Wsparcie psychologiczne w niepłodności - Bogda Pawelec

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Niewiele osób wie, czym tak naprawdę jest nie­płod­ność i jak wiele cier­pie­nia przy­nosi parze, która bez­sku­tecz­nie stara się o wła­sne dziecko. Na nie­płod­ność nikt sobie nie zasłu­żył. Zaska­kuje ona i dotyka ludzi nie­za­leż­nie od ich wykształ­ce­nia, docho­dów, miej­sca zamiesz­ka­nia, rasy czy kul­tury.

W Pol­sce co ósma para, czyli bli­sko trzy miliony męż­czyzn i kobiet, nie może się docze­kać wła­snego dziecka. Pro­ces dia­gnozy, lecze­nia i sta­rań czę­sto cią­gnie się latami, a upły­wa­jący czas wywo­łuje nie­po­kój i strach, że upra­gnione dziecko być może ni­gdy nie pojawi się na świe­cie. Pary żyją w poczu­ciu comie­sięcz­nej utraty, jed­no­cze­śnie wyobra­ża­jąc sobie swoje jesz­cze nie­na­ro­dzone dziecko. Zasta­na­wiają się, jaki będzie miało kolor oczu, wło­sów, do kogo będzie podobne, jak będzie brzmiało jego pierw­sze słowo. Kiedy na teście cią­żo­wym nie poja­wiają się upra­gnione dwie kre­ski, part­ne­rzy są zdru­zgo­tani i co mie­siąc żegnają się z kimś, kto w ich umy­słach miał już swoje miej­sce.

Pary czę­sto ukry­wają nie­płod­ność. Kiedy ich rówie­śni­kom rodzą się kolejne dzieci, bywa, że czują roz­pacz, a cza­sami wstyd z powodu swo­jej zazdro­ści czy zawi­ści. Kiedy świat zna­jo­mych zaczyna krę­cić się wokół malu­chów, zwy­kle czują się nie­zro­zu­miani i osa­mot­nieni, zaczy­nają się izo­lo­wać, a wokół nich poja­wia się pustka. Bywa, że towa­rzy­szą im złość i poczu­cie bez­sil­no­ści, bo do tej pory zwy­kle mieli wpływ na swoje życie. To od nich zale­żały wyniki egza­mi­nów matu­ral­nych, to dzięki swo­jej pracy skoń­czyli upra­gnione stu­dia i zna­leźli atrak­cyjne posady, dzięki wła­snym wysił­kom mogą pozwo­lić sobie na pierw­sze miesz­ka­nie, samo­chód, waka­cyjne wyjazdy. Nie­płod­ność czę­sto po raz pierw­szy kon­fron­tuje ich z sytu­acją, w któ­rej prze­stają mieć wpływ na bieg wyda­rzeń. Tkwią w bez­sil­no­ści, a jej destruk­cyjna moc pro­wa­dzi do smutku, a cza­sami wręcz do depre­sji.

Nie­płod­ność to także wielka próba dla związku. Potrzeba ogrom­nej wiary, siły i doj­rza­ło­ści, żeby w obli­czu tak cięż­kiej cho­roby wza­jem­nie dawać sobie wspar­cie i wie­rzyć, że pew­nego dnia wszystko dobrze się skoń­czy. Jak nie oskar­żać się wza­jem­nie, jak nie ucie­kać przed pro­ble­mami i nie zamy­kać się w sobie? Jak w końcu nie zruj­no­wać związku, spro­wa­dza­jąc wspólne życie nie­mal wyłącz­nie do sta­ra­nia się o dziecko i nisz­cząc tym samym sferę sek­su­alną -?do tej pory pełną spon­ta­nicz­no­ści, a teraz pod­po­rząd­ko­waną dniom płod­nym i trud­nym pro­ce­du­rom medycz­nym?

Nie­płod­ność to rów­nież wiele godzin spę­dzo­nych w pocze­kal­niach i gabi­ne­tach gine­ko­lo­gicz­nych, wędrówki od spe­cja­li­sty do spe­cja­li­sty, dzie­siątki badań, cza­sami nie­przy­jem­nych czy bole­snych, a przede wszyst­kim naru­sza­ją­cych intym­ność. To czę­sto wie­lo­krot­nie powta­rzane pro­ce­dury zapłod­nie­nia in vitro, które inge­rują w ciało kobiety i powo­dują hor­mo­nalną huś­tawkę, a dodat­kowo sta­no­wią finan­sowe obcią­że­nie, nie­rzadko zmu­sza­jąc pary do zacią­ga­nia kre­dy­tów czy zapo­ży­cza­nia się u krew­nych. To chwile zwąt­pie­nia, pełne obaw o to, czy wystar­czy sił do dal­szej walki. To bory­ka­nie się z sil­nymi, nie­mal gra­nicz­nymi emo­cjami zwią­za­nymi z wyobra­ża­niem sobie dnia, w któ­rym być może padną słowa odbie­ra­jące nadzieję.

To także dyle­maty w sytu­acji, gdy pro­ste metody zawo­dzą i każdy z part­ne­rów ma inne zda­nie na temat tego, co dalej. Czy zde­cy­do­wać się na in vitro, a może sko­rzy­stać z nasie­nia dawcy, komórki daw­czyni czy z zarodka, zostać rodzi­cem adop­cyj­nym, a może wybrać bez­dziet­ność? Nie zawsze part­ne­rzy mają jed­na­kowe zda­nie w tej kwe­stii. Bywa, że roz­bieżne punkty widze­nia dopro­wa­dzają do poważ­nych kon­flik­tów i w kon­se­kwen­cji do decy­zji o roz­sta­niu. Nie­płod­ność sta­nowi wielką próbę dla doj­rza­ło­ści i miło­ści; to czas, gdy nie­zwy­kle ważne stają się wza­jemne wspar­cie i umie­jęt­ność zawie­ra­nia kom­pro­mi­sów.

Doświad­cze­nie nie­płod­no­ści ozna­cza rów­nież koniecz­ność kon­fron­ta­cji z ludźmi, któ­rzy nie rozu­mie­jąc pro­blemu, pytają "Kiedy wy?", rzu­cają uwagi na temat wygod­nic­twa i sta­wia­nia kariery na pierw­szym miej­scu, a cza­sami wręcz wzbu­dzają poczu­cie winy. A prze­cież nie­raz nawet naj­bliż­szym trudno wyja­śnić, że nie­płod­ność jest cho­robą. Jeśli bowiem samemu postrzega się ją jako coś wsty­dli­wego i upo­ka­rza­ją­cego, innym przy­pi­suje się podobne myśli. W takim kon­tek­ście nie­płod­ność staje się wyra­zem braku męsko­ści czy kobie­co­ści, rodza­jem skazy, wywo­łu­ją­cym poczu­cie, że jest się gor­szym od tych, któ­rzy rodzi­cami zostali bez pro­blemu. Łatwiej zatem mil­czeć, nara­żać się na przy­kre uwagi, poły­kać łzy i uni­kać spo­tkań niż przy­znać się do nie­płod­no­ści.

Książka, którą dedy­kuję parom wal­czą­cym o swoje upra­gnione dziecko, jest pokło­siem dwu­dzie­stu pię­ciu lat pracy w cha­rak­te­rze tera­peutki, tysiąca godzin spę­dzo­nych w gabi­ne­cie. Chcę w niej poka­zać drogę, jaką prze­cho­dzę wspól­nie z moimi pacjen­tami, począw­szy od stra­chu przed ucie­ka­ją­cym cza­sem, poprzez zro­zu­mie­nie, na czym polega nie­płod­ność, skąd się bie­rze i jak się ją leczy, przy jed­no­cze­snym bory­ka­niu się z mno­go­ścią badań, a skoń­czyw­szy na uświa­do­mie­niu sobie, jak ta cho­roba wpływa na psy­chikę i co należy robić, żeby bro­nić się przed jej nisz­czą­cym wpły­wem.

W tej książce sta­ram się przy­bli­żyć pro­blemy poja­wia­jące się mię­dzy part­ne­rami, a także w ich rela­cjach z oto­cze­niem, bliż­szym i dal­szym. Doty­kam pro­ble­mów zwią­za­nych z decy­zją o zasto­so­wa­niu metody in vitro i zwią­za­nymi z nią kon­se­kwen­cjami emo­cjo­nal­nymi.

Jest w niej także roz­dział o decy­zjach, wąt­pli­wo­ściach i dyle­ma­tach zwią­za­nych z adop­cją pre­na­talną, czyli adop­cją nasie­nia dawcy, komórki daw­czyni czy zarodka innej pary.

Jeden z roz­dzia­łów poświę­cam przy­czy­nom nie­płod­no­ści, które mogą tkwić w psy­chice, kolejny utra­tom doty­ka­ją­cym nie­płodną parę, nie tylko tym zwią­za­nym z poro­nie­niem, ale też tym poja­wia­ją­cym się co mie­siąc. Jest też roz­dział doty­czący nie­zwy­kle trud­nej kwe­stii: decy­zji o bez­dziet­no­ści i akcep­ta­cją tego stanu rze­czy. Sta­ram się poka­zać spo­soby i tech­niki, jakimi można pomóc nie­płod­nej parze.

Na koniec pra­gnę pod­kre­ślić, że nie­płod­ność jest cho­robą i nie poja­wia się ani jako kara za rze­kome prze­wi­nie­nia, ani po to, żeby zmie­niać ludzi na lep­sze. Cza­sami wymaga dłu­giego, wie­lo­let­niego lecze­nia i trzeba być na to przy­go­to­wa­nym. Mam jed­nak dobrą wia­do­mość: mimo bólu, jaki przy­nosi doświad­cze­nie nie­płod­no­ści, tylko kilka pro­cent par ni­gdy nie zosta­nie bio­lo­gicz­nymi rodzi­cami. Więk­szość prę­dzej czy póź­niej doczeka się upra­gnio­nych dwóch kre­sek na teście cią­żo­wym, czego Pań­stwu z całego serca życzę.

Autorka

Rozdział 1. W pogoni za upływającym czasem

Roz­dział 1

W pogoni za upły­wa­ją­cym cza­sem

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że nie­płod­ność jest jedną z cho­rób, które trudno udźwi­gnąć na pozio­mie emo­cjo­nal­nym. Wywo­łuje ból, roz­pacz, prze­ra­że­nie, a stan psy­chiczny dotknię­tych nią osób porów­ny­wany jest do tego, który prze­ży­wają cier­piący na cho­roby nowo­two­rowe lub poważne scho­rze­nia kar­dio­lo­giczne. Kiedy pytam moje pacjentki, co wydaje im się naj­trud­niej­sze w tej zwy­kle dłu­go­trwa­łej walce, bar­dzo czę­sto jako pierw­sze wymie­niają strach przed ucie­ka­ją­cym cza­sem i comie­sięczne napię­cie, zwią­zane z ocze­ki­wa­niem na upra­gnioną ciążę.

Kobieta, która do mnie zadzwo­niła, popro­siła o jak naj­szyb­szy ter­min spo­tka­nia. W jej gło­sie usły­sza­łam despe­ra­cję.

-?Muszę się z panią spo­tkać jak naj­szyb­ciej, bar­dzo źle się czuję i dłu­żej tego nie wytrzy­mam.

W słu­chawce roz­legł się szloch. Poczu­łam nie­po­kój. Nie zapy­ta­łam, co dolega tej kobie­cie, ponie­waż ni­gdy nie zadaję takich pytań pod­czas roz­mów tele­fo­nicz­nych z oso­bami, któ­rych nie znam, ale obie­ca­łam, że spo­tkamy się tak szybko, jak to moż­liwe. Kiedy zoba­czy­łam tę kobietę po raz pierw­szy, od razu pomy­śla­łam, że jest kłęb­kiem ner­wów. Przy­wi­tała się, nie patrząc mi w oczy. Torebka upa­dła jej na pod­łogę i wysy­pały się z niej różne przed­mioty, co zde­ner­wo­wało ją jesz­cze bar­dziej. Pomo­głam jej pozbie­rać dro­bia­zgi, zapew­nia­jąc, że nic się nie stało. Popro­si­łam, żeby usia­dła w fotelu. Zro­biła to, ale na­dal była bar­dzo nie­spo­kojna. Zaczęła ner­wowo zapla­tać palce i zakła­dać nogę na nogę; widzia­łam, że nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać tych ruchów.

-?W czym mogę pani pomóc?

-?Nie mogę już ze sobą wytrzy­mać, nie mogę znieść tego, co od kilku lat się ze mną dzieje. -?Roz­pła­kała się. Potrze­bo­wała dłuż­szego czasu, żeby się uspo­koić. Cier­pli­wie cze­ka­łam, aż nieco ochło­nie.

-?Pro­szę powie­dzieć mi o tym coś wię­cej. -?Zachę­ci­łam ją spo­koj­nym gło­sem.

-?Czas, ucie­ka­jący czas, to coś, o czym myślę każ­dego dnia. Budzę się i natych­miast poja­wia się myśl, że mam go coraz mniej, i dopada mnie straszny lęk, że ni­gdy nie zostanę mamą. Zaczy­nam się wtedy dusić ze stra­chu. Kiedy do pani zadzwo­ni­łam, mia­łam wła­śnie taki atak i dla­tego tak bar­dzo zale­żało mi na tym, żeby się z panią jak naj­szyb­ciej zoba­czyć. Mam trzy­dzie­ści pięć lat, wyszłam za mąż pięć lat temu, wiem, że dość późno, ale tak się poto­czyło życie. Zaraz po ślu­bie oboje zde­cy­do­wa­li­śmy, że chcemy mieć dzieci. Zawsze chcia­łam je mieć i naprawdę nie wyobra­żam sobie życia bez cho­ciażby jed­nego. Mimo pię­ciu lat sta­rań ni­gdy nie byłam w ciąży. Nie mogę już wytrzy­mać tej powta­rza­ją­cej się huś­tawki emo­cji: od nadziei, że tym razem na pewno się uda, po roz­pacz, że znowu się nie udało. To trwa już tyle lat. Cią­gle liczę dni, spraw­dzam, kiedy wypada owu­la­cja, bo to dla nas kolejna szansa, i wtedy wie­rzę, że tym razem na pewno się uda. Koniecz­nie musimy upra­wiać seks w dni płodne, strach mie­sza się wtedy z nadzieją. Potem cze­kam dwa tygo­dnie. W tym cza­sie wie­rzę, że się uda i na chwilę czas się zatrzy­muje. Do mie­siączki. Nie udaje się, zegar zaczyna znowu tykać, a mnie ogar­nia prze­ra­że­nie, że za chwilę będzie za późno. Nie mogę prze­stać o tym myśleć, obawy dopa­dają mnie w pracy, w tram­waju, na zaku­pach, na spo­tka­niach ze zna­jo­mymi. Nie mogę odpę­dzić od sie­bie myśli, że czas leci i że mam go coraz mniej.

Pani Domi­nika prze­ży­wała coś, co dotyka nie­mal wszyst­kie kobiety bez­sku­tecz­nie sta­ra­jące się o dziecko. Kiedy na teście cią­żo­wym nie poja­wiają się wycze­ki­wane dwie kre­ski, zwy­kle powo­duje to ogromne spu­sto­sze­nie emo­cjo­nalne. Nie­płod­ność to cho­roba, któ­rej wciąż towa­rzy­szy poczu­cie nie­pew­no­ści. Kiedy cho­ru­jemy na grypę czy anginę, lekarz prze­pi­suje nam odpo­wied­nie leki i wia­domo, że po okre­sie złego samo­po­czu­cia i rekon­wa­le­scen­cji wró­cimy do zdro­wia. W przy­padku nie­płod­no­ści nic nie jest pewne. Para nie­raz latami tkwi w poczu­ciu zawie­sze­nia, czę­sto bez jasnej dia­gnozy, któ­rej po pro­stu nie można posta­wić.

Bar­dzo trudno jest znieść powta­rza­jące się mie­siące nie­po­wo­dzeń oraz tra­ge­die kolej­nych mie­sią­czek i wciąż prze­ży­wać ten sam zaklęty cykl: ocze­ki­wa­nie na ciążę, zawie­dzione nadzieje, czas do następ­nego okresu i znowu cze­ka­nie na to, że może tym razem się uda.

Pani Maria poja­wiła się w gabi­ne­cie ubrana na czarno, bez uśmie­chu, wyglą­dała jak ktoś, kogo przy­gniata wielki cię­żar. Nie patrzyła mi w oczy i widać było, że nawet mówie­nie spra­wia jej trud­ność.

-?Cały czas czuję smu­tek i przy­gnę­bie­nie, nic mnie nie cie­szy, schu­dłam sześć kilo­gra­mów, budzę się o czwar­tej rano z prze­ra­ża­ją­cym lękiem, nie potra­fię sku­pić się w pracy, a w week­endy prak­tycz­nie nie wstaję z łóżka. Moje życie nie ma sensu, cza­sami chcę, żeby się skoń­czyło.

-?Wygląda na to, że ma pani depre­sję. Wydaje mi się, że pomoc tera­peu­tyczna może nie wystar­czyć, powinna pani udać się do psy­chia­try i zacząć przyj­mo­wać leki.

-?Nie­moż­liwe. -?Prze­rwała mi wyraź­nie znie­cier­pli­wiona. -?Nie mam na to czasu, muszę jak naj­szyb­ciej podejść do pro­ce­dury in vitro. Nie mogę stra­cić kolej­nego mie­siąca.

Odwo­dzi­łam ją od tego pomy­słu, ale nie­stety nie chciała mnie słu­chać.

-?Chce pani, żebym odło­żyła zabieg? Nie ma mowy! Cze­kam na dziecko już trzy lata i wresz­cie coś zaczęło się dziać. In vitro to duża szansa. Muszę się śpie­szyć, mam 34 lata, czas bie­gnie jak sza­lony, a ja tracę mie­siąc za mie­siącem. Nie wytrzy­mam tego dłu­żej. Pro­szę coś zro­bić, żebym się lepiej poczuła, bo za trzy tygo­dnie zaczy­namy pro­ce­durę.

-?Ale to nie­stety nie­moż­liwe, żeby tak zma­so­wane objawy znik­nęły jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Na to potrzeba czasu i nie­wy­klu­czone, że konieczne będzie zasto­so­wa­nie leków anty­de­pre­syj­nych.

Pani Maria obra­ziła się na mnie i widzia­łam, że jest mocno roz­cza­ro­wana wizytą. Nie umó­wiła się na następną. Zadzwo­niła po dwóch mie­sią­cach, w jesz­cze gor­szym sta­nie, bo zabieg nie­stety się nie powiódł. Nie wia­domo, dla­czego tak się stało, ale z dużym praw­do­po­do­bień­stwem jej stan rów­nież się do tego przy­czy­nił. Depre­sja nie jest sprzy­mie­rzeń­cem w sta­ra­niach o dziecko.

Ponad 20 lat temu na Harvar­dzie dok­tor Alice Domar, ame­ry­kań­ska psy­cho­log, posta­no­wiła pomóc pacjent­kom sta­ra­ją­cym się o dziecko i zapro­po­no­wała im udział w zaję­ciach grupy tera­peu­tycz­nej. Przez dzie­sięć tygo­dni pacjentki spo­ty­kały się i roz­ma­wiały o pro­ble­mach, jakie nie­sie ze sobą nie­płod­ność. Mówiły o stra­chu przed ucie­ka­ją­cym cza­sem, oba­wach, że nie zostaną mat­kami, poczu­ciu bycia gor­szą od innych kobiet, wsty­dzie, skar­żyły się rów­nież na obni­żony nastrój. Szu­kały spo­so­bów radze­nia sobie w sytu­acjach spo­łecz­nych, roz­ma­wiały o tym, jak pra­co­wać z leka­rzem, jak opa­no­wać smu­tek, jak wal­czyć z bra­kiem nadziei. W ciągu pół roku od zakoń­cze­nia spo­tkań 50 pro­cent tych kobiet zaszło w ciążę, naj­wię­cej tych, które skar­żyły się przed spo­tka­niami na objawy depre­sji. W gru­pie kon­tro­l­nej, pozba­wio­nej wspar­cia tera­peu­tycz­nego, w tym cza­sie zaszło w ciążę tylko 18 pro­cent pacjen­tek. Ten eks­pe­ry­ment dowo­dzi, że jeżeli zre­du­ku­jemy objawy depre­sji, jeżeli pomo­żemy pacjentce lepiej zno­sić lecze­nie nie­płod­no­ści, jej szanse na powo­dze­nie lecze­nia medycz­nego -?nie­za­leż­nie od jego formy -?wzra­stają o ponad 30 pro­cent. Dok­tor Domar zba­dała rów­nież, że po dwóch latach lecze­nia nie­płod­no­ści u więk­szo­ści kobiet poja­wia się depre­sja; nie­zbędna staje się wów­czas pro­fe­sjo­nalna pomoc. Kiedy kobiety zaczy­nają odczu­wać objawy obni­żo­nego nastroju, powinny jak naj­szyb­ciej sko­rzy­stać z pomocy tera­peuty.

Pani Maria odło­żyła sta­ra­nia na kilka mie­sięcy, pod­jęła tera­pię i zaczęła przyj­mo­wać leki prze­ciw­de­pre­syjne.

-?Jestem na sie­bie zła, bo lęk przed upły­wa­ją­cym cza­sem pozba­wił mnie racjo­nal­nego myśle­nia. Wie­dzia­łam, jak się czuję, nie pani pierw­sza powie­działa mi, że depre­sja nie jest moim sprzy­mie­rzeń­cem. Czy­ta­łam o tym, wszy­scy naokoło mówili mi, że źle wyglą­dam i dziw­nie się zacho­wuję. Nie pozna­wali mnie, zawsze byłam duszą towa­rzy­stwa, w pracy mam odpo­wie­dzialne sta­no­wi­sko, a nagle zaczę­łam gorzej pra­co­wać, nie mogłam się skon­cen­tro­wać, o wiele wię­cej czasu musia­łam poświe­cić na zada­nia, które wcze­śniej nie spra­wiały mi pro­blemu. Zamknę­łam się w domu, prze­sta­łam spo­ty­kać się z ludźmi, cho­wa­łam się pod kocem i obse­syj­nie myśla­łam, że in vitro musi się udać, że już nie wytrzy­mam, że czas bie­gnie, a ja jestem coraz star­sza.

Zawio­dłam się także na moim leka­rzu. Nakła­niał mnie do tej pro­ce­dury, wszystko odby­wało się bar­dzo szybko, a mnie to odpo­wia­dało. Kiedy się nie udało, zaczął suge­ro­wać, że być może mój stan psy­chiczny nie przy­słu­żył się spra­wie. Nie wiem, dla­czego nie wyszło i pew­nie się nie dowiem, ale poczu­łam straszną złość. Skoro widział, co się ze mną dzieje, dla­czego nie odro­czył pro­ce­dury? Już tam nie wrócę. Zna­leź­li­śmy inną kli­nikę i byłam w szoku, bo na pierw­szej wizy­cie lekarz zapy­tał mnie o samo­po­czu­cie. Roz­pła­ka­łam się, bo poczu­łam, że ktoś przede wszyst­kim dba o mnie. Uspo­koił mnie, mówiąc, że z naszymi wyni­kami mamy jesz­cze sporo czasu i że przede wszyst­kim muszę wyle­czyć depre­sję.

Mądrzy leka­rze powstrzy­mują swoje pacjentki przed decy­zją o zabiegu, gdy kobiety są w nie naj­lep­szej kon­dy­cji psy­chicz­nej. Dostrze­gają, że zbyt duże napię­cie i przy­gnę­bie­nie szko­dzą sta­ra­niom o ciążę. W lecze­niu nie­płod­no­ści ważna jest cier­pli­wość. Zaak­cep­to­wa­nie swo­istego rytmu daje więk­szą szansę na to, że dziecko pojawi się szyb­ciej.

Spo­ty­ka­ły­śmy się przez kilka mie­sięcy, jed­no­cze­śnie pani Maria leczyła się far­ma­ko­lo­gicz­nie. Do dru­giego pro­to­kołu pode­szli z mężem po pół roku. Pacjentka wyle­czyła się z depre­sji, ale też zaczęła lepiej radzić sobie ze stra­chem przed upły­wa­ją­cym cza­sem.

-?Nie mam wpływu na to, czy uro­dzę dziecko; wie­rzę, że tak się sta­nie, ale mam wpływ na wiele spraw wokół sta­rań, cho­ciażby na mój stan psy­chiczny czy wybór leka­rza, a to już bar­dzo dużo.

Pro­ce­dura się udała i pierw­szy trans­fer zakoń­czył się ciążą. Pani Maria uro­dziła zdrową córeczkę.

Pani Karina pierw­sze spo­tka­nie zaczęła zupeł­nie ina­czej:

-?Pani Bogdo, te bez­sku­teczne sta­ra­nia są jak nie­koń­cząca się żałoba. W dodatku taka, któ­rej nie można prze­żyć do końca.

-?Co ma pani na myśli?

-?Kiedy umiera ktoś z naszych bli­skich, roz­pacz i poczu­cie straty są ogromne, trudno to znieść. Wiem, o czym mówię, bo kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia lat, zmarła moja uko­chana mama. Myśla­łam, że tego nie zniosę, roz­paczałam, nie mogłam jeść, spać, pła­ka­łam całymi dniami. Mama śniła mi się pra­wie co noc, widzia­łam ją na ulicy, a kiedy uświadamia­łam sobie, że to nie ona, że już jej nie ma i że ni­gdy jej nie zoba­czę, wszystko we mnie wyło. To trwało rok, może dłu­żej, ale powoli zaczy­na­łam się godzić ze stratą. Do dzi­siaj jest mi smutno, że jej nie ma, ale to już inne uczu­cie.

Tym­cza­sem kiedy cze­kam na dziecko -?przez pierw­sze dwa tygo­dnie cyklu z nadzieją, potem z nie­cier­pli­wo­ścią i stra­chem, czy tym razem się uda, i w końcu prze­ży­wam ogromną roz­pacz, że znowu wszystko na nic -?pro­ces żałoby nie ma końca. W każ­dym kolej­nym mie­siącu poja­wia się nadzieja, a potem znowu roz­pacz, któ­rej tak naprawdę nie można opła­kać, bo znów wie­rzy się, że kolejny mie­siąc przy­nie­sie upra­gnione dwie kre­ski, a za dzie­więć mie­sięcy uro­dzi się nasze dziecko. Ta huś­tawka poja­wia się co mie­siąc.

-?Wiem, co pani czuje. Bar­dzo trudno jest co mie­siąc dozna­wać uczu­cia żałoby, któ­rej nie można do końca prze­żyć. Nie znam chyba pary, która dobrze radzi­łaby sobie z tym pro­ble­mem.

-?To jak jazda na kolejce gór­skiej, jakaś sza­lona sinu­so­ida. W środku cyklu zaczy­nam mieć nadzieję, że tym razem na pewno się uda, ogar­nia mnie eufo­ria i wie­rzę, że ten cykl zakoń­czy się upra­gnioną ciążą. A potem poja­wia się kolejna mie­siączka i czuję roz­pacz i strach, że może to się ni­gdy nie zda­rzy. -?Pani Karina się roz­pła­kała.

-?Wiem, o czym pani mówi, to ogrom­nie ruj­nu­jący stan i czę­sto staje się rodza­jem obse­sji. Nie pomoże ani w sta­ra­niach o dziecko, ani w codzien­nym życiu. Ile razy prze­ży­wała pani ten stan od nadziei po roz­pacz?

-?Sta­ramy się o dziecko pięć lat.

-?W takim razie prze­żyła pani żałobę sześć­dzie­siąt razy.

-?To straszne, co pani mówi, ale tak wła­śnie jest: sześć­dzie­siąt razy żegna­łam swoje nie­na­ro­dzone dziecko. W dodatku nie mogę nikomu powie­dzieć o tym, co czuję, bo nikt tego nie rozu­mie. "Jakie dziecko?", zapy­tała mnie przy­ja­ciółka, z którą naprawdę świet­nie się rozu­miemy. "Prze­cież nie byłaś w ciąży". Powie­dzia­łam, że to prawda, ale wyobra­ża­łam sobie, że za chwilę będę, widzia­łam swoje wyma­rzone dziecko, a potem pła­ka­łam z żalu, że go nie będzie i żegna­łam je tak, jakby naprawdę ist­niało. Nic nie zro­zu­miała, patrzyła na mnie jak na wariatkę.

-?Ja panią rozu­miem. I pew­nie ktoś jesz­cze by się zna­lazł?

-?Wiem, o kim pani mówi. Mój mąż dosko­nale mnie rozu­mie i może to jest naj­waż­niej­sze.

Pre­sja upły­wa­ją­cego czasu i w kon­se­kwen­cji nie­mal cał­ko­wite pod­po­rząd­ko­wa­nie życia sta­ra­niom o dziecko mogą utrud­niać zaj­ście w ciążę, mimo że kobieta jest pod opieką leka­rzy spe­cja­li­stów. Pamię­tam parę, która poja­wiła się u mnie w gabi­ne­cie roz­bita psy­chicz­nie po pię­cio­let­nim bez­sku­tecz­nym lecze­niu.

-?Leka­rze nie zna­leźli żad­nej medycz­nej przy­czyny nie­płod­no­ści, a my jeste­śmy prze­ko­nani, że coś zostało zanie­dbane w trak­cie dia­gnozy. Bie­gamy więc od leka­rza do leka­rza, każdy mówi co innego i pod­waża dia­gnozy poprzed­ni­ków, a my już się w tym wszyst­kim gubimy -?zaczęła pani Wik­to­ria.

-?Pro­szę opo­wie­dzieć mi tro­chę wię­cej o tym, jak wygląda pań­stwa życie.

-?No cóż, nie­mal cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wane jest sta­ra­niom o dziecko. Wizyty u leka­rzy, bada­nia w kon­kret­nym dniu cyklu, moni­to­ro­wa­nie cyklu, suple­menty. Trudno zapla­no­wać urlop, bo wła­śnie wypada ter­min lapa­ro­sko­pii, na którą cze­ka­łam od pół roku, a urlopu nie dostanę w innym ter­minie. Prze­sta­łam cho­dzić na basen, bo prze­cież mogę dostać jakiejś infek­cji, w dru­giej fazie cyklu odpada fit­ness, bo a nuż jestem w ciąży i jesz­cze coś mi się sta­nie.

-?I w ten spo­sób nie­zau­wa­żal­nie zaczęła pani rezy­gno­wać ze wszyst­kiego, co do tej pory spra­wiało pani frajdę.

-?Z seksu też -?wtrą­cił mąż. -?I nie żebym się skar­żył. Po pro­stu już nam się nawet tego nie chce robić.

-?Trudno czer­pać radość z seksu, kiedy kie­ruje nami przy­mus.

Poki­wali ze smut­kiem gło­wami.

Ta ogra­biona z przy­jem­no­ści para co mie­siąc prze­ży­wała roz­pacz z powodu kolej­nej nie­uda­nej próby. Zwró­cili się do mnie z prośbą o pomoc, bo ich mał­żeń­stwo powoli zaczy­nało się roz­pa­dać. Wła­śnie zde­cy­do­wali się na kolejną zmianę leka­rza, a że był to okres waka­cyjny, pierw­sza wizyta mogła się odbyć dopiero za dwa mie­siące.

-?Myślę sobie, że skoro do wizyty jesz­cze całe dwa mie­siące, mogli­by­ście pań­stwo zro­bić sobie prze­rwę. Skoro do tej pory nic dobrego się nie zda­rzyło, jest mała szansa, że wyda­rzy się w ciągu tych dwóch mie­sięcy. Dobrze by było, żeby pode­szli pań­stwa do następ­nego etapu lecze­nia tro­chę spo­koj­niejsi i nieco bar­dziej zdy­stan­so­wani.

Na ich twa­rzach zoba­czy­łam wielką ulgę. Ktoś ich zwol­nił z udziału w tej nie­rów­nej walce.

-?Tak zro­bimy, ale chcemy się jesz­cze raz z panią spo­tkać, bo zaczę­li­śmy się zbyt czę­sto kłó­cić i chyba nie potra­fimy sobie sami z tym pora­dzić.

Umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie za trzy tygo­dnie. Ku mojemu zdu­mie­niu poja­wili się z wia­do­mo­ścią o ciąży. Oka­zało się, że kiedy dali sobie prawo do praw­dzi­wego odpo­czynku i zajęli się naj­zwy­klej­szymi rze­czami, które spra­wiały im przy­jem­ność, ich marze­nie speł­niło się dosłow­nie kilka dni po naszym spo­tka­niu.Ta histo­ria wydaje się nie­praw­do­po­dobna, ale wygląda na to, że nie był to przy­pa­dek i że tej parze pomo­gła zmiana nasta­wie­nia. Ważne jest, żeby naprawdę dać sobie prawo do tego, by prze­stać każ­dego dnia myśleć o dziecku. Niech nikt jed­nak nie sądzi, że jest to dosko­nała recepta na ucieczkę od lęku, obse­sji sta­rań i depre­sji.

Wiele par dekla­ruje, że na jakiś czas prze­staje zaj­mo­wać się pro­ble­mem nie­płod­no­ści, ale tak naprawdę nie jest w sta­nie tego zro­bić; w gło­wach tych ludzi temat wciąż pozo­staje żywy. Wypo­wia­dane w dobrej wie­rze oświad­cze­nia obu part­ne­rów o prze­kie­ro­wa­niu uwagi na inne sprawy niż ciąża nie mają nic wspól­nego z real­nymi dzia­ła­niami, bo jest to naprawdę trudne.

To nie­ła­twe wyzwa­nie dla tera­peuty: tak pomóc parze, by lecze­nie i obse­syjne myśle­nie doty­czące nie­płod­no­ści nie zdo­mi­no­wały całego życia part­ne­rów. Trzeba zro­bić wszystko, co moż­liwe, żeby zatrzy­mać napływ obse­syj­nych myśli. Kiedy się poja­wiają, należy powie­dzieć STOP. To bar­dzo pro­sta, ale nie­zwy­kle sku­teczna metoda. Cza­sami pacjentki patrzą na mnie z lek­kim poli­to­wa­niem, ale rze­czy pro­ste nie muszą być głu­pie i bez­u­ży­teczne. Ta tech­nika działa jed­nak tylko wtedy, gdy kobieta naprawdę chce poczuć ulgę. Nie nakła­niam nikogo do zaprze­sta­nia sta­rań, ale do pew­nej kon­troli swo­jego myśle­nia.

Inny spo­sób, który pro­po­nuję parom, począt­kowo budzi sprze­ciw wielu osób.

-?Czy zasta­na­wia­li­ście się pań­stwo, gdzie leży gra­nica waszych sta­rań? - pytam. -?Co znaj­duje się na końcu drogi? Wiem, że to prze­raża, bo trzeba sobie wtedy uświa­do­mić, że będzie jakiś koniec, nie­ko­niecz­nie taki, o jakim marzy­cie, ale stwo­rze­nie planu B, C czy D daje poczu­cie kon­troli.

Pacjenci wycho­dzą z mojego gabi­netu prze­stra­szeni, cza­sami pro­te­stują, nie chcą dopu­ścić do sie­bie takich myśli, bo boją, że ten sce­na­riusz się spełni. Tłu­ma­czę im, że nie mamy takiej siły, by zakli­nać rze­czy­wi­stość, a wyobra­ża­nie sobie cze­goś nie sprawi, że tak się sta­nie. Zwy­kle wycho­dzą skon­ster­no­wani, ale kiedy decy­dują się na roz­mowę, coś zaczyna się kla­ro­wać.

-?Doszli­śmy do wnio­sku, że nie wyobra­żamy sobie życia bez dziecka. Stać nas na jedną pro­ce­durę in vitro, jeśli wyj­dzie, będzie cudow­nie, jeśli nie, prze­pła­czemy to i udamy się do ośrodka adop­cyj­nego. Jeste­śmy gotowi na takie rodzi­ciel­stwo.

Inny plan:

-?Nasze sta­ra­nia skoń­czą się na natu­ral­nych meto­dach, in vitro nie wcho­dzi w grę. Nie wyobra­żamy sobie także adop­cji dziecka. To strasz­nie trudne, ale zosta­niemy wtedy bez­dzietną parą. Weź­miemy dru­giego psa, wró­cimy do swo­ich pasji, spo­tkań z przy­ja­ciółmi.

Lub:

-?Nie spo­czniemy. Póki leka­rze twier­dzą, że mamy szansę, będziemy wal­czyć.

Jeśli nie będzie innego wyj­ścia, wiele par zde­cy­duje się na adop­cję pre­na­talną, czyli adop­cję komórki daw­czyni, nasie­nia dawcy albo zarodka.

-?Kiedy uświa­do­mi­li­śmy sobie, co chcemy zro­bić krok po kroku, cho­ciaż było to naprawdę trudne, dozna­li­śmy jakie­goś rodzaju ulgi, bo poczu­li­śmy, że na nowo zysku­jemy poczu­cie kon­troli.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki