Wrota popiołów. Ostatnie dni katarów - Kamila Cudnik

Reflow text when sidebars are open.
Zamek Montségur tkwił na szczycie niczym pięcioboczna korona przylegająca do starego donżonu, który pamiętał czasy Karola Wielkiego. Zbudowana na wapiennej skale twierdza górowała nad dolinami Ari?ge jak surowa, niedostępna bestia otoczona przepaściami i skalnymi urwiskami. Tylko jedna droga pozwalała dotrzeć do niej z nieco większą łatwością, lecz od tej strony mury były grubsze i wyższe, a dostępu do bramy strzegł barbakan opasany osobnym pierścieniem obronnym.
Wspinał się tamtędy mężczyzna o żylastej, mocnej budowie. Miał wysokie czoło, pociągłą twarz bez zarostu i ciemne, proste, nieco przydługie włosy.
- Tu jesteś, moja mała - powiedział kasztelan de Pereille, jak zawsze połykając końcówki wyrazów.
Anna podniosła ku niemu wielkie oczy, których modrą barwę odziedziczyła po babce Forneirze, pani rozległych posiadłości Lavelanet i Péreille, od lat sprzyjającej katarom.
- Nie będę taka jak oni, ojcze - powiedziała i wsunęła pulchną rączkę w jego twardą, nawykłą do miecza dłoń.
- Nie musisz. To wybór, nie nakaz - odparł, domyślając się, że dziewczynka mówi o doskonałych, którzy po przyjęciu consolamentum porzucali wszystko, by żyć jedynie z tego, co ofiarują im wierzący.
- Chcę mieć męża - rzekła z dziecięcym uporem, wydymając usta. Jasne rozwichrzone włosy wiły się wokół jej ramion rozwiewane wiatrem znad Pirenejów.
Nie mógł się nie roześmiać.
- Jesteś jeszcze zbyt mała, by rozważać sprawy stanu małżeńskiego.
- Trubadurzy śpiewają piękne pieśni o miłowaniu. Wolę słuchać ich niż biskupów, którzy opowiadają straszne rzeczy.
- Jakie? - zapytał.
- Że pójdziemy do piekła.
- Już w nim jesteśmy - odparł. - Po śmierci czeka nas raj.
Dziewczynka zamrugała zdezorientowana, a kasztelan spojrzał na swoją siedmioletnią córkę. Trudno mu było uwierzyć, że w takim wieku potrafiła zrozumieć więcej, niż chciałby przyznać. Przypomniał sobie, jak trzy lata przed jej narodzinami papież ogłosił krucjatę przeciwko katarom, a dziesięciotysięczna armia spacyfikowała Béziers, mordując wszystkich tylko dlatego, że wśród mieszkańców byli heretycy. W roku narodzin Anny krzyżowcy podeszli pod Montségur, ale musieli odstąpić. Wrócili rok później. I po raz kolejny ponieśli klęskę.
Nieraz się zastanawiał, jak długo jeszcze potrwa to szaleństwo, które kładło na szali życie ludzi niewyrządzających krzywdy ani papieżowi, ani królom. Ludzie ci chcieli jedynie żyć według własnego sumienia, zamiast słuchać chciwych duchownych i walczyć w cudzych wojnach. Langwedocja była wolną bogatą krainą i de Pereille chciał, by taką pozostała. Miała swoje prawa i swoich hrabiów, którzy nie wymagali przysiąg wierności.
Pod rządami hrabiego Tuluzy katarzy żyli bezpiecznie. Część z nich przyjmowała sakrament consolamentum i stawała się doskonałymi. Oni nie zabijali, nie jedli jaj, nie pili mleka, nie ubierali się w skóry. Wierzyli, że każda istota kryje w sobie duszę, która odpokutowuje swoje winy, aż do zbawienia. Langwedocja słynęła z trubadurów, którzy wędrowali ulicami Tuluzy i ścieżkami Pirenejów, śpiewając swoje pieśni, czasem frywolne, a czasem gorzkie, ale zawsze pełne tęsknoty.
Nikt nie wiedział, skąd przyszli katarzy. Mówiono, że przywędrowali wraz z kupcami z Italii. Tak jak żona kasztelana.
- One o tym mówiły - rzekła nagle Anna.
- Kto?
- Kobiety.
- O czym właściwie? - Zmarszczył czoło, choć powoli zaczynał rozumieć.
- Że nie należy mieć męża ani dzieci, bo świat - powiodła ręką wokół, przymykając jedno oko, jakby chciała wyostrzyć spojrzenie - jest dziełem demona, więc nie wolno na niego sprowadzać nowych dusz. Trzeba pozwolić mu umrzeć razem z ostatnim człowiekiem. Mówiły też, że śmierć to wybawienie. A kiedy nadejdzie koniec, wszystko spłonie. Ogień zaleje woda, a wodę pochłonie ogień.
Wzdrygnęła się. W jej spojrzeniu zamigotały płomienie, o których mówiła. Twarz dziecka stężała. Kasztelan poczuł, jak jego trzewia przenika gorąco. Spojrzał na czubki drzew w dole, nagle zakołysane wiatrem, i przykucnął, zrównując się z córką.
- Znajdę ci najszlachetniejszego rycerza, jaki stąpa po ziemi. Obiecuję. Wyjdziesz za mąż i będziesz szczęśliwa. A tamte niewiasty niech się zajmą sobą. Nikt nie będzie dyktował Annie de Pereille, jakie powinna wieść życie. Zgadzasz się? - Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Kiwnęła głową. Ojciec nigdy jej nie okłamywał, więc i teraz nie miała powodu, by mu nie wierzyć.
- Dlaczego kazałeś odbudować zamek? - zapytała.
- Szkoda było starej wieży. Dzielnie służyła w obronie przed Maurami, więc nie chciałem, by obróciła się wniwecz.
- Nieprawda - zaprotestowała. - To biskup de Castres cię namówił. Słyszałam, jak powtarzał, że katarzy potrzebują twierdz, żeby się bronić.
- Posłużył mi radą - przyznał. - Dobrze mieć wokół siebie mądrych ludzi. Trzeba ich wysłuchać, a potem zdecydować podług serca.
- I tak zrobiłeś?
Pokiwał głową. Anna zasługiwała na szczerą odpowiedź. Prędzej czy później zrozumie, że choć katarów zwie się dobrymi ludźmi, papież ogłosił przeciwko nim krucjatę. Najpierw przysyłał kaznodziejów, a potem armię. Wiele zamków upadło, a doskonali od lat płonęli na stosach.
- Wiele by mówić - westchnął - ale dobrze uczyniłem. Tylu ludzi znalazło tu schronienie.
- Przewidziałeś wojnę.
Zaskoczyła go.
- Nie wiem, czy jeszcze kiedyś spróbują oblężenia. Powiadają, że Montségur jest nie do zdobycia, skoro już dwa razy krzyżowcy musieli odstąpić.
- Nazywają ją synagogą szatana, ojcze - powiedziała i skrzyżowała ręce na piersiach, obdarzając go spojrzeniem babki.
- Każdy może gadać, co chce, nic na to nie poradzisz. Na dobrej górze1 znalazło schronienie wielu wygnańców. Wybudowali chaty, pasą owce, przędą, barwią tkaniny, leczą ziołami. Nikt ich nie pyta, jakiej są wiary. Czyż nie na tym polega wolność? Na możliwości wyboru? Co z tym wspólnego ma szatan?
- I ja będę mogła wybrać?
- Tak. Będzie, jak zechcesz.
- Ale mówiłeś, że sam znajdziesz mi rycerza. - Popatrzyła na niego sceptycznie.
- Jeśli ci się nie spodoba, będziesz mogła odmówić.
- Czy Bóg jest po naszej stronie?
- Tak sądzę, skoro żyjemy uczciwie, modlimy się i nie krzywdzimy innych.
- A jeśli nasze tchórzostwo wcale się Bogu nie podoba?
Kasztelan spojrzał w oczy dziecka i zobaczył w nich własny strach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 W dosłownym znaczeniu Montségur oznacza dobrą górę.
Droga wiodła przez las, który chronił podróżnych przed palącym słońcem. Jadący na mule doskonały wlepiał wzrok w skaliste podłoże i nie zważał zupełnie na unoszące się wokół niego owady, które kąsały skórę, pstrząc ją czerwonymi bąblami. Miał na sobie długą, czarną szatę z kapturem, wyblakłą i wystrzępioną na brzegach, przewiązaną sznurem w talii tak chudej, że dałoby się objąć ją dłońmi. Skwar zdawał się przeszkadzać mu równie mało, jak bzyczące z uporem owady. Eskortowało go czterech rycerzy wywodzących się z okolicznej szlachty. Chronili go przed rozbójnikami i krzyżowcami, którzy szwendali się po drogach Langwedocji zbyt licznie, by mógł podróżować sam.
Kasztelan de Pereille uniósł dłoń, czując nagłe zaniepokojenie, i gestem nakazał wstrzymać pochód. Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy rzucanych kamieni i krzyki pełne nienawiści i złorzeczeń, przytłumione gęstym poszyciem lasu. Po chwili skręcił w wąską ścieżkę prowadzącą w dół po zboczu do niewielkiej osady.
Na nierównym placu obok studni stał wysoki, drewniany krzyż. Wokół niego jak przysadziste, rozlazłe grzyby przycupnęły nędzne, niepogrodzone chaty. Przy studni ujrzeli zgraję wieśniaków ciskających kamienie, kawałki drewna i grudy ziemi, a echo niosło ich wyzwiska aż na skraj pobliskiego lasu.
- Co wyczyniacie, ludzie?! - huknął de Pereille, a jego trzej towarzysze w jednej chwili otoczyli zgromadzonych. - Mów. - Wskazał palcem kobietę, która podniosła na niego wzrok pełen zgrozy, jakby właśnie ocknęła się ze złego snu. - Co się tu dzieje?! - krzyknął na nią, wiedząc, że łatwiej uzyska odpowiedź, gdy zwróci się do konkretnej osoby. To nie były jego ziemie, ale i tak nie zamierzał dopuścić do kamienowania.
Tymczasem doskonały zsiadł z muła i energicznie zaczął rozsuwać wieśniaków oplatających studnię ciasnym kordonem. Odsuwali go zacietrzewieni, podnosząc jeszcze większy krzyk, ale on uparcie przepychał się dalej.
- Kto by pomyślał, że tyle w nim siły - odezwał się jeden z rycerzy. Pozostali zaśmiali się, ale prędko ucichli, ruszając mężczyźnie na pomoc.
- Czyście oszaleli?! - Doskonały zaczął wymachiwać rękami, gdy tylko spojrzał w dół. - Ludzie, co z wami?! Prędko!
- Nie waż się! - De Pereille wysunął miecz i przystawił do gardła wieśniakowi, który wziął do ręki kamień. - Odłóż to! - syknął.
Mężczyzna o nogach wykrzywionych jak pałąki, czego nie były w stanie zatuszować nawet szerokie, długie gacie z poprzecieranego, poszarzałego z brudu płótna, przykucnął i położył obok siebie kawałek szarobrunatnej skały.
Wieśniacy nie od razu pojęli, że nie mieliby żadnych szans w starciu ze zbrojnymi, i kilka kamieni poleciało w stronę rycerzy i w dół studni.
- Cicho! - Rozkaz kasztelana zlał się z jękiem, który dobiegł z głębi. Nakazał się wszystkim odsunąć, używając jako argumentu uniesionego w górę miecza. - Przynieście sznur! Prędko!
Przystawił ostrze do gardła jednej z wieśniaczek. Stojący obok mężczyzna popatrzył na niego hardo, nie ruszając się z miejsca.
- Zostawcie ją. Przyniosę - powiedział stojący obok znacznie niższy mężczyzna i oddalił się spiesznie w stronę najbliżej stojącej chaty. Po chwili wyszedł, niosąc w dłoni kilka zwojów grubo plecionej liny.
Młody parobek owinął ją sobie wokół pasa.
- Trzymajcie mocno! - powiedział, ostrożnie opuszczając się w dół.
Podczas gdy stopy chłopaka ślizgały się po obrośniętych mchem kamieniach, reszta patrzyła w wodę połyskującą na dnie. Odbijając się od ścian, stękał i próbował chwycić skuloną na dnie postać. W końcu udało mu się wydobyć z prawie wyschniętej studni zakrwawioną młodą kobietę. Doskonały położył ją na udeptanej wokół cembrowiny ziemi. Z ciemnych, ciężkich od wody włosów ściekały cienkie strużki, tworząc wokół głowy wilgotną plamę. Skóra kobiety była blada, prawie przezroczysta, a sine usta drżały z zimna.
- Heretyczka! - odezwały się pojedyncze głosy.
Oczy ofiary zabłysły gorączkowo.
- Próbowała się wydostać - stwierdził doskonały, spoglądając z przerażeniem na jej połamane i zabrudzone błotem paznokcie. Położył swoje dłonie na poranionej głowie, czyniąc gest consolamentum, który zapewniał jej drogę do raju.
- Co wam zawiniła?! - zapytał kasztelan, zaglądając w zacięte twarze. Chwycił jednego z mężczyzn za koszulę przewiązaną byle jak sznurem i uniósł, aż zadyndały wielkie stopy. Pozostali rycerze ustawili się obok niego, wodząc wzrokiem po zarośniętych wieśniakach, spoglądających spode łba. W końcu ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Stać! - Zatrzymali się. Trzech oberwańców tęgich jak niedźwiedzie popatrzyło na nich hardo. Kasztelan pomyślał, że z takimi ta biedaczka na pewno nie miała szans. - Za co ją ukaraliście?
- Próbowała podpalić kościół. - Jeden z nich splunął na ziemię przez szczerbę w poczerniałej szczęce.
- Ktoś to widział?
- A jakże. W nocy się zakradła i nim nadszedł świt, wrota spłonęły do szczętu.
De Pereille obejrzał się na leżące obok studni powyginane nienaturalnie ciało. Nie sądził, by została w nim choć jedna niepogruchotana kość. Długie włosy lśniły czarnym pięknem, nasączonym krwią. Nawet jeśli tliła się w tej kobiecie jakaś iskierka życia, to z całej siły życzył jej, żeby skonała. Przybyli za późno.
Doskonały wciąż przy niej klęczał.
- Umarła - rzekł nagle, jakby właśnie się przebudził. Odsunął ją ostrożnie i wstał. Wsiadł na muła odprowadzany nienawistnymi spojrzeniami wieśniaków. - Powinniśmy ją pochować - powiedział, patrząc na kasztelana.
Nikt go już jednak nie słuchał, bo od strony rzeki rozległa się wrzawa. Tym razem głosy zdawały się bardziej wrzaskliwe i jakby cieńsze. De Pereille wzniósł oczy do nieba. Miał dość.
Powietrze drgało od upału, a on marzył już tylko, by znaleźć się z powrotem na Montségur. Tęsknił za Corbą, która wkrótce miała urodzić mu kolejne dziecko. Bał się o żonę, więc wolał nie spuszczać z niej oka. Niewiele ta jego obecność dawała, ale świadomość, że jest blisko, działała na niego kojąco. Corba nie była już młoda.
Nagle dostrzegli garstkę wyrostków, w większości nagich lub w samych koszulach, ganiających wzdłuż brzegu kamienistej rzeki. Nie była głęboka, ale miała wartki nurt. Jeden dzieciak stał w wodzie, reszta nie pozwalała mu wyjść na brzeg.
- Co wy wyprawiacie? - krzyknął de Pereille i wjechał konno do wody, rozbryzgując ją na boki.
- Heretyk! - wrzasnął kilkuletni chłopak, który stał najbliżej. Reszta mu zawtórowała. Znów poleciały kamienie.
- Dlaczego tak mówisz? - zwrócił się kasztelan do dzieciaka.
Chłopak opuścił głowę i utkwił wzrok w swoich ubłoconych stopach.
- To heretyk - powtórzył bez przekonania, spoglądając niepewnie na miecz kasztelana.
- Ty mi powiedz, o co tu chodzi. - De Pereille wskazał wyrostka, który wydał mu się największy z całej grupy.
- Jego matkę wrzucono do studni za podpalenie kościoła - usłyszał w odpowiedzi i poczuł ciarki przebiegające mu wzdłuż kręgosłupa. - Jego też trzeba zabić.
W oczach kasztelana pojawiło się zakłopotanie pomieszane z niezrozumieniem i nagłym poczuciem bezsilności.
- Podejdź - zwrócił się do chłopca o czarnych włosach i ciemniejszej niż u pozostałych skórze.
Dzieciak gramolił się mozolnie, spoglądając niepewnie na swych oprawców. Co rusz któryś wykonał w jego stronę gwałtowny gest, wtedy się kulił, ale zaraz potem prostował i uparcie parł do brzegu. W końcu stanął na twardym gruncie.
- Tak, panie?
- Twoja matka nie żyje.
Blask w czarnych oczach przygasł i dzieciak spuścił głowę.
Wieśniacy zawrócili żądni kolejnego widowiska. Jeden z nich podszedł i ponownie pchnął chłopca do wody. Kilku ruszyło w jego stronę. Groźny pomruk napastników przerwał szczęk stali, gdy rycerze zastąpili im drogę.
- Rozciągnąć ich na ziemi - nakazał swoim ludziom de Pereille świadomy, co się stanie, jak tylko jego załoga zniknie za pierwszą linią drzew.
Na znak kasztelana posypały się razy zadawane płazem miecza, a szare od brudu odzienie hardych mieszkańców osady zaczęło się barwić na czerwono. Dzieciaki czmychnęły z obawy, żeby i ich nie dosięgła kara.
W końcu de Pereille dał znak do odjazdu. Jeden z rycerzy chwycił za kark ciemnowłosego chłopaka i posadził przed sobą na siodle.
***
Gdy rycerze wraz z doskonałym, zmęczeni długą drogą przez Pireneje, przekroczyli bramę twierdzy i znaleźli się na dziedzińcu, wokół zaroiło się od dzieciaków, a zaraz za nimi kobiet czekających na mężów. Widać było, że mieszkańcy Montségur żyją dostatnio, pomimo że wielu z nich nie miało już niczego na własność, porzuciwszy wcześniej wszystko, co posiadali, aby żyć z miłosierdzia wierzących. A ono było wielkie. Gdy któregoś roku rozeszła się wieść, że nie mają co jeść, miejscowa szlachta dostarczyła sto dwadzieścia miar ziarna, zapełniając spichlerze katarskiej twierdzy.
Kasztelan de Pereille dostrzegł najstarszą córkę stojącą nieco z tyłu w cieniu donżonu. Zmrużone oczy Anny skupione były na chłopcu, który nadal siedział na koniu, choć rycerze prowadzili swe wierzchowce, idąc pieszo, bo droga była zbyt stroma, aby pozostać w siodle. Obdartus uparcie wbijał wzrok w ziemię. Miał na sobie jedynie cienką, połataną koszulę i pewnie nic pod spodem. Bose stopy dyndały po bokach. Jeden z mężczyzn ściągnął go z grzbietu i odprowadził konia do stajni. Chłopak został sam na kamienistym placu, pośród wrzawy i śmiechu odbijającego się od murów.
- Dobrze, żeś wrócił. - Jak tylko kasztelan spojrzał na matkę, jego pooraną wiekiem twarz przeszył strach. Pojął, że Corba zaczęła rodzić. Spiesznie ruszył w stronę donżonu. W korytarzach rozległy się nawoływania, trzask drzwi i krzyk niosący się z górnego piętra.
- To będzie ostatnie - jęknął i błędnym wzrokiem powiódł po surowym wystroju komnaty, w której postanowił oczekiwać na nowiny. Krążył w kółko tak długo, aż zmęczony opadł za stołem stojącym na kozłach pod ścianą, bo nie bardzo wiedział, co z sobą począć.
Wino przyniesione przez służkę wypił jednym haustem, odsunął miskę z potrawką z zająca, oparł głowę na splecionych pod brodą dłoniach i modlił się żarliwie do Świętej Magdaleny o szczęśliwe rozwiązanie. Corba wydała już na świat kilkoro dzieci, ale przeżyły tylko dwie dziewczynki, Anna i Filippa. Nie obchodziło go, czy teraz urodzi się kolejna dziewczynka, czy chłopak, aby tylko matka i dziecko przetrwały ciężką próbę. Corba, choć nadal piękna, nie była już młódką. De Pereille zerknął na chłopca skulonego w kącie, który chodził za nim krok w krok, choć zawsze w pewnym oddaleniu.
- Głodnyś?
Malec skinął głową, więc przywołał go do stołu i podsunął mu miskę z pachnącym smakowicie jadłem, które sam wcześniej odsunął ze wstrętem, i zawołał o jeszcze jedną pajdę chleba. Dzieciak zajadał, jakby dawno niczego nie miał w ustach, a chwilę później zwinął się w kłębek na trzcinowej macie, która leżała na posadzce, i natychmiast zapadł w sen. Z zewnątrz dochodził łagodny niewieści głos, śpiewający rzewną balladę przy cichym akompaniamencie gęśli przywiezionej dawno temu przez któregoś z przodków z pielgrzymki do Ziemi Świętej.
- Ojcze! - Anna stanęła przed nim i skłoniła się układnie, a na jego chmurną twarz wypłynął w końcu cień uśmiechu. - Nie zamartwiaj się. Z matką wszystko w porządku.
- Ta dziewczynka będzie równie zdrowa jak my - zapewniła go Filippa, która dołączyła do starszej siostry.
- Co to za przybłęda? - spytała wyniośle Anna, wpatrując się w chłopca, który zamrugał gwałtownie, przebudzony ich rozmową.
- Skąd wiesz, że matka urodzi ci siostrę? - zapytał kasztelan Filippę.
- Wiem - odparła z niezachwianą pewnością siebie. - Kto to jest? - zapytała, podążając za uwagą siostry.
Chłopak wstał i niepewnie przestępował z nogi na nogę.
- Jak cię zwą? - spytał łagodnie de Pereille.
- Jordan.
- Podejdź - Chłopak stanął przed nim. Ciemne włosy opadły na twarz, zasłaniając oblicze przed wścibskim wzrokiem dwóch dziewczynek. - Dobry Bóg w swym nieodgadnionym zamiarze postawił na mojej drodze Jordana. Ufam, że przyjmiecie go tak samo dobrze jak dziecko, które właśnie się rodzi. To podwójne błogosławieństwo, więc bądźcie dobre dla chłopca, którego matka zginęła dziś pod ciosami kamieni - mówił powoli, starannie dobierając słowa, a one marszczyły czoła, starając się z całej siły, żeby mu nie przerwać. - Jej śmierć była długa i bolesna. Jordan ocalał jedynie dlatego, że znalazłem się w odpowiednim czasie, aby uratować go przed tymi, którzy i jemu życzyli śmierci.
- Ojcze - Anna uniosła modre oczy, w których kasztelan dostrzegł natychmiast błysk złośliwości - czyż nie byłoby lepiej, gdybyśmy pozwolili mu wrócić do rodziny? Wszak ma na pewno kogoś jeszcze, nawet jeśli jego matka nie żyje.
- Nikogo nie mam - usłyszeli cichy głos. - Nigdy nie miałem. Mogę odejść i powędrować do Paryża.
- Cóż za dziwy pleciesz! - Anna podparła się pod boki. - A gdzież ten Paryż?
- Wiem tylko, że matka pragnęła tam dotrzeć.
- I co tam będziesz robił, przybłędo? Występował na jarmarkach jak cudak?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki