1
86. Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen1.
1 Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen (niem.) - Nie wolno mi mówić w szkole po polsku.
87. Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen.
88. Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen.
89. Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen.
90. Ich darf nicht...
Brzęk kamienia, który z impetem trafia w szybę, wyrywa Teofila z amoku mnożenia cygańskiej litanii. Chłopak unosi głowę zawieszoną w skupieniu nad porysowanym blatem ławki i wbija spojrzenie w rozświetloną słońcem ramę okna.
- Słyszałeś?
Teofil przykłada palec do ust, nakazując Chimkowi milczenie. Cichaczem wysuwa się z ciasnego siedziska. Podchodzi do okna.
- Teoś...
Ignorując protest kolegi, Teofil wychyla głowę na zewnątrz. Blask wrześniowego popołudnia każe chłopcu zmrużyć oczy.
- Hej, Berthold! - W dobiegającym z ulicy wołaniu pobrzmiewa nuta drwiącego rozbawienia. - Jak tam złoto?
Zbiorowy rechot wyczekujących pod szkołą wyrostków pogłębia bruzdę na czole Teofila. Zaciśnięte do białości pięści nie wróżą niczego dobrego.
- Ogłuchłeś, Berthold?
Teofil milczy. W opustoszałej sali słychać, jak szczęki chłopca ocierają się o siebie niczym pracujące żarna.
- Berthold!
- Nie słuchaj go, Teoś! - Chimek wyraźnie próbuje zapobiec pyskówce, której zwieńczenia woli sobie nawet nie wyobrażać. - Mamy co robić.
Teoś wyraźnie się waha. Pikulik to wrzód na dupie. Kto wie, co mu chodzi po tej ryżej łepetynie, że wystaje pod oknem jak dziad proszalny.
- Jestem tu, Kłosek! - woła Pikulik. - Zapomniałeś języka w gębie?
Teofil mierzy go pogardliwym spojrzeniem. W końcu strzyka śliną przez zaciśnięte zęby:
- Godej do rynny, ciuliku! - odkrzykuje. - Może cię usłyszę!
Ostrzyżone na krótko uliczne towarzystwo zaśmiewa się do rozpuku. Cha! Cha! Cha! Czerwony na twarzy herszt nie podziela rozbawienia kolegów. Jego miażdżące spojrzenie studzi ogólną wesołość. W kierunku Teofila sypie się grad porwanych naprędce kamieni.
- Przestańcie, gizdy! - Szarża pałających świętym oburzeniem chłopców również nie znajduje uznania w oczach Pikulika. - Wybijecie szybę!
Małpie wygibasy ustają dopiero, kiedy ktoś rzuca ostrzegawczym tonem:
- Ploschke! Chodu!
- Was ist los?!2 - Zza węgła budynku wyłania się patykowata sylwetka kierownika szkoły. Wciśnięty w spłowiały garnitur wysoki mężczyzna porusza się sprężystym krokiem, wypluwając z siebie stek soczystych obelg. Jego obecność budzi kolejną salwę śmiechu. Cóż, wywijając wzniesioną laską, kierownik bardziej przypomina kogoś oganiającego się przed natrętnym komarem aniżeli budzącego respekt nauczyciela pruskiej placówki.
2 Was ist los?! (niem.) - Co się dzieje?
- Jeszcze się policzymy, Kłosek! - Rudzielec łypie spode łba i na odchodnym grozi pięścią. Teofil odprowadza go kpiącym uśmieszkiem.
- A ty co tak stoisz, panienko z okienka? - Fryderyk Ploschke zadziera głowę, marszcząc w zabawny sposób nos podtrzymujący cwikiery, śmieszne binokle, jeszcze jeden obiekt uczniowskich drwin. - Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, chyba masz co robić?
- Tak jest, kierowniku. Otworzyłem okno. Wie pan, straszny zaduch w klasie - tłumaczy Teoś przymilnym głosem. Świerzbi go język, że wszystkiemu winna strafarbeit3, że to przez smród szwabskich wersetów powielanych na kartkach karnego brulionu, ale w obecnej sytuacji woli dodatkowo nie drażnić rechtora. I bez tego ma przegwizdane. - A potem przyszli tamci i zaczęli nas wyzywać... Rzucać kamieniami w szybę i w ogóle! Doprawdy nie wiem, czym to mogłoby się skończyć, gdyby nie pan kierownik! Ach, wiali jak francuska piechota pod Lagarde4. Miły sercu widok!
3 Strafarbeit (niem.) - praca karna mająca reprezentować konsekwencję edukacyjną.
4 Teofil nawiązuje do najbardziej udanej dużej szarży niemieckiej w pierwszej wojnie na froncie zachodnim. Był nią atak Bawarskiej Dywizji Kawalerii I Bawarskiego Korpusu Armijnego podczas bitwy pod Lagarde w Lotaryngii 11 sierpnia 1914 roku. Szarżę na pozycje francuskiej piechoty i artylerii poprowadził dowódca dywizji generał Otto von Stetten. Natarcie wykonała jedna z brygad ułanów, uderzając przez las w lewą flankę nieprzyjaciela, który rzucił się zrazu do panicznej ucieczki.
- Podziwiam twoją znajomość frontowych incydentów, Kłosek, ale daruj sobie z łaski swojej i skończ, co zacząłeś! - Choć w tonie kierownika pobrzmiewają jeszcze ostre nuty, zmiękczone pochlebstwem spojrzenie wyraźnie łagodnieje. - Kiedy wrócę, ma was tu nie być!
Teofil jeszcze chwilę patrzy w ślad za udającym się na obiad do pobliskiego szynku nauczycielem. Szczerze nie cierpi nadętego dziada. Fryderyk Ploschke, dobiegający sześćdziesiątki niemiecki służbista, zawzięcie tępił każdego, kto nieopatrznie odezwał się po polsku, zaś niespełna trzynastoletni Teofil Kłosek wiódł w tej grupie niekwestionowany prym. I mimo że konfrontacja skrajnych światopoglądów miewała zazwyczaj wyjątkowo burzliwy przebieg, germanizacyjne zapędy Ploschkego nie robiły na jasnowłosym mikrusie większego wrażenia.
Teoś już ma zamknąć okno i wrócić do znienawidzonej czynności, kiedy wśród pędów porastającej południową ścianę budynku winorośli dostrzega smakowicie wyglądające owoce. W myślach przeprowadza prosty rachunek: kryzys chwilowo zażegnany, banda Pikulika w rozsypce, Ploschke na obiedzie u Szweblika, w szkole pusto, żywej duszy.
- Czas na przerwę, Chimek.
- Przestań, Teoś. Styknie głupot na dziś.
- No coś ty? Mały raps jeszcze nikomu nie zaszkodził.
- Na dekiel ci pizło? - Chimek stuka się palcem w czoło. - Mało przeskrobałeś? Jeszcze nas kto przyuważy...
- Ale z ciebie cykor! - Teofil wskakuje na parapet i sięga po wiszące w zasięgu ręki owoce. - Masz, częstuj się!
Rzuca koledze kiść dorodnych winogron, którą zaskoczony Chimek w pierwszym odruchu upuszcza na podłogę.
- Orientuj się, boroku! - Ubawiony Teoś pakuje sobie do ust pękatą kulkę, rozgryza ją z trzaskiem, przywołując na twarz rozanielony wyraz. - Mniam! Jakie dobre!
- Teofil! Teoś... jo cię prosza! - Chimek ociera pot z czoła. Wyraźnie trzęsą mu się dłonie wielkie jak bochenki chleba. Grubasek za wszelką cenę próbuje odwieść przyjaciela od karkołomnych planów, równie dobrze może jednak rzucać grochem o ścianę. Gdyby nie szelest buszującego wśród winorośli kolegi, Chimek dałby sobie głowę uciąć, że Teofil ulotnił się jak kamfora.
Tymczasem ten pnie się coraz wyżej i wyżej, napychając sobie buzię słodkimi owocami. W gorących strugach słońca czuje się trochę jak jaszczurka wygrzewająca się na kamieniu. Pod skórą chłopaka tętni rwąca rzeka młodości, co rozpiera krwiobieg beztroską i dumą. Teoś w duchu może sobie tylko pogratulować: oto jednym, genialnym posunięciem upiekł aż trzy pieczenie na jednym ogniu. Zmył smugę porannej hańby, upokorzył Pikulika - drania, z którym od lat miał na pieńku - i jeszcze obłaskawił Ploschkego, co już samo w sobie było wyczynem godnym najwyższego uznania.
Na myśl o kierowniku szkoły Teofil instynktownie odwraca głowę, ale wijąca się aż po linię odległych zabudowań wstęga polnej drogi pozostaje pusta. Spokojnie, serwowane u Szweblika kluski z roladą, a po nich ze dwa jasne pełne gwarantowały dłuższe posiedzenie i spory zapas czasu.
Gwarantowały albo i nie...
Płoszy go dźwięk - odgłos, jaki zwykle wydaje z siebie ten, kto nieopatrznie postawi bosą podeszwę stopy na ostrej krawędzi. Teofil unosi głowę... Nad nim - metr wyżej, może półtora - wystaje z muru gzyms parapetu. Mieszkanie kierownika - terra incognita. Zapamiętał z lekcji geografii. Odgłos powtarza się. Jeszcze raz i ponownie. Ciekawość rozpala wyobraźnię chłopca, podpowiada, że aby dotrzeć do źródła tajemniczych dźwięków, dłonie i stopy muszą poszukać solidnego oparcia pośród wątłych gałęzi winnego szkieletu.
Teofil nie waha się ani chwili, już taki ma charakter, krew nie woda, wszędobylski wichlyrz, jak to często słyszy z matczynych ust. Pręży dziecięce muskuły, czyli obciągnięte skórą kości, i - zagryzając zęby - gramoli się kawałek po kawałku. Okno mieszkania państwa Ploschke jest coraz bliżej, w zasięgu ręki. Teofil nie ma już najmniejszych wątpliwości, iż dźwięki, które wabią chłopaka jak syreni śpiew, dobiegają właśnie stamtąd. Jeszcze parę centymetrów, jeszcze trochę... Czuje, jak powoli dopada go zmęczenie, palce drętwieją, a mięśnie zaczynają drżeć z wysiłku i... strachu. Nie, żeby Teofil bał się wysokości, co to, to nie; wspinaczka po drzewach to dla niego chleb powszedni. Sęk w tym, że jakoś nie bardzo wierzy poskręcanym w dziwaczny sposób gałęziom winorośli.
Udało się!
Dłonie chłopca opierają się na parapecie. Teofil wstrzymuje oddech. Serce trzepocze w piersi jak ptak złapany w garść, krople słonego potu napływają do oczu. Nieśmiałe podejrzenie kiełkuje w umyśle chłopaka - jeszcze zbyt niedorzeczne, nazbyt daleko idące przypuszczenie. A jednak! Czuje, jak krew uderza mu do głowy. Ostrożnie wychyla czubek głowy ponad poziom parapetu, z największą ostrożnością próbuje zajrzeć do izby, ale w szybie odbija się tylko rozogniona kula słońca i rozdziawiona, wykoślawiona gęba Teofila.
- Ja! Ja! Sehr gut!5 - jęczy kobieta w regularnie powtarzających się sekwencjach.
5 Ja! Ja! Sehr gut! (niem.) - Tak! Tak! Doskonale!
Teofil przyciska nos do szyby, marszczy czoło, wytęża wzrok. I spływa na niego objawienie. Kurtyna opada i oczom chłopaka ukazują się dziwy nad dziwami, sekrety, które dotąd starsi koledzy przemycali półsłówkami w szemranych rozmowach.
Frau Ploschke... Pani kierownikowa... Taka młoda i powabna. Opiera ręce o framugę okna, szeroko, jakby chciała je objąć, zamknąć w ramionach. Wygięta w łuk. Zamknięte oczy. Głowa odrzucona do tyłu. Włosy spływające lśniącą kaskadą w rytmicznych podrygach, konwulsjach, które wprawiają w ruch jej gibkie ciało, teraz osłonięte jeno cieniutką jak woal haleczką, spomiędzy której wylewają się zapierające dech krągłości, rozbujane walory, no... cycki jak w mordę strzelił, najprawdziwsze babskie cycki, jezderkusie! Dorodne, wydatne, zakończone sterczącymi wisienkami! W dodatku nie byle czyje, bo to cycki kierownikowej, za którą oglądają się wszystkie chłopy we wsi!
Teofil czuje, jak oblewa go fala gorąca - przedziwne uczucie, rodzaj nieznośnie rozkosznego mrowienia, które przenika chłopca na wskroś. Coś w głowie krzyczy, żeby spływał stamtąd jak najszybciej, brał nogi za pas, bo to niedobrze się skończy, że wystarczy chwila, moment, w którym Frau Ploschke otworzy oczy i po drugiej stronie szyby napotka wzrok wścibskiego podglądacza. Ale Teofil jest głuchy na podszepty zdrowego rozsądku, którego resztki kołaczą w ogarniętej pożogą głowie nastolatka... Przyklejony do ściany budynku, chłonie fascynujące widowisko, smakując słodycz zakazanego owocu.
- Ja! Ja! Ja!
Okrzyk kierownikowej przywraca Teofila do życia. Uświadamia mu, że obraz, który kontemplował dotąd w bezbrzeżnym zachwycie, ma głębszy wymiar; kryje mroczną tajemnicę, której znaczenia chłopak nie potrafi jeszcze właściwie zinterpretować. Bo jakże to? Kierownik Ploschke na obiedzie u Szweblika, a Frau Ploschke w ekstazie!?
Gałąź, na której opiera się Teofil, pęka z suchym trzaskiem! Chłopiec traci oparcie; ręce omdlewają z wysiłku, a przerażenie zagląda do oczu.
- Ach du liebe Zeit! Was ist passiert?!6
6 Ach du liebe Zeit! Was ist passiert?! (niem.) - O mój Boże! Co się stało?
Okrzyk Frau Ploschke uświadamia chłopcu, że właśnie został zdemaskowany. W przypływie desperacji wierzga nogami, chcąc znaleźć wśród winnej latorośli choćby najmniejszy punkt zaczepienia. Koniec żartów. W mieszkaniu Ploschków ziemia pali się pod nogami. Teofil słyszy nerwową krzątaninę, wymianę podniesionych głosów. Ktoś próbuje otworzyć okno, mocuje się z klamką, której zgrzyt jeży Teofilowi włosy na karku.
- Schnell! Schnell!7
7 Schnell! (niem.) - Szybko!
Raz kozie śmierć!
Teofil zwalnia uchwyt. Czuje, jak niewidzialne szpony ciągną go w dół, ku ziemi, kalectwu lub śmierci - oto kara za zuchwałość, sposób, w jaki okrutny los rozlicza śmiałków, którzy odważyli się przeniknąć głębię misterium. Przyjdzie mu teraz dumać w wieczności nad maestrią cycków Frau Ploschke... Wyciąga przed siebie ręce, które osuwają się po liściastym zboczu, roztrącają kiście winogron. Gałęzie stawiają daremny opór rozpędzonemu ciału, szarpią ubranie w niemym geście protestu. I nagle jakaś siła osadza Teofila w przestrzeni, wydusza z płuc ostatni dech, ale... to nie ziemia! To Chimek, którego potężne ramiona przyciągają Teofila do parapetu jak magnes.
- Mom cię! - Niedźwiadek sapie z wysiłku, z przejęcia, pieron wie, z czego jeszcze, dyszy jak parowóz.
I wciąga przyjaciela do środka.
- Mało brakowało...
- Wiejemy, Chimek! - Teoś odzyskuje rezon. Z głębi budynku dolatuje odległy tupot pośpiesznych kroków. - Wiejemy natychmiast!
- Nie skończyliśmy zadania...
- Smolić zadanie... - Spogląda na równiutki rządek zdań pokrywających kartkę karnego zeszytu.
Ich darf nicht in der Schule polnisch sprechen.
Nie wolno mi mówić w szkole po polsku.
- Właściwie dlaczego mi nie wolno? - mruczy Teofil pod nosem, ale zrodzone naprędce pytanie już ulatuje w niepamięć, ponaglane nawałą teraźniejszości. Popycha zdezorientowanego Chimka w stronę okna. Chłopcy w pośpiechu przerzucają nogi przez parapet, dają susa do ogrodu i pod osłoną ściany budynku wymykają się na drogę.
Ścigają ich pochylone cienie i wyrzuty sumienia spłoszonych kochanków...