Rozdział I
I
Blask nadchodzącego świtu rozjaśniał wschodnią stronę nieba.
Policyjny radiowóz mknął pustą o tej porze drogą krajową numer osiem z Wrocławia w kierunku Łagiewnik. Właśnie minęli po prawej stronie
Kobierzyce i auto podskoczyło na torach kolejowych, przecinających w tym
miejscu jezdnię. Siedzący na fotelu pasażera komisarz Marcin Zakrzewski
zaklął głośno, gdy trochę kawy wylało mu się ze styropianowego kubka na
spodnie.
- Wolniej, zabijesz nas - warknęła z tylnego siedzenia aspirant Karina
Buczko.
- Przepraszam - rzucił znad kierownicy posterunkowy i zwolnił.
Marcin nie zwrócił uwagi na niespokojne spojrzenie, jakim obrzucił go
kierowca, ponieważ patrzył w tylne lusterko na Karinę. Podkrążone oczy i bladość na policzkach sugerowały, że niewiele spała tej nocy. W palcach
nerwowo obracała papierosa, jakby nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie
go zapali i zaciągnie się dymem. Chciał o coś zapytać, lecz widząc jej
minę, ugryzł się w język. Potem na pewno będzie miał okazję. Bez
świadków.
Napił się kawy i spojrzał na zegarek. Była szósta siedemnaście. Koła
szumiały na mokrym asfalcie, porywy chłodnego wiatru zrywały z drzew
pożółkłe liście i ciskały je przed maskę samochodu. Typowy poranek,
jakich wiele w drugiej połowie listopada. Taki, w którym sam widok z okna zniechęca do wstawania z łóżka. Telefon obudził Marcina już przed
piątą. Kilka słów wypowiedzianych przez dyżurnego sprawiło, że sen
odpłynął w sekundę. Radiowóz zjawił się pod jego domem przy
Kossak-Szczuckiej kilka minut przed szóstą. Karina była już w środku. Po
drodze zajechali na stację Orlenu po kawę.
Gdy zbliżyli się do miejscowości Cieszyce, posterunkowy zwolnił jeszcze
bardziej. Po lewej był pusty parking dla tirów z zamkniętym o tak
wczesnej porze barem Pod Topolami, po czym wjechali do strefy
zabudowanej. Droga przez chwilę prowadziła tuż przy budynkach
mieszkalnych, które kończyły się po kilkudziesięciu metrach. Minęli
skład materiałów budowlanych i jechali dalej po lekkim łuku w prawo.
Miejsce, do którego zmierzali, zobaczyli z daleka. Krótki, wąski parking
położony po prawej stronie, równolegle do szosy. Pewnie nigdy wcześniej
nie stało tu tyle policyjnych aut. Dwa wozy drogówki blokowały wjazd na
parking z obu stron, kolejny radiowóz stał tuż przy linii jezdni.
Posterunkowy mocno przyhamował, jakby przestało mu się spieszyć. Im byli
bliżej, tym więcej szczegółów dostrzegali. Mniej więcej na środku
parkingu jeden z radiowozów był ogrodzony policyjnymi taśmami.
Przestrzeń między autem od strony pasażera a polem zasłaniały parawany,
jak przy wypadkach drogowych. Tylko że to nie był wypadek.
Minęli auto drogówki i zaparkowali tuż za nim. Wysiedli i stanęli obok
siebie, rozglądając się w milczeniu. Marcin dopił resztę kawy, nie miał
co zrobić z kubkiem, więc postawił go na dachu radiowozu. Od pola powiał
wiatr, niosąc ze sobą zerwane z drzew liście; kubek sfrunął i potoczył
się po jezdni. Po chwili zmiażdżyły go koła przejeżdżającego tira.
Karina wreszcie zapaliła papierosa i zaciągała się, jakby to miał być
jej ostatni w życiu. Byli tu jedynymi policjantami po cywilnemu, więc
zawiesili sobie na szyi odznaki. W różnych częściach parkingu stało
kilku mundurowych z ponurymi minami. Nikogo nie było przy parawanie.
Domyślali się dlaczego.
Powoli podszedł do nich szpakowaty policjant mniej więcej w wieku
Marcina. Był blady, miał przekrwione białka oczu i tak zaciśnięte
szczęki, że z trudem wypowiadał słowa. Uścisnął dłoń Karinie, potem
Marcinowi.
- Jaskulski, posterunek w Kobierzycach - rzucił krótko bez żadnych
ozdobników.
Po trzech gwiazdkach na pagonach poznali, że jest komisarzem. Pewnie był
tu najstarszy stopniem.
- Buczko.
- Zakrzewski.
Z hukiem minęła ich ciężarówka, zagłuszając prezentację. Kolejny powiew
wiatru przyniósł nową partię liści. Było cholernie zimno i dopiero teraz
to poczuli.
Marcin wskazał wzrokiem parawany.
- Pójdziesz z nami? - zapytał.
- Nie. - Komisarz Jaskulski uciekł spojrzeniem w bok. - Już widziałem i na razie mi wystarczy.
- J-jasne.
Ruszyli, czując na sobie wzrok innych policjantów. Zatrzymali się przed
taśmami otaczającymi radiowóz. Omietli spojrzeniami asfalt aż do
parawanów.
- Idziemy? - Karina podniosła wzrok na Marcina.
- Tylko ostrożnie, żeby nam później Marta głów nie pourywała, jak coś
zadepczemy.
Karina przeszła pod taśmą, a Zakrzewski zdecydował się na wielki krok
górą. Taśma była dość wysoko, zahaczył o nią butem, zachwiał się i taśma
się urwała. Klnąc, poszedł za Kariną.
Wystarczył rzut oka i już wiedział, dlaczego Jaskulski nie chciał drugi
raz oglądać tego widoku. To przecież byli jego ludzie, z którymi
pracował od dawna.
Dwa ciała w pokrwawionych mundurach leżały obok siebie, jakby zabójca
specjalnie je tak ułożył. Po dystynkcjach poznali, że ciało leżące
bliżej należało do starszego sierżanta Pawła Wojnara. Jego głowa była
nienaturalnie odchylona do tyłu, usta otwarte. Trafiło go co najmniej
sześć kul. Miał cztery krwawe ślady na piersiach i dziurę w skroni.
Pocisk, który rozorał mu pachwinę, musiał uszkodzić tętnicę, ponieważ
Wojnar leżał w wielkiej kałuży zakrzepłej krwi. Jej ślady znajdowały się
z boku samochodu, na asfalcie i na poboczu w pewnym oddaleniu od ciała.
Drugim zamordowanym był sierżant Jacek Dylong. Leżał na boku, z twarzą
zwróconą do ziemi, z rękami nad głową i nogami ułożonymi tak, jakby
chciał przybrać postawę zasadniczą. Przynajmniej takie skojarzenie
przemknęło Zakrzewskiemu przez myśl. Prawy but znajdował się w odległości około dwóch metrów od ciała. Ślady krwi na asfalcie
świadczyły o tym, że zwłoki zostały przeciągnięte sprzed maski pojazdu
aż do tego miejsca. But musiał zsunąć się po drodze. Być może zabójca
specjalnie tak ułożył Dylonga. A może był to zupełny przypadek.
Karina Buczko głośno przełknęła ślinę. Marcin stał, czując narastającą
wściekłość. Zabójstwo gliniarza zawsze było wstrząsem dla innych
policjantów. Zawsze wywoływało szczególne wzburzenie i niepohamowany
gniew. Jeśli ginął policjant, zabójca nigdy nie mógł czuć się
bezpiecznie. Mógł być pewien, że będzie ścigany przez wszystkich
mundurowych w kraju, zawsze i wszędzie, już do końca świata. Dla takich
zbrodni nie było umorzenia, policja nigdy nie zapominała. Zabójstwo
policjanta było złamaniem pewnego tabu, naruszeniem nietykalności całej
instytucji. Zabijając policjanta, sprawca musiał wiedzieć, że właśnie
budzi najgorsze bulteriery, które już nigdy nie przestaną za nim węszyć.
Zakrzewski był właśnie takim policyjnym bulterierem. Psem, który nigdy
nie odpuszcza, dla którego tropienie zbrodni jest jedynym zajęciem
nadającym życiu sens. Nie miał prywatnego życia i już dawno się z tym
pogodził. Był czas, kiedy próbował walczyć, zastanawiał się, czy nie
zmienić pracy, szarpał się, oszukiwał samego siebie, że będzie mu
lepiej, zacznie żyć inaczej. Długo trwało, zanim ostatecznie uświadomił
sobie, że nie jest w stanie się zmienić, i pogodził się z tą myślą.
Chaos i cierpienie napędzały go do działania. Jak chcesz iść do przodu,
nie ma, że boli.
Ocknął się z rozmyślań, kiedy stojąca obok Karina Buczko zapaliła
kolejnego papierosa i szturchnęła go w ramię. Odeszli kawałek do tyłu,
poza granicę wyznaczoną przez taśmy. Najpierw technicy musieli
zabezpieczyć ślady, a prokurator z lekarzem sądowym zadecydować o przewiezieniu obu ciał na sekcję zwłok do Zakładu Medycyny Sądowej.
Technicy już wyjechali z Wrocławia i powinni dotrzeć lada moment. Zwykle
dłużej czekało się na prokuratora, lecz Marcin podejrzewał, że w tym
przypadku pojawi się na miejscu wyjątkowo szybko.
Zabójstwo dwóch policjantów, zastrzelonych z zimną krwią na przydrożnym
parkingu, na długo wstrząśnie opinią publiczną w całym kraju. Nie miał
wątpliwości, że schwytanie zabójcy jest kwestią najbliższych dni, jeśli
nie godzin. Policja musiała wykazać się wyjątkową skutecznością. Po to,
żeby podnieść morale funkcjonariuszy i pokazać swoją moc. Po to, żeby
zniechęcić do podobnych zbrodni w przyszłości.
Dlatego tuż po znalezieniu zwłok około czwartej rano odbyła się szybka
telefoniczna narada komendanta wojewódzkiego z naczelnikiem wydziału
kryminalnego. Sprawę miał poprowadzić najlepszy, najbardziej
doświadczony i najskuteczniejszy śledczy. Aktualnie był tylko jeden
kryminalny, o którym można było to powiedzieć - Zakrzewski. Komendant
wojewódzki gwarantował kadry, sprzęt, środki finansowe i stawiał tylko
jeden warunek: szybkie ujęcie sprawcy.
Zanim Karina zdążyła coś powiedzieć, stanął obok nich komisarz
Jaskulski. Marcin wcisnął ręce głęboko w kieszenie spodni, jakby dzięki
temu miało mu się zrobić cieplej. Policjantce wydawało się, że wiatr
znowu przybrał na sile. Słońce, obiecujące wcześniej pogodny dzień,
skryło się za całunem szarych obłoków.
- Co o tym sądzicie? - zapytał miejscowy policjant.
Zakrzewski wzruszył tylko ramionami, wpatrzony gdzieś przed siebie.
Kilkaset metrów dalej droga wspinała się na pagórek i mijała kopalnię
piasku. Pamiętał, że kiedy ostatnio tamtędy przejeżdżał, przy bramie
stały dwa działa z czasów wojny.
- Kiedy meldowali się ostatni raz? - zapytała Karina.
- Wczoraj około dwudziestej drugiej.
- Jest w tym coś niepokojącego...
Jaskulski spojrzał na Karinę i przeniósł wzrok na milczącego Marcina.
- Nie rozumiem, co?
- Oni nawet nie mieli rozpiętych kabur - odparł Zakrzewski.
- Ale co to ma do rzeczy?
- Dużo. - Karina znowu zapaliła cienkiego papierosa. - Zostali
zastrzeleni po zmroku, na pustym parkingu, w dość odludnym miejscu.
Jeśli zatrzymali się tutaj, żeby kogoś skontrolować, nie zachowali
ostrożności. Obaj wysiedli z wozu i zamknęli drzwi.
- Skąd to wiecie?
- Dylong zginął dwa metry przed maską radiowozu, Wojnar w miejscu, w którym stał - wyjaśnił Zakrzewski. - Gdyby drzwi były otwarte, mógłby
się za nimi schować i nie dostałby kuli w tętnicę udową.
Komisarz Jaskulski milczał przez jakiś czas. Patrzył po twarzach swoich
ludzi, na których malowały się wściekłość i chęć natychmiastowej zemsty.
- Jak według was do tego doszło? - odezwał się po dłuższej chwili.
Zakrzewski nie odpowiedział, zapatrzony gdzieś w dal. Wyobraźnia
podpowiadała mu, jak ta scena mogła wyglądać.
Około dziewięciu godzin wcześniej wóz patrolowy numer 117 jechał krajową
ósemką w kierunku Kobierzyc. Sierżant Jacek Dylong mocno naciskał pedał
gazu, aż wreszcie gdzieś na wysokości Jordanowa Śląskiego utknęli za
trzema tirami, wlokącymi się jeden za drugim. Dylong dwa razy
przymierzał się do wyprzedzania, ale dał sobie spokój. Taki manewr w zupełnych ciemnościach, na wąskiej i krętej drodze graniczył z szaleństwem. Sierżant zaklął tylko i dostosował prędkość do jadących z przodu. Po chwili za nimi ciągnął już cały sznur pojazdów. Widok
policyjnego radiowozu skutecznie zniechęcał do niebezpiecznych manewrów.
Przez radio odezwał się dyżurny:
- Sto siedemnaście, gdzie jesteście?
Wojnar sięgnął po nadajnik, ziewając przy tym szeroko.
- Tu sto siedemnaście, niedaleko. Kończymy służbę.
- Mieliście jakieś problemy?
- Jak zwykle. On nawalony jak meserszmit, ona wściekła, że sam wszystko
wypił. Awantura gotowa.
- To już czwarty raz w tym miesiącu - jęknął dyżurny. - Musimy coś z tym
zrobić. Szerokiej drogi.
- Przyjąłem, bez odbioru.
Tiry zwolniły przy kopalni piasku po prawej stronie. Dylong zaklął pod
nosem i wcisnął mocno hamulec. Po chwili przyspieszyli, zjeżdżając z górki w kierunku Cieszyc. Gdy mijali parking po lewej stronie drogi,
Wojnar nagle chwycił kolegę za ramię.
- Ktoś tam do nas machał!
Dylong, skupiony na prowadzeniu auta i oślepiony światłami
nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów, niczego nie zauważył.
- Gdzie? - zapytał niechętnie.
- Na parkingu. Zawróć, chyba coś się stało!
- Cholera jasna, tu nie ma gdzie...
Musieli przejechać przez centrum miejscowości, gdzie droga prowadziła
między domami. Zawrócili na parkingu przy barze Pod Topolami. Już z daleka w świetle reflektorów jadących z naprzeciwka samochodów widzieli
ciemny zarys auta i sylwetkę człowieka. Zatrzymali się kilka metrów
przed nim. Światła radiowozu padły na czarne audi, lata świetności
mające już dawno za sobą. Mężczyzna w czapce z daszkiem stał trochę
bliżej. Osłaniał twarz ramieniem. Dylong zmienił światła na postojowe,
otworzył drzwi i wysiadł, wkładając czapkę. Wojnar bez wahania poszedł w jego ślady.
- Sierżant Jacek Dylong, posterunek policji w Kobierzycach, pan nas
wzywał?
- Tak. - Głos mężczyzny drżał, jakby starał się zapanować nad
zdenerwowaniem. - Panowie, stało się coś strasznego.
Dylong postąpił jeszcze krok do przodu. Oślepiły go światła ciężarówki,
zjeżdżającej z górki od strony piaskowni. Ciągle nie widział twarzy
mężczyzny.
- Proszę się uspokoić i opowiedzieć, co się stało. - W jego głosie
zabrzmiały pewność siebie i profesjonalizm.
- Kiedy właśnie nie wiem. Coś... - rzucił bezradnie mężczyzna.
Zapadła ciemność, rozświetlona tylko postojowymi światłami radiowozu.
Przez chwilę główną drogą nic nie jechało.
- Proszę się nie denerwować... - zaczął Dylong, zbliżając się jeszcze
bardziej do mężczyzny, i zamilkł nagle.
Nieznajomy wykonał niedostrzegalny w ciemnościach gest, a potem nagle
rozległ się huk i lufa trzymanego przez niego pistoletu plunęła ogniem.
Sierżant Jacek Dylong dostał w brzuch, jęknął, pochylił się do przodu i upadł bokiem na asfalt.
- Jezus Maria! - krzyknął Wojnar, lecz nie zdążył zareagować.
Czarna postać z twarzą przysłoniętą daszkiem czapki skoczyła w jego
stronę, a z lufy pistoletu znowu buchnął ogień. Raz, drugi, trzeci.
Pierwszy pocisk trafił Wojnara w pierś, drugi w skroń, trzeci w pachwinę. Pchnięty uderzeniami pocisków policjant zatoczył się do tyłu i upadł na plecy obok auta, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Krew z uszkodzonej tętnicy tryskała wokoło przez dziurę w spodniach.
Od strony Cieszyc nadjechało kilka aut i minęło ich z szumem. Potem
kilka innych pojazdów minęło parking, jadąc w przeciwnym kierunku.
Zabójca czekał cierpliwie, aż ruch ustanie. Wtedy podszedł do Dylonga,
chwycił go za ręce i pociągnął. Policjant zawył z bólu. Z jego ust
popłynął ciąg niewyraźnych przekleństw i zawodzenie.
- Kurwa... ja pierd... Jezu... co ty? Aaaagh...!!
Zabójca pozostawił Dylonga obok ciała Wojnara, wstrząsanego
przedśmiertnymi drgawkami i leżącego w czarnej kałuży krwi. Cofnął się
dwa kroki, odczekał długie kilkanaście sekund, aż na głównej drodze
ponownie zrobi się pusto, i oddał jeszcze kilka strzałów.
Czarne bmw z przyciemnionymi szybami zatrzymało się na skraju parkingu.
Prokurator śledczy Ireneusz Paleczny wyglądał na trzydzieści pięć lat,
miał czarne, starannie przystrzyżone włosy, ciemną cerę, a ubiorem
niebezpiecznie przypominał Marcinowi prokuratora Wysockiego.
- Skąd on ma taką furę? - wycedziła przez zęby Karina.
- Pewnie z prokuratorskiej pensji - rzucił ironicznie Marcin.
Jaskulski najwyraźniej stwierdził, że nie chce być świadkiem ich
rozmowy, ponieważ bez słowa odszedł do swoich ludzi. Paleczny skinął
głową Marcinowi i Karinie, poszedł obejrzeć zwłoki, po czym wolno
zbliżył się do policjantów. Z trudem panował nad zdenerwowaniem. Nawet
jego głos zabrzmiał inaczej niż zwykle. Jakby należał do czarnego
charakteru z kreskówek dla dzieci.
- Jak to się, cholera, stało?
W nozdrza policjantów uderzył zapach mocnych perfum pomieszanych z gumą
miętową. Karina z trudem się powstrzymała, żeby nie zrobić kroku w tył.
Nie tolerowała takich zapachów.
- Tego jeszcze nie wiemy. - Zakrzewski wzruszył ramionami.
Jakiś czas temu nowy prokurator generalny zaczął wprowadzać swoje
porządki. Kilku prokuratorów z prokuratury rejonowej zostało
oddelegowanych do pracy w mniejszych jednostkach na Dolnym Śląsku.
Prokurator Marek Grabski tak właśnie pożegnał się z pracą we Wrocławiu.
W ich miejsce pojawili się nominaci nowej władzy. Paleczny był jednym z nich. Marcin dotąd z nim nie pracował, więc na razie nie mógł
stwierdzić, czy go lubi. Miał nadzieję, że Paleczny nie został
nominowany na zasadzie: mierny, ale wierny. Innym pytaniem było, czy
szef go lubi, skoro wytypował go do sprawy, o której od razu było
wiadomo, że albo będzie początkiem jego kariery, albo skutecznie na
kilka lat mu ją utrąci. No, chyba że Paleczny ma mocne plecy i ewentualna porażka mu nie zaszkodzi. Patrząc na jego zdenerwowanie,
Marcin bardzo wątpił w tę drugą ewentualność.
- Proszę przyjechać do mnie na dwunastą. Ustalimy plan śledztwa.
Chciałbym, żeby codziennie osobiście informował mnie pan o postępach.
Karina spojrzała w szare niebo, a Zakrzewski w ciemne oczy prokuratora.
- Nie. - Pokręcił głową.
- Słucham? - Paleczny widać nie przywykł, żeby ktoś mu się sprzeciwiał,
bo zdziwiony wybałuszył oczy na Marcina.
- Proszę mnie posłuchać, prokuratorze. - Marcin wolno cedził słowa. -
Nie będę się z panem spotykał tylko po to, żeby pogadać o niczym i napić
się kawy. Wybaczy pan, ale szkoda mi czasu. Spotkamy się, jak już
przeanalizujemy ślady zebrane na miejscu przestępstwa, będziemy mieli
jakieś poszlaki i pomysł, co dalej. Wtedy pan zatwierdzi mój plan
śledztwa.
- Pan się chyba zapomina... - Prokurator nie dokończył.
- Nie zapominam się. Chcę po prostu szybko dorwać tego skurwysyna, który
zabił naszych chłopaków. Chciałbym, żeby pan mi pomógł, a nie
przeszkadzał. Będzie jeszcze dużo roboty przy przesłuchaniach świadków,
potem przy akcie oskarżenia i na procesie, więc będzie okazja się
wykazać. Oficjalnie nie musi pan przekazywać prowadzenia sprawy policji,
ale do pracy operacyjnej proszę się nam nie wtrącać.
Prokurator Paleczny otworzył usta i zaraz je zamknął, nie wydając nawet
dźwięku. Spojrzał na Karinę. Policjantka nie błądziła już wzrokiem po
niebie, tylko patrzyła mu twardo w twarz.
- W niczym nie może pan teraz pomóc - rzuciła.
- Nam też zależy, żeby szybko schwytać zabójcę - dodał Marcin. - Jak nam
się uda, będzie się pan miał czym chlubić, a nie każdy młody prokurator
może się pochwalić takim sukcesem. Proszę pomyśleć.
Prokurator rozejrzał się wokoło, jakby sprawdzając, czy nikt nie słyszy
tej rozmowy. Inni stali za daleko. Poza tym przejeżdżające co chwilę
samochody skutecznie zagłuszały wszystkie dźwięki.
- Będą naciski z góry - odezwał się wreszcie. - Będzie o tym głośno w mediach.
- Właśnie tutaj liczyłbym na pana wydatną pomoc w najbliższych dniach. -
Zakrzewski nadal mierzył prokuratora bezczelnym spojrzeniem. - Będzie
pan mógł się wykreować na mocnego faceta, który trzyma śledztwo w garści.
Prokurator Paleczny wciąż patrzył to na Karinę, to na Marcina. Wahał
się, jak zareagować na takie postawienie sprawy. Wreszcie wybrał
najlepszą dla nich opcję. Wyciągnął z kieszeni wizytówkę i podał
Marcinowi.
- Proszę do mnie zadzwonić, kiedy będziemy mogli porozmawiać o planie
śledztwa - mówił tak cicho, że jego głos z trudem przebijał się przez
hałas z głównej drogi. - Chciałbym być w miarę często informowany, muszę
wiedzieć...
- Oczywiście - przerwał mu Zakrzewski. - Ma pan wgląd do akt sprawy na
każdym etapie, zapraszam na wszystkie narady zespołu śledczego w komendzie wojewódzkiej.
Kolejne dwa auta zajechały na parking. Prokurator odszedł w kierunku
patologa gramolącego się z pierwszego z nich. Drugie należało do
techników kryminalistyki. Jako pierwsza wysiadła drobna kobieta z włosami ufarbowanymi na niebiesko. Marta Mickiewicz, od niedawna nowa
szefowa techników. Skinęła im głową i zaraz pogoniła swoich ludzi do
pracy. Po chwili, ubrani w kombinezony przypominające stroje laborantów
pracujących przy badaniu najgroźniejszych wirusów w ściśle tajnym
laboratorium w Wuhan, przeszukiwali miejsce przestępstwa.
- Bałam się, że nie pęknie.
- Tacy zawsze pękają. - Marcin wzruszył ramionami. - Mam tylko nadzieję,
że się potem nie rozmyśli i nie będzie nam zbytnio przeszkadzał.
- Nie wiadomo.
Komisarz Zakrzewski skinął na Jaskulskiego. Ten podszedł do nich z ociąganiem.
- Komisarzu Jaskulski, nie ma sensu robić tu niepotrzebnego zamieszania.
- Marcin spojrzał na niego z góry. - Proszę zająć czymś swoich ludzi.
Miejscowy policjant popatrzył na niego, jakby nie zrozumiał.
- Lepiej niż my znacie okolicznych mieszkańców. - Karina mówiła wolno i wyraźnie. - Niech pan wyśle swoich policjantów do wsi, może ktoś coś
widział. Poza tym jak najszybciej potrzebujemy informacji o ofiarach.
Czy mieli wrogów, może długi, podejrzane kontakty, czy mogli się komuś
narazić, żony, kochanki, prostytutki, hazard? Nie muszę chyba mówić
więcej?
Jaskulski poczerwieniał na twarzy.
- Nie - wycedził przez jeszcze bardziej zaciśnięte szczęki.
- Przyślę panu człowieka, który będzie koordynował wasze działania. To
młodszy aspirant Adam Wiliczkowski. Będziecie raportować mu o wszystkim,
on zdecyduje, co jest ważne.
Komisarz Jaskulski spojrzał na nich prawie wrogo.
- Nie mieszkamy na zadupiu - warknął. - Znamy się na policyjnej robocie.
- Bez urazy, Jaskulski. - Zakrzewski patrzył na niego zimno. - Ja nie
powiedziałem, że się nie znacie. Po prostu uważam, że możecie być
nieobiektywni. To byli wasi koledzy z pracy. Popatrz po swoich ludziach.
Są wstrząśnięci, wściekli i żądni zemsty. Pójdą w teren i jak znam
życie, będą nadgorliwi. Będą zwracać uwagę na bzdury i mogą przeoczyć
coś ważnego albo zasypią nas drobiazgami. Nie chcę tracić czasu na
oddzielanie informacji wartościowych od nieistotnych. Tym zajmie się
Wiliczkowski. On jest z zewnątrz i potrafi zachować dystans.
Komisarz patrzył na Zakrzewskiego w skupieniu, jakby oceniał szczerość
jego słów. Marcin zazwyczaj wzbudzał zaufanie. Tak było i tym razem. Z Jaskulskiego zeszło trochę powietrze, bąknął coś pod nosem i odszedł. Po
chwili jeden z radiowozów odjechał. Czterech policjantów na razie
zostało, ponieważ Marta Mickiewicz zaangażowała ich do przeszukania
przydrożnych krzaków, rowu i fragmentu przyległego pola.
- No to ustawiliśmy wszystkich, zadowolony? - odezwała się Karina.
- J-jasne - burknął w odpowiedzi. - Trzeba jeszcze ustawić Martę.
- Jej nie musisz. Za kilka godzin będziesz miał szczegółowy raport.
Powiedz, co ty jej zrobiłeś, że ona cię tak lubi?
- Postawiłem piwo. - Marcin wzruszył ramionami, rozbudzając tylko jej
ciekawość. - A tobie co się stało?
- Takie tam, nieistotne teraz problemy. - Karina zbagatelizowała jego
pytanie. - Zabili naszych, to jest priorytet.
- Czyli coś jest na rzeczy?
- Ale ty jesteś upierdliwy - żachnęła się. - Mam małe problemy w związku, wystarczy?
- Na teraz wystarczy.
Patrzyli na techników pochylonych nad ciałami.
- Co o tym sądzisz? - rzuciła. - Zlecenie czy przypadek?
- Moim zdaniem przypadek. Znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
- Tylko dlaczego musieli zginąć?
- Jeszcze nie wiem. Myślę jednak, że to będzie prosta sprawa.
- Chyba że będą komplikacje.
W tej chwili jeden z policjantów przeszukujących krzaki wyprostował się
i krzyknął:
- Tutaj!
Technik w białym kombinezonie podszedł do niego i po chwili pakował do
foliowych woreczków dwie policyjne czapki należące do ofiar. Marta
Mickiewicz skinęła ręką na Buczko i Zakrzewskiego. Podeszli, stanęli
przed parawanami i ponownie spojrzeli na ciała zamordowanych. Karinę
przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Marta ściągnęła maseczkę z twarzy,
wskazała umazane krwią drzwi radiowozu i zapytała z zagadkowym wyrazem
twarzy:
- Zauważyliście to?
Karina tylko zaklęła pod nosem. Marcin od razu wiedział, że oto właśnie
pojawiły się te nieprzewidywalne komplikacje.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykły rozbryzg krwi na karoserii.
Dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się można było coś w nim wyczytać.
Sprawca napisał krwią kilka cyfr.
To była data: 8-12-1981.
Grudzień 1981
Grudzień 1981
- Obywatelu kapitanie!
Głos pochodził gdzieś z zaświatów. Docierał do mózgu z dużym
opóźnieniem, jakby rozmyty i rozciągnięty w czasie. Na początku myślał,
że to po prostu jeden z elementów pijackiego koszmaru. Dopiero kiedy
dźwięk natarczywie powtórzył się kilka razy, któraś część obolałego
mózgu słusznie uznała, że być może dochodzi z jakiegoś innego wymiaru, z zewnątrz.
- Obywatelu kapitanie! Proszę się obudzić! Halo!
Nieprzyjemne uczucie mdłości nie brało się znikąd. Szarpanie za ramię
wprowadzało żołądek w stan niepokojącego drżenia. Wzburzona drganiami
żółć zafalowała niebezpiecznie i podeszła mu do gardła. Miał uczucie, że
zaraz zwymiotuje. Przełknął palący gardło kwas i to go trochę
otrzeźwiło.
- Kapitanie! Nie ma czasu!
Znowu to cholerne szarpanie za ramię. Z trudem wyciągnął rękę i odepchnął mężczyznę, który przysiadł na skraju jego łóżka. Puścił mu
przy tym niewyraźnie wiązankę najbardziej niecenzuralnych słów, na jakie
było go w tej chwili stać. Niestety, nie pozbył się natręta. Facet coś
poburczał pod nosem i dalej próbował go obudzić.
Wreszcie kapitan Milicji Obywatelskiej Marek Piekło przewrócił się z jękiem na plecy. Pomysł nie był dobry. Od razu dopadł go ból głowy.
Czuł, jakby młot parowy regularnie walił go w czaszkę, przynosząc ból,
szum w uszach i problemy z koncentracją. Żółć znowu zafalowała, lecz i tym razem udało mu się powstrzymać wymioty. Przejechał suchym jak wiór
językiem po jeszcze bardziej suchych i spękanych wargach. Miał wrażenie,
jakby polizał gruboziarnisty papier ścierny. Mięśnie w ciele dygotały w niekontrolowanych drgawkach. Koniecznie musiał się napić - to była
pierwsza składna myśl, przedzierająca się przez opary kaca spowodowanego
kilkudniowym alkoholowym ciągiem. Było tylko jedno lekarstwo, mające tak
cudowne właściwości, żeby uleczyć go w jednej chwili i ulżyć w bezsensownych cierpieniach. Setka wódki. Oddałby wszystko za setkę
wódki. Pragnął jej, a jednocześnie cały organizm buntował się na samą
myśl, że choć kropla alkoholu miałaby znowu przedostać się przez gardło
i spłynąć do żołądka.
Mdłości natychmiast wróciły. Nie był już w stanie powstrzymać skurczu
żołądka. Odwrócił się na bok i zwymiotował boleśnie. Strumień żółci i kwasów chlusnął na podłogę z desek. Mężczyzna odskoczył, klnąc pod
nosem.
Marek Piekło wreszcie otworzył oczy i otarł usta wierzchem dłoni. Z trudem odzyskiwał ostrość widzenia.
- Majer, to ty? - wychrypiał.
Sierżant Tadeusz Majer sięgnął po jakąś szmatę leżącą na podłodze i starannie wycierał z wymiocin buty i spodnie od munduru. Nie zdążył w porę odskoczyć. W powietrzu unosił się przykry zapach.
- To ja, obywatelu kapitanie - burknął. - Cholera, to ja.
Piekło ścisnął sobie skronie, jakby to miało choć na chwilę uśmierzyć
ból. Nieskutecznie.
- Czego ty chcesz? - jęknął.
- Jest sprawa, obywatelu kapitanie! Morderstwo.
- Jaka, kurwa, sprawa? Ja już nie pracuję w milicji. Wyjebali mnie...
Sierżant Majer wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, stuknął obcasami i zasalutował do gołej głowy.
- Melduję, obywatelu kapitanie, że to już nieaktualne. Dziś rano został
pan przywrócony do służby. Przywrócono pana w randze kapitana, wraz ze
wszystkimi odznaczeniami i uposażeniem.
Marek Piekło, jeszcze przed chwilą były milicjant, a aktualnie znowu
milicjant, zastanowił się nad słowami podwładnego. Przywrócili go do
służby? Co się, do jasnej cholery, musiało stać? Umarł Breżniew?
Amerykanie wystrzelili rakiety z pociskami termojądrowymi czy James Bond
przeniknął do ścisłego dowództwa Układu Warszawskiego? Sam był
zdziwiony, że pomimo morderczego kaca przez głowę przemknęły mu tak
efektowne skojarzenia. Oblizał wargi i zaraz wszystkie inne myśli
przykryła ta jedna, teraz najważniejsza. Musi się napić. Setka wódki.
Marzył o butelce wódki, czystej, z tandetną czerwono-białą nalepką,
mającą symbolizować kieliszek. Mogła być też bałtycka, żytnia, bimber
pędzony gdzieś w piwnicy albo rozcieńczone paliwo rakietowe kupione od
Ruskich w Legnicy za kilka paczek carmenów. Najważniejsze, żeby płyn
miał procenty. Dużo procentów. Im mocniejsze lekarstwo, tym szybsze
pokonanie choroby. A jego choroba była w mocno zaawansowanym stadium.
Majer coś mówił, ale Piekło go nie słuchał. Właśnie przygotowywał się do
bardzo trudnej operacji pionizacji ciała. Próbował ocenić, jak tę
pozycję zniesie jego błędnik, i w końcu uznał, że jakoś wytrzyma. Potem
usiłował opanować drżenie mięśni nóg. Z tym był większy problem. Nogi
miał jak z waty, jakby nie należały do niego, tylko do jakiejś pluszowej
postaci z bajki dla dzieci. Nogi Misia Uszatka.
- ...od razu wiedzieli, że to nie jest zwykła zbrodnia - dotarły do niego
nagle słowa sierżanta. - Takie śledztwo może poprowadzić tylko pan,
obywatelu kapitanie.
Co on gadał? Morderstwo? Gówno go obchodziły wszystkie morderstwa tego
zafajdanego świata. Przecież widział w swojej karierze śledczego już
wszystko. Pozbawione głowy zwłoki utopione w gnojówce; porąbane przez
zazdrosnego męża ciało żony, zapakowane w torby na zakupy i gotowe do
wywiezienia do lasu; menela z tak poderżniętym gardłem, że tylko cudem
nie nastąpiła dekapitacja; nastoletnią dziewczynkę wielokrotnie
zgwałconą przez konkubenta jej matki, a potem uduszoną ukochaną pluszową
zabawką, do której przytulona zasypiała co noc w poczuciu bezpieczeństwa
i spokoju. Widział oskórowane zwłoki młodej dziewczyny i jej twarz
zastygłą w nieprawdopodobnym bólu, i przerażone spojrzenie jednego oka,
które zostało jej całe. Widział bardzo dużo. Za dużo jak na mężczyznę w wieku trzydziestu pięciu lat. Złote dziecko wydziału kryminalnego
komendy wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej z przełomu lat
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Genialny śledczy z niesamowitym
instynktem, pies tropiący, który nigdy nie odpuszczał i zawsze znajdował
sprawcę. Milicjant, na którego zawsze można było liczyć, równy chłop, z którym zawsze można było pójść na miasto na dziwki i wódkę. Kolega z pracy, któremu można było opowiedzieć o wszystkich domowych problemach,
od którego można było pożyczyć pieniądze, któremu można było wyznać, że
tak naprawdę nie wierzy się w idealny ustrój socjalistyczny, a na dźwięk
języka rosyjskiego dostaje się torsji. Oczywiście! Proszę bardzo.
Kapitan Marek Piekło do wynajęcia! Wujek Dobra Rada, sympatyczny pies
Reksio, mądry miś Colargol i trzeci brat Bolka i Lolka. Wszystko w jednym!
Tylko nikt nigdy nie zapytał, czy jemu nie trzeba w jakiś sposób pomóc.
Nikt nie zauważył, że zaczyna chorować na tę najbardziej zdradliwą ze
wszystkich chorób. Na brak normalności. Chorobę, na którą jest tylko
jedno lekarstwo. Bez recepty, dostępne w każdym sklepie monopolowym albo
na każdej mecie. Lekarstwo nazywało się wódka. Dawkowanie było bardzo
proste: setka, dwie setki, pół litra, a potem jeszcze jedna setka i tak
aż do chwili, gdy lekarstwo zaczynało wreszcie skutecznie działać,
zabijało myślenie, zacierało wspomnienia złych obrazów i pozwalało
odpłynąć do lepszych krain.
Skończyło się tym, że nigdy nie trzeźwiał i wyrzucili go dyscyplinarnie.
Nawet nie zauważył, kiedy zdążył się aż tak narazić zwierzchnikom. To
musiało być coś spektakularnego, że przestali go kryć. Przecież w milicji pili wszyscy. W dużych ilościach. Zresztą wtedy było mu to już
zupełnie obojętne. Nawet się ucieszył, że nie musi wkładać munduru
milicjanta. Mógł wreszcie śmiać się z dowcipów powtarzanych na ulicach.
W jakich jednostkach mierzy się inteligencję? W cjantach. Ilu
milicjantów potrzeba do wkręcenia żarówki? Pięciu! Jeden trzyma żarówkę,
a czterech kręci krzesłem. Dlaczego milicjanci chodzą parami? Jeden umie
pisać, drugi czytać. Tylko że te dowcipy nadal były nieśmieszne. Za to
nareszcie mógł zażywać swoje lekarstwo, kiedy tylko chciał i w dowolnych
dawkach. Kiedy ostatni raz był trzeźwy? Przychodziło mu do głowy tylko
jedno wspomnienie. Ojciec - prominentny działacz partyjny - w tajemnicy
przed towarzyszami prowadził go do pierwszej komunii świętej. Ksiądz o lepkich na pieniądze łapach, z grubą kartoteką w Wydziale V Służby
Bezpieczeństwa, najpierw go ochrzcił, a zaraz potem była komunia.
Powtarzał przy tym wielokrotnie, że z takim nazwiskiem to się nie może
udać. No i się nie udało. Nie, to nie było ostatnie wspomnienie z okresu
trzeźwości. Potem przez wiele lat, aż do osiągnięcia pełnoletności, nie
pił.
Teraz jednak musiał się napić. Bez względu na to, po co w jego
mieszkaniu zjawił się Majer i co do niego mówi, musiał sięgnąć po
lekarstwo. Setka wódki zdziała cuda. Setka na początek oczywiście.
Wstał i zataczając się, poszedł do kuchni. Widok, jaki tam zastał, nie
zrobił na nim wrażenia, chociaż wywołałby niesmak u każdego. Wszędzie
stały lub leżały puste butelki po wódce: na szafkach, na stole, na
podłodze pod kaloryferem. W zlewie piętrzył się stos naczyń ze
spleśniałymi resztkami jedzenia, po podłodze pokrytej plamami bliżej
nieokreślonego pochodzenia walały się brudne szmaty, niedopałki
papierosów i zakrętki. W powietrzu wisiał ciężki zapach papierosowego
dymu, stęchlizny i czegoś jeszcze, nad czym lepiej było się nie
zastanawiać. Szyby w oknie były tak brudne, że do kuchni wpadało
niewiele dziennego światła, co tworzyło jeszcze bardziej ponurą
atmosferę.
Piekło zaczął krążyć nerwowo i trzaskać szafkami, rozpaczliwie
poszukując butelki, w której zostałoby chociaż trochę zawartości. Kiedy
jego poszukiwania nie przynosiły rezultatu, stawał się coraz bardziej
nerwowy. Majer ciągle coś mówił. Jego słowa wpadały mu do głowy jednym
uchem, a drugim wypadały.
- ...znaleźli ich dopiero dzisiaj rano. Oboje byli martwi. Morderca musiał
przyjść albo poprzedniego wieczoru, albo w nocy, kiedy spali. Na razie
trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Sąsiedzi niczego nie słyszeli.
Sprawdzamy, czy coś zginęło. Mieli bardzo dużą kolekcję staroci, więc
ustalenia chwilę potrwają...
Marek Piekło przestał słuchać. Nagle znowu zrobiło mu się niedobrze,
zakręciło mu się w głowie i oparł się o stół, strącając dwie puste
butelki, które rozbiły się z trzaskiem. Pewnie by się przewrócił, gdyby
nie sierżant.
- W porządku?
Piekło pokręcił głową i pokazał Majerowi, żeby go zaprowadził do
łazienki. W środku upadł przed cuchnącą moczem muszlą i znowu długo
wymiotował. Codzienna pokuta pijaka, na kolanach, z głową w sedesie.
Widzisz, Panie Boże, swojego sługę? Nawet gdy nie miał już czym
wymiotować, żołądek nadal się kurczył i nie mógł przestać. Kiedy
wreszcie się uspokoił, ból w okolicach wątroby nie pozwolił Piekle się
wyprostować. Na czworakach podpełzł do żeliwnej wanny z żółtymi
zaciekami przy odpływie i pod kranem. Odkręcany kurek zaskrzypiał
przeraźliwie. Kapitan włożył głowę pod zimny strumień wody i tak trwał,
do momentu gdy zaczął myśleć w miarę przytomnie.
W domu nie ma już wódki. Wszelki inny alkohol też się skończył. Musi
doprowadzić się do porządku i wyjść do monopolowego. Albo nie. Pójdzie
do Józka spod szóstki na metę. Nie, nie może tam pójść, ostatnio brał na
zeszyt i nie ma z czego spłacić długu. Zresztą chyba w ogóle nie ma
pieniędzy. Może ten cholerny Majer da się naciągnąć na flaszkę?
Skrzypnęły drzwi do łazienki.
- Wszystko w porządku, obywatelu kapitanie?
Niech szlag trafi tego służbistę i jego obywatela kapitana! Zakręcił
kran, wytarł włosy ręcznikiem i pokiwał głową.
- W porządku - mruknął. - Już idę...
W kuchni sierżant zagotował na gazie wodę w wielkim żeliwnym czajniku i zaparzył kawę w szklance we wściekle pomarańczowym koszyczku oraz
herbatę w brązowym dzbanku. Piekło nigdy dotąd go nie używał. Na stole
leżała szara paczka herbaty Popularnej i srebrne opakowanie kawy Super,
już zmielonej. Pewnie Majer przyniósł wszystko ze sobą, w mieszkaniu nie
było takich cudów. Teraz nawet wódka się skończyła.
Piekło zwalił się ciężko na krzesło, poszukał wzrokiem zmiętej paczki
papierosów i sięgnął po zapałki. Ręce mu się trzęsły i nie mógł trafić
główką zapałki w draskę. Majer stanowczo wyjął mu paczkę z ręki i zapalił. Po chwili gospodarz zaciągał się dymem. Przy pierwszym dymku
zakasłał, potem było już dużo lepiej. Dym jeszcze bardziej rozrzedził
alkoholowe opary pod czaszką. Musi się napić. Długo tak nie wytrzyma.
Majer podsunął mu pod nos szklankę z kawą i kubek z herbatą.
- Proszę wypić, kapitanie - powiedział z przekonaniem. - Na pewno
pomoże.
Piekło splunął kawałkami tytoniu na podłogę. Urok papierosów Popularnych
bez filtra - popalisz, pojesz, poplujesz. Potem sięgnął po kawę,
zamieszał, dzwoniąc nerwowo łyżeczką o szkło, i poczekał, aż fusy
osiądą. Zatrzymały się trochę poniżej połowy zawartości szklanki.
Prawdziwy szatan. Zgasił papierosa w przepełnionej popielniczce i upił
łyk. Żołądek wyjątkowo dobrze zareagował na płyn inny niż wódka. Miłe
ciepło rozeszło się po brzuchu, a potem po całym ciele. Parząc sobie
wargi i przełyk, wypił całą szklankę. Następnie sięgnął po herbatę. Też
była mocna i podobnie jak kawa smakowała wyśmienicie mimo
niezatapialnych pałeczek pływających po wierzchu. Cholernie chciało mu
się pić.
Tymczasem Majer wyciągnął z szafy jego mundur.
- Musimy się spieszyć, obywatelu kapitanie - mówił przy tym. - Nie będą
na nas tak długo czekać.
- Gdzie?
- Na miejscu morderstwa.
- A, tak...
Majer pomógł mu się ubrać w mundur, włożył na głowę czapkę i spojrzał
krytycznie.
- Chyba się nie da lepiej - mruknął jakby do siebie.
Piekło pokazał, żeby odpalił mu papierosa. Potem sierżant sprowadził
kapitana po schodach i wyszli na szarą ulicę. Z rana świeciło słońce,
ale nagle pojawiły się chmury i świat pogrążył się w szarości. Było
wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku. Milicyjny fiat 125 czekał na nich
pod samą klatką schodową. Majer wepchnął Piekłę na tylne siedzenie.
Siedzący za kółkiem plutonowy rzucił na powitanie jakąś służbową
formułkę, której Marek nie dosłyszał, i przekręcił kluczyk w stacyjce.
Rozrusznik zazgrzytał, silnik kaszlnął i zaskoczył. Ruszyli ostro i pędzili pustymi ulicami.
- Jaki mamy dzisiaj dzień? - wychrypiał Piekło.
Podskakujące na nierównościach auto nie wpływało dobrze na jego żołądek
i bolącą głowę, dlatego musiał czymś odwrócić uwagę od tych
niedogodności. Sierżant Majer spojrzał na niego do tyłu.
- Wtorek, obywatelu kapitanie - odpowiedział, przekrzykując hałas
silnika.
- Ale jaka data?!
- Ósmy grudnia 1981 roku.
Piekło znowu sięgnął po papierosy, ale zrezygnował. Przecież w tych
warunkach nie zdoła zapalić zapałki. Miał przynajmniej nadzieję, że jadą
w miejsce, gdzie będzie coś do picia. I na pewno nie miał na myśli polo
cockty. Przejechali przez most Grunwaldzki i kierowali się w stronę
mostu Szczytnickiego i Zalesia. Po co oni w ogóle tam jechali? Nie
pamiętał nic z tego, co mówił mu wcześniej sierżant. Przynajmniej
powinien stwarzać pozory. Większą szansę na alkohol będzie miał wtedy,
kiedy będzie udawał zainteresowanie.
- Tadek, to co tam się stało?
- Morderstwo, kapitanie!
- Kurwa, to już wiem. Szczegóły!
Majer poprawił się na siedzeniu, jeszcze bardziej odwracając się do
tyłu.
- Straszne morderstwo. Sprawca dostał się do willi, gdzie mieszkał
pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, i zamordował jego i żonę.
Pociął ich po prostu nożem, jakby wpadł w szał. Ofiary są zmasakrowane,
wszędzie pełno krwi. Na razie to tajemnica. Nikt nie może się dowiedzieć
o morderstwie. Podobno to był przyjaciel samego generała Jaruzelskiego.
Boję się, że sprawie ukręcą łeb i tyle będzie ścigania sprawcy. Pan jest
gwarancją, że ktoś w ogóle się tym zajmie. Pan nigdy nie odpuszcza.
Piekło ściągnął czapkę i drapał się po jeszcze wilgotnych, czarnych jak
smoła włosach, jakby chciał pobudzić mózg do myślenia. Coś w nim
drgnęło. Odezwał się instynkt rasowego psa gończego. Nienawidził swojej
pracy, a jednocześnie ją kochał nieodwzajemnioną miłością. On dawał jej,
czego tylko zapragnęła, a ona żądała coraz więcej. Przez głowę
przemknęła mu samotna myśl, żeby wziąć to śledztwo i doprowadzić
zwyrodnialca pod sąd. Zaraz jednak uleciała, wyparta przez inną.
Najpierw musi zażyć lekarstwo. Setka wódki, nie więcej. Podziała jak
antidotum, pozwoli mu odzyskać kontrolę nad życiem; odtąd będzie uważał,
żeby nie przesadzać z piciem, wróci do pracy i wszystko będzie po
staremu. Plan wydał mu się bardzo dobry i prosty do realizacji.
Tylko musi się napić.
Z trudem sformułował następne pytanie:
- Więc uważasz, że zamiotą to pod dywan?
- Słyszałem, o czym rozmawiał komendant z jakimś esbekiem. Przecież w takim szczęśliwym ustroju, jakim jest socjalizm, nie ma zwyrodnialców.
Próbowałem im tłumaczyć, że to nie jest pierwszy raz. Takie morderstwa
już były, ale co ja mogę?
Radiowóz zatrzymał się z piskiem przed okazałą willą przy ulicy Monte
Cassino na Sępolnie. Na podjeździe stało już kilka innych aut
milicyjnych i dwa cywilne. Wejścia strzegli mundurowi. Na widok kapitana
strzelili obcasami i zasalutowali. Marek tylko skinął im głową, przez
otwartą bramę wszedł na podwórze i się rozejrzał. Posesja była
odgrodzona od świata wysokim kutym ogrodzeniem, wzdłuż którego ciągnął
się starannie przystrzyżony żywopłot. Dom wyglądał imponująco. Był
większy niż wszystkie inne przy tej ulicy. Musiał pochodzić z początków
wieku. Miał dwie kondygnacje, z jednej strony winorośl pięła się śmiało
po ścianie i sięgała już dachu. Ganek, wsparty na dwóch kolumnach w stylu doryckim, prowadził do drewnianych drzwi z wielką mosiężną klamką.
Kapitan, słysząc za sobą kroki Majera, stanął przed drzwiami i sięgnął
do klamki. Kołatka stylizowana na ludzką głowę z otwartymi do krzyku
ustami i wytrzeszczonymi oczami patrzyła mu z drzwi prosto w twarz.
Wzdrygnął się mimowolnie, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
W holu spotkał komendanta, pułkownika Franciszka Struga. Przywitali się.
Komendant tylko na niego spojrzał i już wiedział, w jakim stanie jest
aktualnie Piekło.
- Kurwa mać, Marek - jęknął. - Coś ty ze sobą zrobił?
Kapitan niespodziewanie zdenerwował się na taką uwagę.
- Odczep się ode mnie. - Wyminął przełożonego i poszedł dalej. - Jestem
w pracy.
Komendant puścił za nim soczystą wiązankę przekleństw, po czym chwycił
idącego z tyłu Majera za ramię.
- Pilnuj go! - rzucił. - Jak coś nawywija, to tobie dupę skopię i bratków nasadzę!
- Tak jest!
Piekło już ich nie słyszał. Z szerokiego holu skręcił w prawo i zatrzymał się na progu. Salon był urządzony w stylu jak z początków
wieku: drewniany stół i dwanaście krzeseł z oparciami wyrzeźbionymi w kształt złożonych skrzydeł, ciężkie szafy, serwantka wypełniona
kryształami i zastawą, sofa, na ścianach obrazy niewyglądające na tanie
reprodukcje. Idealny porządek, dobry gust i artystyczny smak. Tylko że w ten idealny porządek wkroczyła śmierć, zostawiając po sobie chaos i nieodwracalne zniszczenia.
Przy drzwiach wejściowych leżała kobieta po sześćdziesiątce. Pewnie pani
domu, która mozolnie gromadziła te wszystkie stare meble, zastawę i obrazy. Miała wykłute oczy, na jej piersiach i podbrzuszu widniało
kilkadziesiąt cięć ostrym nożem. Ubrana była w nocną koszulę, na którą
zarzuciła szlafrok. Ciało leżało w kałuży zakrzepłej krwi. Po salonie
kręcili się technicy, zbierając ślady. W kącie stały trzy osoby:
porucznik Zarzycki z wydziału kryminalnego, prokurator, którego nazwiska
nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć, i mężczyzna w szarym
garniturze. Cywil był blady, miał sporą nadwagę i ciągle przecierał
chustką łysą czaszkę. Pewnie ktoś reprezentujący partię. Zginął ich
człowiek, więc trzymali rękę na pulsie.
Kapitan Piekło wszedł do środka, skinął wszystkim głową, nie bacząc na
ponure spojrzenia, jakimi go obrzucili. Podszedł do Zarzyckiego.
- Gdzie druga ofiara? - zapytał bez wstępów.
- W gabinecie. - Zarzycki wskazał pomieszczenie za jego plecami.
Piekło odwrócił się na pięcie i poszedł tam. Gabinet urządzony był
bardzo podobnie jak salon. Wielkie czarne biurko stało po lewej stronie
od wejścia, za nim skórzane krzesło, z tyłu biblioteczka z szeregami tak
samo wyglądających książek. Poznał wśród nich wszystkie dzieła Lenina i wątpliwej jakości wynurzenia Mao Tse-tunga. Oczywiście na honorowych
miejscach stały dzieła Marksa i Engelsa. Ciekawe, czy właściciel czytał
te bajdurzenia, czy z uwagi na wysoką pozycję w strukturach PZPR musiał
je po prostu mieć. Pewnie to drugie.
Nie bez pewnej złośliwości Piekło skonstatował, że już żadnej z tych
książek nie przeczyta, podobnie jak jego żona nie obejrzy swojej
kolekcji obrazów i kryształów. Mężczyzna w pasiastej piżamie leżał przed
biurkiem w kałuży ciemnej krwi. Zginął w taki sam sposób, zadźgany co
najmniej kilkudziesięcioma pchnięciami noża. Sprawca nie wydłubał mu
oczu, ofiara miała za to rozchylone i pokrwawione usta. Piekło
podejrzewał, że brakuje języka. Oczy to wzrok, język - mowa. Ciekawe,
czy o to chodziło mordercy? Pewien przekaz. Tylko do kogo miałby być
skierowany? Kara dla ofiar czy informacja dla milicji?
- Mówiłem, obywatelu kapitanie. Masakra. - Majer stanął w drzwiach.
Piekło z trudem przełknął ślinę. Ale nie z powodu makabrycznego widoku.
W środku regału z książkami dostrzegł małe przeszklone drzwiczki. Ze
środka uśmiechały się do niego kolorowe butelki pełne leczniczej
zawartości. Poczuł nagłe podniecenie i dzikie pragnienie. Nic go już nie
obchodziło.
- Tadek, idź zapytaj techników, czy zabezpieczyli odciski palców -
rzucił niby od niechcenia, oblizując suche wargi. Jak papier ścierny,
cholera.
- Tak jest!
Gdy tylko Majer zniknął, Piekło przekręcił kluczyk i uchylił drzwiczki.
Poczuł wielką ulgę i podniecenie. Wódka, zagraniczny koniak i whisky,
wina. Taki zapas na pewno starczyłby mu na długo. Ostrożnie sięgnął po
pierwszą z brzegu butelkę. Francuski koniak. Rzucił okiem na drzwi,
chwilę mocował się z folią powlekającą zakrętkę i wreszcie przyłożył
butelkę do ust. Pił łapczywie, czując piekący ból w gardle, pieczenie w przełyku i wreszcie piekielny ogień, gdy koniak wlał się do żołądka.
Wypił na raz pół butelki. Alkohol natychmiast trafił mu do krwiobiegu,
nogi się pod nim ugięły, cudowne ciepło rozlało się po brzuchu, ból
zniknął. Zachwiał się, kiedy alkohol dotarł do mózgu. Jakby dostał pałką
w głowę. Przez chwilę nie mógł się ruszyć, nie myślał, był obok. Cudowne
uczucie, jak orgazm. W kilka sekund ochłonął i ocenił sytuację. Chciał
pić i wszystko inne przestało się liczyć. Nie pamiętał już o postanowieniu, że wypije tylko setkę, żeby dojść do siebie, a potem
będzie się kontrolował. Zapomniał o trupie leżącym u jego stóp. Sięgnął
do barku, do kieszeni munduru włożył butelkę czystej zagranicznej wódki
i wyszedł z gabinetu. W salonie chwiejnym krokiem skierował się do
wyjścia.
Jak na złość zobaczył go Majer.
- Obywatelu kapitanie! - zawołał za nim.
Nie zareagował. Chciał jak najszybciej stąd wyjść. Nadpitą butelkę
koniaku wcisnął za pazuchę munduru, ale i tak się zorientowali. Nawet
nie wiedział, kto tak naprawdę krzyknął:
- Łapcie go!
Rzucił się do ucieczki. Przeskoczył przez ciało kobiety leżące w progu.
Tylko kilka metrów i będzie na zewnątrz. Może mundurowi pilnujący
posesji nie zareagują tak szybko.
Z tyłu usłyszał przekleństwa. Zarzycki rzucił się w pogoń, za nim Majer.
Niestety, w drzwiach porucznik poślizgnął się na plamie krwi i runął jak
długi na ciało zamordowanej. Upadając, zbił z nóg sierżanta. Majer,
podcięty, padł z jękiem na plecy, waląc głową o posadzkę, aż poniosło
się echo.
Piekło był już przed drzwiami. Wtedy zbuntował się żołądek. Nie potrafił
utrzymać tak potężnej dawki alkoholu podanej mu tak szybko. Marek poczuł
skurcz, zatrzymał się, skulił i zwymiotował na wyłożonym kamienną kostką
ganku.
- Kurwa, łapcie go! - rozległ się krzyk komendanta z wnętrza domu.
Mundurowi milicjanci spojrzeli na siebie niepewnie i tak jak spodziewał
się Piekło, nie zareagowali od razu. Zanim ustalili, co robić, zdążył
przebiec między nimi. Ominął blokujące wjazd samochody i wybiegł na
ulicę wprost pod nadjeżdżającą nyskę.
Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, był pisk hamulców, ostatnim obrazem,
który zapamiętał, był widok flaszki wódki, zataczającej łuk w powietrzu
i rozbijającej się o asfalt.
Rozdział II
II
- Witamy pana prokuratora. - Karina ustąpiła prokuratorowi śledczemu
Ireneuszowi Palecznemu miejsca przy stole w małej salce konferencyjnej
budynku komendy wojewódzkiej przy Podwalu.
Paleczny posłał jej nieśmiały uśmiech i usiadł na twardym drewnianym
krześle. Karina Buczko przyciągnęła sobie inne stojące pod ścianą i usiadła obok Zakrzewskiego. Była osiemnasta dwadzieścia. Cała grupa
śledcza spotkała się przed kilkoma minutami w celu omówienia dotychczas
zebranych śladów i informacji. Niestety, nie było tego dużo.
Przy stole siedzieli jeszcze: młodszy aspirant Adam Wiliczkowski,
sierżant sztabowy Mariusz Krawiec zwany Długim i Marta Mickiewicz, która
niespodziewanie postanowiła osobiście przedstawić zebrane przez
techników ślady. Przez ostatni rok, od kiedy awansowała na szefa zespołu
techników kryminalistyki, zdążyli przyzwyczaić się zarówno do jej
nietypowego wyglądu, jak i do nieszablonowego działania. Zakrzewski ją
lubił, choć nie był pewien, jak postrzegają ją inni. Nie zauważył dotąd
ani nie słyszał negatywnych opinii, ale też nie zarejestrował przesadnie
pozytywnych komentarzy. Może gdyby nie była tak ekscentryczna, prędzej
zjednywałaby sobie przyjaciół. Mimo skrajnego profesjonalizmu, jakim
wykazywała się w pracy, jej niebieskie włosy i ubranie w stylu punk
trzymały ludzi na dystans. Nawet Marcinowi przeszkadzało kilkanaście
kolczyków w uszach i górnej wardze. Nie próbował sobie wyobrażać, gdzie
jeszcze Marta może mieć kolczyki.
- Nic pan nie przegapił - powiedział Zakrzewski, obracając w dłoni kubek
z kawą z automatu. Przed nim na stole stały już dwa puste.
Paleczny pokiwał głową, wyciągnął z teczki jakieś papiery, notatnik i eleganckie pióro, ale się nie odezwał. Marcin zaczął przez chwilę
żałować, że go tak potraktował rano. Może facet ma łeb na karku i będzie
potrafił z sensem zarządzać śledztwem?
Ostatnią uczestniczką spotkania była policyjna psycholog Arleta
Wierzbicka. Trzydziestokilkuletnia szczupła brunetka z długimi, prostymi
włosami i przenikliwymi brązowymi oczami. Zakrzewski współpracował z nią
po raz pierwszy. Pewnie by się nie zgodził, gdyby nie rekomendacja
przyjaciela ze studiów, Krzysztofa Pawlickiego.
Wiliczkowski chrząknął i zaczął od początku:
- Sierżant Jacek Dylong miał żonę i dwie córki. W opinii sąsiadów
przykładny ojciec i obywatel. W pracy również bez zarzutu. Wzorowy
funkcjonariusz, nikt nie napisał na niego nawet jednej skargi. Mieszkał
na wsi, gdzie uważano go za takiego miejscowego szeryfa. Cieszył się
autorytetem, wystarczyło, żeby tupnął nogą na wiejskiej zabawie, a kończyły się wszystkie awantury.
- Są jeszcze tacy gliniarze? - rzuciła Karina.
Ponure miny uczestników narady nie zmieniły się ani na ułamek sekundy.
Nikt też na tę uwagę nie zareagował.
- Starszy sierżant Paweł Wojnar nie był już takim aniołkiem -
kontynuował Adam. - Były na niego skargi za brutalność, miał sprawę za
jazdę radiowozem pod wpływem. Najwidoczniej nikomu nie zależało na
rozdmuchaniu tego, bo dostał tylko naganę. Lubił się zabawić, często
odwiedzał knajpy. Za kołnierz nie wylewał. Raz czy dwa uczestniczył w awanturach po służbie. Miał dwie żony, ale z obiema szybko się rozwiódł.
Obecnie miał partnerkę, ale jeszcze do niej nie dotarliśmy.
- Nie bardzo rozumiem. Jak to możliwe? - zapytał Zakrzewski.
- Sam się zdziwiłem - przyznał Wiliczkowski. - Nagle wszyscy nabrali
wody w usta. Nikt jej nie zna, nikt nie wie, gdzie mieszka.
- Ktoś ją poinformował, że jej facet nie żyje?
- Tego nie wiem. - Adam wzruszył ramionami.
- Cholera, znajdźcie ją. - Marcin był wyraźnie poirytowany. - Jutro
muszę wiedzieć wszystko o związku Wojnara. Sprawdź, czy ta kobieta ma
alibi na wczorajszy wieczór. Skrzywdzone kobiety zdolne są do
wszystkiego.
Policyjna psycholog spojrzała na niego przenikliwie.
- Chce pani coś dodać, pani Arleto? - zapytał uprzejmie.
- To prawda, że kobiety mogą reagować impulsywnie, być pamiętliwe i próbować zemsty na swoim byłym - potwierdziła, patrząc mu w twarz. -
Szczególnie gdy w ich mniemaniu zostały boleśnie skrzywdzone. Wie pan
jednak, komisarzu, równie dobrze jak ja, że kobiety nie zabijają w ten
sposób. Pod wpływem impulsu. Kobiety raczej planują wszystko ze
szczegółami. Zabijają jednym cięciem. To morderstwo nie pasuje do
takiego schematu.
- Dziękuję. - Zakrzewski skinął głową w jej kierunku.
Podobała mu się. Bił od niej spokój i zdecydowanie, a w smutnym i poważnym spojrzeniu wyraźnie widać było bolesne życiowe doświadczenie.
Tak samo jak w jego błękitnych oczach.
- Miałeś rację, szefie, że z miejscowymi będzie mi się ciężko pracowało
- kontynuował Wiliczkowski. - Ta sprawa miała być wyjaśniona jako
pierwsza, a nic nie zrobili przez cały dzień. Niby przesłuchali sąsiadów
obu ofiar, odtworzyli krok po kroku wszystko, co obaj robili przez
ostatnie dwa dni, a jednak... nie wiem...
- Mów, coś jest nie tak?
- Może to złość i szok po stracie kolegów... - Adam wyraźnie się zawahał.
- Ale mam wrażenie, że coś tam jest nie w porządku.
Zaciekawiony prokurator po raz pierwszy podniósł głowę znad notesu i patrzył na Adama, czekając na dalszy ciąg.
- Co masz na myśli? - dopytywał Zakrzewski.
- Ani komisarz Jaskulski, ani żaden z jego podwładnych nie potrafili mi
wyjaśnić, co oni robili na tym parkingu po dwudziestej drugiej. To nie
był ich rewir. Mieli być na patrolu w zupełnie innym rejonie. Na jutro
mają mi przygotować harmonogram patroli i ustalić, gdzie wóz B sto
siedemnaście tego dnia jeździł.
- Może to po prostu zamieszanie związane z morderstwem - podsunęła
Karina.
- To nie tylko to. - Adam pokręcił głową. - Oni mieli dziwne miny, kiedy
ich pytałem.
- Dobrze. - Marcin uciął ewentualne dalsze pytania. - Drąż temat. Dać ci
kogoś do pomocy?
- Nie chcę wzbudzać podejrzeń. Na razie poradzę sobie sam. Jutro
pogrzebiemy w życiu Wojnara i znajdziemy tę jego kobietę. Spróbuję
ustalić, gdzie byli, czy mieli jakichś wrogów, dyskretnie porozmawiam z ludźmi w komendzie. Może ktoś puści farbę. Poza tym tak sobie
pomyślałem, że sprawdzę majątek obu ofiar pod kątem tego, czy wydatki
równają się wpływom. Mam jakieś przeczucie, że kręcili lewiznę.
Zakrzewski dopił kawę i spojrzał na siedzącego w milczeniu prokuratora.
- Panie prokuratorze?
Paleczny jakby się ocknął.
- Oczywiście zgadzam się. Proszę działać.
Karina Buczko z trudem stłumiła uśmiech. Paleczny wyglądał jak nowy
uczeń w klasie. Może i inteligentny, ale na razie tak zestresowany, że
nie można tego jednoznacznie ocenić.
- Długi?
Krawiec jak zwykle był w tym samym prochowcu sięgającym mu do łydek, jak
zawsze miał burzę kręconych włosów, w uszach białe słuchawki i smartfon
w dłoni. Pewnie z tym zestawem nie rozstawał się nawet pod prysznicem.
Zakrzewski miał nadzieję, że wcześniej chociaż ściąga prochowiec. Teraz,
zanim się odezwał, wyjął z ucha jedną słuchawkę i odłożył aparat na
stół. Rzadko się odzywał, ale jak już mówił, to z sensem, i miał
przyjemny tembr głosu. Mógłby podkładać dubbing pod kreskówki dla
dzieci.
- Zgłosił się świadek, który twierdzi, że jechał wczoraj około
dwudziestej drugiej za radiowozem przed Cieszycami. Na razie
rozmawialiśmy telefonicznie, ale złoży oficjalne zeznania - powiedział.
- Nareszcie coś konkretnego. - Marcin odstawił pusty kubek po kawie.
- Jechał za radiowozem B sto siedemnaście od samego Jordanowa Śląskiego.
Mówił, że przed nimi jechało kilka tirów, więc nikt nie wyprzedzał.
Policjanci na początku przymierzali się do wyprzedzania, jakby się
bardzo spieszyli, ale ostatecznie zrezygnowali. Facet mówił, że mniej
więcej przy parkingu radiowóz wyraźnie przyhamował. Tiry odjechały, a on
bardzo wolno przejechał przez centrum wsi. Wiecie, tam jest wąsko. Za
wioską skręcił w prawo na parking przy barze i zawrócił. Ostatnie
spojrzenie faceta w lusterko to był obraz policyjnego auta, czekającego
na włączenie się do ruchu.
- Z powrotem? - upewnił się Zakrzewski.
- Tak. Przycisnąłem trochę tego kierowcę i powiedział, że chyba widział
na tym parkingu osobowe auto i kogoś, kto machał do policji.
W sali zapanowała nagle cisza. Wszyscy przetrawiali ostatnie słowa
Długiego.
- Czyli to mógł być nasz zabójca - mruknął w zamyśleniu Marcin.
- Też mi to przyszło do głowy - potwierdził Długi. - Dalej szukam. Może
zgłosi się jakiś świadek. Był spory ruch. Jutro jeszcze raz porozmawiam
z mieszkańcami Cieszyc. Zabezpieczyliśmy monitoring z kopalni piasku.
Jedna z kamer przy bramie skierowana jest częściowo na drogę. Tam jest
dobre oświetlenie, kamera od zmierzchu do świtu pracuje w trybie
ciągłym. Już oglądamy ten materiał i sprawdzamy auta, które udaje się
zidentyfikować po numerach. Jeśli morderca przyjechał z tej strony, być
może jest na nagraniu.
- Dobra robota, ale nie wpadałbym w euforię. Musielibyśmy mieć wielkie
szczęście. - Zakrzewski był sceptyczny. - I zabójca musiałby przyjechać
niedługo wcześniej i mieć wytypowane ofiary.
- Na razie skupiliśmy się bardziej na hipotezie, że ofiary są
przypadkowe - dorzuciła Karina.
- Szukam też innych kamer na drodze - dodał Długi. - Szanse niewielkie,
ale tam niedaleko jest hurtownia budowlana, tylko nie dotarłem jeszcze
do właścicieli.
- Dobrze, działaj. - Marcin skinął głową.
Spojrzał przelotnie na prokuratora, ale Paleczny tym razem nie podniósł
wzroku znad swoich notatek. Marta Mickiewicz zaczęła mówić pewnie i bez
zbędnych ozdobników:
- Nie wiem jeszcze, z jakiej broni zginęli. Pociski wyciągnięte z ciała
to parabellum dziewięć na dziewiętnaście milimetrów, czyli bardzo
popularne naboje na regularnym uzbrojeniu NATO. Poszły do analizy
balistycznej. Obaj zginęli od strzałów z bliskiej odległości. Moim
zdaniem najpierw zginął Wojnar, potem Dylong. Dylong był ciągnięty do
miejsca, w którym znaleźliśmy ciało. Być może jeszcze żył, a egzekucja
odbyła się właśnie tam. Prawdopodobnie nie ma odcisków linii papilarnych
sprawcy, zebraliśmy pewne ślady biologiczne, ale musimy jeszcze poczekać
na wyniki z laboratorium. Co ciekawe, sprawca wyrzucił ich czapki.
Znaleźliśmy je w krzakach. Na nich również zabezpieczyliśmy ślady. Na
razie tylko tyle mogę powiedzieć. Jutro będzie sekcja zwłok. Może będzie
wiadomo coś więcej.
- Dziękuję. - Marcin uśmiechnął się do niej, co nie umknęło uwadze
Kariny Buczko. - A co z datą?
- Napisał te cyfry palcem umazanym we krwi. Być może był w rękawiczce,
tego w tej chwili nie potrafię stwierdzić.
- Czyli niewiele mamy?
- Niewiele.
Marcin spojrzał na Wierzbicką, która dotąd uważnie słuchała w milczeniu.
- Pani psycholog coś nam podpowie? - zapytał.
Ku jego zaskoczeniu pokręciła przecząco głową i spojrzała mu prosto w oczy. Miała twarde i zdecydowane spojrzenie. Czyżby naraził jej się tym
pytaniem o kobiety? Pierwszy spuścił wzrok.
- Na obecnym etapie mam za mało danych, żeby stawiać hipotezy -
powiedziała spokojnie, jakby prowadziła kurs kroju i szycia. - Wypowiem
się, gdy jutro otrzymam więcej informacji o życiu ofiar, dane z laboratorium i wyniki sekcji.
- J-jasne - mruknął Zakrzewski niezadowolony. - Na koniec zostawiłem
sprawę cyfr na boku auta. Wyglądają na datę. Ósmy grudnia 1981.
Aspirant Karina Buczko otworzyła notatnik i wolno zaczęła relacjonować.
- Pogrzebałam trochę w naszym archiwum. Niestety, stare akta są jeszcze
w fazie digitalizacji. Nie dotarłam do papierowych akt, mam tylko
informacje z ogólnej bazy danych spraw niewyjaśnionych.
Podniosła głowę, lecz nikt się nie odezwał. Patrzyli na nią wszyscy z wyjątkiem Palecznego, który siedział z pochyloną głową, jakby przeglądał
notatki. Tyle że nie zrobił żadnych notatek. Pióro leżało nietknięte.
- Ósmego grudnia 1981 roku we Wrocławiu przy ulicy Monte Cassino
dokonano podwójnej zbrodni. Zamordowany został pierwszy sekretarz
Komitetu Wojewódzkiego PZPR Jan Janicki wraz z małżonką. Morderca dostał
się na posesję przez płot, stłukł okno do pomieszczenia piwnicznego i wślizgnął się do środka. Szacowany czas zgonu ofiar: między północą a drugą w nocy. Morderstwa były wyjątkowo brutalne. Janickiemu zadano
prawie sześćdziesiąt ciosów ostrym narzędziem, potem ktoś wyciął mu
język. Języka nie znaleziono. Beata Janicka zginęła od czterdziestu
ośmiu pchnięć nożem, sprawca wydłubał jej oczy.
Karina zrobiła pauzę. W pomieszczeniu zapadła pełna napięcia cisza.
Zakrzewski miał wrażenie, że opowieść Kariny zrobiła na słuchaczach
większe wrażenie niż zabójstwa policjantów w Cieszycach.
- Ofiary nie nosiły na ciele innych śladów przemocy - ciągnęła. - Nie
zostały zamordowane w sypialni, co by sugerowało, że nie zostały
zaskoczone. Ciało kobiety znaleziono w salonie, mężczyzny w gabinecie.
Na tej podstawie śledczy założyli, że ofiary znały swojego kata. Tylko
dlaczego wszedł przez piwnicę? Nie wiadomo. Sprawcy nigdy nie ustalono.
To nie było morderstwo na tle rabunkowym - nic nie zginęło. W domu
znajdowała się cenna porcelana, obrazy znanych malarzy, dolary i inna
waluta. Tak naprawdę nigdy nie ustalono motywu zabójstwa Janickich.
Skupiono się na motywie zemsty jako najbardziej prawdopodobnym. W końcu
Janicki był działaczem partyjnym, czasy były niespokojne, pięć dni
później wprowadzono stan wojenny.
- Czy to nie jest przypadek? - Wiliczkowski wzruszył ramionami. - Te
cyfry mogły znaczyć cokolwiek. Dlaczego akurat tę datę? Minęło
trzydzieści pięć lat.
- Jest taka możliwość - przyznał Marcin. - Masz rację. Cyfry mogą
znaczyć coś innego albo nie znaczyć nic. Na razie jednak przyjmujemy
założenie, że ta data i dzisiejsze zabójstwa wiążą się z tymi z przeszłości.
- To nie ma sensu - prychnął Adam. - Znamy podstawową zasadę
Zakrzewskiego: nie lubisz prostych rozwiązań. Może poczekajmy na jakieś
dowody na powiązanie obu przypadków. Po co od razu komplikować sobie
robotę. Moim zdaniem szkoda czasu. Cyfry mogą znaczyć cokolwiek: datę
urodzin mordercy, pierwszą wypitą flaszkę wódki albo pierwszą zaliczoną
dziewczynę.
Prokurator Paleczny chrząknął nagle i podniósł wzrok na pozostałych.
- Przyjmiemy wersję komisarza Zakrzewskiego - powiedział nieoczekiwanie.
- Musimy sprawdzić, czy morderstwo Janickich nie wiąże się z dzisiejszymi. Pod tym kątem trzeba prześwietlić przeszłość
zamordowanych. Czy nie mają z Janickimi powiązań rodzinnych lub
jakichkolwiek innych. Tamtą sprawę z 1981 roku prowadził kapitan Marek
Piekło - kontynuował spokojnie prokurator śledczy po pauzie. - Był
alkoholikiem i to chyba przeszkodziło mu w schwytaniu zabójcy. Odszedł z milicji we wrześniu 1982 roku. Wtedy pomagał mu sierżant Tadeusz Majer.
On też długo nie popracował, tylko do końca 1982 roku. Trzeba go
znaleźć. Niestety, kapitan Marek Piekło zmarł w połowie lat
dziewięćdziesiątych.
Zakrzewski pokiwał głową.
- Jest pan wyjątkowo skuteczny - stwierdził z uznaniem.
- Było więcej takich morderstw. - Paleczny puścił uwagę mimo uszu. - W lutym samotna kobieta, pod koniec maja 1981 roku jeszcze dwie ofiary.
Cisza w pomieszczeniu jakby się pogłębiła. Marcin patrzył na
prokuratora, wreszcie zapytał:
- Jak się pan o tym tak szybko dowiedział?
Paleczny spojrzał mu w oczy.
- Kapitan Marek Piekło był moim ojcem.
Grudzień 1981
Grudzień 1981
Szczęknęła zasuwa w drzwiach.
Kapitan Marek Piekło uniósł się na pryczy, spuścił nogi na podłogę i przetarł zaspane oczy. Nie wiedział, jak długo już siedzi w zamknięciu.
Dopiero od trzech dni śledził cykl dnia i nocy w areszcie, wyznaczany
gaszeniem i zapalaniem światła przez dyżurnego klawisza. Wcześniejszy
okres kojarzył jedynie jako ciąg pragnienia, bólu i koszmarów. Powrót do
całkowitej trzeźwości był koszmarem, z którym został zupełnie sam. Na
pewno sam? Pamiętał jak przez mgłę mężczyznę w białym kitlu i zastrzyk w pośladek. Tylko czy to było realne wspomnienie? Może jeden z ciągu
nawiedzających go wtedy majaków? Cały czas był obolały po potrąceniu
przez samochód dostawczy marki Nysa. Nie potrafił określić, czy pośladek
jest stłuczony, czy też ból jest pozostałością po zastrzyku.
Ciężkie drzwi do celi otworzyły się wolno i do środka zajrzał klawisz.
Marek znał chłopaka z widzenia i nawet go polubił. Po jego minie i spojrzeniu pełnym współczucia wnioskował, że klawisz też wykazuje w stosunku do niego ludzkie uczucia.
- Gość do pana, obywatelu kapitanie - rzucił i wycofał się szybko.
Na progu stanął sierżant Tadeusz Majer w grubym zimowym płaszczu od
munduru, zimowych ciężkich butach i czapce uszance z orzełkiem na
przodzie. Twarz miał zaczerwienioną od mrozu.
- Dzień dobry, obywatelu kapitanie - powiedział na wstępie.
- Nie pierdol, Tadek - jęknął Piekło. - Gówniany, a nie dobry.
Majer patrzył na niego smutnym wzrokiem. Jego służbową postawę w jednym
momencie szlag trafił.
- Ale się narobiło - mruknął i zaczął się rozbierać.
Ściągnął czapkę, szalik, ciepłe rękawice i rzucił wszystko na stół obok
cynowego kubka i niedojedzonego obiadu na takim samym talerzu. Rozpiął
płaszcz i usiadł na drewnianym stołku pod ścianą naprzeciw Marka.
Mierzyli się w milczeniu wzrokiem.
- Ale się wpierdoliłeś, Marek - westchnął, kręcąc głową.
Piekło rzucił okiem na zmęczoną twarz sierżanta i zastanowił się, ile on
może mieć lat. Zawsze mu się wydawało, że Majer jest młodszy. Teraz
stracił tę pewność. Może byli w podobnym wieku?
- Jaki dziś dzień? - zapytał.
- Wtorek, piętnasty grudnia. Tydzień minął, a, cholera, tyle się
zmieniło. - Majer przetarł twarz dłonią.
- Co się zmieniło?
- Wojna jest.
Piekło wytrzeszczył na niego oczy.
- Co ty pierdolisz, jaka wojna?
- Mamy wojnę - potwierdził Tadek. - Od dwóch dni.
To musiała być prawda. Majer nie wyglądał na skorego do żartów. Przez
głowę Piekły przemknęły szybkie myśli. Wojna? Ruscy w końcu nie
wytrzymali konfrontacji rządu z Solidarnością i wkroczyli? A może to
Amerykanie postanowili sprawdzić swoje jądrowe arsenały? Nie,
niemożliwe. Nie słyszał żadnych wybuchów. Gdyby Reagan i Breżniew
zaczęli odpalać rakiety, wojna nie trwałaby całych dwóch dni.
Skończyłaby się po godzinie.
- Mów, co się dzieje?
- Generał Jaruzelski powołał Wojskową Radę Ocalenia Narodowego i wojsko
przejęło władzę - mówił Majer beznamiętnie. - Aresztowano wszystkich z Solidarności i całą górę z PZPR. ZOMO pacyfikuje robotników, którzy
pozamykali się w fabrykach. Nie będzie dobrze.
Piekło w milczeniu przyswajał te informacje. Przeczesał dłonią
przetłuszczone brudne włosy, sterczące na wszystkie strony. Nagle zaczął
żałować, że przez ostatnie kilka miesięcy skupiał się tylko na piciu.
Przegapił kawał życia.
- Wcześniej nikt nie wiedział, że coś się szykuje? - zapytał. - Przecież
takiej operacji nie da się zaplanować i przeprowadzić w jeden dzień.
- Coś się działo, coś się mówiło, ale co ja tam wiem? - żachnął się
Majer. - Zwykły sierżant jestem.
- To dlatego tylu ludzi w areszcie? - dopytywał się Piekło.
Przez ostatnie dwa dni słyszał wyraźnie ciągły ruch na korytarzu,
podniesione głosy, krzyki, skrzypienie i trzaskanie drzwi, niosące się
po korytarzach aresztu śledczego w budynku milicji przy Podwalu.
- Areszt jest pełen - potwierdził sierżant. - Dlatego cię wypuszczą i sprawa rozejdzie się po kościach. Potrzebują miejsca.
- Rozumiem. Kiedy?
- Dla formalności przyjdzie do ciebie psychiatra specjalizujący się w leczeniu uzależnienia od alkoholu. Dostaniesz od niego pozytywną opinię
i idziesz do domu.
Piekło nic nie powiedział.
- Mam dla ciebie papiery - kontynuował sierżant. - Bez dokumentów stu
metrów nie przejdziesz. Na każdym rogu stoją żołnierze, wozy bojowe i czołgi. Głupich czasów dożyliśmy.
- Czasy od lat są głupie, módlmy się, żebyśmy dożyli tych mądrzejszych.
Zamilkli na moment.
- Jest piętnaście stopni mrozu, śniegu nawaliło - odezwał się Majer. -
Mam dla ciebie w dyżurce ciepłe ubranie.
- Dziękuję. Gdzie on jest?
- Kto?
- Ten psychiatra.
- Czeka na korytarzu.
- Niech to jasna cholera!
Piekło spojrzał na swoje ubranie. To był ciągle ten sam mundur, który
miał na sobie tamtego feralnego dnia. Koszula nie była już biała, tylko
ciemnoszara i pokryta plamami. Podobnie marynarka od munduru i spodnie.
W skarpecie na lewej stopie widniała dziura jak krater po uderzeniu
meteorytu. Od tygodnia nie widział prysznica. Pewnie śmierdział jak
skunks. Spotkanie w takich okolicznościach nie mogło być przyjemne dla
żadnej ze stron. A zresztą, niech się dzieje, co chce. Musi stąd wyjść,
inaczej zwariuje.
Podniósł głowę.
- Tadek, masz może fajki? - zapytał.
- Mam, jasne, że mam. - Majer się rozpromienił i wyciągnął z kieszeni
czerwoną paczkę carmenów. - Jeszcze przedwojenne - dodał.
- Nie pierdol...
Tym razem Piekło sam odpalił papierosa zapałką. Z lubością zaciągnął się
dymem i poczuł nieprzyjemny dreszcz. Palenie kojarzyło mu się tylko z piciem. Teraz po raz pierwszy od kilkudziesięciu godzin pomyślał o alkoholu. Poczuł ucisk w piersiach, jakby zabrakło mu tchu. Żołądek
zwinął się w kłębek. Marek się skrzywił.
- Nie smakują? - zdziwił się sierżant. Sam nie palił. - Przecież to
carmeny.
- Nie o to chodzi - burknął Piekło, machając ręką. - Macie podejrzanego?
- W sprawie Janickich? - Majer uniósł brwi, a na jego pociągłej twarzy
pojawił się złośliwy grymas. - A kto niby miał znaleźć podejrzanego?
Zarzycki? Nie rozśmieszaj mnie, on najwyżej nadaje się do lizania dupy
komendantowi.
- No tak - zgodził się Marek. - Ale coś w tym czasie zrobiliście?
- Coś tak - przyznał Majer. - Ale niewiele.
W małym, pozbawionym sprawnej wentylacji pomieszczeniu zrobiło się siwo
od dymu, aż zaczęły łzawić oczy. Piekło zgasił peta w niedojedzonym
kotlecie z czegoś, co mogłoby przypominać mięso, gdyby tak nie
śmierdziało.
- Czytałeś raport z sekcji zwłok? - dopytywał kapitan.
- Szczerze mówiąc - nie. Komendant był na mnie wściekły za ten twój
numer z koniakiem i ucieczką. Odsunął mnie.
- Aha... - Piekło zamyślił się na moment. - Jedno nie daje mi spokoju... -
zawiesił głos.
- Ten język? Wszyscy byli wstrząśnięci.
- Nie, nie język. Krew. Niby leżeli w kałuży krwi, wydaje mi się jednak,
że było jej stanowczo za mało. Nie uważasz?
Majer wzruszył ramionami. Chciał sprawiać wrażenie obojętnego, jego
twarz jednak nagle pobladła, a ramiona się uniosły, jakby mięśnie
kręgosłupa nieoczekiwanie zesztywniały. Silił się na obojętny ton. Nie
wyszło do końca dobrze i kapitan to zauważył.
- Ja tam jestem tylko sierżantem z prewencji oddelegowanym do was. Nie
łapię wszystkiego - powiedział twardo.
- Ale chyba przyjrzałeś się zwłokom?
- Wrażliwy jestem...
Piekło popatrzył na niego uważnie. Było oczywiste, że coś z nim jest nie
tak.
- No dobrze - zgodził się wreszcie. - Mogłeś nie wiedzieć. To ci powiem.
Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Może mi się tylko wydawało, chciałbym
to u kogoś potwierdzić.
Majer milczał ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- Oni mieli rozcięte nadgarstki - mówił dalej Piekło. - To prawda?
- Tak - przyznał niechętnie sierżant.
- Muszę wiedzieć, co napisali o tym w protokole sekcji. Czy było coś o krwi.
- Teraz ciężko będzie. - Tadeusz podniósł głowę. - Nie wiem, co z tobą
zrobią.
Piekło przygryzł wargi i pokiwał ze zrozumieniem głową. Nagle uszło z niego całe powietrze. Co go to obchodzi? Niech inni się martwią
schwytaniem zabójcy. On ma swoje problemy. Dla niego poważniejsze.
- Dobrze - odezwał się cicho. - Miejmy to już za sobą i zabierz mnie do
domu.
Sierżant wstał i zastukał pięścią w drzwi. Prawie natychmiast szczęknęła
zasuwa i drzwi się uchyliły. Majer wyszedł. Po chwili do środka weszła
kobieta. Bez słowa podeszła do tego samego niewygodnego stołka i usiadła, zakładając nogę na nogę. Była po trzydziestce, miała ładną
twarz, niebieskie oczy o przenikliwym spojrzeniu i ciemne kręcone włosy.
Zmarznięte policzki niedawno się rozgrzały i zaczerwieniły prześlicznie.
Kapitan, ubrany w brudne łachmany, wyraźnie czujący smród własnego
ciała, zawstydził się. Spuścił szybko wzrok i siedział jak
sparaliżowany.
- Dzień dobry - odezwała się. - Jestem lekarzem psychiatrą, specjalizuję
się w leczeniu uzależnień. Głównie od alkoholu.
Miała ciepły, aksamitny głos, który doskonale współgrał z jej
sympatycznym uśmiechem. Sprawiała wrażenie, jakby nie zwracała uwagi na
to, w jakim stanie jest Marek.
- ...obry... - mruknął coś cicho i niezrozumiale w odpowiedzi.
Czuł się przy niej, jakby był ludzkim śmieciem, czekającym w kolejce,
żeby trafić w miejsce specjalnie dla niego przeznaczone - na śmietnik.
- Ciężko było? - zapytała nagle, kiedy już omiotła wzrokiem celę i siedzącego na pryczy Marka.
- Tak - odpowiedział szczerze.
- Moim zdaniem to było barbarzyństwo zostawić pana samego na odtrucie.
Nigdy nie pochwalam takich metod.
- Chyba był... lekarz.
- Co panu dał?
- Nie wiem. - Rozłożył bezradnie ręce.
- Rozumiem. Namawiałabym pana na wszywkę. Esperal nie jest genialnym
środkiem na leczenie uzależnienia od alkoholu. Nie ma takiego środka.
Wszystko tkwi tutaj. - Popukała się palcem w głowę. - Trzeba chcieć
przestać i mieć w dodatku tak silną wolę, żeby nie dać się złamać w świecie, w którym alkohol leje się strumieniami wszędzie. Na ulicy, w pracy, w domu, w telewizji. Trzeba być mocarzem, żeby to przetrwać.
Wszywka trochę pomaga.
- Miałem już wszywkę - przyznał się niechętnie Piekło.
- I co? - Podniosła w górę brwi nad cudownie niebieskimi oczami.
- Wydrapałem.
Przez chwilę w celi panowało milczenie.
- Mimo wszystko namawiam.
- Zastanowię się.
Przyjrzała mu się uważnie po raz kolejny. To było spojrzenie inne niż
te, którymi taksowali go lekarze, przełożeni, znajomi, obcy ludzie na
ulicy. Nie było w nim pogardy, nagany i obrzydzenia. Były współczucie i zrozumienie. Naraz zmieniła ton głosu i zaczęła mówić mu po imieniu,
jakby znali się od wielu lat. I tak właśnie Piekło to odebrał.
- Marku, od jak dawna pijesz?
Zastanowił się.
- Koło dziesięciu lat - powiedział wreszcie po długim namyśle. - Odkąd
zacząłem pracować w kryminalnej.
- A od kiedy zacząłeś pić codziennie?
Pytanie było nadspodziewanie celne. Trafiło dokładnie w punkt. Trąciło
struny, których Piekło nigdy nie poruszał. Zrobiło mu się gorąco, a potem oblał go zimny pot. Była dobra. Może nawet była tak dobrym
psychiatrą, jak on śledczym. On też zawsze wiedział, jakie pytanie
zadać, żeby trafić przesłuchiwanego w miejsce, w którym nie będzie już
mógł ukryć prawdy i zacznie sypać.
- Odkąd żona odeszła i zabrała córkę - odpowiedział cicho.
- A co zrobiłeś, żeby nie odeszła?
- Nic.
- Dlaczego?
- Przez pracę. Trupy, morderstwa, krew, smród i zgnilizna. Wszystko
przynosiłem codziennie do domu i tym odgradzałem się od rodziny. Nie
umiałem zostawić tego całego syfu za drzwiami.
Pokiwała głową.
- Większość ludzi nie potrafi oddzielić pracy od normalnego życia. A zachowanie właściwych proporcji jest bardzo ważne.
- Ja nie potrafiłem - westchnął. - I nie potrafię.
Nagle wstała. Na jej ustach pojawił się smutny uśmiech, a potem zgasł.
Teraz dopiero Piekło zorientował się, że to spotkanie kosztuje ją równie
wiele jak jego. Może nawet więcej.
- Ja też nie potrafię - rzuciła i jej głos stwardniał. - Za tymi murami
trwa wojna, która na pewno negatywnie wpłynie na nas wszystkich. Będą
ofiary śmiertelne, przez całe pokolenia nie będziemy mogli wygrzebać się
z bagna tej narodowej traumy. Szpitale dla psychicznie chorych zapełnią
się nowymi pacjentami, a ja tu jestem i staram się być normalna. Nie
mogę być normalna. Co mnie obchodzi jakiś komunistyczny pies, który
chleje wódę i siedzi w areszcie? Może gdybyś tu nie siedział, tam na
zewnątrz strzelałbyś do robotników. Kurwa mać, co ja tutaj robię?
Zastukała do drzwi, które uchyliły się po chwili. W progu się zawahała.
Wyjęła z torebki biały kartonik, wróciła i podała go Markowi, nie
patrząc mu w oczy.
- To jest mój numer telefonu. Zanim znowu sięgniesz po wódkę, zadzwoń.
Po chwili już jej nie było.
Spojrzał na kartonik. Tylko imię i nazwisko, tytuł naukowy, zawód, a pod
spodem sześciocyfrowy numer telefonu. Krystyna Paleczna - Doktor
habilitowany - Psychiatra.
Wszedł Majer i rzucił kapitanowi zimowe ubranie i buty. Marek ubierał
się wolno, ciągle mając przed oczami panią doktor. Krystyna. Podobało mu
się to imię. Ona mu się podobała. Gdyby spotkali się w innych
okolicznościach... A trafili na najgorsze: cela, alkoholizm, stan wojenny
i trzaskający mróz.
Po kilku minutach wyszli z budynku z czerwonej cegły przy Podwalu. Na
ulicach i chodnikach leżała gruba warstwa śniegu, temperatura powietrza
spadła w okolice dziesiątki poniżej zera. Marek Piekło poczuł, jak
przenikliwy chłód ogarnia go do szpiku kości. Taki chłód można było
zwalczyć tylko setką wódki. Na samą myśl żołądek znowu wywrócił mu się
na drugą stronę. Zachwiał się. Majer przytrzymał go za ramię.
- W porządku? - zapytał zatroskany.
- Tak, puść.
Na Podwalu stały trzy wojskowe wozy bojowe w pełnej gotowości. Grupa
żołnierzy grzała się przy buchającym żarem koksowniku na rogu Sądowej.
Mieli ponure miny. Pewnie woleliby teraz być w innym miejscu i innym
czasie.
Zanim doszli do zaparkowanego trochę dalej milicyjnego gazika, wolno
minęły ich trzy ciężarówki z zakratowanymi budami, pełnymi uzbrojonych
po zęby funkcjonariuszy ZOMO. Kapitana Marka Piekłę ogarnęła nagle
szarość. Wciągnął ją do płuc, skąd natychmiast trafiła do krwiobiegu;
zobaczył ją i te obrazy w formie impulsów powędrowały do mózgu; usłyszał
ją i przez drgania bębenków zaatakowały jego głowę z innej strony. Czy
ta szarość była obecna w jego życiu zawsze, czy pojawiła się właśnie
teraz? Może pani doktor Paleczna miała rację i trauma pozostanie w społeczeństwie na pokolenia?
Majer nie odezwał się już ani słowem. Odwiózł Piekłę pod bramę kamienicy
przy Jedności Narodowej, w której kapitan mieszkał. Piekło wysiadł z szarego samochodu na szarą ulicę, minęły go szare wozy bojowe jadące
środkiem ulicy, wszedł do szarej klatki schodowej i szarymi schodami
wspiął się do siebie. Może to szarość z jego życia, której starał się
bezskutecznie wódką domalować kolory, rozlała się na cały świat. Teraz
już nie było niczego, żadnego koloru, który mógłby być dla niego
pozytywnym bodźcem, zachęcającym do zachowania abstynencji. Szarość
pokonała go, zanim jeszcze spróbował.
Przekręcił klucz w zamku i wszedł do mieszkania. Było cholernie zimno.
Poszedł od razu do łazienki, rozebrał się, ubrania wrzucił do kosza na
śmieci. Do żeliwnej, wysokiej wanny napuścił wody. Na szczęście była
ciepła. Wziął długą kąpiel, zmywając z siebie brud ostatniego tygodnia w areszcie i ten inny, gromadzący się na jego skórze przez długie miesiące
alkoholowego ciągu.
Potem siedział w płaszczu i w czapce przy kuchennym stole i pił mocną
kawę. Majer zostawił mu srebrną torebkę kawy, podobnie jak herbatę.
Palił jednego carmena za drugim i rozmyślał. Był jeden kolor, dla
którego nie sięgnąłby więcej po wódkę. Ten kolor nazywał się Krystyna
Paleczna.
Pod jego nieobecność sierżant Tadeusz Majer wysprzątał mieszkanie.
Przede wszystkim wyrzucił wszystkie butelki, za co Piekło był mu
szczególnie wdzięczny. No i zrobił coś jeszcze. Coś równie ważnego.
Na stole w kuchni zostawił opasły szary tom akt. Na okładce ktoś napisał
grubym flamastrem: Sprawa XZD/2364/81z,
morderstwo Jana i Beaty Janickich.
Zaparzył sobie jeszcze jedną kawę, otworzył akta i zaczął czytać.
Rozdział III
III
Na prośbę prokuratora śledczego Ireneusza Palecznego po naradzie
spotkali się w gabinecie komisarza Zakrzewskiego, który dzielił pokój z aspirant Kariną Buczko. Przeszli w milczeniu na drugi koniec korytarza.
O tej porze budynek komendy wojewódzkiej i sądu opustoszał. Po drodze
nie spotkali nikogo. Tylko ich kroki rozchodziły się zwielokrotnionym
echem po pustych przestrzeniach.
Zakrzewski usiadł na nowym krześle za swoim starym biurkiem zawalonym
papierami. Za plecami miał okno, siedział twarzą do drzwi wejściowych.
Biurko Kariny stało przy ścianie po prawej stronie. Usiadła tam i wpatrywała się badawczo w prokuratora, który, chcąc nie chcąc, usiadł na
jedynym wolnym miejscu - niewygodnym krześle przed biurkiem Marcina.
Zapach perfum prokuratora pomieszany z miętówką szybko wypełnił
pomieszczenie.
Chwilowe niezręczne milczenie przerwał komisarz.
- Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności - odezwał się, mierząc
Palecznego uważnym spojrzeniem. - Ma pan nam coś więcej do powiedzenia?
- To nie jest zbieg okoliczności. - Prokurator pokręcił głową.
Karina pstrykała długopisem i sprawiała wrażenie nieobecnej. Marcin
spojrzał na nią, po czym przeniósł wzrok na prokuratora.
- J-jasne - mruknął. - Może nam pan zdradzi coś więcej?
Paleczny wytrzymał jego spojrzenie.
- Na naradzie usłyszałem, że jedną z pana podstawowych zasad jest
odrzucanie prostych rozwiązań - powiedział. - To nie jest proste
rozwiązanie. Powinien pan być zadowolony.
- W tym wypadku mam poważne wątpliwości. Musi mnie pan oświecić.
W pomieszczeniu zapanowała nagła cisza. Prokurator się skrzywił.
- Żeby wszystko było jasne - zaczął wolno. - Moje stosunki z ojcem nie
były najłatwiejsze. Odkąd stałem się pełnoletni, nie utrzymywałem z nim
kontaktu. Nawet w czasach, gdy jeszcze mieszkałem w domu, nigdy nie
wspominał tamtego śledztwa z początku stanu wojennego. Wiedziałem tylko,
że wtedy poznał mamę, ale ona też milczała.
Paleczny podniósł wzrok i popatrzył na policjantów. Karina nadal bawiła
się długopisem, Zakrzewski spojrzał mu prosto w twarz.
- Kiedy miałem piętnaście lat, ojciec przechodził akurat jeden z wielu
gorszych okresów w swoim życiu. Znowu pił. Któregoś dnia powiedział, że
tamta sprawa nie może pozostać niewyjaśniona. Ona kiedyś wypłynie. Na
pewno o to mu chodziło. Powtórzył to kilkakrotnie.
- Pytał go pan później? - rzucił Marcin.
- Tak, nic nie pamiętał albo nie chciał pamiętać.
- I teraz wypłynęła? - Karina przestała pstrykać.
- Tak uważam.
Nikt nie skomentował tych słów. Prokurator Paleczny zwrócił się wprost
do Marcina:
- Wiem, że po wydarzeniach sprzed roku może pan nie lubić prokuratorów,
ale...
Zakrzewski przerwał mu ruchem ręki.
- Nie lubię podłych i złych ludzi. - Skrzywił się. - Prokuratorzy mi nie
przeszkadzają.
Przez twarz Kariny przemknął uśmieszek. Paleczny nie dał się wyprowadzić
z równowagi.
- Może źle się wyraziłem - powiedział. - Chciałbym, żebyśmy wyjaśnili
sobie pewne rzeczy na początku, żeby potem nie było nieporozumień.
- Słucham? - Zakrzewski uniósł brwi.
- Bmw kupiła mi matka na trzydzieste urodziny. - Prokurator mówił dalej
niezrażony. - Mnie z pensji prokuratorskiej nie byłoby stać na taki
zakup. Matka pochodzi z bardzo zamożnej rodziny. Nie wiadomo, dlaczego
dziadek, umierając, zapisał jej cały majątek w testamencie. Tak, mam
poglądy prawicowe. Tyle tylko, że ja wierzę w to, co robię. Uważam, że
sędziowie stawiają się ponad prawem, stali się uprzywilejowaną kastą.
Trzeba przeprowadzić głębokie zmiany w tym środowisku, żeby pozbyć się
tych wszystkich, którzy byli sędziami w okresie stanu wojennego i za
czasów poprzedniego ustroju.
Przerwał na chwilę, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywarły na nich jego
słowa. Policjanci milczeli, a z ich twarzy niewiele mógł wyczytać.
- Nie lubię lewaków i liberałów z ich promocją dewiacji seksualnych.
Uważam, że nasz kraj dość się wycierpiał za komuny, żeby teraz tolerować
poglądy rodem z czasów słusznie minionych. Powinniśmy wrócić do
najlepszych wzorców z dawnych lat i pamiętać, że nie byłoby narodu
polskiego, gdyby nie wiara katolicka. Hasło "Bóg, Honor, Ojczyzna"
powinno znowu stać się drogowskazem dla wychowania młodych pokoleń.
Polska musi wziąć wreszcie własne losy w swoje ręce, nie może tańczyć,
jak zagrają nam Niemcy czy Francja. Musimy przestać być dla Unii
Europejskiej tylko miejscem, gdzie można sprzedawać towary gorszej
jakości i skąd można pozyskać tanią siłę roboczą. Po latach polityki
uległości musimy w końcu wstać z kolan. Pokazać, że z Polską świat
powinien się liczyć. Ja nie wykorzystuję znajomości do robienia kariery
w prokuraturze ani w polityce. Jestem idealistą. Wierzę, że uda nam się
zmienić Polskę i obudzić tę część społeczeństwa, która pogrążyła się w marazmie lewactwa.
Karina się nie odezwała. Marcin zobaczył w jej wzroku rozczarowanie i niechęć.
- Najbardziej boję się idealistów - stwierdził. - Dla idei gotowi są do
największych podłości i zbrodni.
- To jest pana pierwsze śledztwo, prawda? - wtrąciła nieoczekiwanie
Karina.
- Tak.
- To ma pan szczęście, że trafił na komisarza Zakrzewskiego.
- Wiele o panu słyszałem.
Marcin podrapał się nerwowo po policzku i nic nie powiedział.
- Dlatego najlepiej będzie, jeśli dam wam maksymalną swobodę przy
działaniach operacyjnych - kontynuował Paleczny. - Chciałbym tylko być
na bieżąco informowany o postępach. Zamordowano policjantów, będą duże
naciski z góry. Biorę to na siebie. Spróbuję też porozmawiać z mamą na
temat tamtych zabójstw. Może wie coś więcej. Proszę znaleźć sierżanta
Majera. On też powinien dużo wiedzieć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki