Nowy Jork przełomu tysiącleci
(Charlie LeDuff, Praca i inne grzechy. Prawdziwe życie nowojorczyków)
Charlie LeDuff (ur. 1966) zasłynął jako autor nagrodzonego Pulitzerem reportażu Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (2013). Dzięki tej książce, trzeciej w jego dorobku, autor zyskał etykietkę dziennikarza gonzo. Z Hunterem S. Thompsonem łączy LeDuffa nie tyle forma twórczości, co styl funkcjonowania w sferze publicznej, bo ważnym aspektem dziennikarstwa gonzo jest kontrowersyjna kreacja wizerunku autora. Znany z anarchicznego sposobu bycia Thompson mówił to, co myślał, i wyrażał się dosadnie; LeDuff też ma niewyparzony język, co najlepiej widać w jego wystąpieniach radiowych i telewizyjnych. Autor Detroit nie sili się na obiektywizm, zwłaszcza gdy pisze albo mówi o rzeczach, które emocjonalnie go poruszają. Jednak w przeciwieństwie do Thompsona, który często pod pretekstem dziennikarskiej relacji pisał po prostu o sobie, LeDuff nie pozwala na to, by element autokreacji rzutował negatywnie na wymowę faktów. Jego język jest osobisty i daleki od społecznych wymogów poprawności, ale - by tak rzec - trzeźwy, przez co można docenić jego wyostrzony zmysł obserwacji. Jak ten zmysł się kształtował, pokazują krótkie reportażowe utwory LeDuffa zebrane w jego pierwszej książce Praca i inne grzechy. Prawdziwe życie nowojorczyków (2005). Pochodzą one z okresu, kiedy pracował w "New York Timesie" (1995-2007), i w tej gazecie były drukowane po raz pierwszy. Większość tekstów powstała w drugiej połowie lat 90., jest też dłuższy reportaż o strażakach, którzy prowadzili akcję w ruinach World Trade Center. Narracja ma formę bezosobową, sporadycznie pojawia się anonimowy rozmówca niektórych postaci.
LeDuffowi wystarczył kilkustronicowy wstęp, by wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w książce. Pisze w nim o środowisku, z którego się wywodzi - o dziadku, który był bukmacherem, przyjmującym zakłady podczas wyścigów konnych w Detroit, i prawdopodobnie miał związki z gangsterami, tudzież o babci, która nigdy nie powiedziała złego słowa o mężu. Wspomina swój mało chwalebny rodowód bez śladu wstydu i przedstawia się jako człowiek z ludu: "Piszę o ludziach, którzy mieszkają na kiepskich osiedlach, w ciasnych klitkach i ponurych domach. Tacy ludzie sami sobie odgarniają śnieg łopatą i mają grube ciotki, które noszą elastyczne spodnie z plamą na dupie" (przeł. Kaja Gucio). W swoim rozumieniu misji dziennikarza LeDuff zdaje się nawiązywać do działalności społecznie zaangażowanych dziennikarzy demaskatorów z początku XX wieku, piszących o wpływie zjawisk korupcyjnych na życie ludzi najsłabszych. Bliska wrażliwości LeDuffa jest też tradycja literacka, która ma swoje źródła w poezji Walta Whitmana, opiewającego zwyczajnych Amerykanów. Iście po whitmanowsku brzmi deklaracja autora Pracy i innych grzechów, że interesuje go życie portierów, a nie ludzi, którzy zatrudniają portierów. Upomina się on o symboliczne uznanie dla sprzątaczek, barmanów, tragarzy, robotników budowlanych, słowem - wszystkich tych, których często nie zauważa się na ulicy, a którzy poprzez swoje przywiązanie do wartości ciężkiej pracy są solą Nowego Jorku.
Tak jak w wierszach Whitmana, z ich słynnymi katalogami, na kartach Pracy i innych grzechów przewija się fascynujący korowód postaci: filozofujący bezdomny, pijak, który uratował dziecko z pożaru, elektryk, który w złotej erze disco był topowym DJ-em, zapomniana gwiazda muzyki afroamerykańskiej i wiele innych. Minimalistyczne w kompozycji teksty LeDuffa dają obraz o zadziwiającej rozpiętości. Po kilku stronach lektury staje się jasne, że były one pisane według szablonu, ale bynajmniej nie wywołuje to efektu monotonii. Autor w kilku zdaniach kreśli sylwetkę postaci, a z jej historii wyławia jakiś znamienny sens. Zdarza się, że fabuły przybierają kształt scenek rodzajowych, ukazując danego bohatera w większym układzie relacji. LeDuff nie narzuca się z puentami; z reguły kończy swoje teksty w sposób sprawozdawczy, ewentualnie uwypukla jakiś fakt społeczny, aczkolwiek lubi też w ostatnim zdaniu oddać głos postaci.
Chociaż LeDuff nie różnicuje stylu tekstów tak, by ewokować zmienne tony, sama wielość wątków sugeruje paletę nastrojów. W książce mamy na przykład momenty olśnień - wśród grup zawodowych w niej sportretowanych są elektrycy pracujący na wysokościach, a narrator wczuwa się w kogoś, kto kontempluje świat z perspektywy iglicy Empire State Building. Poniekąd na biegunie przeciwnym do olśnień znajdują się absurdy życia amerykańskiej metropolii. LeDuff opowiada o stekowni na Brooklynie, restauracji z tradycjami, która mimo swojej nazwy steków nie serwuje. Po okresie świetności lokal podupadł na początku lat 90. i właściciele uznali, że nie ma sensu walczyć o wskrzeszenie jego legendy, bo - w ich ocenie - dzielnica zmieniła się bardzo na gorsze po tym, jak masowo zaczęli się tu osiedlać bengalscy imigranci. Ostatnie słowo należy jednak do Bengalczyka, który śmieje się na myśl o stekowni bez steków. Ciekawy zabieg w kontekście całej książki LeDuff zastosował w utworze o ludziach "polujących" na mieszkania po zmarłych - nazywa ich padlinożercami. O ile nieomal każdy z jego krótkich reportaży ma bohatera, ten akurat nie, co można odczytać jako wyraz jednoznacznej oceny moralnej ich postępowania.
Wydaje się, że LeDuffowi udziela się atmosfera schyłku stulecia, bo szczególną uwagę poświęca on symptomom przemijania zjawisk, ongiś właściwych dla życia Nowego Jorku. Seria tekstów o zatokowcach, czyli ludziach, którzy wykonują prace związane z pozyskiwaniem zwierząt morskich lub zamieszkujących brzeg oceanu, zaczyna się od portretu ostatniego licencjonowanego trapera, ukazanego nieomal jako przedstawiciel wymierającej rasy. Degradacja materialna tych, którzy utrzymywali się dzięki oceanowi, odziedziczywszy zawody i związaną z nimi kulturę po swoich ojcach i dziadkach, to konsekwencja działań eksploatacyjnych, niszczących przyrodę. W tak złożonym organizmie - społecznym, ekonomicznym, środowiskowym - jak Nowy Jork nieuniknione jest, że ekspansja w jednym obszarze oznacza upadek innego. Reportaż o zatokowcach ma w sobie coś z elegii, wszak LeDuff nie zawsze w takim duchu pisze o formacjach kultury, które odchodzą do przeszłości. Anegdota o ostatnim nowojorskim latarniku cywilnym mówi o tym, jak historia zamieniona w towar nabiera cech groteski. Osiemdziesięciopięcioletni mężczyzna stał się gwiazdą lokalnych mediów, udzieliwszy wywiadu radiowego, i teraz przełożeni nie pozwalają mu przejść na zasłużoną emeryturę, bo firma korzysta na jego rozgłosie.
Mimo że za sprawą kompozycji Pracy i innych grzechów Nowy Jork jawi się w tej książce jako zatomizowany mikroświat, LeDuff uważnie przygląda się funkcjonowaniu wspólnot - zawodowych, etnicznych, takoż przygodnych, jak bywalcy barów. Wspólnoty predestynowane są do pielęgnowania etosu w konkretnym, a nie abstrakcyjnym wymiarze. To przede wszystkim etos pracy, ale nie da się go oddzielić od bardziej ogólnych postaw egzystencjalnych. Mohikanie z Kanady po tygodniu spędzonym na nowojorskich budowach (wyspecjalizowali się w pracach zbrojeniowych) w każde piątkowe popołudnie wsiadają do samochodów i jadą sześćset kilometrów na północ na weekend z rodziną. Strażacy są sobie wzajemnie oddani do tego stopnia, że poniekąd rytualizują życie własne i najbliższych wokół wartości, które definiują ich pracę. Tak powstaje szczególny rodzaj więzi, będącej i przywilejem, i zobowiązaniem. Obraz wspólnot etnicznych wygląda u LeDuffa bardziej dwuznacznie z tego względu, że celebrowanie kulturowej odmienności dostarcza paliwa antagonizmom. Autor odnosi się do tego typu zjawisk z humorem i tak, na przykład, konstatuje fakt, że nowojorscy Żydzi najchętniej zatrudniają do sprzątania Polki: "W Nowym Jorku pogarda wyniesiona ze Starego Świata rodzi bliskość w Nowym".
Oczywiście w wielowymiarowym literackim przedstawieniu Nowego Jorku musi się znaleźć miejsce dla opisów jego mrocznych stron - przestępczości, bezdomności, plagi uzależnień. Trzeba powiedzieć, że takie motywy nie dominują w książce LeDuffa, a ich ujęcie nie sugeruje demonizacji miasta. Uzależniony od heroiny sutener, wspominający czasy, kiedy był królem ulicy, jest tyle straszny, co żałosny. Prawdziwa choroba Nowego Jorku to samotność i chyba właśnie historie ludzi samotnych poruszą czytelnika najbardziej, choć do niektórych postaci trudno się odnieść empatycznie, bo jak tu współczuć leciwemu hazardziście, który przez dekady trwonił pieniądze na wyścigach konnych i nadal to robi, wiedząc, że jego koniec jest bliski?