Wskrzeszeni. Udokumentowana historia czterystu przywróceń do życia - Albert J. Hebert


Reflow text when sidebars are open.
Czyż istnieje coś ważniejszego dla każdego człowieka niż pewność, że kiedyś powstanie z martwych?
W historii Starego i Nowego Testamentu oraz w dziejach katolicyzmu trudno o lepiej potwierdzony fakt niż przypadki przywracania zmarłym życia - mające miejsce nawet w dość nieodległych czasach. Chociaż ludzie, których spotkał ten przywilej, musieli potem znów umrzeć, ich "tymczasowy" powrót do świata żywych stanowi poświadczenie chrześcijańskiej wiary w powszechne zmartwychwstanie ciała w chwili końca świata. Całe dwadzieścia wieków chrześcijaństwa to owoc tego przemożnego przekonania i wielkiej nadziei.
Zawsze jednak byli i znajdą się tacy, którzy atakują nauczanie o zmartwychwstaniu ciała. W czasach Jezusa saduceusze w rozmowie z Nim kwestionowali tę doktrynę, Jego odpowiedź sprawiła jednak, że wycofali się z zakłopotaniem.
Przypadków cudownego przywracania zmarłym życia nie trzeba jednak przyjmować na wiarę - są to fakty znajdujące potwierdzenie w dokumentach historycznych. Zebrane w niniejszej książce relacje - ujmowane jako całość - pokazują, że tym cudom nie można zaprzeczyć. Dotyczyły one przecież zbyt wielu wielkich świętych - św. Benedykt, św. Marcin z Tours, św. Bernard z Clairvaux, św. Dominik, św. Wincenty Ferreriusz oraz św. Franciszek Ksawery - by wymienić chociaż kilku. Zaprzeczanie dokonaniom takich postaci historycznych to policzek wymierzony rozumowi.
Mam nadzieję, że zawarte w tej książce opowieści o licznych cudach - dotyczących zarówno wskrzeszania zmarłych, jak i innych niezwykłych spraw - obnażą głupotę i nieuctwo tak zwanych egzegetów, teologów i innych badaczy, nawet z kręgów kościelnych, którzy zaprzeczają istnieniu cudów. Najskromniejsi uczeni i pisarze mogą poświadczyć istnienie wielu historycznych doniesień o ludziach, których liczni święci katoliccy przywrócili do życia.
Powołując Dwunastu Apostołów, Jezus dał im moc czynienia cudów, aby w ten sposób mogli zaświadczyć o boskim źródle nauki, którą głosili. Powiedział do nich: "Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie" (Mt 10, 8).
Pan oznajmił też, że Jego wspaniałe cuda mają prowadzić ludzi ku wierze, i prorokował nadejście jeszcze wspanialszych zjawisk: "Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. On sam dokonuje tych dzieł. Jeżeli zaś nie - wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła! Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni [...]" (J 14, 11-12).
Idąc w ślady Apostołów, święci katoliccy nieśli naukę i chrzest Chrystusowy ogromnym rzeszom ludzi. Bóg często uznawał także za stosowne wesprzeć nauczanie swoich późniejszych "Apostołów" cudami, takimi jak uzdrowienia, wyrzucanie złych duchów oraz wskrzeszanie zmarłych. Mocą czynienia tego ostatniego - przywracania życia umarłym - obdarzył przede wszystkim swoich wielkich świętych misjonarzy, których udziałem i powołaniem stało się dokonywanie tysięcy nawróceń.
Liczne cuda wskrzeszenia dokonane przez świętych Pańskich potwierdzają Bożą aprobatę dla Kościoła katolickiego oraz głoszonego przez niego stanowiska, że został założony przez samego Jezusa Chrystusa i stanowi arkę wiecznego zbawienia. Owi święci byli narzędziem w rękach Pana, cuda zaś są Jego, a nie ich działaniem. Te wspaniałe dzieła stanowią Boże świadectwo prawdziwości wiary katolickiej. Żadna inna religia nie doczekała się takiego poświadczenia.
Jak ogłosił Sobór Watykański I (1870):
[...] aby posłuszeństwo naszej wiary pozostawało w zgodzie z rozumem, dla poparcia swego Objawienia Bóg raczył połączyć z wewnętrznymi pomocami Ducha Świętego zewnętrzne argumenty, którymi są dzieła Boże, przede wszystkim cuda i proroctwa, które - choć wybitnie pokazują wszechmoc i nieskończoną wiedzę Boga - są najpewniejszymi znakami Bożego objawienia i odpowiadają zdolności rozumienia wszystkich [ludzi]. Zarówno Mojżesz, jak i prorocy, a zwłaszcza Chrystus Pan dokonali wiele najwyraźniejszych cudów oraz wypowiadali proroctwa. Z kolei o Apostołach czytamy, że: "Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał ich naukę znakami, które jej towarzyszyły"1.
Cudowne wskrzeszenia także ułatwiają zaakceptowanie cudów samego Chrystusa, o których mówią Ewangelie, w tym o dokonanym przez Niego wskrzeszeniu trzech osób. Jeżeli słudzy Boży mogą dokonywać tak wielkich czynów, dlaczego nie miałby tego robić również On sam? Przecież jest Panem żywych i umarłych: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie" (J 11, 25). Co więcej, cuda opisane w niniejszej książce wskazują na to, z jaką łatwością Jezus Chrystus, źródło mocy świętych Bożych, mógł powstać z martwych. Zmartwychwstanie Syna Bożego, dokonane Jego własną mocą, wykracza poza wszystkie inne cuda, jest największym cudem spośród wszystkich! To podstawa wszelkich nadziei na nasze zmartwychwstanie w dniu Sądu Ostatecznego.
Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa oraz cuda wskrzeszenia czynione przez świętych stanowią gwarancję Jezusowej obietnicy dla każdego wiernego katolika: "Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym" (J 6, 44).
Czy zmarli naprawdę zostali wskrzeszeni?
Być może zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy - poza przypadkami, o których mowa w Piśmie Świętym - zmarli naprawdę powracali do życia?
W tej książce opisano wiele takich zdarzeń. Oczywiście nikt po wskrzeszeniu nie żył na ziemi wiecznie; każdy, kto chociaż raz powstał z martwych, w końcu musiał się zmierzyć z losem czekającym wszystkich ludzi i znów umarł. Trwałe zmartwychwstanie nastąpi wyłącznie w dniu Sądu. Łatwiej w nie jednak uwierzyć, kiedy dowiadujemy się, że wielu ludzi nie tylko zostało wskrzeszonych, ale też doświadczyło uzdrowienia z chorób lub kalectwa.
Niniejsza książka nie ma być encyklopedią opisującą wszystkie przypadki wskrzeszenia ani też wyczerpującą pracą naukową opatrzoną odniesieniami do dokumentów i komentarzem krytycznym. Nie jest również owocem pogoni za sensacją. Z założenia ma być rzetelnym opracowaniem popularnonaukowym.
Przede wszystkim starałem się w niej zawrzeć opowieści o cudach, których autentyczność została dowiedziona lub potwierdzona. Muszę jednak dokonać wyraźnego rozróżnienia między cudami biblijnymi (tymi, o których relacje znajdziemy w Piśmie Świętym) i kościelnymi (które miały miejsce w późniejszej historii Kościoła, a więc nie zostały opisane w Biblii).
Cuda biblijne są, jak zauważył w swoich esejach na temat cudów kardynał Newman (na długo przed tym, zanim został katolikiem), cudami wyższej kategorii. Cechują je pewnego rodzaju dostojeństwo, wyrazistość, obiektywizm i stanowczość oraz zdecydowane działanie. Nawet gdybym nie był katolikiem, zgodziłbym się - jak wszyscy rozsądni historycy - z tym, że relacje o wskrzeszeniach dokonanych przez proroków, Apostołów, a zwłaszcza przez Jezusa Chrystusa należy uznać za historyczne; są to fakty.
Muszę wprowadzić jeszcze jedno zastrzeżenie dotyczące cudów biblijnych. Nie odbiegając od głównego tematu naszych rozważań, czyli wskrzeszania umarłych, przyjmuję jako dobrze udokumentowany historycznie fakt Zmartwychwstania Chrystusa. Wierzę jednak, że to Osoba Boska powstała z martwych w pierwszą Niedzielę Wielkanocną. Wierzę, ponieważ boska natura Chrystusa jest niedostępna moim zmysłom i osądowi ani też zdolności rozpoznania u tych, którzy mi o tym zaświadczają. Jednak historyczny fakt, jakim jest Zmartwychwstanie Chrystusa, wraz z Jego świętą, pełną mądrości nauką, pokazują, że przychodzi On od Boga i że moc Boża jest z Nim. To Bóg uczynił ten wyjątkowy cud, aby dać świadectwo prawdzie nauczania Chrystusa - On zaś głosił, że jest Bogiem.
Podobnie wierzę w to, że Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba, jako w prawdę objawioną, ponieważ trudno o wyraźny dowód albo o historycznych świadków tego wydarzenia. Chociaż Pismo Święte nie wspomina o Wniebowzięciu, wierzę w nie ze względu na autorytet Kościoła, który wywodzi się z wierności Tradycji (w sensie ściśle eklezjalnym). Kościół to nasze żywe źródło nauczania, nie tylko nieożywiona (choć wspaniała) Księga.
Kościół, nasz żywy nauczyciel, trzyma w swoich dłoniach tę wyjątkową Księgę, Biblię, jednocześnie mając w pamięci wszystkie skarby zawarte w boskiej Tradycji otrzymanej od Chrystusa - wielkie prawdy, które wiernie przekazuje przez wieki. Jedynie Kościół ma tę pamięć i zdolność rozumienia, wspierane boskim przewodnictwem, obiecanym mu przez Chrystusa. Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego i przekazuje to przewodnictwo wiernym poprzez nauczanie ojca świętego, który jest Namiestnikiem Chrystusa, oraz poprzez nauki Magisterium w zjednoczeniu z nim.
Z drugiej strony katolicy nie mają obowiązku wierzyć w cuda kościelne, dokonane od czasów biblijnych (to znaczy mogą nie wierzyć w konkretne cuda, ale powinni dawać wiarę temu, że Bóg ma zdolność ich czynienia). Oczywiście takie cuda muszą być poddawane racjonalnemu osądowi przez trybunały kościelne - jak ma to miejsce w czasie procesów kanonizacyjnych - oraz przez ekspertów z dziedziny medycyny - jak w przypadku sanktuarium Matki Bożej w Lourdes we Francji - a także według ogólnych zasad oceniania relacji historycznych. Kiedy jednak cud pomyślnie przejdzie wszystkie testy, żaden prawy człowiek - chrześcijanin czy poganin - nie może mu zaprzeczyć, a tym samym nie może uchylić świadectwa zdrowych zmysłów i rozumu. Jesteśmy winni szacunek prawdzie oraz danym od Boga zdolnościom badania i osądu.
Ławnik na przykład nie może odrzucić rzeczywistych dowodów (niebędących poszlakami) i narażać społeczeństwa, pozwalając przestępcy zbiec za granicę, tak jakby był on niewinny. I odwrotnie, jeżeli dowody niezbicie świadczą o braku winy, żaden ławnik czy sędzia wbrew rozumowi i sprawiedliwości nie wyśle niewinnego na krzesło elektryczne. Jednak mając w pamięci gorzkie doświadczenia związane z oszustwami, należy zachować ostrożność. Ludzie, choć pozostają w prawdziwej szczerości i prostocie nieskalani niczym gołębie, winni jak sprytne węże wykazywać mądrą rozwagę i czujność.
Niektórzy jednak, być może z braku dojrzałości lub wykształcenia, a priori lekceważą wszystkie cuda jako z założenia niemożliwe. Jest to podejście naznaczone zaślepieniem i uprzedzeniami, nienaukowe i bezrozumne; żywimy nadzieję i modlimy się o to, żeby udało się je zmienić. Jeżeli jednak ktoś się przy nim upiera, sam się stawia poza nawiasem dowodów i racjonalnego osądu. Stanowi to ujmę dla człowieka obdarzonego intelektem - a zarazem uwłacza odpowiedzialności wobec Stwórcy za właściwe wykorzystanie tego daru.
Należy pamiętać, że w wielu przypadkach relacje o świętych i dokonanych przez nich cudach spotkały się z przedwczesnym i niesprawiedliwym osądem. Zbyt wielu pisarzy z nadmierną łatwością przypięło cudom świętych łatkę "legendarnych". Jednak dla każdego oczywistością są rozsądne podejście, trzeźwa analiza i obiektywna, naukowa ocena komisji współczesnego Kościoła, które w trakcie procesów kanonizacyjnych uznają lub odrzucają kandydata do wyniesienia na ołtarze. Te współczesne relacje - wsparte przez wiarygodnych świadków, konsultantów medycznych oraz innych ekspertów, którzy potwierdzają ich autentyczność - trudno uznać za "legendy".
Czy oznacza to, że relacje o świętych żyjących w minionych wiekach i o cudach, jakie czynili, nie powinny być brane pod uwagę, ponieważ ich prawdziwości nie dowiedziono, stosując tak zwane współczesne kryteria naukowe i historyczne? To nonsens! Ludzie każdej epoki byli obdarzeni rozumem i inteligencją. Gdybyśmy takie same wymagania stawiali innym dziedzinom wiedzy, musielibyśmy zapomnieć o sporej części tego, co nazywamy historią. W rzeczy samej ci, który na przestrzeni wieków byli świadkami Kościoła, są o wiele mądrzejsi i bliżsi prawdy niż historycy świeccy.
Istnieli oczywiście zarówno prawdziwi, jak i fałszywi prorocy, miały miejsce prawdziwe i fałszywe objawienia prywatne, zdarzały się rzeczywiste i tylko pozorne przypadki opętania przez demony - w przypadku niektórych chorób lub zaburzeń psychicznych. Znamy też niewątpliwie prawdziwych i fałszywych mistyków oraz prawdziwe i fałszywe cuda.
Wydaje się jednak, że to, co autentyczne, jest trwalsze. Pamiętamy wielu prawdziwych proroków Starego i Nowego Testamentu, a także tych, którzy działali w wiekach późniejszych. Ilu jednak fałszywych proroków potrafimy wymienić? Jak wiele fałszywych cudów? Może przyjdzie nam na myśl Szymon Mag, ponieważ cieszył się dużą popularnością. Ale kimże on jest przy Piotrze, Pawle, Janie, Szczepanie i innych wielkich świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa?
Ostatnimi czasy, po tym jak Matka Boża objawiła się Bernadetcie w Lourdes oraz trojgu dzieciom w Fatimie, również inni fałszywie twierdzili, że widzieli to i owo. Bernadetta jest znaną postacią (choćby z filmu Pieśń o Bernadette), tak samo jak Łucja, Hiacynta i Franciszek. Ale gdzie teraz są ci wszyscy, którzy rzekomo doświadczyli objawień i o których było tak głośno, kiedy świat usłyszał o tych dzieciach?
Cudowne wydarzenia, znane nam z żywotów świętych, często niesprawiedliwie nazywa się "legendami" (jakby legenda nie mogła być prawdą) albo "mitami, które wyrażają pewne pojęcia związane z chrześcijaństwem". Jednak osoby dokonujące tych cudów były zwykle dobrymi i świętymi ludźmi. Zgodzą się co do tego nawet ich wrogowie. To oczywiste, że tacy i święci ludzie nie mogą się parać oszustwem i kłamać na temat swoich poczynań. Święci byli ludźmi obdarzonymi prawdziwą wnikliwością; jak można ich posądzać o naiwność czy głupotę?
Dobro rodzi dobro, a od Bożych świętych otrzymujemy to, co nadprzyrodzone. Jeżeli nie udowodniono oszustwa, za prawdziwe należy uznać tradycyjne podania na ich temat, cześć, jaką oddają im ludzie, oraz historie o ich żywej nadziei na cuda za ich przyczyną. Właśnie to w historii jest prawdziwe i rzeczywiste. Fałszywych świętych, cudotwórców czy mistyków rzadko otacza się czcią i pamięcią. Kiedy jednak na ziemi pojawia się człowiek prawdziwie święty i czyniący autentyczne cuda, pamięć o nim jest trwalsza niż zapis w kronikach, a ludzkie doświadczenie - bogatsze niż księgi i dokumenty.
Ze względu na liczne dowody i zdrowy rozsądek materiał zawarty w niniejszej książce został ograniczony do tych wydarzeń, które z rozwagą uznano za cudowne wskrzeszenia. W Dodatku opisano wiele innych przypadków, w których donoszono o wskrzeszeniach umarłych, ale brakuje na to rozstrzygających lub bardziej znanych dowodów; zupełne ich pominięcie byłoby jednak niesprawiedliwością. Umieszczenie ich w tej części książki nie oznacza, że uważam je za "legendarne", a świadczy tylko o tym, że potrzebuję co do nich więcej pewności lub dodatkowych informacji.
Nigdy nie odjąłbym Bogu nawet odrobiny chwały; cuda świadczą właśnie o niej. Nie ośmieliłbym się też umniejszyć chwały, jaką On obdarzył swoich świętych. Jednocześnie jestem otwarty na jakiekolwiek dodatkowe informacje - za lub przeciw - na temat Bożych wybrańców lub przypisywanych im cudów. Niech jednak oponenci przedstawią fakty na dowód swoich sprzeciwów i nie zbywają nas pustymi insynuacjami, wyrafinowaną pogardą lub protekcjonalnym uśmiechem. Niechaj ludzie sami to ocenią; "dlaczego, królu Agryppo, uważacie za nieprawdopodobne, że Bóg wskrzesza umarłych?"2.
Dla każdego, kto pragnie pełniejszej i bardziej wyczerpującej wiedzy, odniesienia zawarte w tej książce będą dobrym początkiem. Kto wie, być może zostaną odnalezione nowe manuskrypty, które dostarczą nam więcej dowodów i podstaw do nawet bardziej przychylnych opinii.
Chrystus nakazał Apostołom wskrzeszać umarłych. Dlaczego więc mielibyśmy być zaskoczeni tym, że święci również wypełniali Jego polecenie?
Eliasz i Elizeusz wskrzeszają umarłych
[...] oto na jego własnym łóżku chłopiec leżał martwy. [Elizeusz] wszedł [...] i modlił się do Pana. [...] aż się rozgrzało ciało chłopca. [...] Wtedy chłopiec kichnął siedem razy i otworzył oczy. (2 Krl 4, 32-35)
Pierwsze spisane relacje o wskrzeszeniach, choć na pewno nie pierwsze cuda tego rodzaju, odnajdujemy w Księgach Królewskich. Dotyczą one dwóch chłopców, którzy w cudowny sposób powrócili do życia dzięki błaganiom swych matek.
Eliasz Tiszbita, który później stanął razem z Mojżeszem obok Jezusa na Górze Przemienienia, żył w IX wieku przed Chrystusem. W czasach Achaba, nikczemnego izraelskiego króla, którego żoną była niegodziwa poganka, Izebel z Tyru, Eliasz przepowiedział trwającą trzy lata suszę, gdyż Bóg na jakiś czas złożył w jego ręce panowanie nad deszczem.
Eliasz najpierw mieszkał nad potokiem Kerit, ale kiedy jego wody wyschły, Bóg posłał go do wdowy mieszkającej w Sarepcie koło Sydonu, obiecując, że zatroszczy się ona o jego potrzeby. Panował wtedy głód, a kobieta ta miała jedynie tyle mąki i oliwy, żeby przygotować ostatni posiłek dla siebie i syna; jak powiedziała, "zjemy to, a potem pomrzemy" (1 Krl 17, 12). Eliasz poddał próbie jej wiarę, nakazując, aby najpierw przyrządziła posiłek dla niego. Kiedy go posłuchała, zauważyła, że oliwy i mąki nie zabrakło, tak że ona, jej syn oraz Eliasz mogli się wyżywić przez rok. "Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się, zgodnie z obietnicą, którą Pan wypowiedział przez Eliasza" (1 Krl 17, 16).
Trudno zaprzeczyć, że samo to było wspaniałym cudem - nagrodą za ufność i posłuszeństwo. Pewni ludzie oczywiście przyjmują do wiadomości tylko niektóre cuda, jednocześnie wzdrygając się na myśl o tym, co uważają za "działania nadprzyrodzone", tak jakby ludzkie pojęcia i zdolności stanowiły dla Boga jakiekolwiek ograniczenie. Przywrócenie życia zmarłemu nie kosztuje Go jednak więcej wysiłku niż podtrzymanie go u żyjących poprzez oliwę i chleb - a właśnie tego Bóg dokonał dla syna wdowy za pośrednictwem Eliasza. Potem, po cudzie uczynionym w czasie klęski głodu, syn wdowy zachorował. Jego stan się pogarszał, aż w końcu chłopiec przestał oddychać.
"Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie?"3 - zawołała kobieta.
"Daj mi twego syna" - odrzekł Eliasz, podniósł chłopca z jej kolan i zabrał na górę, do izby, w której mieszkał; tam położył go na łóżku i zaczął się modlić: "O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?". Trzykrotnie rozciągnął się nad chłopcem i błagał Boga: "O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!". Bóg wysłuchał jego próśb i z powrotem tchnął życie w ciało chłopca. Prorok zniósł chłopca na dół i oddał go matce, mówiąc: "Patrz, syn twój żyje".
Było to pierwsze wskrzeszenie umarłego. Więcej szczegółów można znaleźć w rozdziale 17 Pierwszej Księgi Królewskiej.
Innym wielkim prorokiem i - podobnie jak Eliasz - cudotwórcą był Elizeusz. W Księgach Królewskich można znaleźć opisy cudów uczynionych przez nich obu. To właśnie na ramiona Elizeusza spadł płaszcz Eliasza wstępującego do nieba na ognistym rydwanie.
Elizeusz wskrzesił chłopca w podobnych okolicznościach jak Eliasz. Najpierw wymodlił dla pewnej kobiety syna, potem zaś przywrócił mu życie. A było to tak: Elizeusz przyszedł kiedyś do Szunem, gdzie pewna dobra, zamożna i wpływowa kobieta nakłoniła go, żeby zjadł z nią posiłek. Potem, ilekroć Elizeusz przechodził przez miasto, posilał się u niej. Kobieta powiedziała swojemu mężowi, że powinni zrobić coś dla świętego Bożego człowieka, który tak często ich odwiedza: "Przygotujmy mały pokój na górze, obmurowany, i wstawmy tam dla niego łóżko, stół, krzesło i lampę. Kiedy przyjdzie do nas, to tam się uda" (2 Krl 4, 10).
Mąż przystał na ten pomysł, więc Elizeusz zyskał wygodne miejsce, w którym mógł się zatrzymać. Gdy pewnego razu przyszedł tam przenocować, powiedział do swojego sługi, Gechaziego: "Zawołaj tę Szunemitkę!"4. Elizeusz podziękował kobiecie: "Oto podjęłaś dla nas te wszystkie starania. Co można uczynić dla ciebie? Czy może przemówić za tobą do króla lub do dowódcy wojska?".
"Ja mieszkam pośród swego ludu" - odpowiedziała mu, mając zapewne na myśli, że ma dostateczną opiekę.
Elizeusz zapytał zatem później swojego sługę: "Co więc można uczynić dla niej?".
Gechazi odparł: "Niestety, ona nie ma syna, a mąż jej jest stary". Elizeusz polecił mu więc wezwać kobietę. Kiedy zaś stanęła w drzwiach, złożył jej obietnicę: "O tej porze za rok będziesz pieściła syna".
Kobieta odpowiedziała: "Ach, "mężu Boży", panie mój! Nie oszukuj służebnicy twojej!". Elizeusz jednak nie cofnął swego słowa, a po roku o tej samej porze kobieta urodziła syna.
Tak oto zdarzył się kolejny wspaniały cud - kobieta, która nigdy dotąd nie poczęła, urodziła dziecko, którego płeć została właściwie przepowiedziana. Stało się to dzięki modlitwom, które prorok zaniósł do Jahwe z wdzięczności za życzliwość, troskę i gościnność, a także szacunek i cześć, jakie okazali mu gospodarze.
Ale przecież "Pan daje i Pan zabiera". Naszedł czas, kiedy syn Szunemitki był dość duży, żeby pójść z ojcem między żniwiarzy. Pewnego dnia, kiedy był z nimi, poskarżył się ojcu, że boli go głowa.
"Zabierz go do matki" - powiedział ojciec do sługi, a ten uczynił, jak mu kazano. Chłopiec został przy zmartwionej matce i w południe zmarł na jej kolanach. Zrozpaczona kobieta zabrała ciało syna i złożyła je w pokoiku na górze, na łóżku proroka. Zamknęła drzwi, a potem postąpiła tak, jak przez wiele wieków robiły wszystkie matki w podobnej sytuacji, koncentrując się na jednym tylko celu. Jej czyny wyrażały absolutną ufność we wstawienniczą moc wybranych przez Boga dusz, takich jak prorocy czy święci. Szunemitka zawołała męża i rzekła: "Przyślij mi, proszę, jednego ze sług z jedną oślicą. Pobiegnę do męża Bożego i wrócę".
"Czemu wyruszasz do niego dzisiaj?" - zapytał ją. - "Nie ma ani nowiu, ani szabatu".
Żona jednak pożegnała się z nim, a kiedy osiodłano osła, powiedziała do sługi: "Prowadź, ruszaj! Nie zatrzymuj mnie w drodze".
Elizeusz, który przebywał wtedy na Górze Karmel, zobaczył, kto nadjeżdża. Polecił swojemu słudze: "Oto owa Szunemitka. Teraz więc biegnij, proszę, jej na spotkanie [...]".
Kobieta przywitała Gechaziego, ale pośpieszyła dalej, ku Bożemu mężowi, a gdy dotarła na Górę, objęła go za nogi. Gechazi podszedł, żeby ją odsunąć, Elizeusz jednak powiedział: "Zostaw ją, bo dusza jej w smutku pogrążona, a Pan zakrył to przede mną i nie oznajmił mi".
"Czy ja prosiłam Pana mojego o syna? Czyż nie powiedziałam: Nie oszukuj mnie?" - załkała kobieta.
"Przepasz biodra" - rzekł Elizeusz do Gechaziego. Kazał mu wziąć swoją laskę i pójść z Szunemitką, nie zatrzymując się po drodze, i ułożyć laskę na zmarłym chłopcu.
Kobieta jednak zawołała: "Na życie Pana i na twoje życie: Nie opuszczę cię!". Elizeusz wyruszył więc w drogę razem z nią.
Gechazi, który ich wyprzedził, w tym czasie dotarł do domu i położył laskę na chłopcu, ale bezskutecznie - dziecko nie wydało z siebie głosu ani żadnego znaku życia. Kiedy Elizeusz wszedł do domu, zobaczył, że chłopiec leży martwy. Prorok zaczął się modlić i rozciągnął się nad nim, jak kiedyś uczynił to Eliasz, aż ciało dziecka robiło się coraz cieplejsze. Powtórzył wszystko jeszcze raz, a wtedy chłopiec kichnął siedem razy i otworzył oczy.
"Zawołaj tę Szunemitkę!" - polecił Elizeusz słudze. "Zabierz swojego syna" - rzekł do matki, która z wdzięczności padła mu do stóp, a potem zabrała dziecko ze sobą.
Należy tu podkreślić, że wszyscy wielcy słudzy Boga to właśnie Jemu przypisują swoje cuda. Eliasz i Elizeusz się modlili, a Bóg im odpowiedział. Wielkie znaczenie miała też wytrwała, wręcz żarliwa wiara matek.
Również trzeci cud wskrzeszenia w Starym Testamencie dobitnie świadczy o tym, że moc przywracania życia zmarłym pochodzi wyłącznie od Boga.
Elizeusz dotarł do kresu życia, zmarł i został pochowany. W tamtych czasach kraj co roku najeżdżały bandy Moabitów. Pewnego dnia kondukt pogrzebowy przechodził obok grobu Elizeusza, kiedy jego uczestnicy zobaczyli grupę moabickich bandytów. Obawiając się bardziej o swoje bezpieczeństwo niż o zmarłego, przerażeni żałobnicy wrzucili ciało do grobu proroka i uciekli. "Człowiek ten dotknął kości Elizeusza, ożył i stanął na nogi" (2 Krl 13, 21). (Nie ma jednak ani słowa o tym, czy w tej sytuacji nie uciekli również bandyci).
Wiele wieków później w podobny sposób została uzdrowiona kobieta cierpiąca na krwotoki - wystarczyło, że dotknęła szaty Jezusa. Po Zesłaniu Ducha Świętego chorzy czekali zaś przy drogach na to, by padł na nich chociaż cień św. Piotra, gdyż wielu z nich w ten sposób odzyskało zdrowie. Podobnie, w ciągu wieków, które nastały po czasach Apostołów, niezliczone rzesze ludzi dostąpiły uzdrowienia lub wskrzeszenia poprzez samo tylko dotknięcie relikwii świętych.
Jezus wskrzesza syna wdowy, córkę Jaira oraz Łazarza
I wyszedł zmarły, mając ręce i nogi przewiązane opaskami [...]. Rzekł do nich Jezus: "Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić". (J 11, 44)
Zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie pierwszy cud wskrzeszenia dotyczy syna wdowy. Tym razem jednak chodziło o dorosłego mężczyznę, będącego jedynym oparciem dla swej matki.
Po tym, jak Jezus uzdrowił sługę rzymskiego setnika, którego wiarę pochwalił, udał się z Kafarnaum przez wzgórza rodzinnego Nazaretu do miasta Naim. U jego bram spotkał kondukt żałobny. Na marach spoczywało ciało mężczyzny - jak ze współczuciem zauważa św. Łukasz - "jedynego syna matki, a ta była wdową". Jego śmierć musiała poruszyć wielu ludzi, ponieważ Ewangelista pisze o sporym tłumie, który towarzyszył pogrążonej w żałobie matce.
Czy nasz Pan wyobrażał sobie wtedy inny pochód żałobny, który niedługo miał zmierzać z Jerozolimy w kierunku Kalwarii? I drugi, mniej liczny, towarzyszący przeniesieniu Jego Ciała z Krzyża do użyczonego Mu grobu? Czy widział, jak stoi tam jego Matka - Stabat Mater - pierwsza wśród żałobników?
Święty Łukasz pisze: "Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: "Nie płacz". Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, przystanęli - i rzekł: "Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!". A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce" (Łk 7, 11-15).
Można sobie wyobrazić, jakie było szczęście owej wdowy, jak wielkie zaskoczenie i radość czuł jej syn! Pomyślmy tylko o ogromnym zdumieniu wśród tłumu zebranych na widok tego niespodziewanego spotkania, tego powrotu z zaświatów! Jednocześnie jednak ludzie się bali - w Ewangelii czytamy przecież: "Wszystkich zaś ogarnął strach". Był to jednak dobroczynny strach, zaczęli bowiem wielbić i wychwalać Boga. Zrozumieli, że "wielki prorok powstał wśród nas i Bóg nawiedził lud swój". To wspaniały opis rzeczywistości cudu; ta sama myśl pojawia się zresztą wiele lat później w odniesieniu do świętych. Poprzez cuda Bóg naprawdę przychodzi do swojego ludu, żeby ten słuchał Jego słowa.
Święty Łukasz Ewangelista, który był lekarzem, jako jedyny wspomina o cudzie wskrzeszenia syna wdowy. Tekst jego Ewangelii jest przepełniony współczuciem dla kobiet, zawiera także liczne wzmianki o niewiastach, które pojawiały się w życiu Jezusa Chrystusa. O wskrzeszeniu, które przedstawiamy poniżej, mówią jednak również Mateusz i Marek.
Córka Jaira miała dwanaście lat. Jest pierwszą znaną kobietą, która została wskrzeszona, choć nie znaczy to, że nie miała żadnej poprzedniczki, ponieważ na krótko przed tym zdarzeniem Jezus polecił uczniom Jana Chrzciciela, aby przekazali mu, że "umarli zmartwychwstają" i dzieje się również wiele innych cudów. Z Jego słów można wywnioskować, że oprócz syna wdowy życie odzyskali także inni zmarli.
Wróćmy jednak do dziewczynki. Jej ojciec, Jair, był ważną osobą w Kafarnaum. Napisano, że był przełożonym synagogi, jej "zarządcą". Jezus po tym, jak powołał celnika Lewiego na Apostoła i nadał mu imię Mateusz, przebywał w okolicach Kafarnaum. W tym czasie przyszedł do Niego Jair, oddał Mu pokłon i powiedział: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła" (Mk 5, 23).
Jezus poszedł razem z Jairem, a tłum, który im towarzyszył, ciągle na Niego napierał. Bez wątpienia wielu z obecnych tam ludzi współczuło błagającemu ojcu, który pokładał taką ufność w Panu. Jair najwyraźniej był dobrym człowiekiem.
Po drodze spotkali pewną kobietę cierpiącą od dwunastu lat na krwotoki, które próbowała leczyć u wszelkich możliwych lekarzy, co pochłonęło cały jej majątek. Była pewna, że zostanie uzdrowiona, jeżeli tylko uda się jej dotknąć płaszcza Jezusa. Podeszła więc z tyłu przez napierający tłum, dotknęła frędzli Jego płaszcza i natychmiast doznała uzdrowienia. Ledwo zaś Jezus skończył wypowiadać słowa pochwały dla jej wiary, przybiegł posłaniec z domu przełożonego synagogi i przyniósł wiadomość o śmierci dziewczynki: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?". Jednak On powiedział do Jaira: "Nie bój się, wierz tylko".
Jezus, wchodząc do jego domu, zabrał ze sobą tylko Piotra, Jakuba i Jana. Zastali tam flecistów, czyniący wrzawę tłum oraz ludzi, którzy zawodzili i lamentowali. Jezus nakazał wszystkim odejść, mówiąc: "Odsuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi". Oni jednak "wyśmiewali Go". Jezus powiedział te słowa, by dodać im otuchy.
Wszedł do środka w towarzystwie rodziców dziewczynki oraz Piotra, Jakuba i Jana. W pokoju, w którym leżała zmarła, wziął ją za rękę i powiedział: "Talitha kum", co znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!". Talitha natychmiast podniosła się z łóżka i zaczęła chodzić. Jezus, z natury praktyczny, polecił rodzicom, żeby dali jej coś do jedzenia, tak jakby chciał im powiedzieć: "Nie stójcie jak osłupiali. To, czego byliście świadkami, wydarzyło się naprawdę. Teraz zajmijcie się dziewczynką, aby poczuła się znowu jak w domu". Niewykluczone, że właśnie dlatego nakazał zgromadzonym ludziom opuścić pomieszczenie. Dwie lub trzy osoby wystarczyły, żeby zaświadczyć o tym, co właśnie zaszło, a biedne dziecko, które budziło się z powrotem do życia, mogłoby się wystraszyć tłumu.
Rozmyślając o tych dwóch wydarzeniach, widzimy, że ludzie byli przekonani, iż Jezus może uzdrawiać i oddalać widmo śmierci. Ponieważ jednak słudzy przełożonego synagogi stracili nadzieję, kiedy jego córka zmarła, wydaje się, że nie wierzyli, że naprawdę może On kogoś wskrzesić.
Zwrócenie komuś życia wydaje się człowiekowi rzeczą trudniejszą niż uzdrowienie, dla Boga jednak nie ma tu żadnej różnicy. Jeżeli samo muśnięcie rąbka szaty Jezusa mogło leczyć choroby, to jak wiele potrafił zdziałać dotyk Jego ręki? A Jego wola? W rzeczywistości wskrzeszenie Łazarza nie kosztuje Boga dużo więcej wysiłku niż uśmierzenie bólu zęba czy przywrócenie sprawności uschniętej ręce. Ożywienie jednego Łazarza jest dla Niego tak łatwe jak wskrzeszenie kilku bądź kilkuset miliardów ludzi w Dzień Sądu. Myśl o tym, że tego dnia Boga czeka bardzo ciężka praca, jest oczywistym nieporozumieniem. Wszechmocnemu wszystko przychodzi bez najmniejszego wysiłku.
Jezus dokonał licznych cudów w okolicach Jerozolimy, ale o wiele więcej uczynił w Galilei i innych krainach. Jedną z prawdopodobnych przyczyn było to, że nie chciał zwracać na siebie zbyt często uwagi, gdy przebywał na terenie swoich wrogów.
Tak więc Jezus zachował jeden ze swoich największych cudów na ostatnie dni działalności publicznej. Zawczasu wiedział, że stanie się on dla Jego wrogów okazją do bardziej aktywnego spiskowania, aby Go usunąć - kolejny "wyrok śmierci" na Stworzyciela życia. Jakże ślepi i głupi potrafią być ludzie!
Jezus dokonał swojego najwspanialszego cudu wskrzeszenia, którym było zwrócenie życia Łazarzowi, w Betanii, a więc niemal u bram Jerozolimy. W pobliżu leży również Dolina Jozafata, wskazywana jako miejsce powszechnego zmartwychwstania ciał w dniu końca świata.
Święty Jan to jedyny ewangelista, który pisze o cudzie wskrzeszenia Łazarza. Zdaniem niektórych badaczy, gdyby wcześniejsze Ewangelie również zawierały o nim wzmiankę, przypominałoby to wrogo nastawionym Żydom, że wciąż żywy Łazarz stanowi dla nich zagrożenie. Zmówili się przecież kiedyś, aby zabić go razem z Jezusem, ponieważ jego wskrzeszenie było "cudem nad cudami", który dokonał się niemal na ich podwórku, czyli w Betanii koło Jerozolimy, i sprawił, że autorytet Jezusa wśród ludzi znacznie wzrósł.
Ten cud był jeszcze jednym znakiem, który miał przygotować ludzi na zapowiedziane już Zmartwychwstanie Chrystusa. To, że Jezus mógł wskrzesić człowieka, który od czterech dni spoczywał w grobie spowity całunem, oznaczało (obok innych niesamowitych zdarzeń dowodzących Jego panowania nad człowiekiem i naturą, życiem i śmiercią), że bez wątpienia Jego własne Zmartwychwstanie nie sprawi Mu najmniejszych trudności. On bowiem jest ponad naturą, bo Ten, Kto daje życie, sam musi być Życiem: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem" (J 14, 6).
Wydaje się, że Łazarz był dość młody; w każdym razie był dobrym Żydem i cieszył się szacunkiem w Jerozolimie. Był zamożny albo przynajmniej powodziło mu się na tyle dobrze, że mógł regularnie gościć u siebie Jezusa wraz z Apostołami (i liczną grupą towarzyszących im ludzi). O tym, że jego rodzina żyła w dobrobycie, świadczy także spory rodzinny grobowiec, którego wejście zamykano dużym kamieniem. Bogaty Józef z Arymatei użyczył podobnego grobu Jezusowi, ale miało to miejsce kilka dni później i nieco dalej.
Dzięki dwóm siostrom Łazarza (i przyszłym świętym) - Marcie oraz Marii - ich dom był także popularnym miejscem spotkań. Maria, którą cechowało refleksyjne usposobienie, usiadła kiedyś u stóp Jezusa, pijąc ze źródła życia, Marta zaś krzątała się, pełniąc obowiązki gospodyni. "A Jezus miłował Martę, jej siostrę i Łazarza" (J 11, 5). Te słowa św. Jana pięknie opisują stosunek Jezusa do przyjaciół. Kiedy więc siostry wysłały do Niego posłańców z wiadomością: "Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz", Apostołowie zdziwili się, że Go to nie poruszyło; powiedział im tylko: "Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą". Jezus nie miał na myśli tego, że Łazarz nie umrze, ale że jego śmierć nie będzie końcem. Został więc tam, gdzie przebywał, przez kolejne dwa dni.
Wyobraźmy sobie, jak musiały się czuć Maria i Marta, kiedy mijały te dni pełne niepokoju, a Jezus się nie zjawiał, i potem, gdy ich brat zmarł. Apostołowie także musieli cierpieć, bo również przyjaźnili się z Łazarzem i jego siostrami. To typowe dla ludzi, że reagują zdziwieniem lub narzekaniem na to, co czyni Bóg, albo zakładają, że nie słucha ich modlitw - podczas gdy On nieustannie przygotowuje dla nich lepsze rozwiązanie!
W końcu Jezus rzekł do swoich uczniów: "Chodźmy znów do Judei". (Sugerowałoby to, że znajdowali się w pewnej odległości od Jerozolimy. Można byłoby też przypuszczać, że Maria i Marta odkładały pogrzeb brata tak długo, jak to było możliwe, mając nadzieję, że Jezus się zjawi). "Rabbi - zaprotestowali Apostołowie - dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz?". Zdali sobie bowiem sprawę z tego, że Jezus znowu zamierza się narazić na śmierć dla przyjaciela. On jednak odpowiedział: "Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę go obudzić", na co uczniowie odrzekli: "Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje".
Należy tu zwrócić uwagę na to, co potem zauważa św. Jan, ponieważ jest to kolejny dowód tego, że Łazarz naprawdę został wskrzeszony. Ewangelista pisze zatem: "Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: "Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego"".
Chrystus miał na myśli to, że Jego nieobecność przy Łazarzu, kiedy ten jeszcze żył i chorował, była czymś zbawiennym, ponieważ wszyscy oczekiwaliby wówczas od Niego, że uzdrowi przyjaciela. Zauważmy, że Jezus oznajmił uczniom, iż cieszy się z tego, że nie było Go przy jego łożu. Teraz bowiem może im dać jeszcze wspanialszy znak - wskrzeszenie zmarłego, które będzie można potraktować jako wezwanie do wiary w Niego i Jego nadchodzące Zmartwychwstanie.
Kiedy Jezus i Apostołowie dotarli do Betanii, dowiedzieli się, że Łazarz od czterech dni spoczywa w grobie. Kiedy Marta i Maria otrzymały wiadomość, że Jezus jest w drodze, Marta wyszła Mu na spotkanie, jej siostra zaś została w domu z licznymi gośćmi, którzy przyszli pocieszyć kobiety.
Spotkawszy Jezusa, Marta zawołała: "Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga". Jezus zapewnił ją: "Brat twój zmartwychwstanie", a ona odpowiedziała: "Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania, w dniu ostatecznym".
Trzeba w tym miejscu zauważyć, że Żydzi wierzyli w zmartwychwstanie ciała. Chrystus jednak, mówiąc: "brat twój zmartwychwstanie", odnosił się do tu i teraz; prawda o zmartwychwstaniu w dniu ostatecznym miała bezzwłocznie się objawić. Zwróćmy uwagę na następną wypowiedź naszego Pana: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?".
Jezus oświadczył Marcie - podobnie jak nam wszystkim - że na własne oczy zobaczy moc zmartwychwstania, taką samą jak w dniu końca świata. Nasz Pan był i jest Zmartwychwstaniem i Życiem! Chciał, abyśmy doświadczyli przedsmaku tego, co nas czeka w Dniu Sądu.
Kiedy doszli do domu, Jezus wraz z Marią, Martą oraz tłumem żałobników udał się do grobu Łazarza: "Gdzie go położyliście?" - zapytał. "Odpowiedzieli Mu: "Panie, chodź i zobacz!" Jezus zapłakał. Żydzi mówili więc: "Oto jak go miłował!"". Jezus objawił swoją ludzką naturę, wyraził głęboki żal z powodu utraty przyjaciela, ale też z powodu samej śmierci oraz smutku, jaki wywołuje ona u innych - a także grzechu, który przecież sprowadził śmierć na ziemię.
Niektórzy Żydzi powiedzieli: "Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?". Ich wiara nie była jednak zbyt głęboka. Byli ślepi zarówno na to, co Jezus dopuścił, jak i na to, co zamierzał uczynić. Płacz Chrystusa świadczył o tym, że Łazarz umarł naprawdę. Jego postanowienie, by pozwolić przyjacielowi umrzeć, miało na celu okazanie własnej mocy i pokonanie śmierci. "A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu".
Grób ten (symbol śmierci) był jaskinią, do której wejście zamknięto kamieniem. Jezus polecił: "Usuńcie kamień!" (miał na myśli również kamień niewiary). Marta, która była osobą praktyczną, zauważyła zgodnie z prawdą: "Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie".
Cztery dni! Dlatego właśnie Jezus zwlekał. Chciał bowiem, aby wszyscy Mu współcześni i ci, którzy mieli tworzyć przyszłe pokolenia, byli pewni, że Łazarz nie żył już od wystarczająco długiego czasu. Nie mógł być bardziej martwy, skoro spędził cztery dni w grobie, podczas gdy jego ręce i nogi były owinięte lnianym płótnem, a twarz przykrywała chusta.
Chrystus rzekł: "Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?". Na Jego słowo usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy w górę, pomodlił się i zawołał głośno: "Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!".
Nie skierował tego autorytarnego nakazu wyłącznie do Łazarza, ale do każdego spośród obecnych, a także do nas wszystkich, którzy w Dzień Sądu powstaną z wielkiego grobu, jakim jest ziemia. (Dolina Jozafata, uważana według tradycji za miejsce, w którym odbędzie się Sąd Ostateczny, była oddalona o zaledwie kilka kilometrów).
Po słowach Chrystusa zmarły wyszedł z grobu. Jezus rzekł: "Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić".
Rozwiążcie go! Niech chodzi swobodnie! Niechaj wszyscy zmarli zostaną wyzwoleni z oków śmierci! Niech cały świat będzie od niej wolny! Zmartwychwstanie i Życie dla wszystkich objawiły się tłumowi symbolizującemu cały ziemski świat.
Jezus powiedział wcześniej: "Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie" (J 6, 57). Miał przy tym na myśli Świętą Eucharystię, którą wkrótce miał ustanowić niezwykłym sakramentem, poprzez który otrzymujemy życie samego Boga oraz przyrzeczenie wiecznego życia w niebie.
Za sprawą wielkiego cudu, jakim było wskrzeszenie Łazarza, wielu Żydów, którzy stali się jego świadkami, uwierzyło w Jezusa. Inni jednak donieśli o nim faryzeuszom i została zwołana pośpieszna narada Sanhedrynu, podczas której zdecydowano ostatecznie, że Jezusa należy zabić. Na tym spotkaniu Kajfasz pełniący wtedy funkcję najwyższego kapłana przekonywał: "Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę, że lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niżby miał zginąć cały naród" (J 11, 50). Nie zdawał sobie jednak sprawy, że właśnie tak postąpi Jezus: jako jedyny Bóg-człowiek umrze za wszystkich, po to by każdy człowiek dostąpił odkupienia, zbawienia i życia wiecznego.
Kiedy kilka dni później Jezus znów przybył do Betanii, Łazarz i jego siostry wydali dla Niego ucztę, a Maria namaściła Jego stopy drogocennym, wonnym olejkiem. Być może przeczuwała (albo wzięła sobie do serca prorocze słowa o Jego śmierci, które wygłaszał), że jej Pan wkrótce zostanie złożony do grobu w miejsce brata, którego jej zwrócił. Gdy Judasz zaczął narzekać na "marnotrawienie" cennego pachnidła, Jezus odrzekł: "Zostaw ją! Przechowała to, aby [Mnie] namaścić na dzień Mojego pogrzebu" (J 12, 7).
Po wskrzeszeniu Łazarz stał się obiektem zainteresowania wszystkich w okolicy. Wielu Żydów przychodziło aż z Jerozolimy, żeby zobaczyć jego i Jezusa, dlatego arcykapłani planowali także i jego śmierć. Co za głupstwo! Czyż ktokolwiek może zgładzić osobę, którą Syn Boży zapragnął utrzymać przy życiu?! Tak jakby naprawdę mogli zabić Życie samo w sobie! Jakże bezmyślni bywają śmiertelnicy!
W Ewangelii św. Jana znajdziemy więcej szczegółów na temat Jezusa i Łazarza, jednak przedstawiona tu relacja wystarczy, by ukazać, jak wielką wagę ma to wydarzenie. Wywarło ono ogromne wrażenie na ludziach, mimo to niedługo potem, w chwili śmierci Jezusa i w czasie Jego pogrzebu, Apostołowie najwyraźniej zapomnieli o tym, że niejednokrotnie zapowiadał On własne Zmartwychwstanie po trzech dniach. A mogłoby się wydawać, że obecność Łazarza powinna podtrzymywać ich nadzieję.
Pogrążeni w żałobie Apostołowie musieli też na chwilę zapomnieć o innych doniosłych słowach Jezusa: "Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie" (Mt 10, 8). Apostołowie wiedzieli, jak wielką moc od Niego otrzymali - w tym również moc wskrzeszania umarłych - dlaczego więc martwili się o to, że ich Pan nie będzie potrafił zatroszczyć się sam o siebie? Dlaczego zachowywali się tak, jakby On sam nie był Zmartwychwstaniem i Życiem, Alfą i Omegą?
Piotr wskrzesza Dorkas, a Paweł przywraca życie Eutychowi
Piotr upadł na kolana i modlił się. Po czym zwrócił się do zwłok i rzekł: "Tabito, wstań!". A ona otwarła oczy i zobaczywszy Piotra, usiadła. (Dz 9, 40)
Jeżeli starotestamentowi "Apostołowie", czyli prorocy Eliasz i Elizeusz, wskrzeszali zmarłych, to nie ma wątpliwości, że Apostołowie Nowego Testamentu dokonywali jeszcze wspanialszych dzieł.
Kiedy jeszcze za czasów swego życia i swojej działalności Jezus posyłał uczniów, aby nauczali, obdarzył ich ogromną mocą, w tym mocą wskrzeszania umarłych: "Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy" (Mt 10, 8). Jest bardzo prawdopodobne, że wszystkich Dwunastu wraz ze św. Pawłem zajmowało się przywracaniem zmarłych do życia. Inaczej nie miałoby sensu to, że Jezus dał im tę moc, dodając jeszcze: "Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie".
Jeśli Ewangelie przedstawiają tylko próbkę cudów Jezusa, gdyż natchnieni autorzy często wspominają: "jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał", to również w Dziejach Apostolskich znajdujemy tylko wybrane przykłady dokonań Jego uczniów. Pamiętajmy, że chodzi o trzynaście osób, a właściwie niewiele wiadomo o dziełach przeważającej części Apostołów.
Apostoł Piotr podczas jednej ze swoich licznych podróży odwiedził świętych mieszkających w Liddzie na wybrzeżu palestyńskim. Uzdrowił mieszkającego tam sparaliżowanego człowieka, który był przykuty do łóżka przez osiem lat. Zresztą podczas swoich wypraw apostolskich dokonał tak wielu uzdrowień, że ludzie kładli chorych na poboczach dróg w nadziei na to, że zostaną oni uzdrowieni choćby przez sam jego cień.
Na tym samym wybrzeżu w pobliskiej Jaffie mieszkała nawrócona kobieta imieniem Tabita, po grecku Dorkas, co znaczy "gazela". Niewiasta ta zmarła, uczyniwszy w życiu wiele dobrego i spełniwszy wiele aktów miłosierdzia. Jej ciało umyto i złożono w pokoju na piętrze. Mieszkający w Jaffie chrześcijanie dowiedzieli się o wizycie św. Piotra w Liddzie i posłali do niego dwóch ludzi z pilną prośbą o przybycie do ich miasta.
Gdy św. Piotr zjawił się w domu zmarłej, płaczące wdowy pokazały mu różne szaty, które utkała dla nich Dorkas. Znalazłszy się przy jej łóżku, Piotr poprosił wszystkich, aby wyszli, ukląkł i pomodlił się, po czym "zwrócił się do zwłok i rzekł: "Tabito, wstań!". A ona otwarła oczy i zobaczywszy Piotra, usiadła" (Dz 9, 40).
Piotr podał Dorkas rękę i pomógł jej wstać. Następnie wezwał żałobników, a wszystkie wdowy bardzo się uradowały, znów widząc ją żywą. Ten cud sprawił, że wielu ludzi w Jaffie uwierzyło.
Podkreślmy jeszcze raz te słowa: "sprawił, że wielu ludzi uwierzyło" - ponieważ refleksja duchowa i nawrócenie są często konsekwencją cudów, zwłaszcza tych naprawdę wielkich. Charyzmat czynienia cudów, którym byli obdarzeni święci i misjonarze, odegrał jedną z najważniejszych ról w nawracaniu pogan oraz wywoływaniu skruchy i pragnienia odnowy u wierzących.
Święty Paweł w czasie jednej ze swoich licznych podróży apostolskich wypłynął z Filippi i po pięciu dniach dołączył w Troadzie do innych uczniów. Pierwszego dnia tygodnia wszyscy zebrali się na łamaniu chleba i Paweł, który planował wyjechać nazajutrz, przemawiał aż do północy. Święty Łukasz zauważył, że w sali na piętrze, gdzie się zgromadzili, pali się bardzo dużo lamp. Kiedy Paweł mówił, pewien młodzieniec imieniem Eutych zasnął, prawdopodobnie pod wpływem dymu i ciepłego powietrza uchodzącego przez okno, na którym siedział. (Niejeden zaś kaznodzieja ucieszy się na wieść, że nawet św. Paweł potrafił uśpić swoich słuchaczy). Eutych, pogrążony w głębokim śnie, wypadł przez okno z trzeciego piętra, uderzając w ziemię.
Kiedy podniesiono młodzieńca, był on już martwy. Święty Paweł dowiedziawszy się o tym, pośpieszył na dół, przypadł do niego, objął go i powiedział do ludzi stojących obok: "Nie trwóżcie się, bo on żyje". (Święci czasami mówią podobne rzeczy, prawdopodobnie po to, aby zamaskować doniosłość swoich cudów i uniknąć uwagi i zaszczytów, które spłynęłyby na nich za ich sprawą). Po wskrzeszeniu Eutycha św. Paweł znów udał się na górę, łamał chleb i przemawiał aż do świtu. Najwyraźniej młodzieniec tym razem już nie zasnął, ponieważ biblijna relacja kończy się słowami: "A chłopca [obecni tam] odprowadzili żywego i doznali niemałej radości" (Dz 20, 12).
Święty Paweł był niezwykłym misjonarzem, uznanym za największego w dziejach; z pewnością jeszcze wielokrotnie wskrzeszał umarłych, choć powyższy przypadek jest jedynym, jaki został opisany. To samo, co Piotr i Paweł, czynili również przez wiele wieków chrześcijaństwa liczni święci żyjący w późniejszych czasach.