Rozdział 2
Kolejka liczących na audiencję była długa, oplatała centrum Skrzyżowania Dróg, wiła się wzdłuż rynku i kończyła poza zasięgiem wzroku Vhalli. Krocząca z Wiatrem zastanawiała się, ile osób mógł przyjąć pan Ophain jednego dnia. Patrzyła, jak ludzie miarowo wchodzą do luksusowego hotelu z trzema dużymi okrągłymi oknami i równie miarowo go opuszczają.
Przypomniał jej się dzień, kiedy po Wojnie Kryształowych Jaskiń ojciec zabrał ją do pałacu, by zamienić miejsce w Straży Pałacowej na miejsce uczennicy dla swojej córki. Wtedy Vhalla czuła się tak samo jak ci wszyscy ludzie z pospólstwa, którzy czekali na spotkanie z Panem Zachodu - podekscytowana, pełna nadziei i urzeczona. Zsunęła się z latarni i usiadła na podwyższeniu, lekko uderzając w nie piętami.
Była teraz starsza i lepiej orientowała się w świecie. Doradcy pana Ophaina bardzo starannie przygotowywali każdą osobę. Nim ci ludzie stanęli przed obliczem wuja Aldrika, wiedział już, jaką decyzję jego rada uważała za najlepszą, i powtarzał ją, kiedy ten ktoś się wypowiedział. Przywództwo, jak dowiedziała się Vhalla, polegało na iluzjach. Ludzie byli szczęśliwi, bo mieli wrażenie, że ich głos został wysłuchany przez pana, ale ich los przypieczętowano, zanim jeszcze postawili stopę w jego komnacie.
Przybyła, by zadać pytania, ale teraz nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Oczywiście mogła po prostu wejść, a on znalazłby dla niej czas. Była Vhallą Yarl, księżną Zachodu, damą dworu Południa, bohaterką Północy i Kroczącą z Wiatrem. "Moje imię jest tak niepotrzebnie rozbudowane".
Ale gdyby to zrobiła, zwróciłaby na siebie uwagę. Zrzuciłaby pozór anonimowości, którym próbowała się otoczyć, gdy przybyła na Zachód, nie zaś na Wschód czy Południe. Poza tym na jej pytania nie było krótkich odpowiedzi, co znaczyło, że musiałaby zabrać ten czas wszystkim podekscytowanym mieszkańcom Zachodu, którzy cierpliwie czekali na swoją kolej.
Słońce przesuwało się leniwie po niebie i w końcu zmusiło Vhallę do zejścia z żerdzi, ale to nie wystarczyło, by zniechęcić zdecydowanych ludzi czekających w kolejce. Znalazła zacieniony kącik i poprawiła torbę, która zabrzęczała cicho, kiedy dziewczyna usiadła. Wyjmując notatnik, z ponurą miną spojrzała na złoto.
Odkryła, że gdy Aldrik uczynił ją damą, zapewnił jej ogromne bogactwo. Nikt nawet nie liczył, ile złota wyjmowała z Cesarskiego Banku - miała dość na dziesięć żyć. Przesuwała palcami po czarnym notatniku, w którym zapisywała wspomnienia i historie Aldrika.
"Co ty wyprawiasz?"
To pytanie regularnie do niej wracało. Zerwała kontakty ze wszystkimi, którzy zabrali ją na Północ. Przyjaźnie, które tam nawiązała, pozostawały bliskie jej sercu, ale miała tyle pieniędzy, że mogłaby wrócić na Wschód, odbudować dom rodzinny, upewnić się, że mają dość robotników do pomocy starzejącemu się ojcu przy żniwach, i nigdy nie martwić się suszą ani zarazą. Miała dość, by kupić statek i odpłynąć. Mogła się udać dokądkolwiek i zrobić cokolwiek by chciała. "Nie musisz wracać na Południe".
Vhalla wstała.
Jedynym miejscem, do którego chciała się udać, było to, w którym nie mogła już dłużej przebywać. Było to miejsce otoczone kłamstwami i oszustwami. Było to miejsce tak gorące, że w porównaniu z nim nawet upał słońca na Pustkowiu wydawał się zimny.
W upale popołudnia w Skrzyżowaniu Dróg zapanowała cisza. Nieliczni ludzie wchodzili do środka i nieliczni byli gotowi stać w kolejce na słońcu i czekać.
Świadom tego, dobrze ubrany szlachetnie urodzony wyszedł na środek placu przed hotelem i postukał laską w ziemię.
- Pan Ophain postanowił odpocząć w tym upale. Audiencje zaczną się ponownie wieczorem. - Mężczyzna znów postukał laską, ignorując niechętne mamrotanie, które rozległo się wśród tłumu. - Nie stójcie w kolejce; po waszym powrocie zastosujemy nowy system.
Vhalla patrzyła, jak ludzie niechętnie opuszczają upragnione miejsca. Zastanawiała się, ilu wróci i jak zostaną ponownie podzieleni. Wielu wyglądało na dość zniechęconych i mogła się założyć, że już nie przyjdą. Słyszała przypuszczenia, że Pan Zachodu postanowił dać sobie spokój.
Uświadomiwszy sobie, że to jej szansa, podeszła do hotelu, prześlizgnęła się obok kilku strażników i weszła po schodach. W zamieszaniu wywołanym przez ostatnich szlachetnie urodzonych nikt nie zadawał żadnych pytań. Wcisnęła się do środka, kiedy jakaś grupka wychodziła.
Potrzebowała jedynie chwili, by zorientować się, w której komnacie przebywał pan. Jego aksamitny głos odbijał się echem od ścian.
- Przepraszam. - Zatrzymała ją pracownica hotelu. - Co tu robicie?
- Przyszłam na audiencję u pana Ophaina - stwierdziła Vhalla władczym tonem, jak zrobiłaby to szlachetnie urodzona. Nie do końca to do niej pasowało.
- Właśnie prowadzi rozmowę. Powinniście wrócić później ze wszystkimi pozostałymi. - Kobieta obrzuciła ją uważnym spojrzeniem.
- Mnie będzie chciał widzieć. Jak sądzę, przewyższam pozycją mężczyznę, z którym teraz rozmawia.
- Naprawdę? - Kobieta była sceptyczna. Ale nie na tyle, by zignorować to, że gdyby te słowa były prawdą, musiałaby okazać szacunek gościowi o wyższej pozycji. - Jaki jest wasz tytuł?
- Księżna Zachodu. - Vhalla użyła tytułu, którym obdarzył ją pan Ophain.
Kobieta wahała się przez chwilę, próbując zrozumieć, skąd ktoś niepochodzący z Zachodu mógł mieć taki tytuł. Zmrużyła oczy i pochyliła się nieco, by lepiej przyjrzeć się twarzy Vhalli pod szalem. Zrobiła zaskoczoną minę.
- Musicie być... Jesteście...
- Nie mówmy o tym więcej. - Vhalla z uśmiechem uniosła dłoń. - Chciałabym prosić o audiencję.
- Oczywiście, oczywiście! - Kobieta odbiegła.
Vhalla starannie poprawiła szal. Lubiła, kiedy ludzie musieli się pochylać, żeby zobaczyć jej oczy - dzięki temu wiedziała, kiedy ktoś próbował ją rozpoznać. Jedna z niewielu zalet bycia niższą od większości ludzi. Jej dłonie znieruchomiały na szalu, kiedy z komnaty wyprowadzono majora. Vhalla zacisnęła zęby, a w jej głowie zawył wicher.
Major Schnurr słynął przede wszystkim ze swoich wąsów. Ale Vhalla znała go z innych powodów - czerpał przyjemność z dręczenia jej i bycia wyznaczonym na jej kata, gdyby Aldrik nie kupił jej wolności w zamian za zgodę na poślubienie księżniczki Północy. Major odwrócił się, a Vhalla zacisnęła wargi. Patrzyła, jak mężczyzna szerzej otwiera oczy i wygina wargi w grymasie.
Na ręce miał opaskę szkarłatu Zachodu. Wielu żołnierzy go nosiło, by pokazać, że są dumni ze swojej ojczyzny. Jednak na opasce majora wymalowano słonecznego feniksa Zachodu z mieczem w szponach. Symbol był wersją sztandaru Zachodu lubianą szczególnie przez Rycerzy Jadara.
Był to odważny pokaz i Vhalla skrzywiła się, emanując dezaprobatą. Rycerza to nie wzruszyło. Jeśli już, był rozbawiony. Na Matkę, jak to możliwe, że nie uznała Schnurra za zdrajcę na froncie i nie znalazła sposobu, żeby zabić go na Północy? "Teraz może być problemem".
- Wejść - powiedział głęboki głos.
Vhalla ostentacyjnie odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę komnaty na spotkanie z Panem Zachodu.
Papierowe parawany odsunięto na bok, ukazując nieduży ogród na wewnętrznym dziedzińcu, którego Vhalla nie miała okazji widzieć podczas poprzednich odwiedzin w tym hotelu. Podmuch wiatru przyniósł zapach róż. Niemal się potknęła, kiedy do niej dotarł. Czuła ból w klatce piersiowej i z trudem łapała oddech. Szkarłatne kwiaty z Zachodu rosły bujnie, nieświadome władzy, którą nad nią miały.
"Aldrik". Bolało ją serce.
Na tle jaskrawego ogrodu wyraźnie rysowała się ciemniejsza sylwetka mężczyzny. Pan Ophain miał na sobie kamizelę i lniane spodnie, krojem przypominające jej własne. Jego jednak uszyto ze znacznie lepszej tkaniny. Została pofarbowana, a zdobiły ją hafty, paciorki i klejnoty, układające się w skomplikowane wzory nasuwające Vhalli na myśl promienie słońca odbijające się w sadzawce pełnej lilii wodnych.
Pan Ophain odwrócił się i spojrzał na nią pytająco. To on dostarczył magiczne kajdany, w które na Północy zakuto Vhallę. Wydawało jej się mało ważne, czy wiedział, że otoczą jej nadgarstki. Pan Zachodu wyraźnie nie miał pojęcia, jak zareagować na stojącą przed nim Kroczącą z Wiatrem.
- Fiarum evantes. - Vhalla starannie wypowiedziała zachodnie powitanie. Patrzyła stanowczo, ale mówiła cicho, by przekazać swoje zamiary.
- Kotun un nox. - Ophain rozluźnił się, a na jego wargach pojawił się blady uśmiech. - Dobrze znów cię widzieć, pani Yarl.
- Mogę szczerze powiedzieć to samo, panie Ophainie. - Też się uśmiechnęła. Wspomnienie ostatniego spotkania z tym mężczyzną wzbudziło w niej mieszane, słodko-gorzkie uczucia. - Mówcie mi Vhalla.
- W takim razie muszę nalegać na to samo: Ophain wystarczy. - Jakby wyczuwając jej odruchowy sprzeciw, mówił dalej, nie dopuszczając jej do głosu: - Robisz wrażenie. Nosisz strój mojego ludu, doskonale wymawiasz słowa naszego języka. - Przyjrzał się jej z namysłem. - I zdobi cię znak mojego siostrzeńca, choć przecież słyszałem o jego zaręczynach z dziewczyną z Północy.
- Chciałabym z tobą porozmawiać. - Vhalla starała się nie rozpraszać, choć na wzmiankę o zegarku odruchowo próbowała go wymacać. "Musiał się znaleźć na szalu, kiedy bawiłam się nim w czasie oczekiwania".
- Domyślam się. - Pokiwał głową.
Drzwi się otworzyły i służąca przyniosła tacę z jedzeniem i podawaną z lodem czarną herbatą, którą tak cenili mieszkańcy Zachodu.
Vhalla przez chwilę starała się odzyskać panowanie nad sobą. Próbowała nie zatonąć w jakże znajomych, nieskończenie czarnych oczach starszego mężczyzny.
- Powinnam chyba przeprosić, że nie umówiłam się z tobą z wyprzedzeniem.
- Ty zawsze jesteś mile widziana. - Posłał jej zmęczony uśmiech, w którym kryło się tak wiele, i wskazał na jedno z krzeseł ustawionych wokół stołu z jedzeniem i napitkami.
Vhalla zajęła miejsce, zdjęła szal z głowy i znów pozwoliła, by rozproszyły ją róże.
- Nie zawsze były tak popularne. - Pan Ophain podążył za jej spojrzeniem w stronę ogrodu. - Moja siostra je kochała i zaczęła być z tego znana. Ich barwa w połączeniu z sympatią księżniczki sprawiła, że stały się symbolem Mhashanu.
- Księżniczka Fiera? - Vhalla założyła, że nie mówił o dwóch siostrach, które wciąż żyły.
Mruknął twierdząco.
- Jej ogród w Norinie jest jednym z najpiękniejszych na świecie.
- To dlatego Aldrik ma ogród różany, prawda? - szepnęła.
- Owszem. Cesarz stworzył go dla swojej żony, miał być prezentem powitalnym, kiedy księżniczka przeprowadzi się na Południe, choć ostatecznie nigdy go nie zobaczyła. - Odpowiedź pana Ophaina była niespodziewana i obszerna.
Vhalla znów skupiła się na wnętrzu komnaty i spojrzała mężczyźnie w oczy.
- Mam do ciebie kilka pytań.
- A ja do ciebie. - Sięgnął po zimną herbatę.
Upał sprawił, że szklanka zaparowała.
Vhalla poruszyła się na krześle. Nie przyszło jej do głowy, że on również mógł być ciekawy. Armia jeszcze nie wróciła z frontu, a informacje, które do niego dotarły, musiały pochodzić z opóźnionych listów i raportów pojedynczych żołnierzy wracających do domów. Nikt z nich nie mógł wiedzieć tego, co wiedziała ona.
- Chciałabym być pierwsza - powiedziała pospiesznie.
Ophain mógł zadać jej pytanie, na które nie miałaby ochoty odpowiedzieć, a przed zakończeniem spotkania chciała rozwiać wątpliwości przynajmniej w jednej kwestii.
- Nie zamierzam się spieszyć. - Gestem kazał jej mówić dalej.
Vhalla przygryzła dolną wargę, zastanawiając się, jak najbardziej elegancko podejść do swojego pytania. Wiedziała, że Aldrik uczył się od wuja, co znaczyło, że mężczyzna umiał unikać odpowiedzi, których nie chciał udzielać. A ponieważ nie był Aldrikiem, nie mogła tak po prostu zażądać, by wyznał jej całą prawdę o wszystkim, co chciała wiedzieć.
- Czy Miecz Jadara naprawdę istnieje? - To było pytanie, na które się w końcu zdecydowała.
W żadnym z manuskryptów nie udało jej się znaleźć rozstrzygającej odpowiedzi. A jeśli wierzyć legendom, Pan Zachodu nie mógł odpowiedzieć na jej pytanie, nie wspominając o Rycerzach.
Ophain odchylił się do tyłu na krześle, a na jego wargach pojawił się uśmieszek uznania.
- Chcesz się dowiedzieć o Rycerzach. - Nie wypowiedział tego jako pytania, a Vhalla nie ukrywała intencji, więc skinęła głową.
- I o mieczu.
- Dlaczego sądzisz, że o nich wiem?
- Aldrik powiedział mi, że tak jest.
Ich słowa były jak rapiery. Ostre, eleganckie i gotowe ciąć aż do kości.
- Co się wydarzyło między tobą a moim siostrzeńcem?
Vhalla wiedziała, że to pytanie się pojawi, ale nie mogła powstrzymać ciężkiego westchnienia.
- Powiedz mi najpierw, czy miecz naprawdę istnieje.
- Tak - przyznał w końcu mężczyzna.
Jej świat zastygł w miejscu. Tej odpowiedzi się nie spodziewała.
- Czy Rycerze go mają?
- Być może - odparł niejasno i mówił dalej, zanim zdążyła się odezwać: - Ty i Aldrik?
Sięgnęła po ciemną zachodnią herbatę, której zbytnio nie lubiła, i pozwoliła, by jej gorycz zmyła ból wspomnień Aldrika. Żałowała, że nie dolano do niej czegoś mocniejszego.
- Oddał swoją wolność za moją - szepnęła. - On był lekkomyślnym głupcem, a ja dziewczynką, którą kierowano jak marionetką. Ogień płonął za jasno, a my tego nie dostrzegaliśmy, aż pochłonął wszystko. - Bawiła się lodowatą szklanką.
- Martwiłem się o niego - zaczął Ophain. - Nieliczne listy, które otrzymałem, kazały mi się niepokoić o stan jego umysłu. Raporty mojej wnuczki przez jakiś czas nie dawały wielkiej nadziei.
- Przez jakiś czas? - Vhalli nie zaskoczyło, że Elecia i Ophain wymieniali listy. Jak zakładała, znaczyło to, że Elecia czuje się dobrze. Ta myśl napełniła ją szczerą ulgą.
- Słyszałem, że zrezygnował z trunku. A raczej wciąż nad tym pracuje. - Mężczyzna pociągnął łyk herbaty, pozwalając, by ta informacja dotarła do Vhalli. - Kiedy już przetrwał tygodnie dreszczy, potów i ogólnej słabości, zaczął aktywniej dowodzić swoimi ludźmi. Odnosi się do wszystkiego z większym opanowaniem.
Vhalla zaśmiała się z goryczą.
- Czyli nasze rozstanie było najlepszym, co mogło mu się przydarzyć.
- Nie, tym jest miłość do ciebie. - Ophain uciszył ją tymi słowami. Użył czasu teraźniejszego. "Jest", nie "była".
- Powiedziałeś, że Rycerze mają miecz. - Znów skierowała rozmowę na bezpieczniejsze tematy.
- Powiedziałem: "być może" - powtórzył Ophain.
Zmarszczyła czoło.
- "Być może" mają?
- Nie powinnaś się tym przejmować. - On też zmarszczył czoło.
- Ophainie...
- Staram się zapanować nad szaleńcami w rodzaju Rycerzy, by moi poddani i szlachetni goście Zachodu tacy jak ty nie musieli się martwić.
- Nie wiem, dlaczego sądzisz, że utrzymywanie tego w tajemnicy przede mną może mnie ochronić, ale się mylisz, panie. - Vhalla ostrożnie odstawiła herbatę na stół i się wyprostowała. Wypowiadała słowa powoli, jak robiłaby to szlachetnie urodzona. - Rycerze zainteresowali się mną i nie spodziewam się, by w przyszłości zostawili mnie w spokoju. Ukrywanie przede mną prawdy nie obróci się na moją korzyść.
- Będziesz się tym zajmować niezależnie od tego, co ci powiem?
- Owszem.
Westchnął ciężko i pogłaskał się po zaroście.
- Dobrze. Wbrew legendom miecz nie został stworzony przez króla Jadara. Król jedynie go znalazł.
Vhalla nieświadomie nachyliła się w stronę Ophaina.
- Miał tak wielką obsesję na punkcie jego mocy, że był gotów zrobić wszystko, by stworzyć więcej podobnej broni, wyposażyć w nią armię, wykorzystać ją do podbicia świata. Przez to dążenie popadł w obłęd. Syn, który zasiadł po nim na tronie, polecił bratu ukryć miecz, który doprowadził ich ojca do szaleństwa. Ale brat w tajemnicy zachował go dla Rycerzy Jadara. - Pan Zachodu zawahał się, wyraźnie rozważając dalsze słowa. - Pozostał pod opieką rodu Ci'Danów w rękach Rycerzy Jadara aż do końca wojny na Zachodzie... i wtedy zaginął.
- Czyli Rycerze mogą go mieć? - Vhalla wiedziała, że czegoś jej nie mówił.
- Możliwe, ale szczerze w to wątpię - odparł tajemniczo. - Bardziej prawdopodobne, że zaginął.
- Jak możesz być tego pewien?
- Gdyby ktoś miał go w swoich rękach, już dawno zostałby skażony, więc nie mam powodu się przejmować - stwierdził stanowczo.
Spojrzała na niego wstrząśnięta.
- To była kryształowa broń. - Westchnęła.
Miało to okrutny sens. Skażenie kryształem w połączeniu z pokusą mocy mogło doprowadzić człowieka do ludobójstwa.
- Wiesz o istnieniu kryształowych broni? - Mężczyzna bacznie jej się przyglądał.
Vhalla pokiwała głową, nagle poczuła się niepewnie, widząc błysk w oczach Ophaina. Nie był niebezpieczny, raczej ostrożny i pełen strachu.
- Aldrik wie, że ty wiesz?
- Nie uwierzyłby, gdybym mu powiedziała. - Poczuła ukłucie niepokoju na myśl o tym, dokąd mogły zaprowadzić ją poszukiwania.
Pan Ophain wstał i założył ręce za plecami. "Gest typowy dla Aldrika". Podszedł do parawanów i rozejrzał się po ogrodzie. Vhalla milczała do momentu, gdy znów się odezwał.
- Muszę się zgodzić, że wyciąganie cieni z przeszłości mojego siostrzeńca nie przyniesie wielkich korzyści. W końcu nie pozostała już żadna kryształowa broń, którą powinniśmy się przejmować.
Vhalla przez dłuższą chwilę rozważała swoje następne słowa.
- Czy Rycerze szukaliby broni, gdyby wierzyli, że istnieje?
- Nieustępliwie. - Odwrócił się. - Podobnie jak szukają cię teraz, licząc, że dzięki twoim czarom stworzą większą moc.
- Major Schnurr...
- Przyszedł do mnie, by spytać o ciebie. - Pan Ophain zmarszczył czoło. - Świat pyta, gdzie jesteś.
- Nie muszą wiedzieć.
- Dowiedzą się. Rycerze robią się coraz zuchwalsi, co z pewnością dostrzegłaś. - Starszy mężczyzna wrócił do niej i patrzył na nią, jakby była dzieckiem, a on zatroskanym rodzicem. - Za kilka dni armia dotrze do Skrzyżowania Dróg. Kiedy to nastąpi, zostanie zorganizowana uroczystość na cześć mojego siostrzeńca. Przybędą na nią wszyscy szlachetnie urodzeni z Zachodu i Aldrik też będzie musiał w niej uczestniczyć.
Serce Vhalli zabiło szybciej.
- Musisz tam być - zażądał. - Porozmawiaj z nim. Wykorzysta tytuł, by zapewnić ci ochronę, jakiej nie da ci nikt inny. Wróć z nim na Południe.
- Nie! - Poderwała się na równe nogi i choć była o głowę niższa, jakimś sposobem udało jej się spojrzeć na Ophaina z góry. - Nie potrzebuję jego ochrony. Sama się obronię.
- Mówisz głupoty.
- Nie bardziej niż ty - odparła ostro.
Starszy mężczyzna aż się cofnął, wyraźnie nieprzyzwyczajony do takiej zuchwałości.
- Jego ochrona ma cenę, na którą nie jestem gotowa.
"W moim sercu nic już nie pozostało dla niego".
- Vhallo, próbuję ci tylko pomóc. - Na twarzy Ophaina malował się smutek. - Tobie i jemu.
- Nam już nic nie pomoże. - Złożyła krótki ukłon. - Dziękuję za czas, który mi dziś poświęciłeś, i za odpowiedzi.
- Zaczekaj.
Zatrzymała się sztywno.
Pan Ophain przeszedł przez komnatę i stanął przed nią, przy samych drzwiach. Powoli sięgnął po jej szal i znów owinął nim jej głowę. Niemal ojcowski dotyk nieco złagodził cierpienie w jej sercu.
- Przynajmniej się ukrywaj. Bądź ostrożna i na Matkę, uważaj, co robisz.
Pokiwała głową.
- A jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy, przybądź do Norinu. Moja ochrona nie ma ceny. Choć zbyt wiele nie poradzę na Rycerzy, są sporą uciążliwością, nawet dla mnie.
Skrzywiła się, ale spróbowała zmienić gorycz w uśmiech. Jego ochrona miała tę samą cenę co ochrona Aldrika. Przyjęcie jej oznaczałoby przyjęcie jego rodziny. Zaprosiłoby Aldrika do jej świata. Sprawiłoby, że nieuchronnie znów pociągnąłby ją na swoją orbitę i zderzyliby się ze sobą jak gasnące gwiazdy. Nie była na to gotowa.
- Dziękuję - powiedziała i wyszła.
Wracając do księgarni, szła z pochyloną głową, a torba jej ciążyła. Bawiła się zegarkiem na szyi, czuła jego ciepło na dłoni. Po drodze zatrzymała się, by kupić nowe ubranie. Musiała się pozbyć tego, które miała na sobie. Major Schnurr ją w nim widział i nie wątpiła, że dobrze je zapamiętał.
Po raz setny w ciągu ostatnich tygodni Vhalla pomyślała o powrocie do domu. Powlokła się w górę schodów, a Gianna pozostała na swoim miejscu w sklepie i nie próbowała skłonić dziewczyny, by ją zastąpiła. "Ale jeśli wrócę na Wschód, tam też mnie odnajdą".
Dopóki była Kroczącą z Wiatrem, dopóki ludzie wiedzieli, że można ją wykorzystać dla osiągnięcia ich celów, nigdy nie będzie wolna. Vhalla uklękła obok łóżka i przejrzała stertę wciśniętych pod nie ubrań. Jej palce spoczęły na szorstkiej bawełnie ukrywającej coś twardego.
Wyciągnęła ją i wpatrzyła się w znajomy pakunek. Przypomniała sobie, jak Daniel zdjął koszulę, by pomóc jej ukryć broń. Dystans pozwolił jej lepiej zrozumieć swoje serce i doszła do wniosku, że nie lubi kobiety, którą widziała, kiedy wspominała swoje kontakty z żołnierzem. Nie podobało jej się, że tak na nim polegała i że wykorzystywała jego gotowość do bezwarunkowego wsparcia.
Ale jasność umysłu w chwili obecnej nie była lekiem na chaos w przeszłości. A w ostatecznym rozliczeniu jedno pozostało prawdą - był kimś, kogo ceniła w swoim życiu. "Zrozumiał, kiedy odeszłam". Świadczył o tym wyraz jego twarzy, kiedy się rozstawali. A jeśli będzie miała szczęście, gdy spotkają się ponownie, pozostanie jej przyjacielem, a wojna i poczucie straty nie będą ich od siebie odpychać.
Z szacunkiem rozwinęła materiał i odłożyła go na bok. Topór wykuto z jednego odłamka skały, w blasku zachodzącego słońca migotał jak kosmos pod wodą. Vhalla wiedziała teraz, że mógł to być ostatni z legendarnych i tajemniczych egzemplarzy kryształowej broni - o ile Rycerze nie mieli jeszcze jednego z nich. Powiedziano jej, że miał moc rozrąbać duszę.
Uniosła topór, czując jego ciężar. Przepełniła ją moc wsączająca się w jej kości. Nie chciała, by przecinał dusze. Wystarczyło, by przeciął cienie, które groziły, że pochłoną ją w całości. Powalił tych, którzy próbowali ją wykorzystać. Odciął przytłaczającą ciemność próbującą ją pogrzebać, by mogła walczyć o nowy świt.