Wskazówki zegara - Dziecię Ciemności

-
Proszę czekać

Książki nie gryzą...

Prze­je­cha­łam zgrzy­bia­łym, zde­for­mo­wa­nym po­da­grycz­nie, opuch­nię­tym pal­cem o brud­nym, po­pę­ka­nym pa­znok­ciu po twar­dej, po­strzę­pio­nej, wy­bla­kłej już i zu­ży­tej skó­rza­nej opra­wie, któ­ra za­my­ka­ła w so­bie ty­sią­ce pło­wych, ma­to­wych, na­mo­kłych nie­co, za­ple­śnia­łych i po­marsz­czo­nych stron ludz­kiej dumy i pa­ro­dy­stycz­nej wie­dzy. Spoj­rza­łam na swo­je dło­nie, tak po­marsz­czo­ne, po­kry­te sta­rym, za­schnię­tym bru­dem, któ­re­go na­wet naj­ostrzej­szy sok cy­tru­so­wy i pia­sek nie były w sta­nie wy­wa­bić. Były po­ra­nio­ne i śmier­dzia­ły nie­mi­ło­sier­nie. Każ­dy pa­zno­kieć od­zna­czał się ru­do­brą­zo­wą ob­wód­ką za­schnię­te­go soku i krwi, któ­ra zgro­ma­dzi­ła się w szcze­li­nach mię­dzy łam­li­wą płyt­ką a cia­łem.

Przede mną na prze­żar­tym przez kor­ni­ki pul­pi­cie, nie­mal za­pa­da­ją­cym się w so­bie ze sta­ro­ści, le­d­wo już sto­ją­cym na swej wą­tłej, je­dy­nej nóż­ce ni­czym wy­sma­ga­ny wia­trem, prze­mo­czo­ny od desz­czu, po­roz­ry­wa­ny przez na­tręt­ne kru­ki, a na sam ko­niec trza­śnię­ty pio­ru­nem strach na wró­ble, spo­czy­wa­ło mo­nu­men­tal­ne dzie­ło, za­mknię­te i za­pie­czę­to­wa­ne, cuch­ną­ce sta­rą ple­śnią, kle­jem i za­tę­chłą, wy­gar­bo­wa­ną skó­rą.

Księ­ga ocie­ka­ła wodą, któ­ra z roz­mo­kłych stro­nic ukry­tych pod okład­ką ka­pa­ła mia­ro­wo i nie­zno­śnie, spły­wa­jąc w dół po spróch­nia­łej nóż­ce pul­pi­tu i two­rząc u jego sa­mot­nej sto­py co­raz więk­szą ka­łu­żę. Wpa­try­wa­łam się w nią bier­nie, sto­jąc na środ­ku po­miesz­cze­nia.

Było nie­wiel­kie i dusz­ne. Po­grą­żo­ne w głę­bo­kim, nie­mal cięż­kim mro­ku oświe­tla­nym je­dy­nie, acz nie­zwy­kle nie­mra­wo ską­pym, wą­skim stru­mie­niem świa­tła, któ­re pró­bo­wa­ło we­drzeć się przez jed­no za­kra­to­wa­ne, przy­sło­nię­te do po­ło­wy brud­nym ma­te­ria­łem okno. Trzy ło­jo­we świe­ce, któ­re usta­wi­łam na pul­pi­cie w kształt trój­ką­ta, wy­dzie­la­ły z sie­bie wię­cej śmier­dzą­ce­go, dła­wią­ce­go, gę­ste­go dymu niż świa­tła. Po­pra­wi­łam czar­ny kap­tur, zsu­wa­ją­cy mi się na twarz. Ciem­ność spo­wi­ja­ła wszyst­kie z czte­rech ką­tów po­miesz­cze­nia, w któ­rym sta­ły jesz­cze, nie­mniej nie­wie­le bra­ko­wa­ło im już do le­że­nia, zde­wa­sto­wa­ne, chy­lą­ce się ku zim­nej, ka­mien­nej po­sadz­ce re­ga­ły, ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem licz­nych ksią­żek rzu­co­nych na nie w cha­osie nie­chluj­nej by­le­ja­ko­ści. To­misz­cza prze­gni­łe, za­ple­śnia­łe, mo­kre z po­skle­ja­ny­mi stro­ni­ca­mi wy­dzie­la­ły tak pa­skud­ny fe­tor, że dzi­wi­łam się, iż mój nos wciąż jest w sta­nie wy­czu­wać za­pa­chy po tak dłu­gim prze­by­wa­niu w tak nie­sym­pa­tycz­nym oto­cze­niu tej za­szla­mia­łej per­fu­me­rii.

Mój pa­lec raz jesz­cze de­li­kat­nie po­gła­dził bok twar­dej okład­ki, w któ­rą opra­wio­no cięż­kie, ol­brzy­mie to­misz­cze. Skó­ra na niej była wy­pło­wia­ła, po­marsz­czo­na i po­pę­ka­na pa­skud­nie. Po­wo­li i ostroż­nie otwar­łam księ­gę. Zmarsz­czy­łam nos, po­czuw­szy za­pach zgni­li­zny, wy­do­by­wa­ją­cy się spo­mię­dzy stron.

Gdy tyl­ko po­ło­wa cięż­kiej opra­wy z głu­chym, jak­by znu­żo­nym huk­nię­ciem opa­dła w koń­cu na dru­gą część pul­pi­tu, wy­peł­nia­jąc go sobą bez resz­ty i pra­wie strą­ca­jąc kop­cą­cą nie­zno­śnie ło­jo­wą świe­cę, od któ­rej łza­wi­ły mi oczy i pie­kły noz­drza, po wy­bla­kłych, prze­siąk­nię­tych wodą mor­ską, po­kry­tych szla­mem i frag­men­ta­mi wo­do­ro­stów stro­nach prze­bie­gło kil­ka wiel­kich, czer­wo­nych, opan­ce­rzo­nych ka­ra­lu­chów, w sza­leń­czym tem­pie i z nie­by­wa­łą zwin­no­ścią wy­mi­ja­jąc się i prze­ści­ga­jąc. Pró­bo­wa­łam za po­mo­cą pię­ści roz­gnieść przy­naj­mniej jed­ne­go z nich, nie­mniej były zbyt by­stre i zwrot­ne, abym zdo­ła­ła je po­ko­nać. Prze­łknę­łam więc wstyd wraz z sa­mot­ną musz­ką, któ­ra wpa­dła mi do gar­dła, po czym od­py­cha­jąc ze wstrę­tem wy­ła­żą­ce spo­mię­dzy stron dłu­gie, ciem­ne, mno­go­noż­ne, uzbro­jo­ne w szczyp­ce skor­ki i drob­ne, czar­ne pa­jącz­ki, spró­bo­wa­łam prze­czy­tać to, co za­pi­sa­no na pierw­szej stro­nie dzie­ła.

Po­wi­nien być to ty­tuł, jed­nak woda wy­płu­ka­ła z po­mię­tej, po­marsz­czo­nej, za­czy­na­ją­cej ple­śnieć stro­ni­cy cały tusz, ja­kim ją na­zna­czo­no. Przy­glą­da­łam się jej nie­zwy­kle uważ­nie, ła­piąc w pal­ce chra­bąsz­cza, któ­ry zna­lazł się nie­spo­dzie­wa­nie zbyt bli­sko mej dło­ni. Gdy go pod­nio­słam, zwie­rząt­ko za­czę­ło ma­chać sza­leń­czo licz­ny­mi od­nó­ża­mi, wy­krę­ca­jąc je i wy­rzu­ca­jąc w kil­ku róż­nych kie­run­kach jed­no­cze­śnie, zu­peł­nie nie­skład­nie i cha­otycz­nie. Pró­bo­wa­ło przy tym ob­ra­cać głów­kę, jed­nak zbyt szyb­ko zo­sta­ło zmiaż­dżo­ne z ci­chym chrzę­stem mię­dzy moim kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

Wtem skle­jo­ne, nie­mal cał­ko­wi­cie złą­czo­ne ze sobą i ze­spo­lo­ne w jed­ną, lep­ką, pap­ko­wa­tą masę, wzbo­ga­co­ną eks­trak­tem z mor­skie­go mułu i wo­do­ro­stów stro­ny za­czę­ły się po­ru­szać, jak gdy­by nie­spo­dzie­wa­nie tar­gnął nimi sil­ny po­dmuch wia­tru i po­de­rwał fi­glar­nie, chcąc prze­wró­cić. Zda­rze­nie to, tak z po­zo­ru na­tu­ral­ne i nie­przy­ku­wa­ją­ce ni­czy­jej uwa­gi, wy­da­ło mi się o tyle nie­zro­zu­mia­łe i za­ra­zem nie­po­ko­ją­ce, iż w po­miesz­cze­niu nie czuć było na­wet naj­de­li­kat­niej­szej bry­zy. Po­wie­trze było cięż­kie, dusz­ne i gę­ste od dymu oraz przy­pra­wia­ją­cych o spa­zmy i tor­sje woni gni­ją­cej, sta­rej bi­blio­te­ki.

Na­gle spo­mię­dzy roz­my­tych, wy­bla­kłych, nisz­cze­ją­cych stro­nic, któ­rych tre­ści nikt już nie był w sta­nie od­czy­tać, po­wo­li wy­chy­nę­ła dłu­ga, ośli­zgła, zgni­ło­zie­lo­na mac­ka na­zna­czo­na licz­ny­mi ssaw­ka­mi okrą­gle wy­kłę­bio­ny­mi. Wy­peł­zła wol­no, wy­ła­nia­jąc się usta­wicz­nie i upior­nie z wnę­trza książ­ki, się­ga­jąc co­raz da­lej i da­lej, uka­zu­jąc co­raz wię­cej z ta­jem­ni­cze­go, ukry­te­go we wnę­trzu to­misz­cza ciel­ska, któ­re z każ­dą chwi­lą ob­ja­wia­ło się wy­raź­niej. Mac­ka ro­bi­ła się suk­ce­syw­nie co­raz grub­sza i po­tęż­niej­sza. Nie­dłu­go do­łą­czy­ła do niej dru­ga i trze­cia, wy­ła­nia­jąc się wol­no, pra­wie ta­jem­ni­czo z dwóch prze­ciw­nych so­bie krań­ców książ­ki, spo­koj­nie, nie­mal ocię­ża­le śli­zga­jąc się lub pły­nąc w po­wie­trzu w stro­nę za­pa­lo­nych ło­jo­wych świec. Do­strze­gł­szy to, za­pra­gnę­łam je zga­sić i za­mknąć księ­gę, ale w tej wła­śnie chwi­li ośli­zgle mac­ki nie­zwy­kle po­wo­li owi­nę­ły się wo­kół nich, du­sząc pło­mie­nie z ob­le­śnym, wstręt­nym, mo­krym pla­śnię­ciem. Roz­legł się syk i w po­wie­trzu unio­sły się trzy cie­niut­kie, cuch­ną­ce, nie­śmia­łe wręcz ko­lu­mien­ki wą­tłe­go, de­li­kat­ne­go dymu po­zo­sta­łe­go po zdła­wio­nych ogni­kach.

Mac­ki, roz­ca­pie­rzo­ne i roz­cią­gnię­te mię­dzy trze­ma świe­ca­mi, za­czę­ły się wi­docz­nie na­prę­żać. Ich zie­lon­ka­wa, nie­zdro­wa, glo­nia­sta bar­wa wzbo­ga­co­na była gdzie­nie­gdzie plam­ka­mi brą­zu lub błę­ki­tu. Każ­da z nich była obrzy­dli­wie na­zna­czo­na ssaw­ka­mi i ubru­dzo­na szla­mem, glo­na­mi, al­ga­mi, ka­wał­ka­mi mar­twych ryb i frag­men­ta­mi sie­ci ry­bac­kich, w któ­re wplą­ta­ły się ca­ły­mi ko­lo­nia­mi prze­róż­ne drob­ne mor­skie pa­skudz­twa. Choć nie wie­dzia­łam, że to w ogó­le moż­li­we, smród wy­czu­wal­ny w po­miesz­cze­niu zwięk­szył się trzy­krot­nie, gdy po­twór ów za­czął wy­ła­niać się po­wo­li, z gło­śnym chlu­po­tem i cia­pią­cym, mo­krym pla­ska­niem spo­mię­dzy stro­nic otwar­tej księ­gi.

Mac­ki wciąż po­wo­li się na­prę­ża­ły, a ja wpa­try­wa­łam się w nie jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, nie czu­jąc na­wet struż­ki zie­lon­ka­wej, cuch­ną­cej, peł­nej sta­rej fleg­my śli­ny, któ­ra wy­pły­wa­ła mi z bez­zęb­nych ust o wą­skich, spie­czo­nych, po­pę­ka­nych war­gach. Wpa­try­wa­łam się z drże­niem w szka­rad­ne, pod­mor­skie bluź­nier­stwo, któ­re wła­śnie wy­pu­ści­łam, któ­re­mu uto­ro­wa­łam dro­gę do wol­no­ści i któ­re te­raz po­wol­ny­mi, ocię­ża­ły­mi, upior­nie nie­zdar­ny­mi ru­cha­mi wy­ła­nia­ło się, wy­peł­za­ło spo­mię­dzy kart ta­jem­ni­czej księ­gi, któ­rą przed trzy­stu laty wy­ło­wi­łam z głę­bin mo­rza.

Wtem spoj­rza­łam na bla­dy i po­marsz­czo­ny śro­dek ob­szer­nej, roz­mo­kłej stro­ni­cy, aby uj­rzeć, jak po­wo­li i nie­mal sen­nie od­sła­nia ona przy­kry­te star­czą, wy­mię­tą po­wie­ką wiel­kie, czuj­ne i prze­krwio­ne oko. Wy­ło­ni­ło się z wnę­trza stro­ny i łyp­nę­ło na mnie, a ja po­czu­łam, jak krew za­sty­ga mi w ży­łach. To spoj­rze­nie, tak dzi­kie, sza­lo­ne, na­tręt­ne, peł­ne żą­dzy i łak­nie­nia, pra­daw­ne­go, nie­za­spo­ka­ja­ne­go od eonów gło­du, prze­ni­ka­ło mnie na wskroś. Tak pier­wot­ne, praw­dzi­we, szcze­re, śmier­cio­no­śne, obłą­kań­cze i głod­ne, przede wszyst­kim głod­ne.

Mac­ki wy­pu­ści­ły z ob­jęć trzy ło­jo­we świe­ce, od­wi­ja­jąc się z ich po­wierzch­ni nie­zdar­nie i wręcz gro­te­sko­wo, a na­stęp­nie po­wo­li, acz nie­ustę­pli­wie za­czę­ły su­nąć ku mnie. Wi­dzia­łam, jak się zbli­ża­ją, wy­cią­ga­ją co­raz da­lej w kie­run­ku mo­ich bez­zęb­nych ust ocie­ka­ją­cych zie­lon­ka­wą śli­ną, w cza­sie gdy ja bez­wied­nie wpa­try­wa­łam się w żar­łocz­ne, sza­lo­ne oko stwo­ra wy­ła­nia­ją­ce­go się z kart prze­klę­tej, bluź­nier­czej księ­gi. Gdy tak wy­cią­ga­ły się ku mnie ni­czym ra­mio­na ośli­zgłe­go, za­szla­mia­łe­go, zwy­rod­nia­łe­go, po­twor­ne­go blusz­czu, chcąc w za­stra­sza­ją­cym tem­pie opleść sa­mot­ną, spę­ka­ną, na wpół zruj­no­wa­ną ko­lum­nę, unio­słam wzrok znad księ­gi.

Moje nie­wi­dzą­ce, po­kry­te biel­mem oczy spo­tka­ły się z roz­trza­ska­nym, brud­nym lu­strem ople­cio­nym mi­ster­nie de­li­kat­ną, uro­czą ko­ron­ką świe­żej, mięk­kiej pa­ję­czy­ny. Mimo śle­po­ty wi­dzia­łam do­sko­na­le ob­wi­słą na szyi i twa­rzy skó­rę, któ­ra już daw­no za­czę­ła nie­po­ko­ją­co zie­le­nieć. Z sze­ro­ko otwar­tych na po­do­bień­stwo ryby ust wciąż są­czył się zgni­ły szlam, noz­drza były je­dy­nie trze­ma cien­ki­mi, krót­ki­mi otwor­ka­mi po bo­kach po­kry­tej zmarszcz­ka­mi i bro­daw­ka­mi, cał­ko­wi­cie ły­sej gło­wy. Nie­któ­rzy na­zy­wa­ją je fa­cho­wo "skrze­la­mi". Nie będę się kłó­cić. Je­stem w koń­cu anal­fa­bet­ką.

Mac­ka pod­peł­zła po­wo­li, zrzu­ci­ła mi z gło­wy czar­ny kap­tur, a na­stęp­nie na po­do­bień­stwo węża za­czę­ła ci­chut­ko, ośli­zgle, mo­kro okrę­cać się wo­kół mo­jej szyi, piesz­cząc ją wstręt­nie pa­skud­ny­mi ssaw­ka­mi. Dru­gie z ra­mion zmie­rza­ło rów­nie wol­no w swej gro­te­sko­wej pa­ro­dii tań­ca, dy­go­cząc z lek­ka i wy­gi­na­jąc się nie­kon­tro­lo­wa­nie ni­czym zbyt dłu­gie ło­dy­gi ro­ślin, ku mo­jej ta­lii ukry­tej pod ciem­nym, dłu­gim ha­bi­tem. Blask ga­sną­ce­go dnia wpadł przez brud­ne, do po­ło­wy za­sło­nię­te okno, aby oświe­tlić moją łysą, bla­dą czasz­kę po­zba­wio­ną naj­mniej­szej kro­pel­ki krwi i po­kry­tą twar­dy­mi, su­chy­mi, nad­gni­ły­mi ry­bi­mi łu­ska­mi.

Gdy trze­cia z ma­cek do­się­gnę­ła mnie wresz­cie, opla­ta­jąc się po­wo­li, nie­mal czu­le wo­kół nad­garst­ka, po­czu­łam, jak jest zim­na i mo­kra, jak bar­dzo śli­ska i cuch­ną­ca, od­ra­ża­ją­ca, ale za­ra­zem wzbu­dza­ją­ca żą­dzę i nie­zdro­wą eks­cy­ta­cję swym pa­skudz­twem i nie­za­prze­czal­ną brzy­do­tą. Wten­czas ka­mien­ne, wy­bu­do­wa­ne w mro­kach naj­daw­niej­sze­go śre­dnio­wie­cza po­miesz­cze­nie za­drża­ło w po­sa­dach. Z mo­krych, nad­gni­łych pó­łek wzbił się nie­ście­ra­ny od se­tek lat, gę­sty, czar­ny kurz. Z ka­mien­ne­go stro­pu po­sy­pał się pył i grad ma­lut­kich, ciem­nych ka­mycz­ków, spa­da­jąc bez­wład­nie i cha­otycz­nie na księ­gę, moją gło­wę, trzy cie­niut­kie mac­ki i wiel­kie, sze­ro­ko otwar­te, prze­krwio­ne, sza­leń­cze oko po­two­ra, któ­ry wła­śnie wy­ła­niał się spo­mię­dzy kart, a któ­re­go wy­pu­ści­łam.

- Dziś czas się wy­peł­nił - szep­nę­łam gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym głę­bo­ki, zło­wro­gi bul­got, ośli­zgłym i mlasz­czą­cym ni­czym ba­gno. - Dziś na­stał kres i po­czą­tek. O zbudź się, po­grą­żo­ny we śnie, i weź świat ten w po­sia­da­nie! Uśpio­ny i za­po­mnia­ny, od­zy­skaj swe kró­le­stwo!

Mac­ki ści­snę­ły mnie tak moc­no, iż nie da­łam rady wy­do­być z sie­bie ani jed­ne­go sło­wa wię­cej. Nie mo­głam za­czerp­nąć na­wet tchu. Cuch­ną­ce, mo­kre i śli­skie owi­ja­ły się wo­kół mo­je­go gar­dła, ręki i ta­lii co­raz moc­niej i moc­niej po­wol­ny­mi, pa­skud­ny­mi ru­cha­mi, na­wi­ja­jąc się na mnie ni­czym sznu­ry na korb­ki. Dła­wi­ły mnie i du­si­ły, nie­mniej nie mu­sia­łam już mó­wić. Nie mu­sia­łam na­wet od­dy­chać. Zro­bi­łam już, co trze­ba, wy­po­wie­dzia­łam wszyst­ko, co po­win­nam. Uwal­nia­łam po­two­ra, umie­ra­jąc w ob­ję­ciach jego cie­niut­kich przed­nich pal­ców, pod­czas gdy on po­wo­li wy­ła­niał się spo­mię­dzy kart.

Natchnienie

Prze­dzie­ra­li­śmy się we dwój­kę przez roz­le­głe mo­cza­ry oka­la­ją­ce ze wszech stron od­da­lo­ny o milę od mia­sta za­po­mnia­ny cmen­tarz. Je­sien­ne nie­bo za­snu­te było gę­sty­mi, cięż­ki­mi, czar­ny­mi chmu­ra­mi, któ­re przy­sło­niw­szy nie­mra­we, bla­de słoń­ce zbi­ły się w cia­sną, acz mimo wszyst­ko roz­le­głą gro­ma­dę, od­ci­na­jąc nam nie­mal cał­ko­wi­cie do­pływ na­tu­ral­ne­go świa­tła.

Mój prze­wod­nik dzier­żył w dło­ni dużą, ki­wa­ją­cą się mia­ro­wo pod wpły­wem ru­chów, skrzy­pią­cą nie­ustan­nie la­ta­ren­kę oszklo­ną z każ­dej stro­ny, okop­co­ną i za­rdze­wia­łą. W mil­cze­niu po­su­wa­li­śmy się ocię­ża­le na­przód wśród ob­le­śne­go mla­sku cuch­ną­ce­go, za­tę­chłe­go, bru­nat­no­zie­lo­ne­go, gę­ste­go ba­gna, któ­re co rusz z co­raz więk­szym upo­rem pró­bo­wa­ło wcią­gnąć w swą bez­den­ną toń na­sze ka­lo­sze. Jed­nak przy­gar­bio­ny, star­szy męż­czy­zna, któ­ry mnie pro­wa­dził, znał nie­zwy­kle do­brze te te­re­ny i wie­dział, któ­rę­dy bez­piecz­nie prze­pro­wa­dzić mnie przez trzę­sa­wi­sko.

Był to czło­wiek, któ­re­go wiek oce­ni­łam na sześć­dzie­siąt pięć, naj­wy­żej sześć­dzie­siąt osiem lat, ni­sko po­chy­lo­ny, chu­dy i za­nie­dba­ny, odzia­ny nie­chluj­nie i śmier­dzą­cy nie­mal tak strasz­nie jak owo ba­gno, przez któ­re z du­szą na ra­mie­niu, ostroż­nie prze­cho­dzi­li­śmy. Krzy­wi­łam się z od­ra­zy, gdy pa­trzy­łam na nie­go prze­lot­nie w trak­cie wę­drów­ki. No­sił wy­pło­wia­łą, po­ła­ta­ną, usma­ro­wa­ną za­schłym bło­tem i świe­żą sa­dzą kra­cia­stą ko­szu­lę, nie­dba­le wpusz­czo­ną w zbyt luź­ne, nie­mi­ło­sier­nie uty­tła­ne na no­gaw­kach spodnie pod­trzy­my­wa­ne przez czer­wo­ne szel­ki. Wo­la­łam nie przy­glą­dać się bu­tom nie­zna­jo­me­go prze­wod­ni­ka, aby nie po­gar­szać so­bie jesz­cze bar­dziej i tak już nie­we­so­łe­go na­stro­ju oraz by zmu­sić zje­dzo­ną przed go­dzi­ną ko­la­cję do po­zo­sta­nia w żo­łąd­ku, gdyż jak moż­na się tego było spo­dzie­wać, upar­cie sta­ra­ła się zeń wy­do­stać przez moje wą­skie, lek­ko ró­żo­we gar­dło.

- Pa­nien­ka się nie mar­twi, już nie­da­le­ko - wy­chry­piał, nie pa­trząc w moją stro­nę, gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym war­kot sa­mo­cho­du z za­pcha­ną rurą wy­de­cho­wą.

Ota­cza­ją­cy nas kra­jo­braz był ze wszech miar pa­skud­ny. Szli­śmy gę­sie­go po gę­stym, śli­skim, mlasz­czą­cym i cia­pią­cym ob­le­śnie bło­cie, czu­jąc nie­mi­ło­sier­nie cuch­ną­ce wy­zie­wy mo­cza­rów. Wo­ko­ło ro­sły wy­so­kie drze­wa, ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem kur­tyn zgni­ło­zie­lo­nych lub zbrą­zo­wia­łych ga­łę­zi i li­ści, o wstręt­nych, po­wy­gi­na­nych gro­te­sko­wo ni­czym po­da­grycz­ne sta­wy pniach i wy­sta­ją­cych po­nad bre­ję, cha­otycz­nie po­skrę­ca­nych ko­rze­niach. Wy­glą­da­ły tak, jak­by za­sty­gły uka­tru­pio­ne pod­czas roz­pacz­li­wej i de­spe­rac­kiej pró­by wy­do­sta­nia się z pod­ło­ża i pusz­cze­nia się bie­giem na roz­ło­żo­nych na wszyst­kie stro­ny sła­bych, wiot­kich ko­rzon­kach w miej­sce przy­jem­niej­sze od tego, gdzie przy­szło im stać. Jak­by ge­niusz ba­ro­ko­wej rzeź­by wło­skiej uchwy­cił je by­strym okiem w pół ru­chu i prze­cho­wu­jąc w swej bo­ga­tej pa­mię­ci ów mo­ment, wy­rzeź­bił je w twar­dej ska­le z przy­pra­wia­ją­cą wręcz o dreszcz pre­cy­zją i fi­ne­zją, na­da­jąc ka­mie­nio­wi wra­że­nie de­li­kat­no­ści i lek­ko­ści, co jest do­me­ną je­dy­nie praw­dzi­wych mi­strzów sztu­ki rzeź­biar­skiej.

Nad mo­cza­ra­mi uno­si­ła się gę­sta, mo­kra, nie­mal lep­ka je­sien­na mgła, okry­wa­ją­ca kra­jo­braz co­raz szczel­niej pa­ję­czym ca­łu­nem, po­tę­gu­jąc tyl­ko wra­że­nie na­ra­sta­ją­cej z każ­dą chwi­lą gro­zy, cza­ją­cej się gdzieś w mro­kach wie­czo­ru, któ­ry tak szyb­ko za­pa­da pod ko­niec li­sto­pa­da. Ro­zej­rza­łam się wo­ko­ło, idąc po­wo­li za chy­bo­czą­cą się i pisz­czą­cą cien­ko lam­pą, któ­rą mój prze­wod­nik dzier­żył w po­marsz­czo­nej, po­wy­krę­ca­nej nie­na­tu­ral­nie jak pnie i ko­rze­nie owych strasz­li­wych ota­cza­ją­cych nas drzew, nie­wiel­kiej dło­ni o zgrzy­bia­łych, zsi­nia­łych pa­znok­ciach i na­brzmia­łych obrzy­dli­wie ży­łach.

Dro­ga nie za­ję­ła nam wie­le cza­su. Ku mo­jej ol­brzy­miej uldze do­strze­głam ry­su­ją­cy się przed nami, tuż za ko­ta­rą uschłych, nad­gni­tych wi­tek i li­ści owych cho­rych, za­sty­głych w uciecz­ce drzew, roz­le­gły, sta­ry i po­sęp­ny cmen­tarz usa­do­wio­ny na po­ła­ci twar­de­go, zbi­te­go grun­tu oto­czo­ne­go ze wszech stron zdra­dli­wy­mi ba­gna­mi. Chwy­ciw­szy za tę na­tu­ral­ną kur­ty­nę, aby ją uchy­lić i umoż­li­wić nam przej­ście, męż­czy­zna ob­ró­cił się w moją stro­nę i po­wie­dział gło­sem ni­skim i za­chryp­nię­tym, jak­by coś sie­dzia­ło mu w gar­dle i go dła­wi­ło:

- Je­ste­śmy na miej­scu.

Wciąż zda­wa­ło mi się, że wy­po­wia­da­nym prze­zeń sło­wom to­wa­rzy­szą mo­kre, lep­kie mla­śnię­cia ba­gna lub ci­chy chlu­pot i bul­got wody, a sta­nę­li­śmy prze­cież obo­je w miej­scu, cał­kiem nie­ru­cho­mo, nie­moż­li­we za­tem, aby do mo­ich uszu do­sta­wał się nie­prze­rwa­nie od­głos kro­ków. Być może było to je­dy­nie złu­dze­nie wy­wo­ła­ne ota­cza­ją­cym nas pa­skud­nym, mrocz­nym pej­za­żem ba­gni­ska. Sta­rzec wzniósł la­tar­nię wy­so­ko, tak iż jego twarz skry­ła się w gę­stym, nie­prze­bra­nym cie­niu. Blask padł je­dy­nie na rzad­kie, siwe, cien­kie i prze­tłusz­czo­ne wło­sy męż­czy­zny wy­ra­sta­ją­ce z su­chej, zu­ży­tej już i po­marsz­czo­nej skó­ry gło­wy. Od­sło­nił przede mną przej­ście, a ja po­stą­pi­łam na­przód, nie oglą­da­jąc się ani na nie­go, ani za sie­bie.

Zna­la­zł­szy się przy pierw­szym z na­grob­ków, przyj­rza­łam się miej­scu, do któ­re­go do­pro­wa­dził mnie prze­wod­nik. Roz­le­gła prze­strzeń o tak przy­jem­nie pew­nym, twar­dym i su­chym grun­cie usia­na była wy­sta­ją­cy­mi z zie­mi, czer­nie­ją­cy­mi w mro­kach za­pa­da­ją­cej nocy krzy­ża­mi, wbi­ty­mi w nią i prze­krzy­wio­ny­mi nie­co w gro­te­sko­wej po­zie ze­psu­tych i ob­lu­zo­wa­nych na swych miej­scach zę­bów. Moim oczom uka­za­ły się licz­ne ka­mien­ne na­grob­ki, roz­pa­da­ją­ce się już ze sta­ro­ści, po­pę­ka­ne, czę­ścio­wo za­wa­lo­ne, o za­tar­tych już nie­mal cał­ko­wi­cie in­skryp­cjach, po­ro­śnię­te przez zwo­je gni­ją­ce­go blusz­czu. Nad zie­mią uno­sił się za­pach sta­rych płó­cien, bu­twie­ją­ce­go drew­na i mo­krej, słod­ka­wej mgły, upior­nie opa­su­ją­cej wszyst­ko na­tręt­ny­mi, de­li­kat­ny­mi mac­ka­mi, któ­re chci­wie wy­cią­ga­ły się przed sie­bie i za­gar­nia­ły co­raz to więk­sze po­ła­cie sta­łe­go lądu po­śród tego zie­lon­ka­we­go, bul­go­czą­ce­go ni­czym woda w ko­tle roz­le­wi­ska. Bra­ły je w po­sia­da­nie, osła­nia­ły, jed­nak ustę­po­wa­ły pod każ­dym z mo­ich śmia­łych, acz po­wol­nych kro­ków. Roz­glą­da­łam się do­oko­ła urze­czo­na, z iskrą pod­nie­ce­nia i trium­fu bły­ska­ją­cą w oku.

- Gdzie on jest? Gdzie spo­czy­wa? - za­py­ta­łam prze­wod­ni­ka z wy­czu­wal­nym prze­ję­ciem.

Roz­ma­wia­li­śmy po an­giel­sku. Męż­czy­zna nie był wy­kształ­co­ny, ro­zu­miał tyl­ko i wy­łącz­nie tę bar­ba­rzyń­ską i pry­mi­tyw­ną, nie­co gar­dło­wą i prze­cią­głą, mru­kli­wą i le­ją­cą się ni­czym smo­ła mowę. Nie mo­gli­śmy więc ko­mu­ni­ko­wać się w ję­zy­ku ła­ciń­skim, grec­kim, he­braj­skim czy uży­wa­jąc mowy sta­ro­żyt­nych miesz­kań­ców Ba­bi­lo­nu, choć to by­ło­by bez wąt­pie­nia bar­dziej tak­tow­ne w tej pod­nio­słej dla mnie chwi­li.

Nie­ste­ty już daw­no prze­sta­łam po­dró­żo­wać z ludź­mi kul­tu­ry, zwłasz­cza z męż­czy­zna­mi. Byli zbyt za­ro­zu­mia­li i za czę­sto za­nie­czysz­cza­li ota­cza­ją­cą nas ta­jem­ni­czą, nie­mal świę­tą ci­szę bez­ład­ny­mi, po­zba­wio­ny­mi sen­su wy­wo­da­mi oraz dys­pu­ta­mi nad skła­dem owcze­go łaj­na czy za­leż­no­ścią mię­dzy kro­wi­mi ga­za­mi a po­więk­sza­niem się dziu­ry ozo­no­wej, któ­re je­dy­nie mnie iry­to­wa­ły i od­wra­ca­ły moją uwa­gę od rze­czy praw­dzi­wie istot­nych, jak cho­ciaż­by wręcz pstro­ka­te ubar­wie­nie wiel­kiej, pu­cha­tej ćmy, któ­ra aku­rat przy­sia­dła mi le­ni­wie na dło­ni, za­kry­wa­jąc ją zu­peł­nie ko­lo­ro­wy­mi skrzy­dła­mi, któ­ry­mi po­ru­sza­ła ocię­ża­le i sen­nie. Mo­tyl nocy. Mo­tyl mro­ku. Noc­na pięk­ność, wciąż tak ta­jem­ni­cza i po­cią­ga­ją­ca. Wzbu­dza­ją­ca po­żą­da­nie, hip­no­ty­zu­ją­ca. Ale ich nie in­te­re­so­wa­ły ćmy, gdyż nie mie­li na ich te­mat nic do po­wie­dze­nia.

- Tu­taj - wy­chry­piał prze­wod­nik, wy­cią­ga­jąc drżą­cą rękę, wciąż dzier­żą­cą nie­stru­dze­nie ko­ły­szą­cą się, oszklo­ną la­ta­ren­kę.

Do­pie­ro te­raz, przy­glą­da­jąc się jego dło­ni, do­strze­głam, że bra­ku­je mu co naj­mniej dwóch pal­ców, ser­decz­ne­go i środ­ko­we­go. Zdu­mia­łam się i za­sta­no­wi­łam, ja­kim cu­dem jest on w sta­nie tak pew­nie trzy­mać ów chy­bo­tli­wy przed­miot, ma­jąc tak nie­wie­le pal­ców? Nie­mniej w ob­li­czu upior­ne­go fe­no­me­nu cmen­ta­rza nie po­świę­ci­łam tej kwe­stii wię­cej cza­su.

Po­wio­dłam wzro­kiem za świa­tłem la­ta­ren­ki i na­tra­fi­łam na sta­ry, omsza­ły, skru­szo­ny pra­wie do cna na­gro­bek z wy­ku­tym nań, nie­mal cał­kiem za­tar­tym przez czas, wiatr i deszcz wi­ze­run­kiem po­grą­żo­ne­go w mo­dli­twie anio­ła, po­chy­la­ją­ce­go po­kor­nie gło­wę nad imie­niem i na­zwi­skiem po­grze­ba­ne­go, z któ­rych wsku­tek dzia­ła­nia bluź­nier­czo bar­ba­rzyń­skich wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych po­zo­sta­ło je­dy­nie "Love". Mój prze­wod­nik po­cią­gnął no­sem, jak­by wzru­szył go na­pis na­grob­ny, ale ja zmarsz­czy­łam brwi zgor­szo­na, gdyż wie­dzia­łam, że po­cho­wa­ny tu nie za­słu­gu­je na tak ską­pe i ba­nal­ne epi­ta­fium.

Zro­zu­miaw­szy, że zna­la­złam się wresz­cie u celu po­dró­ży, roz­pro­mie­ni­łam się i po­czu­łam, jak łzy ra­do­ści ko­tłu­ją mi się pod po­wie­ka­mi, na­wil­ża­jąc su­che, pie­ką­ce oczy. Otar­łam je, wy­krzy­wi­łam usta w sze­ro­kim, nie­mym uśmie­chu, ob­na­ża­jąc rzę­dy pro­stych, rów­nych, du­żych zę­bów, i pu­ści­łam się bie­giem w stro­nę wy­nu­rza­ją­ce­go się z opa­rów pod­ry­wa­nej z lek­ka stę­chłą bry­zą mgły na­grob­ka, jak­by był on je­dy­nym re­al­nym punk­tem we wszech­świe­cie.

Rzu­ci­łam się przed nim na ko­la­na ogar­nię­ta eks­ta­zą. Moja dłu­ga, ciem­na, ak­sa­mit­na suk­nia spo­tka­ła się bru­tal­nie z su­chą zie­mią, po­kry­ła py­łem i ku­rzem, a ja roz­anie­lo­na i owład­nię­ta nie­mal or­ga­zmi­stycz­ną falą speł­nie­nia, z ocza­mi bły­ska­ją­cy­mi pod­nie­ce­niem, ist­ną eu­fo­rią roz­cho­dzą­cą się ró­ża­nym, gę­stym kle­jem we­wnątrz bla­do­skó­re­go or­ga­ni­zmu przez zbyt cia­sne żyły, wznio­słam wzrok ku nie­bu, czu­jąc ogar­nia­ją­cą mnie sa­tys­fak­cję. Uśmie­cha­jąc się z bło­go­ścią, unio­słam ręce w mo­dli­tew­nym ge­ście uwiel­bie­nia, któ­re­go tak lek­ko­myśl­nie i nie­dba­le nad­uży­wa­ją znu­dze­ni, chci­wi ka­pła­ni pod­czas świę­tych ob­rzę­dów, i pa­trząc z na­masz­cze­niem na zruj­no­wa­ny nie­mal do­szczęt­nie na­gro­bek sto­ją­cy przede mną na tej wy­sep­ce po­śród cuch­ną­cych mo­cza­rów, za­wo­ła­łam pod­nio­śle, prze­peł­nio­na wra­że­niem tak pa­te­tycz­nej dla mnie chwi­li:

- Mi­strzu! Na­tchnij mnie!

Mój głos wy­brzmiał do­no­śnie, od­bi­ja­jąc się echem po­śród tych cho­rych i po­sęp­nych drzew, się­ga­jąc krań­ca zde­wa­sto­wa­ne­go cmen­ta­rza. Klę­cząc pew­nie, unio­słam dło­nie ku gó­rze i wy­gię­łam się, aby jesz­cze raz przyj­rzeć ciem­ne­mu nie­bu bez­li­to­śnie okry­te­mu zwa­ła­mi chmur bu­rzo­wych.

Na­raz ze­rwał się po­ry­wi­sty wiatr, któ­ry ze świ­stem tar­gnął po­ła­mi mo­jej czar­nej suk­ni i pusz­czo­ny­mi lu­zem ja­sny­mi lo­ka­mi, prze­peł­nia­jąc me płu­ca wo­nią ple­śni i roz­kła­du, któ­ra wla­ła się w nie ca­łym pę­dem, nie po­zo­sta­wia­jąc we mnie na­wet odro­bi­ny tam­tej mdlą­co słod­kiej woni wa­ni­lio­wych per­fum, któ­re do­sta­łam na szes­na­ste uro­dzi­ny od pana, któ­ry miał w przy­szło­ści zo­stać moim mę­żem, więc do­pu­ścił się na mnie gwał­tu, gdy pierw­szy raz się nimi skro­pi­łam, aby zo­ba­czyć, jak pach­ną.

Ze­mdla­łam z bólu, a gdy się ock­nę­łam, męż­czy­zny już nie było. Znik­nął tam­te­go dnia, prze­padł ni­czym ka­mień rzu­co­ny w wodę lub za­dźga­ne w sza­leń­czym ak­cie ze­msty cia­ło zbrod­nia­rza zło­żo­ne do głę­bo­kie­go gro­bu. Ni­g­dy wię­cej go nie zo­ba­czy­łam, jed­nak jesz­cze dłu­go po tych wy­da­rze­niach nie mo­głam do­prać plam krwi i lep­kie­go bło­ta z bia­łej, dzie­cię­cej jesz­cze, ko­szu­li noc­nej. Moi ro­dzi­ce byli prze­ra­że­ni, gdy uj­rze­li moje ob­dar­te ko­la­na, po­ła­ma­ne pa­znok­cie oraz po­ra­nio­ne i po­kry­te pę­che­rza­mi dło­nie. Aby ich nie­co roz­we­se­lić, po­sa­dzi­łam kil­ka żół­tych chry­zan­tem w ogro­dzie. Wzdłuż pło­tu od pół­noc­nej stro­ny dział­ki, tuż pod wiel­kim, nie­mal cał­ko­wi­cie spróch­nia­łym bu­kiem, któ­ry w nie­dłu­gi czas po tym, dziw­nym zrzą­dze­niem losu, od­żył i wy­pu­ścił zdro­we li­ście.

Na moje cia­ło wstą­pił dreszcz, ale nie spu­ści­łam wzro­ku, wpa­tru­jąc się nie­prze­rwa­nie w czer­nie­ją­ce co­raz bar­dziej nie­bo. Wiatr wiał nie­ustan­nie, tar­gał mo­imi wło­sa­mi i ubra­niem, oka­dzał nie­mal z na­boż­ną czcią tru­pią wo­nią roz­kła­du, któ­ra wy­da­ła mi się wten­czas tak roz­kosz­na. Pra­wie tak samo, jak słod­ka wa­ni­lia... wa­ni­lia... Ten mdły, sztucz­ny za­pach roz­cho­dzą­cy się w pu­stym domu był jak smród gni­ją­ce­go, po­że­ra­ne­go przez ro­ba­ki świe­że­go tru­chła ukry­te­go pod cie­niut­ką war­stwą zie­mi. Wa­ni­lia...

Po­de­rwa­ły się kru­ki. Dzie­siąt­ki, set­ki kru­ków z szu­mią­cym i sze­lesz­czą­cym trze­po­tem czar­nych skrzy­deł wzbi­ły się nie­mal jed­no­cze­śnie do lotu i po­czę­ły okrą­żać cmen­tarz i mnie ra­zem z nim w śmier­cio­no­śnej, gro­te­sko­wo ry­tu­al­nej spi­ra­li, każ­dy na swym usta­lo­nym jesz­cze przed wy­klu­ciem miej­scu. Kra­ka­ły mia­ro­wo, zgod­nym chó­rem, tak iż gło­sy ich, ze­spo­lo­ne w ten spo­sób i spo­tę­go­wa­ne, ura­sta­ły nie­mal do wra­że­nia od­le­głe­go, przej­mu­ją­ce­go grzmo­tu, któ­ry roz­brzmiał chwi­lę póź­niej, gdy nie­bo prze­cię­ła dłu­ga, ja­sna bły­ska­wi­ca, ośle­pia­jąc mnie na mo­ment, co je­dy­nie spo­tę­go­wa­ło moją eks­ta­zę.

Od­dy­cha­łam gwał­tow­nie, do sza­leń­stwa za­ko­cha­na w tej tru­piej, zgni­łej i lep­kiej woni, woni zgni­li­zny, od­pa­dów, śmier­ci, ple­śni i ścier­wa ota­cza­ją­ce­go mnie z każ­dej stro­ny pod cien­ką war­stew­ką zie­mi. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Kru­ki wciąż wi­ro­wa­ły nade mną w mor­der­czym, jak­by prze­śmiew­czym tań­cu zwy­rod­nia­łych cyr­ko­wych akro­ba­tów o wy­ma­lo­wa­nych upior­nie twa­rzach sze­ro­ko roz­cią­gnię­tych w nie­na­tu­ral­nych uśmie­chach. Prze­biegł mnie dreszcz. Czar­ne pta­szy­ska kra­ka­ły da­lej, spi­ral­nie wzno­sząc się i opa­da­jąc w pew­nym nie­po­ko­ją­co kon­tro­lo­wa­nym cha­osie, któ­ry przy­wo­dził na myśl ja­kiś rdzen­ny, pry­mi­tyw­ny, nie­mal mi­tycz­ny ta­niec. Przy­mknę­łam oczy, za­ta­pia­jąc się w eks­ta­zie. Bły­snę­ło świa­tło, w od­da­li huk­nął grom.

Opa­dłam bez­wład­na na zie­mię, do­świad­czyw­szy or­ga­zmu na gro­bie mego mi­strza. Mia­łam na­dzie­ję, że jego duch wciąż się tu jesz­cze błą­ka i wstą­pi we mnie, na­tchnie, po­krze­pi i orzeź­wi. Od­dy­cha­łam spa­zma­tycz­nie, drżąc. Z oczu wy­pły­wa­ły mi łzy, nie­mniej twarz wy­krzy­wia­ła się w nie­co zbyt sze­ro­kim uśmie­chu, któ­ry u lu­dzi mniej­sze­go du­cha mógł­by bu­dzić nie­ma­łą trwo­gę. Całe szczę­ście prze­wod­nik mój nie na­le­żał do lu­dzi bo­jaź­li­wych, stał więc nie­wzru­sze­nie za mną, przy­glą­da­jąc mi się bier­nie i cze­ka­jąc, aż będę go­to­wa do po­wro­tu.

Gdy wresz­cie unio­słam gło­wę z zie­mi, aby roz­go­rącz­ko­wa­nym wzro­kiem przyj­rzeć mu się po­now­nie, pod­niósł lam­pę w oka­le­czo­nej dło­ni tak, iż jej blask oświe­tlił star­czą, po­kry­tą licz­ny­mi, głę­bo­ki­mi bruz­da­mi twarz. Świetl­ne re­flek­sy od­bi­ja­ły się od gro­te­sko­wo zde­for­mo­wa­nej, wy­su­szo­nej skó­ry, na­pa­wa­jąc mnie nie­prze­jed­na­ną od­ra­zą. W kil­ka chwil póź­niej błysk padł bez­wstyd­nie na pu­ste, zie­ją­ce głę­bo­kim mro­kiem oczo­do­ły, re­gu­lar­nie roz­lo­ko­wa­ne po obu stro­nach nosa po­zba­wio­ne­go nie­mal ca­łej swej isto­ty. Mię­dzy oczo­do­ła­mi wi­docz­ne były je­dy­nie dwa nie­po­ko­ją­ce otwo­ry, przez któ­re kre­atu­ra po­wo­li za­sy­sa­ła i wy­pusz­cza­ła po­wie­trze z mia­ro­wym, sy­czą­cym świ­stem.

- Mu­si­my wra­cać - po­wie­dział chra­pli­wie prze­wod­nik i od­wró­cił się po­wo­li, oświe­tla­jąc la­ta­ren­ką dro­gę po­wrot­ną do mia­sta. - Idzie bu­rza, cmen­tarz od­ży­wa.

Gdy jego ob­li­cze ukry­ło się na po­wrót w cie­niu, a ja w peł­ni do­szłam do sie­bie po or­ga­zmie, któ­re­go do­świad­czy­łam wśród cmen­tar­nych na­grob­ków, nie by­łam już do koń­ca pew­na, co wi­dzia­łam i czy owa ma­ska szka­rad­na, zwy­rod­nia­ła, oka­le­czo­na była czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści, czy też zwy­czaj­nym czar­cim ro­je­niem po­wsta­łym w moim umy­śle ogar­nię­tym jesz­cze na poły snem i nie­świa­do­mo­ścią, owo­cem zbyt wy­bu­ja­łej i twór­czej, a tak­że nie­ste­ty skrzy­wio­nej wy­obraź­ni. Otrzą­snę­łam się, wsta­łam, spró­bo­wa­łam oczy­ścić czar­ną, ak­sa­mit­ną suk­nię, po czym ru­szy­łam za moim prze­wod­ni­kiem w dro­gę po­wrot­ną do mia­sta.

Była głę­bo­ka noc, gdy zna­leź­li­śmy się w jego ob­rę­bie. Przy­wi­ta­ły nas w więk­szo­ści drew­nia­ne, trzesz­czą­ce, na wpół za­wa­lo­ne, roz­chwie­ru­ta­ne cha­ty, chy­lą­ce się nie­bez­piecz­nie i ocię­ża­le w stro­nę wą­skich, wy­sy­pa­nych zie­mią ulic ni­czym owe pa­skud­ne, cho­re drze­wa w za­gaj­ni­ku ba­gien­nym. Nie­zno­śna, wil­got­na i gęst­nie­ją­ca wciąż mgła uno­si­ła się tak­że tu­taj, wzbu­dza­jąc we mnie nie­po­kój, gdyż stop­nio­wo co­raz bar­dziej ogra­ni­cza­ła mi pole wi­dze­nia. Wzmógł się wiatr, któ­ry świsz­czał prze­raź­li­wie i wył w otwo­rach wy­żar­tych przez kor­ni­ki w da­chach, ścia­nach i wa­lą­cych się, nie­mal cał­ko­wi­cie zde­wa­sto­wa­nych pło­tach, jak­by wy­gry­wał nie­skład­ną, upior­ną i zwy­rod­nia­łą po­gań­ską me­lo­dię na cześć ja­kichś bluź­nier­czych bóstw przy po­mo­cy na­pręd­ce skle­co­nych, fał­szy­wych fu­ja­rek. Po­je­dyn­cze, za­tar­te nie­mal cał­ko­wi­cie szyl­dy ki­wa­ły się mia­ro­wo, ję­cząc prze­raź­li­wie i skrzy­piąc na prze­rdze­wia­łych łań­cu­chach.

Gdy do­tar­li­śmy do go­spo­dy, w któ­rej przy­szło mi się za­trzy­my­wać na czas mo­je­go po­by­tu w mie­ście, sta­rzec bez sło­wa od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł po­wo­li, brud­ny, po­kry­ty za­schnię­tym bło­tem, nie­zgrab­ny i ocię­ża­ły, uno­sząc ze sobą wciąż tlą­cą się ni­kłym bla­skiem la­ta­ren­kę. Zbli­żył się do sta­rej, po­kry­tej szla­mem, brud­nej stud­ni sto­ją­cej na wy­ło­żo­nym nie­rów­ny­mi ka­mie­nia­mi dzie­dziń­cu. Już z da­le­ka cuch­nę­ła tak pa­skud­nie, iż ni­g­dy nie po­my­śla­ła­bym o tym, aby na­pić się z niej wody. Na­gle ku mo­je­mu prze­ra­że­niu sta­rzec wspiął się na ka­mien­ne cem­bro­wa­nie. W ską­pym bla­sku nie­śmia­ło wy­glą­da­ją­ce­go zza chmur księ­ży­ca do­strze­głam, jak rzu­ca się do stud­ni i wpa­da do niej z gło­śnym, ob­le­śnym, mo­krym plu­skiem. Za­mru­ga­łam kil­ku­krot­nie. Są­dzi­łam, że to zmę­cze­nie i sen­ność owład­nę­ły już mój umysł, pod­sy­ła­jąc przed oczy ob­ra­zy kosz­mar­ne i sur­re­ali­stycz­ne. Zda­rza­ło mi się za­sy­piać na sto­ją­co, dla­te­go nie zdzi­wi­ła­bym się wca­le, gdy­by ów ma­ka­brycz­ny ob­raz rów­nież był je­dy­nie wy­two­rem wy­obraź­ni, pro­jek­cją sza­lo­ne­go umy­słu, któ­ry po­wo­li ogar­nia stan sen­ne­go odrę­twie­nia. Nie­mniej prze­wod­nik znik­nął.

Prze­bu­dzi­łam się nie­spo­dzie­wa­nie w nocy. Le­ża­łam w trzesz­czą­cym i skrzy­pią­cym przy każ­dym ru­chu, wiel­kim, sto­sun­ko­wo twar­dym łożu pach­ną­cym nie­zbyt przy­jem­nie sta­ry­mi wy­mio­ci­na­mi i za­schnię­tym mo­czem. Ob­ró­ci­łam się w stro­nę na wpół za­sło­nię­te­go po­dziu­ra­wio­ną, po­strzę­pio­ną u dołu ko­ta­rą nie­wiel­kie­go okien­ka o kwa­dra­to­wych, acz nie­mi­ło­sier­nie brud­nych szy­bach, przez któ­re osta­tecz­nie nie­wie­le było wi­dać. Mój mąż mruk­nął coś przez sen, ob­ró­cił się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem tego pa­skud­ne­go go­spo­dzia­ne­go łoża i wy­rzu­cił lewą rękę tak, iż się­gnę­ła mo­je­go ra­mie­nia. Jego dłu­gie, szorst­kie pal­ce były okrop­nie zim­ne i draż­ni­ły od­sło­nię­tą, bla­dą skó­rę mo­je­go przed­ra­mie­nia, z któ­re­go zsu­nął się frag­ment bia­łej, dość ob­szer­nej, ob­szy­tej ko­ron­ką ko­szu­li noc­nej. Nie dzi­wi­łam się jed­nak temu. Noc, jak to bywa pod ko­niec li­sto­pa­da, była nie­zwy­kle chłod­na, co wię­cej, nasz po­ko­ik na pię­trze tuż przy da­chu nie zo­stał wy­po­sa­żo­ny w ża­den przy­rząd po­zwa­la­ją­cy go ogrzać, a nie­szczel­ne okno wciąż prze­pusz­cza­ło do środ­ka co­raz to nowe po­dmu­chy lo­do­wa­te­go wia­tru. Za­trzę­słam się, otu­liw­szy szczel­niej koł­drą, jed­nak nie uda­wa­ło mi się ogrzać na tyle, aby po­now­nie za­paść w sen. Nie mia­łam po­ję­cia, któ­ra jest go­dzi­na, jed­nak by­łam pew­na, że obu­dzi­ło mnie zim­no pa­nu­ją­ce w na­szym po­ko­ju.

Na­gle ko­ta­ra za­kry­wa­ją­ca do po­ło­wy nie­szczel­ne okna po­ru­szy­ła się gwał­tow­nie, a ja przez mo­ment mia­łam wra­że­nie, że w cie­niach tań­czą­cych po mrocz­nym, za­la­nym po­je­dyn­czą smu­gą księ­ży­co­we­go bla­sku po­ko­ju prze­cha­dza­ją się dwie wid­mo­we, po­chy­lo­ne głę­bo­ko i po­wy­krę­ca­ne reu­ma­tycz­nie człe­ko­po­dob­ne kre­atu­ry, a czła­pa­nie ich mo­krych, ob­le­śnych łap roz­brzmie­wa w po­miesz­cze­niu. Nie­mniej gdy za­mknę­łam oczy, trąc ener­gicz­nie za­spa­ną twarz rę­ka­mi, a po­tem od­wa­ży­łam się po­now­nie roz­chy­lić po­wie­ki, po­twor­ne cie­nie roz­pły­nę­ły się w mro­ku, nie stra­sząc mnie wię­cej.

Mimo to pod­nio­słam się ostroż­nie z łóż­ka i sta­nę­łam na drew­nia­nej, brud­nej, kle­ją­cej się obrzy­dli­wie pod­ło­dze, prze­żar­tej przez wszel­kie drew­no­lub­ne stwo­rze­nia tej pla­ne­ty, i czuj­nie ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Mój mąż spał snem ka­mien­nym na dru­giej po­ło­wie na­sze­go łóż­ka, ob­ró­co­ny na bok, spo­koj­ny, nie­wzru­szo­ny, nagi do pasa. Jego bla­da skó­ra lśni­ła w bla­sku księ­ży­ca. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło mi się, iż do­strze­gam na jego ra­mio­nach nie­wiel­kie, błysz­czą­ce, ele­men­ty o ostrym kształ­cie po­dob­ne nie­po­ko­ją­co do ry­bich łu­sek. Prze­ra­żo­na, czu­łam, jak ob­le­wa mnie zim­ny pot. Po­wtór­nie po­tar­łam oczy, spoj­rza­łam na nie­go z trwo­gą, jed­nak wra­że­nie znik­nę­ło, wzię­łam je więc za grę świa­teł i cie­ni obec­nych w po­ko­iku. Po­de­szłam do okna i roz­su­nę­łam ko­ta­rę, aby wyj­rzeć przez szy­bę. Czu­łam prze­szy­wa­ją­cy, kłu­ją­cy wręcz nie­wi­dzial­ny­mi lo­do­wy­mi so­pla­mi chłód pod­ło­gi mimo że wło­ży­łam gru­be, weł­nia­ne, bia­łe pod­ko­la­nów­ki, dla ochro­ny przed zim­nem.

Na­gle do­strze­głam coś nie­po­ko­ją­ce­go, co po­ru­szy­ło mną do­głęb­nie, spra­wia­jąc, iż moje ser­ce za­ło­mo­ta­ło szyb­ciej, a od­dech za­mie­nia­ją­cy się co rusz w gę­stą, ula­tu­ją­cą z ust i noz­drzy parę stał się dużo bar­dziej ner­wo­wy. Zdu­mio­na i za­lęk­nio­na przy­glą­da­łam się gę­stej jak mle­ko mgle, któ­ra uno­si­ła się w gro­te­sko­wym, sza­leń­czym tań­cu ni­czym nie­po­skro­mio­ne, spie­nio­ne fale roz­hu­ka­ne­go mo­rza po­nad od­le­głym o milę od mia­sta cmen­ta­rzem. Mgła plą­sa­ła wa­riac­ko, gna­na po­ry­wi­sty­mi po­dmu­cha­mi wia­tru, to wzno­sząc się, to znów opa­da­jąc ka­ska­da­mi i cho­wa­jąc przy zie­mi, aby po chwi­li z po­wro­tem wy­sko­czyć wy­so­ko w po­wie­trze, cią­gnąc za sobą dłu­gi, ja­sny we­lon, ni­czym ha­sa­ją­ca w takt ener­gicz­nych ude­rzeń po­gań­skie­go bęb­na, pi­ja­na pan­na mło­da.

W owej mgle uno­si­ły się nie­zli­czo­ne czar­ne cie­nie, tań­czą­ce rów­nie nie­okieł­zna­nie, bar­ba­rzyń­sko, wręcz upior­nie. Nie­skład­ne, zdać by się mo­gło przy­pad­ko­we, ru­chy tar­ga­ły nimi, wstrzą­sa­jąc i pro­wa­dząc w takt nie­sły­szal­nej dla mnie, po­twor­nej, zwy­rod­nia­łej mu­zy­ki po­zba­wio­nej ładu i har­mo­nii. Było w tym coś dzi­kie­go, pry­mi­tyw­ne­go, nie­po­skro­mio­ne­go, sza­leń­cze­go i wręcz prze­ra­ża­ją­ce­go. Czar­ne cie­nie plą­sa­ją­ce w kłę­bach cięż­kiej, sza­le­ją­cej ni­czym czar­ne mo­rze pod­czas sztor­mu mgły spra­wia­ły dziw­ne wra­że­nie za­do­wo­lo­nych, a może na­wet ogar­nię­tych eks­ta­zą po­dob­ną do tej, któ­rej ja do­świad­czy­łam tak nie­daw­no na owym cmen­ta­rzu, gdy od­wie­dzi­łam grób mi­strza.

Fe­no­men ten ab­sor­bo­wał mnie dłu­gą chwi­lę. Drżąc z emo­cji, przy­glą­da­łam mu się chci­wie, od­dy­cha­jąc głę­bo­ko, czu­jąc ener­gicz­ne pul­so­wa­nie ser­ca roz­cho­dzą­ce się echem we­wnątrz mo­je­go mło­de­go cia­ła. Dy­go­ta­łam sil­nie, przy­lgnąw­szy do szy­by, ła­ko­mie chło­nąc ten nie­co­dzien­ny, zda­wać się mo­gło pa­ra­nor­mal­ny, wi­dok roz­po­ście­ra­ją­cy się za oknem w ca­łej swej zwy­rod­nia­łej i pa­skud­nej, pra­wie prze­klę­tej i plu­ga­wej do­sko­na­ło­ści. Było w nim coś po­cią­ga­ją­ce­go, coś, co ka­za­ło mo­je­mu cia­łu od­czu­wać na­głą, nie­opi­sa­ną roz­kosz, ja­kiej nie do­świad­czy­łam jesz­cze ni­g­dy pod­czas ob­co­wa­nia z żad­nym męż­czy­zną. Od­dy­cha­łam spa­zma­tycz­nie, czu­łam, jak nogi rwą się nie­po­wstrzy­ma­nie do tego dzi­kie­go, ple­mien­ne­go tań­ca cmen­tar­nych cie­ni, jak po­żą­da­ją tego nie­okieł­zna­ne­go, cha­otycz­ne­go ru­chu, tej wspól­no­to­wej or­gii mar i zmor w kłę­bach roz­hu­ka­nej mgły. Cu­dem je­dy­nie uda­ło mi się opa­no­wać przed rzu­ce­niem się, tak jak sta­łam, w wir wa­riac­kich, bar­ba­rzyń­skich plą­sów do tak­tu nie­sły­szal­nej me­lo­dii i nie­wy­czu­wal­ne­go ryt­mu, gdyż w po­ko­ju pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ci­sza.

Gdy już się opa­no­wa­łam, uspo­ko­iw­szy od­dech i roz­ko­ła­ta­ne ser­ce, a na­stęp­nie zmu­si­łam nogi do po­zo­sta­nia w miej­scu, w cią­głym, bier­nym wy­cze­ki­wa­niu, nie­prze­rwa­nie wpa­tru­jąc się w tań­czą­cą mgłę za brud­nym, nie­szczel­nym oknem, łyp­nę­łam w stro­nę ja­sne­go, nie­ru­cho­me­go te­raz i chłod­ne­go cia­ła męża, od któ­re­go co rusz do­bie­ga­ły mnie głę­bo­kie, świsz­czą­ce od­de­chy oraz chrząk­nię­cia, kaszl­nię­cia i chrap­nię­cia, jak­by fleg­ma za­le­ga­ła mu w gar­dle pod­czas snu.

W tej wła­śnie chwi­li oprzy­tom­nia­łam zu­peł­nie, wzdry­ga­jąc się sil­nie. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, a na cia­ło wstą­pił ko­lej­ny dreszcz. Gę­sia skór­ka bo­le­śnie ści­snę­ła skó­rę, stro­sząc de­li­kat­ne wło­ski na rę­kach. Ob­lał mnie zim­ny pot, a cia­ło zmar­twia­ło, wpa­trzo­ne nie­wi­dzą­cy­mi już ocza­mi w za­pa­sku­dzo­ną szy­bę. Ko­ła­ta­nie ser­ca ro­ze­szło się gwał­tow­nie po moim wnętrz­nu, przy­pra­wia­jąc o ból gło­wy i spra­wia­jąc, iż na­gle za­pisz­cza­ło mi w uszach. Znów po­czu­łam za­le­wa­ją­cą mnie od we­wnątrz falę go­rą­ca, któ­ra skro­pli­ła się po­tem na moim czo­le, pier­siach i pod pa­cha­mi. Roz­bu­dzo­na, w peł­ni trzeź­wa i świa­do­ma prze­ra­zi­łam się nie­zmier­nie tak, jak jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu. Mąż za­mru­czał coś nie­wy­raź­nie pod no­sem, a póź­niej usły­sza­łam, jak uno­si się po­wo­li z po­sła­nia z gło­śnym ję­kiem i trzesz­cze­niem sta­rych sprę­żyn.

Tyl­ko że... ja prze­cież nie mam męża.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.