2. Niedzielny obiad i powrót do niechcianego tematu
Zrobiłam to!
Pomogłam mu. Pomogłam okularnikowi. Może nie tak, jak na to liczył, ale przynajmniej nie został bez dachu nad głową. Zawiozłam go do przytułku dla bezdomnych. Tylko tyle albo aż tyle mogłam dla niego zrobić.
Naprawdę miałam szczere chęci, jednak nie mogłam się przemóc i zaprosić go do siebie. Nasze wyjście na kawę, które nie należało do najmilszych, tylko potwierdziło moje rozterki.
Esteban przez większość czasu milczał. Tak, Esteban. Nazwałam go tak w myślach, bo bardzo przypomina mi bohatera meksykańskiego serialu, który ostatnio oglądałam. Tak miał na imię. Zaskakujący jest fakt, że Esteban to po polsku właśnie Szczepan.
Po zamówieniu kawy mężczyzna zamiast przekonać mnie do siebie, opowiadając o tym, co go spotkało, i o tym, czemu nagle został bez dachu nad głową oraz bez środków do życia, uparcie milczał. Poza jednym zdaniem.
- Przyjechałem tutaj do pracy. Firma miała zapewnić mi mieszkanie. Nie zapewniła. Koniec historii.
Ani słowa więcej nie usłyszałam, choć ciągnęłam go za język na wszelkie sposoby. Burak.
I zamówił największą, a tym samym najdroższą kawę, jaką mieli w ofercie. Pił ją, posyłając mi co jakiś czas kwaśny uśmiech. Złamas. Co z nim było nie tak? Jego gburowata osobowość nie współgrała z urokiem, który roztaczał swoim wyglądem.
Nie wzbudził mojego zaufania.
Inaczej wyobrażałam sobie to nasze spotkanie przy kawie. Sądziłam, że jeżeli bliżej go poznam, to łatwiej będzie mi zaprosić go do siebie. Poważnie, rozważałam taką możliwość i za każdym razem nazywałam siebie w myślach wariatką, której brakuje piątej klepki. Zawsze się o to podejrzewałam, a teraz miałam na to prawdziwy dowód.
Chciałam zaproponować nieznajomemu zamieszkanie ze mną pod jednym dachem. Byłam gotowa dzielić z nim kuchnię, łazienkę i salon, byle tylko codziennie móc patrzeć na jego uroczą buźkę. Niestety, uroda to nie wszystko. Bozia obdarzyła go urodą, może nawet rozumem, sądząc po stroju intelektualisty, który składał się z koszuli w kratę oraz pięknie opinających jego ciało jeansów, ale chyba zapomniała o empatii.
Szczepan wydymał policzki jak obrażony dzieciak. Przez to coraz mniej było mi go szkoda. Dlaczego nie mógł zdobyć się na odrobinę życzliwości? Przecież wyciągałam do niego pomocną rękę. Zamiast być mi wdzięcznym, miałam wrażenie, że przyjęcie pomocy mu ubliżało.
Kiedy byłam pewna, że nic z niego nie wyciągnę, wyjęłam z plecaka telefon i wyszukałam adres placówki, która przyjmuje bezdomnych. Gdy wypiliśmy swoje napoje, przedstawiłam mu swój pomysł i zaproponowałam, że mogę go tam zawieźć. Jego mina była bezcenna. Mieszanka żalu, szoku i zażenowania. Znowu było mi go szkoda. Naprawdę. Musiało być to dla niego trudne. Upaść tak nisko, żeby nocować razem z bezdomnymi? Nie wiem, co bym zrobiła na jego miejscu i jak bym się czuła. Chyba wolałabym spać pod mostem. Serio. Widać było, że nie ma wyjścia. Było mi go szkoda, ale nie na tyle, żeby zaproponować mu coś lepszego.
Wstał i już myślałam, że bez pożegnania opuści kawiarnię, gdy rzucił krótkie i zrezygnowane "Okej". Jego sytuacja musiała być naprawdę kiepska.
Nim poszliśmy na parking, poprosił, żebym na niego poczekała, gdyż miał bagaże w schowku na PKS-ie. Znowu uznałam, że to wymówka, żeby mi się wymknąć, ale o dziwo po parunastu minutach wrócił. Dalej miał tylko torbę przewieszoną przez ramię, ale jakby bardziej napchaną. Może obawiał się zabrać większy bagaż do przytułku. Też na jego miejscu miałabym obawy.
Wsiedliśmy do mojego grata, który charczał i stukał, ale jeździł. Wciąż jeździł. Rzadko z niego korzystałam, wolałam komunikację miejską, ale samochód, jaki by nie był, był przydatny podczas większych zakupów czy tak jak dziś w celu odebrania przyjaciółki, która miała mieć ze sobą trzy duże walizy. Esteban oczywiście w żaden sposób nie skomentował pojazdu. Wsiadł i wysiadł z niego bez żadnego słowa. Nim zamknął drzwi samochodu, pochylił się i wyraźnie miał problem z wysłowieniem się. Zaproponowałam mu, że z nim pójdę, ale wtedy naskoczył na mnie.
- Poradzę sobie!
- To może wymienimy się nu...
- Dziękuję za pomoc - powiedział wymuszonymi słowami, przerywając mi. - Do widzenia.
- Do zobaczenia?
Miałam nadzieję, ale nie było chyba na to szans. Esteban trzasnął drzwiami i pośpiesznie skierował się w stronę budynku. Ani razu się nie obejrzał, a ja poczułam dziwny żal w sercu. Poczekałam, aż wejdzie do środka, i dopiero wtedy odjechałam.
Czy postąpiłam słusznie?
Zastanawiałam się nad tym cały piątkowy wieczór przy winie, które miałam wypić z Niną, oraz przez całą sobotę, którą spędziłam w domu. Nina pisała kilka razy, ale w dalszym ciągu byłam na nią sfochowana i postanowiłam przedłużyć ciche dni, pobijając tym samym rekord. Najdłużej się do siebie nie odzywałyśmy całe pół dnia. Teraz sytuacja była inna. Nina naprawdę nawaliła.
*
Jak w każdą niedzielę jadę do rodziców na obiad. Mieszkają teraz w Lisiej Górze, niecałe piętnaście kilometrów ode mnie. Dwa lata temu przeprowadzili się z moją młodszą siostrą do nowo wybudowanego domu. Mieszkają na parterze - góra wymaga jeszcze wykończenia.
Wchodzę do domu i od razu chłonę zapach bitek wołowych w sosie pieczeniowym. Będzie dzisiaj obiad, który najbardziej lubię. Bitki, purée ziemniaczane oraz buraczki. No po prostu palce lizać.
- Cześć wszystkim - witam się z rodzinką.
Mama pichci w kuchni, tata siedzi przy stole, który stoi między kuchnią a salonem, i rozwiązuje krzyżówkę, to jego odwieczne niedzielne zajęcie, a Zośka czyta książkę w swoim pokoju przy otwartych drzwiach. Na mój widok odkłada energicznie lekturę i wyskakuje z pokoju.
- Alu! Chodź, muszę ci coś pokazać! - woła entuzjastycznym głosem, jaki rzadko u niej słyszę, i nie mija chwila, a ciągnie mnie do swojego pokoju, przed klatkę swojego puszystego zwierzaka. - Zobacz.
- Hm, na co konkretnie mam patrzeć?
- Naprawdę?! Nie mów, że nie widzisz!
Przyglądam się klatce wzdłuż i wszerz. Nie widzę ani żadnej nowej zabawki dla chomika, ani niczego innego nietypowego. Prócz... dwóch szarych kłębków ruszających się w rytm oddechów. Zaraz, zaraz. Dwóch kłębków, a nie jednego?
- Masz drugiego chomika?
Zośka klepie się w czoło.
- Mam Lolę od ponad miesiąca. Nie zauważyłaś?
Ale wtopa! Jak mam wytłumaczyć Zośce, że podczas ostatnich niedziel nie zajrzałam do Lucka. Nie przypominam sobie, bym to robiła, choć na bank byłam w pokoju siostry.
- No to na co mam patrzeć? - pytam, żeby odwrócić uwagę.
Siostra nie odpowiada, tylko otwiera klatkę, wkłada do niej rękę i bierze jedną z kulek do ręki.
Wtedy to widzę. Kilka malutkich ciemnych zwiniętych w kuleczki, słodkich gryzoni.
- O matko! Malutkie chomiczki! - wołam teraz równie podekscytowana, co Zośka chwile temu.
- Urodziły się tydzień temu.
- Czemu mi nie powiedziałaś?
- Tata powiedział, że nie wiadomo, czy przeżyją. Wolałam się do nich nie przyzwyczajać. Ale przeżyły. Zobacz, jakie słodkie.
Właśnie kilka z nich zaczęło się przeciągać i na ślepo przebierać malutkimi kończynami.
- Zośka, Alicja! Obiad! - Słyszymy wołanie mamy.
Nie mam ochoty oderwać nosa od klatki, ale mama nie lubi się powtarzać, więc idziemy grzecznie do stołu. Kiedy tam docieramy, wszystko jest już gotowe. Zwykle zjawiam się na styk i od razu pędzę, żeby nakryć do stołu. Potem jemy we względnej ciszy, tak jak dzisiaj, każdy skupia się na swoim talerzu. Po zjedzeniu jednodaniowego, ale całkiem solidnego posiłku, razem z Zośką sprzątamy ze stołu. Ona płucze naczynia w zlewie, a ja układam je w zmywarce. To też taki nasz zwyczaj. W tym czasie mama nastawia czajnik i parzy kawę dla naszej trójki, a dla Zośki herbatę. Czasem prosi o zbożową, ale nie dzisiaj. Dzisiaj wybiera zieloną z dodatkiem mięty. Całkiem zrozumiałe. Na zewnątrz jest dość gorąco jak na początek lata, więc taka herbata na pewno będzie orzeźwiająca.
Siadamy na tarasie. Tata zaczął go na wiosnę i jeszcze sporo pracy przed nim, ale są już zadaszenie, stolik i ławki, można usiąść i delektować się ciszą. Dom moich rodziców znajduje się na uboczu wsi. Uwielbiam przesiadywać na zewnątrz w te nasze niedzielne popołudnia.
Mama pyta, czy chcę kawałek ciasta do kawy. Dziękuję, gdyż jestem tak pełna, jakbym zjadła ogromnego balona. Tata w tym temacie nie zna umiaru. Zawsze uwielbiał wypieki mamy. Też je lubię, ale pewnie skończy się na tym, że zabiorę porcję na wynos. Jak co tydzień.
Kiedy wraca z dwoma talerzykami sernika z kruszonką, ślinka mi cieknie.
No nie bądź taka pazerna!
Karcę się w myślach. Oczy by jadły, ale... Ale trzeba znać umiar.
Opowiadam rodzicom o tym, jak Nina mnie wystawiła, i dopiero gdy mama spogląda na ojca porozumiewawczo, żałuję, że poruszyłam ten temat. Bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć i mogłam wybrać do tego celu siostrę. Dobrze wiem, co zaraz usłyszę od mamy. Ona nigdy się nie certoli i mówi prosto z mostu.
- Rozmawialiśmy z ojcem o... - odzywa się mama, ale przerywa, gdy widzi grymas na mojej buzi. - Alka, nie rób takiej miny, umawialiśmy się na coś.
Gdy dowiedzieli się, że rozstaliśmy się z Bartkiem, dali mi warunek. Nie znają całej prawdy o naszym zerwaniu, ale to i tak nic by nie zmieniło. Zdecydowali, że do końca miesiąca opuszczę mieszkanie, które na razie należy do nich. Udało mi się namówić ich na dodatkowe trzy miesiące, ale tylko dlatego, że zaprosiłam do siebie Ninę, która miała dołożyć się do opłat.
- Nie chcę opuszczać swojego mieszkania! - mówię i zrywam się z drewnianej ławki.
- Ale musisz i dobrze wiesz dlaczego.
To prawda. Wiem. Wiem, że nie dam sobie sama rady z opłatami. Pracuję, rzecz jasna, ale koszty trzypokojowego mieszkania dla jednej osoby są zbyt wysokie.
Od kilku lat mam stałą posadę w biurze podróży i nie zapowiada się na żadne zmiany. Moja szefowa wie, że drugiej takiej jak ja nie znajdzie. Tylko że ja coraz częściej myślę o znalezieniu czegoś, co otworzy mi możliwości. Czemu? Bo moja wypłata starcza mi raptem na waciki. No dobra, może jeszcze na ekskluzywny francuski krem do twarzy. Kosztuje krocie, ale wart jest swojej ceny. Nie umiem z niego zrezygnować i co trzy miesiące, gdy tylko wydobędę palcem resztki kremu, pędzę do Sephory po nowy.
Kiedy rodzice z Zośką przeprowadzali się do Lisiej Góry, Bartek zaproponował wspólne zamieszkanie. Rodzice bardzo go lubili i nagle odechciało im się wynajmować mieszkanie, choć zawsze mieli to w planie. Postawili tylko jeden warunek. Od ponad roku byliśmy parą, ale rodzice nie chcieli słyszeć o pomyśle zamieszkania razem przed ślubem, dopóki nie zobaczą na moim palcu pierścionka zaręczynowego. No więc go zobaczyli. Bartek zabrał mnie do jubilera i kazał sobie wybrać pierścionek. Nie było romantycznych oświadczyn, ale i tak skakałam pod niebiosa ze szczęścia.
- Poradzę sobie - mówię twardo, obracając się z powrotem w ich stronę.
Tata przerywa jedzenie sernika, a w zasadzie kończy. Pewnie przymierzał się do porcji mamy, która leży nietknięta, ale widząc mój wzrok, odkłada łyżeczkę na talerzyk.
- Kochanie, nie będziemy już mogli ci pomagać tyle, co do tej pory - wtrąca się w końcu milczący do tej pory.
To mama zawsze prowadziła z nami rozmowy na ważne tematy, a on tylko potakiwał i co jakiś czas wtrącał jedno czy dwa zdania.
- Powiedziałam, że sobie poradzę.
- Jutro damy ogłoszenie do Internetu.
Mama w ogóle nie liczy się z moimi słowami. Źle się z tym czuję. Dlaczego są tacy uparci?
- Mamo!
- Musimy wynająć mieszkanie.
- Nie musicie. Możecie je w końcu przepisać na mnie.
- Alicjo - zaczyna od wypowiedzenia mojego imienia, którego tak nie trawię.
To znaczy, że łatwo nie odpuści. To znaczy, że sprawa jest już przesądzona. Mam nadzieję, że nie. Nie dopuszczę do tego!
- Chcemy zacząć w końcu remontować górę. Każdy grosz się nam przyda.
To jest argument. Nawet dość poważny. Wiem, że ciągle odkładają wykończenie piętra.
- Dobrze, więc znajdę współlokatora.
- Współlokatora? Chyba jesteś niepoważna, córuś. Mamy pozwolić ci zamieszkać z obcą osobą? Nie wygłupiaj się. W domu jest sporo miejsca. Na początku będziesz dzielić pokój z Zośką, ona nie ma nic przeciwko, a potem przeniesiesz się na górę. Twój pokój zrobimy w pierwszej kolejności.
- Nie, mamo. Chcę mieszkać w Tarnowie. Tam czuję się dobrze. Mam blisko do pracy i nie chcę nic zmieniać.
Rodzice patrzą po sobie, widzę, że tracą cierpliwość, dlatego muszę działać od razu. Muszę coś zrobić. Natychmiast. Wypijam całą zawartość kubka, a potem zrywam się na równe nogi jak poparzona.
- Możemy wrócić do tej rozmowy w tygodniu? - pytam, kierując się w stronę wejścia na taras.
- A ty gdzie się już wybierasz?
- Zadzwonię, okej? I proszę, nie wstawiajcie jeszcze tego ogłoszenia.
Idę do środka, żeby włożyć sandały.
- Alu, poczekaj! - woła za mną mama.
Całą sobą przygotowuję się na to, że po raz kolejny usłyszę, jaka decyzja została podjęta. Zaciskam pięści i odwracam się do rodzicielki.
- Zapakuję ci ciasto.
Oddycham z ulgą. Gdy mama znika w kuchni, idę pożegnać się z Zośką.
- Słyszałam waszą rozmowę.
- Tak?
- No. I wiesz co?
- No, co tam, młoda? - pytam, wlepiając oczy w klatkę, ale znowu widać tylko dwie duże oddychające kulki.
- Nie to, że nie chcę cię w moim pokoju. Bo wiesz, pomieściłybyśmy się, ale myślę, że powinnaś walczyć o swoje.
- Tak zamierzam zrobić. Dzięki.
- Rodzice tak naprawdę mają odłożoną kasę na remont - dodaje szeptem. - Boją się tylko, że nie dasz sobie rady sama w tak dużym mieszkaniu. Rachunki są naprawdę tak wysokie?
- Mhm, ale jeżeli zrezygnuję z kablówki, której i tak nie oglądam, to powinnam ogarnąć - kłamię.
- No i martwią się tym, że jesteś tam teraz całkiem sama.
- Nie jestem całkiem sama - prycham.
Otacza mnie przecież mnóstwo ludzi. Mam na myśli Edytę, współpracownicę, szefową, no i sąsiadów. Mam masę sąsiadów. Znam przecież wszystkich z mojej klatki. To nic, że niektórzy są problematyczni, jak na przykład Paula i Eryk, nowożeńcy mieszkający nade mną, którzy lubią w środku nocy stukać łóżkiem o ścianę. Widziałam to ich łóżko. Duże, solidne, nie to, co te z Ikea, które jakimś cudem skrzypią tuż po skręceniu, ale nigdy w sklepie.
- Ty, a skąd ty wiesz takie rzeczy?
- Słyszy się to i owo. Te drzwi nie są dźwiękoszczelne, a uwierz mi, czasem żałuję, że nie są.
Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. Czy ona właśnie myśli o tym, o czym ja myślę, a żadna z nas nie powinna myśleć? Fuj. Jej zażenowany wyraz twarzy tylko potwierdza to, o czym każda z nas pomyślała. Pokój Zośki jest tuż obok salonu, w którym śpią rodzice, więc nie dziwię się, że zdarza jej się słyszeć nieprzyzwoite dźwięki. Jak ja jej współczuję.
- Luz, mam dobrze wygłuszające słuchawki.
- Muszę uciekać, młoda. Widzimy się w środę tam, gdzie zawsze?
- A możemy w czwartek? W środę chyba pojadę z Polą na basen, ale dam ci jeszcze znać, okej?
- Jasne. Trzymaj się.
- Pa.
Wychodzę z jej pokoju i natykam się na mamę. Prawie na siebie wpadamy. W ręku trzyma ogromny pojemnik z sernikiem. Większy niż zazwyczaj. Od razu analizuję w głowie, czy oddałam jej ostatnio pojemnik, w który zwykle pakuje mi ciasto.
- To twój ulubiony, więc zapakowałam ci więcej.
- Dziękuję, mamo. Nie musiałaś.
- Jeżeli to za dużo, to weź jutro do pracy.
Ani myślę. Sernik jest mój i tylko mój. I zjem go dzisiaj.
- Zadzwonię w tygodniu - mówię, trzymając rękę na klamce.
Chcę jak najszybciej wyjść, zanim mama znowu zacznie temat wynajmu mieszkania. Jeszcze nie wiem jak, ale nie pozwolę się z niego wykopać. Jeżeli trzeba będzie, to będę strajkować. Przecież siłą mnie z niego nie wyrzucą. Prawda?
*
Poniedziałki w pracy zazwyczaj są spokojne. Początek tygodnia to przecież taki trudny dzień. Trzeba wrócić do pracy i obowiązków po leniwym weekendzie, choć tak bardzo nie ma się na to ochoty. Wszyscy powtarzają sobie w myślach: "Byle do piątku" i nikt nie wpada na genialny pomysł, żeby tydzień zacząć od wizyty w biurze podróży. Po co się katować. Owszem, zdarzają się śmiałkowie, a raczej desperaci, którym już tylko kilkudniowy pobyt w ciepłych krajach poprawi nastrój, nawet jeżeli na wyjazd będą musieli czekać kolejny miesiąc czy dwa.
Kończę robić ofertę nowych wycieczek na wystawę w oknie, kiedy odzywa się mój telefon. Zerkam na ekran i widzę, że to wiadomość od mamy. Natychmiast zalewa mnie fala niepokoju. Normalnie by zadzwoniła, nie ma w zwyczaju pisać SMS-ów, no chyba że chce przekazać coś, co mi się nie spodoba.
Tak jest też w tym przypadku.
Mamcia: Kończysz pracę o 15? Na 16 umówiłam rodzinę na oglądanie mieszkania. Wiem, że mieliśmy to jeszcze przedyskutować, ale nadarzyła się okazja. To znajomi kolegi z pracy ojca. Pokaż im wszystko, mam nadzieję, że masz porządek. I przekaż im, ile wynoszą wszystkie rachunki. Wiedziałaś, że podniesiono czynsz? Dobrze. Już nie przeszkadzam Ci w pracy. Zadzwoń, gdy od Ciebie wyjdą. Podobno to porządni ludzie.
Po moim trupie!
Taka jest moja pierwsza myśl. Nie wpuszczę tych ludzi do mojego mieszkania. Mojego!
- Po moim trupie - mamroczę pod nosem.
- Ala, masz już te oferty? Co się z tym tak ociągasz?
Jeszcze tego mi teraz brakuje.
Edyta potrafi być czasem wkurzająca. Podlizuje się szefowej, żeby mieć u niej względy. Ma jedynie tytuł technika obsługi turystycznej, a nie magistra tak jak ja, dlatego trzęsie gaciami i wykonuje swoje obowiązki z przesadną starannością. Czasem mam ochotę krzyknąć do niej, żeby wyluzowała, że szefowa i tak jej nie zwolni, bo jest z nas zadowolona.
Nasze biuro jest małe. Dwa stanowiska, jedno moje, drugie Edyty. Szefowa rzadko się u nas pojawia. Przeważnie przesiaduje w drugim, nieco większym punkcie.
- Muszę wyjść zadzwonić. Chcesz to skończyć za mnie? - pytam i widzę zaskoczenie na jej twarzy. Do tej pory nie robiła samodzielnie ofert.
- Ja?
- Sprawdź tylko, czy nie wkradł mi się jakiś błąd, i w ofercie last minute brakuje kilku zdjęć. Poradzisz sobie?
- Jasne.
Przesiada się do mojego komputera, a ja wychodzę przed lokal. Zamiast zadzwonić do mamy, dzwonię do Niny.
- Już myślałam, że pogniewałaś się na wieki wieków! - W jej słowach słychać ulgę. - Aleczko, ja naprawdę nie mogłam odrzucić tego stażu. I naprawdę zaproponowano mi go w ostatniej chwili. Przepraszam, przepraszam, przepr...
- No już, już. Nie dzwonię, żeby wysłuchiwać twoich przeprosin.
- Nie? A szkoda, bo przygotowałam sobie długą przemowę.
- Jeszcze będziesz miała okazję ją wygłosić, więc mam nadzieję, że ją spisałaś. A teraz się skup. Mam big problemejszyn - mówię, a potem jęczę.
Brzmi to bardziej, jakby złapał mnie nagle ból zęba.
Dziewczyno, wypluj te słowa! Bo jeszcze to dziadostwo przywołasz.
- Problemejszyn, powiadasz. Przyznaj, że nie umiesz żyć bez moich cennych rad.
- Nina! To poważna sprawa.
A potem wszystko jej opowiadam.