Rozdział pierwszy. Dorothy
Rozdział pierwszy
Dorothy
Wiele lat później, gdy mieszkańcy Shelley House wspominali niezwykłe
wydarzenia, jakie miały miejsce tego długiego, burzliwego lata, nie byli
zgodni co do tego, jak to się zaczęło. Tomasz z mieszkania numer pięć
twierdził, że wszystko miało swój początek w dniu doręczenia listów, a konkretnie sześciu niepozornych brązowych kopert, które trafiły do
lokatorów w środę, pewnego majowego poranka. Omar spod trójki obstawał
przy tym, że problemy pojawiły się kilka tygodni później, gdy przed
budynek zajechała karetka na sygnale i zniesiono do niej ciało. Z kolei
Gloria spod numeru szóstego powiedziała, że astrolog już w styczniu
przewidział perturbacje i dramaty, jakie czekają ją w najbliższej
przyszłości (a co ważniejsze, przepowiedział, że zaręczy się jeszcze
przed Bożym Narodzeniem).
Ale Dorothy Darling z mieszkania numer dwa nie miała żadnych wątpliwości
co do tego, kiedy zaczęły się kłopoty. Potrafiła precyzyjnie wskazać
moment, gdy wszystko się zmieniło; to jedno machnięcie motylich
skrzydeł, które rozpętało tornado, jakie ich potem pochłonęło.
Był to dzień, w którym do Shelley House trafiła dziewczyna z różowymi
włosami.
Ten poranek zaczął się jak każdy inny. O szóstej trzydzieści Dorothy
obudziło tupanie dobiegające z mieszkania na wyższym piętrze. Jeszcze
przez kilka minut leżała w łóżku z mocno zaciśniętymi powiekami, łowiąc
ostatnie strzępki snu. A kiedy nie dało się już dłużej tego odwlekać,
wstała i w akompaniamencie skrzypiących kolan poszła do łazienki dokonać
porannej ablucji. W kuchni rozpaliła ogień zapałką i czekając, aż jajko
się zagotuje, a śniadaniowa angielska herbata naciągnie w imbryku,
zrobiła kilka ćwiczeń rozciągających na dobry początek dnia. Gdy
śniadanie było gotowe, zaniosła je na tacy do salonu i zjadła, siedząc
przy karcianym stoliku obok wykuszowego okna. Do tej pory wszystko
przebiegało zwyczajnym torem.
Jedząc, Dorothy obserwowała sąsiadów wychodzących z budynku. Był wśród
nich wysoki, budzący postrach mężczyzna z mieszkania numer pięć ze swoim
równie groźnym psem, który miał w zwyczaju fajdać na chodniki. Potem
pojawiła się nastolatka -?z tych, które byłyby śliczne, gdyby ciągle się
nie krzywiły -?wpatrzona w telefon i ostentacyjnie ignorująca ojca,
który szedł za nią, niosąc pod jedną pachą podniszczoną teczkę, a pod
drugą przepełniony karton z posegregowanymi śmieciami. Kiedy wsypywał
jego zawartość do osiedlowych koszy, jedna z puszek chybiła celu i potoczyła się po chodniku. Mężczyzna nie zwrócił na to najmniejszej
uwagi, tylko pospiesznie ruszył za córką. Dorothy sięgnęła po dziennik i ołówek, które zawsze miała pod ręką.
7.48. O.S. (3). Nienależyta utylizacja odpadów.
Gdy poranna godzina szczytu minęła, Dorothy się przebrała, uczesała
długie siwe włosy i założyła sznur pereł. Zasiadła z powrotem przy oknie
za dziesięć dziewiąta, w samą porę, by zobaczyć rudowłosą kobietę spod
szóstki, idącą za rękę ze swoim obecnym amantem, wysokim, gamoniowatym
facetem w taniej skórzanej kurtce. Potem nastąpił okres względnego
spokoju i Dorothy zabrała się do zmieniania pościeli i odkurzania
stojących na kominku bibelotów -?a wszystko to przy dźwiękach Zmierzchu
bogów Wagnera, które zagłuszały hałasy dochodzące z mieszkania na
górze.
A potem, chwilę po dziesiątej, gdy parzyła sobie drugi imbryk herbaty,
na zewnątrz rozległo się coś w rodzaju donośnego wystrzału. Dorothy
odstawiła czajnik i podbiegła do okna, przez które zobaczyła
podjeżdżający przed budynek stary rozklekotany niebieski samochód. Tylne
koło z wysiłkiem wdrapało się na krawężnik, z rury wydechowej buchnął
wielki kłąb czarnego dymu, silnik zgasł, a chwilę później drzwi się
otworzyły i ze środka wynurzył się kierowca. Był to młody człowiek,
jakoś po dwudziestce, tylko na pierwszy rzut oka Dorothy nie była pewna,
czy patrzy na mężczyznę, czy kobietę. Kierowca miał krótkie rozczochrane
włosy, ufarbowane na fluorescencyjny róż i był ubrany w robocze
ogrodniczki, w rodzaju tych, jakie noszą budowlańcy. Nie miał na sobie
kurtki ani swetra, choć jak na początek maja było wyjątkowo chłodno,
Dorothy mogła więc podziwiać wijące się na jego ramionach tatuaże,
przypominające graffiti. Indywiduum sięgnęło na tylne siedzenie
samochodu i wyciągnęło duży, wysłużony plecak, a potem zamknęło drzwi
kopniakiem, od którego gruchot aż zadygotał. Dopiero gdy odwróciło się w stronę Shelley House, Dorothy zdała sobie sprawę, że ma przed sobą młodą
kobietę.
Dziewczyna przyglądała się budynkowi z niezdradzającym niczego wyrazem
twarzy, lecz Dorothy wyobrażała sobie, że gmach budzi w niej mieszaninę
lęku i podziwu. W końcu nie co dzień widuje się domy takie jak Shelley
House. Zbudowany za czasów królowej Wiktorii i nazwany na cześć
angielskiego poety romantycznego, miał szeroką fasadę będącą misternym
połączeniem czerwonej cegły i białego kamienia, zwieńczoną ozdobną
balustradą. Słusznych rozmiarów kamienne stopnie prowadziły do potężnych
drzwi wejściowych, nad którymi wyryto gotyckim pismem napis "SHELLEY
HOUSE, 1891". Drzwi na pierwszych dwóch kondygnacjach obramowywały
imponujące okna wykuszowe, najwyższa kondygnacja zaś -?niegdyś
mieszcząca kwatery dla służby, zanim gmach przerobiono na wielorodzinny
budynek mieszkalny -?miała mniejsze, prostokątne okna mansardowe.
Dorothy do dziś pamiętała chwilę, gdy ujrzała ten dom po raz pierwszy.
Zatrzymała się na środku chodnika i chłonęła go wzrokiem z szeroko
otwartymi ustami, podziwiając jego dostojeństwo i historyczny charakter.
Był to najpiękniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziała, i Dorothy
przyrzekła sobie wtedy, że w nim zamieszka. Trzydzieści cztery lata
później nadal była jego lokatorką.
Różowowłosa dziewczyna kontynuowała lustrowanie budynku, a gdy powiodła
wzrokiem po parterze, na moment jakby zatrzymała się na oknie Dorothy.
Kobieta instynktownie się cofnęła, choć wiedziała, że przez firankę nikt
jej tu nie zobaczy. Mimo to serce biło jej trochę szybciej, kiedy
patrzyła, jak dziewczyna wchodzi po schodach i znika z pola widzenia
przy drzwiach wejściowych. Kogo zamierzała odwiedzić w środku dnia
pracy? Może tego nieokrzesańca, który niedawno wprowadził się pod
czwórkę? Owszem, Dorothy czekała na dźwięk dzwonka do drzwi, lecz
dochodzący gdzieś z oddali, osłupiała więc, gdy rozległ się jej własny,
który rzadko się odzywał. Dobry Boże, czyżby naprawdę chodziło o nią?
Czy powinna otworzyć? Dorothy już od dawna nikt nie odwiedzał, a ta
dziewczyna z pewnością nie wyglądała na osobę godną zaufania. Może była
jedną z tych przebiegłych kanalii, które żerują na bezbronnych starszych
ludziach, podstępem wtryniają się im do domów, by ich okraść i zostawić
na pewną śmierć? Rzecz jasna, Dorothy nie była ani tak bezbronna, ani
tak głupia, by dać się nabrać na ich fortele, lecz ta młoda szelma mogła
o tym nie wiedzieć. Może na wszelki wypadek warto wziąć nóż z kuchennej
szuflady?
Kobieta aż podskoczyła, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Sięgnęła po
ołówek -?był zatemperowany wystarczająco ostro, by w razie potrzeby
posłużyć za broń -?i ruszyła w stronę drzwi. Kilka lat temu poprzedni
właściciel budynku zainstalował przekombinowany domofon: gdy ktoś
naciskał dzwonek, na małym ekranie przy drzwiach pojawiał się obraz z kamery, który pozwalał Dorothy sprawdzić, kto się do niej dobija, a nawet z tą osobą porozmawiać, zanim ją wpuściła. Ustrojstwo przerażało
ją mimo wyjaśnień montera, że połączenie wideo jest jednokierunkowe i osoba z zewnątrz jej nie widzi. Teraz pochyliła się tak, że jej nos
prawie dotykał ekranu, na którym pojawił się ziarnisty, czarno-biały
obraz kobiety nerwowo obgryzającej paznokieć w oczekiwaniu, aż ktoś się
odezwie. Czego mogła chcieć?
Dzwonek zabrzmiał po raz trzeci, tym razem dłużej i natarczywiej.
Dorothy odchrząknęła i nacisnęła przycisk z napisem "INTERKOM".
-?Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? -?Musiała krzyczeć, aby
rozmówczyni usłyszała jej głos, tonący w trzecim akcie Zmierzchu
bogów, który wciąż huczał w tle.
-?Przyszłam w sprawie pokoju.
Dorothy zmarszczyła brwi.
-?To z pewnością jakaś pomyłka. Gwarantuję, że nie ma tu żadnego pokoju
do wynajęcia.
Przez interkom usłyszała ciężkie westchnienie.
-?Już wynajęty? Trzeba było mi powiedzieć, zrobiłam kawał drogi tylko po
to.
Dorothy zirytował bezczelny ton głosu dziewczyny.
-?To teraz możesz wrócić tam, skąd przyjechałaś. Razem ze swoim
złomochodem.
Nawet na małym ekranie Dorothy dostrzegła błysk gniewu na twarzy
dziewczyny.
-?Jest nieprawidłowo zaparkowany -?dodała gwoli wyjaśnienia.
Dziewczyna nawet nie obejrzała się na auto.
-?Nieprawda.
-?Prawda. Tylne koło stoi na krawężniku, co stanowi naruszenie artykułu
dwieście czterdziestego czwartego kodeksu drogowego. Jeśli nie
przeparkujesz, mogę być zmuszona zadzwonić po straż miejską.
Dziewczyna wydała z siebie dźwięk będący czymś pomiędzy śmiechem a prychnięciem.
-?Wow, zabawna jesteś, nie ma co. Może dobrze się stało, że się
skichało.
Dorothy nie miała pojęcia, co się skichało, lecz zanim zdążyła ułożyć
odpowiednio zjadliwą ripostę, dziewczyna odwróciła się i zeszła po
schodach bez słowa podziękowania ani pożegnania.
Cofnęła się od drzwi z uczuciem triumfu. Nie wątpiła, że dziewczyna
zamierzała zadzwonić do mieszkania numer jeden, którego okropny lokator
miał zwyczaj nielegalnego podnajmowania drugiego pokoju. Dorothy
trzykrotnie donosiła na niego właścicielowi budynku, lecz jak dotąd nie
przyniosło to żadnych oczywistych efektów. Mimo to odczuwała pewną
satysfakcję z udaremnienia tej konkretnej próby. Owszem, standardy w Shelley House obniżały się od lat, lecz będzie spokojniejsza na duszy,
wiedząc, że ta bezczelna młoda awanturnica nie zamieszka po drugiej
stronie korytarza.
Dorothy zerknęła na leżący na stole dziennik. Pomyślała, że powinna
odnotować to zdarzenie od razu, póki ma je świeżo w pamięci.
10.17. Różowowłosa impertynentka przez pomyłkę zadzwoniła do moich
drzwi z pytaniem o pokój. Pouczyłam ją w kwestii kodeksu drogowego i odprawiłam z kwitkiem.
To jednak mogło poczekać. Bardziej palącym problemem był w tej chwili
pozostawiony samemu sobie imbryk z herbatą, która wymagała reanimacji.
Dorothy wróciła do kuchni pośród wzniosłych wagnerowskich dźwięków
odprowadzających Brunhildę ku ognistej śmierci.
Rozdział drugi. Kat
Rozdział drugi
Kat
Kat otworzyła bagażnik samochodu, wrzuciła do środka plecak i zatrzasnęła klapę. Co za strata czasu. Przecież jeszcze wczoraj
wieczorem wysłała esemesa, aby się upewnić, że pokój nadal jest
dostępny, i dostała potwierdzenie. W rezultacie straciła cały ranek,
jadąc tutaj, zamiast szukać lokum i pracy gdzie indziej. Kat od początku
miała obawy związane z przyjazdem do Chalcot; może to znak, że nie
powinna była tu wracać po latach? Szarpnęła drzwi od strony kierowcy i skrzywiła się, gdy zawiasy jęknęły w proteście.
-?Wybacz, Marge -?mruknęła, poklepując karoserię. Nie chciała, żeby na
domiar złego zawiódł ją tego dnia także samochód.
Najdelikatniej, jak umiała, usiadła na fotelu kierowcy, lecz gdy już
miała zamykać drzwi, usłyszała, jak ktoś woła ją po imieniu. Spojrzała w stronę budynku i w drzwiach wejściowych ujrzała siwowłosego mężczyznę,
który machał w jej stronę.
-?Halo! To ty jesteś Kat?
Kiwnęła głową, lecz nie ruszyła się z miejsca.
-?Nie mów mi, że już się rozmyśliłaś... -?Mężczyzna uśmiechnął się do niej
krzywo.
Czy to był jakiś żart? Kat znowu zaczęła zamykać drzwi.
-?Wiem, że z zewnątrz to miejsce robi nieszczególne wrażenie, ale pokój
jest śliczny -?zawołał. -?Zanim zrezygnujesz, powinnaś chociaż wejść i go obejrzeć.
Wciąż się uśmiechał, tym razem z nadzieją. Kat otworzyła drzwi i na
wypadek gdyby miał problem ze zrozumieniem jej, odezwała się głośno i powoli:
-?Twoja żona powiedziała mi, że pokój jest już zajęty.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
-?Moja żona?
-?Tak. Oznajmiła, że więcej miejsc nie ma.
Na moment go zatkało i Kat poczuła przypływ współczucia. Biedak musiał
być naprawdę pogubiony, skoro nie pamiętał własnej małżonki. Ale po
chwili uśmiechnął się szeroko i zmrużył oczy.
-?Och, kochana, myślę, że nacisnęłaś nie ten przycisk, co trzeba! Nie
martw się, nie tobie pierwszej się to zdarzyło.
Tym razem to Kat zmarszczyła brwi.
-?Czyli pokój nadal jest dostępny?
-?Ależ oczywiście. Chodź, pokażę ci go.
Cofnął się o krok i zapraszającym gestem szerzej otworzył drzwi, lecz
Kat została w samochodzie. Czy naprawdę chciała tu zamieszkać? Wciąż
żywo pamiętała ten budynek z dzieciństwa. Za każdym razem, gdy mieszkała
u dziadka, mijała Shelley House w drodze z jego farmy na obrzeżach
Chalcot do szkoły podstawowej. Wtedy dzieciaki szeptały między sobą, że
w tej przerażającej starej ruderze mieszka zła czarownica, która zamyka
dzieci na strychu, więc ilekroć Kat tędy przechodziła, przyspieszała
kroku, na wypadek gdyby ta jędza zaczaiła się także na nią.
Teraz zlustrowała dom wzrokiem. Kat nie bała się już czarownic
gustujących w zjadaniu dzieci, lecz Shelley House nadal otaczała upiorna
aura. Ceglana elewacja wyblakła i kruszyła się, a ramy okienne były
złuszczone i wypaczone jak w horrorze. Na dachu brakowało kilku
fragmentów kamiennej balustrady, a cała konstrukcja zdawała się
złowieszczo przechylać na bok. Jeśli tak to wyglądało z zewnątrz, Bóg
jeden wiedział, w jakim stanie musiały być wnętrza. Nic dziwnego, że
czynsz był tak niski; Kat nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek
zdecydował się tu zamieszkać z własnej woli.
Mężczyzna wciąż stał w progu i uważnie się jej przyglądał. Nad jego
głową widniała wyryta w kamieniu nazwa budynku. Od czasu, gdy była tu po
raz ostatni, jakiś wandal dokonał dzieła zniszczenia i zamiast "SHELLEY
HOUSE" teraz napis głosił "HELL HOUSE". Widząc to, Kat nie mogła się
powstrzymać od parsknięcia śmiechem, a mężczyzna uśmiechnął się szeroko
w odpowiedzi.
-?Chodź, zapraszam! Właśnie nastawiłem czajnik.
A niech to. Skoro przejechała taki kawał, to może chociaż zerknąć na
miejsce, którego tak się obawiała w dzieciństwie. Wysiadła z Marge i tym
razem zamknęła auto delikatnie.
Gdy dotarła do szczytu schodów, mężczyzna wyciągnął rękę.
-?Joseph Chambers. Miło mi cię poznać.
-?Kat Bennett -?odparła, nie wyjmując dłoni z kieszeni.
Weszła do środka, a drzwi zatrzasnęły się za nimi z głuchym łoskotem.
Nie docierało tu naturalne światło i zaadaptowanie się do mroku zajęło
oczom Kat dłuższą chwilę. Gdy już się im to udało, stwierdziła, że
znajduje się w niczym niewyróżniającym się korytarzu. Czarno-białe
kafelki podłogowe świadczyły o dawnych latach świetności budynku, teraz
jednak przestrzeń w dużej mierze stanowiła składowisko zbędnego dobytku.
Na półce piętrzyły się stosy nieotwartej korespondencji, a gdzieś z głębi gmachu dobiegały dźwięki muzyki drum and bass, lecz Kat nie
dostrzegała żadnych innych oznak życia. Po dwóch stronach korytarza
znajdowało się dwoje nieoznaczonych drzwi i Kat spojrzała najpierw na
jedne z nich, a potem na drugie.
-?Mieszkam pod jedynką, tutaj -?oznajmił Joseph, wskazując drzwi po
lewej stronie. -?Właścicielką mieszkania numer dwa jest Dorothy Darling.
Jak sądzę, miałaś już przyjemność zamienić z nią kilka słów.
Ponieważ Kat nie miała nic kulturalnego do powiedzenia na temat starszej
pani, która nakrzyczała na nią przez domofon, zamiast odpowiedzi wybrała
milczenie. Joseph zachichotał.
-?Tak myślałem. Nie przejmuj się, Dorothy jest ekscentryczką, ale z tych, co raczej warczą, niż gryzą. A jeśli już o tym mowa... -?Zrobił krok
w stronę drzwi po lewej stronie. Gdy znalazł się przed nimi, z wnętrza
dobiegła ich kanonada szczeknięć. -?Mam nadzieję, że nie masz alergii na
psy.
-?Nie mam.
-?To dobrze. -?Kiedy tylko otworzył drzwi, ze środka w mgnieniu oka
wyskoczył brązowo-biały jack russell terrier, kilkakrotnie okrążył
Josepha i gwałtownie wyhamował u stóp Kat. Jego szczeknięcia osiągnęły
nowe crescendo, gdy zaczął skakać jej na nogę. -?To Reggie. -?Joseph
musiał przekrzyczeć hałaśliwego zwierzaka. -?Zaraz się uspokoi. Zawsze
się tak ekscytuje, gdy poznaje kogoś nowego.
Kat pochyliła się i wyciągnęła rękę do psiaka. Obniuchał ją gorliwie i Kat poczuła na skórze jego mokry nos. Pogłaskała go po łebku i nagle w przebłysku wspomnień ujrzała w myślach innego psa, z sierścią krótką i szorstką jak u Reggiego, przesiąkniętą cygarowym dymem -?kojącym dla
niej zapachem, który zawsze mu towarzyszył. Reggie przestał szczekać,
gdy Kat podrapała go między uszami.
-?Polubił cię! -?zawołał Joseph i radośnie klasnął. -?To znakomity omen.
Za moim poprzednim lokatorem, delikatnie mówiąc, nie przepadał. Sikał mu
za szafą, ale nie sądzę, żeby tobie robił podobne przykrości. Chodź,
Reggie, oprowadzimy Kat po włościach!
Na dźwięk swojego imienia pies wbiegł z powrotem do mieszkania. Idąc w stronę drzwi, Kat przełknęła ślinę, jakby przygotowywała się na to, co
ją czeka, lecz gdy weszła do środka, zaparło jej dech w piersiach.
Pokój, w którym się znalazła, był wielki; sufit znajdował się wysoko nad
jej głową, a pod stopami miała polerowaną drewnianą podłogę. Ściany
niewątpliwie domagały się odświeżenia, do tego w pomieszczeniu lekko
zalatywało stęchlizną, lecz przez duże okno wykuszowe wpadało mnóstwo
światła, a znaczną część przeciwległej ściany zajmował największy
kominek, jaki Kat w życiu widziała. Za żadne skarby nie domyśliłaby się
równie świetnego wnętrza. Poczuła się tak, jakby weszła na plan dramatu
kostiumowego z minionej epoki, tylko że meble były z Ikei, a w kącie
stał telewizor z płaskim ekranem.
-?Robi wrażenie, co? -?zapytał Joseph.
-?Rewelacja.
-?Kiedyś mieszkał tu bogaty wiktoriański przemysłowiec. Tak naprawdę
przy tej ulicy było sporo takich rezydencji; wszystkie zostały nazwane
na cześć słynnych angielskich poetów: Byrona, Wordswortha, Keatsa i tak
dalej, stąd nazwa Poet's Road. Połowa tych willi została zbombardowana
podczas drugiej wojny światowej, a pozostałe wyburzono i zastąpiono
mniejszymi, bardziej pragmatycznymi domami. Shelley House dziwnym trafem
przetrwał, tylko w latach sześćdziesiątych podzielono go na mniejsze
mieszkania.
Kat chłonęła wszystkie informacje bez słowa. Jej dziadek mieszkał w tej
okolicy przez całe życie, co oznaczało, że musiał oglądać Poet's Road za
czasów, gdy jeszcze stało przy niej więcej takich rezydencji. Może nawet
był w Shelley House? Na tę myśl Kat ścisnęło się serce.
-?Jeśli nawet dziś uważasz, że to miejsce może imponować, żałuj, że nie
widziałaś go trzydzieści jeden lat temu, kiedy się tu wprowadziłem -
ciągnął Joseph. -?To był jeden z najwspanialszych budynków w tej
okolicy, w dodatku utrzymany w nienagannym stanie. Niestety, różni
kolejni właściciele zaniedbywali go potem przez długie lata, dlatego
teraz wygląda tak. -?Wskazał gestem plamę wilgoci na ścianie, z której
odpadała farba. -?Ale w porządku, koniec tej lekcji historii. Oprowadzę
cię.
Joseph ruszył w stronę dwojga drzwi po drugiej stronie pokoju, a Reggie
ochoczo podążył za nim, choć łapy ślizgały mu się po podłodze.
-?Tu jest kuchnia -?oznajmił Joseph, otwierając odleglejsze drzwi.
Zaglądając do środka, Kat pytała w duchu samą siebie, czy zobaczy coś w rodzaju wnętrza z serialu Downton Abbey, lecz kuchnia okazała się
ciasna i rozczarowująco zwyczajna.
-?Myślę, że kiedyś był tu składzik kuchenny -?orzekł Joseph. -?Żadnych
luksusów, ale spełnia swoją funkcję. Czuj się jak u siebie w domu;
znajdziesz tu wszystkie typowe garnki i patelnie. W czynsz jest wliczony
wieczorny posiłek.
-?Och, nie trzeba mi gotować -?zaoponowała szybko Kat. O tym nie było
mowy w ogłoszeniu, a nie miała ochoty na codzienne jedzenie kolacji z właścicielem, wydawało się jej to bowiem niezręczne. Już w młodym wieku
nauczyła się, żeby nie nawiązywać zbyt bliskich kontaktów z ludźmi, z którymi się mieszka. Do końca życia zapamięta pozornie miłą staruszkę,
od której wynajęły z matką pokój, gdy Kat miała sześć albo siedem lat.
Babina dawała jej ciasteczka, gdy Kat wracała ze szkoły, i pytała, jak
jej minął dzień. Pewnego popołudnia po powrocie do domu Kat zastała
czekających na nią pracowników opieki społecznej, którzy zadali jej
mnóstwo trudnych pytań. Razem z matką, która przeklinała Kat za to, że
"nie trzymała języka za zębami" przed właścicielką, umknęły stamtąd
wieczorem tego samego dnia. Nigdy więcej nie popełniła podobnego błędu.
-?Zostawię jedzenie w lodówce. Podgrzejesz sobie, kiedy będziesz miała
ochotę -?powiedział Joseph, jakby czytał jej w myślach. -?Szczerze
mówiąc, zrobiłabyś mi przysługę. Wiesz, wciąż nie przywykłem do
gotowania tylko dla siebie. Minęły już trzy lata, a mimo to...
Urwał i przez straszną chwilę Kat myślała, że mężczyzna zaraz się
rozpłacze, lecz tylko mrugnął, a kiedy uniósł wzrok, znów się uśmiechał.
-?Między innymi dlatego podnajmuję część mieszkania. Poza tym dzięki
temu łatwiej jest mi, emerytowi, opłacać czynsz. Idziemy dalej?
Wskazał jej drugie drzwi, prowadzące do małego korytarza. Łazienka była
skromna, urządzona w kolorze awokado. Tapety tu i ówdzie odłaziły, lecz
wnętrze wyglądało na wystarczająco czyste. Drzwi obok były zamknięte -
domyśliła się, że to sypialnia Josepha -?lecz dalsze, ostatnie,
zachęcały do wejścia.
-?Nie jest duża, ale moim zdaniem przytulna -?powiedział Joseph,
przystając w progu. -?Kiedyś to była sypialnia naszej córki.
Pomieszczenie rzeczywiście było małe, lecz Kat z miejsca je polubiła.
Było w nim pojedyncze łóżko, szafa i staromodny fotel bujany, stojący
obok niewielkiej biblioteczki pełnej podniszczonych tomów w miękkich
oprawach. Kat omiotła wzrokiem półki: Duma i uprzedzenie... Samotnia...
Moby Dick... Rozmaite stare książki, których nie przeczytała i nie
zamierzała tego robić. Odwróciła się w stronę drzwi i z ulgą odnotowała,
że zamontowano w nich wewnętrzny zamek. Joseph wydawał się zupełnie
niegroźny, lecz ostrożności nigdy za wiele. Łóżko stało pod oknem i Kat
podeszła do niego, by wyjrzeć na zewnątrz. Spodziewała się ogrodu albo
przynajmniej odrobiny zieleni, lecz zobaczyła betonowy parking należący
do nowoczesnych apartamentowców.
-?Mieliśmy tu kiedyś wspólny ogród, ale został sprzedany przez jednego z poprzednich właścicieli, wiele lat temu -?rzekł Joseph.
Kat rozejrzała się po wnętrzu. Było naprawdę małe, lecz nie stanowiło to
żadnego problemu. Cały jej dobytek mieścił się w starym plecaku, który
obecnie tkwił w bagażniku samochodu, nie potrzebowała więc osobnego
pomieszczenia na garderobę. Joseph wydawał się całkiem miły; może
odrobinę zbyt gadatliwy, lecz jak sądziła, wkrótce uświadomi sobie, że
nie jest zbyt rozmowna, i da jej spokój. Poważniejsze pytanie dotyczyło
samego powrotu do Chalcot. W końcu nie bez powodu Kat przez piętnaście
lat trzymała się od tego miejsca z dala i ten akurat powód nic a nic się
nie zmienił. Co z tego, że przez kilka ostatnich miesięcy coraz częściej
myślała o tej wiosce i o dziadku, a wspomnienia swędziły ją jak
ukąszenie komara, które uparcie nie chciało się zagoić? Nie musiała
przez to ryzykować powrotu tutaj i najrozsądniej byłoby odjechać jak
najdalej stąd i nigdy nie wracać.
-?Dobrze, więc jak ci się podoba? -?zapytał Joseph, patrząc na nią
uważnie. -?Chcesz tu zamieszkać?
Kat wzięła głęboki wdech. Skoro już tu była, mogła zostać na kilka
tygodni. A dzięki stojącej na zewnątrz Marge była w stanie w każdej
chwili stąd zniknąć, gdyby zaszła taka potrzeba.
-?Tak, dziękuję -?odparła i umilkła na chwilę, gdy nagle coś przyszło
jej do głowy. -?Nie potrzebujesz jakichś informacji na mój temat albo
referencji?
-?Po co mi referencje?
-?Kurczę, nie wiem, ale... mogłabym być psychopatką mordującą ludzi
siekierą albo kimś w tym rodzaju.
Joseph parsknął śmiechem.
-?Nie wyglądasz mi na kogoś, kto ciacha ludzi siekierami. Jeśli już,
powiedziałbym raczej, że jesteś typem trucicielki.
Kat nie mogła powstrzymać się od śmiechu; ten facet był równo stuknięty.
Ale podobało się jej, że nie potrzebuje referencji. Im mniej o niej
wiedział, tym lepiej, i to samo dotyczyło kogokolwiek innego w tej
okolicy.
-?W takim razie zapraszam -?rzekł Joseph, idąc w stronę drzwi. -?Zabierz
swoje rzeczy, a ja zrobię nam kawę.
Rozdział trzeci. Dorothy
Rozdział trzeci
Dorothy
Codziennie, krótko po przedpołudniowej herbacie, Dorothy wkładała
szlafrok, sięgała po torebkę leżącą na stoliku przy drzwiach wejściowych
i przeprowadzała inspekcję Shelley House.
Doświadczenia zebrane na przestrzeni lat nauczyły ją, że godzina
jedenasta jest na tę misję idealnym momentem, ponieważ większości
sąsiadów nie ma wtedy w domu. Nie chodziło o to, że Dorothy zamierzała
się jakoś kryć ze swoimi działaniami; wszak nie miała się czego
wstydzić. Po prostu wolała ograniczyć do minimum wszelkie zbędne
interakcje z pozostałymi mieszkańcami, którzy mogliby jej przeszkadzać.
Zaczęła jak zwykle od holu. Kiedy wprowadziła się do Shelley House, hol
był jednym z największych atutów rezydencji. Ściany pomalowano na
intensywny burgundowy kolor, z sufitu zwisał szklany żyrandol, a kafle
podłogowe lśniły tak, że można było bez obaw zjeść z nich śniadanie.
Teraz sprawa wyglądała zgoła inaczej. Dorothy przemierzała ciemną,
zatęchłą przestrzeń, zaciskając usta z niesmakiem. Obok porzuconych tu
dawno klamotów -?worka z damskimi butami i zepsutego odkurzacza -
zauważyła nowego nieproszonego gościa: rower oparty o ścianę dokładnie
pod kartką z napisem "NIE ZOSTAWIAĆ RZECZY OSOBISTYCH W CZĘŚCIACH
WSPÓLNYCH NIERUCHOMOŚCI". Kartkę tę Dorothy powiesiła kilka lat
wcześniej, lecz jej słowa nie zrobiły na nikim wrażenia. Szturchnęła
rower stopą. Ustawiony tak blisko schodów, stanowił zagrożenie dla
bezpieczeństwa. A co, jeśli ktoś będzie musiał pilnie zbiec z piętra i potknie się o koło? Wyciągnęła z torebki dziennik i sporządziła kolejną
notatkę.
11.17. Napisać do Alexander Properties w sprawie niedozwolonego
składowania przedmiotów w holu. Przypomnieć o ośmiu dziewięciu
poprzednich pismach na ten temat.
Dorothy przyspieszyła inspekcję, mijając drzwi mieszkania numer jeden,
zajmowanego przez Josepha Chambersa, jego kundla oraz -?mimo wszelkich
starań Dorothy -?różowowłosą dziewczynę. Przez ostatnie dwanaście dni
Dorothy śledziła poczynania tej pannicy ze szczególną uwagą, lecz jak
dotąd udało się jej ustalić jedynie tyle, że uparcie ubiera się jak
włóczęga i najwyraźniej nie ma żadnych przyjaciół ani rodziny.
Nieszczególnie ją to zaskoczyło, gdyż Joseph kolekcjonował bezdomne i zabłąkane istoty, tak jak inni kolekcjonowali porcelanowe figurki Royal
Doulton.
Po obchodzie holu Dorothy zaczęła wdrapywać się na pierwsze piętro,
czując każde ze swych siedemdziesięciu siedmiu lat w skrzypnięciach
kolan powtarzających się krok po kroku. Do niedawna ta wspinaczka była
prawdziwą ucztą dla nosa. Rodzina Siddiqów, składająca się z Omara, jego
żony Fatimy oraz córki Ayeshy, zajmowała mieszkanie numer trzy od
siedmiu lat. Jedna z tych osób (Dorothy wywnioskowała po pewnym czasie,
że pani Siddiq) bezsprzecznie znakomicie gotowała, gdyż podczas
codziennej inspekcji Dorothy witały pod trójką niebiańskie aromaty.
Potem, pewnego popołudnia jakieś sześć miesięcy temu, zobaczyła panią
Siddiq opuszczającą Shelley House, wspartą na ramieniu męża, i zapachy
nagle ustały. Kilka tygodni później Dorothy ujrzała podjeżdżający pod
budynek karawan, a za nim ciemną limuzynę. Omar i Ayesha w milczeniu
zajęli miejsca na tylnym siedzeniu samochodu. Na widok odjeżdżających
aut Dorothy -?ku własnemu zaskoczeniu -?poczuła napływające do oczu łzy
i potrzebowała dodatkowego imbryka herbaty oraz trzech ciasteczek
garibaldi, nim jako tako odzyskała grunt pod nogami. Od tamtej pory na
piętrze Shelley House unosił się jedynie smród stęchlizny, a ostatnio
także ciężki, niedający się pomylić z żadnym innym zapach marihuany,
który wydobywał się spod drzwi mieszkania numer cztery.
Dorothy zatrzymała się teraz przed tym mieszkaniem, wyciągnęła z torebki
spray z odświeżaczem powietrza i obficie spryskała nim okolice wejścia.
Z wnętrza dobiegał ją ciężki puls tej okropnej muzyki, którą mieszkaniec
czwórki uporczywie puszczał przez okrągłą dobę, siedem dni w tygodniu.
Dorothy wiedziała jednak, że pukanie i proszenie o ściszenie dźwięku nie
ma najmniejszego sensu, najnowszy lokator Shelley House okazał się
bowiem osobnikiem nieprzejednanym, zadziornym i wręcz niegrzecznym,
ignorując wszystkie napomnienia Dorothy, aby był bardziej wyrozumiały
dla sąsiadów. Mieszkał tu zaledwie od kilku tygodni, a oboje mieli już
za sobą kilka konfliktów. Chwytała się jedynie tej nadziei, że lokatorzy
tak źli jak on rzadko wytrzymywali tu długo; właściciel powinien wkrótce
go eksmitować.
Po skrupulatnym nasączeniu najbliższego otoczenia zapachem wanilii
Dorothy podjęła marsz w górę, na ostatnie piętro. Wchodząc, zatrzymywała
się na każdym stopniu i sprawdzała, czy wytarty dywan nie poluzował się
w nocy, stwarzałoby to bowiem ryzyko potknięcia. Rodzinna legenda
głosiła, że jej praprababcia Phyllida zahaczyła stopą o brzeg perskiego
dywanu, co zakończyło się śmiertelnym w skutkach upadkiem, Dorothy
doskonale wiedziała zatem, jak ważna jest skrupulatna kontrola stanu
dywanów. Dlatego uważne sprawdzenie każdego z dwudziestu stopni oraz
dywanu na ostatnim półpiętrze zajęło jej kilka minut, a zarazem dało
czas na przysłuchiwanie się dość ożywionej rozmowie toczącej się za
drzwiami mieszkania numer sześć.
Owszem, Dorothy szczyciła się tym, że nie jest wścibska. To rzekłszy
jednak, jako najdłuższa stażem lokatorka budynku, czuła się w obowiązku
mieć oko na pozostałych mieszkańców, aby zapewnić im bezpieczeństwo
podczas pobytu w Shelley House. Było to szczególnie istotne w przypadku
Glorii Brown, która mieszkała pod szóstką. Gloria wprowadziła się tu
jakieś dziesięć lat wcześniej ze swoim ówczesnym chłopakiem, krępym
Jamajczykiem o błyszczących oczach. Niestety, wytrzymał niecały rok, a po nim przez mieszkanie przetoczył się istny korowód łobuzów,
degeneratów i bandytów. Bo jeśli Gloria Brown miała jakiś szczególny
talent -?poza tym, że wyglądała zabójczo w lycrze -?była nim smykałka do
znajdowania sobie fatalnych partnerów. Najnowszy kandydat, odziany w skórę prostak z wiecznie otwartą gębą, był na tapecie od siedmiu
miesięcy i do tej pory para zdawała się rozkoszować fazą wzajemnego
zauroczenia. Dorothy wiedziała jednakże -?było to bowiem tak pewne jak
poranny wschód słońca -?że chichoty i zupełnie zbędne publiczne
migdalenie się wkrótce przerodzą się we wzajemne urazy i wrogość. A sądząc po odgłosach dobiegających teraz z mieszkania numer sześć, chwila
ta wydawała się bliska.
-?Jesteś pierdolnięta!
Dorothy usłyszała zza drzwi donośny głos mężczyzny i skrzywiła się na
dźwięk jakże zbytecznego wulgaryzmu.
-?Myślałem, że będziesz jakaś inna, ale gdzie tam, taka sama jak reszta...
paranoiczka i zazdrośnica!
-?Paranoiczka?!
To ostatnie, piskliwie wykrzyczane słowo należało do Glorii. Dorothy
stała wprawdzie tuż przy drzwiach, lecz doprawdy trudno było to nazwać
podsłuchiwaniem, skoro rozmawiali tak głośno. Podeszła do drzwi
ewakuacyjnych i nacisnęła klamkę, aby się upewnić, że są dobrze
zabezpieczone. Odkąd niejaki F. Alexander rok temu przejął ten budynek
na własność, Dorothy pisała do niego co tydzień z żądaniem definitywnego
zamknięcia dostępu na dach. Tak samo jak pisała do wszystkich
poprzednich właścicieli, lecz bezskutecznie. Sporządziła też notatkę.
-?Niby o jaką paranoję ci chodzi, Barry? -?Głos Glorii sięgnął w rejestry mezzosopranu. -?Wyjaśnij mi, gdzie widzisz moją paranoję, skoro
znalazłam w twojej kieszeni cudze damskie majtki.
-?Powiedziałem ci, że nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły; pewnie
któryś z kumpli chciał mi wyciąć numer.
Dorothy prychnęła. Ta wymówka była niczym kawał z długą brodą. Facet
ewidentnie nie miał wyobraźni.
-?Nie chodzi tylko o majtki. Gdzie byłeś wczoraj w nocy? Wróciłeś do
domu dopiero po czwartej rano.
Czyli to on był odpowiedzialny za trzaśnięcie drzwiami wejściowymi o czwartej czternaście, które wyrwało Dorothy ze snu. W dzienniku pojawiła
się kolejna notatka.
-?Mam tego dość, Gloria. Dość tych bzdur!
W mieszkaniu nagle coś głośno gruchnęło i Dorothy zamarła. Czy powinna
interweniować? Raz już tak zrobiła, kilka lat temu, gdy późnym wieczorem
wyrwał ją z zamyślenia krzyk Glorii. Ubrana w koszulę nocną i uzbrojona
w nóż kuchenny, Dorothy weszła po schodach i zagroziła, że wezwie
policję, jeśli Gloria natychmiast nie otworzy drzwi. Kobieta po chwili
stanęła w progu i beznamiętnie stwierdziła, że nic jej nie grozi. Ale
co, jeśli tym razem chodzi o coś poważniejszego? Jeśli Gloria została
skrzywdzona? W mieszkaniu zapadła złowieszcza cisza i Dorothy przywarła
uchem do drzwi, nasłuchując odgłosów szamotaniny. Może powinna zadzwonić
na policję i zgłosić...
Wtem, ku zaskoczeniu Dorothy, drzwi gwałtownie się otworzyły. Poczuła,
że niebezpiecznie odchyla się od pionu, i wyciągnęła rękę, aby nie
upaść. Jej dłoń napotkała dużą, muskularną klatkę piersiową.
-?Co ty, do diabła, robisz?
Dorothy wyprostowała się i poczuła, jak na jej policzki wpełza
rumieniec.
-?Ja tylko...
-?Znowu nas szpiegowałaś? -?Z ust mężczyzny trysnęły kropelki śliny i trafiły Dorothy w twarz.
-?Oczywiście, że nie! Jak śmiesz insynuować coś takiego!
-?To dlaczego opierałaś się o drzwi?
Powiedział to niskim, groźnym głosem i Dorothy uświadomiła sobie, że jej
samej może grozić niebezpieczeństwo.
-?Ja... sprawdzałam, czy wszyscy dobrze zamknęli drzwi. Ostatnio mamy tu w okolicy plagę włamań.
-?Co się dzieje, Barry?
Za mężczyzną pojawiła się Gloria. Dorothy zauważyła, że wyglądała na
całą i zdrową, choć miała worki pod oczami, a włosy błagały o szczotkę.
Na widok Dorothy jej twarz pociemniała.
-?Ta wścibska stara raszpla z dołu znowu tu węszy -?oznajmił mężczyzna.
-?Wcale nie węszyłam! Gloria, chciałam po prostu sprawdzić, czy nic ci...
Ale zanim Dorothy zdążyła skończyć zdanie, kobieta odwróciła się i bez
słowa weszła do swojego mieszkania.
-?Odwal się i zostaw nas w spokoju -?warknął mężczyzna i zatrzasnął
drzwi przed nosem Dorothy.
Pospiesznie zeszła po schodach i dopiero w holu przystanęła, by złapać
oddech, starając się ignorować dotkliwe poczucie upokorzenia. Właśnie
dlatego Dorothy unikała kontaktów z sąsiadami -?bandą niewdzięcznych,
złowrogich głupców. Ona próbowała zadbać o ich bezpieczeństwo i dobrostan, a słyszała jedynie obelgi i oszczercze oskarżenia. Sięgnęła
do torebki i wyjęła z niej dziennik i ołówek.
11.32. Domowa awantura w mieszkaniu numer sześć. Próbowałam zaoferować
pomoc G.B., lecz zostałam zaatakowana werbalnie i zastraszona przez
mężczyznę w skórzanej kurtce.
Przez moment rozważała powrót do siebie na ożywczy łyk herbaty, lecz się
rozmyśliła. Wyprostowała ramiona i wcisnęła dziennik z powrotem do
torebki. Pozostało jej jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Zadanie, które
wykonywała każdego dnia przez ostatnie trzy dekady. Zadanie, od którego
nie mogła jej odwieść ani Gloria Brown, ani jej troglodyta.
Półka na listy.
Korespondencja, która każdego ranka wpadała przez wrzutnik w drzwiach
Shelley House, była bezceremonialnie odkładana na półkę obok drzwi
wejściowych do mieszkania Dorothy i w przeważającej części każdy ją
ignorował. Oznaczało to, że stos listów, ulotek i darmowych gazet rósł
niczym rozwiązła królicza rodzina pozostawiona samopas. Wiele lat temu
Dorothy wzięła na siebie obowiązek utrzymywania porządku na półce na
listy i traktowała to zadanie z niezwykłą powagą. Przystąpiła do
przetrząsania piętrzącej się sterty, kładąc prawdziwą korespondencję na
jednej (małej) kupce, a wszystko inne na drugiej (znacznie większej), na
której lądowały wszelkie śmieci. Były tam dwa... nie, trzy wezwania do
zapłaty dla Omara spod trójki. Dorothy wiedziała, że zabierze je później
i schowa do teczki, zanim córka wróci ze szkoły. Była tam również
przesyłka z firmy Hair for Him dla Tomasza Wójcika z mieszkania numer
pięć i jeszcze jedna, dla Glorii Brown, ze znakiem firmowym Ann Summers
(Dorothy popełniła kiedyś błąd i sprawdziła na komputerze w bibliotece,
co to za firma, i omal nie zemdlała z wrażenia). Jak zwykle nie było
żadnych listów ani dla Dorothy, ani dla łobuza spod czwórki, który jak
dotąd nie otrzymał jeszcze żadnej korespondencji.
Miała właśnie wracać do siebie, gdy usłyszała brzęk klapki wrzutnika.
Odwróciła się w samą porę, by zobaczyć kilka brązowych kopert
spadających na wycieraczkę. Najwyraźniej listonosz zapomniał doręczyć je
wcześniej. Cmoknęła, przeszła przez hol i schyliła się, by je podnieść,
ignorując mimowolne jęknięcie, które wyrwało się z jej ust. Kopert było
sześć, a każda została zaadresowana do jednego z mieszkańców domu, nie
miały jednak ani znaczków, ani pieczęci firmowych, co sugerowało, że
musiały zostać doręczone osobiście. Jakie to dziwne!
Dorothy odłożyła pięć kopert na półkę i wróciła do siebie, ściskając
szóstą. Nóż do papieru trzymała w szufladzie stołu i nawet nie usiadła,
tylko od razu rozcięła kopertę i wyciągnęła z niej dwie złożone kartki.
Druga wyglądała na jakiś formularz, przyjrzała się więc najpierw
pierwszej, zawierającej wydrukowany tekst.
Dorothy przeczytała jego treść raz, a potem drugi, co wcale nie było
takie proste, gdyż drżały jej dłonie. Gdy skończyła, jej wzrok
powędrował w stronę wygaszonego kominka. Raźno poszła do kuchni i odszukała pudełko zapałek. Zapaliła jedną -?z powodu rzeczonego drżenia
wymagało to kilku prób -?po czym wyciągnęła rękę z kartkami i dotknęła
zapałką brzegu jednej z nich. Gdy papier zaczął płonąć, puściła kartki i odprowadzała je wzrokiem, aż wpadły do zlewu. Płomień strawił je w niecałe dziesięć sekund; słowa skręcały się i jarzyły, aż zniknęły.
Wtedy Dorothy włączyła palnik, sięgnęła po imbryk i przyrzekła sobie, że
nigdy więcej nie wróci myślami do listu.
Rozdział czwarty. Kat
Rozdział czwarty
Kat
Niewiele było w życiu rzeczy, które budziły w Kat Bennett przerażenie,
lecz gdy zbliżała się do High Street w Chalcot, jej żołądek ścisnął się
w ciasny supeł. A jeśli wpadnie na dziadka i rozpęta się piekło? A jeśli
ktoś ją rozpozna i doniesie mu o jej obecności? Kat może i miała teraz
dwadzieścia pięć lat i posługiwała się zmienionym nazwiskiem, lecz
zawsze istniało ryzyko, że ktoś skojarzy ją z chuderlawą, zadziorną
dziesięciolatką, która kiedyś narobiła tylu kłopotów. Wstrzymując
oddech, minęła bar Golden Dragon i skręciła w prawo, w główną ulicę.
Adrenalina krążyła w jej żyłach, a stopy były gotowe w jednej chwili
zawrócić i puścić się sprintem w przeciwnym kierunku.
Przez ostatnie piętnaście lat Kat wielokrotnie wracała myślami do tej
wioski, rozdrapując bolesne wspomnienia niczym strup, lecz teraz, gdy
już tu była, wszystko wydawało się jej jakieś inne niż we wspomnieniach.
Witryny były jak dawniej ozdobione kolorowymi chorągiewkami i koszami
kwiatów; rozpoznała starą bibliotekę i pub Plough, w którym zwykł pijać
jej dziadek. Ale większość sklepów się zmieniła, a każda rzecz zdawała
się jej dziwnie mniejsza i zwyczajniejsza, niż zachowała w pamięci z dzieciństwa. Twarze wyglądały obco i nikt nawet się za nią nie obejrzał,
gdy szła główną ulicą. Przez te wszystkie lata Kat bała się powrotu,
jakby rozwścieczony tłum miał ją porwać i zaciągnąć na komisariat w chwili, gdy przekroczy most, lecz w rzeczywistości była tu tak samo
anonimowa jak w każdym z wielu miasteczek, w których pomieszkiwała
wcześniej.
Teraz, gdy już przezwyciężyła strach przed rozpoznaniem, następnym
priorytetem Kat było znalezienie pracy. Być może miała nie zagrzać tu
miejsca, lecz tak czy inaczej musiała zarobić trochę grosza. Kilka
następnych dni spędziła więc, jeżdżąc Marge po okolicy i próbując
znaleźć jakieś zajęcie. Początkowo wydawało się, że szczęście nie będzie
jej sprzyjać; większość lokalnych biznesów miała pod dostatkiem rąk do
pracy, a tam, gdzie akurat były wakaty, właścicielom wystarczyło jedno
spojrzenie na różowe włosy i tatuaże, by odesłać Kat z kwitkiem. Kiedy
była już bliska rezygnacji i wyjazdu, przechodząc przypadkiem obok
Remi's, taniej kawiarni na tyłach High Street w Winton, dostrzegła
przyklejone w oknie ogłoszenie o pracę na zmywaku. Właściciel, rosły
brodaty mężczyzna, burkliwie zadał jej kilka pytań i bez większych
ceregieli zaproponował pracę od zaraz. Była to paskudna, męcząca robota
-?cały dzień na nogach i z rękami po łokcie w popłuczynach -?lecz
dostawała gotówkę do ręki i nie zamierzała ciągnąć tego długo.
Tak oto w drugim tygodniu pobytu w Chalcot życie Kat ustabilizowało się
i przemieniło w spokojną, choć nudną rutynę. Pracowała dziesięć godzin
dziennie i wracała do Shelley House, gdy słońce zaczynało już zachodzić.
Wtedy zaś Josepha na ogół nie było już w domu. Tak naprawdę Kat prawie
nie widywała się z nim od dnia przeprowadzki. Czasami mijali się rano,
przed wyjściem Josepha na codzienny jogging z Reggiem. Gdy Kat po raz
pierwszy zobaczyła siedemdziesięciopięciolatka rozgrzewającego się w krótkich spodenkach do biegania i z opaską na czole, musiała stłumić
śmiech. Joseph zdawał się wyczuwać, że Kat woli być sama, dlatego główny
kontakt z gospodarzem miała za pośrednictwem talerzy z jedzeniem, które
zostawiał jej w lodówce; zawsze z odręczną notatką na wierzchu, w której
instruował ją, jak najlepiej podgrzać posiłek. Kat nigdy wcześniej nie
miała nikogo, kto przygotowywałby jej domowe dania od podstaw -?wizja
posiłków jej matki ograniczała się do bochenka chleba i słoika z masłem
orzechowym, a czasami i tego brakowało -?więc przez kilka pierwszych dni
Kat zostawiała jedzenie nietknięte. Ale w końcu smakowicie wyglądająca
zapiekanka z kurczakiem przemówiła jej do wyobraźni i od tamtej pory
każdego wieczoru delektowała się domowym obiadem.
W piątek Kat mozolnie człapała Poet's Road, a całe jej ciało bolało ze
zmęczenia. Przepracowała siedem dni z rzędu i jedyne, czego teraz
pragnęła, to położyć się spać. Wchodząc po stromych, obtłuczonych
schodach w stronę drzwi wejściowych do Shelley House, dostrzegła jakiś
ruch w oknie po prawej stronie. Odwróciła się, lecz za szybą ujrzała
tylko grube firany. Mimo to wiedziała, że Dorothy Darling tkwi teraz za
nimi i ją szpieguje. Kat do dziś nie widziała jej osobiście ani z nią
nie rozmawiała, jeśli rzecz jasna nie liczyć pierwszej, napiętej wymiany
zdań przez domofon w dniu, w którym się wprowadziła. Często czuła
jednak, że jest obserwowana, gdy wchodzi do Shelley House albo wychodzi.
Może Dorothy rzeczywiście jest tą złą wiedźmą, o której opowiadały
dzieci w szkole, i teraz knuje, jak rzucić się na Kat i zamknąć ją na
strychu? Kat uśmiechnęła się do własnych myśli, otworzyła drzwi
wejściowe i skierowała się w stronę mieszkania numer jeden. Jeszcze
tylko kilka kroków i będzie mogła odgrzać obiad, a potem paść na łóżko.
Ale gdy otworzyła drzwi, jej oczom ukazał się nie tylko Joseph, lecz
także czworo nieznajomych, którzy patrzyli na nią z nieskrywaną
podejrzliwością.
-?Ach, Kat, w samą porę! -?powiedział Joseph, wstając z krzesła. -
Właśnie mieliśmy zaczynać.
O nie, w co ona się wpakowała? Kat zlustrowała wzrokiem dziwną grupę
stojących przed nią indywiduów. Trafiła na spotkanie AA albo
ekscentrycznej sekty seksualnej? Reggie podbiegł do niej, z entuzjazmem
merdając krótkim ogonem, a ona pochyliła się, by go pogłaskać i przy
okazji uniknąć kontaktu wzrokowego z zebranymi w pomieszczeniu ludźmi.
-?Wybacz, że nie zdążyłem cię ostrzec, lecz sprawa była naprawdę nagląca
-?dodał Joseph. -?Mieliśmy w tym tygodniu kilka niepokojących wieści,
więc zwołałem pilne spotkanie mieszkańców.
Ach, czyli to z pewnością sąsiedzi. Kat nie spotkała jeszcze żadnego z lokatorów, choć czasami słyszała przytłumione odgłosy ich życia:
spuszczaną piętro wyżej wodę w toalecie, muzykę albo dochodzące gdzieś z oddali kłótnie.
-?Pozwólcie, że was wszystkich przedstawię -?rzekł Joseph, gdy Kat się
wyprostowała. Otworzyła usta, by powiedzieć, że musi coś zjeść, lecz
Joseph nie dał jej dojść do słowa. -?Zacznę od Glorii z mieszkania numer
sześć.
Skinął w stronę drobnej kobiety, która na oko mogła być przed
czterdziestką albo tuż po niej. Miała miedziane włosy oraz nieskazitelny
makijaż i była ubrana w obcisłe złote legginsy. Stukała w ekran telefonu
długimi akrylowymi paznokciami i bez większego zapału rzuciła w stronę
Kat lakoniczne: "Cześć".
-?A to Omar i Ayesha z mieszkania nad nami -?kontynuował prezentację
Joseph, wskazując na parę siedzącą na sofie naprzeciwko niego. Kat
domyśliła się, że to ojciec i córka, choć siedzieli od siebie tak
daleko, jak tylko pozwalała na to kanapa. Omar miał minę człowieka
skrajnie wyczerpanego, Ayesha zaś wyglądała jak nastolatka, która
wolałaby być gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj. Kat nie winiła jej za
to.
-?Miło mi cię poznać -?powiedział Omar, lekko kiwając głową na
przywitanie.
-?A na koniec Tomasz, mieszka pod piątką.
Mężczyzna, którego przedstawił Joseph, siedział w fotelu i był tak
ogromny, że mebel zdawał się ledwo wytrzymywać jego ciężar. Musiał mieć
prawie dwa metry wzrostu i mógł się poszczycić muskularnymi ramionami
wielkości potężnych szynek oraz gładko ogoloną głową.
-?Kiedy zamierzamy zacząć? -?zapytał z silnym polskim akcentem, nawet
nie zadając sobie trudu, by zwrócić uwagę na Kat. -?Nie zamierzam tu
przesiedzieć całego wieczoru. Princess musi wyjść na spacer.
Kiedy mężczyzna mówił, Reggie warknął cicho, a sierść na karku stanęła
mu dęba.
-?Chciałem poczekać, żeby zobaczyć, czy ktoś jeszcze do nas dołączy -
odparł Joseph, a Kat wyczuła w jego głosie stanowczość, jakiej jeszcze u niego nie słyszała. Najwyraźniej darzył Tomasza taką samą sympatią jak
Reggie. -?Kat, przysuniesz sobie krzesło? Sprawa dotyczy także ciebie.
-?Jestem potwornie głodna i muszę iść coś przekąsić.
-?Och, szkoda...
Choć rozczarowanie w głosie Josepha nie uszło jej uwadze, popędziła do
kuchni. Zebranie mieszkańców jawiło się jej jako idea z piekła rodem.
Poza tym Kat oficjalnie nie była lokatorką, bo wynajmowała część
mieszkania od Josepha i mieszkała tu ledwie kilka tygodni, więc
cokolwiek się działo, nie miało z nią nic wspólnego. Na kuchence
znalazła rondel z karteczką samoprzylepną na pokrywce, na karteczce zaś
widniał napis: "Podgrzewaj mnie powoli przez 10 minut" i uśmiechnięta
buźka. Kiedy uniosła pokrywkę, uderzył ją apetyczny zapach trawy
cytrynowej i czosnku.
-?Cóż, dobrze, myślę, że chyba powinniśmy zacząć bez pozostałych dwojga.
-?Kat usłyszała z salonu najpierw Josepha, a potem coś, co zabrzmiało
jak prychnięcie.
-?Mówisz tak, jakby udzielna księżna Darling miała zaszczycić nas swoją
obecnością. -?To musiała być Gloria, a jej głos ociekał sarkazmem. -
Wolałaby, żeby ten dom spłonął, niż usiąść z nami w jednym pokoju.
-?To nie fair -?odparł łagodnie Joseph. -?Dorothy mieszka tu dłużej niż
którekolwiek z nas, więc wyobrażam sobie, że musi to być dla niej bardzo
niepokojące.
-?Daj spokój, Joe. Wiesz równie dobrze jak ja, że dzień twojej i mojej
eksmisji będzie dla niej powodem do świętowania.
Eksmisja. Serce zamarło Kat w piersi. Straciła rachubę, ile razy
słyszała to słowo. Znała je i bała się go, zanim nauczyła się alfabetu.
A dwa tygodnie zapowiadało się na nowy rekord, nawet dla niej. Kat
wzięła głęboki wdech. "Nie ciebie eksmitują. To problem Josepha, nie
twój. Znajdziesz nowe miejsce; zawsze znajdujesz".
-?A ten nowy facet spod czwórki? Nie przyjdzie? -?Kat usłyszała pytanie
Glorii.
-?Pukałem do niego i zostawiłem mu liścik, ale bez odzewu -?odparł
Joseph.
-?Nie jestem zdziwiony, ten człowiek to jakiś koszmar -?orzekł Omar. -
Głośna muzyka o każdej porze dnia i nocy, hałaśliwe imprezy, narkotyki.
Jedyny plus tego całego zamieszania jest taki, że nie będę już musiał
długo mieszkać naprzeciwko niego.
-?Ale nawet bez niego i Dorothy wciąż jest nas tu pięcioro -?stwierdził
Joseph. -?Jestem przekonany, że uda nam się znaleźć jakiś sposób, by
zapobiec tej bezsensownej eksmisji.
-?Niby jak mielibyśmy to zrobić? -?Dudniącego głosu Tomasza nie dało się
pomylić z żadnym innym. -?Jesteśmy tylko najemcami, więc właściciel może
robić, co mu się żywnie podoba. Na mocy artykułu dwadzieścia jeden to
wypowiedzenie oznacza, że musimy się wynosić.
Była to kolejna fraza, którą Kat słyszała więcej razy, niż by chciała.
Tomasz miał rację; artykuł 21 oznaczał tę formę wypowiedzenia, która
pozwala właścicielowi wyrzucić wszystkich lokatorów, nawet jeśli nic
złego nie zrobili. Mieszkańcy tego domu mieli przechlapane.
-?Od środy, kiedy przyszły te listy, zrobiłem rozeznanie i może wcale
nie jest tak źle, jak się nam wydaje -?powiedział Joseph. -?Zapoznałem
się z tą kwestią i możemy legalnie pozostać w naszych domach po
wygaśnięciu umowy najmu piętnastego lipca. A jeśli tak zrobimy,
właściciel Alexander Properties będzie musiał udać się do sądu i uzyskać
nakaz zajęcia budynku, zanim zostaniemy eksmitowani. Możemy osobiście
uczestniczyć w rozprawie i przedstawić argumenty przemawiające za
uchyleniem decyzji o eksmisji.
-?Czyli możemy tu zostać dzięki decyzji sędziego? -?zapytała Gloria, a Kat usłyszała iskierkę nadziei w jej głosie.
-?Oczywiście. Jeśli nie ustąpimy i przedstawimy wystarczająco mocne
argumenty, sąd może orzec na naszą korzyść.
-?To świetna wiadomość! -?powiedział Omar.
Kat pokręciła głową. Jeśli myśleli, że cokolwiek w ten sposób ugrają,
byli w głębokim błędzie. Czy powinna tam wejść i poinformować ich, że
nie ma sposobu na zapobiegnięcie tej eksmisji? To jednak oznaczałoby
złamanie najważniejszej zasady, by nie spoufalać się z sąsiadami. Nie,
powinna trzymać się od tego z daleka; to przecież nie jej problem. Z salonu dobiegał ją podekscytowany gwar, z którego wyróżniał się głos
Josepha. Spojrzała na karteczkę samoprzylepną z uśmiechniętą buźką i westchnęła.
-?Możecie próbować iść z tym do sądu, ale nie wygracie.
Gdy Kat weszła do salonu, pięć par oczu zwróciło się w jej stronę.
-?Skąd ta pewność? -?zainteresowała się Gloria.
-?Bo sędzia może uchylić eksmisję na mocy artykułu dwadzieścia jeden
tylko wtedy, gdy właściciel popełni błąd w papierach, a zakładam, że
wasz tego nie zrobił. Jeśli postanowicie się procesować, sędzia i tak
wyda nakaz zajęcia, a wy będziecie musieli pokryć koszty postępowania
oraz zapłacić za własne eksmisje. A to będzie was kosztować fortunę.
-?Jesteś tego pewna, Kat? -?zapytał Joseph. -?Skąd wiesz?
Kat nie odpowiedziała. Nie zamierzała nikomu tłumaczyć, ile razy miały z matką do czynienia z eksmitującymi ich komornikami; jak to jest -
patrzeć, jak jej nieliczne cenne drobiazgi wyrzuca się na ulicę; jak
wygląda dzieciństwo w ciągłym poczuciu zagrożenia bezdomnością.
-?Tak, jestem tego pewna -?powiedziała tylko, po czym odwróciła się i czmychnęła do kuchni.
Przez chwilę w salonie panowała cisza.
-?Jesteśmy zgubieni -?oznajmił Omar, bez choćby cienia wcześniejszego
optymizmu w głosie.
-?Niekoniecznie, tato. -?To musiała powiedzieć Ayesha. -?Wciąż uważam,
że warto zawalczyć.
-?Ale słyszałaś, co powiedziała Kat, kochanie. Poza tym Fergus Alexander
to podpora miejscowej społeczności. Na litość boską, ten człowiek jest
właścicielem bodaj połowy okolicznych nieruchomości, a nawet członkiem
rady szkolnej. Tutejsze władze nigdy nie staną po naszej stronie, jeśli
wystąpimy przeciwko niemu.
-?Ayesha ma rację, powinniśmy przynajmniej spróbować -?nalegał Joseph. -
Nawet jeśli rzeczywiście nie ma sensu walczyć o swoje przed sądem, są
inne sposoby, żeby zaprotestować. A może spróbujemy zwrócić uwagę opinii
publicznej na naszą sprawę albo nawet nagłośnić problem w lokalnej
prasie? Jeśli Fergus ceni swoją reputację, może uda się nam wykorzystać
presję społeczną, żeby zmusić go do wycofania się?
-?To nie zadziała -?odparł szorstko Tomasz. -?Tacy jak on mają gdzieś
opinię publiczną, dla nich liczy się tylko forsa.
-?Tylko że mnie nie stać na inne mieszkanie w Chalcot -?stwierdził Omar,
a Kat wyczuła w jego słowach niepokój. -?Dopóki mieliśmy też pensję
Fatimy, łatwiej było nam związać koniec z końcem, lecz teraz zostałem
sam. Już ten lokal jest dość drogi... a widziałeś inne ceny wynajmu w okolicy? -?dodał.
-?Powiedziałam ci, tato, że znajdę jakąś pracę.
-?Nie, Ayesha -?odparł Omar ostro. -?Rozmawialiśmy o tym wcześniej i wiesz, że nie pozwolę, by coś odciągało cię od nauki.
-?Ale mam prawie szesnaście lat i...
-?Powiedziałem nie!
Nastolatka umilkła i w salonie znów zapadła cisza. W rondlu z jedzeniem
Kat zaczęło bulgotać, wyjęła więc talerz z szafki, ale tak ostrożnie, by
nie przypomniał im brzęknięciem o jej obecności.
-?Wczoraj poszłam do urzędu -?odezwała się w końcu Gloria. -?Podobno na
mieszkania komunalne jest dwuletnia lista oczekujących. Dwa lata!
-?Nie przeprowadzasz się do tego twojego chłopaka? -?Tomasz nie tyle
powiedział, co wypluł ostatnie słowo.
-?Nie twoja sprawa, gdzie zamieszkam -?warknęła Gloria. -?Przynajmniej
kiedy się wyprowadzimy, nie będę musiała znosić twojego śmierdzącego
psa.
-?Princess nie śmierdzi.
-?Spokojnie, drodzy, tylko spokojnie -?zaapelował Joseph. -?Wszyscy
jedziemy na jednym wózku.
-?Ale Princess faktycznie cuchnie -?orzekła Ayesha. -?Czuć ją na całych
schodach aż do naszego mieszkania. Paskudztwo.
-?Wcale nie jest paskudna! -?zaoponował Tomasz podniesionym głosem. -
Czasami ma infekcje bakteryjne, ale to nie jej wina. W każdym razie,
jeśli ktoś ma tu problem z psami, to ten szczekacz Josepha jest gorszy
od mojego.
-?Zostaw Reggiego w spokoju -?powiedział Joseph. -?To grzeczny pies,
dopóki Princess nie zaczyna go straszyć.
Kat pokręciła głową. Co za banda! To był kolejny powód, dla którego
zawsze trzymała się z daleka od sąsiadów, bo prędzej czy później
kończyło się kłótniami o jakieś bzdury. Wystarczyło spojrzeć na tę
piątkę; ewidentnie nie znosili się nawzajem.
-?Wszyscy trochę zeszliśmy z tematu -?orzekł Omar. -?Myślałem, że na tym
spotkaniu będziemy rozmawiać o problemie eksmisji, a nie o psach.
-?Masz rację, Omar -?przyznał Joseph. -?Posłuchajcie, nie wiem, jak wy,
ale ja chcę uratować swoje mieszkanie. Uratować wszystkie nasze
mieszkania. Kto do mnie dołączy w tej walce?
Zapadła długa cisza, którą przerwało dopiero szuranie nóg krzeseł po
podłodze.
-?Nie będę tracić czasu -?powiedział Tomasz. -?Jest jak jest, musimy się
z tym pogodzić i pójść dalej. A teraz wybaczcie, ale muszę wracać do
mojego śmierdzącego psa.
Jego ciężkie kroki zadudniły o podłogę, a potem drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
-?A ty, Omarze? Ayesho?
-?Chcę walczyć, Joseph, ale co tak naprawdę możemy? -?zapytał Omar. -
Fergus Alexander decyduje o wszystkim, a my o niczym.
-?Mama chciałaby, żebyśmy walczyli -?powiedziała cicho Ayesha.
-?Twoja matka chciałaby, żebym zrobił to, co jest najlepsze dla naszej
rodziny -?odparł Omar, a Kat wychwyciła drżenie w jego głosie. -?A teraz
chodzi przede wszystkim o to, żebyśmy mieli dach nad głową, a ty
powinnaś skupić się na egzaminach. Chodź, ja muszę nam coś ugotować, a ty się uczyć.
Kat usłyszała, jak oboje wychodzą i ciche słowa Ayeshy na pożegnanie.
-?Wygląda na to, że zostaliśmy z tym sami, Glorio -?powiedział Joseph.
Kobieta odkaszlnęła cicho.
-?Posłuchaj, chciałabym jakoś pomóc, ale mam teraz za dużo na głowie. U mnie w pracy są zwolnienia, matka nie czuje się najlepiej, a Barry
dokłada swoje... Muszę się zastanowić, co dalej. Przepraszam, Joe.
-?Jasne, rozumiem. Ale obiecaj mi, że zanim podejmiesz jakąś poważną
decyzję, dobrze ją przemyślisz. Znasz moje zdanie na ten temat:
zasługujesz na partnera, który będzie cię dobrze traktował.
-?Obiecuję.
Kat usłyszała stukot wysokich obcasów Glorii na drewnianej podłodze i odgłos zamykających się drzwi do mieszkania. Chwilę później dobiegło ją
ciężkie westchnienie i w progu kuchni stanął Joseph ze spuszczoną głową.
-?Ach, Kat. Smakowało?
-?Pycha, dzięki.
-?Domyślam się, że wszystko słyszałaś -?stwierdził bardziej, niż
zapytał, kiwając głową w stronę salonu. -?Miałem nadzieję, że chociaż
jedno z nich zechce mi pomóc, ale wygląda na to, że wszyscy się już
poddali.
Kat bawiła się widelcem, próbując ukryć zakłopotanie. Powinna wyjść z kuchni, zanim palnie coś niewłaściwego i pogorszy sprawę, lecz Joseph
blokował jej drzwi. Czekała, aż coś powie, ale pogrążył się we własnych
myślach.
-?Wygląda na to, że wszyscy mają swoje sprawy -?powiedziała po chwili
Kat.
-?Pewnie. Po prostu byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym miał w tej walce
jakiegoś sprzymierzeńca. Sęk w tym, że sam nie jestem zbyt skuteczny. O wiele lepiej działam we współpracy z innymi. Wiesz, jak to jest.
-?Obawiam się, że nie wiem.
Joseph spojrzał na nią pytająco, lecz Kat tylko wzruszyła ramionami.
-?Od dawna uważam, że najlepiej jest być samowystarczalnym. Inni ludzie
w końcu zawsze zawodzą.
-?Przykro mi, że tak czujesz -?powiedział Joseph łagodnie.
-?Tak czy inaczej, chyba dobrze się stało. Gdyby wszyscy cię wsparli,
przez kolejne dwa miesiące boksowałbyś się z właścicielem, a i tak
wylądowałbyś na bruku. Teraz możesz zająć się szukaniem nowego lokum.
Joseph zmarszczył brwi.
-?Moja droga Kat, jeśli uważasz, że bierność sąsiadów zniechęci mnie do
oprotestowania nakazu eksmisji, to mnie nie doceniasz. Może i wolałbym
to robić w grupie, ale nie pozwolę, żeby jedna mała przeszkoda mnie
zniechęciła.
-?Serio?
-?Serio. Do eksmisji zostało osiem tygodni, ale ja przez ten czas będę
walczyć i wygram. Nie tylko dla siebie, ale też dla nich wszystkich.
Poczekaj, a się przekonasz.
Było to tak absurdalne oświadczenie, że Kat nie mogła się powstrzymać od
śmiechu, a Joseph jej zawtórował.
-?Jesteś szalony -?oznajmiła.
-?Jestem. Dlatego Fergus Alexander powinien mieć się na baczności.