Wschody i zachody. Część III. Spełnienie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Kup ebooka

12.65 zł
10.50 zł (10,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Joanna jeździła do swojego Studia dwa lub nawet trzy razy w tygodniu i pracowała czasem nieco, a czasem znacznie więcej i znacznie dłużej niż przed śmiercią Andrzeja. Ale bez względu na to, jak długo pracowała, zawsze była jednakowo zmęczona. A może raczej znużona. I zawsze podczas godzin spędzanych przed monitorem i wsłuchiwania się w dialogi, a następnie ich przekładania na język polski marzyła, by wrócić do domu. Wszyscy uważali i mówili jej, że praca będzie dla niej najlepszym lekiem na jej zgryzotę, jej duchowe i fizyczne dolegliwości. Okazało się jednak, że wszyscy się mylą. I nie chodziło tylko o to, że wykonywana przez nią praca nigdy nie była pasją i celem jej życia. Chodziło o to, że podczas pracy ani na chwilę nie mogła zapomnieć o swojej stracie. O swojej sytuacji. O swojej rozpaczy. Pracowała, bo teraz musiała pracować. Aby zarabiać pieniądze. Aby wysłużyć emeryturę.

Na pytanie, jaka jest jej sytuacja finansowa, Joanna odpowiadała wielokrotnie i wielu osobom. Analizowała tę sprawę z Janisią, rodzicami, Rysiami i Markiem. Jej dzieci otrzymały rentę po ojcu. Janisia miała emeryturę po zmarłym mężu i kiedyś znaczące, teraz pomniejszone, ale wciąż liczące się dochody nazywane rentierskimi. Jej mąż, a dziadek Andrzeja miał bowiem jeszcze od przedwojnia ulokowane w banku szwajcarskim pewne kwoty, które przynosiły regularny i stały dochód. Dla Szwajcara byłby to dochód niewielki, ale dla Polaka - zwłaszcza po drugiej wojnie - był bardzo znaczący. Po śmierci Andrzeja Janisia scedowała te dochody na Joannę. Joanna otrzymywała też wynagrodzenie za swoją pracę w Studiu. Kiedyś były to pieniądze niewiele znaczące w domowym budżecie "Malwiny", ale przy większym wysiłku z jej strony mogły i musiały takiego znaczenia nabrać. No i - przynajmniej doraźnie - Joanna mogła czerpać z oszczędności, jakie zdołała zgromadzić przez szesnaście lat małżeństwa. Andrzej dawał jej zawsze więcej pieniędzy niż wydawała i nigdy jej z tych pieniędzy nie rozliczał. Tak więc na razie bieda nie zaglądała jej w oczy, ale Joanna nie miała ani dobrego, ani żadnego pomysłu na zabezpieczenie swojej materialnej przyszłości. Mogła sprzedać "Malwinę" i zamieszkać z rodzicami, a Janisia z Rysiami, ale byłaby to ostatnia rzecz, jaką chciałaby zrobić. I sobie, i dzieciom, i Janisi. W chwilach swego nieistnienia wyzwalała się z takich myśli, ale nachodziły ją zawsze, kiedy z nieistnienia się wydobywała.

Tego dnia wróciła do Józefowa późnym popołudniem. Zgnębiona takimi właśnie rozmyślaniami. Otworzyła drzwi i podświadomie oczekiwała, że usłyszy pełne irytacji pytanie: "Gdzieś ty była?". Wiele by dała, aby je usłyszeć. Ale nikt jej o to nie zapytał. Słyszała dochodzące z dolnego salonu dźwięki muzyki. Głosy Marka i Ani. Omawiali aranżację jakiegoś utworu. Joanna rozebrała się i weszła do pokoju.

- Mama! - powiedziała ucieszona Ania.

- Asia! - powiedział ucieszony Marek.

Joanna podeszła do pianina i pocałowała dwie głowy - córki i Marka.

- Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmiła Ania. - Zostałam wytypowana do solówki na zakończenie roku szkolnego. Jako jedyna z młodszej klasy. Bo do solówek zawsze wybierani są tylko ci z ostatniej.

Ania aż się zachłystywała z dumy i przejęcia, a Marek miał taką minę, jakby to on został wybrany do solowego popisu na szkolnej akademii.

- Bardzo się cieszę - powiedziała Joanna.

Po minie córki i Marka poznała, że w jej tonie zabrakło oczekiwanego przez nich entuzjazmu. Starała się więc okazać żywsze zainteresowanie.

- I co zagrasz?

- Albo beethovenowską "Appasionatę" albo "Moonlight".

- Na litość Boską! - zawołała Joanna. - Przecież to strasznie trudne utwory. Wyzwanie dla Polliniego albo i samego Rubinsteina. Nie możecie wybrać czegoś ...

- Możemy - odpowiedział Marek. - Ale po co, skoro Ania doskonale da sobie radę z tymi - jak powiadasz - wyzwaniami.

- A który utwór byłby twoim zdaniem lepszy? - spytała Joanna.

Wciąż nie potrafiła ukryć sceptycyzmu.

- Ania optuje za "Appasionatą". A mnie się bardziej podoba jej interpretacja "Światła księżyca". Nie chcę przesadzać i być zbyt nieobiektywny, ale choć Anka wykonuje to technicznie oczywiście znacznie słabiej od Rubinsteina, ale za to znacznie bardziej nowocześnie. Gra to bardzo po swojemu. Czyli - wspaniale.

Ania i Joanna roześmiały się. Dla Marka każdy utwór w wykonaniu Ani zasługiwał na pierwsze miejsce w każdym pianistycznym konkursie.

- Naprawdę gra to wspaniale - powtórzył.

Ania, choć zadowolona z tak pochlebnego dla niej braku wujkowego obiektywizmu, odrobinę jednak posmutniała. Jakby przypomniała sobie innego wielbiciela jej talentu, który nie mógł już ani słuchać, ani podziwiać jej gry. Też całkiem subiektywnie.

- Zagram "Moonlight" - zdecydowała.

Joanna tylko pokręciła głową.

- Wujek obiecał - powiedziała Ania - że zostanie na noc w "Malwinie". Będę więc mogła zagrać tę sonatę po kolacji. Oczywiście tylko tak, na próbę.

Joanna spojrzała na Marka. On spojrzał na nią. Nie mogła się zorientować czy chciałby, aby poparła prośbę Ani czy jakoś go od tej prośby uwolniła.

- Ależ córeczko - powiedziała. - Wujek powinien przynajmniej od czasu do czasu pomieszkać u siebie i mieć czas dla siebie. Nie możemy go całkowicie zaanektować.

- Ja go nie ane...

- ...ktuję - podpowiedziała machinalnie Joanna.

- Właśnie. Tylko, że wujek powiedział, że ma zamiar wyjechać i długo go nie będzie. A ja tylko jemu ufam, jeśli chodzi o moje granie. On mnie najlepiej rozumie.

Joanna zagryzła wargi, aby Ania nie dostrzegła jak drżą. Dotychczas to jedynie oddzielny tatuś rozumiał najlepiej i we wszystkim swoją córeczkę. Ale teraz Marek najwyraźniej spróbował go zastąpić pod względem najlepszego rozumienia. I chyba z powodzeniem.

- Wyjeżdżasz? - spytała Marka i choć sama bardzo się temu dziwiła jej głos zadrżał tak samo, jak przed chwilą jej wargi.

- Jeszcze się nie zdecydowałem - odparł niechętnie. - Ania niepotrzebnie ci wypaplała. Zaproponowano mi sześciotygodniowy kontrakt w jednej z klinik w Szwajcarii. Ale zastanawiam się...

- A nad czym tu się zastanawiać? - powiedziała Joanna wbrew temu, co chciałaby naprawdę powiedzieć. - To przecież wspaniała propozycja. I niepowtarzalna szansa dla ciebie.

- Ale jak wujek tam pojedzie - nie ustępowała Ania - to nie będzie mógł być na mojej solówce.

- Przecież ci obiecałem, że będę. Nawet gdybym miał przyjechać nie ze Szwajcarii, ale Australii. Albo przylecieć z księżyca.

- Obiecaj jeszcze raz - napraszała się Ania.

Podniósł dwa palce do góry.

- Obiecuję.

Dziewczynka roześmiała się i objęła go za szyję.

- Kocham cię, wujku. Jak dorosnę to wyjdę za ciebie za mąż.

Marek roześmiał się.

- Bardzo kusząca propozycja, ale niestety nierealizowalna.

- Dlaczego? - zasmuciła się Ania. - Nie kochasz mnie?

- Kocham cię bezgranicznie - odparł - I nawet czterdziestoletnia różnica wieku między nami nie ma przy naszej wzajemnej bezgranicznej miłości najmniejszego znaczenia. Ale jest inny szkopuł. Jestem twoim ojcem chrzestnym i jako taki nie mogę się z tobą ożenić. Tak, jak prawdziwy ojciec nie może ożenić się z własną córką. Czyli nici z naszego ożenku. Ale oczywiście bardzo tego żałuję.

Zerknął na Joannę.

- Żałuję także ze względu na potencjalną teściową. Wprawdzie bywa jędzowata, ale za to bardzo dobrze gotuje.

- Boże! - zawołała Joanna. - Aniu, jesteś już zbyt duża, aby...

Ale nie wiedziała dokładnie na co jej córka jest zbyt duża.

Marek i Ania śmieli się teraz oboje. Z niej i jej zgorszonej miny.

- Och, dajcie mi spokój! - powiedziała Joanna i też się roześmiała. - Wasza mama i jędzowata teściowa idzie przygotować to co robi najlepiej. Kolację.

Po kolacji wysłuchała bardzo jeszcze niewprawnej próby wykonania przez córkę beethovenowskiej sonaty, utwierdzając się w przekonaniu, że Ania - mimo największych chęci i zdolności - nie da sobie rady z aż tak trudnym utworem. Marek był innego zdania.

- Poradzi sobie - twierdził.

Kiedy zostali sami, Joanna zapytała o jego wyjazd.

- Joasiu, ale ja naprawdę jeszcze nie wiem czy pojadę.

- Ale ja wiem, że pojedziesz. Nie wolno ci marnować tak niezwykłej szansy. A zresztą - w imię czego miałbyś ją marnować?

Przyglądał się swoim dłoniom.

- Obiecaj - nalegała Joanna - że pojedziesz.

- Nie obiecam. No chyba, że naprawdę i bardzo chcesz żebym pojechał.

Zamilkła, a on się uśmiechnął.

- Wiesz - powiedziała niepewnie - jaki mam uraz na punkcie wyjazdów bliskich mi osób. Chciałabym mieć was cały czas przy sobie. To moja obsesja. Nie musicie mi w niej towarzyszyć. Ani nawet nie powinniście.

Marek dość długo milczał. Potem powiedział cicho.

- Nie tylko ty, Asiu, cierpisz na tę obsesję.

- Mimo to - jedź. Ania powiedziała, że to długi wyjazd. Jak długi?

- Sześciotygodniowy. Dla mnie - bardzo długi.

- Dla mnie też - pomyślała Joanna, ale tego nie powiedziała.

- Kiedy byś wyjechał?

- Mam tam być od połowy maja do początku lipca. No, z tą dwudniową przerwą na koncert Ani.

- Ależ to szaleństwo - powiedziała Joanna. - Wiem, że Ania by chciała, abyś był na jej popisie, ale nie możesz podporządkować swojego życia kaprysom małej dziewczynki.

Darmowy fragment