Ciotka Ricki była architektką. Przez długi czas pracowała w kooperatywie budowlanej HSB. Moje pierwsze wspomnienie związane z nią - kiedy to było? W czasie wojny nieznajoma młoda ciotka przyjechała w odwiedziny do Lundu. Pamiętam, że mówiła po sztokholmsku.
Koń je zieloną trrrawę.
Musiała to powtarzać; za każdym razem równie zabawne. W jednym z listów - ale do tego dojdziemy później - jest napisane, że ojciec zdjął obrączkę w 1948 roku, potem starał się tylko jakoś wytrzymać w małżeństwie. Czy to prawda?
Prawdopodobnie. Ale było za późno. Mieli troje dzieci. Od tego mojego pierwszego wspomnienia z Ricki do 1948 roku miną tylko cztery lata.
Wróciliśmy z Ameryki późną jesienią. Święta spędziliśmy u dziadków. Apartament, służbowe mieszkanie profesora, pamiętam niewyraźnie, jakby w półmroku. Na stole znajdował się srebrny dzwoneczek, za pomocą którego wzywało się służącą (której już nie było, ale dzwoneczek został).
Wymuszona rozmowa. Nikt nie przejmuje się dziećmi.
Gwiazdkowe prezenty rozdaje się w pomieszczeniu nazywanym biblioteką. Dym cygara i kwaskowaty zapach mydła idący z długiego korytarza. Ściany pełne książek, skórzane meble. Wszystko jak na czarno-białej fotografii. Tylko Ricki jawi się w kolorach: to z powodu wspaniałego podarunku od niej.
Błyszcząca skrzyneczka wynurza się z opakowania. Na czerwonym wieczku widnieje czarodziej w czarnej pelerynie, rękawiczkach i w wysokim kapeluszu. W skrzyneczce znajdują się tajemnicze przegródki: pudełko z kulkami, różdżki i sześciany, talia kart, kostki i sznurki, jedwabna szarfa, która znika i wydłuża się. Jest to tak oszałamiająco magiczne, że dziewczynka traci oddech.
Ćwiczy magiczne sztuczki w kuchni w ?rscie. W nowym mieszkaniu wszystko jest obce. Silne światło z zewnątrz pada stromo. Z czasem zaczyna zamieniać mały sznurek w naszyjnik ze zwisającymi kulkami. Rozkazywać kostkom, by zatrzymały się szóstką do góry. Wywoływać ukryty napis na białym papierze.
To podnosi na duchu, łaskocze w brzuchu. Daje moc.
A Ricki, która wymyśliła ten podarunek właśnie dla niej i wie coś na temat tajemnicy przemiany, otoczona jest potem szczególną magią.
Nowo wybudowany wieżowiec. Dziadkom udało się załatwić mieszkanie, kiedy oni byli w Ameryce, w przeciwnym razie nie mieliby gdzie mieszkać po powrocie. Z balkonu na siódmym piętrze widać nagą skałę i zmarzniętą sosnę. Przedmieście to wciąż plac budowy, pusto tu, spore odległości między budynkami. Dziewczynka ma osiem lat.
Skulona na kanapie w kuchni pilnie ćwiczy wywoływanie ukrytego napisu za pomocą magicznego zaklęcia. Mama chce pomuzykować w spokoju. Ona ma za zadanie zwieźć młodsze rodzeństwo windą. Ta zatrzymuje się nieznośnie wolno.
Na dworze otaczają je - ją, Ninne i Ię - nieprzyjazne bachory. Zimne, świdrujące oczy. Nikt nic nie mówi. Mały blondynek doskakuje do nich, przerywając ciszę. Śmierdzą sikami kota. Dzieciaki śmieją się, po czym znikają. W jednej chwili jakby zapadły się pod ziemię. Plac zabaw jest pusty. Przesiane światło i ślepe korpusy budynków. Nie zostają długo na huśtawkach. To, co się wydarzyło, zniechęca je.
Co więcej: strach. Ona i Ninne, sześciolatka, zaczęły chodzić do szkoły w ?rscie. To spory kawałek. Idą blisko siebie. Za nimi chichoczące wyrostki rzucają przezwiskami. Mają nie takie ubrania jak trzeba: amerykańskie płaszcze i apaszki.
Pada śnieg. Cały czas pada śnieg, z ukosa, do tego wieje.
Wyasfaltowane podwórko szkolne roiło się od nieznajomych dzieci. Dlaczego nie przemilczała Ameryki? Teraz myślą, że się przechwala. Podobnie jej czerwony tornister, pachnie wyższością. I ten język, zaciąga po skańsku i amerykańsku. Błaga mamę o czapkę z angory. Większość dziewczynek takie ma. To wełniane czapki z osłonką na uszy przymocowaną drucikiem. Niebieskie albo różowe, pożądane.
Mama nie okazuje zrozumienia.
Jest zaopatrzona w beret, tak jak Ninne. Głupie nakrycie głowy, które mama akurat lubi. Gustaw Waza, wołają dzieci na podwórku szkolnym za królem w berecie z dnem jak okrągły sucharek. Najchętniej w ogóle nie chodziłaby do szkoły, ale musi. Wtedy czarodziej jest jej sprzymierzeńcem, podarowuje jej pojazd, który zabiera ją z okna w kuchni i sadza w szkolnej ławce.
Podobnie wygląda powrót do domu. Dzięki temu nie musi z nikim rozmawiać. Loty do szkoły i z powrotem odbywają się z zawrotną prędkością. Leci nad skałami i nad wodą, ostro zakręca nad lasem i znów nad wodą. Czy się wywyższa? Nie. Jest związana strachem.
Jest semestr letni w trzeciej klasie szkoły podstawowej, to jej czwarte spotkanie z nową gromadą uczniów. Od dawna wie, jakie to uczucie, gdy stoi się samotnie przed obcymi, wrogimi oczami. Dzieci w ?rscie są jak dotąd najgorsze.
Chodzi sama po szkolnym podwórku. W kieszeniach mocno zaciska dłonie. Bardzo się boi. Wspomnienie jest silne.