Rozdział 8
8
Policja poszukiwała gwałciciela już od kilku lat. Na razie
bezskutecznie. Nieregularnie dwa, trzy razy w roku pojawiał się znikąd,
napadał na samotne kobiety, bił je i brutalnie gwałcił. Zawsze między
godziną trzecią w nocy a piątą rano. W porze, kiedy jedna część miasta
jeszcze się nie obudziła, a druga właśnie kładła się spać. To był
najspokojniejszy okres w ciągu doby - niewiele aut na ulicach,
komunikacja miejska kursująca bardzo rzadko, brak ludzi na chodnikach,
puste parki.
Przylgnęła do niego ksywa Duch, ponieważ pojawiał się jak duch i jak
duch rozpływał się w powietrzu. Siedemnaście gwałtów i pobić. Niestety,
jedno sprzed dwóch lat ze skutkiem śmiertelnym. Mimo pustek na ulicach
czasem udawało mu się wyśledzić samotną kobietę, która akurat
przemierzała ulice w wyjątkowo nieuczęszczanych miejscach miasta bądź
próbowała skrócić sobie drogę do domu przez ciemny park lub porośnięty
drzewami i krzewami skwer.
- Od dwudziestu lat pracuję tylko nocą - mówił pielęgniarz, gipsując
Zakrzewskiemu rękę. - Żona ode mnie odeszła, zabrała córkę, zostałem w domu sam, więc co za różnica, czy pracuję w nocy, czy w dzień?
- To jednak trochę uciążliwe - mruknął Zakrzewski, obserwując go spod
przymkniętych powiek.
- Kwestia przyzwyczajenia - zaśmiał się pielęgniarz. - Zresztą, czy coś
tracę? Moim zdaniem świat nocą jest o wiele piękniejszy niż w dzień. Wie
pan, nie zawsze jest taki ruch jak dzisiaj, czasem wcześniej wychodzę,
czasem zamieniamy się na dyżurach z kolegą.
Akta Ducha puchły z roku na rok, a policja dreptała w miejscu. Żadnych
świadków. Zakradał się i atakował kobiety zawsze od tyłu. Uderzenie
twardym narzędziem w tył głowy pozbawiało ofiary przytomności. Potem
zaciągał je w krzaki, z dala od ścieżek, i gwałcił. Czasem w trakcie
gwałtu ofiary odzyskiwały przytomność. Wtedy je podduszał albo bił
pięściami, aż przestawały stawiać opór.
23 grudnia 2014 roku Izabela Rycka wracała do domu z imprezy u koleżanki. Nie miała daleko. Wystarczyło przejść przez park z ulicy
Kozanowskiej na Lotniczą przy centrum handlowym Astra. Było około
czwartej trzydzieści, Rycka miała we krwi ponad promil alkoholu. Duch
napadł ją w środku parku. Musiał popełnić jakiś błąd, ponieważ uderzenie
w głowę nie było mocne. Doszło do szamotaniny i Duch udusił Rycką jej
własnym szalikiem. Dopiero potem zgwałcił. Lekarz patolog napisał w raporcie, że prawdopodobnie zgwałcił ją dwukrotnie w niewielkim odstępie
czasu. Czy wiedział, że ją zamordował? Pewnie tak. Czy dlatego zrobił to
dwa razy? Świadomość, że ofiara nie żyje, spowodowała większe niż zwykle
podniecenie? Niewykluczone.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
Postanowił, że już nigdy więcej.
Po ostatnim razie czuł do siebie tylko obrzydzenie. Nie pomagały
alkohol, prochy, nie pomagało szorowanie skóry do krwi pod gorącym
prysznicem, sen nie przynosił ulgi, drakońska pokuta nie zbliżyła go ani
o milimetr do Boga. To był koszmar, który trwał przez wiele tygodni. Na
ulicę wychodził dopiero po zmroku, ponieważ bał się, że ktoś zobaczy
czerwone plamy krwi na jego skórze. Oczywiście żadnych plam już nie
było, nie mógł jednak pozbyć się niepokoju. Przegapił moment, w którym
podniecenie zmieniło się w ból, rozkosz w psychiczną udrękę, a ekstaza w cierpienie. Nie zostało nic, prócz poczucia zbrukania, obrzydzenia do
samego siebie i wściekłości.
Wtedy postanowił, że już nigdy więcej tego nie zrobi. I danego sobie
słowa dotrzymał. Nie tylko sobie. To była również obietnica wobec
Najwyższego. Wobec Stworzyciela największego dobra we wszechświecie -
życia. A on przecież wielokrotnie występował przeciw Bogu, występując
przeciw życiu. Niszcząc je, plugawiąc i odbierając je niewinnym,
nieświadomym niczego istotom. Pewnie dlatego Bóg go ukarał, zmieniając
dawną rozkosz i podniecenie w cuchnące cierpienie i skazując go na
piekło wyrzutów sumienia. To była kara za grzech. Za grzech ostateczny i niewybaczalny. Grzech przeciw życiu.
Długie dnie spędzał na studiowaniu Pisma Świętego i nagle dostąpił
objawienia. Kątem oka zobaczył nadlatujący z nieba promień światła.
Zanim zdążył zareagować, promień uderzył go w skroń i pozbawił
świadomości. Długo leżał na podłodze pod fotelem. Czy to była boska
kara? Czy w ten sposób Bóg naznaczył go piętnem mordercy? Wielkim
czerwonym znamieniem na skroni, oznaczającym napiętnowanego i wygnanego
do krainy cierpienia? Usiadł, opierając się plecami o nogę od stołu, i dokładnie obmacał skroń. Nie, żadnego znamienia nie było. To nie była
kara. To było objawienie. Nic nie jest ostateczne. Nie ma
niewybaczalnych grzechów. Nawet najzatwardzialsi grzesznicy mogą jeszcze
zyskać szansę na zbawienie. Trzeba tylko żałować za grzechy i przyjąć z pokorą wyznaczoną pokutę.
On przyjął pokutę w pełni świadomy, że nie będzie drugiej szansy. Tylko
ta jedna i ostatecznie ostatnia. Uspokoił się. Cierpienie, a przede
wszystkim nieokiełznane pożądanie, które dotąd pchało go do tych
wszystkich straszliwych czynów, gdzieś zniknęło. Musiał tylko dużo się
modlić, czytać Biblię i uczęszczać do kościoła na msze.
Nagle poczuł się cudownie. Jakby narodził się na nowo wolny i nieskalany. Biała i nieskażona grzechem dusza. Tak było przez kilka lat.
I nieoczekiwanie wszystko się rozsypało.
Pamiętał, kiedy to się stało. Kilka dni wcześniej otrzymał wiadomość i następnego ranka obudził się później niż zwykle. Od razu poczuł, że
destrukcyjne, niszczące wszystko na swojej drodze pożądanie powróciło w zwielokrotnionej formie. Bóg się od niego odwrócił, a jego miejsce zajął
diabeł z samego dna piekielnych czeluści. Nie mógł się opanować.
Zrozumiał, że okres ukojenia był tylko żartem Boga. Częścią
nieuniknionej kary za przeszłe grzechy. Koszmarną drwiną istoty
wszechmogącej ze słabego człowieka. Skończyła się, kiedy on poczuł się
wolny i rozgrzeszony. Kara mniejsza - drwina z grzesznika. Teraz czas na
karę większą. Ostateczne cierpienie i potępienie. Upadek.
Po następnych kilku dniach walki z samym sobą pojechał do najbliższego
marketu budowlanego po farbę. Kupił dwie puszki antykorozyjnej i dwie
srebrnej farby do metalu. Trzeba było naprawić kratę. Przez ostatnie
lata w piwnicy pokryła się warstwą rdzy i nie nadawała się do użycia.
Malował cały dzień z bolesną erekcją w spodniach. Bał się nawet, że
naczynia krwionośne popękają i wykrwawi się w kilka minut. Nic takiego
nie nastąpiło. Potem zaczął się zastanawiać. Nie używał piwnicy przez
ostatnie lata. Budynek przez ten czas się zestarzał, do pomieszczenia
wkradała się wilgoć. Następnego dnia kupił kilka grzejników dmuchających
ciepłym powietrzem. Od tej pory pracowały przez cały czas. Może nie
osuszyły pomieszczenia, ale na pewno zapewniały ciepło.
Dwa dni przed podjął ostatnią próbę. Nie liczył na powodzenie, ciągle
jednak wierzył w boskie miłosierdzie. I choć w ostatnim czasie przestał
myśleć o Bogu jako o istocie miłosiernej i skłonnej przebaczać,
postanowił dać mu ostatnią szansę. Poszedł do kościoła.
Kilkanaście minut piechotą przez las, potem przez park, i znalazł się
przed małym wiejskim kościółkiem, ogrodzonym niskim murem i otoczonym
kilkunastoma starymi nagrobkami zasłużonych obywateli i księży
pracujących dawniej w parafii. Zapadł już zmrok, było zimno, nad leśnymi
drogami wisiała lodowata mgła. Kwiecień plecień, bo przeplata. Teraz
akurat przypomniał sobie o zimie.
Wszedł przez bramę i zatrzymał się. Poczuł na sobie czyjś wzrok. Jakaś
masywna postać patrzyła na niego z pogardą ze szczytu kościelnej wieży.
Znowu poczuł się zbrukany. Odruchowo opuścił głowę i chciał się wycofać.
Wtedy zaprotestował diabeł, który już na dobre rozgościł się w jego
duszy. Nie może okazać słabości. Musi stawić czoło temu zdrajcy, który
mamił go lepszym życiem, a teraz porzucił.
Poczekał, aż ludzie wyjdą z wieczornego nabożeństwa, po czym naciągnął
czapkę z daszkiem bardziej na oczy, na głowę zarzucił kaptur bluzy i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach świec, kadzidła,
stęchlizny i czegoś jeszcze. To był bliżej niesprecyzowany zapach,
wyczuwalny w każdym starym kościele. Poczuł mdłości, ślina napłynęła mu
do ust. Może to był zapach odstraszający takich potępieńców jak on? Osób
opętanych przez zło, poddanych woli diabła i wykonujących posłusznie
wszystkie jego rozkazy.
- I tak wejdę! - powiedział może odrobinę zbyt głośno i spojrzał prosto
w tabernakulum.
Jego głos rozszedł się echem po pustym wnętrzu. Główne światła były
zgaszone. Tylko w dwóch bocznych nawach świeciły się elektryczne świece,
z zakrystii słychać było przyciszone rozmowy. Pewnie ksiądz się jeszcze
przebierał i pomagali mu ministranci.
Postąpił dwa kroki i stchórzył. Zamiast przed głównym ołtarzem stanął
przed boczną nawą, gdzie wisiała figura przybita do krzyża. Spod
półprzymkniętych powiek patrzył na niego cierpiący człowiek, na czole
miał krew z ran od cierniowej korony, z przebitego boku wypływały krew i woda.
Odważył się i spojrzał mu w oczy.
- Podobno cierpiałeś przez ludzkie grzechy - szepnął. - Dlaczego w takim
razie pozwalasz, żebym ja też tak cierpiał? Dlaczego mnie opuściłeś,
kiedy ja teraz najbardziej ciebie potrzebuję? Nie widzisz tego? Ja już
uległem pokusom. Pomóż mi, bo stanie się coś strasznego i nieodwracalnego.
Mierzyli się wzrokiem, lecz figura pozostała tylko figurą. Kawałkiem
martwego drewna, któremu nieznany rzeźbiarz nadał formę. Nic więcej.
Nagle poczuł zbierającą w nim wściekłość.
- Ciebie nie ma - wysyczał przez ściśnięte gardło. - Umarłeś na tym
krzyżu. Nie było żadnego zmartwychwstania, nie ma żadnego życia
wiecznego. To wszystko kłamstwo. Twoje ciało zgniło w grobie. To później
ubrano cię w boskie szaty, ale prawda jest bardziej przyziemna. Nie ma
Boga, jest tylko człowiek.
Zaśmiał się, jakby nagle odkrył coś bardzo ważnego. Jednocześnie poczuł
podniecenie, które natychmiast zmieniło się w potężną erekcję.
Nieświadomie zaczął masować sobie przez spodnie główkę penisa. Na jego
twarzy wykwitał coraz bardziej demoniczny uśmiech.
- To tylko oszustwo - śmiał się pod nosem. - Kłamstwo powtarzane przez
pokolenia dla władzy, przywilejów i bogactwa. Kasta kapłanów rządzi
światem. Tak było we wszystkich starożytnych kulturach, tak jest i teraz. Ludzie pozostają zawsze tacy sami, żądni władzy i pieniędzy.
Znowu zaniósł się śmiechem. Włożył sobie rękę w spodnie i onanizował się
jawnie, patrząc w oczy ukrzyżowanego.
- I co mi teraz zrobisz? - zakpił. - Porazi mnie błyskawica, rozstąpi
się ziemia, dopadną mnie jakieś kurewsko męczące plagi? Gówno możesz!
Drgnął, kiedy nadszedł orgazm. Przymknął oczy i skrzywił się. Ból znowu
był większy od rozkoszy.
- Co pan tu robi!?
Zajęty ubliżaniem Bogu nie zauważył, kiedy nadszedł ksiądz. Teraz stał i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, w których wyraźnie malowało
się przerażenie.
Nie zastanawiał się ani sekundy. Skoczył do duchownego i dwoma ciosami w splot słoneczny i w twarz powalił go na posadzkę. Ksiądz runął
bezwładnie jak worek ziemniaków, zalewając się krwią.
On nie czekał, co będzie dalej. Wybiegł z kościoła i tą samą drogą
ruszył biegiem do domu.
Teraz wiedział, że już nic go nie powstrzyma.
Rozdział 2
2
Wystarczyła chwila nieuwagi i stracił czujność.
Cała euforia po znakomitym, jego zdaniem, wywiadzie, przeprowadzonym
przez sympatyczną i wyjątkowo ładną panią redaktor, która najwyraźniej w świecie flirtowała z nim poza anteną, ulotniła się jak gaz z nieszczelnej butli. Wolne miejsce po tym cudownym uczuciu stopniowo
zajmowały wściekłość i strach. Cholerny stary dziad, który ślinił się na
widok pięknej kobiety i natychmiast stracił rozum. Niech to szlag trafi!
Kiedy wyszedł z budynku Polskiego Radia Katowice, nie zauważył niczego
niepokojącego. Tylko czy zwracał uwagę na to, co dzieje się wokoło?
Raczej nie. Zbiegł szybko po schodach. Pogoda była fatalna, wzdłuż ulicy
Ligonia biegły głębokie, wypełnione wodą wykopy, przygotowane pod nowe
rury kanalizacyjne. Przeskoczył kładkę nad wykopem, przeszedł na drugą
stronę ulicy i ruszył wolno chodnikiem wzdłuż ulicy Królowej Jadwigi, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie kurtki. Było chłodno, wiał zimny
wiatr, niosąc ze sobą drobinki deszczu. Słońce już zaszło, a chmury
wisiały nisko, spowijając miasto pogrzebowym całunem. Był jednak w wystarczająco dobrym humorze, żeby nie zwracać uwagi na takie szczegóły.
Ktoś napisał sprayem na budynku: Górniczy Klub Sportowy Katowice. Napis
przypomniał mu dawne dobre czasy. Był wielkim kibicem Gieksy, zanim
afery strąciły ją na samo dno. Teraz nawet nie orientował się, w której
lidze gra.
Usłyszał, jak jakieś auto przyhamowuje za jego plecami. Powinien był się
obejrzeć, ale tego nie zrobił. Trzasnęły drzwiczki, usłyszał kroki,
samochód ruszył i zrównał się z nim. Adam Markiewicz rzucił na niego
okiem i się przestraszył. Czarne porsche cayenne z przyciemnionymi
szybami. Znał bardzo dobrze to auto. Zatrzymał się, żeby ocenić szanse
na uniknięcie przykrego spotkania, gdy nagle poczuł twardą dłoń na swoim
ramieniu.
- Szef prosi pana na rozmowę - szepnął mu do ucha niezbyt życzliwy głos.
Pochylał się nad nim łysy mięśniak, którego na mieście nazywali Gruby.
Ksywka nieadekwatna do wyglądu. Co prawda był wielki, ale nie było na
nim ani grama tłuszczu. Takiego zaproszenia nie można było zignorować.
Markiewicz potulnie poszedł w kierunku porsche. Tylne drzwi się
otworzyły, Gruby prawie wepchnął go do środka i wsiadł za nim. Auto
ruszyło z piskiem opon i zaraz skręciło w Jagiellońską w kierunku placu
Bolesława Chrobrego.
Adam siedział na tylnej kanapie pomiędzy Grubym a innym mięśniakiem,
którego nazywali Miluś. Może przypominał smoka, ale na pewno nie tak
sympatycznego jak ten z komiksów o Kajku i Kokoszu. Kamil Małecki
odwrócił się do niego z siedzenia pasażera i na jego twarzy pojawił się
grymas, który tylko w ostateczności można było nazwać uśmiechem.
- Pan detektyw Markiewicz, miło mi cię w końcu zobaczyć - powiedział,
udając wylewność. - Ostatnio chyba mnie trochę unikałeś, nieprawdaż?
Adam z trudem przełknął ślinę. Skoro szef największej grupy przestępczej
na Górnym Śląsku osobiście pofatygował się, żeby z nim porozmawiać, nie
było dobrze. Strach już całkowicie zastąpił w jego duszy euforię. Bałwan
- zganił się w myślach - sam jesteś sobie winien.
- Cześć, Kamil - powiedział, z trudem przezwyciężając suchość w ustach.
- Jakoś tak się ostatnio nie składało. Wiesz, dużo obowiązków...
Małecki patrzył na niego z kamienną twarzą, z której niewiele można było
wyczytać.
- Taaaak - mruknął przeciągle. - Każdy ma dużo obowiązków. Ja też mam
dużo obowiązków, Gruby ma, Miluś ma, i nawet Rudy. - Wskazał palcem na
kierowcę. - Rudy też, kurwa, ma jakieś obowiązki, nieprawdaż?
- Tak, szefie - przytaknęli jak na komendę goryle.
Markiewicz kątem oka obserwował, dokąd jadą. Przejeżdżali akurat pod
wiaduktem kolejowym na Francuskiej. Miał tylko nadzieję, że nie jadą za
miasto. Już prawie widział siebie w scenie jak z przeciętnego filmu o gangsterach. Środek lasu, szpadel, dół i pistolet wycelowany w jego
głowę. Z trudem otrząsnął się z tej wizji. Nie, jeszcze nie teraz.
- Obowiązki obowiązkami, ale od czasu do czasu trzeba znaleźć chwilkę,
żeby spotkać się ze znajomymi, nieprawdaż? - kontynuował Małecki. - Mam
nadzieję, że nie zacząłeś mnie unikać. Co, Adam?
Markiewicz szybko pokręcił głową.
- Jeśli tak to odebrałeś, przepraszam - rzucił szybko. - Naprawdę nie
chciałem, żebyś tak myślał. Taki mamy cholerny wyścig szczurów. Brak
czasu.
Kamil Małecki patrzył na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Tak - odezwał się wreszcie. - Trudno nie przyznać ci racji. Dlatego
jak tylko usłyszeliśmy w radiu, że masz wywiad, postanowiłem z tobą
pogadać. Byliśmy blisko, nieprawdaż?
Zerknął na goryli, którzy natychmiast gorliwie pokiwali głowami.
- Z wielką uwagą słuchaliśmy tego, co masz do powiedzenia - mówił dalej
Małecki. - Zawsze cię podziwiałem, Adam, jak ty świetnie wypadasz w mediach. Jesteś takie zwierzę medialne, prawie jak Wojewódzki. Nie
dziwię się, że redaktorzy tak lubią zapraszać cię do swoich programów.
Teraz też wypadłeś bardzo dobrze. A jak tam piękna pani redaktor - jak
ona ma na nazwisko? Krynicka! Flirtowała z tobą, nieprawdaż?
Markiewicz poczuł nagle, że robi mu się niedobrze. Ty stary durniu -
jęknął w duchu. Cieszyłeś się, że ona robi do ciebie maślane oczy.
- Wiesz, miałem ostatnio chwile słabości i pomyślałem sobie, że mnie
unikasz, ponieważ nie masz z czego oddać długu. - Małecki zrobił pauzę,
uważnie wpatrując się w twarz Markiewicza. - W końcu czterysta tysięcy
to nie jest mała kwota.
- Trzysta trzydzieści - poprawił go machinalnie.
- Adam, czy ty uważasz mnie za naiwniaka, czy sam takiego zgrywasz?
Umawialiśmy się na procent. Ja nie jestem instytucją charytatywną,
pożyczam, ponieważ chcę na tym zarobić.
Adam zrobił się czerwony na twarzy.
- Ale aż tyle? - jęknął. - Umawialiśmy się na niewielki procent.
- To prawda. Gdybyś spłacił mnie w terminie, nie wziąłbym dużo, może
tyle co w banku. Tylko że ja nie jestem bankiem. Gdybym miał te
pieniądze, mógłbym zainwestować je w bardzo intratną transakcję. Tyle
bym właśnie na niej zarobił. Nie zainwestowałem, więc oczekuję, że
pokryjesz mi straty. To chyba uczciwe, nieprawdaż?
W aucie zapanowała nagle pełna napięcia cisza. Markiewicz przełknął
głośno ślinę i zerknął za okno. Ominęli Rynek od północnej strony,
przejechali rondo Bolesława Chrobrego i teraz jechali Murckowską w kierunku A4. Niedobrze, ocenił.
- Tak, uczciwe - przyznał niechętnie.
- Cieszy mnie, że się rozumiemy. - Po raz pierwszy na twarzy Małeckiego
pojawił się naprawdę szczery uśmiech.
Wyjął z kieszeni e-papierosa i pociągnął dwa razy. Biały obłok szybko
zniknął, a jego miejsce zajął orientalny zapach.
- Więc tak jak już mówiłem wcześniej - kontynuował - miałem chwilę
słabości i pomyślałem, że może nie masz takich pieniędzy, żeby mi oddać.
- Kamil, mam pieniądze. To tylko kwestia kilku dni i oddam ci całą kasę
z odsetkami i rekompensatą - zapewnił szybko Markiewicz.
Na twarzy jego rozmówcy znowu pojawił się ten nieodgadniony, niepokojący
wyraz. Znowu zaciągnął się elektronicznym papierosem.
- Mówisz, że to tylko kwestia dni - mruknął jakby do siebie. - Wiesz,
postanowiłem sprawdzić stan twoich finansów.
Adam Markiewicz poczuł lodowaty dreszcz strachu na plecach. Było gorzej,
niż przypuszczał.
- Pomyślałem sobie, że w razie gdybyś był niewypłacalny, masz przecież
słynną na cały kraj agencję detektywistyczną. W zamian za te czterysta
tysięcy mógłbym objąć udziały w twojej firmie. Dlatego wysłałem Grubego
do Krajowego Rejestru Sądowego po sprawozdanie finansowe spółki z ograniczoną odpowiedzialnością Markiewicz i Wspólnicy. Wbrew pozorom
Gruby nie jest taki głupi. Powiedz nam, czego się dowiedziałeś w KRS.
Gruby uśmiechnął się od ucha do ucha, prezentując nieco zaniedbane zęby.
- Od dwóch lat spółka wykazuje straty - zaczął Gruby z wyraźnym
samozadowoleniem. - W sumie to już prawie trzysta tysięcy. Poza tym ma
spore długi. Są to niespłacone zobowiązania wobec kontrahentów i firm
leasingowych oraz spory kredyt w banku. Wspólnicy już dwa lata z rzędu
podejmują uchwały o kontynuacji działalności, mimo że zobowiązania
przekroczyły dwukrotność kapitałów.
Gruby zawahał się i widać było, że jego samozadowolenie wyraźnie spadło.
- Czy jakoś tak - zakończył szybko.
Kamil Małecki pokiwał tylko głową i znowu zaciągnął się e-papierosem.
Kierowca na szczęście skręcił z Murckowskiej w lewo i znowu zbliżali się
do centrum miasta. Uliczne światła wpadały do wnętrza auta, tworząc
przesuwające się szybko cienie. Adam trochę się uspokoił.
- Tak więc nie opłaca się przejmować udziałów w twojej firmie - odezwał
się Małecki. - Po co mi kolejny strup na głowie i inwestycja, która
zwróci się nie wiadomo kiedy, nieprawdaż? Ale wierz mi, wtedy jeszcze
się nie zaniepokoiłem. Każdy może mieć przejściowe kłopoty i złą passę w biznesie. No zdarza się. Sam prowadzę różne biznesy, to wiem. Pomyślałem
sobie, że przecież masz podpisany bardzo dobry kontrakt z mainstreamową
telewizją na cykl programów. Jakbym przejął ten kontrakt, mógłbym szybko
odzyskać dług. Zatelefonowałem więc do mojego starego przyjaciela do
zarządu telewizji i wiesz, czego się dowiedziałem?
Małecki zawiesił głos. Adam już wiedział, co za chwilę usłyszy.
- Okazało się, że telewizja jakiś czas temu rozwiązała z tobą umowę i nie będzie więcej przygód dzielnego detektywa Adama Markiewicza,
emitowanych w porze najlepszej oglądalności. Przyznam ci się, że trochę
się zmartwiłem. Jeszcze nie zaniepokoiłem się o swoje pieniądze, tak po
przyjacielsku było mi ciebie żal. Bez takiego kontraktu, przy tak
kiepskiej kondycji finansowej, spółka jest zagrożona upadłością. -
Spojrzał szybko na siedzącego obok goryla. - Tak było, Gruby?
- Tak jest, szefie.
Markiewicz coraz bardziej zapadał się w tylną kanapę miedzy dwoma
mięśniakami. Na wszelki wypadek się nie odzywał.
- Tak jak już mówiłem, niepokój przyszedł później. - Można było odnieść
wrażenie, że Małecki opowiada fabułę sensacyjnego filmu obejrzanego
dzień wcześniej i specjalnie stopniuje napięcie. - Przypomniałem sobie,
że przecież masz duży dom w dobrej lokalizacji niedaleko centrum
Katowic. Szybko oszacowałem, że mógłby być wart sporo ponad pół dużej
bańki. Dla mnie by wystarczyło, a i tobie odpaliłbym resztę. Więc Gruby
sprawdził mi ten dom.
Gruby szturchnął Adama pod żebro i wyszczerzył się do niego.
- Ku mojemu rozczarowaniu dowiedziałem się, że ten dom nie należy już do
ciebie. - Gospodarz spotkania wypuścił z ust kłąb aromatycznej pary z e-papierosa. - Ponad rok temu rozwiodłeś się i przy podziale majątku dom
przypadł twojej eksżonie, która zresztą zaraz go sprzedała i ulotniła
się. Zadałem sobie nawet trud i ją odnalazłem. Wiesz, że mieszka w Alicante z jakimś młodszym facetem? Podać ci jej adres?
- Nie. - Detektyw niechętnie pokręcił głową.
- Tak myślałem. W tym momencie zacząłem się o ciebie martwić.
Sprawdziłem, gdzie teraz mieszkasz, i kolejne rozczarowanie. Wynajem
mieszkania w centrum jest dość kosztowny. Moim zdaniem to strata
gotówki. Nie stać cię na takie mieszkanie. Boleśnie się spada z wysokiego konia. Trudno jest przywyknąć, nieprawdaż?
Markiewicz tylko zacisnął szczęki i milczał.
- Kiedy wreszcie odkryłem, że nie masz kasy, zacząłem się zastanawiać,
na co wydałeś pożyczone ode mnie pieniądze. Robiliśmy nawet zakłady, na
co poszły. Ja obstawiałem, że masz jakąś młodą dupę na mieście, która ma
swoje wymagania finansowe. Wiesz, facet przed pięćdziesiątką daje się
czasem omotać młodej, ładnej i przede wszystkim sprytnej panience.
Widziałem już kilka takich przypadków. Gruby, na co ty stawiałeś, bo nie
pamiętam?
- Na spłatę kredytu we frankach - zarechotał Gruby.
- A ty, Miluś?
- Obstawiałem dofinansowanie spółki - mruknął drugi goryl, który nie
bawił się sytuacją tak dobrze jak jego kolega.
- No widzisz. Nie podejrzewaliśmy cię o złe rzeczy - pokiwał głową
Małecki i w jednej chwili jego twarz się zmieniła.
Wyglądał teraz jak rozwścieczony lew, szykujący się do ataku na
bezbronną gazelę.
- Wyobraź sobie moje rozczarowanie, kiedy odkryłem, że pożyczone
pieniądze przegrałeś w kasynie. - Ton jego głosu sprawił, że we wnętrzu
auta temperatura spadła o kilka stopni. - Nie wiedziałem, że jesteś
cholernym hazardzistą. Miałem cię dotąd za rozsądnego faceta, nie
uwierzyłbym, że jesteś uzależniony od hazardu. Do jasnej cholery! Ja cię
nawet lubiłem, Adam. A teraz tak mnie rozczarowałeś!
- Kamil, posłuchaj... - odezwał się Markiewicz, nerwowo rozglądając się po
bocznych szybach i oceniając, dokąd jedzie auto.
Znowu Francuska, jeździli w kółko.
- Nie! - przerwał mu Małecki lodowato. - To ty mnie, kurwa, posłuchaj.
Przegrałeś moje pieniądze. To mnie boli, ponieważ ci zaufałem. Ale nie
to jest najgorsze. Wiesz, co mnie najbardziej wkurwia? Przegrałeś je w kasynie należącym do Piotra Raweckiego! Mam ci powiedzieć, kto to jest
Rawecki?
- Nie. - Pokręcił głową Markiewicz.
Rawecki był właścicielem sieci kasyn i największym rywalem Małeckiego w szemranych interesach finansowych. W samochodzie zapanowała nagła cisza.
W tej ciszy Adam poczuł się jeszcze gorzej, niż słuchając słów dawnego
kolegi. Chciał coś powiedzieć, lecz w głowie miał przerażającą pustkę.
Nie potrafił się skupić na niczym poza śledzeniem, dokąd jadą. Kierowca
właśnie zatrzymał się na parkingu przy Uniwersytecie Śląskim. Cisza się
przeciągała. Małecki odwrócił się i pociągał e-papierosa. O szyby
zabębniły pierwsze mocniejsze krople deszczu.
- Oddam pieniądze - rzucił wreszcie Adam.
Małecki zerknął na niego do tyłu.
- Tak?
- Mam plan, skąd wziąć kasę - szybko i trochę nieskładnie zaczął mówić
Markiewicz. - Wahałem się, czy... to znaczy, mam plan. To jest duża rzecz.
Będę z tego miał pieniądze, żeby spłacić wszystkie długi. Oczywiście
twój dług jest pierwszy, oczywiście z odsetkami.
Małecki milczał, nie odwracając się. Adam popatrzył najpierw na Grubego,
potem na Milusia, ale oni siedzieli nieruchomo, jakby nagle Bóg zamienił
ich w słupy soli.
- Masz tydzień - wycedził przez zęby Kamil Małecki, po czym znowu
odwrócił się do Adama, a w jego dłoni błysnął pistolet.
Markiewicz miał wrażenie, że temperatura spadła jeszcze o kilka stopni,
w okolice zera. Może ktoś włączył cholerną klimatyzację? Zaczął się
trochę jąkać.
- Kamil... - zaczął, ale kolega wstrzymał dalsze słowa stanowczym ruchem
lufą pistoletu.
- Kumplami byliśmy w podstawówce - wycedził przez zaciśnięte zęby. - W obecnych okolicznościach nie życzę sobie, żebyś mówił mi po imieniu.
Adam się zająknął.
- Panie Małecki, potrzebuję więcej czasu...
- Tydzień.
- Naprawdę będę miał pieniądze - zapewnił Markiewicz. - Ale nie w tydzień. To niemożliwe. Zapłacę więcej, ale potrzebuję dwóch tygodni.
Deszcz rozbijał się o szyby samochodu. Goryle siedzieli jak skamieniali,
nie odzywając się ani nie patrząc na niego. Małecki się nie odwracał.
- Panie Małecki, potrzebuję dwóch tygodni, żeby zgromadzić odpowiednią
kwotę.
Wreszcie Adama dobiegł cichy głos.
- Dwa tygodnie, ani dnia dłużej.
- Tak, oczywiście.
Gruby otworzył drzwi i wysiadł. Markiewicz też chciał wysiąść, ale zanim
zdążył się ruszyć, potężna łapa Grubego sięgnęła do wnętrza auta,
złapała go za klapę kurtki i prawie wyrwała ze środka. Adam poleciał do
przodu i upadł na brukowany parking, tłukąc się boleśnie. Zanim zdążył
się podnieść, porsche cayenne wyrwało do przodu, zawróciło w miejscu i odjechało, ślizgając się oponami po mokrym asfalcie.
Detektyw Adam Markiewicz wstał. Wytarł chusteczką mokre spodnie i popatrzył w ślad za odjeżdżającym samochodem. Jeśli dotąd wydawało mu
się, że ma kłopoty, to teraz wiedział, że jest w czarnej dupie i jest
awaria prądu. Wyciągnął z paczki papierosa i zapalił go drżącymi rękami,
nie zważając na padający deszcz.
Nie miał innego wyjścia. Musiał to zrobić. Do tej pory jeszcze się
wahał, lecz teraz nabrał pewności. Jeśli chce żyć, musi działać, nie
oglądając się na innych i nie patrząc, dokąd go to zaprowadzi. Wyciągnął
z kieszeni telefon i wybrał numer.
Rozdział 3
3
Karolina Nowacka przymknęła oczy i grała na fortepianie. Walc cis-moll
Fryderyka Chopina był jej ulubionym utworem. Delikatny, jakby
niezdecydowany początek, napływające po chwili dźwięki, z których
zaczyna układać się cudownie łagodna melodia, a potem w utworze pojawia
się powracający kilkakrotnie motyw. Subtelny akompaniament lewej ręki i palce prawej delikatnie i coraz szybciej przebiegające po klawiaturze.
Prawdziwa muzyczna uczta na poziomie najwyższym z możliwych.
Jeszcze dwa lata temu Karolina chciała zostać pianistką. Miała wszystko,
żeby zrealizować to marzenie. Natura obdarzyła ją słuchem absolutnym,
nauka gry na fortepianie przychodziła jej z wyjątkową łatwością, w jeden
rok robiła dwie klasy szkoły muzycznej drugiego stopnia, miała
najlepszych i najdroższych nauczycieli. I jeszcze coś. To najważniejsze
- niesamowity talent. Któregoś dnia stwierdziła jednak, że nie ma już
siły ćwiczyć po kilka godzin dziennie, nie może poświęcić najlepszych
lat życia na pogoń za marzeniem, które może nigdy się nie ziści, i zrezygnowała z nauki. Matka oczywiście nic nie powiedziała. Ona nigdy
nic nie mówiła. Ani nie zachęcała, ani nie wymagała i nie komentowała,
kiedy Karolina zmieniała decyzję. Nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych
wydanych na fortepian marki Steinway and Sons, a potem grube tysiące na
prywatne lekcje były jej obojętne. Pewnie ich nawet nie zauważyła wśród
domowych wydatków. Jakby jej córka nie istniała.
To dlatego Karolina czuła się taka samotna. Brakowało jej rodziny. Co z tego, że miała górę pieniędzy i mogła mieć wszystko, co chciała? Nie
miała najważniejszego - rodzinnego ciepła. A teraz jeszcze matka kłóciła
się ze swoim wieloletnim partnerem Karolem Kownackim. Karol od ośmiu lat
prowadził jej interesy, zarobił dla niej grube miliony i był jedyną
osobą, której Karolina ufała i się zwierzała, którą prosiła o radę,
darzyła szacunkiem i namiastką uczuć, jakimi córka darzy ojca. A teraz
od kilku dni kłócili się o jakiś kontrakt, którego Karolowi nie udało
się załatwić. Pewnie Dorota Nowacka zwolni Karola, rozejdzie się z nim i Karolina znowu straci najbliższą osobę.
Dlatego teraz grała Chopina tak, jakby świat wokół niej nie istniał. I na krótkie cztery minuty nie istniał, ukryty za harmonią dźwięków,
układającą się w cudowny utwór, który mogłaby grać bez końca. Wszystko
ma jednak swój koniec, a ten złożony z dźwięków przyszedł o wiele za
wcześnie.
Otworzyła oczy i zdjęła palce z klawiatury. Nasłuchiwała. Z gabinetu
matki nie dobiegały już podniesione głowy. Coś mówili, ale to już nie
wyglądało na kłótnię. Przez chwilę wstąpiła w nią nadzieja. Może jednak
się dogadali i konflikt rozejdzie się po kościach? Podeszła do drzwi i usłyszała głos Karola przepełniony goryczą:
- Pracowałem dla ciebie przez tyle lat, a ty teraz tak po prostu mnie
zwalniasz?
Karolina zadrżała. A więc jednak. To koniec.
- Nie rób scen, Karol - odpowiedziała mu Dorota Nowacka. - Każdy sen się
kiedyś kończy. Nie jesteś już tak skuteczny jak kiedyś. Tracisz
instynkt, popełniasz głupie błędy. Zestarzałeś się.
- Tylko tyle? - zadrwił. - Myślałem, że łączy nas coś więcej.
Zabrzęczało szkło. Nowacka nalewała sobie koniak. Ostatnio piła o wiele
za często i o wiele za dużo.
- Bądź mężczyzną i przyjmij zmiany na klatę - rzuciła pogardliwym tonem.
- Zawsze ci powtarzałam, że dla mnie najważniejsza jest firma. Wszystko
inne jest daleko na drugim planie. W twoich rękach moja firma
rozkwitała, dlatego z tobą byłam. Może nawet w pewnym momencie byłeś
najlepszy. Ale to się skończyło i nie ma do czego wracać.
- Myślałem, że to są tylko słowa, ale ty naprawdę taka jesteś.
- Jaka? - zaśmiała się niby beztrosko.
- Pozbawiona uczuć. Naprawdę nic się dla ciebie nie liczy prócz
pieniędzy. A córka?
Karolina nagle wstrzymała oddech. W pomieszczeniu zapadła cisza. Jej
matka milczała. No powiedz coś, do jasnej cholery - pomyślała ze
złością. Pierwszy odezwał się jednak Karol.
- Nie wiem, dlaczego traktujesz ją tak oschle. To jest przecież twoja
córka, do diabła! Kiedyś straciła ojca, a teraz okazuje się, że matki
również nie ma!
- Jak śmiesz! - Głos Nowackiej wzbił się na wysokie tony. - Nie masz
prawa oceniać moich relacji z córką.
- Teraz już mnie nie powstrzymasz! - Karol Kownacki nie pozostał jej
dłużny. - Powiem to, co od dawna miałem ci powiedzieć. Czy tego chcesz,
czy nie.
- Zamknij się!
- To ty się zamknij i słuchaj! Karolina potrzebuje matczynej miłości.
Jest nastolatką, zaraz wkroczy w dorosłe życie. Potrzebuje autorytetów,
dobrych wzorców, żeby nie popełnić podstawowych błędów dojrzewania!
Potrzebuje rodziny i matczynej miłości, a ty jesteś dla niej jak obca.
- Milcz!
- Nie będę milczał! Karolina to mądra i wrażliwa osoba, nie wiem, jak to
możliwe, że jest twoją córką. Jesteście zupełnie do siebie niepodobne.
Karolina słuchała, a łzy ciekły jej po policzkach. W pokoju znowu
zapadła cisza. Jej matka odstawiła z brzękiem pusty kieliszek, zaszurało
krzesło. Zanim dotarły do niej kolejne głosy, ktoś niespodziewanie
położył jej rękę na ramieniu. Prawie krzyknęła ze strachu. Pochylała się
nad nią wielka postać ochroniarza. Bruno był łysy i bardzo dobrze
zbudowany. Większość ludzi darzyła go powściągliwym szacunkiem,
wynikającym z obawy. Karolina wiedziała jednak, że w rzeczywistości
Bruno Geltz był inteligentny i z natury łagodny. Lubiła go, a i on chyba
darzył ją większą sympatią, niż powinien. Kiedy tylko mógł, słuchał, jak
gra na fortepianie. Obserwowała czasem jego twarz, kiedy słuchał muzyki.
Ktoś, kto chłonie Chopina, Beethovena lub Debussy'ego z taką pasją, nie
może być złym człowiekiem. Takie było przynajmniej zdanie Karoliny.
- Nie wolno podsłuchiwać - powiedział samymi ustami.
Zrobiło jej się głupio i tylko pokiwała głową. Lecz kiedy chciała
odejść, przytrzymał ją i znowu przyłożył palec do ust. Teraz
nasłuchiwali razem, ale nie było już nic słychać. Kownacki oddawał jej
matce laptop, telefon komórkowy, oddał jej też drogi zegarek, który
kiedyś dostał od niej na urodziny, a na koniec położył na stole
wszystkie służbowe karty kredytowe i kluczyki od służbowego porsche
cayenne.
- Widzę, że dobrze się bawisz - dobiegł ich jego głos. - Pamiętaj, że to
jeszcze nie koniec. Ja też potrafię się zemścić. Jeszcze będziesz
żałować, że tak mnie potraktowałaś.
- Jak zwykle jesteś żałosny, Karolu. Idź już i nie rób z siebie błazna.
- Jeszcze mnie popamiętasz!
Bruno odsunął Karolinę na kilka chwil przed tym, jak drzwi otworzyły się
gwałtownie i stanął w nich Kownacki. Karolina z trudem go poznała. Miał
zaciśnięte szczęki i szkarłatne plamy na twarzy.
- Bruno, wyprowadź tego pana! - rzuciła z gabinetu Dorota.
- Tak jest - odrzekł ochroniarz beznamiętnie.
Karol spojrzał na Karolinę i trochę się rozluźnił. Na jego twarzy
pojawił się nawet półuśmiech.
- Powodzenia, Karolino, dasz sobie radę - powiedział.
- Zabierz mnie ze sobą - poprosiła i aż się zdziwiła, że takie słowa
padły z jej ust.
Matka pewnie też usłyszała, ale jej córki nic to nie obchodziło.
- Nie mogę. - Na twarzy Karola pojawił się już pełny szczery uśmiech. -
Ale zadzwonię do ciebie od czasu do czasu. Cześć!
Karolina patrzyła ponuro, jak wraz z ochroniarzem znika w drzwiach.
Przed drzwiami domu Nowackiej przy ulicy Purpurowej Kownacki popatrzył
na Bruna.
- Posłuchaj, Bruno, musiałem wszystko oddać - odezwał się. - Nie mam ani
samochodu, ani telefonu, ani pieniędzy. Podwieziesz mnie do domu?
Bruno chwilę się wahał.
- Ostatni raz - poprosił Karol.
- Pan jest w porządku, panie Karolu, wskakuj pan! - rzucił ochroniarz,
otwierając zdalnie swojego starego nissana, zaparkowanego w szeregu
innych aut przed domem.
Z miasta wyjechali drogą w kierunku Świdnicy. Kownacki był roztrzęsiony
i długo milczał, jakby jeszcze do niego nie docierało, co się właściwie
stało. Bruno prowadził spokojnie, zerkając na niego od czasu do czasu. W pewnej chwili wyciągnął paczkę papierosów i podał jednego Kownackiemu.
Karol nie palił, ale są takie momenty w życiu, kiedy nie ma co zrobić z rękami, a dym pozwala zebrać rozbiegane myśli. Zapalili i dalej jechali
bez słowa. Po sposobie, w jaki Karol trzymał papierosa w palcach, Bruno
od razu poznał, że niewiele ich wypalił w swoim życiu. Po kilku
minutach, gdy zbliżali się do Mirosławic, Kownacki rzeczywiście doszedł
trochę do siebie. Spojrzał na Bruna, jakby doznał olśnienia.
- Cholera! - powiedział. - W komórce mam wszystkie swoje kontakty, a w laptopie adresy mailowe. Wszystko zostało u Nowackiej. Bruno, powiedz
informatykowi, żeby zrobił mi kopie, cholera, zostałem bez niczego.
Bruno wyrzucił niedopałek przez uchylone okno i nawet na niego nie
spojrzał, skupiony na kierownicy. Zapadł już zmrok i oślepiały ich
światła aut jadących przeciwległym pasem ruchu.
- Panie Karolu, zna pan szefową lepiej niż ja - odezwał się wreszcie. -
Wie pan, jaka ona jest. Jeśli coś się da zrobić, powiem to
informatykowi, jeśli jednak szefowa będzie uparta... - zawiesił na chwilę
głos wymownie. - Wie pan, jak będzie.
- Kurwa mać! Ale byłem głupi. Nigdzie sobie tych kontaktów nie
zapisałem.
Kownacki objął głowę rękami i przez chwilę myślał nad czymś intensywnie.
Wreszcie podniósł wzrok na ochroniarza.
- Nie dam sobą tak pomiatać - oświadczył twardo. - Ona jeszcze pożałuje.
Ja tego tak nie zostawię...
Miał coś jeszcze powiedzieć, lecz potężna dłoń Bruna opadła mu
niespodziewanie na ramię. Jęknął z bólu i popatrzył na niego z przestrachem. Ochroniarz zaraz cofnął rękę, a na jego ustach pojawił się
uśmieszek. Nadal nie patrzył na Kownackiego.
- Niech mi pan tego nie mówi, panie Karolu - powiedział. - Ja ciągle
jestem jej ochroniarzem.
Karol zamilkł i nie odezwał się już więcej. Odbili w stronę Sobótki i po
kilku minutach zaparkowali przed małym kościółkiem w Sulistrowiczkach.
Obaj wysiedli z auta i ostatni raz uścisnęli sobie dłonie, wymieniając
kilka grzecznościowych zwrotów. Potem Karol Kownacki odszedł. Bruno
widział jego pochyloną sylwetkę. Wyglądał jak człowiek przegrany, jakby
w kasynie postawił va banque i całą forsę przytulił krupier. Kownacki
obejrzał się jeszcze kilka razy, zanim zniknął między drzewami parku po
drugiej stronie drogi. Nie patrzył jednak na palącego papierosa Bruna,
lecz na kościół otoczony niskim murkiem z kilkoma grobami między murami
świątyni a ogrodzeniem. Rzucane do tyłu spojrzenia stwarzały wrażenie,
jakby mężczyzna czegoś się obawiał. Gniewu Bożego? - Bruno zaśmiał się w myślach, kiedy sylwetka Kownackiego zniknęła w ciemnościach. Czyżby nie
wiedział, że Bóg jest tylko wymysłem cwaniaków, którym zawsze marzyła
się władza nad innymi i dostatnie życie na ich koszt? Jego problem.
Sam poszedł wolno w kierunku kilku ławek ustawionych na wprost wejścia
do kościoła. Zatrzymał się za ostatnią z nich i patrzył na kościół
wyzywającym wzrokiem, jakby chciał swoją bezczelnością sprowokować
kogoś, kto powinien przebywać cały czas w środku. Potem podniósł wzrok i uważnie przyjrzał się kościelnej wieży. Nic nie poczuł. Nikogo tam nie
było. To tylko mury i trochę drewnianych belek.
Kpiący uśmieszek ciągle błąkał się na jego ustach, kiedy zawracał i odjeżdżał w kierunku Sobótki.
Rozdział 4
4
Zapadał zmierzch.
Stary człowiek z burzą rozwianych włosów na głowie i krótką siwą brodą,
okalającą pooraną zmarszczkami twarz, skończył rąbać drewno na opał,
powiesił siekierę na swoje miejsce w drewutni i wyszedł spod
przekrzywionego od starości daszku, żeby ostatni raz przed wieczorem
spojrzeć w niebo i rozprostować kości. Chmury gęstniały, wiatr szumiał w koronach drzew, zwiastując nadchodzące ochłodzenie. Już teraz poczuł
muśnięcie zimnych palców zimy, która ciągle nie chciała ustąpić miejsca
siostrze wiośnie. Ale dla mieszkańca chaty w środku lasu, nad
miejscowością Cisna w Bieszczadach, taka pogoda nie była niczym nowym.
Pamiętał pierwszą srogą zimę zaraz po wybudowaniu drewnianej chaty,
którą teraz miał za plecami. Wtedy śnieg padał jeszcze na początku maja.
Stary wzruszył ramionami, sięgnął za pazuchę zniszczonej i brudnej
kurtki z grubą podpinką, wyciągnął bibułki i upstrzony brązowymi plamami
woreczek z tytoniem i skręcił papierosa. Zapaliwszy, przymknął na chwilę
oczy, wsłuchując się w odgłosy lasu. Mieszkał tu samotnie już ponad
dwadzieścia lat, znał doskonale wszystkie dolatujące z lasu dźwięki,
dlatego od razu poznał, że tego wieczoru jest jakoś inaczej, jakby coś
jeszcze miało się dzisiaj wydarzyć. Niezbyt przejęty odkryciem zgasił
niedopałek w kałuży, stojącej w gliniastej ziemi przed składzikiem na
drewno. Poskładał świeżo porąbane polana, po czym nałożył sobie na
przedramię całe naręcze drew i zaniósł je do domu pod kaflowy piec,
który służył mu do ogrzewania, przygotowywania gorących posiłków,
gotowania kawy oraz do najważniejszego: pędzenia bimbru. Akurat od kilku
godzin cała aparatura jego pomysłu i konstrukcji, misternie rozłożona na
płycie pieca, z systemem chłodzenia wodą z płynącego za chatą
strumienia, pracowała pełną parą. Delikatny strumyczek jeszcze gorącego
alkoholu napełniał wyszczerbiony słoik typu wek. Bardzo dobrze się
złożyło, że dzisiaj zaczął pędzić. Noc zapowiadała się zimna, a on miał
już rozgrzany piec i bardzo ciepło w obu izbach chaty.
Sięgnął po szklankę, podstawił pod rześko kapiącą strużkę, poczekał, aż
na dnie zgromadzi się wystarczająca ilość płynu, po czym uniósł ją do
ust i wypił jednym haustem. Bimber podrapał w gardle, zapiekł w przewodzie pokarmowym i podpalił ogień kwasów żołądkowych. Stary
skrzywił się. Mógłby być lepszy, pomyślał, ale i tak nie jest najgorzej.
Nigdy nie nauczył się pędzić tak dobrze jak miejscowi. Może dlatego, że
był nietutejszy, a oni nigdy do końca nie zaufali dziwakowi, który nagle
zjawił się tu z wielkiego miasta z drugiego krańca Polski, i nie
zdradzili mu najważniejszych przepisów przekazywanych w rodzinach z pokolenia na pokolenie? Może tak właśnie było. Tylko czy to teraz ma
jakiekolwiek znaczenie?
Dorzucił drew do paleniska, żeby utrzymać odpowiednią temperaturę
procesu destylacji, umył dłonie w misce z zimną wodą, ustawioną na
stojaku przy drzwiach, opłukał twarz i dopiero wtedy zrzucił z siebie
kurtkę i sweter. Został tylko we flanelowej koszuli w czerwoną kratę.
Butów nie ściągał. Po co, skoro jeszcze dzisiaj ma się coś wydarzyć? Z jednej strony myślał o tym z niechęcią, z drugiej cieszył się na gościa,
który miał się tu zjawić. Rzadko miał do kogo gębę otworzyć.
Przynajmniej nie będzie musiał gadać do siebie, a i napije się jak
człowiek z towarzystwa, a nie do lustra jak dzikus.
Siedział chwilę przy stole i nagle pacnął się w czoło. Zapomniał o podstawowych zasadach gościnności. Wstał, poszedł do jedynej szafy w kuchni, która służyła mu do przechowywania naczyń i garnków, ale też
jako spiżarka. Wyciągnął dwa metalowe emaliowane płaskie talerze i postawił po dwóch stronach stołu. Czarne odpryski emalii sugerowały, że
naczynia dawno miały za sobą czasy świetności i to są ich ostatnie
chwile. Staremu to jednak nie przeszkadzało, przyzwyczaił się do nich i nie zamieniłby ich nawet na chińską porcelanę. Na środku położył na
drewnianej desce wielki bochenek chleba pieczonego w piecu według starej
receptury i nóż do krojenia. Obok postawił garniec smalcu ze skwarkami i słoik kiszonych ogórków. Do tego dołożył masło, kawał białego sera i słoik z miodem akacjowym. Postawił też na płycie pieca wielki, ciężki i okopcony niemiłosiernie czajnik i przygotował dwa metalowe kubki na
herbatę. Ocenił, że stół wygląda nie gorzej niż wigilijny. Może nie było
tylu potraw, ale jak dołoży jeszcze flaszeczkę bimbru, będzie niewiele
mniej.
Zadowolony z siebie, nie ubierając się, wyszedł przed dom i spojrzał na
ścieżkę schodzącą w dół do mostu na Solince i dalej do Cisnej. Mimo że
zrobiło się już szaro, dostrzegł mężczyznę wspinającego się wolno pod
górę. Facet trzymał się za piersi, jakby odczuwał w nich ciągły ból, i szedł bardzo wolno. Gospodarz zdążył wypalić dwa papierosy, zanim
wysoki, szczupły mężczyzna o intensywnie niebieskich oczach i krótko
ściętych, trochę posiwiałych jasnych włosach zatrzymał się pięć kroków
przed domem, i spojrzał na niego z góry. Ciężko oddychał i był
nienaturalnie blady.
- Dzień dobry, panie Majer - powiedział urywanym głosem, wypowiadając z trudem słowa między ciężkimi oddechami.
Tadeusz Majer pokiwał głową, gasząc papierosa.
- Nadkomisarz Zakrzewski, mimo wszystko miło mi cię widzieć.
Nie uścisnęli sobie rąk. Majer zachęcił policjanta ruchem głowy, żeby
poszedł za nim. Weszli do chaty, Marcin Zakrzewski rozebrał się i usiadł
na wskazanym przez gospodarza miejscu przy drewnianym stole.
- Woda się zagotowała - rzucił Majer, ściągnął czajnik z płyty pieca i napełnił wrzątkiem kubki, do których wcześniej nalał esencji zaparzonej
w małym czajniczku.
Potem siedzieli w milczeniu naprzeciw siebie. Majer patrzył uważnie na
Zakrzewskiego, a Marcin ciekawie rozglądał się wokoło. Na dłużej
zatrzymał wzrok na poczęstunku czekającym na stole i na aparaturze do
pędzenia bimbru.
- Napijesz się? - zapytał Majer.
- J-jasne.
- Ale nie tego. - Stary gospodarz dźwignął się z krzesła i sięgnął do
szafki po flaszkę i dwie literatki.
Nalał po sto gramów bimbru. Alkohol był klarowny i miał kolor markowej
whisky.
- Nigdy nie nauczyłem się pędzić dobrego bimbru - wyjaśnił Majer. -
Swojego nie piję, mam na handel i jest z tego parę groszy. Niektórym
smak nie przeszkadza, kupują, bo jest tanio. Ja kupuję bimber od starego
Brychty. To jest mistrz. Mieszka niedaleko, po drugiej stronie Cisnej w linii prostej.
Zakrzewski sięgnął po swoją literatkę i spojrzał na Majera. Wypili i przez kilkanaście sekund smakowali trunek. Marcin z uznaniem pokiwał
głową i Majer wybuchnął śmiechem.
- Mówiłem, że mistrz! - zarechotał i zaraz nalał jeszcze po jednym. -
Ale zanim znowu wypijemy, zjedz coś. Pewnie jesteś zmęczony. Tarabaniłeś
się tu do mnie pięćset kilometrów samochodem, a potem jeszcze ten spacer
pod górę.
- Nie wróciłem jeszcze do formy - przyznał Zakrzewski.
Majer ze zrozumieniem skinął głową. Sięgnął po chleb i odkroił dwie
pajdy. Gość posmarował sobie jedną grubo smalcem i sięgnął po ogórka,
Majer przygotował dla siebie chleb z masłem, plastrem białego sera i odrobiną miodu. Jedli w milczeniu, siorbiąc gorącą herbatę. Dopiero
kiedy kończyli swoje kromki, Majer znowu podniósł literatkę. Wypili.
Zakrzewski poczuł, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po całym ciele.
Majer miał rację, był cholernie zmęczony. Trafił na korki na A4 w okolicach Krakowa i cała podróż zajęła aż osiem godzin. No i jeszcze na
koniec kawał drogi ścieżką ostro pod górę. Myślał, że gospodarz będzie
stwarzał jakieś problemy albo w ogóle nie będzie chciał z nim rozmawiać,
tymczasem mile się rozczarował. Jak na warunki, w jakich mieszkał, Majer
przyjął go iście po królewsku. Marcin skusił się na jeszcze jedną pajdę
chleba ze smalcem. Gospodarz już się najadł, skręcił papierosa i palił.
Sam z siebie zaczął opowiadać, jak wybudował chatę własnymi rękami i jak
teraz mu się żyje z dala od cywilizacji.
Tadeusz Majer był sierżantem Milicji Obywatelskiej w czasach PRL. W listopadzie ubiegłego roku Zakrzewski go przesłuchiwał, gdy w prowadzonym przez niego śledztwie w sprawie mordercy polującego na
policjantów pojawił się wątek Skalpela, seryjnego zabójcy z początku lat
osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Majer prowadził tamto śledztwo
razem z kapitanem Markiem Piekłą. Niestety, bez rezultatów.
Przesłuchanie w komendzie wojewódzkiej we Wrocławiu również niczego nie
wyjaśniło. Majer tylko jeszcze bardziej zamieszał im w głowach. Nie
powiedział nic nowego, ale też nie ostrzegł, że tamta sprawa ma drugie
dno. To dlatego Marcin był trochę zdziwiony, że teraz chce z nim
rozmawiać i przyjmuje go we własnym domu. Może miał wyrzuty sumienia?
- Słyszałem, co się stało. - Majer zmienił nagle temat i rozlał kolejną
porcję alkoholu. Opróżnił butelkę i sięgnął po następną. Widać było, że
w najniższej szafce ma spory zapas.
Marcin pokiwał głową i milczał. Majer wypił do dna, lecz Zakrzewski upił
tylko łyczek. Jeśli chodzi o picie bimbru, Majer był zawodowcem i pewnie
niewiele osób potrafiło mu dorównać. Marcin nie zamierzał nawet
próbować. Po długotrwałym pobycie w szpitalu i trudnej rehabilitacji nie
wrócił jeszcze do pełni sił. Obawiał się, że pochłanianie bimbru w tym
tempie źle się dla niego skończy.
- A co z tą czarnowłosą policjantką, z którą mnie wtedy
przesłuchiwaliście? - Gospodarz spojrzał na niego niespokojnie. - Miała
takie piękne zielone oczy.
Aspirant Karina Buczko miała najwięcej szczęścia. Bomba zainstalowana na
drzwiach mieszkania nie zrobiła jej wielkiej krzywdy. Skończyło się na
lekkich poparzeniach, stłuczeniach i kilkudziesięciu drzazgach wbitych
głęboko w ciało. Do pracy wróciła już po miesiącu. Marcin dostał dwie
kule w piersi i tylko cudem nie zginął na ulicy przed swoim blokiem.
Mniej szczęścia mieli młodszy aspirant Adam Wiliczkowski i aspirant
Ilona Marzec. Zginęli na miejscu od strzałów zamachowców. Na wspomnienie
Ilony Marcin znowu poczuł ból w piersiach. W ostatnich tygodniach przed
jej śmiercią łączyło ich coś więcej niż tylko zależność służbowa. I wszystko brutalnie się skończyło wraz z pierwszymi opadami śniegu
zeszłej zimy. Ból w piersiach narastał. Lekarz powiedział mu, że takie
bóle fantomowe będą go nawiedzać jeszcze bardzo długo wraz ze
wspomnieniami z dnia zamachu. Rany można wyleczyć, lecz trauma pozostaje
i pewnie nigdy go już nie opuści.
- Ona najmniej oberwała - powiedział, czując, jak drętwieją mu wargi od
z trudem skrywanych emocji.
Majer musiał to zauważyć, ponieważ pokiwał tylko głową i nalał sobie
kolejną porcję bimbru.
- No to mi ulżyło - mruknął.
Zakrzewski przyjrzał mu się uważnie. Majer był po siedemdziesiątce i to
było bardzo wyraźnie widać, chociaż z tamtego przesłuchania zapamiętał
go w gorszym stanie. Może wtedy po prostu chciał, żeby odnieśli takie
wrażenie. Marcin miał coraz większą pewność, że bardzo umiejętnie ich
wówczas rozegrał, żeby nie zadali tych najważniejszych pytań.
- Dlaczego nas wtedy nie ostrzegłeś? - zapytał wprost.
Majer długo i wyjątkowo dokładnie skręcał kolejnego papierosa. Wreszcie
poślinił rąbek bibułki, skleił obie krawędzie i włożył skręta do ust.
Długo nie zapalał.
- Popełniłem błąd i teraz żałuję - przyznał. - Gówno wiedzieliście, w co
się pakujecie. Powinienem spotkać się z tobą gdzieś na osobności, gdzie
nie dosięgłyby nas żadne wścibskie uszy, i cię ostrzec, ale trochę was
zlekceważyłem.
- Sądziłeś, że tego nie ruszymy. Po prostu nie będzie nam się chciało
grzebać tak głęboko.
- Tak właśnie sądziłem, przyznaję. - Majer zaciągnął się głęboko.
Papieros spalił się prawie do połowy. - Nie spodziewałem się też, że oni
tak zareagują. Mimo upływu tylu lat ciągle czują się zagrożeni.
- Czyli polowania na ludzi nadal się odbywają?
- Bardzo możliwe - odpowiedział ostrożnie gospodarz.
- Jacy oni? - Zakrzewski patrzył mu twardo w twarz, a gospodarz udawał,
że tego nie widzi. Błądził wzrokiem w górze, jakby starał się policzyć
pająki mieszkające pośród licznych pajęczyn zwisających z sufitu. Na
zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno. Słaba żarówka nad stołem zabarwiła
pomieszczenie na żółto.
- Kurwa, po co chcesz w tym grzebać, Zakrzewski? - odezwał się wreszcie.
- Mało ci jeszcze śmierci? Przecież sprawcy zamachów na ciebie i twoich
kolegów siedzą teraz w areszcie i czekają na proces.
- Naprawdę uważasz, że wszystko jest w porządku? - zapytał Marcin.
- Co masz na myśli?
- Do zamachu na policjantów przyznał się jeden z ochroniarzy nieżyjącego
milionera Jerzego Ostaszewskiego. Już sam motyw jest mętny i mało
przekonywający. Nie chciał dopuścić, żeby policja i media szargały
opinię nieżyjącego szefa. Przecież on był kryształowy, genialny,
doskonały i nikogo nie skrzywdził. Uważasz, że to jest dobry motyw, żeby
mordować policjantów? Do tego wskazuje dwóch swoich kolegów z ochrony
jako współudziałowców. Oni nie przyznają się do winy, ale nie mają
wiarygodnego alibi, a w miejscach zbrodni technicy znaleźli obciążające
ich ślady biologiczne. Tylko że jakieś takie dziwnie słabe i dyskusyjne.
Mimo to zostają aresztowani, oskarżeni o zabójstwo i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. W międzyczasie kolega, który ich
sypnął, wiesza się w swojej celi, a służba więzienna nie potrafi
rozsądnie wyjaśnić, jak to się stało i dlaczego nikt nic nie widział.
Uważasz, że wszystko jest w porządku?
Majer patrzył na niego dziwnie.
- Czytałem, że ten, który się powiesił, strzelał właśnie do ciebie i został zatrzymany na miejscu zdarzenia z pistoletem w dłoni - odezwał
się wreszcie. - Są świadkowie. Nie może być mocniejszych dowodów.
- Co do niego sprawa jest jasna. Ale jego koledzy? Mam wątpliwości -
odpowiedział Zakrzewski. - A wiesz, co się stało później? Policja nie
zadała sobie trudu, żeby sprawdzić, co dzieje się w rodzinie
ochroniarza, który do mnie strzelał. W aktach nie ma żadnej wzmianki o tym, że jego żona jest chora na raka i od kilku miesięcy fundacja
pomagająca osobom w jej sytuacji zbierała fundusze na eksperymentalną
operację zagranicą. Nikt się nie zainteresował tym, że ona dwa miesiące
temu zebrała całą kwotę i pojechała na tę operację. Nikt nie sprawdził,
że jeszcze nie wróciła do kraju. Nawet nie można się z nią skontaktować.
I to jest rozwiązanie tej sprawy. Definitywny koniec? Jeden ochroniarz
nie żyje, dwóch innych dostanie dożywocie na podstawie kontrowersyjnych
dowodów i zapominamy o wszystkim?
W pomieszczeniu zapanowało długie milczenie. Wreszcie Majer pokazał na
szklaneczki z bimbrem i wypili. Tym razem Marcin wychylił swoją do dna.
Czuł szum pod czaszką i słabość w nogach. Może dlatego słowa tak łatwo
pojawiały się na jego ustach. Nienaturalnie błyszczące oczy gospodarza
też wskazywały na rosnący szybko poziom alkoholu we krwi.
- Dlaczego mi to wszystko mówisz? - zapytał.
- Posłuchaj, Majer, czy to była milicja, czy policja, byłeś zawsze takim
samym psem jak ja. Do cholery, przecież obaj mieliśmy jakieś wewnętrzne
zasady? To nie jest tak, że można nam wszystko wydrukować i podrzucić na
tacy, a my to z radością przyjmiemy, żeby tylko nie mieć kłopotów.
Kurwa, to nie jest tak, że wychodzisz z pracy albo idziesz na emeryturę
i już jesteś kimś innym. Gliniarzem jest się cały czas i uczciwość jest
dla nas najważniejszym dobrem. Z szacunku dla samego siebie i swoich
zasad albo dla kolegów, którzy poświęcili życie, żeby ścigać
skurwysynów. Również tych, którym się wydaje, że mogą bezkarnie zabijać,
bo mają kupę kasy. Popatrz mi w oczy i powiedz, że nie mam racji.
Tadeusz Majer popatrzył mu w oczy.
- Masz rację - przyznał. - Ale dalej nie wiem, po co mi to mówisz. Ja w milicji byłem nikim.
Zakrzewski patrzył na niego zagadkowo.
- Doprawdy? - Na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek. - Podczas
naszego pierwszego spotkania nie zwróciłem uwagi na szczegóły. Byliśmy w środku śledztwa, liczyło się tylko powstrzymanie zabójcy i nie skupiłem
się na pewnych elementach pobocznych. Potem długo leżałem w szpitalu i miałem czas na rozmyślania.
Zawiesił głos, a gospodarz znowu nalał sporą porcję bimbru. Może chciał
upić Marcina, zanim ten dojdzie do meritum, jednak nie było już na to
szans.
- Zastanowiło mnie, dlaczego na tamtym przesłuchaniu oskarżałeś kapitana
Piekłę, że to on był Skalpelem. To oskarżenie było zupełnie bez sensu.
Pomyślałem na początku, że naprawdę jesteś takim dziwakiem, na jakiego
się kreujesz. Była żona kapitana Piekły od wielu lat przelewała ci
pieniądze. Zwaliłeś to na wyrzuty sumienia. Wie, że jej mąż był
mordercą, więc chce odkupić jego winy i wysyła ci pieniądze, o które ty
zresztą nie prosiłeś. Znowu wyjaśnienie bez sensu. Co jej wyrzuty
sumienia mają wspólnego z tobą? Przecież cię prawie nie znała. Będąc
wtedy we Wrocławiu, nocowałaś u niej kilka nocy, zanim wróciłeś do
swojej pustelni.
Gospodarz pokazał, żeby wypili, ale Zakrzewski znowu tylko umoczył usta
i kontynuował, patrząc na niego uważnie.
- Poprosiłem Karinę, żeby znalazła zdjęcia sierżanta Majera w starych
milicyjnych archiwach. Okazało się, że Tadeusz Majer był postawnym
mężczyzną, miał czarne, gęste włosy, szerokie bary i wielkie dłonie.
Pomyślałem sobie, że lata nadużywania alkoholu, życia w leśnej chacie i unikania ludzi mogą człowieka zmienić nie do poznania. Ale nie aż tak.
Człowiek na starość aż tak się nie kurczy.
Zakrzewski zamilkł i wpatrywał się w twarz gospodarza, na której zaczął
nagle krążyć tajemniczy uśmieszek. Pojawiał się, potem znikał, aby znowu
się pojawić. I tak kilka razy. Stary człowiek uśmiechał się do swoich
myśli, wreszcie spojrzał na nadkomisarza wyjątkowo bystro.
- Bzdury - rzucił stanowczo.
- Koniec tej maskarady, kapitanie Marku Piekło - powiedział Zakrzewski
twardo. - Szefowa techników kryminalistycznych porównała twoje odciski
palców z dokumentów sprzed lat z tymi, które zostawiłeś, kiedy byłeś u nas na przesłuchaniu. Nie ma sensu dłużej udawać, panie kapitanie. A nie, przepraszam. Wtedy mówiło się: obywatelu kapitanie. Może nawet
towarzyszu.
Były kapitan Milicji Obywatelskiej Marek Piekło pokiwał tylko głową i długo skręcał w palcach papierosa. Wreszcie zapalił i wydmuchał dym w kierunku brudnego, pokrytego starymi pajęczynami sufitu.
- Wypierdolili mnie z partii za pijaństwo, więc nie byłem towarzyszem -
odezwał się wreszcie. - Przyznam ci się do czegoś, Zakrzewski: zawsze
bardziej podobało mi się panie kapitanie od obywatelu kapitanie.
- J-jasne - mruknął Marcin i milczał, czekając na wyjaśnienia.
Piekło palił zamyślony, wreszcie zapytał, jakby nie zamierzał niczego
wyjaśniać.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Chcę się dowiedzieć, czy nieżyjący już milioner Jerzy Ostaszewski na
pewno był w latach osiemdziesiątych seryjnym mordercą o pseudonimie
Skalpel. - Każde słowo Marcina brzmiało twardo i zdecydowanie. -
Chciałbym wiedzieć, kto malował obrazy ludzką krwią, kto razem z nim
organizował polowania na ludzi, kto w nich uczestniczył i kto poczuł się
na tyle zagrożony, że zabił Ostaszewskiego, a potem próbował zabić mnie
i śledczych zajmujących się tą sprawą. I chciałbym się jeszcze
dowiedzieć, co się stało z kobietami pracującymi w firmach
Ostaszewskiego, które pewnego dnia wyszły z domu, żeby już nigdy nie
wrócić.
Ręka z papierosem coraz bardziej drżała. Kapitan Marek Piekło sam
nalewał sobie kolejne porcje bimbru i sam pił, nie patrząc na Marcina.
Wypił już dawkę, która powaliłaby nosorożca, a wciąż jeszcze patrzył na
gościa przytomnie spod zaczerwienionych powiek. Grube krople potu
pojawiły się na jego czole i sklejały kosmyki długich, siwych włosów.
- Minęło już tyle lat, nie mogę ci pomóc, Zakrzewski. - Głos mu trochę
ochrypł.
- Gówno tam! - żachnął się Zakrzewski. - Wiesz co, Piekło? Grzebiąc w aktach z twojego śledztwa, zauważyłem jedną zasadniczą rzecz. My
jesteśmy tacy sami. Mamy swoje staroświeckie zasady, według których
zawsze, bez względu na cenę, jaką przyjdzie nam za to zapłacić,
sprawiedliwość musi zatriumfować. Nie daliśmy się wciągnąć w żadne
nieformalne układy, nigdy nie daliśmy się skorumpować i zeszmacić.
Podobnie jak dla mnie dzisiaj, praca była dla ciebie całym życiem. Kiedy
wpadałeś na trop, nic więcej już się nie liczyło. I zapłaciłeś za to
straszną cenę. Odeszły od ciebie żona z córką, zostałeś alkoholikiem,
stoczyłeś się na dno. Ja też zaczynam płacić swoją cenę za takie życie.
Coraz bardziej boli, ale ciągle prę do przodu, nie wiedząc, co mnie
jeszcze czeka i gdzie skończę: w rynsztoku czy na cmentarzu.
Powietrze w pomieszczeniu jakby zgęstniało.
- Dlatego nie wierzę, że zostawiłeś wtedy sprawę Skalpela i obrazów
malowanych ludzką krwią - kontynuował Zakrzewski po pauzie. - Ty nie
mogłeś tego zostawić, Piekło, nie mógłbyś potem do końca swoich dni
spojrzeć sobie w twarz.
- A jeśli naprawdę zostawiłem? - Piekło znowu próbował sobie nalać
bimbru, lecz butelka była już pusta. Nie miał siły pójść po następną.
Marcin nie miał dla niego litości. Nie po to przejechał pięćset
kilometrów i dotarł na to odludzie, żeby teraz odpuszczać.
- Gdybyś naprawdę ją zostawił, mieszkałbyś teraz z żoną we Wrocławiu, a nie na tym zadupiu. Nie odpuściłeś wtedy i musiałeś uciekać, żeby ocalić
żonę i syna. Tadeusz Majer w roku 1994 umierał na raka i dał ci swoją
tożsamość, żebyś mógł się ukryć i ocalić najbliższych. Czego się
przestraszyłeś, Piekło, że zostawiłeś żonę i syna? Kogo się bałeś?
Oczy kapitana Piekły łzawiły. Może od wypitego alkoholu, może od dymu ze
skręta, a może jeszcze z innego powodu. Znowu sprawdził, czy butelka
naprawdę jest pusta, i z przekleństwem odsunął ją od siebie. Marcin
podsunął mu swoją niedopitą szklaneczkę, którą on natychmiast opróżnił.
Nawet się nie skrzywił.
- O co w tym wszystkim chodzi, Piekło, że ukrywasz się do dziś, mimo
upływu tylu lat? - ciągnął Zakrzewski.
Piekło z wolna się uspokajał. Znowu starannie skręcał papierosa, mimo że
w pomieszczeniu było już siwo od dymu, gryzącego Marcina w oczy.
- Masz żonę, Zakrzewski, albo kobietę? - zapytał.
- Nie.
- Naprawdę chcesz w tym grzebać?
- Posłuchaj, Piekło, zginęli moi koledzy policjanci. Nie jest kwestią,
czy mi się chce. Ja to muszę zrobić, dla nich i dla swojego świętego
spokoju. Kiedy ktoś atakuje sforę, psy wpadają we wściekłość i zaczynają
gryźć. Psy nie mogą okazywać słabości, muszą zaatakować, żeby nikt nigdy
już nie próbował atakować sfory. Ty też byłeś psem - pomóż mi.
Piekło roześmiał się chrapliwie i zaraz spoważniał.
- Nie ma żadnej sfory, Zakrzewski - powiedział. - Jeśli chcesz poznać
prawdę, musisz działać sam, nie możesz nikomu ufać, nawet najbliższym
kolegom i przyjaciołom. W tym świecie ideały już dawno sięgnęły bruku.
Liczą się tylko pieniądze. Za kasę i perspektywę dostatniego życia
ludzie potrafią posunąć się do najobrzydliwszych czynów, ze zdradą i morderstwem włącznie. Jeśli do tego dołączyć politykę i władzę nad
ludźmi, wszelkie zasady przestają obowiązywać. Szczególnie kiedy żądza
władzy przeradza się w chorą obsesję, wynaturzenie, i zaczyna decydować
o życiu lub śmierci.
- Popatrz na siebie, kapitanie Piekło. - Marcin nachylił się nad stołem
w jego kierunku. - Złamali cię, uciekłeś, schowałeś się, ale ja cię nie
potępiam. Chciałeś uratować najbliższych. Być może ja również tak bym
się zachował na twoim miejscu. Tylko że przez te lata sytuacja się
diametralnie zmieniła. Jesteś już stary, twoja żona pogodziła się z samotnością, twój syn Irek Paleczny jest prokuratorem i też jest
alkoholikiem. To jest ostatni moment, żeby coś naprawić i przestać się
chować w swoim świecie. Pomóż mi.
Piekle znowu drżały ręce. Chciał skręcić papierosa, lecz zrezygnował.
Milczeli. Minuty wlekły się jak karawana sunąca przez piaski pustyni.
Wreszcie były kapitan Milicji Obywatelskiej Marek Piekło zaczął
opowiadać. Kiedy skończył, ogień w piecu dawno już wygasł, a przez
szpary do chaty wpełzał nieprzyjemny chłód nocy.
Rozdział 5
5
Około godziny osiemnastej nadkomisarz Marcin Zakrzewski wysiadł z taksówki przed budynkiem przychodni zdrowia przy ulicy Dobrzyńskiej.
Zanim taksówka zawróciła i odjechała wolno w kierunku wyjazdu na
Traugutta, stał, patrząc na okazały gmach, w którym przed wojną mieściła
się kasa chorych. W końcu westchnął przeciągle i wszedł do środka. Nie
było odwrotu, musiał go obejrzeć lekarz. W obszernym holu, wysokim aż po
sam dach, zatrzymał się trochę zdezorientowany. Wreszcie wypatrzył
strzałki, wsiadł do zdezelowanej windy i wjechał na pierwsze piętro,
gdzie mieścił się całodobowy dyżur ortopedyczny. Na korytarzu jęknął w duchu. Na krzesłach przed drzwiami, gdzie przyjmował dyżurny lekarz,
siedziało kilkanaście osób, tworząc różnokolorową ludzką mozaikę.
Wydawało się, że każdy jest inny, a jednak wszystkich połączyło
cierpienie, wyraźnie malujące się na twarzach. Odpowiednie do
nieszczęścia, jakie dotknęło ich posiadaczy. Połamane ręce, palce, nogi,
złamane obojczyki i jeszcze inne urazy, które na pierwszy rzut oka
ciężko było zauważyć. Czekając na swoją kolej, niektórzy skupiali się
całkowicie na swoim cierpieniu i zamykali w sobie, inni nawiązywali
kontakt z sąsiadami, starali się nie myśleć o bólu i zabić czas
sympatyczną rozmową.
Zakrzewski usiadł na krześle na końcu kolejki i przyłączył się do tych
pierwszych. Tylko że on nie kontemplował bólu, lecz przeklinał samego
siebie i własną nieostrożność. Jak to się, cholera, stało, że spadł z krzesła? Większa głupota jeszcze w życiu mu się nie przydarzyła.
Z kapitanem Piekłą rozmawiał w jego leśnej chacie do północy.
Ostatecznie nawet on poniósł konsekwencje zbyt dużej ilości
pochłoniętego bimbru. Na koniec był już tak pijany, że Zakrzewski musiał
pomóc mu wstać z krzesła i odprowadził go do łóżka. Cały czas jednak
mówił z sensem i nie bełkotał. Zasnął w dwie sekundy. Marcin położył się
na drewnianej ławce w kuchni, nakrył się wszystkimi kocami i narzutami,
jakie znalazł w chacie, i tak zdrzemnął się kilka godzin też zmorzony
alkoholem i zmęczeniem.
Już o siódmej rano obudziły go odgłosy rąbania drewna. Wstał i wyszedł
na zewnątrz. Powitał go rześki, wilgotny poranek ze słońcem powoli
wygrywającym wieczną wojnę z chmurami. Odebrał skacowanemu Piekle
siekierę, polecił mu rozpalić w piecu, przygotować kawę i śniadanie.
Praca fizyczna dobrze mu zrobiła, chociaż on też czuł suchość w ustach i inne jeszcze mniej sympatyczne konsekwencje wypicia dużej ilości mocnego
alkoholu. Po kilkunastu minutach poczuł się lepiej. Górskie, chłodne
powietrze też doskonale podziałało na kaca. Wrócił do chaty z naręczem
drewna w o wiele lepszej formie, niż kiedy ją opuszczał. Gdyby jeszcze
nie ten cholerny fantomowy ból w piersiach.
Piekło zdążył rozpalić w piecu, zagotować kawę, przygotować na śniadanie
taki sam zestaw jak poprzedniego dnia na kolację i wypić pół butelki
bimbru. Gdyby Marcin po przebudzeniu tyle wypił, pewnie zaraz by padł.
Piekło po prostu zaczął normalnie funkcjonować. Zjedli śniadanie, potem
Marcin pił kawę z metalowego kubka, a gospodarz palił papierosy.
Rozmawiali do dziewiątej, ustalając ostatnie szczegóły, potem Zakrzewski
zarzucił na ramię plecak i po prostu wyszedł bez słowa z chaty, jakby
szedł na wycieczkę po górach i miał zamiar wrócić za kilka godzin.
Piekło nie wyszedł, żeby chociaż odprowadzić go wzrokiem, kiedy wolno
schodził w dół śliską ścieżką. Pewnie kończył w tym czasie butelkę, ale
na to Marcin nie miał już żadnego wpływu.
Do Wrocławia wrócił około siedemnastej. Wcześniej zjadł niezdrowy obiad
w restauracji na stacji benzynowej przy autostradzie i wypił szybko dwie
kawy. To tylko podrażniło kwasy w żołądku. Odtąd towarzyszyło mu
nieprzyjemne uczucie nadkwaśności.
Zastał dawno niewietrzone i niesprzątane mieszkanie i poczuł się
dziwnie. Jakby nie był u siebie, tylko w jakimś obcym, nieprzyjaznym
miejscu. Postanowił trochę posprzątać. Kiedy już poodkurzał, umył
podłogi, pościerał kurze i włączył pralkę, zauważył, że w kuchni na
ścianie wciąż wisi kalendarz z zeszłego roku. A to był paskudny rok.
Chyba najgorszy, jaki przeżył. Wszedł na krzesło, żeby zawiesić nowy, i wtedy spadł.
Nawet nie wiedział, jak do tego doszło. Był zmęczony po wizycie u Piekły
w Cisnej i nie mógł zapanować nad burzą myśli, które kotłowały się w jego głowie po tym, gdy kapitan opowiedział mu o swoim śledztwie z początku lat dziewięćdziesiątych. Czuł się, jakby wyszedł z siebie i stanął obok. Takie nierealne uczucie. I chyba niebezpieczne. Próbował
tyłem zejść z krzesła i coś poszło nie tak. Stawiając krok w tył, trafił
nogą na kuchenny stołek, który przesunął się po kafelkach podłogi, i było już za późno. Poleciał na głowę. W ostatniej chwili siłę upadku
zamortyzował rękami, ale i tak gruchnął uchem w twarde kafelki. Rozbite
i krwawiące ucho okazało się drobiazgiem. Najgorszy był ból w lewym
nadgarstku i w palcu serdecznym prawej dłoni. Leżał na podłodze
oszołomiony bólem, a z jego ust sypały się najgorsze przekleństwa. Kiedy
już pozbierał się z podłogi, długo siedział w ulubionym fotelu, badając
obrażenia. Wyglądało na to, że złamał rękę w nadgarstku. Natychmiast
pojawiła się opuchlizna, nie mógł poruszyć dłonią. Z palcem też było
źle, spuchł, nie dało się go zgiąć.
Po kolejnej godzinie stwierdził, że chyba jednak niezbędna będzie wizyta
w szpitalu. Taksówką pojechał na SOR szpitala im. Marciniaka, gdzie
pielęgniarka poradziła mu, żeby udał się na Dobrzyńską, to nie będzie
musiał spędzić kilkunastu godzin w kolejce. Niestety, kiedy się tu
zjawił, zastał sytuację podobną do tej w szpitalu. Swoje kilka godzin i tak będzie musiał odsiedzieć. Takie były przykre realia krajowej służby
zdrowia.
Siedział więc cierpliwie w kolejce i starał się nie słuchać innych.
Skupił się na własnych, niewesołych myślach. Co tak naprawdę opowiedział
mu kapitan Piekło? Banalną historię o korupcji, manipulacji, żądzy
władzy i pieniędzy? Chyba nie. Jeśli układ jest chroniony w sposób
bezwzględny przez tyle dziesięcioleci, musi tam być drugie dno. Coś,
czego nie widać na pierwszy rzut oka. Niepokój wciąż go nie opuszczał.
Nie wiedział jeszcze, jak można by było odkryć prawdę. Jak dotrzeć do
osób zarządzających układem, jak je postawić przed sądem, jeśli mają
potężne wpływy. Marcin czuł się za mały, żeby próbować samemu. Tylko czy
komuś w ogóle można jeszcze ufać? Upadek na głowę go otrzeźwił. Może od
czasu do czasu trzeba walnąć głową o kafelki, żeby się ocknąć i zyskać
właściwą perspektywę? Może i tak, ale nie trzeba łamać sobie przy tym
rąk.
Kwadrans przed północą trafił wreszcie przed oblicze lekarza. Młody
człowiek, wyglądający, jakby tydzień temu skończył akademię medyczną,
spojrzał na niego znudzonym wzrokiem. Potem z daleka popatrzył na
spuchnięty nadgarstek, obojętnie rzucił okiem na palec i wypisał
skierowanie na prześwietlenie. W międzyczasie pielęgniarka trzy razy
wpisywała dane Zakrzewskiego do komputera, ponieważ ciągle się coś
zawieszało i system wylatywał w kosmos. Dobrze, że przynajmniej rentgen
znajdował się na tym samym piętrze. Chociaż znając organizację i logikę
naszej służby zdrowia, Marcin nie zdziwiłby się, gdyby kazano mu jechać
na drugi koniec miasta. Na szczęście nie musiał.
Wyszedł z gabinetu ze skierowaniem na RTG i poszedł korytarzem wzdłuż
holu przebiegającego przez wszystkie kondygnacje budynku. Tu też trafił
na kolejkę, na szczęście nie taką, jak po przeciwległej stronie piętra.
Dzień pierwszy. 15 kwietnia 2018, niedziela
Rozdział 6
6
Trzy minuty po północy doczekał się. Obsługujący aparat rentgenowski
pracownik medyczny w wieku około sześćdziesięciu lat wyszedł do niego,
przeczytał skierowanie i z lekkim zakłopotaniem oznajmił Zakrzewskiemu,
że niestety nie może na razie wykonać prześwietlenia. Skierowanie jest z poprzedniego dnia i nie obowiązuje od trzech minut. Kazał Marcinowi
wrócić po nowe. Dobrze, że w tym wypadku nie musiał jeszcze raz czekać w kolejce, która zmniejszyła się, ale nie aż tak bardzo.
Na prześwietlenie trafił wpół do pierwszej w nocy. Potem czekał na
wyniki. Ten sam pracownik medyczny oddał mu skierowanie i kazał wracać
do lekarza. Przed obliczem młodego lekarza stanął ponownie około
pierwszej. Okazało się, że system komputerowy jednak działa dość
sprawnie i lekarz już oglądał jego zdjęcia z RTG. Potem zaczął mówić z takim zaangażowaniem, jakby komentował po raz dziesiąty ten sam mecz
piłki nożnej z ligi okręgowej.
- Tak jak myślałem. Złamanie kości strzałkowej w lewej ręce i pęknięcie
paliczka palca serdecznego w prawej ręce. Niestety, musimy pana
zagipsować na co najmniej cztery tygodnie.
Zakrzewski próbował coś powiedzieć, ale lekarz i pielęgniarka byli już
zainteresowani kolejnym pacjentem z podejrzeniem złamania obojczyka.
Marcin poszedł we wskazanym kierunku. Przeszedł jedno pomieszczenie i znalazł się w kolejnym. Tu czekał na niego mężczyzna około
pięćdziesięcioletni w białym kitlu. Akurat sprzątał stanowisko, na
którym gipsował złamania. Marcin poczekał kilka chwil w drzwiach i wreszcie mógł usiąść. Pielęgniarz dokonał szybkich oględzin:
- Na nadgarstek założymy opatrunek gipsowy, na palec wystarczy
usztywnienie - ocenił. - Założymy szynę Zimmera.
- Nie może mnie pan pozbawić obu rąk - zaprotestował niezbyt stanowczo
Marcin. - Jak ja będę funkcjonował?
- Poradzi pan sobie. - Pielęgniarz, odwrócony do niego tyłem, wzruszył
ramionami, wyciągając z szuflady gipsowe opatrunki. - Najważniejsze,
żeby szybko się zrosło.
Zakrzewski próbował jeszcze protestować, lecz szybko zamilkł
zniechęcony. Pielęgniarz moczył opatrunki w wodzie, potem ustawił
odpowiednio złamaną rękę i zaczął ją bandażować. Usta mu się przy tym
nie zamykały. Ciągle gadał. Na początku ten potok słów strasznie Marcina
irytował. Po pewnym czasie jednak zaciekawiony policjant spojrzał po raz
pierwszy w twarz pielęgniarza i zaczął uważnie słuchać.
Rozdział 7
7
- Cholerny palant!
Karolina Nowacka zatrzasnęła za sobą drzwi ze złością, zostawiając za
nimi głośną muzykę i śmiechy kilkunastu rozbawionych nastolatków.
Zbiegła ze schodów, przeszła kilka kroków i znalazła się na ulicy
Greckiej. Dla podkreślenia swojej wściekłości trzasnęła głośno furtką,
aż zadrgało całe ogrodzenie. Głuchy odgłos rozniósł się po pustej ulicy,
rozświetlonej jedynie przez uliczne latarnie.
Było trzydzieści minut po północy.
Na chodniku zatrzymała się zdezorientowana. Nigdy wcześniej nie była na
Muchoborze Małym. Wiedziała tylko, że niedaleko jest Nowy Dwór, gdzie
jeżdżą nocne autobusy i na pewno jest postój taksówek. Przypomniała
sobie, że ma rozładowaną komórkę i nie będzie mogła zamówić taryfy
telefonicznie. Straciła trochę pewności siebie. Zaczęła się nawet
zastanawiać, czy nie wrócić na imprezę i nie poprosić kogoś, żeby
zadzwonił w jej imieniu na radio taxi, ale uniosła się honorem. Nie
będzie prosić o pomoc bandy głupków, poradzi sobie sama. Zastanowiła
się, w którą stronę jest Nowy Dwór. Kilka godzin wcześniej przyjechała
tu samochodem ze swoim chłopakiem. Grzesiek prowadził, więc nie zwracała
uwagi, którędy jadą. Teraz zwątpiła, patrząc na pustą ulicę z rzędami
domów jednorodzinnych po obu stronach. Wszystkie wyglądały tak samo,
nigdzie żywego ducha. W prawo czy w lewo?
Drgnęła przestraszona, gdy kilka metrów za sobą usłyszała odgłos
zapalanego silnika samochodu. Spojrzała w tamtą stronę. Biały ford
transit błysnął światłami, kierowca włączył kierunkowskaz, wolno
wyjechał na środek ulicy i pojechał w prawo. Po chwili zniknął za
rogiem. Odprowadziła go wzrokiem. Pewnie pojechał w kierunku głównej
drogi. Poprawiła czapkę, szczelniej owinęła się szalikiem i ruszyła w tamtą stronę dziarskim krokiem.
Przez ostatnie kilka dni wydawało się, że zima odeszła na dobre.
Zaświeciło piękne słońce i temperatura poszybowała w górę do granicy
piętnastu stopni. Zanim jednak ktokolwiek zdążył się przyzwyczaić do
wysokich temperatur, przyszło gwałtowne ochłodzenie. Na ten weekend
prognozy zapowiadały nadejście frontu z opadami śniegu, za którym miał
nadejść wyż z mroźnym powietrzem. Teraz temperatura oscylowała w granicach pięciu stopni, wiał zimny wiatr, przy mocniejszych podmuchach
niosący ze sobą drobinki nieprzyjemnej mżawki. Miała nadzieję, że nie
rozpada się na dobre, zanim nie znajdzie postoju taksówek.
- Palant! - powtórzyła jeszcze raz głośno na myśl o Grześku.
Nie dość, że zabrał ją na drugi koniec Wrocławia, na jakąś
prowincjonalną imprezę, to jeszcze spił się i nie chciał nawet słuchać
jej próśb, żeby już jechali do domu. Pił wino z kolegami, oglądając
jakiś głupawy film na Netfliksie, a ona musiała siedzieć z dziewczynami
i słuchać ich durnych opowieści o miłosnych podbojach. Nie lubiła takich
tematów. Połowę, a nawet więcej, z tego, co mówiły, można było włożyć
między bajki. Odezwała się parę razy krytycznie i natychmiast stała się
osobą niepożądaną w tym towarzystwie, dosięgały jej drwiące uśmieszki,
słyszała złośliwe komentarze na swój temat i dlatego chciała wcześniej
wyjść. Tylko ten debil Grzesiek nie miał jeszcze ochoty wracać do domu.
Wreszcie, nic nikomu nie mówiąc, ubrała się i wyszła, trzaskając
drzwiami. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że komórka zdechła jej kilka
godzin wcześniej. Trudno, poradzi sobie.
Doszła do skrzyżowania z ulicą Francuską i przystanęła skonsternowana. W prawo ulica kończyła się kilkanaście metrów dalej w zupełnych
ciemnościach, a w lewo ciągnęła się kilkaset metrów, tak samo pusta i cicha jak Grecka. Zawahała się, czy poszła we właściwym kierunku. Nie
chciała jednak wracać i uznała, że jak pójdzie dalej, pewnie w końcu
trafi na ulicę, gdzie będzie przystanek autobusowy albo będą jeździć
taksówki. W tej decyzji utwierdził ją widok samochodów, przejeżdżających
często na końcu Francuskiej. Poszła więc środkiem ulicy. Chodnik po
prawej był bardzo nierówny, a ten po lewej stronie ginął w cieniu
niskich drzew o rozłożystych koronach.
Szła szybko, popychana przez wiejący w plecy wiatr. Idąc, zamyśliła się,
zapatrzona w liście drzew. Nie wszystkie opadły na zimę. Pod światłem
ulicznych latarni te pozostające wciąż na gałęziach nabierały czerwonego
koloru i wyglądały zjawiskowo. Nie wiedziała, co to za drzewa o takich
dziwnych liściach, które nie żółkną i nie wszystkie opadają, tylko
czerwienieją i takie czekają na wiosnę.
Trzask zamykanych drzwi samochodu dostawczego, brutalnie wyrwał ją z rozmyślań. Serce skoczyło do gardła i poczuła, jak ze strachu sztywnieją
jej nogi. Mimowolnie przyspieszyła kroku. Ten sam ford transit stał
zaparkowany kilka metrów przed nią, na poboczu, w rzędzie innych
samochodów. Kierowca wysiadł z auta i stał na chodniku, skryty w ciemnościach. Widziała tylko białe sportowe buty i dżinsy. Ognik
papierosa jarzący się w mroku na wysokości jego twarzy wydał się jej
złowieszczy. Co on, do cholery, robi tu o tej porze? Z duszą na ramieniu
minęła go i poszła dalej. W miarę, jak oddalała się od nieznajomego,
strach mijał i wracała pewność siebie. Zamiast się bać, mogła zapytać go
o drogę. Zanim doszła do końca Francuskiej, zapomniała o zdarzeniu.
Tutaj przystanęła przy mrugającym żółtym świetle na skrzyżowaniu z Klecińską. Poszła w niewłaściwym kierunku. Wiedziała już mniej więcej,
gdzie jest. Kilka metrów w prawo, zaraz za wysokim dźwiękochłonnym
ekranem był przystanek autobusowy. Poszła tam i dokładnie przestudiowała
rozkład jazdy. Jechał stąd nocny autobus w kierunku Dworca Głównego PKP,
ale dopiero za półtorej godziny. Nie chciała czekać aż tak długo w chłodzie, pod nieszczelną wiatą przystanku. Rozczarowana wróciła na
skrzyżowanie. Teraz wiedziała już, w którym kierunku jest osiedle Nowy
Dwór.
Szła chodnikiem za dźwiękoszczelną ścianą, chroniącą stojące tu domy
mieszkalne od huku aut, jeżdżących ruchliwą nawet w nocy obwodnicą.
Panowała tu zupełna cisza. Po obu stronach chodnika rósł żywopłot, po
prawej stronie, za trawnikiem, znajdowała się dawna część jezdni ulicy
Klecińskiej, która teraz służyła do ruchu wewnętrznego na osiedlu i jako
parking dla mieszkańców. Pod samą ścianą prowadziła ścieżka rowerowa.
Chodnik skręcał w prawo i szła teraz wzdłuż zaparkowanych aut.
Po kilku minutach doszła do miejsca, gdzie jezdnia się kończyła i chodnik prowadził pod rozłożystym drzewem, tuż przy ścianie. Miejsce
było pogrążone w ciemnościach, ale nie zwróciła na to uwagi, ponieważ
widziała już rozświetlone skrzyżowanie Szkockiej i Klecińskiej.
Nagle kątem oka dostrzegła cień tuż obok siebie. Zanim zdążyła się
przestraszyć, ubrany na czarno mężczyzna, ukryty dotąd w ciemnościach,
objął ją ramieniem i przycisnął do ust szmatę nasączoną substancją
wydzielającą słodkawy zapach. Świat zawirował jej przed oczami i straciła przytomność. Zdążyła tylko zobaczyć białe sportowe buty. Nie
czuła już, jak mężczyzna niesie ją pod pachą kilka metrów, wrzuca na tył
zaparkowanego przy Szkockiej białego busa i przykrywa brudnymi szmatami.
Następnie zamyka tylne drzwi, wsiada na siedzenie kierowcy, odpala
silnik i odjeżdża, włączając się do ruchu i skręcając w lewo na estakadę
nad Strzegomską, w kierunku mostu Milenijnego.