Rozdział pierwszy
WES
- Stary, pijesz Mang-O-Ritę.
Wbijam wzrok w puszkę i kiwam głową bez cienia wstydu. Owszem, piję. Mam
też na sobie ucięte byle jak dresy i jaskrawopomarańczową hawajską
koszulę, którą włożyłem na jakieś wesele na Hawajach. Mój strój bardzo
różni się od doskonale skrojonych garniturów i krawatów, które noszę
zazwyczaj.
- Żeby to jeszcze była Lime-A-Rita - ciągnie Caden, mój najlepszy
przyjaciel. - Z limonką. Coś kwaśnego. Ale to jest mango, stary! Słaby
soczek dla bab.
Powiedz mi coś, czego nie wiem.
Babski drink, bez wątpienia. Jednak tylko to mi po niej pozostało.
- A o co chodzi z tą apaszką?
No dobrze, mam jeszcze jej chustkę. Znalazłem ją w szafie w przedpokoju
i przez dobre półtorej godziny wwąchiwałem się w nią, jednocześnie
wyjadając pałeczkami zimny makaron lo mein zamówiony na obiad. Wąch,
stuk, wąch, stuk. Powtarzałem cykl, aż makaron się skończył. A potem
kontynuowałem, podnosząc z ziemi i zjadając nitki, które mi wypadły.
Chyba widzicie, o co chodzi: jestem chodzącą kupką nieszczęścia.
- I czemu właściwie owinąłeś sobie nią głowę?
Bo ona tak by ją nosiła...
- Było mi zimno - odpowiadam, unosząc podbródek. Dobrze mu powiedziałem.
- A ta Joni Mitchell w tle? Clouds and illusions? Co to za szit?
Smutny. Smutny szit, nic dodać, nic ująć. Nie mogę się powstrzymać:
wciągam zapach końcówki apaszki, którą mam na głowie, przyciskam do
piersi puszkę z moim babskim drinkiem i zaczynam się bujać... bujać,
kurwa.
- I really don't know love at all... - nucę cicho, odchylając się w stronę nieba, a wspomnienia kobiety, którą kocham, przelatują mi przez
głowę.
Tęsknię za...
Poduszka uderza mnie w twarz, apaszka spada, a mój babski drink rozlewa
się po rażąco pomarańczowej hawajskiej koszuli.
- Co jest? - pytam, odsuwając od siebie kapiącą puszkę, i prostuję się
na kanapie. Caden siada obok.
- Stary, musisz się pozbierać - mówi i rozgląda się po mieszkaniu. -
Kiedy ostatni raz tu sprzątałeś? Wali tu kozim serem i... - zawiesza głos
i zaciąga się - ...i czipsami. Konkretnie Doritos.
To pewnie dlatego, że wczoraj wieczorem gniotłem je w dłoni, pozwalając,
by odłamki kukurydzianych chrupek wbijały mi się w dłonie. Dałbym
wszystko, żeby choć na chwilę odwrócić uwagę od bólu złamanego serca.
Ale akurat to nie działa.
- Wyjechałem na parę dni, wracam i co widzę? Nieogoloną, cuchnącą wersję
Współczesnego Dżentelmena. Co tu się, do cholery, stało?
Wszystko. Musiało tak być i mogłem się spodziewać, że tak to się
skończy. Moi czytelnicy z łatwością przewidzieliby taki, a nie inny
rozwój sytuacji; wynik mojego "eksperymentu". Większość z nich pewnie
śmiała się w duchu, czytając moje cotygodniowe felietony. "To się na nim
zemści. Będzie bolaaaało" - myśleli.
I rzeczywiście. Poczułem to na własnej skórze.
Ale przecież spotkanie dwóch osób przy psiej kupie niekoniecznie oznacza
"początek największego romansu w historii świata". Tak... to było do
przewidzenia.
Psia kupa. Dobrze przeczytaliście. Miłość mojego życia poznałem nad psią
kupą.
A straciłem ją, bo mój szef wpadł na "genialny" pomysł podkręcenia
treści prowadzonej przeze mnie rubryki.
Westchnąłem i wziąłem kolejny łyk sikacza.
- Rzuciła mnie, stary.
Kumpel wytrzeszcza oczy, otwiera usta, sekundę później je zamyka,
najwyraźniej zastanawiając się, w którym kierunku najlepiej poprowadzić
tę rozmowę. Ale ja wiem, co chciał powiedzieć.
- Dowiedziała się? - pyta w końcu, krzywiąc się lekko.
Kiwam głową. Wiem, co teraz będzie.
- Tak jest. A jeśli powiesz: "A nie mówiłem?", to zrobię z twoich jajek
jajecznicę.
- To może: "Przecież cię ostrzegałem"? - Uśmiecha się złośliwie.
- Jakby to, kurwa, nie było to samo - prycham i rozlewam się na kanapie,
czując, jak bardzo żałuję wszystkich decyzji, które podjąłem w ciągu
ostatnich dwóch miesięcy.
Siedzimy w milczeniu, a ciężar mojej straty wisi nad pomieszczeniem. Ona
była jedyna w swoim rodzaju. Wyjątkowa nie tylko dla mnie, lecz także
dla moich przyjaciół. Biła od niej niewinna energia czystej radości,
której nikt nie potrafił się oprzeć, a już najmniej Caden. Nieraz
namawiał mnie, żebym do wszystkiego jej się przyznał. Ale ja za bardzo
się bałem, że stracę pracę.
Kurwa, bałem się, że to ją stracę.
I patrząc z perspektywy czasu, doskonale widzę, że nie był to lęk
bezpodstawny.
Caden opiera splecione dłonie na kolanach i wzdycha.
- Wygląda na to, że masz tylko jedno wyjście. Musisz ją odzyskać.
Kręcę głową. To się nie uda.
- Powiedziała mi jasno i wyraźnie, żebym wczołgał się do swojego krocza
i utopił we własnym nasieniu. Jestem prawie pewien, że kiedy dziewczyna
życzy komuś śmierci z rąk jego nienarodzonych dzieci, to nie ma ochoty
na kontynuację znajomości.
- Czyli chcesz się poddać? To nie w stylu Współczesnego Dżentelmena.
Powiedz mi lepiej, co on by zrobił w takiej sytuacji? - pyta Caden,
mierząc mnie spojrzeniem. - Na pewno nie siedziałby z apaszką na głowie
i nie puszczałby Joni Mitchell.
Nie, nie, tego by nie zrobił. Pieprzona persona Współczesnego
Dżentelmena.
- Przede wszystkim Współczesny Dżentelmen nie przyjąłby takiego
nieuczciwego zlecenia od swojego szefa - odpowiadam z westchnieniem. -
Jezu, ten durny eksperyment to całkowite zaprzeczenie wartości
wyznawanych przez Współczesnego Dżentelmena. Jestem chodzącym
oksymoronem. - Dopijam drinka. - Albo po prostu zwykłym kretynem.
- Przez grzeczność nie przeczę. - Caden uśmiecha się i patrzy na mnie.
Dłonie wciąż ma splecione. - Ale stary. To... - Macha rękami, wskazując na
moją żałosną osobę. - Bardzo potrzebuję, by wróciła do twojego życia.
Jej brak zdecydowanie ci nie służy.
- Wiem. - Siadam wyprostowany i przecieram twarz dłońmi. - Ale nie mam
jak się z nią skontaktować. Niby jak miałbym to naprawić?
Caden klepie mnie po ramieniu i unosi kącik ust w uśmiechu.
- Najwyższy czas na staroświecki podryw, stary. Twoje współczesne
sztuczki nie podziałają na tę dziewczynę.
Odkrył Amerykę w konserwie. Moje współczesne zagrania nie miały szans na
nią zadziałać. To rzadki okaz; takie dziewczyny spotyka się może raz na
całe życie, była dla mnie tak idealna, że pozostało mi jedynie modlić
się w nadziei, że uda mi się zasłużyć na jej szacunek i udowodnić, że
jestem dla niej odpowiednim facetem. Jedynym facetem.
Co się wydarzyło, pytacie? Pewnie umieracie z ciekawości?
Cóż, opowiem wam wszystko po kolei i mniemam, że poczujecie ochotę, by
krzyczeć, że to nie ma szansy dobrze się skończyć. Pozwólmy sobie na
minutę ciszy i powiedzmy to w końcu: "Wes, jesteś idiotą".
Dobrze?
To świetnie.
Skoro to mamy ustalone, posłuchajcie, jak się ta historia zaczęła...
Rozdział drugi
Drogi Współczesny Dżentelmenie,
niedawno pojawiła się przede mną szansa, by wymyślić się na nowo. Nie
będę wchodził w szczegóły na temat mojej przeszłości, ale powiem tylko,
że chcę pozbyć się łatki nerda, która przyczepiła się do mnie w szkole
średniej, i przeobrazić się w klasycznego Współczesnego Dżentelmena.
Problem polega na tym, że w relacjach z dziewczynami nie umiem sprawić,
by widziały we mnie materiał na kogoś więcej niż przyjaciela. Co robić?
Z góry dziękuję za radę.
Z poważaniem
Stały Czytelnik
Drogi Stały Czytelniku,
gdy już będziesz zmieniał reeboki na skórzane półbuty od Stuarta
Weitzmana, spróbuj zapamiętać sobie następującą zasadę interakcji z płcią przeciwną. Niech to będzie motto wytatuowane na twojej duszy:
dżentelmen na ulicy, samiec alfa w łóżku. Co to właściwie znaczy?
Przytrzymaj dziewczynie drzwi, ale gdy przez nie przejdzie, klepnij ją
lekko w tyłek. Niech wie, że jesteś silnym i uprzejmym facetem z jej
snów, ale zerwiesz z niej ciuchy, gdy tylko znajdziecie się w domu.
Powodzenia, miły panie
Współczesny Dżentelmen
WES
DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
- Pozwól że przytrzymam! - wołam, podbiegając do szklanych drzwi
prowadzących do biura HYPE, jednej z najważniejszych korporacji
zajmujących się wiadomościami i mediami społecznościowymi w tym kraju.
- Dziękuję, Wes. To bardzo miłe.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiadam, skinąwszy głową. Mary,
kwoka-opiekunka całego biura, przechodzi przez drzwi, niosąc kawę, którą
zdobyła na siódmym piętrze. Siedziba firmy mieści się na piętrze
trzydziestym trzecim, ale ona uważa, że najlepszą kawę w całym Nowym
Jorku serwują na siódmym. To nie nasz teren. Okupują go księgowi i Mary
sądzi, że to właśnie oni - specjaliści od liczb - parzą czarny napój jak
nikt inny. Nie śmiałbym wchodzić z nią w dyskusję na ten temat.
Ja także dzierżę w dłoni kubek z kawą - czarną, z lokalnej kawiarenki
tuż za rogiem. Mijam recepcję, machając na przywitanie do Esmeraldy,
która jak zawsze już od rana walczy z nawałem telefonów. Uśmiecha się do
mnie przyjaźnie, odwzajemniając gest.
- Wes, chłopie. Oglądałeś wczorajszy mecz? - pyta Terrance, gdy mijamy
się w korytarzu.
- Yankees znowu dali radę, stary. Ten nowy tanio skóry nie sprzedaje.
Nie zdziwię się, jeśli tej jesieni nie będziemy wcinać hot dogów na
trybunach.
Po drodze do mojego biura witam się ze wszystkimi po imieniu:
- Dalilah, czy to nowa sukienka? Jo, jak tam Danny? Wyszedł już z tej
ospy? Rose, proszę, powiedz, że w pokoju socjalnym zostało jeszcze
trochę twoich boskich brownie.
Jeśli miałbym was czegoś nauczyć, to chciałbym, żebyście żyli dobrze z ludźmi, których macie wokół siebie. Zapamiętanie drobnych informacji na
czyjś temat i użycie ich w rozmowie może poprawić komuś humor.
Poranna rundka ciągnie się dalej. Przechadzam się po biurze, zagaduję
współpracowników, poprawiam przekrzywione krawaty i puszczam oko do
wszystkich, których zauważę. Gdy wreszcie docieram do swojego gabinetu,
przy drzwiach czeka już Caden. Trzyma w ręku tablet i wygląda na
zniecierpliwionego. Facet jest pracoholikiem, praktycznie nie ma życia
poza biurem i powinien być na prostej drodze do awansu na stanowisko
Chief Operating Officer. Niestety najpierw Frank Bellaton, nasz obecny
COO, musi odejść na emeryturę. Tak że jak na razie Caden zarzyna się w robocie, nie otrzymując zbyt wiele w zamian.
- Widzę zmarszczoną brew. Co się stało? - mówię na przywitanie.
Caden nie zaszczyca mnie spojrzeniem, wciąż patrzy w ekran tabletu.
- Frank zwołał spotkanie zespołu kreatywnego. Miał dziś kolejny sen -
odpowiada.
- Dobry Jezu - wzdycham, z trudem powstrzymując chęć przewrócenia
oczami, która pojawia się zawsze, gdy słyszę o snach Franka. - Nad
jakimi nieszczęsnymi duszami będzie się znęcał tym razem?
- A kto to wie? Nikt nie może czuć się bezpiecznie. Pamiętasz, jak
kiedyś kazał Jennifer przerobić wszystkie quizy, bo przyśniło mu się, że
pytania powinny być w kółkach, a nie w kwadratach?
- Zajęło jej to ładnych parę tygodni.
- No właśnie. - Caden potrząsa głową. - Powinien pozwolić dyrektorom
martwić się o content i skupić się na zarządzaniu.
Frank nie jest szczególnie zdolnym przywódcą, ale od czasu do czasu
zdarza mu się przebłysk geniuszu, dlatego firma jeszcze się go nie
pozbyła. Szkoda tylko, że członkowie zarządu nie mają pojęcia o jego
"snach".
Gdy przychodzi do pracy z rozmarzonym wzrokiem, ubrany w fioletową
marynarkę z gniecionego aksamitu i złote buty, wówczas wiemy, że czyjaś
praca zostanie postawiona na głowie. Zmiana jest wpisana w naturę
naszych stanowisk. Firma stanowi wiodące źródło wiadomości, produkuje
treści rozrywkowe, lifestyle'owe i bezmyślne testy, które w pięciu
prostych pytaniach powiedzą ci, którą księżniczką Disneya jesteś. Ciągle
ewoluujemy, by nadążyć za zmieniającymi się oczekiwaniami naszych
czytelników i czytelniczek. Na szczęście moja działka zmianom się opiera
- prowadzę kącik porad dla facetów, którzy chcą się przeobrazić w pełnych klasy i seksapilu dżentelmenów. Oni piszą, a ja odpowiadam.
Prosta forma cieszy się popularnością i przynosi naprawdę niezłe
zarobki.
- Kiedy to spotkanie? - dopytuję, jednocześnie wchodząc do biura i odpalając komputer.
- Za pięć minut.
- Cudownie. - Nawet nie siadam przy komputerze. Zabieram tylko tablet,
żeby robić notatki, kawę wciąż trzymam w drugiej dłoni. Będzie mi
potrzebna. Frank nie lubi się spieszyć na zebraniach. - Pójdziemy razem
do konferencyjnej?
- Właśnie dlatego na ciebie czekałem - odpowiada Caden, nie odrywając
oczu od tabletu, nawet gdy wychodzimy z biura; nie patrzy na drogę, ale
sprawnie omija wszelkie przeszkody.
- Roman odzywał się rano? - pytam, biorąc łyk kawy.
- Nie, ale dzwonił do mnie wczoraj wieczorem.
- A więc do ciebie też?
Caden parska śmiechem.
- Jestem prawie pewien, że obdzwonił cały Manhattan. - Wzdycham. - Co ci
mówił? - dopytuję.
Caden unosi głowę na sekundę i mruży oczy, próbując sobie przypomnieć.
- Coś o sześciu ognistych szotach.
- Tak, to jego nowy ulubiony drink. Be Pięćdziesiąt Dwa. Irish cream,
Kahlua i Triple sec. Wypił sześć? Kiedy dzwonił do mnie, był dopiero
przy czwartym.
- Czy powinienem czuć się urażony, że zawsze najpierw dzwoni do ciebie?
Mam wrażenie, że przypomina sobie o mnie, dopiero kiedy napruje się jak
świnia.
Chichoczę i klepię Cadena po plecach.
- Stary, nie ma czego zazdrościć. Po sześciu szotach nie da się z nim
gadać, strasznie się rozkleja. Do ciebie dzwoni Roman Rozrywkowy, który
plecie, co mu ślina na język przyniesie. A do mnie Roman Płaczek, który
chlipie w słuchawkę.
- Ale serio płacze?
- Prawie.
O wilku mowa. Skręcamy korytarzem i oto w sali konferencyjnej widzimy
Romana. Siedzi w głębi stołu, w okularach przeciwsłonecznych, ledwo
zapiętej białej koszuli - zauważalnie wymiętej. Charakterystyczną grzywę
czarnych włosów ma w nieładzie. Nie wrócił wczoraj do domu; delikatny
świeży zarost uniknął golenia.
Głowę opiera o dłoń, rękę opiera o blat stołu. Oto pracownik gotowy do
pracy. Pojękując, pociera skroń. Podchodzimy bliżej. Jest wyraźnie
wczorajszy. Nie da się tego ukryć.
- Dobrze się bawiłeś? - pytam, a stukot tabletu odstawionego na blat
sprawia, że Roman krzywi się boleśnie. Caden i ja zajmujemy miejsca,
szykując się na kolejną pijacką opowieść kumpla.
Roman oddycha głęboko i patrzy przed siebie.
- Stary, Love Swipe mnie pokonało - mówi.
Przewracam oczami, słysząc nazwę obecnie najpopularniejszej w Nowym
Jorku aplikacji do randkowania.
- Jeden swipe w prawo i skończyłem na mieście z piersiastą blondynką,
której ulubionym zajęciem jest ssanie palców u stóp. Od wczoraj boję się
spojrzeć na swoje - mówi, po czym prostuje i podnosi nogę pod stołem
konferencyjnym. - Zdejmij mi but. Czy jeszcze mam paznokcie? Na miłość
boską, po prostu to zrób. Muszę znać prawdę.
Odtrącam jego stopę.
- Roman, szanuj się. Wyglądasz jak gówno, a jesteś w pracy. Frank
wyrzuci cię na zbity pysk, jeśli się nie pozbierasz.
Kumpel zdejmuje okulary i patrzy mi poważnie w oczy.
- Przyszedłem tu na piętach, przysięgam. Ta dziewczyna naprawdę coś mi
zrobiła. Mam wrażenie, że moje paluchy zostały gołe i wesołe. Czuję, jak
krwawią.
- Zajmiemy się nimi później. - Zerkam na zegarek i klepię Romana w brzuch. - A teraz się wyprostuj, zapnij porządnie koszulę i włóż ją w spodnie. I odłóż te okulary. Frank już jest na ciebie cięty, nie
potrzebujesz dostarczać mu kolejnych powodów do zwolnienia.
Frank nie zwolnił Romana do tej pory wyłącznie dlatego, że facet jest
piekielnie dobry w tym, co robi. Sprawuje funkcję zastępcy kierownika
działu marketingu i choć nie umie się zachowywać jak dorosły, to w pracy
potrafi się spiąć i ciągnie dobrze naoliwioną maszynę, dzięki czemu rok
po roku kończymy bilans na plusie. Zna przy tym firmę od podszewki,
lepiej niż kto inny, mimo że potrafi przyjść do pracy na kacu cztery dni
w tygodniu.
- Ale obiecujesz, że obejrzysz moje stopy?
- Chryste. - Poprawiam zegarek. - Tak, ale pozbieraj się wreszcie. Czy
moje nauki poszły w las? Piłeś rano drinka na kaca?
- Stary, wciąż mam w kieszeni spodni majtki tej blondynki - odpowiada
Roman, wciskając koszulę w spodnie. - Nie miałem jak wypić tego drinka
przed przyjściem do biura. Gdyby nie Polly, która zaprowadziła mnie
tutaj i dała kawę, pewnie zasnąłbym przy biurku.
Polly to asystentka Romana i kolejny powód, dla którego jeszcze go nie
zwolniono. Chroni mu tyłek każdego dnia i zasługuje na każdy cent
niemałej premii, którą dostaje na koniec roku.
Rozmowę przerywa pojawienie się w sali kolejnych uczestników zebrania.
Na końcu wchodzi Frank i zamyka za nimi drzwi. Roman automatycznie
prostuje się na krześle i zaczyna wyglądać jak dobry pracownik, którym
jest... lub dobrze udaje, że jest.
- Dzień dobry wszystkim. - Szef prostuje się i zapina guziki rzucającej
się w oczy fioletowej marynarki. Rozgląda się po pomieszczeniu. Jego
bródka jest dłuższa niż trzeba, a brwi zdecydowanie zbyt cienkie; Frank
łamie wszelkie zasady estetycznego zarostu. - Jak tam weekend? - pyta,
poprawiając spinki do mankietów.
Nie czekając na odpowiedzi, składa dłonie i zaczyna się przechadzać. Nie
w tę i we w tę, od ściany do ściany - krąży dookoła stołu, unosząc dłoń
i przecinając nią powietrze nad naszymi głowami, jakbyśmy byli w przedszkolu i grali w "Chodzi lisek koło drogi". Osoba, przy której się
zatrzyma, może być pewna, że spłynie na nią "błogosławieństwo" w postaci
idiotycznego pomysłu na rewolucję zawodową.
- Ostatnio sporo się zastanawiałem nad tym, jak prezentujemy się w mediach społecznościowych, i doszedłem do wniosku, że coś przeoczyliśmy.
O rety, no to lecimy z tym koksem... Frank zatrzymuje się za Cadenem i kładzie mu dłonie na ramionach, rozglądając się po pozostałych.
Doskonale widać, że chłopak się spina. W myślach robię notatkę: pogadać
z nim o kontrolowaniu mowy ciała.
- Jak myślisz, czego nam brakuje? - dopytuje szef.
- Więcej nowinek? - zgaduje Caden.
- Nie. - Frank zwalnia uścisk. - Wiadomościami niech zajmie się CNN -
dodaje, po czym zwija dłonie w pięści i unosi je na wysokość ramion. -
Brakuje nam osobowości - mówi i przechodzi do szczytu stołu. - Kto z was
wykorzystuje w pracy doświadczenia ze swojego życia?
Nikt nie podnosi ręki - i nic dziwnego. Wszyscy dbamy o rozdzielanie
życia zawodowego i prywatnego. Ja daję porady głosem Współczesnego
Dżentelmena i faktycznie stosuję się do jego zasad, ale nie dzielę się z czytelnikami moimi osobistymi przeżyciami. Nie jestem typem
człowieka-anegdoty. Lubię, kiedy jest prosto i gdy te sfery się nie
mieszają.
- I o tym mówię! - Frank macha wyprostowanym palcem z satysfakcją. - I przez to tracimy ogromną szansę. Kim są ludzie tworzący agencję HYPE?
Czym zajmują się po wyłączeniu komputerów na koniec dnia pracy? Jakie
mają pasje? Co ich interesuje? Może chodzą na zajęcia z gotowania?
- Czy Love Swipe liczy się jako hobby? - mruczy pod nosem Roman.
Kątem oka widzę, jak Caden szturcha go w bok, ale ten tylko śmieje się
pod nosem.
Frank ponownie zaczyna się przemieszczać, a jego ruchy są przesadnie
zamaszyste. Dłonie znów wiszą nad głowami pracowników.
- Nasza firma musi mieć ludzką twarz. Złapać kontakt z czytelnikami,
pokazać im, że nie są sami w tym szalonym, nieprzewidywalnym świecie.
Rozsiadam się wygodnie, słuchając przemowy Franka jednym uchem i ciesząc
się, że jestem zwykłym, skromnym autorem felietonów. Wnosząc po
entuzjazmie szefa, już współczuję kolegom i koleżankom, na których
spadnie ciężar realizacji jego pomysłów.
- Dlatego przygotowałem dla was nowe zadania. It's time to get
personal... personal - podśpiewuje Frank, fałszując, swoją wersję hitu
Let's Get Physical. Jezu, niezły z niego oryginał. Duchowy potomek
dziwactw Johnny'ego Deppa i entuzjazmu Michaela Scotta. Drugiego takiego
nie znajdziecie.
Frank kroczy przez salę i wreszcie zatrzymuje się przy Darli. Opiera jej
dłonie na ramionach, a przez twarz kobiety przebiega wszystko mówiący
grymas.
- Darla, twoje filmiki z gotowaniem są ciekawe, ale musisz pogłębić
temat. Chcę, byś przez następny miesiąc zapraszała subskrybentów do
swojej kuchni i pokazywała im, jak gotujesz. Ze szczegółami. Wieczorny
rytuał przy kuchence. W fartuszku, z papierową torbą z zakupami na
blacie. Koniecznie z promiennym uśmiechem.
Boże, to powinno być zabronione. Dziewczyna kiwa głową i notuje. Biedna
Darla.
Wyciągam nogi i opieram się jeszcze swobodniej, zastanawiając się, kogo
weźmie na celownik w następnej kolejności.
- Keith...
O cholera. Keith prowadzi dział treści dla dorosłych.
- ...męskie strefy erogenne. Opowiedz, czym są. Jak je pobudzić? Jak
sprawić, by drżały z rozkoszy? Chcę, byś w tym miesiącu podjął się
eksperymentowania ze swoim ciałem. Przetestuj różne techniki, które
działają na męskie strefy intymne.
O kurwa. Z trudem duszę śmiech, patrząc, jak z twarzy Keitha odpływa
cała krew.
- Charmaine, chcę, byś zajęła się tym samym, ale z kobiecej perspektywy.
Skup się na tym, co podnieca ciebie, nie chcemy ogólnych treści.
Oczekuję, że naprawdę zbadasz temat głęboko.
- Im głębiej, tym lepiej - mamrocze pod nosem Roman i parska śmiechem
jak niedojrzały, skacowany dupek. Którym jest.
Frank rozdziela następne trzy zadania. Sprawdzanie genetyczne drzewa
genealogicznego - nie brzmi tak źle, dopóki szef nie oznajmia, że
artykuł musi być opatrzony prawdziwymi zdjęciami rodziny. Tekst o ciąży
- próbował go zlecić Sunny, która jako jedyna jest obecnie w ciąży, ale
kiedy zażądał relacji z wizyt u ginekologa, dziewczyna zasłoniła się
przepisami prawa pracy. I bardzo dobrze. A na koniec - zmagania z trądzikiem u dorosłych.
Biedny Greg. Trzymaj się, chłopie.
Trzymam krawędź blatu, w każdej chwili gotowy wstać od stołu, bo
spodziewam się, że to już koniec przedstawienia. Frank omawia szczegóły
opracowania z Gregiem. Maseczki z węglem aktywnym, nagrywane w zwolnionym tempie - to ma być główny gwóźdź programu. Zerkam na zegarek.
Zebranie trwa już ponad godzinę. Ucieszyłbym się, gdybyśmy porzucili już
temat wągrów i krost.
- Umrę, jeśli zaraz stąd nie wyjdziemy - jęczy Roman. - Potrzebuję wody
albo cheeseburgera, żołądek wywróci mi się zaraz na drugą stronę. Chyba
jeszcze nigdy nie byłem tak blisko śmierci.
- Następnym razem nie pij tyle, to nie będziesz się tak czuł -
odpowiadam szeptem, nachylając się w jego stronę.
- Ej, mówiłem już, że trafiłem na wariatkę. Wypiła chyba tyle wódki, ile
sama ważyła. Musiałem dotrzymać jej tempa.
- Nie musiałeś. Wystarczyło, żebyś...
- A teraz ostatni uczestnik, Wes.
Ee... że co?
Odwracam się, a za mną stoi szeroko uśmiechnięty Frank. Widzę jak w zwolnionym tempie, że jego dłoń wędruje od klapy fioletowej marynarki na
moje ramię. Mam ochotę rozpuścić się jak masło i spłynąć z krzesła,
zniknąć - zrobić cokolwiek, byle nie pozwolić się dotknąć. Bo wiem, że
ten dotyk może zmienić trajektorię mojego życia zawodowego.
- Nie ukrywam, że to zadanie cieszy mnie najbardziej. To właściwie
eksperyment.
Eksperyment? O cholera. Przelotna myśl o zwolnieniu pojawia się w mojej
głowie, ale zaraz ją odpycham. Bez pracy nie zapłacę czynszu za
mieszkanie z widokiem na Central Park West. A nikt nie będzie mi płacił
tak dobrze jak Frank, tego jestem pewien.
- Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, ile wniosła do HYPE popularność
felietonów Współczesnego Dżentelmena. Uważam, że czas podnieść
poprzeczkę.
Kątem oka widzę, jak Roman chowa twarz w dłoniach, tłumiąc chichot.
Kretyn.
- Twoje porady są świetne, ale chcę je zobaczyć w działaniu. Twoje nowe
zadanie, Wes, brzmi: koniec z życiem singla.
Przepełnia mnie groza. Koniec z życiem singla? Jakby to ode mnie
zależało. Po prostu nie znalazłem jeszcze odpowiedniej dziewczyny.
- Bardzo lubię czytać twoje teksty, ale jeśli przyjrzeć się temu z bliska, są to rady bez pokrycia. Jesteś kawalerem, który udziela porad
na temat randkowania, posługując się wykreowaną przez siebie personą.
Najwyższa pora, by Współczesny Dżentelmen sprawdził, czy jego mądrości
naprawdę działają.
Nie podoba mi się to, co słyszę.
- Tym samym przeprowadzisz nas przez proces wchodzenia w związek i bycia
w związku tak, jak zrobiłby to Współczesny Dżentelmen. Pokaż nam, że to
naprawdę możliwe. Że we współczesnym społeczeństwie zdominowanym przez
media cyfrowe, związki online i falę rozwodów faktycznie da się znaleźć
miłość dzięki szarmanckiej postawie - opowiada Frank i mocno zaciska
dłonie na moich ramionach. - Nie mogę się doczekać - dodaje, po czym
odwraca się do pozostałych zebranych. - Przypomnij sobie film Jak
stracić chłopaka w dziesięć dni i pomyśl, że chodzi o odwrotną
sytuację. Pokaż swoim czytelnikom, współczesnym dżentelmenom, jak należy
zdobywać kobietę. Spodziewam się raportów z postępów waszych działań i konkretnych artykułów na koniec każdego tygodnia. Materiał ma być gotowy
za miesiąc, więc zabierajcie się do roboty. Jeśli macie jakieś pytania
bądź uwagi, przekażcie je kierownikom swoich działów. To by było na
tyle.
Przeprowadzisz nas przez proces.
Jakby to było takie łatwe - wyjść na miasto, poznać kogoś i zacząć się z nim umawiać na potrzeby pracy.
Wstaję z krzesła z tabletem w dłoni, wciąż czując na barkach
nieprzyjemny ciężar, gdy moje oczy napotykają spojrzenie Franka.
- Naprawdę ekscytuje mnie myśl o twoim zadaniu, Wes. Masz szansę
odświeżyć wizerunek współczesnego mężczyzny. Pokazać, że nie chodzi mu
tylko o piwo, seks i pieczone skrzydełka z kurczaka, a o zadbany zarost,
dobre ubranie i odpowiednie techniki uwodzenia w sypialni.
Tym razem nie jestem w stanie powstrzymać się od wykrzywienia ust.
- Frank, z całym szacunkiem, ale nie sądzisz, że to zbyt osobista
sprawa? Czy mówienie o moim życiu seksualnym to nie za dużo?
- Absolutnie nie. Właśnie o to chodzi. Prawdziwe życie. Właśnie to kręci
ludzi. Możesz sobie pisać, co chcesz, ale dopóki nie sprawdzisz swoich
zaleceń na polu walki, nie jesteś wiarygodny. Czas udowodnić, że
zasługujesz na tytuł Współczesnego Dżentelmena - odpowiada i klepie mnie
po plecach. - Dawaj, poradzisz sobie. Masz tydzień na znalezienie
odpowiedniej kobiety. A jeśli okaże się, że to za mało, wówczas ja sam
ci pomogę - dodaje, po czym poprawia zapięcie guzików w marynarce. - Dla
ciebie lepiej jednak, żeby do tego nie doszło.
I z tymi słowy opuszcza salę konferencyjną, pozostawiając mnie z zanoszącymi się od śmiechu Romanem i Cadenem.
- No, stary, baw się dobrze - rzuca Roman, po czym łapie się za brzuch i wlecze się w stronę swojego gabinetu.
Wciąż w szoku, patrzę na Cadena, ale ten tylko wzrusza ramionami.
- Nie będę owijał w bawełnę: twoje życie właśnie wyraźnie się
pogorszyło.
Nie mogłem się nie zgodzić. Zadanie było absolutnie koszmarne.
Rozdział trzeci
Drogi Współczesny Dżentelmenie,
nawaliłem. Od miesięcy próbuję zaprosić na randkę pewną dziewczynę, ale
po wczorajszej akcji wątpię, żeby chciała mieć ze mną jeszcze do
czynienia. Pracujemy razem i akurat tak się zdarzyło, że oboje
zostaliśmy po godzinach. Próbowałem zachować się uprzejmie i zapytałem,
czy mogę odprowadzić ją do samochodu. W głowie powtarzałem sobie: "Myśl
o Współczesnym Dżentelmenie. Co on zrobiłby w twojej sytuacji?". Gdy
dotarliśmy do auta, lęk i niepewność musiały przejąć stery, bo
powiedziałem jej, że wygląda naprawdę szykownie. Szykownie. Chyba nigdy,
przez całe życie, nie użyłem tego słowa. Nikt tak nie mówi i to od
ładnych paru dekad. Zmarszczyła nos i podziękowała mi uprzejmie, ale
sztywno, więc domyślam się, że wzięła mnie za dziwaka. A potem szybko
wsiadła do samochodu i odjechała, zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek na
swoje usprawiedliwienie. Nie wiem, co mogę z tym zrobić. Ratunku!
Szykowny Gość
Drogi Szykowny Gościu,
nie powiem, gruba sprawa. Kiedy namawiam was do obudzenia wewnętrznego
dżentelmena, to nie mam na myśli wizerunku elegancika z lat 20. XX
wieku. Ale nie martw się, nie wszystko stracone. Dobra wiadomość jest
taka, że udało ci się powiedzieć jej komplement. Niecodzienny, ale
jednak. Dlatego potraktuj to jako punkt wyjścia. Mów jej miłe rzeczy,
nawet codziennie, ale posługując się bardziej współczesnym słownictwem.
Jest na przykład takie słowo "klawy" - trochę bardziej młodzieżowe.
*Żarcik* Jesteś, mimo wszystko, na dobrej drodze. Myślę, że kiedyś
będziecie się z tego śmiali.
Powodzenia, miły panie
Współczesny Dżentelmen
WES
POLOWANIE
- Zarejestrowałem cię - przekazuje Roman, siadając na stołku barowym
obok mnie. - Twój login to Wielka Pała Sześćdziesiąt Dziewięć, do
profilu wziąłem zdjęcie z bazy danych pracowników. Proszę bardzo, możesz
przeglądać - oznajmia i wyciąga rękę z telefonem w moją stronę. Nie
ruszam się.
- Nie będę korzystał z Love Swipe, ile razy mam ci to powtarzać? A już
na pewno nie z ksywką Wielka Pała Sześćdziesiąt Dziewięć.
- Wes, zostały ci trzy dni, potem Frank weźmie sprawy w swoje ręce. Od
czterech dni wychodzisz na miasto, ale do nikogo nawet nie zagadałeś.
Nie wygląda to najlepiej.
- On ma rację. - Caden upija łyk ze szklanki. - Twoje szanse na
znalezienie kogoś sensownego nie prezentują się obiecująco. Też uważam,
że czas na Swipe.
- Nie ma mowy. Jezu. - Biorę łyk whisky i zasysam policzki od alkoholu
palącego moje kubki smakowe. - Mówimy o Współczesnym Dżentelmenie. Nie
ma mowy, żeby on szukał związku na Love Swipe.
- To może Bumble? - proponuje Roman. - To apka dla miłych dziewczyn, i to do nich należy pierwszy ruch.
- Nie zamierzam korzystać z aplikacji.
- Ale czemu nie? Takie czasy. Dzięki apkom masz dostęp do tysięcy
potencjalnych partnerek. Czemu nie zrobić z tego użytku? - dopytuje
Roman, wyraźnie urażony, że nie chcę go słuchać. - Znam masę ludzi,
którzy w internecie poznali miłość swojego życia.
- Moja siostra tak miała - wtóruje mu Caden. - Jest z gościem piąty rok.
Wzdycham i siadam tyłem do baru, opierając się o kontuar. Przyglądam się
ludziom.
- Nie mam nic przeciwko portalom randkowym, szczególnie jeśli używa się
ich z głową. To świetna sprawa, zwłaszcza dla osób, którym, podobnie jak
twojej siostrze, nieco brakuje pewności siebie, albo takich jak twój
szwagier, który miał problemy ze znalezieniem kogoś dorównującego mu
poziomem intelektualnym. Nie o to mi chodzi.
- A o co? - dopytuje zirytowany Roman.
- Po prostu nie tak sobie to wyobrażałem. Może i na co dzień korzystam z nowoczesnych rozwiązań, ale miłość swojego życia chciałem poznać w tradycyjny sposób.
Caden nachyla się do Romana i klepie go w kolano.
- Słyszałeś? Marzy mu się urocza scenka jak z filmu.
- Strasznie z niego romantyczny misio-patysio, co nie? - Roman kiwa
głową i uśmiecha się złośliwie.
- Ale z was dupki. Chciałbym móc opowiadać naszym wnukom o tym, jak się
poznaliśmy. Chciałbym, żeby to była naprawdę dobra historia, a nie że
przewinąłem ekran w prawo i tak to się zaczęło. Czy naprawdę oczekuję
zbyt wiele?
Roman upija drinka i też opiera się o bar.
- Ty naprawdę jesteś romantykiem - zauważa. - Ale dlaczego zakładasz, że
dziewczyna, którą poznasz, będzie tą jedyną? Przecież robisz to na
zlecenie szefa. Nie szukasz kandydatki na żonę.
- No właśnie - dodaje Caden i przerywa, bo dzwoni mu telefon. Zerka na
ekran i zsuwa się z krzesła. - Z roboty, muszę odebrać - wyjaśnia, po
czym zwraca się do mnie i mówi: - Wybierz kogokolwiek. To tylko na
miesiąc. A potem możesz szukać miłości swojego życia tak, jak chcesz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki