Wskrzeszenie - Emil Malanowski

Kup ebooka

36.35 zł
30.17 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5

Unosiłam się. Byłam lekka jak piórko. Fruwałam. Nie miałam jednak nad tym kontroli. Jakaś zewnętrzna, a może wewnętrzna siła prowadziła mnie w górę, pośród kolorowych obłoków. Nie czułam ciężaru ani smutku. Byłam niebywale lekka i wolna. Nie przeszkadzało mi to, że to ktoś inny mną kierował. Było mi dobrze z tym, co czułam i co widziałam dookoła. Widoki były przepiękne. Obłoki mieniły się kolorami tęczy, delikatnie obejmując moje ciało, które posuwało się coraz wyżej i wyżej. Patrzyłam w dół, lecz nic nie mogłam dostrzec. Wszędzie dookoła były chmury, które w swej istocie i tak były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widziałam.

Gdy tylko wydostałam się ponad ten nieprzeciętny dym, ujrzałam łąkę. Niekończącą się dolinę, usłaną idealną trawą i kwiatami. Mogłam wdychać ich piękne zapachy jednocześnie rozkoszując się pięknym śpiewem ptaków. Nie widziałam ich, ale bardzo dobrze słyszałam. Dodawały mi pewności w świecie, którego nie znałam. To było coś, czego nigdy bym sobie nawet nie wyobraziła. Bezkresna łąka, delikatny powiew wiatru i wspaniały śpiew przyrody. Piękne, wielobarwne rośliny przyozdabiały każdy skrawek zieleni. Ja natomiast latałam jak ptak, lecz miałam silne przeczucie, że nawet te najwyżej latające ptaki nie mają możliwości oglądać tego, co ujrzały moje oczy. Krajobrazy i pejzaże, które roztaczały się w zasięgu mojego wzroku, były wręcz nie do opisania, a spokój, który roznosił się w powietrzu i temu wszystkiemu towarzyszył, wręcz niebywały.

Spokój. Tak właśnie najlepiej można określić to miejsce, w którym się znalazłam. Spokój i idealna harmonia. Czułam to zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Siła, która mną poruszała i dawała rozglądać się po tych cudownościach, dodatkowo napełniała mnie relaksem i miłością. Czułam się tam kochana. Niebywale zatroszczona, zaopiekowana, chciana i kochana. Czułam, że jest to moje miejsce i wcale nie było mi tam źle. Było nawet bardzo dobrze. Czułam prawdziwe szczęście. Takie, którego nie daje nic na świecie. Nic realnego nie jest w stanie tak zaspokoić duszy.

Miałam świadomość swojego bycia, ale fizyczność jakby całkowicie zniknęła. Może po prostu przestała ona mieć znane mi dotychczas znaczenie i dlatego przestałam zwracać na nią uwagę. Nie widziałam ani siebie ani nikogo innego. Dookoła roznosiły się tylko zapachy i dźwięki oraz mieniące się kolory obłoków, traw i licznej roślinności. Wtem usłyszałam odgłosy dzieci. To były małe dzieci, które uśmiechały się do siebie, wykrzykując radosne piosenki i wierszyki. Słyszałam je bardzo wyraźnie, lecz wciąż nigdzie nie było ich widać. Chciałam się gdzieś przesunąć, poszukać, popatrzeć za rogiem, ale nie byłam w stanie. Magiczna siła sprawiała, że tym razem stałam w miejscu i tylko z wysokości mogłam obserwować, słuchać i czuć życie, które niewątpliwie działo się pode mną. Nie widziałam ludzi, których jednak coraz lepiej słyszałam. Pojawiały się głosy starsze, młodsze, męskie i bardzo dziewczęce. Głosy starców i ludzi bardzo młodych, a nawet radosne, niezrozumiałe gaworzenie niemowlaków. Wszystkie je jednak łączyła jedna cecha - były bardzo szczęśliwe, wesołe i niosące ze sobą niespotykaną wolność istnienia. Czuło się w nich brak skrępowania, lęku i poczucia słabości. Wszystkie były bardzo proste, a jednocześnie tak niespotykanie lekkie i spokojne. Niosły ze sobą miłość. Każde słowo było nacechowane czymś, czego dotąd nie spotkałam. Czułam miłość. Do każdego. Do niewidzialnego.

W końcu znów mogłam się poruszać. Magiczna siła ponownie tchnęła na mnie, a ja zaczęłam obracać się wokół własnej osi pędząc w kolejną część tego pięknego miejsca. Kręciłam się wkoło i rozkładając szeroko ręce napawałam się lekkością i pięknem świata. Gdy już się zatrzymałam, poczułam jak twardo stoję na ziemi, która okazała się tylko delikatną trawą, którą czułam na gołych stopach, niczym miękki, wełniany dywan.

W jednej chwili wyrosło przede mną ogromne drzewo. Było tak duże, że czułam się obok niego jak malutka mrówka, dla której majestat tego, co przed nią, wydawał się być niedoścignionym bóstwem. Stałam jak wryta i zadzierając głowę do góry patrzyłam na piękną koronę, przyozdobioną żywo zielonymi liśćmi, które aż tętniły pięknem i życiem.

Nagle stało się coś dziwnego. Jakbym wyszła z siebie. Moje ciało już nie było miejscem, z którego postrzegałam tą rzeczywistość. Mogłam spojrzeć na samą siebie jakby z zewnątrz. Widziałam jak niewielka istota stoi w obliczu ogromnego drzewa i wciąż spogląda w górę, ale tym razem już nie mogłam tego kontrolować. Widziałam natomiast wszystko bardzo dokładnie. Obserwowałam siebie i mogłam to robić z każdej perspektywy podchodząc, podlatując i zmieniając kierunek zgodnie z własną wolą. Sterowałam się myślami. Chciałam być z prawej, to byłam. Chciałam z lewej, za chwilę tak się działo. Nie czułam czasu. To działo się jakby natychmiast, a jednocześnie jednak po krótkiej chwili. Teraźniejszość i przyszłość zlewały się ze sobą. Nie musiałam czekać. W momencie, gdy tylko o czymś myślałam, od razu się to wydarzało. Czułam się wolna, aż znów wstąpiłam we własne ciało. Tym razem poczułam w sobie dużo ciepła, które ewidentnie płynęło od stojącego przede mną drzewa. Nie wiedziałam, co mam robić, ale nie czułam strachu. Bardzo mnie do niego ciągnęło. Chciałam je dotknąć, wtulić się w nie, ale było tak ogromne, że samą swą wielkością wywoływało we mnie respekt, którego nie potrafiłam opanować. Wciąż jednak czułam miłość w sercu i w każdej rzeczy, którą mogłam dostrzec.

Podeszłam jeszcze bliżej do wielkiego pnia. Wyciągnęłam do niego rękę, która w moich oczach wydawała się niezwykle drobna. Gdy wyprostowane palce w końcu sięgnęły do twardej kory, przed moimi oczami ukazały się liczne iskierki. W moich źrenicach mieniły się światła, które zapalały się w różnych kolorach i z różną częstotliwością, a następnie na chwilę gasły, aby znów mogły pojawić się kolejne. Wciąż czułam pod palcami twarde, majestatyczne drzewo, które teraz wydawało się mnie całą do siebie przyciągać. W oczach cały czas mieniły się iskry, niczym sztuczne ognie, pięknie wybuchające na balu sylwestrowym. Pomimo tego, że nigdy z czymś podobnym się nie spotkałam, wciąż nie czułam w sobie żadnych negatywnych emocji. Był we mnie spokój, opanowanie i radość. Czułam się bardzo wesoła i czule dotknięta. Jakby delikatny obłok oplatał moje ciało, dbając o każdą jego cząstkę.

- Córeczko... - usłyszałam kobiecy głos, a następnie niefizyczna smuga dotknęła mojego ramienia.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale nie umiałam mówić. Nie wydobywałam z siebie dźwięków. Być może nawet moja buzia poruszała się w dotychczas znany mi sposób porozumiewania się, ale w obecnych okolicznościach, był on zupełnie bezużyteczny.

Tutaj ludzie mówili do siebie jakoś inaczej. Nie wydobywało się dźwięków w sposób, którego ja byłam nauczona.

- Córeczko... - znów powtórzył się ten przepiękny, tajemniczy głos. - To ja, twoja mama.

Gdy to usłyszałam, wcześniejsze iskry miłości, eksplodowały w całe ognisko emocji, które ulatywały w formie kolorowych świateł. Nie mogłam się opanować. Chciałam latać, być tam i zostać na zawsze. Chciałam móc odpowiedzieć, chciałam ją zobaczyć. Tak bardzo...

- Nie bój się. Nie możesz mnie zobaczyć, ale ja widzę ciebie bardzo dobrze. Jesteś piękną dziewczynką. Mama jest z ciebie taka dumna.

Poczułam jak w moich oczach pojawiają się łzy, które następnie delikatnie spływają po policzku. Nie były to jednak łzy smutku, to nie ten rodzaj emocji. Byłam po prostu dotknięta prawdziwym i najbardziej realnym szczęściem, którego nie mogłam pojąć i zmieścić w swoim małym ciele.

- Nie martw się o mnie. Jest mi tu dobrze. Czuję się potrzebna i bardzo szczęśliwa. Patrzę na ciebie każdego dnia. Jestem bardzo dumna z tego, że mam taką córkę. Przyjdzie czas, w którym się zobaczymy i będziemy razem już na zawsze, ale póki co, to jeszcze nie teraz. Musisz być silna, pamiętaj.

- Obiecuję, mamo... - to jedyne słowa, które udało mi się z siebie wydusić. Nie wiem jak mi się to udało, ale byłam przekonana, że i moje uszy odebrały te dźwięki. Były one jednak dla mnie tak samo mało realne, jak cała ta sytuacja, która jednocześnie była największą prawdą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła. Po ludzku było to nieosiągalne żadnym umysłem.

Nagle iskierki zniknęły, a ja zaczęłam spadać. Szybko i bezwiednie. Usłyszałam jeszcze z oddali dobiegający płacz dziecka i w tym samym momencie poczułam lęk.

Bałam się tego gdzie lecę i jak to się zakończy. Piękne kolory zamieniły się w gęste, ciemne chmury, które wydawały się pochłaniać mnie całą. Zrobiły się ciężkie i złowieszcze. Chciałam z nimi walczyć, nie poddawać się narzuconemu kierunkowi. Chciałam wracać tam, gdzie jeszcze przed chwilą byłam. Tym razem jednak tajemnicza siła spychała mnie w dół. W otchłań niepewności, strachu i emocji, których nie chciałam doświadczać. Wciąż jednak w uszach brzmiały mi ostatnie i jedyne słowa, które udało mi się wypowiedzieć do matki. "Obiecuję, mamo...". Wiedziałam, że cokolwiek się stanie, to właśnie te słowa będą przyświecać moim następnym chwilom. Tak miało już pozostać, na zawsze.

Gdy się ocknęłam wokół mnie panował wielki chaos. Słyszałam niespokojne dźwięki, piski, krzyki i wołania, zupełnie dla mnie niezrozumiałe i niemożliwe do scharakteryzowania. Sama w sobie też poczułam niepokój, a moje ręce zaczęły mocno drżeć. Pragnęłam się uwolnić, próbowałam się wiercić i szarpać, ale to wszystko na nic. Moje ciało było czymś skrępowane, a ja nie mogłam nad nim zapanować. Otwierałam buzię, lecz każdy dźwięk umierał w niemym krzyku. Było to jednak zupełnie inne ograniczenie niż to, które czułam jeszcze przed chwilą. Teraz nie było piękna traw i krzewów. Nie było zapachu świeżości i kwiatów. Nie było latania wśród wszechobecnych łąk. Nie było też drzewa i nie było mojej mamy.

Nagle poczułam delikatne ukłucie w ramię, a moje oczy na nowo się otworzyły.