Wściekłe psy (Tom 2). Dziewięć. Wściekłe psy - Mieczysław Gorzka

Kup ebooka

42.90 zł
36.47 zł (30,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

8

Poli­cja poszu­ki­wała gwał­ci­ciela już od kilku lat. Na razie bez­sku­tecz­nie. Nie­re­gu­lar­nie dwa, trzy razy w roku poja­wiał się zni­kąd, napa­dał na samotne kobiety, bił je i bru­tal­nie gwał­cił. Zawsze mię­dzy godziną trze­cią w nocy a piątą rano. W porze, kiedy jedna część mia­sta jesz­cze się nie obu­dziła, a druga wła­śnie kła­dła się spać. To był naj­spo­koj­niej­szy okres w ciągu doby - nie­wiele aut na uli­cach, komu­ni­ka­cja miej­ska kur­su­jąca bar­dzo rzadko, brak ludzi na chod­ni­kach, puste parki.

Przy­lgnęła do niego ksywa Duch, ponie­waż poja­wiał się jak duch i jak duch roz­pły­wał się w powie­trzu. Sie­dem­na­ście gwał­tów i pobić. Nie­stety, jedno sprzed dwóch lat ze skut­kiem śmier­tel­nym. Mimo pustek na uli­cach cza­sem uda­wało mu się wyśle­dzić samotną kobietę, która aku­rat prze­mie­rzała ulice w wyjąt­kowo nie­uczęsz­cza­nych miej­scach mia­sta bądź pró­bo­wała skró­cić sobie drogę do domu przez ciemny park lub poro­śnięty drze­wami i krze­wami skwer.

- Od dwu­dzie­stu lat pra­cuję tylko nocą - mówił pie­lę­gniarz, gip­su­jąc Zakrzew­skiemu rękę. - Żona ode mnie ode­szła, zabrała córkę, zosta­łem w domu sam, więc co za róż­nica, czy pra­cuję w nocy, czy w dzień?

- To jed­nak tro­chę uciąż­liwe - mruk­nął Zakrzew­ski, obser­wu­jąc go spod przy­mknię­tych powiek.

- Kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia - zaśmiał się pie­lę­gniarz. - Zresztą, czy coś tracę? Moim zda­niem świat nocą jest o wiele pięk­niej­szy niż w dzień. Wie pan, nie zawsze jest taki ruch jak dzi­siaj, cza­sem wcze­śniej wycho­dzę, cza­sem zamie­niamy się na dyżu­rach z kolegą.

Akta Ducha puchły z roku na rok, a poli­cja drep­tała w miej­scu. Żad­nych świad­ków. Zakra­dał się i ata­ko­wał kobiety zawsze od tyłu. Ude­rze­nie twar­dym narzę­dziem w tył głowy pozba­wiało ofiary przy­tom­no­ści. Potem zacią­gał je w krzaki, z dala od ście­żek, i gwał­cił. Cza­sem w trak­cie gwałtu ofiary odzy­ski­wały przy­tom­ność. Wtedy je pod­du­szał albo bił pię­ściami, aż prze­sta­wały sta­wiać opór.

23 grud­nia 2014 roku Iza­bela Rycka wra­cała do domu z imprezy u kole­żanki. Nie miała daleko. Wystar­czyło przejść przez park z ulicy Koza­now­skiej na Lot­ni­czą przy cen­trum han­dlo­wym Astra. Było około czwar­tej trzy­dzie­ści, Rycka miała we krwi ponad pro­mil alko­holu. Duch napadł ją w środku parku. Musiał popeł­nić jakiś błąd, ponie­waż ude­rze­nie w głowę nie było mocne. Doszło do sza­mo­ta­niny i Duch udu­sił Rycką jej wła­snym sza­li­kiem. Dopiero potem zgwał­cił. Lekarz pato­log napi­sał w rapor­cie, że praw­do­po­dob­nie zgwał­cił ją dwu­krot­nie w nie­wiel­kim odstę­pie czasu. Czy wie­dział, że ją zamor­do­wał? Pew­nie tak. Czy dla­tego zro­bił to dwa razy? Świa­do­mość, że ofiara nie żyje, spo­wo­do­wała więk­sze niż zwy­kle pod­nie­ce­nie? Nie­wy­klu­czone.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

1

Posta­no­wił, że już ni­gdy wię­cej.

Po ostat­nim razie czuł do sie­bie tylko obrzy­dze­nie. Nie poma­gały alko­hol, pro­chy, nie poma­gało szo­ro­wa­nie skóry do krwi pod gorą­cym prysz­ni­cem, sen nie przy­no­sił ulgi, dra­koń­ska pokuta nie zbli­żyła go ani o mili­metr do Boga. To był kosz­mar, który trwał przez wiele tygo­dni. Na ulicę wycho­dził dopiero po zmroku, ponie­waż bał się, że ktoś zoba­czy czer­wone plamy krwi na jego skó­rze. Oczy­wi­ście żad­nych plam już nie było, nie mógł jed­nak pozbyć się nie­po­koju. Prze­ga­pił moment, w któ­rym pod­nie­ce­nie zmie­niło się w ból, roz­kosz w psy­chiczną udrękę, a eks­taza w cier­pie­nie. Nie zostało nic, prócz poczu­cia zbru­ka­nia, obrzy­dze­nia do samego sie­bie i wście­kło­ści.

Wtedy posta­no­wił, że już ni­gdy wię­cej tego nie zrobi. I danego sobie słowa dotrzy­mał. Nie tylko sobie. To była rów­nież obiet­nica wobec Naj­wyż­szego. Wobec Stwo­rzy­ciela naj­więk­szego dobra we wszech­świe­cie - życia. A on prze­cież wie­lo­krot­nie wystę­po­wał prze­ciw Bogu, wystę­pu­jąc prze­ciw życiu. Nisz­cząc je, plu­ga­wiąc i odbie­ra­jąc je nie­win­nym, nie­świa­do­mym niczego isto­tom. Pew­nie dla­tego Bóg go uka­rał, zmie­nia­jąc dawną roz­kosz i pod­nie­ce­nie w cuch­nące cier­pie­nie i ska­zu­jąc go na pie­kło wyrzu­tów sumie­nia. To była kara za grzech. Za grzech osta­teczny i nie­wy­ba­czalny. Grzech prze­ciw życiu.

Dłu­gie dnie spę­dzał na stu­dio­wa­niu Pisma Świę­tego i nagle dostą­pił obja­wie­nia. Kątem oka zoba­czył nad­la­tu­jący z nieba pro­mień świa­tła. Zanim zdą­żył zare­ago­wać, pro­mień ude­rzył go w skroń i pozba­wił świa­do­mo­ści. Długo leżał na pod­ło­dze pod fote­lem. Czy to była boska kara? Czy w ten spo­sób Bóg nazna­czył go pięt­nem mor­dercy? Wiel­kim czer­wo­nym zna­mie­niem na skroni, ozna­cza­ją­cym napięt­no­wa­nego i wygna­nego do kra­iny cier­pie­nia? Usiadł, opie­ra­jąc się ple­cami o nogę od stołu, i dokład­nie obma­cał skroń. Nie, żad­nego zna­mie­nia nie było. To nie była kara. To było obja­wie­nie. Nic nie jest osta­teczne. Nie ma nie­wy­ba­czal­nych grze­chów. Nawet naj­za­twar­dzialsi grzesz­nicy mogą jesz­cze zyskać szansę na zba­wie­nie. Trzeba tylko żało­wać za grze­chy i przy­jąć z pokorą wyzna­czoną pokutę.

On przy­jął pokutę w pełni świa­domy, że nie będzie dru­giej szansy. Tylko ta jedna i osta­tecz­nie ostat­nia. Uspo­koił się. Cier­pie­nie, a przede wszyst­kim nie­okieł­znane pożą­da­nie, które dotąd pchało go do tych wszyst­kich strasz­li­wych czy­nów, gdzieś znik­nęło. Musiał tylko dużo się modlić, czy­tać Biblię i uczęsz­czać do kościoła na msze.

Nagle poczuł się cudow­nie. Jakby naro­dził się na nowo wolny i nie­ska­lany. Biała i nie­ska­żona grze­chem dusza. Tak było przez kilka lat.

I nie­ocze­ki­wa­nie wszystko się roz­sy­pało.

Pamię­tał, kiedy to się stało. Kilka dni wcze­śniej otrzy­mał wia­do­mość i następ­nego ranka obu­dził się póź­niej niż zwy­kle. Od razu poczuł, że destruk­cyjne, nisz­czące wszystko na swo­jej dro­dze pożą­da­nie powró­ciło w zwie­lo­krot­nio­nej for­mie. Bóg się od niego odwró­cił, a jego miej­sce zajął dia­beł z samego dna pie­kiel­nych cze­lu­ści. Nie mógł się opa­no­wać. Zro­zu­miał, że okres uko­je­nia był tylko żar­tem Boga. Czę­ścią nie­unik­nio­nej kary za prze­szłe grze­chy. Kosz­marną drwiną istoty wszech­mo­gą­cej ze sła­bego czło­wieka. Skoń­czyła się, kiedy on poczuł się wolny i roz­grze­szony. Kara mniej­sza - drwina z grzesz­nika. Teraz czas na karę więk­szą. Osta­teczne cier­pie­nie i potę­pie­nie. Upa­dek.

Po następ­nych kilku dniach walki z samym sobą poje­chał do naj­bliż­szego mar­ketu budow­la­nego po farbę. Kupił dwie puszki anty­ko­ro­zyj­nej i dwie srebr­nej farby do metalu. Trzeba było napra­wić kratę. Przez ostat­nie lata w piw­nicy pokryła się war­stwą rdzy i nie nada­wała się do uży­cia. Malo­wał cały dzień z bole­sną erek­cją w spodniach. Bał się nawet, że naczy­nia krwio­no­śne popę­kają i wykrwawi się w kilka minut. Nic takiego nie nastą­piło. Potem zaczął się zasta­na­wiać. Nie uży­wał piw­nicy przez ostat­nie lata. Budy­nek przez ten czas się zesta­rzał, do pomiesz­cze­nia wkra­dała się wil­goć. Następ­nego dnia kupił kilka grzej­ni­ków dmu­cha­ją­cych cie­płym powie­trzem. Od tej pory pra­co­wały przez cały czas. Może nie osu­szyły pomiesz­cze­nia, ale na pewno zapew­niały cie­pło.

Dwa dni przed pod­jął ostat­nią próbę. Nie liczył na powo­dze­nie, cią­gle jed­nak wie­rzył w boskie miło­sier­dzie. I choć w ostat­nim cza­sie prze­stał myśleć o Bogu jako o isto­cie miło­sier­nej i skłon­nej prze­ba­czać, posta­no­wił dać mu ostat­nią szansę. Poszedł do kościoła.

Kil­ka­na­ście minut pie­chotą przez las, potem przez park, i zna­lazł się przed małym wiej­skim kościół­kiem, ogro­dzo­nym niskim murem i oto­czo­nym kil­ku­na­stoma sta­rymi nagrob­kami zasłu­żo­nych oby­wa­teli i księży pra­cu­ją­cych daw­niej w para­fii. Zapadł już zmrok, było zimno, nad leśnymi dro­gami wisiała lodo­wata mgła. Kwie­cień ple­cień, bo prze­plata. Teraz aku­rat przy­po­mniał sobie o zimie.

Wszedł przez bramę i zatrzy­mał się. Poczuł na sobie czyjś wzrok. Jakaś masywna postać patrzyła na niego z pogardą ze szczytu kościel­nej wieży. Znowu poczuł się zbru­kany. Odru­chowo opu­ścił głowę i chciał się wyco­fać. Wtedy zapro­te­sto­wał dia­beł, który już na dobre roz­go­ścił się w jego duszy. Nie może oka­zać sła­bo­ści. Musi sta­wić czoło temu zdrajcy, który mamił go lep­szym życiem, a teraz porzu­cił.

Pocze­kał, aż ludzie wyjdą z wie­czor­nego nabo­żeń­stwa, po czym nacią­gnął czapkę z dasz­kiem bar­dziej na oczy, na głowę zarzu­cił kap­tur bluzy i wszedł do środka. W noz­drza ude­rzył go zapach świec, kadzi­dła, stę­chli­zny i cze­goś jesz­cze. To był bli­żej nie­spre­cy­zo­wany zapach, wyczu­walny w każ­dym sta­rym kościele. Poczuł mdło­ści, ślina napły­nęła mu do ust. Może to był zapach odstra­sza­jący takich potę­pień­ców jak on? Osób opę­ta­nych przez zło, pod­da­nych woli dia­bła i wyko­nu­ją­cych posłusz­nie wszyst­kie jego roz­kazy.

- I tak wejdę! - powie­dział może odro­binę zbyt gło­śno i spoj­rzał pro­sto w taber­na­ku­lum.

Jego głos roz­szedł się echem po pustym wnę­trzu. Główne świa­tła były zga­szone. Tylko w dwóch bocz­nych nawach świe­ciły się elek­tryczne świece, z zakry­stii sły­chać było przy­ci­szone roz­mowy. Pew­nie ksiądz się jesz­cze prze­bie­rał i poma­gali mu mini­stranci.

Postą­pił dwa kroki i stchó­rzył. Zamiast przed głów­nym ołta­rzem sta­nął przed boczną nawą, gdzie wisiała figura przy­bita do krzyża. Spod pół­przy­mknię­tych powiek patrzył na niego cier­piący czło­wiek, na czole miał krew z ran od cier­nio­wej korony, z prze­bi­tego boku wypły­wały krew i woda.

Odwa­żył się i spoj­rzał mu w oczy.

- Podobno cier­pia­łeś przez ludz­kie grze­chy - szep­nął. - Dla­czego w takim razie pozwa­lasz, żebym ja też tak cier­piał? Dla­czego mnie opu­ści­łeś, kiedy ja teraz naj­bar­dziej cie­bie potrze­buję? Nie widzisz tego? Ja już ule­głem poku­som. Pomóż mi, bo sta­nie się coś strasz­nego i nie­od­wra­cal­nego.

Mie­rzyli się wzro­kiem, lecz figura pozo­stała tylko figurą. Kawał­kiem mar­twego drewna, któ­remu nie­znany rzeź­biarz nadał formę. Nic wię­cej.

Nagle poczuł zbie­ra­jącą w nim wście­kłość.

- Cie­bie nie ma - wysy­czał przez ści­śnięte gar­dło. - Umar­łeś na tym krzyżu. Nie było żad­nego zmar­twych­wsta­nia, nie ma żad­nego życia wiecz­nego. To wszystko kłam­stwo. Twoje ciało zgniło w gro­bie. To póź­niej ubrano cię w boskie szaty, ale prawda jest bar­dziej przy­ziemna. Nie ma Boga, jest tylko czło­wiek.

Zaśmiał się, jakby nagle odkrył coś bar­dzo waż­nego. Jed­no­cze­śnie poczuł pod­nie­ce­nie, które natych­miast zmie­niło się w potężną erek­cję. Nie­świa­do­mie zaczął maso­wać sobie przez spodnie główkę penisa. Na jego twa­rzy wykwi­tał coraz bar­dziej demo­niczny uśmiech.

- To tylko oszu­stwo - śmiał się pod nosem. - Kłam­stwo powta­rzane przez poko­le­nia dla wła­dzy, przy­wi­le­jów i bogac­twa. Kasta kapła­nów rzą­dzi świa­tem. Tak było we wszyst­kich sta­ro­żyt­nych kul­tu­rach, tak jest i teraz. Ludzie pozo­stają zawsze tacy sami, żądni wła­dzy i pie­nię­dzy.

Znowu zaniósł się śmie­chem. Wło­żył sobie rękę w spodnie i ona­ni­zo­wał się jaw­nie, patrząc w oczy ukrzy­żo­wa­nego.

- I co mi teraz zro­bisz? - zakpił. - Porazi mnie bły­ska­wica, roz­stąpi się zie­mia, dopadną mnie jakieś kurew­sko męczące plagi? Gówno możesz!

Drgnął, kiedy nad­szedł orgazm. Przy­mknął oczy i skrzy­wił się. Ból znowu był więk­szy od roz­ko­szy.

- Co pan tu robi!?

Zajęty ubli­ża­niem Bogu nie zauwa­żył, kiedy nad­szedł ksiądz. Teraz stał i patrzył na niego sze­roko otwar­tymi oczami, w któ­rych wyraź­nie malo­wało się prze­ra­że­nie.

Nie zasta­na­wiał się ani sekundy. Sko­czył do duchow­nego i dwoma cio­sami w splot sło­neczny i w twarz powa­lił go na posadzkę. Ksiądz runął bez­wład­nie jak worek ziem­nia­ków, zale­wa­jąc się krwią.

On nie cze­kał, co będzie dalej. Wybiegł z kościoła i tą samą drogą ruszył bie­giem do domu.

Teraz wie­dział, że już nic go nie powstrzyma.

Rozdział 2

2

Wystar­czyła chwila nie­uwagi i stra­cił czuj­ność.

Cała eufo­ria po zna­ko­mi­tym, jego zda­niem, wywia­dzie, prze­pro­wa­dzo­nym przez sym­pa­tyczną i wyjąt­kowo ładną panią redak­tor, która naj­wy­raź­niej w świe­cie flir­to­wała z nim poza anteną, ulot­niła się jak gaz z nie­szczel­nej butli. Wolne miej­sce po tym cudow­nym uczu­ciu stop­niowo zaj­mo­wały wście­kłość i strach. Cho­lerny stary dziad, który śli­nił się na widok pięk­nej kobiety i natych­miast stra­cił rozum. Niech to szlag trafi!

Kiedy wyszedł z budynku Pol­skiego Radia Kato­wice, nie zauwa­żył niczego nie­po­ko­ją­cego. Tylko czy zwra­cał uwagę na to, co dzieje się wokoło? Raczej nie. Zbiegł szybko po scho­dach. Pogoda była fatalna, wzdłuż ulicy Ligo­nia bie­gły głę­bo­kie, wypeł­nione wodą wykopy, przy­go­to­wane pod nowe rury kana­li­za­cyjne. Prze­sko­czył kładkę nad wyko­pem, prze­szedł na drugą stronę ulicy i ruszył wolno chod­ni­kiem wzdłuż ulicy Kró­lo­wej Jadwigi, z rękami wci­śnię­tymi głę­boko w kie­sze­nie kurtki. Było chłodno, wiał zimny wiatr, nio­sąc ze sobą dro­binki desz­czu. Słońce już zaszło, a chmury wisiały nisko, spo­wi­ja­jąc mia­sto pogrze­bo­wym cału­nem. Był jed­nak w wystar­cza­jąco dobrym humo­rze, żeby nie zwra­cać uwagi na takie szcze­góły. Ktoś napi­sał sprayem na budynku: Gór­ni­czy Klub Spor­towy Kato­wice. Napis przy­po­mniał mu dawne dobre czasy. Był wiel­kim kibi­cem Gieksy, zanim afery strą­ciły ją na samo dno. Teraz nawet nie orien­to­wał się, w któ­rej lidze gra.

Usły­szał, jak jakieś auto przy­ha­mo­wuje za jego ple­cami. Powi­nien był się obej­rzeć, ale tego nie zro­bił. Trza­snęły drzwiczki, usły­szał kroki, samo­chód ruszył i zrów­nał się z nim. Adam Mar­kie­wicz rzu­cił na niego okiem i się prze­stra­szył. Czarne porsche cay­enne z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Znał bar­dzo dobrze to auto. Zatrzy­mał się, żeby oce­nić szanse na unik­nię­cie przy­krego spo­tka­nia, gdy nagle poczuł twardą dłoń na swoim ramie­niu.

- Szef prosi pana na roz­mowę - szep­nął mu do ucha nie­zbyt życz­liwy głos.

Pochy­lał się nad nim łysy mię­śniak, któ­rego na mie­ście nazy­wali Gruby. Ksywka nie­ade­kwatna do wyglądu. Co prawda był wielki, ale nie było na nim ani grama tłusz­czu. Takiego zapro­sze­nia nie można było zigno­ro­wać. Mar­kie­wicz potul­nie poszedł w kie­runku porsche. Tylne drzwi się otwo­rzyły, Gruby pra­wie wepchnął go do środka i wsiadł za nim. Auto ruszyło z piskiem opon i zaraz skrę­ciło w Jagiel­loń­ską w kie­runku placu Bole­sława Chro­brego.

Adam sie­dział na tyl­nej kana­pie pomię­dzy Gru­bym a innym mię­śnia­kiem, któ­rego nazy­wali Miluś. Może przy­po­mi­nał smoka, ale na pewno nie tak sym­pa­tycz­nego jak ten z komik­sów o Kajku i Koko­szu. Kamil Małecki odwró­cił się do niego z sie­dze­nia pasa­żera i na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, który tylko w osta­tecz­no­ści można było nazwać uśmie­chem.

- Pan detek­tyw Mar­kie­wicz, miło mi cię w końcu zoba­czyć - powie­dział, uda­jąc wylew­ność. - Ostat­nio chyba mnie tro­chę uni­ka­łeś, nie­praw­daż?

Adam z tru­dem prze­łknął ślinę. Skoro szef naj­więk­szej grupy prze­stęp­czej na Gór­nym Ślą­sku oso­bi­ście pofa­ty­go­wał się, żeby z nim poroz­ma­wiać, nie było dobrze. Strach już cał­ko­wi­cie zastą­pił w jego duszy eufo­rię. Bał­wan - zga­nił się w myślach - sam jesteś sobie winien.

- Cześć, Kamil - powie­dział, z tru­dem prze­zwy­cię­ża­jąc suchość w ustach. - Jakoś tak się ostat­nio nie skła­dało. Wiesz, dużo obo­wiąz­ków...

Małecki patrzył na niego z kamienną twa­rzą, z któ­rej nie­wiele można było wyczy­tać.

- Taaaak - mruk­nął prze­cią­gle. - Każdy ma dużo obo­wiąz­ków. Ja też mam dużo obo­wiąz­ków, Gruby ma, Miluś ma, i nawet Rudy. - Wska­zał pal­cem na kie­rowcę. - Rudy też, kurwa, ma jakieś obo­wiązki, nie­praw­daż?

- Tak, sze­fie - przy­tak­nęli jak na komendę goryle.

Mar­kie­wicz kątem oka obser­wo­wał, dokąd jadą. Prze­jeż­dżali aku­rat pod wia­duk­tem kole­jo­wym na Fran­cu­skiej. Miał tylko nadzieję, że nie jadą za mia­sto. Już pra­wie widział sie­bie w sce­nie jak z prze­cięt­nego filmu o gang­ste­rach. Śro­dek lasu, szpa­del, dół i pisto­let wyce­lo­wany w jego głowę. Z tru­dem otrzą­snął się z tej wizji. Nie, jesz­cze nie teraz.

- Obo­wiązki obo­wiąz­kami, ale od czasu do czasu trzeba zna­leźć chwilkę, żeby spo­tkać się ze zna­jo­mymi, nie­praw­daż? - kon­ty­nu­ował Małecki. - Mam nadzieję, że nie zaczą­łeś mnie uni­kać. Co, Adam?

Mar­kie­wicz szybko pokrę­cił głową.

- Jeśli tak to ode­bra­łeś, prze­pra­szam - rzu­cił szybko. - Naprawdę nie chcia­łem, żebyś tak myślał. Taki mamy cho­lerny wyścig szczu­rów. Brak czasu.

Kamil Małecki patrzył na niego z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy.

- Tak - ode­zwał się wresz­cie. - Trudno nie przy­znać ci racji. Dla­tego jak tylko usły­sze­li­śmy w radiu, że masz wywiad, posta­no­wi­łem z tobą poga­dać. Byli­śmy bli­sko, nie­praw­daż?

Zer­k­nął na goryli, któ­rzy natych­miast gor­li­wie poki­wali gło­wami.

- Z wielką uwagą słu­cha­li­śmy tego, co masz do powie­dze­nia - mówił dalej Małecki. - Zawsze cię podzi­wia­łem, Adam, jak ty świet­nie wypa­dasz w mediach. Jesteś takie zwie­rzę medialne, pra­wie jak Woje­wódzki. Nie dzi­wię się, że redak­to­rzy tak lubią zapra­szać cię do swo­ich pro­gra­mów. Teraz też wypa­dłeś bar­dzo dobrze. A jak tam piękna pani redak­tor - jak ona ma na nazwi­sko? Kry­nicka! Flir­to­wała z tobą, nie­praw­daż?

Mar­kie­wicz poczuł nagle, że robi mu się nie­do­brze. Ty stary dur­niu - jęk­nął w duchu. Cie­szy­łeś się, że ona robi do cie­bie maślane oczy.

- Wiesz, mia­łem ostat­nio chwile sła­bo­ści i pomy­śla­łem sobie, że mnie uni­kasz, ponie­waż nie masz z czego oddać długu. - Małecki zro­bił pauzę, uważ­nie wpa­tru­jąc się w twarz Mar­kie­wi­cza. - W końcu czte­ry­sta tysięcy to nie jest mała kwota.

- Trzy­sta trzy­dzie­ści - popra­wił go machi­nal­nie.

- Adam, czy ty uwa­żasz mnie za naiw­niaka, czy sam takiego zgry­wasz? Uma­wia­li­śmy się na pro­cent. Ja nie jestem insty­tu­cją cha­ry­ta­tywną, poży­czam, ponie­waż chcę na tym zaro­bić.

Adam zro­bił się czer­wony na twa­rzy.

- Ale aż tyle? - jęk­nął. - Uma­wia­li­śmy się na nie­wielki pro­cent.

- To prawda. Gdy­byś spła­cił mnie w ter­mi­nie, nie wziął­bym dużo, może tyle co w banku. Tylko że ja nie jestem ban­kiem. Gdy­bym miał te pie­nią­dze, mógł­bym zain­we­sto­wać je w bar­dzo intratną trans­ak­cję. Tyle bym wła­śnie na niej zaro­bił. Nie zain­we­sto­wa­łem, więc ocze­kuję, że pokry­jesz mi straty. To chyba uczciwe, nie­praw­daż?

W aucie zapa­no­wała nagle pełna napię­cia cisza. Mar­kie­wicz prze­łknął gło­śno ślinę i zer­k­nął za okno. Omi­nęli Rynek od pół­noc­nej strony, prze­je­chali rondo Bole­sława Chro­brego i teraz jechali Murc­kow­ską w kie­runku A4. Nie­do­brze, oce­nił.

- Tak, uczciwe - przy­znał nie­chęt­nie.

- Cie­szy mnie, że się rozu­miemy. - Po raz pierw­szy na twa­rzy Małec­kiego poja­wił się naprawdę szczery uśmiech.

Wyjął z kie­szeni e-papie­rosa i pocią­gnął dwa razy. Biały obłok szybko znik­nął, a jego miej­sce zajął orien­talny zapach.

- Więc tak jak już mówi­łem wcze­śniej - kon­ty­nu­ował - mia­łem chwilę sła­bo­ści i pomy­śla­łem, że może nie masz takich pie­nię­dzy, żeby mi oddać.

- Kamil, mam pie­nią­dze. To tylko kwe­stia kilku dni i oddam ci całą kasę z odset­kami i rekom­pen­satą - zapew­nił szybko Mar­kie­wicz.

Na twa­rzy jego roz­mówcy znowu poja­wił się ten nie­od­gad­niony, nie­po­ko­jący wyraz. Znowu zacią­gnął się elek­tro­nicz­nym papie­ro­sem.

- Mówisz, że to tylko kwe­stia dni - mruk­nął jakby do sie­bie. - Wiesz, posta­no­wi­łem spraw­dzić stan two­ich finan­sów.

Adam Mar­kie­wicz poczuł lodo­waty dreszcz stra­chu na ple­cach. Było gorzej, niż przy­pusz­czał.

- Pomy­śla­łem sobie, że w razie gdy­byś był nie­wy­pła­calny, masz prze­cież słynną na cały kraj agen­cję detek­ty­wi­styczną. W zamian za te czte­ry­sta tysięcy mógł­bym objąć udziały w two­jej fir­mie. Dla­tego wysła­łem Gru­bego do Kra­jo­wego Reje­stru Sądo­wego po spra­woz­da­nie finan­sowe spółki z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią Mar­kie­wicz i Wspól­nicy. Wbrew pozo­rom Gruby nie jest taki głupi. Powiedz nam, czego się dowie­dzia­łeś w KRS.

Gruby uśmiech­nął się od ucha do ucha, pre­zen­tu­jąc nieco zanie­dbane zęby.

- Od dwóch lat spółka wyka­zuje straty - zaczął Gruby z wyraź­nym samo­za­do­wo­le­niem. - W sumie to już pra­wie trzy­sta tysięcy. Poza tym ma spore długi. Są to nie­spła­cone zobo­wią­za­nia wobec kon­tra­hen­tów i firm leasin­go­wych oraz spory kre­dyt w banku. Wspól­nicy już dwa lata z rzędu podej­mują uchwały o kon­ty­nu­acji dzia­łal­no­ści, mimo że zobo­wią­za­nia prze­kro­czyły dwu­krot­ność kapi­ta­łów.

Gruby zawa­hał się i widać było, że jego samo­za­do­wo­le­nie wyraź­nie spa­dło.

- Czy jakoś tak - zakoń­czył szybko.

Kamil Małecki poki­wał tylko głową i znowu zacią­gnął się e-papie­ro­sem. Kie­rowca na szczę­ście skrę­cił z Murc­kow­skiej w lewo i znowu zbli­żali się do cen­trum mia­sta. Uliczne świa­tła wpa­dały do wnę­trza auta, two­rząc prze­su­wa­jące się szybko cie­nie. Adam tro­chę się uspo­koił.

- Tak więc nie opłaca się przej­mo­wać udzia­łów w two­jej fir­mie - ode­zwał się Małecki. - Po co mi kolejny strup na gło­wie i inwe­sty­cja, która zwróci się nie wia­domo kiedy, nie­praw­daż? Ale wierz mi, wtedy jesz­cze się nie zanie­po­ko­iłem. Każdy może mieć przej­ściowe kło­poty i złą passę w biz­ne­sie. No zda­rza się. Sam pro­wa­dzę różne biz­nesy, to wiem. Pomy­śla­łem sobie, że prze­cież masz pod­pi­sany bar­dzo dobry kon­trakt z main­stre­amową tele­wi­zją na cykl pro­gra­mów. Jak­bym prze­jął ten kon­trakt, mógł­bym szybko odzy­skać dług. Zate­le­fo­no­wa­łem więc do mojego sta­rego przy­ja­ciela do zarządu tele­wi­zji i wiesz, czego się dowie­dzia­łem?

Małecki zawie­sił głos. Adam już wie­dział, co za chwilę usły­szy.

- Oka­zało się, że tele­wi­zja jakiś czas temu roz­wią­zała z tobą umowę i nie będzie wię­cej przy­gód dziel­nego detek­tywa Adama Mar­kie­wi­cza, emi­to­wa­nych w porze naj­lep­szej oglą­dal­no­ści. Przy­znam ci się, że tro­chę się zmar­twi­łem. Jesz­cze nie zanie­po­ko­iłem się o swoje pie­nią­dze, tak po przy­ja­ciel­sku było mi cie­bie żal. Bez takiego kon­traktu, przy tak kiep­skiej kon­dy­cji finan­so­wej, spółka jest zagro­żona upa­dło­ścią. - Spoj­rzał szybko na sie­dzą­cego obok goryla. - Tak było, Gruby?

- Tak jest, sze­fie.

Mar­kie­wicz coraz bar­dziej zapa­dał się w tylną kanapę mie­dzy dwoma mię­śnia­kami. Na wszelki wypa­dek się nie odzy­wał.

- Tak jak już mówi­łem, nie­po­kój przy­szedł póź­niej. - Można było odnieść wra­że­nie, że Małecki opo­wiada fabułę sen­sa­cyj­nego filmu obej­rza­nego dzień wcze­śniej i spe­cjal­nie stop­niuje napię­cie. - Przy­po­mnia­łem sobie, że prze­cież masz duży dom w dobrej loka­li­za­cji nie­da­leko cen­trum Kato­wic. Szybko osza­co­wa­łem, że mógłby być wart sporo ponad pół dużej bańki. Dla mnie by wystar­czyło, a i tobie odpa­lił­bym resztę. Więc Gruby spraw­dził mi ten dom.

Gruby szturch­nął Adama pod żebro i wyszcze­rzył się do niego.

- Ku mojemu roz­cza­ro­wa­niu dowie­dzia­łem się, że ten dom nie należy już do cie­bie. - Gospo­darz spo­tka­nia wypu­ścił z ust kłąb aro­ma­tycz­nej pary z e-papie­rosa. - Ponad rok temu roz­wio­dłeś się i przy podziale majątku dom przy­padł two­jej eks­żo­nie, która zresztą zaraz go sprze­dała i ulot­niła się. Zada­łem sobie nawet trud i ją odna­la­złem. Wiesz, że mieszka w Ali­cante z jakimś młod­szym face­tem? Podać ci jej adres?

- Nie. - Detek­tyw nie­chęt­nie pokrę­cił głową.

- Tak myśla­łem. W tym momen­cie zaczą­łem się o cie­bie mar­twić. Spraw­dzi­łem, gdzie teraz miesz­kasz, i kolejne roz­cza­ro­wa­nie. Wyna­jem miesz­ka­nia w cen­trum jest dość kosz­towny. Moim zda­niem to strata gotówki. Nie stać cię na takie miesz­ka­nie. Bole­śnie się spada z wyso­kiego konia. Trudno jest przy­wyk­nąć, nie­praw­daż?

Mar­kie­wicz tylko zaci­snął szczęki i mil­czał.

- Kiedy wresz­cie odkry­łem, że nie masz kasy, zaczą­łem się zasta­na­wiać, na co wyda­łeś poży­czone ode mnie pie­nią­dze. Robi­li­śmy nawet zakłady, na co poszły. Ja obsta­wia­łem, że masz jakąś młodą dupę na mie­ście, która ma swoje wyma­ga­nia finan­sowe. Wiesz, facet przed pięć­dzie­siątką daje się cza­sem omo­tać mło­dej, ład­nej i przede wszyst­kim spryt­nej panience. Widzia­łem już kilka takich przy­pad­ków. Gruby, na co ty sta­wia­łeś, bo nie pamię­tam?

- Na spłatę kre­dytu we fran­kach - zare­cho­tał Gruby.

- A ty, Miluś?

- Obsta­wia­łem dofi­nan­so­wa­nie spółki - mruk­nął drugi goryl, który nie bawił się sytu­acją tak dobrze jak jego kolega.

- No widzisz. Nie podej­rze­wa­li­śmy cię o złe rze­czy - poki­wał głową Małecki i w jed­nej chwili jego twarz się zmie­niła.

Wyglą­dał teraz jak roz­wście­czony lew, szy­ku­jący się do ataku na bez­bronną gazelę.

- Wyobraź sobie moje roz­cza­ro­wa­nie, kiedy odkry­łem, że poży­czone pie­nią­dze prze­gra­łeś w kasy­nie. - Ton jego głosu spra­wił, że we wnę­trzu auta tem­pe­ra­tura spa­dła o kilka stopni. - Nie wie­dzia­łem, że jesteś cho­ler­nym hazar­dzi­stą. Mia­łem cię dotąd za roz­sąd­nego faceta, nie uwie­rzył­bym, że jesteś uza­leż­niony od hazardu. Do jasnej cho­lery! Ja cię nawet lubi­łem, Adam. A teraz tak mnie roz­cza­ro­wa­łeś!

- Kamil, posłu­chaj... - ode­zwał się Mar­kie­wicz, ner­wowo roz­glą­da­jąc się po bocz­nych szy­bach i oce­nia­jąc, dokąd jedzie auto.

Znowu Fran­cu­ska, jeź­dzili w kółko.

- Nie! - prze­rwał mu Małecki lodo­wato. - To ty mnie, kurwa, posłu­chaj. Prze­gra­łeś moje pie­nią­dze. To mnie boli, ponie­waż ci zaufa­łem. Ale nie to jest naj­gor­sze. Wiesz, co mnie naj­bar­dziej wkur­wia? Prze­gra­łeś je w kasy­nie nale­żą­cym do Pio­tra Rawec­kiego! Mam ci powie­dzieć, kto to jest Rawecki?

- Nie. - Pokrę­cił głową Mar­kie­wicz.

Rawecki był wła­ści­cie­lem sieci kasyn i naj­więk­szym rywa­lem Małec­kiego w szem­ra­nych inte­re­sach finan­so­wych. W samo­cho­dzie zapa­no­wała nagła cisza. W tej ciszy Adam poczuł się jesz­cze gorzej, niż słu­cha­jąc słów daw­nego kolegi. Chciał coś powie­dzieć, lecz w gło­wie miał prze­ra­ża­jącą pustkę. Nie potra­fił się sku­pić na niczym poza śle­dze­niem, dokąd jadą. Kie­rowca wła­śnie zatrzy­mał się na par­kingu przy Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim. Cisza się prze­cią­gała. Małecki odwró­cił się i pocią­gał e-papie­rosa. O szyby zabęb­niły pierw­sze moc­niej­sze kro­ple desz­czu.

- Oddam pie­nią­dze - rzu­cił wresz­cie Adam.

Małecki zer­k­nął na niego do tyłu.

- Tak?

- Mam plan, skąd wziąć kasę - szybko i tro­chę nie­skład­nie zaczął mówić Mar­kie­wicz. - Waha­łem się, czy... to zna­czy, mam plan. To jest duża rzecz. Będę z tego miał pie­nią­dze, żeby spła­cić wszyst­kie długi. Oczy­wi­ście twój dług jest pierw­szy, oczy­wi­ście z odset­kami.

Małecki mil­czał, nie odwra­ca­jąc się. Adam popa­trzył naj­pierw na Gru­bego, potem na Milu­sia, ale oni sie­dzieli nie­ru­chomo, jakby nagle Bóg zamie­nił ich w słupy soli.

- Masz tydzień - wyce­dził przez zęby Kamil Małecki, po czym znowu odwró­cił się do Adama, a w jego dłoni bły­snął pisto­let.

Mar­kie­wicz miał wra­że­nie, że tem­pe­ra­tura spa­dła jesz­cze o kilka stopni, w oko­lice zera. Może ktoś włą­czył cho­lerną kli­ma­ty­za­cję? Zaczął się tro­chę jąkać.

- Kamil... - zaczął, ale kolega wstrzy­mał dal­sze słowa sta­now­czym ruchem lufą pisto­letu.

- Kum­plami byli­śmy w pod­sta­wówce - wyce­dził przez zaci­śnięte zęby. - W obec­nych oko­licz­no­ściach nie życzę sobie, żebyś mówił mi po imie­niu.

Adam się zająk­nął.

- Panie Małecki, potrze­buję wię­cej czasu...

- Tydzień.

- Naprawdę będę miał pie­nią­dze - zapew­nił Mar­kie­wicz. - Ale nie w tydzień. To nie­moż­liwe. Zapłacę wię­cej, ale potrze­buję dwóch tygo­dni.

Deszcz roz­bi­jał się o szyby samo­chodu. Goryle sie­dzieli jak ska­mie­niali, nie odzy­wa­jąc się ani nie patrząc na niego. Małecki się nie odwra­cał.

- Panie Małecki, potrze­buję dwóch tygo­dni, żeby zgro­ma­dzić odpo­wied­nią kwotę.

Wresz­cie Adama dobiegł cichy głos.

- Dwa tygo­dnie, ani dnia dłu­żej.

- Tak, oczy­wi­ście.

Gruby otwo­rzył drzwi i wysiadł. Mar­kie­wicz też chciał wysiąść, ale zanim zdą­żył się ruszyć, potężna łapa Gru­bego się­gnęła do wnę­trza auta, zła­pała go za klapę kurtki i pra­wie wyrwała ze środka. Adam pole­ciał do przodu i upadł na bru­ko­wany par­king, tłu­kąc się bole­śnie. Zanim zdą­żył się pod­nieść, porsche cay­enne wyrwało do przodu, zawró­ciło w miej­scu i odje­chało, śli­zga­jąc się opo­nami po mokrym asfal­cie.

Detek­tyw Adam Mar­kie­wicz wstał. Wytarł chu­s­teczką mokre spodnie i popa­trzył w ślad za odjeż­dża­ją­cym samo­cho­dem. Jeśli dotąd wyda­wało mu się, że ma kło­poty, to teraz wie­dział, że jest w czar­nej dupie i jest awa­ria prądu. Wycią­gnął z paczki papie­rosa i zapa­lił go drżą­cymi rękami, nie zwa­ża­jąc na pada­jący deszcz.

Nie miał innego wyj­ścia. Musiał to zro­bić. Do tej pory jesz­cze się wahał, lecz teraz nabrał pew­no­ści. Jeśli chce żyć, musi dzia­łać, nie oglą­da­jąc się na innych i nie patrząc, dokąd go to zapro­wa­dzi. Wycią­gnął z kie­szeni tele­fon i wybrał numer.

Rozdział 3

3

Karo­lina Nowacka przy­mknęła oczy i grała na for­te­pia­nie. Walc cis-moll Fry­de­ryka Cho­pina był jej ulu­bio­nym utwo­rem. Deli­katny, jakby nie­zde­cy­do­wany począ­tek, napły­wa­jące po chwili dźwięki, z któ­rych zaczyna ukła­dać się cudow­nie łagodna melo­dia, a potem w utwo­rze poja­wia się powra­ca­jący kil­ka­krot­nie motyw. Sub­telny akom­pa­nia­ment lewej ręki i palce pra­wej deli­kat­nie i coraz szyb­ciej prze­bie­ga­jące po kla­wia­tu­rze. Praw­dziwa muzyczna uczta na pozio­mie naj­wyż­szym z moż­li­wych.

Jesz­cze dwa lata temu Karo­lina chciała zostać pia­nistką. Miała wszystko, żeby zre­ali­zo­wać to marze­nie. Natura obda­rzyła ją słu­chem abso­lut­nym, nauka gry na for­te­pia­nie przy­cho­dziła jej z wyjąt­kową łatwo­ścią, w jeden rok robiła dwie klasy szkoły muzycz­nej dru­giego stop­nia, miała naj­lep­szych i naj­droż­szych nauczy­cieli. I jesz­cze coś. To naj­waż­niej­sze - nie­sa­mo­wity talent. Któ­re­goś dnia stwier­dziła jed­nak, że nie ma już siły ćwi­czyć po kilka godzin dzien­nie, nie może poświę­cić naj­lep­szych lat życia na pogoń za marze­niem, które może ni­gdy się nie ziści, i zre­zy­gno­wała z nauki. Matka oczy­wi­ście nic nie powie­działa. Ona ni­gdy nic nie mówiła. Ani nie zachę­cała, ani nie wyma­gała i nie komen­to­wała, kiedy Karo­lina zmie­niała decy­zję. Nawet kil­ka­dzie­siąt tysięcy zło­tych wyda­nych na for­te­pian marki Ste­in­way and Sons, a potem grube tysiące na pry­watne lek­cje były jej obo­jętne. Pew­nie ich nawet nie zauwa­żyła wśród domo­wych wydat­ków. Jakby jej córka nie ist­niała.

To dla­tego Karo­lina czuła się taka samotna. Bra­ko­wało jej rodziny. Co z tego, że miała górę pie­nię­dzy i mogła mieć wszystko, co chciała? Nie miała naj­waż­niej­szego - rodzin­nego cie­pła. A teraz jesz­cze matka kłó­ciła się ze swoim wie­lo­let­nim part­ne­rem Karo­lem Kow­nac­kim. Karol od ośmiu lat pro­wa­dził jej inte­resy, zaro­bił dla niej grube miliony i był jedyną osobą, któ­rej Karo­lina ufała i się zwie­rzała, którą pro­siła o radę, darzyła sza­cun­kiem i namiastką uczuć, jakimi córka darzy ojca. A teraz od kilku dni kłó­cili się o jakiś kon­trakt, któ­rego Karo­lowi nie udało się zała­twić. Pew­nie Dorota Nowacka zwolni Karola, rozej­dzie się z nim i Karo­lina znowu straci naj­bliż­szą osobę.

Dla­tego teraz grała Cho­pina tak, jakby świat wokół niej nie ist­niał. I na krót­kie cztery minuty nie ist­niał, ukryty za har­mo­nią dźwię­ków, ukła­da­jącą się w cudowny utwór, który mogłaby grać bez końca. Wszystko ma jed­nak swój koniec, a ten zło­żony z dźwię­ków przy­szedł o wiele za wcze­śnie.

Otwo­rzyła oczy i zdjęła palce z kla­wia­tury. Nasłu­chi­wała. Z gabi­netu matki nie dobie­gały już pod­nie­sione głowy. Coś mówili, ale to już nie wyglą­dało na kłót­nię. Przez chwilę wstą­piła w nią nadzieja. Może jed­nak się doga­dali i kon­flikt rozej­dzie się po kościach? Pode­szła do drzwi i usły­szała głos Karola prze­peł­niony gory­czą:

- Pra­co­wa­łem dla cie­bie przez tyle lat, a ty teraz tak po pro­stu mnie zwal­niasz?

Karo­lina zadrżała. A więc jed­nak. To koniec.

- Nie rób scen, Karol - odpo­wie­działa mu Dorota Nowacka. - Każdy sen się kie­dyś koń­czy. Nie jesteś już tak sku­teczny jak kie­dyś. Tra­cisz instynkt, popeł­niasz głu­pie błędy. Zesta­rza­łeś się.

- Tylko tyle? - zadrwił. - Myśla­łem, że łączy nas coś wię­cej.

Zabrzę­czało szkło. Nowacka nale­wała sobie koniak. Ostat­nio piła o wiele za czę­sto i o wiele za dużo.

- Bądź męż­czy­zną i przyj­mij zmiany na klatę - rzu­ciła pogar­dli­wym tonem. - Zawsze ci powta­rza­łam, że dla mnie naj­waż­niej­sza jest firma. Wszystko inne jest daleko na dru­gim pla­nie. W two­ich rękach moja firma roz­kwi­tała, dla­tego z tobą byłam. Może nawet w pew­nym momen­cie byłeś naj­lep­szy. Ale to się skoń­czyło i nie ma do czego wra­cać.

- Myśla­łem, że to są tylko słowa, ale ty naprawdę taka jesteś.

- Jaka? - zaśmiała się niby bez­tro­sko.

- Pozba­wiona uczuć. Naprawdę nic się dla cie­bie nie liczy prócz pie­nię­dzy. A córka?

Karo­lina nagle wstrzy­mała oddech. W pomiesz­cze­niu zapa­dła cisza. Jej matka mil­czała. No powiedz coś, do jasnej cho­lery - pomy­ślała ze zło­ścią. Pierw­szy ode­zwał się jed­nak Karol.

- Nie wiem, dla­czego trak­tu­jesz ją tak oschle. To jest prze­cież twoja córka, do dia­bła! Kie­dyś stra­ciła ojca, a teraz oka­zuje się, że matki rów­nież nie ma!

- Jak śmiesz! - Głos Nowac­kiej wzbił się na wyso­kie tony. - Nie masz prawa oce­niać moich rela­cji z córką.

- Teraz już mnie nie powstrzy­masz! - Karol Kow­nacki nie pozo­stał jej dłużny. - Powiem to, co od dawna mia­łem ci powie­dzieć. Czy tego chcesz, czy nie.

- Zamknij się!

- To ty się zamknij i słu­chaj! Karo­lina potrze­buje mat­czy­nej miło­ści. Jest nasto­latką, zaraz wkro­czy w doro­słe życie. Potrze­buje auto­ry­te­tów, dobrych wzor­ców, żeby nie popeł­nić pod­sta­wo­wych błę­dów doj­rze­wa­nia! Potrze­buje rodziny i mat­czy­nej miło­ści, a ty jesteś dla niej jak obca.

- Milcz!

- Nie będę mil­czał! Karo­lina to mądra i wraż­liwa osoba, nie wiem, jak to moż­liwe, że jest twoją córką. Jeste­ście zupeł­nie do sie­bie nie­po­dobne.

Karo­lina słu­chała, a łzy cie­kły jej po policz­kach. W pokoju znowu zapa­dła cisza. Jej matka odsta­wiła z brzę­kiem pusty kie­li­szek, zaszu­rało krze­sło. Zanim dotarły do niej kolejne głosy, ktoś nie­spo­dzie­wa­nie poło­żył jej rękę na ramie­niu. Pra­wie krzyk­nęła ze stra­chu. Pochy­lała się nad nią wielka postać ochro­nia­rza. Bruno był łysy i bar­dzo dobrze zbu­do­wany. Więk­szość ludzi darzyła go powścią­gli­wym sza­cun­kiem, wyni­ka­ją­cym z obawy. Karo­lina wie­działa jed­nak, że w rze­czy­wi­sto­ści Bruno Geltz był inte­li­gentny i z natury łagodny. Lubiła go, a i on chyba darzył ją więk­szą sym­pa­tią, niż powi­nien. Kiedy tylko mógł, słu­chał, jak gra na for­te­pia­nie. Obser­wo­wała cza­sem jego twarz, kiedy słu­chał muzyki. Ktoś, kto chło­nie Cho­pina, Beetho­vena lub Debussy'ego z taką pasją, nie może być złym czło­wie­kiem. Takie było przy­naj­mniej zda­nie Karo­liny.

- Nie wolno pod­słu­chi­wać - powie­dział samymi ustami.

Zro­biło jej się głu­pio i tylko poki­wała głową. Lecz kiedy chciała odejść, przy­trzy­mał ją i znowu przy­ło­żył palec do ust. Teraz nasłu­chi­wali razem, ale nie było już nic sły­chać. Kow­nacki odda­wał jej matce lap­top, tele­fon komór­kowy, oddał jej też drogi zega­rek, który kie­dyś dostał od niej na uro­dziny, a na koniec poło­żył na stole wszyst­kie służ­bowe karty kre­dy­towe i klu­czyki od służ­bowego porsche cay­enne.

- Widzę, że dobrze się bawisz - dobiegł ich jego głos. - Pamię­taj, że to jesz­cze nie koniec. Ja też potra­fię się zemścić. Jesz­cze będziesz żało­wać, że tak mnie potrak­to­wa­łaś.

- Jak zwy­kle jesteś żało­sny, Karolu. Idź już i nie rób z sie­bie bła­zna.

- Jesz­cze mnie popa­mię­tasz!

Bruno odsu­nął Karo­linę na kilka chwil przed tym, jak drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie i sta­nął w nich Kow­nacki. Karo­lina z tru­dem go poznała. Miał zaci­śnięte szczęki i szkar­łatne plamy na twa­rzy.

- Bruno, wypro­wadź tego pana! - rzu­ciła z gabi­netu Dorota.

- Tak jest - odrzekł ochro­niarz bez­na­mięt­nie.

Karol spoj­rzał na Karo­linę i tro­chę się roz­luź­nił. Na jego twa­rzy poja­wił się nawet pół­u­śmiech.

- Powo­dze­nia, Karo­lino, dasz sobie radę - powie­dział.

- Zabierz mnie ze sobą - popro­siła i aż się zdzi­wiła, że takie słowa padły z jej ust.

Matka pew­nie też usły­szała, ale jej córki nic to nie obcho­dziło.

- Nie mogę. - Na twa­rzy Karola poja­wił się już pełny szczery uśmiech. - Ale zadzwo­nię do cie­bie od czasu do czasu. Cześć!

Karo­lina patrzyła ponuro, jak wraz z ochro­nia­rzem znika w drzwiach.

Przed drzwiami domu Nowac­kiej przy ulicy Pur­pu­ro­wej Kow­nacki popa­trzył na Bruna.

- Posłu­chaj, Bruno, musia­łem wszystko oddać - ode­zwał się. - Nie mam ani samo­chodu, ani tele­fonu, ani pie­nię­dzy. Pod­wie­ziesz mnie do domu?

Bruno chwilę się wahał.

- Ostatni raz - popro­sił Karol.

- Pan jest w porządku, panie Karolu, wska­kuj pan! - rzu­cił ochro­niarz, otwie­ra­jąc zdal­nie swo­jego sta­rego nis­sana, zapar­ko­wa­nego w sze­regu innych aut przed domem.

Z mia­sta wyje­chali drogą w kie­runku Świd­nicy. Kow­nacki był roz­trzę­siony i długo mil­czał, jakby jesz­cze do niego nie docie­rało, co się wła­ści­wie stało. Bruno pro­wa­dził spo­koj­nie, zer­ka­jąc na niego od czasu do czasu. W pew­nej chwili wycią­gnął paczkę papie­ro­sów i podał jed­nego Kow­nackiemu. Karol nie palił, ale są takie momenty w życiu, kiedy nie ma co zro­bić z rękami, a dym pozwala zebrać roz­bie­gane myśli. Zapa­lili i dalej jechali bez słowa. Po spo­so­bie, w jaki Karol trzy­mał papie­rosa w pal­cach, Bruno od razu poznał, że nie­wiele ich wypa­lił w swoim życiu. Po kilku minu­tach, gdy zbli­żali się do Miro­sła­wic, Kow­nacki rze­czy­wi­ście doszedł tro­chę do sie­bie. Spoj­rzał na Bruna, jakby doznał olśnie­nia.

- Cho­lera! - powie­dział. - W komórce mam wszyst­kie swoje kon­takty, a w lap­to­pie adresy mailowe. Wszystko zostało u Nowac­kiej. Bruno, powiedz infor­ma­ty­kowi, żeby zro­bił mi kopie, cho­lera, zosta­łem bez niczego.

Bruno wyrzu­cił nie­do­pa­łek przez uchy­lone okno i nawet na niego nie spoj­rzał, sku­piony na kie­row­nicy. Zapadł już zmrok i ośle­piały ich świa­tła aut jadą­cych prze­ciw­le­głym pasem ruchu.

- Panie Karolu, zna pan sze­fową lepiej niż ja - ode­zwał się wresz­cie. - Wie pan, jaka ona jest. Jeśli coś się da zro­bić, powiem to infor­ma­ty­kowi, jeśli jed­nak sze­fowa będzie uparta... - zawie­sił na chwilę głos wymow­nie. - Wie pan, jak będzie.

- Kurwa mać! Ale byłem głupi. Ni­gdzie sobie tych kon­tak­tów nie zapi­sa­łem.

Kow­nacki objął głowę rękami i przez chwilę myślał nad czymś inten­syw­nie. Wresz­cie pod­niósł wzrok na ochro­nia­rza.

- Nie dam sobą tak pomia­tać - oświad­czył twardo. - Ona jesz­cze poża­łuje. Ja tego tak nie zosta­wię...

Miał coś jesz­cze powie­dzieć, lecz potężna dłoń Bruna opa­dła mu nie­spo­dzie­wa­nie na ramię. Jęk­nął z bólu i popa­trzył na niego z prze­stra­chem. Ochro­niarz zaraz cof­nął rękę, a na jego ustach poja­wił się uśmie­szek. Na­dal nie patrzył na Kow­nac­kiego.

- Niech mi pan tego nie mówi, panie Karolu - powie­dział. - Ja cią­gle jestem jej ochro­nia­rzem.

Karol zamilkł i nie ode­zwał się już wię­cej. Odbili w stronę Sobótki i po kilku minu­tach zapar­ko­wali przed małym kościół­kiem w Suli­stro­wicz­kach. Obaj wysie­dli z auta i ostatni raz uści­snęli sobie dło­nie, wymie­nia­jąc kilka grzecz­no­ścio­wych zwro­tów. Potem Karol Kow­nacki odszedł. Bruno widział jego pochy­loną syl­wetkę. Wyglą­dał jak czło­wiek prze­grany, jakby w kasy­nie posta­wił va banque i całą forsę przy­tu­lił kru­pier. Kow­nacki obej­rzał się jesz­cze kilka razy, zanim znik­nął mię­dzy drze­wami parku po dru­giej stro­nie drogi. Nie patrzył jed­nak na palą­cego papie­rosa Bruna, lecz na kościół oto­czony niskim mur­kiem z kil­koma gro­bami mię­dzy murami świą­tyni a ogro­dze­niem. Rzu­cane do tyłu spoj­rze­nia stwa­rzały wra­że­nie, jakby męż­czy­zna cze­goś się oba­wiał. Gniewu Bożego? - Bruno zaśmiał się w myślach, kiedy syl­wetka Kow­nackiego znik­nęła w ciem­no­ściach. Czyżby nie wie­dział, że Bóg jest tylko wymy­słem cwa­nia­ków, któ­rym zawsze marzyła się wła­dza nad innymi i dostat­nie życie na ich koszt? Jego pro­blem.

Sam poszedł wolno w kie­runku kilku ławek usta­wio­nych na wprost wej­ścia do kościoła. Zatrzy­mał się za ostat­nią z nich i patrzył na kościół wyzy­wa­ją­cym wzro­kiem, jakby chciał swoją bez­czel­no­ścią spro­wo­ko­wać kogoś, kto powi­nien prze­by­wać cały czas w środku. Potem pod­niósł wzrok i uważ­nie przyj­rzał się kościel­nej wieży. Nic nie poczuł. Nikogo tam nie było. To tylko mury i tro­chę drew­nia­nych belek.

Kpiący uśmie­szek cią­gle błą­kał się na jego ustach, kiedy zawra­cał i odjeż­dżał w kie­runku Sobótki.

Rozdział 4

4

Zapa­dał zmierzch.

Stary czło­wiek z burzą roz­wia­nych wło­sów na gło­wie i krótką siwą brodą, oka­la­jącą pooraną zmarszcz­kami twarz, skoń­czył rąbać drewno na opał, powie­sił sie­kierę na swoje miej­sce w dre­wutni i wyszedł spod prze­krzy­wio­nego od sta­ro­ści daszku, żeby ostatni raz przed wie­czo­rem spoj­rzeć w niebo i roz­pro­sto­wać kości. Chmury gęst­niały, wiatr szu­miał w koro­nach drzew, zwia­stu­jąc nad­cho­dzące ochło­dze­nie. Już teraz poczuł muśnię­cie zim­nych pal­ców zimy, która cią­gle nie chciała ustą­pić miej­sca sio­strze wio­śnie. Ale dla miesz­kańca chaty w środku lasu, nad miej­sco­wo­ścią Cisna w Biesz­cza­dach, taka pogoda nie była niczym nowym. Pamię­tał pierw­szą srogą zimę zaraz po wybu­do­wa­niu drew­nia­nej chaty, którą teraz miał za ple­cami. Wtedy śnieg padał jesz­cze na początku maja.

Stary wzru­szył ramio­nami, się­gnął za pazu­chę znisz­czo­nej i brud­nej kurtki z grubą pod­pinką, wycią­gnął bibułki i upstrzony brą­zo­wymi pla­mami wore­czek z tyto­niem i skrę­cił papie­rosa. Zapa­liw­szy, przy­mknął na chwilę oczy, wsłu­chu­jąc się w odgłosy lasu. Miesz­kał tu samot­nie już ponad dwa­dzie­ścia lat, znał dosko­nale wszyst­kie dola­tu­jące z lasu dźwięki, dla­tego od razu poznał, że tego wie­czoru jest jakoś ina­czej, jakby coś jesz­cze miało się dzi­siaj wyda­rzyć. Nie­zbyt prze­jęty odkry­ciem zga­sił nie­do­pa­łek w kałuży, sto­ją­cej w gli­nia­stej ziemi przed skła­dzi­kiem na drewno. Poskła­dał świeżo porą­bane polana, po czym nało­żył sobie na przed­ra­mię całe narę­cze drew i zaniósł je do domu pod kaflowy piec, który słu­żył mu do ogrze­wa­nia, przy­go­to­wy­wa­nia gorą­cych posił­ków, goto­wa­nia kawy oraz do naj­waż­niej­szego: pędze­nia bim­bru. Aku­rat od kilku godzin cała apa­ra­tura jego pomy­słu i kon­struk­cji, mister­nie roz­ło­żona na pły­cie pieca, z sys­te­mem chło­dze­nia wodą z pły­ną­cego za chatą stru­mie­nia, pra­co­wała pełną parą. Deli­katny stru­my­czek jesz­cze gorą­cego alko­holu napeł­niał wyszczer­biony słoik typu wek. Bar­dzo dobrze się zło­żyło, że dzi­siaj zaczął pędzić. Noc zapo­wia­dała się zimna, a on miał już roz­grzany piec i bar­dzo cie­pło w obu izbach chaty.

Się­gnął po szklankę, pod­sta­wił pod rześko kapiącą strużkę, pocze­kał, aż na dnie zgro­ma­dzi się wystar­cza­jąca ilość płynu, po czym uniósł ją do ust i wypił jed­nym hau­stem. Bim­ber podra­pał w gar­dle, zapiekł w prze­wo­dzie pokar­mo­wym i pod­pa­lił ogień kwa­sów żołąd­ko­wych. Stary skrzy­wił się. Mógłby być lep­szy, pomy­ślał, ale i tak nie jest naj­go­rzej. Ni­gdy nie nauczył się pędzić tak dobrze jak miej­scowi. Może dla­tego, że był nie­tu­tej­szy, a oni ni­gdy do końca nie zaufali dzi­wa­kowi, który nagle zja­wił się tu z wiel­kiego mia­sta z dru­giego krańca Pol­ski, i nie zdra­dzili mu naj­waż­niej­szych prze­pi­sów prze­ka­zy­wa­nych w rodzi­nach z poko­le­nia na poko­le­nie? Może tak wła­śnie było. Tylko czy to teraz ma jakie­kol­wiek zna­cze­nie?

Dorzu­cił drew do pale­ni­ska, żeby utrzy­mać odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę pro­cesu desty­la­cji, umył dło­nie w misce z zimną wodą, usta­wioną na sto­jaku przy drzwiach, opłu­kał twarz i dopiero wtedy zrzu­cił z sie­bie kurtkę i swe­ter. Został tylko we fla­ne­lo­wej koszuli w czer­woną kratę. Butów nie ścią­gał. Po co, skoro jesz­cze dzi­siaj ma się coś wyda­rzyć? Z jed­nej strony myślał o tym z nie­chę­cią, z dru­giej cie­szył się na gościa, który miał się tu zja­wić. Rzadko miał do kogo gębę otwo­rzyć. Przy­naj­mniej nie będzie musiał gadać do sie­bie, a i napije się jak czło­wiek z towa­rzy­stwa, a nie do lustra jak dzi­kus.

Sie­dział chwilę przy stole i nagle pac­nął się w czoło. Zapo­mniał o pod­sta­wo­wych zasa­dach gościn­no­ści. Wstał, poszedł do jedy­nej szafy w kuchni, która słu­żyła mu do prze­cho­wy­wa­nia naczyń i garn­ków, ale też jako spi­żarka. Wycią­gnął dwa meta­lowe ema­lio­wane pła­skie tale­rze i posta­wił po dwóch stro­nach stołu. Czarne odpry­ski ema­lii suge­ro­wały, że naczy­nia dawno miały za sobą czasy świet­no­ści i to są ich ostat­nie chwile. Sta­remu to jed­nak nie prze­szka­dzało, przy­zwy­czaił się do nich i nie zamie­niłby ich nawet na chiń­ską por­ce­lanę. Na środku poło­żył na drew­nia­nej desce wielki boche­nek chleba pie­czo­nego w piecu według sta­rej recep­tury i nóż do kro­je­nia. Obok posta­wił gar­niec smalcu ze skwar­kami i słoik kiszo­nych ogór­ków. Do tego doło­żył masło, kawał bia­łego sera i słoik z mio­dem aka­cjo­wym. Posta­wił też na pły­cie pieca wielki, ciężki i okop­cony nie­mi­ło­sier­nie czaj­nik i przy­go­to­wał dwa meta­lowe kubki na her­batę. Oce­nił, że stół wygląda nie gorzej niż wigi­lijny. Może nie było tylu potraw, ale jak dołoży jesz­cze fla­szeczkę bim­bru, będzie nie­wiele mniej.

Zado­wo­lony z sie­bie, nie ubie­ra­jąc się, wyszedł przed dom i spoj­rzał na ścieżkę scho­dzącą w dół do mostu na Solince i dalej do Cisnej. Mimo że zro­biło się już szaro, dostrzegł męż­czy­znę wspi­na­ją­cego się wolno pod górę. Facet trzy­mał się za piersi, jakby odczu­wał w nich cią­gły ból, i szedł bar­dzo wolno. Gospo­darz zdą­żył wypa­lić dwa papie­rosy, zanim wysoki, szczu­pły męż­czy­zna o inten­syw­nie nie­bie­skich oczach i krótko ścię­tych, tro­chę posi­wia­łych jasnych wło­sach zatrzy­mał się pięć kro­ków przed domem, i spoj­rzał na niego z góry. Ciężko oddy­chał i był nie­na­tu­ral­nie blady.

- Dzień dobry, panie Majer - powie­dział ury­wa­nym gło­sem, wypo­wia­da­jąc z tru­dem słowa mię­dzy cięż­kimi odde­chami.

Tade­usz Majer poki­wał głową, gasząc papie­rosa.

- Nad­ko­mi­sarz Zakrzew­ski, mimo wszystko miło mi cię widzieć.

Nie uści­snęli sobie rąk. Majer zachę­cił poli­cjanta ruchem głowy, żeby poszedł za nim. Weszli do chaty, Mar­cin Zakrzew­ski roze­brał się i usiadł na wska­za­nym przez gospo­da­rza miej­scu przy drew­nia­nym stole.

- Woda się zago­to­wała - rzu­cił Majer, ścią­gnął czaj­nik z płyty pieca i napeł­nił wrząt­kiem kubki, do któ­rych wcze­śniej nalał esen­cji zapa­rzo­nej w małym czaj­niczku.

Potem sie­dzieli w mil­cze­niu naprze­ciw sie­bie. Majer patrzył uważ­nie na Zakrzew­skiego, a Mar­cin cie­ka­wie roz­glą­dał się wokoło. Na dłu­żej zatrzy­mał wzrok na poczę­stunku cze­ka­ją­cym na stole i na apa­ra­tu­rze do pędze­nia bim­bru.

- Napi­jesz się? - zapy­tał Majer.

- J-jasne.

- Ale nie tego. - Stary gospo­darz dźwi­gnął się z krze­sła i się­gnął do szafki po flaszkę i dwie lite­ratki.

Nalał po sto gra­mów bim­bru. Alko­hol był kla­rowny i miał kolor mar­ko­wej whi­sky.

- Ni­gdy nie nauczy­łem się pędzić dobrego bim­bru - wyja­śnił Majer. - Swo­jego nie piję, mam na han­del i jest z tego parę gro­szy. Nie­któ­rym smak nie prze­szka­dza, kupują, bo jest tanio. Ja kupuję bim­ber od sta­rego Brychty. To jest mistrz. Mieszka nie­da­leko, po dru­giej stro­nie Cisnej w linii pro­stej.

Zakrzew­ski się­gnął po swoją lite­ratkę i spoj­rzał na Majera. Wypili i przez kil­ka­na­ście sekund sma­ko­wali tru­nek. Mar­cin z uzna­niem poki­wał głową i Majer wybuch­nął śmie­chem.

- Mówi­łem, że mistrz! - zare­cho­tał i zaraz nalał jesz­cze po jed­nym. - Ale zanim znowu wypi­jemy, zjedz coś. Pew­nie jesteś zmę­czony. Tara­ba­ni­łeś się tu do mnie pięć­set kilo­me­trów samo­cho­dem, a potem jesz­cze ten spa­cer pod górę.

- Nie wró­ci­łem jesz­cze do formy - przy­znał Zakrzew­ski.

Majer ze zro­zu­mie­niem ski­nął głową. Się­gnął po chleb i odkroił dwie pajdy. Gość posma­ro­wał sobie jedną grubo smal­cem i się­gnął po ogórka, Majer przy­go­to­wał dla sie­bie chleb z masłem, pla­strem bia­łego sera i odro­biną miodu. Jedli w mil­cze­niu, sior­biąc gorącą her­batę. Dopiero kiedy koń­czyli swoje kromki, Majer znowu pod­niósł lite­ratkę. Wypili.

Zakrzew­ski poczuł, jak przy­jemne cie­pło roz­cho­dzi się po całym ciele. Majer miał rację, był cho­ler­nie zmę­czony. Tra­fił na korki na A4 w oko­li­cach Kra­kowa i cała podróż zajęła aż osiem godzin. No i jesz­cze na koniec kawał drogi ścieżką ostro pod górę. Myślał, że gospo­darz będzie stwa­rzał jakieś pro­blemy albo w ogóle nie będzie chciał z nim roz­ma­wiać, tym­cza­sem mile się roz­cza­ro­wał. Jak na warunki, w jakich miesz­kał, Majer przy­jął go iście po kró­lew­sku. Mar­cin sku­sił się na jesz­cze jedną pajdę chleba ze smal­cem. Gospo­darz już się najadł, skrę­cił papie­rosa i palił. Sam z sie­bie zaczął opo­wia­dać, jak wybu­do­wał chatę wła­snymi rękami i jak teraz mu się żyje z dala od cywi­li­za­cji.

Tade­usz Majer był sier­żan­tem Mili­cji Oby­wa­tel­skiej w cza­sach PRL. W listo­pa­dzie ubie­głego roku Zakrzew­ski go prze­słu­chi­wał, gdy w pro­wa­dzo­nym przez niego śledz­twie w spra­wie mor­dercy polu­ją­cego na poli­cjan­tów poja­wił się wątek Skal­pela, seryj­nego zabójcy z początku lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia. Majer pro­wa­dził tamto śledz­two razem z kapi­ta­nem Mar­kiem Pie­kłą. Nie­stety, bez rezul­ta­tów. Prze­słu­cha­nie w komen­dzie woje­wódz­kiej we Wro­cła­wiu rów­nież niczego nie wyja­śniło. Majer tylko jesz­cze bar­dziej zamie­szał im w gło­wach. Nie powie­dział nic nowego, ale też nie ostrzegł, że tamta sprawa ma dru­gie dno. To dla­tego Mar­cin był tro­chę zdzi­wiony, że teraz chce z nim roz­ma­wiać i przyj­muje go we wła­snym domu. Może miał wyrzuty sumie­nia?

- Sły­sza­łem, co się stało. - Majer zmie­nił nagle temat i roz­lał kolejną por­cję alko­holu. Opróż­nił butelkę i się­gnął po następną. Widać było, że w naj­niż­szej szafce ma spory zapas.

Mar­cin poki­wał głową i mil­czał. Majer wypił do dna, lecz Zakrzew­ski upił tylko łyczek. Jeśli cho­dzi o picie bim­bru, Majer był zawo­dow­cem i pew­nie nie­wiele osób potra­fiło mu dorów­nać. Mar­cin nie zamie­rzał nawet pró­bo­wać. Po dłu­go­trwa­łym poby­cie w szpi­talu i trud­nej reha­bi­li­ta­cji nie wró­cił jesz­cze do pełni sił. Oba­wiał się, że pochła­nia­nie bim­bru w tym tem­pie źle się dla niego skoń­czy.

- A co z tą czar­no­włosą poli­cjantką, z którą mnie wtedy prze­słu­chi­wa­li­ście? - Gospo­darz spoj­rzał na niego nie­spo­koj­nie. - Miała takie piękne zie­lone oczy.

Aspi­rant Karina Buczko miała naj­wię­cej szczę­ścia. Bomba zain­sta­lo­wana na drzwiach miesz­ka­nia nie zro­biła jej wiel­kiej krzywdy. Skoń­czyło się na lek­kich popa­rze­niach, stłu­cze­niach i kil­ku­dzie­się­ciu drza­zgach wbi­tych głę­boko w ciało. Do pracy wró­ciła już po mie­siącu. Mar­cin dostał dwie kule w piersi i tylko cudem nie zgi­nął na ulicy przed swoim blo­kiem. Mniej szczę­ścia mieli młod­szy aspi­rant Adam Wilicz­kow­ski i aspi­rant Ilona Marzec. Zgi­nęli na miej­scu od strza­łów zama­chow­ców. Na wspo­mnie­nie Ilony Mar­cin znowu poczuł ból w pier­siach. W ostat­nich tygo­dniach przed jej śmier­cią łączyło ich coś wię­cej niż tylko zależ­ność służ­bowa. I wszystko bru­tal­nie się skoń­czyło wraz z pierw­szymi opa­dami śniegu zeszłej zimy. Ból w pier­siach nara­stał. Lekarz powie­dział mu, że takie bóle fan­to­mowe będą go nawie­dzać jesz­cze bar­dzo długo wraz ze wspo­mnie­niami z dnia zama­chu. Rany można wyle­czyć, lecz trauma pozo­staje i pew­nie ni­gdy go już nie opu­ści.

- Ona naj­mniej obe­rwała - powie­dział, czu­jąc, jak drę­twieją mu wargi od z tru­dem skry­wa­nych emo­cji.

Majer musiał to zauwa­żyć, ponie­waż poki­wał tylko głową i nalał sobie kolejną por­cję bim­bru.

- No to mi ulżyło - mruk­nął.

Zakrzew­ski przyj­rzał mu się uważ­nie. Majer był po sie­dem­dzie­siątce i to było bar­dzo wyraź­nie widać, cho­ciaż z tam­tego prze­słu­cha­nia zapa­mię­tał go w gor­szym sta­nie. Może wtedy po pro­stu chciał, żeby odnie­śli takie wra­że­nie. Mar­cin miał coraz więk­szą pew­ność, że bar­dzo umie­jęt­nie ich wów­czas roze­grał, żeby nie zadali tych naj­waż­niej­szych pytań.

- Dla­czego nas wtedy nie ostrze­głeś? - zapy­tał wprost.

Majer długo i wyjąt­kowo dokład­nie skrę­cał kolej­nego papie­rosa. Wresz­cie pośli­nił rąbek bibułki, skleił obie kra­wę­dzie i wło­żył skręta do ust. Długo nie zapa­lał.

- Popeł­ni­łem błąd i teraz żałuję - przy­znał. - Gówno wie­dzie­li­ście, w co się paku­je­cie. Powi­nie­nem spo­tkać się z tobą gdzieś na osob­no­ści, gdzie nie dosię­głyby nas żadne wścib­skie uszy, i cię ostrzec, ale tro­chę was zlek­ce­wa­ży­łem.

- Sądzi­łeś, że tego nie ruszymy. Po pro­stu nie będzie nam się chciało grze­bać tak głę­boko.

- Tak wła­śnie sądzi­łem, przy­znaję. - Majer zacią­gnął się głę­boko. Papie­ros spa­lił się pra­wie do połowy. - Nie spo­dzie­wa­łem się też, że oni tak zare­agują. Mimo upływu tylu lat cią­gle czują się zagro­żeni.

- Czyli polo­wa­nia na ludzi na­dal się odby­wają?

- Bar­dzo moż­liwe - odpo­wie­dział ostroż­nie gospo­darz.

- Jacy oni? - Zakrzew­ski patrzył mu twardo w twarz, a gospo­darz uda­wał, że tego nie widzi. Błą­dził wzro­kiem w górze, jakby sta­rał się poli­czyć pająki miesz­ka­jące pośród licz­nych paję­czyn zwi­sa­ją­cych z sufitu. Na zewnątrz zro­biło się zupeł­nie ciemno. Słaba żarówka nad sto­łem zabar­wiła pomiesz­cze­nie na żółto.

- Kurwa, po co chcesz w tym grze­bać, Zakrzew­ski? - ode­zwał się wresz­cie. - Mało ci jesz­cze śmierci? Prze­cież sprawcy zama­chów na cie­bie i two­ich kole­gów sie­dzą teraz w aresz­cie i cze­kają na pro­ces.

- Naprawdę uwa­żasz, że wszystko jest w porządku? - zapy­tał Mar­cin.

- Co masz na myśli?

- Do zama­chu na poli­cjan­tów przy­znał się jeden z ochro­nia­rzy nie­ży­ją­cego milio­nera Jerzego Osta­szew­skiego. Już sam motyw jest mętny i mało prze­ko­ny­wa­jący. Nie chciał dopu­ścić, żeby poli­cja i media szar­gały opi­nię nie­ży­ją­cego szefa. Prze­cież on był krysz­ta­łowy, genialny, dosko­nały i nikogo nie skrzyw­dził. Uwa­żasz, że to jest dobry motyw, żeby mor­do­wać poli­cjan­tów? Do tego wska­zuje dwóch swo­ich kole­gów z ochrony jako współ­udzia­łow­ców. Oni nie przy­znają się do winy, ale nie mają wia­ry­god­nego alibi, a w miej­scach zbrodni tech­nicy zna­leźli obcią­ża­jące ich ślady bio­lo­giczne. Tylko że jakieś takie dziw­nie słabe i dys­ku­syjne. Mimo to zostają aresz­to­wani, oskar­żeni o zabój­stwo i udział w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej. W mię­dzy­cza­sie kolega, który ich syp­nął, wie­sza się w swo­jej celi, a służba wię­zienna nie potrafi roz­sąd­nie wyja­śnić, jak to się stało i dla­czego nikt nic nie widział. Uwa­żasz, że wszystko jest w porządku?

Majer patrzył na niego dziw­nie.

- Czy­ta­łem, że ten, który się powie­sił, strze­lał wła­śnie do cie­bie i został zatrzy­many na miej­scu zda­rze­nia z pisto­le­tem w dłoni - ode­zwał się wresz­cie. - Są świad­ko­wie. Nie może być moc­niej­szych dowo­dów.

- Co do niego sprawa jest jasna. Ale jego kole­dzy? Mam wąt­pli­wo­ści - odpo­wie­dział Zakrzew­ski. - A wiesz, co się stało póź­niej? Poli­cja nie zadała sobie trudu, żeby spraw­dzić, co dzieje się w rodzi­nie ochro­nia­rza, który do mnie strze­lał. W aktach nie ma żad­nej wzmianki o tym, że jego żona jest chora na raka i od kilku mie­sięcy fun­da­cja poma­ga­jąca oso­bom w jej sytu­acji zbie­rała fun­du­sze na eks­pe­ry­men­talną ope­ra­cję zagra­nicą. Nikt się nie zain­te­re­so­wał tym, że ona dwa mie­siące temu zebrała całą kwotę i poje­chała na tę ope­ra­cję. Nikt nie spraw­dził, że jesz­cze nie wró­ciła do kraju. Nawet nie można się z nią skon­tak­to­wać. I to jest roz­wią­za­nie tej sprawy. Defi­ni­tywny koniec? Jeden ochro­niarz nie żyje, dwóch innych dosta­nie doży­wo­cie na pod­sta­wie kon­tro­wer­syj­nych dowo­dów i zapo­mi­namy o wszyst­kim?

W pomiesz­cze­niu zapa­no­wało dłu­gie mil­cze­nie. Wresz­cie Majer poka­zał na szkla­neczki z bim­brem i wypili. Tym razem Mar­cin wychy­lił swoją do dna. Czuł szum pod czaszką i sła­bość w nogach. Może dla­tego słowa tak łatwo poja­wiały się na jego ustach. Nie­na­tu­ral­nie błysz­czące oczy gospo­da­rza też wska­zy­wały na rosnący szybko poziom alko­holu we krwi.

- Dla­czego mi to wszystko mówisz? - zapy­tał.

- Posłu­chaj, Majer, czy to była mili­cja, czy poli­cja, byłeś zawsze takim samym psem jak ja. Do cho­lery, prze­cież obaj mie­li­śmy jakieś wewnętrzne zasady? To nie jest tak, że można nam wszystko wydru­ko­wać i pod­rzu­cić na tacy, a my to z rado­ścią przyj­miemy, żeby tylko nie mieć kło­po­tów. Kurwa, to nie jest tak, że wycho­dzisz z pracy albo idziesz na eme­ry­turę i już jesteś kimś innym. Gli­nia­rzem jest się cały czas i uczci­wość jest dla nas naj­waż­niej­szym dobrem. Z sza­cunku dla samego sie­bie i swo­ich zasad albo dla kole­gów, któ­rzy poświę­cili życie, żeby ści­gać skur­wy­sy­nów. Rów­nież tych, któ­rym się wydaje, że mogą bez­kar­nie zabi­jać, bo mają kupę kasy. Popatrz mi w oczy i powiedz, że nie mam racji.

Tade­usz Majer popa­trzył mu w oczy.

- Masz rację - przy­znał. - Ale dalej nie wiem, po co mi to mówisz. Ja w mili­cji byłem nikim.

Zakrzew­ski patrzył na niego zagad­kowo.

- Doprawdy? - Na jego ustach poja­wił się kpiący uśmie­szek. - Pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia nie zwró­ci­łem uwagi na szcze­góły. Byli­śmy w środku śledz­twa, liczyło się tylko powstrzy­ma­nie zabójcy i nie sku­pi­łem się na pew­nych ele­men­tach pobocz­nych. Potem długo leża­łem w szpi­talu i mia­łem czas na roz­my­śla­nia.

Zawie­sił głos, a gospo­darz znowu nalał sporą por­cję bim­bru. Może chciał upić Mar­cina, zanim ten doj­dzie do meri­tum, jed­nak nie było już na to szans.

- Zasta­no­wiło mnie, dla­czego na tam­tym prze­słu­cha­niu oskar­ża­łeś kapi­tana Pie­kłę, że to on był Skal­pe­lem. To oskar­że­nie było zupeł­nie bez sensu. Pomy­śla­łem na początku, że naprawdę jesteś takim dzi­wa­kiem, na jakiego się kreu­jesz. Była żona kapi­tana Pie­kły od wielu lat prze­le­wała ci pie­nią­dze. Zwa­li­łeś to na wyrzuty sumie­nia. Wie, że jej mąż był mor­dercą, więc chce odku­pić jego winy i wysyła ci pie­nią­dze, o które ty zresztą nie pro­si­łeś. Znowu wyja­śnie­nie bez sensu. Co jej wyrzuty sumie­nia mają wspól­nego z tobą? Prze­cież cię pra­wie nie znała. Będąc wtedy we Wro­cła­wiu, noco­wa­łaś u niej kilka nocy, zanim wró­ci­łeś do swo­jej pustelni.

Gospo­darz poka­zał, żeby wypili, ale Zakrzew­ski znowu tylko umo­czył usta i kon­ty­nu­ował, patrząc na niego uważ­nie.

- Popro­si­łem Karinę, żeby zna­la­zła zdję­cia sier­żanta Majera w sta­rych mili­cyj­nych archi­wach. Oka­zało się, że Tade­usz Majer był postaw­nym męż­czy­zną, miał czarne, gęste włosy, sze­ro­kie bary i wiel­kie dło­nie. Pomy­śla­łem sobie, że lata nad­uży­wa­nia alko­holu, życia w leśnej cha­cie i uni­ka­nia ludzi mogą czło­wieka zmie­nić nie do pozna­nia. Ale nie aż tak. Czło­wiek na sta­rość aż tak się nie kur­czy.

Zakrzew­ski zamilkł i wpa­try­wał się w twarz gospo­da­rza, na któ­rej zaczął nagle krą­żyć tajem­ni­czy uśmie­szek. Poja­wiał się, potem zni­kał, aby znowu się poja­wić. I tak kilka razy. Stary czło­wiek uśmie­chał się do swo­ich myśli, wresz­cie spoj­rzał na nad­ko­mi­sa­rza wyjąt­kowo bystro.

- Bzdury - rzu­cił sta­now­czo.

- Koniec tej maska­rady, kapi­ta­nie Marku Pie­kło - powie­dział Zakrzew­ski twardo. - Sze­fowa tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych porów­nała twoje odci­ski pal­ców z doku­men­tów sprzed lat z tymi, które zosta­wi­łeś, kiedy byłeś u nas na prze­słu­cha­niu. Nie ma sensu dłu­żej uda­wać, panie kapi­ta­nie. A nie, prze­pra­szam. Wtedy mówiło się: oby­wa­telu kapi­ta­nie. Może nawet towa­rzy­szu.

Były kapi­tan Mili­cji Oby­wa­tel­skiej Marek Pie­kło poki­wał tylko głową i długo skrę­cał w pal­cach papie­rosa. Wresz­cie zapa­lił i wydmu­chał dym w kie­runku brud­nego, pokry­tego sta­rymi paję­czy­nami sufitu.

- Wypier­do­lili mnie z par­tii za pijań­stwo, więc nie byłem towa­rzy­szem - ode­zwał się wresz­cie. - Przy­znam ci się do cze­goś, Zakrzew­ski: zawsze bar­dziej podo­bało mi się panie kapi­ta­nie od oby­wa­telu kapi­ta­nie.

- J-jasne - mruk­nął Mar­cin i mil­czał, cze­ka­jąc na wyja­śnie­nia.

Pie­kło palił zamy­ślony, wresz­cie zapy­tał, jakby nie zamie­rzał niczego wyja­śniać.

- Czego ty ode mnie chcesz?

- Chcę się dowie­dzieć, czy nie­ży­jący już milio­ner Jerzy Osta­szew­ski na pewno był w latach osiem­dzie­sią­tych seryj­nym mor­dercą o pseu­do­ni­mie Skal­pel. - Każde słowo Mar­cina brzmiało twardo i zde­cy­do­wa­nie. - Chciał­bym wie­dzieć, kto malo­wał obrazy ludzką krwią, kto razem z nim orga­ni­zo­wał polo­wa­nia na ludzi, kto w nich uczest­ni­czył i kto poczuł się na tyle zagro­żony, że zabił Osta­szew­skiego, a potem pró­bo­wał zabić mnie i śled­czych zaj­mu­ją­cych się tą sprawą. I chciał­bym się jesz­cze dowie­dzieć, co się stało z kobie­tami pra­cu­ją­cymi w fir­mach Osta­szew­skiego, które pew­nego dnia wyszły z domu, żeby już ni­gdy nie wró­cić.

Ręka z papie­ro­sem coraz bar­dziej drżała. Kapi­tan Marek Pie­kło sam nale­wał sobie kolejne por­cje bim­bru i sam pił, nie patrząc na Mar­cina. Wypił już dawkę, która powa­li­łaby noso­rożca, a wciąż jesz­cze patrzył na gościa przy­tom­nie spod zaczer­wie­nio­nych powiek. Grube kro­ple potu poja­wiły się na jego czole i skle­jały kosmyki dłu­gich, siwych wło­sów.

- Minęło już tyle lat, nie mogę ci pomóc, Zakrzew­ski. - Głos mu tro­chę ochrypł.

- Gówno tam! - żach­nął się Zakrzew­ski. - Wiesz co, Pie­kło? Grze­biąc w aktach z two­jego śledz­twa, zauwa­ży­łem jedną zasad­ni­czą rzecz. My jeste­śmy tacy sami. Mamy swoje sta­ro­świec­kie zasady, według któ­rych zawsze, bez względu na cenę, jaką przyj­dzie nam za to zapła­cić, spra­wie­dli­wość musi zatrium­fo­wać. Nie dali­śmy się wcią­gnąć w żadne nie­for­malne układy, ni­gdy nie dali­śmy się sko­rum­po­wać i zeszma­cić. Podob­nie jak dla mnie dzi­siaj, praca była dla cie­bie całym życiem. Kiedy wpa­da­łeś na trop, nic wię­cej już się nie liczyło. I zapła­ci­łeś za to straszną cenę. Ode­szły od cie­bie żona z córką, zosta­łeś alko­ho­li­kiem, sto­czy­łeś się na dno. Ja też zaczy­nam pła­cić swoją cenę za takie życie. Coraz bar­dziej boli, ale cią­gle prę do przodu, nie wie­dząc, co mnie jesz­cze czeka i gdzie skoń­czę: w rynsz­toku czy na cmen­ta­rzu.

Powie­trze w pomiesz­cze­niu jakby zgęst­niało.

- Dla­tego nie wie­rzę, że zosta­wi­łeś wtedy sprawę Skal­pela i obra­zów malo­wa­nych ludzką krwią - kon­ty­nu­ował Zakrzew­ski po pau­zie. - Ty nie mogłeś tego zosta­wić, Pie­kło, nie mógł­byś potem do końca swo­ich dni spoj­rzeć sobie w twarz.

- A jeśli naprawdę zosta­wi­łem? - Pie­kło znowu pró­bo­wał sobie nalać bim­bru, lecz butelka była już pusta. Nie miał siły pójść po następną. Mar­cin nie miał dla niego lito­ści. Nie po to prze­je­chał pięć­set kilo­me­trów i dotarł na to odlu­dzie, żeby teraz odpusz­czać.

- Gdy­byś naprawdę ją zosta­wił, miesz­kał­byś teraz z żoną we Wro­cła­wiu, a nie na tym zadu­piu. Nie odpu­ści­łeś wtedy i musia­łeś ucie­kać, żeby oca­lić żonę i syna. Tade­usz Majer w roku 1994 umie­rał na raka i dał ci swoją toż­sa­mość, żebyś mógł się ukryć i oca­lić naj­bliż­szych. Czego się prze­stra­szy­łeś, Pie­kło, że zosta­wiłeś żonę i syna? Kogo się bałeś?

Oczy kapi­tana Pie­kły łza­wiły. Może od wypi­tego alko­holu, może od dymu ze skręta, a może jesz­cze z innego powodu. Znowu spraw­dził, czy butelka naprawdę jest pusta, i z prze­kleń­stwem odsu­nął ją od sie­bie. Mar­cin podsu­nął mu swoją nie­do­pitą szkla­neczkę, którą on natych­miast opróż­nił. Nawet się nie skrzy­wił.

- O co w tym wszyst­kim cho­dzi, Pie­kło, że ukry­wasz się do dziś, mimo upływu tylu lat? - cią­gnął Zakrzew­ski.

Pie­kło z wolna się uspo­ka­jał. Znowu sta­ran­nie skrę­cał papie­rosa, mimo że w pomiesz­cze­niu było już siwo od dymu, gry­zą­cego Mar­cina w oczy.

- Masz żonę, Zakrzew­ski, albo kobietę? - zapy­tał.

- Nie.

- Naprawdę chcesz w tym grze­bać?

- Posłu­chaj, Pie­kło, zgi­nęli moi kole­dzy poli­cjanci. Nie jest kwe­stią, czy mi się chce. Ja to muszę zro­bić, dla nich i dla swo­jego świę­tego spo­koju. Kiedy ktoś ata­kuje sforę, psy wpa­dają we wście­kłość i zaczy­nają gryźć. Psy nie mogą oka­zy­wać sła­bo­ści, muszą zaata­ko­wać, żeby nikt ni­gdy już nie pró­bo­wał ata­ko­wać sfory. Ty też byłeś psem - pomóż mi.

Pie­kło roze­śmiał się chra­pli­wie i zaraz spo­waż­niał.

- Nie ma żad­nej sfory, Zakrzew­ski - powie­dział. - Jeśli chcesz poznać prawdę, musisz dzia­łać sam, nie możesz nikomu ufać, nawet naj­bliż­szym kole­gom i przy­ja­cio­łom. W tym świe­cie ide­ały już dawno się­gnęły bruku. Liczą się tylko pie­nią­dze. Za kasę i per­spek­tywę dostat­niego życia ludzie potra­fią posu­nąć się do naj­obrzy­dliw­szych czy­nów, ze zdradą i mor­der­stwem włącz­nie. Jeśli do tego dołą­czyć poli­tykę i wła­dzę nad ludźmi, wszel­kie zasady prze­stają obo­wią­zy­wać. Szcze­gól­nie kiedy żądza wła­dzy prze­ra­dza się w chorą obse­sję, wyna­tu­rze­nie, i zaczyna decy­do­wać o życiu lub śmierci.

- Popatrz na sie­bie, kapi­ta­nie Pie­kło. - Mar­cin nachy­lił się nad sto­łem w jego kie­runku. - Zła­mali cię, ucie­kłeś, scho­wa­łeś się, ale ja cię nie potę­piam. Chcia­łeś ura­to­wać naj­bliż­szych. Być może ja rów­nież tak bym się zacho­wał na twoim miej­scu. Tylko że przez te lata sytu­acja się dia­me­tral­nie zmie­niła. Jesteś już stary, twoja żona pogo­dziła się z samot­no­ścią, twój syn Irek Paleczny jest pro­ku­ra­to­rem i też jest alko­ho­li­kiem. To jest ostatni moment, żeby coś napra­wić i prze­stać się cho­wać w swoim świe­cie. Pomóż mi.

Pie­kle znowu drżały ręce. Chciał skrę­cić papie­rosa, lecz zre­zy­gno­wał. Mil­czeli. Minuty wle­kły się jak kara­wana sunąca przez pia­ski pustyni.

Wresz­cie były kapi­tan Mili­cji Oby­wa­tel­skiej Marek Pie­kło zaczął opo­wia­dać. Kiedy skoń­czył, ogień w piecu dawno już wygasł, a przez szpary do chaty wpeł­zał nie­przy­jemny chłód nocy.

Rozdział 5

5

Około godziny osiem­na­stej nad­ko­mi­sarz Mar­cin Zakrzew­ski wysiadł z tak­sówki przed budyn­kiem przy­chodni zdro­wia przy ulicy Dobrzyń­skiej. Zanim tak­sówka zawró­ciła i odje­chała wolno w kie­runku wyjazdu na Trau­gutta, stał, patrząc na oka­zały gmach, w któ­rym przed wojną mie­ściła się kasa cho­rych. W końcu wes­tchnął prze­cią­gle i wszedł do środka. Nie było odwrotu, musiał go obej­rzeć lekarz. W obszer­nym holu, wyso­kim aż po sam dach, zatrzy­mał się tro­chę zdez­o­rien­to­wany. Wresz­cie wypa­trzył strzałki, wsiadł do zde­ze­lo­wa­nej windy i wje­chał na pierw­sze pię­tro, gdzie mie­ścił się cało­do­bowy dyżur orto­pe­dyczny. Na kory­ta­rzu jęk­nął w duchu. Na krze­słach przed drzwiami, gdzie przyj­mo­wał dyżurny lekarz, sie­działo kil­ka­na­ście osób, two­rząc róż­no­ko­lo­rową ludzką mozaikę. Wyda­wało się, że każdy jest inny, a jed­nak wszyst­kich połą­czyło cier­pie­nie, wyraź­nie malu­jące się na twa­rzach. Odpo­wied­nie do nie­szczę­ścia, jakie dotknęło ich posia­da­czy. Poła­mane ręce, palce, nogi, zła­mane oboj­czyki i jesz­cze inne urazy, które na pierw­szy rzut oka ciężko było zauwa­żyć. Cze­ka­jąc na swoją kolej, nie­któ­rzy sku­piali się cał­ko­wi­cie na swoim cier­pie­niu i zamy­kali w sobie, inni nawią­zy­wali kon­takt z sąsia­dami, sta­rali się nie myśleć o bólu i zabić czas sym­pa­tyczną roz­mową.

Zakrzew­ski usiadł na krze­śle na końcu kolejki i przy­łą­czył się do tych pierw­szych. Tylko że on nie kon­tem­plo­wał bólu, lecz prze­kli­nał samego sie­bie i wła­sną nie­ostroż­ność. Jak to się, cho­lera, stało, że spadł z krze­sła? Więk­sza głu­pota jesz­cze w życiu mu się nie przy­da­rzyła.

Z kapi­ta­nem Pie­kłą roz­ma­wiał w jego leśnej cha­cie do pół­nocy. Osta­tecz­nie nawet on poniósł kon­se­kwen­cje zbyt dużej ilo­ści pochło­nię­tego bim­bru. Na koniec był już tak pijany, że Zakrzew­ski musiał pomóc mu wstać z krze­sła i odpro­wa­dził go do łóżka. Cały czas jed­nak mówił z sen­sem i nie beł­ko­tał. Zasnął w dwie sekundy. Mar­cin poło­żył się na drew­nia­nej ławce w kuchni, nakrył się wszyst­kimi kocami i narzu­tami, jakie zna­lazł w cha­cie, i tak zdrzem­nął się kilka godzin też zmo­rzony alko­ho­lem i zmę­cze­niem.

Już o siód­mej rano obu­dziły go odgłosy rąba­nia drewna. Wstał i wyszedł na zewnątrz. Powi­tał go rześki, wil­gotny pora­nek ze słoń­cem powoli wygry­wa­ją­cym wieczną wojnę z chmu­rami. Ode­brał ska­co­wa­nemu Pie­kle sie­kierę, pole­cił mu roz­pa­lić w piecu, przy­go­to­wać kawę i śnia­da­nie. Praca fizyczna dobrze mu zro­biła, cho­ciaż on też czuł suchość w ustach i inne jesz­cze mniej sym­pa­tyczne kon­se­kwen­cje wypi­cia dużej ilo­ści moc­nego alko­holu. Po kil­ku­na­stu minu­tach poczuł się lepiej. Gór­skie, chłodne powie­trze też dosko­nale podzia­łało na kaca. Wró­cił do chaty z narę­czem drewna w o wiele lep­szej for­mie, niż kiedy ją opusz­czał. Gdyby jesz­cze nie ten cho­lerny fan­to­mowy ból w pier­siach.

Pie­kło zdą­żył roz­pa­lić w piecu, zago­to­wać kawę, przy­go­to­wać na śnia­da­nie taki sam zestaw jak poprzed­niego dnia na kola­cję i wypić pół butelki bim­bru. Gdyby Mar­cin po prze­bu­dze­niu tyle wypił, pew­nie zaraz by padł. Pie­kło po pro­stu zaczął nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Zje­dli śnia­da­nie, potem Mar­cin pił kawę z meta­lo­wego kubka, a gospo­darz palił papie­rosy. Roz­ma­wiali do dzie­wią­tej, usta­la­jąc ostat­nie szcze­góły, potem Zakrzew­ski zarzu­cił na ramię ple­cak i po pro­stu wyszedł bez słowa z chaty, jakby szedł na wycieczkę po górach i miał zamiar wró­cić za kilka godzin. Pie­kło nie wyszedł, żeby cho­ciaż odpro­wa­dzić go wzro­kiem, kiedy wolno scho­dził w dół śli­ską ścieżką. Pew­nie koń­czył w tym cza­sie butelkę, ale na to Mar­cin nie miał już żad­nego wpływu.

Do Wro­cła­wia wró­cił około sie­dem­na­stej. Wcze­śniej zjadł nie­zdrowy obiad w restau­ra­cji na sta­cji ben­zy­no­wej przy auto­stra­dzie i wypił szybko dwie kawy. To tylko podraż­niło kwasy w żołądku. Odtąd towa­rzy­szyło mu nie­przy­jemne uczu­cie nad­kwa­śno­ści.

Zastał dawno nie­wie­trzone i nie­sprzą­tane miesz­ka­nie i poczuł się dziw­nie. Jakby nie był u sie­bie, tylko w jakimś obcym, nie­przy­ja­znym miej­scu. Posta­no­wił tro­chę posprzą­tać. Kiedy już pood­ku­rzał, umył pod­łogi, poście­rał kurze i włą­czył pralkę, zauwa­żył, że w kuchni na ścia­nie wciąż wisi kalen­darz z zeszłego roku. A to był paskudny rok. Chyba naj­gor­szy, jaki prze­żył. Wszedł na krze­sło, żeby zawie­sić nowy, i wtedy spadł.

Nawet nie wie­dział, jak do tego doszło. Był zmę­czony po wizy­cie u Pie­kły w Cisnej i nie mógł zapa­no­wać nad burzą myśli, które kotło­wały się w jego gło­wie po tym, gdy kapi­tan opowie­dział mu o swoim śledz­twie z początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Czuł się, jakby wyszedł z sie­bie i sta­nął obok. Takie nie­re­alne uczu­cie. I chyba nie­bez­pieczne. Pró­bo­wał tyłem zejść z krze­sła i coś poszło nie tak. Sta­wia­jąc krok w tył, tra­fił nogą na kuchenny sto­łek, który prze­su­nął się po kafel­kach pod­łogi, i było już za późno. Pole­ciał na głowę. W ostat­niej chwili siłę upadku zamor­ty­zo­wał rękami, ale i tak gruch­nął uchem w twarde kafelki. Roz­bite i krwa­wiące ucho oka­zało się dro­bia­zgiem. Naj­gor­szy był ból w lewym nad­garstku i w palcu ser­decz­nym pra­wej dłoni. Leżał na pod­ło­dze oszo­ło­miony bólem, a z jego ust sypały się naj­gor­sze prze­kleń­stwa. Kiedy już pozbie­rał się z pod­łogi, długo sie­dział w ulu­bio­nym fotelu, bada­jąc obra­że­nia. Wyglą­dało na to, że zła­mał rękę w nad­garstku. Natych­miast poja­wiła się opu­chli­zna, nie mógł poru­szyć dło­nią. Z pal­cem też było źle, spuchł, nie dało się go zgiąć.

Po kolej­nej godzi­nie stwier­dził, że chyba jed­nak nie­zbędna będzie wizyta w szpi­talu. Tak­sówką poje­chał na SOR szpi­tala im. Mar­ci­niaka, gdzie pie­lę­gniarka pora­dziła mu, żeby udał się na Dobrzyń­ską, to nie będzie musiał spę­dzić kil­ku­na­stu godzin w kolejce. Nie­stety, kiedy się tu zja­wił, zastał sytu­ację podobną do tej w szpi­talu. Swoje kilka godzin i tak będzie musiał odsie­dzieć. Takie były przy­kre realia kra­jo­wej służby zdro­wia.

Sie­dział więc cier­pli­wie w kolejce i sta­rał się nie słu­chać innych. Sku­pił się na wła­snych, nie­we­so­łych myślach. Co tak naprawdę opo­wie­dział mu kapi­tan Pie­kło? Banalną histo­rię o korup­cji, mani­pu­la­cji, żądzy wła­dzy i pie­nię­dzy? Chyba nie. Jeśli układ jest chro­niony w spo­sób bez­względny przez tyle dzie­się­cio­leci, musi tam być dru­gie dno. Coś, czego nie widać na pierw­szy rzut oka. Nie­po­kój wciąż go nie opusz­czał. Nie wie­dział jesz­cze, jak można by było odkryć prawdę. Jak dotrzeć do osób zarzą­dza­ją­cych ukła­dem, jak je posta­wić przed sądem, jeśli mają potężne wpływy. Mar­cin czuł się za mały, żeby pró­bo­wać samemu. Tylko czy komuś w ogóle można jesz­cze ufać? Upa­dek na głowę go otrzeź­wił. Może od czasu do czasu trzeba wal­nąć głową o kafelki, żeby się ock­nąć i zyskać wła­ściwą per­spek­tywę? Może i tak, ale nie trzeba łamać sobie przy tym rąk.

Kwa­drans przed pół­nocą tra­fił wresz­cie przed obli­cze leka­rza. Młody czło­wiek, wyglą­da­jący, jakby tydzień temu skoń­czył aka­de­mię medyczną, spoj­rzał na niego znu­dzo­nym wzro­kiem. Potem z daleka popa­trzył na spuch­nięty nad­gar­stek, obo­jęt­nie rzu­cił okiem na palec i wypi­sał skie­ro­wa­nie na prze­świe­tle­nie. W mię­dzy­cza­sie pie­lę­gniarka trzy razy wpi­sy­wała dane Zakrzew­skiego do kom­pu­tera, ponie­waż cią­gle się coś zawie­szało i sys­tem wyla­ty­wał w kosmos. Dobrze, że przy­naj­mniej rent­gen znaj­do­wał się na tym samym pię­trze. Cho­ciaż zna­jąc orga­ni­za­cję i logikę naszej służby zdro­wia, Mar­cin nie zdzi­wiłby się, gdyby kazano mu jechać na drugi koniec mia­sta. Na szczę­ście nie musiał.

Wyszedł z gabi­netu ze skie­ro­wa­niem na RTG i poszedł kory­ta­rzem wzdłuż holu prze­bie­ga­ją­cego przez wszyst­kie kon­dy­gna­cje budynku. Tu też tra­fił na kolejkę, na szczę­ście nie taką, jak po prze­ciw­le­głej stro­nie pię­tra.

Dzień pierwszy. 15 kwietnia 2018, niedziela

Rozdział 6

6

Trzy minuty po pół­nocy docze­kał się. Obsłu­gu­jący apa­rat rent­ge­now­ski pra­cow­nik medyczny w wieku około sześć­dzie­się­ciu lat wyszedł do niego, prze­czy­tał skie­ro­wa­nie i z lek­kim zakło­po­ta­niem oznaj­mił Zakrzew­skiemu, że nie­stety nie może na razie wyko­nać prze­świe­tle­nia. Skie­ro­wa­nie jest z poprzed­niego dnia i nie obo­wią­zuje od trzech minut. Kazał Mar­ci­nowi wró­cić po nowe. Dobrze, że w tym wypadku nie musiał jesz­cze raz cze­kać w kolejce, która zmniej­szyła się, ale nie aż tak bar­dzo.

Na prze­świe­tle­nie tra­fił wpół do pierw­szej w nocy. Potem cze­kał na wyniki. Ten sam pra­cow­nik medyczny oddał mu skie­ro­wa­nie i kazał wra­cać do leka­rza. Przed obli­czem mło­dego leka­rza sta­nął ponow­nie około pierw­szej. Oka­zało się, że sys­tem kom­pu­te­rowy jed­nak działa dość spraw­nie i lekarz już oglą­dał jego zdję­cia z RTG. Potem zaczął mówić z takim zaan­ga­żo­wa­niem, jakby komen­to­wał po raz dzie­siąty ten sam mecz piłki noż­nej z ligi okrę­go­wej.

- Tak jak myśla­łem. Zła­ma­nie kości strzał­ko­wej w lewej ręce i pęk­nię­cie paliczka palca ser­decz­nego w pra­wej ręce. Nie­stety, musimy pana zagip­so­wać na co naj­mniej cztery tygo­dnie.

Zakrzew­ski pró­bo­wał coś powie­dzieć, ale lekarz i pie­lę­gniarka byli już zain­te­re­so­wani kolej­nym pacjen­tem z podej­rze­niem zła­ma­nia oboj­czyka.

Mar­cin poszedł we wska­za­nym kie­runku. Prze­szedł jedno pomiesz­cze­nie i zna­lazł się w kolej­nym. Tu cze­kał na niego męż­czy­zna około pięć­dzie­się­cio­letni w bia­łym kitlu. Aku­rat sprzą­tał sta­no­wi­sko, na któ­rym gip­so­wał zła­ma­nia. Mar­cin pocze­kał kilka chwil w drzwiach i wresz­cie mógł usiąść. Pie­lę­gniarz doko­nał szyb­kich oglę­dzin:

- Na nad­gar­stek zało­żymy opa­tru­nek gip­sowy, na palec wystar­czy usztyw­nie­nie - oce­nił. - Zało­żymy szynę Zim­mera.

- Nie może mnie pan pozba­wić obu rąk - zapro­te­sto­wał nie­zbyt sta­now­czo Mar­cin. - Jak ja będę funk­cjo­no­wał?

- Pora­dzi pan sobie. - Pie­lę­gniarz, odwró­cony do niego tyłem, wzru­szył ramio­nami, wycią­ga­jąc z szu­flady gip­sowe opa­trunki. - Naj­waż­niej­sze, żeby szybko się zro­sło.

Zakrzew­ski pró­bo­wał jesz­cze pro­te­sto­wać, lecz szybko zamilkł znie­chę­cony. Pie­lę­gniarz moczył opa­trunki w wodzie, potem usta­wił odpo­wied­nio zła­maną rękę i zaczął ją ban­da­żo­wać. Usta mu się przy tym nie zamy­kały. Cią­gle gadał. Na początku ten potok słów strasz­nie Mar­cina iry­to­wał. Po pew­nym cza­sie jed­nak zacie­ka­wiony poli­cjant spoj­rzał po raz pierw­szy w twarz pie­lę­gnia­rza i zaczął uważ­nie słu­chać.

Rozdział 7

7

- Cho­lerny palant!

Karo­lina Nowacka zatrza­snęła za sobą drzwi ze zło­ścią, zosta­wia­jąc za nimi gło­śną muzykę i śmie­chy kil­ku­na­stu roz­ba­wio­nych nasto­lat­ków. Zbie­gła ze scho­dów, prze­szła kilka kro­ków i zna­la­zła się na ulicy Grec­kiej. Dla pod­kre­śle­nia swo­jej wście­kło­ści trza­snęła gło­śno furtką, aż zadrgało całe ogro­dze­nie. Głu­chy odgłos roz­niósł się po pustej ulicy, roz­świe­tlo­nej jedy­nie przez uliczne latar­nie.

Było trzy­dzie­ści minut po pół­nocy.

Na chod­niku zatrzy­mała się zdez­o­rien­to­wana. Ni­gdy wcze­śniej nie była na Mucho­bo­rze Małym. Wie­działa tylko, że nie­da­leko jest Nowy Dwór, gdzie jeż­dżą nocne auto­busy i na pewno jest postój tak­só­wek. Przy­po­mniała sobie, że ma roz­ła­do­waną komórkę i nie będzie mogła zamó­wić taryfy tele­fo­nicz­nie. Stra­ciła tro­chę pew­no­ści sie­bie. Zaczęła się nawet zasta­na­wiać, czy nie wró­cić na imprezę i nie popro­sić kogoś, żeby zadzwo­nił w jej imie­niu na radio taxi, ale unio­sła się hono­rem. Nie będzie pro­sić o pomoc bandy głup­ków, pora­dzi sobie sama. Zasta­no­wiła się, w którą stronę jest Nowy Dwór. Kilka godzin wcze­śniej przy­je­chała tu samo­cho­dem ze swoim chło­pa­kiem. Grze­siek pro­wa­dził, więc nie zwra­cała uwagi, któ­rędy jadą. Teraz zwąt­piła, patrząc na pustą ulicę z rzę­dami domów jed­no­ro­dzin­nych po obu stro­nach. Wszyst­kie wyglą­dały tak samo, ni­gdzie żywego ducha. W prawo czy w lewo?

Drgnęła prze­stra­szona, gdy kilka metrów za sobą usły­szała odgłos zapa­la­nego sil­nika samo­chodu. Spoj­rzała w tamtą stronę. Biały ford transit bły­snął świa­tłami, kie­rowca włą­czył kie­run­kow­skaz, wolno wyje­chał na śro­dek ulicy i poje­chał w prawo. Po chwili znik­nął za rogiem. Odpro­wa­dziła go wzro­kiem. Pew­nie poje­chał w kie­runku głów­nej drogi. Popra­wiła czapkę, szczel­niej owi­nęła się sza­li­kiem i ruszyła w tamtą stronę dziar­skim kro­kiem.

Przez ostat­nie kilka dni wyda­wało się, że zima ode­szła na dobre. Zaświe­ciło piękne słońce i tem­pe­ra­tura poszy­bo­wała w górę do gra­nicy pięt­na­stu stopni. Zanim jed­nak kto­kol­wiek zdą­żył się przy­zwy­czaić do wyso­kich tem­pe­ra­tur, przy­szło gwał­towne ochło­dze­nie. Na ten week­end pro­gnozy zapo­wia­dały nadej­ście frontu z opa­dami śniegu, za któ­rym miał nadejść wyż z mroź­nym powie­trzem. Teraz tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała w gra­ni­cach pię­ciu stopni, wiał zimny wiatr, przy moc­niej­szych podmu­chach nio­sący ze sobą dro­binki nie­przy­jem­nej mżawki. Miała nadzieję, że nie roz­pada się na dobre, zanim nie znaj­dzie postoju tak­só­wek.

- Palant! - powtó­rzyła jesz­cze raz gło­śno na myśl o Grześku.

Nie dość, że zabrał ją na drugi koniec Wro­cła­wia, na jakąś pro­win­cjo­nalną imprezę, to jesz­cze spił się i nie chciał nawet słu­chać jej próśb, żeby już jechali do domu. Pił wino z kole­gami, oglą­da­jąc jakiś głu­pawy film na Net­flik­sie, a ona musiała sie­dzieć z dziew­czy­nami i słu­chać ich dur­nych opo­wie­ści o miło­snych pod­bo­jach. Nie lubiła takich tema­tów. Połowę, a nawet wię­cej, z tego, co mówiły, można było wło­żyć mię­dzy bajki. Ode­zwała się parę razy kry­tycz­nie i natych­miast stała się osobą nie­po­żą­daną w tym towa­rzy­stwie, dosię­gały jej drwiące uśmieszki, sły­szała zło­śliwe komen­ta­rze na swój temat i dla­tego chciała wcze­śniej wyjść. Tylko ten debil Grze­siek nie miał jesz­cze ochoty wra­cać do domu. Wresz­cie, nic nikomu nie mówiąc, ubrała się i wyszła, trza­ska­jąc drzwiami. Dopiero wtedy przy­po­mniała sobie, że komórka zde­chła jej kilka godzin wcze­śniej. Trudno, pora­dzi sobie.

Doszła do skrzy­żo­wa­nia z ulicą Fran­cu­ską i przy­sta­nęła skon­ster­no­wana. W prawo ulica koń­czyła się kil­ka­na­ście metrów dalej w zupeł­nych ciem­no­ściach, a w lewo cią­gnęła się kil­ka­set metrów, tak samo pusta i cicha jak Grecka. Zawa­hała się, czy poszła we wła­ści­wym kie­runku. Nie chciała jed­nak wra­cać i uznała, że jak pój­dzie dalej, pew­nie w końcu trafi na ulicę, gdzie będzie przy­sta­nek auto­bu­sowy albo będą jeź­dzić tak­sówki. W tej decy­zji utwier­dził ją widok samo­cho­dów, prze­jeż­dża­ją­cych czę­sto na końcu Fran­cu­skiej. Poszła więc środ­kiem ulicy. Chod­nik po pra­wej był bar­dzo nie­równy, a ten po lewej stro­nie ginął w cie­niu niskich drzew o roz­ło­ży­stych koro­nach.

Szła szybko, popy­chana przez wie­jący w plecy wiatr. Idąc, zamy­śliła się, zapa­trzona w liście drzew. Nie wszyst­kie opa­dły na zimę. Pod świa­tłem ulicz­nych latarni te pozo­sta­jące wciąż na gałę­ziach nabie­rały czer­wo­nego koloru i wyglą­dały zja­wi­skowo. Nie wie­działa, co to za drzewa o takich dziw­nych liściach, które nie żółkną i nie wszyst­kie opa­dają, tylko czer­wie­nieją i takie cze­kają na wio­snę.

Trzask zamy­ka­nych drzwi samo­chodu dostaw­czego, bru­tal­nie wyrwał ją z roz­my­ślań. Serce sko­czyło do gar­dła i poczuła, jak ze stra­chu sztyw­nieją jej nogi. Mimo­wol­nie przy­spie­szyła kroku. Ten sam ford transit stał zapar­ko­wany kilka metrów przed nią, na pobo­czu, w rzę­dzie innych samo­cho­dów. Kie­rowca wysiadł z auta i stał na chod­niku, skryty w ciem­no­ściach. Widziała tylko białe spor­towe buty i dżinsy. Ognik papie­rosa jarzący się w mroku na wyso­ko­ści jego twa­rzy wydał się jej zło­wiesz­czy. Co on, do cho­lery, robi tu o tej porze? Z duszą na ramie­niu minęła go i poszła dalej. W miarę, jak odda­lała się od nie­zna­jo­mego, strach mijał i wra­cała pew­ność sie­bie. Zamiast się bać, mogła zapy­tać go o drogę. Zanim doszła do końca Fran­cu­skiej, zapo­mniała o zda­rze­niu.

Tutaj przy­sta­nęła przy mru­ga­ją­cym żół­tym świe­tle na skrzy­żo­wa­niu z Kle­ciń­ską. Poszła w nie­wła­ści­wym kie­runku. Wie­działa już mniej wię­cej, gdzie jest. Kilka metrów w prawo, zaraz za wyso­kim dźwię­ko­chłon­nym ekra­nem był przy­sta­nek auto­bu­sowy. Poszła tam i dokład­nie prze­stu­dio­wała roz­kład jazdy. Jechał stąd nocny auto­bus w kie­runku Dworca Głów­nego PKP, ale dopiero za pół­to­rej godziny. Nie chciała cze­kać aż tak długo w chło­dzie, pod nie­szczelną wiatą przy­stanku. Roz­cza­ro­wana wró­ciła na skrzy­żo­wa­nie. Teraz wie­działa już, w któ­rym kie­runku jest osie­dle Nowy Dwór.

Szła chod­ni­kiem za dźwię­kosz­czelną ścianą, chro­niącą sto­jące tu domy miesz­kalne od huku aut, jeż­dżą­cych ruchliwą nawet w nocy obwod­nicą. Pano­wała tu zupełna cisza. Po obu stro­nach chod­nika rósł żywo­płot, po pra­wej stro­nie, za traw­ni­kiem, znaj­do­wała się dawna część jezdni ulicy Kle­ciń­skiej, która teraz słu­żyła do ruchu wewnętrz­nego na osie­dlu i jako par­king dla miesz­kań­ców. Pod samą ścianą pro­wa­dziła ścieżka rowe­rowa. Chod­nik skrę­cał w prawo i szła teraz wzdłuż zapar­ko­wa­nych aut.

Po kilku minu­tach doszła do miej­sca, gdzie jezd­nia się koń­czyła i chod­nik pro­wa­dził pod roz­ło­ży­stym drze­wem, tuż przy ścia­nie. Miej­sce było pogrą­żone w ciem­no­ściach, ale nie zwró­ciła na to uwagi, ponie­waż widziała już roz­świe­tlone skrzy­żo­wa­nie Szkoc­kiej i Kle­ciń­skiej.

Nagle kątem oka dostrze­gła cień tuż obok sie­bie. Zanim zdą­żyła się prze­stra­szyć, ubrany na czarno męż­czy­zna, ukryty dotąd w ciem­no­ściach, objął ją ramie­niem i przy­ci­snął do ust szmatę nasą­czoną sub­stan­cją wydzie­la­jącą słod­kawy zapach. Świat zawi­ro­wał jej przed oczami i stra­ciła przy­tom­ność. Zdą­żyła tylko zoba­czyć białe spor­towe buty. Nie czuła już, jak męż­czy­zna nie­sie ją pod pachą kilka metrów, wrzuca na tył zapar­ko­wa­nego przy Szkoc­kiej bia­łego busa i przy­krywa brud­nymi szma­tami. Następ­nie zamyka tylne drzwi, wsiada na sie­dze­nie kie­rowcy, odpala sil­nik i odjeż­dża, włą­cza­jąc się do ruchu i skrę­ca­jąc w lewo na esta­kadę nad Strze­gom­ską, w kie­runku mostu Mile­nij­nego.