Wściekłe psy. Polowanie na psy - Mieczysław Gorzka

-
Proszę czekać

I

Blask nad­cho­dzą­cego świtu roz­ja­śniał wschod­nią stronę nieba.

Poli­cyjny radio­wóz mknął pustą o tej porze drogą kra­jową numer osiem z Wro­cła­wia w kie­runku Łagiew­nik. Wła­śnie minęli po pra­wej stro­nie Kobie­rzyce i auto pod­sko­czyło na torach kole­jo­wych, prze­ci­na­ją­cych w tym miej­scu jezd­nię. Sie­dzący na fotelu pasa­żera komi­sarz Mar­cin Zakrzew­ski zaklął gło­śno, gdy tro­chę kawy wylało mu się ze sty­ro­pia­no­wego kubka na spodnie.

- Wol­niej, zabi­jesz nas - wark­nęła z tyl­nego sie­dze­nia aspi­rant Karina Buczko.

- Prze­pra­szam - rzu­cił znad kie­row­nicy poste­run­kowy i zwol­nił.

Mar­cin nie zwró­cił uwagi na nie­spo­kojne spoj­rze­nie, jakim obrzu­cił go kie­rowca, ponie­waż patrzył w tylne lusterko na Karinę. Pod­krą­żone oczy i bla­dość na policz­kach suge­ro­wały, że nie­wiele spała tej nocy. W pal­cach ner­wowo obra­cała papie­rosa, jakby nie mogła się docze­kać, kiedy wresz­cie go zapali i zacią­gnie się dymem. Chciał o coś zapy­tać, lecz widząc jej minę, ugryzł się w język. Potem na pewno będzie miał oka­zję. Bez świad­ków.

Napił się kawy i spoj­rzał na zega­rek. Była szó­sta sie­dem­na­ście. Koła szu­miały na mokrym asfal­cie, porywy chłod­nego wia­tru zry­wały z drzew pożół­kłe liście i ciskały je przed maskę samo­chodu. Typowy pora­nek, jakich wiele w dru­giej poło­wie listo­pada. Taki, w któ­rym sam widok z okna znie­chęca do wsta­wa­nia z łóżka. Tele­fon obu­dził Mar­cina już przed piątą. Kilka słów wypo­wie­dzia­nych przez dyżur­nego spra­wiło, że sen odpły­nął w sekundę. Radio­wóz zja­wił się pod jego domem przy Kos­sak-Szczuc­kiej kilka minut przed szó­stą. Karina była już w środku. Po dro­dze zaje­chali na sta­cję Orlenu po kawę.

Gdy zbli­żyli się do miej­sco­wo­ści Cie­szyce, poste­run­kowy zwol­nił jesz­cze bar­dziej. Po lewej był pusty par­king dla tirów z zamknię­tym o tak wcze­snej porze barem Pod Topo­lami, po czym wje­chali do strefy zabu­do­wa­nej. Droga przez chwilę pro­wa­dziła tuż przy budyn­kach miesz­kal­nych, które koń­czyły się po kil­ku­dzie­się­ciu metrach. Minęli skład mate­ria­łów budow­la­nych i jechali dalej po lek­kim łuku w prawo.

Miej­sce, do któ­rego zmie­rzali, zoba­czyli z daleka. Krótki, wąski par­king poło­żony po pra­wej stro­nie, rów­no­le­gle do szosy. Pew­nie ni­gdy wcze­śniej nie stało tu tyle poli­cyj­nych aut. Dwa wozy dro­gówki blo­ko­wały wjazd na par­king z obu stron, kolejny radio­wóz stał tuż przy linii jezdni. Poste­run­kowy mocno przy­ha­mo­wał, jakby prze­stało mu się spie­szyć. Im byli bli­żej, tym wię­cej szcze­gó­łów dostrze­gali. Mniej wię­cej na środku par­kingu jeden z radio­wo­zów był ogro­dzony poli­cyj­nymi taśmami. Prze­strzeń mię­dzy autem od strony pasa­żera a polem zasła­niały para­wany, jak przy wypad­kach dro­go­wych. Tylko że to nie był wypa­dek.

Minęli auto dro­gówki i zapar­ko­wali tuż za nim. Wysie­dli i sta­nęli obok sie­bie, roz­glą­da­jąc się w mil­cze­niu. Mar­cin dopił resztę kawy, nie miał co zro­bić z kub­kiem, więc posta­wił go na dachu radio­wozu. Od pola powiał wiatr, nio­sąc ze sobą zerwane z drzew liście; kubek sfru­nął i poto­czył się po jezdni. Po chwili zmiaż­dżyły go koła prze­jeż­dża­ją­cego tira. Karina wresz­cie zapa­liła papie­rosa i zacią­gała się, jakby to miał być jej ostatni w życiu. Byli tu jedy­nymi poli­cjan­tami po cywil­nemu, więc zawie­sili sobie na szyi odznaki. W róż­nych czę­ściach par­kingu stało kilku mun­du­ro­wych z ponu­rymi minami. Nikogo nie było przy para­wa­nie. Domy­ślali się dla­czego.

Powoli pod­szedł do nich szpa­ko­waty poli­cjant mniej wię­cej w wieku Mar­cina. Był blady, miał prze­krwione białka oczu i tak zaci­śnięte szczęki, że z tru­dem wypo­wia­dał słowa. Uści­snął dłoń Kari­nie, potem Mar­ci­nowi.

- Jaskul­ski, poste­ru­nek w Kobie­rzy­cach - rzu­cił krótko bez żad­nych ozdob­ni­ków.

Po trzech gwiazd­kach na pago­nach poznali, że jest komi­sa­rzem. Pew­nie był tu naj­star­szy stop­niem.

- Buczko.

- Zakrzew­ski.

Z hukiem minęła ich cię­ża­rówka, zagłu­sza­jąc pre­zen­ta­cję. Kolejny powiew wia­tru przy­niósł nową par­tię liści. Było cho­ler­nie zimno i dopiero teraz to poczuli.

Mar­cin wska­zał wzro­kiem para­wany.

- Pój­dziesz z nami? - zapy­tał.

- Nie. - Komi­sarz Jaskul­ski uciekł spoj­rze­niem w bok. - Już widzia­łem i na razie mi wystar­czy.

- J-jasne.

Ruszyli, czu­jąc na sobie wzrok innych poli­cjan­tów. Zatrzy­mali się przed taśmami ota­cza­ją­cymi radio­wóz. Omie­tli spoj­rze­niami asfalt aż do para­wa­nów.

- Idziemy? - Karina pod­nio­sła wzrok na Mar­cina.

- Tylko ostroż­nie, żeby nam póź­niej Marta głów nie poury­wała, jak coś zadep­czemy.

Karina prze­szła pod taśmą, a Zakrzew­ski zde­cy­do­wał się na wielki krok górą. Taśma była dość wysoko, zaha­czył o nią butem, zachwiał się i taśma się urwała. Klnąc, poszedł za Kariną.

Wystar­czył rzut oka i już wie­dział, dla­czego Jaskul­ski nie chciał drugi raz oglą­dać tego widoku. To prze­cież byli jego ludzie, z któ­rymi pra­co­wał od dawna.

Dwa ciała w pokrwa­wio­nych mun­du­rach leżały obok sie­bie, jakby zabójca spe­cjal­nie je tak uło­żył. Po dys­tynk­cjach poznali, że ciało leżące bli­żej nale­żało do star­szego sier­żanta Pawła Woj­nara. Jego głowa była nie­na­tu­ral­nie odchy­lona do tyłu, usta otwarte. Tra­fiło go co naj­mniej sześć kul. Miał cztery krwawe ślady na pier­siach i dziurę w skroni. Pocisk, który roz­orał mu pachwinę, musiał uszko­dzić tęt­nicę, ponie­waż Woj­nar leżał w wiel­kiej kałuży zakrze­płej krwi. Jej ślady znaj­do­wały się z boku samo­chodu, na asfal­cie i na pobo­czu w pew­nym odda­le­niu od ciała. Dru­gim zamor­do­wa­nym był sier­żant Jacek Dylong. Leżał na boku, z twa­rzą zwró­coną do ziemi, z rękami nad głową i nogami uło­żo­nymi tak, jakby chciał przy­brać postawę zasad­ni­czą. Przynaj­mniej takie sko­ja­rze­nie prze­mknęło Zakrzew­skiemu przez myśl. Prawy but znaj­do­wał się w odle­gło­ści około dwóch metrów od ciała. Ślady krwi na asfal­cie świad­czyły o tym, że zwłoki zostały prze­cią­gnięte sprzed maski pojazdu aż do tego miej­sca. But musiał zsu­nąć się po dro­dze. Być może zabójca spe­cjal­nie tak uło­żył Dylonga. A może był to zupełny przy­pa­dek.

Karina Buczko gło­śno prze­łknęła ślinę. Mar­cin stał, czu­jąc nara­sta­jącą wście­kłość. Zabój­stwo gli­nia­rza zawsze było wstrzą­sem dla innych poli­cjan­tów. Zawsze wywo­ły­wało szcze­gólne wzbu­rze­nie i nie­po­ha­mo­wany gniew. Jeśli ginął poli­cjant, zabójca ni­gdy nie mógł czuć się bez­piecz­nie. Mógł być pewien, że będzie ści­gany przez wszyst­kich mun­du­ro­wych w kraju, zawsze i wszę­dzie, już do końca świata. Dla takich zbrodni nie było umo­rze­nia, poli­cja ni­gdy nie zapo­mi­nała. Zabój­stwo poli­cjanta było zła­ma­niem pew­nego tabu, naru­sze­niem nie­ty­kal­no­ści całej insty­tu­cji. Zabi­ja­jąc poli­cjanta, sprawca musiał wie­dzieć, że wła­śnie budzi naj­gor­sze bul­te­riery, które już ni­gdy nie prze­staną za nim węszyć.

Zakrzew­ski był wła­śnie takim poli­cyj­nym bul­te­rie­rem. Psem, który ni­gdy nie odpusz­cza, dla któ­rego tro­pie­nie zbrodni jest jedy­nym zaję­ciem nada­ją­cym życiu sens. Nie miał pry­wat­nego życia i już dawno się z tym pogo­dził. Był czas, kiedy pró­bo­wał wal­czyć, zasta­na­wiał się, czy nie zmie­nić pracy, szar­pał się, oszu­ki­wał samego sie­bie, że będzie mu lepiej, zacznie żyć ina­czej. Długo trwało, zanim osta­tecz­nie uświa­do­mił sobie, że nie jest w sta­nie się zmie­nić, i pogo­dził się z tą myślą. Chaos i cier­pie­nie napę­dzały go do dzia­ła­nia. Jak chcesz iść do przodu, nie ma, że boli.

Ock­nął się z roz­my­ślań, kiedy sto­jąca obok Karina Buczko zapa­liła kolej­nego papie­rosa i szturch­nęła go w ramię. Ode­szli kawa­łek do tyłu, poza gra­nicę wyzna­czoną przez taśmy. Naj­pierw tech­nicy musieli zabez­pie­czyć ślady, a pro­ku­ra­tor z leka­rzem sądo­wym zade­cy­do­wać o prze­wie­zie­niu obu ciał na sek­cję zwłok do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej. Tech­nicy już wyje­chali z Wro­cła­wia i powinni dotrzeć lada moment. Zwy­kle dłu­żej cze­kało się na pro­ku­ra­tora, lecz Mar­cin podej­rze­wał, że w tym przy­padku pojawi się na miej­scu wyjąt­kowo szybko.

Zabój­stwo dwóch poli­cjan­tów, zastrze­lo­nych z zimną krwią na przy­droż­nym par­kingu, na długo wstrzą­śnie opi­nią publiczną w całym kraju. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że schwy­ta­nie zabójcy jest kwe­stią naj­bliż­szych dni, jeśli nie godzin. Poli­cja musiała wyka­zać się wyjąt­kową sku­tecz­no­ścią. Po to, żeby pod­nieść morale funk­cjo­na­riu­szy i poka­zać swoją moc. Po to, żeby znie­chę­cić do podob­nych zbrodni w przy­szło­ści.

Dla­tego tuż po zna­le­zie­niu zwłok około czwar­tej rano odbyła się szybka tele­fo­niczna narada komen­danta woje­wódz­kiego z naczel­ni­kiem wydziału kry­mi­nal­nego. Sprawę miał popro­wa­dzić naj­lep­szy, naj­bar­dziej doświad­czony i naj­sku­tecz­niej­szy śled­czy. Aktu­al­nie był tylko jeden kry­mi­nalny, o któ­rym można było to powie­dzieć - Zakrzew­ski. Komen­dant woje­wódzki gwa­ran­to­wał kadry, sprzęt, środki finan­sowe i sta­wiał tylko jeden waru­nek: szyb­kie uję­cie sprawcy.

Zanim Karina zdą­żyła coś powie­dzieć, sta­nął obok nich komi­sarz Jaskul­ski. Mar­cin wci­snął ręce głę­boko w kie­sze­nie spodni, jakby dzięki temu miało mu się zro­bić cie­plej. Poli­cjantce wyda­wało się, że wiatr znowu przy­brał na sile. Słońce, obie­cu­jące wcze­śniej pogodny dzień, skryło się za cału­nem sza­rych obło­ków.

- Co o tym sądzi­cie? - zapy­tał miej­scowy poli­cjant.

Zakrzew­ski wzru­szył tylko ramio­nami, wpa­trzony gdzieś przed sie­bie. Kil­ka­set metrów dalej droga wspi­nała się na pagó­rek i mijała kopal­nię pia­sku. Pamię­tał, że kiedy ostat­nio tam­tędy prze­jeż­dżał, przy bra­mie stały dwa działa z cza­sów wojny.

- Kiedy mel­do­wali się ostatni raz? - zapy­tała Karina.

- Wczo­raj około dwu­dzie­stej dru­giej.

- Jest w tym coś nie­po­ko­ją­cego...

Jaskul­ski spoj­rzał na Karinę i prze­niósł wzrok na mil­czą­cego Mar­cina.

- Nie rozu­miem, co?

- Oni nawet nie mieli roz­pię­tych kabur - odparł Zakrzew­ski.

- Ale co to ma do rze­czy?

- Dużo. - Karina znowu zapa­liła cien­kiego papie­rosa. - Zostali zastrze­leni po zmroku, na pustym par­kingu, w dość odlud­nym miej­scu. Jeśli zatrzy­mali się tutaj, żeby kogoś skon­tro­lo­wać, nie zacho­wali ostroż­no­ści. Obaj wysie­dli z wozu i zamknęli drzwi.

- Skąd to wie­cie?

- Dylong zgi­nął dwa metry przed maską radio­wozu, Woj­nar w miej­scu, w któ­rym stał - wyja­śnił Zakrzew­ski. - Gdyby drzwi były otwarte, mógłby się za nimi scho­wać i nie dostałby kuli w tęt­nicę udową.

Komi­sarz Jaskul­ski mil­czał przez jakiś czas. Patrzył po twa­rzach swo­ich ludzi, na któ­rych malo­wały się wście­kłość i chęć natych­mia­sto­wej zemsty.

- Jak według was do tego doszło? - ode­zwał się po dłuż­szej chwili.

Zakrzew­ski nie odpo­wie­dział, zapa­trzony gdzieś w dal. Wyobraź­nia pod­po­wia­dała mu, jak ta scena mogła wyglą­dać.

Około dzie­wię­ciu godzin wcze­śniej wóz patro­lowy numer 117 jechał kra­jową ósemką w kie­runku Kobie­rzyc. Sier­żant Jacek Dylong mocno naci­skał pedał gazu, aż wresz­cie gdzieś na wyso­ko­ści Jor­da­nowa Ślą­skiego utknęli za trzema tirami, wlo­ką­cymi się jeden za dru­gim. Dylong dwa razy przy­mie­rzał się do wyprze­dza­nia, ale dał sobie spo­kój. Taki manewr w zupeł­nych ciem­no­ściach, na wąskiej i krę­tej dro­dze gra­ni­czył z sza­leń­stwem. Sier­żant zaklął tylko i dosto­so­wał pręd­kość do jadą­cych z przodu. Po chwili za nimi cią­gnął już cały sznur pojaz­dów. Widok poli­cyj­nego radio­wozu sku­tecz­nie znie­chę­cał do nie­bez­piecz­nych manew­rów.

Przez radio ode­zwał się dyżurny:

- Sto sie­dem­na­ście, gdzie jeste­ście?

Woj­nar się­gnął po nadaj­nik, zie­wa­jąc przy tym sze­roko.

- Tu sto sie­dem­na­ście, nie­da­leko. Koń­czymy służbę.

- Mie­li­ście jakieś pro­blemy?

- Jak zwy­kle. On nawa­lony jak mesersz­mit, ona wście­kła, że sam wszystko wypił. Awan­tura gotowa.

- To już czwarty raz w tym mie­siącu - jęk­nął dyżurny. - Musimy coś z tym zro­bić. Sze­ro­kiej drogi.

- Przy­ją­łem, bez odbioru.

Tiry zwol­niły przy kopalni pia­sku po pra­wej stro­nie. Dylong zaklął pod nosem i wci­snął mocno hamu­lec. Po chwili przy­spie­szyli, zjeż­dża­jąc z górki w kie­runku Cie­szyc. Gdy mijali par­king po lewej stro­nie drogi, Woj­nar nagle chwy­cił kolegę za ramię.

- Ktoś tam do nas machał!

Dylong, sku­piony na pro­wa­dze­niu auta i ośle­piony świa­tłami nad­jeż­dża­ją­cych z naprze­ciwka pojaz­dów, niczego nie zauwa­żył.

- Gdzie? - zapy­tał nie­chęt­nie.

- Na par­kingu. Zawróć, chyba coś się stało!

- Cho­lera jasna, tu nie ma gdzie...

Musieli prze­je­chać przez cen­trum miej­sco­wo­ści, gdzie droga pro­wa­dziła mię­dzy domami. Zawró­cili na par­kingu przy barze Pod Topo­lami. Już z daleka w świe­tle reflek­to­rów jadą­cych z naprze­ciwka samo­cho­dów widzieli ciemny zarys auta i syl­wetkę czło­wieka. Zatrzy­mali się kilka metrów przed nim. Świa­tła radio­wozu padły na czarne audi, lata świet­no­ści mające już dawno za sobą. Męż­czy­zna w czapce z dasz­kiem stał tro­chę bli­żej. Osła­niał twarz ramie­niem. Dylong zmie­nił świa­tła na posto­jowe, otwo­rzył drzwi i wysiadł, wkła­da­jąc czapkę. Woj­nar bez waha­nia poszedł w jego ślady.

- Sier­żant Jacek Dylong, poste­ru­nek poli­cji w Kobie­rzy­cach, pan nas wzy­wał?

- Tak. - Głos męż­czy­zny drżał, jakby sta­rał się zapa­no­wać nad zde­ner­wo­wa­niem. - Pano­wie, stało się coś strasz­nego.

Dylong postą­pił jesz­cze krok do przodu. Ośle­piły go świa­tła cię­ża­rówki, zjeż­dża­ją­cej z górki od strony pia­skowni. Cią­gle nie widział twa­rzy męż­czy­zny.

- Pro­szę się uspo­koić i opo­wie­dzieć, co się stało. - W jego gło­sie zabrzmiały pew­ność sie­bie i pro­fe­sjo­na­lizm.

- Kiedy wła­śnie nie wiem. Coś... - rzu­cił bez­rad­nie męż­czy­zna.

Zapa­dła ciem­ność, roz­świe­tlona tylko posto­jo­wymi świa­tłami radio­wozu. Przez chwilę główną drogą nic nie jechało.

- Pro­szę się nie dener­wo­wać... - zaczął Dylong, zbli­ża­jąc się jesz­cze bar­dziej do męż­czy­zny, i zamilkł nagle.

Nie­zna­jomy wyko­nał nie­do­strze­galny w ciem­no­ściach gest, a potem nagle roz­legł się huk i lufa trzy­ma­nego przez niego pisto­letu plu­nęła ogniem. Sier­żant Jacek Dylong dostał w brzuch, jęk­nął, pochy­lił się do przodu i upadł bokiem na asfalt.

- Jezus Maria! - krzyk­nął Woj­nar, lecz nie zdą­żył zare­ago­wać.

Czarna postać z twa­rzą przy­sło­niętą dasz­kiem czapki sko­czyła w jego stronę, a z lufy pisto­letu znowu buch­nął ogień. Raz, drugi, trzeci. Pierw­szy pocisk tra­fił Woj­nara w pierś, drugi w skroń, trzeci w pachwinę. Pchnięty ude­rze­niami poci­sków poli­cjant zato­czył się do tyłu i upadł na plecy obok auta, nie wyda­jąc z sie­bie żad­nego dźwięku. Krew z uszko­dzo­nej tęt­nicy try­skała wokoło przez dziurę w spodniach.

Od strony Cie­szyc nad­je­chało kilka aut i minęło ich z szu­mem. Potem kilka innych pojaz­dów minęło par­king, jadąc w prze­ciw­nym kie­runku. Zabójca cze­kał cier­pli­wie, aż ruch usta­nie. Wtedy pod­szedł do Dylonga, chwy­cił go za ręce i pocią­gnął. Poli­cjant zawył z bólu. Z jego ust popły­nął ciąg nie­wy­raź­nych prze­kleństw i zawo­dze­nie.

- Kurwa... ja pierd... Jezu... co ty? Aaaagh...!!

Zabójca pozo­sta­wił Dylonga obok ciała Woj­nara, wstrzą­sa­nego przed­śmiert­nymi drgaw­kami i leżą­cego w czar­nej kałuży krwi. Cof­nął się dwa kroki, odcze­kał dłu­gie kil­ka­na­ście sekund, aż na głów­nej dro­dze ponow­nie zrobi się pusto, i oddał jesz­cze kilka strza­łów.

Czarne bmw z przy­ciem­nio­nymi szy­bami zatrzy­mało się na skraju par­kingu. Pro­ku­ra­tor śled­czy Ire­ne­usz Paleczny wyglą­dał na trzy­dzie­ści pięć lat, miał czarne, sta­ran­nie przy­strzy­żone włosy, ciemną cerę, a ubio­rem nie­bez­piecz­nie przy­po­mi­nał Mar­ci­nowi pro­ku­ra­tora Wysoc­kiego.

- Skąd on ma taką furę? - wyce­dziła przez zęby Karina.

- Pew­nie z pro­ku­ra­tor­skiej pen­sji - rzu­cił iro­nicz­nie Mar­cin.

Jaskul­ski naj­wy­raź­niej stwier­dził, że nie chce być świad­kiem ich roz­mowy, ponie­waż bez słowa odszedł do swo­ich ludzi. Paleczny ski­nął głową Mar­ci­nowi i Kari­nie, poszedł obej­rzeć zwłoki, po czym wolno zbli­żył się do poli­cjan­tów. Z tru­dem pano­wał nad zde­ner­wo­wa­niem. Nawet jego głos zabrzmiał ina­czej niż zwy­kle. Jakby nale­żał do czar­nego cha­rak­teru z kre­skó­wek dla dzieci.

- Jak to się, cho­lera, stało?

W noz­drza poli­cjan­tów ude­rzył zapach moc­nych per­fum pomie­sza­nych z gumą mię­tową. Karina z tru­dem się powstrzy­mała, żeby nie zro­bić kroku w tył. Nie tole­ro­wała takich zapa­chów.

- Tego jesz­cze nie wiemy. - Zakrzew­ski wzru­szył ramio­nami.

Jakiś czas temu nowy pro­ku­ra­tor gene­ralny zaczął wpro­wa­dzać swoje porządki. Kilku pro­ku­ra­torów z pro­ku­ra­tury rejo­no­wej zostało odde­le­go­wa­nych do pracy w mniej­szych jed­nost­kach na Dol­nym Ślą­sku. Pro­ku­ra­tor Marek Grab­ski tak wła­śnie poże­gnał się z pracą we Wro­cła­wiu. W ich miej­sce poja­wili się nomi­naci nowej wła­dzy. Paleczny był jed­nym z nich. Mar­cin dotąd z nim nie pra­co­wał, więc na razie nie mógł stwier­dzić, czy go lubi. Miał nadzieję, że Paleczny nie został nomi­no­wany na zasa­dzie: mierny, ale wierny. Innym pyta­niem było, czy szef go lubi, skoro wyty­po­wał go do sprawy, o któ­rej od razu było wia­domo, że albo będzie począt­kiem jego kariery, albo sku­tecz­nie na kilka lat mu ją utrąci. No, chyba że Paleczny ma mocne plecy i ewen­tu­alna porażka mu nie zaszko­dzi. Patrząc na jego zde­ner­wo­wa­nie, Mar­cin bar­dzo wąt­pił w tę drugą ewen­tu­al­ność.

- Pro­szę przy­je­chać do mnie na dwu­na­stą. Usta­limy plan śledz­twa. Chciał­bym, żeby codzien­nie oso­bi­ście infor­mo­wał mnie pan o postę­pach.

Karina spoj­rzała w szare niebo, a Zakrzew­ski w ciemne oczy pro­ku­ra­tora.

- Nie. - Pokrę­cił głową.

- Słu­cham? - Paleczny widać nie przy­wykł, żeby ktoś mu się sprze­ci­wiał, bo zdzi­wiony wyba­łu­szył oczy na Mar­cina.

- Pro­szę mnie posłu­chać, pro­ku­ra­to­rze. - Mar­cin wolno cedził słowa. - Nie będę się z panem spo­ty­kał tylko po to, żeby poga­dać o niczym i napić się kawy. Wyba­czy pan, ale szkoda mi czasu. Spo­tkamy się, jak już prze­ana­li­zu­jemy ślady zebrane na miej­scu prze­stęp­stwa, będziemy mieli jakieś poszlaki i pomysł, co dalej. Wtedy pan zatwier­dzi mój plan śledz­twa.

- Pan się chyba zapo­mina... - Pro­ku­ra­tor nie dokoń­czył.

- Nie zapo­mi­nam się. Chcę po pro­stu szybko dorwać tego skur­wy­syna, który zabił naszych chło­pa­ków. Chciał­bym, żeby pan mi pomógł, a nie prze­szka­dzał. Będzie jesz­cze dużo roboty przy prze­słu­cha­niach świad­ków, potem przy akcie oskar­że­nia i na pro­ce­sie, więc będzie oka­zja się wyka­zać. Ofi­cjal­nie nie musi pan prze­ka­zy­wać pro­wa­dze­nia sprawy poli­cji, ale do pracy ope­ra­cyj­nej pro­szę się nam nie wtrą­cać.

Pro­ku­ra­tor Paleczny otwo­rzył usta i zaraz je zamknął, nie wyda­jąc nawet dźwięku. Spoj­rzał na Karinę. Poli­cjantka nie błą­dziła już wzro­kiem po nie­bie, tylko patrzyła mu twardo w twarz.

- W niczym nie może pan teraz pomóc - rzu­ciła.

- Nam też zależy, żeby szybko schwy­tać zabójcę - dodał Mar­cin. - Jak nam się uda, będzie się pan miał czym chlu­bić, a nie każdy młody pro­ku­ra­tor może się pochwa­lić takim suk­ce­sem. Pro­szę pomy­śleć.

Pro­ku­ra­tor rozej­rzał się wokoło, jakby spraw­dza­jąc, czy nikt nie sły­szy tej roz­mowy. Inni stali za daleko. Poza tym prze­jeż­dża­jące co chwilę samo­chody sku­tecz­nie zagłu­szały wszyst­kie dźwięki.

- Będą naci­ski z góry - ode­zwał się wresz­cie. - Będzie o tym gło­śno w mediach.

- Wła­śnie tutaj liczył­bym na pana wydatną pomoc w naj­bliż­szych dniach. - Zakrzew­ski na­dal mie­rzył pro­ku­ra­tora bez­czel­nym spoj­rze­niem. - Będzie pan mógł się wykre­ować na moc­nego faceta, który trzyma śledz­two w gar­ści.

Pro­ku­ra­tor Paleczny wciąż patrzył to na Karinę, to na Mar­cina. Wahał się, jak zare­ago­wać na takie posta­wie­nie sprawy. Wresz­cie wybrał naj­lep­szą dla nich opcję. Wycią­gnął z kie­szeni wizy­tówkę i podał Mar­ci­nowi.

- Pro­szę do mnie zadzwo­nić, kiedy będziemy mogli poroz­ma­wiać o pla­nie śledz­twa - mówił tak cicho, że jego głos z tru­dem prze­bi­jał się przez hałas z głów­nej drogi. - Chciał­bym być w miarę czę­sto infor­mo­wany, muszę wie­dzieć...

- Oczy­wi­ście - prze­rwał mu Zakrzew­ski. - Ma pan wgląd do akt sprawy na każ­dym eta­pie, zapra­szam na wszyst­kie narady zespołu śled­czego w komen­dzie woje­wódz­kiej.

Kolejne dwa auta zaje­chały na par­king. Pro­ku­ra­tor odszedł w kie­runku pato­loga gra­mo­lą­cego się z pierw­szego z nich. Dru­gie nale­żało do tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki. Jako pierw­sza wysia­dła drobna kobieta z wło­sami ufar­bo­wa­nymi na nie­bie­sko. Marta Mic­kie­wicz, od nie­dawna nowa sze­fowa tech­ni­ków. Ski­nęła im głową i zaraz pogo­niła swo­ich ludzi do pracy. Po chwili, ubrani w kom­bi­ne­zony przy­po­mi­na­jące stroje labo­ran­tów pra­cu­ją­cych przy bada­niu naj­groź­niej­szych wiru­sów w ści­śle taj­nym labo­ra­to­rium w Wuhan, prze­szu­ki­wali miej­sce prze­stęp­stwa.

- Bałam się, że nie pęk­nie.

- Tacy zawsze pękają. - Mar­cin wzru­szył ramio­nami. - Mam tylko nadzieję, że się potem nie roz­my­śli i nie będzie nam zbyt­nio prze­szka­dzał.

- Nie wia­domo.

Komi­sarz Zakrzew­ski ski­nął na Jaskul­skiego. Ten pod­szedł do nich z ocią­ga­niem.

- Komi­sa­rzu Jaskul­ski, nie ma sensu robić tu nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia. - Mar­cin spoj­rzał na niego z góry. - Pro­szę zająć czymś swo­ich ludzi.

Miej­scowy poli­cjant popa­trzył na niego, jakby nie zro­zu­miał.

- Lepiej niż my zna­cie oko­licz­nych miesz­kań­ców. - Karina mówiła wolno i wyraź­nie. - Niech pan wyśle swo­ich poli­cjan­tów do wsi, może ktoś coś widział. Poza tym jak naj­szyb­ciej potrze­bu­jemy infor­ma­cji o ofia­rach. Czy mieli wro­gów, może długi, podej­rzane kon­takty, czy mogli się komuś nara­zić, żony, kochanki, pro­sty­tutki, hazard? Nie muszę chyba mówić wię­cej?

Jaskul­ski poczer­wie­niał na twa­rzy.

- Nie - wyce­dził przez jesz­cze bar­dziej zaci­śnięte szczęki.

- Przy­ślę panu czło­wieka, który będzie koor­dy­no­wał wasze dzia­ła­nia. To młod­szy aspi­rant Adam Wilicz­kow­ski. Będzie­cie rapor­to­wać mu o wszyst­kim, on zde­cy­duje, co jest ważne.

Komi­sarz Jaskul­ski spoj­rzał na nich pra­wie wrogo.

- Nie miesz­kamy na zadu­piu - wark­nął. - Znamy się na poli­cyj­nej robo­cie.

- Bez urazy, Jaskul­ski. - Zakrzew­ski patrzył na niego zimno. - Ja nie powie­dzia­łem, że się nie zna­cie. Po pro­stu uwa­żam, że może­cie być nie­obiek­tywni. To byli wasi kole­dzy z pracy. Popatrz po swo­ich ludziach. Są wstrzą­śnięci, wście­kli i żądni zemsty. Pójdą w teren i jak znam życie, będą nad­gor­liwi. Będą zwra­cać uwagę na bzdury i mogą prze­oczyć coś waż­nego albo zasy­pią nas dro­bia­zgami. Nie chcę tra­cić czasu na oddzie­la­nie infor­ma­cji war­to­ścio­wych od nie­istot­nych. Tym zaj­mie się Wilicz­kow­ski. On jest z zewnątrz i potrafi zacho­wać dystans.

Komi­sarz patrzył na Zakrzew­skiego w sku­pie­niu, jakby oce­niał szcze­rość jego słów. Mar­cin zazwy­czaj wzbu­dzał zaufa­nie. Tak było i tym razem. Z Jaskul­skiego zeszło tro­chę powie­trze, bąk­nął coś pod nosem i odszedł. Po chwili jeden z radio­wo­zów odje­chał. Czte­rech poli­cjan­tów na razie zostało, ponie­waż Marta Mic­kie­wicz zaan­ga­żo­wała ich do prze­szu­ka­nia przy­droż­nych krza­ków, rowu i frag­mentu przy­le­głego pola.

- No to usta­wi­li­śmy wszyst­kich, zado­wo­lony? - ode­zwała się Karina.

- J-jasne - burk­nął w odpo­wie­dzi. - Trzeba jesz­cze usta­wić Martę.

- Jej nie musisz. Za kilka godzin będziesz miał szcze­gó­łowy raport. Powiedz, co ty jej zro­bi­łeś, że ona cię tak lubi?

- Posta­wi­łem piwo. - Mar­cin wzru­szył ramio­nami, roz­bu­dza­jąc tylko jej cie­ka­wość. - A tobie co się stało?

- Takie tam, nie­istotne teraz pro­blemy. - Karina zba­ga­te­li­zo­wała jego pyta­nie. - Zabili naszych, to jest prio­ry­tet.

- Czyli coś jest na rze­czy?

- Ale ty jesteś upier­dliwy - żach­nęła się. - Mam małe pro­blemy w związku, wystar­czy?

- Na teraz wystar­czy.

Patrzyli na tech­ni­ków pochy­lo­nych nad cia­łami.

- Co o tym sądzisz? - rzu­ciła. - Zle­ce­nie czy przy­pa­dek?

- Moim zda­niem przy­pa­dek. Zna­leźli się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie.

- Tylko dla­czego musieli zgi­nąć?

- Jesz­cze nie wiem. Myślę jed­nak, że to będzie pro­sta sprawa.

- Chyba że będą kom­pli­ka­cje.

W tej chwili jeden z poli­cjan­tów prze­szu­ku­ją­cych krzaki wypro­sto­wał się i krzyk­nął:

- Tutaj!

Tech­nik w bia­łym kom­bi­ne­zo­nie pod­szedł do niego i po chwili pako­wał do folio­wych worecz­ków dwie poli­cyjne czapki nale­żące do ofiar. Marta Mic­kie­wicz ski­nęła ręką na Buczko i Zakrzew­skiego. Pode­szli, sta­nęli przed para­wa­nami i ponow­nie spoj­rzeli na ciała zamor­do­wa­nych. Karinę prze­szedł nie­przy­jemny dreszcz. Marta ścią­gnęła maseczkę z twa­rzy, wska­zała uma­zane krwią drzwi radio­wozu i zapy­tała z zagad­ko­wym wyra­zem twa­rzy:

- Zauwa­ży­li­ście to?

Karina tylko zaklęła pod nosem. Mar­cin od razu wie­dział, że oto wła­śnie poja­wiły się te nie­prze­wi­dy­walne kom­pli­ka­cje.

Na pierw­szy rzut oka wyglą­dało to na zwy­kły roz­bryzg krwi na karo­se­rii. Dopiero po dokład­niej­szym przyj­rze­niu się można było coś w nim wyczy­tać. Sprawca napi­sał krwią kilka cyfr.

To była data: 8-12-1981.

Gru­dzień 1981

- Oby­wa­telu kapi­ta­nie!

Głos pocho­dził gdzieś z zaświa­tów. Docie­rał do mózgu z dużym opóź­nie­niem, jakby roz­myty i roz­cią­gnięty w cza­sie. Na początku myślał, że to po pro­stu jeden z ele­men­tów pijac­kiego kosz­maru. Dopiero kiedy dźwięk natar­czy­wie powtó­rzył się kilka razy, któ­raś część obo­la­łego mózgu słusz­nie uznała, że być może docho­dzi z jakie­goś innego wymiaru, z zewnątrz.

- Oby­wa­telu kapi­ta­nie! Pro­szę się obu­dzić! Halo!

Nie­przy­jemne uczu­cie mdło­ści nie brało się zni­kąd. Szar­pa­nie za ramię wpro­wa­dzało żołą­dek w stan nie­po­ko­ją­cego drże­nia. Wzbu­rzona drga­niami żółć zafa­lo­wała nie­bez­piecz­nie i pode­szła mu do gar­dła. Miał uczu­cie, że zaraz zwy­mio­tuje. Prze­łknął palący gar­dło kwas i to go tro­chę otrzeź­wiło.

- Kapi­ta­nie! Nie ma czasu!

Znowu to cho­lerne szar­pa­nie za ramię. Z tru­dem wycią­gnął rękę i ode­pchnął męż­czy­znę, który przy­siadł na skraju jego łóżka. Puścił mu przy tym nie­wy­raź­nie wią­zankę naj­bar­dziej nie­cen­zu­ral­nych słów, na jakie było go w tej chwili stać. Nie­stety, nie pozbył się natręta. Facet coś pobur­czał pod nosem i dalej pró­bo­wał go obu­dzić.

Wresz­cie kapi­tan Mili­cji Oby­wa­tel­skiej Marek Pie­kło prze­wró­cił się z jękiem na plecy. Pomysł nie był dobry. Od razu dopadł go ból głowy. Czuł, jakby młot parowy regu­lar­nie walił go w czaszkę, przy­no­sząc ból, szum w uszach i pro­blemy z kon­cen­tra­cją. Żółć znowu zafa­lo­wała, lecz i tym razem udało mu się powstrzy­mać wymioty. Prze­je­chał suchym jak wiór języ­kiem po jesz­cze bar­dziej suchych i spę­ka­nych war­gach. Miał wra­że­nie, jakby poli­zał gru­bo­ziar­ni­sty papier ścierny. Mię­śnie w ciele dygo­tały w nie­kon­tro­lo­wa­nych drgaw­kach. Koniecz­nie musiał się napić - to była pierw­sza składna myśl, prze­dzie­ra­jąca się przez opary kaca spo­wo­do­wa­nego kil­ku­dnio­wym alko­ho­lo­wym cią­giem. Było tylko jedno lekar­stwo, mające tak cudowne wła­ści­wo­ści, żeby ule­czyć go w jed­nej chwili i ulżyć w bez­sen­sow­nych cier­pie­niach. Setka wódki. Oddałby wszystko za setkę wódki. Pra­gnął jej, a jed­no­cze­śnie cały orga­nizm bun­to­wał się na samą myśl, że choć kro­pla alko­holu mia­łaby znowu prze­do­stać się przez gar­dło i spły­nąć do żołądka.

Mdło­ści natych­miast wró­ciły. Nie był już w sta­nie powstrzy­mać skur­czu żołądka. Odwró­cił się na bok i zwy­mio­to­wał bole­śnie. Stru­mień żółci i kwa­sów chlu­snął na pod­łogę z desek. Męż­czy­zna odsko­czył, klnąc pod nosem.

Marek Pie­kło wresz­cie otwo­rzył oczy i otarł usta wierz­chem dłoni. Z tru­dem odzy­ski­wał ostrość widze­nia.

- Majer, to ty? - wychry­piał.

Sier­żant Tade­usz Majer się­gnął po jakąś szmatę leżącą na pod­ło­dze i sta­ran­nie wycie­rał z wymio­cin buty i spodnie od mun­duru. Nie zdą­żył w porę odsko­czyć. W powie­trzu uno­sił się przy­kry zapach.

- To ja, oby­wa­telu kapi­ta­nie - burk­nął. - Cho­lera, to ja.

Pie­kło ści­snął sobie skro­nie, jakby to miało choć na chwilę uśmie­rzyć ból. Nie­sku­tecz­nie.

- Czego ty chcesz? - jęk­nął.

- Jest sprawa, oby­wa­telu kapi­ta­nie! Mor­der­stwo.

- Jaka, kurwa, sprawa? Ja już nie pra­cuję w mili­cji. Wyje­bali mnie...

Sier­żant Majer wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu, stuk­nął obca­sami i zasa­lu­to­wał do gołej głowy.

- Mel­duję, oby­wa­telu kapi­ta­nie, że to już nie­ak­tu­alne. Dziś rano został pan przy­wró­cony do służby. Przy­wró­cono pana w ran­dze kapi­tana, wraz ze wszyst­kimi odzna­cze­niami i upo­sa­że­niem.

Marek Pie­kło, jesz­cze przed chwilą były mili­cjant, a aktu­al­nie znowu mili­cjant, zasta­no­wił się nad sło­wami pod­wład­nego. Przy­wró­cili go do służby? Co się, do jasnej cho­lery, musiało stać? Umarł Breż­niew? Ame­ry­ka­nie wystrze­lili rakiety z poci­skami ter­mo­ją­dro­wymi czy James Bond prze­nik­nął do ści­słego dowódz­twa Układu War­szaw­skiego? Sam był zdzi­wiony, że pomimo mor­der­czego kaca przez głowę prze­mknęły mu tak efek­towne sko­ja­rze­nia. Obli­zał wargi i zaraz wszyst­kie inne myśli przy­kryła ta jedna, teraz naj­waż­niej­sza. Musi się napić. Setka wódki. Marzył o butelce wódki, czy­stej, z tan­detną czer­wono-białą nalepką, mającą sym­bo­li­zo­wać kie­li­szek. Mogła być też bał­tycka, żyt­nia, bim­ber pędzony gdzieś w piw­nicy albo roz­cień­czone paliwo rakie­towe kupione od Ruskich w Legnicy za kilka paczek car­me­nów. Naj­waż­niej­sze, żeby płyn miał pro­centy. Dużo pro­cen­tów. Im moc­niej­sze lekar­stwo, tym szyb­sze poko­na­nie cho­roby. A jego cho­roba była w mocno zaawan­so­wa­nym sta­dium.

Majer coś mówił, ale Pie­kło go nie słu­chał. Wła­śnie przy­go­to­wy­wał się do bar­dzo trud­nej ope­ra­cji pio­ni­za­cji ciała. Pró­bo­wał oce­nić, jak tę pozy­cję znie­sie jego błęd­nik, i w końcu uznał, że jakoś wytrzyma. Potem usi­ło­wał opa­no­wać drże­nie mię­śni nóg. Z tym był więk­szy pro­blem. Nogi miał jak z waty, jakby nie nale­żały do niego, tylko do jakiejś plu­szo­wej postaci z bajki dla dzieci. Nogi Misia Uszatka.

- ...od razu wie­dzieli, że to nie jest zwy­kła zbrod­nia - dotarły do niego nagle słowa sier­żanta. - Takie śledz­two może popro­wa­dzić tylko pan, oby­wa­telu kapi­ta­nie.

Co on gadał? Mor­der­stwo? Gówno go obcho­dziły wszyst­kie mor­der­stwa tego zafaj­da­nego świata. Prze­cież widział w swo­jej karie­rze śled­czego już wszystko. Pozba­wione głowy zwłoki uto­pione w gno­jówce; porą­bane przez zazdro­snego męża ciało żony, zapa­ko­wane w torby na zakupy i gotowe do wywie­zie­nia do lasu; menela z tak pode­rżnię­tym gar­dłem, że tylko cudem nie nastą­piła deka­pi­ta­cja; nasto­let­nią dziew­czynkę wie­lo­krot­nie zgwał­coną przez kon­ku­benta jej matki, a potem udu­szoną uko­chaną plu­szową zabawką, do któ­rej przy­tu­lona zasy­piała co noc w poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa i spo­koju. Widział oskó­ro­wane zwłoki mło­dej dziew­czyny i jej twarz zasty­głą w nie­praw­do­po­dob­nym bólu, i prze­ra­żone spoj­rze­nie jed­nego oka, które zostało jej całe. Widział bar­dzo dużo. Za dużo jak na męż­czy­znę w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Złote dziecko wydziału kry­mi­nal­nego komendy woje­wódz­kiej Mili­cji Oby­wa­tel­skiej z prze­łomu lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych. Genialny śled­czy z nie­sa­mo­wi­tym instynk­tem, pies tro­piący, który ni­gdy nie odpusz­czał i zawsze znaj­do­wał sprawcę. Mili­cjant, na któ­rego zawsze można było liczyć, równy chłop, z któ­rym zawsze można było pójść na mia­sto na dziwki i wódkę. Kolega z pracy, któ­remu można było opo­wie­dzieć o wszyst­kich domo­wych pro­ble­mach, od któ­rego można było poży­czyć pie­nią­dze, któ­remu można było wyznać, że tak naprawdę nie wie­rzy się w ide­alny ustrój socja­li­styczny, a na dźwięk języka rosyj­skiego dostaje się tor­sji. Oczy­wi­ście! Pro­szę bar­dzo. Kapi­tan Marek Pie­kło do wyna­ję­cia! Wujek Dobra Rada, sym­pa­tyczny pies Rek­sio, mądry miś Colar­gol i trzeci brat Bolka i Lolka. Wszystko w jed­nym!

Tylko nikt ni­gdy nie zapy­tał, czy jemu nie trzeba w jakiś spo­sób pomóc. Nikt nie zauwa­żył, że zaczyna cho­ro­wać na tę naj­bar­dziej zdra­dliwą ze wszyst­kich cho­rób. Na brak nor­mal­no­ści. Cho­robę, na którą jest tylko jedno lekar­stwo. Bez recepty, dostępne w każ­dym skle­pie mono­po­lo­wym albo na każ­dej mecie. Lekar­stwo nazy­wało się wódka. Daw­ko­wa­nie było bar­dzo pro­ste: setka, dwie setki, pół litra, a potem jesz­cze jedna setka i tak aż do chwili, gdy lekar­stwo zaczy­nało wresz­cie sku­tecz­nie dzia­łać, zabi­jało myśle­nie, zacie­rało wspo­mnie­nia złych obra­zów i pozwa­lało odpły­nąć do lep­szych krain.

Skoń­czyło się tym, że ni­gdy nie trzeź­wiał i wyrzu­cili go dys­cy­pli­nar­nie. Nawet nie zauwa­żył, kiedy zdą­żył się aż tak nara­zić zwierzch­ni­kom. To musiało być coś spek­ta­ku­lar­nego, że prze­stali go kryć. Prze­cież w mili­cji pili wszy­scy. W dużych ilo­ściach. Zresztą wtedy było mu to już zupeł­nie obo­jętne. Nawet się ucie­szył, że nie musi wkła­dać mun­duru mili­cjanta. Mógł wresz­cie śmiać się z dow­ci­pów powta­rza­nych na uli­cach. W jakich jed­nost­kach mie­rzy się inte­li­gen­cję? W cjan­tach. Ilu mili­cjan­tów potrzeba do wkrę­ce­nia żarówki? Pię­ciu! Jeden trzyma żarówkę, a czte­rech kręci krze­słem. Dla­czego mili­cjanci cho­dzą parami? Jeden umie pisać, drugi czy­tać. Tylko że te dow­cipy na­dal były nie­śmieszne. Za to naresz­cie mógł zaży­wać swoje lekar­stwo, kiedy tylko chciał i w dowol­nych daw­kach. Kiedy ostatni raz był trzeźwy? Przy­cho­dziło mu do głowy tylko jedno wspo­mnie­nie. Ojciec - pro­mi­nentny dzia­łacz par­tyjny - w tajem­nicy przed towa­rzy­szami pro­wa­dził go do pierw­szej komu­nii świę­tej. Ksiądz o lep­kich na pie­nią­dze łapach, z grubą kar­to­teką w Wydziale V Służby Bez­pie­czeń­stwa, naj­pierw go ochrzcił, a zaraz potem była komu­nia. Powta­rzał przy tym wie­lo­krot­nie, że z takim nazwi­skiem to się nie może udać. No i się nie udało. Nie, to nie było ostat­nie wspo­mnie­nie z okresu trzeź­wo­ści. Potem przez wiele lat, aż do osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści, nie pił.

Teraz jed­nak musiał się napić. Bez względu na to, po co w jego miesz­ka­niu zja­wił się Majer i co do niego mówi, musiał się­gnąć po lekar­stwo. Setka wódki zdziała cuda. Setka na począ­tek oczy­wi­ście.

Wstał i zata­cza­jąc się, poszedł do kuchni. Widok, jaki tam zastał, nie zro­bił na nim wra­że­nia, cho­ciaż wywo­łałby nie­smak u każ­dego. Wszę­dzie stały lub leżały puste butelki po wódce: na szaf­kach, na stole, na pod­ło­dze pod kalo­ry­fe­rem. W zle­wie pię­trzył się stos naczyń ze sple­śnia­łymi reszt­kami jedze­nia, po pod­ło­dze pokry­tej pla­mami bli­żej nie­okre­ślo­nego pocho­dze­nia walały się brudne szmaty, nie­do­pałki papie­ro­sów i zakrętki. W powie­trzu wisiał ciężki zapach papie­ro­so­wego dymu, stę­chli­zny i cze­goś jesz­cze, nad czym lepiej było się nie zasta­na­wiać. Szyby w oknie były tak brudne, że do kuchni wpa­dało nie­wiele dzien­nego świa­tła, co two­rzyło jesz­cze bar­dziej ponurą atmos­ferę.

Pie­kło zaczął krą­żyć ner­wowo i trza­skać szaf­kami, roz­pacz­li­wie poszu­ku­jąc butelki, w któ­rej zosta­łoby cho­ciaż tro­chę zawar­to­ści. Kiedy jego poszu­ki­wa­nia nie przy­no­siły rezul­tatu, sta­wał się coraz bar­dziej ner­wowy. Majer cią­gle coś mówił. Jego słowa wpa­dały mu do głowy jed­nym uchem, a dru­gim wypa­dały.

- ...zna­leźli ich dopiero dzi­siaj rano. Oboje byli mar­twi. Mor­derca musiał przyjść albo poprzed­niego wie­czoru, albo w nocy, kiedy spali. Na razie trudno to jed­no­znacz­nie roz­strzy­gnąć. Sąsie­dzi niczego nie sły­szeli. Spraw­dzamy, czy coś zgi­nęło. Mieli bar­dzo dużą kolek­cję sta­roci, więc usta­le­nia chwilę potrwają...

Marek Pie­kło prze­stał słu­chać. Nagle znowu zro­biło mu się nie­do­brze, zakrę­ciło mu się w gło­wie i oparł się o stół, strą­ca­jąc dwie puste butelki, które roz­biły się z trza­skiem. Pew­nie by się prze­wró­cił, gdyby nie sier­żant.

- W porządku?

Pie­kło pokrę­cił głową i poka­zał Maje­rowi, żeby go zapro­wa­dził do łazienki. W środku upadł przed cuch­nącą moczem muszlą i znowu długo wymio­to­wał. Codzienna pokuta pijaka, na kola­nach, z głową w sede­sie. Widzisz, Panie Boże, swo­jego sługę? Nawet gdy nie miał już czym wymio­to­wać, żołą­dek na­dal się kur­czył i nie mógł prze­stać. Kiedy wresz­cie się uspo­koił, ból w oko­li­cach wątroby nie pozwo­lił Pie­kle się wypro­sto­wać. Na czwo­ra­kach pod­pełzł do żeliw­nej wanny z żół­tymi zacie­kami przy odpły­wie i pod kra­nem. Odkrę­cany kurek zaskrzy­piał prze­raź­li­wie. Kapi­tan wło­żył głowę pod zimny stru­mień wody i tak trwał, do momentu gdy zaczął myśleć w miarę przy­tom­nie.

W domu nie ma już wódki. Wszelki inny alko­hol też się skoń­czył. Musi dopro­wa­dzić się do porządku i wyjść do mono­po­lo­wego. Albo nie. Pój­dzie do Józka spod szóstki na metę. Nie, nie może tam pójść, ostat­nio brał na zeszyt i nie ma z czego spła­cić długu. Zresztą chyba w ogóle nie ma pie­nię­dzy. Może ten cho­lerny Majer da się nacią­gnąć na flaszkę?

Skrzyp­nęły drzwi do łazienki.

- Wszystko w porządku, oby­wa­telu kapi­ta­nie?

Niech szlag trafi tego służ­bi­stę i jego oby­wa­tela kapi­tana! Zakrę­cił kran, wytarł włosy ręcz­ni­kiem i poki­wał głową.

- W porządku - mruk­nął. - Już idę...

W kuchni sier­żant zago­to­wał na gazie wodę w wiel­kim żeliw­nym czaj­niku i zapa­rzył kawę w szklance we wście­kle poma­rań­czo­wym koszyczku oraz her­batę w brą­zo­wym dzbanku. Pie­kło ni­gdy dotąd go nie uży­wał. Na stole leżała szara paczka her­baty Popu­lar­nej i srebrne opa­ko­wa­nie kawy Super, już zmie­lo­nej. Pew­nie Majer przy­niósł wszystko ze sobą, w miesz­ka­niu nie było takich cudów. Teraz nawet wódka się skoń­czyła.

Pie­kło zwa­lił się ciężko na krze­sło, poszu­kał wzro­kiem zmię­tej paczki papie­ro­sów i się­gnął po zapałki. Ręce mu się trzę­sły i nie mógł tra­fić główką zapałki w dra­skę. Majer sta­now­czo wyjął mu paczkę z ręki i zapa­lił. Po chwili gospo­darz zacią­gał się dymem. Przy pierw­szym dymku zaka­słał, potem było już dużo lepiej. Dym jesz­cze bar­dziej roz­rze­dził alko­ho­lowe opary pod czaszką. Musi się napić. Długo tak nie wytrzyma.

Majer pod­su­nął mu pod nos szklankę z kawą i kubek z her­batą.

- Pro­szę wypić, kapi­ta­nie - powie­dział z prze­ko­na­niem. - Na pewno pomoże.

Pie­kło splu­nął kawał­kami tyto­niu na pod­łogę. Urok papie­ro­sów Popu­lar­nych bez fil­tra - popa­lisz, pojesz, poplu­jesz. Potem się­gnął po kawę, zamie­szał, dzwo­niąc ner­wowo łyżeczką o szkło, i pocze­kał, aż fusy osiądą. Zatrzy­mały się tro­chę poni­żej połowy zawar­to­ści szklanki. Praw­dziwy sza­tan. Zga­sił papie­rosa w prze­peł­nio­nej popiel­niczce i upił łyk. Żołą­dek wyjąt­kowo dobrze zare­ago­wał na płyn inny niż wódka. Miłe cie­pło roze­szło się po brzu­chu, a potem po całym ciele. Parząc sobie wargi i prze­łyk, wypił całą szklankę. Następ­nie się­gnął po her­batę. Też była mocna i podob­nie jak kawa sma­ko­wała wyśmie­ni­cie mimo nie­za­ta­pial­nych pałe­czek pły­wa­ją­cych po wierz­chu. Cho­ler­nie chciało mu się pić.

Tym­cza­sem Majer wycią­gnął z szafy jego mun­dur.

- Musimy się spie­szyć, oby­wa­telu kapi­ta­nie - mówił przy tym. - Nie będą na nas tak długo cze­kać.

- Gdzie?

- Na miej­scu mor­der­stwa.

- A, tak...

Majer pomógł mu się ubrać w mun­dur, wło­żył na głowę czapkę i spoj­rzał kry­tycz­nie.

- Chyba się nie da lepiej - mruk­nął jakby do sie­bie.

Pie­kło poka­zał, żeby odpa­lił mu papie­rosa. Potem sier­żant spro­wa­dził kapi­tana po scho­dach i wyszli na szarą ulicę. Z rana świe­ciło słońce, ale nagle poja­wiły się chmury i świat pogrą­żył się w sza­ro­ści. Było wyjąt­kowo cie­pło jak na tę porę roku. Mili­cyjny fiat 125 cze­kał na nich pod samą klatką scho­dową. Majer wepchnął Pie­kłę na tylne sie­dze­nie. Sie­dzący za kół­kiem plu­to­nowy rzu­cił na powi­ta­nie jakąś służ­bową for­mułkę, któ­rej Marek nie dosły­szał, i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Roz­rusz­nik zazgrzy­tał, sil­nik kaszl­nął i zasko­czył. Ruszyli ostro i pędzili pustymi uli­cami.

- Jaki mamy dzi­siaj dzień? - wychry­piał Pie­kło.

Pod­ska­ku­jące na nie­rów­no­ściach auto nie wpły­wało dobrze na jego żołą­dek i bolącą głowę, dla­tego musiał czymś odwró­cić uwagę od tych nie­do­god­no­ści. Sier­żant Majer spoj­rzał na niego do tyłu.

- Wto­rek, oby­wa­telu kapi­ta­nie - odpo­wie­dział, prze­krzy­ku­jąc hałas sil­nika.

- Ale jaka data?!

- Ósmy grud­nia 1981 roku.

Pie­kło znowu się­gnął po papie­rosy, ale zre­zy­gno­wał. Prze­cież w tych warun­kach nie zdoła zapa­lić zapałki. Miał przy­naj­mniej nadzieję, że jadą w miej­sce, gdzie będzie coś do picia. I na pewno nie miał na myśli polo cockty. Prze­je­chali przez most Grun­waldzki i kie­ro­wali się w stronę mostu Szczyt­nic­kiego i Zale­sia. Po co oni w ogóle tam jechali? Nie pamię­tał nic z tego, co mówił mu wcze­śniej sier­żant. Przy­naj­mniej powi­nien stwa­rzać pozory. Więk­szą szansę na alko­hol będzie miał wtedy, kiedy będzie uda­wał zain­te­re­so­wa­nie.

- Tadek, to co tam się stało?

- Mor­der­stwo, kapi­ta­nie!

- Kurwa, to już wiem. Szcze­góły!

Majer popra­wił się na sie­dze­niu, jesz­cze bar­dziej odwra­ca­jąc się do tyłu.

- Straszne mor­der­stwo. Sprawca dostał się do willi, gdzie miesz­kał pierw­szy sekre­tarz Komi­tetu Woje­wódz­kiego, i zamor­do­wał jego i żonę. Pociął ich po pro­stu nożem, jakby wpadł w szał. Ofiary są zma­sa­kro­wane, wszę­dzie pełno krwi. Na razie to tajem­nica. Nikt nie może się dowie­dzieć o mor­der­stwie. Podobno to był przy­ja­ciel samego gene­rała Jaru­zel­skiego. Boję się, że spra­wie ukręcą łeb i tyle będzie ści­ga­nia sprawcy. Pan jest gwa­ran­cją, że ktoś w ogóle się tym zaj­mie. Pan ni­gdy nie odpusz­cza.

Pie­kło ścią­gnął czapkę i dra­pał się po jesz­cze wil­got­nych, czar­nych jak smoła wło­sach, jakby chciał pobu­dzić mózg do myśle­nia. Coś w nim drgnęło. Ode­zwał się instynkt raso­wego psa goń­czego. Nie­na­wi­dził swo­jej pracy, a jed­no­cze­śnie ją kochał nie­odwza­jem­nioną miło­ścią. On dawał jej, czego tylko zapra­gnęła, a ona żądała coraz wię­cej. Przez głowę prze­mknęła mu samotna myśl, żeby wziąć to śledz­two i dopro­wa­dzić zwy­rod­nialca pod sąd. Zaraz jed­nak ule­ciała, wyparta przez inną. Naj­pierw musi zażyć lekar­stwo. Setka wódki, nie wię­cej. Podziała jak anti­do­tum, pozwoli mu odzy­skać kon­trolę nad życiem; odtąd będzie uwa­żał, żeby nie prze­sa­dzać z piciem, wróci do pracy i wszystko będzie po sta­remu. Plan wydał mu się bar­dzo dobry i pro­sty do reali­za­cji.

Tylko musi się napić.

Z tru­dem sfor­mu­ło­wał następne pyta­nie:

- Więc uwa­żasz, że zamiotą to pod dywan?

- Sły­sza­łem, o czym roz­ma­wiał komen­dant z jakimś esbe­kiem. Prze­cież w takim szczę­śli­wym ustroju, jakim jest socja­lizm, nie ma zwy­rod­nial­ców. Pró­bo­wa­łem im tłu­ma­czyć, że to nie jest pierw­szy raz. Takie mor­der­stwa już były, ale co ja mogę?

Radio­wóz zatrzy­mał się z piskiem przed oka­załą willą przy ulicy Monte Cas­sino na Sępol­nie. Na pod­jeź­dzie stało już kilka innych aut mili­cyj­nych i dwa cywilne. Wej­ścia strze­gli mun­du­rowi. Na widok kapi­tana strze­lili obca­sami i zasa­lu­to­wali. Marek tylko ski­nął im głową, przez otwartą bramę wszedł na podwó­rze i się rozej­rzał. Pose­sja była odgro­dzona od świata wyso­kim kutym ogro­dze­niem, wzdłuż któ­rego cią­gnął się sta­ran­nie przy­strzy­żony żywo­płot. Dom wyglą­dał impo­nu­jąco. Był więk­szy niż wszyst­kie inne przy tej ulicy. Musiał pocho­dzić z począt­ków wieku. Miał dwie kon­dy­gna­cje, z jed­nej strony wino­rośl pięła się śmiało po ścia­nie i się­gała już dachu. Ganek, wsparty na dwóch kolum­nach w stylu doryc­kim, pro­wa­dził do drew­nia­nych drzwi z wielką mosiężną klamką. Kapi­tan, sły­sząc za sobą kroki Majera, sta­nął przed drzwiami i się­gnął do klamki. Kołatka sty­li­zo­wana na ludzką głowę z otwar­tymi do krzyku ustami i wytrzesz­czo­nymi oczami patrzyła mu z drzwi pro­sto w twarz. Wzdry­gnął się mimo­wol­nie, naci­snął klamkę i wszedł do środka.

W holu spo­tkał komen­danta, puł­kow­nika Fran­ciszka Struga. Przy­wi­tali się. Komen­dant tylko na niego spoj­rzał i już wie­dział, w jakim sta­nie jest aktu­al­nie Pie­kło.

- Kurwa mać, Marek - jęk­nął. - Coś ty ze sobą zro­bił?

Kapi­tan nie­spo­dzie­wa­nie zde­ner­wo­wał się na taką uwagę.

- Odczep się ode mnie. - Wymi­nął prze­ło­żo­nego i poszedł dalej. - Jestem w pracy.

Komen­dant puścił za nim soczy­stą wią­zankę prze­kleństw, po czym chwy­cił idą­cego z tyłu Majera za ramię.

- Pil­nuj go! - rzu­cił. - Jak coś nawy­wija, to tobie dupę sko­pię i brat­ków nasa­dzę!

- Tak jest!

Pie­kło już ich nie sły­szał. Z sze­ro­kiego holu skrę­cił w prawo i zatrzy­mał się na progu. Salon był urzą­dzony w stylu jak z począt­ków wieku: drew­niany stół i dwa­na­ście krze­seł z opar­ciami wyrzeź­bio­nymi w kształt zło­żo­nych skrzy­deł, cięż­kie szafy, ser­wantka wypeł­niona krysz­ta­łami i zastawą, sofa, na ścia­nach obrazy nie­wy­glą­da­jące na tanie repro­duk­cje. Ide­alny porzą­dek, dobry gust i arty­styczny smak. Tylko że w ten ide­alny porzą­dek wkro­czyła śmierć, zosta­wia­jąc po sobie chaos i nie­od­wra­calne znisz­cze­nia.

Przy drzwiach wej­ścio­wych leżała kobieta po sześć­dzie­siątce. Pew­nie pani domu, która mozol­nie gro­ma­dziła te wszyst­kie stare meble, zastawę i obrazy. Miała wykłute oczy, na jej pier­siach i pod­brzu­szu wid­niało kil­ka­dzie­siąt cięć ostrym nożem. Ubrana była w nocną koszulę, na którą zarzu­ciła szla­frok. Ciało leżało w kałuży zakrze­płej krwi. Po salo­nie krę­cili się tech­nicy, zbie­ra­jąc ślady. W kącie stały trzy osoby: porucz­nik Zarzycki z wydziału kry­mi­nal­nego, pro­ku­ra­tor, któ­rego nazwi­ska nie mógł sobie w tej chwili przy­po­mnieć, i męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze. Cywil był blady, miał sporą nad­wagę i cią­gle prze­cie­rał chustką łysą czaszkę. Pew­nie ktoś repre­zen­tu­jący par­tię. Zgi­nął ich czło­wiek, więc trzy­mali rękę na pul­sie.

Kapi­tan Pie­kło wszedł do środka, ski­nął wszyst­kim głową, nie bacząc na ponure spoj­rze­nia, jakimi go obrzu­cili. Pod­szedł do Zarzyc­kiego.

- Gdzie druga ofiara? - zapy­tał bez wstę­pów.

- W gabi­ne­cie. - Zarzycki wska­zał pomiesz­cze­nie za jego ple­cami.

Pie­kło odwró­cił się na pię­cie i poszedł tam. Gabi­net urzą­dzony był bar­dzo podob­nie jak salon. Wiel­kie czarne biurko stało po lewej stro­nie od wej­ścia, za nim skó­rzane krze­sło, z tyłu biblio­teczka z sze­re­gami tak samo wyglą­da­ją­cych ksią­żek. Poznał wśród nich wszyst­kie dzieła Lenina i wąt­pli­wej jako­ści wynu­rze­nia Mao Tse-tunga. Oczy­wi­ście na hono­ro­wych miej­scach stały dzieła Marksa i Engelsa. Cie­kawe, czy wła­ści­ciel czy­tał te baj­du­rze­nia, czy z uwagi na wysoką pozy­cję w struk­tu­rach PZPR musiał je po pro­stu mieć. Pew­nie to dru­gie.

Nie bez pew­nej zło­śli­wo­ści Pie­kło skon­sta­to­wał, że już żad­nej z tych ksią­żek nie prze­czyta, podob­nie jak jego żona nie obej­rzy swo­jej kolek­cji obra­zów i krysz­ta­łów. Męż­czy­zna w pasia­stej piża­mie leżał przed biur­kiem w kałuży ciem­nej krwi. Zgi­nął w taki sam spo­sób, zadźgany co naj­mniej kil­ku­dzie­się­cioma pchnię­ciami noża. Sprawca nie wydłu­bał mu oczu, ofiara miała za to roz­chy­lone i pokrwa­wione usta. Pie­kło podej­rze­wał, że bra­kuje języka. Oczy to wzrok, język - mowa. Cie­kawe, czy o to cho­dziło mor­dercy? Pewien prze­kaz. Tylko do kogo miałby być skie­ro­wany? Kara dla ofiar czy infor­ma­cja dla mili­cji?

- Mówi­łem, oby­wa­telu kapi­ta­nie. Masa­kra. - Majer sta­nął w drzwiach.

Pie­kło z tru­dem prze­łknął ślinę. Ale nie z powodu maka­brycz­nego widoku. W środku regału z książ­kami dostrzegł małe prze­szklone drzwiczki. Ze środka uśmie­chały się do niego kolo­rowe butelki pełne lecz­ni­czej zawar­to­ści. Poczuł nagłe pod­nie­ce­nie i dzi­kie pra­gnie­nie. Nic go już nie obcho­dziło.

- Tadek, idź zapy­taj tech­ni­ków, czy zabez­pie­czyli odci­ski pal­ców - rzu­cił niby od nie­chce­nia, obli­zu­jąc suche wargi. Jak papier ścierny, cho­lera.

- Tak jest!

Gdy tylko Majer znik­nął, Pie­kło prze­krę­cił klu­czyk i uchy­lił drzwiczki. Poczuł wielką ulgę i pod­nie­ce­nie. Wódka, zagra­niczny koniak i whi­sky, wina. Taki zapas na pewno star­czyłby mu na długo. Ostroż­nie się­gnął po pierw­szą z brzegu butelkę. Fran­cu­ski koniak. Rzu­cił okiem na drzwi, chwilę moco­wał się z folią powle­ka­jącą zakrętkę i wresz­cie przy­ło­żył butelkę do ust. Pił łap­czy­wie, czu­jąc pie­kący ból w gar­dle, pie­cze­nie w prze­łyku i wresz­cie pie­kielny ogień, gdy koniak wlał się do żołądka.

Wypił na raz pół butelki. Alko­hol natych­miast tra­fił mu do krwio­biegu, nogi się pod nim ugięły, cudowne cie­pło roz­lało się po brzu­chu, ból znik­nął. Zachwiał się, kiedy alko­hol dotarł do mózgu. Jakby dostał pałką w głowę. Przez chwilę nie mógł się ruszyć, nie myślał, był obok. Cudowne uczu­cie, jak orgazm. W kilka sekund ochło­nął i oce­nił sytu­ację. Chciał pić i wszystko inne prze­stało się liczyć. Nie pamię­tał już o posta­no­wie­niu, że wypije tylko setkę, żeby dojść do sie­bie, a potem będzie się kon­tro­lo­wał. Zapo­mniał o tru­pie leżą­cym u jego stóp. Się­gnął do barku, do kie­szeni mun­duru wło­żył butelkę czy­stej zagra­nicz­nej wódki i wyszedł z gabi­netu. W salo­nie chwiej­nym kro­kiem skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Jak na złość zoba­czył go Majer.

- Oby­wa­telu kapi­ta­nie! - zawo­łał za nim.

Nie zare­ago­wał. Chciał jak naj­szyb­ciej stąd wyjść. Nad­pitą butelkę koniaku wci­snął za pazu­chę mun­duru, ale i tak się zorien­to­wali. Nawet nie wie­dział, kto tak naprawdę krzyk­nął:

- Łap­cie go!

Rzu­cił się do ucieczki. Prze­sko­czył przez ciało kobiety leżące w progu. Tylko kilka metrów i będzie na zewnątrz. Może mun­du­rowi pil­nu­jący pose­sji nie zare­agują tak szybko.

Z tyłu usły­szał prze­kleń­stwa. Zarzycki rzu­cił się w pogoń, za nim Majer. Nie­stety, w drzwiach porucz­nik pośli­zgnął się na pla­mie krwi i runął jak długi na ciało zamor­do­wa­nej. Upa­da­jąc, zbił z nóg sier­żanta. Majer, pod­cięty, padł z jękiem na plecy, waląc głową o posadzkę, aż ponio­sło się echo.

Pie­kło był już przed drzwiami. Wtedy zbun­to­wał się żołą­dek. Nie potra­fił utrzy­mać tak potęż­nej dawki alko­holu poda­nej mu tak szybko. Marek poczuł skurcz, zatrzy­mał się, sku­lił i zwy­mio­to­wał na wyło­żo­nym kamienną kostką ganku.

- Kurwa, łap­cie go! - roz­legł się krzyk komen­danta z wnę­trza domu.

Mun­du­rowi mili­cjanci spoj­rzeli na sie­bie nie­pew­nie i tak jak spo­dzie­wał się Pie­kło, nie zare­ago­wali od razu. Zanim usta­lili, co robić, zdą­żył prze­biec mię­dzy nimi. Omi­nął blo­ku­jące wjazd samo­chody i wybiegł na ulicę wprost pod nad­jeż­dża­jącą nyskę.

Ostat­nim dźwię­kiem, jaki usły­szał, był pisk hamul­ców, ostat­nim obra­zem, który zapa­mię­tał, był widok flaszki wódki, zata­cza­ją­cej łuk w powie­trzu i roz­bi­ja­ją­cej się o asfalt.

II

- Witamy pana pro­ku­ra­tora. - Karina ustą­piła pro­ku­ra­to­rowi śled­czemu Ire­ne­uszowi Palecz­nemu miej­sca przy stole w małej salce kon­fe­ren­cyj­nej budynku komendy woje­wódz­kiej przy Pod­walu.

Paleczny posłał jej nie­śmiały uśmiech i usiadł na twar­dym drew­nia­nym krze­śle. Karina Buczko przy­cią­gnęła sobie inne sto­jące pod ścianą i usia­dła obok Zakrzew­skiego. Była osiem­na­sta dwa­dzie­ścia. Cała grupa śled­cza spo­tkała się przed kil­koma minu­tami w celu omó­wie­nia dotych­czas zebra­nych śla­dów i infor­ma­cji. Nie­stety, nie było tego dużo.

Przy stole sie­dzieli jesz­cze: młod­szy aspi­rant Adam Wilicz­kow­ski, sier­żant szta­bowy Mariusz Kra­wiec zwany Dłu­gim i Marta Mic­kie­wicz, która nie­spo­dzie­wa­nie posta­no­wiła oso­bi­ście przed­sta­wić zebrane przez tech­ni­ków ślady. Przez ostatni rok, od kiedy awan­so­wała na szefa zespołu tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki, zdą­żyli przy­zwy­czaić się zarówno do jej nie­ty­po­wego wyglądu, jak i do nie­sza­blo­no­wego dzia­ła­nia. Zakrzew­ski ją lubił, choć nie był pewien, jak postrze­gają ją inni. Nie zauwa­żył dotąd ani nie sły­szał nega­tyw­nych opi­nii, ale też nie zare­je­stro­wał prze­sad­nie pozy­tyw­nych komen­ta­rzy. Może gdyby nie była tak eks­cen­tryczna, prę­dzej zjed­ny­wa­łaby sobie przy­ja­ciół. Mimo skraj­nego pro­fe­sjo­na­li­zmu, jakim wyka­zy­wała się w pracy, jej nie­bie­skie włosy i ubra­nie w stylu punk trzy­mały ludzi na dystans. Nawet Mar­ci­nowi prze­szka­dzało kil­ka­na­ście kol­czy­ków w uszach i gór­nej war­dze. Nie pró­bo­wał sobie wyobra­żać, gdzie jesz­cze Marta może mieć kol­czyki.

- Nic pan nie prze­ga­pił - powie­dział Zakrzew­ski, obra­ca­jąc w dłoni kubek z kawą z auto­matu. Przed nim na stole stały już dwa puste.

Paleczny poki­wał głową, wycią­gnął z teczki jakieś papiery, notat­nik i ele­ganc­kie pióro, ale się nie ode­zwał. Mar­cin zaczął przez chwilę żało­wać, że go tak potrak­to­wał rano. Może facet ma łeb na karku i będzie potra­fił z sen­sem zarzą­dzać śledz­twem?

Ostat­nią uczest­niczką spo­tka­nia była poli­cyjna psy­cho­log Arleta Wierz­bicka. Trzy­dzie­sto­kil­ku­let­nia szczu­pła bru­netka z dłu­gimi, pro­stymi wło­sami i prze­ni­kli­wymi brą­zo­wymi oczami. Zakrzew­ski współ­pra­co­wał z nią po raz pierw­szy. Pew­nie by się nie zgo­dził, gdyby nie reko­men­da­cja przy­ja­ciela ze stu­diów, Krzysz­tofa Paw­lic­kiego.

Wilicz­kow­ski chrząk­nął i zaczął od początku:

- Sier­żant Jacek Dylong miał żonę i dwie córki. W opi­nii sąsia­dów przy­kładny ojciec i oby­wa­tel. W pracy rów­nież bez zarzutu. Wzo­rowy funk­cjo­na­riusz, nikt nie napi­sał na niego nawet jed­nej skargi. Miesz­kał na wsi, gdzie uwa­żano go za takiego miej­sco­wego sze­ryfa. Cie­szył się auto­ry­te­tem, wystar­czyło, żeby tup­nął nogą na wiej­skiej zaba­wie, a koń­czyły się wszyst­kie awan­tury.

- Są jesz­cze tacy gli­nia­rze? - rzu­ciła Karina.

Ponure miny uczest­ni­ków narady nie zmie­niły się ani na uła­mek sekundy. Nikt też na tę uwagę nie zare­ago­wał.

- Star­szy sier­żant Paweł Woj­nar nie był już takim anioł­kiem - kon­ty­nu­ował Adam. - Były na niego skargi za bru­tal­ność, miał sprawę za jazdę radio­wo­zem pod wpły­wem. Naj­wi­docz­niej nikomu nie zale­żało na roz­dmu­cha­niu tego, bo dostał tylko naganę. Lubił się zaba­wić, czę­sto odwie­dzał knajpy. Za koł­nierz nie wyle­wał. Raz czy dwa uczest­ni­czył w awan­tu­rach po służ­bie. Miał dwie żony, ale z obiema szybko się roz­wiódł. Obec­nie miał part­nerkę, ale jesz­cze do niej nie dotar­li­śmy.

- Nie bar­dzo rozu­miem. Jak to moż­liwe? - zapy­tał Zakrzew­ski.

- Sam się zdzi­wi­łem - przy­znał Wilicz­kow­ski. - Nagle wszy­scy nabrali wody w usta. Nikt jej nie zna, nikt nie wie, gdzie mieszka.

- Ktoś ją poin­for­mo­wał, że jej facet nie żyje?

- Tego nie wiem. - Adam wzru­szył ramio­nami.

- Cho­lera, znajdź­cie ją. - Mar­cin był wyraź­nie poiry­to­wany. - Jutro muszę wie­dzieć wszystko o związku Woj­nara. Sprawdź, czy ta kobieta ma alibi na wczo­raj­szy wie­czór. Skrzyw­dzone kobiety zdolne są do wszyst­kiego.

Poli­cyjna psy­cho­log spoj­rzała na niego prze­ni­kli­wie.

- Chce pani coś dodać, pani Arleto? - zapy­tał uprzej­mie.

- To prawda, że kobiety mogą reago­wać impul­syw­nie, być pamię­tliwe i pró­bo­wać zemsty na swoim byłym - potwier­dziła, patrząc mu w twarz. - Szcze­gól­nie gdy w ich mnie­ma­niu zostały bole­śnie skrzyw­dzone. Wie pan jed­nak, komi­sa­rzu, rów­nie dobrze jak ja, że kobiety nie zabi­jają w ten spo­sób. Pod wpły­wem impulsu. Kobiety raczej pla­nują wszystko ze szcze­gó­łami. Zabi­jają jed­nym cię­ciem. To mor­der­stwo nie pasuje do takiego sche­matu.

- Dzię­kuję. - Zakrzew­ski ski­nął głową w jej kie­runku.

Podo­bała mu się. Bił od niej spo­kój i zde­cy­do­wa­nie, a w smut­nym i poważ­nym spoj­rze­niu wyraź­nie widać było bole­sne życiowe doświad­cze­nie. Tak samo jak w jego błę­kit­nych oczach.

- Mia­łeś rację, sze­fie, że z miej­sco­wymi będzie mi się ciężko pra­co­wało - kon­ty­nu­ował Wilicz­kow­ski. - Ta sprawa miała być wyja­śniona jako pierw­sza, a nic nie zro­bili przez cały dzień. Niby prze­słu­chali sąsia­dów obu ofiar, odtwo­rzyli krok po kroku wszystko, co obaj robili przez ostat­nie dwa dni, a jed­nak... nie wiem...

- Mów, coś jest nie tak?

- Może to złość i szok po stra­cie kole­gów... - Adam wyraź­nie się zawa­hał. - Ale mam wra­że­nie, że coś tam jest nie w porządku.

Zacie­ka­wiony pro­ku­ra­tor po raz pierw­szy pod­niósł głowę znad notesu i patrzył na Adama, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg.

- Co masz na myśli? - dopy­ty­wał Zakrzew­ski.

- Ani komi­sarz Jaskul­ski, ani żaden z jego pod­wład­nych nie potra­fili mi wyja­śnić, co oni robili na tym par­kingu po dwu­dzie­stej dru­giej. To nie był ich rewir. Mieli być na patrolu w zupeł­nie innym rejo­nie. Na jutro mają mi przy­go­to­wać har­mo­no­gram patroli i usta­lić, gdzie wóz B sto sie­dem­na­ście tego dnia jeź­dził.

- Może to po pro­stu zamie­sza­nie zwią­zane z mor­der­stwem - pod­su­nęła Karina.

- To nie tylko to. - Adam pokrę­cił głową. - Oni mieli dziwne miny, kiedy ich pyta­łem.

- Dobrze. - Mar­cin uciął ewen­tu­alne dal­sze pyta­nia. - Drąż temat. Dać ci kogoś do pomocy?

- Nie chcę wzbu­dzać podej­rzeń. Na razie pora­dzę sobie sam. Jutro pogrze­biemy w życiu Woj­nara i znaj­dziemy tę jego kobietę. Spró­buję usta­lić, gdzie byli, czy mieli jakichś wro­gów, dys­kret­nie poroz­ma­wiam z ludźmi w komen­dzie. Może ktoś puści farbę. Poza tym tak sobie pomy­śla­łem, że spraw­dzę mają­tek obu ofiar pod kątem tego, czy wydatki rów­nają się wpły­wom. Mam jakieś prze­czu­cie, że krę­cili lewi­znę.

Zakrzew­ski dopił kawę i spoj­rzał na sie­dzą­cego w mil­cze­niu pro­ku­ra­tora.

- Panie pro­ku­ra­to­rze?

Paleczny jakby się ock­nął.

- Oczy­wi­ście zga­dzam się. Pro­szę dzia­łać.

Karina Buczko z tru­dem stłu­miła uśmiech. Paleczny wyglą­dał jak nowy uczeń w kla­sie. Może i inte­li­gentny, ale na razie tak zestre­so­wany, że nie można tego jed­no­znacz­nie oce­nić.

- Długi?

Kra­wiec jak zwy­kle był w tym samym pro­chowcu się­ga­ją­cym mu do łydek, jak zawsze miał burzę krę­co­nych wło­sów, w uszach białe słu­chawki i smart­fon w dłoni. Pew­nie z tym zesta­wem nie roz­sta­wał się nawet pod prysz­ni­cem. Zakrzew­ski miał nadzieję, że wcze­śniej cho­ciaż ściąga pro­cho­wiec. Teraz, zanim się ode­zwał, wyjął z ucha jedną słu­chawkę i odło­żył apa­rat na stół. Rzadko się odzy­wał, ale jak już mówił, to z sen­sem, i miał przy­jemny tembr głosu. Mógłby pod­kła­dać dub­bing pod kre­skówki dla dzieci.

- Zgło­sił się świa­dek, który twier­dzi, że jechał wczo­raj około dwu­dzie­stej dru­giej za radio­wo­zem przed Cie­szy­cami. Na razie roz­ma­wia­li­śmy tele­fo­nicz­nie, ale złoży ofi­cjalne zezna­nia - powie­dział.

- Naresz­cie coś kon­kret­nego. - Mar­cin odsta­wił pusty kubek po kawie.

- Jechał za radio­wo­zem B sto sie­dem­na­ście od samego Jor­da­nowa Ślą­skiego. Mówił, że przed nimi jechało kilka tirów, więc nikt nie wyprze­dzał. Poli­cjanci na początku przy­mie­rzali się do wyprze­dza­nia, jakby się bar­dzo spie­szyli, ale osta­tecz­nie zre­zy­gno­wali. Facet mówił, że mniej wię­cej przy par­kingu radio­wóz wyraź­nie przy­ha­mo­wał. Tiry odje­chały, a on bar­dzo wolno prze­je­chał przez cen­trum wsi. Wie­cie, tam jest wąsko. Za wio­ską skrę­cił w prawo na par­king przy barze i zawró­cił. Ostat­nie spoj­rze­nie faceta w lusterko to był obraz poli­cyj­nego auta, cze­ka­ją­cego na włą­cze­nie się do ruchu.

- Z powro­tem? - upew­nił się Zakrzew­ski.

- Tak. Przy­ci­sną­łem tro­chę tego kie­rowcę i powie­dział, że chyba widział na tym par­kingu oso­bowe auto i kogoś, kto machał do poli­cji.

W sali zapa­no­wała nagle cisza. Wszy­scy prze­tra­wiali ostat­nie słowa Dłu­giego.

- Czyli to mógł być nasz zabójca - mruk­nął w zamy­śle­niu Mar­cin.

- Też mi to przy­szło do głowy - potwier­dził Długi. - Dalej szu­kam. Może zgłosi się jakiś świa­dek. Był spory ruch. Jutro jesz­cze raz poroz­ma­wiam z miesz­kań­cami Cie­szyc. Zabez­pie­czy­li­śmy moni­to­ring z kopalni pia­sku. Jedna z kamer przy bra­mie skie­ro­wana jest czę­ściowo na drogę. Tam jest dobre oświe­tle­nie, kamera od zmierz­chu do świtu pra­cuje w try­bie cią­głym. Już oglą­damy ten mate­riał i spraw­dzamy auta, które udaje się ziden­ty­fi­ko­wać po nume­rach. Jeśli mor­derca przy­je­chał z tej strony, być może jest na nagra­niu.

- Dobra robota, ale nie wpa­dał­bym w eufo­rię. Musie­li­by­śmy mieć wiel­kie szczę­ście. - Zakrzew­ski był scep­tyczny. - I zabójca musiałby przy­je­chać nie­długo wcze­śniej i mieć wyty­po­wane ofiary.

- Na razie sku­pi­li­śmy się bar­dziej na hipo­te­zie, że ofiary są przy­pad­kowe - dorzu­ciła Karina.

- Szu­kam też innych kamer na dro­dze - dodał Długi. - Szanse nie­wiel­kie, ale tam nie­da­leko jest hur­tow­nia budow­lana, tylko nie dotar­łem jesz­cze do wła­ści­cieli.

- Dobrze, dzia­łaj. - Mar­cin ski­nął głową.

Spoj­rzał prze­lot­nie na pro­ku­ra­tora, ale Paleczny tym razem nie pod­niósł wzroku znad swo­ich nota­tek. Marta Mic­kie­wicz zaczęła mówić pew­nie i bez zbęd­nych ozdob­ni­ków:

- Nie wiem jesz­cze, z jakiej broni zgi­nęli. Poci­ski wycią­gnięte z ciała to para­bel­lum dzie­więć na dzie­więt­na­ście mili­me­trów, czyli bar­dzo popu­larne naboje na regu­lar­nym uzbro­je­niu NATO. Poszły do ana­lizy bali­stycz­nej. Obaj zgi­nęli od strza­łów z bli­skiej odle­gło­ści. Moim zda­niem naj­pierw zgi­nął Woj­nar, potem Dylong. Dylong był cią­gnięty do miej­sca, w któ­rym zna­leź­li­śmy ciało. Być może jesz­cze żył, a egze­ku­cja odbyła się wła­śnie tam. Praw­do­po­dob­nie nie ma odci­sków linii papi­lar­nych sprawcy, zebra­li­śmy pewne ślady bio­lo­giczne, ale musimy jesz­cze pocze­kać na wyniki z labo­ra­to­rium. Co cie­kawe, sprawca wyrzu­cił ich czapki. Zna­leź­li­śmy je w krza­kach. Na nich rów­nież zabez­pie­czy­li­śmy ślady. Na razie tylko tyle mogę powie­dzieć. Jutro będzie sek­cja zwłok. Może będzie wia­domo coś wię­cej.

- Dzię­kuję. - Mar­cin uśmiech­nął się do niej, co nie umknęło uwa­dze Kariny Buczko. - A co z datą?

- Napi­sał te cyfry pal­cem uma­za­nym we krwi. Być może był w ręka­wiczce, tego w tej chwili nie potra­fię stwier­dzić.

- Czyli nie­wiele mamy?

- Nie­wiele.

Mar­cin spoj­rzał na Wierz­bicką, która dotąd uważ­nie słu­chała w mil­cze­niu.

- Pani psy­cho­log coś nam pod­po­wie? - zapy­tał.

Ku jego zasko­cze­niu pokrę­ciła prze­cząco głową i spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Miała twarde i zde­cy­do­wane spoj­rze­nie. Czyżby nara­ził jej się tym pyta­niem o kobiety? Pierw­szy spu­ścił wzrok.

- Na obec­nym eta­pie mam za mało danych, żeby sta­wiać hipo­tezy - powie­działa spo­koj­nie, jakby pro­wa­dziła kurs kroju i szy­cia. - Wypo­wiem się, gdy jutro otrzy­mam wię­cej infor­ma­cji o życiu ofiar, dane z labo­ra­to­rium i wyniki sek­cji.

- J-jasne - mruk­nął Zakrzew­ski nie­za­do­wo­lony. - Na koniec zosta­wi­łem sprawę cyfr na boku auta. Wyglą­dają na datę. Ósmy grud­nia 1981.

Aspi­rant Karina Buczko otwo­rzyła notat­nik i wolno zaczęła rela­cjo­no­wać.

- Pogrze­ba­łam tro­chę w naszym archi­wum. Nie­stety, stare akta są jesz­cze w fazie digi­ta­li­za­cji. Nie dotar­łam do papie­ro­wych akt, mam tylko infor­ma­cje z ogól­nej bazy danych spraw nie­wy­ja­śnio­nych.

Pod­nio­sła głowę, lecz nikt się nie ode­zwał. Patrzyli na nią wszy­scy z wyjąt­kiem Palecz­nego, który sie­dział z pochy­loną głową, jakby prze­glą­dał notatki. Tyle że nie zro­bił żad­nych nota­tek. Pióro leżało nie­tknięte.

- Ósmego grud­nia 1981 roku we Wro­cła­wiu przy ulicy Monte Cas­sino doko­nano podwój­nej zbrodni. Zamor­do­wany został pierw­szy sekre­tarz Komi­tetu Woje­wódz­kiego PZPR Jan Janicki wraz z mał­żonką. Mor­derca dostał się na pose­sję przez płot, stłukł okno do pomiesz­cze­nia piw­nicz­nego i wśli­zgnął się do środka. Sza­co­wany czas zgonu ofiar: mię­dzy pół­nocą a drugą w nocy. Mor­der­stwa były wyjąt­kowo bru­talne. Janic­kiemu zadano pra­wie sześć­dzie­siąt cio­sów ostrym narzę­dziem, potem ktoś wyciął mu język. Języka nie zna­le­ziono. Beata Janicka zgi­nęła od czter­dzie­stu ośmiu pchnięć nożem, sprawca wydłu­bał jej oczy.

Karina zro­biła pauzę. W pomiesz­cze­niu zapa­dła pełna napię­cia cisza. Zakrzew­ski miał wra­że­nie, że opo­wieść Kariny zro­biła na słu­cha­czach więk­sze wra­że­nie niż zabój­stwa poli­cjan­tów w Cie­szy­cach.

- Ofiary nie nosiły na ciele innych śla­dów prze­mocy - cią­gnęła. - Nie zostały zamor­do­wane w sypialni, co by suge­ro­wało, że nie zostały zasko­czone. Ciało kobiety zna­le­ziono w salo­nie, męż­czy­zny w gabi­ne­cie. Na tej pod­sta­wie śled­czy zało­żyli, że ofiary znały swo­jego kata. Tylko dla­czego wszedł przez piw­nicę? Nie wia­domo. Sprawcy ni­gdy nie usta­lono. To nie było mor­der­stwo na tle rabun­ko­wym - nic nie zgi­nęło. W domu znaj­do­wała się cenna por­ce­lana, obrazy zna­nych mala­rzy, dolary i inna waluta. Tak naprawdę ni­gdy nie usta­lono motywu zabój­stwa Janic­kich. Sku­piono się na moty­wie zemsty jako naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym. W końcu Janicki był dzia­ła­czem par­tyj­nym, czasy były nie­spo­kojne, pięć dni póź­niej wpro­wa­dzono stan wojenny.

- Czy to nie jest przy­pa­dek? - Wilicz­kow­ski wzru­szył ramio­nami. - Te cyfry mogły zna­czyć cokol­wiek. Dla­czego aku­rat tę datę? Minęło trzy­dzie­ści pięć lat.

- Jest taka moż­li­wość - przy­znał Mar­cin. - Masz rację. Cyfry mogą zna­czyć coś innego albo nie zna­czyć nic. Na razie jed­nak przyj­mu­jemy zało­że­nie, że ta data i dzi­siej­sze zabój­stwa wiążą się z tymi z prze­szło­ści.

- To nie ma sensu - prych­nął Adam. - Znamy pod­sta­wową zasadę Zakrzew­skiego: nie lubisz pro­stych roz­wią­zań. Może pocze­kajmy na jakieś dowody na powią­za­nie obu przy­pad­ków. Po co od razu kom­pli­ko­wać sobie robotę. Moim zda­niem szkoda czasu. Cyfry mogą zna­czyć cokol­wiek: datę uro­dzin mor­dercy, pierw­szą wypitą flaszkę wódki albo pierw­szą zali­czoną dziew­czynę.

Pro­ku­ra­tor Paleczny chrząk­nął nagle i pod­niósł wzrok na pozo­sta­łych.

- Przyj­miemy wer­sję komi­sa­rza Zakrzew­skiego - powie­dział nie­ocze­ki­wa­nie. - Musimy spraw­dzić, czy mor­der­stwo Janic­kich nie wiąże się z dzi­siej­szymi. Pod tym kątem trzeba prze­świe­tlić prze­szłość zamor­do­wa­nych. Czy nie mają z Janic­kimi powią­zań rodzin­nych lub jakich­kol­wiek innych. Tamtą sprawę z 1981 roku pro­wa­dził kapi­tan Marek Pie­kło - kon­ty­nu­ował spo­koj­nie pro­ku­ra­tor śled­czy po pau­zie. - Był alko­ho­li­kiem i to chyba prze­szko­dziło mu w schwy­ta­niu zabójcy. Odszedł z mili­cji we wrze­śniu 1982 roku. Wtedy poma­gał mu sier­żant Tade­usz Majer. On też długo nie popra­co­wał, tylko do końca 1982 roku. Trzeba go zna­leźć. Nie­stety, kapi­tan Marek Pie­kło zmarł w poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

Zakrzew­ski poki­wał głową.

- Jest pan wyjąt­kowo sku­teczny - stwier­dził z uzna­niem.

- Było wię­cej takich mor­derstw. - Paleczny puścił uwagę mimo uszu. - W lutym samotna kobieta, pod koniec maja 1981 roku jesz­cze dwie ofiary.

Cisza w pomiesz­cze­niu jakby się pogłę­biła. Mar­cin patrzył na pro­ku­ra­tora, wresz­cie zapy­tał:

- Jak się pan o tym tak szybko dowie­dział?

Paleczny spoj­rzał mu w oczy.

- Kapi­tan Marek Pie­kło był moim ojcem.

Gru­dzień 1981

Szczęk­nęła zasuwa w drzwiach.

Kapi­tan Marek Pie­kło uniósł się na pry­czy, spu­ścił nogi na pod­łogę i prze­tarł zaspane oczy. Nie wie­dział, jak długo już sie­dzi w zamknię­ciu. Dopiero od trzech dni śle­dził cykl dnia i nocy w aresz­cie, wyzna­czany gasze­niem i zapa­la­niem świa­tła przez dyżur­nego kla­wi­sza. Wcze­śniej­szy okres koja­rzył jedy­nie jako ciąg pra­gnie­nia, bólu i kosz­ma­rów. Powrót do cał­ko­wi­tej trzeź­wo­ści był kosz­ma­rem, z któ­rym został zupeł­nie sam. Na pewno sam? Pamię­tał jak przez mgłę męż­czy­znę w bia­łym kitlu i zastrzyk w pośla­dek. Tylko czy to było realne wspo­mnie­nie? Może jeden z ciągu nawie­dza­ją­cych go wtedy maja­ków? Cały czas był obo­lały po potrą­ce­niu przez samo­chód dostaw­czy marki Nysa. Nie potra­fił okre­ślić, czy pośla­dek jest stłu­czony, czy też ból jest pozo­sta­ło­ścią po zastrzyku.

Cięż­kie drzwi do celi otwo­rzyły się wolno i do środka zaj­rzał kla­wisz. Marek znał chło­paka z widze­nia i nawet go polu­bił. Po jego minie i spoj­rze­niu peł­nym współ­czu­cia wnio­sko­wał, że kla­wisz też wyka­zuje w sto­sunku do niego ludz­kie uczu­cia.

- Gość do pana, oby­wa­telu kapi­ta­nie - rzu­cił i wyco­fał się szybko.

Na progu sta­nął sier­żant Tade­usz Majer w gru­bym zimo­wym płasz­czu od mun­duru, zimo­wych cięż­kich butach i czapce uszance z orzeł­kiem na przo­dzie. Twarz miał zaczer­wie­nioną od mrozu.

- Dzień dobry, oby­wa­telu kapi­ta­nie - powie­dział na wstę­pie.

- Nie pier­dol, Tadek - jęk­nął Pie­kło. - Gów­niany, a nie dobry.

Majer patrzył na niego smut­nym wzro­kiem. Jego służ­bową postawę w jed­nym momen­cie szlag tra­fił.

- Ale się naro­biło - mruk­nął i zaczął się roz­bie­rać.

Ścią­gnął czapkę, sza­lik, cie­płe ręka­wice i rzu­cił wszystko na stół obok cyno­wego kubka i nie­do­je­dzo­nego obiadu na takim samym tale­rzu. Roz­piął płaszcz i usiadł na drew­nia­nym stołku pod ścianą naprze­ciw Marka. Mie­rzyli się w mil­cze­niu wzro­kiem.

- Ale się wpier­do­li­łeś, Marek - wes­tchnął, krę­cąc głową.

Pie­kło rzu­cił okiem na zmę­czoną twarz sier­żanta i zasta­no­wił się, ile on może mieć lat. Zawsze mu się wyda­wało, że Majer jest młod­szy. Teraz stra­cił tę pew­ność. Może byli w podob­nym wieku?

- Jaki dziś dzień? - zapy­tał.

- Wto­rek, pięt­na­sty grud­nia. Tydzień minął, a, cho­lera, tyle się zmie­niło. - Majer prze­tarł twarz dło­nią.

- Co się zmie­niło?

- Wojna jest.

Pie­kło wytrzesz­czył na niego oczy.

- Co ty pier­do­lisz, jaka wojna?

- Mamy wojnę - potwier­dził Tadek. - Od dwóch dni.

To musiała być prawda. Majer nie wyglą­dał na sko­rego do żar­tów. Przez głowę Pie­kły prze­mknęły szyb­kie myśli. Wojna? Ruscy w końcu nie wytrzy­mali kon­fron­ta­cji rządu z Soli­dar­no­ścią i wkro­czyli? A może to Ame­ry­ka­nie posta­no­wili spraw­dzić swoje jądrowe arse­nały? Nie, nie­moż­liwe. Nie sły­szał żad­nych wybu­chów. Gdyby Reagan i Breż­niew zaczęli odpa­lać rakiety, wojna nie trwa­łaby całych dwóch dni. Skoń­czy­łaby się po godzi­nie.

- Mów, co się dzieje?

- Gene­rał Jaru­zel­ski powo­łał Woj­skową Radę Oca­le­nia Naro­do­wego i woj­sko prze­jęło wła­dzę - mówił Majer bez­na­mięt­nie. - Aresz­to­wano wszyst­kich z Soli­dar­no­ści i całą górę z PZPR. ZOMO pacy­fi­kuje robot­ni­ków, któ­rzy poza­my­kali się w fabry­kach. Nie będzie dobrze.

Pie­kło w mil­cze­niu przy­swa­jał te infor­ma­cje. Prze­cze­sał dło­nią prze­tłusz­czone brudne włosy, ster­czące na wszyst­kie strony. Nagle zaczął żało­wać, że przez ostat­nie kilka mie­sięcy sku­piał się tylko na piciu. Prze­ga­pił kawał życia.

- Wcze­śniej nikt nie wie­dział, że coś się szy­kuje? - zapy­tał. - Prze­cież takiej ope­ra­cji nie da się zapla­no­wać i prze­pro­wa­dzić w jeden dzień.

- Coś się działo, coś się mówiło, ale co ja tam wiem? - żach­nął się Majer. - Zwy­kły sier­żant jestem.

- To dla­tego tylu ludzi w aresz­cie? - dopy­ty­wał się Pie­kło.

Przez ostat­nie dwa dni sły­szał wyraź­nie cią­gły ruch na kory­ta­rzu, pod­nie­sione głosy, krzyki, skrzy­pie­nie i trza­ska­nie drzwi, nio­sące się po kory­ta­rzach aresztu śled­czego w budynku mili­cji przy Pod­walu.

- Areszt jest pełen - potwier­dził sier­żant. - Dla­tego cię wypusz­czą i sprawa rozej­dzie się po kościach. Potrze­bują miej­sca.

- Rozu­miem. Kiedy?

- Dla for­mal­no­ści przyj­dzie do cie­bie psy­chia­tra spe­cja­li­zu­jący się w lecze­niu uza­leż­nie­nia od alko­holu. Dosta­niesz od niego pozy­tywną opi­nię i idziesz do domu.

Pie­kło nic nie powie­dział.

- Mam dla cie­bie papiery - kon­ty­nu­ował sier­żant. - Bez doku­men­tów stu metrów nie przej­dziesz. Na każ­dym rogu stoją żoł­nie­rze, wozy bojowe i czołgi. Głu­pich cza­sów doży­li­śmy.

- Czasy od lat są głu­pie, módlmy się, żeby­śmy dożyli tych mądrzej­szych.

Zamil­kli na moment.

- Jest pięt­na­ście stopni mrozu, śniegu nawa­liło - ode­zwał się Majer. - Mam dla cie­bie w dyżurce cie­płe ubra­nie.

- Dzię­kuję. Gdzie on jest?

- Kto?

- Ten psy­chia­tra.

- Czeka na kory­ta­rzu.

- Niech to jasna cho­lera!

Pie­kło spoj­rzał na swoje ubra­nie. To był cią­gle ten sam mun­dur, który miał na sobie tam­tego feral­nego dnia. Koszula nie była już biała, tylko ciem­no­szara i pokryta pla­mami. Podob­nie mary­narka od mun­duru i spodnie. W skar­pe­cie na lewej sto­pie wid­niała dziura jak kra­ter po ude­rze­niu mete­orytu. Od tygo­dnia nie widział prysz­nica. Pew­nie śmier­dział jak skunks. Spo­tka­nie w takich oko­licz­no­ściach nie mogło być przy­jemne dla żad­nej ze stron. A zresztą, niech się dzieje, co chce. Musi stąd wyjść, ina­czej zwa­riuje.

Pod­niósł głowę.

- Tadek, masz może fajki? - zapy­tał.

- Mam, jasne, że mam. - Majer się roz­pro­mie­nił i wycią­gnął z kie­szeni czer­woną paczkę car­me­nów. - Jesz­cze przed­wo­jenne - dodał.

- Nie pier­dol...

Tym razem Pie­kło sam odpa­lił papie­rosa zapałką. Z lubo­ścią zacią­gnął się dymem i poczuł nie­przy­jemny dreszcz. Pale­nie koja­rzyło mu się tylko z piciem. Teraz po raz pierw­szy od kil­ku­dzie­się­ciu godzin pomy­ślał o alko­holu. Poczuł ucisk w pier­siach, jakby zabra­kło mu tchu. Żołą­dek zwi­nął się w kłę­bek. Marek się skrzy­wił.

- Nie sma­kują? - zdzi­wił się sier­żant. Sam nie palił. - Prze­cież to car­meny.

- Nie o to cho­dzi - burk­nął Pie­kło, macha­jąc ręką. - Macie podej­rza­nego?

- W spra­wie Janic­kich? - Majer uniósł brwi, a na jego pocią­głej twa­rzy poja­wił się zło­śliwy gry­mas. - A kto niby miał zna­leźć podej­rza­nego? Zarzycki? Nie roz­śmie­szaj mnie, on naj­wy­żej nadaje się do liza­nia dupy komen­dan­towi.

- No tak - zgo­dził się Marek. - Ale coś w tym cza­sie zro­bi­li­ście?

- Coś tak - przy­znał Majer. - Ale nie­wiele.

W małym, pozba­wio­nym spraw­nej wen­ty­la­cji pomiesz­cze­niu zro­biło się siwo od dymu, aż zaczęły łza­wić oczy. Pie­kło zga­sił peta w nie­do­je­dzo­nym kotle­cie z cze­goś, co mogłoby przy­po­mi­nać mięso, gdyby tak nie śmier­działo.

- Czy­ta­łeś raport z sek­cji zwłok? - dopy­ty­wał kapi­tan.

- Szcze­rze mówiąc - nie. Komen­dant był na mnie wście­kły za ten twój numer z konia­kiem i ucieczką. Odsu­nął mnie.

- Aha... - Pie­kło zamy­ślił się na moment. - Jedno nie daje mi spo­koju... - zawie­sił głos.

- Ten język? Wszy­scy byli wstrzą­śnięci.

- Nie, nie język. Krew. Niby leżeli w kałuży krwi, wydaje mi się jed­nak, że było jej sta­now­czo za mało. Nie uwa­żasz?

Majer wzru­szył ramio­nami. Chciał spra­wiać wra­że­nie obo­jęt­nego, jego twarz jed­nak nagle pobla­dła, a ramiona się unio­sły, jakby mię­śnie krę­go­słupa nie­ocze­ki­wa­nie zesztyw­niały. Silił się na obo­jętny ton. Nie wyszło do końca dobrze i kapi­tan to zauwa­żył.

- Ja tam jestem tylko sier­żan­tem z pre­wen­cji odde­le­go­wa­nym do was. Nie łapię wszyst­kiego - powie­dział twardo.

- Ale chyba przyj­rza­łeś się zwło­kom?

- Wraż­liwy jestem...

Pie­kło popa­trzył na niego uważ­nie. Było oczy­wi­ste, że coś z nim jest nie tak.

- No dobrze - zgo­dził się wresz­cie. - Mogłeś nie wie­dzieć. To ci powiem. Nie­wiele pamię­tam z tam­tego dnia. Może mi się tylko wyda­wało, chciał­bym to u kogoś potwier­dzić.

Majer mil­czał ze wzro­kiem wbi­tym w pod­łogę.

- Oni mieli roz­cięte nad­garstki - mówił dalej Pie­kło. - To prawda?

- Tak - przy­znał nie­chęt­nie sier­żant.

- Muszę wie­dzieć, co napi­sali o tym w pro­to­kole sek­cji. Czy było coś o krwi.

- Teraz ciężko będzie. - Tade­usz pod­niósł głowę. - Nie wiem, co z tobą zro­bią.

Pie­kło przy­gryzł wargi i poki­wał ze zro­zu­mie­niem głową. Nagle uszło z niego całe powie­trze. Co go to obcho­dzi? Niech inni się mar­twią schwy­ta­niem zabójcy. On ma swoje pro­blemy. Dla niego poważ­niej­sze.

- Dobrze - ode­zwał się cicho. - Miejmy to już za sobą i zabierz mnie do domu.

Sier­żant wstał i zastu­kał pię­ścią w drzwi. Pra­wie natych­miast szczęk­nęła zasuwa i drzwi się uchy­liły. Majer wyszedł. Po chwili do środka weszła kobieta. Bez słowa pode­szła do tego samego nie­wy­god­nego stołka i usia­dła, zakła­da­jąc nogę na nogę. Była po trzy­dzie­stce, miała ładną twarz, nie­bie­skie oczy o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu i ciemne krę­cone włosy. Zmar­z­nięte policzki nie­dawno się roz­grzały i zaczer­wie­niły prze­ślicz­nie.

Kapi­tan, ubrany w brudne łach­many, wyraź­nie czu­jący smród wła­snego ciała, zawsty­dził się. Spu­ścił szybko wzrok i sie­dział jak spa­ra­li­żo­wany.

- Dzień dobry - ode­zwała się. - Jestem leka­rzem psy­chia­trą, spe­cja­li­zuję się w lecze­niu uza­leż­nień. Głów­nie od alko­holu.

Miała cie­pły, aksa­mitny głos, który dosko­nale współ­grał z jej sym­pa­tycz­nym uśmie­chem. Spra­wiała wra­że­nie, jakby nie zwra­cała uwagi na to, w jakim sta­nie jest Marek.

- ...obry... - mruk­nął coś cicho i nie­zro­zu­miale w odpo­wie­dzi.

Czuł się przy niej, jakby był ludz­kim śmie­ciem, cze­ka­ją­cym w kolejce, żeby tra­fić w miej­sce spe­cjal­nie dla niego prze­zna­czone - na śmiet­nik.

- Ciężko było? - zapy­tała nagle, kiedy już omio­tła wzro­kiem celę i sie­dzą­cego na pry­czy Marka.

- Tak - odpo­wie­dział szcze­rze.

- Moim zda­niem to było bar­ba­rzyń­stwo zosta­wić pana samego na odtru­cie. Ni­gdy nie pochwa­lam takich metod.

- Chyba był... lekarz.

- Co panu dał?

- Nie wiem. - Roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

- Rozu­miem. Nama­wia­ła­bym pana na wszywkę. Espe­ral nie jest genial­nym środ­kiem na lecze­nie uza­leż­nie­nia od alko­holu. Nie ma takiego środka. Wszystko tkwi tutaj. - Popu­kała się pal­cem w głowę. - Trzeba chcieć prze­stać i mieć w dodatku tak silną wolę, żeby nie dać się zła­mać w świe­cie, w któ­rym alko­hol leje się stru­mie­niami wszę­dzie. Na ulicy, w pracy, w domu, w tele­wi­zji. Trzeba być moca­rzem, żeby to prze­trwać. Wszywka tro­chę pomaga.

- Mia­łem już wszywkę - przy­znał się nie­chęt­nie Pie­kło.

- I co? - Pod­nio­sła w górę brwi nad cudow­nie nie­bie­skimi oczami.

- Wydra­pa­łem.

Przez chwilę w celi pano­wało mil­cze­nie.

- Mimo wszystko nama­wiam.

- Zasta­no­wię się.

Przyj­rzała mu się uważ­nie po raz kolejny. To było spoj­rze­nie inne niż te, któ­rymi tak­so­wali go leka­rze, prze­ło­żeni, zna­jomi, obcy ludzie na ulicy. Nie było w nim pogardy, nagany i obrzy­dze­nia. Były współ­czu­cie i zro­zu­mie­nie. Naraz zmie­niła ton głosu i zaczęła mówić mu po imie­niu, jakby znali się od wielu lat. I tak wła­śnie Pie­kło to ode­brał.

- Marku, od jak dawna pijesz?

Zasta­no­wił się.

- Koło dzie­się­ciu lat - powie­dział wresz­cie po dłu­gim namy­śle. - Odkąd zaczą­łem pra­co­wać w kry­mi­nal­nej.

- A od kiedy zaczą­łeś pić codzien­nie?

Pyta­nie było nad­spo­dzie­wa­nie celne. Tra­fiło dokład­nie w punkt. Trą­ciło struny, któ­rych Pie­kło ni­gdy nie poru­szał. Zro­biło mu się gorąco, a potem oblał go zimny pot. Była dobra. Może nawet była tak dobrym psy­chia­trą, jak on śled­czym. On też zawsze wie­dział, jakie pyta­nie zadać, żeby tra­fić prze­słu­chi­wa­nego w miej­sce, w któ­rym nie będzie już mógł ukryć prawdy i zacznie sypać.

- Odkąd żona ode­szła i zabrała córkę - odpo­wie­dział cicho.

- A co zro­bi­łeś, żeby nie ode­szła?

- Nic.

- Dla­czego?

- Przez pracę. Trupy, mor­der­stwa, krew, smród i zgni­li­zna. Wszystko przy­no­si­łem codzien­nie do domu i tym odgra­dza­łem się od rodziny. Nie umia­łem zosta­wić tego całego syfu za drzwiami.

Poki­wała głową.

- Więk­szość ludzi nie potrafi oddzie­lić pracy od nor­mal­nego życia. A zacho­wa­nie wła­ści­wych pro­por­cji jest bar­dzo ważne.

- Ja nie potra­fi­łem - wes­tchnął. - I nie potra­fię.

Nagle wstała. Na jej ustach poja­wił się smutny uśmiech, a potem zgasł. Teraz dopiero Pie­kło zorien­to­wał się, że to spo­tka­nie kosz­tuje ją rów­nie wiele jak jego. Może nawet wię­cej.

- Ja też nie potra­fię - rzu­ciła i jej głos stward­niał. - Za tymi murami trwa wojna, która na pewno nega­tyw­nie wpły­nie na nas wszyst­kich. Będą ofiary śmier­telne, przez całe poko­le­nia nie będziemy mogli wygrze­bać się z bagna tej naro­do­wej traumy. Szpi­tale dla psy­chicz­nie cho­rych zapeł­nią się nowymi pacjen­tami, a ja tu jestem i sta­ram się być nor­malna. Nie mogę być nor­malna. Co mnie obcho­dzi jakiś komu­ni­styczny pies, który chleje wódę i sie­dzi w aresz­cie? Może gdy­byś tu nie sie­dział, tam na zewnątrz strze­lał­byś do robot­ni­ków. Kurwa mać, co ja tutaj robię?

Zastu­kała do drzwi, które uchy­liły się po chwili. W progu się zawa­hała. Wyjęła z torebki biały kar­to­nik, wró­ciła i podała go Mar­kowi, nie patrząc mu w oczy.

- To jest mój numer tele­fonu. Zanim znowu się­gniesz po wódkę, zadzwoń.

Po chwili już jej nie było.

Spoj­rzał na kar­to­nik. Tylko imię i nazwi­sko, tytuł naukowy, zawód, a pod spodem sze­ścio­cy­frowy numer tele­fonu. Kry­styna Paleczna - Dok­tor habi­li­to­wany - Psy­chia­tra.

Wszedł Majer i rzu­cił kapi­ta­nowi zimowe ubra­nie i buty. Marek ubie­rał się wolno, cią­gle mając przed oczami panią dok­tor. Kry­styna. Podo­bało mu się to imię. Ona mu się podo­bała. Gdyby spo­tkali się w innych oko­licz­no­ściach... A tra­fili na naj­gor­sze: cela, alko­ho­lizm, stan wojenny i trza­ska­jący mróz.

Po kilku minu­tach wyszli z budynku z czer­wo­nej cegły przy Pod­walu. Na uli­cach i chod­ni­kach leżała gruba war­stwa śniegu, tem­pe­ra­tura powie­trza spa­dła w oko­lice dzie­siątki poni­żej zera. Marek Pie­kło poczuł, jak prze­ni­kliwy chłód ogar­nia go do szpiku kości. Taki chłód można było zwal­czyć tylko setką wódki. Na samą myśl żołą­dek znowu wywró­cił mu się na drugą stronę. Zachwiał się. Majer przy­trzy­mał go za ramię.

- W porządku? - zapy­tał zatro­skany.

- Tak, puść.

Na Pod­walu stały trzy woj­skowe wozy bojowe w peł­nej goto­wo­ści. Grupa żoł­nie­rzy grzała się przy bucha­ją­cym żarem kok­sow­niku na rogu Sądo­wej. Mieli ponure miny. Pew­nie wole­liby teraz być w innym miej­scu i innym cza­sie.

Zanim doszli do zapar­ko­wa­nego tro­chę dalej mili­cyj­nego gazika, wolno minęły ich trzy cię­ża­rówki z zakra­to­wa­nymi budami, peł­nymi uzbro­jo­nych po zęby funk­cjo­na­riu­szy ZOMO. Kapi­tana Marka Pie­kłę ogar­nęła nagle sza­rość. Wcią­gnął ją do płuc, skąd natych­miast tra­fiła do krwio­biegu; zoba­czył ją i te obrazy w for­mie impul­sów powę­dro­wały do mózgu; usły­szał ją i przez drga­nia bęben­ków zaata­ko­wały jego głowę z innej strony. Czy ta sza­rość była obecna w jego życiu zawsze, czy poja­wiła się wła­śnie teraz? Może pani dok­tor Paleczna miała rację i trauma pozo­sta­nie w spo­łe­czeń­stwie na poko­le­nia?

Majer nie ode­zwał się już ani sło­wem. Odwiózł Pie­kłę pod bramę kamie­nicy przy Jed­no­ści Naro­do­wej, w któ­rej kapi­tan miesz­kał. Pie­kło wysiadł z sza­rego samo­chodu na szarą ulicę, minęły go szare wozy bojowe jadące środ­kiem ulicy, wszedł do sza­rej klatki scho­do­wej i sza­rymi scho­dami wspiął się do sie­bie. Może to sza­rość z jego życia, któ­rej sta­rał się bez­sku­tecz­nie wódką doma­lo­wać kolory, roz­lała się na cały świat. Teraz już nie było niczego, żad­nego koloru, który mógłby być dla niego pozy­tyw­nym bodź­cem, zachę­ca­ją­cym do zacho­wa­nia abs­ty­nen­cji. Sza­rość poko­nała go, zanim jesz­cze spró­bo­wał.

Prze­krę­cił klucz w zamku i wszedł do miesz­ka­nia. Było cho­ler­nie zimno. Poszedł od razu do łazienki, roze­brał się, ubra­nia wrzu­cił do kosza na śmieci. Do żeliw­nej, wyso­kiej wanny napu­ścił wody. Na szczę­ście była cie­pła. Wziął długą kąpiel, zmy­wa­jąc z sie­bie brud ostat­niego tygo­dnia w aresz­cie i ten inny, gro­ma­dzący się na jego skó­rze przez dłu­gie mie­siące alko­ho­lo­wego ciągu.

Potem sie­dział w płasz­czu i w czapce przy kuchen­nym stole i pił mocną kawę. Majer zosta­wił mu srebrną torebkę kawy, podob­nie jak her­batę. Palił jed­nego car­mena za dru­gim i roz­my­ślał. Był jeden kolor, dla któ­rego nie się­gnąłby wię­cej po wódkę. Ten kolor nazy­wał się Kry­styna Paleczna.

Pod jego nie­obec­ność sier­żant Tade­usz Majer wysprzą­tał miesz­ka­nie. Przede wszyst­kim wyrzu­cił wszyst­kie butelki, za co Pie­kło był mu szcze­gól­nie wdzięczny. No i zro­bił coś jesz­cze. Coś rów­nie waż­nego.

Na stole w kuchni zosta­wił opa­sły szary tom akt. Na okładce ktoś napi­sał gru­bym fla­ma­strem: Sprawa XZD/2364/81z, mor­der­stwo Jana i Beaty Janic­kich.

Zapa­rzył sobie jesz­cze jedną kawę, otwo­rzył akta i zaczął czy­tać.

III

Na prośbę pro­ku­ra­tora śled­czego Ire­ne­usza Palecz­nego po nara­dzie spo­tkali się w gabi­ne­cie komi­sa­rza Zakrzew­skiego, który dzie­lił pokój z aspi­rant Kariną Buczko. Prze­szli w mil­cze­niu na drugi koniec kory­ta­rza. O tej porze budy­nek komendy woje­wódz­kiej i sądu opu­sto­szał. Po dro­dze nie spo­tkali nikogo. Tylko ich kroki roz­cho­dziły się zwie­lo­krot­nio­nym echem po pustych prze­strze­niach.

Zakrzew­ski usiadł na nowym krze­śle za swoim sta­rym biur­kiem zawa­lo­nym papie­rami. Za ple­cami miał okno, sie­dział twa­rzą do drzwi wej­ścio­wych. Biurko Kariny stało przy ścia­nie po pra­wej stro­nie. Usia­dła tam i wpa­try­wała się badaw­czo w pro­ku­ra­tora, który, chcąc nie chcąc, usiadł na jedy­nym wol­nym miej­scu - nie­wy­god­nym krze­śle przed biur­kiem Mar­cina. Zapach per­fum pro­ku­ra­tora pomie­szany z mię­tówką szybko wypeł­nił pomiesz­cze­nie.

Chwi­lowe nie­zręczne mil­cze­nie prze­rwał komi­sarz.

- Nie wie­rzę w takie zbiegi oko­licz­no­ści - ode­zwał się, mie­rząc Palecz­nego uważ­nym spoj­rze­niem. - Ma pan nam coś wię­cej do powie­dze­nia?

- To nie jest zbieg oko­licz­no­ści. - Pro­ku­ra­tor pokrę­cił głową.

Karina pstry­kała dłu­go­pi­sem i spra­wiała wra­że­nie nie­obec­nej. Mar­cin spoj­rzał na nią, po czym prze­niósł wzrok na pro­ku­ra­tora.

- J-jasne - mruk­nął. - Może nam pan zdra­dzi coś wię­cej?

Paleczny wytrzy­mał jego spoj­rze­nie.

- Na nara­dzie usły­sza­łem, że jedną z pana pod­sta­wo­wych zasad jest odrzu­ca­nie pro­stych roz­wią­zań - powie­dział. - To nie jest pro­ste roz­wią­za­nie. Powi­nien pan być zado­wo­lony.

- W tym wypadku mam poważne wąt­pli­wo­ści. Musi mnie pan oświe­cić.

W pomiesz­cze­niu zapa­no­wała nagła cisza. Pro­ku­ra­tor się skrzy­wił.

- Żeby wszystko było jasne - zaczął wolno. - Moje sto­sunki z ojcem nie były naj­ła­twiej­sze. Odkąd sta­łem się peł­no­letni, nie utrzy­my­wa­łem z nim kon­taktu. Nawet w cza­sach, gdy jesz­cze miesz­ka­łem w domu, ni­gdy nie wspo­mi­nał tam­tego śledz­twa z początku stanu wojen­nego. Wie­dzia­łem tylko, że wtedy poznał mamę, ale ona też mil­czała.

Paleczny pod­niósł wzrok i popa­trzył na poli­cjan­tów. Karina na­dal bawiła się dłu­go­pi­sem, Zakrzew­ski spoj­rzał mu pro­sto w twarz.

- Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat, ojciec prze­cho­dził aku­rat jeden z wielu gor­szych okre­sów w swoim życiu. Znowu pił. Któ­re­goś dnia powie­dział, że tamta sprawa nie może pozo­stać nie­wy­ja­śniona. Ona kie­dyś wypły­nie. Na pewno o to mu cho­dziło. Powtó­rzył to kil­ka­krot­nie.

- Pytał go pan póź­niej? - rzu­cił Mar­cin.

- Tak, nic nie pamię­tał albo nie chciał pamię­tać.

- I teraz wypły­nęła? - Karina prze­stała pstry­kać.

- Tak uwa­żam.

Nikt nie sko­men­to­wał tych słów. Pro­ku­ra­tor Paleczny zwró­cił się wprost do Mar­cina:

- Wiem, że po wyda­rze­niach sprzed roku może pan nie lubić pro­ku­ra­to­rów, ale...

Zakrzew­ski prze­rwał mu ruchem ręki.

- Nie lubię pod­łych i złych ludzi. - Skrzy­wił się. - Pro­ku­ra­to­rzy mi nie prze­szka­dzają.

Przez twarz Kariny prze­mknął uśmie­szek. Paleczny nie dał się wypro­wa­dzić z rów­no­wagi.

- Może źle się wyra­zi­łem - powie­dział. - Chciał­bym, żeby­śmy wyja­śnili sobie pewne rze­czy na początku, żeby potem nie było nie­po­ro­zu­mień.

- Słu­cham? - Zakrzew­ski uniósł brwi.

- Bmw kupiła mi matka na trzy­dzie­ste uro­dziny. - Pro­ku­ra­tor mówił dalej nie­zra­żony. - Mnie z pen­sji pro­ku­ra­tor­skiej nie byłoby stać na taki zakup. Matka pocho­dzi z bar­dzo zamoż­nej rodziny. Nie wia­domo, dla­czego dzia­dek, umie­ra­jąc, zapi­sał jej cały mają­tek w testa­men­cie. Tak, mam poglądy pra­wi­cowe. Tyle tylko, że ja wie­rzę w to, co robię. Uwa­żam, że sędzio­wie sta­wiają się ponad pra­wem, stali się uprzy­wi­le­jo­waną kastą. Trzeba prze­pro­wa­dzić głę­bo­kie zmiany w tym śro­do­wi­sku, żeby pozbyć się tych wszyst­kich, któ­rzy byli sędziami w okre­sie stanu wojen­nego i za cza­sów poprzed­niego ustroju.

Prze­rwał na chwilę, żeby spraw­dzić, jakie wra­że­nie wywarły na nich jego słowa. Poli­cjanci mil­czeli, a z ich twa­rzy nie­wiele mógł wyczy­tać.

- Nie lubię lewa­ków i libe­ra­łów z ich pro­mo­cją dewia­cji sek­su­al­nych. Uwa­żam, że nasz kraj dość się wycier­piał za komuny, żeby teraz tole­ro­wać poglądy rodem z cza­sów słusz­nie minio­nych. Powin­ni­śmy wró­cić do naj­lep­szych wzor­ców z daw­nych lat i pamię­tać, że nie byłoby narodu pol­skiego, gdyby nie wiara kato­licka. Hasło "Bóg, Honor, Ojczy­zna" powinno znowu stać się dro­go­wska­zem dla wycho­wa­nia mło­dych poko­leń. Pol­ska musi wziąć wresz­cie wła­sne losy w swoje ręce, nie może tań­czyć, jak zagrają nam Niemcy czy Fran­cja. Musimy prze­stać być dla Unii Euro­pej­skiej tylko miej­scem, gdzie można sprze­da­wać towary gor­szej jako­ści i skąd można pozy­skać tanią siłę robo­czą. Po latach poli­tyki ule­gło­ści musimy w końcu wstać z kolan. Poka­zać, że z Pol­ską świat powi­nien się liczyć. Ja nie wyko­rzy­stuję zna­jo­mo­ści do robie­nia kariery w pro­ku­ra­tu­rze ani w poli­tyce. Jestem ide­ali­stą. Wie­rzę, że uda nam się zmie­nić Pol­skę i obu­dzić tę część spo­łe­czeń­stwa, która pogrą­żyła się w mara­zmie lewac­twa.

Karina się nie ode­zwała. Mar­cin zoba­czył w jej wzroku roz­cza­ro­wa­nie i nie­chęć.

- Naj­bar­dziej boję się ide­ali­stów - stwier­dził. - Dla idei gotowi są do naj­więk­szych pod­ło­ści i zbrodni.

- To jest pana pierw­sze śledz­two, prawda? - wtrą­ciła nie­ocze­ki­wa­nie Karina.

- Tak.

- To ma pan szczę­ście, że tra­fił na komi­sa­rza Zakrzew­skiego.

- Wiele o panu sły­sza­łem.

Mar­cin podra­pał się ner­wowo po policzku i nic nie powie­dział.

- Dla­tego naj­le­piej będzie, jeśli dam wam mak­sy­malną swo­bodę przy dzia­ła­niach ope­ra­cyj­nych - kon­ty­nu­ował Paleczny. - Chciał­bym tylko być na bie­żąco infor­mo­wany o postę­pach. Zamor­do­wano poli­cjan­tów, będą duże naci­ski z góry. Biorę to na sie­bie. Spró­buję też poroz­ma­wiać z mamą na temat tam­tych zabójstw. Może wie coś wię­cej. Pro­szę zna­leźć sier­żanta Majera. On też powi­nien dużo wie­dzieć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki