Wspomnienia i przygody - Arthur Conan Doyle

Kup ebooka

12.50 zł
10.75 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III. WSPOMNIENIA STUDENCKIE

 

Uniwersytet w Edynburgu. - Rozczarowanie, - Pierwowzór profesora Challenger. - O Sherlocku Holmesie. - Wnioski. - Sheffield. - Ruyton. - Birmingham. - Aspiracje literackie. - Pierwszy utwór drukowany. - Śmierć ojca. - Nastrój umysłu. - Tęsknoty duchowe. - Niemiłe zajście.

 

Wróciwszy do Edynburga, po roku spędzonym mile w szkole niemieckiej bez zbyt pokaźnych rezultatów w moim rozwoju umysłowym i duchowym, zastałem rodzinę w warunkach trudnych, jak zwykle. Ojciec mój nie otrzymał żadnego awansu, zaś wydatki wzrosły przez wyjście z okresu dzieciństwa najmłodszej pary rodzeństwa, mianowicie mego jedynego brata Innes'a i siostry Idy. Wkrótce potem powiększyła to grono siostra Julja. Najstarsza siostra Annetta była już w Portugalji, skąd przysyłała do domu swoją pensję, zaś dwie młodsze siostry Lottie i Connie miały wkrótce wstąpić w jej ślady. Matka moja wynajęła obszerny dom i przyjmowała sublokatorów, co miało swoje dodatnie i ujemne strony.

Z uwagi na moją gwałtowność, krewkość i pewną nieoględność, te ciężkie warunki życiowe wyszły mi na dobre, gdyż położenie wymagało szybkiej i energicznej akcji. Matka dawała przykład, który musiał działać. Wybrano dla mnie zawód lekarza, głównie zdaje się dla tego, że Edynburg jest słynnem ogniskiem wiedzy medycznej. Postanowienie to równało się zwiększeniu wysiłków ze strony matki, która jednak posiadała wielkie ambicje, o ile chodziło o przyszłość dzieci; w moim wypadku pragnieniem jej było ułatwić mi nie tylko zawodowe wykształcenie, lecz dać mi także możność zdobycia doktoratu, co trwało dłużej niż uzyskanie pozwolenia na praktykę. Wróciwszy z Austrji, przekonałem się, że była spora liczba konkursów na miejsca w bursie uniwersyteckiej i stypendja. Mając miesiąc czasu, zabrałem się do klasyków i stanąłem do konkursu; w rezultacie otrzymałem stypendjum na dwa lata w sumie 40 funtów rocznie. Nie potrzebuję dodawać, jak wielką była radość; zdało się, że już koniec wszelkiej biedy. Tymczasem, kiedy zgłosiłem się po odbiór zdobytego stypendjum, oświadczono mi, że w ogłoszeniu przeoczono fakt, iż przyznane mi stypendjum było przeznaczone wyłącznie dla studjujących sztukę. Na to wyraziłem nadzieję, że przypadnie mi w udziale jakieś wakujące stypendjum medyczne; poczciwy urzędnik odparł z widocznem zakłopotaniem, że odnośne stypendjum medyczne zostało już w całości wypłacone studentowi, który zgłosił się przede mną; mimo widocznej krzywdy nie było na to rady i ja, którym zdobył stypendjum, musiałem się zadowolić skromnem odszkodowaniem w sumie siedmiu funtów. Było to bolesne i gorzkie rozczarowanie; z prawnego punktu widzenia byłem pokrzywdzony, lecz nie myślałem o dochodzeniu mych praw, raz dla braku środków, powtóre z uwagi na niewłaściwość rozpoczynania karjery uniwersyteckiej od wytaczania procesu władzom uniwersytetu. Toteż dano mi radę, abym się pogodził z sytuacją.

W takich to warunkach, tęgi i rosły młodzieniec rozpoczynał pięciolecie studjów lekarskich. Na dobrą sprawę można je ukończyć w ciągu lat czterech, lecz wypadek, który opiszę w dalszym ciągu, sprawił, że musiałem je przerwać na cały rok. Stąd, choć wstąpiłem na uniwersytet w październiku 1876 roku, opuściłem jego progi ze stopniem doktora medycyny w sierpniu r. 1881. W ramach tych dwuch dat mieści się długie poranie się z botaniką, chemją, anatomją, fizjologją i całą długą listą przedmiotów obowiązkowych, z których wiele posiada tylko bardzo małe znaczenie dla sztuki lekarskiej. Cały system kształcenia, zdaje mi się teraz, z retrospektywnego punktu widzenia, zbyt okrężnym a za mało praktycznym, o ile chodzi o cel.

A jednak mam wrażenie, że kollegjum w Edynburgu przewyższa inne co do praktyczności. Jest ono także praktycznem w dziedzinie przygotowania do życia, gdyż niema ono atmosfery wielkiego internatu, jaka panuje w uniwersytetach angielskich; w Edynburgu student prowadzi swobodne życie człowieka wolnego, bez żadnych ograniczeń. Oczywiście, że jednych to rujnuje, drugich hartuje. W moim wypadku nie było żadnych obaw, gdyż żyłem razem z rodziną.

Między uczniami i profesorami w Edynburgu nie było żadnej zażyłości, żadnych znajomości prywatnych. Cały stosunek polegał na tem, że uczeń płacił oznaczone czesne i w zamian za nie wysłuchiwał kursu danego przedmiotu, nie troszcząc się poza tem o profesora. A jednak, niektórzy z nich byli ludźmi niezwykłymi i interesującymi, tak, że o wielu z nich dowiedzieliśmy się sporo, mimo braku znajomości osobistej. Tak np. przychodzi mi na pamięć uprzejmy Crum Brown, profesor chemji, który chował się zawsze przed wybuchem jakiejś mięszaniny chemicznej; zwyczajnie do wybuchu nie dochodziło, tak, że głośne "Bum!" wydane przez słuchaczy było jedyną explozją, po której profesor wychylał się ze swej kryjówki ze stereotypowem "Panom tylko żarty w głowie", lecz bez jakiejkolwiek dalszej wzmianki o nieudałym eksperymencie. Zoologję wykładał Wyville Thomson, który świeżo wrócił z wyprawy na statku "Challenger", zaś anatomję niejaki Turner, samouk, który okazał się najbardziej ludzkim podczas pewnego dnia zimowego; słysząc, że na dziedzińcu kollegjum wre zacięta walka na kule śnieżne, tudzież dostrzegłszy niecierpliwość, z jaką oczekiwaliśmy końca wykładu, zakończył go szybko ze słowami: "obecność panów na dziedzińcu jest bardziej pożądana niż tu". Lecz najżywiej tkwi w mej pamięci krótka figura profesora Rutherforda z jego assyryjską brodą, ogromnym głosem, olbrzymią piersią i jego szczególną manierą. Był on dla nas źródłem ciągłego zdumienia. W pewnej mierze odtworzyłem jego szczególne znamiona w mej kreacji profesora Challenger. Miał on zwyczaj rozpoczynać swój wykład przed wejściem do sali wykładowej, tak, że uszu naszych dochodziło zdanie "Są zatyczki w żyłach" lub jakaś inna podobnej treści informacja, wygłoszona gromkim głosem, zanim postać profesora ukazała się na katedrze. Był on, niestety, bezwzględnym zwolennikiem wiwisekcji; co do mnie, jakkolwiek zawsze uznawałem, że w minimalnej mierze wiwisekcja bez bólu jest konieczna i bardziej uzasadniona niż np. spożywanie mięsa, rad jestem, że wprowadzono surowe prawa dla hamowania ludzi typu Rutherforda.

Lecz najbardziej charakterystycznym człowiekiem był Joseph Bell, chirurg szpitala uniwersyteckiego. Była to postać uderzająca zarówno swym wyglądem fizycznym, jak i cechami umysłu. Był chudy, żylasty czarny, z ostrą twarzą, wysoko osadzonym nosem, przenikliwymi, szarymi oczyma i kanciastymi ramionami; głos miał wysoki i krzykliwy. Był to bardzo zdolny chirurg, lecz siła jego leżała w djagnozie, obejmującej nietylko chorobę, lecz także zawód i charakter pacjenta. Dla jakichś dotąd dla mnie niezrozumiałych powodów wybrał on mnie z całej rzeszy studentów, którzy odwiedzali jego sale szpitalne i uczynił swym asystentem dla sporządzania listy i wprowadzania po kolei jego pacjentów przychodnich; do obowiązków moich należało również znotowanie ważniejszych szczegółów, dotyczących każdego pacjenta. Zajęcie to dawało mi wiele sposobności do studjowania jego metod i spostrzeżenia, że jeden rzut oka na pacjenta mówił mu często więcej, niż moje szczegółowe badanie przy pomocy szeregu pytań. Czasami wyniki jego djagnozy miały charakter zupełnie dramatyczny, chociaż były wypadki, że się mylił.

Przytoczę tu typowy przykład jego wnioskowania. Na salę wszedł pacjent w cywilnym stroju:

- Dzień dobry. Pan służył w wojsku?

- Tak, proszę pana doktora.

- Niedawno zwolniony ze służby?

- Tak, proszę pana.

- Z pułku szkockiego?

- Tak.

- Służbę pełnił pan w Indjach?

- Tak.

- Widzicie panowie, - zwykł się był zwracać do audytorjum z objaśnieniem, - jest to człowiek dobrze wychowany, lecz wszedł do sali w kapeluszu na głowie; jest to przyzwyczajenie wyniesione z armji, którego można się pozbyć po dłuższym czasie. Pewność siebie, przebijająca z całej postaci, zdradza pochodzenie szkockie; służył w Indjach, bo cierpi na elefantjasis, które jest chorobą tam rozpowszechnioną. Nic dziwnego, że studjum takiego charakteru, skłoniło mnie do zużycia i pogłębienia jego metod w mojem życiu późniejszem, kiedy usiłowałem stworzyć typ detektywa naukowego, rozwiązującego tajemnicę danej zbrodni na podstawie punktów faktycznych a nie dzięki głupocie zbrodniarza. Bell interesował się bardzo tymi opowieściami o detektywach i poddawał nawet pewne pomysły - muszę wyznać - niebardzo praktyczne. Pozostawałem w stosunkach z nim przez długie lata; jeszcze w r. 1901, kiedy kandydowałem do parlamentu z Edynburga, zwykł był przychodzić na moje zebrania, dla poparcia mej kandydatury.

Mówiąc ogólnie o mej karjerze uniwersyteckiej, mam prawo oświadczyć, że należałem do przeciętnie dobrych słuchaczy, do tej większości, która przy egzaminach nie zdobywała żadnych odznaczeń, lecz też nie dawała powodów do narzekań. Ta przeciętność miała jednak swoje przyczyny, które poniżej wyłuszczę.

Jest rzeczą jasną, że zadaniem mojem było nieść pomoc materjalną w domu możliwie najszybciej, choćby tylko dla pokrycia kosztów mego własnego utrzymania. Dlatego niemal od samego początku mych studjów, usiłowałem odbyć studja roczne w ciągu pół roku i tym sposobem zyskać kilka miesięcy, w ciągu których mogłem zarobkować nieco jako asystent lekarski. Kiedym się poraz pierwszy podjął tych obowiązków, praca moja była tak mało warta, że po trzech tygodniach rozstałem się z lekarzem w Sheffield, który mnie przyjął. Po tej nieudałej próbie udałem się do Londynu, dla ponowienia mych ogłoszeń; kilka tygodni spędziłem u krewnych, mieszkających w ogrodowej dzielnicy Maida Vale. Niestety nie czułem się wśród nich swojo; ja musiałem być dla nich zbyt cygański, zaś oni dla mnie byli zbyt konwencjonalnymi. Okazywali mi jednak dużo uprzejmości, tak, że przez jakiś czas wałęsałem się po Londynie dowoli, lecz z tak pustemi kieszeniami, że żadne pokusy nie miały do mnie przystępu. Pamiętam, że się zanosiło na jakąś wojnę na wschodzie, i że ajenci werbunkowi, kręcący się dokoła Trafalgar skweru, namawiali mnie ustawicznie do wpisania się na ich listę. Była nawet chwila, żem się niemal zdecydował, lecz plany mej matki powstrzymały mnie ostatecznie. Muszę tu dodać, że pod koniec tego samego, 1878 roku, zgłosiłem się jako ochotnik na opatrunkowego do ambulansów angielskich, wysyłanych do Turcji w czasie wojny z Rosją; figurowałem już na liście Czerwonego Krzyża i tylko klęska Turcji powstrzymała moją wyprawę.

Wkrótce jednak otrzymałem odpowiedź na jedno z moich ogłoszeń, które brzmiało mniej więcej tak: "Student trzeciego roku medycyny, któremu zależy więcej na doświadczeniu niż wynagrodzeniu, ofiaruje swe usługi, i t. d." Odpowiedź przyszła od niejakiego D-ra Elliot'a, mieszkającego w małej mieścinie Ruyton, w Shropshire. Przez cztery miesiące pełniłem obowiązki asystenta w tej niemal wiejskiej praktyce lekarskiej. Życie było tam tak spokojne, czasu wolnego tak wiele, że mogłem się oddać swobodnie lekturze i myśleniu, nie bez korzyści dla mego rozwoju umysłowego. Obowiązki me były rutyniczne; w kilku tylko wypadkach przekroczyły one granice przyjętej rutyny. Jeden z nich tkwi dotąd w mej pamięci, gdyż stanowił on pierwszą poważną próbę mej samodzielności i wytrzymałości nerwów w nagłej potrzebie. Jednego dnia, podczas nieobecności lekarza, wpadł napół obłąkany z przerażenia służący z pobliskiej rezydencji prywatnej, donosząc, że podczas jakiejś gromadnej rozrywki nastąpiła eksplozja małej armatki domowej, raniąc ciężko jednego z uczestników. Ponieważ żadnego doktora nie było pod ręką, ja musiałem się udać na miejsce wypadku. Przybywszy tam, zastałem w łóżku jegomościa z kawałkiem żelaza, tkwiącym w boku jego głowy. Nie zdradzając żadnego wrażenia, bez dłuższego namysłu szarpnąłem za odłam i wyciągnąłem go w całości z rany; dostrzegłszy na jej dnie białą kość nienaruszoną, zapewniłem obecnych, że mózg jest nietknięty. Z kolei zatamowałem krwotok i opatrzyłem ranę, tak, że kiedy doktór nareszcie się zjawił, nie miał już nic do roboty. Wypadek ten natchnął zaufaniem nie tylko mnie samego, lecz co ważniejsza, innych. Naogół czas spędzony w Ruyton minął bardzo miło a pamięć doktora Elliot i jego żony nie zatarła się we mnie po dziś dzień.

Po zimowej pracy w uniwersytecie, z nadejściem następnego lata otrzymałem zajęcie asystenta u znanego lekarza w Birmingham, D-ra Hoare, z płacą 2-ch funtów miesięcznie, mieszkaniem i utrzymaniem (z wyjątkiem drugiego śniadania, na które otrzymywałem dwa pensy dziennie). Lekarz ten miał ogromną praktykę wśród uboższej ludności miejskiej, zarabiając przeciętnie około trzech tysięcy rocznie; zważywszy, że opłata za wizytę wynosiła trzy i pół szylinga, a flaszeczka lekarstwa półtora szylinga, łatwo wywnioskować, ile wizyt trzeba było odbyć i ile flaszeczek lekarstwa spreparować i sprzedać, by osiągnąć rzeczony dochód. Doktór Hoare był miłym człowiekiem, zażywnym, barczystym, z czerwoną twarzą, bujnym zarostem i czamemi oczyma. Żona jego była również bardzo miłą i czynną, tak, że rychło poczułem się u nich, jak w domu. Lecz praca była bardzo ciężka i wyczerpująca przy skąpej płacy. Każdego dnia musiałem preparować około stu flaszeczek lekarstwa. Naogół myliłem się rzadko, chociaż zdarzało się, że wręczałem puszki z maścią i pudełeczka z pigułkami, które prócz dokładnych wskazówek co do użycia, nie zawierały nic więcej. Musiałem także odwiedzać rekonwalescentów najuboższej dzielnicy; te wizyty dały mi sposobność przyjrzeć się z bliska największej nędzy. Dwukrotnie pełniłem te obowiązki u D-ra Hoare, przyczem stosunki moje z jego rodziną zacieśniały się coraz więcej. Podczas mej drugiej bytności, moja wiedza medyczna wzrosła poważnie, tak, że brałem udział w cięższych wypadkach i w położnictwie. Na marnowanie pieniędzy czasu nie miałem i nie żaliłem się na to, gdyż każdy grosz był potrzebny w domu.

W tym samym roku przekonałem się poraz pierwszy, że pieniądze można zarobić nie tylko przez napełnianie rurek i flaszeczek. Ktoś z moich przyjaciół zauważył, że listy moje były bardzo żywe, że zatem powinienem napisać coś, celem spieniężenia mych zdolności. Muszę wyznać, że naogół aspiracje literackie odzywały się we mnie bardzo silnie i że umysł mój wykonywał sporo pracy, która zdawała się być bezcelową. Pamiętam, że obok sklepiku, gdzie zwykle nabywałem przekąskę na drugie śniadanie, była maleńka antykwarnia z pełną skrzynią starych książek, nad którą widniała karta z napisem: "Każda książka za dwa grosze". Otóż dość często nabywałem jakiś skarb za cenę mego drugiego śniadania, tak, że w chwili, w której piszę te słowa, oczy moje spoczywają na półce, na której znajdują się dzieła Tacyta w przekładzie Gordon'a, Homer w tłumaczeniu Pope'a, dzieła Temple'a i Swifta, tudzież "Spectator" Addisona, wszystkie wyłowione z owej skrzyni dwugroszówek. Ktoś obcy, ktoby śledził moje upodobania literackie, mógłby był sądzić, że taki posiew powinien był wydać bujny plon, lecz co do mnie samego, nigdy nie marzyłem, bym się mógł zdobyć na przyzwoitą prozę; stąd uwaga mego przyjaciela, który nie miał zwyczaju bawić się w pochlebstwa, zaskoczyła mnie bardzo. Nie namyślając się jednak wiele, usiadłem przy stoliku i napisałem krótką powiastkę pełną przygód, której dałem tytuł: "Tajemnica Doliny Sassassa". Ku wielkiemu i radosnemu zdziwieniu przyjęło ją znane pismo "Chamber's Journal" i przysłało mi trzy gwineje (63 szylingi). Fakt, że inne próby nie wydały tak pomyślnych wyników, był dla mnie bez znaczenia. Pocieszała mnie myśl, że co się udało raz, może się udać znowu. Wprawdzie upłynął szereg lat zanim nowy utwór mój ukazał się na łamach "Chamber's Journal", lecz w roku 1879 wydrukowałem "Opowiadanie Amerykanina" w piśmie "London Society", za które otrzymałem również skromne honorarjum. Oczywiście myśl o wielkiem powodzeniu literackiem była mi obcą i daleką, mimo tych zachęcających wyników.

Przez ten cały czas warunki materjalne mej rodziny nie poprawiły się, tak, że gdyby nie moje wycieczki zarobkowe i pomoc mych sióstr, trudno byłoby związać koniec z końcem. Ojciec mój zaniemógł obłożnie i beznadziejnie; musiał on nie tylko zrzec się zajmowanej posady, lecz udać się do domu zdrowia, w którym spędził ostatnie lata swego życia. W rezultacie ja, chłopak dwudziestoletni, zostałem głową dużej, borykającej się z niedostatkiem rodziny. Życie mego ojca to była jedna wielka tragedja nierozwiniętych zdolności i niewypełnionych zamierzeń. Jak każdy z nas posiadał on słabości przy bardzo wybitnych cechach i zaletach. Mężczyzna wysokiego wzrostu, z długą brodą, wytworny, odznaczał się wdziękiem w obejściu z innymi, rzadko spotykanym. Posiadał żywy i bardzo urozmaicony dowcip, przy uderzającej delikatności uczuć i myśli, dającej mu odwagę opuszczenia każdego towarzystwa, obrażającego tę delikatność. Kiedy umarł w kilka lat później, nie zostawił po sobie złej pamięci, zaś w tych, którzy go znali najlepiej pozostało współczucie na myśl, że zrządzeniem twardego losu ten człowiek wielkiego talentu i wrażliwości artystycznej, znalazł się w otoczeniu, nie odpowiadającem zgoła jego usposobieniu. Rodzina musiała cierpieć za jego brak zmysłu praktycznego, który w pewnej mierze był wynikiem jego rozwoju duchowego. Przez całe życie do samego grobu był on gorącym katolikiem. Natomiast matka moja, która nigdy nie była zbyt wierną córką tej wielkiej instytucji, jaką jest Kościół rzymsko-katolicki, oddalała się z czasem od niej coraz więcej, aż wreszcie przeszła do Kościoła anglikańskiego.

W tem miejscu kilka słów muszę poświęcić mojemu rozwojowi duchowemu, podczas tych lat ciągłej walki. Wykazałem już, mówiąc o Jezuitach, że zdrowa i lepsza część mej natury występowała od wczesnej młodości przeciw ciasnej teologji i poglądom wrogim wobec innych wielkich religji świata. Według Kościoła katolickiego wątpić o jednem znaczy wątpić o wszystkiem; bowiem zwątpienie, uznane za grzech śmiertelny, opanowując daną jednostkę, rozluźnia w niej całe wiązanie wiary, tak, że odtąd patrzy ona na cały cudowny schemat współzależności nowemi, bardziej krytycznemi oczyma. Mimo to było dla mnie w katolicyzmie rzymskim wiele momentów pociągających, a więc: jego tradycje, jego nieprzerwany, uroczysty rytuał, piękno i prawda jego wielu obrządków, jego poetycki apel do uczuć, zmysłowy czar muzyki, światła i kadzidła, wreszcie jego potęga jako narzędzia ładu i porządku; jako przewodnik bezmyślnego i niewykształconego świata, jest on istotnie nieprzewyższony, jak tego dowodzą dzieje Paragwaju i dawniejszej Irlandji, w której, pominąwszy rozruchy agrarne, zbrodnia była prawie nieznaną. Wszystko to oczywiście było dla mnie jawne i jasne; jeśli jednak posiadam jakąś charakterystyczną cechę, to jest nią niechęć połowicznego traktowania spraw religijnych; sprawy te były dla mnie zawsze tak poważne, że ilekroć miałem w tej dziedzinie coś do oświadczenia, mogłem powiedzieć tylko, co w danej chwili uznawałem w głębi mej istoty za prawdę, nawet gdyby dane oświadczenie miało szkodzić moim sprawom osobistym.

Należy pamiętać, że były to lata, kiedy Huxley, Tyndall, Darwin, Herbert Spencer i John Stuart Mill, byli naszymi głównymi myślicielami, tudzież, że nawet przeciętny zjadacz chleba odczuwał wpływ ich myśli, nieodparty i przemożny, o ile chodziło o młodego studenta, wrażliwego i rwącego się do życia.

Dziś wiem, że ich postawa negatywna była bardziej błędną i o wiele bardziej niebezpieczną, niż postawy pozytywne, atakowane przez nich całą mocą druzgocącego krytycyzmu. Między nami i pokoleniem ojców naszych otwarła się przepaść tak gwałtownie i nagle, że kiedy Gladstone występował w obronie sześciu dni stworzenia lub Gadareńskich wieprzów, najmłodszy ze studentów parskał śmiechem na jego dowody, do których zbicia nie trzeba było wcale umysłu Huxley'a. Najgorszymi wrogami religji są ci, którzy protestują przeciw jakiejkolwiek rewizji lub modyfikacji tej masy materjału, wartości zarówno najwyższej, jak i wątpliwej, którą zamykamy w jeden zwarty tom, rzekomo jednolity co do wartości. Należy uznać, że zawartość jego nie jest czystem złotem, lecz rudą złota; kto to zrozumie, ten nie odrzuci całości z momentem, gdy się natknie na glinę, lecz będzie cenił tem bardziej złoto, oddzielone od gliny własnym trudem i zachodem.

Powtarzam, że nie katolicyzm wyłącznie, lecz całe chrześcijaństwo stało mi się obojętnem i zawiodło mnie do agnostycyzmu, który jednak nigdy nie wyrodził się w ateizm, gdyż nie zatraciłem nigdy poczucia cudownej równowagi wszechświata i tej olbrzymiej mocy, której istnienie to poczucie dopuszcza. We wszystkich mych zwątpieniach zachowywałem poszanowanie tych spraw, które nigdy nie opuszczały mej myśli; lecz im więcej myślałem, tem bardziej utwierdzałem się w mej nieprawowierności. Z bardziej ogólnikowego stanowiska zostałem Unitarjuszem, z tem zastrzeżeniem, że w stosunku do Biblji okazywałem więcej Krytycyzmu niż przeciętny Unitarjusz. Ta postawa negatywna stała się z czasem tak mocną, iż uważałem ją za kres mego rozwoju; w rzeczywistości okazała się ona tylko przystankiem węzłowym na drodze życia, które w pewnej chwili kazało mi zamienić utarty trakt na nową drożynę. Dziś widzę wyraźnie, że każdy materjalista jest rezultatem wstrzymanego rozwoju. Jest to człowiek, który uprzątnął gruzy i rumowisko, lecz nie zaczął jeszcze budować swego przybytku. Co do wiedzy psychicznej, znałem ją tylko z rozpraw sądowych, demaskujących szarlatanów, tudzież zwyczajnych sensacyjnych artykułów w prasie. Lata całe miały upłynąć, zanim pojąłem, że na drodze tej wiedzy można znaleźć pozytywne dowody, które zgodnie z mojem stałem przekonaniem stanowiły jedyny warunek mojej ponownej wiary w świat niewidzialny. Dowód oczywisty jest dla mnie niezbędny, gdyby to bowiem była kwestja ślepej wiary, mógłbym był poprostu wrócić do wiary mych przodków. Nigdy nie uwierzę w nic, co się nie da stwierdzić dowodnie. "Wszystko zło religji ma swe źródło w wierze w rzeczy, których nie można udowodnić". Tak sobie powiedziałem w owym czasie i postanowieniu temu pozostałem wiernym.

Nie chciałbym pozostawić w umyśle czytelnika wrażenia, że życie moje było ponure lub nienormalnie ciężkie wskutek moich trosk i kłopotów. Na szczęście natura obdarzyła mnie usposobieniem żywem, tak, że nie pomijałem żadnej sposobności zabawy i rozrywki, którym się chętnie i z zapałem oddawałem. Czytałem dużo, uprawiałem wszystkie możliwe gry sportowe, tańczyłem zawzięcie i uczęszczałem do teatru, o ile tylko kieszeń pozwalała na wyrzucenie sześciu groszy na galerję. Raz przy takiej właśnie okazji padłem ofiarą zajścia, które mogło się było skończyć fatalnie. Stałem na stopniach schodków, wiodących do drzwi na galerję; za mną stał długi sznur publiczności, oczekującej na otwarcie rzeczonych drzwi; w tym stłoczonym tłumie było jakieś pół tuzina żołnierzy, z których jeden ścisnął tak mocno dziewczynę przypartą do muru, że ta zaczęła krzyczeć. Ponieważ było to blisko mnie, zwróciłem uwagę żołnierzowi, aby się zachował łagodniej, na co ten zajechał mnie łokciem między żebra, że zaś przytem zwrócił się ku mnie twarzą, poczęstowałem go w twarz obiema pięściami. Wywiązała się mimo ścisku bójka, w ciągu której inny żołnierz uderzył mnie w głowę trzcinową laską. W tym samym momencie otwarły się drzwi galerji i fala tłumu oddzieliła mnie od pozostałych żołnierzy; korzystając z tego pchnąłem mego napastnika w otwarte drzwi a sam wróciłem do domu, gdyż pozostanie na miejscu nie wróżyło nic dobrego. W ten sposób wywinąłem się szczęśliwie z bardzo niemiłego zajścia.

Czas jednak przejść do mojej pierwszej przygody na miarę poważną, która wymaga bardziej szczegółowego opracowania.

 

II. U JEZUITÓW

 

Szkoła przygotowawcza. - Błędy edukacji. - Spartańskie wychowanie. - Kara cielesna. - Towarzysze szkolnej ławy. - Ponure przepowiednie. - Poezja. - Imatrykulacja londyńska. - Szkoła niemiecka. - Szczęśliwy rok. - Jezuici. - Przygoda w Paryżu.

 

Kiedy skończyłem lat dziewięć posłano mnie do szkoły w Hodder, przygotowującej do znanej szkoły Rzymsko-Katolickiej w Stonyhurst, w Lancashire. Była to długa podróż dla chłopca w moim wieku, to też czułem się bardzo samotnym i płakałem gorzko w drodze do stacji Preston, gdzie się złączyłem z wielu przyszłymi towarzyszami niedoli i skąd udaliśmy się końmi, pod pieczą przysłanych na stację Jezuitów, do odległej o dwanaście mil (angielskich) szkoły. Hodder leży w odległości dobrej mili od Stonyhurst; że zaś wszyscy chłopcy są poniżej lat dwunastu, jest to bardzo pożyteczna instytucja, wprowadzająca młodego chłopca w rutynę życia szkolnego, zanim się zetknie ze starszymi chłopcami.

W Hodder spędziłem dwa lata. Ówczesny rok szkolny nie ulegał ciągłym przerwom wakacyjnym, jak się to dziś dzieje. Wyjąwszy sześć tygodni wakacji letnich, chłopcy nie opuszczali szkoły. Naogół te pierwsze dwa lata poza domem były szczęśliwe. Umysłowo i fizycznie dotrzymywałem kroku mym współtowarzyszom. Szczęśliwem zrządzeniem losu byłem pod bezpośrednią pieczą Ojca Cassidy, który okazał się bardziej ludzkim i wyrozumiałym niż większość Jezuitów. Zachowuję zawsze jak najmilsze wspomnienie o nim i jego łagodnej postawie, jaką zajmował wobec nas, wśród których nie brakło urwiszów i psotników. Pamiętam także, że w tym czasie wybuchła wojna francusko-niemiecka, która wywołała niezwykłe poruszenie nawet w naszym zacisznym zakątku.

Z Hodder przeszedłem do Stonyhurst, tego imponującego średniowiecznego budynku, który przed jakiemiś stu pięćdziesięciu laty dostał się w ręce Jezuitów; sprowadzili oni tutaj całe grono nauczycielskie z jednego ze swych kollegjów w Hollandji, z zamiarem stworzenia publicznego zakładu wychowawczego. Plan naukowy, podobnie jak budynek był średniowieczny, lecz rozsądny. O ile wiem, uległ on obecnie zmianom zgodnie z wymaganiami dzisiejszemi. Szkoła obejmowała siedem klas, innemi słowy siedem lat, z których dwa pierwsze spędzało się w Hodder. Rozkład nauk zgodny był z panującą ówcześnie rutyną szkół średnich; obejmował on geometrję, algebrę i filologję klasyczną, udzielane metodą, która na całe życie odstrasza od tych przedmiotów. Pakowanie w głowy chłopców fragmentów Virgila lub Homera bez dania im pojęcia, czem są te fragmenty i jak wyglądało życie czasów starożytnych, jest niewątpliwie niedorzecznym systemem. Jestem przekonany, że inteligentny chłopak nauczyłby się więcej w ciągu tygodnia z dobrego tłumaczenia Homera, niż z rocznego studjum oryginału. System stosowany w Stonyhurst nie był w tej dziedzinie gorszym niż gdzieindziej i da się usprawiedliwić tylko tą zasadą, że jakiekolwiek ćwiczenie intellektu jest lepsze dla rozwoju umysłowego niż żadne. Zasada ta jest mojem zdaniem zupełnie fałszywą. Wyznaję z zupełnie spokojnem sumieniem, że moja znajomość łaciny i greczyzny przydała mi się w życiu bardzo mało, a matematyka nie przyniosła mi żadnej korzyści. Natomiast inne rzeczy, nabyte niemal przypadkiem, jak sztuka czytania na głos, które było moim zwyczajem w domu, podczas gdy matka była zajęta robotą włóczkową, lub znajomość francuskiego, zdobyta przez odczytywanie objaśnień do ilustracji powieści Juljusza Verne'go, oddały mi w życiu ogromne usługi. Moje wykształcenie klasyczne napełniło mnie niechęcią do klasyków tak, że ze zdumieniem przyjąłem ich wdzięk i urok, kiedym w latach późniejszych poznał ich utwory w sposób bardziej rozsądny.

Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czy jezuicki system wychowania jest naogół dobry czy zły; musiałbym w sposób podobny doświadczyć systemu innego, bym mógł dać przedmiotową odpowiedź. Zdaje mi się jednak, że wyniki świadczą na jego korzyść, gdyż zastępy młodzieży, opuszczające Stonyhurst, wytrzymują porównanie z wychowankami każdej innej szkoły publicznej. Mimo znacznej domieszki cudzoziemców i pewnej liczby zawsze niezadowolonych Irlandczyków, nie można nam było zarzucić głębokiego patrjotyzmu; mówiono mi po wojnie, że liczba wychowanków ze Stonyhurst, odznaczona Krzyżem Wictorji i Orderem Walecznych, jest stosunkowo większa, niż z innych szkół publicznych. Nauczyciele jezuiccy niedowierzają naturze ludzkiej i być może, mają rację. Nie wolno nam było ani na chwilę pozostawać samowtór; w rezultacie niemoralność, która szerzy się bardzo w innych szkołach, przejawiła się wśród nas w sposób minimalny. Księża brali udział we wszystkich zabawach i spacerach, zaś jeden z wychowawców obchodził sypialnie w nocy. System ten może osłabić poczucie godności i samodzielność, lecz zmniejsza pokusy i chroni od skandalu. System życia był iście spartański, lecz wszystkie nasze potrzeby były zaspakajane. Chleb suchy z gorącem, dobrze rozwodnionem mlekiem, stanowił nasze skromne śniadanie. Na obiad kawałek mięsa z jarzyną z dodatkiem leguminy dwa razy w tygodniu. Na podwieczorek "chleb i piwo", które prócz koloru nie miało z piwem nic wspólnego; wreszcie na wieczerzę znowu gorące mleko, chleb z masłem a czasem jakaś jarzyna. W piątek była ryba. Przy takiej dyjecie byliśmy zupełnie zdrowymi. Wszystko w tym zakładzie było proste aż do surowości; wyjątkiem był wspaniały gmach mieszkalny, marmurowa posadzka jadalni z galerją i chórem, piękny kościół i piękne dla oka otoczenie.

Kary cielesne były bardzo surowe. Mówię to z pełnią świadomości, gdyż nie wiem, czy był drugi chłopak z tak bogatem doświadczeniem w tej dziedzinie, jak ja. Narzędzie, którem wymierzano tę karę było dziwne, sprowadzone zapewne także z Hollandji; był to kawałek grubej gumy w kształcie podeszwy. Pod wpływem jednego mocnego uderzenia tym instrumentem dłoń puchła i siniała. O surowości wymierzanych kar świadczy fakt, że normalnie, starszy wychowanek otrzymywał dziewięć razów na każdą dłoń, tudzież, że dziewięć na jedną dłoń stanowiło minimum. Z reguły delikwent nie był zdolnym do otwarcia drzwi, gdy wychodził z pokoju, w którym odbywała się egzekucja. Zdaje mi się jednak, że wyniki tych kar były dodatnie, gdyż wielu z nas uważało za punkt honoru nie okazać bólu, zaś to hartuje życiowo. Fakt, że podlegałem tym karom częściej niż inni, nie wynikał z mojej większej przewrotności, lecz z pewnego rysu mej natury. Rys ten polegał na tem, że o ile gorliwie odpłacałem dobrem za dobre, o tyle buntowałem się przeciw jakimkolwiek groźbom i z zadowoleniem fałszywej dumy starałem się zawsze dowieść, że przemocą nikt ze mną nic nie wskóra. Dlatego często świadomie popełniałem rzeczy naganne i karygodne, dla pokazania, że umiem postawić na swojem. Perswazją można było ze mną więcej wskórać, niż postrachem. Kary, które otrzymałem, należały mi się za moje postępki, lecz te ostatnie były wynikiem złego obchodzenia się ze mną.

Z pośród moich kolegów jeden tylko Bernard Partridge, znany współpracownik "Punch'u", doczekał dość dużej sławy; w onych czasach było to ciche i łagodne chłopię. Ojciec Thurston, który w tyle lat później miał się stać moim oponentem w kwestjach psychicznych, był o rok wyżej odemnie. Był tam wtedy także nowicjusz zakonny, z którym wprawdzie nie zawarłem bliższej znajomości, lecz którego piękna i uduchowiona twarz wraziła mi się w pamięć. Był to późniejszy słynny kaznodzieja, Bernard Vaughan. Jeśli chodzi o trwałą przyjaźń, to zawarłem ją tylko z jednym z moich ówczesnych kolegów; był to James Ryan, niezwykły chłopiec, który wyrósł na niezwykłego człowieka.

W czasie końcowego stadjum mego rozwoju w Stonyhurst zdałem sobie sprawę, że jest we mnie pewna żyłka literacka, którą nie każdy posiada. Była to dla mnie zupełna niespodzianka, zaś jeszcze w większym stopniu dla moich nauczycieli i wychowawców, którzy nie mieli żadnych nadziei co do moich widoków na przyszłość. Rzeczony incydent zdarzył się w r. 1874, kiedy byłem w klasie szóstej; uczniowie tej klasy mieli obowiązek opracowania danego tematu wierszem. Przeważna część uczniów uważała to oczywiście za nudne i nienaturalne zadanie. Te wymuszone zaloty do Muzy miały zazwyczaj bardzo zabawny charakter. Dla mnie natomiast, który miałem istotne zamiłowanie do poezji, była to praca, zadowalająca zarówno umysł jak i uczucie. Dlatego produkowałem wiersze, które były lichą poezją, lecz zdały się być cudem dla tych, którzy nie posiadali w tym kierunku żadnego powołania. Tematem w rzeczonym wypadku było przejście Izraelitów przez Morze Czerwone i mój wysiłek, choć drewniany i konwencjonalny był jednak technicznie zupełnie poprawny. W każdym razie był to jak się wyrażał znany publicysta, Stead, drogowskaz, który ukazywał kierunek mego powołania. W ostatnim roku pobytu w Stonyhurst byłem redaktorem czasopisma szkolnego, w którem ukazało się sporo mych wierszy, obojętnych co do wartości. Studja w Stonyhurst kończą się egzaminem immatrykulacyjnym w uniwersytecie londyńskim, który złożyłem ku powszechnemu zdziwieniu z odznaczeniem, tak, że opuściłem tę szkołę licząc lat szesnaście z lepszym wynikiem niż ten, jaki zdawał się być prawdopodobnym na podstawie mych świadectw dorocznych.

Muszę tu nadmienić, że wkrótce po mem przybyciu do Stonyhurst, zaproponowano mej matce, że mógłbym być zwolnionym od opłaty szkolnej, gdybym się z jej zgodą poświęcił stanowi duchownemu. Matka odrzuciła tę propozycję, niewątpliwie z korzyścią Kościoła i moją. Ilekroć jednak pomyślę o jej skromnych środkach i jej wysiłkach dla powiązania końca z końcem, widzę w tem odrzuceniu piękny przykład niezależności jej charakteru, gdyż jednem słowem zgody, mogła była oszczędzić roczny wydatek 50 funtów.

Spędziłem jeszcze jeden rok u Jezuitów, gdyż zdecydowano, że jestem za młody na studja zawodowe i postanowiono wysłać mnie do Niemiec dla nauczenia się języka. Wyprawiono mnie do jezuickiej szkoły w Feldkirch, w austrjackiej prowincji Voralberg. Stosunki w tej szkole i całe traktowanie uczniów, było o wiele bardziej ludzkie niż w Stonyhurst, tak, że szybko przemieniłem się z protestującego buntownika na podporę ładu i porządku.

Na początek jednak nie bardzo się spisałem, gdyż zaraz pierwszej nocy po przybyciu płoszyło mi sen z powiek głośne chrapanie jednego z nowych kolegów. Nie mogąc wkońcu znieść tego rzężenia, wyjąłem z łóżka jakiś kołek i podszedłszy do śpiącego, począłem go szturchać mym kijem. Zbudzony ze snu, począł się ze zdumieniem wpatrywać w nieznanego sobie (przybyłem bowiem późnym wieczorem) draba z kijem w ręku. Zamierzałem właśnie ocucić go zupełnie, kiedy uczułem czyjeś dotknięcie na ramieniu, był to jeden z wychowawców, który mnie wyprawił z powrotem do mego łóżka. Następnego dnia musiałem wysłuchać kazania o zbyt swobodnych metodach angielskich wymierzania sobie samemu sprawiedliwości. Lecz było to moje największe wykroczenie przez cały czas pobytu w tej szkole.

Naogół rok ten upłynął szczęśliwie. Wprawdzie w języku niemieckim nie uczyniłem spodziewanych postępów, gdyż w szkole było około dwudziestu chłopców angielskich i irlandzkich, którzy oczywiście trzymali się razem, niwecząc tem samem zamiary tych, którzy ich tu wysłali. Nie uprawiano tu wprawdzie gry w cricket, lecz było dużo saneczkowania, piłka nożna i dziwaczna gra w piłkę na szczudłach. Jedzenie było lepsze niż w Stonyhurst i prawdziwe, jasne piwo niemieckie zamiast tej lury, o której wspominałem.

Nadprogramowo nauczyłem się tam grać na trombonie, dzięki temu, że uczeń, który grał na tym instrumencie w doskonałej orkiestrze dętej, nie wrócił do szkoły. W lecie 1876 opuściłem Feldkirch, zachowując zawsze w miłej pamięci austrjackich Jezuitów i ich starą szkołę.

W istocie muszę wyznać, że mimo wszystkiego co nas dzieli, zachowałem dla Jezuitów wogóle bardzo przyjazne uczucia. Widzę obecnie zarówno ich zalety jak i braki. W wielu dziedzinach obrzucono ich oszczerstwami; tak na przykład po ośmiu latach stałego kontaktu z nimi nie mogę powiedzieć, aby byli mniej prawdomówni lub bardziej kazuistyczni niż ich bliźni. Poznałem ich jako ludzi zdolnych, jasnych umysłów i poważnych; zdarzały się i wśród nich wyjątki, lecz rzadko, gdyż dobór jest bardzo ostrożny, staranny i długotrwały. We wszystkiem, wyjąwszy ich teologję, zasługiwali oni na podziw, lecz właśnie ta ich teologja czyniła ich nieużytymi i nieludzkimi na pozór; jest to naogół rys wspólny wszystkim krańcowym formom katolicyzmu. Człowiek, wstępujący do ich zakonu, jest stracony dla rodziny. Ich ciasny i surowy pogląd na świat, daje im siłę, która cechuje także Purytanów i wszelką wiarę fanatyczną. Są oni pełni poświęcenia, nieustraszeni i raz poraz, czy to w Kanadzie, czy w Południowej Afryce, czy w Chinach, stanowili oni pierwszą straż cywilizacji, ku swej bolesnej szkodzie. Są oni od dawna ostoją Kościoła Rzymskiego. Tragedją jest to, że ci, którzyby chętnie życie swe oddali za starą wiarę, przyczynili się najwięcej do jej upadku, gdyż oni to zdaniem powag takich jak Ojciec Tyrrell i inni moderniści, ponoszą odpowiedzialność za wszystkie krańcowe doktryny, tudzież za ogólne zacieśnienie dogmatyczne, które poprostu uniemożliwiły pozostanie w Kościele ludziom, przejętym naukową żądzą prawdy lub intellektualnem poczuciem swej godności. Nawet Sir Charles Miwart, ostatni z katolików-naukowców, który przez szereg lat usiłował wytrwać na niemożliwem stanowisku, musiał wkońcu dać za wygraną, tak, że obecnie, o ile mi wiadomo, niema ani jednego wybitnego naukowca lub myśliciela, któryby był praktykującym katolikiem. Jest to sprawka wyznawców krańcowych, nad którą umysły umiarkowane boleją, którą moderniści potępiają. Zależy ona od wewnętrznego dyrektorjatu włoskiego, który wydaje rozkazy. Nic nie może przewyższyć bigoterji teologji jezuickiej i ich pozornej nieświadomości, co do wrażenia, jakie wywoływać ona musi na umysły nowoczesne. Pamiętam, że kiedy jako chłopak dorosły słuchałem słynnego kaznodzieji irlandzkiego, Ojca Murphy, który piorunował, że poza kościołem czeka każdego wieczne potępienie, patrzyłem nań z przerażeniem i mam przekonanie, że w onej chwili począł się ów rozdział, który z czasem zmienił się na przepaść między mną i tymi, którzy mną kiedyś kierowali.

W drodze powrotnej do Anglji, zatrzymałem się w Paryżu. Przez całe życie do owej chwili słyszałem wiele o nigdy niewidzianym wuju dziadecznym, nazwiskiem Michał Conan, któremu muszę tu poświęcić kilka słów. Wszedł on do rodziny przez małżeństwo mego dziadka "H. B." z panną Conan. Brat jej, Michał, był redaktorem pisma p. t. "The Art Journal"; należał on do tej elity intellektualnej, która stworzyła w Irlandji ruch znany jako Sinn Fein. Zajmował się on heraldją i genealogją z tą samą gorliwością co moja matka i wywiódł swój ród jakąś drogą okrężną od książąt Bretonji, których rodowe nazwisko brzmiało Conan; w istocie Arthur Conan był owym nieszczęsnym księciem, któremu król Jan według Szekspira wyłupił oczy. Ten wuj był moim ojcem chrzestnym i stąd moje imiona Arthur Conan.

Żył on w Paryżu i wyraził życzenie, aby jego krewniak i chrześniak, z którym utrzymywał korespondencję, odwiedził go w przejeździe. Załatwiłem się z mymi zasobami pieniężnymi tak skrupulatnie, zwłaszcza po dość sutym obiedzie w Strassburgu, że kiedy stanąłem w Paryżu, zostały mi w kieszeni dwa grosze. Ponieważ trudno było zajechać do nieznanego krewnego i prosić o zapłacenie pojazdu, zostawiłem kufer na stacji i ruszyłem piechotą. Doszedłem do Sekwany i szedłem jej brzegiem do Champs Elysées; obejrzałem z oddalenia Łuk Tryumfalny i wiedząc, że Avenue Wagram, przy której wuj mieszkał, jest niedaleko, puściłem się dalej mimo upału, aż dotarłem do miejsca. Pomnę, że droga i upał wyczerpały mnie tak, iż szukałem pokrzepienia w napoju, który jakiś przechodzień sprzedawał z dużej bańki, którą niósł na plecach, za jednego z moich pensów wypiłem dwa kubki rozwodnionej lukrecji. Tak pokrzepiony, z ostatnim groszem w kieszeni doszedłem do domu wuja. Kilka tygodni spędziłem w Paryżu z tym Irlandczykiem wulkanicznego temperamentu, który cały dzień letni przepędzał bez surduta, obsługiwany przez zahukaną i potulną żonę. Rzecz dziwna, że zarówno z budowy fizycznej jak i z usposobienia jestem podobniejszy do niego niż do typu rodziny Doyle. Zawarliśmy prawdziwą przyjaźń, zaczem wróciłem do domu, świadom, że stoję na progu mego własnego życia.

 

V. PODRÓŻ DO AFRYKI ZACHODNIEJ

 

Statek "Mayumba". - Niepogoda. - Niebezpieczeństwo. - Hanno i jego opis podróży. - Atlantyda. - Kraina śmierci. - Żółta febra. - Dziwna ryba. - Misjonarze. - Niebezpieczeństwo zbytku. - Warjacki czyn. - Pożar okrętu. - Z powrotem w Anglji.

 

Jednym z moich zamiarów po otrzymaniu dyplomu była podróż na okręcie w charakterze lekarza; dawało to sposobność rozejrzenia się po świecie i zarobienia trochę grosza, bez którego trudno mi było myśleć o rozpoczęciu praktyki na własną rękę. Dwudziestokilkuletniego lekarza nikt nie bierze na serjo a chociaż wyglądałem na więcej, musiałem pomyśleć o sposobie spędzenia kilku lat najbliższych. Plany moje były bardzo ogólnikowe; gotów byłem wstąpić chwilowo do armji, do marynarki, lub do służby w Indjach, byle tylko znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Nie spodziewałem się znaleźć miejsca na statku osobowym i niemal zapomniałem, że podałem swe nazwisko na liście kandydatów jednej kompanji okrętowej, kiedy nagle otrzymałem telegram, wzywający mnie do Liverpool, dla objęcia stanowiska lekarza na okręcie Mayumba, należącym do "African Steam Navigation Company" i wyruszającym niezwłocznie w podróż do wybrzeża Afryki Zachodniej. W ciągu tygodnia stanąłem na miejscu wezwania a dnia 22 października 1881, ruszyliśmy w podróż.

"Mayumba" był miłej powierzchowności mały parostatek, pojemności około 4.000 tonn; w porównaniu z 200-tonnową "Nadzieją" wydawał się olbrzymem. Był to statek handlowy, wożący różnorodny zapas do Afryki a przywożący stamtąd olej palmowy, orzechy palmowe, kość słoniową i inne produkty tropikalne. Posiadał on miejsce dla jakichś dwudziestu do trzydziestu pasażerów, których zdrowie powierzono mej pieczy, za cenę dwunastu funtów miesięcznie. Obycie z morzem bardzo mi się przydało, gdyż wyruszyliśmy podczas okropnej burzy, która po opuszczeniu przez nas Kanału Mersey, przybrała taką gwałtowność, że na noc musieliśmy się schronić do Holyhead. Następnego dnia przy fatalnej niepogodzie puściliśmy się dalej. Mam po dziś niezbite przekonanie, że ocaliłem statek od nieszczęścia, kiedy bowiem stałem w pobliżu marynarza pełniącego straż, nagle dostrzegłem w przerwie mgły zarys latarni morskiej. Nie lubię czynić niepotrzebnego alarmu, lecz, mając przekonanie, że okręt powinien być dobrze na prawo od latarni, dotknąłem ramienia strażnika i ukazując mu mglisty zarys latarni, zapytałem: "Czy to w porządku?" Biedak o mało nie podskoczył, gdy oko jego spoczęło na wskazanym przedmiocie; krzyknął gromko na załogę i wydzwonił sygnał do maszynisty. O ile pamiętam, latarnia nosiła nazwę Tuskar i statek nasz pędził prosto na jej skalne fundamenty, skryte w gęstej ulewie i mgle.

Do kapitanów miałem jakieś szczęście, gdyż Gordon Wallace, kapitan Mayumby był jednym z najlepszych, jakich spotkałem, tak, że utrzymywałem z nim stosunki przyjazne przez długi czas później. Pasażerowie nasi przeważnie płynęli na Maderę; było jednak kilka miłych pań, które się udawały do portów wybrzeża afrykańskiego, tudzież kilku niemiłych handlarzy murzynami, którzy jako stali pasażerowie kompanji, musieli być tolerowani. Niektórzy z tych handlarzy mieli ogromne dochody, wynoszące po kilka tysięcy funtów rocznie, będąc jednak ludźmi bez kultury, wydawali pieniądze na rozpustę, pijaństwo i niedorzeczne zbytki. Pamiętam, że jednego z nich żegnała w Liverpoolu cała gromada dam półświatka.

Burza towarzyszyła nam całą drogę w Kanale i Zatoce, co zdaje się jest rzeczą normalną w tej stronie, w tej porze roku. Wszyscy chorowali, więc nie mogłem próżnować. Lecz doczekaliśmy się pięknej pogody jeszcze przed przybyciem do Madery. Kto przez cały tydzień brodził po kostki w wodzie, ten umie ocenić przyjemność spaceru po suchym pokładzie. Podczas niepogody brakowało mi bardzo tego garnituru, który nosiłem podczas wyprawy na wieloryby, tem więcej, że, zaledwieśmy zakosztowali pogody, dopadła nas burza gorsza od poprzedniej; całe szczęście, że płynęliśmy z wiatrem; co chwila jednak zalewała nas olbrzymia grzebieniasta fala atlantycka, fosforyzująca podczas nocy, tak, że zdawało się, iż pokład zalewa ogień. To też z radością ujrzeliśmy po tygodniu takiej burzy porwane szczyty górskie Porto Sancto, leżącego nieopodal Madery i z uczuciem ulgi zarzuciliśmy kotwicę w zatoce Funchal. Było już ciemno, kiedyśmy zawinęli do portu, lecz światła domów miejskich dodawały nam otuchy. Ciemny horyzont przerzynała tęcza księżycowa, zjawisko, którego nie widziałem ani przedtem, ani później.

Następnem miejscem naszego postoju była Teneryfa, a raczej port tej wyspy Santa Cruz. W tych czasach prowadził ten port wielki handel koszenilą (cochineal), produkowaną z owadu hodowanego na kaktusach. Zasuszone, dostarczały one barwika tak cennego, że paczka tych owadów kosztowała wtedy przeciętnie 350 funtów; przypuszczam, że obecny przemysł anilinowy w Niemczech zabił ten handel tak doszczętnie, jak przemysł mineralny zabił wyprawy łowieckie na wieloryby. W dzień później stanęliśmy w Las Palmas, skąd, patrząc wstecz, można się rozkoszować widokiem słynnego szczytu Teneryfy, oddalonego o jakieś sześćdziesiąt mil. Opuściwszy Las Palmas, znaleźliśmy się w najrozkoszniejszej części oceanu, rzadko wzburzonego, lecz zawsze falującego i spienionego, z niebem stale wypogodzonem. Z dnia na dzień upał wzrastał, a kiedyśmy dotarli do wyspy De Los przy wybrzeżu Sierra Leone, zacząłem zdawać sobie sprawę z tropikalnego upału. Dość powiedzieć, że serwetka przy posiłku staje się niemożliwą, że położona na kolanie zostawia na białych spodniach wilgotną plamę, aby mieć pojęcie o przyjemnościach tej strefy.

Dziewiątego listopada dopłynęliśmy do Freetown, stolicy Sierra Leone, pierwszego naszego przystanku w porcie afrykańskiego kontynentu. Wygląd tej miejscowości jest bardzo miły, mimo, że jest to siedlisko śmiertelnych chorób. Tu pożegnaliśmy nasze miłe towarzyszki podróży; żegnaliśmy je tem smętniej, że życie białych kobiet na tem wybrzeżu jest nawet krótsze, niż białych mężczyzn. Oczywiście mówię tu o czasach malarji i żółtej febry przed czasem, w którym Ronald Ross i inni sławni lekarze podjęli olbrzymi i tak skuteczny trud ich zwalczania i zapobiegania. W ósmym dziesiątku lat ubiegłego stulecia było to miejsce istotnie okropne, tak, że rozpacz, tająca się w sercach białych mieszkańców tych stron, w dużej mierze była odpowiedzialną za pijaństwo, któremu ci sami ludzie w zdrowszej okolicy napewno by się nie oddawali. Rok pobytu był najdłuższą próbą wytrzymałości europejczyka. Pamiętam, że spotkałem tylko jednego osobnika zdrowo wyglądającego, który mi oznajmił, że bawił tam już trzy lata. Kiedy mu winszowałem odporności organizmu, potrząsnął głową i rzekł: "Jam człowiek skazany na śmierć; cierpię na rozwiniętą już chorobę Brighta". Przychodziło mi na myśl, że niewiadomo, czy te kolonie warte są naprawdę ceny, którą za nie trzeba zapłacić.

Z Sierra Leone udaliśmy się do Monrowji, stolicy murzyńskiej republiki Liberyjskiej, która, jak sama nazwa wskazuje, została założoną głównie przez zbiegłych niewolników. O ile mogłem stwierdzić, panował w niej jaki taki ład, chociaż, jak każda mała społeczność, posiadała cechy komicznej zarozumiałości. Tak np. w czasie wojny franko-pruskiej, Liberja miała rzekomo wysłać swą jedyną łódź, pełniącą normalnie obowiązki straży celnej, lecz reprezentującą równocześnie oficjalnie marynarkę państwową, która zatrzymała brytyjski statek pocztowy, dla przesłania oświadczenia do Europy, że w toczącym się sporze nie przyjmie żadnego udziału.

Krajobraz całego pobrzeża jest bardzo jednostajny, gdyż zarówno Wybrzeże Kości Słoniowej i jak Wybrzeże Złote posiadają te same rysy zasadnicze: słońce rozpalone, wzbita spieniona fala, pas złotego piasku a dalej wzdłuż niego niskie, zielone krzewy z drzewem palmowem tu i ówdzie, Kto widział jedną milę tego krajobrazu, widział ich tysiące. W chwili kiedy piszę te słowa, te wszystkie porty, w których zatrzymywaliśmy się na postój, Grand Bassam, Cape Palmas, Accra, Cape Coast Castle, tworzą jeden i ten sam obraz w mym umyśle. Jeden tylko szczegół zachował się w mej pamięci. W jakiejś małej osadzie, której imienia nie pomnę, przybiegł do nas młody, rosły Walijczyk, krzycząc w widocznem podnieceniu, że mu się jego murzyni zbuntowali i że nastają na jego życie. "Ot, tam czekają na mnie"! wołał, ukazując na czerniejącą w oddali gromadkę. Ofiarowaliśmy mu miejsce na okręcie, lecz na to oświadczył, że nie może porzucić swego mienia; wobec tego przyrzekliśmy mu, że mu poszlemy kanonierkę z Cape Coast Castle. Często się zastanawiałem podczas ostatniej wojny, jak sobie tacy ludzie radzili, gdy Anglja musiała odwoływać swą flotę ze wszystkich niemal placówek, dla odparcia niebezpieczeństwa niemieckiego.

W nocy wybrzeże to znaczone jest ogniskami osad murzyńskich; niektóre z tych ognisk przybierają ogromne rozmiary, dzięki zwyczajowi palenia trawy. Jest rzeczą ciekawą, że Hanno, jedyny z pisarzy starożytnej Kartaginy, którego urywek dochował się do naszych czasów, wspomina także w opisie swej podróży wzdłuż tego wybrzeża o ogniskach, widzianych w nocy. Ponieważ mówi on o gorylach, jest rzeczą prawdopodobną, że dotarł on do Gaboon. W podróży swej widział on czynne wulkany, zapewne te, których szczątki można dziś oglądać w Fernando Po, która to miejscowość jest cała wulkaniczna. W czasach podróży Hanna wszystkie wzgórza okoliczne były czynnemi wulkanami, tak, że podróżnik ten nie miał odwagi wysiąść na ląd. Czasami przychodziło mi na myśl, czy ostatni kataklizm Atlantydy nie zdarzył się znacznie później, niż sądzimy. Wzmianka Platona ustala jego datę na 9.000 lat przed Chrystusem, lecz jest możliwem, że katastrofa ta odbywa się stopniowo i że ostatni jej akt był tym, o którym wspomina Hanno, gdyż wypadki przezeń opisane miały się zdarzyć w pobliżu miejsca, gdzie miał rzekomo istnieć stary ląd.

Nasze statki, płynące wzdłuż wybrzeża, są dość nieobliczalne w swych ruchach. Raz ruszyliśmy w dalszą drogę, mimo, że około stu krajowców było na pokładzie. Było rzeczą zabawną patrzeć, jak jeden przez drugiego dawali nurka i płynęli ku swym łódkom. Jeden z nich miał cylinder, parasol i wielki obraz Zbawiciela, przedmioty zakupione na statku. Lecz nawet one nie przeszkodziły mu w osiągnięciu czółna. W innym małym porcie, nie mając czasu do stracenia, wyrzucono cały zapas belek na beczki do wody, w przekonaniu, że prędzej czy później krajowcy je wyłowią. W jaki jednak sposób istotny właściciel miał je odebrać, o tem nie mam pojęcia. Czasem krajowcy odnosili korzyść w takich wypadkach.

Musiałem i ja spłacić haracz miejscowemu klimatowi, gdyż widzę, że dziennik mój urywa się na pewien czas, pod datą 18 listopada. Dotarliśmy do Lagos, gdzie zapadłem na ciężką febrę. Pamiętam, żem się dowlókł jakoś do mego leżaka, a potem wszystko się zatarło w niepamięci. Ponieważ ja byłem lekarzem, przeto nie było nikogo, ktoby się mną mógł zająć, tak, że przeleżałem kilkanaście dni, zmagając się cały czas ze śmiercią. Żem z walki tej wyszedł zwycięsko to dowodzi siły mego organizmu. Nie pamiętam żadnych przeżyć duchowych, żadnych majaczeń, żadnego strachu, nic, tylko duszącą mgłę, z której się wynurzyłem słaby jak dziecko. Atak był bardzo ciężki i jeszczem nie był siebie pewien, kiedym się dowiedział, że jeden z towarzyszów podróży, który zapadł równocześnie ze mną, padł ofiarą tej strasznej choroby.

W tydzień później znalazłem się już pełen energji, choć jeszcze rekonwalescent, na rzece zwanej Bonny River, która niema nic wspólnego z tym szkockim przymiotnikiem (bonny w gwarze szkockiej oznacza wszelki dodatni przymiot, przyp. tłum.), gdyż wygląd jej z cuchnącą wodą brunatnego koloru i szeroko rozlanemi bagniskami, nie był wcale pociągający. Krajowcy tej okolicy byli zupełnie dzikimi; składali oni ofiary ludzkie ludojadom i krokodylom. Kapitan nasz słyszał nieraz przeraźliwe krzyki ofiar, wleczonych do wody; innym razem widział on na własne oczy czaszkę ludzką, wystającą z ogromnego mrowiska. Łatwo jest naśmiewać się z misjonarzy, lecz bez ich poświęcenia nie możnaby mówić o jakimkolwiek postępie wśród tych ludzi.

Zatrzymaliśmy się w Fernando Po a następnie w przystani bardzo miłej osady, zwanej Victoria, opartej prawie o wysoki grzbiet Camerunu. Obowiązki misjonarskie pełniła tu bardzo miła młoda Szkotka, która wprawdzie nie zamieniła tubylców w aniołów, lecz cywilizowała ich naprawdę. Osada ta leży w pięknej zatoce, posianej wysepkami; dokoła niej rozciągają się lasy. Krajobraz jest tu wyjątkowo odmienny i tem milszy dla oka po długiej monotonji. Przez jakiś czas miejscowość ta należała do Niemiec, lecz obecnie wróciła w posiadanie Francuzów, którzy jako koloniści, nie są naogół zbyt pożądanymi sąsiadami. Wysiadłem w tej przystani na ląd na chwilę i dotąd nie zapomniałem wrażenia, jakie na mnie uczynił olbrzymi niebieski motyl, którego w locie uważałem za ptaka.

Dla dostania się do miejscowości Old Calabar musieliśmy płynąć jakieś sześćdziesiąt mil kanałem śródlądowym, zwanym Old Calabar River. Kanał ten był tak wąski, żeśmy mogli chwytać za gałęzie drzew rosnących na brzegu. Czatowałem na pokładzie ze strzelbą w ręku, w nadziei, że ujrzę jakiegoś aligatora, lecz choć nieraz dostrzegłem podejrzany wir w wodzie, nie miałem szczęścia. Old Calabar była to największa i najzamożniejsza miejscowość wśród tych, któreśmy odwiedzili, lecz i tu przemożna dłoń śmierci leżała na wszystkiem, tak, że życie płynęło pod hasłem: "Jedz, pij i baw się!" I tu spotkaliśmy pełną poświęcenia młodą pionierkę cywilizacji. Oczywiście cywilizacja zyskuje, ale fakt, że te ofiary młodego życia kobiecego są konieczne, budzi dziwne uczucia.

W miejscowości tej postarałem się o czółno i udałem się w górę, do miejscowości zwanej Creektown. Po obu brzegach rzeki rozciągały się straszne, mroczne moczarzyska, o wejrzeniu grozę budzącem. Ma się wrażenie, że samo złe czai się tam dokoła. W pewnej chwili dojrzałem na odosobnionem drzewie, otoczonem wodą, węża cielistego koloru, jakichś trzech stóp długości, który wyglądał jak samo wcielenie złośliwej jadowitości. Strzeliłem i widziałem jak się osunął w wodę, martwy. Później w życiu zarzuciłem zupełnie zabijanie zwierząt, ale zabicie tego węża nigdy nie niepokoiło mego sumienia. Creektown leży na terytorium kacyka miejscowego, który przysłał rozkaz, abym się stawił z mymi towarzyszami przed jego oblicze; ponieważ czas nasz był ograniczony, a wizyta nie wróżyła nic dobrego, w odpowiedzi ujęliśmy za wiosła i rychło wróciliśmy na terytorjum wód brytyjskich.

Jednego poranku zaobserwowałem ciekawe zjawisko. W pobliżu statku ukazała się duża ryba, kształtu wstęgi długiej na jakieś cztery stopy. Ponieważ miałem strzelbę pod ręką, strzeliłem do niej. W kilka sekund po moim strzale, znacznie większa ryba wychynęła się z głębi, porwała zranioną rybę w pół i pociągnęła ją w głąb. Oto dowód, jak morderczym jest głód i jak czujnym na każdą sposobność w przyrodzie. Coś podobnego widziałem raz później w akwarjum; jedna z ryb uderzyła się tak mocno głową w szklaną ścianę basenu, że najwidoczniej osłabła; najbliższa jej sąsiadka skorzystała z tego natychmiast, pożerając ją w tej chwili. W Calabar pokazano mi dziwną rybę, zwaną torpedą elektryczną. Podają ją na małej glinianej miseczce; jest ona koloru szarego i wynosi jakichś pięć cali, wystarczy jednak dotknąć jej grzbietu, by podskoczyć na metr w górę.

Wrażenie, że Afryka to kraj śmierci, wzrastało we mnie z dnia na dzień. Czułem, że biały człowiek, ze swemi nawykami i systemem życiowym, był tu intruzem, który musiał ginąć i ginął jak komar, na tym olbrzymim, słońcem spalonym kontynencie. Zato życie na statku było wygodne i nawet zbytkowne jak dla młodego człowieka, którego czekało borykanie się z losem. Wygoda przedwczesna wyniszcza w człowieku energję. Pamiętam doskonale, że myślałem nad tem raz, stojąc na pomoście w czasie szalejącej burzy; czułem, że rok lub dwa takiego życia, pozbawiłby mnie energji, niezbędnej do zdobycia powodzenia. Myśl o sukcesie literackim nie powstała nigdy w mej głowie. Myślałem oczywiście o zawodzie lekarskim, co do którego nie miałem złudzeń, gdyż pobyt w Birmingham przekonał mnie, jak długą i żmudną jest droga dla tych, którzy nie mają ani wpływów, ani gotowego grosza. W onej to chwili przysiągłem sobie, że nie będę się już więcej włóczył po świecie; istotnie musiał to być jeden z punktów zwrotnych w mem życiu. Jeden "Wander-fahr" pomyślałem sobie może się przydać, lecz dwa mogą człowieka wykoleić. Z notatek moich widzę, że tego samego dnia wyrzekłem się używania alkoholu. Do onej chwili napitkiem nie gardziłem, zwłaszcza, że miałem niezwykle silną głowę, lecz rozum mówił mi, że to "zalewanie robaka" w Afryce kryje w sobie niebezpieczeństwo, więc ustałem nagle. Jest w zupełnej abstynencji pewna subtelna przyjemność; naogół mam wrażenie, że tylko zwyczaje towarzyskie czynią ją trudnem zadaniem. Gdybyśmy wszyscy byli zupełnymi abstynentami, jak prawowierni Mahometanie, kwestja ta byłaby dla nas obojętną.

W Cape Coast Castle popełniłem czyn poprostu szalony. Niewiem, czy pod wpływem zwykłej brawury, czy też lekkomyślności wskoczyłem do morza i przepłynąłem spory kawał dwukrotnie wzdłuż okrętu. Kiedym się wycierał na pokładzie po tej kąpieli, dostrzegłem tuż koło statku trójkątną płetwę wynurzającego się z głębi rekina. Kilka razy w życiu popełniłem taki nierozważny czyn i to tak niepotrzebnie, że sam sobie nie mogę wytłumaczyć tej lekkomyślności.

Najbardziej inteligentnym i wykształconym człowiekiem, którego spotkałem na wybrzeżu Afryki, był murzyn, piastujący godność konsula amerykańskiego w Monrowji. Był on pasażerem na naszym statku - w naszej drodze powrotnej. Stęskniony za literaturą i rozmową o rzeczach literackich, gawędziłem z nim z rozkoszą o aktualnych wielkościach literatury, uprzytamniając sobie od czasu do czasu fakt, że człowiek, z którym rozmawiam, jeśli sam nie był za młodu niewolnikiem, to napewno był synem niewolnika i niewolnicy. Myślał on wiele na temat zagadnienia Afryki i oświadczył, że "Jedyną drogą badania Afryki jest wędrowanie bez broni, w towarzystwie skąpego orszaku służby. Któryż Anglik patrzyłby obojętnie na gromadę obcych, uzbrojoną od stóp do głów, maszerującą przez Anglję? Krajowcy afrykańscy pod tym względem są nie mniej wrażliwi". Było to uznanie metody Livingstone'a, w przeciwstawieniu do metody Stanley'a. Oczywiście, że pierwsza wymaga więcej odwagi i tęższego umysłu.

Ten wykształcony murzyn oddał mi wielką przysługę, gdyż mózg ludzki jako organ kształtowania własnych opinji i pojmowania opinji cudzych, wymaga ciągle karmu. Rzecz prosta, że mieliśmy bibljoteczkę na pokładzie, lecz ani zasobną, ani interesującą. Nie mam wrażenia, że podróż ta rozwinęła mnie bardzo umysłowo i duchowo, lecz bądź co bądź dała mi szereg doświadczeń, które ostatecznie w jakiś sposób przyczyniają się do utworzenia charakteru i indywidualności. Ja byłem rosłym dobrze zbudowanym, młodym człowiekiem, w którym radość życia grała aż do nadmiaru; nie było we mnie żadnej "patologicznej pobożności, lub cnoty suchotniczej". Byłem człowiekiem wśród ludzi. Przewijałem się jak każdy wśród zasadzek i pułapek i jestem wdzięczny mym aniołom stróżom, że mnie cało przeprowadzili; stąd mam dużo współczucia dla tych, którzy nie byli tak szczęśliwymi.

Nasza podróż powrotna, podczas której przystanek w każdym porcie powiększał zasób oleju palmowego, była prawie bez przygód, gdyż dopiero po minięciu Madery spotkała nas niemiła przygoda, mianowicie pożar okrętu. Czy przyczyną jego było zatlenie się miału węglowego, to nie zostało rozstrzygniętem, lecz faktem jest, że ogień wszczął się w skrzyniach na węgiel, które od beczek z olejem były oddzielone tylko drewnianem przepierzeniem. Stąd niebezpieczeństwo było groźne. Pierwszego dnia lekceważyliśmy je, twierdząc, że się coś zatliło; drugiego i trzeciego dnia zaczęliśmy polewać miejsce, gdzie się tliło i odsuwać skrzynie z węglem jak najdalej od beczek z olejem. Lecz czwartego dnia sprawa się pogorszyła. Przytoczę tu odnośny ustęp z mego dziennika:

"Dziewiąty stycznia. Wczesnym rankiem zbudził mnie płatniczy okrętu, Tom King, który wsadziwszy głowę do kajuty, oznajmił mi lakonicznie, że okręt cały stoi w płomieniach i że cała załoga jest na dnie zajęta gaszeniem ognia. Ubrałem się szybko i udałem się na pokład, gdzie prócz gęstego wału dymu i czerwonej łuny bijącej z dołu, nic więcej dojrzeć nie mogłem. Chciałem się udać na dno, lecz powiedziano mi, że tam już niema miejsca i polecono mi budzić pasażerów. Budziłem ich kolejno i muszę przyznać, że wszyscy przyjmowali wiadomość odważnie i ze spokojem. Jeden z nich, Szwajcar, usiadł na łóżku, przetarł oczy i na moją uwagę: "okręt jest w ogniu", odparł: "Bardzo często byłem na okręcie, który był w ogniu". "Cudowny łgarz - ale zuch!" pomyślałem sobie. Cały dzień walczyliśmy z ogniem, od którego żelazna ściana okrętu w jednem miejscu była rozpalona do czerwoności.

Łodzie były spuszczone i zaopatrzone w żywność; w najgorszym wypadku musielibyśmy byli płynąć na łodziach do Lizbony, gdzie siostry moje miałyby ogromną niespodziankę na mój widok. Na szczęście pożar przygasa; wieczorem świadczyły o nim tylko cienkie smużki dymu. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Dnia 14 stycznia zawinęliśmy do Liverpool. Afryka Zachodnia stała się jednym ze skrawków filmowych mej pamięci. Słyszę, że warunki i stosunki w niej poprawiły się bardzo znacznie. Mój dawny przyjaciel i kolega, Sir Frederick Guggisberg, który piastuje urząd namiestnika w Accra, zaprasza mnie do odwiedzenia tych stron w zmienionych warunkach i okolicznościach. Radbym, lecz życie krótkie a tyle jest jeszcze do zrobienia.

 

IV. POŁÓW WIELORYBÓW NA OCEANIE PÓŁNOCNYM

 

Statek "Nadzieja" ("Hope"). - John Gray. - Sztuka boksowania. - Zastępca kapitana. - Nasz zbrodniarz. - Widok pierwszej kobiety. - Huragan. - Niebezpieczeństwa rybołóstwa. - Trzy kąpiele w oceanie podbiegunowym. - Łódź próżniaków. - Łowy na wieloryba. - Urok strefy podbiegunowej. - Skutek podróży.

 

W roku 1880 odbyłem siedmiomiesięczną wyprawę do morza podbiegunowego na statku "Nadzieja", pod wodzą znanego łowcy wielorybów, Johna Gray'a. Wziąłem udział w tej wyprawie w charakterze chirurga; że jednak miałem zaledwie dwadzieścia lat a moja wiedza medyczna nie przekraczała zasobu wiadomości przeciętnego słuchacza trzeciego roku medycyny, myślałem często z zadowoleniem o tem, że wiedza ta nie była wystawioną na poważniejszą próbę w ciągu tej podróży.

Zdarzyło się to mniej więcej tak. Pewnego słotnego południa siedziałem w Edynburgu, ślęcząc nad jakąś książką, przygotowując się do jednego z tych egzaminów, które zatruwają życie studenta medycyny, kiedy nagle wpadł do mnie jeden ze znajomych studentów, nazwiskiem Currie i zapytał mnie prosto z mostu:

- Chciałbyś wyruszyć na przyszły tydzień pod biegun na wieloryby? Będziesz pełnił obowiązki chirurga okrętowego, z płacą dwóch i pół funta miesięcznie i trzy szylingi od każdej tonny oleju.

To niespodziewane pytanie wytrąciło z mej głowy wszelką myśl o dalszem studjum.

- Skąd wiesz, że to wogóle możliwe? - zapytałem.

- Gdyż ja sam zawarłem umowę z kapitanem; obecnie widzę, że nie mogę się wybrać i szukam kogoś, ktoby mnie zastąpił.

- Skądże ja wezmę odpowiedni strój i wyekwipowanie?

- Weźmiesz moje.

W kilka minut nastąpiła ugoda i tak krótka jedna chwila skierowała bieg mego życia na nowy tor.

Po upływie jakiegoś tygodnia znalazłem się w Peterhead, zajęty pakowaniem mojego skromnego dobytku, przy pomocy gospodarza statku, w przegródce zamkniętej pod moim leżakiem, na okręcie "Nadzieja".

W krótkim bardzo czasie przekonałem się, że głównem zadaniem chirurga jest dotrzymywanie towarzystwa kapitanowi, którego stosunek do reszty załogi ogranicza się do krótkich technicznych pogadanek, oczywiście dzięki naturze przemysłu. Byłoby to nieznośne, gdyby nie fakt, że kapitan "Nadziei", John Gray, był człowiekiem niezwykłym, doskonałym marynarzem, Szkotem poważnie myślącym, z którym rychło zawarłem blizką przyjaźń, niezamąconą niczem w ciągu całej wyprawy. Dziś jeszcze stoi mi w oczach jego postać prosta i muskularna, z twarzą ogorzałą i zbitą wiatrem, z kędzierzawym włosem i brodą. Milczący, sardoniczny, surowy czasem, lecz zawsze ludzki i sprawiedliwy.

Co do załogi "Nadziei" pamiętam jeden zabawny szczegół. Człowiek, który się zgodził na stanowisko zastępcy kapitana, był małym, schorzałym i wyniszczonym, zgoła niezdolnym do pełnienia przyjętych obowiązków. Natomiast pomocnik kucharza, był olbrzymem, cery brązowej, z rudą brodą, olbrzymiej siły, z głosem jak grzmot. Otóż, jak tylko okręt opuścił port, mały i zniedołężniały zastępca kapitana zniknął z pokładu i pełnił przez cały czas wyprawy obowiązki kuchcika, podczas gdy kuchcik-olbrzym pojawił się na pokładzie i objął obowiązki zastępcy kapitana. Rzecz miała się tak, że pierwszy posiadał wprawdzie odpowiedni certyfikat, lecz był za stary i za słaby, podczas gdy kuchcik, który nie umiał ani czytać, ani pisać, był marynarzem jakich mało; toteż jak tylko okręt znalazł się na pełnem morzu, zamienili oni swoje stanowisko z obopólną zgodą, tudzież z wiedzą kapitana i kucharza.

Colin Mc Lean, ze swoim wzrostem sześciu stóp, ze swoją tęgą, wyprostowaną figurą, ze swoją rudą brodą, był stworzonym na marynarza, co znaczy więcej, niż wszystkie certyfikaty. Jedyną jego wadą była gwałtowność, która sprawiała, że mały powód przyprawiał go często o szał. Pamiętam jak dziś jeden wieczór, spędzony na trzymaniu go zdala od gospodarza statku, który nieroztropnie skrytykował jego nieudały atak na wieloryba. Obydwaj mieli w czubku, co jednego pobudziło do sprzeczki, zaś drugiego przyprawiło o szał; że zaś we trójkę siedzieliśmy w bardzo ciasnej izdebce, nic dziwnego, że miałem pewną trudność w powstrzymaniu rozlewu krwi. Co jakiś czas, właśnie w chwili, kiedy myślałem, że niebezpieczeństwo już minęło, gospodarz powtarzał z uporem swoje niedorzeczne: "Bez nijakiej obrazy, Colin, to ci mogę powiedzieć, że gdybyś był ździebko rychlej tę rybkę..." Nie pamiętam ile razy rozpoczynał on to zdanie, lecz wiem, że nigdy nie dokończył, gdyż na słowo "rybkę" Colin chwytał go za gardło, zaś ja Colina w pół i zmagaliśmy się aż do zupełnego wyczerpania. Kiedy gospodarz odetchnął nieco i ochłonął, rozpoczynał na nowo owo nieszczęsne zdanie, zaczem "rybka" dawała hasło nowego ataku. Mam głębokie przekonanie, że gdyby nie moja obecność, skończyłoby się pobiciem gospodarza, gdyż Colin był rozgniewany do szału.

Mieliśmy na statku pięćdziesięciu ludzi; połowa z nich była pochodzenia szkockiego, zaś druga połowa pochodziła z wysp Shetland; ci wyspiarze byli ludźmi spokojniejszymi, bardziej uległymi i uprzejmymi; natomiast marynarze szkoccy, choć trudniejsi do kierowania, posiadali więcej męstwa i charakteru. Stąd Szkoci zajmowali wszystkie wyższe stanowiska na okręcie, oni też zarzucali harpuny; natomiast wyspiarze szetlandzcy mieli pod swą pieczą łodzie, któremi kierowali z jak największą sprawnością.

Jeden tylko członek załogi nie był Szkotem, ani nie pochodził z wysp Shetland; był on tajemnicą dla wszystkich. Wysoki, śniadej cery, czarnych oczu, z kruczą brodą i czupryną, rysów uderzająco pięknych, odznaczał się dziwnym chodem, któremu towarzyszyło podrzucanie ramion. Mówiono, że pochodził on z południowej Anglji, skąd miał rzekomo uciec przed karzącą ręką sprawiedliwości. Nie przyjaźnił się z nikim, mówił rzadko, lecz był jednym z najsprawniejszych marynarzy. Z wyglądu wnosiłem, że musiało być w jego usposobieniu coś szatańskiego, tudzież, że zbrodnia, która kazała mu się ukrywać, musiała być ciężka. Raz tylko mieliśmy sposobność przekonać się naocznie o jego skrytej gwałtowności. Kucharz, ogromne, mocne chłopisko, miał swój własny zapasik rumu, z którego korzystał tak szczodrze, że przez trzy dni z rzędu obiad całej załogi był nie do spożycia. Trzeciego dnia nasz milczący wyrzutek podszedł do kucharza z mosiężną patelnią w ręku i nie mówiąc ani słowa, wymierzył mu tak potężny cios, że głowa kucharza wybiła dno patelni, której krąg boczny zawisł na jego szyji. Na pół pijany i pół ogłuszony kucharz zaczął coś mamrotać o walce, lecz przekonawszy się, że sympatja załogi jest po stronie przeciwnika, oddalił się zrzędząc do kuchni, podczas gdy milczący pogromca popadł w swe zwyczajne zamyślenie. Od tej chwili nikt się nie żalił na kucharza.

Wspominałem już o gospodarzu; ilekroć myślę o tej wyprawie, w ciągu której noga nasza nie postała na lądzie przez siedem miesięcy, miła twarz Jack'a Lamb'a zawsze mi staje przed oczyma. Posiadał on bardzo piękny i sympatyczny głos tenorowy, którego słuchałem nieraz godzinami; lubował się szczególnie w patetycznych i sentymentalnych pieśniach, że zaś tylko ten, kto przez sześć miesięcy nie widział twarzy kobiecej może pojąć czem jest sentyment, przeto każda sentymentalna piosenka budziła w nas wszystkich jakiś słodki niepokój, pamiętny mi po dziś dzień. By ocenić czem jest kobieta, należy stracić ją zupełnie z oczu na pół roku. Pamiętam doskonale, że kiedyśmy się zbliżali w drodze powrotnej do brzegów północnej Szkocji, przepływaliśmy koło latarni morskiej, odległej o jakichś kilkaset sążni od brzegu. Na sygnał dany przez naszą banderę wynurzyła się z wnętrza jakaś postać, w celu odsygnalizowania; w tej samej chwili podniecony szept przebiegł poprzez nasz pokład "To niewiasta!" Kapitan stał na swym pomoście z teleskopem. Ja nałożyłem okulary. Każdy patrzył z największą ciekawością. Była to kobieta powyżej pięćdziesiątki, w krótkiej spódnicy i wysokich butach, lecz dla każdego z nas była "niewiastą". - Cokolwiek, byle w czepku - powiadali marynarze a ja przyznawałem im w duchu słuszność.

Widzę jednak, że wyprzedzam bieg wypadków. Notatnik mój mi mówi, żeśmy rozpięli żagle dnia 28 lutego o godzinie drugiej popołudniu. W porcie Peterhead żegnały nas hałaśliwie wielkie tłumy. Pokład statku był czysty jak na jachcie; naogół statek odbiegał bardzo od mojego uprzedniego wyobrażenia. Zaraz na wstępie zaskoczyła nas burzliwa niepogoda, tak, że ledwie zdołaliśmy się schronić na czas do portu w Lerwick przed nadciągającym huraganem takiej siły, że o mało nie zerwał naszego statku z kotwicy. Gdyby nas był dopadł o kilka godzin wcześniej, bylibyśmy na pewno stracili łodzie, bez których statek wielorybowy jest do niczego. Dopiero 11 marca wypogodziło się o tyle, że mogliśmy puścić się w dalszą drogę. Do tego czasu zebrało się w małej zatoce jakieś dwadzieścia statków, tak, że wyprawa nasza przybrała poważne rozmiary. Pomienionej nocy statek nasz musiał szukać schronienia w wąskiej zatoce jednej z małych wysepek okolicznych. Następnego dnia udałem się na brzeg i błądziłem po wysepce, spotykając dziwne, pół-barbarzyńskie, lecz bardzo uczynne postacie wyspiarzy, nie mających pojęcia o świecie. W drodze powrotnej na statek wiodła mnie dzika dziewczyna, niosąca pochodnię, gdyż przedzieranie się między torfowiskami groziło niebezpieczeństwem utonięcia. Do dziś stoi mi w pamięci jej postać, jej długie, skołtunione, czarne włosy, jej gołe nogi, brudna poplamiona kiecka i dzikie rysy twarzy, zaostrzone w blasku pochodni.

Pierwszą moją niespodzianką co do strefy podbiegunowej była szybkość z jakąśmy się dostali w jej obręb. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że jest nam ona tak bliską. O ile pamiętam, w cztery dni do opuszczeniu wysp Szetlandzkich, znaleźliśmy się wśród płynącej kry lodowej. Jednego poranku zbudziły mnie głuche uderzenia w ściany statku; wyszedłszy na pokład, dojrzałem całe morze, aż do krańców widnokręgu, pokryte łomami lodu. Łomy te nie były wielkie, lecz płynęły tak gęsto obok siebie, że zręczny człowiek mógł po nich wędrować, przeskakując z jednego na drugi. Ich rażąca oczy białość czyniła morze drogą kontrastu bardziej niebieskiem, zaś kontrast ten, uzupełniony błękitem nieba i czystem powietrzem podbiegunowej strefy, dawał wrażenie niezapomniane. Na jednym z takich rozchybotanych, rozkołysanych łomów lodowych dostrzegliśmy raz olbrzymią fokę, lśniącą, leniwie ospałą, patrzącą na statek z zupełnym spokojem, jakżeby była świadomą, że czas ochrony miał trwać jeszcze całe trzy tygodnie. Innym razem dojrzeliśmy na lodzie ślad stopy niedźwiedziej. Zaś wszystko to oglądały nasze oczy w czasie, gdy zabrane ze Szkocji pierwiosnki zachowały jeszcze swą świeżość, w kloszach, ustawionych w kajutach.

Wspomniałem powyżej o czasie ochrony; winienem tu wyjaśnić, że na mocy umowy między rządem Norwegji i Wielkiej Brytanji, obywatele tych dwóch państw nie mają prawa polować na foki przed 3 kwietnia. Powodem tego jest fakt, że czas lęgu przypada w marcu, gdyby zaś matki zabito, zanim młode mogą sobie same poradzić, cały gatunek rychłoby zaginął. Na czas lęgu wszystkie foki gromadzą się w jednem, z góry upatrzonem, lecz zawsze innem miejscu; że zaś miejsce to znajduje się w obrębie kilkuset mil kwadratowych pływającego lodu, stąd nie łatwo je wyśledzić. Rybacy wyszukują je następującym sposobem. Skoro tylko załoga statku, posuwającego się w śród kry lodowej, dostrzeże gromadę fok, notuje ona na mapie przy pomocy kompasu ich kierunek. Co jakiś czas ukazuje się nowa gromada; jej kierunek zaznacza się podobnie na karcie; po nakreśleniu kilku takich linji, należy je przedłużać dopóki się nie przetną, zaś punkt przecięcie wskazuje mniej więcej dokładnie punkt zborny pływających fok.

Miejsce to przedstawia niezwykły widok. Mam wrażenie, że jest to najliczniejsze zebranie żywych istot na świecie; i pomyśleć, że odbywa się ono na otwartych obszarach pól lodowych, w odległości setek mil od wybrzeży Grenlandji, gdzieś między 71 i 75 stopniem szerokości geograficznej, o ile bowiem chodzi o długość geograficzną jest jeszcze trudniej ją oznaczyć; mimo to foki znajdują je bez trudności. Z gniazda na szczycie masztu widzi się ich nieprzeliczoność; na najbardziej dalekim dla oka łomie lodu czernieją one, jak ziarnka pieprzu. Dokoła leżą również młode, podobne do śnieżno białych ślimaków z czarnymi noskami i wielkiemi, ciemnemi oczyma. Ich napół ludzkie krzyki wypełniają nieustannie powietrze; człowiekowi siedzącemu w kajucie okrętu, znajdującego się w samym środku tego wiecu fok, może się wydawać, że jest w sąsiedztwie jakiejś potwornej dzieciarni.

Nasz statek był jednym z pierwszych w onym roku, który odnalazł miejsce zebrania fok; zanim jednak nadszedł okres łowów, mieliśmy szereg burz, które strącały młode przedwcześnie w odmęt wód, tak, że kiedy nareszcie zbliżył się termin określony prawem, natura w wielkiej mierze nas wyręczyła, pozostawiając nam niewiele do roboty. Mimo to o świcie trzeciego dnia kwietnia, załoga statku udała się na pole lodowe dla zbierania krwawego żniwa. Robota to haniebna i brutalna, lecz w istocie niewiele różna od tej, której wyniki zaopatrują nasz stół w mięso. A jednak te szkarłatne kałuże na wyiskrzonej bieli lodowcowej, pod spokojnym, milczącym błękitem nieba podbiegunowego, zdały się być jakimś rażącym wstrętem. Lecz nieubłagany popyt pociąga za sobą nieubłaganą podaż i te biedne foki śmiercią swoją pomagają do życia długiemu szeregowi marynarzy, robotników w dokach, garbarzy, skórników, handlarzy łoju i oleju, którzy zajmują miejsce pośrednie między tą doroczną rzezią i tymi, którzy nabywają przerobione i wykończone artykuły.

Pamiętam dobrze ten pierwszy dzień łowów na foki, wskutek przypadków, których doświadczyłem. Jak już wspomniałem panowała dość silna burza, która pędząc jeden lodozwał na drugi czyniła pobyt na polu lodowem niebezpiecznym, zwłaszcza dla człowieka tak niedoświadczonego, jak ja. Dlatego kapitan nakazał mi wrócić na pokład w chwili, kiedy wraz z innymi drapałem się przez przedmoście. Moje prośby i przekonywania nie zdały się na nic, tak, że w końcu usiadłem na poręczy przedmościa w jak najgorszem usposobieniu, zwiesiwszy nogi na zewnątrz, kołysząc się w takt rozchybotanego statku. Nie zauważyłem jednak, że siedziałem na cienkim płacie lodu, którym wierzch poręczy był pokryty; nagle, w pewnej chwili, gdy podmuch wichru wyniósł statek tak wysoko, że znalazł się on pod kątem ostrym, zjechałem prościutko w odmęt morza, dając nurka między dwa łomy lodowe. Kiedym się wynurzył na powierzchnię uczepiłem się jednego z nich i wkrótce znalazłem się z powrotem na pokładzie. Przypadek ten spełnił jednak moje życzenie, gdyż kapitan oświadczył, że skoro mam się kąpać, to lepiej bym to uczynił z kry lodowej, niż z pokładu statku. Że jego pierwotna ostrożność nie była bezpodstawną, to udowodniłem, wpadając dwukrotnie do wody tego samego dnia, tak, że w końcu pełen wstydu musiałem iść do łóżka, podczas gdy moje garnitury suszyły się w izbie maszynisty. Pociechą moją w tem niepowodzeniu był fakt, że rozbawiło ono kapitana do tego stopnia, iż nie wiele myślał o niepowodzeniu łowów, rozweselony przygodą "wielkiego nurka północy", jak mnie od tego czasu nazywał. Raz tylko później znalazłem się w wielkiem niebezpieczeństwie, kiedym się cofnął w tył poza brzeg płynącej kry, na której zdejmowałem skórę z zabitej foki. Oddaliłem się wtedy od reszty towarzyszy, tak, że nikt nie dostrzegł mego upadku. Powierzchnia lodu była tak gładka i ślizka, że nie miałem się czego uczepić, by się wydobyć z wody, w której ciało me poprostu drętwiało. Nareszcie udało mi się uchwycić tylną płetwę foki; z kolei powstała kwestja, czy ja wciągnę fokę do wody, czy bezwładny ciężar foki pozwoli mi się wydobyć na wierzch. W końcu wygramoliłem się jednak na brzeg i potoczyłem się w stronę cielska foki. Pamiętam, że kiedym się dostał na statek, odzienie moje było twarde i sztywne jak zbroja, tak, że musiałem stać przy ogniu zanim zdołałem je zdjąć.

Przedmiotem tych łowów kwietniowych są samice i młode. Później w maju udają się dalej na północ, gdzie między 77 i 78 stopniem szerokości nie są wcale łatwym łupem. Są one bardzo ostrożne, tak, że trzeba dobrego strzału na daleką metę, by je trupem położyć. W czerwcu łowy na foki się kończą, zaś statek posuwa się jeszcze dalej na północ, aż w końcu między 79 i 80 stopniem szerokości wkracza w ojczyznę prawdziwych grenlandzkich wielorybów. Spędziliśmy tam jakieś trzy miesiące z bardzo zmiennem szczęściem, gdyż jakkolwiek ścigaliśmy sporo wielorybów, zabiliśmy tylko cztery.

Statek wielorybi posiada osiem łodzi, lecz zazwyczaj tylko siedem opuszcza okręt, gdyż łódź każda wymaga sześciu ludzi, tak, że po spuszczeniu siedmiu łodzi, zostają na pokładzie tylko t. zw. "próżniacy", to znaczy ci z załogi, którzy nie pełnią służby marynarskiej. Zdarzyło się jednak, że na pokładzie "Nadziei" próżniacy tworzyli dość obrotną gromadkę, która się rwała iść na ochotnika; spuszczono zatem ósmą łódź, która zarówno w łowach na foki, jak i podczas połowu na wieloryby, spisała się bardzo chwacko. Gospodarz statku, drugi maszynista, kotlarz i ja, byliśmy przy wiosłach; harpuniarzem był rudowłosy góral szkocki a sternikiem nasz przystojny wyrzutek społeczny. Nasze łowy na foki przyniosły wcale pokaźny rezultat, zaś co do wielorybów, łódź nasza raz zarzuciła harpun, a raz wykonała atak lancami. Nie mieliśmy się zatem czego wstydzić. W istocie zajęcie to tak mi przypadło do smaku, że kapitan Gray ofiarował mi zajęcie harpuniarza i chirurga z podwójną płacą, o ilebym wziął udział w jego następnej wyprawie. Dobrze się stało, żem odmówił, gdyż życie to jest pełne niebezpiecznego uroku.

Podpływanie do wieloryba jest rzeczą bardzo zajmującą. Wioślarz jest wprawdzie zwrócony tyłem do niego, tak, że wiosłujący wiedzą o nim tylko tyle, ile zdołają wyczytać z twarzy sternika. Ten patrzy ponad głowy wioślarzy, śledząc potwora płynącego na powierzchni wód, podnosząc dłoń od czasu do czasu na znak, że należy przestać wiosłować, gdyż oko potwora zatacza krąg badawczy, wreszcie dając hasło do posuwania się chyłkiem dalej. Ilość płynących łomów lodowych jest tak wielka, że o ile wiosła nie są w ruchu, sam widok łodzi nie płoszy wieloryba. I tak łódź podpływa zwolna, aż znajduje się w punkcie dostatecznie bliskim do wysłania harpuna. Wioślarze dostrzegają nagły błysk w oczach sternika, który woła: "Śmiało, chłopcy! Śmiało! Z całej siły!" Słychać trzask cyngla i harpun wypada z wielkiej lufy; woda pieni się wokół wioseł, których sześć uderzeń wpędza czoło łodzi na coś miękkiego, co odbija od siebie i łódź i wiosła. Lecz wiosłujący nie troszczą się o to, gdyż w chwili, w której łódź dotknęła cielska wieloryba, usłyszeli huk działa i zrozumieli, że harpun znalazł się w głębi tej bryły ołowianego koloru. Potwór zapada w głąb jak kamień, czoło łodzi zanurza się raz po raz w odmęcie, lecz ruch chorągiewki, umieszczonej w środku łodzi i wark odkręconej z szaloną szybkością liny dowodzą trafności strzału.

I teraz następuje chwila wielkiego niebezpieczeństwa; rzadko grozi ono ze strony wieloryba; bezpieczeństwo zależy od normalnego odkręcania się liny, którą nawija zawsze specjalnie trzymany w tym celu zawodowy nawijacz; o ileby lina się splątała i zaczepiła o któregoś z wiosłujących, jest on stracony i chyba tylko przecięcie liny mogłoby go uratować, choć i to jest bardzo wątpliwem, gdyż zanimby to nastąpiło, ofiara byłaby już zbyt głęboko w wodzie.

- Stój! - krzyknął raz w takim wypadku harpuniarz na wioślarza, który zamierzył się nożem na linę, - większy pożytek z ryby, niż z topielca dla wdowy! Brzmi to bardzo cynicznie, lecz zdanie to zawiera dużo praktycznego sensu.

Łódź, z której wypada harpun, nie ma nic więcej do roboty. Natomiast "lancowanie", to znaczy dobijanie wieloryba długiemi lancami stalowymi trwa dłużej, stąd jest bardziej zajmującem. Przez jakieś pół godziny jest się tak blisko schwytanego wieloryba, że można go dotykać dłonią. Ma się wrażenie, że wieloryb jest zupełnie nieczuły na ból, gdyż najmniejszym ruchem nie reaguje na pchnięcia długiemi lancami. Lecz instynktownie trzepie on swym ogonem i usiłuje uderzyć nim w łódź, podczas gdy wioślarze, wiedzeni również instynktem samozachowawczym, starają się trzymać łódź wzdłuż jego boku i jak najbliżej głowy. Lecz raz okazało się, że nawet ta pozycja nie jest wolna od niebezpieczeństwa, gdyż wieloryb uniósł w górę swą olbrzymią płetwę boczną, pod którą nagle znalazła się nasza łódź. Jedno uderzenie tej płetwy posłało by nas na dno morza i nie zapomnę nigdy ruchu naszych rąk, któremiśmy się zasłonili od ciosu, jakby ręce nasze zdołały go odparować. Na szczęście upływ krwi zbyt osłabił wieloryba, tak, że płetwa zamiast spaść na łódź, zawinęła się w stronę przeciwną, co dowodziło, że potwór przestał żyć. Był to jednak moment, któregobym nie wymienił za żaden inny triumf myśliwski.

Szczególne wrażenie innego świata, które się odczuwa w strefie podbiegunowej, wrażenie trwające przez całe życie, jest w dużej mierze wynikiem ustawicznego światła dziennego. Pora nocna ma wprawdzie światło przyćmione, lekko pomarańczowego koloru, lecz różnica nie jest zbyt wielką. Mówiono mi, że niektórzy z kapitanów odwracali zupełnie rozkład godzin, każąc podawać śniadanie późnym wieczorem, a obiad o dziewiątej z rana. Tu bowiem człowiek rozporządza pełnemi 24 godzinami i może je rozkładać do woli. Po jakichś dwu miesiącach oczy zaczynają odczuwać zmęczenie, tak, że człowiek poznaje kojącą wartość zmroku. Pamiętam, że kiedyśmy się zbliżyli do Islandji w drodze powrotnej, widok pierwszej gwiazdy sprawił na mnie tak silne wrażenie, żem się nie mógł dość napatrzeć tej rozmigotanej drobinie świata. Powszedniość zabija połowę piękna przyrody.

Poczucie samotności wzmacnia również wrażenia, wyniesione z mórz podbiegunowych. Kiedyśmy przebywali w ojczyźnie wielorybów, nie było zapewne prócz nas żadnej istoty ludzkiej w promieniu jakichś ośmiuset mil angielskich. Przez siedem długich miesięcy nie doszła nas żadna wieść z południowego świata. Opuściliśmy ten świat w okolicznościach bardzo niespokojnych. Anglja podjęła właśnie kampanję w Afganistanie, a wojna z Rosją zdała się nieuniknioną. Wracaliśmy w stronę Bałtyku, bez wiedzy, czy jakiś krążownik nie obejdzie się z nami tak, jak my z wielorybami. Kiedyśmy spotkali pierwszy statek rybacki na północ od wysp Shetland, dowiedzieliśmy się o zdarzeniach tych długich siedmiu miesięcy, więc o klęsce Maiwand'a i słynnym marszu Robertsa z Kabul do Kandahar. Lecz wszystkie te wypadki przedstawiały się nam dość mglisto, zaś co do mnie, nigdy nie zdołałem sobie wyrobić jasnego poglądu o tym szczególe naszych dziejów militarnych.

Ustawiczna jasność, rażąca oczy biel lodu, głęboki błękit wody i suche, rzeźkie, radosne powietrze, które samo oddychanie zamienia na rozkosz, to są momenty, wrażające się najsilniej w pamięć. Poza tem nieliczna ilość ptactwa morskiego, wszystkie odmiany mewy śnieżki i rybitwy, które wypełniają powietrze, łagodzi samotność, podobnie jak dziwaczne twory, wychylające się raz po raz z głębi wód. Spotkanie z wielorybem, który jest przedmiotem łowów i handlu, nie jest zbyt częste, lecz pomniejsze jego odmiany, z handlowego punktu widzenia nie przedstawiające żadnej wartości, widzi się ciągle. Do takich należą skrzeloryb, który dźwiga bezcelowo 90 stóp bezwartościowego łoju, wiedząc, że żaden łowca oń się nie pokusi, dalej wieloryb-garbus, wreszcie upiorny biały wieloryb; pospołu z nimi ludnią te głębie wodne liczne potworne stworzenia, jak narwal, piła, krwiożerczy grampus, grenlandzki ludojad i t. p. Zaś na powierzchni lodowej widzi się foki, wodne i lądowe, łękopłazy i olbrzymie nosowozy, długie na dwanaście stóp, które w rozdrażnieniu wydymają olbrzymie czerwone banie, zwisające im u nosów, jak worki. Czasami można dojrzeć białego lisa podbiegunowego, tudzież pod dostatkiem białych niedźwiedzi. Kra lodowa w pobliżu miejsc, gdzie się gromadzą foki, poznaczona jest śladami tych nieszkodliwych mieszkańców lodów. Dla schwytania foki wędrują one setki mil po lodzie; ich przemyślna metoda łowów polega na upatrzeniu obszernego pola lodowego, na którem jest tylko jedna przerębla; nad tym otworem przykuca niedźwiedź, otaczając go przedniemi, potężnemi łapami. Kiedy głowa foki się wynurza, łapy się zbiegają i biały miś ma swój obiad. Czasami paliliśmy odpadki kuchenne pod kotłem statku; zapach tej spalenizny sprowadzał wkrótce całą gromadę niedźwiedzi w sąsiedztwo statku.

Jakkolwiek są lata, w których jakieś dwadzieścia lub trzydzieści wielorybów wpada w ręce łowców na morzu Grenlandji, zdaje się, że liczne łowy, przedsiębrane w ciągu ostatniego stulecia, zmniejszyły bardzo ich liczbę, tak dalece, że liczba ta nie dochodzi zapewne tysiąca. Oczywiście mam na myśli gatunek, przedstawiający wartość handlową, gdyż innych jest dosyć. Oczywiście jest rzeczą bardzo trudną ustalić bodaj w przybliżeniu liczbę gatunku, który przenosi się z miejsca na miejsce, lecz fakt, że ten sam wieloryb jest ścigany przez ten sam statek podczas kilku wypraw, dowodzi, że liczba ich musi być ograniczoną. Pamiętam, że był jeden, którego szczególnem znamieniem była narośl na ogonie, wielkości i kształtu ula pszczelnego. Kiedyśmy spuścili łodzie dla udania się w pościg, kapitan zawołał: "Trzy razy goniłem tę bestję; w roku 1871 poprostu uciekł; w 1874 mieliśmy go już w rękach, kiedy harpun, nie dosiągłszy widocznie wnętrza, przerwał cielsko i wyśliznął się; w roku 1876 uratowała go mgła. Ale tym razem nam się nie wymknie"! Ja nie miałem tej pewności i pokazało się, że miałem rację; mam też wrażenie, że ten ogon obnosi jeszcze swą brodawkę po dziś dzień, po obszarach mórz podbiegunowych.

Nigdy nie zapomnę chwili, w której zobaczyłem pierwszego wieloryba właściwego gatunku. Dostrzegł go najpierw marynarz, postawiony w tym celu na drugim końcu pola lodowego, obok którego zatrzymał się nasz statek. Kiedyśmy ruszyli na pokład, spłoszony widocznie potwór dał nurka. Przez jakieś dziesięć minut czekaliśmy na jego wynurzenie się ponowne, tak, że zniechęcony, przestałem patrzeć we właściwym kierunku, kiedy nagły okrzyk zdumienia zmusił mnie do spojrzenia w górę, gdzie dostrzegłem całego wieloryba w powietrzu. Jego ogon był skręcony, tak, jak ogon pstrąga w skoku, a całe cielsko barwy ołowiu było ponad powierzchnią wody. Zdziwienie nasze było zupełnie uzasadnione, gdyż kapitan, który odbył trzydzieści wypraw na wieloryby, nigdy nie widział podobnego zjawiska. Kiedyśmy go schwytali pokazało się, że całe jego ciało było pokryte pasożytującymi raczkami wielkości kilku centymetrów; widocznie swędzenie całego ciała przyprawiło potwora o napad szału. Człowiek bez rąk, z liczną gromadą pcheł na plecach, umiałby ocenić tę sytuację.

Obok przygód łowieckich, okolice podbiegunowe posiadają swoisty, niezapomniany urok. Rozumiem doskonale tego starego łowcę wielorybów, który pozostawiony na chwilę na łożu śmierci, zerwał się i ruszył przed siebie tak, że go dopędzono w znacznej odległości od domu, mruczącego do siebie "płynę na północ''. Podobnie biały lis podbiegunowy, którego jeden z moich znajomych starał się oswoić, uciekł i wpadł w zatrzask leśniczego w kilka miesięcy później w Caithness, w północnej Szkocji. On także gnał na północ, lecz któż może powiedzieć jakim kompasem wiedziony?

Czyste są te obszary białych lodów i błękitu wód, ponad któremi płynie powiew ludzkim oddechem niezepsuty. Ale jest w tej strefie także coś romantycznego. Stoi się tam na rubieży nieznanego, gdyż każda kaczka zastrzelona nosi w swym pępuszku kamyki z lądu, którego niema na mapie. To też opisana tu wyprawa stanowi zajmujący rozdział mej młodości.

Kiedym wsiadał na ten statek byłem rosłym młodzieńcem; opuszczałem go jako mocny, dorosły mężczyzna. Nie mam też żadnych wątpliwości, że to czyste podbiegunowe powietrze wpłynęło dobroczynnie na zdrowie całego mojego życia i że ono wyposażyło mnie w ogromny zasób niewyczerpanej wprost energji. Umysłowo i duchowo był to okres niemal zupełnej stagnacji, gdyż życie w towarzystwie dzielnych co prawda, lecz ograniczonych nieokrzesańców, jest z natury rzeczy bardzo jednostronne. Lecz zato zyskałem zdrowie i zarobiłem więcej grosza, niż się spodziewałem. Pod wielu względami byłem jeszcze młodym figlarzem, gdyż pamiętam, że wyładowałem wszystkie kieszenie mych ubrań sztukami złota, aby sprawić matce więcej przyjemności przy ich wydobywaniu. Naogół powiększyłem jej skromny trzosik o jakieś pięćdziesiąt funtów.

Po powrocie zabrałem się z zapałem do ostatniego egzaminu, który złożyłem wcale pomyślnie pod koniec zimowego półrocza w r. 1881, otrzymawszy tym sposobem dyplom lekarza medycyny i chirurgji, stanąłem na progu mej karjery zawodowej.

 

VI. PIERWSZE DOŚWIADCZENIA PRAKTYKI LEKARSKIEJ

 

Dziwny człowiek. - Jego miesiąc miodowy. - Praktyka w Bristolu. - Telegram z Plymouth. - Sześć zabawnych tygodni. - Intryga. - Pobyt w Southsea. - Tanie meble. - Intryga wychodzi na jaw.

 

Zakończywszy pierwszy okres mych wędrówek, stanąłem wobec zadania rozpoczęcia mej praktyki lekarskiej. W książce, napisanej w kilka lat później, pod tytułem "The Stark Munro Letters", opisałem dość szczegółowo wypadki kilku lat następnych; to też do niej odsyłam ciekawego czytelnika, zaznaczając jedynie na wypadek, gdyby któryś z czytelników chciał sobie wytworzyć obraz osoby lub karjery na podstawie tej książki, że cały szereg wypadków w niej opisanych jest wytworem wyobraźni, że zwłaszcza wypadek z obłąkanym i Lordem Saltire w rozdziale czwartym, zdarzył się nie mnie, lecz mojemu przyjacielowi. Poza tem mój cały stosunek z człowiekiem noszącym w książce nazwisko Cullingworth, jego niezwykły charakter, nasze rozstanie się i jego zamiar zrujnowania mnie - wszystko to zdarzyło się zgodnie z opisem. Tu ograniczę się do podania najważniejszej treści, zachowując nazwisko wprowadzone do książki.

Zawarłem przyjaźń z tym niezwykłym studentem medycyny w czasie ostatniego roku mych studjów w Edynburgu. Pochodził on z rodziny, która wydała kilku słynnych lekarzy; ojciec jego był znanym specjalistą chorób infekcyjnych. Członkowie tej rodziny odznaczali się także w dziedzinie sportu i mój przyjaciel był wybitnym przodownikiem znanego klubu piłki nożnej (Rugby); jedyną jego wadą było to, że wpadał w szał podczas gry. Starał się on o międzynarodowe przodownictwo, a jego młodszy brat uznawany był powszechnie za jednego z najlepszych przodowników angielskich.

Jego zdolności umysłowe szły w parze z jego siłą fizyczną. Był on doskonale zbudowany, wzrostu pięciu stóp i dziewięciu cali, ze szczęką buldoga, głęboko osadzonemi, zawsze przekrwionemi oczyma, ocienionemi brwiami krzaczastemi i z czupryną jasno-żółtego koloru, jeżącą się jak szczotka. Człowiek ten nie mógł żyć bez przygód i awantur; snuł wiecznie jakieś niezwykłe plany, w których wykonywaniu okazywał wiele energji i dużo woli, słowem, człowiek czynu i dużej inteligencji. Umarł on stosunkowo wcześnie; pośmiertne oględziny lekarskie wykazały pewne patologiczne cechy jego mózgu. Nie wiem dlaczego przywiązywał on pewną wagę do mych rad i opinji.

Kiedym go spotkał po raz pierwszy, był on właśnie w trakcie jednej ze swych przygód, które zazwyczaj kończyły się ucieczką, lub chwilowym aresztem; w odnośnym wypadku konsekwencje okazały się bardziej trwałemi. Krótko i węzłowato, przygoda polegała na tem, że przyjaciel mój porwał nieletnią, wielkiej urody panienkę z pod dachu jej opiekunów i zawarł z nią potajemnie ślub. Wobec dokonanego faktu, którego żaden prawnik nie mógł zmienić, nie miał on się czego obawiać, chociaż prawo nakłada w tym wypadku kary. Opowiadał mi później, że wziąwszy ślub, udali się do jakiejś nieznanej sobie małej miejscowości i że dla zmylenia pościgu ufarbował swe włosy na czarno, przyczem barwik przyjął się w jedynych miejscach mniej, w drugich więcej; z tą pstrokatą czupryną musiał wyglądać jak osobnik z cyrku Barnuma. Trudno wymyśleć lepszą drogę do rozgłosu niż ta, którą Cullingworth wybrał dla jego uniknięcia. Gdyby się był udał do Londynu, niktby go nie zauważył. Pamiętam, że włosy jego zachowały ten pstrokaty wygląd przez szereg lat.

Po spędzeniu miodowego miesiąca we wspomnianej zapadłej dziurze, do której się schronił, przywiózł on swą żonę do Edynburga, wynajął małe mieszkanie i wprowadził się doń prawie bez mebli. Pamiętam, że obiad, na który mnie raz zaprosił, składał się ze strudla z jabłkami, zaś w braku krzesła musiałem siedzieć na kilku grubych tomach. Zaznajomiliśmy oboje z przyjaciółmi naszej rodziny, uczyniliśmy, cośmy mogli, by młodą żonę jakoś rozerwać, lecz po pewnym czasie małżeństwo to się rozeszło i na jakiś czas wszystko ucichło.

Lecz niedługo przed moją podróżą do Afryki, otrzymałem od Cullingworth'a telegram, w którym błagał mnie o odwiedzenie go w Bristolu, dodając, że potrzebuje mej rady. Ja byłem wtedy w Birmingham, więc uczyniłem zadość jego prośbie bez zwłoki. Przybywszy do Bristolu, znalazłem go w wielkim i pięknym domu i zaraz musiałem wysłuchać jego żałosnej historji; rozpoczął on praktykę na wielką skalę w nadziei, że pacjenci jego ojca będą korzystać z jego usług. Okazało się jednak inaczej; pacjentów nie było, pieniądze się rozeszły, a wierzyciele oblęgali go ze wszech stron. Co robić? Przez dwa dni podejmował mnie iście po królewsku, gdyż nawet w największych kłopotach człowiek ten musiał się bawić i żyć szeroko. Jedyna rada, jaką mu mogłem dać, był układ z wierzycielami. Jak się później dowiedziałem, zebrał on wszystkich wierzycieli razem, wygłosił do nich długą mowę pełną uczucia, wzruszył ich niemal do łez wymownym opisem swej niezasłużonej doli i swej walki z przeciwnościami i uzyskał od nich jednomyślną zgodę na spłacenie długów wtedy, kiedy będzie mógł. To był jego sposób postępowania, który nikogo więcej nie bawił tak, jak jego samego.

W parę miesięcy po powrocie z Afryki, otrzymałem znowu telegram - człowiek ten prawie nigdy nie pisał, zawsze telegrafował - który brzmiał mniej więcej tak: "Zacząłem tu praktykę w czerwcu zeszłego roku. Powodzenie kolosalne. Przyjedź najbliższym pociągiem. Dość miejsca na dwóch. Świetne warunki". Telegram był z Plymouth. Drugi z kolei telegram zwymyślał mnie za zwłokę i gwarantował trzysta funtów w pierwszym roku. Ponieważ to brzmiało zachęcająco, więc pojechałem.

Wypadki następnych sześciu tygodni późnej wiosny i wczesnego lata 1882 roku, nadają się bardziej do jakiejś humorystycznej powieści, niż do poważnej, prawdomównej kroniki. Warunki jakie zastałem w Plymouth były niewiarogodne. W krótkim czasie człowiek ten, pół-genjusz i pół-znachor, zdołał wyrobić sobie praktykę, która mu przynosiła dobrych kilka tysięcy funtów w gotówce. "Bezpłatne porady - lekarstwa na miejscu" - to było jego hasło, że zaś kazał sobie dobrze płacić za lekarstwa, więc w rezultacie bezpłatne porady się opłacały. Używał on narkotyków w sposób nadmierny i ryzykowny, lecz z bardzo dodatniemi wynikami. Pamiętam wypadek, w którym wodna puchlina ustąpiła zupełnie pod wpływem sporej dozy jakiegoś olejku; wieść o tem rozeszła się z szybkością błyskawicy. Ludzie przybywali z odległości 20 i 30 mil, tak, że nie tylko jego pokój przyjęć, lecz schody i korytarze były pełne pacjentów. Jego stosunek do nich był nadzwyczajny. Krzyczał on i wrzeszczał, ryczał ze śmiechu, beształ, żartował, popychał, czasem wypędzał na ulicę, czasem przemawiał do wszystkich ze szczytu klatki schodowej. Pół dnia spędzone z nim wśród pacjentów, bawiło więcej niż najlepsza pantomina, tak, że człowiek czuł się osłabionym ze śmiechu. Miał on pod ręką stary, zniszczony tom Prawa Medycznego, które podawał jako Biblję i na tę księgę kazał przysięgać starym kobiecinom, że nie będą pić więcej herbaty. Nie wątpię, że zdziałał on wiele dobrego, gdyż kierował się on zarówno wiedzą, jak i rozsądkiem, lecz sposób jego postępowania był krańcowo niekonwencjonalny. W drugim końcu korytarza siedziała jego żona, która wykonywała recepty i przyjmowała pieniądze, zgodnie z ceną wyrażoną na kartce, którą zbadany pacjent przynosił. Wieczorem Cullingworth wracał do swej wspaniałej rezydencji poza miastem z workiem srebra pod pachą, z ogromnym, rozwianym płaszczem, zarzuconym na ramiona, z kapeluszem na bakier, szczerząc zęby do każdego lekarza, którego zgorszona twarz ukazywała się w oknie mijanego domu.

Przygotował on i urządził dla mnie pokój, wyposażając go w stół operacyjny i dwa krzesła, gdzie miałem leczyć pacjentów, których leczenia sam się nie chciał podjąć. Mam przekonanie, że moja metoda zawodowa musiała być nudną w porównaniu z jego, której nie umiałbym naśladować nawet gdybym był chciał. Mimo to, na brak pacjentów skarżyć się nie mogłem, tak, że miałem wrażenie, iż mogę zdobyć sobie praktykę. Raz udałem się na wieś, gdzie dokonałem operacji bardzo trudnej; polegała ona na wycięciu raka, który się wywiązał w nosie człowieka, przywykłego do trzymania krótkiej glinianej fajki tuż pod nosem. Udanie się tej operacji, która nie zdeformowała nosa, zdało się być dobrą wróżbą na przyszłość.

Lecz nad nićmi mego losu pracowały jeszcze inne wpływy. Matka moja była bardzo niezadowoloną z mojej przyjaźni z Cullingworth'em. Jej duma rodzinna była dotkniętą, być może słusznie, chociaż moje wędrówki po świecie wytworzyły we mnie pewne cygaństwo obyczajowe, tak, że nie odczuwałem wtedy tych spraw. Przeciwnie, lubiłem Cullingworth'a, co więcej, dziś jeszcze wspominam o nim z przyjemnością; podziwiałem jego zalety i znajdowałem upodobanie w jego kawałach. Ta moja postawa, która skłaniała mnie nawet do występowania w obronie mego przyjaciela, tem więcej irytowała moją matkę; napisała ona do mnie kilka listów z wyrzutami, w których nie obwijała wcale w bawełnę swej opinji o Cullingworth'ie i jego charakterze. Ponieważ miałem zwyczaj zostawiania mej korespondencji na stole, listy te - jak się później dowiedziałem - przeczytał zarówno Cullingworth, jak i jego żona. Nie sądzę, że wyrządzam mu jakąś krzywdę tem oświadczeniem, gdyż ostatecznie sami się przyznali do tego dobrowolnie. Wynik był ten, że Cullingworth, który ciągle węszył jakąś intrygę przeciw sobie, doszedł do przekonania, że opinja mej matki musiała być odbiciem mojej, chociaż w rzeczywistości wywołała ją moja obrona jego charakteru. Zauważyłem, że w stosunku do mnie się zmienił, a nawet kilka razy dostrzegłszy jego ukradkowe, wyraźnie nieprzyjazne spojrzenia, zapytałem go wprost o powód tej zmiany. Oczywiście odpowiedzi nie otrzymałem, lecz nie przychodziło mi wcale na myśl, że człowiek ten dążył do zrujnowania mnie, co oczywiście materjalnie byłoby bez znaczenia, gdyż nie posiadałem żadnego mienia, lecz moralnie mogło być wielką krzywdą zarówno dla mnie, jak i dla mojej matki.

Pewnego dnia przyszedł on do mnie i oświadczył mi, że obecność moja komplikuje jego praktykę, że zatem lepiejby było, gdybyśmy się rozstali. Zgodziłem się na to bez najmniejszej obrazy, zapewniając go, że nie przybyłem wcale, aby mu szkodzić, że jestem mu wdzięczny za wszystko, co dla mnie uczynił, niezależnie od faktu, że uczynność jego nie wydała spodziewanych wyników. Z kolei zaczął mi doradzać bardzo mocno, abym rozpoczął praktykę na własną rękę. Odpowiedziałem, że mi brak kapitału. Na to odparł, że mi będzie pożyczał funta tygodniowo do czasu, dopóki nie stanę na własnych nogach, tudzież, że zwrócę dług tylko w miarę możności. Podziękowałem mu bardzo serdecznie i rozejrzawszy się po okolicy, postanowiłem spróbować szczęścia w Portsmouth; nie znałem wprawdzie tej miejscowości, lecz wnioskowałem, że stosunki tam muszą być analogiczne do tych, jakie poznałem w Plymouth. Spakowawszy całe moje mienie ziemskie w jeden kuferek, wsiadłem na irlandzki parostatek w lipcu 1882 i udałem się do Portsmouth, gdzie nie miałem żywej duszy znajomej. Gotówka moja wynosiła niecałe dziesięć funtów; miała ona nie tylko pokryć bieżące wydatki, lecz starczyć na wynajem i umeblowanie domu. Co do życia z tygodnia na tydzień, nie troszczyłem się zbytnio, gdyż przyrzeczony funt tygodniowo wystarczał zupełnie na potrzeby osobiste; resztę kapitału tworzyły wrodzony optymizm i młodość.

Po przybyciu do Portsmouth, wynająłem na tydzień pokój umeblowany. Zaraz pierwszego wieczoru zamieszałem się mimowoli w kłótnię, a raczej bójkę uliczną, w której stanąłem w obronie kobiety, bitej i kopanej przez jakiegoś opryszka. Niezbyt zachęcający początek, a tem dziwniejszy, że pierwszym pacjentem, który się zjawił u mnie po otwarciu praktyki, był właśnie ten opryszek. Przypuszczam, że mnie nie poznał, ja natomiast nie miałem co do niego najmniejszej wątpliwości. Z bójki tej wyszedłem prawie cało, rad, że się obeszło bez skandalu. Tak to już drugi raz oberwałem guza w obronie niewinności uciśnionej.

Tydzień cały upłynął mi na oglądaniu pustych domów, aż w końcu wynająłem dom pod nazwą "Bush Villa", którego właściciel zmienił obecnie tę nazwę na "Doyle House". Komorne roczne wynosiło czterdzieści funtów. Obawiałem się w duchu, że ajent może zażądać depozytu, lecz podanie nazwiska mego stryja jako "referencji" wzbudziło dostateczne zaufanie. Zapewniwszy się co do domu i otrzymawszy klucz od niego, udałem się do Portsea, gdzie za sumę czterech funtów nabyłem sporo starych mebli, które zaspokoiły w zupełności moje najniezbędniejsze potrzeby. Na parterze urządziłem pokój do przyjęć, a na piętrze moją sypialnię. Następnie przybiłem tabliczkę z mojem nazwiskiem, nabytą jeszcze w Plymouth, kupiłem czerwoną lampkę na kredyt i tak przygotowałem się do rozpoczęcia zawodu z dwoma funtami w kieszeni, Ponieważ nie stać mnie było na służbę, przeto sam czyściłem mą tabliczkę mosiężną, zamiatałem i utrzymywałem czystość w domu. Przekonałem się, że mogłem wyżyć zupełnie przyzwoicie za niecałego szylinga dziennie, więc byłem zaopatrzony na dość długi czas.

W tym czasie posłałem kilka nowel do czasopisma "London Society", które obecnie nie istnieje, lecz wtedy było w pełni powodzenia pod doskonałą redakcją niejakiego Hogg'a. W kwietniowym numerze z roku 1882, wydrukowano tam nowelkę p. t. "Kości", dziś na szczęście zapomnianą, zaś w numerze z poprzedniego grudnia powiastkę p. t. "The Gully of Bluemansdyke"; obie one powstały pod wpływem rozczytywania się w opowiadaniach Bret Harte'a. Wraz z wymienionemi poprzednio stanowiły one cały mój ówczesny dorobek. Napisałem do pana Hogg'a, przedstawiając mu swoje położenie i posłałem mu dla grudniowego numeru nową powiastkę p. t. "My Friend the Murderer". Hogg przysłał mi za nią dziesięć funtów, które odłożyłem na komorne za pierwszy kwartał. Sprawił mi on mniejszą przyjemność w szereg lat później, kiedy oświadczył, że wszystkie te pierwociny literackie nabył na własność i wydał następnie pod mojem nazwiskiem.

Dobrze się jednak stało, że miałem te dziesięć funtów, gdyż Cullingworth, dowiedziawszy się o moich zobowiązaniach, wymierzył mi cios, który jego zdaniem powinien był mnie zgnieść. Przysłał mi on krótki list - tym razem wyjątkowo nie telegram, - w którym przyznawszy się, że czytał listy mojej matki, wyrażał swe zdziwienie, jak mogłem był żywić wobec niego podobne uczucia, żyjąc pod jego dachem i oświadczał, że nie chce mieć więcej nic wspólnego ze mną. W rzeczywistości nie miał powodu do żadnego żalu, lecz gotów jestem przyznać, iż on wierzył naprawdę w istnienie takiego powodu. W każdym razie zemsta jego dowodziła nienormalności umysłu.

W pierwszej chwili byłem zupełnie oszołomiony. Lecz spaliwszy raz mosty za sobą, nie mogłem się cofać. Odpisałem Cullingworth'owi z wyraźną pogardą i przestałem o nim myśleć. Faktem jest, że ponownie usłyszałem o nim dopiero w jakieś pięć lat później, kiedy mnie doszła wieść o jego przedwczesnej śmierci. Był to człowiek niezwykły i mógł być naprawdę czemś wielkiem. Jego rozrzutne życie pozostawiło jego żonę prawie w biedzie.

 

Tom I

 

I. WSPOMNIENIA WCZESNEGO DZIECIŃSTWA

 

Pochodzenie. - "H. B.". - Czwórka Niezwykłych Braci. - Rodowód mojej matki. - Genjusz nieznany. - Moja pierwsza klęska. - Thackeray. - Fenianie. - Wczesna lektura. - Moja pierwsza powiastka.

 

Urodziłem się w dniu 22 maja 1859 r., w Edynburgu, przy Picardy Place, zwanym tak dlatego, że swego czasu osiedliła się tam gromadka francuskich studentów. W onym czasie było to osiedle poza obrębem murów grodzkich, obecnie jednak stanowi część miasta. W czasie ostatniej mej bytności miałem wrażenie, że dzielnica ta podupadła, lecz za czasów mego dzieciństwa cieszyła się ona dobrą sławą.

Ojciec mój był najmłodszym synem Johna Doyle, który pod inicjałami "H. B." zdobył sobie jako rysownik wielkie wzięcie w Londynie w czasie od 1825 do 1850 roku. Przybył on do Londynu z Dublinu około roku 1815 i może słusznie uchodzić za twórcę niekrzywdzącej karykatury, która w czasach dawniejszych posługiwała się formą brutalną, zamieniając przedmiot na groteskę, tak co do rysów jak i postaci. Takimi karykaturzystami byli Gilray i Rowlandson. Natomiast mój dziad był dżentelmenem, rysującym dżentelmenów dla dżentelmenów; satyra tych rysunków tkwiła w dowcipie a nie w zniekształceniu rysów. Był to nowy pomysł, który od tego czasu przyjął się w dziale karykatury i spowszedniał. Ponieważ w owym czasie nie było pism humorystycznych, tygodniowy karton z inicjałami "H. B." był litografowany i rozsyłany. Tradycja mówi, że "H. B." wywierał znaczny wpływ na bieg spraw politycznych i pozostawał w zażyłych stosunkach z wielu kierownikami spraw publicznych onych czasów. Pamiętam go jako sędziwego starca, wielkiej przystojności i godności, o rysach wybitnie anglo-irlandzkich, typu księcia Wellingtona. Umarł on w r. 1868.

Dziad mój owdowiał jako ojciec licznej rodziny, z której czterech synów i jedna córka, dożyli wieku dorosłego. Wszyscy czterej synowie, odziedziczywszy po ojcu zdolności artystyczne, zdobyli zaszczytne stanowiska. Najstarszy z nich, James Doyle, zasłynął jako autor dzieła "Kroniki Anglji", które sam ilustrował wielobarwnemi ilustracjami; poświęcił on również trzynaście lat pracy dziełu p. t. "Genealogja Rodów Barońskich w Anglji", zdradzającemu ogromną pracowitość i wiedzę historyczną. Drugi z rzędu, Henryk Doyle, wielki znawca starych mistrzów malarstwa, został z czasem dyrektorem Galerj i Narodowej w Dublinie. Trzeci syn, Ryszard, zasłynął jako rysownik-humorysta; on to jest twórcą tak popularnej dziś jeszcze okładki znanego pisma humorystycznego "Punch". Najmłodszy, Karol, był moim ojcem.

Dzięki talentom mego dziadka rodzina Doyle żyła dostatnio w Londynie, przy Cambridge Terrace, a więc w pobliżu słynnego Hyde Parku. "Dziennik Ryszarda Doyle" zawiera między innemi obraz codziennego życia rodzinnego, z którego wynika, że życie to pochłaniało całe dochody, skutkiem czego dorastający synowie musieli się oglądać za posadami. Ojciec mój, mając lat dziewiętnaście, otrzymał stanowisko w Głównym Zarządzie Gmachów i Zabytków Publicznych, w Edynburgu, gdzie spędził niemal całe swe życie; to sprawiło, że ja, z pochodzenia Irlandczyk, urodziłem się w stolicy Szkocji.

Rodzina Doyle, anglo-normandzkiego pochodzenia, była przywiązaną mocno do Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Założyciel rodu Doyle, lub D'Oil, należał do odłamu, zamieszkałego w Staffordshire, z którego pochodził Sir Francis Hastings Doyle i wielu innych znakomitości rodu. Brał on udział w najeździe na Irlandję i otrzymał majętności w hrabstwie Wexford, gdzie wkrótce powstał możny zaścianek (klan), w którym wszyscy mieszkańcy przyjęli nazwisko feudalnego pana, podobnie jak ród Burgh dał początek słynnemu klanowi rodziny Burke. Przynależność do głównego pnia rodowego rościmy sobie jedynie na podstawie rysów charakteru i wyglądu zewnętrznego, wspólnych nam i członkom angielskiej rodziny Doyle, tudzież dzięki nieprzerwanemu używaniu tego samego godła i herbu.

Przodkowie moi, podobnie jak przeważna część starych rodzin irlandzkich, trwali przy swej wierze za czasów Reformacji i w konsekwencji padli ofiarą ustaw karnych. Ustawy te były tak dotkliwe dla ziemian, że pradziad mój, wygnany ze swego majątku, osiadł w Dublinie i wziął się do handlu jedwabiem. W Dublinie przyszedł na świat "H. B".

Mam nadzieję, że czytelnik przyjmie z pobłażaniem tę wycieczkę w dziedzinę genealogji rodzinnej, która nie pozbawiona interesu dla rodziny, może nudzić każdą inną osobę. Dotknąwszy jednak tego przedmiotu, pragnę dodać kilka słów o rodzinie mej matki, która oddawszy się zawodowo studjom archeologji, opracowała wespół ze znanym genealogiem, Sir Arturem Vicars'em, swoim powinowatym, dzieje swej rodziny na przestrzeni przeszło pięciuset lat, dając w rezultacie imponujące drzewo genealogiczne, które mam w tej chwili przed oczyma.

Ojcem jej był William Foley, lekarz z Trinity College, który umarł młodo, zostawiając rodzinę w stanie prawie ubóstwa. Ożenił się on z Katarzyną Pack, której łoże śmiertelne, a raczej biała postać, jak figura woskowa, leżąca na tem łożu, jest najwcześniejszem wspomnieniem mojego życia. Jej bliskim krewnym, stryjem, jeśli się nie mylę, był Sir Denis Pack, który wiódł brygadę Szkocką pod Waterloo. Była to rodzina żołnierska, co nie może dziwić, zważywszy, że pochodziła ona w prostej linji od majora z armji Cromwell'a, który się osiedlił w Irlandji. Jeden z członków tej rodziny, Antoni Pack, otrzymał w bitwie pod Waterloo tak ciężką ranę w głowę, że mu musiano czaszkę srebrem lutować. Żył on później dosyć długo, podlegając od czasu do czasu gwałtownym wybuchom irytacji, zdarzającym się innym ludziom bez równie ważkiego powodu.

Lecz chwała rodu dosięgła swego szczytu, gdy wielebny Ryszard Pack, rektor Kollegium w Kilkenny, poślubił Marję Percy, dziedziczkę irlandzkiej gałęzi rodu Percy z Northumberland. Związek ten spowinowacił nas z dynastją Plantagenetów. Taką to dziwną mieszaninę krwi człowiek posiada w swoich żyłach, krwi naogół pochodzenia szlachetnego i miejmy nadzieję, równie szlachetnych instynktów.

Atoli ta cała romantyczna chwała przodków nie zmieniała w niczem faktu, że owdowiała Katarzyna Pack przybyła z Irlandji do Edynburga w stanie zupełnego ubóstwa. Dlaczego udała się ona właśnie do Edynburga, tego nigdy się nie dowiedziałem. Wynająwszy większe mieszkanie, wyraziła gotowość przyjęcia odpowiedniego lokatora, W tym samym mniej więcej czasie, około roku 1850, Karol Doyle udał się do Edynburga, zaopatrzony w polecające listy do miejscowych księży, którzy mieli czuwać nad moralnością i wiarą młodego człowieka. Czyż mogli się oni wywiązać lepiej ze swego zadania, jak umieszczając go pod dachem wdowy, prawowiernej i pochodzącej z dobrego gniazda? I tak się stało, że dwie odrębne linje irlandzkich tułaczy, spotkały się pod jednym dachem.

Posiadam paczkę listów mego ojca, pisanych w owym czasie, pełnych uznania dla życzliwości, jakiej doznał, tudzież obfitych w spostrzeżenia, dotyczące ówczesnego towarzystwa szkockiego, szorstkiego w obcowaniu, ochoczego do wypitki, lecz przytem bardzo uczynnego, które jednak stanowiło pewne niebezpieczeństwo dla młodzieńca, posiadającego pewien instynkt religijny i temperament artystyczny. W domu znalazła się młodsza córka Marja, jasnooka i bardzo inteligentna, która wyjechawszy na studja do Francji, wróciła stamtąd młodą, wysoce wykształconą kobietą. Reszty łatwo się domyśleć. W roku 1855, Karol Doyle poślubił Marję Foley, moją przyszłą matkę; młoda para po ślubie mieszkała w dalszym ciągu pod dachem mej babki.

Środki młodego małżeństwa były skąpe, gdyż pensja ojca wynosiła zaledwie 240 funtów; powiększał on ją dochodami za swe rysunki. Ten stan rzeczy pozostał niemal bez zmiany do końca życia mego ojca, który był człowiekiem bez wielkich ambicji, skutkiem czego nie doczekał się żadnych zaszczytów, lub odznaczeń.

Malarstwu poświęcał się tylko sporadycznie; nie przynosiło ono zbyt wiele dochodu rodzinie, gdyż Edynburg posiada sporą ilość akwarel, rozdarowanych przez niego. Jednem z moich życzeń, dotąd niewykonanych, jest zebrać o ile możności wszystkie jego obrazy i urządzić w Londynie wystawę Karola Doyle'a, by krytycy mogli się przekonać, że był on nieprzeciętnym i oryginalnym artystą, ze wszystkich braci - mojem zdaniem - stanowczo największym. Nie ograniczał się on w swych kompozycjach do miłych dla oka krasnoludków i podobnych im postaci fantastycznych; malował również postacie dzikie, straszne i potworne, przyczem zachowywał swój odrębny styl, łagodząc rzeczone tematy humorem naturalnym. W tych obrazach był on groźniejszym niż Blake, lecz mniej chorobliwym niż Wiertz. Fakt, że trudno go z kimkolwiek porównać, jest najlepszym dowodem jego oryginalności. Lecz w prozaicznej Szkocji wywoływał on więcej zdumienia niż podziwu, zaś w szerokim świecie Londynu znano go przedewszystkiem jako twórcę piórkowych ilustracji książkowych, które nie tworzyły najtęższego przejawu i wyrazu jego indywidualności. Toteż bardzo prozaicznym wynikiem tych okoliczności był fakt, że matka moja nigdy nie miała więcej jak trzysta funtów rocznie na utrzymanie i wychowanie dużej rodziny. Żyliśmy w hartującej atmosferze ubóstwa i każde z nas rodzeństwa, po kolei starało się pomódz młodszym. Moja szlachetna siostra Annetta, która umarła właśnie w czasie, gdy wszystkim nam zaczęło się lepiej powodzić, wyjechała w bardzo młodym wieku jako guwernantka do Portugalji, skąd przysyłała do domu całą swoją pensję. Moje siostry młodsze, Lottie i Connie, czyniły podobnie; ja także pomagałem w miarę możności. Lecz przy tem wszystkiem, matka ponosiła największe i najcięższe trudy. Często mówiłem do niej: "Na starość, mamusiu, będziesz miała aksamitną suknię, złote okulary i miły ogień na kominku". Dzięki Bogu, słowa te nie okazały się czczą obietnicą. Ojciec mój, niestety, nie mógł wiele pomódz, gdyż myślą przebywał zawsze w obłokach, mało bacząc na rzeczywistość życiową. Nie rodzina, lecz ludzkość karmi się owocami trudu geniusza. O czasach mego wczesnego chłopięctwa niewiele mam do powiedzenia; dość zaznaczyć, że było ono dość spartańskie w domu, lecz jeszcze bardziej spartańskie w szkole Edynburskiej, gdzie bakałarz starego typu, nie wypuszczający dyscypliny z ręki, zatruwał nam stale życie młodości. Dwa lata, od siódmego do dziewiątego roku życia, nacierpiałem się dość pod ręką tego jednookiego, opryszczonego tyrana, który zdał się zstąpić na ziemię prosto z kart Dickensa. Wieczorami dom i książki były moją pociechą, wyjąwszy odpoczynek sobotni i niedzielny. Moi towarzysze szkolni byli nieokrzesanymi urwisami; ja też rychło uległem ich wpływom. Jeśli teorja reinkarnacji zawiera w sobie jakieś źdźbło prawdy - w kwestji tej nie zająłem dotąd żadnego stanowiska - mam wrażenie, że w czasie jednego z moich uprzednich żywotów, musiałem być szalonym zabijaką, gdyż nic mnie tak nie radowało we wczesnej młodości, jak bójka. Przez jakiś czas mieszkaliśmy wtedy przy małej "ślepej" uliczce, pełnej swoistego życia i gwaru, wynikającego ze sporu między chłopcami, mieszkającymi z obu jej stron. Ostatecznie spór ten miała zakończyć walka w pojedynkę, w której ja przedstawiałem obóz chłopców uboższych, mieszkających w domach czynszowych, zaś mój przeciwnik chłopców zamożniejszych, mieszkających w willach po przeciwnej stronie ulicy. Walka odbywała się w ogrodzie jednej z tej willi i choć trwała długo, nie wydała stanowczego rezultatu. Kiedy po skończonej rozprawie wróciłem do domu, matka zawołała: - Bój się Boga, Arturku, a tobie kto tak oko podbił? Na co odparłem z dumą: - Niech mama lepiej pójdzie zobaczyć podbite oczy Edzia Tulloch'a. Raz jednak spotkała mnie dobrze zasłużona nauczka, gdym zbyt pochopnie wyzwał do walki chłopca szewskiego, który zjawił się na naszem boisku, wysłany oczywiście przez swego majstra. Trzymał on w ręku torbę skórzaną z ciężkiem buciskiem w jej wnętrzu i tą bronią zajechał mnie tak dzielnie przez łeb, żem runął na ziemię prawie bezprzytomny. Była to potrzebna lekcja. Muszę jednak zaznaczyć, że moja zaczepna zapalczywość nigdy nie zwracała się ku słabszym, że przeciwnie często stawałem dobrowolnie w ich obronie.

Dwa zdarzenia z tych czasów zasługują na wzmiankę. Liczni londyńscy przyjaciele mego dziadka mieli zwyczaj odwiedzać nas w przejeździe przez Edynburg, ku wielkiemu zakłopotaniu mych rodziców, by się dowiedzieć "jak sobie Karol radzi". Jednego z takich gości pamiętam dobrze z czasów mego wczesnego dzieciństwa. Był on wysoki, białowłosy i bardzo uprzejmy. Jakkolwiek byłem wtedy bardzo małym chłopcem, myśl, żem siedział na kolanach Thackeray'a, sprawia mi wielką przyjemność. Miał on wielki podziw dla mej matki, jej szarych oczu irlandzkich i jej żywości celtyckiej; co prawda, umiała ona zyskać sympatję i przychylność wszystkich, z którymi los ją spotkał.

Drugie zdarzenie pozwoliło mi podpatrzeć zaczątek ruchu, należącego dziś do historji. Było to, o ile mnie pamięć nie myli w r. 1866, kiedy jacyś zamożni krewni mej matki, zaprosili nas do King's Connty w Irlandji; kilka tygodni spędziliśmy w ich zasobnej i dostatniej siedzibie wiejskiej. Konie i psy były mojem głównem i ulubionem towarzystwem, co wytworzyło wielką przyjaźń z młodym stajennym. Bramy stajni wiodły wprost na gościniec, oddzielone odeń jedynie mocną bramą wjazdową, nad którą mieściła się mała izdebka. Jednego poranku, bawiąc się na dziedzińcu, zobaczyłem mego przyjaciela, stajennego, wpadającego co duchu na dziedziniec, z wyraźnym strachem na twarzy; znalazłszy się wewnątrz obejścia zamknął on i zaryglował co żywo bramę, zaczem wspiął się szybko do izdebki nad bramą, dając mi znaki, abym poszedł w jego ślady. Z okienka naszego schronienia ujrzeliśmy gromadę, złożoną z jakichś dwudziestu chłopów, posuwających się chyłkiem wzdłuż drogi. Kiedy się znaleźli naprzeciw bramy, zaczęli obrzucać nas klątwami i grozić pięściami, na co stajenny odpowiedział podobnie. Później dowiedziałem się, że była to grupa Fenian, którzy rozpoczynali długi szereg zamieszek, obecnie dopiero zbliżających się prawdopodobnie do końca.

Podczas tych pierwszych dziesięciu lat życia opanowała mnie pod koniec manja czytania tak wielka, że mała wypożyczalnia, skąd otrzymywaliśmy książki, zawiadomiła matkę, że nie może pożyczać dziennie więcej jak dwie książki. Upodobania moje były normalne, gdyż książki Mayne Reid'a były moją ulubioną lekturą. Rychło też napisałem powiastkę, którą sam ilustrowałem; występował w tej noweli człowiek i tygrys, którzy od chwili spotkania się utworzyli bardzo niewyraźny amalgamat. W rezultacie oświadczyłem matce z bardzo poważną miną, że łatwo ludzi uwikłać w jakąś intrygę, lecz trudniej ich z niej wydobyć; każdy autor opisujący przygody musiał uczynić to samo doświadczenie.