Rozdział VIII
VIII
W 1927 roku, po chwilowym ochłodzeniu stosunków niemiecko-radzieckich ze
względu na aferę z Junkersem (o której opowiem niebawem), minister spraw
zagranicznych Gustav Stresemann został przekonany co do słuszności
tajnego współdziałania z Sowietami. W związku z tym militarystom łatwiej
było powrócić do działań mających na celu rozbudowę programu broni
chemicznej. W 1928 roku, po negocjacjach, połączone delegacje
radziecko-niemieckie odwiedziły tereny obok miasteczka Wolsk, 150 km od
Saratowa, z dostępem do Wołgi, otoczone nieużytkami, które nadawały się
na poligony.
Nowy ośrodek, mający kontynuować dzieło rozpoczęte w Podosinkach,
nazwano kryptonimem TOMKA. Równolegle z budową tegoż rozpoczęto
konstruowanie osobnego, czysto radzieckiego ośrodka w odległości ok. 10
kilometrów - pod względem wyposażenia był on kopią tego wspólnego.
Wiosną 1928 roku 29 niemieckich "cywilów" zebrało się potajemnie w Berlinie, by przygotować się do wyjazdu do ZSRR - wśród nich byli
chemicy, filmowcy, inżynierowie i nawet pielęgniarze zwierząt
laboratoryjnych. Ośrodkiem TOMKA dowodził generał artylerii Wilhelm von
Trepper, który także, jak to było przyjęte, formalnie "odszedł" z Reichswehry, by wyjechać na Wschód już jako osoba cywilna. Niemiecki
kontyngent jechał do ośrodka TOMKA etapami, z których ostatnim był rejs
rozpadającym się statkiem parowym po Wołdze, bo władza
robotniczo-chłopska nie zbudowała w tym rejonie żadnych dróg. W okolice
ośrodka trafiono dzięki temu, że miejscowi chłopi wiedzieli, gdzie
odbywa się budowa "czegoś tajnego" i wskazali podróżnym drogę.
Tak jak w przypadku praktycznie wszystkich niemieckich tajnych ośrodków
wojskowych w Związku Radzieckim, Niemcy dostarczali wszystkie materiały
i sprzęt, a ZSRR tylko siłę roboczą. Mozolnie transportowano do ZSRR,
okrężną drogą, koleją i ciężarówkami, nie tylko prefabrykowane budynki,
ale nawet pościel i papier do maszyn do pisania. Ogromna amplituda
temperatur, spotykanych w tym rejonie radzieckiego imperium, wymusiła
zbudowanie w absolutnie każdym budynku potężnych pieców grzewczych -
także w każdym powstałym tunelu i podziemnym magazynie - aby zbyt niskie
temperatury nie zafałszowały wyników prób broni chemicznej.
Całość świetnie zorganizowano, znalazło się w kompleksie nawet miejsce
na klasyczne kasyno oficerskie. Generał von Blomberg, który wizytował
ośrodek TOMKA, okazał głębokie zadowolenie wobec tego, co ujrzał.
Ośrodek podzielono na trzy działy. Pierwszy badał opryski z powietrza i lotnicze bomby chemiczne, drugi pracował nad rozprowadzaniem środków
chemicznych za pomocą instalacji na ciężarówkach i specjalnych "czołgach
chemicznych", zaś trzeci pracował nad ochroną przed atakami chemicznymi.
Każdemu działowi przewodził doświadczony niemiecki naukowiec, któremu
przydzielono Rosjan z nie najgorszym wykształceniem, mówiących biegle po
niemiecku. Niczego przed radzieckimi partnerami nie ukrywano.
Do 1929 roku spędzanie wolnego czasu z radzieckimi kolegami było
zakazane, ale potem oficerowie bardzo się do siebie zbliżyli - sprzyjała
temu znajomość niemieckiego przez praktycznie wszystkich oficerów Armii
Czerwonej przydzielonych do obiektu TOMKA. Aby nie wywoływać konfliktów
między mocno prawicowo nastawionymi Niemcami i indoktrynowanymi w imię
przaśnego stalinizmu Rosjanami, przestrzegano niepisanej umowy o unikaniu jakichkolwiek tematów politycznych. Pracowano intensywnie.
Krótka przerwa zimowa z 1930 na 1931 rok podyktowana była nie tylko
rosnącym dyskomfortem Niemców, ale także pragnieniem sztabu generalnego
Reichswehry, by przeprowadzić głęboką analizę dokonań ośrodka przy
fizycznej obecności jego kadry oficerskiej w ojczyźnie.
W 1931 roku powrócono do programu badań, przy czym obejmowały one kilka
nowych obszarów. Pracowano nad gazem musztardowym w stałym stanie
skupienia, nad składnikami zwiększającymi adhezję środków bojowych, nad
nowymi kalibrami chemicznej amunicji artyleryjskiej i bomb lotniczych,
nad zbiornikami do wypuszczania gazu nad okopy wroga, nad nowymi
zapalnikami, nad nowym typem natryskowego urządzenia do rozprowadzania
bojowych środków trujących. Rozwijano bojowe zastosowanie
dwufenylochlorazyny oraz pochodnych fosgenu, ale także biedzono się nad
metodami odkażania i pomocy medycznej ofiarom ataku chemicznego.
Pierwsze próby poligonowe w nowym sezonie zakończyły się rozległymi
poparzeniami gazem musztardowym u tych oficerów, którym ze względu na
upały nie chciało się dokładnie uszczelnić kombinezonów ochronnych.
Traktowano jednakże takie obrażenia jako oczywiste. Poligony
artyleryjskie drżały od salw z armat - testowano amunicję chemiczną,
używając do tego sześciu dział polowych, czterech haubic lekkich, dwóch
haubic ciężkich oraz rozmaitych dział mniejszych kalibrów. Trzyosiowy
samochód pancerny konstrukcji zakładów Kruppa służył do badania
skuteczności oprysków nawierzchni dróg środkami bojowymi - okazało się,
że odpowiednio dobrane składniki cieczy sprawiają, że dana droga,
gruntowa czy utwardzona, staje się niemożliwa do pokonania przez
żołnierzy nieprzyjaciela jeszcze po godzinie od wykonania oprysku.
Największą wagę obydwie strony przywiązywały do szczególnie obiecującej
dziedziny badań, mianowicie chemicznych bombardowań lotniczych. Na
poligonach rozstawiano klatki z psami i królikami w ustalonych
odległościach od celu bombardowań. Następnie pilot, zwykle radziecki,
rzadziej niemiecki, zrzucał niewielkie bomby z jednego z czterech
aeroplanów znajdujących się w ośrodku. Zapalnik czasowy powodował
detonację bomby na pewnej wysokości nad ziemią, co zapewniało pokrycie
środkiem bojowym większego obszaru. Tradycyjne rozpraszanie gazów
bojowych z pojemników znajdujących się na ziemi okazało się
skuteczniejsze - zabijały one 83 procent rozmieszczonych na poligonie
zwierząt laboratoryjnych, podczas gdy bombardowanie z powietrza czy
lotnicze opryski dawały zaledwie 50 procent śmiertelności.
Niemcy relatywnie szybko przekonali się, że strategiczne bombardowania z większej wysokości przy użyciu bomb wypełnionych środkiem chemicznym
mają znikomą skuteczność, ale Rosjanie upierali się przy tej metodzie
stosowania broni chemicznej. Radziecki komendant ośrodka powiedział na
forum kadry oficerskiej, że "metody te są wystarczające do usunięcia
wroga ze znacznej powierzchni terenów przyfrontowych". Niby żartem
dodał, że "ataki na małej wysokości wystarczą, by dać wrogowi - na
przykład polskiemu wojsku, ale także polskim robotnikom i chłopom -
lekcję, po której pozbierają się dopiero po kilku tygodniach".
Powiększanie terytorium radzieckiego imperium nadal stanowiło główny cel
zbrojeń ZSRR, a broń chemiczna miała pomóc w jego osiągnięciu.
Rosjanie rutynowo testowali chemiczne środki bojowe także na własnym
wojsku, oficjalnie oczywiście na "ochotnikach", tracąc przy tym część z nich - uznawano to jednak za możliwą do zaakceptowania ofiarę, składaną
na ołtarzu przyszłych wojennych zwycięstw. Niemcy także badali działanie
niektórych substancji na swoim personelu, byli to jednak naprawdę
ochotnicy. Po następnej zimie kontynuowano prace w ośrodku TOMKA przez
jakiś czas, badając między innymi mieszaninę różnych substancji zwaną
Pfiffikus, ale generalnie Niemcy byli rozczarowani wynikami prac.
Uznali, że na skalę strategiczną broni chemicznej z dostateczną
skutecznością stosować się nie da. W tym samym czasie Rosjanie także
uznali, że dalsza działalność ośrodka nie ma sensu, bo w innych tajnych
obiektach bada się te same substancje na znacznie większą skalę.
Rosjanie byli gotowi do napełnienia 5 milionów pocisków artyleryjskich
chemicznymi środkami bojowymi, produkowali ogromne liczby masek
przeciwgazowych i wyszkolili pięć pełnych batalionów chemicznych.
Notabene w roku 1941 niemiecki wywiad oceniał, że zdolności produkcyjne
przemysłu ZSRR w zakresie broni chemicznej przekraczały zdolności
każdego innego kraju na Ziemi.
W 1933 roku ostatecznie Niemcy przestali łożyć na utrzymanie obiektu
TOMKA, który Rosjanie w szybkim tempie od tej pory samodzielnie
rozbudowywali. Niemcom użycie broni chemicznej kłóciło się z koncepcją
bardzo ruchliwych ugrupowań pancernych, ale Rosjanie jeszcze długo
uważali broń chemiczną za podstawową w przyszłej wojnie. W latach
1932-1935 Rosja Radziecka współpracowała w dziedzinie broni chemicznej
także z Włochami.
Niemiecki personel ośrodka ośrodek badań nad bronią chemiczną TOMKA.
Rozdział IX
IX
Po pierwszej wojnie światowej mocarstwa różnie myślały o rozwoju
lotnictwa wojskowego. Pod tym względem teoretycy wojskowości w ZSRR i Niemczech odbiegali od swoich kolegów w Imperium Brytyjskim i Francji.
Upraszczając nieco sprawę, Brytyjczycy i Francuzi wierzyli, że następna,
mało prawdopodobna według nich wojna, rozegrana zostanie praktycznie w ten sam sposób, co pierwsza światowa, "wojna, która skończy wszystkie
wojny". Zakładali, że będzie to wojna pozycyjna, podczas której będzie
można spokojnie przekazywać rozkazy za pośrednictwem telegrafu lub
telefonu polowego i gdzie przełamań oporu wroga dokonywać się będzie
formacjami piechoty wspieranymi przez czołgi. Czołgi będące w rzeczywistości czymś w rodzaju ruchomych bunkrów, samobieżnych punktów
ogniowych, poruszających się powoli, w tempie znużonego piechura.
Trudno w to uwierzyć, ale przedstawiciele innych rodzajów sił zbrojnych
nalegali na likwidację Royal Air Force (brytyjskich Królewskich Sił
Powietrznych) po zakończeniu pierwszej wojny światowej, twierdząc, że
okres przydatności tej formacji minął. Lotnictwo zmniejszono o 90
procent i naciskano, by wszystkie jego funkcje oprócz szkolenia w pilotażu przejęły Admiralicja i dowództwo wojsk lądowych. RAF uratowany
został przez człowieka, uznawanego do dziś za narodowego bohatera,
generała Hugh Trencharda, pierwszego wicehrabiego Trenchard.
Wpadł on oto na pomysł, by użyć sił lotniczych do tłumienia powstań
krnąbrnych tubylców w różnych zakątkach wielkiego imperium. W Somalilandzie, Iraku (gdzie dowództwo całych sił brytyjskich przypadło
lotnictwu) i na pograniczu Indii skutecznie zwalczano zbuntowane
plemiona z powietrza, bombardując je i ostrzeliwując. Używano lotnictwa
do rozpoznania i transportu żołnierzy. Poszukując zastosowań dla RAF
Trenchard zaproponował także, by z powietrza tłumić robotnicze protesty
w Anglii, ale nawet dla Churchilla był to pomysł zbyt radykalny.
W tym samym czasie w rozbrojonych i złupionych Niemczech realiści
wiedzieli, że kraju nie będzie stać ani na ogromne wojsko, ani na
długotrwałe wojny - zwyciężało myślenie preferujące ruchliwe, szybko
przemieszczające się siły, zadające przeciwnikowi głębokie ciosy. Oprócz
broni pancernej do tego sposobu prowadzenia wojny pasowało także
nowoczesne lotnictwo. Sowieci z kolei, podążając drogą "rewolucji
światowej", także myśleli o szybkich uderzeniach - tak silnych, by
odebrały wrogowi zdolność prowadzenia dalszych działań zbrojnych. Byli
przekonani, że lotnictwo, także korzystające z broni chemicznej, jest
niezbędnym składnikiem planów wojennych. Planów, w których brakowało
jakichkolwiek śladów doktryny obronnej - Związek Radziecki myślał
wyłącznie o ataku.
Niemcom w rozwoju doktryny, techniki oraz w szkoleniu personelu
przeszkadzał traktat wersalski, a w szczególności komisja kontroli
pilnująca, by Republika Weimarska nie zyskała przewagi militarnej.
Związkowi Radzieckiemu obok międzynarodowego ostracyzmu przeszkadzał
fakt, że robotniczo-chłopska rewolucja zdołała unicestwić ponad sto
lotniczych przedsiębiorstw działających w carskiej Rosji. Nowoczesna
technika lotnicza, wiedza na temat budowy płatowców i silników musiały
przybyć z zewnątrz.
Problem polegał także na tym, że nawet wśród tych, którzy uważali, że
przyszła wojna w powietrzu będzie się różnić od zmagań w latach
1914-1918, nikt nie wiedział na pewno, w jaki sposób. Wróżenie z fusów
nie jest metodą przewidywania przyszłości lubianą przez teoretyków
wojskowości, szukano więc koncepcji, która mogła wydawać się wiarygodna.
Wielką popularność zyskała książka włoskiego generała Giulio Douheta
"Panowanie w powietrzu", w której ten entuzjasta nowatorskich
technologii proponował nową doktrynę. Polegała ona na prowadzeniu
masowych bombardowań ludności cywilnej w miastach w kraju wroga;
doprowadzona do skrajnej desperacji ludność miała się w konsekwencji
buntować wobec władzy i wymuszać poddanie się. Teoria Douheta, który
spędził trochę czasu w więzieniu za krytykowanie włoskich władz
wojskowych podczas pierwszej wojny światowej, podobała się wielu
generałom, ale jej praktyczne zastosowanie trzeba było dopiero
wypracować.
Lata 30. XX wieku w jakimś stopniu zniechęciły Niemców i Sowietów do
doktryny Douheta - Niemców przede wszystkim po doświadczeniach wojny w Hiszpanii i wobec ograniczonych możliwości własnego przemysłu (np.
czterosilnikowy bombowiec o dużym udźwigu miał tyle silników, ile dwa
średnie bombowce), a Sowietów dlatego, że niszczenie dóbr, które chce
się przejąć, wykorzystać czy ukraść w krajach, które chce się podbić,
zupełnie nie ma sensu. Ale na początku lat 20. takich wniosków nie było.
Wojskowi od von Seeckta chcieli po prostu szkolić personel latający i potajemnie badać samoloty bojowe, a władze ZSRR potrzebowały wykonać
skok jakościowy i szybko się zaopatrzyć w nowoczesne płatowce oraz
silniki.
Współpraca lotnicza między Republiką Weimarską i Związkiem Radzieckim to
tak obszerny temat, że podzielę go na zagadnienia i osobno opowiem o współdziałaniu w zakresie produkcji samolotów, silników lotniczych,
organizacji wspólnych linii lotniczych oraz o działalności szkoły
lotniczej i poligonu doświadczalnego w Lipiecku.
Rozdział X
X
Specjalne fundusze niemieckie pod kontrolą generałów Reichswehry
posłużyły do założenia całej masy spółek prawa handlowego, takich jak
Russgertorg (firma handlowa, sprowadziła m.in. rurociągi do obsługi pól
naftowych Kaukazu), Derop (firma handlująca radziecką ropą naftową, dużo
później przejęta przez Aral), Derufa (radziecko-niemieckie
stowarzyszenie produkcji filmowej) i im podobnych. Najciekawszą z nich
pozostaje jednakże Deruluft, przedsiębiorstwo powołane do rozwoju
komunikacji lotniczej.
Dlaczego najciekawszą? A dlatego, że nie za bardzo wiadomo, jak mogła
powstać już w 1921 roku, gdy inne wspólne przedsięwzięcia niemieckich
militarystów i radzieckich przywódców zaczęły się rodzić dopiero rok
później. Udało mi się ustalić, że 24 listopada 1921 roku, w Berlinie,
Borys Spirydonowicz Stomonjakow (radziecki przedstawiciel handlowy
pochodzenia bułgarskiego) podpisał umowę o założeniu linii lotniczej z Ferdinandem Raschem, szefem niemieckiej firmy Aero-Union AG. Skąd wzięło
się to ostatnie przedsiębiorstwo? Ledwie siedem miesięcy wcześniej
powstało z woli linii morskiej HAPAG, wytwórni lotniczej Luftschiffbau
Zeppelin GmbH oraz giganta przemysłowego AEG (który w czasie pierwszej
wojny światowej był drugim po Kruppie dostawcą sprzętu wojskowego w Niemczech). Do udziałowców spółki dołączyły potem inne niemieckie
przedsiębiorstwa branży metalowej.
Nową firmę nazwano Deutsch-Russische Luftverkehrs A.G., w skrócie
Deruluft. Kapitał spółki akcyjnej wyniósł 5 milionów Reichsmarek,
wniesiony po połowie przez strony niemiecką i radziecką. Podpisana w Berlinie (na długo przed rozmowami w Rapallo!) umowa założycielska
zawierała klauzulę, w której władze moskiewskie gwarantowały linii
wyłączność na połączenie lotnicze Niemiec i Rosji Radzieckiej. Pierwszą
operację lotniczą przeprowadzono już 1 maja 1922 roku - początkowo
latano tylko z Königsberg (Królewca) do Moskwy i wożono jedynie pocztę.
Linia rozwijała się szybko. Kluczowe połączenie Berlina z Moskwą
zrealizowano z międzylądowaniami w Wolnym Mieście Gdańsku, Königsberg
(Królewcu), Kownie i Wielkich Łukach. Udziały w linii Deruluft zakupiła
powstała w 1926 roku Deutsche Luft Hansa (kierowana przez tego samego
Erharda Milcha, który po dojściu NSDAP do władzy stanął na czele
Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy). Notabene Niemcy uruchomiły połączenie
lotnicze z Moskwą wcześniej niż podobne połączenie z Paryżem.
Najpierw Deruluft korzystał z samolotów Fokker F.III, które częściowo
zmontowano w Niemczech i częściowo w nowej siedzibie Fokkera w Holandii.
W 1927 roku Fokkery latające na długiej trasie Berlin-Moskwa zastąpiono
nowiutkimi Dornierami Merkur, zaopatrzonymi w 600-konne silniki BMW VI.
Niemieckie samoloty Junkers, Dornier i holendersko-niemieckie Fokkery
władze w Moskwie zakupiły także dla innych linii lotniczych, jak
UkrWozduchPut' i Dobroljot. Wymienione dwie połączono w jedną w latach
dwudziestych, a potem w roku 1932, wraz z innymi liniami, umieszczono
pod wspólną "czapką" organizacji o nazwie Aerofłot. Gdy działalność
Deruluftu zakończyła się formalnie w 1937 roku, jego sieć połączeń stała
się podstawą działalności nowej radzieckiej linii lotniczej pod nazwą
Aerofłot. Można zatem uznać, że to radzieckie, a potem rosyjskie
przedsiębiorstwo lotnicze wywodzi się w prostej linii od założonego
pospiesznie i w niejasnych okolicznościach Deruluftu.
Chyba warto wspomnieć w tym miejscu, że Polska Linja Lotnicza AeroLloyd
(od 1925 roku Aerolot) powstała na bazie parku maszyn firmy Lloyd
Ostflug z Wolnego Miasta Gdańska, zarządzanej przez Erharda Milcha,
miała niemieckich udziałowców i latała na Junkersach, kupionych od
szwedzkiego oddziału firmy. Samoloty początkowo pilotowali niemieccy
lotnicy z fabryki Junkersa w Dessau, a obsługiwali pochodzący stamtąd
technicy. Wniosek: PLL "LOT" i Aerofłot mają wspólne korzenie...
Wymiana silnika w Junkersie F 13 w warsztatach Aerolot, które mieściły się na terenie gdańskiego lotniska.
Rozdział XI
XI
Oszołomiona początkowo warunkami traktatu wersalskiego niemiecka
generalicja pozbierała się szybko i zaczęła szukać sposobów na
zapewnienie przetrwania doświadczonej kadry oficerskiej. Von Seeckt,
Wilberg oraz inni dowódcy planowali między innymi potajemną odbudowę
lotnictwa - tylko jak mieli utrzymać przy życiu osłabiony przemysł
lotniczy?
Kluczową postacią w zakulisowych działaniach Republiki Weimarskiej i Rosji Radzieckiej jest Karol Radek. Urodzony we Lwowie Karl Sobelsohn
wcześnie wszedł w środowiska socjalistyczne i przybrał pseudonim Radek
ku czci postaci z powieści Żeromskiego. Współdziałał z Różą Luksemburg i szybko dotarł do Lenina. Po pierwszej wojnie światowej jako wyjątkowo
wierny Moskwie komunista trafił do Kominternu, czyli organizacji, której
rzeczywistym zadaniem było przeprowadzenie rewolucji światowej. Z jej
ramienia został wysłany do Berlina, by wraz z ekipą czekistów "pomagać
klasie robotniczej" budować Komunistyczną Partię Niemiec i planować
rewolucyjny przewrót.
Ujęty przez władze niemieckie, przebywał przez jakiś czas w areszcie
domowym w Berlinie, gdzie spotykał się m.in. z wymienionym wcześniej
Enverem Paszą. Ten poznał go ze swoimi niemieckimi znajomymi. Człowiek,
który chwilę wcześniej na rozkaz Moskwy miał rozpalić rewolucyjną pożogę
w Niemczech i wciągnąć ten kraj do radzieckiej strefy wpływów, zbliżył
się do niemieckiej generalicji i zaczął z nią dyskutować o wspólnych
działaniach - obydwa kraje wszak były wówczas pariasami Europy. Niemcy
wkrótce deportowali go jednak do Polski, która wymieniła go z Sowietami
na polskiego oficera Henryka Gorzechowskiego (którego notabene
dwadzieścia lat później NKWD zamordowało w Katyniu).
Przestarzałe lotnictwo radzieckie nie miałoby szans w walce z lotnictwem
mocarstw zachodnich, gdyby wreszcie ruszyła z miejsca inwazja na Europę,
tak upragniona przez otoczenie Lenina. Związek Radziecki musiał
błyskawicznie zaopatrzyć się w jak najnowocześniejsze samoloty. W celu
ominięcia ograniczeń nałożonych przez traktat wersalski i kontynuowania
działalności przemysłowej, niemieckie zakłady lotnicze pozakładały filie
za granicą: Albatros na Litwie, Dornier w Szwajcarii i we Włoszech, zaś
Heinkel i Junkers w Szwecji. Radzieckiemu kierownictwu marzyła się
współpraca z Albatrosem. Enver Pasza udał się do Moskwy w 1919 roku, by
kontynuować nieformalne kontakty Radka z von Seecktem.
Sowieci potraktowali sprawę poważnie i wysłali do Niemiec niejakiego
Wiktora Koppa, który teoretycznie miał być ambasadorem ZSRR w Berlinie,
a jednocześnie praktycznie zająć się organizacją wspólnych
przedsiębiorstw radziecko-niemieckich. Tenże Kopp, później także
ambasador ZSRR w Szwecji i Japonii, wierny druh Trockiego, dokładnie
zbadał istniejące w Niemczech fabryki uzbrojenia. Przekazał Trockiemu,
że istnieje duży potencjał w przemyśle lotniczym Republiki Weimarskiej.
Wówczas strona niemiecka wysłała na Wschód swoją delegację techniczną,
której przewodził wyjątkowy człowiek, Oskar Ritter von Niedermeyer -
osobnik tak szczególny, że warto poświęcić nieco miejsca na dygresję na
jego temat.
Pochodził z zamożnej rodziny mieszkającej w Regensburgu. Dosłużywszy się
stopnia porucznika w armii w czasach pokoju, skorzystał ze wsparcia
wojska, by dostać się na studia. Wybrał uniwersytet w Erlangen, gdzie
nabywał wiedzę w zakresie nauk przyrodniczych, geologii i filologii.
Miał wybitne zdolności do nauki języków obcych - biegle posługiwał się
angielskim i rosyjskim, nieźle mówił po arabsku, turecku i persku. I tutaj zaczęła się jego długa kariera w wywiadzie wojskowym. Otóż wojsko
udzieliło mu dwuletniego urlopu naukowego, z zachowaniem pełnego żołdu,
aby mógł wybrać się w podróż do Persji i Indii, której celem było
prowadzenie wykopalisk oraz badania nad kulturą szyitów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Od Autora
Książka ta powstała albo przypadkowo, albo w konsekwencji działania
Opatrzności - co kto woli. Prowadziłem research do mojej serii
powieści historycznych o pilocie doświadczalnym Luftwaffe i badałem
kwestię tajnego niemieckiego ośrodka lotniczego w Lipiecku w Związku
Radzieckim. Im więcej wiedzy zdobywałem, tym głębiej wpadałem w matnię,
plątaninę strzępów niezwykłych informacji. Czasem było to jedno zdanie w jakiejś publikacji, które prowadziło mnie do akapitu w innej publikacji
i tak dalej. Czytałem książki, prace naukowe, artykuły w specjalistycznych czasopismach, odtajnione raporty wywiadu po polsku,
angielsku, niemiecku, rosyjsku i brnąłem coraz głębiej w sprawy
sekretnej współpracy ZSRR i Niemiec.
I wtedy odezwał się do mnie Mirek Dworniczak, założyciel i spiritus
movens bloga naukowego "Eksperyment myślowy". Nakłonił mnie, bym
napisał coś o samochodach; byłem zaszczycony, mogąc znaleźć się w gronie
prawdziwych naukowców. Trochę zmęczony pisaniem o automobilowej
historii, zaproponowałem, że napiszę tekst o tajnej współpracy Republiki
Weimarskiej i leninowskiego ZSRR. Jeden tekst przerodził się w długą
serię, do rozwijania której namawiali mnie koledzy piszący do bloga. To
dzięki Mirkowi, Wieśkowi, Lucasowi, Marcinowi i Piotrkowi nie straciłem
zapału, rozciągając cykl, aż sięgnął fascynującego okresu po 1945 roku.
Napisawszy kilkadziesiąt odcinków pomyślałem, że właściwie to materiał
na książkę - tu znów mogłem liczyć na życzliwe wsparcie kolegów z "Eksperymentu myślowego".
To nie jest żadna poważna praca naukowa, a tylko próba zebrania w jednym
miejscu powszechnie dostępnych informacji, zsyntetyzowania logicznego
ciągu zdarzeń, który przeczy oficjalnej wersji historii i powszechnie
akceptowanym stereotypom. Nie włamałem się do tajnych archiwów Kremla,
nie spenetrowałem zapomnianego składu akt - po nitce do kłębka idąc,
zbierałem rozsypane odłamki prawdy historycznej i starałem się ułożyć z nich spójny obraz. Przypominało to składanie układanki typu puzzle, w której brakuje nam połowy elementów. Przyświecał mi jasny cel: pokazać,
że historia Związku Radzieckiego i Rosji oparta jest na maskirowce i mistyfikacji. Jeśli uznają Państwo, że faktycznie warto zrewidować
stereotypy w tym zakresie, mój wysiłek zostanie nagrodzony.
Książkę dedykuję mojej żonie Agnieszce i córce Patrycji, bez których
wsparcia i bezgranicznej wyrozumiałości nie mogłaby ona nigdy powstać.
Miłej lektury
Piotr R. Frankowski
Rozdział I
I
Współpraca Niemiec i Związku Radzieckiego - opinia publiczna nadal nie
wie o niej zbyt wiele. Najczęściej kojarzy się nam z radzieckim atakiem
na Polskę 17 września 1939 roku i to wszystko. A współpraca krajów,
które przez ponad dekadę posługiwały się narodowymi flagami w tym samym,
czerwonym kolorze, zaczęła się znacznie wcześniej.
Prototyp samolotu transportowego Junkers F 13, 19 sierpnia 1919 roku.
Współpraca między teoretycznymi wrogami ma w polityce miejsce wówczas,
gdy pojawiają się komplementarne potrzeby. Państwo Lenina planowało
podbicie reszty świata, a do tego potrzebowało nowoczesnej armii -
takiej samodzielnie zbudować się nie dało. Umiejętność skutecznego,
masowego mordowania cywilów nie czyniła z komisarzy wybitnych strategów.
Z kolei wiedza - i militarna, i techniczna - występowała w obfitości w Niemczech - kraju, w którym wojsko sterowało podczas wojny propagandą w sposób tak skuteczny, że ludność nie zdawała sobie sprawy, że wojna jest
przegrana. W końcu to armia w potajemny sposób sfinansowała powstanie
wytwórni filmowej UFA, by skuteczniej manipulować opinią publiczną.
Niemcy mieli to, czego potrzebowali Sowieci, know-how i technikę, ci
ostatni zaś mieli do dyspozycji obszar swego wielkiego kraju, gdzie
mogli udostępnić Niemcom tereny, na których ci mogliby rozwijać
działalność zakazaną przez traktat wersalski. Mamy tu do czynienia z ekstremalnym pragmatyzmem - Lenin pisał z pogardą o Niemcach, a generał
Hans von Seeckt radzieckich komunistów otwarcie nienawidził, choć pisał
o nich ostrożniej. Lenin określał niemieckich wojskowych z pierwszej
wojny jako "dzikusów", "rabusiów" i "drapieżników", twierdząc też, że
podczas wojny "niemieccy bandyci pobili wszelkie rekordy zbrodni
wojennych". Nie szczędził jadowitej krytyki także wobec demokratycznej
Republiki Weimarskiej, wspominając w jednym z tekstów, że "prawdziwą
maszynerię państwa stanowi generał von Seeckt, który jest świetnie
zaznajomiony z narzędziami potrzebnymi do eksterminacji mas".
Notabene von Seeckt jeszcze przed rewolucją październikową sugerował, by
usunąć ze Wschodniej Europy 20 milionów Rosjan oraz "zbieraninę Żydów,
Polaków, Mazurów, Litwinów, Łotyszy, Estończyków itd." i zastąpić ich
niemieckimi osadnikami, co w dłuższej perspektywie zapewniłoby
bezpieczeństwo Prusom od wschodu. W końcówce "Mein Kampf", tekstu
napisanego w 1924 i 1925 roku, Adolf Hitler wypowiadał się krytycznie na
temat ewentualnego sojuszu militarnego z ZSRR, o którym dowiedział się z plotek. W takiej pozornie mało sprzyjającej atmosferze militaryści
niemieccy dogadali się jednak z Sowietami - absolutnie bez baczenia na
ideologię, tworząc sojusz oparty li tylko na potrzebach.
Zazwyczaj uważa się, że początkiem ścisłej współpracy był układ o normalizacji stosunków dyplomatycznych, podpisany w Rapallo 15 kwietnia
1922 roku, lecz w rzeczywistości już w 1920 roku obydwa państwa wysyłały
do siebie nawzajem delegacje wojskowe, wymieniały się elementami wiedzy
technicznej oraz danymi wywiadu. Na wpół tajne organizacje byłych
oficerów kierowały wówczas na swój koszt do ZSRR ludzi na szkolenia - w ten sposób zawodowy policjant z Monachium, Heinrich Müller, trafił do
tajnej szkoły NKWD, zakamuflowanej wewnątrz szkoły oficerów piechoty w Riazaniu. Tak, to ten sam Heinrich Müller, który później przez wiele lat
kierował Gestapo i który po drugiej wojnie światowej podobno zadomowił
się potajemnie w ZSRR.
Pięć miesięcy po złożeniu podpisów pod szwajcarskim traktatem nastąpiło
podpisanie umowy o współpracy wojskowej przez generała von Seeckta i Lwa
Trockiego. Realizację umowy ukrywano przed legalnym rządem Niemiec aż do
1927 roku. Początkowo skupiono się na relokacji militarnej części
działalności niemieckich firm na tereny Rosji Radzieckiej, w czym
pośredniczyła niemiecka armia. W efekcie aż 255 niemieckich firm
podpisało umowy handlowe z władzami ZSRR, co warto porównać z liczbą
firm ze wszystkich pozostałych krajów świata, które to uczyniły - było
ich tylko 277.
Tak bliskie były związki niemieckiego biznesu ze Związkiem Radzieckim,
że cywilnym niemieckim inżynierom wydawano czasem mundury oficerskie
Armii Czerwonej, by nie wzbudzali nadmiernego zainteresowania. W okresie
do 1933 roku państwo niemieckie było głównym partnerem handlowym ZSRR;
dzięki Niemcom powstały dwie ze sztandarowych inwestycji pierwszego
Planu Pięcioletniego, czyli fabryka samolotów w Fili oraz Bolszewicki
Zakład numer 232 w Leningradzie. Co ciekawe, w opublikowanej w 1933 roku
książce "Deutschland zwischen Ost und West" generał Hans von Seeckt
napisał jasno, że interes Niemiec wymaga pokojowych stosunków ze
Związkiem Radzieckim.
"Rozstrzelać co dziesiątego!". Sowiecki plakat propagandowy z 1919 roku.
Rozdział II
II
Tak w Niemczech, jak i w ZSRR istnieli zwolennicy modernizacji sztuki
wojennej, która miała polegać na większej mobilności jednostek
wspieranych przez czołgi. Pisał o tym wspominany wcześniej generał von
Seeckt, pisali inni, choć akurat von Seeckt był jednocześnie upartym
rzecznikiem uzbrajania kawalerii w lance zamiast bardziej zaawansowanej
broni strzeleckiej. Początkowo weimarskie kręgi wojskowe liczyły na
możliwość skrytego rozwoju broni pancernej na terenie Szwecji -
późniejszy ojciec Blitzkriegu, Heinz Guderian, po raz pierwszy w życiu
przejechał się czołgiem właśnie w gościnie u Skandynawów. Szwedzi jednak
lękali się, że to, co już potajemnie robią wspólnie z Niemcami w dziedzinie lotnictwa, będzie zagrożone, gdy wyda się współpraca na
ewentualnym poligonie czołgowym. Stosunki armii niemieckiej z ZSRR
zostały już wtedy nawiązane, m.in. za pośrednictwem Envera Paszy,
tureckiego polityka po studiach w Niemczech, znanego z zainicjowania
ludobójstwa Ormian i z wykorzystywania niemieckich doradców wojskowych.
To on zasugerował Niemcom, by ich wywiad wojskowy dostarczał Sowietom
informacji na temat polskiego wojska po ataku ZSRR na Polskę.
Po podpisaniu traktatu z Rapallo sojusznicy wzięli się przede wszystkim
za tematykę lotniczą oraz badania nad bronią chemiczną (o czym opowiem w kolejnych rozdziałach), a także za współpracę handlową na wielu polach
(o czym również zamierzam opowiedzieć), a kolejnym kamieniem milowym
współdziałania dwóch mocarstw stał się traktat berliński, podpisany w 1926 roku. ZSRR i Niemcy uzgodniły, że zachowają neutralność w przypadku
ataku na jedną ze stron porozumienia, a rząd niemiecki pożyczył władzom
radzieckim 300 milionów marek na korzystnych warunkach. To stworzyło
podwaliny dla kolejnej rundy tajnych negocjacji, tym razem dotyczących
wspólnych prac nad rozwojem broni pancernej oraz taktyki jej
zastosowania. Zachowano daleko posuniętą ostrożność, albowiem władze
Republiki Weimarskiej obawiały się odkrycia współpracy z ZSRR przez
Londyn i Paryż, zaś Sowieci bali się, że wyjście na jaw współpracy z rzekomym imperialistycznym wrogiem osłabi władzę "ludową".
Prowadzenie negocjacji z wywiadem Armii Czerwonej zlecono pułkownikowi
Reichswehry, był to niejaki Hermann von der Lieth-Thomsen. Dogadał się z Janem Berzinem, łotewskiego pochodzenia doświadczonym czekistą, jednym z głównych dowódców leninowskiego aparatu terroru, znanym ze skutecznego i krwawego tłumienia rebelii chłopskich, a także autorem planu
poszukiwania i likwidacji marynarzy po buncie w Kronsztadzie w 1921
roku. Ustalono, że w pobliżu Kazania w Tatarstanie powstanie stosowny
obiekt, który sfinansują Niemcy, a Rosjanie zajmą się samą budową oraz
koniecznymi naprawami. Wszystko miało wydarzyć się szybko, przy czym
pierwsze czołgi miały przybyć już gotowe z Niemiec. Szyki spiskowców
pokrzyżowało ujawnienie przez niemieckich socjaldemokratów istnienia
wspólnych przedsięwzięć Reichswehry i Armii Czerwonej, do tego doszedł
jeszcze artykuł na ten sam temat w jednej z angielskich gazet.
Stresemann chciał odstąpić całkowicie od tajnej współpracy, dotychczas
finansowanej głównie z sekretnych ("czarnych") funduszy niemieckich,
wydawanych z pominięciem kontroli rządowej. Rosjanie wpadli w panikę i także w pierwszym odruchu chcieli zaniechać wspólnej działalności we
wszystkich dziedzinach.
Gustav Stresemann (1878-1929) w 1926 roku.
Czy przerwano współpracę? A skąd. Czekiści wiedzieli, jak sobie radzić z propagandą, a niemieckie wojsko po prostu jeszcze udatniej unikało
udzielania jakichkolwiek informacji traktowanemu przezeń z pogardą
Reichstagowi. Na jakiś czas prace nad ośrodkiem pancernym zostały
spowolnione, ale nie zatrzymane. W 1928 roku Gessler, minister obrony,
przekonał Stresemanna, by sekretną współpracę kontynuować, zyskała ona
zatem wymiar quasi-oficjalny (minister Stresemann liczył także na pomoc
ZSRR w swojej gospodarczej wojnie z Polską, mającej na celu odebranie
Rzeczypospolitej m.in. części Wielkopolski i Górnego Śląska). Tryb
ukrywania przed parlamentem wiedzy o programach prowadzonych w ZSRR
udoskonalono, dbając zarazem o zastraszanie nielicznych prawomyślnych,
którzy starali się współpracy Republiki Weimarskiej z komunistami jakoś
zapobiec. Gdy parę lat później dziennikarz Carl von Ossietzky
opublikował wyniki swego śledztwa na temat radziecko-niemieckiej szkoły
lotniczej w Lipiecku, postawiono go przed sądem za zdradę stanu i szpiegostwo (skazany został na półtora roku więzienia).
Rozdział III
III
Przygotowanie do stworzenia wspólnej radziecko-niemieckiej szkoły
pancernej trwało długo, ale sama szkoła, gdy już powstała, miała ogromny
wpływ na doktryny militarne obydwu krajów i przygotowała kadry oficerów
myślących o wojnie pancernej w nowoczesny sposób.
Po negocjacjach odbytych w 1926 roku Reichswehra wysłała do ZSRR
jesienią tego samego roku majora A.D. Malbrandta, by ten ustalił z Armią
Czerwoną optymalną lokalizację dla czołgowego ośrodka. Wybrano Kazań,
miasto znajdujące się kilkaset kilometrów na wschód od Moskwy, a dokładniej dawne carskie koszary 5 pułku dragonów. Niedługo potem w Związku Radzieckim pojawiła się kolejna delegacja, tym razem złożona z trzech inżynierów pod dowództwem tego samego Malbrandta. Wspólnie z Rewolucyjną Radą Wojenną wybrano teren na poligon. Bystrzy i inteligentni Sowieci sami utworzyli kryptonim dla tworzonego
supertajnego ośrodka - nazwali go KAMA, od słów "KAzań" i "MAlbrandt".
Niestety duch rewolucji wygrał z elementarną logiką - obok poligonu
płynęła (i płynie) rzeka Kama, więc utajnienie lokalizacji
nieszczególnie się powiodło.
Zgodnie z umową, Niemcy mieli odpowiadać za stronę szkoleniową, ale sama
szkoła miała być prowadzona wspólnie. Moskwa skierowała swojego
przedstawiciela do ośrodka KAMA - był nim nie nikt inny, jak Józef
Unszlicht. Tej kanalii warto poświęcić więcej niż kilka zdań. Urodzony w Mławie Unszlicht pochodził z rodziny żydowskiej. Działał w SDKPiL razem
z Różą Luksemburg, więziony był wielokrotnie, został także zesłany w głąb Rosji. Gdy rozpoczęła się rewolucja, w błyskawicznym tempie został
członkiem Rewolucyjnej Rady Wojennej. Był współorganizatorem Armii
Czerwonej i kierował wprowadzaniem siłą władzy radzieckiej na Litwie i Białorusi. Pełnił liczne funkcje wskazujące na wyjątkowy poziom
zaufania, jakim darzył go Lenin.
Uczestniczył w wojnie polsko-radzieckiej, naturalnie wiernie służąc
Moskwie. Współtworzył tzw. Polrewkom, czyli marionetkowy rząd polski w Białymstoku, przygotowywany do przejęcia władzy w kraju po zwycięstwie
Sowietów (skojarzenia z rządem lubelskim z 1944 roku są jak najbardziej
uprawnione). Towarzysz Unszlicht przyczynił się w ogromnym stopniu do
stworzenia aparatu terroru, w tym struktur Czeka, gdzie został zastępcą
Feliksa Dzierżyńskiego. W 1923 roku pojechał do Niemiec, by kierować
organizacją rewolucji, oczywiście całkowicie spontanicznej i oddolnej...
Mniej więcej w tym samym czasie zajmował się także tworzeniem
fundamentów wywiadu wojskowego GRU. Został potem szefem zaopatrzenia
Armii Czerwonej, zastępcą komisarza ludowego do spraw wojskowych,
przewodniczącym "Osoawiachimu" - jasno widać, że w tej epoce był jedną z najbardziej wpływowych osób w radzieckim kierownictwie. Wyznaczenie go
do współkierowania szkołą broni pancernej nie było dziełem zbiegu
okoliczności, stworzenie bowiem sprawnej armii, zdolnej do podboju całej
Europy, stanowiło priorytet radzieckiego kierownictwa.
Partnerem Unszlichta ze strony niemieckiej był Oswald Lutz. Lutz
wprawdzie nigdy na stałe nie mieszkał w KAMIE, ale wizytował ośrodek i zarządzał nim z daleka. Na początku lat 30. jego szefem sztabu został
Heinz Guderian - lecz nie uprzedzajmy faktów. Wypłynięcie w Niemczech na
światło dzienne informacji o tajnej współpracy Reichswehry z Armią
Czerwoną spowolniło prace organizacyjne. Malbrandt i jego dwóch
asystentów pozostało w KAMIE, w kiepskich warunkach, ale w zasadzie nic
poważnego nie działo się tam aż do 1927 roku, gdy przybyli do Kazania
pierwsi niemieccy inżynierowie. Rosjanie powoli remontowali budynki
bazy, zaś Niemcy przysyłali po jednym specjaliście, by nie wzbudzić
podejrzeń. Prace w niewykończonym ośrodku rozpoczęto od prowizorycznej
adaptacji dwóch ciągników rolniczych Hanomag na działa samobieżne.
Eksperymentalny lekki czołg niemiecki firmy Rheinmetall, przewieziony do ZSRR na badania poligonowe jako lekki ciągnik rolniczy.
W 1928 roku Kliment Woroszyłow, dowódca Armii Czerwonej, zorganizował
wizytę w KAMIE niemieckiej delegacji z generałem Wernerem von
Blombergiem na czele. Niemiec postanowił usunąć z ośrodka paru
niemieckich oficerów, w tym Malbrandta, ale dogadał się z Woroszyłowem w jednej sprawie: bez prototypów czołgów prace badawcze i szkolenia nie
mogły się rozpocząć. Reichswehra trzy lata wcześniej potajemnie zamówiła
w firmach Daimler-Benz, Krupp i Rheinmetall projekty czołgów w dwóch
klasach wagowych i prace nad nimi prowadzono w konspiracji. Pierwsze
eksperymentalne czołgi miały trafić na Wschód jako ciągniki rolnicze -
do transportu dołączono nawet zestaw pługów, by uwiarygodnić
mistyfikację. Pierwsza partia sześciu czołgów trafiła do
Panzertruppenschule KAMA w maju 1929 roku.
Rozdział IV
IV
W marcu 1929 prace budowlane w szkole pancernej KAMA pod Kazaniem
dobiegały końca i zaczęły do niej przybywać grupy Niemców oraz Rosjan.
Pełnej wiedzy na temat składu osobowego szkoły nie ma, bo Niemcy bardzo
dbali o utajnienie personaliów, a Sowieci z kolei zapisywali kursantów i pracowników, posługując się wyłącznie ich imionami. Niektórym badaczom
udało się jednak uzyskać nieco wiarygodnych danych poprzez porównywanie
dostępnych niemieckich i radzieckich dokumentów, przy czym te ostatnie
trafiły w ręce historyków tylko na krótki czas w epoce Jelcyna.
Uruchomiona KAMA była domem dla około 45 Niemców i ponad 140 ludzi
radzieckich, z czego tylko mały ułamek stanowili kursanci. Obydwie
strony oczywiście wśród oficerów umieściły funkcjonariuszy wywiadu
wojskowego. Ekipa radziecka miała także w swoim składzie oficera
politycznego, który miał zapobiegać nadmiernemu brataniu się Niemców z kadrą radziecką oraz ludnością miejscową. Sowietom bardzo nie podobał
się niemiecki zwyczaj wręczania kursantom i robotnikom prezentów -
niejaki Smirnow, sanitariusz, trafił na celownik czekistów za sprzedaż
niemieckich podarków na czarnym rynku.
Kursy w bazie KAMA zaczęły się w marcu 1929 roku, choć pierwsza partia
prototypowych czołgów dotarła tam dopiero 8 tygodni później. Uczono
teorii, taktyki, obsługi, techniki napraw. Wraz z pojawieniem się
sześciu czołgów (po dwa prototypy z każdej z firm: Rheinmetall,
Daimler-Benz, Krupp) kursanci zaczęli szkolić się na każdym ze stanowisk
członków załogi czołgu, by następnie uczyć się dowodzenia pododdziałem
pancernym. W pierwszej grupie kursantów z Niemiec znalazł się Ritter
Wilhelm von Thoma, który podczas drugiej wojny światowej dosłużył się
stopnia generała majora i walczył zarówno w Afryce Północnej, jak i na
froncie wschodnim (sic!). Kursantom pomagali tłumacze, ale z raportów
GRU wynika, że wielu oficerów Reichswehry swobodnie posługiwało się
rosyjskim.
W latach 1930-33 Panzertruppenschule rozrosła się kolosalnie. Przez trzy
lata przeszkoliła około 30 oficerów niemieckich, zwykle w stopniu
podpułkownika - wielu z nich dowodziło podczas drugiej wojny światowej
dużymi związkami taktycznymi; w tym samym czasie przez tajny ośrodek
przeszło znacznie więcej kursantów radzieckich, najprawdopodobniej kilka
setek. Moskwa przysyłała na szkolenia oficerów sztabowych, frontowych,
wykładowców akademii wojskowych oraz inżynierów. Jednym z najważniejszych wykładowców w szkole był kapitan Ernst Volckheim, który
pisał także liczne artykuły teoretyczne na temat doktryny użycia wojsk
pancernych i był jednym z rzeczników zastosowania radiostacji w czołgach
(do czego wrócimy).
W miarę upływu czasu przybywało w bazie KAMA prototypowych czołgów i zwiększała się intensywność prac rozwojowych nad nowymi technologiami
(notabene autorem bądź współautorem projektu czołgu koncernu
Daimler-Benz był Ferdynand Porsche). Obok czołgów testowano także
prototypy samochodów pancernych, w tym ośmio- i dziesięciokołowych, ale
na rozwijanie ich Reichswehrze brakowało środków. Niektóre typy bardzo
dobrych samochodów pancernych, stosowanych podczas drugiej wojny
światowej, swoje korzenie miały właśnie w tych eksperymentalnych,
testowanych w ZSRR pojazdach. Sowieci kupili w tym samym okresie w Wielkiej Brytanii tankietki Carden-Lloyd wraz z licencją na ich
produkcję (od nich wywodziły się także polskie tankietki TK i TKS) i dwie skierowali do badań pod Kazań. Testowali też swoje prototypy
czołgów lekkich.
Eksperymentalny czołg niemiecki Vs.Kfz.31 (VK31), zakamuflowany do przewozu do ZSRR jako "Krupp Leichttraktor", czyli "lekki ciągnik Kruppa".
W nielicznych publikacjach, które wspominają o szkole KAMA, przyjęło
się, że to Niemców uważa się za głównych beneficjentów centrum
szkoleniowego i poligonu, ukrytych w ZSRR przed wzrokiem polityków,
wymagających przestrzegania założeń z Wersalu. Należy jednak spojrzeć na
ten temat szerzej: wygląda na to, że Armia Czerwona wyniosła z działalności Panzerschule więcej korzyści. Sowieci przejęli technologię
spawania pancerzy czołgów zamiast modnego wówczas nitowania, przejęli
pomysł na montaż karabinu maszynowego w wieży, sprzężonego z działem,
przejęli koncepcję czołgowego podwozia systemu Kruppa, poznali
nowoczesne przyrządy celownicze i peryskopy, pojęli założenia
nowoczesnej teorii działania wojsk o zwiększonej mobilności.
Bodaj najważniejszą jednak niemiecką techniczną innowacją była odporna
na wstrząsy radiostacja, pozwalająca na utrzymanie stałej, dupleksowej
łączności z czołgami. Gdy po przejęciu władzy przez NSDAP Hitler
zarządził natychmiastowe przerwanie działalności szkoły pancernej w ZSRR, zinwentaryzowano tam ponad 120 radiostacji różnych typów. W pierwszej fazie drugiej wojny światowej działające niezawodnie
niemieckie radiostacje dawały Wehrmachtowi ogromną przewagę np. nad
jednostkami francuskimi, które nadal korzystały z systemu łączności
między czołgami poprzez stosowanie specjalnych chorągiewek. Radiostacje
te opracowano i dopracowano właśnie w bazie KAMA (choć do 1941 roku w ZSRR nie przywiązywano zbytniej wagi do łączności radiowej w wojskach
pancernych, ponieważ zmasowane natarcie wielkimi oddziałami nie wymagało
precyzyjnej koordynacji).
Zanim Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec, Sowieci zdążyli już
zorganizować swój pierwszy korpus pancerny według założeń opracowanych
wspólnie z Reichswehrą na poligonie pod Kazaniem. Większość źródeł
zazwyczaj wspomina wielkie czystki Stalina, które rzekomo z korpusu
oficerskiego wyeliminowały absolwentów szkoły KAMA (co ma niby
usprawiedliwiać wcześniejszą współpracę - oceniając ją jako
nieskuteczną), ale za jakiś czas zajmę się i tym zagadnieniem.
Rozdział V
V
22 kwietnia 1915 roku, na polach pod belgijską miejscowością Ypres, miał
miejsce duży atak przy użyciu broni chemicznej - konkretnie chloru.
Przeprowadziła go specjalna jednostka, w której ważną funkcję pełnił
chemik Fritz Haber, późniejszy laureat Nagrody Nobla, w stopniu
kapitana. Przez kilka lat po pierwszej wojnie światowej Haber wraz ze
współpracownikiem Stolzenbergiem odegrali istotną rolę w tajnych pracach
nad bronią chemiczną, prowadzonych wspólnie ze Związkiem Radzieckim.
Haber, niemiecki chemik pochodzenia żydowskiego, urodzony w Breslau,
widział swoje patriotyczne poglądy wobec Niemiec Kaisera jako nadrzędne
wobec kwestii moralnych. Autor metody Habera-Boscha, umożliwiającej
syntezę amoniaku na skalę przemysłową z azotu i wodoru, miał ogromny
wpływ na zmiany struktury światowej gospodarki rolnej, metoda ta
pozwoliła bowiem na masową produkcję nawozów sztucznych. Ocenia się, że
dziś połowa światowej produkcji żywności związana jest ze stosowaniem
metody Habera-Boscha. Gdy rozpoczęła się pierwsza wojna, Haber pracował
nad zastosowaniem chloru i innych gazów na polu walki, pomagał w tworzeniu skutecznych masek przeciwgazowych i w przeciwdziałaniu
alianckim atakom przy użyciu podobnej broni.
Niemiecki przemysł chemiczny na początku XX wieku zajmował czołową
pozycję na świecie - 90 procent globalnej produkcji sztucznych barwników
pochodziło właśnie z Niemiec. Nie wolno jednak myśleć, że tylko źli
Niemcy korzystali ze swojego potencjału naukowo-przemysłowego do
tworzenia broni chemicznej - Francuzi mieli swojego noblistę Grignarda,
Brytyjczycy ośrodek w Porton Down pod wodzą niejakiego Rawlinsa
(notabene ośrodek istnieje do dziś). Początkowo widoczna była niemiecka
przewaga, a potem obydwie strony konfliktu na zmianę mordowały żołnierzy
nieprzyjaciela przy użyciu chloru. Chlor miał wiele wad w zastosowaniach
taktycznych, co doprowadziło do opracowania lepszej broni, mianowicie
fosgenu - Niemcy użyli go bojowo w grudniu 1915 roku, Brytyjczycy zaś
dopiero latem następnego roku.
Haber wił się jak w ukropie, starając się dać swej niemieckiej ojczyźnie
przewagę. Przy tym opracował tzw. prawo Habera, za pomocą którego
wylicza się stężenia substancji toksycznych, które zabijają ludzi i zwierzęta - niskie stężenie plus długa ekspozycja są tak samo skuteczne,
jak wysokie stężenie i krótka ekspozycja. Po fosgenie przyszedł czas na
iperyt, także używany przez obydwie strony konfliktu. W roku 1918 między
20 a 30 procent wszystkich pocisków artyleryjskich wystrzeliwanych na
froncie zawierało ten czy inny bojowy środek chemiczny, a jedna szósta
wszystkich strat osobowych wiązała się z użyciem broni chemicznej.
Straty były ogromne i żadne walczące mocarstwo nie ujmowało ich osobno w statystykach, by nie wywoływać paniki.
Dwa duże ataki chemiczne miały miejsce niezbyt daleko od Warszawy, pod
Bolimowem, w styczniu i maju 1915 roku. W pierwszym przypadku użyto
amunicji artyleryjskiej wypełnionej bromkiem ksylilu, zaś w drugim
chloru z butli (co zrealizowała konkretnie jednostka, do której
przydzielony był Haber; 264 tony chloru dotarło pod Bolimów w 12
tysiącach butli). Pierwszy atak chemiczny nie udał się ze względu na
niską temperaturę powietrza, zaś drugi spowodował znaczne straty u Rosjan, aczkolwiek nie umożliwił przełamania frontu.
Ocenia się, że ponad 1,3 miliona żołnierzy padło ofiarami broni
chemicznej podczas pierwszej wojny. Lwią część tych strat stanowili
żołnierze rosyjskiej armii carskiej. Rosja miała słaby przemysł
chemiczny, gazów bojowych używała sporadycznie, zaś jej żołnierze zwykle
nie otrzymywali żadnych środków ochrony osobistej. Pomimo wysiłków
Habera i jego potężnej ekipy specjalistów, broń chemiczna nie pomogła
Niemcom wygrać wojny. Chemik poczynił jednak plany także na wypadek
porażki - przekonał dowództwo wojskowe, by przekazało mu spore sumy
pieniędzy jeszcze w październiku 1918 roku, dzięki którym mógł przez dwa
lata kontynuować utajnione prace nad chemicznymi metodami eliminacji
siły wroga.
Po pokoju w Wersalu alianci próbowali całkowicie zdemontować niemiecki
program badań i produkcji broni chemicznej, a Habera i jego
współpracowników uznano za zbrodniarzy wojennych. Niemiecki chemik
zbiegł do Szwajcarii, by niebawem wrócić już jako noblista - status
dobroczyńcy rolnictwa ocalił go przed karą ze strony zwycięskich
mocarstw. Notabene to jego ekipa stworzyła środek owadobójczy,
przeznaczony do stosowania w silosach zbożowych, nazwany Zyklon A.
Prawda jest taka, że Niemcy skutecznie ukryli przed aliantami zakres
swojego programu badawczego oraz fakt, że był on potajemnie
kontynuowany. Współpracownik Habera, Stolzenberg, miał fabryczkę
chemiczną poza strefą znajdującą się pod kontrolą sił okupacyjnych.
Haber pomógł mu uzyskać lukratywne kontrakty, w tym na neutralizację
zakładów produkcyjnych gazu musztardowego w Breloh, które Stolzenberg
osobiście zakładał parę lat wstecz! Pod przykrywką pozornej
neutralizacji magazynowano zasoby odczynników i gotowej broni
chemicznej. W 1921 roku rząd Hiszpanii po cichu zwrócił się do Habera,
chcąc zakupić broń chemiczną do zastosowania przeciw rebeliantom w Maroku - nie tylko sprzedano im niemieckie nielegalne zapasy takiej
broni, ale Stolzenberg pomógł Hiszpanom uruchomić zakład produkcyjny
gazu musztardowego w koloniach w Afryce Północnej. Zachęcany przez
Reichswehrę, pracował tam także nad bombami lotniczymi, zawierającymi
gaz bojowy.
Gdy w styczniu 1923 roku Związek Radziecki zaczął składać w niemieckich
firmach tajne zamówienia na broń różnego typu, wytwarzanie amunicji
zawierającej gaz okazało się poważnym problemem - nadzór aliantów był
zbyt skuteczny. Jegomość nazwiskiem Otto Hasse, naonczas szef
inspektoratu uzbrojenia Reichswehry, zwrócił się do Habera z pytaniem,
czy nie jest możliwe uruchomienie produkcji amunicji chemicznej w ZSRR.
Haber skontaktował go ze Stolzenbergiem, który przecież niedługo
wcześniej dokonał czegoś podobnego w Hiszpanii. Dodatkowo sam Fritz
Haber spowodował, że radziecki chemik Ipatiew został poproszony o wygłoszenie wykładu w Berlinie - dzięki temu Niemiec mógł się z nim
rozmówić bez wzbudzania podejrzeń. Ipatiew załatwił w Moskwie
zaproszenie dla Stolzenberga do odwiedzenia Związku Radzieckiego. Po
sześciotygodniowej podróży obrotny Niemiec doprowadził do wstępnego
porozumienia w kwestii stworzenia fabryki broni chemicznej nieopodal
Samary, mniej więcej tysiąc kilometrów od Moskwy.
Współpraca Rosji Radzieckiej z niemieckimi siłami zbrojnymi w latach
dwudziestych w dziedzinie broni chemicznej miała niezwykle ciekawy i zawiły przebieg. Przyjrzymy się jej bliżej, zachowując jednakże
świadomość, że to historia godna co najmniej grubej książki i z konieczności trzeba ją tutaj mocno okroić. W 1920 roku brygady budowlane
zaczęły budować kompleks fabryk chemicznych, baraków mieszkalnych oraz
budynków pomocniczych w rejonie położonym 40 kilometrów od miasta
Samara. Kompleks nazywano zwykle Bersol i początkowo miał on produkować
spłonki oraz materiały wybuchowe. To właśnie tu wspomniany wcześniej
Stolzenberg przybył w 1923 roku i zastał dobre zaplecze, wydajne
połączenie kolejowe, a także znaczną liczbę robotników. W tym samym roku
Niemcy stworzyli specjalną instytucję, zwaną w skrócie GEFU, której
zadaniem było finansowe wspieranie działalności niemieckiego przemysłu w ZSRR - budżet wynosił 75 milionów Reichsmarek w złocie. Obok fabryki
samolotów Junkersa w Fili pod Moskwą, to właśnie Bersol miał się stać
główną inwestycją finansowaną przez GEFU.
Stolzenberg zgłosił do GEFU zapotrzebowanie na 5 milionów 600 tysięcy
marek w złocie na dofinansowanie Bersolu. Na niemiecko-radzieckim
spotkaniu w Moskwie dograno szczegóły - głównym zadaniem fabryki miała
być produkcja gazu musztardowego i fosgenu, konfekcjonowanego do
amunicji artyleryjskiej, a produkcja niewinnych, cywilnych chemikaliów,
takich jak soda kaustyczna, miała dwojaką rolę: były to produkty uboczne
innych procesów technologicznych, zarazem pomagające w zakonspirowaniu
prawdziwej funkcji zakładów. Skala przedsięwzięcia robiła wrażenie:
Bersol miał osiągnąć pełną moc produkcyjną w zaledwie pół roku od
podpisania umowy, a zdolność ta miała wynosić aż pół miliona pocisków
artyleryjskich rocznie oraz 525 ton pięciu głównych produktów
chemicznych, z których dwa to fosgen oraz gaz musztardowy.
Zachęcony wielkimi inwestycjami władz ZSRR i GEFU Stolzenberg włożył w fabrykę sporo własnych środków, jednak szybko napotkał problemy typowe
dla radzieckiego przemysłu zbrojeniowego, wiernie służącego sprawie
światowej rewolucji: brak wykwalifikowanych robotników, skrajnie zły
stan maszyn i urządzeń oraz tragiczne zaopatrzenie w cokolwiek.
Uruchomienie zakładu opóźniło się o 9 miesięcy, a brak odpowiedniej siły
roboczej i tak pozostał główną barierą. Praktyczny Niemiec ściągnął więc
z ojczyzny kilkudziesięciu zawodowców o wysokich kwalifikacjach, by
pomogli mu przeszkolić lokalny personel i zapanować nad chaosem.
Zaoferował im wysokie zarobki, ale także ostrzegł, że gdy komukolwiek
zwierzą się z tego, czym się zajmują, nigdy nie opuszczą ZSRR.
Fabryka, ledwo co zbudowana, wymagała modernizacji. Produkowano w niej
tylko jeden nawóz sztuczny i nieco fosgenu, toteż kontrolna delegacja z Moskwy uznała, że zakład nie spełnia oczekiwań. Powolutku sytuacja
ulegała poprawie, ale rozczarowanie Kremla brakiem użytecznej broni
chemicznej wiązało się z utratą cierpliwości. I wtedy przyszedł
prawdziwy kataklizm: Wołga wylała i fabryka znalazła się pod wodą na
wiele tygodni. Rosjanie obwinili za wszystko Stolzenberga, deportowali
niemieckich specjalistów i zażądali od Reichswehry zrobienia porządków.
GEFU rozwiązało zatem umowę z przedsiębiorcą, fabrykę przekazano ZSRR.
Stolzenberg zbankrutował i próbował walczyć w sądzie z dawnymi
mocodawcami, ale ci potrafili sprawie skutecznie ukręcić łeb.
Zakłady Bersol, zbudowane w sporej części za tajne fundusze niemieckie,
rozwijały się szybko po zmianie zarządcy. W 1936 roku wytwarzano tam 4
tony gazu musztardowego dziennie, czyniąc z Bersolu największy w świecie
ośrodek produkcji tej konkretnej broni chemicznej. Eksperymentowano w zakładzie także z cyjankiem wodoru, w Niemczech oferowanym w handlu jako
Zyklon B (potem także go produkowano). Ręce robotników Bersolu
napełniały trującymi chemikaliami dziesiątki tysięcy pocisków
artyleryjskich miesięcznie. Fabryka pozostała głównym ośrodkiem
produkcji broni chemicznej w ZSRR aż do zakończenia zimnej wojny.
Gigantyczne skażenie wód gruntowych w miejscowości dziś znanej jako
Czapajewsk poskutkowało rekordowym odsetkiem wad wrodzonych u ludności w owym rejonie.
Rozdział VI
VI
Radziecki program budowy przemysłu produkującego broń chemiczną
początkowo znajdował się w jeszcze gorszym stanie niż niemiecki, ale nie
przeszkadzało to Armii Czerwonej w stosowaniu takiej broni na masową
skalę przeciwko własnym obywatelom.
Jak już pisałem wcześniej, carska armia miała spore zaległości w stosunku do swoich sojuszników i wrogów w rozwijaniu broni chemicznej,
zaś nowe, radzieckie władze Rosji początkowo zadowoliły się przejęciem
magazynów w Piotrogrodzie. Podczas wojny domowej zmienność sytuacji
teoretycznie utrudniała użycie broni chemicznej, ale komunistom teoria
nie wchodziła w paradę - to właśnie wówczas po raz pierwszy na świecie
użyto bomb chemicznych zrzucanych z samolotów (30 czerwca 1919 roku).
Sprzeciw wobec tego stwierdzenia zgłaszają Brytyjczycy, upierając się,
że to oni jako pierwsi, kilka miesięcy wcześniej, zrzucili takie bomby
na Rosjan.
Mniejsza o palmę pierwszeństwa w dość niechlubnej klasyfikacji, Sowieci
chętnie bowiem korzystali z chemicznych środków walki przeciw ludności
cywilnej, w szczególności podczas tłumienia powstań przeciw władzy
radzieckiej na tyłach frontu. Co najmniej trzykrotnie użyli ich na
wielką skalę, zaopatrując się w przejętych carskich magazynach. Pierwsze
zastosowanie miało miejsce w mieście Jarosław nad Wołgą w 1918 roku,
drugie przeciw kozackim wioskom, zaś trzecie, o najpotężniejszych
konsekwencjach, w 1921, właściwie już po utrwaleniu wyniku wojny
domowej, w guberni tambowskiej.
Jaka była geneza tego ostatniego wydarzenia? Otóż w styczniu 1919 roku
Lenin wydał dekret, dotyczący rekwizycji "nadwyżek" zboża. W rejonie
Tambowa, gdzie miały miejsce spore zmagania białogwardzistów z Armią
Czerwoną, brutalność Armii Czerwonej doprowadziła do pobudzenia
wiejskiej działalności partyzanckiej, która, pod wodzą młodego
wojskowego nazwiskiem Antonow, przekształciła się w prawdziwe powstanie.
Po przegranej wojnie z Polską bolszewickie dowództwo mogło skierować w ten rejon większe siły, co uczyniono, lecz siły te zebrały cięgi od
powstańców, którzy mieli dość narzuconego siłą kolektywnego ustroju.
Moskwa wysłała więc do Tambowa Tuchaczewskiego. Ten zorientował się, że
bagnisty, gęsto zalesiony teren ułatwia życie rebeliantom, dając im
ukrycie i uniemożliwiając atak na nich przeważającymi siłami Armii
Czerwonej. Generał Tuchaczewski wydał więc rozkaz: "Lasy, gdzie ukrywają
się się bandyci, należy wyczyścić trującymi gazami". Przywieziono z centralnych magazynów dwa tysiące pocisków artyleryjskich, wypełnionych
gazami duszącymi.
Systematycznie mordowano ludność wiosek, które stanowiły zaplecze sił
partyzanckich. Podczas likwidacji osad ogniem artylerii zdarzało się, że
baterie wystrzeliwały w stronę bezbronnych cywilów więcej pocisków
chemicznych niż konwencjonalnej amunicji. Opór zdławiono po miesiącu
działań, wspomagając broń chemiczną celowo wywołanym głodem. W rezultacie w Moskwie uznano, że broń chemiczna powinna w przyszłości
stanowić istotny element radzieckiego arsenału. A co stało się z broniącymi swego zboża cywilami? Zabito ich około 240 tysięcy, a resztę
zamknięto w siedmiu obozach koncentracyjnych. Chętnych do dalszej walki
z władzą radziecką już nie było.
Tak bardzo podobała się broń chemiczna władzom ZSRR, że nawet na
zjeździe partii mówiono o tym, że przyszła wojna powinna zostać
zdominowana przez ten rodzaj uzbrojenia. Interesował się nią sam Trocki,
powołano nawet do życia twór, który nazywał się "Stowarzyszenie
Przyjaciół Wojny Chemicznej" (sic!). Wszystkie jednostki zajmujące się
taką bronią niebawem zgrupowano pod jedną "czapką", w Zarządzie Obrony
Chemicznej. Jednostką tą de facto kierował Jakow Fiszman, Żyd z Odessy,
doktor w dziedzinie chemii, zastępca attaché wojskowego ZSRR w Niemczech. Podczas pobytu w Republice Weimarskiej Fiszman dobrze poznał
niemiecki przemysł chemiczny, korespondował także z Fritzem Haberem.
Miał stosowne "plecy", by mógł sobie na to pozwolić - jego patronem w partii był wspomniany wcześniej Józef Unszlicht, jedna z najważniejszych
postaci w militarnych strukturach ZSRR.
Fiszman szybko awansował i został szefem WoChiMU, nowej instytucji
mającej opanować kwestię broni chemicznej. Zorientował się, że pozostałe
po carskiej Rosji zapasy broni chemicznej ulegają degradacji i praktycznie nie nadają się już do niczego. Nie sprostał zadaniu
wyprodukowania 3 milionów masek przeciwgazowych, bo radziecki przemysł
zwyczajnie nie potrafił wyprodukować żadnych produktów dobrej jakości -
setki tysięcy masek zutylizowano, bo w każdej znajdował się negujący jej
skuteczność otwór! Radzieckiego przemysłu chemicznego wtedy jeszcze
dostatecznie nie finansowano, wielu półproduktów w ogóle nie wytwarzano.
Fiszman szukał więc ratunku u Niemców.
Rozdział VII
VII
Czekistowski terror nie pomagał - wielu naukowców wysłano do obozów lub
zabito, nielicznym udało się zbiec za granicę. Zastępowanie ich
pozbawionymi wiedzy wiernymi komunistami nie sprawdziło się. Jakow
Fiszman, szef WoChiMU, musiał zwrócić się do Niemców - był już wcześniej
w kontakcie z Fritzem Haberem. Formalna współpraca rozpoczęła się w 1924
roku, gdy Fiszman spotkał się pułkownikiem Fischerem z Reichswehry.
Początkowo współpraca miała ograniczony zakres: otóż Niemcy wyszukiwali
chemików chętnych do pracy w ZSRR, a Sowieci ich u siebie zatrudniali,
formalnie wprowadzając ich do stanu osobowego Armii Czerwonej. Związek
Radziecki otrzymywał specjalistów, których ukrywano w wojsku przed
oczami świata, zaś Reichswehra utrzymywała kontrolę nad swoimi
naukowcami oraz uzyskiwała solidne źródło informacji wywiadowczych.
Ten sam Jakow Mojsiejewicz Fiszman wywalczył też środki na program
badania broni biologicznej, laboratoria w Leningradzie i Moskwie oraz
kilka poligonów, ale Niemcy nie byli zainteresowani współpracą w tym
zakresie. Wierzyli w siłę własnego programu doskonalenia broni
chemicznej, zniechęcił ich także fakt, że broni biologicznej nie da się
używać na szczeblu taktycznym. Fiszman przekonał wspominanego przeze
mnie wcześniej Unszlichta, że broń chemiczna, jako priorytetowa (tow.
Stalin bardzo się interesował perspektywami jej użycia do wybijania
ludności całych miast), musi uzyskać wsparcie z zewnątrz - w efekcie i na ten temat rozpoczęto ponowne negocjacje z Niemcami. Początkowo
Sowieci chcieli ośrodek badawczy, który miał głównie zajmować się
badaniami wykorzystania broni chemicznej w atakach lotniczych, ulokować
w obiekcie "Ługa" pod Leningradem. Tę propozycję odrzucono, szukając
innej lokalizacji w pobliżu Moskwy.
Wybrano latem 1926 roku miejscowość Podosinki - ledwie 20 kilometrów od
Kremla w kierunku Riazania. Miejsce zaakceptowała grupa
niemiecko-radziecka, w której skład wszedł Fiszman, a także kapitan Kurt
Student, późniejszy dowódca hitlerowskich wojsk spadochronowych. Niemcy
wyrazili wprawdzie swoje zdziwienie, że istniejąca baza radzieckich
wojsk chemicznych (nadal cuchnąca gazem musztardowym) wraz z lotniskiem
i poligonem znajduje się tak blisko zamieszkałych okolic, ale Fiszman
zapewnił ich, że to nie ma znaczenia i że bierze całkowitą
odpowiedzialność za lokalizację.
Pierwsza ekipa niemieckich naukowców i pilotów dotarła jesienią tego
samego roku do Podosinek, by rozpocząć produkcję partii gazów i zacząć
testować je w bombach lotniczych, ale spotkała ich typowo radziecka
niespodzianka: nic nie zostało przygotowane. Nie było gdzie mieszkać,
nie było gdzie pracować. Dostępna żywność wzbudzała wstręt. Wszystkie
materiały do budowy trzeba było przywieźć z Niemiec (co trwało), bo
rodzimy przemysł radziecki nie potrafił ich wyprodukować. Brakowało
nawet młotków i te również zamówiono z Niemiec.
Rosjanie wręczyli gościom przygotowany przez asystenta Fiszmana - a w rzeczywistości zapewne przez kogoś z OGPU - zestaw 29 zasad, których
mieli Niemcy bezwarunkowo przestrzegać. Nie wolno im było samodzielnie
jeździć do Moskwy, chodzić po całym terenie lotniska czy rozmawiać z Rosjanami, którzy nie byli bezpośrednio związani z programem badawczym
itp. Otoczenie von Seeckta liczyło na szybkie rozpoczęcie prac, ale
wysłannicy z Berlina zobaczyli bardzo szybko, że Fiszman może i wydaje
rozkazy, ale nikt ich nie wykonuje, niemieccy naukowcy mieszkają w szopach bez ogrzewania i myją się w deszczówce, zaś jedzą tylko podłą
kiełbasę, bo niczego innego nie ma. Świadectwem determinacji Niemców
jest jednak fakt, że szybko zaczęli prowadzić badania nad rozrzutem
środków bojowych przy zrzucaniu bomb z symulowaną zawartością chemiczną
z różnej wysokości oraz opryskiwaniu poligonu ze specjalnie do tego
przystosowanych samolotów. Urządzony w grudniu pokaz dla niemieckich
oficerów i Unszlichta przekonał o skuteczności niedopracowanych jeszcze
metod - Sowieci i Niemcy zgodnie uznali, że bombardowanie bądź
opryskiwanie ludności cywilnej w wielkich miastach środkami walki
chemicznej stanie się jednym z głównych narzędzi sił zbrojnych w przyszłej wojnie.
Unszlicht napisał do Stalina i do całego Biura Politycznego następujące
słowa: "Użycie gazu musztardowego za pośrednictwem lotnictwa w celu
skażenia terenu i zaatakowania osad ludzkich jest możliwe technicznie
oraz ma dużą wartość". Nic dodać, nic ująć. Plan podbicia całego świata,
realizowany przez ZSRR, zawierał teraz element wojny chemicznej. Na
Kremlu doceniono wyniki wstępnych prac w Podosinkach i zwiększono budżet
WoChiMU. W marcu 1927 roku w ośrodku w Podosinkach nagle wybuchł pożar,
prawdopodobnie spowodowany typowym radzieckim niechlujstwem - ogień
strawił sporo majątku, a trujące wyziewy uniemożliwiały akcję
ratowniczą. Straż pożarna z Moskwy dotarła dopiero wtedy, gdy już nie
było czego gasić. Niemcy kontynuowali prace w Podosinkach jeszcze przez
kilka miesięcy, mimo trudnych warunków, uruchomili nawet pilotażową
produkcję gazu musztardowego, ale planowali zmienić lokalizację ośrodka
na bardziej dogodną. Rosjanie pozostali w Podosinkach, z których
uczynili jeden z głównych ośrodków masowej produkcji broni chemicznej, a Niemcy, odrzuciwszy proponowany Oranienburg, znaleźli lepsze miejsce.
Junkers F 13 uz?ywany w Podosinkach.