Rozdział II
Pierwszy etap
"Gallinetta" i "Moriche" były nadal dowodzone - jak to miało miejsce od wypłynięcia z Caicary - przez szyprów Parchala i Valdeza. Jacques Helloch i Germain Paterne nie mieli żadnych trudności z Parchalem w sprawie przedłużenia podróży. Wynajęty na tę wyprawę na czas nieokreślony, mało dbał o to, czy ci odważni ludzie będą się zajmować badaniem Orinoko aż do samych źródeł, czy też każdego innego dopływu tej rzeki, byle tylko był pewny dobrej zapłaty.
Jeśli natomiast chodziło o Valdeza, koniecznie należało ustalić nowe warunki i nową zapłatę. Indianin miał doprowadzić sierżanta Martiala i jego bratanka jedynie do San Fernando. Nie mogli się inaczej umawiać, gdyż wszystko zależało od informacji, jakie mieli nadzieję uzyskać w miasteczku. Valdez, jak wiadomo, pochodził z San Fernando, gdzie zazwyczaj zamieszkiwał, więc liczył na to, że po pożegnaniu z sierżantem Martialem zdobędzie nowych pasażerów, kupców lub podróżników, których powiezie w dół rzeki.
Sierżant Martial i Jean byli nadzwyczaj usatysfakcjonowani sprawnością i gorliwością Valdeza i z wielkim żalem straciliby jego usługi w drugiej części wyprawy, być może jeszcze trudniejszej niż poprzednia. Dlatego też zadeklarowali, że chcieliby pozostać na pokładzie "Gallinetty" i zaproponowali mu dalszą podróż do górnego Orinoko.
Valdez chętnie się zgodził. Jednakże z dziewięciu swoich ludzi mógł liczyć jedynie na pięciu, gdyż czterech już wcześniej zatrudniło się przy zbiorze kauczuku, zapewniającym im większe zarobki. Na szczęście szyper znalazł na ich miejsce zastępców, angażując trzech Mariquitaresów oraz jednego Hiszpana i ten sposób uzupełnił załogę "Gallinetty".
Mariquitaresowie, jak wielu innych członków ich plemienia, żyjącego na wschodnich terenach, byli doskonałymi przewoźnikami, świetnie znającymi dorzecze Orinoko na kilka setek kilometrów od San Fernando.
Co do Hiszpana, który nazywał się Jorr?s i przybył do miasteczka przed dwoma tygodniami, to szukał on okazji, by dostać się do Santa Juany, gdzie, jak mówiono, ojciec Esperante nie odmówiłby mu przyjęcia do pracy w misji. Dowiedziawszy się, że syn pułkownika de Kermora postanowił udać się do Santa Juany i tym celu zorganizował wyprawę, szybko zaoferował swoje usługi przewoźnika. Valdez, któremu brakowało ludzi, przyjął jego ofertę. Hiszpan ten wydawał się obdarzony inteligencją, choć twardość rysów i ponure spojrzenie nie przemawiały zbytnio na jego korzyść. Poza tym był milczący i nieskory do zwierzeń.
Warto w tym miejscu dodać, że szyprowie Valdez i Parchal pływali już w górę rzeki aż do rio Mavaca, jednego z lewych dopływów, około trzystu pięćdziesięciu kilometrów w dół od masywu Parima, skąd wypływają pierwsze wody wielkiej rzeki.
Należy także zauważyć, że pirogi pływające po górnym Orinoko są zwykle lżejszej konstrukcji niż te pływające w jego środkowym biegu. Jednak "Gallinetta" i "Moriche", łodzie o niewielkich wymiarach, wydawały się odpowiednie do tego rodzaju żeglugi. Sprawdzono je troskliwie, naprawiono kadłuby, doprowadzono do pełnej sprawności. W październiku pora sucha nie obniżyła jeszcze stanu wody w rzece do najniższego poziomu. Jej głębokość powinna wystarczyć do uniesienia dwóch falcas. Poza tym lepiej było nie zamieniać tych łodzi na inne, skoro pasażerowie byli już do nich przyzwyczajeni, przebywając na nich przez dwa miesiące.
W okresie gdy Chaffanjon odbywał swą wspaniałą podróż, właściwie nie było żadnych map Orinoko, oprócz mapy Codazziego6, generalnie mało dokładnej, na której francuski podróżnik musiał prostować niejedną pomyłkę. W konsekwencji należało więc podczas drugiej części wyprawy korzystać z mapy Chaffanjona.
Wiatr był pomyślny, wiała dość silna bryza. Obie pirogi z całkowicie rozwiniętymi żaglami płynęły szybko mniej więcej w tej samej linii. Ludzie z załogi, zebrani na przedzie łodzi, nie musieli używać ramion. Panowała piękna pogoda, niebo było pokryte niewielkimi chmurkami nadpływającymi z zachodu.
W San Fernando zaopatrzono się w suszone mięso, jarzyny, mąkę kassawa, konserwy, tytoń, tafię i arguardiente, dalej przedmioty na wymianę z tubylcami, czyli siekierki, paciorki, lusterka, materiały, jak również odzież, koce i amunicję. Było to rozważne działanie, gdyż dalej trudno byłoby zdobyć niezbędne rzeczy, wyjąwszy sprawę żywności. Zresztą jeśli chodziło o nakarmienie pasażerów i załóg, to hammerless Jacques'a Hellocha i karabin sierżanta Martiala mogły być bardzo pomocne. Dużo żywności mogły także dostarczyć obfite połowy ryb, od których aż się roiło przy ujściach licznych rios zasilających wody Orinoko w jej górnym biegu.
Po południu, gdzieś około piątej, dwie pirogi, solidnie wspomagane silnym wiatrem, zacumowały przy najbardziej wysuniętym krańcu wyspy Mina, prawie naprzeciw Mawy. Ustrzelono parę kapibar, więc nie potrzebowano naruszać zapasów żywności ani dla pasażerów, ani dla załóg.
Następnego dnia, czwartego października, wyruszono w identycznych warunkach. Po przepłynięciu w prostej linii dwudziestu kilometrów tej części Orinoko, której Indianie nadali nazwę Ca?ón Nube7, "Moriche" i "Gallinetta" zawinęły na postój u podnóża dziwacznych skał Piedra Pintada.
Był to "Malowany Kamień", na powierzchni którego, w części niepokrytej przez wodę, Germain Paterne na próżno usiłował odszyfrować istniejące napisy. Faktycznie, przybór wód w czasie deszczowej pory roku utrzymywał stan wód w rzece powyżej normalnego o tym czasie niskiego poziomu. Przy tym poza ujściem Cassiquiare znajduje się inna Piedra Pintada, z takimi samymi hieroglificznymi znakami - autentycznymi podpisami indiańskich plemion, które czas oszczędził.
Zazwyczaj podróżnicy poruszający się po Alto8 Orinoko wolą przed nocą schodzić na ląd. Gdy tylko założą obozowisko, zwykle pod drzewami, zaraz rozwieszają między niższymi gałęziami hamaki i śpią pod gołym niebem, podziwiając zawsze piękne gwiazdy wenezuelskiego nieba, jeśli oczywiście nie są przysłonięte chmurami. Prawdą było, że do tej pory pasażerowie zadowalali się schronieniem w rufówkach piróg i nawet nie myśleli, żeby je opuszczać.
Bo też oprócz ryzyka, że zostaną zaskoczeni przez nagłe i gwałtowne ulewy, dość powszechne w tych okolicach, śpiącym ludziom mogły grozić różne inne nieprzyjemności, nie mniej drażniące.
Na to właśnie zwrócili tego wieczora uwagę dwaj szyprowie, Valdez i Parchal.
- Gdyby broniło nas to przed moskitami - wyjaśniał pierwszy - lepiej byłoby założyć obóz. Jednak moskity są tak samo złośliwe na brzegu, jak na wodzie...
- Ponadto - dorzucił Parchal - będziemy wystawieni na ataki mrówek, których ukłucia mogą wywołać wielogodzinną gorączkę.
- Czy nie jest to gorączka, którą nazywa się "veinte y cuatro"9? - spytał Jean, dobrze poinformowany na skutek ustawicznej lektury swego przewodnika.
- Istotnie - potwierdził Valdez - już nie licząc chipitas, małych zwierzątek, prawie niewidocznych, które mogą was zeżreć od stóp do głów, czy też termitów, tak natarczywych, że Indianie zmuszeni są uciekać ze swoich chat...
- Nie wspominając o chiques - dodał Parchal - oraz o wampirach, które wyssą z was krew aż do ostatniej kropelki...
- Nie mówiąc o wężach - rozszerzył listę Germain Paterne - o tych culebra manapare10 i o innych, mających ponad sześć metrów długości... Już wolę moskity...
- A ja nie znoszę ani jednych, ani drugich! - oświadczył Jacques Helloch.
Wszyscy zgodzili się z jego opinią i dlatego mieli spać na pokładach falcas tak długo, dopóki jakaś burza czy na przykład uderzenie chubasco nie zmusi pasażerów do szukania schronienia na brzegach rzeki.
Pod wieczór udało się dotrzeć do ujścia rio Ventuari, ważnego prawobrzeżnego dopływu. Była dopiero piąta po południu i jeszcze przez dwie godziny powinno być jasno. Jednakże za radą Valdeza zatrzymano się w tym miejscu, gdyż koryto rzeki powyżej Ventuari, zatarasowane przez skały, czyni żeglugę tak trudną i niebezpieczną, że było wielką nierozwagą zbliżyć się tam pośród ciemności.
Posiłek spożyto wspólnie. Obecnie sierżant Martial nie mógł czynić żadnych sprzeciwów, skoro tajemnica Jeana była znana dwom ich rodakom. Jacques Helloch i Germain Paterne w widoczny sposób okazywali krańcową rezerwę w swych stosunkach z dziewczyną. Nie chcieli jej krępować zbytnim nadskakiwaniem, szczególnie Jacques Helloch. Jeśli nie było to zakłopotanie, to chyba jakieś szczególne uczucie, jakie go ogarniało, gdy znajdował się w obecności panny de Kermor. Zapewne Jeanne wszystko widziała, ale nie przywiązywała do tego żadnej wagi. Postępowała jak wcześniej, z taką samą szczerością i otwartością, z taką samą prostotą. Wieczorami zapraszała dwóch młodzieńców na pokład swojej łodzi, gdzie rozmawiano o wydarzeniach zaistniałych podczas żeglugi, o tym, co przyniesie przyszłość, o szansach na sukces, o informacjach, jakie niewątpliwie otrzymają w misji Santa Juana.
- To dla nas dobry omen, że ona nosi taką nazwę - zauważył wówczas Jacques Helloch. - Tak! Dobra wróżba, ponieważ nosi dokładnie pani imię, panno...
- Panie Jeanie... proszę... pan Jean! - przerwała dziewczyna z uśmiechem, podczas gdy sierżant Martial mocno ściągnął swe krzaczaste brwi.
- Tak... panie Jeanie! - odparł Jacques Helloch, jednocześnie wskazując gestem, że nikt z marynarzy falca nie mógł go słyszeć.
Tego wieczora rozmowa skupiła się na dopływie Orinoko, przy ujściu którego pirogi zatrzymały się na nocny postój.
Jest to jeden ze znaczniejszych dopływów Orinoko, który wlewa do tej rzeki wielkie masy wody siedmioma odnogami tworzącymi deltę, usytuowaną na jednym z wyraźnych zakoli w systemie hydrograficznym wielkiej rzeki - zakolu skręcającym pod ostrym kątem, głęboko wgryzającym się w ląd. Ventuari płynie z północnego wschodu na południowy zachód, zasilana z niewyczerpywalnych zbiorników Andów gujańskich11 i zrasza obszary zwykle zamieszkiwane przez Indian Maco i Indian Mariquitare. Ilość wprowadzanej wody jest znacznie większa niż pochodząca z lewobrzeżnych dopływów, wolno przemierzających płaskie sawanny.
Sprowokowało to Germaina Paterne'a do pewnego oświadczenia, popartego wzruszeniem ramion:
- Doprawdy, panowie Miguel, Varinas i Felipe znaleźliby tu wspaniały temat do dyskusji! Rzeka Ventuari może, nie bez pewnej przewagi, rywalizować z ich Atabapo i Guaviare! Gdyby tutaj byli, musielibyśmy przez całą noc słuchać wykrzykiwanych przez nich argumentów!
- To zupełnie prawdopodobne - przyznał Jean - gdyż dopływ ten należy do najważniejszych w regionie.
- Rzeczywiście! - wykrzyknął Germain Paterne. - Czuję, że moim mózgiem zaczyna władać demon hydrografii...! Dlaczego Ventuari nie miałaby być Orinoko...?
- Jeżeli myślisz, że będę z tobą o tym dyskutował... - powiedział Jacques Helloch.
- Dlaczego nie...? Ona jest równie dobra jak rzeki panów Varinasa i Felipe'a...
- Chciałeś powiedzieć, że jest zła...
- Z jakiej racji...?
- Ponieważ Orinoko... to Orinoko.
- Piękny argument, Jacques!
- Zatem, panie Helloch, zgadza się pan z panem Miguelem...? - zapytał Jean.
- Całkowicie, mój drogi Jeanie.
- Biedna Ventuari! - zaśmiał się Germain Paterne. - Widzę, że nie ma żadnych szans na wygraną, więc wycofuję swoją nominację.
Dni czwarty, piąty i szósty października wymagały ogromnego wysiłku ramion ludzi obu załóg, bądź to przy holowaniu, bądź przy manewrach pagajami i palancas. Minąwszy Piedra Pintada, pirogi musiały płynąć przez siedem do ośmiu kilometrów wśród licznych wysepek i skał, które czyniły żeglugę bardzo powolną i bardzo trudną. I chociaż wietrzyk dmuchał ciągle z zachodu, w tym labiryncie nie można było wykorzystać żagli. Poza tym z nieba spływały gwałtowne potoki deszczu i pasażerowie zmuszeni byli na wiele godzin skryć się w rufówkach.
W górze rzeki, patrząc od strony skał, pojawiły się bystrzyny Santa Barbara, które na szczęście pirogom udało się przebyć bez konieczności rozładunku. W tym miejscu nie dostrzeżono ruin starej wsi, o której wspominał Chaffanjon. Wydawało się nawet, że ta część lewego brzegu rzeki nigdy nie była zamieszkiwana przez osiadłych Indian.
Dopiero za przesmykami Cangreo można było kontynuować żeglugę w normalnych warunkach, co pozwoliło falcas po południu szóstego października dotrzeć do wioski Guachapana, gdzie zatrzymały się na postój.
Jeśli szyprowie Valdez i Parchal zdecydowali się tu zatrzymać, to jedynie po to, żeby dać swoim załogom pół dnia odpoczynku.
Wioska Guachapana składała się tylko z pół tuzina słomianych chatek, od dawna opuszczonych. Działo się tak dlatego, że pobliską sawannę napastowały termity, których kopce miały do dwóch metrów wysokości. Wobec takiego najazdu "wszy drzewnych" nie pozostaje nic innego jak ustąpić im placu, co też Indianie uczynili.
- Taka jest potęga tych małych owadów - zauważył Germain Paterne. - Nic się nie oprze tym stworzeniom, gdy ich liczbę wyraża się w miriadach. Stado tygrysów czy jaguarów da się odeprzeć, a nawet uwolnić od nich okolicę... i nikt nie ucieka, gdy już stanie do walki z tymi drapieżnikami...
- Chyba że Indianin z plemienia Piaroa - odezwał się Jean. - Z tego co wyczytałem...
- W tym przypadku Piaroasowie uciekają raczej z przesądu niż z obawy - zauważył Germain Paterne - podczas gdy mrówki czy termity czynią cały rejon niezdatnym do zamieszkania.
Około piątej marynarze z "Moriche" zdołali złapać żółwia z rodzaju Terecaie, który posłużył do przyrządzenia wspaniałej zupy i nie mniej doskonałego gulaszu, zwanego przez Indian sancocho. Ponadto na skraju pobliskich lasów małpy, pekari i kapibary tylko czekały, by zostać odstrzelone i pojawić się na stołach pasażerów, co pozwalało zaoszczędzać zapasy falcas. Wszędzie można było zbierać dojrzałe banany i ananasy. Ponad brzegami rzeki ciągle kręciły się, czyniąc duży hałas, stada dzikich kaczek, hoccos o białawych brzuchach i czarne gęsi. W wodach pływało mnóstwo ryb, a było ich tak dużo, że tubylcy mogli je zabijać strzałami z łuku. Zaledwie w godzinę udało się uzupełnić zapasy na wszystkich łodziach.
Tak więc podróżnicy przemierzający górne Orinoko nie musieli się przejmować sprawą wyżywienia.
Powyżej Guachapana szerokość rzeki nie przekracza pięciuset metrów, ale jej nurt podzielony jest licznymi wyspami, które tworzą chorros12, gwałtowne bystrzyny, gdzie woda przeciska się z bardzo utrudniającą żeglugę burzliwością. "Moriche" i "Gallinetta" dotarły tego dnia jedynie do wyspy Perro de Agua. Była już prawie noc, gdy rzucono cumy.
Dwadzieścia cztery godziny później, po deszczowym dniu, wielokrotnie szarpani podmuchami wiatru, które powyżej wyspy Camucapi zmuszały do płynięcia przy użyciu palancas, podróżni dotarli do laguny Carida.
Dawniej była w tym miejscu wioska, która została opuszczona, ponieważ jeden Piaroa został rozszarpany zębami jaguara, co potwierdził również Chaffanjon. Francuski podróżnik znalazł w tej wiosce jedynie kilka chat używanych przez Indianina o imieniu Baré, mniej zabobonnego, czy też mniej tchórzliwego od jego współplemieńców. Tenże Baré założył ranczo, które Jacques Helloch i jego towarzysze znaleźli w kwitnącym stanie. Znajdowały się tu pola kukurydzy, manioku, plantacje ananasów, bananów i tytoniu. Indianin i jego żona mieli około tuzina peonów, którzy żyli w Caridzie w harmonijnej zgodzie.
Trudno się było oprzeć zaproszeniu tego dzielnego człowieka do zwiedzenia jego gospodarstwa. Gdy tylko pirogi przybiły do piaszczystego brzegu, zaraz pojawił się na ich pokładzie. Poczęstowano go szklaneczką aguardiente. Przyjął poczęstunek pod warunkiem, że pójdą się napić tafii i wypalić papierosy z miejscowego tytoniu tabari w jego chacie. Bardzo niegrzecznie byłoby odrzucić takie zaproszenie, więc pasażerowie obiecali pojawić się po obiedzie na jego ranczu.
Wówczas zdarzył się drobny incydent, do którego nie przywiązano, nawet nie można było przywiązywać wielkiego znaczenia.
W momencie, gdy schodzono z "Gallinetty", Baré zwrócił uwagę na jednego z członków załogi - owego Jorr?sa, którego szyper przyjął w San Fernando.
Oczywiście pamiętamy, że Hiszpan zaoferował swe usługi tylko dlatego, że jego zamiarem było dotrzeć się do misji Santa Juana.
Otóż przypatrzywszy mu się z pewną ciekawością, Baré zapytał:
- Hej, przyjacielu...! Powiedz mi... czy ja cię już gdzieś nie widziałem...?
Jorr?s lekko zmarszczył brwi i odparł pośpiesznie:
- Nie tutaj, Indianinie... gdyż nigdy nie byłem na twoim ranczu.
- To bardzo dziwne... Tak mało obcych przybywa do Caridy, że nie zapomina się ich twarzy, kiedy się je zobaczyło... nawet tylko raz...
- To pewnie spotkałeś mnie w San Fernando - odparł Hiszpan.
- Kiedy tam przebywałeś...?
- Jakieś trzy tygodnie temu...
- Nie, to nie tam... od przeszło dwóch lat nie byłem w San Fernando.
- A więc pomyliłeś się, Indianinie... Na pewno nigdy mnie nie widziałeś - stwierdził szorstkim tonem Hiszpan - a ja pierwszy raz podróżuję po górnym Orinoko.
- Chcę ci wierzyć - odparł Baré - a jednak...
Na tym rozmowa się skończyła i jeśli nawet Jacques Helloch jej wysłuchał, to wcale go nie zaniepokoiła. Bo rzeczywiście, dlaczego Jorr?s miałby ukrywać, że był już w Caridzie, gdyby tak rzeczywiście było? Zresztą Valdez mógł tylko chwalić tego człowieka, silnego i zręcznego, nie unikającego żadnego zajęcia, chociażby było najbardziej męczące. Była tylko jedna szczególna rzecz, z powodu której jednak nie można było czynić mu wyrzutów. Chodziło o to, że żył na uboczu, mało się odzywał, raczej słuchając tego, o czym rozmawiali między sobą pasażerowie i ludzie z załóg.
Tym niemniej pod wpływem wymiany zdań pomiędzy Indianinem a Jorr?sem, Jacques Helloch postanowił zapytać jednak Jorr?sa, w jakim celu udawał się do Santa Juany. Jean, żywo zainteresowany wszystkim, co dotyczyło tej misji, niecierpliwie oczekiwał na odpowiedź Hiszpana. A była ona całkiem prosta, udzielona bez cienia zakłopotania. Oto co powiedział:
- W dzieciństwie byłem związany z Kościołem, byłem nowicjuszem w klasztorze mercedarianów13 w Kadyksie14. Potem zachciało mi się podróżować... Przez kilka lat służyłem jako majtek w państwowej flocie, lecz ta służba znudziła mi się i górę wzięło moje pierwsze powołanie - zapragnąłem wstąpić do misjonarzy... Gdy przed sześciu miesiącami znalazłem się na statku handlowym w Caracas, usłyszałem o misji Santa Juana, założonej przed kilku laty przez ojca Esperante... Przyszła mi do głowy myśl, żeby do niej dołączyć, nie wątpiąc, że zostanę dobrze przyjęty w tym miejscu, ciągle rozkwitającym. Opuściłem Caracas i wynajmując się jako przewoźnik na jednej lub drugiej falca, zdołałem dotrzeć do San Fernando... Tu oczekiwałem na okazję popłynięcia w górę Orinoko, a moje oszczędności zaczęły się wyczerpywać, gdy wasze pirogi postanowiły się zatrzymać w miasteczku... Rozeszła się wieść, że syn pułkownika de Kermora przygotowuje się do wyprawy do Santa Juany, w nadziei odszukania ojca... Kapitan Valdez uzupełniał w tym czasie załogę, więc poprosiłem, żeby mnie wziął, i oto płynę na "Gallinetcie"... Mam więc podstawy twierdzić, że ten Indianin nie mógł mnie w żadnym wypadku widzieć w Caridzie, ponieważ tego wieczora przybyłem tu po raz pierwszy.
Jacques Helloch i Jean byli uderzeni szczerością, z jaką mówił Hiszpan. Nie zaskoczyło ich, że wyrażał się gładko, gdyż wedle jego opowieści w młodości otrzymał był pewne wykształcenie. Postanowili zatrudnić do manewrów "Gallinettą" jakiegoś Indianina, a Hiszpanowi zaproponowali miejsce pasażera na jednej z piróg.
Jorr?s jednak podziękował obu Francuzom. Przyzwyczajony teraz do fachu przewoźnika, czym trudnił się aż do rancza Carida, nadal chciał się zajmować tą robotą aż do źródeł rzeki.
- I gdyby mi się nie udało pozostać między członkami misji - dodał - proszę was, panowie, abyście zabrali mnie do San Fernando, przyjmując na służbę, nawet w Europie, gdy tam wrócicie.
Hiszpan mówił spokojnie, choć głosem dość szorstkim, mimo że starał się go złagodzić. Głos ten pasował zresztą do jego surowej fizjonomii, zdecydowanej postawy, wielkiej głowy o czarnym owłosieniu, ponurej twarzy i wąskich warg osłaniających bardzo białe zęby. Był jeszcze pewien szczegół, na który nikt dotąd nie zwrócił uwagi, a który od tego dnia wiele razy zaobserwował Jacques Helloch. Chodziło o osobliwe spojrzenie, jakie Jorr?s od czasu do czasu rzucał na chłopca. Czyżby odkrył tajemnicę Jeanne de Kermor, której nie podejrzewali ani Valdez, ani Parchal, ani nikt z załóg obu falcas?
Mocno zaniepokojony Jacques Helloch postanowił bacznie obserwować Hiszpana, choć dziewczyna i sierżant Martial nie powzięli najmniejszych podejrzeń. Gdyby podejrzenia Hellocha zamieniły się w pewność, zawsze byłby czas na radykalne postępowanie i wysadzenie Jorr?sa w jakiejkolwiek wiosce, na przykład w Esmeraldzie, gdzie miały się zatrzymać pirogi. Jednakże na razie nie było żadnego powodu, żeby tak z nim postąpić. Valdez dotrzyma umowy, a Hiszpan dotrze do misji Santa Juana.
Jeśli chodzi o misję, to z kolei Jean postanowił wypytać Hiszpana o wszystko, co o niej wiedział, i zapytał, czy zna ojca Esperante, z którym młody człowiek chciał się spotkać.
- Tak, panie de Kermor - odpowiedział Jorr?s po chwili wahania.
- Czy pan go widział?
- Tak, w Caracas.
- Kiedy...?
- W 1879 roku, gdy pływałem na pewnym statku handlowym.
- Czy wtedy ojciec Esperante przybył do Caracas po raz pierwszy?
- Tak... pierwszy raz... i stamtąd wyruszył, by założyć misję Santa Juana.
- A co to za człowiek... - dodał Jacques Helloch - lub raczej, jak wyglądał w tamtym okresie...?
- Był to mężczyzna około pięćdziesiątki, wysoki, bardzo energiczny, nosił pełny zarost, wtedy przyprószony siwizną, teraz pewnie już biały. Widać było na pierwszy rzut oka, że ma stanowczą i energiczną naturę, jak ci misjonarze, którzy nie wahają się ryzykować życia dla nawrócenia Indian...
- Szlachetne zadanie... - powiedział Jean.
- Najwspanialsze, jakie znam! - odparł Hiszpan.
Na tej odpowiedzi rozmowa się zakończyła. Nadeszła pora, by złożyć wizytę na ranczu Baré. Sierżant Martial z Jeanem, Jacques Helloch i Germain Paterne wyszli na brzeg. Potem przez pola kukurydzy i manioku skierowali się ku domostwu, gdzie mieszkał Indianin z żoną.
Ich chata była zbudowana o wiele staranniej niż zwykłe szałasy indiańskie w tym regionie. Znajdowały się w niej różne meble, hamaki, przybory kuchenne i gospodarstwa domowego, stół, kilka koszyków służących za szafy i z pół tuzina stołków.
Honory domu czynił Baré, ponieważ jego żona nie znała hiszpańskiego, którym on biegle się posługiwał. Kobieta była prostą Indianką, właściwie na wpół dzikuską, mniej ucywilizowaną niż mąż.
Indianin, bardzo dumny ze swej posiadłości, długo opowiadał o jej zagospodarowaniu i planach na przyszłość, niezmiernie żałując, że goście nie mogą zwiedzić całego obszaru rancza. Wyrażał nadzieję, że taki objazd jest tylko odłożony w czasie i w drodze powrotnej pirogi zatrzymają się tu na dłużej.
Podpłomyki z manioku, pierwszorzędne ananasy, tafia, którą Baré sam pędził z soku trzciny cukrowej, papierosy z dziko rosnącego tytoniu - całe liście zwinięte w cienkiej korze tabari - zostały ofiarowane ze szczerego serca i tak samo przyjęte.
Tylko Jean, mimo nalegań Indianina, odmówił spróbowania papierosów i zgodził się tylko zmoczyć wargi kilkoma kroplami tafii. Było to rozsądne postępowanie, gdyż napój palił jak ogień. Jeśli Jacques Helloch i sierżant Martial nawet się nie skrzywili, to Germain Paterne nie potrafił ukryć grymasu, o który byłyby zazdrosne małpy znad Orinoko. Takie zachowanie zdawało się sprawiać Indianinowi prawdziwą satysfakcję.
Goście zebrali się do wyjścia gdzieś około dziesiątej, a Baré w towarzystwie kilku peonów odprowadził ich do falcas, których załogi pogrążone były w głębokim śnie. Gdy się rozstawali, Indianin nie mógł się powstrzymać od zrobienia aluzji nawiązującej do Jorr?sa:
- A jednak jestem pewny, że widziałem tego Hiszpana w okolicy rancza...
- Dlaczego miałby to ukrywać...? - zapytał Jean.
- To tylko podobieństwo, mój dzielny Indianinie - uciął Jacques Helloch.
6 Giovanni Battista Agostino Codazzi (w Ameryce Łacińskiej znany jako Agustín Codazzi, 1793-1859) - u J. Verne'a: Coddazzi, włoski wojskowy, naukowiec, geograf i kartograf; swoje główne badania i prace kartograficzne prowadził w Wenezueli i Kolumbii, tworząc dla obu krajów kompletny zestaw map po burzliwych latach po uzyskaniu niepodległości; 16 grudnia 1942 roku jego szczątki zostały przeniesione do Panteonu Narodowego Wenezueli (budynek w Caracas, miejsce pochówku ludzi zasłużonych dla Wenezueli).
7 Ca?ón Nube (hiszp.) - Kanion Chmury.
8 Alto (hiszp.) - wysoki (tu w znaczeniu: górny).
9 Veinte y cuatro (hiszp.) - dwadzieścia i cztery.
10 Culebra (hiszp.) - wąż; manapare - pospolita nazwa hiszpańska żararaki lancetowatej (kajsaki, Bothrops atrox), gatunku bardzo niebezpiecznego jadowitego węża z grupy grzechotników; występuje w rozmaitych biotopach tropikalnej części Ameryki; grzbiet brązowy z dwoma rzędami trójkątnych plam, brzuch jasny; długość około 100 cm, maksymalnie 200 cm; żyworodny.
11 Andów gujańskich - właściwie tarczy gujańskiej.
12 Chorro (hiszp.) - strumień, wytrysk.
13 Mercedarianie (Zakon Najświętszej Maryi Panny Miłosierdzia dla Odkupienia Niewolników) - zgromadzenie zakonne założone w Barcelonie w 1218 roku przez Piotra Nolasco i zaaprobowane przez króla Aragonii Jakuba 10 sierpnia tego roku; jego głównym celem było uwolnienie chrześcijańskich niewolników z rąk muzułmańskich; posiadał dwie gałęzie: duchowną i rycerską; bracia-rycerze oddzielnym ślubem zobowiązywali się do walki z Maurami aż do uwolnienia z ich rąk całej Hiszpanii, natomiast duchowni oprócz ślubów zwykłych składali zobowiązanie oddania się w razie potrzeby w niewolę w zamian za przetrzymywanych przez muzułmanów niewolników; obecnie zakon nadal istnieje jako zgromadzenie duchownych.
14 Kadyks (Cádiz) - miasto w Hiszpanii nad Oceanem Atlantyckim.