* * *
W czasie okupacji nie było światła i prądu, spałam w ubraniu i butach.
Nieustannie słyszałam odgłosy wybuchów, spadających rakiet. To jest tak
wielki strach, że przestajesz cokolwiek czuć.
W Ukrainie nie ma bezpiecznych miejsc. Na twarzach ludzi w Kijowie, w Połtawie, Charkowie, Donbasie czy we Lwowie widzimy smutek i strach.
Rosyjskie bomby przecięły bloki na pół. Przechodnie każdego dnia
oglądają wnętrza zniszczonych mieszkań. Dziury w ziemi pełne krzeseł,
ubrań, pościeli i zabawek dla dzieci. Mieszkańcy często byli świadkami
mordowania sąsiadów, bombardowania rodzinnych miast, tortur. Kobiety w olbrzymim stresie opuszczały swoje domy i zostawiały dobytek, martwiąc
się o życie mężów i ojców.
Rosyjscy żołnierze wielokrotnie zgwałcili mieszkankę Mariupola na oczach
jej synka. Ministerstwo Obrony Ukrainy podało, że kobieta zmarła z powodu obrażeń, a jej syn osiwiał. W wielu miejscowościach do gwałtów
dochodziło często w obecności dzieci. Mamy do czynienia z państwem
naznaczonym traumą i PTSD1.
W wieloletniej pracy reporterskiej zajmowałam się sprawami morderstw,
molestowania, systemów kar na dzieciach w szpitalach i sierocińcach.
Niektóre z tych spraw wiązały się z psychopatią na najwyższym poziomie
okrucieństwa. Po podróżach dokumentacyjnych w Ukrainie w marcu,
kwietniu i maju, w kluczowych momentach wojny, zostałam z przekonaniem o skumulowaniu najohydniejszych czynów ludzkich na terenie tego kraju.
Kijów znajduje się zaledwie parę godzin lotu od wszystkich stolic
europejskich grupy G7. W Europie dochodzi obecnie do niszczenia całego
narodu, jego psychiki, infrastruktury i ekonomii. Ta wojna obnażyła nasz
świat. Jeśli będziemy patrzeć, jak Władimir Putin równa z ziemią
suwerenne państwo, zabija bezbronnych, bombarduje szpitale, to nawet
jeśli unikniemy III wojny światowej, będziemy żyć w świecie bez
wartości. W świecie, którego nie warto już będzie ratować.
* * *
Wielu zastanawia się, czy w Ukrainie będzie kolejna Bucza? Prawda jest
taka, że tych Bucz jest mnóstwo. Na początku wojny Rosjanie weszli na
terytoria miast obwodu kijowskiego. Dzień po wyzwoleniu - 1 kwietnia -
wracam z Kijowa drogą żytomierską przez Makarów i Jasnohorodkę do Lwowa.
W Makarowie znaleziono 132 ciała zamordowanych Ukraińców, a blisko
połowa miasta została doszczętnie zniszczona. W miejscowościach, które
znajdowały się pod okupacją rosyjską, mieszkańcy są przepełnieni
cierpieniem, bezsilni, łkają podczas rozmów. Gdy podchodzę do
zbombardowanych miejsc, by zobaczyć skalę zniszczenia, żołnierze obrony
terytorialnej informują o pozostawionych przez Rosjan minach. Pytania,
które przygotowałam na kartkach notatnika w Warszawie, na miejscu
okazują się absurdalne.
- Najokrutniejsza była 64 Samodzielna Brygada Zmechanizowana - opowiada
mi kilka tygodni później Wołodymyr. - Pracuję w ochronie sklepu, przy
którym pani stoi2. To działo się tak szybko. 28 lutego rosyjskie
helikoptery opanowały lotnisko w Hostomelu. Pozwoliło to armii na
wprowadzenie profesjonalnego sprzętu wojskowego na teren obwodu
kijowskiego. Na świecie dużo mówi się o słabości wojsk rosyjskich,
rozlatującej się broni, braku umiejętności strzeleckich żołnierzy.
Niektórzy określają Rosjan jako "tchórzy". Wolałbym, by tak nie mówili.
Nie chciałbym zginąć z rąk nieudaczników. Ja widziałem co innego -
żołnierze rosyjscy w Buczy byli świetnie wyszkoleni. Szybko podzielili
miejscowość na sektory. Gdy zaczęli odnotowywać straty, myśleli, że
zdradzamy ich pozycje. Każdego traktowali jak szpiega. To wtedy zaczęli
zabijać. Jeden ze snajperów strzelał z okna do przechodniów i rowerzystów. Do każdego w ten sam sposób. Później przy ulicy leżało
wiele trupów zabitych z jego ręki. O, tam jest masowy grób! Jeszcze
niedawno wystawały z niego ręce i nogi zamordowanych. - Wołodymyr
wyciąga rękę, pokazując zbiorową mogiłę obok cerkwi Świętego Andrzeja.
Przy cerkwi wiele osób chce ze mną rozmawiać, pokazać ślady. Mam
legitymację dziennikarską zawieszoną na szyi, akredytację armii
ukraińskiej, a mieszkańcy podkreślają, że zbrodnie nie powinny zostać
zapomniane.
- W przerwie między bombardowaniami uciekliśmy z naszego domu. Znajomy
został rozstrzelany przy głównej ulicy Borodzianki. Jego matka przez dwa
dni siedziała przy zwłokach. Nie chciała wypuścić syna z rąk - mówi
Michaił, który zaprosił mnie do swojego domu. Leży na łóżku. Jego twarz
wykrzywia ból. - Podczas ucieczki uderzyłem nogą o fragment broni.
Pokryła się krwią. Przez czas okupacji rosyjskiej nie mogłem zgłosić się
do lekarzy. Na ulicach czołgi, żołnierze traktujący broń jak zabawki.
Schroniliśmy się w budynku na obrzeżach miasta, wokół biegały szczury.
Przerażająca cisza przerywana ostrzałami. Głód powodował, że między
bombardowaniami czołgaliśmy się na pole, by odkopać stare ziemniaki. Gdy
wojsko rosyjskie opuściło Borodziankę, zgłosiłem się do szpitala. Ucięli
nogę, bo wdała się gangrena. Zakażenie prawdopodobnie przeniosło się na
drugą. Czekam na decyzję, czy ją także usuną.
Żona Michaiła przez cały czas naszej rozmowy szepcze:
- Mąż to dobry człowiek. Nie zasłużył na to. Nie pił alkoholu, nigdy nie
powiedział złego słowa o drugim człowieku. Zdrowo się odżywiał. Chciał
długo cieszyć się życiem.
Gdy kończy, powtarza te same słowa od początku.
W Ukrainie doświadczyłam dwóch sytuacji, które nie zdarzały mi się przy
wcześniejszych dokumentacjach. Po pierwsze, niemal każda ofiara wojny
przekonuje mnie, że ludzie na to nie zasłużyli. Mimo że nigdy taka myśl
w mojej głowie się nie pojawiła. Po drugie, bohaterowie przytulają mnie
mocno po rozmowie. Dotyczy to także wpływowych polityków. Gdy wychodzę z domu Michaiła, jego żona podbiega i daje mi na ręce małego kotka.
- Mąż szukał go mimo bólu w nodze. W czasie głodu pilnowaliśmy, by
maleństwo codziennie cokolwiek zjadło - mówi.
Kotek jest ufny, mruczy i wtula się w moje dłonie.
W tak okrutnym czasie mogę zauważyć, że zwierzęta: konie, psy i koty na
terenie obwodu kijowskiego zachowały dużą czułość dla człowieka.
Wiktoria, której stadnina koni znajduje się na tym terenie, tłumaczy mi,
że zwierzęta bały się nieustannych wybuchów, ich ciała drżały, lecz
mogły liczyć na mieszkańców Ukrainy. Wielu karmiło je, ryzykując
śmiercią z głodu.
- Od kilku lat moja mama ciężko choruje. Podczas ucieczki z Borodzianki
dzieci i sąsiedzi prosili, bym wzięła mamę i jechała z nimi - mówi
Halina.
Kobieta siedzi obok mnie na drewnianej ławce w wyraziście żółtym
swetrze, wyróżniającym się na tle zniszczonego, pełnego kurzu otoczenia.
Jej oczy wypełnione są łzami.
- Na miejscu, które zajmowałaby w busie moja mama, jadąc w pozycji
leżącej, mogło się zmieścić dziesięcioro małych dzieci. Nie chciałam
zabierać innym miejsca. Zdecydowałam oddać się w opiekę Bogu. Pięć
pierwszych dni było przerażające. Rosjanie tylko jeździli po ulicach i strzelali. Wyglądali, jakby przyjechali na wycieczkę. W czasie okupacji
nie było światła i prądu, spałam w ubraniu i butach. Nieustannie
słyszałam odgłosy wybuchów, spadających rakiet. To jest tak wielki
strach, że przestajesz cokolwiek czuć. Nie można było wyjść, nic kupić.
Proszę sobie wyobrazić mamę po miesiącu bez pampersów.
Halina wręcza mi modlitewnik.
- Widzi pani, jak wyblakł. Wieczorami odmawiałam różaniec i całowałam
strony, błagając o cud. Wiele budynków w Borodziance zawaliło się od
rosyjskich rakiet, a ludzie w piwnicach zostali pogrzebani żywcem. Teraz
myślę tylko, że bez pomocy świata byśmy tego nie wytrzymali.
Mama Haliny przetrwała drugi podbój. Borodzianka w latach 1941-1943
znajdowała się pod okupacją hitlerowską. Mieszkańcy mówią mi, że
Rosjanie byli tu bardziej okrutni od hitlerowców. Prokuratora Generalna
Ukrainy oznajmiła, że rosyjscy żołnierze używali do niszczenia budynków
amunicji kasetowej, którą wystrzeliwano w nocy, gdy najwięcej ludzi było
w domach. Władze Ukrainy informowały o żołnierzach, którzy "strzelali
dorosłym i dzieciom w twarz, wypalali oczy, odcinali części ciała,
torturowali". Moskwa zaprzeczała tym informacjom, twierdząc, że związane
ciała leżące na ulicach w obwodzie kijowskim oraz popełnione zbrodnie są
prowokacją władz ukraińskich. Mieszkańcy obwodu kijowskiego podkreślają,
że żołnierze strzelali do ludzi "dla zabawy". Nie było to związane z zachowaniem czy przeszłością wojenną danego mieszkańca. Idąc główną
ulicą Borodzianki, widzę wnętrza piętrowych bloków, zawalone piony,
czarne plamy spalonych mieszkań. Po drugiej stronie drogi stoi pomnik
ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki z kulą w skroni.
Kilka dni później żołnierze armii ukraińskiej w Donbasie opowiadają mi o małej dziewczynce gwałconej w Buczy do momentu, aż była w stanie
agonalnym. Podkreślają, że świadectwa z miejscowości okupowanych
powodują, iż mimo wyczerpania nie przestaną walczyć.
* * *
Według depesz opublikowanych przez WikiLeaks prezydent Rosji już w 2008
roku twierdził, że Ukraina jest sztucznym tworem. Putin nie uważał
Ukraińców za naród. Jego poglądy dotyczące tego państwa, mocarstwa
rosyjskiego czy praw człowieka były nam wszystkim doskonale znane.
Władimir Putin przekonuje, że Ukraina jest częścią Rosji: "Zacznę od
tego, że współczesna Ukraina została w całości stworzona przez Rosję. A dokładnie przez Rosję bolszewicką, komunistyczną. W naszych czasach
można ją nazwać Ukrainą Włodzimierza Iljicza Lenina. On jest jej
architektem" - podkreślił w orędziu na początku wojny.
Słowa prezydenta Putina nijak mają się do przekonań mieszkańców Lwowa,
którzy czas komunizmu wspominają z nieukrywanym wstrętem. W marcu Lwów
jest miastem prawdziwych sprzeczności. Z jednej strony działa tu
komunikacja miejska i sklepy spożywcze. Obszar pod względem tkanki
miejskiej przypomina Kraków, Wiedeń czy Pragę. Przy kawie siedzą ludzie
zatopieni w lekturze książek. Z drugiej - na ulicach widzimy żołnierzy z kałasznikowami i niebieskimi opaskami na ramionach, na drogach znajdują
się specjalne punkty kontrolne, ulice wypełnione są uciekinierami z Charkowa, Donbasu, miast obwodu kijowskiego, rozmawiającymi o strachu i wojennych zniszczeniach. Uchodźcy w ogromnych kolejkach czekają na
możliwość przekroczenia granicy z Polską.
Za dnia przeprowadzam wywiady z politykami i wojskowymi. Nocuję u kolegi
z Ukrainy. Zaprasza znajomych, między innymi z urzędu miasta, i długo
rozmawiamy o aktualnej sytuacji w kraju. 18 marca o poranku budzą mnie
syreny. Następuje pierwszy atak rakietowy na Lwów. Politycy po wczesnej
pobudce i godzinach spędzonych w schronach są zmęczeni i zdenerwowani.
Rozmowy odbywają się w podniosłej atmosferze.
- Może nie powinnam ratować witraży, gdy giną ludzie? - pyta Liliya
Onyshchenko, szefowa departamentu zabytków. - Lwów to unikatowe miasto -
podkreśla. - Na niewielkim obszarze 150 hektarów zachowała się
architektura różnych epok, współgrająca ze sobą. To dziedzictwo Ormian,
Polaków, Niemców, Ukraińców, Żydów... Po wybuchu wojny rozpoczęliśmy od
zabezpieczania okien i witraży, bo w trakcie ataków najłatwiej ulegają
zniszczeniu. Nie wiedzieliśmy, w jaki sposób zająć się zabytkami. Bo kto
ma takie doświadczenie? Skontaktowaliśmy się z polskim konserwatorem,
który pracował w Syrii. Pomógł nam zrozumieć, w jaki sposób chronić
obiekty w tak trudnym czasie. Nie mamy złudzeń. Widzimy, co się dzieje
na Wschodzie. Ci barbarzyńcy nie mają żadnych skrupułów. Lwów
przynależał do różnych państw. W czasach austro-węgierskich rozkwitł,
szczególnie zadbano o budynki administracyjne, miasto stało się centrum
działalności naukowej i kulturalnej. Kwitło życie akademickie. Po I wojnie światowej Lwów należał do Polski. Miasto było wówczas jednym z głównych ośrodków sztuki i turystyki. Natomiast w czasach socjalizmu
przestano zwracać uwagę na dziedzictwo i zabytki, liczył się przemysł.
Wielu naukowców trafiło wówczas do sowieckich więzień. To najgorszy
okres w historii. I nigdy o tym nie zapominamy. Celem Putina jest
unicestwienie naszej kultury i sztuki. Nigdy nie zgodzę się na utratę
mojej tożsamości. Będę tu do ostatniego momentu. Ale przyznaję, że wolę
umrzeć, niż znaleźć się pod okupacją rosyjską. Pyta pani o mentalność
Ukraińca? Skupiamy się na swoim życiu, nie wchodzimy nikomu w drogę, ale
jak nas zaczepią, zachowujemy się jak mrówki. Zbieramy się w grupę i walczymy jako zwarta grupa. Obserwowaliśmy to podczas pomarańczowej
rewolucji i euromajdanu, widzimy i teraz.
- Dla nas wojna zaczęła się w 2014 roku - stwierdza Taras Ishchyk,
oficer prasowy 103 Oddzielnej Brygady Sił Obrony Terytorialnej Sił
Zbrojnych Ukrainy, który podszedł do mnie w centrum prasowym.
Na początku wojny obowiązuje we Lwowie prohibicja. W centrum prasy,
zorganizowanym obok rynku miasta, przy bezalkoholowym piwie dyskutują
dziennikarze z całego świata. Taras usłyszał, że jestem z Warszawy.
Podkreślił, że mówi w języku polskim i może udzielić mi wszelkich
informacji.
- Przez osiem lat przygotowywaliśmy się do różnych scenariuszy.
Natomiast mam wrażenie, że żołnierze rosyjscy nie wiedzą, po co tu są.
Nie mają motywacji, by walczyć. Może tylko Władimir Putin wie, dlaczego
tę wojnę zaczął - mówi. - To jest w tej wojnie najgorsze, bo ludzie bez
motywacji do działań bojowych nie stosują się do reguł wojskowych.
Zamiast walczyć z żołnierzami, zaczynają wyładowywać frustracje na
cywilach. Jaki mają cel? Jeśli chcieli złamać ducha narodu, to już
wiedzą, że się nie udało. Jesteśmy bardziej zdeterminowani niż
kiedykolwiek. Nigdy nie wybaczymy tego, co wydarzyło się w Mariupolu, w Donbasie czy w Charkowie. Czuję nienawiść do Rosjan. Gdy byłem małym
dzieckiem, w Ukrainie było dużo muzyki i książek w języku rosyjskim.
Teraz to wspomnienie napawa mnie wstrętem. Bo może był to element ich
planu rusyfikacji narodu? Jeszcze kilka tygodni temu zajmowałem się
marketingiem w firmie importującej słodycze z krajów Unii Europejskiej.
Ciężko mi to przyznać, ale teraz jestem gotów do zbijania ludzi.
Gdy wychodzę z centrum prasowego, widzę 109 pustych wózków dziecięcych
ustawionych na rynku miasta. Symbolizują najmłodsze ofiary, które zmarły
w wyniku rosyjskich nalotów.
- Według mnie Rosjanie popierający atak na Ukrainę powinni spotkać się
ze zdecydowaną reakcją świata - oświadcza mer Lwowa Andrij Sadowy. - Nie
powinni mieć prawa do korzystania z hoteli, samolotów, robienia
interesów. Mam nadzieję, że pokazanie rosyjskiego paszportu będzie od
teraz powodem do wstydu. Rozmawia pani z mieszkańcami, patrzy na naszą
kulturę, Ukraina to piękny kraj, to państwo, w którym chce się żyć. A oni pragną je unicestwić. W nocy trudno tu o sen. Są alarmy, schodzimy
do schronów. Sytuacja zmienia się z każdą godziną. W czasie wojny
nieustannie podejmuje się fundamentalne decyzje. Przyjeżdża do nas
ogromna liczba gotowych do walki ochotników. Ludzi, którzy będą wysłani
na front i mogą tam zginąć.
W trakcie rozmów w jednostkach Gwardii Narodowej żołnierze są otwarci.
Pokazują mi składy pomocy humanitarnej, opowiadają o życiu kolegów
walczących na froncie. Do Lwowa codziennie zjeżdżają furgonetki z ciałami żołnierzy. Na Cmentarzu Łyczakowskim kieruję się do miejsca,
gdzie są pochowane nowe ofiary. Każdy kopiec usłany jest świeżymi
kwiatami. Z portretów patrzą na mnie oczy młodych, umundurowanych
żołnierzy.
- Nienawiść, złość, gniew - to reakcje, które bardzo trudno kontrolować.
Do tego dochodzą uczucia ambiwalentne - mówi psychoterapeuta, wykładowca
i ksiądz Oleg Salamon, który przekształcił lwowską parafię w centrum
pomocy.
Tu trafiają dostawy żywności i środków higienicznych. Uchodźcy znajdują
tutaj schronienie. Siadamy z księdzem w kuchni wypełnionej przetworami,
owocami, pieluszkami dla dzieci, w której trudno o kawałek wolnego
miejsca. Postawny Salamon ma spokojny, niezwykle harmonijny ton głosu.
- W czasie wojny ludzie zadają sobie pytania fundamentalne. Gdzie jest
Bóg? Gdzie tu sens? Pacyfiści są postawieni w sytuacji dylematów
moralnych. Zbierają pieniądze na ukraińską broń. Ja - przeciwnik wojen -
mam trzydzieści minut na zbadanie ochotnika, nim dostanie do ręki broń.
Mało, ale to lepsze niż nic. Podczas wizualizacji przyszły żołnierz
wyobraża sobie, jak atakuje wroga. Były przypadki napadów paniki podczas
tych wizualizacji. To jak taki człowiek zachowa się w ogniu walki?
- A co ksiądz odpowiada na pytania o sens wiary?
- Ocalony z Auschwitz austriacki psycholog Viktor Emil Frankl uważał, że
wojna albo wiarę zabija, albo ją wzmacnia. Mnie ta wojna utwierdza w wyznawanych wartościach. Podczas kazań mówię parafianom, że Bóg do tego
stopnia szanuje naszą wolność, iż oddaje odpowiedzialność za świat
ludziom. To zło, którego teraz jesteśmy świadkami, nie pochodzi od
niego. Cierpienia, ból, śmierć, zabójstwa były zawsze. Wyboru, jaką
drogą podążać, dokonuje człowiek. Z tego powodu każdy dzień zaczynam
modlitwą o nawrócenie Rosjan.
Mieszkańcy Lwowa pokazują mi liczne schrony w instytucjach kultury i domach prywatnych. Żołnierze podkreślają gotowość do walki. Politycy i osoby z sektora bojowego deklarują: miasto jest przygotowane do wojny.
* * *
W Kijowie zrozumiałam, że do wojny nie można się przygotować. Nigdy
wcześniej nie byłam w tak cichym miejscu. Ta cisza przerywana jest
wybuchami, które wprawiają ziemię w drżenie. Kijów w marcu wygląda jak
forteca. Betonowe progi, usunięte znaki drogowe, mylące tropy,
ufortyfikowane skrzyżowania. Miasto jest wyludnione, miejsca publiczne
zamknięte. To czas przed ujawnieniem zbrodni w Buczy. Ukraińcy wyrażają
strach przed planami Putina.
Droga ze Lwowa do Kijowa wydłuża się do kilkunastu godzin z uwagi na
obecność Rosjan w obwodzie kijowskim. Wjazd od południa przez Winnicę i Białą Cerkiew w nocy wiąże się z przekraczaniem licznych punktów
kontrolnych. Wojskowi szczegółowo weryfikują każdy samochód.
W Kijowie mieszkam u żołnierza obrony terytorialnej miasta. Tu także
wieczorami rozmawiamy w dużych grupach. Kawiarnie i miejsca publiczne są
w tym czasie zamknięte. Mieszkańcy Kijowa spotykają się w domach. Dzięki
Starlink internet działa bez zarzutu w wielu miejscach w Ukrainie.
Żołnierze otrzymują filmy z ostrzałów ich kolegów na froncie oraz
zdjęcia bombardowanych miejscowości. Widać, że ludzie są blisko siebie i tworzą wspólnotę, także przez codzienne relacje osób przemieszczających
się z różnych krańców Ukrainy.
- Ostatnie tygodnie są jak wehikuł czasu - mówi ikona pomarańczowej
rewolucji i była premier Ukrainy Julia Tymoszenko. - Mamy przed sobą
obrazy naszych babć i dziadków w czasie II wojny światowej. Widzimy
morderstwa naszych dzieci, rozstrzeliwanie rodzin, niewyobrażalną
przemoc, rujnowanie kraju. W pierwszym dniu wojny był tu strach i łzy.
Już po tygodniu te uczucia zmieniły się w złość. A teraz w walkę na
każdym możliwym poziomie - militarnym, humanitarnym, ochronę spuścizny
narodowej.
Dwie dekady i dekadę temu Tymoszenko wspólnie z rodakami brała udział w protestach na Majdanie. W 2013 roku było tam 800 tysięcy osób. W czasie
naszej rozmowy Majdan jest opustoszały. Rozmawiamy w budynku partii
Batkiwszczyna. Obok gabinetu znajduje się green room, w którym politycy
prowadzą dyskusję o aktualnych wydarzeniach wojennych. Znam ich twarze z ukraińskich programów informacyjnych. Kijów jest wówczas niebezpiecznym
miejscem, lecz nawet posłowie w podeszłym wieku pozostali na swoich
stanowiskach. Emanacją postawy Ukraińców są ich liderzy. Tymoszenko co
chwilę przerywa rozmowę, proszona o konsultacje. Przeglądam wówczas
książki leżące w jej gabinecie, z dedykacjami od Margaret Thatcher i Madeleine Albright, doceniającymi wkład premier w historię Europy.
- Historia postawiła nas w nowej, okrutnej sytuacji. Teraz wszyscy
jesteśmy na froncie - podkreśla Julia Tymoszenko. - Tu nie ma normalnego
życia. Każdy działa na rzecz zwycięstwa. Gdy widzę heroiczne czyny
naszych obywateli, rozumiem, że jedna osoba w obronie terytorialnej
Ukrainy warta jest setki Rosjan. Widzisz obraz, gdy ludzie stoją z gołym
rękami i próbują powstrzymać czołg. Deklarują: "Tu jest Ukraina!", choć
za te słowa mogą w jednej chwili stracić życie. Ludzie, którzy
posługiwali się językiem rosyjskim, starają się nawet z trudnością mówić
po ukraińsku. I chętnie wysyłają rosyjskie okręty tam, gdzie ich
miejsce.
- Mieliśmy historyczny rozłam w Ukrainie. Między jej zachodnią i wschodnią częścią - kontynuuje Tymoszenko. - Ta historyczna choroba
została wyleczona 24 lutego. Pod Mariupolem, pod Donieckiem walczą
ludzie z Ukrainy Zachodniej. Kobiety w całej Ukrainie opłakują dzieci,
które zginęły w różnych rejonach kraju. Wschód leczy się z wirusa
zwanego "russkij mir". Czy widok zniszczeń zmienił coś w moim sercu?
Żyjąc z dnia na dzień w wirze obowiązków, zapominamy cenić życie jako
takie. Martwimy się o rzeczy, które w czasie wojny nie mają żadnego
znaczenia. Zabiegamy o sympatię lub sukces. Aktualnie miłość uzyskuje
inny, głębszy wymiar. Pisarz Wołodymyr Wynnyczenko mówił, że historii
Ukrainy nie da się czytać bez bromu. Byłam świadkiem pomarańczowej
rewolucji i euromajdanu. Byłam premier Ukrainy. Lecz byłam też
więźniarką w kolonii karnej w Charkowie, w której zostałam ciężko
pobita. Z tej perspektywy uczę się znajdowania odpowiedzialnych dróg
reakcji na zło. Dawniej nie umiałam połączyć wszystkich faktów
historycznych, kiedy patrzyłam w przyszłość. Dopiero teraz zrozumiałam,
że każdy dzień trudnej historii Ukrainy przybliżał nas do miłości
łączącej społeczeństwo, które jako zjednoczony naród jest obecnie gotowe
do walki w imię wartości cywilizacji zachodniej.
- Nieustannie stawiamy sobie pytanie: co zrobiliśmy, że Rosjanie
postrzegają nas jako cel ataku? - mówi mer Kijowa Witalij Kliczko.
Spotykamy się w Urzędzie Administracji Państwowej przy ulicy
Khreschatyk. Wcześniej jestem proszona o wysłanie wielu moich danych
zawodowych oraz kopii akredytacji wojskowej.
Witalij Kliczko to znany bokser i polityk. Ukończył także studia
doktoranckie na Uniwersytecie Kijowskim. W jego gabinecie znajduje się
wiele książek historycznych oraz psychologicznych, dotyczących działania
i strategii walki.
- Myślę, że Władimir Putin zachorował. Osoba o zdrowych zmysłach nie
miałaby tak szaleńczych idei: zabijanie tysięcy niewinnych, niszczenie
ich życiowego dorobku, rujnowanie naszej ekonomii, infrastruktury i kraju. To decyzje zaburzonego umysłu. Ten czas udowodnił, że jego
przekonania o braku podmiotowości Ukrainy są iluzją. Pamiętam zimny,
śnieżny dzień i ogromny sznur mieszkańców czekających na broń. Nie
chcieli opuszczać miasta. Rozpoczęły się eksplozje. Proponowałem
bezdomnym, że przewieziemy ich w bezpieczne miejsce. Usłyszałem:
"Proszę, merze, po prostu daj nam broń. Chcemy bronić miasta". Rosjanie
myśleli, że zniszczą ducha narodu. A on nigdy nie był tak silny, jak
teraz. W wielu delikatnych z wyglądu mężczyznach widzę żelazny
charakter. W ich oczach znajduje się potężny duch. Podczas wojny obraz
rzeczywistości się zmienia. Dla mnie wszystko stało się czarno-białe.
Wiele chwil mnie porusza. Kiedy mer Rygi poprosił mieszkańców swojego
miasta o pomoc humanitarną dla Ukrainy, przynieśli pampersy, jedzenie,
lekarstwa. Sześcioletni chłopiec przyniósł to - mer Kliczko pokazuje mi
słoik wypełniony po brzegi monetami.
Chłopczyk mówił, że zbierał te pieniądze na ukochaną zabawkę, a teraz
chce je przeznaczyć na walkę Ukrainy.
- Wyznaję wartości patriotyczne. Kocham mój kraj i chcę być człowiekiem,
który bezwarunkowo działa na rzecz tej miłości. Całe życie
przygotowywałem się do walki. Miałem wpojone, że to misja każdego
mężczyzny, aby być obrońcą swojej rodziny, dzieci, narodu. Pyta pani,
kiedy czuję się bezpieczny? Zawsze wierzyłem w reguły. Miałem
przekonanie, że każda bitwa oparta jest na konkretnych zasadach. Teraz
zrozumiałem, że są wojny prowadzone bez nich. Gdy się budzę, wyobrażam
sobie, że otaczają mnie anioły. Anioł to patron Kijowa. Bezpieczeństwa
upatruję teraz w wyobraźni. Prezydent Rosji to specyficzny wróg. Po
Buczy, Hostomelu, Irpieniu, Czernihowie, Mariupolu, Charkowie prezydent
Rosji nie jest w stanie uratować swojej twarzy, bo już jej nie ma. Jego
twarz to twarz wymordowanych dzieci. To wróg, którego nie można pokonać
znanymi mi dotąd metodami.
* * *
Droga prowadząca w kierunku zbombardowanych rejonów Ukrainy - w ironicznym sprzeciwie wobec celu podróży - jest jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam. To Ukraina starych baśni i legend, rozpościerająca się wśród jezior, rzek i lasów. Potężna
przestrzeń z wyrazistą barwą nieba i złotym kolorem zbóż. Rejon
połtawski, bogaty w wartości literackie, poezję, teatr, kulturę,
znakomitą kuchnię i rzemiosło zachwyca "gogolskimi" krajobrazami.
Widok zmienia się drastycznie po wjeździe do obwodu charkowskiego. Po
powrocie ze wschodu Ukrainy wielokrotnie byłam pytana, czy wiele
budynków na tym terenie jest zniszczonych? Prawda jest taka, że w północnym Charkowie trudno o budynek, który nie został zniszczony.
Wjeżdżając do tego rejonu, widzimy ludzi, którzy po bombardowaniu
pokryli ściany folią i nadal funkcjonują w rozpadających się
mieszkaniach, widzimy drogi, które nagle się kończą i dalej są tylko
zgliszcza. W wielu miejscach nie ma gazu, mieszkańcy gotują w rondlach
przy ogniskach.
- Nie mamy żadnych uczuć w stosunku do Rosjan - opowiadają mi Lena i Artur, mieszkający na osiedlu, w którym budynki są rozerwane na części.
- Nie czujemy nienawiści. Nie możemy dopuszczać do siebie takich uczuć.
Tu wiele historii rodzinnych jest ze sobą splecionych. Słyszeliśmy o kobiecie mieszkającej w Charkowie, której syn jest w armii rosyjskiej.
Zatem akceptuje zrzucanie bomb na nasze miasto. Moja mama z kolei
mieszka w Rosji.
- Co mówi o przyczynach wojny? - dopytuję.
- Właśnie o to chodzi, że mama nic nie mówi. Cały czas płacze. Mówimy
jej, że dzieci już się do wybuchów przyzwyczaiły. Czasem nawet nie
przerywają zabawy, gdy słychać spadające rakiety.
Podczas rozmowy z Leną i Arturem do budynku po drabinie wchodzi starsza
kobieta. Mieszkańcy tłumaczą mi, że skoro klatka schodowa jest
zniszczona, wielu Ukraińców wchodzi do mieszkań po drabinach.
- Ludzie tęsknią do swoich miejsc - mówią.
Obok saperzy rozbrajają niewybuchy.
W maju w Ukrainie brakuje benzyny. W rejonie wschodnim uwagę przyciągają
ogromne kolejki do stacji benzynowych. Każdy obywatel może kupić
maksymalnie dwadzieścia litrów. Niekiedy Ukrainiec czeka w kolejce cały
dzień, by nabyć paliwo, a mimo wszystko wraca z niczym. Mimo ciężkich
warunków życia codziennego, mieszkańców cechuje otwartość na drugiego
człowieka.
Jak informuje Doniecka Biblioteka Regionalna, Donbas był rejonem o najbogatszych zasobach naturalnych kraju. Obywatele wschodniej Ukrainy
opowiadają mi, jak wiele roślin z regionu donieckiego wpisanych jest na
Czerwoną Listę Gatunków Zagrożonych. Mówią o zdrowotnym działaniu Morza
Azowskiego, lasach pełnych saren, bażantów i przepiórek. Opowiadają o stepach i barwnych krajobrazach. Zachowują pamięć o tym miejscu,
świadomi, że tego Donbasu już nie ma.
- Jestem Ukraińcem i ponad wszystko nie chcę powrotu imperium
rosyjskiego. Lecz są tu także ludzie, którzy mają odmienne zdanie - mówi
wolontariusz Wołodymyr, z którym spotykam się w miejscu dostaw pomocy
humanitarnej w Donbasie. - Tutaj trudno teraz o jakiekolwiek spokojne
miejsce.
Wołodymyr prosi szefów centrum pomocy o użyczenie nam biura, bym mogła
nagrać rozmowę na dyktafon.
- Rosyjska propaganda i telewizja sterują ludźmi nie tylko na ich
terenach - kontynuuje. - Część Ukraińców w tym regionie z nostalgią
odnosiła się do lat 70., w których przeżyli dzieciństwo. To pokolenie
stało się wpływowe w XXI wieku. Nie pamiętało represji i gułagów,
Związek Radziecki kojarzył się tym ludziom z czasami dobrobytu i względnej równowagi społecznej w porównaniu do czasów oligarchów. W Ukrainie ostatnich lat widać pluralizm myśli. Ujawniły się różne punkty
widzenia. Kiedy Rosja uruchomiła tu swoje narzędzia propagandowe, część
ludzi to uwiodło. Niektórzy w obliczu wojny zmienili zdanie. Ale rozumie
pani, jak ciężko wyzwolić się z propagandy? U nas w rodzinie jest jasny
podział. Jeśli ktoś ma skłonności prorosyjskie i komunistyczne, moi
rodzice ucinają kontakt z tym członkiem rodziny.
Ukraińcy żyją filmowymi scenami z wojny przedstawianymi w zagranicznych
mediach. Żołnierze przy niemal każdej rozmowie wspominają o odpowiedzi
garnizonu służby granicznej z Wyspy Węży wobec wezwania do kapitulacji:
"Russkij wojennyj korabl, idi na chuj" oraz scenach zatrzymania czołgów
gołymi rękami przez cywilów. Wielu jest dumnych z naczelnego dowódcy sił
zbrojnych, generała Walerija Załużnego. Podkreślają, że to człowiek o ogromnej wiedzy i odpowiedzialności, który pozostaje w cieniu. Gdy pytam
o liderów, żołnierze mówią o honorze każdego polityka i działacza, który
został w Ukrainie, ale zaznaczają, że dla nich bohaterem jest Załużny.
Uważają, że dla generała liczy się życie każdego człowieka, decyzje
podejmowane są twardo i roztropnie. Przypisują mu także uratowanie
stolicy.
Ambiwalentne uczucia, które towarzyszyły mi podczas przebywania w dwóch
tak odmiennych rzeczywistościach Ukrainy, są tożsame z obrazem
ukraińskiej armii.
Pułkownik Walerij Kurko, główny dowódca wojskowy w obwodzie lwowskim,
zasłużony w słynnych bitwach o lotnisko w Doniecku, mówi:
- Żołnierze są gotowi nie umierać za Ukrainę, lecz zabijać za Ukrainę.
To rzecz genetyczna. Ukrainiec wie o 1939 roku, gdy II Rzeczpospolita
została szybko obalona. Pamiętając o wydarzeniach historycznych,
pilnujemy, by ten scenariusz nas nie spotkał. Nasze życie zmieniło się
radykalnie. Z początkiem działań bojowych zmienił się proces
podejmowania decyzji, poziom trudności i mnogość zadań. Takie chwile jak
rozmowa z panią są absolutnym wyjątkiem. Dzień zaczyna się o piątej rano
i kończy po północy. Jesteśmy przygotowani na walkę do końca,
niezależnie od liczb i konsekwencji. Dla mnie przykładem jest powstanie
przeciwko nazistom w 1944 roku w Warszawie. Ukazuje ono ducha oporu
wobec wroga. Polska żyła także pod reżimem sowieckim. Możecie zapytać
babć i dziadków, jaki to był czas. Nie dopuszczę do tego w moim kraju.
Dowódca jest osobą o ogromnej wiedzy na temat broni, strategii wojennej,
technik walki. Podczas pracy w charakterze dziennikarki śledczej
nawiązałam znajomość z wieloma informatorami z sektora bojowego. Mam
patent strzelecki na pistolet, karabin, strzelbę gładkolufową,
pozwolenie na posiadanie broni oraz własną broń palną. Poruszają mnie
rozmowy z wojskowymi, kobietami i mężczyznami posiadającymi
doświadczenie na polu bitwy i bezwarunkowo służącymi swojemu państwu.
Tylko że realia na polu walki są inne. Do armii zgłosiło się wielu
rolników, szewców, dziennikarzy, przedstawicieli rozmaitych zawodów,
którzy nigdy wcześniej nie mieli broni w ręku. Nauczono ich się nią
posługiwać, lecz ich wypowiedzi podszyte są ogromnym lękiem. Obserwują
kolegów z odciętymi kończynami i spalone miasta. A ja widzę chłopców,
którzy się boją. Kochają swój kraj, wyznają wartości patriotyczne, ale
znaleźli się w sytuacji dla nich obcej, budzącej przerażenie.
- Najbardziej się bałem, gdy trafiliśmy w środek ostrzału dwóch
artylerii - mówi Jurij. - Spędziliśmy tam3 siedemnaście godzin,
trzy osoby z naszej jednostki zginęły, a dziesięć zostało rannych.
Rosjanie używają bomb kasetowych. Tego rodzaju broń jest zakazana przez
konwencje wojskowe. Każdy z rosyjskich żołnierzy, którego widziałem,
miał termowizję na broni. Rosjanie mają zdecydowanie więcej broni.
Podczas ostrzału wszystko płonęło. Skupiłem się tylko na tym, by
przeczekać i przeżyć.
Żołnierz o pseudonimie "Polak" opowiada, że po stronie rosyjskiej jest
równie wiele osób, które jeszcze trzy miesiące temu nie miały broni w rękach, a rosyjscy dowódcy nie dbają o liczbę zabitych. Zderzenie dwóch
armii, w których ludzie wysyłani są na rzeź. Żołnierze mówią, że z końcem marca świat i Ukraina skupili się na wyzwoleniu obwodu
kijowskiego, zapominając, że w tym samym czasie zwiększono siły
rosyjskie w Donbasie i zrównano miasta z ziemią.
Zgoda na aneksję Krymu nie zakończyła roszczeń Putina i z tego powodu
Ukraińcy nie chcą słyszeć rad dotyczących rezygnacji z terytorium.
- Może to niepoprawne, co powiem. Ale mówimy o zaminowanych miastach,
naznaczonych problemami duchowymi i politycznymi na kolejne setki lat, w których kopalnie i zakłady przemysłowe spłonęły - podkreśla
przedstawiciel sektora bojowego, prosząc o anonimowość. - Ich odzyskanie
będzie dla mojego kraju obciążeniem. Proszę pamiętać, że większość
proukraińska z okupowanych terenów Donbasu już wyjechała. Tam nie ma już
grama radości, są łzy, nienawiść, żądza zemsty, niekoniecznie skierowana
w stronę najeźdźców. Lecz nie możemy zrezygnować z tych terytoriów, bo
wiemy, że wtedy Władimir Putin ponownie zaatakuje. Wiele osób mówi, że
wybieramy między Donbasem a pokojem. To fikcja. Zrzeczenie się Donbasu
to chwilowy pokój, który tylko wzmocni roszczenia Putina w przyszłości.
Ukraina pragnie trwałego bezpieczeństwa, by znów móc się rozwijać.
Jestem na dworcu w Kramatorsku. Od 26 lutego tutejsza stacja stała się
miejscem ewakuacji ludności cywilnej z terenów wojennych Donbasu. 8
kwietnia przebywało tam około czterech tysięcy Ukraińców, głównie osób w podeszłym wieku, kobiet, dzieci i osób niepełnosprawnych. Czekali na
pociąg. Przy punktach wydawania kanapek i gorącej herbaty gromadziły się
tłumy oczekujących, gdy na dworzec spadły rakiety. W ataku zginęło 59
osób, a wiele zostało rannych. Niektóre ciała zostały rozerwane na
części. Mieszkańcy Donbasu przynoszą tu maskotki dla zmarłych dzieci.
Obywatele Kramatorska mówią, że pragną teraz jedynie bezpieczeństwa w przyszłości.
- Zrozumcie, że żadne porozumienie z Rosją nam tego nie da. Takiej
gwarancji mogłoby nam udzielić jedynie NATO - przekonują.
* * *
Zygmunt Freud uważał4, że wszystko, co sprzyja rozwojowi więzi
między ludźmi, musi z całą stanowczością sprzeciwiać się wojnie. Słynny
neurolog wyróżniał dwa rodzaje więzi. Pierwszy jest wyrazem miłości do
bliźniego. Drugi to identyfikacja - odnalezienie swojej historii wśród
celów narodu, tworzenie wspólnoty uczuć. To na tych dwóch filarach
oparta jest struktura dojrzałych społeczeństw. Freud uważał, że
morderstwa i gwałty na dużą skalę powodują narcystyczną radość, w której
"ego znajduje spełnienie swych starych pragnień wszechmocy".
Minister nazistowskiego rządu Niemiec, Albert Speer, miał nietypowy sen.
Ujrzał Adolfa Hitlera kładącego kolejne wieńce przy tablicach
pamiątkowych w marmurowym holu. Hitler składał wieńce szybko i mechanicznie, nie okazując żadnych uczuć. Były ich setki. Ich liczba
przytłaczała ministra. Psychoanalityk Erich Fromm interpretował sen
ministra jako wgląd w charakter drugiego człowieka. Sen ujawniał pogląd
Speera na nekrofilityczną osobowość Hitlera, która zapadła jego
współpracownikom w podświadomość. To przywódca składający swoim życiem
hołd śmierci.
Według psychologa silnym objawem charakteru nekrofilitycznego jest
przekonanie, że jedynym sposobem na rozwiązanie problemów politycznych
jest użycie siły i przemocy. "Władza przekształca człowieka w zwłoki" -
pisała o tym procesie Simone Weil5. Przywódca zaczyna żyć
przeszłością, wielkością, a teraźniejszość i współczesne realia
przestają mieć dla niego znaczenie.
Światowi przywódcy wahają się odnośnie do kolejnych radykalnych sankcji.
To zrozumiałe. W wielu rejonach Rosji panuje niewyobrażalna bieda,
brakuje nawet ciepłej wody. Rosjan czeka głód. Nie podniosą się z wojny
i jej konsekwencji. Ale Rosjanie potrafią robić rewolucję. W końcu to
oni zdecydują, kto będzie u władzy. Nasza odpowiedzialność polega na
działaniu na rzecz wyjścia z mroku. Ukraińcy zwracają się ku życiu.
Walczą o tożsamość i prawo do samostanowienia.
* * *
Teksty niezależne autorki można wspierać przez
https://patronite.pl/JustynaKopinska