Wskazówki zegara - Dziecię Ciemności

Reflow text when sidebars are open.
Przejechałam zgrzybiałym, zdeformowanym podagrycznie, opuchniętym palcem o brudnym, popękanym paznokciu po twardej, postrzępionej, wyblakłej już i zużytej skórzanej oprawie, która zamykała w sobie tysiące płowych, matowych, namokłych nieco, zapleśniałych i pomarszczonych stron ludzkiej dumy i parodystycznej wiedzy. Spojrzałam na swoje dłonie, tak pomarszczone, pokryte starym, zaschniętym brudem, którego nawet najostrzejszy sok cytrusowy i piasek nie były w stanie wywabić. Były poranione i śmierdziały niemiłosiernie. Każdy paznokieć odznaczał się rudobrązową obwódką zaschniętego soku i krwi, która zgromadziła się w szczelinach między łamliwą płytką a ciałem.
Przede mną na przeżartym przez korniki pulpicie, niemal zapadającym się w sobie ze starości, ledwo już stojącym na swej wątłej, jedynej nóżce niczym wysmagany wiatrem, przemoczony od deszczu, porozrywany przez natrętne kruki, a na sam koniec trzaśnięty piorunem strach na wróble, spoczywało monumentalne dzieło, zamknięte i zapieczętowane, cuchnące starą pleśnią, klejem i zatęchłą, wygarbowaną skórą.
Księga ociekała wodą, która z rozmokłych stronic ukrytych pod okładką kapała miarowo i nieznośnie, spływając w dół po spróchniałej nóżce pulpitu i tworząc u jego samotnej stopy coraz większą kałużę. Wpatrywałam się w nią biernie, stojąc na środku pomieszczenia.
Było niewielkie i duszne. Pogrążone w głębokim, niemal ciężkim mroku oświetlanym jedynie, acz niezwykle niemrawo skąpym, wąskim strumieniem światła, które próbowało wedrzeć się przez jedno zakratowane, przysłonięte do połowy brudnym materiałem okno. Trzy łojowe świece, które ustawiłam na pulpicie w kształt trójkąta, wydzielały z siebie więcej śmierdzącego, dławiącego, gęstego dymu niż światła. Poprawiłam czarny kaptur, zsuwający mi się na twarz. Ciemność spowijała wszystkie z czterech kątów pomieszczenia, w którym stały jeszcze, niemniej niewiele brakowało im już do leżenia, zdewastowane, chylące się ku zimnej, kamiennej posadzce regały, uginające się pod ciężarem licznych książek rzuconych na nie w chaosie niechlujnej bylejakości. Tomiszcza przegniłe, zapleśniałe, mokre z posklejanymi stronicami wydzielały tak paskudny fetor, że dziwiłam się, iż mój nos wciąż jest w stanie wyczuwać zapachy po tak długim przebywaniu w tak niesympatycznym otoczeniu tej zaszlamiałej perfumerii.
Mój palec raz jeszcze delikatnie pogładził bok twardej okładki, w którą oprawiono ciężkie, olbrzymie tomiszcze. Skóra na niej była wypłowiała, pomarszczona i popękana paskudnie. Powoli i ostrożnie otwarłam księgę. Zmarszczyłam nos, poczuwszy zapach zgnilizny, wydobywający się spomiędzy stron.
Gdy tylko połowa ciężkiej oprawy z głuchym, jakby znużonym huknięciem opadła w końcu na drugą część pulpitu, wypełniając go sobą bez reszty i prawie strącając kopcącą nieznośnie łojową świecę, od której łzawiły mi oczy i piekły nozdrza, po wyblakłych, przesiąkniętych wodą morską, pokrytych szlamem i fragmentami wodorostów stronach przebiegło kilka wielkich, czerwonych, opancerzonych karaluchów, w szaleńczym tempie i z niebywałą zwinnością wymijając się i prześcigając. Próbowałam za pomocą pięści rozgnieść przynajmniej jednego z nich, niemniej były zbyt bystre i zwrotne, abym zdołała je pokonać. Przełknęłam więc wstyd wraz z samotną muszką, która wpadła mi do gardła, po czym odpychając ze wstrętem wyłażące spomiędzy stron długie, ciemne, mnogonożne, uzbrojone w szczypce skorki i drobne, czarne pajączki, spróbowałam przeczytać to, co zapisano na pierwszej stronie dzieła.
Powinien być to tytuł, jednak woda wypłukała z pomiętej, pomarszczonej, zaczynającej pleśnieć stronicy cały tusz, jakim ją naznaczono. Przyglądałam się jej niezwykle uważnie, łapiąc w palce chrabąszcza, który znalazł się niespodziewanie zbyt blisko mej dłoni. Gdy go podniosłam, zwierzątko zaczęło machać szaleńczo licznymi odnóżami, wykręcając je i wyrzucając w kilku różnych kierunkach jednocześnie, zupełnie nieskładnie i chaotycznie. Próbowało przy tym obracać główkę, jednak zbyt szybko zostało zmiażdżone z cichym chrzęstem między moim kciukiem i palcem wskazującym.
Wtem sklejone, niemal całkowicie złączone ze sobą i zespolone w jedną, lepką, papkowatą masę, wzbogaconą ekstraktem z morskiego mułu i wodorostów strony zaczęły się poruszać, jak gdyby niespodziewanie targnął nimi silny podmuch wiatru i poderwał figlarnie, chcąc przewrócić. Zdarzenie to, tak z pozoru naturalne i nieprzykuwające niczyjej uwagi, wydało mi się o tyle niezrozumiałe i zarazem niepokojące, iż w pomieszczeniu nie czuć było nawet najdelikatniejszej bryzy. Powietrze było ciężkie, duszne i gęste od dymu oraz przyprawiających o spazmy i torsje woni gnijącej, starej biblioteki.
Nagle spomiędzy rozmytych, wyblakłych, niszczejących stronic, których treści nikt już nie był w stanie odczytać, powoli wychynęła długa, oślizgła, zgniłozielona macka naznaczona licznymi ssawkami okrągle wykłębionymi. Wypełzła wolno, wyłaniając się ustawicznie i upiornie z wnętrza książki, sięgając coraz dalej i dalej, ukazując coraz więcej z tajemniczego, ukrytego we wnętrzu tomiszcza cielska, które z każdą chwilą objawiało się wyraźniej. Macka robiła się sukcesywnie coraz grubsza i potężniejsza. Niedługo dołączyła do niej druga i trzecia, wyłaniając się wolno, prawie tajemniczo z dwóch przeciwnych sobie krańców książki, spokojnie, niemal ociężale ślizgając się lub płynąc w powietrzu w stronę zapalonych łojowych świec. Dostrzegłszy to, zapragnęłam je zgasić i zamknąć księgę, ale w tej właśnie chwili oślizgle macki niezwykle powoli owinęły się wokół nich, dusząc płomienie z obleśnym, wstrętnym, mokrym plaśnięciem. Rozległ się syk i w powietrzu uniosły się trzy cieniutkie, cuchnące, nieśmiałe wręcz kolumienki wątłego, delikatnego dymu pozostałego po zdławionych ognikach.
Macki, rozcapierzone i rozciągnięte między trzema świecami, zaczęły się widocznie naprężać. Ich zielonkawa, niezdrowa, gloniasta barwa wzbogacona była gdzieniegdzie plamkami brązu lub błękitu. Każda z nich była obrzydliwie naznaczona ssawkami i ubrudzona szlamem, glonami, algami, kawałkami martwych ryb i fragmentami sieci rybackich, w które wplątały się całymi koloniami przeróżne drobne morskie paskudztwa. Choć nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe, smród wyczuwalny w pomieszczeniu zwiększył się trzykrotnie, gdy potwór ów zaczął wyłaniać się powoli, z głośnym chlupotem i ciapiącym, mokrym plaskaniem spomiędzy stronic otwartej księgi.
Macki wciąż powoli się naprężały, a ja wpatrywałam się w nie jak zahipnotyzowana, nie czując nawet strużki zielonkawej, cuchnącej, pełnej starej flegmy śliny, która wypływała mi z bezzębnych ust o wąskich, spieczonych, popękanych wargach. Wpatrywałam się z drżeniem w szkaradne, podmorskie bluźnierstwo, które właśnie wypuściłam, któremu utorowałam drogę do wolności i które teraz powolnymi, ociężałymi, upiornie niezdarnymi ruchami wyłaniało się, wypełzało spomiędzy kart tajemniczej księgi, którą przed trzystu laty wyłowiłam z głębin morza.
Wtem spojrzałam na blady i pomarszczony środek obszernej, rozmokłej stronicy, aby ujrzeć, jak powoli i niemal sennie odsłania ona przykryte starczą, wymiętą powieką wielkie, czujne i przekrwione oko. Wyłoniło się z wnętrza strony i łypnęło na mnie, a ja poczułam, jak krew zastyga mi w żyłach. To spojrzenie, tak dzikie, szalone, natrętne, pełne żądzy i łaknienia, pradawnego, niezaspokajanego od eonów głodu, przenikało mnie na wskroś. Tak pierwotne, prawdziwe, szczere, śmiercionośne, obłąkańcze i głodne, przede wszystkim głodne.
Macki wypuściły z objęć trzy łojowe świece, odwijając się z ich powierzchni niezdarnie i wręcz groteskowo, a następnie powoli, acz nieustępliwie zaczęły sunąć ku mnie. Widziałam, jak się zbliżają, wyciągają coraz dalej w kierunku moich bezzębnych ust ociekających zielonkawą śliną, w czasie gdy ja bezwiednie wpatrywałam się w żarłoczne, szalone oko stwora wyłaniającego się z kart przeklętej, bluźnierczej księgi. Gdy tak wyciągały się ku mnie niczym ramiona oślizgłego, zaszlamiałego, zwyrodniałego, potwornego bluszczu, chcąc w zastraszającym tempie opleść samotną, spękaną, na wpół zrujnowaną kolumnę, uniosłam wzrok znad księgi.
Moje niewidzące, pokryte bielmem oczy spotkały się z roztrzaskanym, brudnym lustrem oplecionym misternie delikatną, uroczą koronką świeżej, miękkiej pajęczyny. Mimo ślepoty widziałam doskonale obwisłą na szyi i twarzy skórę, która już dawno zaczęła niepokojąco zielenieć. Z szeroko otwartych na podobieństwo ryby ust wciąż sączył się zgniły szlam, nozdrza były jedynie trzema cienkimi, krótkimi otworkami po bokach pokrytej zmarszczkami i brodawkami, całkowicie łysej głowy. Niektórzy nazywają je fachowo "skrzelami". Nie będę się kłócić. Jestem w końcu analfabetką.
Macka podpełzła powoli, zrzuciła mi z głowy czarny kaptur, a następnie na podobieństwo węża zaczęła cichutko, oślizgle, mokro okręcać się wokół mojej szyi, pieszcząc ją wstrętnie paskudnymi ssawkami. Drugie z ramion zmierzało równie wolno w swej groteskowej parodii tańca, dygocząc z lekka i wyginając się niekontrolowanie niczym zbyt długie łodygi roślin, ku mojej talii ukrytej pod ciemnym, długim habitem. Blask gasnącego dnia wpadł przez brudne, do połowy zasłonięte okno, aby oświetlić moją łysą, bladą czaszkę pozbawioną najmniejszej kropelki krwi i pokrytą twardymi, suchymi, nadgniłymi rybimi łuskami.
Gdy trzecia z macek dosięgnęła mnie wreszcie, oplatając się powoli, niemal czule wokół nadgarstka, poczułam, jak jest zimna i mokra, jak bardzo śliska i cuchnąca, odrażająca, ale zarazem wzbudzająca żądzę i niezdrową ekscytację swym paskudztwem i niezaprzeczalną brzydotą. Wtenczas kamienne, wybudowane w mrokach najdawniejszego średniowiecza pomieszczenie zadrżało w posadach. Z mokrych, nadgniłych półek wzbił się nieścierany od setek lat, gęsty, czarny kurz. Z kamiennego stropu posypał się pył i grad malutkich, ciemnych kamyczków, spadając bezwładnie i chaotycznie na księgę, moją głowę, trzy cieniutkie macki i wielkie, szeroko otwarte, przekrwione, szaleńcze oko potwora, który właśnie wyłaniał się spomiędzy kart, a którego wypuściłam.
- Dziś czas się wypełnił - szepnęłam głosem przypominającym głęboki, złowrogi bulgot, oślizgłym i mlaszczącym niczym bagno. - Dziś nastał kres i początek. O zbudź się, pogrążony we śnie, i weź świat ten w posiadanie! Uśpiony i zapomniany, odzyskaj swe królestwo!
Macki ścisnęły mnie tak mocno, iż nie dałam rady wydobyć z siebie ani jednego słowa więcej. Nie mogłam zaczerpnąć nawet tchu. Cuchnące, mokre i śliskie owijały się wokół mojego gardła, ręki i talii coraz mocniej i mocniej powolnymi, paskudnymi ruchami, nawijając się na mnie niczym sznury na korbki. Dławiły mnie i dusiły, niemniej nie musiałam już mówić. Nie musiałam nawet oddychać. Zrobiłam już, co trzeba, wypowiedziałam wszystko, co powinnam. Uwalniałam potwora, umierając w objęciach jego cieniutkich przednich palców, podczas gdy on powoli wyłaniał się spomiędzy kart.
Przedzieraliśmy się we dwójkę przez rozległe moczary okalające ze wszech stron oddalony o milę od miasta zapomniany cmentarz. Jesienne niebo zasnute było gęstymi, ciężkimi, czarnymi chmurami, które przysłoniwszy niemrawe, blade słońce zbiły się w ciasną, acz mimo wszystko rozległą gromadę, odcinając nam niemal całkowicie dopływ naturalnego światła.
Mój przewodnik dzierżył w dłoni dużą, kiwającą się miarowo pod wpływem ruchów, skrzypiącą nieustannie latarenkę oszkloną z każdej strony, okopconą i zardzewiałą. W milczeniu posuwaliśmy się ociężale naprzód wśród obleśnego mlasku cuchnącego, zatęchłego, brunatnozielonego, gęstego bagna, które co rusz z coraz większym uporem próbowało wciągnąć w swą bezdenną toń nasze kalosze. Jednak przygarbiony, starszy mężczyzna, który mnie prowadził, znał niezwykle dobrze te tereny i wiedział, którędy bezpiecznie przeprowadzić mnie przez trzęsawisko.
Był to człowiek, którego wiek oceniłam na sześćdziesiąt pięć, najwyżej sześćdziesiąt osiem lat, nisko pochylony, chudy i zaniedbany, odziany niechlujnie i śmierdzący niemal tak strasznie jak owo bagno, przez które z duszą na ramieniu, ostrożnie przechodziliśmy. Krzywiłam się z odrazy, gdy patrzyłam na niego przelotnie w trakcie wędrówki. Nosił wypłowiałą, połataną, usmarowaną zaschłym błotem i świeżą sadzą kraciastą koszulę, niedbale wpuszczoną w zbyt luźne, niemiłosiernie utytłane na nogawkach spodnie podtrzymywane przez czerwone szelki. Wolałam nie przyglądać się butom nieznajomego przewodnika, aby nie pogarszać sobie jeszcze bardziej i tak już niewesołego nastroju oraz by zmusić zjedzoną przed godziną kolację do pozostania w żołądku, gdyż jak można się tego było spodziewać, uparcie starała się zeń wydostać przez moje wąskie, lekko różowe gardło.
- Panienka się nie martwi, już niedaleko - wychrypiał, nie patrząc w moją stronę, głosem przypominającym warkot samochodu z zapchaną rurą wydechową.
Otaczający nas krajobraz był ze wszech miar paskudny. Szliśmy gęsiego po gęstym, śliskim, mlaszczącym i ciapiącym obleśnie błocie, czując niemiłosiernie cuchnące wyziewy moczarów. Wokoło rosły wysokie drzewa, uginające się pod ciężarem kurtyn zgniłozielonych lub zbrązowiałych gałęzi i liści, o wstrętnych, powyginanych groteskowo niczym podagryczne stawy pniach i wystających ponad breję, chaotycznie poskręcanych korzeniach. Wyglądały tak, jakby zastygły ukatrupione podczas rozpaczliwej i desperackiej próby wydostania się z podłoża i puszczenia się biegiem na rozłożonych na wszystkie strony słabych, wiotkich korzonkach w miejsce przyjemniejsze od tego, gdzie przyszło im stać. Jakby geniusz barokowej rzeźby włoskiej uchwycił je bystrym okiem w pół ruchu i przechowując w swej bogatej pamięci ów moment, wyrzeźbił je w twardej skale z przyprawiającą wręcz o dreszcz precyzją i finezją, nadając kamieniowi wrażenie delikatności i lekkości, co jest domeną jedynie prawdziwych mistrzów sztuki rzeźbiarskiej.
Nad moczarami unosiła się gęsta, mokra, niemal lepka jesienna mgła, okrywająca krajobraz coraz szczelniej pajęczym całunem, potęgując tylko wrażenie narastającej z każdą chwilą grozy, czającej się gdzieś w mrokach wieczoru, który tak szybko zapada pod koniec listopada. Rozejrzałam się wokoło, idąc powoli za chyboczącą się i piszczącą cienko lampą, którą mój przewodnik dzierżył w pomarszczonej, powykręcanej nienaturalnie jak pnie i korzenie owych straszliwych otaczających nas drzew, niewielkiej dłoni o zgrzybiałych, zsiniałych paznokciach i nabrzmiałych obrzydliwie żyłach.
Droga nie zajęła nam wiele czasu. Ku mojej olbrzymiej uldze dostrzegłam rysujący się przed nami, tuż za kotarą uschłych, nadgnitych witek i liści owych chorych, zastygłych w ucieczce drzew, rozległy, stary i posępny cmentarz usadowiony na połaci twardego, zbitego gruntu otoczonego ze wszech stron zdradliwymi bagnami. Chwyciwszy za tę naturalną kurtynę, aby ją uchylić i umożliwić nam przejście, mężczyzna obrócił się w moją stronę i powiedział głosem niskim i zachrypniętym, jakby coś siedziało mu w gardle i go dławiło:
- Jesteśmy na miejscu.
Wciąż zdawało mi się, że wypowiadanym przezeń słowom towarzyszą mokre, lepkie mlaśnięcia bagna lub cichy chlupot i bulgot wody, a stanęliśmy przecież oboje w miejscu, całkiem nieruchomo, niemożliwe zatem, aby do moich uszu dostawał się nieprzerwanie odgłos kroków. Być może było to jedynie złudzenie wywołane otaczającym nas paskudnym, mrocznym pejzażem bagniska. Starzec wzniósł latarnię wysoko, tak iż jego twarz skryła się w gęstym, nieprzebranym cieniu. Blask padł jedynie na rzadkie, siwe, cienkie i przetłuszczone włosy mężczyzny wyrastające z suchej, zużytej już i pomarszczonej skóry głowy. Odsłonił przede mną przejście, a ja postąpiłam naprzód, nie oglądając się ani na niego, ani za siebie.
Znalazłszy się przy pierwszym z nagrobków, przyjrzałam się miejscu, do którego doprowadził mnie przewodnik. Rozległa przestrzeń o tak przyjemnie pewnym, twardym i suchym gruncie usiana była wystającymi z ziemi, czerniejącymi w mrokach zapadającej nocy krzyżami, wbitymi w nią i przekrzywionymi nieco w groteskowej pozie zepsutych i obluzowanych na swych miejscach zębów. Moim oczom ukazały się liczne kamienne nagrobki, rozpadające się już ze starości, popękane, częściowo zawalone, o zatartych już niemal całkowicie inskrypcjach, porośnięte przez zwoje gnijącego bluszczu. Nad ziemią unosił się zapach starych płócien, butwiejącego drewna i mokrej, słodkawej mgły, upiornie opasującej wszystko natrętnymi, delikatnymi mackami, które chciwie wyciągały się przed siebie i zagarniały coraz to większe połacie stałego lądu pośród tego zielonkawego, bulgoczącego niczym woda w kotle rozlewiska. Brały je w posiadanie, osłaniały, jednak ustępowały pod każdym z moich śmiałych, acz powolnych kroków. Rozglądałam się dookoła urzeczona, z iskrą podniecenia i triumfu błyskającą w oku.
- Gdzie on jest? Gdzie spoczywa? - zapytałam przewodnika z wyczuwalnym przejęciem.
Rozmawialiśmy po angielsku. Mężczyzna nie był wykształcony, rozumiał tylko i wyłącznie tę barbarzyńską i prymitywną, nieco gardłową i przeciągłą, mrukliwą i lejącą się niczym smoła mowę. Nie mogliśmy więc komunikować się w języku łacińskim, greckim, hebrajskim czy używając mowy starożytnych mieszkańców Babilonu, choć to byłoby bez wątpienia bardziej taktowne w tej podniosłej dla mnie chwili.
Niestety już dawno przestałam podróżować z ludźmi kultury, zwłaszcza z mężczyznami. Byli zbyt zarozumiali i za często zanieczyszczali otaczającą nas tajemniczą, niemal świętą ciszę bezładnymi, pozbawionymi sensu wywodami oraz dysputami nad składem owczego łajna czy zależnością między krowimi gazami a powiększaniem się dziury ozonowej, które jedynie mnie irytowały i odwracały moją uwagę od rzeczy prawdziwie istotnych, jak chociażby wręcz pstrokate ubarwienie wielkiej, puchatej ćmy, która akurat przysiadła mi leniwie na dłoni, zakrywając ją zupełnie kolorowymi skrzydłami, którymi poruszała ociężale i sennie. Motyl nocy. Motyl mroku. Nocna piękność, wciąż tak tajemnicza i pociągająca. Wzbudzająca pożądanie, hipnotyzująca. Ale ich nie interesowały ćmy, gdyż nie mieli na ich temat nic do powiedzenia.
- Tutaj - wychrypiał przewodnik, wyciągając drżącą rękę, wciąż dzierżącą niestrudzenie kołyszącą się, oszkloną latarenkę.
Dopiero teraz, przyglądając się jego dłoni, dostrzegłam, że brakuje mu co najmniej dwóch palców, serdecznego i środkowego. Zdumiałam się i zastanowiłam, jakim cudem jest on w stanie tak pewnie trzymać ów chybotliwy przedmiot, mając tak niewiele palców? Niemniej w obliczu upiornego fenomenu cmentarza nie poświęciłam tej kwestii więcej czasu.
Powiodłam wzrokiem za światłem latarenki i natrafiłam na stary, omszały, skruszony prawie do cna nagrobek z wykutym nań, niemal całkiem zatartym przez czas, wiatr i deszcz wizerunkiem pogrążonego w modlitwie anioła, pochylającego pokornie głowę nad imieniem i nazwiskiem pogrzebanego, z których wskutek działania bluźnierczo barbarzyńskich warunków atmosferycznych pozostało jedynie "Love". Mój przewodnik pociągnął nosem, jakby wzruszył go napis nagrobny, ale ja zmarszczyłam brwi zgorszona, gdyż wiedziałam, że pochowany tu nie zasługuje na tak skąpe i banalne epitafium.
Zrozumiawszy, że znalazłam się wreszcie u celu podróży, rozpromieniłam się i poczułam, jak łzy radości kotłują mi się pod powiekami, nawilżając suche, piekące oczy. Otarłam je, wykrzywiłam usta w szerokim, niemym uśmiechu, obnażając rzędy prostych, równych, dużych zębów, i puściłam się biegiem w stronę wynurzającego się z oparów podrywanej z lekka stęchłą bryzą mgły nagrobka, jakby był on jedynym realnym punktem we wszechświecie.
Rzuciłam się przed nim na kolana ogarnięta ekstazą. Moja długa, ciemna, aksamitna suknia spotkała się brutalnie z suchą ziemią, pokryła pyłem i kurzem, a ja rozanielona i owładnięta niemal orgazmistyczną falą spełnienia, z oczami błyskającymi podnieceniem, istną euforią rozchodzącą się różanym, gęstym klejem wewnątrz bladoskórego organizmu przez zbyt ciasne żyły, wzniosłam wzrok ku niebu, czując ogarniającą mnie satysfakcję. Uśmiechając się z błogością, uniosłam ręce w modlitewnym geście uwielbienia, którego tak lekkomyślnie i niedbale nadużywają znudzeni, chciwi kapłani podczas świętych obrzędów, i patrząc z namaszczeniem na zrujnowany niemal doszczętnie nagrobek stojący przede mną na tej wysepce pośród cuchnących moczarów, zawołałam podniośle, przepełniona wrażeniem tak patetycznej dla mnie chwili:
- Mistrzu! Natchnij mnie!
Mój głos wybrzmiał donośnie, odbijając się echem pośród tych chorych i posępnych drzew, sięgając krańca zdewastowanego cmentarza. Klęcząc pewnie, uniosłam dłonie ku górze i wygięłam się, aby jeszcze raz przyjrzeć ciemnemu niebu bezlitośnie okrytemu zwałami chmur burzowych.
Naraz zerwał się porywisty wiatr, który ze świstem targnął połami mojej czarnej sukni i puszczonymi luzem jasnymi lokami, przepełniając me płuca wonią pleśni i rozkładu, która wlała się w nie całym pędem, nie pozostawiając we mnie nawet odrobiny tamtej mdląco słodkiej woni waniliowych perfum, które dostałam na szesnaste urodziny od pana, który miał w przyszłości zostać moim mężem, więc dopuścił się na mnie gwałtu, gdy pierwszy raz się nimi skropiłam, aby zobaczyć, jak pachną.
Zemdlałam z bólu, a gdy się ocknęłam, mężczyzny już nie było. Zniknął tamtego dnia, przepadł niczym kamień rzucony w wodę lub zadźgane w szaleńczym akcie zemsty ciało zbrodniarza złożone do głębokiego grobu. Nigdy więcej go nie zobaczyłam, jednak jeszcze długo po tych wydarzeniach nie mogłam doprać plam krwi i lepkiego błota z białej, dziecięcej jeszcze, koszuli nocnej. Moi rodzice byli przerażeni, gdy ujrzeli moje obdarte kolana, połamane paznokcie oraz poranione i pokryte pęcherzami dłonie. Aby ich nieco rozweselić, posadziłam kilka żółtych chryzantem w ogrodzie. Wzdłuż płotu od północnej strony działki, tuż pod wielkim, niemal całkowicie spróchniałym bukiem, który w niedługi czas po tym, dziwnym zrządzeniem losu, odżył i wypuścił zdrowe liście.
Na moje ciało wstąpił dreszcz, ale nie spuściłam wzroku, wpatrując się nieprzerwanie w czerniejące coraz bardziej niebo. Wiatr wiał nieustannie, targał moimi włosami i ubraniem, okadzał niemal z nabożną czcią trupią wonią rozkładu, która wydała mi się wtenczas tak rozkoszna. Prawie tak samo, jak słodka wanilia... wanilia... Ten mdły, sztuczny zapach rozchodzący się w pustym domu był jak smród gnijącego, pożeranego przez robaki świeżego truchła ukrytego pod cieniutką warstwą ziemi. Wanilia...
Poderwały się kruki. Dziesiątki, setki kruków z szumiącym i szeleszczącym trzepotem czarnych skrzydeł wzbiły się niemal jednocześnie do lotu i poczęły okrążać cmentarz i mnie razem z nim w śmiercionośnej, groteskowo rytualnej spirali, każdy na swym ustalonym jeszcze przed wykluciem miejscu. Krakały miarowo, zgodnym chórem, tak iż głosy ich, zespolone w ten sposób i spotęgowane, urastały niemal do wrażenia odległego, przejmującego grzmotu, który rozbrzmiał chwilę później, gdy niebo przecięła długa, jasna błyskawica, oślepiając mnie na moment, co jedynie spotęgowało moją ekstazę.
Oddychałam gwałtownie, do szaleństwa zakochana w tej trupiej, zgniłej i lepkiej woni, woni zgnilizny, odpadów, śmierci, pleśni i ścierwa otaczającego mnie z każdej strony pod cienką warstewką ziemi. Zakręciło mi się w głowie. Kruki wciąż wirowały nade mną w morderczym, jakby prześmiewczym tańcu zwyrodniałych cyrkowych akrobatów o wymalowanych upiornie twarzach szeroko rozciągniętych w nienaturalnych uśmiechach. Przebiegł mnie dreszcz. Czarne ptaszyska krakały dalej, spiralnie wznosząc się i opadając w pewnym niepokojąco kontrolowanym chaosie, który przywodził na myśl jakiś rdzenny, prymitywny, niemal mityczny taniec. Przymknęłam oczy, zatapiając się w ekstazie. Błysnęło światło, w oddali huknął grom.
Opadłam bezwładna na ziemię, doświadczywszy orgazmu na grobie mego mistrza. Miałam nadzieję, że jego duch wciąż się tu jeszcze błąka i wstąpi we mnie, natchnie, pokrzepi i orzeźwi. Oddychałam spazmatycznie, drżąc. Z oczu wypływały mi łzy, niemniej twarz wykrzywiała się w nieco zbyt szerokim uśmiechu, który u ludzi mniejszego ducha mógłby budzić niemałą trwogę. Całe szczęście przewodnik mój nie należał do ludzi bojaźliwych, stał więc niewzruszenie za mną, przyglądając mi się biernie i czekając, aż będę gotowa do powrotu.
Gdy wreszcie uniosłam głowę z ziemi, aby rozgorączkowanym wzrokiem przyjrzeć mu się ponownie, podniósł lampę w okaleczonej dłoni tak, iż jej blask oświetlił starczą, pokrytą licznymi, głębokimi bruzdami twarz. Świetlne refleksy odbijały się od groteskowo zdeformowanej, wysuszonej skóry, napawając mnie nieprzejednaną odrazą. W kilka chwil później błysk padł bezwstydnie na puste, ziejące głębokim mrokiem oczodoły, regularnie rozlokowane po obu stronach nosa pozbawionego niemal całej swej istoty. Między oczodołami widoczne były jedynie dwa niepokojące otwory, przez które kreatura powoli zasysała i wypuszczała powietrze z miarowym, syczącym świstem.
- Musimy wracać - powiedział chrapliwie przewodnik i odwrócił się powoli, oświetlając latarenką drogę powrotną do miasta. - Idzie burza, cmentarz odżywa.
Gdy jego oblicze ukryło się na powrót w cieniu, a ja w pełni doszłam do siebie po orgazmie, którego doświadczyłam wśród cmentarnych nagrobków, nie byłam już do końca pewna, co widziałam i czy owa maska szkaradna, zwyrodniała, okaleczona była częścią rzeczywistości, czy też zwyczajnym czarcim rojeniem powstałym w moim umyśle ogarniętym jeszcze na poły snem i nieświadomością, owocem zbyt wybujałej i twórczej, a także niestety skrzywionej wyobraźni. Otrząsnęłam się, wstałam, spróbowałam oczyścić czarną, aksamitną suknię, po czym ruszyłam za moim przewodnikiem w drogę powrotną do miasta.
Była głęboka noc, gdy znaleźliśmy się w jego obrębie. Przywitały nas w większości drewniane, trzeszczące, na wpół zawalone, rozchwierutane chaty, chylące się niebezpiecznie i ociężale w stronę wąskich, wysypanych ziemią ulic niczym owe paskudne, chore drzewa w zagajniku bagiennym. Nieznośna, wilgotna i gęstniejąca wciąż mgła unosiła się także tutaj, wzbudzając we mnie niepokój, gdyż stopniowo coraz bardziej ograniczała mi pole widzenia. Wzmógł się wiatr, który świszczał przeraźliwie i wył w otworach wyżartych przez korniki w dachach, ścianach i walących się, niemal całkowicie zdewastowanych płotach, jakby wygrywał nieskładną, upiorną i zwyrodniałą pogańską melodię na cześć jakichś bluźnierczych bóstw przy pomocy naprędce skleconych, fałszywych fujarek. Pojedyncze, zatarte niemal całkowicie szyldy kiwały się miarowo, jęcząc przeraźliwie i skrzypiąc na przerdzewiałych łańcuchach.
Gdy dotarliśmy do gospody, w której przyszło mi się zatrzymywać na czas mojego pobytu w mieście, starzec bez słowa odwrócił się na pięcie i odszedł powoli, brudny, pokryty zaschniętym błotem, niezgrabny i ociężały, unosząc ze sobą wciąż tlącą się nikłym blaskiem latarenkę. Zbliżył się do starej, pokrytej szlamem, brudnej studni stojącej na wyłożonym nierównymi kamieniami dziedzińcu. Już z daleka cuchnęła tak paskudnie, iż nigdy nie pomyślałabym o tym, aby napić się z niej wody. Nagle ku mojemu przerażeniu starzec wspiął się na kamienne cembrowanie. W skąpym blasku nieśmiało wyglądającego zza chmur księżyca dostrzegłam, jak rzuca się do studni i wpada do niej z głośnym, obleśnym, mokrym pluskiem. Zamrugałam kilkukrotnie. Sądziłam, że to zmęczenie i senność owładnęły już mój umysł, podsyłając przed oczy obrazy koszmarne i surrealistyczne. Zdarzało mi się zasypiać na stojąco, dlatego nie zdziwiłabym się wcale, gdyby ów makabryczny obraz również był jedynie wytworem wyobraźni, projekcją szalonego umysłu, który powoli ogarnia stan sennego odrętwienia. Niemniej przewodnik zniknął.
Przebudziłam się niespodziewanie w nocy. Leżałam w trzeszczącym i skrzypiącym przy każdym ruchu, wielkim, stosunkowo twardym łożu pachnącym niezbyt przyjemnie starymi wymiocinami i zaschniętym moczem. Obróciłam się w stronę na wpół zasłoniętego podziurawioną, postrzępioną u dołu kotarą niewielkiego okienka o kwadratowych, acz niemiłosiernie brudnych szybach, przez które ostatecznie niewiele było widać. Mój mąż mruknął coś przez sen, obrócił się z głośnym skrzypnięciem tego paskudnego gospodzianego łoża i wyrzucił lewą rękę tak, iż sięgnęła mojego ramienia. Jego długie, szorstkie palce były okropnie zimne i drażniły odsłoniętą, bladą skórę mojego przedramienia, z którego zsunął się fragment białej, dość obszernej, obszytej koronką koszuli nocnej. Nie dziwiłam się jednak temu. Noc, jak to bywa pod koniec listopada, była niezwykle chłodna, co więcej, nasz pokoik na piętrze tuż przy dachu nie został wyposażony w żaden przyrząd pozwalający go ogrzać, a nieszczelne okno wciąż przepuszczało do środka coraz to nowe podmuchy lodowatego wiatru. Zatrzęsłam się, otuliwszy szczelniej kołdrą, jednak nie udawało mi się ogrzać na tyle, aby ponownie zapaść w sen. Nie miałam pojęcia, która jest godzina, jednak byłam pewna, że obudziło mnie zimno panujące w naszym pokoju.
Nagle kotara zakrywająca do połowy nieszczelne okna poruszyła się gwałtownie, a ja przez moment miałam wrażenie, że w cieniach tańczących po mrocznym, zalanym pojedynczą smugą księżycowego blasku pokoju przechadzają się dwie widmowe, pochylone głęboko i powykręcane reumatycznie człekopodobne kreatury, a człapanie ich mokrych, obleśnych łap rozbrzmiewa w pomieszczeniu. Niemniej gdy zamknęłam oczy, trąc energicznie zaspaną twarz rękami, a potem odważyłam się ponownie rozchylić powieki, potworne cienie rozpłynęły się w mroku, nie strasząc mnie więcej.
Mimo to podniosłam się ostrożnie z łóżka i stanęłam na drewnianej, brudnej, klejącej się obrzydliwie podłodze, przeżartej przez wszelkie drewnolubne stworzenia tej planety, i czujnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mój mąż spał snem kamiennym na drugiej połowie naszego łóżka, obrócony na bok, spokojny, niewzruszony, nagi do pasa. Jego blada skóra lśniła w blasku księżyca. Przez chwilę wydawało mi się, iż dostrzegam na jego ramionach niewielkie, błyszczące, elementy o ostrym kształcie podobne niepokojąco do rybich łusek. Przerażona, czułam, jak oblewa mnie zimny pot. Powtórnie potarłam oczy, spojrzałam na niego z trwogą, jednak wrażenie zniknęło, wzięłam je więc za grę świateł i cieni obecnych w pokoiku. Podeszłam do okna i rozsunęłam kotarę, aby wyjrzeć przez szybę. Czułam przeszywający, kłujący wręcz niewidzialnymi lodowymi soplami chłód podłogi mimo że włożyłam grube, wełniane, białe podkolanówki, dla ochrony przed zimnem.
Nagle dostrzegłam coś niepokojącego, co poruszyło mną dogłębnie, sprawiając, iż moje serce załomotało szybciej, a oddech zamieniający się co rusz w gęstą, ulatującą z ust i nozdrzy parę stał się dużo bardziej nerwowy. Zdumiona i zalękniona przyglądałam się gęstej jak mleko mgle, która unosiła się w groteskowym, szaleńczym tańcu niczym nieposkromione, spienione fale rozhukanego morza ponad odległym o milę od miasta cmentarzem. Mgła pląsała wariacko, gnana porywistymi podmuchami wiatru, to wznosząc się, to znów opadając kaskadami i chowając przy ziemi, aby po chwili z powrotem wyskoczyć wysoko w powietrze, ciągnąc za sobą długi, jasny welon, niczym hasająca w takt energicznych uderzeń pogańskiego bębna, pijana panna młoda.
W owej mgle unosiły się niezliczone czarne cienie, tańczące równie nieokiełznanie, barbarzyńsko, wręcz upiornie. Nieskładne, zdać by się mogło przypadkowe, ruchy targały nimi, wstrząsając i prowadząc w takt niesłyszalnej dla mnie, potwornej, zwyrodniałej muzyki pozbawionej ładu i harmonii. Było w tym coś dzikiego, prymitywnego, nieposkromionego, szaleńczego i wręcz przerażającego. Czarne cienie pląsające w kłębach ciężkiej, szalejącej niczym czarne morze podczas sztormu mgły sprawiały dziwne wrażenie zadowolonych, a może nawet ogarniętych ekstazą podobną do tej, której ja doświadczyłam tak niedawno na owym cmentarzu, gdy odwiedziłam grób mistrza.
Fenomen ten absorbował mnie długą chwilę. Drżąc z emocji, przyglądałam mu się chciwie, oddychając głęboko, czując energiczne pulsowanie serca rozchodzące się echem wewnątrz mojego młodego ciała. Dygotałam silnie, przylgnąwszy do szyby, łakomie chłonąc ten niecodzienny, zdawać się mogło paranormalny, widok rozpościerający się za oknem w całej swej zwyrodniałej i paskudnej, prawie przeklętej i plugawej doskonałości. Było w nim coś pociągającego, coś, co kazało mojemu ciału odczuwać nagłą, nieopisaną rozkosz, jakiej nie doświadczyłam jeszcze nigdy podczas obcowania z żadnym mężczyzną. Oddychałam spazmatycznie, czułam, jak nogi rwą się niepowstrzymanie do tego dzikiego, plemiennego tańca cmentarnych cieni, jak pożądają tego nieokiełznanego, chaotycznego ruchu, tej wspólnotowej orgii mar i zmor w kłębach rozhukanej mgły. Cudem jedynie udało mi się opanować przed rzuceniem się, tak jak stałam, w wir wariackich, barbarzyńskich pląsów do taktu niesłyszalnej melodii i niewyczuwalnego rytmu, gdyż w pokoju panowała nieprzenikniona cisza.
Gdy już się opanowałam, uspokoiwszy oddech i rozkołatane serce, a następnie zmusiłam nogi do pozostania w miejscu, w ciągłym, biernym wyczekiwaniu, nieprzerwanie wpatrując się w tańczącą mgłę za brudnym, nieszczelnym oknem, łypnęłam w stronę jasnego, nieruchomego teraz i chłodnego ciała męża, od którego co rusz dobiegały mnie głębokie, świszczące oddechy oraz chrząknięcia, kaszlnięcia i chrapnięcia, jakby flegma zalegała mu w gardle podczas snu.
W tej właśnie chwili oprzytomniałam zupełnie, wzdrygając się silnie. Zakręciło mi się w głowie, a na ciało wstąpił kolejny dreszcz. Gęsia skórka boleśnie ścisnęła skórę, strosząc delikatne włoski na rękach. Oblał mnie zimny pot, a ciało zmartwiało, wpatrzone niewidzącymi już oczami w zapaskudzoną szybę. Kołatanie serca rozeszło się gwałtownie po moim wnętrznu, przyprawiając o ból głowy i sprawiając, iż nagle zapiszczało mi w uszach. Znów poczułam zalewającą mnie od wewnątrz falę gorąca, która skropliła się potem na moim czole, piersiach i pod pachami. Rozbudzona, w pełni trzeźwa i świadoma przeraziłam się niezmiernie tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Mąż zamruczał coś niewyraźnie pod nosem, a później usłyszałam, jak unosi się powoli z posłania z głośnym jękiem i trzeszczeniem starych sprężyn.
Tylko że... ja przecież nie mam męża.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.