Wrota Piekieł - Alan Jones

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wyjazd na wakacje powoli stawał się faktem. Jeszcze parę miesięcy przedtem nawet nie myślałem o tym, że mógłbym pojechać w takie odległe miejsce. A tu Bali, proszę bardzo. Spadek który otrzymałem zasilił mój rozharatany budżet i spłaciłem wszystkie długi, kupiłem lepszy samochód, zastanawiałem się nawet o kupnie nowszego mieszkania, ale jednak lepiej pojechać gdzieś daleko, pozwiedzać, może poznam jakąś miłą, fajną, kto wie. A teraz stoję przed lustrem i przymierzam ten stos ciuchów, jak baba. Muszę wybrać te najfajniejsze. Koszmar. Biorę pierwsze z brzegu, pakuję się, jutro wyjeżdżam, i tyle w temacie. Idę spać, rano na lotnisko, przesiadka w Berlinie i tam lecę bezpośrednim połączeniem.

Źle spałem i już wiedziałem że coś będzie nie tak. Rano wstając wlazłem na kieliszek od wina. Kto stawia w tym miejscu? A tak! To ta! Potem nie mogłem znaleźć moich ubrań. W ostatniej chwili zamówiłem taksówkę na lotnisko. W taksówce nie mogłem się dogadać, ale dojechałem na miejsce. Już się cieszyłem że zdążyłem, lecz przy wyjmowaniu walizki, już wiedziałem że to nie ta! Koszmar! Ta jest ze sprzętem do grania. A w dupę jeżozwierza, i tak lecę, kupię coś na miejscu, tam jest bardzo ciepło. I w samolocie też czułem się nieswojo. Na początek kołowali tak dziwnie, jakby szukali właściwego pasa, silniki buczały, stewardesy głupio się uśmiechały, jedna nawet miała sztuczne oko, widziałem dokładnie, było cały czas nieruchome. Po czym jakoś wystartowaliśmy, i kiedy chciałem się zdrzemnąć to zrobiło się zupełnie cicho na moment, absolutne nic, potem wrzaski, płacz i ten huk, to wszystko co zapamiętałem.

Ocknąłem się cały we krwi, nic mnie nie bolało, niedaleko stała karetka na dziwnych rejestracjach, a przy niej jakiś oszołom trzymający w rękach rogi, obok niego stała ładna kobitka z metalową nogą. Wszyscy gapili się na palące się resztki samolotu które w większości spadły do jeziora. Po chwili ich spojrzenia spotkały się z moimi.

- Bierzemy go, przyda się - powiedzieli i zapakowali mnie do karetki. Nawet nie zdążyłem zaprotestować w jakikolwiek sposób. Gdy odjeżdżaliśmy słychać zbliżające się rzędy wozów strażackich, za nimi policja, ambulansów nie dostrzegłem. I dopiero wtedy mogłem się zdrzemnąć.