęgą poezji uczuć, wskroś przenikającą. Nie do uwierzenia, jak pod dotknięciem każdego klawisza nabierała u niego nuta rozciągłości rzewnego śpiewu. Szerokość frazowania posunął do tego, że badawczo słuchający go Chopin uznał wykonanie za zbyt nawet powolne. Tym Andantem Beethovena pełnym tęsknych a razem jakby ukajających nadmiar boleści wrażeń dał luby spoczynek wezbranym wstrząśnieniem uczuć, jakie obudziła Etiuda Chopina. Gdy ostatnie tony Beethovenowskie tak przyciszył i gubił w czarującym rallentando, iż na koniec utonęły w słuchu, jak krople rzucone do morza, ocknęła się uśpiona wyobraźnia słuchaczów i on sam ocknął się jakby z letargicznego snu, kiedy uderzył w złowrogi dla Hugonotów dzwon, rozpoczynający dzielną jego fantazję z tej opery[43]... [...]
Pożegnawszy zadowolonego pana Frémont[a], przy rozstawaniu się, gdy każdy inną miał drogę przed sobą, Liszt, jako mocno grą rozgrzany, obawiał się wracać w lekkim ubiorze, tak, iż musiałem mu pożyczyć mego płaszcza. Przez swoją naiwną niedbałość i roztargnienie chodził w nim cały tydzień, a po tygodniu, gdym płaszcza zapotrzebował dla siebie, oświadczył, że zapomniał, gdzie go zostawił. Ostatecznie musiałem na przypomnienie i odzyskanie czekać jeszcze dni kilka.
Wkrótce potem zamierzył Liszt opuścić Paryż i udać się do Włoch. W liczbie znajdujących się w jego mieszkaniu, a przybyłych na pożegnanie, byłem i ja... Kiedy został sam na sam ze mną i przeglądał swoje papiery, dał mi na pamiątkę egzemplarz swojej fantazji z Żydówki[44], dołączywszy facsimile i uczęstował dowcipnym paszkwilem na Thalberga. Były to Wariacje na temat nianiek wiedeńskich, ułożone z samych pasażów z różnych kompozycji Thalberga wyjętych. Przybrawszy charakter względności, prosił, by nie pokazywać tego nikomu.
[TO] 1 kwietnia byłem u Chopina. Gawędziliśmy o Thalbergu i o jakiejś pannie z prowincji, która grała kompozycje Chopina, szczególniej jego mazurka, którego ekspresję odgadła. Prosiłem jego o etiudy nowe do przepisania i dał mi je [...].
Rano, o godz. 9 (24 kwietnia) wybrałem się do Chopina, lecz nieszczęśliwie, bo spał jeszcze. Lokaj nie mógł wejść, bo Chopin zamknął się od środka... Nie chciało mi się wracać na próżno, bom miał ze sobą jego etiudy, które mu chciałem oddać. Dzwoniłem silnie i bez skutku [...].
Przyszedł potem Franchomme i przyprowadził ze sobą dwóch mężczyzn i kobietę, z czego nadzwyczajnie Chopin nie był kontent i straszliwie złośliwą zrobił minę na ten wypadek. Zaczął się ubierać na przyjęcie niemiłych mu gości, a ja poszedłem [...].
[KR, nr 23, s. 358-359] Gdy się zbliżał czas wyjazdu mego z Francji, Chopin oświadczył mi, że pragnąłby mnie jeszcze zawieźć do Saint-Gratien, posiadłości markiza de Custine['a], abym powziął wyobrażenie o wiejskich siedzibach magnatów francuskich [TO: a nadto usłyszał Dupreza z żoną, w salonie zdobnym najpierwszym towarzystwem Paryża]. Przy tym zwiedzilibyśmy Montmorency i Enghien, jego przeszłoroczne [letnie] mieszkanie. Przyjąłem chętnie tę propozycję i stosownie do umowy byłem gotów o godzinie dziesiątej. [TO: Chopin nie był jeszcze gotów. Oczekując ukończenia jego toalety, z przyjemnością przeglądałem partycję Symfonii Beethovena. Chopin, ubrawszy się, prosił mnie, abym się zatrzymał i zapełnił ten czas rozrywką przy jego Pleyelowskim fortepianie, gdyż on musiał na chwilę odejść dla widzenia się z panem Albrecht[em], sekretarzem legacji saskiej. Wrócił wkrótce, zabraliśmy się i wsiedli do kabrioletu, który nas czekał].
Ruszyliśmy przez rogatkę Clichy; rozmowa nasza ciągle tchnęła wrażeniem pięknej okolicznej natury, a droga między drzewy, przypominając nam okolice Warszawy, wywoływała jej wspomnienia, które stokroć więcej Chopinowi niżeli mnie sprawiały uroku, bo mu odleglejsze przed oczy stawiały obrazy.
Wkrótce ukazały nam się błyszczące z dala wieże kościoła w Saint-Denis. Przejechaliśmy miasto; cała przestrzeń od Saint-Denis do Saint-Gratien odznaczała się pysznym i malowniczym widokiem oddalonego Paryża.
Przybyliśmy na koniec do St.-Gratien. Mieliśmy zamiar przedstawić się Markizowi, potem ruszyć przez Enghien[45] do Montmorency; stamtąd wrócić do Enghien na obiad, a wieczór spędzić w St. Gratien, w kole zebranego tam towarzystwa.
Gdy udaliśmy się do ogrodu, na spotkanie wyszedł jeden z przyjaciół ulubieńców markiza, Anglik[46], któremu, po serdecznym przywitaniu, Chopin przedstawić mnie nie omieszkał. Ruszyliśmy razem ku pałacowi, podwoje jego [świetnego apartamentu] na oścież były otwarte. [Na wstępie spotkaliśmy damę, która z wylaniem najtkliwszych uczuć przywitała się z Chopinem]. Wkrótce nadszedł markiz, a gdy mu mnie Chopin przedstawił, wyrzekł, że mnie pamięta z jego wieczoru. [Dama, którą widziałem, była wielkich wpływów za Karola X...]. Wpadł potem pełen wesołości [z niedwuznaczną wesołością] drugi protegowany markiza, rodak nasz, Ignacy Gurowski[47].
Wspólnie z Anglikiem wezwał nas do obejrzenia pałacu. Główny salon, z którego widok i wyjście na ogród więcej się zalecał szlachetną skromnością niż zbiorem bogactw; nie było w nim nagromadzonych mebli, porozkładanych i porozwieszanych osobliwości i drobnostek, które w innych arystokratycznych salonach widzieć się dają, czyniąc je raczej składami mebli lub muzeami osobliwości jak miejscem zebrań towarzyskich. Tutaj przede wszystkim wyszukany smak był główną ozdobą. Ściany pokrywały obicia w kwiaty na białym tle rzucone, złote listwy obrąbiały je dokoła, meble i opony przy oknach w tymże samym rodzaju; ta jednakość ścian, mebli i opon nadawała salonowi wyraz szczególnej godności i nadzwyczajnej czystości stylu. Obrazów nie było, z dwóch stron tylko ogromne zwierciadła w pysznych ramach wisiały. Pod jednym, z białego marmuru, kominek, a na nim, i w innych kilku miejscach, prawdziwe chińskie stały wazony. Mnóstwo miękkich sof i fotelów, fantastycznie rzuconych tu i ówdzie, zapełniały próżnię, a wyborny Pleyelowski fortepian dopełniał umeblowania. [Na koniec ponętna kanapka, w skos kominka ku środkowi wysunięta, i wyborne Pleyelowskie piano dopełniały umeblowania].
Co szczególnie godnym było widzenia, to przyległy salonowi gabinet turecki; wchodząc tam, mniemałbyś, żeś do namiotu Saladyna[48] zabłądził. Całe ściany, sufit i sofy dokoła okrywały draperie ze złoconej lamy; blisko ku środkowemu oknu wisiała prawdziwa arabska lampa, a w środku druga podobna, tylko nierównie większa, paryskiej roboty. Chińskie wazony również tu figurowały, a przepyszne dywany zaścielały posadzkę.
Próg łączący główny salon z gabinetem tureckim był linią demarkacyjną między Europą i Azją. Tu błyszczał zniewieściały przepych wschodni, tam jaśniała świetność cywilizacji europejskiej; sala bilardowa przepyszna, pokój jadalny i buduar, jak może być najwykwintniejszy. Z jednej strony salonu był cały szklany pokój, podobny do latarni, a na piętrze schludne i ślicznie umeblowane pokoje dla gości.
Zwiedziwszy wszystkie zakąty pałacu, poszliśmy do ogrodu z Anglikiem i p. Ignacym.
[AC, ZJ, s. 186] Gdy nam już wszystko pokazano, co warte było widzenia (stajnie, wozownie, obory, chlewy etc.), objawiliśmy z Chopinem dalszy ciąg naszego planu. Gurowski słysząc o obiedzie w Enghien, oświadczył życzenie obiadowania z nami, naznaczyliśmy zatem godzinę szóstą na wspólne zejście i wsiadłszy na koniec do kabrioletu, ruszyliśmy do Montmorency.
Jadąc przez Enghien, wskazał mi Chopin miejsce, gdzieśmy obiadować zamierzali, po czym zwrócił moją uwagę na szerokie jezioro, a nad brzegiem jego pałacyk, w którym zeszłego roku przemieszkiwał. Dostrzegłem w jego obliczu przejęcie się miłymi wspomnieniami: pewnie była to szczęśliwa w jego życiu epoka. Jadąc dalej, oglądaliśmy się na malownicze widoki już bardzo oddalonego Paryża, St.-Denis i St.-Gratien, które przybyło na tarczy naszej panoramy.
Przy wielce miłej rozmowie dojechaliśmy do Montmorency, a że miejscowość ta jest dla wielu celem przyjemnej przechadzki, więc spotykało się wciąż to konno, to pieszo sporo osób, w tej liczbie i sławnego z bogactw Anglika Hute-Boll... Na koniec wjechaliśmy na rynek miasteczka Montmorency. To nie zdawało się być odpowiednie pięknemu i szumnemu nazwisku, bo jeżeli różniło się czym od naszych miasteczek, to jedynie tym, iż w miejsce drewnianych chałup kamienne i gliniane wznosiły się domostwa. Rzeczywistą wziętość ustroniu temu nadawał obszerny i piękny park, cudne wokoło widoki i historyczna wartość miejscowości. W środku rynku stało na kształt szopy wielkie na podmurowaniu poddasze, pełne osłów i koni przygotowanych do jazdy w parku dla płci obojej.
Ruch był duży, bo niedziela, a my weszliśmy do jednej z oberży i za radą Chopina kazaliśmy sobie dać mleka, masła świeżego i chleba. Wiejskie to śniadanie nadzwyczaj nam smakowało, a że Chopin lubownik mleka, ja zaś znalazłem je dobrym, więc sielankowa biesiada powtórzyła się drugim daniem. Po mleku, maśle i chlebie zadecydował Fryderyk, by wsiąść na osły, ruszyć w las Montmorency i zwiedzić tak zwany l'Ermitage, miejsce wsławione niegdyś pobytem Russa [Rousseau] i Grétry'ego. Gdyśmy się ku temu zabierali, kobiety dostarczające osłów, przechadzając się wedle oberży, poznały Chopina przez okno. Nie znały go zapewne jako dyletantki ceniące w nim genialność, ale znały jako nie pierwszy raz od nich wynajmującego poczciwe zwierzę. Wyszliśmy wnet z oberży na przestrzeń hipodromu i kazaliśmy podać dwa okulbaczone bucefały. Ta okoliczność, przyznam się, niemało mnie kłopotała, gdyż niewprawny jeździec ze mnie: czułem, żem się mógł wystawić na jakową hecę; cofnąć się jednak nie było można.
Chopin wsiadł na osła, ja na swego i w drogę. Obu nam, bynajmniej nie przypominającym Don Kiszota i Szanszo Panszę[49], towarzyszyło dwoje dziewcząt pieszo, dwie siostry; jedna bardzo młoda, druga zupełnie dojrzała; obie, wykomenderowane dla bezpieczeństwa osłów, nieodstępnymi nam były. Młodsza szła przy moim ośle, starszą zaś, uważałem, mocno był Chopin zajęty, bez wątpienia w sposób poetyczny jedynie, gdyż wspomnienia to poezja, a jak mówił, znał ją od przeszłorocznego pobytu w Enghien... W takiej to grupie przechadzaliśmy się po lesie. Majowa zieloność drzew, borowa woń powietrza, otwarte widoki między drzewy i wąwozy, wszystko wzniecało uczucie zadowolenia. Dozorczynie osłów nie przykrzyły sobie pielgrzymki, osobliwie ta, co Chopina miała na ręce, gdyż mój pełen natchnienia poeta-kompozytor, dowcipkując z dziewczyną, ciął kalambury jak Audry, a ona mu w pogadance z przytomnością i finesem panny Déjazet[50] placu dotrzymywała. Co do mnie, lubo się odzywałem do mojej, rozpatrywanie się jednak w pięknych położeniach parku czyniło mnie roztargnionym, zwłaszcza to, iż cały byłem moim osłem zajęty.
Powabne ustronie bogate w widoki, jazda na osłach z Fryderykiem, przy tym pogoda sprzyjająca ekskursji, wszystko to było dla mnie urokiem niezwyczajnym; trzeba tylko było do uświetnienia wyprawy doczekać się sceny, której się obawiałem, a która właśnie w całym swym blasku nastąpiła, gdyśmy wracali z głębi zwierzyńca. Utrzymują filozofowie i moraliści, że przyznanie się do wszelkiej prawdy celuje szlachetny charakter; wyznaję tedy z moralną rezygnacją, że tą sceną było moje komiczne spadnięcie z osła. Prawda, iż mogłem się spodziewać tej niedoli, nie będąc od dawna przywykłym do utrzymania równowagi, jaką zachować należy, siedząc na koniu lub ośle, gdy zwierzę chimeruje, ale zbierałem dotychczas wszelką przytomność i dowcip, by się nie skompromitować. Przecież wybuchła kompromitacja, a to w ten sposób:
Była chwila, żem był mocno zajęty z moją towarzyszką, a uwaga rozdwojona, bom przysłuchiwał się zabawnej gawędce drugiej pary. Mój osioł, prosto idąc ku drzewu, nie ominął go, lecz łbem w nim utknąwszy, stanął; dziewczyna nie czekając, aż sam go skieruję, nagle szarpnęła lejcami, chcąc go na bok odwrócić, ja niespodziewanym a nagłym ruchem osła w równowadze skłócony, waham się, ratuję, szukam ekwilibrium, coraz bardziej przechylam się na tę i na ową stronę, nareszcie rozbujany na jego grzbiecie, nie mogę się oprzeć własnemu ciężarowi i spadam... Czuję, żem na ziemi, słyszę poza sobą umierającego od śmiechu Chopina, dziewczyna ani myśli mnie ratować lub przepraszać, a mój osioł prościuteńko w nogi. Podniosłem się, trzymając batog w ręku, obcieram troskliwie frak Humana; lecz osioł już daleko, jak bieży, tak bieży, oczywiście drogą ku domowi. Nie było innego sposobu, jak biec za nim i błagać okrutnego losu, aby go kto na drodze zatrzymał. Tak się też stało. Osioł przybiegł na miejsce, gdzie idące za przemysłem kobiety przechowywały wodę dla przejeżdżających. Przybiegłem i złapałem łotra swobodnie nurzającego łeb w wiadrze. Kobiety i inni obecni zrozumieli, co się święci (wniosłem to z ich lekkiego śmiechu), a ja byłem skazany znowu wleźć na grzbiet mojego niewdzięcznika.
Wtem nadjechał Chopin z dziewczętami, ruszyliśmy więc w bok drogi dla zwiedzenia l'Ermitage'u. Tam przybywszy, zsiedliśmy ze swawolników, a sami weszli do małego osztachetkowanego dziedzińczyku. Zaraz ukazało się parę kobiet, które wykomenderowały małą dziewczynę, aby nam wskazała tyle wsławione miejsce. Naprzód weszliśmy do małego pokoiku, pamiętnego tym, że Rousseau zwykł w nim pracować. Na środku stał zachowany stoliczek, na którym pisał swoją Nową Heloizę. Przy ścianie znajdował się stary, mocno popsuty fortepianik, pamiątka Grétry'ego[51], przy której ów znakomity w swojej epoce kompozytor tworzył swe dzieła. Kilka wierszyków i biustów tych dwóch wielkich ludzi ozdabiało gabinet. Z pokoiku tego było wyjście do małego ogródka, w nim zaś wznosiły się również pomniki Russa i Grétry'ego, tj. ich popiersia. Widok z ogrodu na okolicę bardzo ładny...
Tymczasem dalsza droga powoływała nas znowu wsiąść na wierzchowców. Już byliśmy na osłach i dziewczęta za nami, gdy deszcz zaczął padać; pocieszaliśmy się jednak, iż spotykaliśmy na drodze ku miastu liczne partie złożone z kobiet i mężczyzn, na koniach i osłach, również temu losowi popadłe. Pędziliśmy dzielnie, deszcz nas popędzał; Chopin naprzód, ja za nim: i kłusowałem, i galopowałem, jak wypadło, często idąc za wolą osła, częścią i zmuszając go batogiem, byle nie zostać sam.
Stanęliśmy wreszcie na rynku, wjechaliśmy pod szopę, gdzie zgromadzone konie i osły, a zsiadłszy ze swawolników, udaliśmy się do oberży, gdzieśmy z rana mleko zapijali, i kazaliśmy kabrioletowi zajechać... Omówiony termin kazał śpieszyć się do Enghien, więc pożegnawszy uprzejmie nasze przewodniczki, wsiedliśmy w kabriolet, udając się tam, gdzie nas oczekiwał obiad z przyjacielem Ignacym [Gurowskim]. Popadujący deszcz orzeźwił powietrze, zwiastując prześliczny wieczór. Te same pyszne widoki, które gdyśmy jechali do Montmorency, objawiały nam się z tyłu, teraz mieliśmy przed sobą. Byliśmy obydwaj zadowoleni z wyprawy, a śród śmiechu z mojego oślego przypadku wszczęła się pogawędka o obiedzie: Chopin utrzymywał, iż Ignacy niezawodnie pomyśli o szampanie...
Gdyśmy stanęli przed restauracją, wysiadając z kabrioletu, dostrzegłem przez okno kieliszek od szampańskiego wina dumnie się wznoszący na powierzchni nakrytego stołu: sprawdziła się więc przepowiednia Chopina...
Już było dobrze po 6, a Gurowskiego nie było widać. Nie wiedzieliśmy, jak czas zapełnić, na szczęście ujrzeliśmy, iż stał przy ścianie fortepian. Stał wprawdzie, ale zamknięty; spieszę więc do gospodyni po klucz, lecz ta zręcznie wymawia się, snadź z bojaźni, by Chopin nie popsuł instrumentu! Wtem zajechał z turkotem powóz. Wyjrzeliśmy oknem, aż pan Ignacy na koźle pompatycznie rozparty z samsonową siłą wstrzymywał dwa spienione rumaki. W powozie siedział Francuz, z postaci fashionable, krewny markiza i równie jak on legitymista. Zeskoczył zaraz jeden z kozła, drugi z kocza i chyżo do nas przybiegli. Kazali podawać... hasło, które nam dwom bardzo było na rękę. Lecz Ignacy wysforował się z propozycją, abym wsiadł z Francuzem do powozu, a on na swój kozioł i [aby] zanim podadzą zupę, pojechać na krótką chwilę do pałacyku, położonego nad jeziorem, dla obaczenia się z wyżej wspomnianym Anglikiem Hute-Boll, tamże zamieszkałym. Stało się, jak życzył, pojechaliśmy nad owo jezioro, Ignacy wysiadł, a nam dał konie do trzymania. Długośmy na trzpiota czekali, bo Anglik, pod ten czas z żoną i kilkoma innymi żeglując po jeziorze, potrzebował czasu, by przybić do brzegu dla rozmówienia się z Gurowskim. Myślałem, iż się na tym skończy, lecz nie: Ignacemu takoż zachciało się zrobić kurs po jeziorze, puścił się z Anglikiem, a my z Francuzem, na serio zniecierpliwieni, oburzaliśmy się tymczasem...
Za upragnionym na koniec powrotem nic już nam nie stanęło w drodze ku wygodnemu rozgoszczeniu się przy stole. Jedzenia było mnóstwo i w wykwintnym rodzaju, wina zaś zbyt wiele. Przyznam się, że po strudzeniu i przygodach w Montmorency miałem olbrzymi apetyt, a przecież wystarczyć wszystkiemu nie mogłem. Bordeaux piłem mało, i to na wpół z wodą z początku, ale szampana dużo... Co mi także przyjemną sprawiło niespodziankę, to butelka rüdesheimera... Tak używając bachanalii w dobranym kwartecie, na swobodnym odosobnieniu, dalekim od wrzasku stolicy, w ustroniu malowniczym, mając przed oknem jezioro - mieszkanie Ondyn[52] - a za progiem drzwi usłużne córy gosposi, do tego w perspektywie okazały wieczór, łatwo odgadnąć, że byliśmy ożywieni humorem. Gawędka w swym ogniu szła przyspieszalnym ruchem, w miarę jak kieliszki wypróżniane były... Lecz wielki był już czas ruszyć do St.-Gratien.
Po dobrym obiedzie jakże miło rozeprzeć się w wygodnym pojeździe! Użyliśmy też przejażdżki co się nazywa, bo Ignacy, zaczmyrzywszy sobie głowę, cudów na swym koźle dokazywał. Całą ogromną drogę od Enghien do St.-Gratien przebyliśmy cwałem prawie w minut parę. Ludzie stawali po drodze, tyle dziwnym był pęd naszego ekwipażu. Pędem błyskawicy stanąwszy w St.-Gratien, udaliśmy się zaraz na pierwsze piętro do przeznaczonego dla nas pokoju dla uskutecznienia przeglądu tualety...
Markiz uważał przybycie nasze za spóźnione: po dwakroć przysyłał dowiadywać się, czyśmy już gotowi... Zeszliśmy wreszcie do salonu, gdzie już zastaliśmy towarzystwo zupełnie zebrane.
Nie było wiele osób, ale za to, jak mówią, la cr?me de la société parisienne[53]. Osoby, które mnie szczególnie zajęły, były: księżna N., pani Zofia Gay, owa dama, którąśmy z rana zastali, i pani Merlin, z domu Santa Cruz[54], kobieta nadzwyczaj miła, przodkująca wyższemu towarzystwu paryskiemu. Dalej: Berlioz z żoną[55], Duprez[56], także z żoną, wicehrabia d'Arlincourt[57], autor Samotnika, i jakiś stary literat, na koniec Anglik domowy i jakiś zaproszony do towarzystwa na fortepianie Dupremu [Duprezowi], i nas czterech. Oczekiwano państwa Wiktorów Hugo, ale nie przybyli. Uradowało się towarzystwo, gdy ujrzało Chopina. Po czci, którą mu po serdecznym powitaniu oddawano, widziałem, że był ich bożyszczem, był zepsutym dzieckiem; w nim zaś odkryłem talent zjednywania dla siebie uwielbień i dostrzegłem umiejętność zręcznego odpowiadania uczuciom.
Wieczór ten miał być muzykalnym, a Chopin, jak to się widzieć dało, pierwszą jego sprężyną. Wszystkich też oczy, tak gości, jak i gospodarza, na niego były zwrócone, dlatego zarówno on, jak i my z nim - lubo mniej na siebie zwracający uwagi - kłopotaliśmy się, pamiętni na odbyty kawalerski obiad, czy z oblicza naszego lub ruchu nie wyczyta arystokracja z St.-Gratien śladów porządnej dozy wychylonego bordeaux, rüdesheimera i szampana... Ale na szczęście, prócz Francuza, który miał minę podchmielonego, my trzej zdołaliśmy najmniejszej nie dać w tej mierze poszlaki.
Po pierwszych powitaniach i niejakich rozmowach zbliżył się markiz do Duprego [Dupreza] i jego żony z prośbą, by rozpoczęli koncert. Stanęli przy fortepianie i odśpiewali duet z wielką mocą i stylem. Była to kompozycja Donizettiego z Parisiny. Potem śpiewał Duprez z panią Merlin duet Belliniego. Po nich pani Duprez wykonała arię. Tenorzysta - bohater Wielkiej Opery Francuskiej - wykonaniem utworów włoskich przekonywał o kształceniu się w szkole rozkosznego półwyspu, a pani Merlin okazała w tak wysokim stopniu talent śpiewania, że można ją było uważać [wziąć] za artystkę.
Po wokaliach zaprosił markiz Chopina. Nie potrzebuję wznawiać skreślenia wrażeń, którymi on sycił słuchaczy. Grał zaś nową swą podówczas Etiudę As-dur, początek drugiej Ballady i Etiudę f-moll. W powszechnym zachwyceniu rozsiadłe po różnych kątach salonu towarzystwo jednomyślnie zażądało słyszeć mazurka. Natychmiast uczęstował ich Chopin jedną ze swych narodowo-sielskich poezji, potem zaś jak wieszcz natchniony zabrzmiał jakąś pieśnią wojenną. Była to improwizacja. Cudna tej pieśni melodia i ognisty odcień, z jakim ją wykonał, zelektryzowały legitymistyczne dusze, zasypiające nieledwie pod brzmieniem tęsknych uczuć, które mazurek opiewał. Gdy skończył i wstał od fortepianu, wszystko podniosło się z miejsc i okoliło triumfującego wirtuoza, a ponieważ wszystko musiało w ich wyznaniu legitymistycznym mieć swoje pochodzenie, więc skwapliwie się dopytywali, co by to była za pieśń. Chopin - świadomy ich ducha - wręcz zaimprowizował i zapewnił, że to dawna pieśń pułku ułanów. Damy, które go otoczyły, żarliwie nalegały, aby ją ułożył na głosy, i oświadczyły chęć śpiewania w chórze. Chopin przyrzekł im to najsolenniej, a obróciwszy się do mnie, rzekł: "Jutro już o tym zapomną". W tym znalezieniu się Chopina widoczną [rzeczą] była dokładna znajomość salonowego życia społeczeństw paryskich. Po tej scenie przeniosło się niebawem zgromadzenie do jadalnego pokoju, by uczynić też coś i dla żołądka. Wieczerza była sutą, a dobry apetyt ogółu jeszcze jawniej niż w salonie amalganizował zrównanie stanów składających towarzystwo.
Po kolacji kilka osób opuściło wieczór, ci zaś, co pozostali, błagali panią Merlin, aby dała słyszeć tyle czarujące narodowe hiszpańskie śpiewy. Dama ta, pełna powabu obok odznaczającej się powagi, uprzejmie i z łatwością przystąpiła do ich wykonania, prosząc Chopina, aby jej akompaniował z pamięci. W rzeczy samej melodie, które dała słyszeć, posiadały zachwycające piętno piosenek hiszpańskich, a wykonanie przez nią... czarowało nas wszystkich i sama w coraz większy zapał wpadała. Rozogniona Kreolka, w zapędzie rodzinnego uczucia, zapomniała nawet zimnych odcieni salonowych. Podano jej kastaniety, a tak klekocząc, zakończała każdą zwrotkę gestem, jakimi się lubieżne tańce hiszpańskie odznaczają...
Gdy pienia hiszpańskie zamilkły, głośne, nie ze zmyślnego uniesienia wynikłe oklaski okryły zwycięską panią Merlin, wszystko rzuciło się do niej z hołdem uwielbienia... Lecz nie tu koniec. Markiz z udziałem zebranych gości prosił Chopina, by odpowiedział na temata hiszpańskie, nieprzebrzmiałe jeszcze w słuchu. Cudowna improwizacja genialnego artysty była tedy ostatnim ogniwem tej kosztownej, z muzycznych talentów misternie pospajanej kolii.
Było już po północy, gdy ostatni Chopinowy ton mistycznie trącony zamarł w powietrzu. Zabrano się do odjazdu. Pani Merlin, pani Gay i pan d'Arlincourt wsiedli do powozu i odjechali, za nimi drudzy, a co do nas, to markiz domagał się usilnie, abyśmy dla spóźnionej pory na nocleg pozostali. Lecz Chopin nie przyjął zaproszenia, tłumacząc się lekcją, która go nazajutrz rano do miasta powoływała, pożegnaliśmy się zatem z gospodarzem, Anglikiem i Ignacym i opuściliśmy St.-Gratien...
Powrót do Paryża mieliśmy nader miły. Po deszczu powietrze było woniejące, noc cicha, gwiazdy jak w Hugonotach, nie zimno, słowem - rajska przejażdżka. Wjechaliśmy w miasto, do Tivoli za późno, Paryż jak wymarły. Chopin wysiadł do siebie przy ulicy Mont Blanc, a ja tymże kabrioletem przez bulwary na Lepeletier...
Obydwóch dni przed moim wyjazdem miałem przyjemność obiadować z Chopinem. Pierwszego dnia z tych, około południa, odwiedziłem go z przyjacielem Münchheimerem[58]. Zastaliśmy wirtuoza przy lekcji udzielanej młodemu Niemcowi, Gutmannowi[59], najlepszemu [...], według jego mniemania, uczniowi. Gdyśmy przybyli, a po chwili i Edward Wolff nadszedł, popisywał się Chopin ze swoim uczniem przed nami i kazał mu grać kilka swoich etiud, dalej Fantazję Hummla oraz parę rzeczy Liszta, jako to: fantazję z Żydówki i z arii Paciniego. Wszystko wykonane było z wielką biegłością, a w tej przedstawiał się dobrze przez Chopina uporządkowany mechanizm, lecz ani jednego promyka z iskry geniuszu Mentora nie mogliśmy dostrzec... Po Gutmanna popisie zaprosił nas Chopin na obiad na godzinę szóstą, wszakże nimeśmy się oddalili, raczył nas karmić swoim talentem, grał ciągle rozmaite swe dzieła...
Gdy godzina szósta nadeszła, stawiliśmy się powtórnie u Chopina: ten zabrał nas do kawiarni narożnej bulwarów i ulicy Montmartre i tam to w antresolowym apartamencie zasiedliśmy do obiadu. Przy gawędce, winie i dobrym jedzeniu zszedł nam czas mile. Po obiedzie zabrał nas Chopin do siebie i do północy, trwając w dobrym humorze, to wygrywał nam na fortepianie, to nie szczędząc wrodzonego dowcipu, różne swoje farsy do gawęd wprowadzał. Miał jechać gdzieś na wieczór, lecz gdzież tam: nadszedł hałaśliwy Ignacy [Gurowski], gawędy przybrały znaczniejszy charakter, a śród rozpraw rozpoczęła się sprzeczka między nim a nami o Londyn i Paryż, co trwało więcej półtorej godziny. Druga już była po północy, kiedy Ignacy, skutkiem zamierzonego planu, wziął Chopina do kabrioletu i dalej z nim na wieś do St.-Gratien, ja zaś, z Wolffem i Münchheimerem, udaliśmy się do domu...
[Następnego dnia], kiedy zegary godzinę szóstą wskazywały, ja, Chopin i jeden z jego przyjaciół [Matuszyński] przybyliśmy na ulicę Montorgueuil, sławną z nieprzeliczonej liczby jadalń oraz z najświetniejszych w stolicy składów ryb. Tam znajdowała się od dawna słynna restauracja pierwszego rzędu pod nazwą "Rocher de Cancal"... Na wstępie, jak zwykle, ukazało się nam parę egzemplarzy płci pięknej, siedzącej za strojnym bufetem na wyniosłych fotelach, ale nie tylko tu gastronomiczne ponęty zatrzymują smakoszów: wchodzi się na piętro, a na schodach, tuż z tej sali na górze wiodących, spotyka się poczty garsonów, z których najbliżej stojący, uważając, ile razem osób składają ci, co przybywają, głośno drugim oznajmiają, by dla takowej liczby stosowny gabinet otworzono. Mieliśmy zatem gabinet na trzech. W nim nader wygodnie mogliśmy się rozgościć. Na stole w pośrodku stojącym leżała książka ze spisem potraw, ćwiartka czystego papieru, atrament i pióro. Powabne, jednotomikowe, ale zupełne dziełko, bo zawierające wszystko, co tylko Paryż dla smakoszów najwykwintniejszego dostarczyć może, stało się natychmiast pastwą naszego przeglądu i przedmiotem narad. Z tym wszystkim dało się uchwałę absolutnemu rozporządzeniu Chopina. Ten wypisał, czym miano nam służyć, a oczekujący zlecenia garson [kelner] wnet otrzymał rozporządzenie piśmienne. Wkrótce usłużono... Zaczęliśmy od ostryg - wyborne! Następująca zupa, purée de gibier[60], wyśmienita! Z kolei podano matlota[61]. Danie to, wyrównywające samej ambrozji, doskonałym sporządzeniem i wykwintnym smakiem zdawało się z całą dumą chcieć nam przypominać, iż w "Rocher de Cancal" obiadujemy. Zastawiono [zamówiono] potem szparagi - nie do wychwalenia. Później inne przysmaki, a przedziwny szampan szumnie wszystkiemu towarzyszył.
Z cygarami w ustach udaliśmy się do Tortoniego na kawę. Tam rozmawiając o artystycznych w ciągu mego pobytu zdarzeniach, gdy przyszło do kwestii mego odjazdu, nie chciał Chopin przyjąć ostatniego pożegnania i umówiliśmy się widzieć nazajutrz...
[Tuż przed odjazdem] przybywszy do Fryderyka, zastałem go, jak już nieraz, przy dawaniu lekcji. Chciałem tylko jednej chwili od niego, ale mnie na dłużej zatrzymał. Dał mi zlecenie do rodziców swoich i rodziny, przy tym zobowiązał o ukłony niektórym artystycznym znakomitościom w Warszawie... Miałem się oddalić, lecz zabrał mnie w kabriolet, w ostatniej godzinie jedną jeszcze znajomością zrobić mi chcąc niespodziankę. Zawiózł mnie do pracowni pierwszego w Paryżu malarza morskich wyłącznie widoków, pana Gudin[a][62]. Niepomału uderzony byłem talentem tego artysty, jako też godnością i przyjemnością jego osoby. Pan Gudin nagromadzonymi w swoim atelier dziełami porywał za pierwszym na nie wejrzeniem, a ucywilizowanie miłym obejściem słodko uspokajał podniecone wrażenia duszy. Oprowadzając wzrok nasz po pięknych swych pracach, głównie zatrzymał go na ostatniej, co dopiero ukończonej robocie, zamówionej przez hrabiego Demidowa. Dzieło to dwa razy było zrobione, a każde z niejaką odmianą w pomyśle. Dopytywał się o zdanie... Po ścisłym rozbiorze przyznaliśmy pierwszeństwo jednemu, jako posiadającemu więcej mocy w pomyśle i efektu. Obraz przedstawiał chwilę po burzy na morzu. Na przestworze wszystko chłonącego żywiołu nie ukazywało się nic więcej, jak tylko jedna ofiara z rozbitego okrętu. Śród łona bałwanów morskich płynął człowiek utrzymujący się jedynie na kawałku zdruzgotanego masztu: był sam jeden, jakby oderwany od wszystkiego, co się światem i życiem zowie, w walce ze śmiercią, wątle zawieszony nad bezdenną otchłanią grobu; tylko mu czarna noc dotrzymywała placu i daleki księżyc obojętnie przyświecał... Silnego efektu dzieło zatrzymywało nas dość długo przy sobie; pozostałbym i dłużej, ale tym razem byłem niewolnikiem czasu. Opuściliśmy więc pracownię pana Gudin[a]... Ostatnim widmem, co go fala czasu porywczym prądem do nielitościwej gnała topieli, było ostatnie widzenie się z Fryderykiem, ostatnia zamiana wyrazów życzeń i przyjaźni, i ostatnie z nim pożegnanie.
Źródło pierwotne (zaginione): Józef Brzowski, Dziennik (1836-1838) i Pamiętnik (1852).
Kompilacja cytowanych tekstów pochodzi z następujących źródeł drukowanych:
- "Biblioteka Warszawska" 1850, t. 4 [BW].
- "Kronika Rodzinna" 1871, nry 17-20, 22-23 [KR].
- "Kurier Warszawski" 1899, nr 293, nr 295 [KW].
- "Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne" 1900, nry 13, 15, 16, 20 [EM].
- "Muzyka" 1950, nr 6 [to].
- Adam Czartkowski, Zofia Jeżewska, Fryderyk Chopin, wyd. VII, Warszawa 2013, rozdział: Z dziennika Józefa Brzowskiego [ac, zj].
Skąpy czas, przecinając nić Szopenowego żywota, a spychając z nim razem geniusz jego do grobu, więcej niż srogości dokonał: wytrącił on epoce czarę, co łaknącym niosła rozkoszy napoje, zatopił w otchłań nieprzebrany skarb idei kunsztu, zdruzgotał czarowne szkło, w którym w całej jawności przeglądały się uczucia i myśli wszystkich; na koniec wieczną, bo śmiertelną, zaparł tamę potężnemu odkrywcy tajemnic harmonii, jakby chciał wyrzec: "Stój natchnienie! Dosyć twej poezji na ukołysanie twych miłośników, dosyć już prawd sztuki na uszlachetnienie ducha jej wyzwoleńców!". I stało się! Znikł Szopen, a łzy po nim gorzkie są i potrójne, bo łzy rodziny, łzy muzykalnego świata i łzy każdego artysty.
Znajdzie się niebawem jeden z tych ostatnich, tam, gdzieś Szopenie kości swoje złożył, co obliczy potęgę geniuszu twego, co skreśli mistrzowskim piórem dziwy natchnień twoich. Lecz pozwól, szanowny Cieniu, i na nieudolne słowo jednego z tych, którzy w rodzinnym kraju, gdyś jeszcze w nim gościł, podzielali wiek twój młodości; jednego z tych, co cię poszli szukać na Galijskiej ziemi, dla odnowienia sobie uroku talentu twego, a po rozstaniu się z tobą żywili duszę karmą wspomnień przywiezionych od ciebie, a które starczą do kresu życia; na koniec, jednego z tych, co ich łzy nigdy nie zatoną w głębi Letejskiej, nie wsiąkną w grób zapomnienia.
Fryderyk Franciszek Szopen, urodzony w naszym kraju roku 1810, od lat najwcześniejszych szczególny okazywał pociąg do sztuki muzycznej, a światli rodzice jego rozwijali w nim popęd, mający stawić go na szczycie chlubnego zawodu. Młodzieniec też od dnia do dnia odnosił świetniejsze jedne od drugich nad trudnościami sztuki zwycięstwa i miał ledwie lat kilkanaście, kiedy stał się uśmiechającą nadzieją rodziny, pełną blasku, choć młodą gwiazdą w kole artystów, kometowym zjawieniem dla sztuki i zakładem zaszczytu dla kraju.
Pomyliłby się ten, co by Szopena czynił czyimkolwiek dłużnikiem; on, jak wszelkie geniusze, winien wszystko Opatrzności. Chcieć wmówić, że się przyczyniło do potęgi geniusza, jest tak śmieszne, jak przyznawać sobie geniusz dlatego, że się pobierało naukę u genialnego.
Młody zatem Szopen był samotwórcą. Prawdziwy jednak geniusz nie jest tak nigdy upornym, by odpychał wzory arcydzieł, uciekał przed wrażeniami szczytności mistrzów i nie przyswajał sobie prawd sztuki raz przez nich docieczonych. Otóż to jest szkoła, jeżeli geniusz szkoły potrzebuje; dlatego Szopen odbył ją i pojął z najsubtelniejszą przenikliwością, a tą szkołą było dwóch ówczesnych mistrzów, którzy go natchnęli i których piętna, chociaż na tle zupełnej oryginalności Szopena i na niezmierzonej przestrzeni wyobraźni jego, wyższy znawca dostrzeże. Mistrzami tymi byli Hummel i Paganini.
Świadkiem byłem wrażeń, jakie ci dwaj mistrzowie na młodzieńcu czynili. Jeden czarował go bogactwem harmonii i dzielną improwizacją zachwycał; drugi niebiańską melodią i jej wytwornymi ozdoby w sferę złudzeń porywał; a wiedział młody artysta, jak przyswoić sobie dwie wielkości, jak je pobratać z własnym natchnieniem, jak nimi do szczytności swoją wielkość wynieść, i tak stał się olbrzymem.
Lecz mimo to nie powiedział sobie, jak to pospolicie czyni większość młodych artystów, iż będzie Hummlem lub Paganinim, bo znał całą niskość tych, co nie mają swej indywidualności; dla dosięgnięcia cudzej wielkości nie zaparł się własnej; swoją zmierzył z tamtymi, uwierzył w nią, chciał być Szopenem i Szopenem został, a został zarazem wzorem dla innych, jak czerpiąc w skarbcu sztuki korzyści dla siebie, trzeba stać się samym sobą.
Samodzielnym będąc, Szopen do końca nim pozostał; ani go pedantyzm niemiecki nie zesztywnił, ani słodycz włoskiej melodii nie zniewieściła, ani go lekkość francuskiej muzyki do czczości nie zniżyła. Ten sam typ talentu, który kiedyś w pożegnalnych jego koncertach warszawian czarował, później Paryż zachwycał, stał nieprzenikniony jak bazaltu skała; różne szkoły i typy rozbijały się o niego i nie odstąpił mistrza aż do grobu.
Typ ten niezachwiany talentu Chopina, ile wzniosły, cudowny, na głębię uczuć działający, tyle nie wątły, nie przechodni, nie zużyty, a[le] nieśmiertelny, bo w jego utworach myśl mieszka, a myśl nie przestanie być myślą.
Skoro z pianistów on jeden myślą nas darzył, on jeden tylko z nich był poetą. Stąd nie dziwmy się, iż kompozycje Szopena nie zostały dotąd w naszym przynajmniej kraju popularnymi; wszakże poezja jest wzniosłością, a wzniosłość dlatego jest wzniosłą, że się wznosi nad wszystko inne; jakże ogół ma czuć to, co nie mieszka w jego kole, tylko wzniosło się wyżej? Do pojęcia takiej wyższości trzeba być wybranym; otóż powód, dlaczego ogół go nie pojmuje. Przecież tak dobrze trzymam o ogóle, że nie zaprzeczałbym mu zamiłowania do dzieł Szopena, gdyby tylko mógł się z nimi zapoznać; do zapoznania środek niełatwy; trzeba by samego Szopena dać słyszeć ogółowi lub wykonującym jego dzieła być usposobionymi do trafnego oddania jego myśli. Niestety, do ostatniego potrzebne czucie równe Szopinowemu, a więcej jeszcze wiedzą sposobu traktowania gry według niego. Bez tego, choć wielu wykonywa twory Szopina, przedstawiają tylko parodię, odstręczają słuchaczy od jego arcydzieł i na karb trudności zwalają niechęć pracowania nad nimi.
Trudność przecież nie leży w samym ich mechanizmie; bo nieraz słyszymy dzielne pokonanie trudności Heksameronu, tej mieszaniny z sześciu odrębnych przypraw, genialnie przez Liszta sporządzonej, to odgrzaną i przeniesioną z wielkiej orkiestry na jedno piano uwerturę Webera, przez Henselta, to znów zręcznie wybębniony chór Bardów przez Thalberga; a usłyszeć nie możemy jednego Andante z koncertu Szopina, żeby nie było w karykaturę obrócone! Trudność zatem spoczywa w dosięgnięciu szczytności, jaką dzieła Szopina tchną. Stąd one będą zawsze kamieniem probierczym talentów wykonawczych; kto im nie podoła, palcową tylko udolność wykazać może, a taka wyłącznie nie czyni jeszcze znakomitości. Szopin z tej także przyczyny nie zajmie ogółu, iż własne myśli przedstawia: pianiści zaś, co piszą swe fantazje na tematy ze znanych oper, pomi[mo]wolnie muszą być popularnymi, bo choć często niezgrabne ich twory, słuchacz prędko je zrozumie i rad słyszeć piękną a znaną melodię.
Tak usposobiony Szopin, wśród Paryża, w sprawiedliwym poważaniu u artystów, wielbiony przez znamienitsze umysły, czczony od ludzi z wyższym ukształceniem i smakiem, był przez lat dwadzieścia rozkoszą najpierwszych salonów; porywany, pieszczony, hołdami obsypywany, poił niezrównanym wdziękiem swego piana [fortepianu] niejedno pełne inteligencji zebranie, a nawykły do wyższych towarzystw, zalecał się wytwornym wykształceniem, miłym humorem, nie mniej wysokim dowcipem. Znał też dobrze kaprysy społeczeństwa, w którym przebywał i umiał z nim zręcznie wychodzić.
Nie zapomnę zdarzenia, gdy raz w mej obecności improwizował wysokiemu zebraniu dyletantów. Natchnienie powiodło go do zaimprowizowania jakiejś cudownej melodii: wszyscy osłupieli; gdy skończył, podnieśli się z miejsc i okolili tryumfującego wirtuoza, a ponieważ musiało wszystko w ich wyznaniu legitymicznym mieć swoje pochodzenie, skwapliwie dopytywali się, co by to była za pieśń? Szopen, świadomy ich ducha, wręcz zapewnił, że to pieśń ludowa z jego ziemi rodzinnej. Damy, które go otaczały, żarliwie nalegały, aby ją ułożył na głosy i oświadczyły chęć zaśpiewania w chórze. Najsolenniej przyrzekł im wirtuoz, a obróciwszy się do mnie, rzekł z uśmiechem: "Jutro już o tym zapomną!". W tym znalezieniu się widoczną była dokładna znajomość salonowego życia towarzystw paryskich.
Szopen, wśród zawodu swego tak świetnie wiedzionego, nie lubił prawie koncertów; nieraz go znaglano, aby dał się słyszeć publicznie; niechętny temu, zawsze odmawiał. Nie wiadomo, czy oszczędzać chciał siły swoje fizyczne, słabsze, niestety, od innych wirtuozów, czyli znając wzniosłość dzieł swoich oraz ich oryginalność, nie życzył je na publiczną oddawać wystawę, w przekonaniu, iż aby taka wystawa uwieńczyła przedsiębiorcę pomyślnym owocem, zawsze jej program zatrącać musi nakręconą spekulacją.
Grał jednak niekiedy publicznie, a wybrane jego audytorium zapominało wówczas o głośnej koncertowej sławie Lisztów i Thalbergów i przekonywało się, że geniusz Szopena bez zaprzeczania pobudką był w rozwinięciu ich talentów. Szczególniej Liszt, rozmiłowany w Szopenie, przyjaciel jego niezmienny, w czasie pobytu swego w Paryżu ulegający nawet w potocznym życiu przewadze moralnej Szopena, winien mu ogrom całego ducha tak silnie rozwiniętego w swoim talencie, bo wiadomo, iż iskrę Lisztowego geniuszu, tlejącą tylko kiedyś jako w młodocianym jestestwie, Szopen dopiero boskim swym ogniem w gotujący płomień rozniecił.
Szopenie! Gdyś nas wyprzedził i dalszą wędrówkę wskazaną ci przez Twórcę rozpoczął, czymże ci słowo moje jeszcze zabrzmieć podoła?
Oto tym niezmyślonym uniesieniem nad tobą, żeś ty był jednym ze skąpej liczby geniuszów, co w olbrzymim polocie dosięgły szczytu sztuki; co niepojętym od niebios darem podołałeś każdym dotknięciem zimnej kości wywołane przez ciebie brzmienie z piana [fortepianu] rozpromienić życiem, a twory twe, tchnące wygórowaną poezją, upajają natłokiem uczuć i przez zmysł słuchu do rdzeni czucia się wdzierają!
Zagasła gwiazdo Paryża! Jakże pięknie na jego świeciłaś horyzoncie, a promienie twe jakże daleko i wszechstronnie strzelały! Tak gorejąc ogniem geniuszu, a blaskiem sławy przyświecając, nie zapomniałeś jednak Szopenie ani na chwilę, gdzieś pierwszym światłem zaiskrzył; nie przepomniałeś, żeś najprzód nam świecił, boś między nami życie zaczerpnął.
Cieniu nam drogi! Wybacz uniesieniom, bo uniesienia są objawem czynnej i biernej siły poezji, a ty sam sprawcą uniesień, boś podniecił darem swym najpoetyczniejsze wzruszenia.
Wzruszenia te nie są mym tylko udziałem; są one udziałem wszystkich, co cię pojęli, ukochali i wielbią; a boska sztuka muzyki, w całej swojej przestrzeni, rada by ci w hołdzie, kolosalną jak ten świat orkiestrą, pieśń cześci [czci] i żalu zanucić!
Źródło: Józef Brzowski, Fryderyk Szopen, "Gazeta Warszawska", 14 XI 1849, nr 302, s. 3-4 (artykuł pośmiertny).
Komentarz
Józef Brzowski (1805-1888) - polski kompozytor, pedagog, dyrygent, wiolonczelista i publicysta muzyczny. Wrażenia ze swej prawie dwuletniej podróży zagranicznej (1836-1837) spisał w dzienniku, który następnie w 1852 r. przerobił i opracował z myślą o wydaniu ich drukiem jako Wrażenia artystyczne z podróży po Niemczech i Francji. Obydwa oryginalne rękopisy (dziennik i opracowanie) zaginęły wraz ze zbiorami Aleksandra Polińskiego, jednak ich różne fragmenty były wcześniej kilkakrotnie publikowane, przy czym mają niejednakową objętość, treść i formę - trudno ocenić, które są bliższe pierwowzoru. Za życia Brzowskiego wydano bowiem trzy wersje jego dziennika (1850, 1871, 1886); nie tylko wybrano do nich różne fragmenty, ale i dokonano rozmaitej redakcji poszczególnych akapitów, co - jak można przypuszczać - odbyło się za wiedzą autora. Późniejsze publikacje również różniły się wyborem fragmentów; najpełniejszym tekstem pozostaje "Kronika Rodzinna" z 1871 r., z której zaczerpnęliśmy passusy uzupełniające narrację najwcześniejszej (także tutaj użytej) wersji z "Biblioteki Warszawskiej" (1850). Trzecim źródłem uzupełnień jest "Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne", w którym Ferdynand Hoesick zamieścił odmienioną redakcyjnie i objętościowo wersję tekstu. Kolejnej publikacji części tekstów Brzowskiego dokonał Aleksander Poliński w "Kurierze Warszawskim" (1899) z okazji 50. rocznicy śmierci Chopina. Wreszcie Tadeusz Ochlewski zamieścił niektóre, lecz nieco odmiennie brzmiące fragmenty w "Muzyce" (1950). Sytuacja ta nie pozwala obecnie jednoznacznie określić, z której wersji (z dziennika czy pamiętnika) pochodzą cytowane ustępy oraz jak mają się one do ich pierwotnej redakcji.
Ogólnie wspomnienia Brzowskiego zawierają wiele interesujących opisów życia muzycznego, ludzi i miast, które zwiedził w czasie swej podróży. Niniejszy tekst jest także - z konieczności - wyborem autorskim, przy czym kluczem było przede wszystkim wybranie takich fragmentów, które w szerokim stopniu dotyczą Chopina i jego najbliższego paryskiego otoczenia. Drugim kluczem była troska o płynność narracji. W nawiasach kwadratowych zamieszczono wstawki, pochodzące z innej wersji tekstu, które - zdaniem autora - inaczej lub lepiej oddają opis danej sytuacji.
W trzy tygodnie po zgonie Chopina Józef Brzowski opublikował w prasie warszawskiej artykuł-nekrolog (zamieszczony powyżej), oparty na własnej wiedzy, zdobytej podczas opisanych w pamiętniku podróży i licznych spotkaniach z Chopinem.
Urodzony w Warszawie, Józef Brzowski tu pobierał nauki w Liceum i szkołach pijarskich. Przez małżeństwo swej siostry Zofii z Karolem Kurpińskim związał się z nim także zawodowo - u niego poznał zasady harmonii i zdobył podstawowe wiadomości muzyczne. Następnie studiował w Konserwatorium, m.in. grę na wiolonczeli. Grywał na tym instrumencie w operach Rossiniego, wystawianych przez Kurpińskiego, a następnie na krótko objął posadę dyrygenta orkiestry w balecie. Po ukończeniu studiów kompozytorskich napisał w 1832 r. operę Hrabia Weseliński z librettem Ludwika Adama Dmuszewskiego, wystawioną z powodzeniem w końcu 1833 r. W roku 1837 wybrał się w dłuższą podróż artystyczną po Niemczech i Francji, gdzie poznał wielu ówczesnych mistrzów muzyki. Wrażenia z tej podróży spisał w cytowanym Dzienniku. Zajmował się także piśmiennictwem muzycznym: publikował artykuły w "Świecie Dramatycznym" i "Przeglądzie Naukowym". W roku 1843 jeździł do Poznania, Wrocławia, Salzbrunnu, Cieplic i Drezna w towarzystwie swej utalentowanej muzycznie córki Jadwigi, późniejszej profesorki muzyki "w słynnym żeńskim instytucie" w Stanach Zjednoczonych (poślubiła tam w Nowym Orleanie francuskiego konsula generalnego, hrabiego de Méjana, by następnie osiedlić się w Brukseli). Po utworzeniu Instytutu Muzycznego w Warszawie w 1861 r. Brzowski został powołany na stanowisko inspektora tej uczelni oraz profesora klasy fortepianu dla śpiewaków. Komponował dużo, wiele jego utworów spotkało się z międzynarodowym uznaniem, szczególnie w Belgii, gdzie za zasługi został uhonorowany licznymi zaszczytami. Jednym z większych jego dzieł była opera pt. Ruvaert, regent Flandrii, czyli piwowar z Gandawy. Jego msze były wykonywane w różnych miastach Belgii i Francji oraz w warszawskiej katedrze św. Jana. Skomponował ponadto utwory na fortepian i orkiestrę, a także arię dla słynnego śpiewaka, Rubiniego. Zmarł w Warszawie w 1888 r.
Bibliografia
- Józef Brzowski, Fryderyk Szopen, "Gazeta Warszawska", 14 XI 1849, nr 302.
- Józef Brzowski, Ustęp z wrażeń artystycznej podróży, "Biblioteka Warszawska" 1850, t. 4.
- Józef Brzowski, Wyjątki z podróży artystycznej do Niemiec i Francji odbytej w 1837 roku przez J. Brzowskiego, "Kronika Rodzinna" 1871, nry 17-20, 22-23.
- Brzowski Józef, "Kronika Rodzinna" 1886, nr 18.
- Tadeusz Ochlewski, Ze wspomnień J. Brzowskiego o Chopinie, "Muzyka" 1950, nr 6.
- Aleksander Poliński, O Fryderyku Chopinie, "Kurier Warszawski" 1899, nr 29.
- Ferdynand Hoesick, Preludya o Chopinie, rozdz. IV: Chopiniana w zbiorach Al. Polińskiego, "Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne" 1900.
- Ferdynand Hoesick, Słowacki i Chopin, t. 1-2, Warszawa 1932.
- Marie-Paule Rambeau, Ewa Talma-Davous, Józef Brzowski: un musicien polonais dans le Paris musical de la Monarchie de Juillet, w: Chopin e il suono di Pleyel, red. Florence Gétreau, Briosco 2010.
- Tadeusz Ochlewski, [hasło:] Brzowski, Józef, w: Polski słownik biograficzny, t. 3, Kraków 1937.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki