Wstęp
Wstęp
Niewiele osób wie, czym tak naprawdę jest
niepłodność i jak wiele cierpienia przynosi parze, która bezskutecznie
stara się o własne dziecko. Na niepłodność nikt sobie nie zasłużył.
Zaskakuje ona i dotyka ludzi niezależnie od ich wykształcenia, dochodów,
miejsca zamieszkania, rasy czy kultury.
W Polsce co ósma para, czyli blisko trzy miliony mężczyzn i kobiet, nie
może się doczekać własnego dziecka. Proces diagnozy, leczenia i starań
często ciągnie się latami, a upływający czas wywołuje niepokój i strach,
że upragnione dziecko być może nigdy nie pojawi się na świecie. Pary
żyją w poczuciu comiesięcznej utraty, jednocześnie wyobrażając sobie
swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Zastanawiają się, jaki będzie miało
kolor oczu, włosów, do kogo będzie podobne, jak będzie brzmiało jego
pierwsze słowo. Kiedy na teście ciążowym nie pojawiają się upragnione
dwie kreski, partnerzy są zdruzgotani i co miesiąc żegnają się z kimś,
kto w ich umysłach miał już swoje miejsce.
Pary często ukrywają niepłodność. Kiedy ich rówieśnikom rodzą się
kolejne dzieci, bywa, że czują rozpacz, a czasami wstyd z powodu swojej
zazdrości czy zawiści. Kiedy świat znajomych zaczyna kręcić się wokół
maluchów, zwykle czują się niezrozumiani i osamotnieni, zaczynają się
izolować, a wokół nich pojawia się pustka. Bywa, że towarzyszą im złość
i poczucie bezsilności, bo do tej pory zwykle mieli wpływ na swoje
życie. To od nich zależały wyniki egzaminów maturalnych, to dzięki
swojej pracy skończyli upragnione studia i znaleźli atrakcyjne posady,
dzięki własnym wysiłkom mogą pozwolić sobie na pierwsze mieszkanie,
samochód, wakacyjne wyjazdy. Niepłodność często po raz pierwszy
konfrontuje ich z sytuacją, w której przestają mieć wpływ na bieg
wydarzeń. Tkwią w bezsilności, a jej destrukcyjna moc prowadzi do
smutku, a czasami wręcz do depresji.
Niepłodność to także wielka próba dla związku. Potrzeba ogromnej wiary,
siły i dojrzałości, żeby w obliczu tak ciężkiej choroby wzajemnie dawać
sobie wsparcie i wierzyć, że pewnego dnia wszystko dobrze się skończy.
Jak nie oskarżać się wzajemnie, jak nie uciekać przed problemami i nie
zamykać się w sobie? Jak w końcu nie zrujnować związku, sprowadzając
wspólne życie niemal wyłącznie do starania się o dziecko i niszcząc tym
samym sferę seksualną -?do tej pory pełną spontaniczności, a teraz
podporządkowaną dniom płodnym i trudnym procedurom medycznym?
Niepłodność to również wiele godzin spędzonych w poczekalniach i gabinetach ginekologicznych, wędrówki od specjalisty do specjalisty,
dziesiątki badań, czasami nieprzyjemnych czy bolesnych, a przede
wszystkim naruszających intymność. To często wielokrotnie powtarzane
procedury zapłodnienia in vitro, które ingerują w ciało kobiety i powodują hormonalną huśtawkę, a dodatkowo stanowią finansowe obciążenie,
nierzadko zmuszając pary do zaciągania kredytów czy zapożyczania się u krewnych. To chwile zwątpienia, pełne obaw o to, czy wystarczy sił do
dalszej walki. To borykanie się z silnymi, niemal granicznymi emocjami
związanymi z wyobrażaniem sobie dnia, w którym być może padną słowa
odbierające nadzieję.
To także dylematy w sytuacji, gdy proste metody zawodzą i każdy z partnerów ma inne zdanie na temat tego, co dalej. Czy zdecydować się na
in vitro, a może skorzystać z nasienia dawcy, komórki dawczyni czy z zarodka, zostać rodzicem adopcyjnym, a może wybrać bezdzietność? Nie
zawsze partnerzy mają jednakowe zdanie w tej kwestii. Bywa, że rozbieżne
punkty widzenia doprowadzają do poważnych konfliktów i w konsekwencji do
decyzji o rozstaniu. Niepłodność stanowi wielką próbę dla dojrzałości i miłości; to czas, gdy niezwykle ważne stają się wzajemne wsparcie i umiejętność zawierania kompromisów.
Doświadczenie niepłodności oznacza również konieczność konfrontacji z ludźmi, którzy nie rozumiejąc problemu, pytają "Kiedy wy?", rzucają
uwagi na temat wygodnictwa i stawiania kariery na pierwszym miejscu, a czasami wręcz wzbudzają poczucie winy. A przecież nieraz nawet
najbliższym trudno wyjaśnić, że niepłodność jest chorobą. Jeśli bowiem
samemu postrzega się ją jako coś wstydliwego i upokarzającego, innym
przypisuje się podobne myśli. W takim kontekście niepłodność staje się
wyrazem braku męskości czy kobiecości, rodzajem skazy, wywołującym
poczucie, że jest się gorszym od tych, którzy rodzicami zostali bez
problemu. Łatwiej zatem milczeć, narażać się na przykre uwagi, połykać
łzy i unikać spotkań niż przyznać się do niepłodności.
Książka, którą dedykuję parom walczącym o swoje upragnione dziecko, jest
pokłosiem dwudziestu pięciu lat pracy w charakterze terapeutki, tysiąca
godzin spędzonych w gabinecie. Chcę w niej pokazać drogę, jaką
przechodzę wspólnie z moimi pacjentami, począwszy od strachu przed
uciekającym czasem, poprzez zrozumienie, na czym polega niepłodność,
skąd się bierze i jak się ją leczy, przy jednoczesnym borykaniu się z mnogością badań, a skończywszy na uświadomieniu sobie, jak ta choroba
wpływa na psychikę i co należy robić, żeby bronić się przed jej
niszczącym wpływem.
W tej książce staram się przybliżyć problemy pojawiające się między
partnerami, a także w ich relacjach z otoczeniem, bliższym i dalszym.
Dotykam problemów związanych z decyzją o zastosowaniu metody in vitro i związanymi z nią konsekwencjami emocjonalnymi.
Jest w niej także rozdział o decyzjach, wątpliwościach i dylematach
związanych z adopcją prenatalną, czyli adopcją nasienia dawcy, komórki
dawczyni czy zarodka innej pary.
Jeden z rozdziałów poświęcam przyczynom niepłodności, które mogą tkwić w psychice, kolejny utratom dotykającym niepłodną parę, nie tylko tym
związanym z poronieniem, ale też tym pojawiającym się co miesiąc. Jest
też rozdział dotyczący niezwykle trudnej kwestii: decyzji o bezdzietności i akceptacją tego stanu rzeczy. Staram się pokazać sposoby
i techniki, jakimi można pomóc niepłodnej parze.
Na koniec pragnę podkreślić, że niepłodność jest chorobą i nie pojawia
się ani jako kara za rzekome przewinienia, ani po to, żeby zmieniać
ludzi na lepsze. Czasami wymaga długiego, wieloletniego leczenia i trzeba być na to przygotowanym. Mam jednak dobrą wiadomość: mimo bólu,
jaki przynosi doświadczenie niepłodności, tylko kilka procent par nigdy
nie zostanie biologicznymi rodzicami. Większość prędzej czy później
doczeka się upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym, czego Państwu
z całego serca życzę.
Autorka
Rozdział 1. W pogoni za upływającym czasem
Rozdział 1
W pogoni za upływającym czasem
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że
niepłodność jest jedną z chorób, które trudno udźwignąć na poziomie
emocjonalnym. Wywołuje ból, rozpacz, przerażenie, a stan psychiczny
dotkniętych nią osób porównywany jest do tego, który przeżywają
cierpiący na choroby nowotworowe lub poważne schorzenia kardiologiczne.
Kiedy pytam moje pacjentki, co wydaje im się najtrudniejsze w tej zwykle
długotrwałej walce, bardzo często jako pierwsze wymieniają strach przed
uciekającym czasem i comiesięczne napięcie, związane z oczekiwaniem na
upragnioną ciążę.
Kobieta, która do mnie zadzwoniła, poprosiła o jak najszybszy termin
spotkania. W jej głosie usłyszałam desperację.
-?Muszę się z panią spotkać jak najszybciej, bardzo źle się czuję i dłużej tego nie wytrzymam.
W słuchawce rozległ się szloch. Poczułam niepokój. Nie zapytałam, co
dolega tej kobiecie, ponieważ nigdy nie zadaję takich pytań podczas
rozmów telefonicznych z osobami, których nie znam, ale obiecałam, że
spotkamy się tak szybko, jak to możliwe. Kiedy zobaczyłam tę kobietę po
raz pierwszy, od razu pomyślałam, że jest kłębkiem nerwów. Przywitała
się, nie patrząc mi w oczy. Torebka upadła jej na podłogę i wysypały się
z niej różne przedmioty, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej. Pomogłam
jej pozbierać drobiazgi, zapewniając, że nic się nie stało. Poprosiłam,
żeby usiadła w fotelu. Zrobiła to, ale nadal była bardzo niespokojna.
Zaczęła nerwowo zaplatać palce i zakładać nogę na nogę; widziałam, że
nie jest w stanie kontrolować tych ruchów.
-?W czym mogę pani pomóc?
-?Nie mogę już ze sobą wytrzymać, nie mogę znieść tego, co od kilku lat
się ze mną dzieje. -?Rozpłakała się. Potrzebowała dłuższego czasu, żeby
się uspokoić. Cierpliwie czekałam, aż nieco ochłonie.
-?Proszę powiedzieć mi o tym coś więcej. -?Zachęciłam ją spokojnym
głosem.
-?Czas, uciekający czas, to coś, o czym myślę każdego dnia. Budzę się i natychmiast pojawia się myśl, że mam go coraz mniej, i dopada mnie
straszny lęk, że nigdy nie zostanę mamą. Zaczynam się wtedy dusić ze
strachu. Kiedy do pani zadzwoniłam, miałam właśnie taki atak i dlatego
tak bardzo zależało mi na tym, żeby się z panią jak najszybciej
zobaczyć. Mam trzydzieści pięć lat, wyszłam za mąż pięć lat temu, wiem,
że dość późno, ale tak się potoczyło życie. Zaraz po ślubie oboje
zdecydowaliśmy, że chcemy mieć dzieci. Zawsze chciałam je mieć i naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez chociażby jednego. Mimo pięciu
lat starań nigdy nie byłam w ciąży. Nie mogę już wytrzymać tej
powtarzającej się huśtawki emocji: od nadziei, że tym razem na pewno się
uda, po rozpacz, że znowu się nie udało. To trwa już tyle lat. Ciągle
liczę dni, sprawdzam, kiedy wypada owulacja, bo to dla nas kolejna
szansa, i wtedy wierzę, że tym razem na pewno się uda. Koniecznie musimy
uprawiać seks w dni płodne, strach miesza się wtedy z nadzieją. Potem
czekam dwa tygodnie. W tym czasie wierzę, że się uda i na chwilę czas
się zatrzymuje. Do miesiączki. Nie udaje się, zegar zaczyna znowu tykać,
a mnie ogarnia przerażenie, że za chwilę będzie za późno. Nie mogę
przestać o tym myśleć, obawy dopadają mnie w pracy, w tramwaju, na
zakupach, na spotkaniach ze znajomymi. Nie mogę odpędzić od siebie
myśli, że czas leci i że mam go coraz mniej.
Pani Dominika przeżywała coś, co dotyka niemal wszystkie kobiety
bezskutecznie starające się o dziecko. Kiedy na teście ciążowym nie
pojawiają się wyczekiwane dwie kreski, zwykle powoduje to ogromne
spustoszenie emocjonalne. Niepłodność to choroba, której wciąż
towarzyszy poczucie niepewności. Kiedy chorujemy na grypę czy anginę,
lekarz przepisuje nam odpowiednie leki i wiadomo, że po okresie złego
samopoczucia i rekonwalescencji wrócimy do zdrowia. W przypadku
niepłodności nic nie jest pewne. Para nieraz latami tkwi w poczuciu
zawieszenia, często bez jasnej diagnozy, której po prostu nie można
postawić.
Bardzo trudno jest znieść powtarzające się miesiące niepowodzeń oraz
tragedie kolejnych miesiączek i wciąż przeżywać ten sam zaklęty cykl:
oczekiwanie na ciążę, zawiedzione nadzieje, czas do następnego okresu i znowu czekanie na to, że może tym razem się uda.
Pani Maria pojawiła się w gabinecie ubrana na czarno, bez uśmiechu,
wyglądała jak ktoś, kogo przygniata wielki ciężar. Nie patrzyła mi w oczy i widać było, że nawet mówienie sprawia jej trudność.
-?Cały czas czuję smutek i przygnębienie, nic mnie nie cieszy, schudłam
sześć kilogramów, budzę się o czwartej rano z przerażającym lękiem, nie
potrafię skupić się w pracy, a w weekendy praktycznie nie wstaję z łóżka. Moje życie nie ma sensu, czasami chcę, żeby się skończyło.
-?Wygląda na to, że ma pani depresję. Wydaje mi się, że pomoc
terapeutyczna może nie wystarczyć, powinna pani udać się do psychiatry i zacząć przyjmować leki.
-?Niemożliwe. -?Przerwała mi wyraźnie zniecierpliwiona. -?Nie mam na to
czasu, muszę jak najszybciej podejść do procedury in vitro. Nie mogę
stracić kolejnego miesiąca.
Odwodziłam ją od tego pomysłu, ale niestety nie chciała mnie słuchać.
-?Chce pani, żebym odłożyła zabieg? Nie ma mowy! Czekam na dziecko już
trzy lata i wreszcie coś zaczęło się dziać. In vitro to duża szansa.
Muszę się śpieszyć, mam 34 lata, czas biegnie jak szalony, a ja tracę
miesiąc za miesiącem. Nie wytrzymam tego dłużej. Proszę coś zrobić,
żebym się lepiej poczuła, bo za trzy tygodnie zaczynamy procedurę.
-?Ale to niestety niemożliwe, żeby tak zmasowane objawy zniknęły jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na to potrzeba czasu i niewykluczone, że konieczne będzie zastosowanie leków antydepresyjnych.
Pani Maria obraziła się na mnie i widziałam, że jest mocno rozczarowana
wizytą. Nie umówiła się na następną. Zadzwoniła po dwóch miesiącach, w jeszcze gorszym stanie, bo zabieg niestety się nie powiódł. Nie wiadomo,
dlaczego tak się stało, ale z dużym prawdopodobieństwem jej stan również
się do tego przyczynił. Depresja nie jest sprzymierzeńcem w staraniach o dziecko.
Ponad 20 lat temu na Harvardzie doktor Alice Domar, amerykańska
psycholog, postanowiła pomóc pacjentkom starającym się o dziecko i zaproponowała im udział w zajęciach grupy terapeutycznej. Przez dziesięć
tygodni pacjentki spotykały się i rozmawiały o problemach, jakie niesie
ze sobą niepłodność. Mówiły o strachu przed uciekającym czasem, obawach,
że nie zostaną matkami, poczuciu bycia gorszą od innych kobiet,
wstydzie, skarżyły się również na obniżony nastrój. Szukały sposobów
radzenia sobie w sytuacjach społecznych, rozmawiały o tym, jak pracować
z lekarzem, jak opanować smutek, jak walczyć z brakiem nadziei. W ciągu
pół roku od zakończenia spotkań 50 procent tych kobiet zaszło w ciążę,
najwięcej tych, które skarżyły się przed spotkaniami na objawy depresji.
W grupie kontrolnej, pozbawionej wsparcia terapeutycznego, w tym czasie
zaszło w ciążę tylko 18 procent pacjentek. Ten eksperyment dowodzi, że
jeżeli zredukujemy objawy depresji, jeżeli pomożemy pacjentce lepiej
znosić leczenie niepłodności, jej szanse na powodzenie leczenia
medycznego -?niezależnie od jego formy -?wzrastają o ponad 30 procent.
Doktor Domar zbadała również, że po dwóch latach leczenia niepłodności u większości kobiet pojawia się depresja; niezbędna staje się wówczas
profesjonalna pomoc. Kiedy kobiety zaczynają odczuwać objawy obniżonego
nastroju, powinny jak najszybciej skorzystać z pomocy terapeuty.
Pani Maria odłożyła starania na kilka miesięcy, podjęła terapię i zaczęła przyjmować leki przeciwdepresyjne.
-?Jestem na siebie zła, bo lęk przed upływającym czasem pozbawił mnie
racjonalnego myślenia. Wiedziałam, jak się czuję, nie pani pierwsza
powiedziała mi, że depresja nie jest moim sprzymierzeńcem. Czytałam o tym, wszyscy naokoło mówili mi, że źle wyglądam i dziwnie się zachowuję.
Nie poznawali mnie, zawsze byłam duszą towarzystwa, w pracy mam
odpowiedzialne stanowisko, a nagle zaczęłam gorzej pracować, nie mogłam
się skoncentrować, o wiele więcej czasu musiałam poświecić na zadania,
które wcześniej nie sprawiały mi problemu. Zamknęłam się w domu,
przestałam spotykać się z ludźmi, chowałam się pod kocem i obsesyjnie
myślałam, że in vitro musi się udać, że już nie wytrzymam, że czas
biegnie, a ja jestem coraz starsza.
Zawiodłam się także na moim lekarzu. Nakłaniał mnie do tej procedury,
wszystko odbywało się bardzo szybko, a mnie to odpowiadało. Kiedy się
nie udało, zaczął sugerować, że być może mój stan psychiczny nie
przysłużył się sprawie. Nie wiem, dlaczego nie wyszło i pewnie się nie
dowiem, ale poczułam straszną złość. Skoro widział, co się ze mną
dzieje, dlaczego nie odroczył procedury? Już tam nie wrócę. Znaleźliśmy
inną klinikę i byłam w szoku, bo na pierwszej wizycie lekarz zapytał
mnie o samopoczucie. Rozpłakałam się, bo poczułam, że ktoś przede
wszystkim dba o mnie. Uspokoił mnie, mówiąc, że z naszymi wynikami mamy
jeszcze sporo czasu i że przede wszystkim muszę wyleczyć depresję.
Mądrzy lekarze powstrzymują swoje pacjentki przed decyzją o zabiegu, gdy
kobiety są w nie najlepszej kondycji psychicznej. Dostrzegają, że zbyt
duże napięcie i przygnębienie szkodzą staraniom o ciążę. W leczeniu
niepłodności ważna jest cierpliwość. Zaakceptowanie swoistego rytmu daje
większą szansę na to, że dziecko pojawi się szybciej.
Spotykałyśmy się przez kilka miesięcy, jednocześnie pani Maria leczyła
się farmakologicznie. Do drugiego protokołu podeszli z mężem po pół
roku. Pacjentka wyleczyła się z depresji, ale też zaczęła lepiej radzić
sobie ze strachem przed upływającym czasem.
-?Nie mam wpływu na to, czy urodzę dziecko; wierzę, że tak się stanie,
ale mam wpływ na wiele spraw wokół starań, chociażby na mój stan
psychiczny czy wybór lekarza, a to już bardzo dużo.
Procedura się udała i pierwszy transfer zakończył się ciążą. Pani Maria
urodziła zdrową córeczkę.
Pani Karina pierwsze spotkanie zaczęła zupełnie inaczej:
-?Pani Bogdo, te bezskuteczne starania są jak niekończąca się żałoba. W dodatku taka, której nie można przeżyć do końca.
-?Co ma pani na myśli?
-?Kiedy umiera ktoś z naszych bliskich, rozpacz i poczucie straty są
ogromne, trudno to znieść. Wiem, o czym mówię, bo kiedy miałam
dwadzieścia lat, zmarła moja ukochana mama. Myślałam, że tego nie
zniosę, rozpaczałam, nie mogłam jeść, spać, płakałam całymi dniami. Mama
śniła mi się prawie co noc, widziałam ją na ulicy, a kiedy uświadamiałam
sobie, że to nie ona, że już jej nie ma i że nigdy jej nie zobaczę,
wszystko we mnie wyło. To trwało rok, może dłużej, ale powoli zaczynałam
się godzić ze stratą. Do dzisiaj jest mi smutno, że jej nie ma, ale to
już inne uczucie.
Tymczasem kiedy czekam na dziecko -?przez pierwsze dwa tygodnie cyklu z nadzieją, potem z niecierpliwością i strachem, czy tym razem się uda, i w końcu przeżywam ogromną rozpacz, że znowu wszystko na nic -?proces
żałoby nie ma końca. W każdym kolejnym miesiącu pojawia się nadzieja, a potem znowu rozpacz, której tak naprawdę nie można opłakać, bo znów
wierzy się, że kolejny miesiąc przyniesie upragnione dwie kreski, a za
dziewięć miesięcy urodzi się nasze dziecko. Ta huśtawka pojawia się co
miesiąc.
-?Wiem, co pani czuje. Bardzo trudno jest co miesiąc doznawać uczucia
żałoby, której nie można do końca przeżyć. Nie znam chyba pary, która
dobrze radziłaby sobie z tym problemem.
-?To jak jazda na kolejce górskiej, jakaś szalona sinusoida. W środku
cyklu zaczynam mieć nadzieję, że tym razem na pewno się uda, ogarnia
mnie euforia i wierzę, że ten cykl zakończy się upragnioną ciążą. A potem pojawia się kolejna miesiączka i czuję rozpacz i strach, że może
to się nigdy nie zdarzy. -?Pani Karina się rozpłakała.
-?Wiem, o czym pani mówi, to ogromnie rujnujący stan i często staje się
rodzajem obsesji. Nie pomoże ani w staraniach o dziecko, ani w codziennym życiu. Ile razy przeżywała pani ten stan od nadziei po
rozpacz?
-?Staramy się o dziecko pięć lat.
-?W takim razie przeżyła pani żałobę sześćdziesiąt razy.
-?To straszne, co pani mówi, ale tak właśnie jest: sześćdziesiąt razy
żegnałam swoje nienarodzone dziecko. W dodatku nie mogę nikomu
powiedzieć o tym, co czuję, bo nikt tego nie rozumie. "Jakie dziecko?",
zapytała mnie przyjaciółka, z którą naprawdę świetnie się rozumiemy.
"Przecież nie byłaś w ciąży". Powiedziałam, że to prawda, ale
wyobrażałam sobie, że za chwilę będę, widziałam swoje wymarzone dziecko,
a potem płakałam z żalu, że go nie będzie i żegnałam je tak, jakby
naprawdę istniało. Nic nie zrozumiała, patrzyła na mnie jak na wariatkę.
-?Ja panią rozumiem. I pewnie ktoś jeszcze by się znalazł?
-?Wiem, o kim pani mówi. Mój mąż doskonale mnie rozumie i może to jest
najważniejsze.
Presja upływającego czasu i w konsekwencji niemal całkowite
podporządkowanie życia staraniom o dziecko mogą utrudniać zajście w ciążę, mimo że kobieta jest pod opieką lekarzy specjalistów. Pamiętam
parę, która pojawiła się u mnie w gabinecie rozbita psychicznie po
pięcioletnim bezskutecznym leczeniu.
-?Lekarze nie znaleźli żadnej medycznej przyczyny niepłodności, a my
jesteśmy przekonani, że coś zostało zaniedbane w trakcie diagnozy.
Biegamy więc od lekarza do lekarza, każdy mówi co innego i podważa
diagnozy poprzedników, a my już się w tym wszystkim gubimy -?zaczęła
pani Wiktoria.
-?Proszę opowiedzieć mi trochę więcej o tym, jak wygląda państwa życie.
-?No cóż, niemal całkowicie podporządkowane jest staraniom o dziecko.
Wizyty u lekarzy, badania w konkretnym dniu cyklu, monitorowanie cyklu,
suplementy. Trudno zaplanować urlop, bo właśnie wypada termin
laparoskopii, na którą czekałam od pół roku, a urlopu nie dostanę w innym terminie. Przestałam chodzić na basen, bo przecież mogę dostać
jakiejś infekcji, w drugiej fazie cyklu odpada fitness, bo a nuż jestem
w ciąży i jeszcze coś mi się stanie.
-?I w ten sposób niezauważalnie zaczęła pani rezygnować ze wszystkiego,
co do tej pory sprawiało pani frajdę.
-?Z seksu też -?wtrącił mąż. -?I nie żebym się skarżył. Po prostu już
nam się nawet tego nie chce robić.
-?Trudno czerpać radość z seksu, kiedy kieruje nami przymus.
Pokiwali ze smutkiem głowami.
Ta ograbiona z przyjemności para co miesiąc przeżywała rozpacz z powodu
kolejnej nieudanej próby. Zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc, bo ich
małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać. Właśnie zdecydowali się na
kolejną zmianę lekarza, a że był to okres wakacyjny, pierwsza wizyta
mogła się odbyć dopiero za dwa miesiące.
-?Myślę sobie, że skoro do wizyty jeszcze całe dwa miesiące, moglibyście
państwo zrobić sobie przerwę. Skoro do tej pory nic dobrego się nie
zdarzyło, jest mała szansa, że wydarzy się w ciągu tych dwóch miesięcy.
Dobrze by było, żeby podeszli państwa do następnego etapu leczenia
trochę spokojniejsi i nieco bardziej zdystansowani.
Na ich twarzach zobaczyłam wielką ulgę. Ktoś ich zwolnił z udziału w tej
nierównej walce.
-?Tak zrobimy, ale chcemy się jeszcze raz z panią spotkać, bo zaczęliśmy
się zbyt często kłócić i chyba nie potrafimy sobie sami z tym poradzić.
Umówiliśmy się na spotkanie za trzy tygodnie. Ku mojemu zdumieniu
pojawili się z wiadomością o ciąży. Okazało się, że kiedy dali sobie
prawo do prawdziwego odpoczynku i zajęli się najzwyklejszymi rzeczami,
które sprawiały im przyjemność, ich marzenie spełniło się dosłownie
kilka dni po naszym spotkaniu.Ta historia wydaje się nieprawdopodobna,
ale wygląda na to, że nie był to przypadek i że tej parze pomogła zmiana
nastawienia. Ważne jest, żeby naprawdę dać sobie prawo do tego, by
przestać każdego dnia myśleć o dziecku. Niech nikt jednak nie sądzi, że
jest to doskonała recepta na ucieczkę od lęku, obsesji starań i depresji.
Wiele par deklaruje, że na jakiś czas przestaje zajmować się problemem
niepłodności, ale tak naprawdę nie jest w stanie tego zrobić; w głowach
tych ludzi temat wciąż pozostaje żywy. Wypowiadane w dobrej wierze
oświadczenia obu partnerów o przekierowaniu uwagi na inne sprawy niż
ciąża nie mają nic wspólnego z realnymi działaniami, bo jest to naprawdę
trudne.
To niełatwe wyzwanie dla terapeuty: tak pomóc parze, by leczenie i obsesyjne myślenie dotyczące niepłodności nie zdominowały całego życia
partnerów. Trzeba zrobić wszystko, co możliwe, żeby zatrzymać napływ
obsesyjnych myśli. Kiedy się pojawiają, należy powiedzieć STOP. To
bardzo prosta, ale niezwykle skuteczna metoda. Czasami pacjentki patrzą
na mnie z lekkim politowaniem, ale rzeczy proste nie muszą być głupie i bezużyteczne. Ta technika działa jednak tylko wtedy, gdy kobieta
naprawdę chce poczuć ulgę. Nie nakłaniam nikogo do zaprzestania starań,
ale do pewnej kontroli swojego myślenia.
Inny sposób, który proponuję parom, początkowo budzi sprzeciw wielu
osób.
-?Czy zastanawialiście się państwo, gdzie leży granica waszych starań? -
pytam. -?Co znajduje się na końcu drogi? Wiem, że to przeraża, bo trzeba
sobie wtedy uświadomić, że będzie jakiś koniec, niekoniecznie taki, o jakim marzycie, ale stworzenie planu B, C czy D daje poczucie kontroli.
Pacjenci wychodzą z mojego gabinetu przestraszeni, czasami protestują,
nie chcą dopuścić do siebie takich myśli, bo boją, że ten scenariusz się
spełni. Tłumaczę im, że nie mamy takiej siły, by zaklinać rzeczywistość,
a wyobrażanie sobie czegoś nie sprawi, że tak się stanie. Zwykle
wychodzą skonsternowani, ale kiedy decydują się na rozmowę, coś zaczyna
się klarować.
-?Doszliśmy do wniosku, że nie wyobrażamy sobie życia bez dziecka. Stać
nas na jedną procedurę in vitro, jeśli wyjdzie, będzie cudownie, jeśli
nie, przepłaczemy to i udamy się do ośrodka adopcyjnego. Jesteśmy gotowi
na takie rodzicielstwo.
Inny plan:
-?Nasze starania skończą się na naturalnych metodach, in vitro nie
wchodzi w grę. Nie wyobrażamy sobie także adopcji dziecka. To strasznie
trudne, ale zostaniemy wtedy bezdzietną parą. Weźmiemy drugiego psa,
wrócimy do swoich pasji, spotkań z przyjaciółmi.
Lub:
-?Nie spoczniemy. Póki lekarze twierdzą, że mamy szansę, będziemy
walczyć.
Jeśli nie będzie innego wyjścia, wiele par zdecyduje się na adopcję
prenatalną, czyli adopcję komórki dawczyni, nasienia dawcy albo zarodka.
-?Kiedy uświadomiliśmy sobie, co chcemy zrobić krok po kroku, chociaż
było to naprawdę trudne, doznaliśmy jakiegoś rodzaju ulgi, bo
poczuliśmy, że na nowo zyskujemy poczucie kontroli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki