Wschody i zachody księżyca - Tadeusz Konwicki

Reflow text when sidebars are open.
Występna pamięć usłużnie przypomina książkę, którą pisałem siedem lat temu. Już siedem lat. Niby dziennik, łże-pamiętnik, apokryf autobiograficzny. Powieść-życie, a właściwie opowiadanie-kalendarzowy odcinek życia. Jednym słowem "Kalendarz i klepsydra". Miło mi się pisało, lekko, bez katorżniczego wysiłku. Choć nie ambitnie. Bo w prozie fachowcy i autorzy cenią wyżej to, co z głowy, to znaczy z niczego, od tego, co z życia, co z biografii. Więc poważny dylemat. Czy łatwo i nieambitnie, czy z trudem, ale na najwyższej nucie.
Lepiej łatwo, lepiej jak leci, lepiej śmietnik życia. Albo raczej powieść-kawałek życia. Umówmy się, że jestem dobrze napisanym bohaterem powieściowym i że w 1981 roku przeżyję lawinę nadzwyczajnych przygód, wodospad zdumiewających konfliktów i odrobinę, nie za wiele, kilka mocnych katastrof miłosnych.
Wiem także, iż niedobrze jest się chwalić. a w dodatku na samym początku mojego żmudnego maratonu. Ale proszę bardzo, mogę sobie zapeszyć ten mój ułatwiony zamiar. Niech to więc będzie utrudnieniem ułatwionego.
I oto raptem odczuwam ochotę, żeby zaśpiewać. Żeby przy pomocy przymiotników, zaimków i kropek, przy pomocy materiału epickiego zaśpiewać sobie znienacka i pociągnąć za uszy czytelnika w stronę nieba, z którym będziemy często mieli do czynienia w tym moim własnym, osobistym, zastrzeżonym tylko dla mnie roku 1981.
Bo, wstyd powiedzieć, od pewnego czasu cierpię na zawodową chorobę literatów, nie będąc zawodowym literatem. Otóż w jakiejś panice chwytam się różnych zajęć, żeby nie wypaść z obiegu. Zaczynałem kilka razy różne książki, przygotowywałem dziwne nawet dla mnie samego filmy. a tę histerię niemocy znam od dawna, obserwowałem ją u innych, sam sobie ją wywróżyłem z inklinacji masochistycznych.
Ja wiem, że jeszcze piszę obok, wiem, że szkoda czasu na te dywagacje, którymi rozpędzam mój wehikuł prozy. Bo ja, proszę państwa, muszę się rozgrzać, poluzować mięśnie, wpaść w rytm, żeby podołać długim dystansom. Gorzej, muszę siebie usłyszeć, zapamiętać ten dźwięk mego wewnętrznego kamertonu, który będzie mnie prowadzić w nowej przygodzie.
Jeszcze nie słyszę. Macam ciemność przede mną. Nie wiem, kiedy to się stanie. Może na następnej stronie, a może dopiero na czterdziestej czwartej. Taką właśnie stronę wymieniam, żeby podeprzeć reklamą mego rodaka spod Nowogródka.
Czy zwyciężyliśmy, czy przegraliśmy. Nikt nie wie. Ani Breżniew, ani Papież. Powiadam do kogoś: "Zająłem ci miejsce w kolejce do fortepianów". Rzeczywiście w Alejach Ujazdowskich przed sklepem muzycznym ustawił się ogonek, bo ogromna ciężarówka z przyczepą przywiozła pianina i fortepiany firmy "Calisia". a pół godziny przedtem widziałem długi ogon przed radzieckim sklepem "Natasza". Dlaczego na mrozie stali przed tym kiepskim sklepem potomkowie hetmana Żółkiewskiego i generała Dowbór-Muśnickiego? Może "rzucono" do sklepu złote radzieckie pierścionki. Wymyśliłem z rozpaczy kilka marnych grepsów w swoich książkach i moi rodacy z posępnym uporem realizują te moje grepsy. Przed rokiem moje filmy szły na przeglądzie w warszawskim kinie "Zdrowie" pod tytułem "Lenin w Polsce". Dzisiaj film dokumentarny z sierpnia ubiegłego roku "Robotnicy '80" idzie w kilku kinach pod tytułem "Seanse zarezerwowane". a to przecież ja zażartowałem w "Małej Apokalipsie", że w kinie "Wołga", dawniej "Skarpa", pod szyldem radzieckiej komedii muzycznej "Świetlana przyszłość" idzie polski film niepokoju moralnego "Transfuzja".
Sklepy spożywcze z octem i sfermentowanymi kompotami, sklepy odzieżowe z ubraniami dla ułomnych, sklepy z butami bez butów, sklepy z artykułami technicznymi oblepione komunikatami, odezwami i apelami społecznych, obywatelskich komitetów ogonkowych dla zakupu odkurzacza czy lodówki w systemie przedpłaty i loterii. Na drzwiach jakiegoś sklepu napis: "Z powodu choroby sklepu personel nieczynny".
Kilka setek, a może kilka tysięcy gazet "Solidarności". Nikt ich nie kontroluje i pewnie nikt nie czyta. Ale są, sypią się codziennie z nieba zamiast śniegu tej bezśnieżnej zimy. Piszą o wszystkim, o czym nie pisano przez trzydzieści pięć lat. Piszą o tym, o czym było strach pomyśleć podczas bezsennej nocy ostatniego czterdziestolecia.
Partia nasza kochana, partia, która zwalczała Boga, bo odbierał jej wielbicieli, partia, która tępiła przeznaczenie jako aroganckiego rywala, partia, której się zaczęło zdawać, że na którymś plenum powołała do życia wszechświat, ta nasza rozkapryszona, wypieszczona, rozkochana w sobie partia padła nosem w błoto i już pół roku tarza się w poniżeniu, w kompletnym upadku, w totalnym rozpadzie. I to ścierwo partii włóczą i szarpią nie sępy imperializmu, ale rozwścieczeni szeregowcy partyjni, proletariusze, reprezentanci ludu. a partia, ćwiartowana, kopana, bezczeszczona kwili tylko cichutko o swojej kierowniczej roli.
Społeczeństwo polskie w kilka tygodni podzieliło się na dwie substancje biologiczne. Na ogromną masę narodu i na maleńki szczep bakterii obcej agentury. Kilkadziesiąt tysięcy obcych agentów usiłuje rządzić trzydziestosześciomilionowym narodem. Przypomina to trochę próbę kopulowania słonia przez mysz.
Nawet ta zima, zima 1980/1981, przyszła jakby na paluszkach, delikatnie, bez agresji i brutalnych wybryków. Osłabły reżym chętnie by przymroził hardych Polaków, już tu i tam, tędy i owędy przytrzymał dowóz węgla do elektrociepłowni, ale opatrzność czuwa i nie pozwala rtęci opaść w termometrach poniżej zera. Tej zimy może dwa albo trzy razy nałożyłem swój stary kożuch z Sokołowa Podlaskiego, kożuch-prekursor mód wschodnioeuropejskich.
Trochę sypnie śniegiem, trochę powieje ciepłym wiatrem z dewizowych krajów, trochę zamgli, trochę siąpnie deszczykiem i tak leci w stronę wiosny. W nocy zawał, w nocy raptowny atak lęku, ale w dzień jakoś idzie. Od ogonka do ogonka. Tu ćwiartka masła, tam kilo mąki, a ówdzie dwa metry podszewki.
A to wszystko zbiega się, współgra, rymuje się z moim własnym losem. W zeszłym roku operacja raka gardła, w tym roku wszystkiego po trochu, dziesięć różnych dolegliwości. Mógłbym powiedzieć - ze starości. Ale nie, tak dobrze nie będzie. To jeszcze nie starość. Starość dopiero przyjdzie. a na razie to dopiero kara za grzechy. Lecz za jakie grzechy? Kto i kiedy grzeszył? Ja, my, oni? Wszyscy. Grzeszyliśmy, grzeszymy, albo będziemy grzeszyć.
Zasypiam o północy i śpię dwie, trzy godziny. Potem leżę, trochę drzemię i tamuję w sobie jakiś zawiesisty ból złych przeczuć, złych przeżyć, złych złości. Coś mnie zjada. Ale do mety jeszcze daleko. Nie ma się co pocieszać.
Rozstrojony dom brzmi swoim nocnym brzmieniem. Dom, w którym mieszkam dwadzieścia pięć lat, czyli ćwierć wieku. Dom, w którym pękają szyby, łamią się zamki, kruszą się rury. Trzeba się cieszyć każdą nadchodzącą godziną, każdym darowanym dniem. Kto tak powiedział? Jakiś osioł. Jakiś zadowolony z życia osioł albo filozof.
Trzeba wstać z wyra i iść cieszyć się życiem.
Sześć miesięcy wydzierania z gardła reżymowi podstawowych swobód demokratycznych czy przynajmniej ersatzów tych swobód w nastroju pesymizmu, smętku, zabobonnego odpukiwania, niewiary i ponurości.
A i partia niewesoła, mocno zgorzkniała i lekko masochistyczna. Ze srogim stękaniem wydaje z siebie, co nakradła, przywłaszczyła, uzurpowała.
A tym razem nie. a tego roku zhardzieli. To znaczy nie od razu. Najpierw runęli do prezydiów "Solidarności", już otworzyli usta, żeby zakrzyczeć antyreżymowo, i nagle usta zamknęli, wycofali się chyłkiem z mateczników rewolty. Jeszcze kilka tygodni i oto szydzą z dziesięciomilionowej "Solidarności". Wykpiwają samorządne aspiracje społeczeństwa. Świętokradczo prowokują obudzony naród.
Co się stało, że nie trzęsą portkami, jak zawsze trzęśli w podobnych sytuacjach? Co wiedzą, czego my nie wiemy? Co widzą ponad naszymi głowami, czego my nie widzimy?
Jak ta ostatnia podróż szybko zaciera się w mojej pamięci. Dwie poprzednie amerykańskie peregrynacje zapisały się dosłownie w moich wspomnieniach. Na pewno odegrały jakąś rolę w chemiczno-elektrycznych procesach mojej świadomości. Coś jej pewnie dały, a coś innego odebrały. Tamte dwie podróże uformowały się w całe archipelagi jakichś anegdot, przypowiastek, bon motów. Miały te podróże, jak prawdziwe dzieła sztuki, wyszukane kształty i jaskrawe kolory. a ta ostatnia nic. Jak chwilowy przeciąg. Jak droga przez zaorane pole. Jak niespełniony zamiar.
A przecież była to dobra podróż. Może nawet najlepsza. Przesiedzieliśmy u Marysi w samym sercu serca Manhattanu pięć tygodni w trybie rodzinno-wakacyjnym. Długie spacerki w dół albo w górę wyspy, sporo nerwowej telewizji, trochę czytania w krzesełkach, czyli w alfabecie rosyjskim, i noce ze skradającymi się lękami, których nową porcję nażyłem w szpitalu z okazji dwóch, a właściwie trzech operacji. Te strachy przychodziły nad ranem, kiedy zaczynałem się dusić z braku powietrza. I tak w pracowitych konwulsjach dusiłem się aż do dnia, aż do śniadania, choć doskonale wiedziałem, że to zwykła histeria, bo moja rura wdechowa jest teraz po operacjach dużo szersza niż u normalnego śmiertelnika.
Maleńka sypialnia, w której rezydowałem, miała wielkie okno jak obraz nieznanego malarza szwajcarskiego z końca XIX wieku. Na tym obrazie ujętym w białe proste ramy widać było u dołu kłębowisko zszarzałej trochę zieleni platanów, i z tej przywiędłej zieleni, jak z runa kosodrzewiny, wystrzelały w górę niebotyczne szczyty alpejskie, a śród nich wielki, majestatyczny, rozsłoneczniony masyw Mont Blanc. To wszystko lokowało się na intensywnym, banalnym i dumnym z banalności błękitnym błękicie nieba przy końcu indiańskiego lata.
Oczywiście ten alpejski krajobraz tworzyły drapacze chmur z jednym największym, białym jak kość, dotykającym sklepienia nieba i oblanym gęstym światłem jesiennego słońca. a śród platanów czerwieniły się jeszcze jakieś nieznane mi bliżej orzechy, a z bocznych listew ramy wydobywały się od czasu do czasu przeraźliwie białe obłoki i przywierały do zbocza Mont Blanc, a kilka razy w padołach przełęczy alpejskich wyrzynały się z niebieskości nieba olbrzymiejące i rozpływające się później litery sloganów reklamowych rozpinanych na niebie przez samoloty.
Przywiązałem się do tego obrazu i to był mój własny, osobisty, przez nikogo nigdy nieoglądany landszaft w manierze superrealizmu. Właściwie istnieje do dzisiaj ten kolorowy widoczek, łatwo mi go przywołać, kiedy tylko zamknę powieki. Kto wie, czy to nie najcenniejsze trofeum, które mi się udało przywieźć z dalekiej podróży.
Ale ja chciałem nie o tym. Zamierzałem wspomnieć o tej naszej, mojej, waszej Polsce, która tu, w dziwnej starożytno-nowożytno-nuworyszowskiej Ameryce odbijała się krótkimi refleksami tragicznego światła. Może nie tragicznego, ale przynajmniej posępnego światła, światła mocno ściemnionego. I od tych krótkich, nieżywych błysków chorego światła rosła bujnie Polska w mrowisku nowojorskim. Zewsząd wyłaziła, wszędzie się pojawiała, a nawet - mówiąc ostrożnie - na każdym kroku panoszyła się Polska. Pierwszy raz w tym wieku przekroczyliśmy liczącą się granicę: wyrozumowana uwaga dla sprawy, dla problemu zaczęła się przemieniać w sympatię dla pewnego obszaru geograficznego i dla pewnych ludzi.
Po raz pierwszy w tym stuleciu przestaliśmy irytować swoją obecnością, swoim istnieniem wycwanione mocarstwa zachodnie. Po raz pierwszy okazało się, że nasze życie jest początkiem ich życia, że nasz los jest osnową ich losu.
Trochę się zapędziłem. Tak dobrze będzie może kiedyś w przyszłości. Ale przynajmniej przestali mędzić, że nas nie rozumieją. Przestali machać na nas ręką. Przestali wzruszać ze zniecierpliwieniem ramionami. Przestali zmieniać temat. Przestali podkochiwać się w Rosjanach. No, tu znowu przesadziłem. Może nie przestali się podkochiwać, ale przynajmniej uważają, żeby nie zajść w ciążę.
Pierwsze wyjaśnienie, jakie się od razu nasuwa, to to, że Polacy są niegospodarni, niezdyscyplinowani, rozbałaganieni. Ale tu chciałbym nieśmiało przypomnieć, że przed wojną ci sami Polacy robili doskonałe maszyny do szycia, wspaniałe rowery, świetne wyroby żelazne "Gerlacha", najtrwalsze samochody w Europie, czyli polskie fiaty, słynne sukna bielskie, najlepsze samoloty w swojej klasie. Nikt w Polsce nie biegał za produktami importowanymi, czyli ten argument niegospodarności, choć obdarzony długą i świetną tradycją, nie bardzo mnie przekonuje. Coś mi się wydaje, że mamy tu do czynienia z innym zjawiskiem.
Polacy są najbardziej doświadczonymi niewolnikami w Europie. Dwieście lat już muszą sobie radzić z różnego rodzaju najazdami, rozbiorami, okupacjami. Być może organizm narodowy doszedł już do granicy krytycznej i nie potrafi więcej znosić przeciążeń niewolniczych. Pewne zwierzęta nie chcą żyć w ogrodach zoologicznych. Są nie do uchowania w niewoli. Może i nasz system podświadomych zabezpieczeń, ostrzeżeń i samoregulacji każe nam popełnić samobójstwo ekonomiczno-polityczne. Polacy nie chcą żyć w takich warunkach ustrojowych i politycznych. Polacy jak wieloryby wyłażą na brzeg niebytu. Polacy popełniają zbiorowe całopalenie.
A może naszym przeznaczeniem jest zagłada komunizmu? Może z naszych rąk, z rąk krnąbrnych weteranów niewolnictwa, musi zginąć ta straszliwa odmiana totalitaryzmu. Polacy nie obłaskawiają potwora, nie malują na jego pysku ludzkiej twarzy, nie humanizują wściekłego zwierza. Polacy chcą go wysadzić w powietrze razem ze sobą. Albo pociągnąć na dno jak młyński kamień.
Dar przewidywania? Wszystkie szubienice są obwieszone politykami, którzy chełpili się darem przewidywania. Wszystkie rządowe domy starców są wypełnione takimi dalekowzrocznymi politykami. Cała historia to jeden wielki brak umiejętności przewidywania.
Tylko my amatorzy, kawiarniani znawcy, jesteśmy w stanie coś zrozumieć i przewidzieć. Bo my wysilamy nasze wieszcze moce bezinteresownie, w stanie cudownej łaski naiwności, tak jak poeci.
Dlatego słuchajcie mnie. Zdejmijcie te wasze wyszmelcowane od nieustannego czapkowania kapelusze i słuchajcie mojej maligny, w której jest nieskończona ilość trafnych diagnoz i cudotwórczych recept.
Siwy, godny, nauczył się wszystkiego i wie wszystko. Jest uczonym. Jak oni ślicznie i smacznie mówią, jestem u-czo-nym. Ta uczoność to Himalaje pychy. Oni są pyszniejsi od pewnych literatów, a może nawet od niektórych aktorek.
Jest uczony, a nie widzi, co jest napisane i po co. On nie widział nawet tego, że ja sam koślawą nóżką, boczkiem, wstydliwie wstępowałem na stos razem z moim bohaterem. On nie rozumie, że gdybym miał za nic ten naród, tobym się nie szamotał, ile potrafię, przez kilkadziesiąt lat na okoliczność tego narodu. On nie pojmuje, że ja jestem trochę chory na ten naród.
Oczywiście można jeszcze zauważyć, że ten profesor, choć pewnie przeczytał dziesięć tysięcy książek, nie wie nic o literaturze, o jej prawach, obowiązkach, zwyczajach, estetykach, doświadczeniach, przewrotnościach, sposobach psychologicznych, percepcjach, o jej grzeczności i świętości, o jej wielkości i małości, o jej tajemnicach, których domyśla się każda samotna stara panna, skrzywdzony urzędnik czy wrażliwy i pryszczaty licealista.
Tak się pechowo złożyło, że w tym stuleciu naszymi filozofami byli nauczyciele gimnazjalni, wychowawcy młodzieży. a więc ogniska harcerskie, biwaki, snopy iskier, szum lasu, pogodna noc i długie rozmowy. Co to jest szczęście. Co to miłość. Co to patriotyzm.
To, co tu mówię, nie jest takim sobie salonowym powiedzonkiem, nie ma tu zadumy nad upływem czasu ani podziwu dla ewolucji. Chcę mówić o dwóch totalnie różnych ludziach: o Konwickim 1950 i o Konwickim 1981. Oczywiście dat tych używam umownie.
W zeszłym roku na przedwiośniu przyszedł mi do głowy niezbyt pomysłowy pomysł, żeby wydobyć z kąta szafy moją powieść z 1948, albo 1949 roku, książkę nigdy nie publikowaną i przez nikogo, może z wyjątkiem cenzury, nie czytaną, i opleść ją współczesną fabułą oraz dzisiejszym komentarzem, i wysmażyć taki przekładaniec, taki esej ze słojami fabularnymi. Wywlekłem zsiniałego trupa spomiędzy pajęczyn, zsiniałego, bo w jakiejś granatowej tekturowej teczce. Ale już sam tytuł, wypisany spłowiałym atramentem, odebrał mi trochę ochoty do życia. Bo tytuł ten brzmiał, a właściwie brzmi do dzisiaj wprzeklętym schowku: "Nowe dni". Nowe dni - zwrot wielozapachowy. Cuchnie padliną, śmierdzi szambem, zajeżdża trucizną, albo jadem.
Wyjechałem pod Warszawę, żeby nikt nie widział, i w odosobnieniu zacząłem czytać. To nie o to chodzi, że utwór jest głupi i kłamliwy. Po prostu człowiek, który wodził piórem po papierze, jest mi kompletnie nieznany i obojętny. Szukałem cierpliwie znaków wspólnoty, symbolów naszej psychicznej i biologicznej jedności, znamion rodzinnych albo wspólnej tożsamości. Niestety, z zżółkłych stron wyzierała obca gęba jakiegoś faceta, który mnie zupełnie nie obchodzi, z którym nie łączy mnie ani zdawkowa sympatia, ani nawet zwykła ludzka solidarność.
Ale już od dawna zdarzały mi się takie zaskakujące spotkania z nieznanym mi zupełnie, dziwnie obcym człowiekiem, który nazywał się tak jak ja, wyglądał jak ja, miał ten sam numer butów co ja, nawet mieszkał w tych samych domach co ja, nie dość, kochał się w tych samych dziewczynach co ja.
Spotykałem się z nim, tym fatalnym Konwickim, jedynie przez ludzi, przez wspólnych znajomych. Przez teksty nie możemy się spotykać, ponieważ nigdy jeszcze nie zajrzałem do książki opatrzonej naszym wspólnym nazwiskiem. Więc konfrontujemy się przez ludzi, którzy znali go kiedyś, a teraz obcują ze mną. Mówią mi: pamiętasz, wtedy to powiedziałeś, albo: przypomnij, to wtedy zrobiłeś. a ja słucham ze zdumieniem jakichś bajań o człowieku zupełnie innego usposobienia psychologicznego, innego poczucia humoru, a nawet chyba innej moralności. Nie wiem. jak to wyrazić, nie potrafię tego opisać, ale wierzcie mi, błagam na wszystko, wierzcie mi, że to był inny człowiek. I nie chodzi mi o to, że nie chcę za niego odpowiadać, proszę bardzo, mogę za was wszystkich ponieść odpowiedzialność. Chodzi mi o to, że to mnie przeraża. Na moją biografię składa się dwóch Konwickich. I już nie wiem, który jest dobry, a który zły. I już nie wiem, którym teraz chciałbym być.
Słuchajcie, słuchajcie, co kiedyś was spotykałem i co dziś się z wami zderzam nos w nos. Ja się nie zmieniłem, ja się nie odmieniłem ani na jotę. Ja jestem po prostu kimś innym.
- Wania - powiadam - Wania, nie ma nic do jedzenia. Skończyły się konserwy, rybek nie można dostać. Słyszysz?
Iwan przekręca kosmate ucho, żeby nie uronić mego słowa, ale nie odwraca głowy. Koty mają też swój honor. Koty przede wszystkim mają honor.
- Wania, trzeba będzie cię uśpić. Przyjdzie pan weterynarz...
Ucho Iwana ustala się na poprzedniej pozycji. Kot nie chce słuchać tych samych głupich dowcipów. Obserwuje z sympatią lot rzadkich płatków śniegu. Ale rzeczywiście, ludzie dostaną kartki na mięso, a kot, a Iwan, a ten tak ważny w naszym życiu kosmita odziany w kosztowne pręgowane futro? O kocie Iwanie nikt nie pomyślał. To się rozumie samo przez się, że ja oddam mu swoje przydziały. Ale kot lubi pasztet drobiowy "Bobo". Skąd mu to wezmę? Jak mu wytłumaczyć, że nie ma co grymasić i jeśli się zdarzy karkówka, trzeba jeść karkówkę? Jak mu to opisać, że w sklepach najwięcej jest octu?
Oj Iwanie, Iwanie, dożyliśmy się na starość.
Niedawno otrzymałem list polecony takiej treści:
"W nawiązaniu do treści pisma z dnia 30.I.1981 r. przekazanego Prokuraturze przez Marszałka Sejmu PRL, a podpisanego m.in. przez Obywatela - uprzejmie informuję, że wymienione w tym piśmie osoby - zostały tymczasowo aresztowane pod zarzutem popełnienia konkretnych przestępstw przewidzianych, jeśli chodzi o W. Ziembińskiego w art. 270 § 1, 273 § 1, 276 § 1 w związku z art. 10 KK, a w odniesieniu do osób pozostałych - w art. 123 w zw. z art. 128 § 1, 123, 133, 270 § 1 i 2, 273 § 1 i 2, 276 § 1 i 3, 282 w związku z art. 10 KK.
Rzecznik Prasowy Prokuratury Generalnej".
No tak, to jasne. Teraz wszystko rozumiem.
Mój autobus nie nadjeżdżał, a dziewczyna jak młoda lwica miotała się między tymi kawiarniami, nie widząc ulicy, nie dostrzegając przechodniów, niepomna nawet własnej urody.
I raptem zatrzymała się, zamarła w oczekiwaniu, spięła się wewnętrznie. Patrzyła w tłumek ludzi wysiadających z autobusu. I oczywiście spostrzegłem zaraz śród ludzi rozpierzchających się na wszystkie strony czarniawego młodego człowieka w amerykańskiej kurtce.
Szedł nieśpiesznie w jej stronę i ona szła udając nieśpieszność w jego kierunku. Spotkali się, coś do siebie rzekli, ona mu podała - jak dawniej mawiano - spragnione usta, szli przez chwilę złączeni pocałunkiem. Szli nawet zdumiewająco długo, bo młodzi ładni ludzie nie obłapiają się zwykle na ulicach, nie markują kopulacji na przystankach autobusowych, nie demonstrują w kawiarniach figur miłosnych. Tym bezwstydem szczycą się w miejscach publicznych zwykle jakieś potwory, jakieś paskudne szkatuły o zlepionych tłustych włosach, jakieś odrażające homunkulusy. Oni właśnie popisują się przed bliźnimi swoim wzięciem, swoim prawem do seksu, swoją pełnią życia, swoją wyższością nad innymi generacjami i klasami. Jednym słowem uprawiają z bezczelną ostentacją sztukę kochania, choć Bogiem a prawdą w ogóle nie powinni się rozmnażać ze względu na swoją paskudność.
Ale ja co innego chciałem powiedzieć. Wiele razy patrzyłem w kawiarniach na dziewczyny, dorodne i wspaniałe, które po czterdzieści minut czekały bez buntu na swojego mizernego samczyka. Widziałem też panienki noszące potulnie ciężkie sakwojaże za swoimi długowłosymi i bezzębnymi paniczami. Widziałem też damy broniące pazurami czci swoich zniewieściałych towarzyszy życia.
Nie, nie, ja nic nie mówię. Boże broń, nie mam żadnych pretensji. I nie będę teraz truł, jak to ongiś bywało. Mnie się to wszystko bardzo podoba. Ale, kanareczki wy moje, w czterdziestym szóstym jechałem na stopniu pociągu z Krakowa do Gdyni, żeby zobaczyć się z moją dziewczyną. Prawie dobę wisiałem na spękanej desce, przytroczony paskiem od spodni do poręczy wagonu. I tylko mi nie mówcie, że widocznie taki musiał być układ. Układ był zupełnie inny, bo ja byłem ślicznym młodym panem, a ona taką sobie prowincjonalną panienką. Chodzi o zupełnie odmienne imponderabilia. Chodzi po prostu, do diabła, o przywrócenie tej normalnej różnicy, jaka kiedyś dzieliła obie te idiotyczne płcie, męską i żeńską.
Jak to dobrze, że na rok przed jego śmiercią pogodziliśmy się w końcu. Bo po ukazaniu się mojego "Kalendarza i klepsydry" Stasiu obraził się na mnie śmiertelnie i utrzymywał karencję równo przez dwanaście miesięcy.
Tak mnie długo uczył nonszalancji w biznesie literackim, tak długo mnie kształcił w lekceważeniu atrybutów fachu pisarskiego, tak długo mnie przyzwyczajał do nicości konwenansów salonu literackiego, tak długo truł mnie nihilizmem artystycznym i towarzyskim, aż wreszcie obraził się jak dziecko za kawałek mojej książki, gdzie z miłością i czułością sportretowałem mego przyjaciela, czyli Stanisława Dygata.
Rany boskie, jak mnie zelżył. Zaniosłem mu tę nieszczęsną książkę i zapomniałem o niej. Zwykle dzwoniliśmy do siebie jakieś trzydzieści razy dziennie. a to coś w gazecie, a to głupia audycja w telewizji, a to kiepski mecz, a to ktoś z kolegów nas zirytował. Tymczasem teraz przez trzy dni telefon ani stęknął. Więc niczego nie przeczuwając, dzwonię. a tu wściekła erupcja gniewu i obrazy. Bez przymrużenia oka, bez dystansu, bez poczucia humoru. - Gorzko będziesz żałował tej książki - powtarzał kilka razy. - To zła, fatalnie napisana książka. Powiedz, Tadziu, za co ty mnie tak nienawidzisz?
Koniec świata. Rzucił słuchawkę, a ja stękałem, nie mogąc wydobyć słowa. Później zacząłem analizować te moje lekkomyślne kawałki o mistrzu i przykładać je do osoby mistrza i do jego biografii, i do naszej wspólnej biografii. Mój drogi mistrz Stasiu bluzgnął straszną pychą, a może tylko próżnością. Zwabił mnie w matnię, namówił na szczerość, bezpośredniość i nonszalancję, a kiedy wykonałem mu portret według jego wskazówek estetycznych i filozoficznych, zelżył mnie i przeklął.
Przez rok mijaliśmy się z daleka. Dochodziły mnie jakieś wściekłe pomruki, ktoś nawet wspomniał, że Stasiu myśli o wytoczeniu mi sprawy sądowej, słyszałem o jakichś seansach nieprzyjaźni dla młodszego brata. Martwiłem się tym bardzo, a jeszcze bardziej zjadała mnie samotność telefoniczna. Coś głupiego w telewizji, kręcę numer Stasia i po chwili się opamiętuję. Przeczytałem dziwny wywiad jakiegoś wspólnego kolegi, już łapię słuchawkę i kręcę 39-38, nie, wszystko przepadło, nie mam już przyjaciela. Przemawia gdzieś przywódca, już moja rączka automatycznie skrada się do telefonu, żeby po chwili opaść bezwładnie i ze wstydem. Ale i jemu, Stasiowi, też się ciągle nasza zaszłość plącze z nową pozą nikczemnie obrażonego. Co rusz mam głuchy telefon. Stasiu automatycznie nakręcił mój numer i stwierdziwszy omyłkę, dyszy teraz wściekle po drugiej stronie fatalnego drutu.
A najgorsza rzecz to zdarzyła się w kilka miesięcy później, pod koniec lata albo na początku jesieni. Byłem na Żoliborzu i coś mnie strasznie kusiło, żeby przejść koło domu Dygata. Więc bardzo ostrożnie stąpałem na palcach przez uliczkę Kochowskiego, wpatrując się czujnie w okna domu, i nagle przeniosłem wzrok na ogród i zmartwiałem, a włos mi się zjeżył na głowie. Pod zdziczałą jabłonką siedział Stasiu na leżaku, majtał po swojemu ogromną stopą i przez czarno oprawne okulary czytał jakąś książkę. Serce mi zabiło fatalnym przeczuciem. Tak, tak, majtając nogą czytał "Kalendarz i klepsydrę". Zawstydzony za niego i za siebie biegiem uciekałem z Żoliborza.
Pojechaliśmy koło północy na Żoliborz. Był mróz, cienki lód chrzęścił pod nogami, a my chodziliśmy wokół tego narożnika, gdzie był jego ośnieżony ogród i dom z oślepłymi oknami. Tylko w suterynie paliło się światło, tam gdzie Stasiu czekał teraz w Kaliny teatrzyku na dalszy bieg akcji i na epilog swego dramatu.
- Stasiu! - zawołałem. - Stasiu, nic się nie bój! Jesteśmy tu z Guciem!
Ale przecież nic już nie mogło się zdarzyć. Usłyszałem tylko szczekanie pieska. Któreś zwierzątko coś wołało do nas, a już po trzech latach nie umiem nazwać tego naszego wspólnego przyjaciela. Może to była Żabcia, a może Kulka, któryś z piesków opłakiwał Stasia albo prosił Pana Boga o łaskę zmartwychwstania dla nieżyjącego.
Według Stasia książki "Dworzec w Monachium" Ewa Kruk nakręciła film "Palace Hotel". Mnie się wydaje, że zrobiła obraz sympatyczny, zawierający sporo wdzięku tak charakterystycznego dla prozy Dygata. Zresztą nie o to chodzi.
Dygat zwykle przywiązywał się do adaptacji swoich utworów, jakiekolwiek by te adaptacje były. Zapewne wchodziła tu w grę jakaś lojalność wobec adaptatorów, a też coś w rodzaju dziecinnego zachwytu dla mechanizmów przekładowych utworu beletrystycznego na dzieło teatralne czy filmowe. Dlatego też Dygat szedł za swoim zaadaptowanym utworem, dzielił jego zwycięstwa i klęski, traktował go stale jako swoje dziecko, choć nie odbierał nikomu współautorstwa adaptacji. Zresztą to też nieważne.
Pewnego grudniowego poranku 1977 roku (tak, to był chyba ranek) odbyła się kolaudacja filmu Dygata i młodej utalentowanej reżyserki Ewy Kruk. Na dworze był przymrozek i na sali niewiele cieplej. Zgromadzeni funkcjonariusze kulturalni przyjmowali lodowato produkt naszej spółki. Film szedł we wrogiej ciszy. Trudno nawet powiedzieć, że szedł. Czołgał się, pełzł półtorej godziny przez tę niechętną, a nawet nienawistną salę.
Później przystąpiono do dyskusji. Niech ją historia przyjmie jak najszybciej do swej niepamięci. Ta dyskusja była frontalnym atakiem na Dygata. Potraktowano go jak grafomana i szubrawca. Nasłuchał się obelg i impertynencji za całe życie. Próbował odpowiadać, traktując zebranych jak dżentelmenów, jak ludzi z towarzystwa. a to byli aparatczycy. Ponure, anonimowe indywidua z poleceniem dołożenia pismakowi, który zirytował jakiegoś dygnitarzynę, co dziś, teraz już dawno minął, przepadł i nigdy nie wróci w naszej pamięci. Dygata sflekowano na śmierć. Ale on, jak to bywa w takich katastrofach, przez pierwsze godziny po wypadku jeszcze funkcjonował, jeszcze żył prawie normalnie. Zadzwonił do mnie, bezradnego świadka incydentu sprzed kilku godzin, odgrażał się buńczucznie oprawcom, demonstrował przede mną wzorową formę, unormalniał nienormalną sytuację.
Ale kiedy odezwał się nazajutrz, usłyszałem głos umierającego człowieka. Dygatowi odechciało się żyć, przestał się bronić przed okolicznościami, przetrącony kręgosłup sprowadzał powolny paraliż woli, myśli, nadziei.
Stasiu konał jeszcze przez półtora miesiąca. Jeszcze w święta wypił sam ze sobą flaszkę wódki, jeszcze bagatelizował swoje osamotnienie, jeszcze się podrywał w jakieś demonizowane irytacje, co było jego specjalnością, ale ja czułem, że z niego uchodzi coraz szybciej życie i nikt na to nic nie poradzi. Stasiu został najboleśniej ugodzony, został beznadziejnie trafiony, bez pudła trzaśnięty w tę trudną do określenia cząstkę naszej duchowej tożsamości. Może w serce honoru, może w zwoje mózgowe godności, a może w system nerwowy wiary w porządek, w logikę, w hierarchię, w boga sensu naszej egzystencji.
Właściwie nikogo nie oskarżam, bo i nikt nie poczułby się oskarżony. Nic się nie stało. Ot po prostu w naszym codziennym, bezmyślnym, peerelowskim przepychaniu się uduszono jednego literata chorego na serce. Nic się nie stało. Nas mnogo - jak mawiali podczas wojny Rosjanie.
Otóż odezwał się któregoś dnia telefon u mego przyjaciela. Stasiu, chciwy przygód i nowości, podniósł skwapliwie słuchawkę.
- Halo.
- Czy mogę mówić z panią Kaliną Jędrusik? - spytał wdzięczny głos niewieści.
- Niestety. Żona wyjechała z koncertami i nieprędko wróci.
- a to wielka szkoda. Chcieliśmy ją zaprosić do nas na spotkanie z widzami. Nasz dom kultury w Kaliszu (na przykład, dobrze już nie pamiętam) ma dużą tradycję w tych spotkaniach.
- Wiem doskonale - powiada szarmancko Stasiu. - Sam byłem u was na takim wieczorze.
- a z kim mam przyjemność?
- Moje nazwisko Dygat.
- Przepraszam, jaką pan reprezentuje specjalność?
Rozzłoszczony odrobinę Stasiu powiada:
- Jestem inżynierem chemikiem.
- O, przepraszam - śmieje się pani w telefonie - to nie moja dziedzina. Ja jestem z wykształcenia polonistką.