Romana
Pod stołem wierciły się stopy w skarpetkach z rudymi lisami. Starszy mężczyzna miał na czole ciemne plamy, dość bujną jak na swój szacowny wiek czuprynę, żółtą koszulę, niebieskie spodnie dresowe z sylwetką pumy przy kieszeni i biały, starannie wyprasowany fartuch zarzucony na ramiona.
- No, opowiadajcie, co wam dolega - powiedział i znów zaszurał nogami.
Naprzeciwko siedziała młoda kobieta z włosami związanymi niemal na czubku głowy. Miała lekko zaróżowione policzki i ciemne, jakby nieco spierzchnięte usta. Jedno pasmo włosów, lekko zakręcone na końcu, wysunęło się z kucyka i opadało przy uchu. Była w ocieplanych adidasach, pod którymi zbierała się woda kapiąca z podeszew, oraz w płaszczu wyglądającym, jakby zdjęła go z ramion postawnego mężczyzny. Spod płaszcza na plecy opadał ciemnoniebieski kaptur. Kobieta zerknęła na drzwi. W progu stała korpulentna pani z poszarzałymi oczami. W jednej ręce trzymała bułeczkę z wiśniami, w drugiej teczkę. Uniosła brwi w wyczekującym geście, jak nauczycielka czekająca na odpowiedź ucznia, po czym od progu zwróciła się do młodej pacjentki:
- Bóle głowy są?
- Ymmm - przeciągnęła dziewczyna. - Tak, głowa boli.
- Jak często? - zapytał starzec w białym fartuchu.
- No, raz w tygodniu, może dwa.
- Który obszar boli?
- Tutaj z tyłu. - Dziewczyna dotknęła miejsca nad karkiem, na który spływały włosy. Jej drobna, jasna dłoń kontrastowała z obszernym, wiszącym na niej płaszczem.
- Gorycz w ustach jest? - zapytał lekarz.
Dziewczyna rzuciła okiem na stojącą w drzwiach kobietę, która kiwnęła głową. Pacjentka też niepewnie skinęła.
- Woreczek żółciowy może dawać takie objawy. Były badania na kamienie?
Dziewczyna bezradnie rozłożyła ręce.
- Czas najwyższy - westchnął lekarz. - Na razie przepiszę lek żółciopędny. Zaraz wypiszę receptę - mruknął, szeleszcząc w szufladzie w poszukiwaniu długopisu. - Lubo, podaj bloczek!
Korpulentna kobieta przyskoczyła z teczką i wyjęła kartkę. Staruszek znalazł długopis, po czym nabazgrał kilka nieczytelnych słów i podał dziewczynie.
- Masz. Przyjdź za tydzień. Lubo, powiedz Myronowyczowi, żeby we wtorek wezwał specjalistkę od USG. A ty na czczo przyjdź!
Dziewczyna kiwnęła głową, wzięła kartkę i wstała.
- Romanie Juchymowyczu - odezwała się korpulentna kobieta - na dzisiaj już koniec, prądu nie ma.
Równocześnie wskazała dziewczynie drzwi. Gdy staruszek, mamrocząc pod nosem "dotarliśmy", człapał w stronę łóżka stojącego w jego prowizorycznym gabinecie pod oknem, dziewczyna wymknęła się za plecami Luby.
Do pokoju przez okno wciąż wpadały ostatnie promienie zimowego słońca, ale na korytarzu panowała już zupełna ciemność. W tej ciemności Jana dostrzegła tylko twarz Maksyma podświetloną ekranem telefonu. Podszedł do niej szybko, ujął ją za łokieć i wyszeptał: "Dziękuję".
Na zewnątrz, gdy przeszedł do niej przez dziurę w płocie i poprosił, by z nim poszła, nie zwróciła uwagi na jego zapach - cytrusowy, drzewny, z nutą dymu. W ciasnej przestrzeni gabinetu wszystkie te aromaty stały się czyste i wyraźne. Z bliska dostrzegła na uchu towarzysza ślad po kolczyku i zauważyła, że jego krótko ostrzyżone włosy układały się naprzemiennie - ciemne, siwe, ciemne, siwe - jakby każdy kosmyk odgrywał swoją rolę w tej harmonijnej kompozycji.
- Przepraszam - powiedział Maksym, wychodząc już na werandę, gdzie światło wpadało przez okna. Na jego granatowym swetrze widniały sanie ciągnięte przez białe renifery. - Skoro już tu pani jest, to pewnie zostanie naszą pacjentką, bo my z Lubą wyleczyliśmy się już ze wszystkiego.
- I tak codziennie? - spytała Jana.
- Bywa różnie. Dziś dzień przyjęć, to się nie uspokoi, póki kogoś nie zbada.
- A jak mam wracać? - spytała Jana. - Przez dziurę w płocie czy normalnie?
- Przez dziurę to właśnie normalnie. Ale dokąd pani idzie? - Maksym wyciągnął rękę, jakby chciał wziąć ją pod łokieć, ale się powstrzymał. - Mamy tu bułeczki z wiśniami. Prądu i tak nie ma. A pani wróci do pustego, zimnego domu.
- To ja już pójdę - powiedziała Jana, patrząc na swoje buty, spod których nadal ciekła woda. Wbity w podeszwę śnieg powoli topniał.
- Nie chcę pani zatrzymywać, żeby sobie pani czegoś nie pomyślała, ale prądu nie będzie do dziesiątej, a pani ma elektryczny piec.
Jana spojrzała pytająco na sąsiada.
- Wiem - powiedział Maksym - bo bywałem u pani ojca. Wieczny odpoczynek jego duszy.
Janie zrobiło się głupio.
Po co ona tu przyjechała? Żeby teraz obcy ludzie musieli się martwić jej codziennym życiem?
- Mamy generator - powiedział Maksym. - W razie czego.
Spojrzała jeszcze raz na sąsiada, na jego dżinsy, dłonie z pojedynczymi włoskami na każdym palcu, na renifery na swetrze i już chwytała za klamkę drzwi wejściowych, gdy nagle drzwi gabinetu lekarskiego zaskrzypiały, a w korytarzu pojawiła się Luba.
- Córcia, a ty dokąd? Będziemy jeść kolację. Maksym zaraz uruchomi generator, obejrzymy film. Teraz takie czasy, że nie można być samemu. Napiekłam trochę, a Maksym nie bardzo je, boi się przytyć.
Maksym się uśmiechnął. Jego uśmiech był otwarty, a wokół oczu rozświetliły się drobne pajęczynki zmarszczek.
- Późno już, Luba - powiedział.
- Jestem od niego starsza o dwanaście lat, już mi wszystko jedno, ale on, widzisz, dba o figurę.
- A jaki film? - spytała Jana.
- Serial o królowej - odparła Luba, nalewając wodę do czajnika. - Diana zaraz umrze. Już z tym Dodikiem są w Paryżu.
Zatrzymała się, spojrzała na Maksyma i niby zaczęła mówić sama do siebie:
- A może to jednak bez sensu? Benzyna droga, ojciec zasnął, a ten generator będzie tylko warczeć. Płacić za benzynę, żeby obejrzeć, jak Diana umiera? Może nie trzeba? Tak posiedzimy, co? Ona i bez nas umrze...
- To absolutnie nieuniknione - zgodził się Maksym.
- Tutaj ja decyduję - ciągnęła Luba. - Trzeba nalać wody do czajnika, póki jeszcze jest. I nie spłukiwać toalety, zrozumiano? Jak coś, na zewnątrz!
Zanim poszła po czajnik, popchnęła Janę w stronę stołu.
- Jako nowej osobie - powiedział Maksym - przydałoby się pani, Jano, zapisać do lokalnej grupy. Tam jest grafik przerw w dostawach prądu, jeśli wszystko idzie dobrze. To znaczy, jeśli strzelają raz na tydzień. My nie jesteśmy na pierwszej linii. - Chwycił Janę za ramię. - No, proszę zdjąć płaszcz, dość już tych ceregieli. U nas wszystko proste: dwie godziny prądu w południe i dwie wieczorem.
Jana odłożyła płaszcz na krzesło przy wejściu i usiadła przy stole. Maksym stawiał filiżanki.
- Przywiozłam parmezan - powiedziała Jana.
- Wspaniale - odparł Maksym. - Nasze miasteczko też nie bez parmezanu, ale benzyna to teraz cenny skarb, więc na pewno się nie obrazimy. Prawda, Luba?
Luba pocierała zapałki przy kuchence gazowej.
- To przynieść? - spytała Jana.
- Mogę panią odprowadzić przez dziurę w płocie - zaproponował Maksym.
- Trafię sama - odpowiedziała Jana. - Zostały ślady na śniegu.
Szła w ślad za śladem. Zatrzymali się w sadzie. Wokół wszystko już poszarzało. Oba domy - Maksyma i Jany - stały obok siebie na wzgórzu, a ogrody opadały ku rzece. Za rzeką widać było jeszcze jedno wzniesienie, na grzbiecie którego wiła się uliczka - to było "centrum". Kiedyś i tutaj na obrzeżach znajdowała się ulica, ale z trzech domów zostały tylko kamienie i studnie, zauważalne jedynie dla tych, którzy wiedzieli, gdzie kiedyś stały. Maksym wiedział. Jana nie.
W domu czuła się nieswojo. Po śmierci ojca matka "wyjałowiła" przestrzeń, nie zostawiając żadnych śladów jego obecności. Nawet książki ocalały tylko te, których ojciec na pewno nie dotykał - coś o japońskim designie, samopoznaniu i zasadach Marie Kondo. Jana i jej siostra planowały wynajmować dom przez Airbnb ekoturystom. W zeszłe Boże Narodzenie przyjechała nawet grupa gości, którzy żądali przejażdżek konnych, a z braku koni pytali, czy można przewieźć dziecko na krowie. We wsi długo o nich opowiadano. Teraz nie było mowy o turystyce. Dom, ozdobiony pobielonymi ścianami, instagramowymi firankami, ikeowskimi materacami, dziecięcym krzesełkiem, identycznymi ręcznikami i kompletami pościeli, białą zastawą i karykaturalnym dzbankiem, stał jakby obcy. Niby wystrojony na przyjęcie, na które nikt go nie zaprosił - i został w wieczorowym stroju, jedząc na kanapie kanapki z masłem i kiełbasą.
Jana poszła do kuchni, również białej, z nowiutkimi patelniami. Na stole leżała torba z jedzeniem, które przywiozła. Nie było sensu chować go do lodówki - w domu zimno, prądu i tak nie ma. Wyciągnęła parmezan i słoik oliwek. Sad już pogrążył się w ciemności, ale zapamiętała miejsce, gdzie była dziura w płocie - godzinę temu pojawił się w niej Maksym, prosząc, by została pacjentką jego ojca.
- Widzi pani - powiedział, siedząc przy stole z kieliszkiem wina, gdy Jana wróciła od siebie - nauczyła się pani już korzystać z dziury, a jak pierwszy raz przez nią wlazłem, to aż podskoczyła pani ze strachu. Ja tamtędy przechodziłem, wie pani, ile razy? Tysiące. W domu, który ostatecznie kupił pani ojciec, mieszkał mój najlepszy przyjaciel. Miał na imię Wadik. Ta dziura była dla nas jak autostrada. A potem - Maksym zatrzymał się, unosząc butelkę wina nad kieliszkiem Jany - Wadik okazał się dupkiem.
- A pani nie pije? - spytała Jana, unosząc kieliszek do ust.
Luba siedziała, wpatrując się w ekran telefonu, który trzymała na odległość, zsuwając okulary na czubek nosa.
- Ja, córcia, jestem w pracy - odparła. - Poza tym takiego kwaśnego nie mogę pić. Zgaga mnie pali, potem spać nie mogę.
Maksym uniósł kieliszek.
- Za spotkanie - powiedział, patrząc Janie prosto w oczy, jak to mają w zwyczaju Niemcy.
*
Jeśli dom Jany był sterylny, to Maksyma był eklektyczny - jak przystało na dom, w którym mieszkało kilka pokoleń różnych ludzi. W kącie ikony, obok afrykańska maska z wytrzeszczonymi oczami, portret Szewczenki w rusznykach[*], egipski turystyczny sfinks, japońska mata i dywanik pleciony z gałganków. Na werandzie w rogu stał aksamitny purpurowy fotel jak z teatru, a obok półki zawalone przeczytanymi (co zawsze widać) książkami, bukietami suchych kwiatów, papierami, lampionami, paczkami świec, biżuterią i różnymi drobiazgami, które można by po prostu uznać za śmieci. Między ścianą a półką tkwiła wbita sosnowa gałązka. Zwisał z niej srebrzysty łańcuch świąteczny - wyglądało to tak, jakby dziecko próbowało ją ozdobić, podskakując.
Cała ściana nad fotelem obwieszona była obrazami: ludowy pejzaż, jak te sprzedawane na Andrijewskim Zjeździe w Kijowie, piękna martwa natura z jabłkami, piórami i zieloną szklaną butelką, a także rodzinny portret namalowany dziecięcą ręką. Na obrazie widniała cała rodzina, włącznie - jak się zdawało - ze zmarłymi, bo ci z szerokimi uśmiechami unosili się nad postaciami pierwszego planu. Wśród żyjących Jana rozpoznała ojca Maksyma - miał na sobie biały kitel. Jedna z namalowanych postaci była uzbrojona, a inna miała na oku piracką opaskę.
- Jest pan tu piratem czy żołnierzem? - zapytała Jana, wskazując wzrokiem na rysunek.
- Piratem - odpowiedział Maksym.
Światło na werandzie pochodziło już tylko ze szklanej kuli, w której na saniach rozsiadł się pingwin, oraz z girlandy z grubawymi bałwankami obramowującymi okno wychodzące na zewnątrz. Za oknem nie było już widać nic - ani światełka, ani gwiazdy, ani najmniejszego blasku. Po prostu czarna, zimowa noc.
- No i właśnie - odezwała się Luba. - Mówią, że teraz będą włączać światło rano na trzy godziny. Trzeba iść kupić mak na kutię.
- Przecież już kupiłem - przypomniał Maksym.
- Synku, ja już tym makiem obsypałam kąty przy domu. Nie chcę o tym mówić na noc, ale z okna gabinetu Juchymowycza różne strachy mi się jawią, jak nocą tamtędy przechodzę. A to jakby kobieta stała pod wiśnią. To znowu przebiegło coś jak biały łoś. Może i nie trzeba, jak po dobremu przyszło, to mak nie zaszkodzi. A złego nie wpuści...
- Też racja - powiedział Maksym spokojnie.
- I zauważyłeś, że Juchymowycz ostatnie trzy dni jest spokojniejszy i jest bardziej sobą?
- Mhm - mruknął Maksym. - Zauważyłem.
Z korytarza dobiegły ciężkie kroki. "Łoś!" - przemknęło przez głowę Jany. Ale to był Juchymowycz. Szło mu się ciężko, jakby nogi nie chciały po prostu iść, lecz próbowały biec, a on je powstrzymywał, szukając rękoma oparcia.
- Usiądź, tato. - Maksym odsunął krzesło dla ojca.
Ten usiadł, kurczowo chwytając się krawędzi stołu i nerwowo przebierając nieposłusznymi nogami. Maksym nie był do niego podobny. Juchymowycz miał potargane siwe brwi, które zwisały groźnie nad głęboko osadzonymi oczyma, nieco skrzywiony duży nos i głębokie zmarszczki, które w półmroku zdawały się niemal czarne. Popielate włosy układały się po drzemce w zmierzwione fale. Był w tej samej żółtej koszuli, ale już bez białego fartucha.
- Zimno? - zapytał Juchymowycz.
- Minus osiem - odpowiedział Maksym, sprawdzając pogodę na telefonie. - Na rano zapowiadają minus jedenaście.
- Włącz kocioł, jak dadzą prąd.
- Sam się włączy.
- Ale sprawdź, bo technika to kapryśna rzecz. Ufaj, ale sprawdzaj. Nie będziesz odpalać generatora?
- Kierowniczka mówi, że nie trzeba - odparł Maksym.
Juchymowycz spojrzał na Lubę.
- Dziś środa - westchnęła Luba. - Prawie tydzień. Jak będą strzelać, to może prądu w ogóle nie włączą. Wtedy trzeba będzie w środku nocy rozpalać, bo zmarzniemy.
- Jakoś to będzie - odchrząknął Juchymowycz. - Haniu - zwrócił się do Jany - nakarmiłaś koty?
Jana spojrzała na Maksyma. Ten tylko uniósł brwi i wzruszył ramionami.
- Nakarmiliśmy, nakarmiliśmy koty, wszystkie śpią w salonie - wtrąciła się Luba.
- Białego też nakarmcie, on jest głuchy, mógł nie przyjść.
- Biały się najadł - powiedział flegmatycznie Maksym.
- Haniu, zaparz mi herbaty - poprosił Juchymowycz. - Idę do siebie.
Jana niepewnie skinęła głową. Luba zerwała się z miejsca i pomogła ojcu wstać.
- Zaświecę wam, żebyście się nie potknęli - powiedziała, zakładając czołówkę na głowę niczym speleolog.
Gdy Juchymowycz z Lubą zniknęli w korytarzu, Jana zapytała Maksyma:
- To gdzie te koty?
- Hania to moja siostra - odpowiedział Maksym, jakby przewidział pytanie, które wisiało w powietrzu. - Od czterdziestu lat mieszka w jakimś Wołgodońsku[*]. Jeszcze z "razpriedielienia"[*] - dodał i spojrzał na Janę. - A koty śpią w salonie. Ściana jest tam ciepła od pieca. Chociaż nie jestem pewien, czy pani wie, co to "nakaz pracy".
- Całkiem nieźle znam historię - odparła Jana.
Maksym spojrzał na nią uważnie i zapytał:
- Pokazać pani koty? - Potem sięgnął po latarkę z półki, założył ją na głowę i powiedział: - Chodźmy.
Przeszli przez ciemny korytarz, cały obwieszony lustrami. Światło latarki Maksyma odbijało się od wszystkich ścian jak błyskające iskry. W końcu otworzył drzwi do salonu. W środku panowała całkowita ciemność. Jana widziała tylko krąg światła na ścianie. W jego zasięgu zalśnił zegar z kukułką i wahadłem.
- Nie patrzę na panią, żeby nie oślepiać - powiedział Maksym. - Dlatego proponuję, żeby śledziła pani ruchy mojej głowy. - Obrócił głowę w prawo. - Murka jest nasza, a reszta kociarni przywędrowała.
Maksym powoli przesuwał światłem latarki po leżących kotach. Niektóre spały, inne mrużyły oczy porażone światłem. Jeden ziewał i przeciągał się. Wszystkie, oprócz Murki, były czarne jak noc.
- Osiem sztuk - powiedział z dumą Maksym. - Ludzie wyjechali, a koty nie. Teraz są nasze. Chociaż nie do końca nasze, dopóki ściana jest ciepła, to nasze, ale jak wystygnie, koty radzą sobie same.
- A gdzie jest ten biały, którego pana ojciec kazał nakarmić? - spytała Jana.
- Biały umarł, jak miałem siedemnaście lat.
Z korytarza błysnęło światło - to Luba szła do gabinetu ojca. Jej latarka omiotła ścianę, plecy Maksyma i Jany, po czym zniknęła za drzwiami.
- Jak głowa? - Maksym zapytał Janę.
- Jak u każdej normalnej osoby po trzydziestce. Jadę na ibuprofenie.
- Ma pani trzydzieści lat?
- Tak.
- To dobrze - zamyślił się Maksym. - Dobry wiek. To po pierwsze, a po drugie, chyba jestem za młody, żeby być pani ojcem.
Zdjął latarkę z głowy i podał ją Janie.
- Proszę świecić przed siebie i iść za mną.
Wyszli na korytarz. W ciemności wieszak z ubraniami wyglądał jak jakieś kudłate monstrum. Coś śmignęło im pod nogami, a Jana krzyknęła.
- To któryś z kotów - powiedział Maksym. - Albo mysz. Jeśli zbyt dobrze karmisz człowieka albo kota, to wyrasta na pacyfistę.
Korytarz wydawał się dłuższy niż o zmierzchu. Janie majaczyły jakieś odgałęzienia w różne strony. Otarła dłonią coś pokrytego gładkim futrem, odskoczyła, opuszczając latarkę.
- To płaszcz Luby - uspokoił ją Maksym i delikatnie dotknął jej pleców, kierując ją w stronę drzwi.
Kuchnia również była bezkresna i chaotyczna: krzesła ustawione w każdym kącie i pośrodku, stoły i stoliczki, półki, patelnie na ścianach, bukiety suchych kwiatów albo przypraw - a w końcu, za tym wszystkim, wyłaniał się stół i jedyne źródło światła: girlanda.
- To co? - zapytał Maksym, napełniając kieliszki. - Dopijamy wino, by zakończyć kolejny dzień? Żyjemy jak dawniej - kontynuował. - Słońce się kładzie spać, to i my z nim. Nie ma zasięgu, nadajnik nie działa, ani się z nikim nie pokłócisz, ani w nikim nie zakochasz. Żyjesz sobie po prostu od wschodu do zachodu słońca. Coś w tym jest, prawda? - spojrzał na Janę. - Inaczej po co by się pani tu zjawiła?
- Przyjechałam do pracy - wyjaśniła ona. Jedna strona jej twarzy była zielona. Girlanda zmieniła kolor, a bałwanki zaczęły migotać. - Będę rozmawiać z ludźmi, zbierać materiał.
- Coś o wojnie? - spytał Maksym. - Bo tutaj wojny raczej nie słychać.
- Nie, piszę doktorat z etnografii.
- Na jaki temat?
Jana nie przepadała za rozmowami o swojej pracy poza uczelnią, więc do końca miała nadzieję, że Maksym nie zapyta. Ale zapytał. Dlatego przełknęła kolejny łyk wina i wyznała z lekkim uśmiechem:
- Zajmuję się wróżbami.
Spojrzała na niego, oczekując najczęstszej reakcji: "Powróżysz mi?". Ale Maksym niczego takiego nie powiedział.
- No tak, wróżby to rzecz zimowa - odparł. - Latem nie ma na to czasu. A teraz jest idealny moment. Nie tylko materiał można zbierać, ale i poczuć się jak rozmówcy. Wieczory długie, prądu nie ma, internetu też, są świece. Można wróżyć do woli.
Śniegowe bałwanki na girlandzie przestały migać i zapaliły się spokojnym, żółtym światłem.
- Mieszka pan tu na stałe? - spytała Jana. - Byłam tu dawno temu, jeszcze za życia ojca. Nie pamiętam pana.
- Pomagam ojcu przetrwać zimę. Sam ledwo daje radę, a tu jeszcze to światło, drony i cały ten chaos... - Maksym chwilę się zawahał. - Więc osiadłem tu w oczeretach jak kot.
- Trzcinowe koty żyją w Azji - zauważyła Jana.
- Tutaj też, tylko się nie pokazują. Jedzą dzikie kaczątka i polują na ryby.
Jana zmrużyła oczy, uważnie mu się przyglądając.
- Znałem trochę pani ojca - dodał Maksym. - Wypiliśmy razem kilka butelek czerwonego wytrawnego. Był interesującym człowiekiem, niech spoczywa w pokoju. Taki... ekscentryk.
Jana zamyśliła się. Jakie to trafne - jedno słowo, a opisało jej ojca idealnie.
- Chyba jestem do niego podobna. - Uśmiechnęła się lekko.
Z głębi ciemnego korytarza dobiegł szelest.
- Proszę się nie bać - powiedział Maksym - to pewnie Luba. Albo koty. Te zwyczajne, bo trzcinowe polują w dzień, a w nocy śpią. Wiedziała pani? A może to nawet ten biały, nieżyjący kot. Niektórzy wierzą, że zwierzęta nigdy nie opuszczają obejścia. Nawet te zabite przez ludzi. Wszystkie krowy, świnie, kury zostają z nami jako cienie. Nie mówiąc już o ludziach. Może pani zapytać o to swoich rozmówców.
Jana wpatrywała się w ciemność. Znów coś zaszeleściło. Wino się kończyło, robiło się ciepło i całkiem wesoło.
- Przecież nie jest pani teraz w pracy, prawda? - spytał Maksym i wstał. - Mam jeszcze jedno wino, którego musimy spróbować. Rumuńskie. Dostałem w prezencie. - Odkorkował butelkę. - Proszę zobaczyć - nalał Janie dwa łyki - najpierw powąchać, potem trochę siorbnąć i pomlaskać, a dopiero potem pić...
Jana niecierpliwie machnęła ręką:
- Po prostu proszę już nalać.
Maksym nalał również sobie, z powagą powąchał, pociągnął łyk, pomlaskał i skrzywił się:
- Smakuje jak... no, nie wiem co.
- Wiem, jak to uratować - rzuciła Jana. - Proszę dać garnek.
Maksym nałożył czołówkę na głowę i zaczął grzebać w dolnych szufladach szafki przy piecu.
- Nie hałasujcie! - Luba pojawiła się w drzwiach z wyrzutem. - Obudzicie ojca, dopiero co zasnął po lekarstwie.
Maksym wyprostował się, trzymając w rękach czerwony garnek.
- Już więcej nie będę - oznajmił poważnym tonem.
- Co wy tu, gotować zamierzacie? - spytała zdziwiona Luba.
- Zagrzeję wino - powiedziała Jana z błyskiem w oczach.
Miała zarumienione policzki, ręce lekko drętwiały po pierwszej butelce, a w głowie kręciło się przyjemnie. Świat wydawał się zabawny bez wyraźnego powodu.
- W środku nocy wino grzać?! - fuknęła Luba z oburzeniem i zniknęła za drzwiami toalety. Już zza nich dało się usłyszeć jej komentarz: - Co za różnica, surowe czy grzane, i tak kwaśne!
Maksym podał Janie karton z przyprawami pełen skarbów - od szafranu po orzeszki piniowe.
Gaz płonął spokojnym płomieniem, a wino zaczęło bulgotać przy brzegach garnka. Jana sypała przyprawy na oko, nie bacząc na miary.
- Mam jeszcze mrożone wiśnie - zaproponował Maksym.
- Dajemy! - roześmiała się Jana.
- A może powróżymy?
Para unosiła się znad parujących kubków.
- Jano, jest pani wiedźmą! - Maksym zaglądał do kipiącego garnka z udawaną trwogą. - Nic mi po tym nie będzie?
Uśmiechnął się szeroko, a w kurzych łapkach wokół jego oczu zatańczyły cienie.
- Dziś raczej nie - odpowiedziała Jana z błyskiem w oku.
Włożyła do ust mrożoną wiśnię i popiła gorącym winem. Wiśnia prysnęła zimnym sokiem i momentalnie zmiękła.
- Może suchej kiełbasy? - zapytał Maksym.
- Poproszę!
- A śledzia?
- Tylko jeśli małosolny.
Niestety był właśnie taki. Jana sięgnęła po kromkę białego chleba, posmarowała cienką warstwą masła i ułożyła na niej kilka plasterków filetowanej ryby. Ugryzła, po czym otarła kącik ust dłonią.
- Jano - powiedział Maksym - widzę, że lubi pani drobne przyjemności.
- Proszę dać wiśnie.
Podał jej talerz z nieco już rozmrożonymi wiśniami. Sam też sięgnął po kilka owoców. Wiśnie, nagle wybudzone z lodowego snu, pryskały sokiem, jakby dopiero co kołysały się beztrosko na gałęzi. Garnek rozgrzał się do połowy - z wiśni zostały same pestki.
- Ma się wrażenie, że zimy nie ma wcale - powiedział Maksym, przymykając oczy. - Jano, słyszy pani? Czy to brzęczą chrabąszcze?
Maksym podszedł do drzwi, otworzył je szeroko na zimowy mrok i powiedział:
- Słyszy pani? Chrabąszcze?
Jana wychyliła się zza jego ramienia. Mroźne powietrze uderzyło ją w twarz. Nasłuchiwała ciemności.
- Słyszę! - odparła z uśmiechem.
- To generator za stawem - wyjaśnił Maksym. - Ale jeśli sobie wyobrazić, że prąd wytwarzają nie te monstra, tylko wielkie, porządne chrabąszcze...
- A karmi się je nie benzyną, tylko zamrożonymi z pełni lata wiśniami - dopowiedziała Jana.
- Wrzucisz dwie wiśnie i huczy...
- Na lato niech odlatują na kwietne łąki, a na zimę wracają do pracy - zaśmiała się Jana.
- Kto tu napuścił zimna?! - rozległ się głos z ciemnego korytarza. - Pozamykajcie drzwi! - krzyknęła Luba, wychodząc w świetle lampionów przypominających bałwanki szczelnie owinięta szlafrokiem. - Najpierw wino w garnku grzeją, teraz na oścież otwarte i stoją jak słupy!
Jana odskoczyła od drzwi jak dziecko przyłapane na psocie.
- Interesują panią wszystkie wróżby? - zapytał Maksym, gdy Luba zniknęła w ciemnościach korytarza.
- Wszystkie zimowe.
- A może powróżyć pani z ręki?
Ujął jej dłoń. Była ciepła i wilgotna, końcówki palców poplamione sokiem z wiśni.
- Widzę długą linię życia, dwa psy, kota, trzy hektary ziemi, traktor...
Nie zdążył dokończyć, bo nagle rozbłysło światło. W jego blasku cała scena stała się widoczna: rozrzucone na stole przyprawy, nieład w kuchni i błyszczące od wina oczy.
- Odprowadzę panią do dziury w płocie - powiedział Maksym. - Czas włączyć bojler i podładować telefony.
* Rusznyk - haftowany ręcznik (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
* Miasto w Rosji, nad Donem.
* Praca "z nakazu"; proces obowiązkowego, zorganizowanego i gwarantowanego zatrudniania absolwentów szkół wyższych i średnich specjalnych.