Wspomnienia o Chopinie - Piotr Mysłakowski

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jó­zef Brzow­ski

pol­ski kom­po­zy­tor, pe­da­gog, dy­ry­gent, wio­lon­cze­li­sta i pu­bli­cy­sta mu­zyczny

.

[KR 1871, nr 18] Pa­ryż był wtedy ser­cem Fran­cji, a na­wet mniej wię­cej ser­cem Eu­ropy. W nim zna­leźć można było wszyst­kie spo­łe­czeń­stwa, a wszel­kie pulsa po­ru­sza­jące bieg ży­cia biły wska­za­nym przez niego try­bem. Cała Eu­ropa była tylko echem ży­cia, zwy­cza­jów, mody i wy­na­laz­ków, praw, zgro­ma­dzeń spo­łe­czeń­skich, uczt i ba­lów Pa­ryża. [...].

Mia­łem spo­sob­ność nie­raz przyj­rzeć się temu w go­ścin­nym pa­łacu am­ba­sa­dora hr. Ap­po­nyi[ego][9], w sa­lo­nach mar­kiza de Cu­stine['a][10], pana de Trémont[a], wresz­cie Cho­pina, La­fonta i in­nych.

Pod­czas po­bytu mego w Pa­ryżu zaj­mu­jące, a ści­śle zwią­zane przy­jaź­nią koło to­wa­rzy­skie two­rzyli: Liszt, Cho­pin, mówca Ber­ryer[11], pani Geo­rge Sand, hra­bina d'Ago­ult (pi­sząca pod pseu­do­ni­mem Da­niela Stern[a][12]), mar­kiz Cu­stine, hra­bina Mer­lin (au­torka wspo­mnień z Ha­wany)[13], sławny śpie­wak No­ur­rit[14] i ro­man­so­pi­sarz Eu­ge­niusz Sue[15]. [...]

We­dług po­rady jed­nego z to­wa­rzy­szy po­dróży nie przy­ją­łem usługi na­tręt­nych fak­to­rów i na­ją­łem ka­brio­let, żeby mnie i rze­czy od­wiózł do strę­czo­nego mi ho­telu.

Po­że­gna­łem to­wa­rzy­stwo dy­li­żan­sowe i wnet sta­ną­łem w Cité Ber­g?re pod nu­me­rem czwar­tym. Go­spo­dyni na­der mi była rada. Nie pierw­szy to ar­ty­sta Po­lak w jej domu sta­wał; Cho­pin na­wet kie­dyś był pani Au­gu­ste lo­ka­to­rem. [...]

Mia­łem mnó­stwo po­le­ceń i li­stów do ar­ty­stów, lecz obec­nie nie my­śla­łem ich wy­szu­ki­wać: przy­byw­szy na czas dłuż­szy do Pa­ryża, na póź­niej zo­sta­wi­łem te od­wie­dziny, obec­nie bę­dąc spra­gniony je­dy­nie wi­doku mia­sta. [...]

[KR 1871, nr 19, s. 294] Na­stęp­nego dnia spo­tka­łem daw­nego przy­ja­ciela, Adolfa A., z któ­rym nie­gdyś w War­sza­wie nie­jedną miłą chwilę spę­dzi­łem. Był cu­dzo­ziem­cem, wy­da­liw­szy się więc od lat kilku do Pa­ryża, ła­two od­wykł mó­wić po pol­sku; za­ba­wił mnie jed­nak nie­sły­cha­nie tym, iż na mój wi­dok nie tylko wró­ciła mu mowa na­sza, ale i po­czął nu­cić roz­ma­ite me­lo­die, któ­rych kie­dyś w war­szaw­skiej ope­rze wspól­nie na­słu­chał się ze mną. Wy­py­ty­wał się o ro­dzinę moją i dał mi nie­które ob­ja­śnie­nia co do po­ło­że­nia ar­ty­sty w Pa­ryżu. Przede wszyst­kim ra­dził, aby się jak naj­ta­niej urzą­dzić. Póź­niej wska­zał mi miesz­ka­nie Cho­pina i Ber­lioza[16], a po­tem uda­li­śmy się na obiad do pas­sage Cho­iseul. [...]

[KW 1899, nr 293, s. 3] [W Dreź­nie] Li­piń­ski[17] okrop­nie źle mi wy­sta­wił Cho­pina, z cze­gom bar­dzo kon­tent, że wiem, bo będę wie­dział, jak się wzglę­dem niego za­cho­wać. Wy­sta­wił mi go jak naj­przew­rot­niej­szego czło­wieka i zło­śli­wie każ­demu ar­ty­ście szko­dzą­cego. I wszyst­kiemu wie­rzę, bo jak­bym na niego pa­trzył, gdy mi Li­piń­ski opo­wia­dał. Nie tylko ze­psuł Li­piń­skiemu po­wo­dze­nie w Pa­ryżu i wy­śmie­wał go wszę­dzie, ale i ze swo­imi przy­ja­ciółmi naj­ob­łud­niej wy­cho­dził. Zna­jąc cha­rak­ter Cho­pina, będę wie­dział, jak unik­nąć, by mnie za przed­miot swej prze­wrot­no­ści nie wziął, a sta­rać się będę, aby za­miast wy­śmia­nia mnie, był mną za­am­ba­ra­so­wany[18].

[BW 1850, t. 4, s. 265-267] Na­stępny ra­nek [4 grud­nia 1836 r.][19] po­świę­ci­łem od­wie­dzi­nom Cho­pina. Przy ulicy Mont-blanc, czyli rue de la Chaus­sée d'An­tin, pod nu­me­rem 38, w na­der czy­stym i oka­za­łym domu, miesz­kał na­ów­czas ten zna­mie­nity ar­ty­sta kom­po­zy­tor, praw­dziwy prze­twórca, Ko­per­nik for­te­pianu, po­eta opie­wacz uczuć, i za­szczytna cząstka chluby kraju na­szego.

Kie­dym przy­był i lekko dzwo­nek po­ru­szy­łem, na­tych­miast wy­biegł lo­kaj, zda­wa­jący mi się być zrazu Fran­cu­zem; spy­tany atoli o pana, dał za­bawną od­po­wiedź, która aż nadto prze­ko­ny­wała, iż nim wcale nie był; zgru­biale bo­wiem wy­de­kla­mo­wał niby po fran­cu­sku: Mo­sie kafe, mo­sie lesą, co miało zna­czyć, iż Cho­pin pije kawę i ma lek­cję. Chcia­łem za­trzy­mać się i po­cze­kać, ale Cho­pin po­sły­szaw­szy czy­jeś przy­by­cie, prze­rwał za­ję­cie, wy­szedł, spoj­rzał i po­znał mnie na­tych­miast. Po­dziw i ucie­cha na prze­mian obu nas ogar­niały; nie dał mi się od­da­lić, i wręcz po­wiódł do sa­lonu, po­nie­waż lek­cję wła­śnie już był ukoń­czył, a śnia­da­nie do­piero co przy­nie­siono.

[KW 1899, nr 295, s. 3] Bar­dzo pięk­nie ma urzą­dzony apar­ta­ment, ale nie­duży, jak zwy­kle w Pa­ryżu na­po­tyka się.

[BW 1850, t. 4, s. 265-267] "Pójdź, za­wo­łał, oba­czysz ładną hra­biankę, uczen­nicę moją". Rze­czy­wi­ście zna­la­złem ją bar­dzo piękną; tylko co wstała od for­te­pianu, zbli­żyła się do swo­jej gu­wer­nantki opo­dal sie­dzą­cej i nie­ba­wem obie za­brały się do wyj­ścia.

Po ich od­da­le­niu się wrę­czy­łem Cho­pi­nowi li­sty od ro­dziny i me­dal Mo­zarta od ar­ty­sty Teych­mana [sic!]. Ra­zem pi­li­śmy kawę, ga­wędka była oży­wioną, aż wtem nad­szedł przy­ja­ciel jego Fran­chomme[20], wio­lon­cze­li­sta, a póź­niej i kilku in­nych zna­jo­mych.

W gro­nie tak ze­bra­nych go­ści, do­bry hu­mor wir­tu­oza na moją po­cie­chę spra­wił, iż z ła­two­ścią i uprzej­mo­ścią za­brał się do for­te­pianu. Miał grać... Mia­łem go usły­szeć!... Zna­łem daw­niej jego ta­lent, ależ jak roz­wi­nąć się mu­siał, po­my­śla­łem, gdy bla­skiem eu­ro­pej­skiej sławy ja­śnieje.

Grał nam na­przód kilka no­wych etiud. Wznio­słość my­śli utworu, głę­bo­kość uczuć wir­tu­oza, urok wra­żeń i wy­mowa szczyt­nie po­etyczna mie­szały mi istot­nie mózg; szcze­gól­niej etiudą z cis-moll, gdzie lewa ręka try­bem wio­lon­czeli cud­nie me­lo­dię pro­wa­dziła, skłó­cił wszyst­kie uczu­cia, ja­kie we mnie były, a bo­ską eks­pre­sją ści­snął je tak sil­nie, iż rzewną łzę mu­siało oko moje po­to­czyć.

Cho­pin był dnia tego szcze­gól­niej dla nas szczo­drze uspo­so­bio­nym. Grał nam nie­skoń­cze­nie to ma­zurki, to bal­lady, znów sche­rzo, nok­turny, a to wszystko utrzy­my­wało nas w lu­bym za­chwy­cie: oso­bli­wie mnie, dla któ­rego to, co wy­ko­ny­wał, było nowe i no­wym wra­że­niem przej­mo­wało.

Przy jego cu­dow­nym for­te­pia­nie, czas dwóch go­dzin ubiegł z szyb­ko­ścią mi­nuty; mi­nuty brze­mien­nej roz­ko­szą du­szy... po­ezją! Słuch mój, ści­ga­jąc każdą naj­drob­niej­szą nutę, naj­sub­tel­niej­szy od­cień eks­pre­sji, sta­rał się poj­mo­wać ową po­ezję, a wzrok mi­mo­wol­nie za­ta­piał się w jego ob­li­czu, bo ob­li­cze jego było zbyt [sic!] wier­nym zwier­cia­dłem uczuć, ja­kie na in­stru­ment swój wy­le­wał. Trudno bo­wiem uwie­rzyć, jak sil­nie w jego twa­rzy od­bi­jała się [...] [myśl wiesz­cza]. Po­bla­dły, z iskrzą­cym wzro­kiem, nie­pa­miętny o so­bie, rzekł­byś, że ma­rzył we śnie ma­gne­tycz­nym; czu­łeś, że pra­co­wał, ale pra­co­wał duch tylko: ręce były je­dy­nie środ­kiem do ob­ja­wie­nia tej pracy. A tak to wszystko, coś sły­szał i w jego ob­li­czu wy­czy­tał, było tak prze­ni­ka­ją­cym, tak uno­szą­cym, iż po­dzi­wiać mu­sia­łeś wy­mowę, do ja­kiej on kom­po­zy­cję swoją oraz grę po­su­nął.

Skoń­czył na­resz­cie upa­jać nas sło­dy­czą ta­lentu; na­stą­piła chwila, w któ­rej zwy­kle karmi się wir­tu­oza grzecz­no­ściami, a ten z udaną skrom­no­ścią przy­mu­sza się do kłam­li­wego wy­zna­nia, iż na nie nie za­słu­żył.

Chwila ta­kowa ina­czej się tu­taj ob­ja­wiła; śmiesz­no­ścią by­łoby bo­wiem, a na­wet po­ni­że­niem ge­niu­szu, si­lić się na czcze i po­spo­lite po­chwały: cześć dla sie­bie Cho­pin zna­lazł w moim osłu­pie­niu, w moim przy­spie­szo­nym bi­ciu serca, w mo­jej łzie zbłą­ka­nej w oku, na ko­niec - w moim uści­śnię­ciu ręki, które jako wielki ar­ty­sta zro­zu­miał, i to było dla niego do­syć.

Wkrótce, gdy­śmy wszy­scy za­częli już od­dy­chać, on po głę­bo­kim prze­ję­ciu się grą, my zaś ochło­nąw­szy z sil­nych wra­żeń, w po­uf­nej roz­mo­wie resz­te­śmy czasu spę­dzili.

Cho­pin, jak z jed­nej strony w grze swo­jej i two­rach wy­le­wał ocean uczuć i głę­bo­kość po­my­słów; tak z dru­giej, w to­wa­rzy­skim ob­co­wa­niu ja­śniał jo­wial­nym hu­mo­rem i nie­sły­cha­nym ja­śniał dow­ci­pem. Całą swoją in­te­lek­tu­al­no­ścią i wyż­szym wy­kształ­ce­niem, które na­był w sa­lo­nach pa­ry­skich i w zno­sze­niu się ze świa­tem li­te­rac­kim, mile kra­sił za­sób sub­tel­nego dow­cip­ko­wa­nia, a nade wszystko za­dzi­wiał nie­zrów­na­nym da­rem przed­sta­wia­nia dru­gich.

Wy­znać wpraw­dzie na­leży, iż dar ta­kowy, je­żeli w zło­śli­wym spo­so­bie i celu uży­wa­nym bywa, jako to na wy­śmia­nie i po­ni­że­nie dru­gich, nie może być ce­niony i do da­rów szla­chet­nych li­czony, je­żeli przy tym jest je­dy­nym i wy­łącz­nym przy­mio­tem czło­wieka; prze­cież w Cho­pi­nie dar ten, obok nie­za­prze­czo­nej ge­nial­no­ści w sztuce, ob­ja­wiał się w spo­sób na­der przy­jemny i po­żą­dany na­wet, bo by­naj­mniej nie zni­ża­jący się do zło­śli­wo­ści i nie­szla­chet­no­ści. Nikt się więc nie czuł tym być po­krzyw­dzo­nym, iż go Cho­pin na­śla­duje: tak do­brze jak sławni lu­dzie, mia­no­wi­cie ar­ty­ści, mieli so­bie za za­szczyt być przed­mio­tem pracy peł­nej ta­lentu ręki Dan­tana[21], po­mimo iż wszel­kie wi­ze­runki w prze­sa­dzie ka­ry­ka­tu­ral­nej przed­sta­wiał.

Tak zaj­mu­jący po­ra­nek prze­cią­gnął się do go­dziny pierw­szej. Mu­sia­łem w tej po­rze dom Cho­pina opu­ścić z po­wodu kon­certu Ber­lioza, który miał się od­być w sali kon­ser­wa­to­rium o go­dzi­nie dru­giej.

Przy­by­łem na czas; pu­blicz­ność tłum­nie się zbie­rała. Otrzy­maw­szy do­bre miej­sce w ław­kach, z za­ję­ciem ocze­ki­wa­łem za­czę­cia. Salę lubo zna­la­złem ko­rzyst­nie wy­bu­do­waną na cel jej prze­zna­cze­nia, nie mo­głem jej jed­nak przy­znać ele­gan­cji, czy­sto­ści i gu­stu. Znać w tym przy­bytku Apol­lina tak zwo­len­ni­kom, jak i dy­le­tan­tom cho­dziło tylko o po­tęgę sztuki, któ­rej hoł­do­wali, inne względy zo­sta­wia­jąc za­po­mnie­niu.

Skromna a brudna ta sala, no­sząca na­zwę: Grande salle du garde-meu­ble de la co­uronne, miała kształt sali te­atru. Scenę do­koła osło­niętą zaj­mo­wała or­kie­stra, miesz­cząca się w ław­kach am­fi­te­atral­nie urzą­dzo­nych: przód sceny zo­sta­wiony po­pi­su­ją­cym się so­li­stom lub chó­rowi, a po czę­ści i ar­ty­ści skła­da­jący or­kie­strę, dla wiel­kiego na­tłoku, za­le­gali go zwy­kle.

Wszystko go­towe: Ber­lioz sta­nął przy pul­pi­cie ob­cią­żo­nym par­ty­turą dla ob­ję­cia dy­rek­cji. Kon­cert roz­po­czy­nała sym­fo­nia jego kom­po­zy­cji, w czte­rech czę­ściach z al­tówką solo, pod ty­tu­łem: Ha­rold.

Dzieło to zu­pełną było dla mnie no­wo­ścią; lecz nie po­wiem, iż uży­łem nie­biań­skiej roz­ko­szy; nie przy­znam, bym do­znał wra­żeń, do­świad­czo­nych tego po­ranku w kom­na­cie Cho­pina.

[TO] Od Ber­lioza po­sze­dłem do Cho­pina i za­sta­łem go koń­czą­cego obiad z Wi­twic­kim[22] i Ma­tu­szyń­skim. Był to dzień imie­nin ojca Cho­pina. Pi­li­śmy kawę, po­tem pro­si­łem go, żeby grał. Cu­dow­nie wy­ko­nał etiudy, nok­turny. Żą­dał, abym mu co sam za­grał. Po­do­bały mu się moje ma­zurki.

Sam się ofia­ro­wał mnie wpro­wa­dzić w domy pol­skie i za­raz ju­tro za­pro­jek­to­wa­li­śmy do pani My­ciel­skiej...

[KR nr 20, s. 309-310] Na­za­jutrz dla abo­na­mentu po­wtó­rzono Otella; wy­bie­ra­łem się znów go usły­szeć, lecz prze­szko­dziła temu za­pra­sza­jąca kartka Cho­pina, którą za­sta­łem w mym miesz­ka­niu.

"Dziś mam parę osób u sie­bie - pi­sał Cho­pin - mię­dzy in­nymi pa­nią Sand; przy tym Liszt gra, No­ur­rit śpiewa. Je­żeli ci to może być przy­jem­nym, cze­kam cię wie­czo­rem".

Chęt­nie bar­dzo po­spie­szy­łem na to we­zwa­nie. Zgro­ma­dze­nie go­ści było wy­bo­rowe i wielce dla mnie zaj­mu­jące, bo zło­żone po więk­szej czę­ści z osób świet­nie błysz­czą­cych w li­te­ra­tu­rze i sztuce. I tak, byli tam: mar­kiz Cu­stine, po­wie­ścio­pi­sarz Eu­ge­niusz Sue, Liszt, No­ur­rit, Pi­xis[23], Ber­ryer, Wło­dzi­mierz i Ber­nard hra­bio­wie Po­toccy, [Al­bert Grzy­mała[24], dok­tor Jan Ma­tu­szyń­ski[25]] i inni. Po­mię­dzy nimi znaj­do­wały się tylko dwie damy: pani Geo­rge Sand i hra­bina d'Ago­ult, znana w pi­śmien­nic­twie pod pseu­do­ni­mem Da­niela Stern[a]. Oby­dwie te pa­nie, lubo zbli­żone sym­pa­tią do sie­bie, ude­rza­jącą jed­nak róż­nicę po­wierz­chow­no­ści przed­sta­wiały.

Hra­bina, blon­dynka, żywa, za­lotna; hu­mo­rem i es­te­tycz­nie lek­kim obej­ściem, ubio­rem wy­kwint­nego smaku, była ty­pem na­dob­nej pa­ry­żanki wyż­szego spo­łe­czeń­stwa. Geo­rge Sand - prze­ciw­nie, bru­netka, po­ważna i zimna, [jakby nie-Fran­cuzka] ry­sów twa­rzy re­gu­lar­nych, spo­koj­nej albo ra­czej mar­twej fi­zjo­no­mii, w któ­rej można było tylko ro­zum, myśl i dumę wy­czy­tać; strój miała fan­ta­styczny, [na wpół mę­ski, na wpół dam­ski], wi­docz­nie oka­zu­jący chęć od­zna­cze­nia się. Białą jej suk­nię prze­pa­sy­wała sze­roka kar­ma­zy­nowa szarfa, sta­nik dziw­nego kroju [biały gor­se­cik z rę­ka­wami, jakby pa­ster­ski], miał wy­łogi i gu­ziki rów­nież kar­ma­zy­nowe; czarne jej włosy na wpół głowy roz­dzie­lone, w pu­klach po obu stro­nach twa­rzy spa­dały, nad czo­łem zło­ci­stą ob­jęte prze­pa­ską.

Typy męż­czyzn rów­nież się od sie­bie od­róż­niały; i tak: Liszt był dość wy­soki, szczu­pły, a bla­dawą twarz jego, ge­nial­no­ścią na­pięt­no­waną ota­czały gę­ste, dłu­gie, blond, równo ucięte włosy. Ru­chy miał śmiałe, pełne ży­cia, z ust pry­skał mu dow­cip żar­to­bliwy, a w ca­łym jego obej­ściu było coś dzi­wacz­nego.

Ber­ryer, sławny ad­wo­kat i bie­gły mówca le­gi­ty­mi­stow­ski, był w wieku śred­nim, peł­na­wej tu­szy; twa­rzy oka­za­łej, cery czer­wo­nej, mocno łysy. Biała chustka wą­sko obej­mo­wała mu szyję, frak miał pod górą za­pięty; w spo­koj­nym ob­li­czu ma­lo­wała się pew­ność i ro­zum. Mar­kiz Cu­stine, wy­soki, w wieku po­de­szłym, był w obej­ściu ty­pem ma­gnata le­gi­ty­mi­sty. Po­wierz­chow­ność No­ur­rita ła­god­nym ja­śniała bla­skiem; obok god­no­ści w po­sta­wie, wy­ra­żał wznio­słość ta­lentu swego i wy­kształ­ce­nie to­wa­rzy­skie. W Pi­xi­sie wszystko przy­po­mi­nało, iż był nie­miecko-wie­deń­skim ar­ty­stą, a krzywe usta nada­wały dziwny cha­rak­ter jego twa­rzy. Eu­ge­niusz Sue, wy­soki, szczu­pły i blady, był znów ty­pem lu­dzi sa­lo­no­wych i ów­cze­snych li­te­ra­tów mło­dej Fran­cji.

Całe to­wa­rzy­stwo na­peł­nia­jące sa­lon Cho­pina two­rzyło jak gdyby ko­le­żeń­skie grono, jak ro­dzinę zgodą tchnącą i wę­złem wza­jem­nych do­brych ży­czeń złą­czoną. Nikt nie był przed­mio­tem cie­ka­wo­ści dru­gich, bo wszy­scy się znali, a Cho­pina go­spo­da­rza-ar­ty­stę jed­naką czcią wiel­bili i jakby jed­nym wspól­nym ser­cem ko­chali.

[KW 1899, nr 295, s. 3] To­wa­rzy­stwo tak zdo­biące sa­lon Cho­pina, z róż­no­rod­nych zło­żone czą­stek, róż­niące się cha­rak­te­rami, uspo­so­bie­niami, dąż­no­ściami, płcią, wie­kiem i sta­nem, zgro­ma­dziło się za­prawdę jak ko­le­żeń­skie grono, jak sto­wa­rzy­sze­nie, jak ro­dzina zgodą tchnąca, wę­złem wza­jem­nych do­brych ży­czeń spę­tana.

[KR 1871, nr 20, s. 310] Wnet roz­mowa stała się na­der oży­wioną. Pod­trzy­my­wał ją naj­wię­cej Liszt; jego in­te­li­gen­cja, by­strość, dow­cip, hu­mor żar­to­bliwy, na ko­niec dzi­wacz­no­ści, spra­wiały, że wsz­czy­nano naj­chęt­niej z nim roz­prawy, z któ­rych naj­czę­ściej zwy­cię­sko wy­cho­dził.

Cho­pin tylko zaj­mu­jąc się wszyst­kimi z god­no­ścią i uprzej­mo­ścią go­spo­da­rza, był dla Liszta ogni­stym mie­czem. Ile razy nasz kom­po­zy­tor-po­eta zmie­rzył [wy­strze­lił] do za­pa­mię­ta­łego fan­ta­sty for­te­pianu, po­cisk był sku­teczny, wszy­scy za­do­wo­leni, a upo­ko­rzony ar­ty­sta [au­tor dra­ma­tycz­nych fan­ta­zji], nie mo­gąc sil­nego sta­wić o[d]par­cia, je­dy­nie żar­to­bli­wie rzu­co­nym po dwa­kroć wy­ra­zem: ma­zurka ma­zurka (jak zwykł Cho­pina prze­zy­wać) usi­ło­wał po­kryć za­daną so­bie klę­skę.

Co do obec­nych dam, tych typy sprzecz­no­ścią ude­rzały, bo kiedy hra­bina d'Ago­ult fi­glarną, dow­cipną i przy­nę­ca­jącą roz­mową zaj­mo­wała obec­nych, a słodki uśmiech roz­ja­śniał jej twarz oto­czoną dłu­gimi blond pu­klami a l'an­gla­ise, Geo­rge Sand nie­po­ru­szona, zaj­mo­wała miej­sce w za­kątku, na ka­napce przed ko­min­kiem, a wy­pusz­cza­jąc lekko kłęby dymu z cy­gara, krótko [skąpo] i uro­czy­ście od­po­wia­dała na za­py­ta­nia przy­sia­du­ją­cych się do niej męż­czyzn [prze­ję­tych czcią i po­sza­no­wa­niem]. W końcu za dłu­gie mi się już zdały owe po­ga­danki, spory, dow­cipy i star­cia lu­dzi, błysz­czą­cych ro­zu­mem na ów­cze­snym ho­ry­zon­cie Pa­ryża, bo pra­gną­łem żywo po­znać nie­któ­rych z gło­śnej ich sławy ar­ty­zmu, mia­no­wi­cie Liszta, któ­re­gom do­tąd nie sły­szał.

Z pod­usz­cze­nia więc mego za­pro­sił go Cho­pin do ode­gra­nia na cztery ręce so­naty Mo­sche­lesa[26].

Za­sie­dli do for­te­pianu Liszt przy pry­mie, a Cho­pin przy se­kun­dzie. Ocze­ki­wa­nie moje rów­nało się za­prawdę sta­nowi go­rączki, a kiedy już grali, nie­znana mi do­tąd Liszta bie­głość, po­ryw­czość fra­zo­wa­nia i dziwny dar nada­nia ży­cia kom­po­zy­cji i in­stru­men­towi ta­mo­wały mi od­dech. Pi­xis, który im karty od­wra­cał, po­dzie­lał wi­dać moje wra­że­nia, bo oglą­dał się na mnie co chwila z po­dzi­wem.

Po so­na­cie czę­sto­wał Cho­pin go­ści po­da­nymi po dwa­kroć lo­dami, na­stęp­nie przy­go­to­wano her­batę [z tor­tem], któ­rej przy­rzą­dze­niem za­jęła się hr. d'Ago­ult, mile przy tym za­wsze roz­ma­wia­jąc z dru­gimi. Geo­rge Sand przy­kuta do swo­jej ka­napki nie roz­łą­czyła się z cy­ga­rem. Spoj­rze­nia swe zwra­cała cza­sem na osobę do niej prze­ma­wia­jącą, a jesz­cze czę­ściej na fi­glar­nie mi­ga­jący pło­mień na ko­minku.

Gdy się skoń­czyła her­bata, [nie­po­rów­nany] No­ur­rit wy­ko­nał przy to­wa­rzy­sze­niu Liszta na for­te­pia­nie kilka utwo­rów Szu­berta, do któ­rych był wielce za­pa­lony, a mię­dzy in­nymi: Erl­könig i La jeune re­li­gieuse[27] z nie­wy­mow­nym efek­tem. Sły­sząc go, żywo mi się przy­po­mniały wra­że­nia Tella, Ro­berta i Hu­ge­no­tów[28]. Pra­gną­łem bar­dzo usły­szeć sa­mego Liszta, lecz wir­tuoz od­mó­wił tego sta­now­czo i wsz­czął dys­putę fi­lo­zo­ficzną z Ber­nar­dem Po­toc­kim, która końca nie miała. Dys­pu­tu­jący za­pa­lali się nie­sły­cha­nie, a cho­ciaż do ich roz­mowy mie­szali się i inni, wi­dzia­łem, że po więk­szej czę­ści nu­dziła obec­nych.

Cho­pin mocno się nie­cier­pli­wił, złoty hu­mor pani d'Ago­ult utra­cił na bla­sku, Geo­rge Sand wię­cej po­bla­dła i wię­cej za­sę­piła wzrok swój my­ślący, Pi­xi­sowi usta od nie­za­do­wo­le­nia moc­niej się wy­krzy­wiły. Późna na­resz­cie pora prze­rwała dys­putę, moja na­dzieja usły­sze­nia Liszta roz­chwiała i spło­szyła to­wa­rzy­stwo, wszy­scy za­brali się do po­że­gna­nia go­spo­da­rza, za­cho­wu­jąc dlań za­pewne w sercu te same przy­jaźni uczu­cia, które ich w próg kom­nat jego przy­wio­dły.

[EM 1900, nr 13, s. 146-147] To­wa­rzy­stwo, które za­sta­łem (na balu u hra­biny Mo­stow­skiej), było wy­łącz­nie pol­skie, a zło­żone po więk­szej czę­ści z osób zna­nych mi w War­sza­wie. Z cu­dzo­ziem­ców były może dwie lub trzy osoby, mię­dzy in­nymi sławny w do­mo­wej woj­nie hisz­pań­skiej je­ne­rał Cor­dova. Cały wie­czór tań­czono, a naj­czę­ściej wzna­wia­nym tań­cem był ma­zur. Jego to brzmie­nie, pełne szcze­rej we­so­ło­ści, prze­no­siło mnie my­ślą w ro­dzinne ustro­nia; pew­nie i wszyst­kim spra­wiał to złu­dze­nie, bo wszystko ocho­czo rzu­cało się w grono tań­czą­cych, a wódz hisz­pań­ski mu­siał w nim za­sma­ko­wać, gdyż ha­sał po­rząd­nie. Wie­czór ten miał po­stać wię­cej fa­mi­lijną niż osten­ta­cyjną, nie było or­kie­stry, for­te­pian ją za­stę­po­wał, a mię­dzy chęt­nymi to­wa­rzy­sze­nia był Cho­pin, który grał walca wła­snej kom­po­zy­cji. Pro­szono po­tem i mnie, bym po­szedł za jego przy­kła­dem...

[KR 1871, nr 20, s. 311] Wia­domo, iż na wie­czo­rze Cho­pina po raz pierw­szy sły­sza­łem Liszta, ale po­ję­cie o nim nie było zu­pełne, bo grał tylko na cztery ręce. Drugi kon­cert Ber­lioza dał mi prze­cie cał­ko­wite wy­obra­że­nie o tym Pa­ga­ni­nim for­te­pianu. Liszt po trzy­kroć grał na tym kon­cer­cie; naj­pierw wielką fan­ta­zję sym­fo­niczną z te­ma­tów Ber­lioza[29]; di­ver­tis­se­ment z ka­wa­tyny Pa­ci­niego (Niobe)[30] i frag­ment z fan­ta­stycz­nej sym­fo­nii [właśc. Sym­fo­nii fan­ta­stycz­nej] Ber­lioza: Le Bal et la Mar­che du sup­plice. Wy­ko­na­nie trzech tych utwo­rów było w naj­wyż­szym, a nie­zna­nym mi do­tąd stop­niu ge­nial­no­ści. Nikt inny nie jest w sta­nie przy­bli­żyć się do Liszta, a wszy­scy do­tych­cza­sowi for­te­pia­ni­ści wy­da­wali się przy nim jak karły.

Po czte­ry­kroć wzna­wiały się okla­ski i od­głos po­wszech­nego unie­sie­nia, a ja przyjść do sie­bie nie mo­głem z po­dziwu, do ja­kiej to czło­wiek po­tęgi po­su­nął for­te­pian, który do­tych­czas, to jest do epoki Cho­pina, Liszta i Thal­berga[31], zaj­mo­wał rolę je­żeli nie pod­rzędną, to pew­nie nie pierw­szą. Trzej do­piero pia­ni­ści: Cho­pin, Liszt i Thal­berg, dźwi­gnęli for­te­pian do wła­ści­wej mu mocy, róż­niąc się każdy z nich, ko­lo­ry­tem i cha­rak­te­rem gry oraz kom­po­zy­cji. I tak, Cho­pin, pe­łen bo­gac­twa sztuki twór­czej, pe­łen wznio­słej po­ezji, czer­pie z for­te­pianu wszystko, co tylko tenże po­siada ko­rzyst­nego, na od­da­nie po­tęgi uczuć, głębi my­śli i rzew­nej sie­lan­ko­wo­ści; Liszt wy­zywa for­te­pian z ca­łym jego ogro­mem har­mo­nii or­kie­stro­wej na ko­lo­salne efekta róż­no­rod­nych na­mięt­no­ści; a Thal­berg, łą­cząc po tro­sze oby­dwie te barwy, za­chwyca wy­kwin­tem ele­gan­cji i przy­stęp­niej­szym się być zdaje od dwóch po­przed­nich mi­strzów. Wszy­scy zaś trzej uczy­nili swój in­stru­ment sa­mo­ist­nym. Nie jest już ogrom bu­dowy jego w sprzecz­no­ści z owo­cem, który wy­daje, a za­miast szu­ka­nia po­mocy w akom­pa­nia­men­cie, sam choćby naj­sil­niej­szą or­kie­strę dziel­nie za­stę­puje.

[EM 1900, nr 15, s. 174] Pierw­szy kon­cert Liszta miał miej­sce w sali Érarda[32]. Liszt cu­dów do­ka­zy­wał: naj­przód w ode­gra­niu Tria Beetho­vena B-dur z Urha­nem[33] i Battą[34], po­tem w swo­jej fan­ta­zji z Ży­dówki Ha­lévy'ego, da­lej w So­na­cie Beetho­vena z Urha­nem, na ko­niec w Etiu­dach 11 i 12 Cho­pina, w czym prze­szedł moje wy­obra­że­nie o moż­no­ści wy­ko­na­nia onych... Lecz cóż zro­biło nie do opi­sa­nia przy­jemną nie­spo­dziankę, na­da­jąc wie­czo­rowi mu­zycz­nemu ar­ty­stycz­nie ko­le­żeń­ską barwę, to wła­sno­wolne wy­stą­pie­nie No­ur­rita, który gdy się uka­zał, kil­ka­krot­nie wzna­wia­nym okla­skiem po­wi­tany zo­stał. Sta­nął przy for­te­pia­nie i przy to­wa­rzy­sze­niu Liszta od­śpie­wał kilka me­lo­dii Szu­berta.

Drugą nie­spo­dzianką było na­głe zja­wie­nie się Thal­berga. Współ­za­wod­nik Liszta, lubo rok pier­wej znaj­do­wał się w tej sto­licy i ze świet­nym skut­kiem od­był swoje kon­certa, nie tra­fił pod­ów­czas na po­byt Liszta i nie znał go do­tąd oso­bi­ście; kon­cert obecny dał mu do­piero po­znać po­tęż­nego ry­wala. Gdy wszedł do sa­lonu, wła­śnie Liszt grał fan­ta­zję z Ży­dówki, a grał z ta­kim ogniem, z ta­kiem na­tchnie­niem, jak gdyby prze­czu­wał, iż Thal­berg jest jego słu­cha­czem. Thal­berg sta­nął na boku, nie są­dząc, że bę­dzie do­strze­żo­nym. Ale ta­lent jest świe­cącą gwiazdą, któ­rej trudno nie do­strzec na fir­ma­men­cie; to­też, gdy go uj­rzano, cała pu­blicz­ność zo­stała ze­lek­try­zo­waną: ocza­ro­wany słuch nie od­ry­wał się wpraw­dzie od gry Liszta, bo ta go sil­nie do sie­bie przy­ku­wała, ale wzrok wszyst­kich zwró­cił się na Thal­berga, śle­dząc jego wra­że­nie...

Jed­no­cze­sny po­byt w Pa­ryżu dwóch tych for­te­pia­ni­stów za­kra­wał na współ­za­wod­ni­czą walkę, tym za­cięt­szą, iż Liszt, czu­jąc w so­bie wy­soką ge­nial­ność, a wielką ży­wo­ścią od na­tury ob­da­rzony, zbyt sil­nie uczuł ze­szło­roczne try­umfy Thal­berga. Gdyby miał mniej mi­ło­ści wła­snej, albo, zna­jąc swoją wyż­szość, chciał wal­czyć pro­stą i szla­chetną bro­nią, jed­nym wy­stą­pie­niem przed czci­cie­lami Thal­berga przy­ga­siłby po­chod­nię jego sławy.

Ale da­nie kon­certu nie było mu do­sta­teczną od­sie­czą i po­prze­dził go ar­ty­ku­łem umiesz­czo­nym w dzien­niku li­te­rac­kim, w któ­rym bez względu wy­szy­dził i po­tę­pił kom­po­zy­cje Thal­berga i naj­zu­chwa­lej po­wstał prze­ciw wyż­szemu spo­łe­czeń­stwu, od­ma­wia­jąc mu znaw­stwa, do­brego smaku i nie­mal ro­zumu. Czy­nem tym ścią­gnął na sie­bie nie­chęć ko­te­rii, które od­po­wie­działy mu tłum­nym ze­bra­niem na kon­cer­cie Thal­berga w sali Kon­ser­wa­to­rium i przy­ję­ciem go z za­pa­łem nie do opi­sa­nia...

[KR, nr 22, s. 344] Thal­berg grał wtedy trzy swoje dzieła, fan­ta­zję z te­ma­tów an­giel­skich, Fan­ta­zję op. 22 i nowy na­ów­czas Ca­price, z me­lo­dii Moj­że­sza[35]. Liszt przy­był na kon­cert, a pra­gnąc zwró­cić na sie­bie uwagę po­wszechną, uka­zał się do­piero po za­czę­ciu w cza­sie wy­ko­na­nia [przez Thal­berga] fan­ta­zji. Prze­ci­skał się przez zgro­ma­dzoną pu­blicz­ność, zmie­rza­jąc do swego krze­sła. Wi­dziano, jak usiadł obok Riesa[36], i pod­czas gry kon­cer­ci­sty śmiesz­kami ba­wił są­siada, gdy tym­cza­sem wszy­scy po­tę­pieni jego ar­ty­ku­łem mścili się wy­da­wa­niem hucz­nych okla­sków.

Co do mnie, który sprawy Liszta i Thal­berga nie bra­łem do serca, po­wie­dzieć mogę, iż wiele w moim prze­ko­na­niu Thal­berg utra­cił na tym, żem pier­wej sły­szał Liszta. Wszy­stek za­sób zna­mie­ni­to­ści gry Thal­berga za słabe wra­że­nie na mnie uczy­nił, po po­tęż­nym owład­nię­ciu du­cha [mego] przez ogrom me­cha­ni­zmu i dra­ma­tyczną siłę [...] [, i moc wy­mowy] ta­lentu Liszta.

[EM 1900, nr 15, s. 174] Gdy tak świetny sku­tek kon­cert Thal­berga uwień­czył, a nie­chęć do Liszta zbyt wi­doczna była, mnie­mano by w ta­kim po­ło­że­niu rze­czy, iż Liszt nie ode­zwie się z kon­cer­tem, a gdyby go dał, to zy­skaw­szy nie­przy­ja­ciół, do­świad­czy pu­stek w sa­lo­nie. Co in­nego się jed­nak oka­zało i kon­cert na­stępny [Liszta] na­tło­czony był słu­cha­czami tak, iż sala Érarda zda­wała się nie być w sta­nie ich po­mie­ścić... Trzeci kon­cert pra­wie prze­wyż­szał po­przed­nie mno­go­ścią ze­bra­nia: pu­blicz­ność za­le­gła na­wet es­tradę, na któ­rej wi­dziano osoby ko­te­rii Liszta, jako to: księżnę Bel­gio­joso[37], hra­binę d'Ago­ult, de­pu­to­wa­nego Ber­ry­era itd. Część pierw­szą za­koń­czył Liszt swoją nową fan­ta­zją z Hu­ge­no­tów, któ­rej kom­po­zy­cja i eg­ze­ku­cja, wy­obra­że­nie prze­cho­dząca, tak mnie, jak i całą pu­blicz­ność do nad­zwy­czaj­nych unie­sień do­pro­wa­dziła. Część drugą roz­po­czął Liszt pierw­szym Al­le­grem i Me­nu­etem z Sep­tetu Hum­mla, czym rów­nie za­chwy­cił... Po mi­łym nu­me­rze panny Ber­ru­cat, Tac­cani[38] dała sły­szeć arię Normy (Ca­sta diva), po czym Liszt grał dwie Etiudy Cho­pina, As-dur i f-moll.

[EM 1900, nr 16, s. 187] Być może, iż jako świa­domy oko­licz­no­ści, uprze­dze­nie mną po­wo­do­wało, przy­zna­jąc dziel­nemu wy­ko­na­niu do­ryw­czość, al­bo­wiem Liszt grał je z rę­ko­pisu, który na dwie go­dzin[y] przed kon­cer­tem znaj­do­wał się jesz­cze u mnie. Nie­do­świad­czona do­tąd za­iste bie­głość wir­tu­oza, gdy się od­waża i w sta­nie jest przed pu­blicz­no­ścią od­czy­ty­wać ma­nu­skrypta ze skut­kiem mi­strzow­skiego wy­ko­na­nia.

W końcu, we­dług ob­wiesz­cze­nia, ocze­ki­wano walca na 4 ręce kom­po­zy­cji Liszta, w któ­rym miał mieć udział i Cho­pin, lecz ten ostatni za­słabł był od dni kilku i w dzień kon­certu nie opusz­czał łóżka. Liszt więc zo­stał zmu­szony prze­mó­wić do pu­blicz­no­ści, prze­pra­sza­jąc ją i wy­łusz­cza­jąc po­wód za­wodu; a gdy słu­cha­cze ge­ne­ral­nym chó­rem ob­ja­wili ży­cze­nie, aby Liszt sam ode­grał po­wyż­szego walca, wir­tuoz bez wa­ha­nia za­do­syć od­po­wie­dział żą­da­niu.

[KR 1871, nr 22, s. 344] W krót­kim cza­sie po­tem księżna Bel­gio­joso urzą­dziła w swo­ich sa­lo­nach kon­cert pry­watny na wspar­cie wy­chodź­ców wło­skich, w któ­rym udział wziąć miały naj­zna­ko­mit­sze ta­lenta sto­licy. Chcąc za­trzeć ślady nie­chęci mię­dzy dwoma zna­ko­mi­tymi ar­ty­stami, księżna, za­pra­sza­jąc Cho­pina, we­zwała rów­nież Liszta i Thal­berga [aby po­wzięli udział w do­bro­czyn­nym za­da­niu]. Nie można było od­ma­wiać i obaj mi­strze sły­szeć się dali wów­czas [każdy z tych wiel­kich ar­ty­stów dał się sły­szeć na po­mie­nio­nym kon­cer­cie]. Zda­wało się, że zbli­że­nie to po­ło­żyło ko­niec ich nie­sna­skom; Liszt, jak był pręd­kim do speł­nie­nia nie­wła­ści­wego kroku, tak też prędko po­dał rękę [Thal­ber­gowi] do zgody, a pra­gnąc to, co za­szło, rzu­cić w nie­pa­mięć, po­sta­no­wił dać wie­czór u sie­bie, na cześć ry­wala. Ten przy­jął za­pro­siny. Liszt cie­szył się na­za­jutrz świet­nym ze­bra­niem, ale Thal­berga, bo­ha­tera uro­czy­sto­ści, już rano dnia tego nie było w Pa­ryżu.

Wy­pa­dek ten [wy­ka­zu­jący nie­po­skro­mioną urazę Thal­berga] był po­budką dla Cho­pina, ma­ją­cego dziwną wła­dzę mo­ralną nad Lisz­tem, do czy­nie­nia mu wy­rzu­tów, dla­czego wy­stę­po­wał z [tak mocną] ob­razą i uni­żał się po­tem przed ob­ra­żo­nym. Liszt z po­korą i uzna­niem winy przy­jął te wy­mówki.

[AC, ZJ, s. 215-216] Osta­teczny sto­pień do­tych­cza­so­wego po­stępu for­te­pia­no­wego... zna­la­złem w Lisz­cie: wir­tuoz ten jest tym dla for­te­pianu, czym Pa­ga­nini dla skrzy­piec. Wielu nie poj­mu­jąc sta­no­wi­ska Liszta, a ra­żeni bla­skiem jego sławy, któ­rej wy­tłu­ma­czyć so­bie nie umieją, czy­nią mu za­rzut, iż nie ob­da­rza nas w dzie­łach swo­ich wła­snymi me­lo­diami, a przy­naj­mniej rzadko, i stąd od­ma­wiają mu za­sług kom­po­zy­tora. Jest w tym nieco prawdy i ubo­le­wać nad nią wy­pada, ale chciejmy wnijść w jego po­ło­że­nie: on jest wir­tu­ozem, za­tem jego sferą wy­ka­za­nie po­tęgi swego in­stru­mentu, przed­sta­wie­nie ta­lentu jako wy­ko­nawcy... Wiel­kość Cho­pina nie w tym tylko za­miesz­kuje, że wła­sną myśl nam daje: ge­niusz jego spo­czy­wał w iskrze świę­tego ognia, którą każda jego kom­po­zy­cja jest prze­jętą, a Opatrz­ność, skąpo iskry te lu­dziom w da­rze udzie­la­jąc, i Liszta nią ob­da­rzyła.

[KR 1871, nr 22, s. 345] Znaj­du­jąc się w ja­kiś czas po­tem z Cho­pi­nem, nad­mie­ni­łem mu, iż do­tąd nie sły­sza­łem Kalk­bren­nera[39].

- Za­raz go usły­szysz - od­rzekł, i po­czął grać na for­te­pia­nie a la Kalk­bren­ner.

Mo­głem bez­piecz­nie wie­rzyć w do­kład­ność ko­pii, bo Cho­pin wy­bor­nym był w tym wzglę­dzie na­śla­dowcą; to­też poj­mu­jąc dzieła Kalk­bren­nera i epokę jego oce­nia­jąc, po­wzią­łem prze­ko­na­nie, że nie­za­wod­nie tak grać mu­siał. Cho­pin obie­cał mi dać spo­sob­ność sły­sze­nia tego pia­ni­sty w na­stępną nie­dzielę na po­ranku mu­zycz­nym u zna­ko­mi­tego ama­tora pana Frémont[a], gdzie mię­dzy in­nymi ar­ty­stami i Kalk­bren­ner uczęsz­czał. [TO: Kiedy in­dziej po­ka­zy­wał Liszta i Pi­xisa, szcze­gól­nie dru­giego tak do­sko­nale, że umie­ra­łem ze śmie­chu].

Wy­pa­dło, iż w ten dzień mia­łem się zejść z Lisz­tem w sali Érarda, ce­lem przed­sta­wie­nia mu nie­któ­rych mo­ich utwo­rów.

[EM 1900, nr 16, s. 187] Na owo ar­ty­stow­skie ren­dez-vous to­wa­rzy­szył mi Edward Wolff[40]. Nie­ba­wem też i Liszt nad­szedł. Na­tych­miast ży­czył so­bie przej­rzeć moje ma­nu­skrypty. Przed­sta­wi­łem mu Al­le­gro z Kon­certu i cztery fan­ta­zyjne Ma­zurki. Po­czął od­czy­ty­wać, a ja prze­ko­nany bę­dąc, iż mu rze­czy te by­naj­mniej zna­nymi nie były, zdu­mia­łem się nad ła­two­ścią, z jaką od razu wy­gry­wał naj­za­wil­sze rze­czy, od ręki nie­dbale pi­sane... Gdy grał, ge­nial­nie w jed­nej chwili od­ga­dy­wał prawdę du­cha przed­miotu, wy­mowną eks­pre­sją uwy­dat­niał ten­den­cję utworu, po­pę­dem dra­ma­tycz­nej ener­gii wle­wał weń iskrzące ży­cie...

[KR 1871, nr 22, s. 345] Zbli­żyła się go­dzina po­ranku mu­zycz­nego [u pana Frémonta]; oświad­czy­łem Lisz­towi, iż z tej przy­czyny dłu­żej ba­wić nie mogę w sali Érarda. On oznaj­mił mi wtedy, że pra­gnie rów­nież udać się do pana de Frémont[a], a ma­jąc jesz­cze wprzódy coś do za­ła­twie­nia, prosi, abym z Cho­pi­nem cze­kał jego przyj­ścia.

Cho­pin znał fan­ta­zyjne wy­bryki mi­strza, dla­tego więc źle przy­jął za­im­pro­wi­zo­wane na­rzu­ca­nie się jego, przy­ta­cza­jąc, iż Liszt, jako ze­psute dziecko spo­łe­czeń­stwa, nie­raz już mu po­dobną psotę wy­rzą­dził i w kło­pot go wpro­wa­dził, uda­jąc się z nim tam, gdzie nie był za­pro­szony. I tak raz np., gdy nie za­stał go w domu, spy­tał, gdzie po­szedł, a do­wie­dziaw­szy się, że jest w pry­wat­nym domu na obie­dzie, z naj­więk­szą na­iw­no­ścią po­szedł do tego domu, nie­zna­nego mu zu­peł­nie, aby tam rów­nież obia­do­wać z nim ra­zem. Po­mimo nie­ukon­ten­to­wa­nia, ocze­ki­wał go wszakże i gdy nad­szedł, wy­szli­śmy ra­zem.

Dom pana de Frémont[a] li­czył się do bar­dzo mi­łych i go­ścin­nych; sam go­spo­darz, [nie­gdyś pre­fekt za Ce­sar­stwa] czło­wiek świa­tły, wiel­kim był mi­ło­śni­kiem li­te­ra­tury i, nie mniej, lu­bow­ni­kiem mu­zyki.

Cho­pin przed­sta­wił mnie jako ar­ty­stę współ­ro­daka swego [przy­by­łego z jego ro­dzin­nego mia­sta]. Pan Frémont za­pro­sił nas do dru­giego, w po­dłuż­nym kształ­cie, sa­lonu, w któ­rym po­ranny kon­cert miał się od­by­wać.

Prze­strzeń tu całą zaj­mo­wały ławki, a w końcu na­prze­ciw stał for­te­pian Érarda. Damy zgro­ma­dzone już były bar­dzo licz­nie. Przy­le­głe po­koje rów­nież zaj­mo­wali słu­cha­cze; w licz­bie obec­nych szu­ka­łem Kalk­bren­nera, o któ­rego mi głów­nie cho­dziło; tym­cza­sem do­wie­dzia­łem się, że go nie ma i że z po­wodu sła­bo­ści wcale nie przy­bę­dzie. Wy­ja­śniło się nam wtedy na­trętne z po­zoru przy­by­cie Liszta; oka­zało się bo­wiem, że pan Frémont w miej­sce Kalk­bren­nera jego za­pro­sił.

Kon­cert roz­po­czął się grą na skrzyp­cach [bar­dzo pięk­nym solo na skrzyp­cach, wy­ko­na­nym przez pana Alarda[41]]; z wiel­kim za­cie­ka­wie­niem pa­trzono po­tem, jak się Liszt zbli­żał do for­te­pianu. Gdy wzniósł ręce, by owład­nąć in­stru­ment, Cho­pin usiadł bli­sko; na­stęp­nie słu­chał swej Etiudy c-moll, która pod lewą ręką Liszta grzmiała jak na­wał­nica, w cza­sie gdy prawa ręka naj­do­bit­niej wy­ra­żała bo­leść i roz­pacz. Twarz Liszta za­ja­śniała ogni­stym pło­mie­niem za­pału, a ob­li­cze Cho­pina po­bla­dło przed tą siłą wy­ko­na­nia.

[EM 1900, nr 20, s. 233] Ta­lent Liszta sprzy­siągł się tym ra­zem naj­moc­niej­sze spra­wić wra­że­nie, dał bo­wiem naj­wy­mow­niej­sze sły­szeć nam utwory. Po Etiu­dzie Cho­pina grał swą ulu­bioną So­natę As-dur Beetho­vena[42].

Po­ję­cie dzieła tego przez Liszta za­iste wszystko prze­cho­dziło: An­dante z wa­ria­cjami ode­grał z po­tęgą po­ezji uczuć, wskroś prze­ni­ka­jącą. Nie do uwie­rze­nia, jak pod do­tknię­ciem każ­dego kla­wi­sza na­bie­rała u niego nuta roz­cią­gło­ści rzew­nego śpiewu. Sze­ro­kość fra­zo­wa­nia po­su­nął do tego, że ba­daw­czo słu­cha­jący go Cho­pin uznał wy­ko­na­nie za zbyt na­wet po­wolne. Tym An­dan­tem Beetho­vena peł­nym tę­sk­nych a ra­zem jakby uka­ja­ją­cych nad­miar bo­le­ści wra­żeń dał luby spo­czy­nek wez­bra­nym wstrzą­śnie­niem uczuć, ja­kie obu­dziła Etiuda Cho­pina. Gdy ostat­nie tony Beetho­ve­now­skie tak przy­ci­szył i gu­bił w cza­ru­ją­cym ral­len­tando, iż na ko­niec uto­nęły w słu­chu, jak kro­ple rzu­cone do mo­rza, ock­nęła się uśpiona wy­obraź­nia słu­cha­czów i on sam ock­nął się jakby z le­tar­gicz­nego snu, kiedy ude­rzył w zło­wrogi dla Hu­go­no­tów dzwon, roz­po­czy­na­jący dzielną jego fan­ta­zję z tej opery[43]... [...]

Po­że­gnaw­szy za­do­wo­lo­nego pana Frémont[a], przy roz­sta­wa­niu się, gdy każdy inną miał drogę przed sobą, Liszt, jako mocno grą roz­grzany, oba­wiał się wra­cać w lek­kim ubio­rze, tak, iż mu­sia­łem mu po­ży­czyć mego płasz­cza. Przez swoją na­iwną nie­dba­łość i roz­tar­gnie­nie cho­dził w nim cały ty­dzień, a po ty­go­dniu, gdym płasz­cza za­po­trze­bo­wał dla sie­bie, oświad­czył, że za­po­mniał, gdzie go zo­sta­wił. Osta­tecz­nie mu­sia­łem na przy­po­mnie­nie i od­zy­ska­nie cze­kać jesz­cze dni kilka.

Wkrótce po­tem za­mie­rzył Liszt opu­ścić Pa­ryż i udać się do Włoch. W licz­bie znaj­du­ją­cych się w jego miesz­ka­niu, a przy­by­łych na po­że­gna­nie, by­łem i ja... Kiedy zo­stał sam na sam ze mną i prze­glą­dał swoje pa­piery, dał mi na pa­miątkę eg­zem­plarz swo­jej fan­ta­zji z Ży­dówki[44], do­łą­czyw­szy fac­si­mile i uczę­sto­wał dow­cip­nym pasz­kwi­lem na Thal­berga. Były to Wa­ria­cje na te­mat nia­niek wie­deń­skich, uło­żone z sa­mych pa­sa­żów z róż­nych kom­po­zy­cji Thal­berga wy­ję­tych. Przy­braw­szy cha­rak­ter względ­no­ści, pro­sił, by nie po­ka­zy­wać tego ni­komu.

[TO] 1 kwiet­nia by­łem u Cho­pina. Ga­wę­dzi­li­śmy o Thal­bergu i o ja­kiejś pan­nie z pro­win­cji, która grała kom­po­zy­cje Cho­pina, szcze­gól­niej jego ma­zurka, któ­rego eks­pre­sję od­ga­dła. Pro­si­łem jego o etiudy nowe do prze­pi­sa­nia i dał mi je [...].

Rano, o godz. 9 (24 kwiet­nia) wy­bra­łem się do Cho­pina, lecz nie­szczę­śli­wie, bo spał jesz­cze. Lo­kaj nie mógł wejść, bo Cho­pin za­mknął się od środka... Nie chciało mi się wra­cać na próżno, bom miał ze sobą jego etiudy, które mu chcia­łem od­dać. Dzwo­ni­łem sil­nie i bez skutku [...].

Przy­szedł po­tem Fran­chomme i przy­pro­wa­dził ze sobą dwóch męż­czyzn i ko­bietę, z czego nad­zwy­czaj­nie Cho­pin nie był kon­tent i strasz­li­wie zło­śliwą zro­bił minę na ten wy­pa­dek. Za­czął się ubie­rać na przy­ję­cie nie­mi­łych mu go­ści, a ja po­sze­dłem [...].

[KR, nr 23, s. 358-359] Gdy się zbli­żał czas wy­jazdu mego z Fran­cji, Cho­pin oświad­czył mi, że pra­gnąłby mnie jesz­cze za­wieźć do Sa­int-Gra­tien, po­sia­dło­ści mar­kiza de Cu­stine['a], abym po­wziął wy­obra­że­nie o wiej­skich sie­dzi­bach ma­gna­tów fran­cu­skich [TO: a nadto usły­szał Du­preza z żoną, w sa­lo­nie zdob­nym naj­pierw­szym to­wa­rzy­stwem Pa­ryża]. Przy tym zwie­dzi­li­by­śmy Mont­mo­rency i En­ghien, jego prze­szło­roczne [let­nie] miesz­ka­nie. Przy­ją­łem chęt­nie tę pro­po­zy­cję i sto­sow­nie do umowy by­łem go­tów o go­dzi­nie dzie­sią­tej. [TO: Cho­pin nie był jesz­cze go­tów. Ocze­ku­jąc ukoń­cze­nia jego to­a­lety, z przy­jem­no­ścią prze­glą­da­łem par­ty­cję Sym­fo­nii Beetho­vena. Cho­pin, ubraw­szy się, pro­sił mnie, abym się za­trzy­mał i za­peł­nił ten czas roz­rywką przy jego Pley­elow­skim for­te­pia­nie, gdyż on mu­siał na chwilę odejść dla wi­dze­nia się z pa­nem Al­brecht[em], se­kre­ta­rzem le­ga­cji sa­skiej. Wró­cił wkrótce, za­bra­li­śmy się i wsie­dli do ka­brio­letu, który nas cze­kał].

Ru­szy­li­śmy przez ro­gatkę Cli­chy; roz­mowa na­sza cią­gle tchnęła wra­że­niem pięk­nej oko­licz­nej na­tury, a droga mię­dzy drzewy, przy­po­mi­na­jąc nam oko­lice War­szawy, wy­wo­ły­wała jej wspo­mnie­nia, które sto­kroć wię­cej Cho­pi­nowi ni­żeli mnie spra­wiały uroku, bo mu od­le­glej­sze przed oczy sta­wiały ob­razy.

Wkrótce uka­zały nam się błysz­czące z dala wieże ko­ścioła w Sa­int-De­nis. Prze­je­cha­li­śmy mia­sto; cała prze­strzeń od Sa­int-De­nis do Sa­int-Gra­tien od­zna­czała się pysz­nym i ma­low­ni­czym wi­do­kiem od­da­lo­nego Pa­ryża.

Przy­by­li­śmy na ko­niec do St.-Gra­tien. Mie­li­śmy za­miar przed­sta­wić się Mar­ki­zowi, po­tem ru­szyć przez En­ghien[45] do Mont­mo­rency; stam­tąd wró­cić do En­ghien na obiad, a wie­czór spę­dzić w St. Gra­tien, w kole ze­bra­nego tam to­wa­rzy­stwa.

Gdy uda­li­śmy się do ogrodu, na spo­tka­nie wy­szedł je­den z przy­ja­ciół ulu­bień­ców mar­kiza, An­glik[46], któ­remu, po ser­decz­nym przy­wi­ta­niu, Cho­pin przed­sta­wić mnie nie omiesz­kał. Ru­szy­li­śmy ra­zem ku pa­ła­cowi, po­dwoje jego [świet­nego apar­ta­mentu] na oścież były otwarte. [Na wstę­pie spo­tka­li­śmy damę, która z wy­la­niem naj­tkliw­szych uczuć przy­wi­tała się z Cho­pi­nem]. Wkrótce nad­szedł mar­kiz, a gdy mu mnie Cho­pin przed­sta­wił, wy­rzekł, że mnie pa­mięta z jego wie­czoru. [Dama, którą wi­dzia­łem, była wiel­kich wpły­wów za Ka­rola X...]. Wpadł po­tem pe­łen we­so­ło­ści [z nie­dwu­znaczną we­so­ło­ścią] drugi pro­te­go­wany mar­kiza, ro­dak nasz, Ignacy Gu­row­ski[47].

Wspól­nie z An­gli­kiem we­zwał nas do obej­rze­nia pa­łacu. Główny sa­lon, z któ­rego wi­dok i wyj­ście na ogród wię­cej się za­le­cał szla­chetną skrom­no­ścią niż zbio­rem bo­gactw; nie było w nim na­gro­ma­dzo­nych me­bli, po­roz­kła­da­nych i po­roz­wie­sza­nych oso­bli­wo­ści i drob­no­stek, które w in­nych ary­sto­kra­tycz­nych sa­lo­nach wi­dzieć się dają, czy­niąc je ra­czej skła­dami me­bli lub mu­ze­ami oso­bli­wo­ści jak miej­scem ze­brań to­wa­rzy­skich. Tu­taj przede wszyst­kim wy­szu­kany smak był główną ozdobą. Ściany po­kry­wały obi­cia w kwiaty na bia­łym tle rzu­cone, złote li­stwy ob­rą­biały je do­koła, me­ble i opony przy oknach w tymże sa­mym ro­dzaju; ta jed­na­kość ścian, me­bli i opon nada­wała sa­lo­nowi wy­raz szcze­gól­nej god­no­ści i nad­zwy­czaj­nej czy­sto­ści stylu. Ob­ra­zów nie było, z dwóch stron tylko ogromne zwier­cia­dła w pysz­nych ra­mach wi­siały. Pod jed­nym, z bia­łego mar­muru, ko­mi­nek, a na nim, i w in­nych kilku miej­scach, praw­dziwe chiń­skie stały wa­zony. Mnó­stwo mięk­kich sof i fo­te­lów, fan­ta­stycz­nie rzu­co­nych tu i ów­dzie, za­peł­niały próż­nię, a wy­borny Pley­elow­ski for­te­pian do­peł­niał ume­blo­wa­nia. [Na ko­niec po­nętna ka­napka, w skos ko­minka ku środ­kowi wy­su­nięta, i wy­borne Pley­elow­skie piano do­peł­niały ume­blo­wa­nia].

Co szcze­gól­nie god­nym było wi­dze­nia, to przy­le­gły sa­lo­nowi ga­bi­net tu­recki; wcho­dząc tam, mnie­mał­byś, żeś do na­miotu Sa­la­dyna[48] za­błą­dził. Całe ściany, su­fit i sofy do­koła okry­wały dra­pe­rie ze zło­co­nej lamy; bli­sko ku środ­ko­wemu oknu wi­siała praw­dziwa arab­ska lampa, a w środku druga po­dobna, tylko nie­rów­nie więk­sza, pa­ry­skiej ro­boty. Chiń­skie wa­zony rów­nież tu fi­gu­ro­wały, a prze­pyszne dy­wany za­ście­lały po­sadzkę.

Próg łą­czący główny sa­lon z ga­bi­ne­tem tu­rec­kim był li­nią de­mar­ka­cyjną mię­dzy Eu­ropą i Azją. Tu błysz­czał znie­wie­ściały prze­pych wschodni, tam ja­śniała świet­ność cy­wi­li­za­cji eu­ro­pej­skiej; sala bi­lar­dowa prze­pyszna, po­kój ja­dalny i bu­duar, jak może być naj­wy­kwint­niej­szy. Z jed­nej strony sa­lonu był cały szklany po­kój, po­dobny do la­tarni, a na pię­trze schludne i ślicz­nie ume­blo­wane po­koje dla go­ści.

Zwie­dziw­szy wszyst­kie za­kąty pa­łacu, po­szli­śmy do ogrodu z An­gli­kiem i p. Igna­cym.

[AC, ZJ, s. 186] Gdy nam już wszystko po­ka­zano, co warte było wi­dze­nia (staj­nie, wo­zow­nie, obory, chlewy etc.), ob­ja­wi­li­śmy z Cho­pi­nem dal­szy ciąg na­szego planu. Gu­row­ski sły­sząc o obie­dzie w En­ghien, oświad­czył ży­cze­nie obia­do­wa­nia z nami, na­zna­czy­li­śmy za­tem go­dzinę szó­stą na wspólne zej­ście i wsiadł­szy na ko­niec do ka­brio­letu, ru­szy­li­śmy do Mont­mo­rency.

Ja­dąc przez En­ghien, wska­zał mi Cho­pin miej­sce, gdzie­śmy obia­do­wać za­mie­rzali, po czym zwró­cił moją uwagę na sze­ro­kie je­zioro, a nad brze­giem jego pa­ła­cyk, w któ­rym ze­szłego roku prze­miesz­ki­wał. Do­strze­głem w jego ob­li­czu prze­ję­cie się mi­łymi wspo­mnie­niami: pew­nie była to szczę­śliwa w jego ży­ciu epoka. Ja­dąc da­lej, oglą­da­li­śmy się na ma­low­ni­cze wi­doki już bar­dzo od­da­lo­nego Pa­ryża, St.-De­nis i St.-Gra­tien, które przy­było na tar­czy na­szej pa­no­ramy.

Przy wielce mi­łej roz­mo­wie do­je­cha­li­śmy do Mont­mo­rency, a że miej­sco­wość ta jest dla wielu ce­lem przy­jem­nej prze­chadzki, więc spo­ty­kało się wciąż to konno, to pie­szo sporo osób, w tej licz­bie i sław­nego z bo­gactw An­glika Hute-Boll... Na ko­niec wje­cha­li­śmy na ry­nek mia­steczka Mont­mo­rency. To nie zda­wało się być od­po­wied­nie pięk­nemu i szum­nemu na­zwi­sku, bo je­żeli róż­niło się czym od na­szych mia­ste­czek, to je­dy­nie tym, iż w miej­sce drew­nia­nych cha­łup ka­mienne i gli­niane wzno­siły się do­mo­stwa. Rze­czy­wi­stą wzię­tość ustro­niu temu nada­wał ob­szerny i piękny park, cudne wo­koło wi­doki i hi­sto­ryczna war­tość miej­sco­wo­ści. W środku rynku stało na kształt szopy wiel­kie na pod­mu­ro­wa­niu pod­da­sze, pełne osłów i koni przy­go­to­wa­nych do jazdy w parku dla płci obo­jej.

Ruch był duży, bo nie­dziela, a my we­szli­śmy do jed­nej z obe­rży i za radą Cho­pina ka­za­li­śmy so­bie dać mleka, ma­sła świe­żego i chleba. Wiej­skie to śnia­da­nie nad­zwy­czaj nam sma­ko­wało, a że Cho­pin lu­bow­nik mleka, ja zaś zna­la­złem je do­brym, więc sie­lan­kowa bie­siada po­wtó­rzyła się dru­gim da­niem. Po mleku, ma­śle i chle­bie za­de­cy­do­wał Fry­de­ryk, by wsiąść na osły, ru­szyć w las Mont­mo­rency i zwie­dzić tak zwany l'Er­mi­tage, miej­sce wsła­wione nie­gdyś po­by­tem Russa [Ro­us­seau] i Grétry'ego. Gdy­śmy się ku temu za­bie­rali, ko­biety do­star­cza­jące osłów, prze­cha­dza­jąc się we­dle obe­rży, po­znały Cho­pina przez okno. Nie znały go za­pewne jako dy­le­tantki ce­niące w nim ge­nial­ność, ale znały jako nie pierw­szy raz od nich wy­naj­mu­ją­cego po­czciwe zwie­rzę. Wy­szli­śmy wnet z obe­rży na prze­strzeń hi­po­dromu i ka­za­li­śmy po­dać dwa okul­ba­czone bu­ce­fały. Ta oko­licz­ność, przy­znam się, nie­mało mnie kło­po­tała, gdyż nie­wprawny jeź­dziec ze mnie: czu­łem, żem się mógł wy­sta­wić na ja­kową hecę; cof­nąć się jed­nak nie było można.

Cho­pin wsiadł na osła, ja na swego i w drogę. Obu nam, by­naj­mniej nie przy­po­mi­na­ją­cym Don Ki­szota i Szan­szo Pan­szę[49], to­wa­rzy­szyło dwoje dziew­cząt pie­szo, dwie sio­stry; jedna bar­dzo młoda, druga zu­peł­nie doj­rzała; obie, wy­ko­men­de­ro­wane dla bez­pie­czeń­stwa osłów, nie­od­stęp­nymi nam były. Młod­sza szła przy moim ośle, star­szą zaś, uwa­ża­łem, mocno był Cho­pin za­jęty, bez wąt­pie­nia w spo­sób po­etyczny je­dy­nie, gdyż wspo­mnie­nia to po­ezja, a jak mó­wił, znał ją od prze­szło­rocz­nego po­bytu w En­ghien... W ta­kiej to gru­pie prze­cha­dza­li­śmy się po le­sie. Ma­jowa zie­lo­ność drzew, bo­rowa woń po­wie­trza, otwarte wi­doki mię­dzy drzewy i wą­wozy, wszystko wznie­cało uczu­cie za­do­wo­le­nia. Do­zor­czy­nie osłów nie przy­krzyły so­bie piel­grzymki, oso­bli­wie ta, co Cho­pina miała na ręce, gdyż mój pe­łen na­tchnie­nia po­eta-kom­po­zy­tor, dow­cip­ku­jąc z dziew­czyną, ciął ka­lam­bury jak Au­dry, a ona mu w po­ga­dance z przy­tom­no­ścią i fi­ne­sem panny Déja­zet[50] placu do­trzy­my­wała. Co do mnie, lubo się od­zy­wa­łem do mo­jej, roz­pa­try­wa­nie się jed­nak w pięk­nych po­ło­że­niach parku czy­niło mnie roz­tar­gnio­nym, zwłasz­cza to, iż cały by­łem moim osłem za­jęty.

JÓ­ZEF BRZOW­SKI

Po­wabne ustro­nie bo­gate w wi­doki, jazda na osłach z Fry­de­ry­kiem, przy tym po­goda sprzy­ja­jąca eks­kur­sji, wszystko to było dla mnie uro­kiem nie­zwy­czaj­nym; trzeba tylko było do uświet­nie­nia wy­prawy do­cze­kać się sceny, któ­rej się oba­wia­łem, a która wła­śnie w ca­łym swym bla­sku na­stą­piła, gdy­śmy wra­cali z głębi zwie­rzyńca. Utrzy­mują fi­lo­zo­fo­wie i mo­ra­li­ści, że przy­zna­nie się do wszel­kiej prawdy ce­luje szla­chetny cha­rak­ter; wy­znaję tedy z mo­ralną re­zy­gna­cją, że tą sceną było moje ko­miczne spad­nię­cie z osła. Prawda, iż mo­głem się spo­dzie­wać tej nie­doli, nie bę­dąc od dawna przy­wy­kłym do utrzy­ma­nia rów­no­wagi, jaką za­cho­wać na­leży, sie­dząc na ko­niu lub ośle, gdy zwie­rzę chi­me­ruje, ale zbie­ra­łem do­tych­czas wszelką przy­tom­ność i dow­cip, by się nie skom­pro­mi­to­wać. Prze­cież wy­bu­chła kom­pro­mi­ta­cja, a to w ten spo­sób:

Była chwila, żem był mocno za­jęty z moją to­wa­rzyszką, a uwaga roz­dwo­jona, bom przy­słu­chi­wał się za­baw­nej ga­wędce dru­giej pary. Mój osioł, pro­sto idąc ku drzewu, nie omi­nął go, lecz łbem w nim utknąw­szy, sta­nął; dziew­czyna nie cze­ka­jąc, aż sam go skie­ruję, na­gle szarp­nęła lej­cami, chcąc go na bok od­wró­cić, ja nie­spo­dzie­wa­nym a na­głym ru­chem osła w rów­no­wa­dze skłó­cony, wa­ham się, ra­tuję, szu­kam ekwi­li­brium, co­raz bar­dziej prze­chy­lam się na tę i na ową stronę, na­resz­cie roz­bu­jany na jego grzbie­cie, nie mogę się oprzeć wła­snemu cię­ża­rowi i spa­dam... Czuję, żem na ziemi, sły­szę poza sobą umie­ra­ją­cego od śmie­chu Cho­pina, dziew­czyna ani my­śli mnie ra­to­wać lub prze­pra­szać, a mój osioł pro­ściu­teńko w nogi. Pod­nio­słem się, trzy­ma­jąc ba­tog w ręku, ob­cie­ram tro­skli­wie frak Hu­mana; lecz osioł już da­leko, jak bieży, tak bieży, oczy­wi­ście drogą ku do­mowi. Nie było in­nego spo­sobu, jak biec za nim i bła­gać okrut­nego losu, aby go kto na dro­dze za­trzy­mał. Tak się też stało. Osioł przy­biegł na miej­sce, gdzie idące za prze­my­słem ko­biety prze­cho­wy­wały wodę dla prze­jeż­dża­ją­cych. Przy­bie­głem i zła­pa­łem ło­tra swo­bod­nie nu­rza­ją­cego łeb w wia­drze. Ko­biety i inni obecni zro­zu­mieli, co się święci (wnio­słem to z ich lek­kiego śmie­chu), a ja by­łem ska­zany znowu wleźć na grzbiet mo­jego nie­wdzięcz­nika.

Wtem nad­je­chał Cho­pin z dziew­czę­tami, ru­szy­li­śmy więc w bok drogi dla zwie­dze­nia l'Er­mi­tage'u. Tam przy­byw­szy, zsie­dli­śmy ze swa­wol­ni­ków, a sami we­szli do ma­łego oszta­chet­ko­wa­nego dzie­dziń­czyku. Za­raz uka­zało się parę ko­biet, które wy­ko­men­de­ro­wały małą dziew­czynę, aby nam wska­zała tyle wsła­wione miej­sce. Na­przód we­szli­śmy do ma­łego po­ko­iku, pa­mięt­nego tym, że Ro­us­seau zwykł w nim pra­co­wać. Na środku stał za­cho­wany sto­li­czek, na któ­rym pi­sał swoją Nową He­lo­izę. Przy ścia­nie znaj­do­wał się stary, mocno po­psuty for­te­pia­nik, pa­miątka Grétry'ego[51], przy któ­rej ów zna­ko­mity w swo­jej epoce kom­po­zy­tor two­rzył swe dzieła. Kilka wier­szy­ków i biu­stów tych dwóch wiel­kich lu­dzi ozda­biało ga­bi­net. Z po­ko­iku tego było wyj­ście do ma­łego ogródka, w nim zaś wzno­siły się rów­nież po­mniki Russa i Grétry'ego, tj. ich po­pier­sia. Wi­dok z ogrodu na oko­licę bar­dzo ładny...

Tym­cza­sem dal­sza droga po­wo­ły­wała nas znowu wsiąść na wierz­chow­ców. Już by­li­śmy na osłach i dziew­częta za nami, gdy deszcz za­czął pa­dać; po­cie­sza­li­śmy się jed­nak, iż spo­ty­ka­li­śmy na dro­dze ku mia­stu liczne par­tie zło­żone z ko­biet i męż­czyzn, na ko­niach i osłach, rów­nież temu lo­sowi po­pa­dłe. Pę­dzi­li­śmy dziel­nie, deszcz nas po­pę­dzał; Cho­pin na­przód, ja za nim: i kłu­so­wa­łem, i ga­lo­po­wa­łem, jak wy­pa­dło, czę­sto idąc za wolą osła, czę­ścią i zmu­sza­jąc go ba­to­giem, byle nie zo­stać sam.

Sta­nę­li­śmy wresz­cie na rynku, wje­cha­li­śmy pod szopę, gdzie zgro­ma­dzone ko­nie i osły, a zsiadł­szy ze swa­wol­ni­ków, uda­li­śmy się do obe­rży, gdzie­śmy z rana mleko za­pi­jali, i ka­za­li­śmy ka­brio­le­towi za­je­chać... Omó­wiony ter­min ka­zał śpie­szyć się do En­ghien, więc po­że­gnaw­szy uprzej­mie na­sze prze­wod­niczki, wsie­dli­śmy w ka­brio­let, uda­jąc się tam, gdzie nas ocze­ki­wał obiad z przy­ja­cie­lem Igna­cym [Gu­row­skim]. Po­pa­du­jący deszcz orzeź­wił po­wie­trze, zwia­stu­jąc prze­śliczny wie­czór. Te same pyszne wi­doki, które gdy­śmy je­chali do Mont­mo­rency, ob­ja­wiały nam się z tyłu, te­raz mie­li­śmy przed sobą. By­li­śmy oby­dwaj za­do­wo­leni z wy­prawy, a śród śmie­chu z mo­jego oślego przy­padku wsz­częła się po­ga­wędka o obie­dzie: Cho­pin utrzy­my­wał, iż Ignacy nie­za­wod­nie po­my­śli o szam­pa­nie...

Gdy­śmy sta­nęli przed re­stau­ra­cją, wy­sia­da­jąc z ka­brio­letu, do­strze­głem przez okno kie­li­szek od szam­pań­skiego wina dum­nie się wzno­szący na po­wierzchni na­kry­tego stołu: spraw­dziła się więc prze­po­wied­nia Cho­pina...

Już było do­brze po 6, a Gu­row­skiego nie było wi­dać. Nie wie­dzie­li­śmy, jak czas za­peł­nić, na szczę­ście uj­rze­li­śmy, iż stał przy ścia­nie for­te­pian. Stał wpraw­dzie, ale za­mknięty; spie­szę więc do go­spo­dyni po klucz, lecz ta zręcz­nie wy­ma­wia się, snadź z bo­jaźni, by Cho­pin nie po­psuł in­stru­mentu! Wtem za­je­chał z tur­ko­tem po­wóz. Wyj­rze­li­śmy oknem, aż pan Ignacy na koźle pom­pa­tycz­nie roz­party z sam­so­nową siłą wstrzy­my­wał dwa spie­nione ru­maki. W po­wo­zie sie­dział Fran­cuz, z po­staci fa­shio­na­ble, krewny mar­kiza i rów­nie jak on le­gi­ty­mi­sta. Ze­sko­czył za­raz je­den z ko­zła, drugi z ko­cza i chyżo do nas przy­bie­gli. Ka­zali po­da­wać... ha­sło, które nam dwom bar­dzo było na rękę. Lecz Ignacy wy­sfo­ro­wał się z pro­po­zy­cją, abym wsiadł z Fran­cu­zem do po­wozu, a on na swój ko­zioł i [aby] za­nim po­da­dzą zupę, po­je­chać na krótką chwilę do pa­ła­cyku, po­ło­żo­nego nad je­zio­rem, dla oba­cze­nia się z wy­żej wspo­mnia­nym An­gli­kiem Hute-Boll, tamże za­miesz­ka­łym. Stało się, jak ży­czył, po­je­cha­li­śmy nad owo je­zioro, Ignacy wy­siadł, a nam dał ko­nie do trzy­ma­nia. Dłu­go­śmy na trzpiota cze­kali, bo An­glik, pod ten czas z żoną i kil­koma in­nymi że­glu­jąc po je­zio­rze, po­trze­bo­wał czasu, by przy­bić do brzegu dla roz­mó­wie­nia się z Gu­row­skim. My­śla­łem, iż się na tym skoń­czy, lecz nie: Igna­cemu ta­koż za­chciało się zro­bić kurs po je­zio­rze, pu­ścił się z An­gli­kiem, a my z Fran­cu­zem, na se­rio znie­cier­pli­wieni, obu­rza­li­śmy się tym­cza­sem...

Za upra­gnio­nym na ko­niec po­wro­tem nic już nam nie sta­nęło w dro­dze ku wy­god­nemu roz­gosz­cze­niu się przy stole. Je­dze­nia było mnó­stwo i w wy­kwint­nym ro­dzaju, wina zaś zbyt wiele. Przy­znam się, że po stru­dze­niu i przy­go­dach w Mont­mo­rency mia­łem ol­brzymi ape­tyt, a prze­cież wy­star­czyć wszyst­kiemu nie mo­głem. Bor­de­aux pi­łem mało, i to na wpół z wodą z po­czątku, ale szam­pana dużo... Co mi także przy­jemną spra­wiło nie­spo­dziankę, to bu­telka rüde­she­imera... Tak uży­wa­jąc ba­cha­na­lii w do­bra­nym kwar­te­cie, na swo­bod­nym od­osob­nie­niu, da­le­kim od wrza­sku sto­licy, w ustro­niu ma­low­ni­czym, ma­jąc przed oknem je­zioro - miesz­ka­nie On­dyn[52] - a za pro­giem drzwi usłużne córy go­sposi, do tego w per­spek­ty­wie oka­zały wie­czór, ła­two od­gad­nąć, że by­li­śmy oży­wieni hu­mo­rem. Ga­wędka w swym ogniu szła przy­spie­szal­nym ru­chem, w miarę jak kie­liszki wy­próż­niane były... Lecz wielki był już czas ru­szyć do St.-Gra­tien.

Po do­brym obie­dzie jakże miło ro­ze­przeć się w wy­god­nym po­jeź­dzie! Uży­li­śmy też prze­jażdżki co się na­zywa, bo Ignacy, za­czmy­rzyw­szy so­bie głowę, cu­dów na swym koźle do­ka­zy­wał. Całą ogromną drogę od En­ghien do St.-Gra­tien prze­by­li­śmy cwa­łem pra­wie w mi­nut parę. Lu­dzie sta­wali po dro­dze, tyle dziw­nym był pęd na­szego ekwi­pażu. Pę­dem bły­ska­wicy sta­nąw­szy w St.-Gra­tien, uda­li­śmy się za­raz na pierw­sze pię­tro do prze­zna­czo­nego dla nas po­koju dla usku­tecz­nie­nia prze­glądu tu­alety...

Mar­kiz uwa­żał przy­by­cie na­sze za spóź­nione: po dwa­kroć przy­sy­łał do­wia­dy­wać się, czy­śmy już go­towi... Ze­szli­śmy wresz­cie do sa­lonu, gdzie już za­sta­li­śmy to­wa­rzy­stwo zu­peł­nie ze­brane.

Nie było wiele osób, ale za to, jak mó­wią, la cr?me de la so­ci­été pa­ri­sienne[53]. Osoby, które mnie szcze­gól­nie za­jęły, były: księżna N., pani Zo­fia Gay, owa dama, któ­rą­śmy z rana za­stali, i pani Mer­lin, z domu Santa Cruz[54], ko­bieta nad­zwy­czaj miła, przod­ku­jąca wyż­szemu to­wa­rzy­stwu pa­ry­skiemu. Da­lej: Ber­lioz z żoną[55], Du­prez[56], także z żoną, wi­ceh­ra­bia d'Ar­lin­co­urt[57], au­tor Sa­mot­nika, i ja­kiś stary li­te­rat, na ko­niec An­glik do­mowy i ja­kiś za­pro­szony do to­wa­rzy­stwa na for­te­pia­nie Du­premu [Du­pre­zowi], i nas czte­rech. Ocze­ki­wano pań­stwa Wik­to­rów Hugo, ale nie przy­byli. Ura­do­wało się to­wa­rzy­stwo, gdy uj­rzało Cho­pina. Po czci, którą mu po ser­decz­nym po­wi­ta­niu od­da­wano, wi­dzia­łem, że był ich bo­żysz­czem, był ze­psu­tym dziec­kiem; w nim zaś od­kry­łem ta­lent zjed­ny­wa­nia dla sie­bie uwiel­bień i do­strze­głem umie­jęt­ność zręcz­nego od­po­wia­da­nia uczu­ciom.

Wie­czór ten miał być mu­zy­kal­nym, a Cho­pin, jak to się wi­dzieć dało, pierw­szą jego sprę­żyną. Wszyst­kich też oczy, tak go­ści, jak i go­spo­da­rza, na niego były zwró­cone, dla­tego za­równo on, jak i my z nim - lubo mniej na sie­bie zwra­ca­jący uwagi - kło­po­ta­li­śmy się, pa­miętni na od­byty ka­wa­ler­ski obiad, czy z ob­li­cza na­szego lub ru­chu nie wy­czyta ary­sto­kra­cja z St.-Gra­tien śla­dów po­rząd­nej dozy wy­chy­lo­nego bor­de­aux, rüde­she­imera i szam­pana... Ale na szczę­ście, prócz Fran­cuza, który miał minę pod­chmie­lo­nego, my trzej zdo­ła­li­śmy naj­mniej­szej nie dać w tej mie­rze po­szlaki.

Po pierw­szych po­wi­ta­niach i nie­ja­kich roz­mo­wach zbli­żył się mar­kiz do Du­prego [Du­preza] i jego żony z prośbą, by roz­po­częli kon­cert. Sta­nęli przy for­te­pia­nie i od­śpie­wali duet z wielką mocą i sty­lem. Była to kom­po­zy­cja Do­ni­zet­tiego z Pa­ri­siny. Po­tem śpie­wał Du­prez z pa­nią Mer­lin duet Bel­li­niego. Po nich pani Du­prez wy­ko­nała arię. Te­no­rzy­sta - bo­ha­ter Wiel­kiej Opery Fran­cu­skiej - wy­ko­na­niem utwo­rów wło­skich prze­ko­ny­wał o kształ­ce­niu się w szkole roz­kosz­nego pół­wy­spu, a pani Mer­lin oka­zała w tak wy­so­kim stop­niu ta­lent śpie­wa­nia, że można ją było uwa­żać [wziąć] za ar­tystkę.

Po wo­ka­liach za­pro­sił mar­kiz Cho­pina. Nie po­trze­buję wzna­wiać skre­śle­nia wra­żeń, któ­rymi on sy­cił słu­cha­czy. Grał zaś nową swą pod­ów­czas Etiudę As-dur, po­czą­tek dru­giej Bal­lady i Etiudę f-moll. W po­wszech­nym za­chwy­ce­niu roz­sia­dłe po róż­nych ką­tach sa­lonu to­wa­rzy­stwo jed­no­myśl­nie za­żą­dało sły­szeć ma­zurka. Na­tych­miast uczę­sto­wał ich Cho­pin jedną ze swych na­ro­dowo-siel­skich po­ezji, po­tem zaś jak wieszcz na­tchniony za­brzmiał ja­kąś pie­śnią wo­jenną. Była to im­pro­wi­za­cja. Cudna tej pie­śni me­lo­dia i ogni­sty od­cień, z ja­kim ją wy­ko­nał, ze­lek­try­zo­wały le­gi­ty­mi­styczne du­sze, za­sy­pia­jące nie­le­d­wie pod brzmie­niem tę­sk­nych uczuć, które ma­zu­rek opie­wał. Gdy skoń­czył i wstał od for­te­pianu, wszystko pod­nio­sło się z miejsc i oko­liło trium­fu­ją­cego wir­tu­oza, a po­nie­waż wszystko mu­siało w ich wy­zna­niu le­gi­ty­mi­stycz­nym mieć swoje po­cho­dze­nie, więc skwa­pli­wie się do­py­ty­wali, co by to była za pieśń. Cho­pin - świa­domy ich du­cha - wręcz za­im­pro­wi­zo­wał i za­pew­nił, że to dawna pieśń pułku uła­nów. Damy, które go oto­czyły, żar­li­wie na­le­gały, aby ją uło­żył na głosy, i oświad­czyły chęć śpie­wa­nia w chó­rze. Cho­pin przy­rzekł im to naj­so­len­niej, a ob­ró­ciw­szy się do mnie, rzekł: "Ju­tro już o tym za­po­mną". W tym zna­le­zie­niu się Cho­pina wi­doczną [rze­czą] była do­kładna zna­jo­mość sa­lo­no­wego ży­cia spo­łe­czeństw pa­ry­skich. Po tej sce­nie prze­nio­sło się nie­ba­wem zgro­ma­dze­nie do ja­dal­nego po­koju, by uczy­nić też coś i dla żo­łądka. Wie­cze­rza była sutą, a do­bry ape­tyt ogółu jesz­cze jaw­niej niż w sa­lo­nie amal­ga­ni­zo­wał zrów­na­nie sta­nów skła­da­ją­cych to­wa­rzy­stwo.

Po ko­la­cji kilka osób opu­ściło wie­czór, ci zaś, co po­zo­stali, bła­gali pa­nią Mer­lin, aby dała sły­szeć tyle cza­ru­jące na­ro­dowe hisz­pań­skie śpiewy. Dama ta, pełna po­wabu obok od­zna­cza­ją­cej się po­wagi, uprzej­mie i z ła­two­ścią przy­stą­piła do ich wy­ko­na­nia, pro­sząc Cho­pina, aby jej akom­pa­nio­wał z pa­mięci. W rze­czy sa­mej me­lo­die, które dała sły­szeć, po­sia­dały za­chwy­ca­jące piętno pio­se­nek hisz­pań­skich, a wy­ko­na­nie przez nią... cza­ro­wało nas wszyst­kich i sama w co­raz więk­szy za­pał wpa­dała. Roz­ogniona Kre­olka, w za­pę­dzie ro­dzin­nego uczu­cia, za­po­mniała na­wet zim­nych od­cieni sa­lo­no­wych. Po­dano jej ka­sta­niety, a tak kle­ko­cząc, za­koń­czała każdą zwrotkę ge­stem, ja­kimi się lu­bieżne tańce hisz­pań­skie od­zna­czają...

Gdy pie­nia hisz­pań­skie za­mil­kły, gło­śne, nie ze zmyśl­nego unie­sie­nia wy­ni­kłe okla­ski okryły zwy­cię­ską pa­nią Mer­lin, wszystko rzu­ciło się do niej z hoł­dem uwiel­bie­nia... Lecz nie tu ko­niec. Mar­kiz z udzia­łem ze­bra­nych go­ści pro­sił Cho­pina, by od­po­wie­dział na te­mata hisz­pań­skie, nie­prze­brzmiałe jesz­cze w słu­chu. Cu­downa im­pro­wi­za­cja ge­nial­nego ar­ty­sty była tedy ostat­nim ogni­wem tej kosz­tow­nej, z mu­zycz­nych ta­len­tów mi­ster­nie po­spa­ja­nej ko­lii.

Było już po pół­nocy, gdy ostatni Cho­pi­nowy ton mi­stycz­nie trą­cony za­marł w po­wie­trzu. Za­brano się do od­jazdu. Pani Mer­lin, pani Gay i pan d'Ar­lin­co­urt wsie­dli do po­wozu i od­je­chali, za nimi dru­dzy, a co do nas, to mar­kiz do­ma­gał się usil­nie, aby­śmy dla spóź­nio­nej pory na noc­leg po­zo­stali. Lecz Cho­pin nie przy­jął za­pro­sze­nia, tłu­ma­cząc się lek­cją, która go na­za­jutrz rano do mia­sta po­wo­ły­wała, po­że­gna­li­śmy się za­tem z go­spo­da­rzem, An­gli­kiem i Igna­cym i opu­ści­li­śmy St.-Gra­tien...

Po­wrót do Pa­ryża mie­li­śmy na­der miły. Po desz­czu po­wie­trze było wo­nie­jące, noc ci­cha, gwiazdy jak w Hu­go­no­tach, nie zimno, sło­wem - raj­ska prze­jażdżka. Wje­cha­li­śmy w mia­sto, do Ti­voli za późno, Pa­ryż jak wy­marły. Cho­pin wy­siadł do sie­bie przy ulicy Mont Blanc, a ja tymże ka­brio­le­tem przez bul­wary na Le­pe­le­tier...

Oby­dwóch dni przed moim wy­jaz­dem mia­łem przy­jem­ność obia­do­wać z Cho­pi­nem. Pierw­szego dnia z tych, około po­łu­dnia, od­wie­dzi­łem go z przy­ja­cie­lem Mün­ch­he­ime­rem[58]. Za­sta­li­śmy wir­tu­oza przy lek­cji udzie­la­nej mło­demu Niem­cowi, Gut­man­nowi[59], naj­lep­szemu [...], we­dług jego mnie­ma­nia, uczniowi. Gdy­śmy przy­byli, a po chwili i Edward Wolff nad­szedł, po­pi­sy­wał się Cho­pin ze swoim uczniem przed nami i ka­zał mu grać kilka swo­ich etiud, da­lej Fan­ta­zję Hum­mla oraz parę rze­czy Liszta, jako to: fan­ta­zję z Ży­dówki i z arii Pa­ci­niego. Wszystko wy­ko­nane było z wielką bie­gło­ścią, a w tej przed­sta­wiał się do­brze przez Cho­pina upo­rząd­ko­wany me­cha­nizm, lecz ani jed­nego pro­myka z iskry ge­niu­szu Men­tora nie mo­gli­śmy do­strzec... Po Gut­manna po­pi­sie za­pro­sił nas Cho­pin na obiad na go­dzinę szó­stą, wszakże ni­me­śmy się od­da­lili, ra­czył nas kar­mić swoim ta­len­tem, grał cią­gle roz­ma­ite swe dzieła...

Gdy go­dzina szó­sta na­de­szła, sta­wi­li­śmy się po­wtór­nie u Cho­pina: ten za­brał nas do ka­wiarni na­roż­nej bul­wa­rów i ulicy Mont­mar­tre i tam to w an­tre­so­lo­wym apar­ta­men­cie za­sie­dli­śmy do obiadu. Przy ga­wędce, wi­nie i do­brym je­dze­niu zszedł nam czas mile. Po obie­dzie za­brał nas Cho­pin do sie­bie i do pół­nocy, trwa­jąc w do­brym hu­mo­rze, to wy­gry­wał nam na for­te­pia­nie, to nie szczę­dząc wro­dzo­nego dow­cipu, różne swoje farsy do ga­węd wpro­wa­dzał. Miał je­chać gdzieś na wie­czór, lecz gdzież tam: nad­szedł ha­ła­śliwy Ignacy [Gu­row­ski], ga­wędy przy­brały znacz­niej­szy cha­rak­ter, a śród roz­praw roz­po­częła się sprzeczka mię­dzy nim a nami o Lon­dyn i Pa­ryż, co trwało wię­cej pół­to­rej go­dziny. Druga już była po pół­nocy, kiedy Ignacy, skut­kiem za­mie­rzo­nego planu, wziął Cho­pina do ka­brio­letu i da­lej z nim na wieś do St.-Gra­tien, ja zaś, z Wolf­fem i Mün­ch­he­ime­rem, uda­li­śmy się do domu...

[Na­stęp­nego dnia], kiedy ze­gary go­dzinę szó­stą wska­zy­wały, ja, Cho­pin i je­den z jego przy­ja­ciół [Ma­tu­szyń­ski] przy­by­li­śmy na ulicę Mon­tor­gu­euil, sławną z nie­prze­li­czo­nej liczby ja­dalń oraz z naj­świet­niej­szych w sto­licy skła­dów ryb. Tam znaj­do­wała się od dawna słynna re­stau­ra­cja pierw­szego rzędu pod na­zwą "Ro­cher de Can­cal"... Na wstę­pie, jak zwy­kle, uka­zało się nam parę eg­zem­pla­rzy płci pięk­nej, sie­dzą­cej za stroj­nym bu­fe­tem na wy­nio­słych fo­te­lach, ale nie tylko tu ga­stro­no­miczne po­nęty za­trzy­mują sma­ko­szów: wcho­dzi się na pię­tro, a na scho­dach, tuż z tej sali na gó­rze wio­dą­cych, spo­tyka się poczty gar­so­nów, z któ­rych naj­bli­żej sto­jący, uwa­ża­jąc, ile ra­zem osób skła­dają ci, co przy­by­wają, gło­śno dru­gim oznaj­miają, by dla ta­ko­wej liczby sto­sowny ga­bi­net otwo­rzono. Mie­li­śmy za­tem ga­bi­net na trzech. W nim na­der wy­god­nie mo­gli­śmy się roz­go­ścić. Na stole w po­środku sto­ją­cym le­żała książka ze spi­sem po­traw, ćwiartka czy­stego pa­pieru, atra­ment i pióro. Po­wabne, jed­no­to­mi­kowe, ale zu­pełne dziełko, bo za­wie­ra­jące wszystko, co tylko Pa­ryż dla sma­ko­szów naj­wy­kwint­niej­szego do­star­czyć może, stało się na­tych­miast pa­stwą na­szego prze­glądu i przed­mio­tem na­rad. Z tym wszyst­kim dało się uchwałę ab­so­lut­nemu roz­po­rzą­dze­niu Cho­pina. Ten wy­pi­sał, czym miano nam słu­żyć, a ocze­ku­jący zle­ce­nia gar­son [kel­ner] wnet otrzy­mał roz­po­rzą­dze­nie pi­śmienne. Wkrótce usłu­żono... Za­czę­li­śmy od ostryg - wy­borne! Na­stę­pu­jąca zupa, pu­rée de gi­bier[60], wy­śmie­nita! Z ko­lei po­dano ma­tlota[61]. Da­nie to, wy­rów­ny­wa­jące sa­mej am­bro­zji, do­sko­na­łym spo­rzą­dze­niem i wy­kwint­nym sma­kiem zda­wało się z całą dumą chcieć nam przy­po­mi­nać, iż w "Ro­cher de Can­cal" obia­du­jemy. Za­sta­wiono [za­mó­wiono] po­tem szpa­ragi - nie do wy­chwa­le­nia. Póź­niej inne przy­smaki, a prze­dziwny szam­pan szum­nie wszyst­kiemu to­wa­rzy­szył.

Z cy­ga­rami w ustach uda­li­śmy się do Tor­to­niego na kawę. Tam roz­ma­wia­jąc o ar­ty­stycz­nych w ciągu mego po­bytu zda­rze­niach, gdy przy­szło do kwe­stii mego od­jazdu, nie chciał Cho­pin przy­jąć ostat­niego po­że­gna­nia i umó­wi­li­śmy się wi­dzieć na­za­jutrz...

[Tuż przed od­jaz­dem] przy­byw­szy do Fry­de­ryka, za­sta­łem go, jak już nie­raz, przy da­wa­niu lek­cji. Chcia­łem tylko jed­nej chwili od niego, ale mnie na dłu­żej za­trzy­mał. Dał mi zle­ce­nie do ro­dzi­ców swo­ich i ro­dziny, przy tym zo­bo­wią­zał o ukłony nie­któ­rym ar­ty­stycz­nym zna­ko­mi­to­ściom w War­sza­wie... Mia­łem się od­da­lić, lecz za­brał mnie w ka­brio­let, w ostat­niej go­dzi­nie jedną jesz­cze zna­jo­mo­ścią zro­bić mi chcąc nie­spo­dziankę. Za­wiózł mnie do pra­cowni pierw­szego w Pa­ryżu ma­la­rza mor­skich wy­łącz­nie wi­do­ków, pana Gu­din[a][62]. Nie­po­mału ude­rzony by­łem ta­len­tem tego ar­ty­sty, jako też god­no­ścią i przy­jem­no­ścią jego osoby. Pan Gu­din na­gro­ma­dzo­nymi w swoim ate­lier dzie­łami po­ry­wał za pierw­szym na nie wej­rze­niem, a ucy­wi­li­zo­wa­nie mi­łym obej­ściem słodko uspo­ka­jał pod­nie­cone wra­że­nia du­szy. Opro­wa­dza­jąc wzrok nasz po pięk­nych swych pra­cach, głów­nie za­trzy­mał go na ostat­niej, co do­piero ukoń­czo­nej ro­bo­cie, za­mó­wio­nej przez hra­biego De­mi­dowa. Dzieło to dwa razy było zro­bione, a każde z nie­jaką od­mianą w po­my­śle. Do­py­ty­wał się o zda­nie... Po ści­słym roz­bio­rze przy­zna­li­śmy pierw­szeń­stwo jed­nemu, jako po­sia­da­ją­cemu wię­cej mocy w po­my­śle i efektu. Ob­raz przed­sta­wiał chwilę po bu­rzy na mo­rzu. Na prze­stwo­rze wszystko chło­ną­cego ży­wiołu nie uka­zy­wało się nic wię­cej, jak tylko jedna ofiara z roz­bi­tego okrętu. Śród łona bał­wa­nów mor­skich pły­nął czło­wiek utrzy­mu­jący się je­dy­nie na ka­wałku zdru­zgo­ta­nego masztu: był sam je­den, jakby ode­rwany od wszyst­kiego, co się świa­tem i ży­ciem zo­wie, w walce ze śmier­cią, wą­tle za­wie­szony nad bez­denną ot­chła­nią grobu; tylko mu czarna noc do­trzy­my­wała placu i da­leki księ­życ obo­jęt­nie przy­świe­cał... Sil­nego efektu dzieło za­trzy­my­wało nas dość długo przy so­bie; po­zo­stał­bym i dłu­żej, ale tym ra­zem by­łem nie­wol­ni­kiem czasu. Opu­ści­li­śmy więc pra­cow­nię pana Gu­din[a]... Ostat­nim wid­mem, co go fala czasu po­ryw­czym prą­dem do nie­li­to­ści­wej gnała to­pieli, było ostat­nie wi­dze­nie się z Fry­de­ry­kiem, ostat­nia za­miana wy­ra­zów ży­czeń i przy­jaźni, i ostat­nie z nim po­że­gna­nie.

Źró­dło pier­wotne (za­gi­nione): Jó­zef Brzow­ski, Dzien­nik (1836-1838) i Pa­mięt­nik (1852).

Kom­pi­la­cja cy­to­wa­nych tek­stów po­cho­dzi z na­stę­pu­ją­cych źró­deł dru­ko­wa­nych:

- "Bi­blio­teka War­szaw­ska" 1850, t. 4 [BW].

- "Kro­nika Ro­dzinna" 1871, nry 17-20, 22-23 [KR].

- "Ku­rier War­szaw­ski" 1899, nr 293, nr 295 [KW].

- "Echo Mu­zyczne, Te­atralne i Ar­ty­styczne" 1900, nry 13, 15, 16, 20 [EM].

- "Mu­zyka" 1950, nr 6 [to].

- Adam Czart­kow­ski, Zo­fia Je­żew­ska, Fry­de­ryk Cho­pin, wyd. VII, War­szawa 2013, roz­dział: Z dzien­nika Jó­zefa Brzow­skiego [ac, zj].

Skąpy czas, prze­ci­na­jąc nić Szo­pe­no­wego ży­wota, a spy­cha­jąc z nim ra­zem ge­niusz jego do grobu, wię­cej niż sro­go­ści do­ko­nał: wy­trą­cił on epoce czarę, co łak­ną­cym nio­sła roz­ko­szy na­poje, za­to­pił w ot­chłań nie­prze­brany skarb idei kunsztu, zdru­zgo­tał cza­rowne szkło, w któ­rym w ca­łej jaw­no­ści prze­glą­dały się uczu­cia i my­śli wszyst­kich; na ko­niec wieczną, bo śmier­telną, za­parł tamę po­tęż­nemu od­krywcy ta­jem­nic har­mo­nii, jakby chciał wy­rzec: "Stój na­tchnie­nie! Do­syć twej po­ezji na uko­ły­sa­nie twych mi­ło­śni­ków, do­syć już prawd sztuki na uszla­chet­nie­nie du­cha jej wy­zwo­leń­ców!". I stało się! Znikł Szo­pen, a łzy po nim gorz­kie są i po­trójne, bo łzy ro­dziny, łzy mu­zy­kal­nego świata i łzy każ­dego ar­ty­sty.

Znaj­dzie się nie­ba­wem je­den z tych ostat­nich, tam, gdzieś Szo­pe­nie ko­ści swoje zło­żył, co ob­li­czy po­tęgę ge­niu­szu twego, co skre­śli mi­strzow­skim pió­rem dziwy na­tchnień two­ich. Lecz po­zwól, sza­nowny Cie­niu, i na nie­udolne słowo jed­nego z tych, któ­rzy w ro­dzin­nym kraju, gdyś jesz­cze w nim go­ścił, po­dzie­lali wiek twój mło­do­ści; jed­nego z tych, co cię po­szli szu­kać na Ga­lij­skiej ziemi, dla od­no­wie­nia so­bie uroku ta­lentu twego, a po roz­sta­niu się z tobą ży­wili du­szę karmą wspo­mnień przy­wie­zio­nych od cie­bie, a które star­czą do kresu ży­cia; na ko­niec, jed­nego z tych, co ich łzy ni­gdy nie za­toną w głębi Le­tej­skiej, nie wsiąkną w grób za­po­mnie­nia.

Fry­de­ryk Fran­ci­szek Szo­pen, uro­dzony w na­szym kraju roku 1810, od lat naj­wcze­śniej­szych szcze­gólny oka­zy­wał po­ciąg do sztuki mu­zycz­nej, a świa­tli ro­dzice jego roz­wi­jali w nim po­pęd, ma­jący sta­wić go na szczy­cie chlub­nego za­wodu. Mło­dzie­niec też od dnia do dnia od­no­sił świet­niej­sze jedne od dru­gich nad trud­no­ściami sztuki zwy­cię­stwa i miał le­d­wie lat kil­ka­na­ście, kiedy stał się uśmie­cha­jącą na­dzieją ro­dziny, pełną bla­sku, choć młodą gwiazdą w kole ar­ty­stów, ko­me­to­wym zja­wie­niem dla sztuki i za­kła­dem za­szczytu dla kraju.

Po­my­liłby się ten, co by Szo­pena czy­nił czy­im­kol­wiek dłuż­ni­kiem; on, jak wszel­kie ge­niu­sze, wi­nien wszystko Opatrz­no­ści. Chcieć wmó­wić, że się przy­czy­niło do po­tęgi ge­niu­sza, jest tak śmieszne, jak przy­zna­wać so­bie ge­niusz dla­tego, że się po­bie­rało na­ukę u ge­nial­nego.

Młody za­tem Szo­pen był sa­mo­twórcą. Praw­dziwy jed­nak ge­niusz nie jest tak ni­gdy upo­rnym, by od­py­chał wzory ar­cy­dzieł, ucie­kał przed wra­że­niami szczyt­no­ści mi­strzów i nie przy­swa­jał so­bie prawd sztuki raz przez nich do­cie­czo­nych. Otóż to jest szkoła, je­żeli ge­niusz szkoły po­trze­buje; dla­tego Szo­pen od­był ją i po­jął z naj­sub­tel­niej­szą prze­ni­kli­wo­ścią, a tą szkołą było dwóch ów­cze­snych mi­strzów, któ­rzy go na­tchnęli i któ­rych piętna, cho­ciaż na tle zu­peł­nej ory­gi­nal­no­ści Szo­pena i na nie­zmie­rzo­nej prze­strzeni wy­obraźni jego, wyż­szy znawca do­strzeże. Mi­strzami tymi byli Hum­mel i Pa­ga­nini.

Świad­kiem by­łem wra­żeń, ja­kie ci dwaj mi­strzo­wie na mło­dzieńcu czy­nili. Je­den cza­ro­wał go bo­gac­twem har­mo­nii i dzielną im­pro­wi­za­cją za­chwy­cał; drugi nie­biań­ską me­lo­dią i jej wy­twor­nymi ozdoby w sferę złu­dzeń po­ry­wał; a wie­dział młody ar­ty­sta, jak przy­swoić so­bie dwie wiel­ko­ści, jak je po­bra­tać z wła­snym na­tchnie­niem, jak nimi do szczyt­no­ści swoją wiel­kość wy­nieść, i tak stał się ol­brzy­mem.

Lecz mimo to nie po­wie­dział so­bie, jak to po­spo­li­cie czyni więk­szość mło­dych ar­ty­stów, iż bę­dzie Hum­m­lem lub Pa­ga­ni­nim, bo znał całą ni­skość tych, co nie mają swej in­dy­wi­du­al­no­ści; dla do­się­gnię­cia cu­dzej wiel­ko­ści nie za­parł się wła­snej; swoją zmie­rzył z tam­tymi, uwie­rzył w nią, chciał być Szo­pe­nem i Szo­pe­nem zo­stał, a zo­stał za­ra­zem wzo­rem dla in­nych, jak czer­piąc w skarbcu sztuki ko­rzy­ści dla sie­bie, trzeba stać się sa­mym sobą.

Sa­mo­dziel­nym bę­dąc, Szo­pen do końca nim po­zo­stał; ani go pe­dan­tyzm nie­miecki nie ze­sztyw­nił, ani sło­dycz wło­skiej me­lo­dii nie znie­wie­ściła, ani go lek­kość fran­cu­skiej mu­zyki do czczo­ści nie zni­żyła. Ten sam typ ta­lentu, który kie­dyś w po­że­gnal­nych jego kon­cer­tach war­sza­wian cza­ro­wał, póź­niej Pa­ryż za­chwy­cał, stał nie­prze­nik­niony jak ba­zaltu skała; różne szkoły i typy roz­bi­jały się o niego i nie od­stą­pił mi­strza aż do grobu.

Typ ten nie­za­chwiany ta­lentu Cho­pina, ile wznio­sły, cu­downy, na głę­bię uczuć dzia­ła­jący, tyle nie wą­tły, nie prze­chodni, nie zu­żyty, a[le] nie­śmier­telny, bo w jego utwo­rach myśl mieszka, a myśl nie prze­sta­nie być my­ślą.

Skoro z pia­ni­stów on je­den my­ślą nas da­rzył, on je­den tylko z nich był po­etą. Stąd nie dziwmy się, iż kom­po­zy­cje Szo­pena nie zo­stały do­tąd w na­szym przy­naj­mniej kraju po­pu­lar­nymi; wszakże po­ezja jest wznio­sło­ścią, a wznio­słość dla­tego jest wznio­słą, że się wznosi nad wszystko inne; jakże ogół ma czuć to, co nie mieszka w jego kole, tylko wznio­sło się wy­żej? Do po­ję­cia ta­kiej wyż­szo­ści trzeba być wy­bra­nym; otóż po­wód, dla­czego ogół go nie poj­muje. Prze­cież tak do­brze trzy­mam o ogóle, że nie za­prze­czał­bym mu za­mi­ło­wa­nia do dzieł Szo­pena, gdyby tylko mógł się z nimi za­po­znać; do za­po­zna­nia śro­dek nie­ła­twy; trzeba by sa­mego Szo­pena dać sły­szeć ogó­łowi lub wy­ko­nu­ją­cym jego dzieła być uspo­so­bio­nymi do traf­nego od­da­nia jego my­śli. Nie­stety, do ostat­niego po­trzebne czu­cie równe Szo­pi­no­wemu, a wię­cej jesz­cze wie­dzą spo­sobu trak­to­wa­nia gry we­dług niego. Bez tego, choć wielu wy­ko­nywa twory Szo­pina, przed­sta­wiają tylko pa­ro­dię, od­strę­czają słu­cha­czy od jego ar­cy­dzieł i na karb trud­no­ści zwa­lają nie­chęć pra­co­wa­nia nad nimi.

Trud­ność prze­cież nie leży w sa­mym ich me­cha­ni­zmie; bo nie­raz sły­szymy dzielne po­ko­na­nie trud­no­ści Hek­sa­me­ronu, tej mie­sza­niny z sze­ściu od­ręb­nych przy­praw, ge­nial­nie przez Liszta spo­rzą­dzo­nej, to od­grzaną i prze­nie­sioną z wiel­kiej or­kie­stry na jedno piano uwer­turę We­bera, przez Hen­selta, to znów zręcz­nie wy­bęb­niony chór Bar­dów przez Thal­berga; a usły­szeć nie mo­żemy jed­nego An­dante z kon­certu Szo­pina, żeby nie było w ka­ry­ka­turę ob­ró­cone! Trud­ność za­tem spo­czywa w do­się­gnię­ciu szczyt­no­ści, jaką dzieła Szo­pina tchną. Stąd one będą za­wsze ka­mie­niem pro­bier­czym ta­len­tów wy­ko­naw­czych; kto im nie po­doła, pal­cową tylko udol­ność wy­ka­zać może, a taka wy­łącz­nie nie czyni jesz­cze zna­ko­mi­to­ści. Szo­pin z tej także przy­czyny nie zaj­mie ogółu, iż wła­sne my­śli przed­sta­wia: pia­ni­ści zaś, co pi­szą swe fan­ta­zje na te­maty ze zna­nych oper, pomi[mo]wol­nie mu­szą być po­pu­lar­nymi, bo choć czę­sto nie­zgrabne ich twory, słu­chacz prędko je zro­zu­mie i rad sły­szeć piękną a znaną me­lo­dię.

Tak uspo­so­biony Szo­pin, wśród Pa­ryża, w spra­wie­dli­wym po­wa­ża­niu u ar­ty­stów, wiel­biony przez zna­mie­nit­sze umy­sły, czczony od lu­dzi z wyż­szym ukształ­ce­niem i sma­kiem, był przez lat dwa­dzie­ścia roz­ko­szą naj­pierw­szych sa­lo­nów; po­ry­wany, piesz­czony, hoł­dami ob­sy­py­wany, poił nie­zrów­na­nym wdzię­kiem swego piana [for­te­pianu] nie­jedno pełne in­te­li­gen­cji ze­bra­nie, a na­wy­kły do wyż­szych to­wa­rzystw, za­le­cał się wy­twor­nym wy­kształ­ce­niem, mi­łym hu­mo­rem, nie mniej wy­so­kim dow­ci­pem. Znał też do­brze ka­prysy spo­łe­czeń­stwa, w któ­rym prze­by­wał i umiał z nim zręcz­nie wy­cho­dzić.

Nie za­po­mnę zda­rze­nia, gdy raz w mej obec­no­ści im­pro­wi­zo­wał wy­so­kiemu ze­bra­niu dy­le­tan­tów. Na­tchnie­nie po­wio­dło go do za­im­pro­wi­zo­wa­nia ja­kiejś cu­dow­nej me­lo­dii: wszy­scy osłu­pieli; gdy skoń­czył, pod­nie­śli się z miejsc i oko­lili try­um­fu­ją­cego wir­tu­oza, a po­nie­waż mu­siało wszystko w ich wy­zna­niu le­gi­ty­micz­nym mieć swoje po­cho­dze­nie, skwa­pli­wie do­py­ty­wali się, co by to była za pieśń? Szo­pen, świa­domy ich du­cha, wręcz za­pew­nił, że to pieśń lu­dowa z jego ziemi ro­dzin­nej. Damy, które go ota­czały, żar­li­wie na­le­gały, aby ją uło­żył na głosy i oświad­czyły chęć za­śpie­wa­nia w chó­rze. Naj­so­len­niej przy­rzekł im wir­tuoz, a ob­ró­ciw­szy się do mnie, rzekł z uśmie­chem: "Ju­tro już o tym za­po­mną!". W tym zna­le­zie­niu się wi­doczną była do­kładna zna­jo­mość sa­lo­no­wego ży­cia to­wa­rzystw pa­ry­skich.

Szo­pen, wśród za­wodu swego tak świet­nie wie­dzio­nego, nie lu­bił pra­wie kon­cer­tów; nie­raz go zna­glano, aby dał się sły­szeć pu­blicz­nie; nie­chętny temu, za­wsze od­ma­wiał. Nie wia­domo, czy oszczę­dzać chciał siły swoje fi­zyczne, słab­sze, nie­stety, od in­nych wir­tu­ozów, czyli zna­jąc wznio­słość dzieł swo­ich oraz ich ory­gi­nal­ność, nie ży­czył je na pu­bliczną od­da­wać wy­stawę, w prze­ko­na­niu, iż aby taka wy­stawa uwień­czyła przed­się­biorcę po­myśl­nym owo­cem, za­wsze jej pro­gram za­trą­cać musi na­krę­coną spe­ku­la­cją.

Grał jed­nak nie­kiedy pu­blicz­nie, a wy­brane jego au­dy­to­rium za­po­mi­nało wów­czas o gło­śnej kon­cer­to­wej sła­wie Lisz­tów i Thal­ber­gów i prze­ko­ny­wało się, że ge­niusz Szo­pena bez za­prze­cza­nia po­budką był w roz­wi­nię­ciu ich ta­len­tów. Szcze­gól­niej Liszt, roz­mi­ło­wany w Szo­pe­nie, przy­ja­ciel jego nie­zmienny, w cza­sie po­bytu swego w Pa­ryżu ule­ga­jący na­wet w po­tocz­nym ży­ciu prze­wa­dze mo­ral­nej Szo­pena, wi­nien mu ogrom ca­łego du­cha tak sil­nie roz­wi­nię­tego w swoim ta­len­cie, bo wia­domo, iż iskrę Lisz­to­wego ge­niu­szu, tle­jącą tylko kie­dyś jako w mło­do­cia­nym je­ste­stwie, Szo­pen do­piero bo­skim swym ogniem w go­tu­jący pło­mień roz­nie­cił.

Szo­pe­nie! Gdyś nas wy­prze­dził i dal­szą wę­drówkę wska­zaną ci przez Twórcę roz­po­czął, czymże ci słowo moje jesz­cze za­brzmieć po­doła?

Oto tym nie­zmy­ślo­nym unie­sie­niem nad tobą, żeś ty był jed­nym ze ską­pej liczby ge­niu­szów, co w ol­brzy­mim po­lo­cie do­się­gły szczytu sztuki; co nie­po­ję­tym od nie­bios da­rem po­do­ła­łeś każ­dym do­tknię­ciem zim­nej ko­ści wy­wo­łane przez cie­bie brzmie­nie z piana [for­te­pianu] roz­pro­mie­nić ży­ciem, a twory twe, tchnące wy­gó­ro­waną po­ezją, upa­jają na­tło­kiem uczuć i przez zmysł słu­chu do rdzeni czu­cia się wdzie­rają!

Za­ga­sła gwiazdo Pa­ryża! Jakże pięk­nie na jego świe­ci­łaś ho­ry­zon­cie, a pro­mie­nie twe jakże da­leko i wszech­stron­nie strze­lały! Tak go­re­jąc ogniem ge­niu­szu, a bla­skiem sławy przy­świe­ca­jąc, nie za­po­mnia­łeś jed­nak Szo­pe­nie ani na chwilę, gdzieś pierw­szym świa­tłem za­iskrzył; nie prze­po­mnia­łeś, żeś naj­przód nam świe­cił, boś mię­dzy nami ży­cie za­czerp­nął.

Cie­niu nam drogi! Wy­bacz unie­sie­niom, bo unie­sie­nia są ob­ja­wem czyn­nej i bier­nej siły po­ezji, a ty sam sprawcą unie­sień, boś pod­nie­cił da­rem swym naj­po­etycz­niej­sze wzru­sze­nia.

Wzru­sze­nia te nie są mym tylko udzia­łem; są one udzia­łem wszyst­kich, co cię po­jęli, uko­chali i wiel­bią; a bo­ska sztuka mu­zyki, w ca­łej swo­jej prze­strzeni, rada by ci w hoł­dzie, ko­lo­salną jak ten świat or­kie­strą, pieśń cze­ści [czci] i żalu za­nu­cić!

Źró­dło: Jó­zef Brzow­ski, Fry­de­ryk Szo­pen, "Ga­zeta War­szaw­ska", 14 XI 1849, nr 302, s. 3-4 (ar­ty­kuł po­śmiertny).

Ko­men­tarz

Jó­zef Brzow­ski (1805-1888) - pol­ski kom­po­zy­tor, pe­da­gog, dy­ry­gent, wio­lon­cze­li­sta i pu­bli­cy­sta mu­zyczny. Wra­że­nia ze swej pra­wie dwu­let­niej po­dróży za­gra­nicz­nej (1836-1837) spi­sał w dzien­niku, który na­stęp­nie w 1852 r. prze­ro­bił i opra­co­wał z my­ślą o wy­da­niu ich dru­kiem jako Wra­że­nia ar­ty­styczne z po­dróży po Niem­czech i Fran­cji. Oby­dwa ory­gi­nalne rę­ko­pisy (dzien­nik i opra­co­wa­nie) za­gi­nęły wraz ze zbio­rami Alek­san­dra Po­liń­skiego, jed­nak ich różne frag­menty były wcze­śniej kil­ka­krot­nie pu­bli­ko­wane, przy czym mają nie­jed­na­kową ob­ję­tość, treść i formę - trudno oce­nić, które są bliż­sze pier­wo­wzoru. Za ży­cia Brzow­skiego wy­dano bo­wiem trzy wer­sje jego dzien­nika (1850, 1871, 1886); nie tylko wy­brano do nich różne frag­menty, ale i do­ko­nano roz­ma­itej re­dak­cji po­szcze­gól­nych aka­pi­tów, co - jak można przy­pusz­czać - od­było się za wie­dzą au­tora. Póź­niej­sze pu­bli­ka­cje rów­nież róż­niły się wy­bo­rem frag­men­tów; naj­peł­niej­szym tek­stem po­zo­staje "Kro­nika Ro­dzinna" z 1871 r., z któ­rej za­czerp­nę­li­śmy pas­susy uzu­peł­nia­jące nar­ra­cję naj­wcze­śniej­szej (także tu­taj uży­tej) wer­sji z "Bi­blio­teki War­szaw­skiej" (1850). Trze­cim źró­dłem uzu­peł­nień jest "Echo Mu­zyczne, Te­atralne i Ar­ty­styczne", w któ­rym Fer­dy­nand Ho­esick za­mie­ścił od­mie­nioną re­dak­cyj­nie i ob­ję­to­ściowo wer­sję tek­stu. Ko­lej­nej pu­bli­ka­cji czę­ści tek­stów Brzow­skiego do­ko­nał Alek­san­der Po­liń­ski w "Ku­rie­rze War­szaw­skim" (1899) z oka­zji 50. rocz­nicy śmierci Cho­pina. Wresz­cie Ta­de­usz Ochlew­ski za­mie­ścił nie­które, lecz nieco od­mien­nie brzmiące frag­menty w "Mu­zyce" (1950). Sy­tu­acja ta nie po­zwala obec­nie jed­no­znacz­nie okre­ślić, z któ­rej wer­sji (z dzien­nika czy pa­mięt­nika) po­cho­dzą cy­to­wane ustępy oraz jak mają się one do ich pier­wot­nej re­dak­cji.

Ogól­nie wspo­mnie­nia Brzow­skiego za­wie­rają wiele in­te­re­su­ją­cych opi­sów ży­cia mu­zycz­nego, lu­dzi i miast, które zwie­dził w cza­sie swej po­dróży. Ni­niej­szy tekst jest także - z ko­niecz­no­ści - wy­bo­rem au­tor­skim, przy czym klu­czem było przede wszyst­kim wy­bra­nie ta­kich frag­men­tów, które w sze­ro­kim stop­niu do­ty­czą Cho­pina i jego naj­bliż­szego pa­ry­skiego oto­cze­nia. Dru­gim klu­czem była tro­ska o płyn­ność nar­ra­cji. W na­wia­sach kwa­dra­to­wych za­miesz­czono wstawki, po­cho­dzące z in­nej wer­sji tek­stu, które - zda­niem au­tora - ina­czej lub le­piej od­dają opis da­nej sy­tu­acji.

W trzy ty­go­dnie po zgo­nie Cho­pina Jó­zef Brzow­ski opu­bli­ko­wał w pra­sie war­szaw­skiej ar­ty­kuł-ne­kro­log (za­miesz­czony po­wy­żej), oparty na wła­snej wie­dzy, zdo­by­tej pod­czas opi­sa­nych w pa­mięt­niku po­dróży i licz­nych spo­tka­niach z Cho­pi­nem.

Uro­dzony w War­sza­wie, Jó­zef Brzow­ski tu po­bie­rał na­uki w Li­ceum i szko­łach pi­jar­skich. Przez mał­żeń­stwo swej sio­stry Zo­fii z Ka­ro­lem Kur­piń­skim zwią­zał się z nim także za­wo­dowo - u niego po­znał za­sady har­mo­nii i zdo­był pod­sta­wowe wia­do­mo­ści mu­zyczne. Na­stęp­nie stu­dio­wał w Kon­ser­wa­to­rium, m.in. grę na wio­lon­czeli. Gry­wał na tym in­stru­men­cie w ope­rach Ros­si­niego, wy­sta­wia­nych przez Kur­piń­skiego, a na­stęp­nie na krótko ob­jął po­sadę dy­ry­genta or­kie­stry w ba­le­cie. Po ukoń­cze­niu stu­diów kom­po­zy­tor­skich na­pi­sał w 1832 r. operę Hra­bia We­se­liń­ski z li­bret­tem Lu­dwika Adama Dmu­szew­skiego, wy­sta­wioną z po­wo­dze­niem w końcu 1833 r. W roku 1837 wy­brał się w dłuż­szą po­dróż ar­ty­styczną po Niem­czech i Fran­cji, gdzie po­znał wielu ów­cze­snych mi­strzów mu­zyki. Wra­że­nia z tej po­dróży spi­sał w cy­to­wa­nym Dzien­niku. Zaj­mo­wał się także pi­śmien­nic­twem mu­zycz­nym: pu­bli­ko­wał ar­ty­kuły w "Świe­cie Dra­ma­tycz­nym" i "Prze­glą­dzie Na­uko­wym". W roku 1843 jeź­dził do Po­zna­nia, Wro­cła­wia, Sal­zbrunnu, Cie­plic i Dre­zna w to­wa­rzy­stwie swej uta­len­to­wa­nej mu­zycz­nie córki Ja­dwigi, póź­niej­szej pro­fe­sorki mu­zyki "w słyn­nym żeń­skim in­sty­tu­cie" w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (po­ślu­biła tam w No­wym Or­le­anie fran­cu­skiego kon­sula ge­ne­ral­nego, hra­biego de Méjana, by na­stęp­nie osie­dlić się w Bruk­seli). Po utwo­rze­niu In­sty­tutu Mu­zycz­nego w War­sza­wie w 1861 r. Brzow­ski zo­stał po­wo­łany na sta­no­wi­sko in­spek­tora tej uczelni oraz pro­fe­sora klasy for­te­pianu dla śpie­wa­ków. Kom­po­no­wał dużo, wiele jego utwo­rów spo­tkało się z mię­dzy­na­ro­do­wym uzna­niem, szcze­gól­nie w Bel­gii, gdzie za za­sługi zo­stał uho­no­ro­wany licz­nymi za­szczy­tami. Jed­nym z więk­szych jego dzieł była opera pt. Ru­va­ert, re­gent Flan­drii, czyli pi­wo­war z Gan­dawy. Jego msze były wy­ko­ny­wane w róż­nych mia­stach Bel­gii i Fran­cji oraz w war­szaw­skiej ka­te­drze św. Jana. Skom­po­no­wał po­nadto utwory na for­te­pian i or­kie­strę, a także arię dla słyn­nego śpie­waka, Ru­bi­niego. Zmarł w War­sza­wie w 1888 r.

Bi­blio­gra­fia

- Jó­zef Brzow­ski, Fry­de­ryk Szo­pen, "Ga­zeta War­szaw­ska", 14 XI 1849, nr 302.

- Jó­zef Brzow­ski, Ustęp z wra­żeń ar­ty­stycz­nej po­dróży, "Bi­blio­teka War­szaw­ska" 1850, t. 4.

- Jó­zef Brzow­ski, Wy­jątki z po­dróży ar­ty­stycz­nej do Nie­miec i Fran­cji od­by­tej w 1837 roku przez J. Brzow­skiego, "Kro­nika Ro­dzinna" 1871, nry 17-20, 22-23.

- Brzow­ski Jó­zef, "Kro­nika Ro­dzinna" 1886, nr 18.

- Ta­de­usz Ochlew­ski, Ze wspo­mnień J. Brzow­skiego o Cho­pi­nie, "Mu­zyka" 1950, nr 6.

- Alek­san­der Po­liń­ski, O Fry­de­ryku Cho­pi­nie, "Ku­rier War­szaw­ski" 1899, nr 29.

- Fer­dy­nand Ho­esick, Pre­lu­dya o Cho­pi­nie, rozdz. IV: Cho­pi­niana w zbio­rach Al. Po­liń­skiego, "Echo Mu­zyczne, Te­atralne i Ar­ty­styczne" 1900.

- Fer­dy­nand Ho­esick, Sło­wacki i Cho­pin, t. 1-2, War­szawa 1932.

- Ma­rie-Paule Ram­beau, Ewa Talma-Da­vous, Jó­zef Brzow­ski: un mu­si­cien po­lo­nais dans le Pa­ris mu­si­cal de la Mo­nar­chie de Ju­il­let, w: Cho­pin e il su­ono di Pleyel, red. Flo­rence Gétreau, Brio­sco 2010.

- Ta­de­usz Ochlew­ski, [ha­sło:] Brzow­ski, Jó­zef, w: Pol­ski słow­nik bio­gra­ficzny, t. 3, Kra­ków 1937.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp

.

OPIS KON­CEP­CJI

Źró­dła pa­mięt­ni­kar­skie to ko­pal­nia wie­dzy o lu­dziach i ich cza­sach. Są one co prawda wi­dze­niem su­biek­tyw­nym, po­ka­zują bo­wiem za­zwy­czaj ob­raz rze­czy­wi­sto­ści wi­dziany po­przez filtr wła­snej oso­bo­wo­ści pi­szą­cego, jed­nak zwy­kle za­wie­rają ja­kąś część prawdy "obiek­tyw­nej" o opi­sy­wa­nych oso­bach i zda­rze­niach. Oczy­wi­ście, pełna "prawda obiek­tywna" nie ist­nieje: jest ona tylko wy­pad­kową su­biek­tyw­nych ob­ra­zów, ale im wię­cej ta­kich ob­ra­zów zgro­ma­dzimy, tym ich suma bę­dzie bliż­sza bio­gra­fii "ide­al­nej".

Fry­de­ryk Cho­pin trwale za­pi­sał się w pa­mięci se­tek osób, które go znały bądź oso­bi­ście, bądź tylko ze­tknęły się z nim prze­lot­nie, a któ­rych spora część po­zo­sta­wiła po so­bie pa­mięt­niki, li­sty, dzien­niki i re­la­cje. Wspo­mnie­nia te, ze­sta­wione z in­nymi, po­zwa­lają zbli­żyć się do ob­razu Cho­pina czło­wieka, który bę­dzie w miarę "praw­dziwy", to jest po­każe nam, jaki na­prawdę był ar­ty­sta lub - przy­naj­mniej - ja­kim go po­strze­gano. Ze względu na ich su­biek­tyw­ność, wspo­mnie­nia jed­nych nie za­wsze są zbieżne z wi­dze­niem in­nych osób. Ale to wła­śnie ze­sta­wie­nie roz­ma­itych spoj­rzeń na Cho­pina sta­nowi o bo­gac­twie i war­to­ści tych źró­deł.

Ni­niej­szy wy­bór ma na celu zgro­ma­dze­nie w jed­nym miej­scu re­la­cji i wspo­mnień na te­mat Cho­pina i jego bli­skich au­tor­stwa osób róż­nego po­cho­dze­nia, au­to­ry­tetu, po­zy­cji i sta­tusu: od Adama Mic­kie­wi­cza do słu­żą­cego Jana. Szcze­gólny na­cisk po­ło­żono na wy­bór tek­stów przy­bli­ża­ją­cych Cho­pina jako czło­wieka. Zmar­gi­na­li­zo­wano tek­sty oma­wia­jące samą ma­te­rię mu­zyczną, twór­czość kom­po­zy­tora, choć - oczy­wi­ście - ten wą­tek (szcze­gól­nie aspekt jego wir­tu­oze­rii jako wy­ko­nawcy) musi prze­wi­jać się w więk­szo­ści re­la­cji.

Ce­lem tej pu­bli­ka­cji jest nie tylko prze­ka­za­nie czy­tel­ni­kowi czy­jejś re­flek­sji o Cho­pi­nie, ale też usy­tu­owa­nie zna­jo­mo­ści Cho­pina z au­to­rem ta­kiej opi­nii na wła­ści­wym tle, we wła­ści­wych cza­sie i oko­licz­no­ściach. Służą temu przy­pisy i ko­men­ta­rze.

Poza su­biek­tyw­nymi tre­ściami pre­zen­to­wane tek­sty mają też wa­lor po­rząd­ku­jący fakty: po­zwa­lają uwia­ry­god­nić pewne zda­rze­nia, bli­żej okre­ślić ich miej­sca i daty, usta­lić uczest­ni­ków itp. Sta­no­wią więc ważny, źró­dłowy ma­te­riał bio­gra­ficzny, który jed­nak wy­maga kon­fron­ta­cji z wie­dzą dzi­siej­szą. Kie­ru­jąc się tym za­ło­że­niem, po­mi­nięto np. Pa­mięt­niki Bo­gu­sławy z Dą­brow­skich Mań­kow­skiej, w któ­rych au­torka cy­tuje za­sły­szaną opo­wieść o rze­ko­mej wi­zy­cie mło­dego Cho­pina na przy­ję­ciu w Wi­la­no­wie, wy­da­nym na cześć księ­cia An­to­niego Ra­dzi­wiłła. Hi­sto­ryjka ta, mocno za­ko­rze­niona w dzi­siej­szej li­te­ra­tu­rze, ma wszel­kie ce­chy nie­praw­do­po­do­bień­stwa i nie może sta­no­wić źró­dła wie­dzy o Cho­pi­nie.

KRY­TE­RIA WY­BORU

Za­mysł pre­zen­to­wa­nego zbioru opiera się na kilku za­ło­że­niach do­ty­czą­cych ro­dzaju i se­lek­cji źró­deł. Naj­cen­niej­sze są prze­kazy z pierw­szej ręki, czyli po­cho­dzące bez­po­śred­nio spod pióra osób, które mo­gły ze­tknąć się z Cho­pi­nem. Jest ich, nie­stety, znacz­nie mniej niż re­la­cji osób, które - choć same nie sty­kały się z Cho­pi­nem - spi­sały wspo­mnie­nia tych pierw­szych. Ta­kich za­pi­sków spo­ty­kamy w XIX-wiecz­nej pra­sie i li­te­ra­tu­rze sporo. Za­miesz­cze­nie wszyst­kich prze­kra­cza­łoby ramy tej książki, ko­nieczne więc było do­ko­na­nie se­lek­cji, głów­nie pod wzglę­dem war­to­ści po­znaw­czej da­nej re­la­cji (np. Fer­dy­nanda Dwo­rzaczka, Le­ona Po­stawki, Ma­rii Wa­lew­skiej, Edwarda Si­wiń­skiego, Mi­chała Hertza).

Dru­gim kry­te­rium wy­boru była do­stęp­ność źródeł. Wiele pa­mięt­ni­ków zo­stało już opu­bli­ko­wa­nych w for­mie książ­ko­wej (głów­nie w XIX wieku), jed­nak ich do­stęp­ność na rynku czy­tel­ni­czym jest dzi­siaj ze­rowa. Obecna pu­bli­ka­cja przy­po­mni więc te nie­osią­galne tek­sty we frag­men­tach do­ty­czą­cych Cho­pina.

Po­mi­nięte zo­stały na­to­miast wspo­mnie­nia róż­nych osób ujęte w now­szych lub po­pu­lar­nych opra­co­wa­niach (np. w książ­kach Fry­de­ryka Niec­ksa, Fer­dy­nanda Ho­esicka, Adama Czart­kow­skiego i Zo­fii Je­żew­skiej); po­mi­nięte zo­stały także nie­dawno wy­dane w no­wym, kry­tycz­nym opra­co­wa­niu Pa­mięt­niki Fry­de­ryka hr. Skarbka.

Trze­cim kry­te­rium wy­boru był język, w ja­kim po­wstał tekst. W za­sa­dzie ogra­ni­czono się do au­to­rów nie­fran­cu­sko­ję­zycz­nych - fran­cu­sko­ję­zyczni bo­wiem sta­no­wią przed­miot opra­co­wa­nia Ma­rie-Paule Ram­beau w dru­giej czę­ści ni­niej­szej książki. Zde­cy­do­wana więk­szość pre­zen­to­wa­nych tu­taj tek­stów po­cho­dzi od au­to­rów Po­la­ków. W nie­licz­nych przy­pad­kach po­ja­wiają się wy­jątki mo­ty­wo­wane bra­kiem do­tych­czas upu­blicz­nio­nych na pol­skim rynku tre­ści. Ta­kie są znaj­du­jące się w ar­chi­wach ro­syj­skich dzien­niki sióstr Sze­re­mie­tie­wych[1], frag­ment nie­miec­kich pa­mięt­ni­ków So­phie Léo czy re­la­cje Adolfa Gut­manna spi­sane po nie­miecku przez Bern­harda Sta­ve­nowa.

Prócz tego kilka za­miesz­czo­nych tek­stów po­cho­dzi z nie­pu­bli­ko­wa­nych (bądź czę­ściowo tylko udo­stęp­nio­nych) rę­ko­pisów. Ta­kie są od­czy­tane na nowo dzien­niki Le­onarda Niedź­wiec­kiego czy Zo­fii Ro­sen­gardt (Za­le­skiej).

W za­sa­dzie po­mi­nięte zo­stały źró­dła epi­sto­lo­gra­ficzne, z wy­jąt­kiem nie­licz­nych przy­pad­ków, m.in. Oskara Kol­berga, który wła­śnie drogą ko­re­spon­den­cyjną uzu­peł­niał i pro­sto­wał pla­no­wane bio­gra­fie Cho­pina pióra Mar­ce­lego An­to­niego Szulca czy Mau­ry­cego Ka­ra­sow­skiego, do­star­cza­jąc im wie­dzy z pierw­szej ręki, jako że miesz­kał drzwi w drzwi z ro­dziną Cho­pi­nów w swych la­tach li­ce­al­nych, a przez całe ży­cie szy­ko­wał się do na­pi­sa­nia bio­gra­fii Cho­pina.

Wkrótce po śmierci Cho­pina uka­zało się w pra­sie pol­skiej kilka ar­ty­ku­łów-ne­kro­lo­gów pióra osób bli­sko zwią­za­nych ze Zmar­łym. Sta­no­wią one ro­dzaj syn­te­tycz­nego wspo­mnie­nia bio­gra­ficz­nego; za­miesz­czamy je tu­taj ze względu na osoby au­to­rów (wśród nich: Jó­zef Brzow­ski, Oskar Kol­berg, Jan Koź­mian) oraz wcze­sną datę ich pu­bli­ka­cji.

KLA­SY­FI­KA­CJA ŹRÓ­DEŁ

Ob­szerna kwe­renda w opu­bli­ko­wa­nej li­te­ra­tu­rze pa­mięt­ni­kar­skiej ujaw­niła kil­ka­dzie­siąt po­zy­cji speł­nia­ją­cych po­wyż­sze za­ło­że­nia. Z ko­lei spora liczba pa­mięt­ni­ków, choć prze­ka­zuje bo­gatą wie­dzę o Cho­pi­nie, jest au­tor­stwa osób, które do­piero po śmierci kom­po­zy­tora sty­kały się z ży­ją­cym gro­nem jego przy­ja­ciół i od nich czer­pały in­for­ma­cje o nim (ta ka­te­go­ria - z nie­wiel­kimi wy­jąt­kami, opi­sa­nymi wy­żej - nie zo­stała za­kwa­li­fi­ko­wana do ni­niej­szego zbioru).

Wśród przy­ję­tych tek­stów wy­stę­puje kilka ty­pów wspo­mnień. Pierw­sze to dzien­niki (Jó­zefa Brzow­skiego, Le­onarda Niedź­wiec­kiego, Zo­fii Ro­sen­gardt), pi­sane w miarę wcze­śnie lub pra­wie na bie­żąco. Są to naj­cen­niej­sze z tek­stów; jest ich, nie­stety, nie­wiele.

Dru­gie to re­la­cje osób zna­ją­cych Cho­pina bez­po­śred­nio, ale spi­sane zwy­kle pod ko­niec ży­cia pa­mięt­ni­ka­rza, re­tro­spek­tywne, czę­sto długo po śmierci kom­po­zy­tora, gdy jego sława była już mocno ugrun­to­wana, co mo­gło nieco ukie­run­ko­wać nar­ra­cję.

W ko­men­ta­rzach do po­szcze­gól­nych tek­stów pod­jęto próbę opi­sa­nia cha­rak­teru sto­sun­ków pa­mięt­ni­karz-Cho­pin, by mak­sy­mal­nie uwia­ry­god­nić cy­to­wane wspo­mnie­nia; w przy­pad­kach, gdy re­la­cja bu­dziła wąt­pli­wo­ści, zo­stało to uwy­pu­klone.

Druga kwe­renda ob­jęła pu­bli­ka­cje pra­sowe. Wiele z pre­zen­to­wa­nych tek­stów uka­zało się w XIX-wiecz­nej pra­sie, głów­nie war­szaw­skiej, sta­no­wiąc do­nie­sie­nia na te­mat ist­nie­ją­cych jesz­cze wów­czas do­ku­men­tów (np. zbio­rów Alek­san­dra Po­liń­skiego, wśród nich - dzien­ni­ków Jó­zefa Brzow­skiego itp.). Po­nie­waż jed­nak ory­gi­nały za­gi­nęły bądź ule­gły znisz­cze­niu w cza­sie wojny, ich pra­sowe opisy i cy­to­wa­nia stały się źró­dłem pier­wot­nym i tak zo­stały tu po­trak­to­wane.

UKŁAD KSIĄŻKI

Układ książki sta­no­wił pe­wien pro­blem kom­po­zy­cyjny: jak po­se­gre­go­wać ze­brane wspo­mnie­nia? Po­cząt­kowy za­mysł uży­cia chro­no­lo­gii ży­cia Cho­pina jako klu­cza do uło­że­nia tek­stów oka­zał się nie­przy­datny: część bo­wiem pa­mięt­ni­ka­rzy pi­sze np. tylko o dzie­ciń­stwie Cho­pina, inni obej­mują zaś znacz­nie dłuż­sze okresy jego ży­cia, w tym także dzie­ciń­stwo. Przy­jęty więc zo­stał po­rzą­dek al­fa­be­tyczny, we­dług na­zwisk au­to­rów, w prze­ko­na­niu, że czy­tel­nik sam lub z lek­tury ko­men­ta­rza bę­dzie wie­dział, ja­kiego mo­mentu ży­cia Cho­pina tekst do­ty­czy.

OPRA­CO­WA­NIE RE­DAK­CYJNE

Źró­dło: każdy tekst opa­trzony jest wska­za­niem źró­dła bi­blio­gra­ficz­nego, z któ­rego zo­stał za­czerp­nięty. Za­cho­wano ory­gi­nalną pi­sow­nię (Szo­pen lub Cho­pin), zgod­nie z ów­cze­sną ten­den­cją do spo­lsz­cza­nia ob­cych na­zwisk.

Ko­men­tarz: w ko­men­ta­rzach za­warto pod­sta­wowe dane bio­gra­ficzne o pa­mięt­ni­ka­rzu; nie­kiedy są to in­for­ma­cje do­tych­czas nie­znane lub bar­dzo mało znane, uzy­skane w dro­dze wła­snej, wie­lo­let­niej kwe­rendy. Przed­sta­wione oko­licz­no­ści bio­gra­ficzne sy­tu­ują pa­mięt­ni­ka­rza w kręgu lu­dzi ota­cza­ją­cych Cho­pina w róż­nych okre­sach jego ży­cia i tym sa­mym na­świe­tlają spo­łeczne uwa­run­ko­wa­nia ich zna­jo­mo­ści. Gdy treść wspo­mnie­nia tego wy­maga, w ko­men­ta­rzu znaj­dują się ele­menty po­le­miczne, pro­stu­jące czy wy­ja­śnia­jące, oparte na dzi­siej­szym sta­nie wie­dzy.

Bi­blio­gra­fia: w przy­padku, gdy na te­mat da­nego tek­stu ist­nieją ja­kieś opra­co­wa­nia, zo­stały one wy­szcze­gól­nione, przy czym nie jest to bi­blio­gra­fia pełna, lecz od­sy­ła­jąca do waż­niej­szych, now­szych lub cie­kaw­szych ty­tu­łów.

Przy­pisy po­cho­dzą głów­nie od au­tora ko­men­ta­rza lub re­dak­cji. W przy­padku przy­pi­sów po­cho­dzą­cych z pier­wot­nych wer­sji tek­stu bądź uzu­peł­nień po­przed­nich wy­daw­ców od­po­wied­nie ozna­cze­nia umiesz­czono w na­wia­sach kwa­dra­to­wych.

MA­TE­RIAŁY OD­RZU­CONE

Po­śród tek­stów nie­za­kwa­li­fi­ko­wa­nych znaj­dują się po­zy­cje in­te­re­su­jące z punktu wi­dze­nia dzie­jów pol­skiej emi­gra­cji czy lo­sów osób z bli­skiego i dal­szego oto­cze­nia Cho­pina. Za­li­czyć można do nich na przy­kład pa­mięt­nik Wik­tora Szo­kal­skiego, wy­bit­nego pol­skiego oku­li­sty, który wcze­sne dzie­ciń­stwo spę­dził w Pa­ryżu z matką - pierw­szą dy­rek­torką In­sty­tutu Pa­nien, za­ło­żo­nego w 1845 roku przez księżnę Ada­mową Czar­to­ry­ską w Hôtel Lam­bert. Jako taka, mu­siała ona uczest­ni­czyć w spo­tka­niach mu­zyczno-to­wa­rzy­skich z udzia­łem Cho­pina (jej wy­cho­wanką była m.in. Emi­lia z Bo­rzęc­kich Hof­f­ma­nowa, uczen­nica Cho­pina), jed­nak ani ona, ani jej syn nie po­zo­sta­wili za­pi­sków na ten wła­śnie te­mat. In­nym przy­kła­dem są tek­sty Wi­tolda Łasz­czyń­skiego (o De­oty­mie) czy Lu­dwika Łę­tow­skiego. Ten ostatni au­tor, ofi­cer, póź­niej­szy bi­skup i nie­kon­wen­cjo­nalny li­te­rat, po­zo­sta­wił za­ska­ku­jące, szcze­gó­łowe wspo­mnie­nie o wie­czo­rze mu­zycz­nym u Cho­pina, który się ni­gdy nie od­był, a który oka­zał się Łę­tow­skiego snem[2].

Warto też pod­kre­ślić za­ska­ku­jącą ob­ser­wa­cję, że nie­które osoby bli­sko zwią­zane z Cho­pi­nem (nie­raz od wcze­snej mło­do­ści) w swo­ich wspo­mnie­niach ogra­ni­czyły się tylko do zdaw­ko­wych i nie­istot­nych uwag o kom­po­zy­to­rze, choć z pew­no­ścią miały sze­roką wie­dzę na jego te­mat. Do­ty­czy to ta­kich po­staci, jak na przy­kład Se­we­ryn Gosz­czyń­ski, Ste­fan Wi­twicki, Alek­san­der Je­ło­wicki czy Ju­lian Ur­syn Niem­ce­wicz.

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Wy­razy po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się dr Ewie Sła­wiń­skiej-Dah­lig, która udo­stęp­niła mi nie­wy­dane wcze­śniej naj­now­sze tłu­ma­cze­nie tek­stu Bern­harda Sta­ve­nowa o Adol­fie Gut­man­nie, po­cho­dzące z jej mo­no­gra­ficz­nej książki o tym ulu­bio­nym uczniu Cho­pina.

Piotr My­sła­kow­ski

Wła­dy­sław Bełza

pol­ski po­eta neo­ro­man­tyczny, chrze­śniak Iza­beli z Cho­pi­nów Bar­ciń­skiej

.

Nie­je­den, spoj­rzaw­szy na ty­tuł ni­niej­szego ar­ty­kułu [Z mo­ich wspo­mnień o Szo­pe­nie], ze zdzi­wie­niem za­pyta, skąd uzur­puję so­bie prawo do mó­wie­nia o Szo­pe­nie, skoro go ni­gdy na oczy nie wi­dzia­łem i któ­rego ge­niu­szu, nie bę­dąc mu­zy­kiem, nie je­stem w sta­nie oce­nić.

Otóż zdaje mi się, że do pew­nego stop­nia to prawo po­sia­dam.

Oj­ciec mój żył w bli­skich sto­sun­kach z do­mem Szo­pe­nów, był on "praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem ca­łej ich ro­dziny, a stary pan Mi­ko­łaj Szo­pen bar­dzo go ko­chał i po­wa­żał" - stąd też w domu mo­ich ro­dzi­ców oswa­ja­łem się od dzie­ciń­stwa z brzmie­niem na­zwi­ska ge­nial­nego Fry­de­ryka, zwłasz­cza że i sio­stra jego, a moja chrzestna matka, pani Iza­bela Bar­ciń­ska, czę­sto by­wa­jąc u nas, naj­chęt­niej o swoim bra­cie mó­wiła. Za­nim też zro­zu­mia­łem zna­cze­nie wy­razu mu­zyk i mu­zyka, już wie­dzia­łem o Szo­pe­nie i tylko to mnie dzi­wiło, że ten pan, któ­rego imię było na ustach wszyst­kich, ni­gdy do nas nie przy­cho­dził. A kiedy raz o to za­gad­ną­łem matkę moją i do­wie­dzia­łem się, że "pan Szo­pen" już umarł, to tak się roz­pła­ka­łem, jak­bym stra­cił naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Czę­sto mi po­tem matka to zda­rze­nie przy­po­mi­nała.

Pani Bar­ciń­ska była znacz­nie star­sza od mo­jej matki i ko­rzy­sta­jąc z tego prawa, roz­ta­czała nad nią tkliwą opiekę, tym bar­dziej po­żą­daną, że matka moja nie miała ni­kogo z bli­skiej ro­dziny przy so­bie, a to­wa­rzy­stwo tak życz­li­wej i in­te­li­gent­nej, jak pani Bar­ciń­ska, ko­biety było dla niej praw­dzi­wym skar­bem.

By­wa­łem też czę­sto, jako mały chło­piec, u pań­stwa Bar­ciń­skich, któ­rzy nie ma­jąc wła­snych dzieci, byli dla mnie bar­dzo czuli i wy­lani.

Póź­niej, gdy matka moja w ciężką za­pa­dła cho­robę i za­miesz­kała na wsi, sto­sunki z ich do­mem były rzad­sze, ale w la­tach mego dzie­ciń­stwa, mniej wię­cej do roku 1855, obie te ko­biety, tj. matka moja i pani Bar­ciń­ska, nie­mal co­dzien­nie ko­mu­ni­ko­wały się z sobą.

To­też z tych lat po­zo­stały mi o tych sto­sun­kach naj­mil­sze wspo­mnie­nia.

Pani Bar­ciń­ska ka­zała swo­jemu chrze­śnia­kowi na­zy­wać się bab­cią, co też z ochotą speł­nia­łem, zwłasz­cza że ta bab­cia była bar­dzo słodka i dla przy­god­nego wnuka miała za­wsze cia­steczka lub inne ła­ko­cie. I był­bym na­prawdę bar­dzo nie­szczę­śliwy, gdyby mi kto za­prze­czył prawa do tego po­kre­wień­stwa, tak świę­cie by­łem prze­ko­nany o jego rze­czy­wi­sto­ści.

Ileż to razy, sie­dząc u niej na ko­la­nach, roz­glą­da­łem się po sa­lo­niku, w któ­rym stał za­kryty po­krow­cem for­te­pian Szo­pena, co mię pod­ów­czas mocno in­try­go­wało i py­ta­łem, dla­czego nosi on płasz­czyk na so­bie?

- Żeby mu było cie­pło - od­po­wia­dała, śmie­jąc się ser­decz­nie pani Bar­ciń­ska.

Po raz ostatni by­łem u pań­stwa Bar­ciń­skich na Wiel­ka­noc 1861 r. W tym cza­sie miesz­kali oni w pa­łacu hr. An­drzeja Za­moy­skiego, na pię­trze od po­dwó­rza, gdyż p. Bar­ciń­ski peł­nił w skar­bie or­dy­nata obo­wiązki dy­rek­tora biura że­glugi pa­ro­wej na Wi­śle.

Z tego to pa­łacu 19 wrze­śnia 1863 r. rzu­cono bombę na prze­jeż­dża­ją­cego ulicą na­miest­nika Kró­le­stwa, hr. Berga, wsku­tek czego dom ten od­dano na ra­bu­nek, a wy­rzu­cone z niego przez okna na ulicę sprzęty i me­ble, wśród któ­rych znaj­do­wał się także pa­miąt­kowy for­te­pian Szo­pena, zgar­nięto na kupę w ol­brzymi stos i - spa­lono.

Po­żar trwał do póź­nej nocy, z wiel­kim dla mia­sta nie­bez­pie­czeń­stwem i z więk­szą jesz­cze trwogą lud­no­ści.

Taki był tra­giczny ko­niec tej dro­go­cen­nej po ar­cy­mi­strzu mu­zyki pol­skiej pa­miątki; ko­niec, który hi­sto­ryk tych cza­sów, Ro­sja­nin, Mi­ko­łaj Berg, na­zywa bez ogródki czy­nem "głu­pim i bar­ba­rzyń­skim"[4].

To­też au­to­rom jego ni­gdy tego czynu ro­dzina Szo­pe­nów nie prze­ba­czyła. Gdy w wiele lat po tym wy­padku spo­tka­łem się z pa­nią Bar­ciń­ską w Kra­ko­wie, jesz­cze nie mo­gła się uspo­koić i opo­wia­dała mi o nim z obu­rze­niem.

Oj­ciec mój, w cza­sach po­bytu swego na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, spo­ty­kał się czę­sto z mło­dziut­kim Fry­de­ry­kiem, to u pro­fe­sora Hof­f­mana[5], to w domu dok­tora Brandta[6], gdzie wspól­nie obaj by­wali, gdyż z ro­dzi­cami Szo­pena za­wią­zał do­piero póź­niej bliż­szy sto­su­nek; ale że był o pięć lat star­szy od ich syna i z uspo­so­bie­nia bar­dzo po­ważny, trzy­mał się więc w re­zer­wie, choć sym­pa­ty­zo­wał z we­so­łym chło­pa­kiem i ta­lent jego po­dzi­wiał. Z opo­wia­da­nia ojca wiem, co zresztą dla ni­kogo dziś nie jest no­winą, że w mło­do­ści swo­jej od­zna­czał się Szo­pen we­rwą i dow­ci­pem, któ­rym pod­bi­jał i uj­mo­wał wszyst­kich na­około. Gdy razu pew­nego - nie pa­mię­tam tylko, czy u dok­tora Brandta, czy u pro­fe­sora Hof­f­mana - ze­brane to­wa­rzy­stwo ba­wiło się przy­ję­tym pod­ów­czas zwy­cza­jem w roz­wią­zy­wa­nie sza­rad i za­ga­dek, Szo­pen za­im­pro­wi­zo­wał na­stę­pu­jącą:

Co to jest?

Wy­szcze­rza zęby z da­leka,

A jak go draż­nić, to szczeka?

Wszy­scy zga­dy­wali, że to pies, fa­wo­ryt pana domu, który wła­śnie wy­le­gi­wał się pod ścianą, ale po­ka­zało się, że au­tor miał na my­śli for­te­pian, wła­śnie w tej chwili otwarty i wy­szcze­rza­jący kla­wi­sze, do któ­rego też przy­na­glony przez zbun­to­wa­nych i nie­do­myśl­nych od­ga­dy­wa­czy, za­siadł i grał na te­mat "szcze­ka­nia psa" tak za­bawną im­pro­wi­za­cję, że wszy­scy po­kła­dli się ze śmie­chu.

Szo­pen nie za­po­mi­nał ni­gdy o daw­nych zna­jo­mych i czę­sto też znaj­dują się o nich wzmianki w jego ko­re­spon­den­cjach. Dwie ta­kie, o moim ojcu, zna­la­złem w li­stach jego do ro­dziny: w jed­nym z nich z daty 1845 r. po­leca "uści­skać Bełzę", w dru­gim, z 1846 r., do­wie­dziaw­szy się o ślu­bie mego ojca, ży­czy mu "szczę­ścia naj­więk­szego w no­wym sta­nie"[7].

Dro­gie to są dla mnie wspo­mnie­nia i dla­tego je tu przy­ta­czam.

Mó­wi­łem, że Szo­pen w mło­do­ści swo­jej od­zna­czał się bar­dzo we­so­łym uspo­so­bie­niem. Tej za­lety nie uro­nił i w dal­szych la­tach. Gdy ksiądz Pra­nie­wicz, wielce przy­kładny ka­płan, ale nie­po­prawny wier­szo­kleta, wy­dał w Pa­ryżu w roku 1835 swoje ry­mo­wane Uwagi nad Pol­ską, gdzie wśród in­nych non­sen­sów znaj­do­wał się ilu­stro­wany jego wła­sną mu­zyką, prze­śmieszny Hymn Ja­giel­loń­ski, po­czy­na­jący się od słów:

Czar­to­ry­ska!

Z jej na­zwi­ska,

Miła Bogu i oj­czyź­nie;

Za do­wo­dem oczy­wi­stym,

Z tej god­no­ści nie wy­śliź­nie,

Bo jest wzo­rem wie­ku­istym...

Szo­pen, do­staw­szy tę książkę od Na­po­le­ona Ordy[8], który mi o tym opo­wia­dał, za­no­sił się od śmie­chu i siadł­szy do for­te­pianu, pa­ro­dio­wał tę pa­ro­dię mu­zyki, ale - jak mó­wił - wzór był tak nie­do­ści­gniony, że mu nie spo­sób było do­rów­nać.

Tak mniej wię­cej wy­glą­dał Szo­pen we wspo­mnie­niach współ­cze­snych świad­ków; bar­dziej udu­cho­wiony za­cho­wał się w pa­mięci ko­biet, które go wprost ubó­stwiały. Wła­sna sio­stra Szo­pena, pani Bar­ciń­ska, nie ina­czej go na­zy­wała, jak "nasz drogi Fry­cek" i wspo­mi­nała go za­wsze z wielką mi­ło­ścią i roz­rzew­nie­niem. Księżna Mar­ce­lina Czar­to­ry­ska, któ­rej pod­czas jej kon­certu da­nego we Lwo­wie w paź­dzier­niku 1881 r. mia­łem za­szczyt to­wa­rzy­szyć do jej gry de­kla­ma­cją, na za­py­ta­nie moje o Szo­pena, któ­rego była naj­in­te­li­gent­niej­szą uczen­nicą, od­parła:

"Nie­wiele ja o nim po­wie­dzieć panu mogę. To wiem tylko, że on dla mnie nie umarł, że w mo­ich oczach za­wsze żyje. Ile razy sia­dam do for­te­pianu, wi­dzę go obok sie­bie, sły­szę wy­raź­nie grę jego; ale co on kie­dy­kol­wiek do mnie mó­wił, nie umia­ła­bym panu po­wtó­rzyć. Cią­gle on gra w mo­jej du­szy, a ja go za­wsze słu­cham".

Nie ina­czej też wy­gląda Szo­pen w oczach na­szego na­rodu. Jego se­ra­ficzna po­stać unosi się nad tą zie­mią na skrzy­dłach me­lo­dii, któ­rej na­ro­dowa nuta, naj­do­sko­na­lej od­czuta przez niego i naj­ide­al­niej od­dana, brzmi nie­śmier­tel­nym echem w du­szy każ­dego Po­laka.

Źró­dło: Wła­dy­sław Bełza, Z mo­ich wspo­mnień o Szo­pe­nie, "Ziarno" nr 42 z 13 paź­dzier­nika 1910, s. 824-826.

Ko­men­tarz

Wła­dy­sław Bełza (1847-1913) - pol­ski po­eta neo­ro­man­tyczny, pi­szący w du­chu pa­trio­tycz­nym. Na­zy­wany był piewcą pol­sko­ści. Pu­bli­cy­sta, ani­ma­tor ży­cia kul­tu­ral­nego, oświa­to­wego i pra­so­wego, przez po­nad 30 lat se­kre­tarz Osso­li­neum, był sy­nem Jó­zefa Bełzy (1805-1888), z wy­kształ­ce­nia che­mika, oraz Au­gu­sty Bo­gu­miły Teo­fili Ostrow­skiej (ur. 1829), bra­tem Sta­ni­sława Bełzy (1849-1929), ad­wo­kata, pi­sa­rza, po­dróż­nika i dzia­ła­cza kul­tu­ral­nego na Ślą­sku.

Wła­dy­sław Bełza pi­sy­wał m.in. pa­trio­tyczne wier­sze dla dzieci, z któ­rych je­den, pt. Wy­zna­nie wiary dzie­cię­cia pol­skiego, stał się po­wszech­nie znany ("Kto ty je­steś? - Po­lak mały..."). Uro­dzony zbyt późno, by po­znać oso­bi­ście Fry­de­ryka Cho­pina, po­zo­sta­wał w za­ży­łych sto­sun­kach z ro­dziną Bar­ciń­skich, u któ­rych Beł­zo­wie wy­naj­mo­wali miesz­ka­nie przy No­wym Świe­cie, nr hip. 1255. Ze swoją chrzestną matką, Iza­belą Bar­ciń­ską, sio­strą Fry­de­ryka, utrzy­my­wał ser­deczne re­la­cje w póź­niej­szych la­tach jej ży­cia. Z tej zna­jo­mo­ści pły­nie jego wie­dza o ro­dzi­nie Cho­pi­nów. Za­wdzię­czamy mu m.in. szcze­gó­łową in­for­ma­cję, że miesz­ka­nie Bar­ciń­skich w pa­łacu Za­moy­skich w 1861 roku (rok zgonu Ju­styny Cho­pi­no­wej, która miesz­kała u Bar­ciń­skich) znaj­do­wało się "na pię­trze od po­dwó­rza".

Bi­blio­gra­fia

- Wła­dy­sław T. Wi­słocki, [ha­sło:] Bełza Wła­dy­sław, w: Pol­ski słow­nik bio­gra­ficzny, red. Wła­dy­sław Ko­nop­czyń­ski, t I/1, Kra­ków 1935.

Kor­nél Ábrányi

wę­gier­ski kom­po­zy­tor, pia­ni­sta i mu­zy­ko­graf, uczeń Cho­pina

.

We wrze­śniu r[oku] 1843, jako fa­na­tycz­nie uwiel­bia­jący sztukę mło­dzie­niec, wy­braw­szy się w po­dróż po Eu­ro­pie, przy ów­cze­snych pry­mi­tyw­nych środ­kach ko­mu­ni­ka­cyj­nych, po dłuż­szych dy­wer­sjach, przy­by­łem wresz­cie do Pa­ryża. Ce­lem mo­jej po­dróży było zo­stać uczniem Cho­pina, któ­rego zdro­wie w tym cza­sie mocno było pod­ko­pane.

Przy­pa­dek zrzą­dził, że w pew­nym pen­sjo­na­cie na Rue d'An­tin, gdzie do wła­ści­cielki mia­łem list po­le­ca­jący, do­stał mi się po­kój obok pew­nego hra­biego pol­skiego, nie­ja­kiego Cie­cha­now­skiego. [...]. Pen­sjo­nat [...] miał około dzie­wię­ciu lub dzie­się­ciu miesz­kań­ców, na­le­żą­cych do wyż­szych sfer spo­łe­czeń­stwa. Byli mię­dzy nimi - oprócz owego hra­biego pol­skiego - czło­nek par­la­mentu, puł­kow­nik strzel­ców afry­kań­skich, pro­ku­ra­tor kró­lew­ski, ku­piec-hur­tow­nik, ak­tor czy też ja­kiś inny ar­ty­sta itp. Do pań rzadko mie­li­śmy szczę­ście. Za po­śred­nic­twem tego to­wa­rzy­stwa mia­łem spo­sob­ność za­wią­zać liczne sto­sunki. Do Cho­pina do­stęp umoż­li­wił mi pol­ski hra­bia, któ­rego sta­ra­niom za­wdzię­czam, iż zi­ściły się na­resz­cie moje ma­rze­nia i przez kilka mie­sięcy spę­dza­łem nie­za­po­mniane go­dziny w to­wa­rzy­stwie ge­nial­nego ar­ty­sty.

U niego to spo­tka­łem się po raz pierw­szy z Mic­kie­wi­czem. Zgoła nie­po­spo­lite było to zja­wi­sko. Śred­niego wzro­stu, szczu­pły, o twa­rzy przed­ucho­wio­nej. Z oczu jego pro­mie­nio­wał ogień ge­niu­szu; gdy usta do mó­wie­nia otwie­rał, głos jego dźwię­czał jak srebrny dzwon świę­tej ka­plicy, a każde słowo try­skało siłą pro­ro­czego na­tchnie­nia. Z oży­wie­niem wspo­mi­nał, zwra­ca­jąc się do mnie, o go­ścin­no­ści wę­gier­skiej, ja­kiej do­zna­wali jego ro­dacy-emi­granci na Wę­grzech [...].

Mic­kie­wicz pro­wa­dził w tym cza­sie bar­dzo sa­motne ży­cie w Pa­ryżu. [...] nie­kiedy wpraw­dzie udzie­lał się ko­łom li­te­rac­kim, ar­ty­stycz­nym i na­uko­wym sto­licy fran­cu­skiej, ale z wy­jąt­kiem jed­nego tylko Cho­pina, któ­rego ubó­stwiał, prze­waż­nie z tą war­stwą swo­ich ro­da­ków się wi­dy­wał, która przed­sta­wiała zie­miań­stwo pol­skie na emi­gra­cji.

Sa­lon Cho­pina był także miej­scem, gdzie Mic­kie­wicz czę­sto spo­ty­kał się z Lisz­tem, który w tym cza­sie zbie­rał naj­więk­sze suk­cesy w Pa­ryżu. Mic­kie­wicz nad­zwy­czaj­nie sym­pa­ty­zo­wał z Lisz­tem, który znów na­wza­jem był wiel­kim wiel­bi­cie­lem wznio­słego wiesz­cza. Te sławne wie­czory li­te­racko-ar­ty­styczne, które od­by­wały się w sa­lo­nach Cho­pina, a które z opi­sów Liszta i Geo­rge Sand tak są znane, przy­pa­dają rów­nież na po­łowę pią­tego lat dzie­siątka xix wieku, bo póź­niej cho­roba Cho­pina tak da­leko się po­su­nęła, że co­raz mniej udzie­lał się światu. [...] W roku 1844 ostatni raz dał się sły­szeć w sali Érarda[3], a po­tem za­prze­stał swo­ich do­rocz­nych wy­stę­pów. Mia­łem szczę­ście być na tym ostat­nim jego kon­cer­cie, który zo­sta­wił w mo­jej du­szy nie­za­tarte wspo­mnie­nia.

KOR­NÉL ÁBRÁNYI

Obecny był tam rów­nież Mic­kie­wicz w pierw­szym rzę­dzie, całą du­szą słu­chał cza­row­nej gry wiel­kiego swego ro­daka i z dumą pa­trzał na waw­rzyny hołdu, ja­kie wy­kwintna część spo­łe­czeń­stwa Pa­ryża rzu­cała pod stopy wiel­kiemu ge­niu­szowi. [...]

Mic­kie­wicz tylko raz na ty­dzień mie­wał wy­kład [w Col­l?ge de France], ale było to za­wsze wiel­kie wy­da­rze­nie. Sala by­wała za­peł­niona szczel­nie słu­cha­czami obojga płci, ale prze­wa­ża­jąca ich część skła­dała się z mło­dzieży pol­skiej i fran­cu­skiej. Ja sam re­gu­lar­nie uczęsz­cza­łem na jego wy­kłady.

Źró­dło: Kor­nél Ábrányi, Wspo­mnie­nia Wę­gra o Mic­kie­wi­czu, "Ty­go­dnik Ilu­stro­wany" nr 19 z 11 maja 1918, s. 224-225 [frag­menty wspo­mnień].

Ko­men­tarz

Kor­nél Ábrányi se­nior (1822-1903) - wę­gier­ski kom­po­zy­tor, pia­ni­sta i mu­zy­ko­graf. Po stu­diach na Wę­grzech, w la­tach 1843-1846 uczył się w Pa­ryżu, m.in. przez kilka mie­sięcy u Kalk­bren­nera i Cho­pina, na­stęp­nie w Wied­niu u Fi­sch­hofa. Był za­przy­jaź­niony z Lisz­tem, któ­rego po­znał w Mo­na­chium i z któ­rym przez pe­wien czas po­dró­żo­wał. W 1848 roku brał udział w ru­chach nie­pod­le­gło­ścio­wych, a na­stęp­nie osiadł w Pesz­cie. Kom­po­no­wał utwory for­te­pia­nowe i mu­zykę ka­me­ralną w du­chu ro­man­tycz­nym, opartą na in­spi­ra­cjach na­ro­do­wych i lu­do­wych. Był za­ło­ży­cie­lem i dłu­go­let­nim dy­rek­to­rem pierw­szego wę­gier­skiego cza­so­pi­sma mu­zycz­nego, a także pro­fe­so­rem Wyż­szej Szkoły Mu­zycz­nej (1875-1888) oraz se­kre­ta­rzem Aka­de­mii Mu­zycz­nej Franza Liszta w Bu­da­pesz­cie.

Wśród licz­nych pism po­zo­sta­wił książkę Éle­tem­ből és Em­léke­im­ből [Z mego ży­cia i wspo­mnień], z któ­rej przy­ta­czamy frag­ment do­ty­czący kon­tak­tów z Mic­kie­wi­czem i Cho­pi­nem w tłu­ma­cze­niu Ad­or­jána Di­véky­ego.

Bi­blio­gra­fia

- Kor­nél Ábrányi, Éle­tem­ből és Em­léke­im­ből, Bu­da­peszt 1897.

- Kor­nél Ábrányi, O Mic­kie­wi­czu, "Dzien­nik Pol­ski", Lwów 1897, nr 159-160.

- P.M. [Piotr My­sła­kow­ski], Mic­kie­wicz-Cho­pin, "Prze­krój" 1999, nr 8 [frag­menty wspo­mnień Kor­néla Ábrány­iego, tłum. Ad­or­ján Di­véky].

?

Przypisy

[1] Uczennicą Chopina była hrabianka Jelizawieta Siergiejewna Szeremietiewa, która zimą 1842/1843 przebywała w Paryżu pod opieką swojej starszej siostry Anny. Obie panie prowadziły w tym czasie dzienniki, przechowywane obecnie w Centralnym Archiwum Literatury i Sztuki w Moskwie. Zob. Jean-Jacques Eigeldinger, Chopin w oczach swoich uczniów, przełożył Zbigniew Skowron, Kraków 2010, s. 231-232.
[2] Zob. Piotr Mysłakowski, Biskup Łętowski na przyjęciu u Chopina, "Ruch Muzyczny" nr 2 z II 2019, s. 102-104.
[3] Sébastien Érard (1752-1831) - fortepianmistrz i właściciel wytwórni fortepianów w Paryżu i Londynie, którego wynalazki i udoskonalenia dotyczące mechanizmu fortepianu miały kluczowe znaczenie dla wykształcenia się współczesnej formy tego instrumentu (równie wielkie zasługi położył na polu rozwoju harfy). Fortepiany Érarda wysoko cenili i posiadali wirtuozi, tacy jak Franz Liszt, Henri Herz, Ignaz Moscheles, a także Ignacy Jan Paderewski.
[4] Zob. Mikołaj Wasiljewicz Berg, Zapiski o polskich spiskach i powstaniach, t. 3, Warszawa 1906, s. 290.
[5] Zob. Hoffmanowa-Borzęcka, Emilia, s. 134.
[6] Alfons Brandt (1812-1846) - chirurg, syn profesora medycyny Franciszka, ojciec znanego malarza, Józefa. W latach1823-1826 uczęszczał do tej samej klasy Liceum Warszawskiego, co Fryderyk Chopin; w czasie wakacji 1829 r. wyjechał wraz z nim, Marcelim Celińskim, Romualdem Hubem, Ignacym Maciejowskim oraz Mieczysławem Potockim do Krakowa, Wieliczki, Wiednia, Pragi i Drezna. Chopin bywał częstym gościem w domu Brandtów na warszawskim Rynku Nowego Miasta. W listach Fryderyka adresowanych do Tytusa Woyciechowskiego, Jana Matuszyńskiego i Norberta Alfonsa Kumelskiego są wzmianki o Alfonsie Brandcie, świadczące o ich bliskiej przyjaźni. Brandt zmarł na tyfus, niosąc pomoc chorym w czasie epidemii.
[7] Zob. Niewydane dotychczas pamiątki po Chopinie: listy Chopina do rodziny i rodziny do niego, listy pani Sand i jej córki, listy Wodzińskich, listy uczennic i znajomych Chopina, korespondencja p. Stirling, rozmaitości, oprac. Mieczysław Karłowicz, Warszawa 1904, s. 19 i 37.
[8] Napoleon Orda (1807-1883) - rysownik, malarz, pianista i kompozytor; w latach 1831-1856 przebywał na emigracji w Paryżu, gdzie był przez pewien czas uczniem Franza Liszta i Fryderyka Chopina (pisane przez Ordę konwencjonalne mazurki, polonezy i nokturny wykazują silny wpływ tego drugiego). Dziełem życia Ordy były jednak nie kompozycje muzyczne, lecz ponad tysiąc akwarel i rysunków stworzonych między rokiem 1872 a 1880, przedstawiających zabytki na ziemiach polskich. Prace Ordy obecnie są często jedynym źródłem dokumentującym wygląd tych budowli.
[9] Być może hrabia Gyula (Jules) Apponyi (1816-1857) - dyplomata, młodszy syn ambasadora Antala (Antoine'a) Apponyiego i jego małz?onki Thér?se, brat Márii (Marie) i Rudolfa II (Rodolphe'a), autora Journal du comte Rodolphe Apponyi, attaché de l'ambassade d'Autriche-Hongrie a Paris: vingt-cinq ans a Paris (1826-1850). Jules Apponyi, podobnie jak jego matka, interesował się muzyka? - zachował się jego list do Fryderyka Chopina (z 27 października 1836 r.), w którym hrabia prosi kompozytora o informacje o adresie Henriego Rebera i kwocie, jaką ten pobiera za lekcje.
[10] Astolphe de Custine (1790-1857) - markiz, francuski pisarz i podróżnik, zasłynął jako autor Listów z Rosji. Rosja w 1839 roku (1843). Entuzjastyczny miłośnik muzyki Chopina, jego kontakty z kompozytorem datują się od 1836 r. Zachowane listy - zarówno te pisane do samego artysty, jak i te, w których pisał o nim do innych adresatów - pokazują nie tylko uwielbienie de Custine'a dla Chopinowskiej sztuki, lecz także jego troskę o zdrowie i samopoczucie kompozytora.
[11] Pierre-Antoine Berryer (1790-1868) - francuski prawnik i polityk, obrońca wolności prasy za panowania króla Ludwika Filipa i Napoleona III.
[12] Marie d'Agoult z d. Flavigny (1805-1876) - po sześciu latach małżeństwa z hr. Charles'em d'Agoult porzuciła męża na rzecz związku z Franzem Lisztem - para była razem w latach 1833-1843 i miała troje dzieci (Blandinę, Cosimę i Daniela). Autorka (pod pseudonimem "Daniel Stern") powieści autobiograficznych, rozpraw z dziedziny literatury i filozofii oraz Histoire de la Révolution de 1848. Prowadziła w Paryżu salon literacki i polityczny, w którym najprawdopodobniej George Sand poznała Chopina. Chopin dedykował Marie d'Agoult 12 Etiud z opusu 25.
[13] Maria de las Mercedes Santa Cruz y Montalvo (1789-1852) - znana kreolska pisarka z Hawany (Kuba), żona hrabiego Antoine'a Christophe'a de Merlina. We Francji stała się gwiazdą paryskiej socjety, znaną ze swojego głosu (śpiewała sopranem) i prowadzenia znakomitego salonu muzycznego. Spotykała się ze sławnymi artystami - np. Franciskiem Goyą, Lisztem i Rossinim - czy innymi znakomitościami, jak baron de Rothschild. Została również poczytną pisarką, publikując swoje wspomnienia z wczesnych lat na Kubie, a następnie we Francji.
[14] Adolphe Nourrit (1802-1839) - wybitny śpiewak operowy (tenor), autor kilku baletów i przyjaciel Chopina. Popełnił samobójstwo w Neapolu (zostawiwszy żonę w ciąży i sześcioro dzieci) - przyczyną jego decyzji były zarówno dręcząca go od kilku lat choroba wątroby, jak i związane z podupadającym zdrowiem niepowodzenia artystyczne.
[15] Marie-Joseph "Eug?ne" Sue (1804-1857) - pisarz francuski. Był jednym z kilku autorów, którzy spopularyzowali gatunek powieści odcinkowej, publikując w latach 1842-1843 na łamach "Le journal des débats" bardzo popularną powieść Les Myst?res de Paris (w 90 częściach).
[16] Louis Hector Berlioz (1803-1869) - francuski kompozytor, twórca symfonii romantycznej; pisarz i krytyk muzyczny. Kompozycje? studiował w Konserwatorium Paryskim pod kierunkiem Jeana-François Le Sueura i Antonína Reichy. W 1827 r. obejrzał w paryskim Odéonie spektakl Hamleta - nie tylko zapałał uczuciem do Szekspira, lecz także do irlandzkiej aktorki: grającej Ofelię Harriet Smithson. Miłość stała się dlań inspiracją do skomponowania jego najsłynniejszego dzieła, programowej Symfonii fantastycznej z podtytułem Epizody z życia artysty (prawykonanie w Paryżu w 1830 r.). W 1832 r. Berlioz wreszcie spotkał pannę Smithson i poślubił ją 10 miesięcy później. Wśród jego licznych istotnych kompozycji są m.in. symfonie (jak Harold w Italii i Romeo i Julia), requiem - Grande messe des morts, opery (w tym Benvenuto Cellini i Trojanie), kantata Potępienie Fausta czy cykl pieśni z orkiestrą Les Nuits d'été. Chopin poznał Berlioza ok. 1832 r. i choć monumentalny styl francuskiego kompozytora był mu obcy, pozostawał z nim w przyjacielskich relacjach. Ocenę twórczości oraz pianistyki Chopina, wnikliwą i ogólnie entuzjastyczną, Berlioz zawarł m.in. w recenzjach (na łamach "Le Rénovateur", "Journal de débats", "Les Temps") i na ostatniej stronie swoich Mémoires ukończonych w 1854 r. (pełne wyd. polskie: idem, Pamiętniki, tłum. Marian Leon Kalinowski, Stanisław Jakóbczyk, Katarzyna Losson, Poznań 2019).
[17] Karol Lipiński (1790-1861) - wybitny polski skrzypek, kompozytor i pedagog. Koncertował w całej Europie, zdobywając sławę równą Paganiniemu (z którym grał podczas koronacji Mikołaja I w Warszawie w 1829 r.). Był m.in. koncertmistrzem w lipskim Gewandhausie, a następnie w kapeli króla saskiego w Dreźnie. Przyjaźnił się m.in. z Wagnerem i Schumannem. Wykształcił wielu wybitnych skrzypków (w tym Henryka Wieniawskiego) i pozostawił bogatą spuściznę kompozytorską.
[18] [Aleksander Poliński, O Fryderyku Chopinie. W półwiekową rocznicę zgonu, "Kurier Warszawski" 1899, nr 293, s. 3]: "Tak źle usposobiony względem Chopina Brzowski po przybyciu do Paryża "nie chciał od niego zaczynać odwiedzin", lecz od innych, z Warszawy znajomych mu rodaków. Ci mu dopiero oczy otworzyli i całą sprawę zatargu Lipińskiego z Chopinem wyjaśnili. Rzecz tak się miała: Lipiński przed występami w Paryżu zwrócił się do Chopina z prośbą o poparcie. Chopin chętnie przyrzekł mu pomoc, wszakże z warunkiem, że dochód z jednego koncertu przeznaczy na wsparcie Polaków, znajdujących się w biedzie. Gdy Lipiński nie zgodził się na ten warunek, wtedy Chopin odmówił mu swego poparcia. Inde irae". Aleksander Poliński, O Fryderyku Chopinie. W półwiekową rocznicę zgonu. Dokończenie, "Kurier Warszawski" 1899, nr 295, s. 3: "Gdy się Brzowski dowiedział, że mu Lipiński "same nieprawdy w Dreźnie nagadał", mógł już bez obawy odnowić znajomość z Chopinem".
[19] W relacji Brzowskiego w nawiasach kwadratowych zamieszczono wstawki pochodzące z innej wersji tekstu, które - zdaniem autora opracowania - inaczej lub lepiej opisują daną sytuację.
[20] Auguste Franchomme (1808-1884) - wiolonczelista i kompozytor francuski; nadworny wiolonczelista Ludwika Filipa, przez 38 lat profesor Konserwatorium Paryskiego. Jeden z najbliższych przyjaciół Chopina, kopista i transkryptor jego dzieł. Razem skomponowali w latach 1832-1833 Grand Duo Concertant na fortepian i wiolonczele? na temat z opery Meyerbeera Robert le Diable. Chopin dedykował Franchomme'owi Sonatę g-moll op. 65 na fortepian i wiolonczele? - ostatnie dzieło, które osobiście przygotował do druku (wyd. 1847).
[21] Jean-Pierre Dantan (1800-1869) - francuski rzeźbiarz, uczeń François-Josepha Bosia. Specjalizował się w statuetkach karykaturach znanych postaci. W 1841 r. wykonał portret Chopina "na poważnie".
[22] Stefan Witwicki (1801-1847) - poeta, autor m.in. Piosnek sielskich; do 10 z nich Chopin skomponował muzykę (pieśni te ukazały się w druku w 1859 r. jako op. 74). Przyjaciel Chopina jeszcze z okresu warszawskiego. Po powstaniu listopadowym (w którym nie brał udziału) dobrowolnie wyemigrował do Paryża. Był jednym z tych, którzy nalegali na Chopina, by stworzył operę narodową. W 1840 r. Chopin dedykował mu 4 Mazurki op. 41. Witwicki zmarł na ospę w 1847 r. w Rzymie, gdzie wyjechał w 1846 z zamiarem wstąpienia do zakonu zmartwychwstańców. O osobistych i artystycznych relacjach poety z Chopinem pisze ostatnio Ewa Hoffmann-Piotrowska w książce Fryderyk Chopin. Przymierze ze słowem, Warszawa 2021.
[23] Johann Peter Pixis (1788-1874) - kompozytor, pianista i pedagog. Studiował w Mannheimie, potem w Monachium i w Wiedniu u Albrechtsbergera. W 1823 r. zamieszkał w Paryżu. Utrzymywał kontakty z elitą artystyczną, m.in. z Heinrichem Heinem, Franzem Lisztem, Hectorem Berliozem, Gioacchinem Rossinim, także z Chopinem. Chopin zadedykował mu Fantazję A-dur na tematy polskie op. 13 (1834), Pixis odwdzięczył się, dedykując mu swoją Fantaisie militaire. Autor oper, utworów na fortepian i orkiestrę, na fortepian solo i kameralnych, współautor (m.in. z Lisztem i Chopinem) wariacji z cyklu Hexaméron (1837).
[24] Wojciech (Albert) Grzymała (1793-1871) - bliski przyjaciel Fryderyka Chopina (znamy 73 listy kompozytora do Grzymały). Był referendarzem stanu Królestwa Polskiego i dyrektorem Banku Polskiego w Warszawie. Jako emigrant polityczny przebywał krótki czas w Londynie, a potem osiadł na stałe w Paryżu. Należał do założycieli Towarzystwa Historyczno-Literackiego. W Paryżu zaprzyjaźnił się z Chopinem, a potem z George Sand, jak również nawiązał kontakty z kręgiem jej przyjaciół (m.in. z Eug?ne'em Delacroix, którego obrazy kolekcjonował) oraz z emigracją polską, m.in. Julianem Ursynem Niemcewiczem. Już 22 dni po śmierci Chopina Grzymała wystąpił z ideą zbiorowego wydania jego dzieł. Zamierzał także napisać biografię swego przyjaciela, nigdy jednak tej pracy nie ukończył, nie jest nam również znany los rękopisu.
[25] Jan Matuszyński (1808-1842) - lekarz. W okresie licealnym był jednym z najbliższych przyjaciół Fryderyka Chopina. W 1827 r. zapisał się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas wojny polsko-rosyjskiej 1830-1831 był lekarzem batalionowym w 5. pułku strzelców konnych, a następnie w warszawskim szpitalu i w batalionie grenadierów gwardii. Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Po powstaniu ukończył Uniwersytet w Tybindze. Po przyjeździe do Paryża w 1834 r. mieszkał z Fryderykiem Chopinem przy Chaussée d'Antin. Jan Matuszyński zmarł na gruźlicę.
[26] Najpewniej Grande Sonata na fortepian na cztery ręce op. 47 (wyd. 1819).
[27] Erlkönig D 328 do słów Johanna Wolfganga von Goethego; La Jeune religieuse (tytuł niemiecki Die junge Nonne) D 828, do słów Jakoba Nikolausa Craighera de Jachelutty.
[28] Tj. oper Gioacchina Rossiniego (Wilhelm Tell) i Giacoma Meyerbeera (Robert diabeł i Hugenoci).
[29] Grande fantaisie symphonique na tematy z Lélio Berlioza S 120.
[30] Najpewniej Grande fantaisie sur des motifs de "Niobe" S 419.
[31] Sigismond Thalberg (1812-1871) - pianista wirtuoz i kompozytor. Uczył się w Wiedniu u Simona Sechtera i Johanna Nepomuka Hummla i zadebiutował w tamtejszych salonach jako 15-latek, w wieku lat 16 zaś wydał pierwsze kompozycje. W dziedzinie wirtuozerii uznawany był za głównego rywala Liszta. Wziął udział we wspólnym z Lisztem, Henrim Pixisem, Carlem Czernym, Henrim Herzem i Fryderykiem Chopinem skomponowaniu wariacji Hexaméron w 1837 r.
[32] Sébastien Érard (1752-1831) - zob. przyp. 3.
[33] Chrétien Urhan (1790-1845) - francuski skrzypek, organista, kompozytor, altowiolista, grał także na violi d'amore. Znakomity wirtuoz, inspirował wielu twórców - m.in. Giacomo Meyerbeer napisał z myślą o nim partię violi d'amore w Hugenotach, Urhan prawykonywał też solo altówkowe w Haroldzie w Italii Berlioza w 1834 r.
[34] Alexandre Batta (Alexander Battalaan; 1816-1902) - holenderski kompozytor i wiolonczelista zamieszkały we Francji. Urodził się w rodzinie muzyków: ojciec nauczał śpiewu w Królewskim Konserwatorium w Brukseli, z dwóch braci jeden był pianistą, drugi zaś kompozytorem i skrzypkiem. Alexandre wyjechał do Paryża w 1835 r., gdzie szybko zyskał uznanie i wszedł w środowisko artystyczne, współpracując z wieloma kompozytorami: Berliozem, Meyerbeerem, Rossinim, Gounodem, Donizettim, Bellinim i Lisztem, z którym koncertował. Występował w całej Europie, święcąc wszędzie sukcesy.
[35] Fantaisie sur des th?mes de l'opéra "Mo?se" de Gioacchino Rossini op. 33.
[36] Ferdinand Ries (1784-1838) - niemiecki pianista i kompozytor, uczeń i sekretarz Ludwiga van Beethovena oraz autor wspomnień o nim; pierwszy twórca, o którym Chopin wspomina w swojej korespondencji (w liście do rodziców z Szafarni pisząc: "Oczekujemy Papy z największą niecierpliwością, a ja Papy proszę, żeby Papa był łaskaw i kupił u Brzeziny Air Moore variete pour le piano forté a quatres mains par Ries [sic!] i przywiózł, ponieważ chcę je grać z Panią Dziewanowską"; zob. list z 10 sierpnia 1824 r., w: Korespondencja Fryderyka Chopina, oprac. Zofia Helman, Zbigniew Skowron, Hanna Wróblewska-Straus, t. 1, Warszawa 2009, s. 56-58.
[37] Cristina Trivulzio di Belgiojoso (1808-1871) - włoska arystokratka, która odegrała znaczącą rolę w walce o niepodległość Włoch, zasłynęła też jako pisarka i dziennikarka. W latach 30. i 40. XIX w. jej paryski salon stał się miejscem spotkań włoskich rewolucjonistów i europejskiej inteligencji artystycznej. To właśnie u niej odbył się w 1837 r. słynny pojedynek Liszta z Sigismondem Thalbergiem w celu ustalenia, kto jest większym pianistą (gospodyni osądziła, że choć Thalberg jest najwspanialszy, to Liszt jest tylko jeden). Księżna Belgiojoso była inicjatorką złożenia pośmiertnego hołdu zmarłemu w 1835 r. Vincenzo Belliniemu poprzez napisanie przez sześciu kompozytorów - Liszta, Thalberga, Pixisa, Herza, Czernego i Chopina - wirtuozowskich wariacji fortepianowych na temat marsza z jego ostatniej opery, Purytanie (cykl Héxameron S 392).
[38] Elisa Taccani (1814-?) - sopran, debiutowała i występowała we Włoszech w latach 30. XIX w., zwłaszcza w Teatro Carcano w Mediolanie, gdzie kreowała partię Lisy podczas prapremiery Lunatyczki Vincenza Belliniego. Zadebiutowała w tej samej roli w Théâtre-Italien 8 października 1836 r., ale śpiewała tam jedynie w owym sezonie. Jej mężem był poeta Ottavio Tasca.
[39] Friedrich Wilhelm Kalkbrenner (1785-1849) - niemiecki pianista i kompozytor, cieszący się w swoim czasie sławą jednego z najwybitniejszych wirtuozów. Gra jego odznaczała się lekkością, precyzją i elegancją. Chopin poznał go w 1831 r., po przybyciu do Paryża, lecz pomimo zachwytu nad jego mistrzostwem odrzucił propozycję pobierania u niego lekcji ("[...] nie będę kopią Kalkbr:[ennera] [...]" - podkreślał Fryderyk w liście do Józefa Elsnera 14 grudnia 1831 r.; zob. w: Korespondencja Fryderyka Chopina, oprac. Zofia Helman, Zbigniew Skowron, Hanna Wróblewska-Straus, t. 2, cz. 1, Warszawa 2017, s. 118). Mimo to Chopin pozostawał z Kalkbrennerem w uprzejmych relacjach, m.in. dedykował mu swój Koncert e-moll op. 11 wydany w 1833 r.
[40] Edward Wolff (1816-1880) - pianista i kompozytor, kolega szkolny Chopina. Jego rodzice prowadzili salon muzyczny w Warszawie. W 1835 r. wyjechał do Paryża, gdzie dzięki Chopinowi szybko wszedł do ważnych kręgów artystycznych. Przez pewien czas kopista Chopina, stracił jednak jego zaufanie (zob. list Chopina do Fontany 20 października 1841 r.: "Polecam Ci jeszcze raz moje Allegro. Wolfowi [sic!] go nie pokazuj, bo on tam zawsze coś zwędzi i wprzódy wydrukuje", w: Korespondencja Fryderyka Chopina, oprac. Bronisław Edward Sydow, t. 1-2, Warszawa 1955, tu: t. 2, s. 45). Wolff zadedykował Chopinowi Grand Allegro de Concert pour piano seul op. 39 i Hommage a Chopin, R?verie-Nocturne op. 169. Jego siostrzeńcami byli Henryk i Józef Wieniawscy.
[41] Delphin Alard (1815-1888) - znakomity francuski skrzypek, kompozytor i nauczyciel. Już jako 12-latek został studentem François Antoine'a Habenecka w Paryżu, dokąd wyjechał dzięki składce mieszkańców rodzinnego Bayonne zachwyconych jego talentem. Cieszący się uznaniem wirtuoz (doceniony przez samego Niccola Paganiniego), od 1843 r. został również profesorem Konserwatorium Paryskiego. Sławę zyskały również jego kompozycje oraz metoda nauczania École du violon: méthode complete et progressive (wyd. 1844). Jego uczniem był m.in. znakomity wirtuoz skrzypiec Pablo Sarasate.
[42] Mowa być może o Sonacie As-dur op. 26 - jej pierwsza część to właśnie Andante con variazioni, kończące się w dynamice pp i p, o czym w kolejnych zdaniach pisze Brzowski.
[43] Hugonoci (Hugenoci, oryg. fr. Les Huguenots) - opera Giacoma Meyerbeera (1791-1864), prawykonana w Paryżu w 1836 r. Pięcioaktowe dzieło do libretta Eug?ne'a Scribe'a i Émile'a Deschamps'a jest jednym z najsłynniejszych przykładów XIX-wiecznej grand opéra.
[44] Réminiscences de "La juive" - Fantaisie brillante sur des motifs de l'opéra de Halévy S 409a.
[45] Dziś Enghien-les-Bains w departamencie Val-d'Oise, na północ od Paryża; znana miejscowość wypoczynkowa nad jeziorem; po jego przeciwnej stronie leży Saint-Gratien. Montmorency - malownicze miasteczko rezydencjonalne; cmentarz w Montmorency - obecnie główna nekropolia polskiej emigracji.
[46] To jest Édouard de Sainte-Barbe (1794-1858) - kochanek Markiza.
[47] Ignacy Gurowski (1812-1887) - polski arystokrata, w Paryżu pozostawał w bliskiej, wręcz intymnej relacji z markizem Astolphe'em de Custine'em, głównie znany z porwania i poślubienia w 1841 r. hiszpańskiej księżniczki Izabelli, córki następcy tronu, Franciszka de Paula. Małżeństwo to zostało (z trudem) zaakceptowane przez dwór królewski, a Gurowskiemu nadano wiele tytułów, m.in. para Hiszpanii.
[48] Saladyn (1137/1138-1193) - sułtan Egiptu, Syrii, Jemenu i Palestyny, założyciel dynastii Ajjubidów. Zwieńczeniem jego niezwykle licznych podbojów było zdobycie Jerozolimy w 1187 r., po 88 latach władzy chrześcijan, a następnie odparcie krucjaty dowodzonej przez Ryszarda Lwie Serce i Filipa Augusta.
[49] Don Kichot i jego giermek Sancho Pansa - bohaterowie powieści Miguela de Cervantesa Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manchy (hiszp. El ingenioso hidalgo don Quijote de la Mancha; wyd. 1605, 1615; I wyd. polskie w 1786 r., najnowsze: idem, Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań 2014) - historii szlachcica, który pod wpływem lektury romansów rycerskich (romans de chevalerie) wyrusza w świat jako błędny rycerz z idealistycznym, utopijnym zamiarem niesienia pomocy i obrony najsłabszych.
[50] Pauline Virginie Déjazet (1798-1875) - wybitna francuska aktorka. Na początku kariery triumfowała w tzw. rolach spodenkowych, które zaczęły od jej nazwiska być nazywane dejazets. Niezwykle aktywna zawodowo, w wieku 65 lat wciąż odnosiła sukcesy, wcielając się w postaci młodych kobiet.
[51] André Ernest Modeste Grétry (1741-1813) - francuski kompozytor, jeden z mistrzów francuskiej opéra comique. Autor ponad 50 oper, z których arcydzieło Richard C?ur de Lion (Ryszard Lwie Serce, 1784) jest przykładem wczesnej francuskiej opery romantycznej. Zmarł w L'Ermitage de Montmorency.
[52] Ondyny - w mitologii nordyckiej boginki zamieszkujące jeziora i rzeki. Ondyny w językach słowiańskich to rusałki, rodanki, wodnice.
[53] Fr.: śmietanka towarzystwa paryskiego.
[54] Zob. przyp. 13.
[55] Zob. przyp. 16.
[56] Gilbert Duprez (1806-1896) - francuski tenor. Kreował główne role męskie, m.in. w premierowych przedstawieniach Wilhelma Tella Rossiniego i Łucji z Lammermooru Donizettiego. Nauczyciel śpiewu (także w Konserwatorium Paryskim), pionier osiągania wysokiego C w rejestrze piersiowym (tzw. l'ut de poitrine). Autor podręcznika L'Art du chant (1845).
[57] Charles-Victor Prévot, wicehrabia d'Arlincourt (1788-1856) - francuski powieściopisarz. Jego powieść Le Solitaire (Samotnik, wyd. oryg. i polskie 1821) - miała kilkanaście wydań w krótkim czasie. Tłumaczona na dziesięć języków, była kanwą co najmniej siedmiu oper i licznych sztuk teatralnych, pieśni i parodii.
[58] Adam Münchheimer (1830-1904) - polski kompozytor, skrzypek, dyrygent i pedagog, przez całe życie związany z Warszawą. W 1851 r. udał się w podróż po Niemczech, Belgii i Francji. W 1853 r. studiował w Berlinie kompozycję i instrumentację u Adolfa Bernarda Marxa; w 1872 zaś, po śmierci Stanisława Moniuszki, mianowany został tymczasowo dyrygentem oper polskich w Teatrze Wielkim, od marca 1882 r. otrzymał etat dyrektora opery. Komponował głównie muzykę sceniczną, w tym kilka oper, oraz kantatowo-oratoryjną, symfoniczną, kameralną, pieśni chóralne i solowe.
[59] Adolf Gutmann (1819-1882) - niemiecki pianista i kompozytor, był ulubionym uczniem i przyjacielem Chopina, przez pewien czas jego kopistą, adresatem dedykacji Scherza cis-moll op. 39; Chopin chętnie z nim grał i nawet występował publicznie. Gutmann nie zrobił kariery wirtuozowskiej i spotykamy się z opiniami odmawiającymi mu zdolności muzycznych (z tą krytyczną oceną polemizuje Ewa Sławińska-Dahlig w swej książce Adolph Gutmann, ulubiony uczeń Chopina, Warszawa 2013). O nauce Gutmanna u Chopina zob. w niniejszym tomie wspomnienia Bernharda Stavenowa (s. 454).
[60] Purée de gibier (fr.) - purée z dziczyzny.
[61] Matlot (fr.) - sos winno-cebulowy do ryb. Dawniej zapewne danie rybne.
[62] Jean Antoine Théodore de Gudin (1802-1880) - malarz francuski, tworzył głównie morskie sceny batalistyczne - za co został przez ministra obrony Francji odznaczony tytułem Peintre de la Marine w roku 1830, stając się wraz z Louisem-Philippe'em Crépinem pierwszym zdobywcą wyróżnienia, liczącego już blisko 200 lat.